środa, Grudzień 11, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Cinkciarz.pl"

Cinkciarz.pl

Październik to czas, kiedy nikt jeszcze nie czuje magii Świąt, ale sieci handlowe, a także mniejsi sprzedawcy starają się usilnie o to, abyśmy już teraz zaczęli wydawać pieniądze. Najpierw pojawiają się pierwsze sezonowe wyprzedaże, następnie szaleństwo związane z Black Friday, a potem jeszcze zapożyczamy się, by kupić wymarzone prezenty i zorganizować Boże Narodzenie…

A w styczniu budzimy się z finansowym kacem. Dziura w domowym budżecie zaskakuje nas tak samo, jak zima polskich kierowców. Ile razy obiecywaliśmy sobie, że następnym razem będzie inaczej, że nie posłużmy się kartą kredytową podczas świątecznych zakupów i nie zaciągniemy drobnego kredytu lub „chwilówki” na sylwestrowy wyjazd? Kto dotrzymał danego słowa? A może w tym roku rzeczywiście postaramy się o to, aby wytrzymać w postanowieniu, by nie spłacać „niepotrzebnych” zobowiązań przez następnych kilka miesięcy nowego roku albo nawet przez kilka następnych lat? Jak przekonują eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF), nie jest to trudne. Wystarczy tylko podejść do sprawy z głową i znać kilka przydatnych tricków.

Wiele osób daje się złapać na magię sklepowych wystaw w centrach handlowych, które przed Świętami zachęcają do wydawania pieniędzy. Zorganizowanie wystawnej kolacji w Wigilię i kupienie wymarzonych prezentów jest dla nas priorytetem. Nie mamy problemu z tym, żeby się zapożyczyć na ten cel.

W ubiegłym roku statystyczny Polak wydał prawie 1200 zł jedynie na przedświąteczne zakupy. Jakie są tego efekty? W grudniu 2018 r. aż 62 proc. Polaków miało problemy ze spłatą bieżących rachunków, rat kredytów czy pożyczek. Na ten stan rzeczy z pewnością także wpływ miało szaleństwo podczas jesiennych wyprzedaży (Black Friday), podczas których wydajemy średnio 500 do nawet 800 zł. 

Dlaczego tak łatwo przychodzi nam wydawanie? Jesteśmy zachęcani do tego nie tylko przez sklepy, reklamy w Internecie, itp., ale także przez banki czy firmy pożyczkowe, które w okresie przedświątecznym chętnie oferują dodatkową gotówkę, kredyty które możemy spłacić dużo później, dzięki oferowanej przez nich odroczonej racie.

Polacy chętnie zaciągają kredyty gotówkowe, szczególnie przed Świętami – w IV kwartale 2018 roku pośrednicy finansowi zrzeszeni w ZFPF udzielili ich na kwotę ponad 775 mln zł. Taki rodzaj finansowania, to doskonały sposób, aby „podreperować” budżet domowy, jednak i w tym przypadku warto zachować zdrowy rozsądek. Odroczona rata to bardzo wygodne rozwiązanie, jednak może okazać się zgubna. Jeżeli raty wszystkich zaciągniętych zobowiązać skumulują się, możemy wpaść w poważne kłopoty finansowe zaraz po Nowym Roku. To samo dotyczy korzystania z limitu na karcie kredytowej. Przyzwyczajeni do dodatkowych środków co miesiąc, przy zwiększonych wydatkach możemy ten limit bardzo szybko wykorzystać, pozostając bez gotówki na trudny okres poświąteczny – mówi Bartłomiej Marzec, ekspert ZFPF, Open Finance.

Możemy nie tylko uniknąć finansowego dołka, ale nawet w ogóle korzystania z dodatkowych źródeł finansowania naszych okołoświątecznych wydatków, wdrażając kilka rozwiązań w naszym codziennym podejściu do wydawania pieniędzy.

Krok 1: wygodne kontrolowanie budżetu

Październik to ostatni dobry moment, aby uporządkować swoje finanse i przygotować się na nadchodzące wydatki. Pierwszym krokiem powinno być skrupulatne opracowanie budżetu domowego. To dobry punkt wyjścia do kolejnych działań, przygotowujących nas na ten trudny finansowo czas, jakim jest okres listopad-grudzień-styczeń. Zapomnijmy jednak o starej metodzie „kartka i ołówek” i o niewygodnym arkuszu w Excelu.

W opracowaniu budżetu domowego mogą nam pomóc aplikacje finansowe dostępne na nasze smartfony, które zawsze mamy przy sobie. Dzięki nim, nie tylko będziemy kontrolować nasze wydatki, ale także zsynchronizujemy je z naszym kontem osobistym, gdzie będziemy mogli sumować i grupować opłaty według określonych kategorii. Zamiast tworzyć tabele w notesie, wystarczy pobrać na telefon darmowe narzędzie typu np. „Kontomierz”, czy „Wallet” i zacząć kontrolować, ile wydajemy. Wszystkie te narzędzia pozwalają na szybki i stały podgląd dostępnych funduszy, a także monitorowanie naszych nawyków finansowych – radzi Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Wśród dostępnych aplikacji istnieją również takie, które mają możliwość skanowania i przechowywania rachunków np. „PanParagon” czy „Kwitki”. Przydadzą się nie tylko wtedy, kiedy będzie nam zależeć na kontrolowaniu czasu trwania gwarancji, ale również po to, abyśmy mogli  sprawdzić, na jakie produkty wydajemy najwięcej w skali miesiąca. – Jeżeli wyciągniemy tych zestawień właściwe wnioski, unikniemy sytuacji, w której pieniądze będą „uciekać nam z portfela”, a prawdopodobne jest także to, że będziemy mogli zauważyć oszczędności – podpowiada Bartłomiej Marzec, ekspert ZFPF, Open Finance.

Krok 2: rozpocznij „mądre oszczędzanie”

Trudno jest oszczędzać, kiedy praktycznie od października, listopada, do końca roku czeka nas pasmo wydatków. Jest to jednak możliwe, nawet przed Świętami!

W tym przypadku chodzi jednak o „mądre oszczędzanie”, czyli o takie robienie codziennych zakupów i wydawanie pieniędzy, które pozwoli zaoszczędzić nam trochę potrzebnej gotówki. Przy czym ważne jest, aby nie wiązało się to dla nas z wieloma wyrzeczeniami. Oszczędności niech nam rosną „mimochodem” – radzi Bartłomiej Marzec, ekspert ZFPF, Open Finance. Sposobów na oszczędzanie jest wiele, jednak jak zrobić to „mądrze”? Warto podejmować małe kroki, które zmienią nasze nawyki i dzięki którym odłożymy trochę gotówki.  

Rozwiązaniem na dodatkowe środki może być np. stworzenie subkonta na naszym rachunku bankowym, na którym odkładane będą drobne kwoty, „reszta” z naszych zakupów. Jak to działa w praktyce? Wydawane przez nas pieniądze, kiedy płacimy kartą, są zaokrąglane do danej sumy, np. do 5 zł. Jeżeli wydajemy przykładowo 3,10 zł, to 1,90 zł wpływa na nasze konto oszczędnościowe. Wydaje się niewiele, ale w skali tylko jednego miesiąca, możemy zaoszczędzić w ten sposób 200-300 zł – dodaje Bartłomiej Marzec.

Krok 3: sprawdzaj ceny produktów, poluj na okazje

Jak nie dać się zwariować na zakupach, a co ważne, nie wydać na nie fortuny?

W tym przypadku kluczem jest świadome kupowanie, które zaczyna się już w domu, przed wyjściem do sklepu. W Internecie dostępne są porównywarki, takie jak np. „Skąpiec” czy „Ceneo”, które wskażą nam sklep oferujący najlepszą cenę produktu, którego szukamy. Regularne korzystanie z tego rodzaju aplikacji pomoże nam realnie ocenić, gdzie dany zakup opłaca się najbardziej, a w którym sklepie sporo przepłacimy. Jak często zdarza się, że nasz portfel nie domyka się od kart zniżkowych i lojalnościowych? Warto ich używać, ale zbyt dużo „plastiku” zniechęca nas do korzystania z programów dla najbardziej lojalnych klientów, a przecież dzięki nim możemy wiele zyskać, a przede wszystkim uda nam się nie przekroczyć założonego budżetu. Z pomocą przychodzą aplikacje, które uporządkują nasze karty, takie jak np. „StoCard”, która przechowuje za nas karty zniżkowe w formie mobilnej na naszym smartfonie – mówi Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Krok 4: kup prezenty wcześniej

A może dobrym pomysłem jest to, aby w ogóle unikać sklepów w okresie przedświątecznym i robić zakupy na „ostatnią chwilę”. Wtedy unikniemy pokus i niepotrzebnego wydawania pieniędzy. Wręcz przeciwnie. Warto właśnie teraz pomyśleć o kupieniu prezentów.

Teraz mamy jeszcze czas na to, by zrobić zakupy „na chłodno”, na spokojnie porównać ceny i wybrać najlepszą ofertę. Na dwa dni przed Wigilią będzie to trudne. Co ważne, jeszcze nie zaczął się okres największych promocji. Należy wiedzieć, że kupowanie produktów z etykietą „sale” nie zawsze się opłaca. Niestety, są sklepy, których polityką jest podwyższanie cen na krótko przed ogłoszeniem promocji, aby później „sztucznie” je obniżyć. Klienci się na to nabierają, ale ostatecznie wcale nie płacą mniej – wyjaśnia Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Nie tylko obserwujmy ceny tego samego albo podobnego produktu u różnych sprzedawców, ale również sprawdźmy, ile zapłacimy za wybraną rzecz w sklepie tradycyjnym, stacjonarnym, a ile w tym  internetowym. Obecnie z zakupów online korzysta ponad 60 proc. z nas. Polubiliśmy ten sposób nabywania produktów, bo jest wygodny, szybki, ale czy zawsze tańszy? Być może cena jednostkowa w sklepie internetowym będzie niższa, ale należy doliczyć koszty przesyłki. Aby ta z kolei była darmowa, bardzo często musimy zrobić zakupy za niemałą kwotę. Badania również pokazują, że kupując online, kupujemy więcej, ponieważ łatwiej wkłada się produkty do wirtualnego koszyka, niż do tego prawdziwego i łatwiej wydaje się również wirtualną gotówkę, płacąc kartą czy Blikiem. Kupowanie w sklepie stacjonarnym też ma zalety, o czym pamiętajmy. Możemy dokładniej obejrzeć interesujący nas produkt, poznać wszystkie jego cechy, skonsultować od ręki zakup ze sprzedawcą-fachowcem, co ma duże znaczenie, np. w przypadku kupowania elektroniki czy po prostu kosztowniejszych prezentów.

Źródło: ZFPF

Tak dużej aktywności w notowaniach kryptowalut nie obserwowaliśmy od miesięcy. Bitcoin wzrastał nawet o ponad 20 proc., we wtorek przekraczając 5 tys. dolarów pierwszy raz od listopada ub.r. Czy po trzech miesiącach względnego spokoju rynek kryptowalut odżywa? – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

2 kwietnia mocno rosły ceny większość z nich. Bitcoin, największa kryptowaluta pod względem kapitalizacji, zyskał w szczytowym momencie nawet ok. 23 proc. w relacji do poprzedniego dnia. Od razu zaczęły się poszukiwania czynnika, który wywołał ten nagły skok.

Trop koreański i trop żartobliwy

Jedną z przyczyn mogło być odbywające się w tym tygodniu w Seulu forum „Deconomy”, zaliczające się do najważniejszych wydarzeń z tematyki zdecentralizowanej gospodarki (stąd nazwa Deconomy – decentralized economy). W ub.r. także zwiększyły się wahania cen kryptowalut, gdy odbywało się to wydarzenie. Wtedy jednak notowania zarówno bitcoina, jak i innych kryptowalut ogólnie poddawały się większym wahaniom. Jest zatem mało prawdopodobne, żeby sprawcą bieżącego wzrostu był akurat forum, które nawet jeszcze się nie rozpoczęło (4-5 kwietnia).

Istnieje jeszcze jeden możliwy trop, choć trochę daleko idący. W pierwszy dzień kwietnia serwis Finance Magnates opublikował artykuł, w którym napisał, że SEC (amerykański odpowiednik polskiego KNF) zatwierdził fundusze ETF oparte o bitcoina po nadzwyczajnym spotkaniu w sobotę. Wcześniej SEC już kilkunastokrotnie odrzucał wnioski o wprowadzenie do obrotu tego typu funduszy, co było jednym z czynników powodujących presję podażową na kryptowaluty w poprzednich miesiącach. Artykuł okazał się jednak primaaprilisowym żartem, oczywistym dla wszystkich z branży. Wątpliwe więc, aby publikacja w realny sposób wpłynęła na ceny.

Zobacz też:

Najkorzystniejsze zmiany w prawie w 2019 r. oczami przedsiębiorców

Ruchy znane z rynku walut

Choć rynek tradycyjnych walut jest nieporównywalnie większy do kryptowalutowego, również na nim zdarzają się duże zmiany, które ciężko wytłumaczyć jednym czynnikiem (czy w ogóle jakimikolwiek). Zazwyczaj są to „flash crashe”, czyli gwałtowne, kilkuprocentowe spadki lub wzrosty cenowe danej waluty, wzmagane przez realizację „stop lossów” (zleceń chroniących przed stratami). Przykładów nie trzeba szukać daleko: japońska waluta zanotowała takie wydarzenie w styczniu tego roku. Z kolei funt doświadczył czegoś takiego w październiku 2016 r.

„Flash crashe” może dotykać także kryptowaluty, których dużo bardziej spekulacyjny charakter notowań powoduje, że to okresy względnego spokoju wydają się bardziej nienaturalne. Bez względu na czynniki, które obserwowane wzrosty mogły wywołać, były one znaczne, nawet jak na kryptowaluty. Cena bitcoina osiągnęła dzisiaj niemalże 5,1 tys. dolarów i bardzo niewiele zabrakło do przekroczenia 200-dniowej średniej ruchomej (obecnie ok. 5,2 tys. dol.). Ostatni raz wartość bitcoina znajdowała się powyżej tej średniej w pierwszej połowie maja ub.r.

Droga do nowych rekordów? Już nie

Bitcoin zaliczał już oczywiście większe wzrosty centowe niż ten obecny, ale nie ma wątpliwości, że jesteśmy świadkami największej aktywności cenowej od kilku miesięcy. Dzienna zmiana cenowa przekroczyła dzisiaj trzy odchylenia standardowe, czyli coś, co ostatnio miało miejsce w listopadzie minionego roku i wydarzyło się przy okazji spadków. Poprzedni wzrost powyżej trzech odchyleń standardowych miał miejsce w grudniu 2017 r., w okresie, w którym bitcoin notował ceny zbliżone do 20 tys. dolarów.

Nie należy jednak odbierać tego jako sygnał, że ceny z pewnością wzrosną do tego poziomu, ani nawet tak, że będą nadal rosły. Rynek kryptowalut od tego czasu zdążył już nieco dojrzeć, rok spadków pozbawił także złudzeń o szybkim osiągnięciu kolejnych rekordów cenowych. Obecny wzrost aktywności może jednak wyrwać kryptowaluty z letargu i zapowiadać większą zmienność cenową w kolejnych miesiącach.

Czy polscy kierowcy, narzekając na wysokie ceny paliw, zdają sobie sprawę, że benzyna w naszym kraju jest najtańsza w całej Unii Europejskiej? Na dodatek perspektywy na rok 2019 wyglądają dziś mniej pesymistycznie niż jeszcze kilka tygodni temu – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Komisji Europejskiej benzyna bezołowiowa kosztowała w Polsce pod koniec października 5,08 zł za litr, czyli 1,18 euro. To zdecydowanie poniżej średniej w Unii kształtującej się na poziomie 1,48 euro czy wartości obserwowanych we Włoszech (1,66 euro/litr). Zwykle jednak nabywcy paliw w Bułgarii oraz w Rumunii mają tańszą „95” niż Polacy. Bywa też, że niższe ceny oferują stacje na Węgrzech, a czasami nawet w bogatym Luksemburgu. Dlaczego teraz Polska stała się unijnym liderem cen tankowania?

Podatki i krótkoterminowe zaburzenia

Choć różnice pomiędzy cenami detalicznymi benzyny w Unii są znaczne, to w większości przypadków zależą one głównie od podatków nałożonych przez państwo. Ceny paliw bez VAT-u, akcyzy, opłaty paliwowej czy innych krajowych danin są podobne w całej Wspólnocie.

Obecnie średnia cena litra benzyny w detalu po wyłączeniu wszystkich obowiązkowych podatków to ok. 0,61 centów w Unii. Taniej jest w Polsce, ale ta różnica, mimo że niemal największa w historii, nie przekracza czterech eurocentów za litr na korzyść tankujących nad Wisłą.

Zobacz też:

Co trzecia fabryka motoryzacyjna w Polsce już produkuje części do aut elektrycznych, hybrydowych lub autonomicznych

Najczęściej jednak waha się ona w granicach 2 eurocentów, a po okresach relatywnie tańszych paliw w Polsce zwykle przesuwa się na pewien czas do zera. Przez ostatnie dwa miesiące cena benzyny była więc niższa o ok. 10 groszy na litrze, niż wynikało to z wieloletnich zależności średnich cen w pozostałych krajach Unii. Niestety, na dłuższą metę detaliści nie zrezygnują z marż. Robią to tylko okresowo, by wygładzać np. silniejsze podwyżki w hurcie. Później te chwilowe straty marży są odrabiane, gdy cena podstawowego surowca, czyli ropy naftowej, spada.

Mniej pesymizmu na rok 2019

Oczekiwane silne spadki eksportu ropy naftowej przez Iran oraz problemy w Wenezueli spowodowały, że w tym roku ropa Brent momentami przekraczała 85 dol. za baryłkę. Na początku listopada jest ona jednak o kilkanaście dolarów poniżej szczytów i niewykluczone, że rok 2019 rozpocznie się jeszcze niższymi cenami.

Przede wszystkim cieszyć może wzrost wydobycia w USA. 1 listopada EIA opublikowała miesięczne dane wydobycia ropy z USA, które pokazały, że w ciągu roku (w porównaniu do sierpnia 2017 r.) wzrost produkcji ropy w Stanach Zjednoczonych wyniósł aż 22,7 proc. (o 2,1 mln baryłek w ujęciu dziennym). Obecnie Amerykanie wydobywają aż 11,3 mln baryłek ropy (b/d) każdego dnia i są największym producentem „czarnego złota” na świecie.

Rekordowe wydobycie w USA oznacza, że Amerykanie importują mniej ropy i jej produktów ze świata, a to z kolei sygnał, że dla innych krajów pozostaje więcej tego podstawowego surowca energetycznego. Średniomiesięczny import netto od stycznia do sierpnia br. wynosił zaledwie 2,88 mln b/d. Rok temu w analogicznym okresie było to 4,18 mln b/d, a jeszcze w 2011 r. import przekraczał 8,5 mln b/d.

Pozytywnym elementem może być także fakt, że Stany Zjednoczone, według doniesień agencji Bloomberg, mogą na pewien czas dać możliwość importu ropy z Iranu. Wraz z rekordową produkcją tego surowca w USA może to zmniejszyć ryzyko zbyt małej podaży w kolejnych miesiącach, a w 2019 r. doprowadzić nawet do nadpodaży na rynku ropy i odbudowy utraconych ostatnich zapasów.

Szansa na ceny poniżej 5 zł za litr

Najbliższe tygodnie nadal będą trudne dla kierowców. Detaliści będą odrabiać stracone w ostatnich miesiącach marże, a to oznacza, że mimo spadku cen ropy naftowej i paliw benzyna bezołowiowa utrzyma się lekko powyżej granicy 5,00 zł za litr.

Więcej zapłacą tankujący samochody napędzane silnikiem Diesla. Olej napędowy pozostaje drogi na europejskim rynku hurtowym, a okres niskich marż na stacjach wyraźnie dobiegł końca. W rezultacie ON może w listopadzie utrzymywać się w przedziale 5,20-5,30 zł/litr.

Na przełomie roku 2018 i 2019 sytuacja jednak powinna się nieco poprawić. Wszystko wskazuje na to, że podaż ropy zaspokaja popyt, a w takim scenariuszu powinniśmy zobaczyć ropę Brent poniżej 70 dolarów za baryłkę. W rezultacie rośnie szansa, że zarówno ON, jak i benzyna bezołowiowa spadną poniżej granicy 5,00 zł/litr.

 

Amerykanie sugerują, że zrywają z ćwierćwieczną tradycją silnego dolara. Jednak te słowa mogą mieć tylko krótkotrwałe i ograniczone znaczenie. Stan gospodarki USA to na tyle silny argument, żeby wkrótce zatrzymać spadkowy trend dolara.

„Wojny walutowe” czy „koniec polityki silnego dolara” – oto nagłówki, które obiegają serwisy finansowe na całym świecie po wypowiedziach amerykańskiego sekretarza skarbu Stevena Mnuchina, który mówił w Davos, że dla Stanów Zjednoczonych słaba waluta jest korzystna, gdyż pomaga w handlu zagranicznym. Ta wypowiedź z jednej strony jest po prostu stwierdzeniem faktu, ale z drugiej może sugerować, że Amerykanie odchodzą od niespełna ćwierćwiecznej tradycji polityki silnej waluty, nawet biorąc pod uwagę późniejsze dementi Mnuchina w „The Wall Street Journal”.

Tak czy owak wypowiedzi Mnuchina wzmogły spadkowy trend dolara. Zresztą amerykańska waluta i tak była ostatnio pod wyraźną presją sprzedających, mimo szybkiego wzrostu PKB w USA oraz perspektywy dalszych podwyżek stóp procentowych przez amerykański bank centralny. Przez minione miesiące wynikało to z faktu znacznego przepływu kapitału do krajów rozwijających się, gdyż podczas silnego globalnego ożywienia gospodarczego to właśnie tam pojawiają się szanse na najwyższe stopy zwrotu przy względnie ograniczonym ryzyku.

Polityka sobie, a rynek sobie

„Silna waluta jest w naszym narodowym interesie”. „Wierzę, że silny dolar jest w naszym narodowym interesie” – mówił Robert Rubin, sekretarz skarbu USA w latach 1995-1999, którego wypowiedzi zamieszczono m.in. w „Economic Policy: Theory and Practice”. Od tego czasu kolejni nominowani na to stanowisko oficjele powtarzali chęć dbania o siłę amerykańskiej waluty.

Co ciekawe, polityka silnego dolara miała jednak niewiele wspólnego z rzeczywistością. Pod koniec lat 90. dolar rzeczywiście był mocny, ale od pierwszych kwartałów nowego millenium indeks amerykańskiej waluty (DXY) zaczął wyraźnie tracić na wartości i w 2008 r. był o 40 proc. poniżej poziomów z początku wieku oraz osiągnął najniższe poziomy od 50 lat.

Wojna czy raczej potyczka?

Praktycznie przy każdych odniesieniach oficjeli do kursu walutowego pojawiają się opinie, że mogą one oznaczać początek „wojny walutowej”. To odważne określenie w skrócie oznacza chęć osłabienia własnej waluty w celu uzyskania wyższej konkurencyjności w handlu zagranicznym i tym samym stymulacji własnej gospodarki.

Przede wszystkim w tym momencie taka stymulacja jest niepotrzebna, zwłaszcza biorąc pod uwagę obniżki podatków w USA i wzrost PKB powyżej potencjału. Dodatkowo i tak dolar wyraźnie się osłabia, co automatycznie poprawia konkurencyjność USA. Innym argumentem jest fakt zależności poszczególnych gospodarek. Zbyt gwałtowne i odgórne obniżenie wartości amerykańskiej waluty może zmniejszyć znaczenie dolara jako globalnej waluty, a także wygenerować dodatkowe koszty finansowania np. poprzez konieczność płacenia wyższego oprocentowania przy emisji obligacji skarbowych.

Poprawienie salda obrotów z zagranicą można także osiągnąć poprzez wprowadzenie ceł. Ten pomysł jednak narażony jest na reakcję ze strony innych państw. Stany Zjednoczone chociaż mają znaczny deficyt w wymianie towarowej, to jednak jest on zmniejszany przez dodatnie saldo w wymianie usług. Ogólnie więc np. z Kanadą, Brazylią, Wielką Brytanią czy krajami zrzeszonymi w OPEC USA ma nadwyżkę w saldzie obrotów handlowych. Większe modyfikacje w tej kwestii mogą więc spowodować raczej straty niż korzyści. To sygnał, że obecne wydarzenia to raczej drobna potyczka dyplomatyczna niż zapowiedź wojny handlowej bądź walutowej.

Nawet jeśli dolar spadnie do ok. 3 zł…

Wracając więc do kwestii dolara, należy stwierdzić, że jego słaba kondycja jest głównie rezultatem silnego przepływu kapitału do walut krajów o szybszym niż USA potencjale wzrostu PKB. Bywa jednak, że takie przepływy gwałtownie się kończą, tak jak nagle się rozpoczęły. I choć niewykluczone, że bieżący trend może sprowadzić dolara nawet blisko granicy 3,00 zł, to jednak fundamenty amerykańskiej gospodarki pozostają względnie silne i wraz z rosnącymi stopami procentowymi powinny być wystarczającym argumentem, żeby niedługo zatrzymać wyprzedaż dolara, również w relacji do złotego.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

Kończy się maślane szaleństwo cenowe, jednak w polskich sklepach ceny topnieją bardzo powoli. Za masło płacimy dziś mniej więcej tyle samo co Holendrzy i o blisko 45 proc. więcej niż Finowie. Dlaczego?

Od czterech miesięcy spadają hurtowe ceny masła w Europie. Skala obniżek jest jednak bardzo różna. Ostatnie publikacje polskiego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi (MRiRW) pokazują, że ceny na giełdach masła w Niemczech czy w Holandii spadły z historycznych szczytów o prawie 40 proc. W Polsce te obniżki są znacznie skromniejsze, co powoduje, że hurtowe ceny masła są wyższe w naszym kraju niż u naszych zachodnich sąsiadów.

Hurtowe ceny wyższe u nas niż w Holandii czy w Niemczech

Biuletyny informacyjne MRiRW ze stycznia, zestawiające ceny masła w Polsce oraz na głównych rynkach hurtowych w Europie, mogą tłumaczyć dlaczego przed świętami Bożego Narodzenia polscy konsumenci wciąż słono płacili za masło, mimo że trend na rynku zmienił się już kilka miesięcy wcześniej.

Średnia grudniowa cena sprzedaży 100 kg masła wynosiła wynosiła w Polsce 481 euro. Z kolei w Niemczech czy w Holandii było to odpowiednio 425 oraz 420 euro.

Jesienią płaciliśmy w sklepach więcej niż Holendrzy

Według danych Eurostatu przeciętna cena detaliczna kilograma masła w 2015 r wynosiła w Holandii 5,12 euro, a w Polsce 4,92 euro. Wzrost cen sklepowych smarowidła w porównaniu do przeciętnych wartości z 2015 r. był np. w październiku ub.r. jednak wyższy w Polsce – 51,9 proc. niż w Holandii – 44,3 proc. Oznacza to, że Holendrzy płacili w sklepach za masło mniej niż Polacy. Było to odpowiednio 7,39 oraz 7,47 euro za kilogram.

Masło w Polsce droższe o ok. 45 proc. niż w Finlandii

Zaskakuje, już sam fakt, że za masło holenderscy konsumenci płacą mniej więcej tyle samo co polscy, biorąc pod uwagę np. różnice w kosztach pracy pomiędzy tymi krajami.

Co ciekawsze – z danych Eurostatu za grudzień br. wynika, że ceny detaliczne masła w Finlandii wzrosły jedynie o 3,03 proc. w porównaniu ze średnim poziomem w 2015 r, a w Polsce w analogicznym okresie było to 49,1 proc. Ponieważ w 2015 r. Finowie i Polacy płacili w sklepach praktycznie tyle samo za ten popularny tłuszcz – ok. 5 euro kg, teraz masło kosztuje nas ok. 45 proc. więcej niż Finów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

 

 

 

 

 

Brexit cały czas ciąży brytyjskiej walucie – od referendum funt jest nadal o kilkanaście procent słabszy w relacji do euro czy złotego. Weekendowa wypowiedź prezydenta Francji dała nadzieję na korzystniejsze dla Wielkiej Brytanii warunki rozstania z UE, co byłoby dobre także dla funta. Tylko czy brytyjski rząd pójdzie na ustępstwa?

W niedzielnym wywiadzie dla BBC Emmanuel Macron, prezydent Francji, zasugerował możliwość osiągnięcia bardziej preferencyjnego porozumienia między Wielką Brytanią a UE w porównaniu z tym, co dotychczas oferowali negocjatorzy z Brukseli. W istocie prezydent Francji sugeruje coś pomiędzy pełnym dostępem do wspólnego rynku a porozumieniem handlowym.

– Wypowiedź Macrona jest tym ciekawsza, że jak dotąd Francja była jednym z państw w największym stopniu opierającym się żądaniom Wielkiej Brytanii. Prezydent Francji zaznaczył również, że ogromny brytyjski sektor usług finansowych mógłby zostać włączony do tego potencjalnego porozumienia – zauważa Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wymagałoby to jednak znacznych ustępstw ze strony rządu Theresy May, premier Wielkiej Brytanii, najprawdopodobniej związanych ze swobodnym przepływem obywateli UE po Brexicie. Problematyczny pozostaje jednak fakt, że po ostatnich wyborach na Wyspach, pozycja May i konserwatywnej partii Torysów wewnątrz kraju ucierpiała. Nie wiadomo, na jakie ustępstwa partia pozwoli pójść pani premier.

Według opublikowanej dzisiaj ankiety “The UK in a Changing Europe”, aż 74 proc. członków ugrupowania jest przeciw wolnemu przepływowi obywateli UE do Wielkiej Brytanii, a 63 proc. nie chce, by europejski Trybunał Sprawiedliwości miał jakikolwiek wpływ na jurysdykcję w ich kraju po marcu 2019 r.

– Eurosceptycyzm wśród Torysów i brak chęci na bliższe relacje z UE po wyjściu ze wspólnoty prawdopodobnie w negatywny sposób wpłynąłby na całą gospodarkę Wielkiej Brytanii, w tym rozbudowany sektor finansowy, co odbiłoby się również na funcie – mówi Bartosz Grejner. Brytyjska waluta od referendum w połowie czerwca 2016 r. stracił do euro ok. 14 proc., a do złotego 17 proc.

Skłon w stronę “twardego” Brexitu mógłby w kolejnych miesiącach jeszcze tę przecenę pogłębiać. Jeżeli jednak zwycięży opcja utrzymania stosunkowo bliskich relacji Wielkiej Brytanii z UE, funt może stopniowo odrabiać straty poniesione po głosowaniu w połowie 2016 r., wspierany nadziejami poprawy sytuacji ekonomicznej w kraju. – komentuje analityk Cinkciarz.pl.

Sprzedaż polskich usług za granicę spektakularnie rośnie i przyczynia się do znacznej poprawy PKB. W kilku kategoriach bilansu handlu usługami opartymi o wiedzę wspięliśmy się na pierwsze miejsce w Unii Europejskiej. 

Zagraniczny handel usługami jest zdecydowanie rzadziej analizowany niż wymiana towarowa pomiędzy krajami. Jednak szybki rozwój nowoczesnych technologii, otwarte granice czy coraz głębsza specjalizacja Polski w poszczególnych branżach pokazują, że właśnie ten sektor gospodarki zasługuje na szczególną uwagę.

Prawdziwy przełom

Opublikowane na początku roku dane NBP o wymianie handlowej Polski z resztą świata pokazują bardzo optymistyczne tendencje. Za minione 12 miesięcy (grudzień 2016 – listopad 2017 r.) Polska wyeksportowała usługi o wartości blisko 220 mld zł. To o połowę więcej niż wynosił import tego sektora, co oznacza, że mieliśmy ok. 75 mld zł nadwyżki w wymianie usług z pozostałymi krajami, czyli mniej więcej 4 proc. PKB.

Tylko w ciągu ostatnich trzech lat dodatnie saldo w handlu usługami wzrosło dwukrotnie, a od 2010 r. zwiększyło się sześciokrotnie. Warto także zauważyć, że nadwyżka w handlu usługami jest o ok. 10 razy większa niż w przypadku wymiany towarowej, chociaż ta druga również rozwija się w bardzo przyzwoitym tempie.

Coraz lepiej w transporcie i turystyce

Od lat bardzo dobrze radzimy sobie w branży transportowej. Odpowiada ona mniej więcej za 30 proc. nadwyżki w saldzie usług. Mamy także najwyższy w całej Unii zagraniczny bilans towarowego transportu samochodowego, który według danych Eurostatu za 2016 r. wynosił 4,2 mld euro.

Ważny jest jednak fakt, że usługi transportowe w 2010 r. stanowiły praktycznie całość nadwyżki. Teraz natomiast pozostałe 70 proc. to efekt coraz wyższej konkurencyjności Polski w innych branżach. Należy do nich np. turystyka, gdzie dodatnie saldo w ciągu ostatnich sześciu lat zwiększyło się czterokrotnie.

Wygrywamy w usługach opartych o wiedzę

Największa poprawa nastąpiła jednak w kategorii „usługi telekomunikacyjne, informatyczne i informacyjne”. W 2010 r. Polska miała deficyt w handlu tymi usługami na poziomie przekraczającym pół miliarda złotych. Według ostatnich szczegółowych danych NBP za 2016 r. teraz mamy nadwyżkę na poziomie 8,7 mld zł, do czego przyczyniły się przede wszystkim usługi informatyczne (8 mld zł). Daje nam to także piąte miejsce w Unii, podczas gdy w 2010 r. było to czwarte, ale… od końca.

Poza usługami informatycznymi nasza konkurencyjna pozycja poprawiła się zauważalnie w szeroko pojętych usługach biznesowych, a zwłaszcza księgowych, audytowych oraz konsultacji podatkowej. Nadwyżka na poziomie 5 mld zł daje nam unijne zwycięstwo w tej kategorii.

Inną branżą, gdzie liderujemy we Wspólnocie i osiągnęliśmy olbrzymi wzrost dodatniego salda, są usługi uszlachetniania, czyli zgodnie z definicją NBP „przetwarzania, montażu, etykietowania, pakowania”. Nasza nadwyżka za 2016 r. wynosiła ponad 13 mld zł, zwiększając się przy tym trzykrotnie w ciągu ostatnich sześciu lat. Zapewnia nam to także pierwsze miejsce w Unii w tej kategorii.

Same dobre skutki dla gospodarki

Spektakularny wzrost konkurencyjności polskich usług na świecie niesie same pozytywne następstwa. Przede wszystkim pokazuje, że zarówno krajowi przedsiębiorcy wygrywają kontrakty na światowym rynku, jak i rodzimi pracownicy w centrach usług wspólnych są bardziej produktywni niż zatrudnieni w branżach informatycznych czy biznesowych za granicą.

Ten sukces powinien być widoczny także w najważniejszej publikacji dotyczącej gospodarki, czyli PKB. Ponieważ do wzrostu gospodarczego wlicza się zmiana salda obrotów z zagranicą, to poprawa bilansu usług w okolicach 16 mld zł w porównaniu z 2016 r. podniosła prawdopodobnie wzrost gospodarczy o ok. 0,8 pkt proc. w ub.r.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

4973,73 zł – oto średnia grudniowa pensja w Polsce, wg opublikowanych dziś danych GUS. W skali roku oznacza to wzrost wysokości płac o 7,3 proc. Zarobki w Polsce są teraz najwyższe od denominacji złotego w 1995 r. Kolejna dobra wiadomość: poprawiający się stan polskiej gospodarki, a także sytuacja na rynku pracy sugerują, że płace nadal będą szybko rosły.

Sytuacja wewnętrzna się poprawia…

Przez kilka miesięcy z rzędu płace rosły w tempie od 6 do 7 proc. w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Choć miesięczne dane GUS pokazują wynagrodzenie brutto dla przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób, a dane są średnią a nie medianą (duże miasta jak Warszawa zawyżają średnią), trend wzrostowy przenosi się na cały rynek pracy.

To efekt poprawiającej się w ostatnich kwartałach kondycji polskiej gospodarki. Wzrost gospodarczy osiągnął pod koniec ub.r. blisko 5 proc. I choć napędzany był głównie przez konsumpcję, ryzyko znacznego spadku tempa rozwoju gospodarki w kolejnym roku jest niewielkie. W 2018 r. najprawdopodobniej będziemy obserwować znaczny wzrost inwestycji, co powinno w dalszym ciągu wspierać wzrost PKB, a także pozytywnie oddziaływać na rynek pracy.

Presję na wzrost płac wywołuje także sytuacja na rynku pracy. Malejące praktycznie z miesiąca na miesiąc bezrobocie, przy rosnącej liczbie miejsc pracy, powoduje, że coraz ciężej pracodawcom znaleźć odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Stąd muszą oferować wyższe wynagrodzenia. NBP szacuje, że w tym oraz w przyszłym roku wynagrodzenia Polaków wzrosną ok. 6,5 proc. Niewykluczone jednak, że będzie jeszcze lepiej.

Dobrym przykładem mogą być Czechy oraz Węgry. Sytuacja pracownika u naszych sąsiadów z południa wygląda nawet korzystniej niż w Polsce. Płace rosną w podobnym, wysokim tempie, ale przy jeszcze niższej stopie bezrobocia. Według danych Eurostatu, jest ona najniższa w całej Unii Europejskiej i wyniosła 2,5 proc. w listopadzie (w Polsce 4,5 proc.). Czechom brakuje rąk do pracy i dlatego zachęcają m.in. Polaków wysokim wynagrodzeniem i benefitami pozapłacowymi. Z kolei na Węgrzech płace według ostatnich danych Eurostatu rosły w tempie 12,9 proc. r/r, a bezrobocie w listopadzie było na poziomie jedynie 4 proc. Widać więc, że w wiodących krajach naszego regionu sytuacja dla pracowników mocno się poprawia.

…zewnętrzna także. Będzie lepiej!

Tak wysokie tempo wzrostu płac w Polsce nie byłoby możliwe bez zdecydowanej poprawy kondycji największych gospodarek w Europie. Napływające dane makroekonomiczne nie wskazują, by trend ten miał się odwrócić. Wręcz przeciwnie! Poprawiająca się sytuacja w kraju i zagranicą sprawia, że w kolejnych miesiącach Polacy są skazani na podwyżki płac w wysokim tempie. I chociaż grudniowe dane zwykle zaburzają jednorazowe nagrody i premie, już niedługo przeciętne wynagrodzenie w przedsiębiorstwach może przekraczać 5 tys. zł przez większość roku.

 

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wystarczyło ledwie kilka tygodni, by wartość Bitcoina poleciała w dół – aż o 9 tys. dolarów. Spadek mogły wywołać działania władz Korei Południowej, Chin oraz notowania giełdowe w oparciu o Bitcoina.

W połowie grudnia najpopularniejsza kryptowaluta kosztowała blisko 20 tys. dolarów. We wtorek 16 stycznia, czyli ledwie miesiąc później kosztuje już prawie o połowę mniej – nieco poniżej 11 tys. dolarów.

Wątek koreański oraz wejście na giełdę

Spadek ceny Bitcoina może być efektem pogorszenia się ogólnego sentymentu, m.in. przez działania władz Korei Południowej, które ostatnio sugerowały pomysł znacznego ograniczenia handlu kryptowalutami. Cytowany przez agencję Bloomberg minister finansów Kim Dong-Yeon powiedział, że “zamknięcie giełd kryptowalut nadal pozostaje opcją”, ale ta sprawa wymaga “poważnej” dyskusji pomiędzy ministrami.

Z kolei dwie giełdy w USA (CBOE i CME) w grudniu uruchomiły notowania kontraktów terminowych (futures) w oparciu o Bitcoina. Krótko po tym cena najbardziej znanej kryptowaluty wzrosła do blisko 20 tys. dolarów.

Jednak teraz uruchomienie kontraktów mogło się stać także jednym z powodów zatrzymania wcześniejszych spektakularnych wzrostów Bitcoina, ponieważ zwiększyła się liczba inwestorów instytucjonalnych zaangażowanych w obrót Bitcoinem. Kontrakty pozwalają korzystać ze strategii handlu nastawionych również na spadki ceny Bitcoina.

Spadek i co dalej?

Czy przecena najpopularniejszej kryptowaluty może jeszcze się pogłębić? Trudno o odpowiedź, ponieważ w odróżnieniu od standardowych walut, czynniki fundamentalne w cenie BTC nie odgrywają dużej roli. Zdecydowanie ważniejsze są emocje, które mogą spowodować, że procentowa skala wahań przekroczy nawet te widziane w ostatnich latach.

Z ostatniej chwili: Chiny zaostrzą walkę z kryptowalutami

Z pozyskanej dzisiaj przez agencję informacyjną Reuters wewnętrznej notatki z ubiegłotygodniowego spotkania rządu Chin wynika, że rząd Chin będzie wywierał znaczną presję na kryptowaluty. Wiceprezydent chińskiego banku centralnego (PBOC) twierdzi, że “władze powinny zakazać scentralizowanego handlu kryptowalutami oraz zakazać działalności usług z tym powiązanych zarówno przez przedsiębiorców, jak i osoby prywatne” – pisze Reuters. Biorąc pod uwagę, że Chiny to jeden z największych rynków kryptowalut, może to wywierać dodatkową negatywną presję na notowania wirtualnych walut, w tym Bitcoina.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl

Pierwsze dni stycznia przynoszą pogłębienie spadków franka. Szwajcarska waluta jest o 1 proc. poniżej wartości z końca grudnia i prawie 15 proc. w porównaniu do początku zeszłego roku. Co wpłynęło na znaczne zmiany i czy frankowicze mogą liczyć na kolejne spadki? 

Dobre nastroje gospodarcze w strefie euro połączone z działaniami Szwajcarskiego Banku Narodowego i względnie silną polską walutą powodują, że wycena franka w relacji do złotego spada do najniższych poziomów od początku 2015 r.

Ledwie rok temu za szwajcarską walutę płaciliśmy ok. 4,10 zł, czyli prawie 50 gr więcej niż obecnie. Dziś kurs wreszcie wrócił do wartości sprzed uwolnienia kursu przez Szwajcarski Bank Narodowy (SNB).

Po pierwsze: sygnały ze strefy euro

Głównym powodem silnego franka w ostatnich kilku latach była słaba kondycja niektórych krajów strefy euro. Kryzys zadłużeniowy powodował, że inwestorzy zaczęli wyceniać ryzyko rozpadu obszaru wspólnej waluty, a zabezpieczeniem przed jego negatywnymi skutkami miało być posiadanie franka.

Kwestie gospodarcze przekładały się także na podwyższone ryzyko polityczne, które dobrze było widoczne jeszcze na początku zeszłego roku. Dopiero zwycięstwo we francuskich wyborach Emmanuela Macrona zauważalnie zmniejszyło obawy inwestorów o stabilność strefy euro. Od tego czasu euro w relacji do franka wzmocniło się o 10 proc.

Redukcja systemowego zagrożenia dla strefy euro pozwoliła także na poprawę sentymentu wśród europejskich przedsiębiorców oraz konsumentów. To przyczyniło się do szybszego od oczekiwań wzrostu gospodarczego i rozpoczęcia wycofywania się z bardzo łagodnej polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

Po drugie: działanie Szwajcarów

Niebagatelnym elementem, zmniejszającym apetyt na szwajcarskie aktywa w kryzysowych momentach oraz przyczyniającym się do osłabienia franka w minionych miesiącach, jest polityka pieniężna SNB. Władze monetarne tego alpejskiego kraju utrzymują ujemne stopy procentowe oraz sugerują przeprowadzanie interwencji w celu osłabienia franka. Mimo ostatnich spadków SNB nadal wydaje opinię o „wysoko wycenionej” walucie Szwajcarii.

Interwencje walutowe dobrze widoczne są w danych publikowanych przez SNB. Aktywa banku centralnego wyrażone w zagranicznej walucie przez trzy lata (dane na trzeci kwartał 2017 r.) wzrosły o ponad 300 mld franków – do 784 mld franków (prawie 120 proc. PKB).

Nabywając zagraniczne aktywa, bank centralny sprzedaje franki i dzięki temu osłabia lokalną walutę. Według danych SNB za trzeci kwartał 80 proc. aktywów stanowią zagraniczne obligacje (głównie skarbowe z wysokim ratingiem). Reszta to przede wszystkim akcje. Szwajcarski bank centralny na koniec 2016 r. miał w swoim portfelu akcje ok 6500 spółek na świecie. Z kolei dane amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) pokazują, że tylko w USA portfel SNB obejmuje akcje 2755 spółek o wartości ponad 100 mld USD (trzy lata temu było to 25 mld USD).

Komunikaty SNB nie wskazują, by polityka z ostatnich lat miała zostać wyraźnie zmodyfikowana. Również z prognoz makroekonomicznych nie wynika, by inflacja miała przekroczyć cel przed 2020 rokiem, stąd w najbliższych kwartałach raczej nie należy oczekiwać zmiany w działaniach władz monetarnych.

A teraz czas na stabilizację?

Znaczna poprawa perspektyw gospodarczych w Europie oraz w innych krajach rozwiniętych wspiera wycenę walut krajów rozwijających. Korzysta na tym również złoty, którego wartość w relacji do euro wzrosła o 5 proc. przez ostatni rok.

Wiele wskazuje na to, że frank może nadal być dość słaby, jednak powtórzenie skali spadku o prawie 50 gr, co zdarzyło się w ostatnim roku, jest mało prawdopodobne. Światowe przewartościowanie franka zostało silnie skorygowane w ostatnich miesiącach. Również złoty w relacji do euro powrócił do wieloletnich średnich. Ogranicza to potencjał korzystnych zmian dla frankowiczów.

Dodatkowo cały czas można znaleźć pewne zagrożenia dla bardzo dobrych dziś nastrojów globalnych. W marcu zaplanowane są wybory we Włoszech. Ich wynik jest dość sporą niewiadomą, a ryzyko braku utworzenia rządu znaczne. Ponowna elekcja na jesieni mogłoby zwiększyć szansę na wygraną eurosceptycznych ugrupowań, co przy słabej kondycji gospodarczej Italii prawdopodobnie przyczyni się do powrotu obaw o stabilność obszaru wspólnej waluty i może wzmocnić franka. W rezultacie więc średnioroczny kurs franka blisko bieżących poziomów wydaje się bardziej prawdopodobnym scenariuszem niż kontynuacja wyraźnych spadków.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Przekraczanie granicy, dziś w większości Europy ledwie zauważalne, kiedyś zabierało czas, wiązało się z procedurami. Oczekiwanie w kolejce, kontrole paszportu, bagażnika, odpowiedzi na pytania o cel podróży – to nie zawsze było miłe. Ale były też czasy, gdy z Polski za granicę mogli wyjeżdżać tylko nieliczni.

– Bardzo wiele zmieniło się równo 10 lat temu. W nocy z 20 na 21 grudnia 2007 r. podróżowanie po Europie nagle stało się dla Polaków o wiele łatwiejsze – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl.

Czteromilionowa przestrzeń swobody

Polska oficjalnie witała się z Europą otwartych granic w dolnośląskiej wsi Porajów, położonej po sąsiedzku z Niemcami i Czechami oraz w Budzisku na granicy z Litwą. Szefowie trzech państw oraz unijni oficjele przemawiali, padali sobie w ramiona, a tzw. zwykli obywatele mogli bez żadnych przeszkód wybrać się za granicę na spacer. Przy innych przejściach granicznych Polacy także cieszyli się z wejścia do strefy Schengen. Na plaży w Świnoujściu symbolicznie rozcinali zasieki.

Nazwa strefy wywodzi się od miejscowości w Luksemburgu. W czerwcu 1985 r. właśnie w Schengen przedstawiciele pięciu krajów (Belgii, Francji, Holandii, Luksemburga, RFN) podpisali porozumienie o stopniowym likwidowaniu przejść i kontroli granicznych. Wyrażoną wtedy wolę zrealizowali 10 lat później. Ich idea stopniowo rozprzestrzeniła się na niemal cały kontynent.

– Po wstąpieniu do strefy Schengen Polacy zaczęli o wiele więcej podróżować za granicę, wg danych OECD, ich liczba zwiększyła się w latach 2008-2016 o blisko 50 proc. Zadziałało to także w drugą stronę, tzn. więcej zagranicznych turystów przyjechało do Polski, w tym samym okresie ich liczba wzrosła o 35 proc – mówi analityk Cinkciarz.pl.

Wydarzenie z grudnia 2007 r. stanowiło przełom nie tylko w Polsce. Wraz z naszym krajem do Europy bez granic wchodziły także: Czechy, Estonia, Litwa, Łotwa, Malta, Słowacja, Słowenia i Węgry. Dziś przestrzeń swobodnego przemieszczania się tworzy aż 29 państw, a wolę przystąpienia do strefy sformułowały cztery kolejne.

Od Skandynawii po skraj Półwyspu Iberyjskiego przez ponad cztery miliony kilometrów kwadratowych z reguły można podróżować swobodnie. Wyjątki powstają najczęściej tylko w sytuacjach zagrożenia. Np. latem tego roku Niemcy, organizując szczyt G20, na miesiąc przywrócili kontrole na swoich granicach. Podobnie działo się też kilka miesięcy wcześniej, gdy kilka krajów ograniczyło swobodny ruch z uwagi na kryzys migracyjny.

Zanim runęły mury

Ogólnie jednak w strefie Schengen podróżowanie odbywa się bez przeszkód, a korzystający z tego udogodnienia nastoletni Polacy nie mogą pamiętać, jak to wyglądało, zanim runęły mury, a zagranica, którą mogliśmy poznawać, składała się zasadniczo z bratnich państw socjalistycznych.

Przez kilkadziesiąt lat w powojennej Polsce nie istniały kantory, pierwszy z nich powstał ponoć dopiero w 1989 r. Wcześniej wymiana walut była zasadniczo nielegalna. Zresztą ludzie i tak częściej potrzebowali np. dolarów, marek czy funtów bardziej po to, by lokować w nich swoje oszczędności, niż na wycieczkę. W latach 50 -70 klucze do zagranicznych wyjazdów, czyli paszporty, polskie władze wydawały obywatelom niechętnie, najczęściej tylko na wyjazdy służbowe lub na tzw. zaproszenie. Po powrocie do kraju paszport należało zwrócić do biura paszportowego, które mieściło się w lokalnej komendzie milicji. Na forach historycznych można wyszperać dane, że w latach 60. przez cały rok z Polski do krajów kapitalistycznych wyjeżdżało ledwie ok. 50 tys. osób oraz ok. dwa razy więcej do krajów socjalistycznych.

W latach 70. dużo łatwiejsze stały się wycieczki do NRD i Czechosłowacji, lecz od zachodniej Europy Polaków ciągle oddzielała kurtyna, za którą nie dawało się ot, tak zwyczajnie wychylić. Przeszkodę stanowiły nie tylko problemy paszportowe, ale także wizy i koszty. Nieliczne wycieczki były w zderzeniu ze średnimi zarobkami pracowników w Polsce absurdalnie drogie.

Dopiero pod koniec lat 80. każdy dorosły Polak mógł sobie wyrobić wieloletni paszport na wszystkie kraje świata i trzymać ów dokument stale w domu. Jak bardzo Polacy tęsknili za taką chwilą, mówiły tłumy chętnych przed biurami paszportowymi. Powstawały komitety kolejkowe, listy obecności, całonocne dyżury – wielu ludzi marzyło o przepustce do zagranicznych wyjazdów, choćby do Berlina Zachodniego, w którym 1989 runął mur przez 28 lat dzielący miasto na dwa państwa.

Nie godząc się na zakazy

Dziś wydaje się nieprawdopodobne, że ledwie kilkadziesiąt lat temu w komunistycznej Polsce ludzi, którzy chcieli żyć i zarabiać w innym państwie, propaganda piętnowała niczym “zdrajców i sprzedawczyków”. Mimo to Polaków ciągnęło w świat. Nasz kraj tkwił w środku Europy niczym zamknięta strefa z pilnie strzeżonymi granicami, dlatego tzw. zwykli obywatele, ale także gwiazdy sportu czy artyści porywali się na ucieczki, nierzadko brawurowe. Innymi sposobami na emigrację stawały się wyjazdy legalne, na których wyjeżdżający odmawiali powrotu do kraju i prosili o azyl, czyli zalegalizowanie pobytu za granicą.

Często decydowały o tym względy ekonomiczne, ale też kwestie światopoglądu, polityki, bądź po prostu wola sprzeciwu przeciwko zakazom. Później na kanwie historii najbardziej spektakularnych ucieczek powstawały książki, filmy, reportaże. Twórcy brali na warsztat wzięte z życia pasjonujące historie: np. o ucieczce znanego piłkarza przez okno hotelowego pokoju przy okazji wyjazdu na pucharowy mecz z zagraniczną drużyną, o porwaniu statku lub samolotu, o ukrywaniu się wśród bagaży, albo w konstrukcji podwozia ciężarówki, o rejsach kutrami rybackimi do Danii lub Szwecji.

Najpierw Unia, później Schengen

Wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz przystąpienie do strefy Schengen, które zaczęło obowiązywać w grudniową noc 2007 r., dało Polakom nie tylko wygodę w podróżowaniu po Starym Kontynencie. Dziś obywatele naszego kraju mogą też wybrać kraj, w którym chcą mieszkać, pracować, korzystać ze świadczeń medycznych czy emerytalnych.

Dane statystyczne mówią, że coraz więcej ludzi korzysta z tego przywileju.

– W 2004 r., w krajach Unii Europejskiej żyło 770 tys. Polaków. Ledwie rok później pierwszy raz złamaliśmy barierę miliona (1,2). Po kilku kolejnych latach w UE, ale poza Polską, mieszkało już ponad 2 mln Polaków, a dane GUS za 2016 r. mówią już o ponad 2,2 mln naszych rodaków, którzy zdecydowali się na unijną emigrację. Warto dodać, że wspomniane 2,2 mln to jednocześnie ogromna większość całej polskiej emigracji, którą GUS w ub.r. oszacował na nieco ponad 2,5 mln – mówi Bartosz Grejner, analityk rynkowy portalu finansowego Cinkciarz.pl. – Szacunki GUS mogą być jednak nieco konserwatywne. Dane OECD wskazują, że w samych Niemczech obecnie żyje ok. 1,3 mln Polaków, a w Wielkiej Brytanii niecały milion – mówi analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

 

Czy po Brexicie Wspólnotę opuści kolejne państwo? Sondaże przed planowanymi na początek marca wyborami we Włoszech dają szanse na zwycięstwo eurosceptycznej partii, co w połączeniu chłodnym nastawieniem Włochów do UE i słabą sytuacją gospodarczą kraju niesie ryzyko ożywionej dyskusji o „Italexicie”. 

Mijający rok upłynął na spekulacjach, czy po Brexicie – opuszczeniu Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię – Wspólnotę mogą czekać kolejne „exity”? Chociaż finalnie żadne państwo nie dołączyło do Zjednoczonego Królestwa, to zbliżające się wybory we Włoszech mogą podnieść temperaturę dyskusji o dezintegracji strefy euro czy nawet Unii Europejskiej.

Wyścig o najniższą pozycję z Grecją

Podstawowym problemem Włoch jest bardzo słaba gospodarka. W latach 2000-2016 jej realny (z uwzględnieniem inflacji) PKB na mieszkańca obniżył się o 5 proc. według danych Eurostatu. Strefa euro urosła w tym czasie o 12 proc., cała Unia o 18 proc. w Polsce wzrost wyniósł aż 75 proc.

Ciekawostką może być fakt, że rezultat Włoch jest gorszy nawet niż Grecji. Co prawda PKB na mieszkańca Hellady również spadło w badanym okresie, ale mniej niż w przypadku Italii –  niecałe 3 proc. Brak wzrostu gospodarczego od początku nowego millenium dodatkowo wiąże się ze wzrostem zadłużenia. Stosunek długu do PKB (dla całego kraju) zwiększył się ze 105 do 132 proc. PKB, a w całej UE gorzej pod tym względem wypada już tylko Grecja.

Nieefektywność włoskiego państwa bardzo dobrze potwierdzają także dane z rynku pracy. Współczynnik zatrudnienia dla populacji w wieku 15-64 lata wynosił 58,1 proc. w drugim kwartale 2017 r. To najniższy po Grecji (54 proc.) rezultat w UE, gdzie średnia wynosi 67,7 proc. Liderzy Wspólnoty – Szwecja czy Niemcy – osiągają wyniki ok. 77 oraz 75 proc.

Niewielkie są również szanse, by ta fatalna sytuacja gospodarcza Włoch uległa szybkiej poprawie. M.in. dlatego, że widać znaczne zaległości w budowaniu kapitału ludzkiego. Odsetek osób, które nie uczestniczą w edukacji, nie szkolą się oraz nie pracują (NEET) wynosi we Włoszech aż 30,7 proc. dla przedziału wiekowego 20-34 lata (ostatnie dane Eurostatu za 2016 r.). To gorszy rezultat niż w Grecji (30,5 proc.). Unijna średnia i wyniki Polski to ok. 18 proc., a rezultaty Szwecji czy Holandii są poniżej granicy 10 proc.

Dodatkowo, według publikacji Eurostatu, Włosi legitymują się najniższym w całej Unii odsetkiem osób z wyższym wykształceniem. W przedziale wieku 25-54 lata studia ukończyło tylko 19,4 proc. obywateli. Zaskakujący może być również fakt, że jest to nie tylko najgorszy wynik w UE, ale wyższym poziomem może pochwalić się Turcja (19,8 proc.) czy Macedonia (22,5 proc.).

Króluje unijny sceptycyzm

Bardzo słabe kilkanaście lat we włoskiej gospodarce łączy się z ograniczonym zaufaniem do Unii Europejskiej. Według jesiennego Eurobarometru, cyklicznego badania nastrojów przeprowadzonego przez Komisję Europejską, tylko 29 proc. ankietowanych Włochów uważa, że ich głos liczy się we Unii. To co prawda więcej niż w Grecji (22 proc.), ale już mniej niż Wielkiej Brytanii (33 proc.), która przecież opuszcza UE. Warto natomiast pamiętać, że Włochy były jednym z sześciu państw, które założyły Wspólnotę (początkowo Węgla oraz Stali).

Dane Eurobarometru bardzo dobrze pokazują także nastroje gospodarcze Włochów i ich spojrzenie na Unię. Najgorzej ze wszystkich badanych państw oceniają oni sytuację ekonomiczną UE. Aż 58 proc. uważa że jest ona obecnie zła. Nawet w Grecji ta ocena jest bardziej optymistyczna (52 proc.). W Polsce tylko 19 proc. ankietowanych sądzi, że gospodarka UE jest w złym stanie.

Mieszkańcy Italii, w najmniejszym stopniu z całej UE, popierają wolność przemieszczania się pracy czy uczenia się we Wspólnocie (za jest 68 proc. ankietowanych). Wśród wszystkich krajów strefy euro najmniejsze poparcie dla wspólnej waluty wyrażają właśnie Włosi (59 proc.). Oni także, prócz Greków, w najmniejszym stopniu z 28 ankietowanych przez KE państw czują się obywatelami Unii (54 proc.). Nawet w opuszczającej Wspólnotę Wielkiej Brytanii ten odsetek jest większy i wynosi 55 proc. W Polsce jest to 77 proc. Ważniejszy jednak jest fakt, że w Hiszpanii czy Portugalii jest to ponad 80 proc., a przecież ostatni kryzys gospodarczy dotkliwie przechodził cały Półwysep Iberyjski. Badania Eurobarometru mogą świadczyć o tym, że Włosi własne niepowodzenia tłumaczą w znacznej części uczestnictwem w Unii, a nie krajowym zaniedbaniami.

Marcowe wybory wielką niewiadomą

We włoskiej polityce od dawna brakuje stabilizacji. Od zakończenia II wojny światowej mniej więcej co rok zmieniał się rząd. Zwykle jednak były to albo lewicowo, albo prawicowo-centrowe koalicje. Najbliższe wybory za niecałe trzy miesiące (4 bądź 11 marca) mogą jednak pokazać zupełnie inny obraz Włoch.

W sondażach prowadzi obecnie eurosceptyczny Ruch Pięciu Gwiazd z 27-28 proc. poparcia. Ma on przewagę mniej więcej 3-4 pkt proc. nad tworzącą teraz rząd Partią Demokratyczną. Praktycznie łeb w łeb idą legitymujące się ok. 15 proc. poparciem eurosceptyczna Liga Północna oraz centroprawicowa Forza Italia Silvio Berlusconiego.

Chociaż istnieje spore ryzyko przejęcia władzy przez eurosceptyków, to jednak rynek na razie jest dość spokojny. Wynika to z faktu, że liderujący w sondażach Ruch Pięciu Gwiazd wyklucza wchodzenie w koalicję. Liga Północna natomiast może dołączyć koalicji z Forza Italia. Dodatkowo niedawno została zmieniona ordynacja wyborcza, która raczej sprzyja ugrupowaniom o ugruntowanej pozycji.

Warto jednak zauważyć, że podzielonemu parlamentowi w ogóle może być trudno utworzyć rząd. Wtedy ryzyko negatywnego scenariusza wyraźnie wzrośnie. Negocjacje wokół utworzenia wielkiej koalicji lewicowo-prawicowej mogą toczyć się miesiącami, a wcale nie musi ona długo przetrwać. Kolejne wybory, biorąc pod uwagę badania Eurostatu, mogą jeszcze bardziej wzmocnić eurosceptyczne nastroje i zwiększyć poparcie dla reprezentujących ten pogląd ugrupowań. W tym momencie będzie już wystarczająco duże zagrożenie, by rynki zaczęły spekulować o Italexicie – opuszczeniu strefy euro bądź nawet UE przez Włochy.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie nauki z pracą. To o połowę mniej niż w strefie euro oraz jedna trzecia tego, co w Niemczech. Marnują się więc potencjalne zasoby pracowników, mimo że koniunktura na rynku jest bardzo dobra.

Rosnące wynagrodzenia, historycznie niskie bezrobocie oraz napływ pracowników z Ukrainy skłaniają do wniosku, że popyt na pracę w Polsce jest rekordowo wysoki. Coraz częściej mówi się także o możliwych negatywnych skutkach dla przyszłego wzrostu gospodarczego ze względu na braki zasobów siły roboczej związane chociażby ze starzejącym się społeczeństwem.

Faktycznie jednak w naszym kraju „ukryte” są znaczne pokłady osób, które mogłyby przynajmniej częściowo zredukować lukę związaną z uwarunkowaniami demograficznymi, obniżeniem wieku emerytalnego czy niską aktywnością zawodową kobiet bez wyższego wykształcenia. Tym rozwiązaniem może być aktywizacja osób młodych, często studentów, którzy wyraźnie nie garną się do pracy.

Aktywizacja NEET-ów nie rozwiąże problemu

Kilka lat temu w Unii Europejskiej odbyła się szeroka dyskusja na temat młodych osób (15-24 lata), które ani nie pracują, ani się nie uczą, ani nie kształcą się zawodowo (NEET – neither in employment nor in education and training). Pomiędzy rokiem 2008 a 2012 ich liczba w UE wzrosła o milion osób i wyniosła 7,5 mln.

Obecnie jednak liczba NEET-ów w UE jest mniejsza niż przed rokiem 2008, a jej wzrost wynikał prawdopodobnie głównie z głębokiego kryzysu ekonomicznego. Również w Polsce NEET-ów sukcesywnie ubywa. Warto jednak zauważyć, że choć społecznie jest to trudny problem, gdyż te osoby ciężko zaktywizować ze względu na zwykle niskie kwalifikacje, ich odsetek w całej populacji ludzi młodych jest stosunkowo niewielki i wynosi zarówno w Polsce, jak i w Unii ok. 11 proc.

Nawet gdyby udało się zmniejszyć liczbę NEET-ów o połowę, czyli do wartości obserwowanych w Niemczech, Holandii czy Szwajcarii, to liczba pracujących lub uczących się mogłaby wzrosnąć o ok. 200 tys. To dużo, ale nie są to wartości na tyle przełomowe, by zauważalnie poprawiły kondycję całej gospodarki.

Student się uczy, ale pracować już nie chce

Zupełnie inaczej przedstawia się kwestia osób uczących się, które praktycznie nie uczestniczą w rynku pracy, a przy stworzeniu odpowiednich warunków mogłyby to robić. Współczynnik zatrudnienia osób w wieku 15-19 lat (przedział wiekowy stosowany przez Eurostat) w Polsce wynosi zaledwie 2,7 proc. na koniec 2016 r. W przypadku całej Unii jest to 12 proc., a w Danii oraz Holandii dochodzi do granicy 50 proc. Wyrównanie chociaż unijnego wyniku oznacza wzrost zatrudnienia o 150 tys. kształcących się osób.

Zaskakująco niski jest także poziom zatrudnienia wśród osób kontynuujących naukę w wieku 20-24 lata. W Polsce wynosi on zaledwie 11,4 proc. i sukcesywnie spada przez ostatnią dekadę (w 2008 r. było to 18,2 proc., a w 2010 r. 15,7 proc.). Niewykluczone, że dzieje się tak, ponieważ coraz mniejszy odsetek studentów płaci za studia, a łączenie pracy oraz nauki w Polsce, jeżeli nie wymaga tego sytuacja finansowa, jest mało popularne.

Według corocznych raportów GUS dotyczących szkół wyższych i ich finansów w roku akademickim 2007/2008 odsetek studentów otrzymujących darmową edukację (uczelnie publiczne, studia stacjonarne) wynosił 42 proc. Po czterech latach było to 51 proc., a według najnowszych danych GUS za rok akademicki 2016/2017 sięgnął on poziomu 60 proc. Z kolei według badań przeprowadzonych przez Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w 2010 r. aż 76 proc. studentów zrezygnowałoby z zatrudnienia lub nie szukałoby pracy, gdyby posiadało odpowiednie wsparcie finansowe od rodziców.

Kilkaset tysięcy zdolnych do podjęcia zatrudnienia

Z populacji ok. 3 mln osób w wieku 18-24 lata edukację kontynuuje ok. 1,8 mln (1,4 mln studentów). Tylko 9,7 proc. spośród nich ma zatrudnienie. To zdecydowanie gorszy rezultat niż średnia w strefie euro – 20 proc. czy wyniki liderów – Holandii – 45 proc., Danii – 44 proc. oraz Niemiec – 31,4 proc.

Wzrost odsetka zatrudnienia wśród uczących się młodych dorosłych o każde 10 pkt proc. oznacza blisko 200 tys. nowych pracowników na rynku, i to takich, którzy po ukończeniu edukacji, będą lepiej przygotowani do pełnoetatowej posady niż ich rówieśnicy bez doświadczenia.

 

autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Europejska ropa Brent jest najdroższa od ponad dwóch lat, cena przekroczyła 60 dolarów za baryłkę. Spadają również globalne zapasy tego surowca, a porozumienie producentów o ograniczeniu wydobycia może zostać przedłużone na cały 2018 rok. Paliwo na stacjach też podrożeje.

Napływające z rynku informacje sugerują, że kierowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni. Od 20 października cena benzyny 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) wzrosła o 11 gr i osiągnęła poziom 1,71 zł za litr. Brakuje 14 gr, by popularna bezołowiówka kosztowała najwięcej od lata 2015 r.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z dieslem. W holenderskich oraz belgijskich rafineriach – po 9-groszowym wzroście w ciągu niespełna tygodnia – olej napędowy kosztuje 1,73 zł za litr i jest tylko 8 gr poniżej szczytów z lipca 2015 r.

Potentaci sugerują ograniczenie wydobycia

Całkiem niedawno, bo we wrześniu br., ceny paliw również gwałtownie rosły. Wtedy jednak podwyżki były następstwem huraganów, które nawiedziły Stany Zjednoczone i zaburzyły globalną produkcję. Tamte wydarzenia miały jednak charakter przejściowy. Tymczasem obecne wzrosty cen mogą utrzymać się przez wiele miesięcy.

W ostatni piątek, a także podczas minionego weekendu przedstawiciele Arabii Saudyjskiej sugerowali możliwość przedłużenia ograniczenia wydobycia do końca 2018 r. We wrześniu OPEC wydobywał o milion baryłek ropy naftowej dziennie mniej niż rok temu. Za przedłużeniem porozumienie opowiada się również Rosja, która dziennie produkuje o 200 tys. baryłek mniej niż we wrześniu 2016 r.

Mniejsze zapasy u progu zimy

Sugestie ze strony OPEC oraz Rosji doprowadziły do tego, że cena sprzedawanej m.in. w Europie ropy Brent przekroczyła 60 dolarów za baryłkę i osiągnęła najwyższe poziomy od ponad dwóch lat. Poza zmianami związanymi z podażą „czarnego złota” warto także zwrócić uwagę na popyt i zapasy, które są także niezwykle ważne dla cen. Według październikowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) tempo wzrostu popytu w III kwartale wyhamowało z rekordowych 2,2 mln baryłek do 1,2 mln baryłek. Cały czas jednak IEA przewiduje, że wzrost globalnego zapotrzebowania na ropę naftową wyniesie średnio 1,6 mln baryłek (1,6 proc.) w tym roku oraz 1,4 mln baryłek (1,4 proc.) w przyszłym.

Po wielu kwartałach, w których rosły zapasy ropy oraz paliw, następują wyraźne spadki. Jeszcze w styczniu br. globalne rezerwy przekraczały 5-letnią średnią o 318 mln baryłek. Teraz, według IEA, są one o niemal połowę mniejsze (170 mln). Szczególnie niepokojąco wygląda sytuacja diesla. W Stanach Zjednoczonych jego zapasy spadły do najniższych poziomów od maja 2015 roku. Zwiększa to ryzyko, że jeżeli w sezonie zimowym Europę i USA nawiedzą temperatury poniżej wieloletnich średnich to diesel może rosnąć wyraźnie szybciej niż ropa naftowa ze względu na niskie zapasy i perspektywę gwałtownego wzrostu popytu.

Podrożeje diesel, podrożeje bezołowiowa

Kurczące się zapasy ropy naftowej oraz jej produktów przy ograniczeniu produkcji przez OPEC i Rosję zwiększają dodatkowo ryzyko, że przy jakichkolwiek problemach związanych z podażą (wydarzenia pogodowe czy geopolityczne) możemy spodziewać się gwałtownych wzrostów cen. Bufor bezpieczeństwa jest obecnie zdecydowanie mniejszy niż w kilku ostatnich latach.

Można więc założyć, że notowania ropy Brent raczej będą kształtować się blisko granicy 60 USD za baryłkę z perspektywą krótkoterminowych silnych wzrostów w przypadku niespodziewanych zaburzeń w produkcji. Ceny przy dystrybutorach na polskich stacjach wzrosną w najbliższych dniach o dobre kilka groszy na litrze. W konsekwencji trudno będzie zatankować olej napędowy poniżej granicy 4,50 zł/litr, a benzynę bezołowiową 95 za mniej niż 4,65 zł/litr.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus.

Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.

W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).

Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.

Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani

Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.

W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.

Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.

Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów

Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).

Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Według agencji Bloomberg w rankingu za czwarty kwartał 2016 r. spółka Cinkciarz.pl zajęła pierwsze miejsce w trafności typowań kursów na parze USD/PLN. Analitycy lidera rynku wymiany walut osiągnęli również trzecie miejsce dla zbiorczego rankingu walut Ameryki Łacińskiej.

Typowania pary dolar amerykański / złoty przygotowane przez Cinkciarz.pl znalazły się na pierwszym miejscu prestiżowego notowania Bloomberg Ranks. Prognozy autorstwa analityków serwisu wymiany walut zostały wyróżnione spośród typowań z całego świata. Spółka wyprzedziła tak znane marki, jak Wells Fargo czy Raiffeisen.

W czwartym kwartale 2016 r. dolar w relacji do złotego podrożał o ok. 40 groszy. – Było to spowodowane ogólnym wzrostem wartości amerykańskiej waluty na rynku na świecie. Dolar zaczął zyskiwać po wyborach w USA. Wygrana Donalda Trumpa oraz utrzymanie przez Republikanów większości głosów w obu izbach Kongresu urealniły plany gospodarcze prezydenta elekta – wyjaśnia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Jak tłumaczy, inwestorzy stopniowo zaczęli wyceniać możliwość redukcji podatków dla przedsiębiorstw oraz gospodarstw domowych, zmniejszenie regulacji dla firm oraz inwestycje publiczne w infrastrukturę. Wprowadzenie tych inicjatyw zwiększa z jednej strony szansę na szybszy wzrost gospodarczy w przyszłości, ale również podnosi ryzyko przegrzania się gospodarki.

– Niezależnie jednak od finalnego scenariusza gospodarczego dla USA, w perspektywie najbliższych kwartałów zarówno PKB, jak i inflacja powinny przyspieszyć. To zmotywowałoby Rezerwę Federalną do szybszego od oczekiwań podniesienia stóp procentowych. Wyższe stopy procentowe w USA w relacji do innych gospodarek rozwiniętych stymulują przepływ kapitału do Stanów Zjednoczonych, powodując wzrost wartości dolara – dodaje analityk.

Zdaniem ekspertów spółki, kolejny pozytywny impuls dla dolara może pojawić się już w pierwszej połowie roku, kiedy rozpocznie się wprowadzanie reform przygotowanych przez nową amerykańską administrację. Niewykluczone więc, że jeszcze przed wakacjami dolar będzie kosztował ponad 4.50 zł, a przy kulminacji dobrych danych z USA i rosnących oczekiwań dotyczących wzrostu wysokości stóp procentowych jest prawdopodobne, że w     2017 r. trzeba będzie za niego płacić nawet ponad 4.70 zł. Oznaczałoby to, że amerykańska waluta w relacji do polskiej będzie najdroższa w historii.

Trafne typowania dla dolara i złotego to nie jedyne zwycięskie miejsce na podium dla Cinkciarz.pl. Pierwszą lokatę przyznano także wskazaniu ekspertów walutowych spółki dla pary euro / ukraińska hrywna. Drugie miejsce w rankingu zajęły prognozy dla par walutowych: dolar amerykański i peso chilijskie, a także dolar amerykański i sol peruwiański.

Trzecie miejsca również należą do serwisu wymiany walut. Te pozycje wypracowały dla niego prognozy dla pary dolar amerykański / koreański won oraz zbiorczy ranking dla walut Ameryki Łacińskiej.

 

Źródło: cinkciarz.pl

 

Lepiej oszczędzać, czy inwestować? Prawidłowa odpowiedź na tak zadane pytanie brzmi: „to zależy”. Aby na nie odpowiedzieć, musimy sobie wyjaśnić, czym jest inwestowanie, a czym oszczędzanie. O ich wadach i zaletach oraz różnicach między nimi opowiada Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Oba terminy są, a z pewnością powinny być, istotną częścią naszego życia – a przynajmniej jego finansowej strony. O oszczędzaniu mówimy, kiedy odkładamy pieniądze, by ich nie wydawać. Naszym celem jest przede wszystkim maksymalna ochrona kapitału, zarówno przed możliwością straty, jak i przed chęcią ich wydawania, przy równoczesnym zachowaniu jak największej ich płynności, czyli bardzo szybkiej dostępności do nich.

Pokusa wydawania jest duża, biorąc pod uwagę, że mamy obecnie wiele możliwości ich wydawania. Oszczędzając nie spodziewajmy się dużych zysków np. z oprocentowania konta czy lokat. Traktujmy to jako swojego rodzaju cenę za maksymalne bezpieczeństwo naszych funduszy.

Dla kontrastu, inwestowanie oznacza lokowanie części kapitału z celem większego ich pomnażania. Dlatego też do inwestycji najczęściej wybieramy np. akcje, fundusze inwestycyjne czy nieruchomości, po których spodziewamy się, że wzrosną na wartości. Wybierając przedmiot inwestycji ważne jest określenie celu inwestowania oraz jeszcze jednego istotnego czynnika – czas jej trwania. W połączeniu determinują one przedmiot inwestycji. Czas jest też bardzo istotny z innego powodu, mianowicie ryzyka pomniejszenia zakładanych zysków z inwestycji. Generalnie nasze cele inwestycyjne nie powinny być krótkoterminowe, ale o tym za chwilę.

Po co oszczędzać i czy to bezpieczne?

Krótkoterminowe cele są domeną oszczędzania. Oszczędzamy na „czarną godzinę” lub by dokonać jakiegoś zakupu, mniejszego (np. pralki) czy większego (np. pierwsza wpłata na kredyt hipoteczny na mieszkanie). Wspólną cechą tych celów jest to, że nie powinniśmy akceptować ryzyka utraty nawet części tego kapitału.

Pojęcie ryzyka jest głównym aspektem zarówno oszczędzania, jak i inwestowania. Oszczędzając wybieramy przede wszystkim krótkoterminowe cele, w przeciwności do inwestycji, gdzie krótszy okres czasu najczęściej oznacza dla nas większe ryzyko. Choć ryzyko niewypłacalności banku, w którym trzymamy nasze pieniądze, jest bardzo małe, zawsze ono jednak istnieje. W tym miejscu możemy zidentyfikować kolejny plus oszczędzania, jakim jest gwarancja Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Nawet w tym bardzo mało prawdopodobnym scenariuszu, otrzymamy z BFG 100 proc. naszych środków w wysokości do 100 tys. euro.

Co w przypadku, gdy posiadamy większą kwotę? Wystarczy, że założymy rachunki w kilku bankach, których depozyty nie będą przekraczały powyższej kwoty i dalej mamy 100 proc. pewności co do bezpieczeństwa swojego kapitału. Należy tylko pamiętać, że gwarancją objęte są jedynie imienne rachunki bankowe, lokaty czy wierzytelności. Tymczasem w bankach znajdziemy również wiele produktów nieobjętych gwarancją BFG, jak np. jednostki funduszy inwestycyjnych.

Jak oszczędzać?

Kolejną kwestią jest to, jak oszczędzać. Pomocne tu okazuje się zrozumienie przynajmniej podstawy funkcjonowania oprocentowania na rachunku. Choć często widzimy oprocentowanie podawane w skali roku i to ono nas najbardziej interesuje, to najczęściej banki nie naliczają oprocentowania rocznie, ale w krótszych okresach np. miesięcznie. Taka konstrukcja oprocentowania na rachunku oznacza dla nas, że korzystnie jest wpłacać regularnie co miesiąc nawet mniejsze kwoty, gdyż wraz z każdym miesiącem „pracują” dla nas coraz większe kwoty.

Musimy sobie zdawać sprawę, że oszczędzając nie pomnażamy w istotny sposób swojego majątku, tylko trzymamy go oprocentowany na określony cel. Każda ze wspomnianych cech oszczędności, czyli bardzo wysokie bezpieczeństwo połączone z gwarancją kapitału, szybki dostęp do pieniędzy, oprocentowanie chroniące przed inflacją, (najczęściej) „kosztują” nas utratę możliwości znacznego pomnożenia naszego kapitału. Nie należy tego traktować jako minus, ale jako element naszej strategii ochrony kapitału.

Kiedy inwestowanie ma sens

W przeciwieństwie do oszczędzania, inwestowanie ma tę zaletę, że otrzymujemy wspomnianą możliwość pomnożenia naszego kapitału. Tak jak wcześniej zostało wspomniane, musimy znać swoje cele i horyzont czasowy naszej inwestycji. Ma to tym większe znaczenie, że inwestowanie charakteryzuje się większym ryzykiem, niż oszczędzanie. To możliwość utraty części, a w skrajnych przypadkach całości kapitału. Co zrobić, żeby je zminimalizować?

Horyzont czasowy nie powinien być krótki. Dlaczego? Nasze inwestycje najczęściej związane są z rynkiem kapitałowym czy gospodarką. Poruszają się one najczęściej w paroletnich cyklach, mając swoje wzloty i upadki. Ekonomistom trudno jest przewidzieć z wyprzedzeniem, kiedy nastąpi ich początek czy koniec, więc mądrze jest założyć, że nie będziemy w tym lepsi. Bezpiecznie możemy przyjąć, że cykle te mogą trwać ok. siedmiu lat i tyle też powinien wynosić nasz minimalny horyzont inwestycyjny. Minimalizujemy w ten sposób ryzyko inwestycji w złym momencie.

W kontekście dłuższego okresu wahania koniunktury czy na rynkach finansowych powinny mieć mniejsze znaczenie. Długi okres nie da nam jednak nigdy całkowitej pewności, że nie stracimy części naszego kapitału. Zastanawiając się w co zainwestować, optymalnie jest wybrać więcej niż jeden produkt czy rzecz. Postępując w ten sposób dywersyfikujemy nasz portfel inwestycyjny, czego efektem będzie zmniejszenie ryzyka. Musimy pamiętać tylko, aby obiekty naszych inwestycji nie były mocno zależne od siebie.

Możemy to łatwo zobrazować na funduszach inwestycyjnych. Należy pamiętać, że tymi funduszami zarządzają też ludzie. Każdy zespół zarządzających w danym funduszu będzie odrobinę inaczej reagował na to co się dzieje na rynku, popełniał różne błędy. Jeżeli więc dla przykładu chcemy koniecznie inwestować w fundusze akcji, zmniejszymy trochę ryzyko wybierając np. trzy fundusze o podobnej charakterystyce, ale zarządzane przez różnych ludzi. Pamiętajmy tylko, że wybór funduszu powinniśmy opierać na głębszej analizie ich wyników, szczególnie powtarzalności tych pozytywnych.

Złoty środek

Każdy ma inne potrzeby i trzeba sobie jasno powiedzieć, że strategia oszczędzania czy inwestowania powinna być dopasowana do indywidualnych potrzeb. Nasza strategia będzie różna w wieku 20 lat i w wieku 60. Możemy jednak zidentyfikować kilka podstaw, które mogą mieć zastosowanie do większości z nas.

Przede wszystkim, gdy już stwierdzimy, że jesteśmy w stanie cokolwiek cyklicznie odkładać, pierwszym takim racjonalnym etapem wydaje się być zapewnienie sobie oszczędności na poziomie co najmniej kilku miesięcznych wynagrodzeń – taki fundusz w razie nieoczekiwanych wydatków czy chwilowej utraty pracy.

W momencie, w którym już będziemy mieli to zapewnione, możemy zastanawiać się nad naszymi celami krótko- i długoterminowymi. Większość z nas ma i jedne i drugie, dlatego też nasza strategia najczęściej powinna zawierać elementy oszczędzania oraz inwestowania. Integrując jedno z drugim do naszych celów i potrzeb zapewniamy sobie szansę na stabilną budowę naszego majątku.

Informacja o tym, że wyższe wykształcenie zapewnia lepsze zarobki, jest na świecie dość powszechna. W jakim stopniu jednak poprawi się nasza przyszła sytuacja finansowa, jeżeli zdecydujemy się na kilka dodatkowych lat nauki? 

 

Według danych OECD, poziom edukacji wpływa na wiele aspektów naszego życia. Statystycznie osoby mające dyplom wyższej uczelni łatwiej znajdują pracę i mają wyższe wynagrodzenie. Dodatkowo charakteryzują się lepszym zdrowiem, chętniej angażują się w wolontariat, a także maja większe zaufanie do ludzi.

Z drugiej strony dłuższa o kilka lat nauka to także koszty. Decydując się na studia, często zaczynamy pracę na pełen etat znacznie później niż nasi rówieśnicy, którzy wybrali inną ścieżkę kariery. Czy więc rzeczywiście dyplom uczelni wyższej to przepustka do sukcesu finansowego?

Łatwiej o pracę

Według badania aktywności ekonomicznej ludności Polski, przeprowadzonego przez GUS w pierwszym kwartale 2016 r., stopa bezrobocia mierzona metodą BAEL wśród osób z wykształceniem wyższym wyniosła 3.4 proc. W przypadku osób, które zakończyły naukę na poziomie gimnazjalnym lub niższym, wynosiła ona 16.4 proc.

Należy jednak zwrócić uwagę, że jeśli podjęliśmy decyzję o rozpoczęciu studiów, to warto je skończyć. Osoby, które legitymują się wykształceniem średnim zawodowym czy policealnym mają mniejsze problemy ze znalezieniem pracy niż te, które zakończyły edukację na poziomie liceum ogólnokształcącego. W pierwszych dwóch przypadkach stopa bezrobocia wynosi odpowiednio 6.1 proc i 7.5 proc. W trzecim natomiast jest to 10.6 proc.

Również jeżeli spojrzymy na wskaźnik zatrudnienia w stosunku do populacji w wieku produkcyjnym (tutaj dla osób starszych niż 15 lat), jest on zdecydowanie wyższy wśród osób z dyplomem uczelni (77.5 proc.) niż w pozostałych grupach, gdzie wynosi od 14.1 proc. (gimnazjum i poniżej) do 61 proc. (średnie zawodowe).

Powyższe statystyki wyglądają bardzo podobnie również w krajach OECD. Poziom bezrobocia osób z wyższym wykształceniem wynosi 4.5 proc. (magisterskie), a gimnazjalnym lub niższym – 14.8 proc.

Ile jest wart dyplom uczelni wyższej na świecie?

OECD w opracowaniu „Education at a Glance” przedstawia koszty i zyski kontynuowania edukacji. Dokument analizuje aspekt finansowy dla różnej liczby lat nauki. Jednak najbardziej wartościowe w obecnych czasach jest  porównanie zarobków tych, którzy legitymują się dyplomem uczelni wyższej z tymi, którzy zakończyli naukę na poziomie policealnym lub średnim zawodowym.

Warto także zauważyć, że wszystkie wyliczenia są przeprowadzone w jednostce USD PPP (ang. purchasing power parity), czyli parytecie siły nabywczej. Daje nam to informację, jak różnica wykształcenia w danym kraju zwiększyłaby nasze realne możliwości zakupu dóbr i usług, gdybyśmy mieszkali Stanach Zjednoczonych. Oczywiście tę wartość można przeliczyć potem na walutę lokalną. W przypadku Polski każdy 1 USD PPP to nominalnie ok. 50 centów amerykańskich, czyli 2 zł.

Średni bezpośredni koszt nauki w krajach OECD to 13.2 tys. USD PPP. Do tego dochodzi koszt utraconych zarobków w wysokości 43.5 tys. USD PPP. W sumie po studiach jesteśmy „na minusie” ponad 55 tys. USD PPP. Bardzo podobne wyliczenia przedstawiane są dla średniej z 21 krajów Unii Europejskiej. Przeciętnie jednak obywatele krajów OECD, którzy mają wykształcenie wyższe, zarobią w ciągu swojego życia o 405 tys. USD PPP (mężczyźni – 477 tys., kobiety – 332 tys.) więcej, niż ci, którzy nie zdecydowali się studia. Od tej kwoty jednak należy odjąć „efekt podatkowy”, a także „składki socjalne”. W rezultacie biorąc również pod uwagę koszt edukacji i utraconych na początku zarobków, jesteśmy do przodu ok. 187 tys. USD PPP netto (mężczyźni – 229 tys. kobiety – 145 tys.).

Należy jednak zauważyć, że nasze finansowe zyski związane z wykształceniem znacznie różnią się w poszczególnych krajach. I tak w Korei Południowej i Nowej Zelandii wynoszą one odpowiednio jedynie 72 tys. i 92 tys. USD PPP. Stosunkowo niewiele da nam dłuższa edukacja w Hiszpanii – nieco ponad 115 tys. USD PPP (u kobiet o 30 tys. więcej niż u mężczyzn). Blisko średnich poziomów OECD wart jest dyplom uczelni wyższej w Niemczech (160 tys. USD PPP) oraz w Holandii (197 tys. USD PPP). Zdecydowanie najbardziej opłacalna jest dłuższa nauka w Stanach Zjednoczonych (366 tys. USD) oraz w Chile (400 tys. USD PPP). A jak na tym tle wygląda sytuacja w Polsce?

Wyższe wykształcenie to ponad pół mln zł zysku netto

Średnio bezpośrednie koszty studiów w Polsce to 6 tys. USD PPP. Do tego musimy dodać utracone zarobki w kwocie 18 tys. USD PPP.  Ta kwota jednak jest niewielka gdy zobaczymy, że mając wyższe wykształcenie zarobimy w ciągu naszego zawodowego życia o ponad 400 tys. USD PPP brutto więcej w porównaniu do tych osób, które na studia się nie zdecydowały.

Oczywiście podobnie jak to miało miejsce w przypadku krajów OECD, należy od tego odjąć jeszcze efekt wyższych podatków (36 tys. USD PPP) oraz składek społecznych (72 tys. USD PPP). Netto nasz zysk wynosi więc 274 tys. USD PPP (mężczyźni – 338 tys., kobiety – 210 tys.). Przeliczając tę kwotę na złote, zgodnie z zasadą przedstawioną wcześniej, możemy ocenić, że średnio dyplom w Polsce jest wart netto nieco ponad 500 tys. zł.

Podobne, choć nieco niższe wartości, są obserwowane w innych krajach naszego regionu. Na Węgrzech jest to 227 tys. USD PPP, a w Czechach 230 tys. PPP. Należy także podkreślić, że wartość dyplomu uczelni wyższej w Polsce jest trzecią najwyższą wśród krajów badanych przez OECD.

Podsumowując, nawet biorąc pod uwagę zastosowane uproszczenia polegające na wrzuceniu wszystkich dyplomów do jednego worka i wyciągnięciu z nich średniej, zyski z posiadania wyższego wykształcenia są bezdyskusyjne. Ponieważ są one również obserwowane w innych krajach, w których gospodarka rynkowa ma dłuższą historię, można oczekiwać, że za kilkanaście lat będą równie aktualne jak obecnie.

 

Marcin_Lipka (1) Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat tylko 7 z 28 krajów Unii Europejskiej ma niższy poziom bezrobocia niż Polska. Teoretycznie to bardzo dobra informacja. W praktyce jednak sytuacja wygląda znacznie gorzej i realnie zdecydowanie bliżej nam do zadłużonych krajów południa niż wiodących państw północy Europy.  

Z miesiąca na miesiąc słyszymy o tym, jak poprawia się sytuacja na polskim rynku pracy. Ostatnio stopa bezrobocia spadła do najniższych poziomów od początku lat 90 i w czerwcu, według danych Eurostat i GUS, wynosiła 6.2 proc. Wskaźnik ten wygląda korzystnie również na tle krajów Unii Europejskiej, gdzie niższy poziom bezrobocia jest notowany jedynie przez siedem krajów, a średnia wynosi 8.6 proc.

Rzeczywistość jest jednak znacznie gorsza niż nam się wydaje. Faktyczna sytuacja na rynku pracy plasuje nas blisko krajów, w których poziom bezrobocia znajduje się powyżej 10 proc., czyli Portugalii lub Cypru. Niektóre dane wskazują nawet, że w statystykach rynku pracy jesteśmy za Hiszpanią, której oficjalny wskaźnik bezrobocia znajduje się na poziomie 20 proc.

Mylący wskaźnik, czyli kilka słów o stopie bezrobocia

 Ogólnie przyjęło się, że miarą kondycji rynku pracy jest stopa bezrobocia. Wskaźnik ten obliczany jest jako stosunek bezrobotnych do aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej szukających). Według danych GUS i Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności (podobna metodologia we wszystkich krajach Unii Europejskiej) za drugi kwartał br., liczba pracujących w Polsce wynosiła prawie 16.2 mln osób, a liczba osób bezrobotnych przekraczała nieco 1 mln. Pytaniem jest jednak, gdzie „ukryło się” pozostałe 20 mln Polaków?

Część z nich, bo ok. 7 mln, to ludzie poniżej 15 roku życia. Co oczywiste, osoby te nie pracują oraz nie szukają płatnego zajęcia, bo są jeszcze zbyt młode. Cały czas pozostaje jednak ponad 13 mln osób, które są wyłączone z oficjalnych statystyk bezrobocia. Zgodnie z definicją, są to ludzie bierni zawodowo, czyli tacy, którzy w wieku powyżej 15 roku życia nie mają pracy oraz jej nie szukają.

Z grupy biernych zawodowo warto wyłączyć osoby starsze oraz te, które kontynuują naukę do 18 roku życia. Jednak nawet, gdy to zrobimy, to i tak liczba biernych zawodowo w wieku produkcyjnym 18-64 (dla kobiet 18-59) wynosi ponad 5.5 mln osób. W rezultacie, gdy połączymy ich z bezrobotnymi, otrzymamy 6.6 mln ludzi, którzy nie pracują.

Bardziej miarodajny wskaźnik, czyli “stopa zatrudnienia”

 Wskaźnikiem obejmującym znacznie większą grupę osób niż “poziom bezrobocia”, jest “stopa zatrudnienia”. Jest to stosunek liczby osób mających pracę, do tych, którzy są w wieku produkcyjnych (Eurostat określa go jako przedział wiekowy 20-64 lata). Ten indeks wydaje się zdecydowanie bardziej miarodajny niż stopa bezrobocia, gdyż realnie pokazuje, jaki procent społeczeństwa rzeczywiście pracuje.

W Polsce, na koniec 2015 r., stopa zatrudnienia według danych Eurostat wynosiła 67.8 proc. Dało nam to 19 miejsce w Unii Europejskiej. W tej klasyfikacji lepszy od Polski jest Cypr (67.9 proc.), Portugalia (69.1 proc.), Francja (69.5 proc.), czy Łotwa (73.3 proc). Warto przy tym zauważyć, że oficjalna stopa bezrobocia w tych krajach wynosi odpowiednio 11.7 proc., 11.2 proc., 9.9 proc. oraz 9.8 proc. W Polsce natomiast jest to 6.2 proc.

Z czego więc wynikają tak znaczne różnice? W Polsce jest dość duża liczba osób, która nie dość, że nie ma pracy, to nawet jej nie szuka. Idealnie obrazuje to rozdźwięk pomiędzy stopą bezrobocia i zatrudnienia w przedziale wiekowym 55-64 lata. Ta pierwsza wynosiła zaledwie 4.9 proc. w pierwszym kwartale, przy zatrudnieniu na poziomie 45.7 proc. Częściowo może za to odpowiadać fakt, że według GUS ponad 650 tys. osób będących w wieku produkcyjnym, faktycznie przebywa już na emeryturze oraz 1.33 mln jest zakwalifikowanych do grupy „Choroba, niepełnosprawność”.

Zatrudnienie w przedziale wiekowym 55-64, jest według danych OECD trzecim najniższym w UE. W tej klasyfikacji wyprzedza nas m. in. Hiszpania (48.7 proc.) czy Włochy (49.7 proc.). W Szwecji natomiast ten odsetek kształtuje się na poziomie 74.8 proc., czyli o ponad 30 pkt procentowych więcej niż w Polsce.

W Polsce 32 proc. osób nie ma zatrudnienia

Podsumowując, realna sytuacja na rynku pracy jest wyraźnie gorsza niż przedstawia to popularna stopa bezrobocia. Wynika to z faktu, że znaczna liczba osób w wieku produkcyjnym nie tylko nie ma pracy, ale również jej nie szuka. Z tego powodu nie jest wliczana do najczęściej omawianych statystyk.

W rezultacie, aby lepiej zobrazować sytuację na krajowym rynku pracy, można łatwo zmodyfikować wskaźnik zatrudnienia. Skoro według danych Eurostat 67.8 proc. Polaków w przedziale 20-64 lata znajduje zatrudnienie, to tego zatrudnienia nie ma ponad 32 proc. osób w wieku produkcyjnym.

I choć ta miara nie jest pozbawiona wad, to z pewnością lepiej oddaje faktyczną sytuację na rynku pracy, niż informacja, że bezrobocie wynosi 6.2 proc.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Umacnia się pozycja serwisu Cinkciarz.pl w elitarnym gronie instytucji opracowujących najtrafniejsze prognozy kursów walut na świecie. Polska spółka zajęła pierwsze miejsca w kolejnych kategoriach prestiżowych zestawień Bloomberg Ranks.

Wyniki rankingu publikowane przez wpływową agencję prasową Bloomberg za drugi kwartał 2016 r. ugruntowały wysoką pozycję prognoz przygotowywanych przez Cinkciarz.pl.

Analitycy jednego z największych polskich kantorów wymiany walut online byli w ostatnich miesiącach najlepsi na świecie w typowaniu kursów walut zarówno krajów Ameryki Łacińskiej, jak i Zatoki Perskiej. W artykule opublikowanym m.in. na portalu Bloomberg, specjaliści z Cinkciarz.pl są cytowani jako “obecnie najdokładniejsi” i “czołowi analitycy regionu”. Te tytuły nie są dziełem przypadku. Spółka na uznanie zasłużyła sobie utrzymywaną od dłuższego czasu trafnością publikowanych analiz, a jej przewidywania dotyczące wahań kursów walut z całego świata sprawdzają się z imponującą regularnością. Tylko w 2015 r. w rankingu trafności prognoz walutowych Bloomberg przyznał Cinkciarz.pl aż osiem wyróżnień za pierwsze oraz trzy wyróżnienia za drugie i trzy za trzecie miejsca.

Przypomnijmy, że już w pierwszym kwartale 2016 r. Cinkciarz.pl wyprzedzał precyzyjnością swoich przewidywań dotyczących walut krajów Ameryki Łacińskiej tak uznane marki świata finansów, jak bank inwestycyjny Morgan Stanley. Aktualne wyniki rankingowe mogą jednak napawać analityków jeszcze większą dumą. W drugim kwartale 2016 r. obronili oni pierwszą pozycję na liście autorów najtrafniejszych prognoz, tym razem zostawiając w tyle choćby specjalistów z amerykańskiego holdingu Wells Fargo czy japońskiego Mitsubishi UFJ Financial Group. To jednak nie koniec listy ich aktualnych osiągnięć. Cinkciarz.pl utrzymuje równie mocną pozycję w prognozach kursów walut krajów Zatoki Perskiej. W przypadku tego regionu zajął pierwsze miejsce drugi raz z rzędu.

Aline Oyamada i Filipe Pacheco, publicyści Bloomberga, w artykule poświęconym perspektywom wyhamowaniu gwałtownego wzrostu wartości walut Brazylii i Chile odnotowanego wskutek Brexitu, przytaczają słowa analityka Cinkciarz.pl, Marcina Lipki. Wskazuje on na wyhamowanie pozytywnego wpływ Brexitu na waluty krajów Ameryki Łacińskiej. Lipka spodziewa się w najbliższych miesiącach możliwego spadku kursu brazylijskiego reala oraz peruwiańskiego sola w stosunku do dolara. Wśród potencjalnych przyczyn specjalista serwisu wymiany walut wskazuje m.in. możliwe efekty coraz bliższej decyzji amerykańskiej rezerwy federalnej o podwyżce stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych oraz spadku popytu na surowce eksportowane przez Brazylię i Chile. Obserwacjom warszawskiego analityka warto poświęcić uwagę, gdyż jego zespół utrzymuje silną pozycję nie tylko w prognozach poświęconych całym regionom, ale także w przewidywaniach dotyczących konkretnych par walutowych.

O wzrostowej tendencji trafności analiz Cinkciarz.pl może świadczyć chociażby awans serwisu z trzeciej na drugą pozycję w przewidywaniach kursu wona koreańskiego. Analitycy polskiego serwisu konsekwentnie bronią swojej pozycji również jako najlepsi progności kursu ukraińskiej hrywny. Już od pół roku są w tym najlepsi na świecie, utwierdzając reputację polskiego serwisu wymiany walut jako cenionej instytucji analitycznej. Dodatkowo typowania ekspertów dla pary walutowej dolar amerykański i nigeryjska naira zajęły pierwsze miejsce, a typowania dla pary dolar amerykański i nigeryjska naira – drugie.

 

Cinkciarz.pl

Przez ostatnie miesiące miała miejsce szeroka dyskusja na temat ratingów. W przestrzeni publicznej pojawiło się wiele mitów dotyczących ogólnych przyczyn weryfikacji wiarygodności kredytowej danego kraju, a także przyszłych działań agencji ratingowych oraz ich hipotetycznego wpływu na gospodarkę. Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl przedstawia te, które występowały najczęściej.

  1. Dobre wskaźniki są równoznaczne z wysokimi ratingami

Wiarygodność kredytowa w znacznym stopniu zależy od wzrostu gospodarczego, wielkości długu do produktu krajowego brutto (PKB) czy bieżących kosztów jego obsługi. Przy rosnącej gospodarce i niewielkim zadłużeniu władzom łatwiej jest regulować zobowiązania w stosunku do kredytodawców. Takie państwo jest również bardziej odporne na globalne szoki koniunktury. Jednak bieżąca czy nawet przyszła kondycja gospodarcza kraju nie jest warunkiem wystarczającym, by utrzymać lub podnieść rating.

Wszystkie trzy główne agencje (Standard & Poor’s, Fitch oraz Moody’s) podkreślają, że rating to „zdolność i chęć” regulowania swoich zobowiązań finansowych w stosunku do komercyjnych wierzycieli. Moody’s zwraca uwagę chociażby na przypadek niewypłacalności Ekwadoru z 2008 r., gdy „nie było politycznej woli do spłaty”.

To południowoamerykańskie państwo zbankrutowało osiem lat temu, mimo że relacja długu do PKB była w okolicach 20 proc. Ekwador miał nadwyżkę budżetową od początku 2000 r., a roczny wzrost gospodarczy znajdował się w przedziale 4-6 proc. w latach poprzedzających niewypłacalność. Rafael Correra, prezydent Ekwadoru stwierdził jednak, że zagraniczny dług jest „bezprawny”, a wierzycieli określił „prawdziwymi potworami”. W rezultacie kraj otrzymał od Standard & Poor’s (S&P) rating SD, czyli „częściowej niewypłacalności”.

  1. Cięcie ratingu: katastrofa vs nic się nie stało

Obniżka wiarygodności kredytowej na pewno nie jest pozytywnym wydarzeniem, choć w przypadku Polski te skutki do tej pory były względnie łagodne przede wszystkim dlatego, że sytuacja zewnętrzna jest neutralna.

Jednym z bardziej dramatycznych przykładów wpływu obniżenia ratingu na lokalną walutę jest Korea Południowa. Tylko w trakcie czwartego kwartału 1997 r., na fali postępującego kryzysu azjatyckiego, wiarygodność kredytowa tego kraju została ścięta przez Standard & Poor’s o 10 szczebli (z AA- do B+), czyli z silnego poziomu inwestycyjnego do wysoce spekulacyjnego. W tym samym czasie kurs dolara wzrósł z ok. 900 wonów do 2000 wonów.

Co ciekawe, Korea Południowa dopiero w 2015 r. odzyskała rating, który miała przed pojawieniem się kryzysu w Azji. To również pokazuje, jak długo nagłe załamanie wiarygodności kredytowej ciąży na dłużniku.

  1. Koszty redukcji ratingu: miliardy czy miliony złotych?

Jest niezwykle trudno wiarygodnie oszacować przyszłe koszty cięcia ratingu, gdyż głównie będzie to zależeć od sytuacji zewnętrznej oraz przyszłej kondycji gospodarczej Polski. Można jednak porównać, jakie są różnice w obsłudze długu państw z różnym ratingiem.

W tym celu wybieramy obligacje niemieckie, które mają najwyższą możliwą wiarygodność, polskie (6 szczebli niżej) oraz hiszpańskie (7 szczebli niżej). Porównujemy rentowności instrumentów skarbowych o 5-letnim terminie wykupu oraz denominowanych w walucie euro, aby jak najlepiej oddać zmiany hipotetycznego kosztu dla budżetu państwa.

Różnica pomiędzy polskimi i niemieckimi rentownościami wynosi około 0.7 punktu procentowego, a pomiędzy niemieckimi i hiszpańskimi około 0.85 punktu procentowego. W uproszczeniu można uznać, że każdy szczebel to około 0.10-0.15 punktu procentowego. Ponieważ w 2016 r. polskie potrzeby pożyczkowe brutto (nowy dług oraz wykup obligacji z lat poprzednich) były na poziomie 182.7 mld zł to każde 0.1 punktu procentowego oznacza mniej więcej 200 mln zł wyższych kosztów finansowania w stosunku rocznym.

Wyliczenia te jednak będą dramatycznie inne, gdyby doszło np. do kryzysu zewnętrznego lub wewnętrznego. Podczas obaw o kondycję strefy euro w 2011 r. rentowności 5-letnich obligacji skarbowych Polski denominowanych w euro wzrosły z 3.5 proc. do 4.7 proc. Z kolei gdy z kryzysem mierzyła się Hiszpania w 2012 r., rentowności tego kraju podskoczyły z 3.5 proc. do 7.6 proc. W takim wypadku koszty dla budżetu rosną w ekspresowo szybkim tempie, co również ciąży na przyszłej wiarygodności kredytowej.

  1. Kontrowersje tylko w Polsce

Praktycznie od samego początku działalności agencji ratingowych pojawiały się kontrowersje dotyczące ich decyzji. Jest to widoczne zwłaszcza w przypadku badania wiarygodności kredytowej danego kraju, gdyż dotyczy to bezpośrednio lub pośrednio praktycznie wszystkich jego obywateli. Dodatkowo główne agencje zostały założone w Stanach Zjednoczonych, co także czasami zwiększa napięcia.

Rosja wielokrotnie twierdziła, że obniżenie jej ratingu jest motywowane kwestiami politycznymi. Z kolei Komisja Europejska w 2011 r. miała w planach przyznać Europejskiemu Urzędowi Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych (ESMA) „uprawnienia do ograniczenia lub zakazania wydawania czasowo ratingów w wyjątkowych sytuacjach”.

Pierwsze w historii cięcie ratingu Stanom Zjednoczonym przez S&P latem 2011 wpisało się w tamtejszą kampanię wyborczą. Mitt Romney, republikański kandydat na prezydenta cytowany przez Washington Post mówił, że „obniżenie ratingu przez Standard & Poor’s jest głęboko niepokojącym wskaźnikiem upadku naszego kraju za prezydentury Obamy”.

  1. Obniżenie perspektywy to nieuniknione cięcie

Zarówno od Standard & Poor’s, jak i Moody’s, Polska otrzymała negatywną perspektywę wiarygodności kredytowej. Według komunikatu S&P oznacza to, że „prawdopodobieństwo obniżenia ratingu w ciągu następnych 24 miesięcy wynosi 1 do 3, jeżeli wiarygodność polityki monetarnej osłabnie lub finanse publiczne pogorszą się poza nasze obecne oczekiwania”.

Jednak sytuacja fiskalna, choć pozostaje napięta, to na razie nie widać poważnych sygnałów, by deficyt do PKB miał zauważalnie przekroczyć szacunki S&P, czyli poziom 3.2 proc. w tym roku i 3.0 proc. w przyszłym. Na razie nie ma też przekonania wśród ekonomistów, aby wiarygodność polityki monetarnej miała być zagrożona. Stąd jest mała szansa, aby doszło do obniżki ratingu 1 lipca.

Z kolei Moody’s w samym komunikacie dotyczącym Polski nie ocenia prawdopodobieństwa cięcia ratingu, ale w dokumencie „Rating Symbols and Definitions” stwierdza, że historycznie w ok. połowie przypadków negatywna perspektywa ratingu oznacza, że ocena kredytowa trafia na „listę obserwacyjną” w ciągu roku. Przebywanie na liście obserwacyjnej oznacza, że najczęściej w okresie do 180 dni rating jest zmieniany w ponad połowie przypadków.

Podobnie jak w ocenie S&P, Moody’s również wymienia powody, które mogą przyczynić się do obniżenia wiarygodności kredytowej. W przypadku Polski zalicza się do nich pogorszenie sytuacji fiskalnej, wyraźne zaburzenie klimatu inwestycyjnego czy przedłużenie się „konfliktu między rządem i Trybunałem Konstytucyjnym, który prowadzi do wyraźnego odpływu kapitału, może także wywierać presję na rating”.

Obniżenie ratingu nie jest więc przesądzone. Warto także zauważyć, że w krajach, w których mamy do czynienia z recesją (Brazylia) lub znacznie mniejszymi przychodami do budżetu ze względu na spadek cen surowców (Rosja), negatywna perspektywa ratingu szybko przekładała się na faktycznie cięcia. Natomiast w przypadku Polski, jeżeli wzrost gospodarczy będzie stabilny, a sytuacja zewnętrzna neutralna, ryzyko negatywnego scenariusza powinno być znacznie mniejsze.

 

Cinkciarz.pl

Polska eksportuje nie tylko żywność i samochody. Nasze największe hity eksportowe ubiegłego roku mogą zaskakiwać. Statystyki dotyczące wymiany handlowej z innymi krajami omawia Piotr Lonczak, analityk Cinkciarz.pl.

Ub. rok był kolejnym udanym okresem dla polskich eksporterów. Według danych GUS za 2015 r., wartość sprzedaży za granicę wzrosła o 7.8 proc. Sukces został osiągnięty mimo nieprzychylnej atmosfery w światowej gospodarce, zmagającej się ze spowolnieniem krajów rozwijających się oraz załamaniem cen surowców. Również strefa euro, najważniejszy partner handlowy Polski (56.4 proc. eksportu w ub.r.), wciąż notuje niskie tempo wzrostu PKB. Niemniej, przeciwności nie zdołały zniechęcić polskich firm do ekspansji na nowe rynki.

Nie tylko żywność

Zwykle polski sukces eksportowy jest kojarzony z handlem żywnością. O ile sprzedaż produktów z tej kategorii rosła bardzo dynamicznie zaraz po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej, o tyle obecnie zwiększa się wolniej niż całkowity eksport. W rezultacie udział produktów spożywczych w eksporcie zmalał do 10.7 proc. w 2015 r. wobec 11 proc. i 10.9 proc. w latach 2013-14.

Ograniczenie udziału żywności w eksporcie było co prawda stosunkowo nieduże, lecz jednocześnie mamy do czynienia ze wzrostem znaczenia sprzedaży produktów z kategorii maszyny i urządzenia transportowe. W 2015 r. było to odpowiednio 38.6 proc. w eksporcie wobec 37.6 proc. i 37.8 proc. w latach 2013-14. Warto jednak pamiętać, że ponad pięć lat temu udział tej kategorii przekraczał wyraźnie 40 proc.

Obserwujemy zatem stopniową zmianę struktury polskiego eksportu od produktów nisko przetworzonych do produktów bardziej zaawansowanych. Utrzymanie takiej tendencji w długim terminie będzie prowadziło do wzrostu efektywności pracy oraz w rezultacie wyższych wynagrodzeń.

Eksportowe niespodzianki

Wśród produktów, których sprzedaż wzrosła najmocniej w 2015 r., uwagę zwraca sprzedaż broni i amunicji. Wartość eksportu wyniosła blisko 110 mln euro wobec 54 mln euro rok wcześniej. To oznacza wzrost o 102 proc. W ostatnich pięciu latach eksport tej kategorii był wyższy aż o 313 proc. Wartość tego rynku w stosunku do całego eksportu ma niewielkie znaczenie (0.6 proc.), lecz bardzo dobrze odzwierciedla poprawę skuteczności wchodzenia na nowe rynki. Największym odbiorcą sprzętu był Irak.

Kolejnym przykładem są ciągniki. Sprzedaż tych maszyn rolniczych urosła o 100 proc. (do blisko 120 mln euro z niespełna 60 mln euro w 2014 r.). W stosunku do 2011 r. sprzedaż była wyższa o prawie 200 proc. Największym odbiorcą ciągników była Belgia, a zaraz potem Etiopia. Sprzęt był sprzedawany także do takich krajów, jak Iran, Kazachstan czy Jordania.

Następną mało znaną kategorią eksportu są wózki dziecięce, zabawki i gry. Tylko w 2015 r. sprzedaż tych towarów wzrosła o niemal 50 proc., do 1.2 mld euro. Przez ostatnie pięć lat eksport tych towarów wzrósł o ponad 200 proc. Największym odbiorcą były Czechy, gdzie w ub.r. sprzedano towary za niemal 80 mln euro. W czołówce są przede wszystkim kraje europejskie – Francja, Belgia i Holandia. Uwagę zwraca wysoka pozycja Białorusi.

Wśród produktów, które zanotowały ponad 100 proc. wzrost, były między innymi instrumenty muzyczne, zegary i zegarki oraz artykuły podróżne i torebki. O ile znaczenie tych kategorii jest stosunkowo nieduże, o tyle największa pozycja eksportowa – maszyny i urządzenia transportowe – urosła o 10.1 proc. a żywności o 6.6 proc. To dobrze obrazuje sektory, które są w miarę dojrzałe oraz te, które przeżywają dynamiczny rozwój.

Uwolnienie potencjału

Struktura eksportu odzwierciedla obraz polskiej gospodarki. Widać wyraźnie, że źródłem sukcesu ostatnich lat były małe i średnie przedsiębiorstwa, potrafiące skutecznie odpowiadać na potrzeby klienta nawet w odległej Afryce czy Azji. Produkcja żywności, chociaż ma jeszcze pewien potencjał, od dłuższego czasu nie jest już głównym motorem wzrostu eksportu i nie da nam eksportowego sukcesu na miarę Niemiec.

 

Cinkciarz.pl

Prowadzisz niewielkie biuro handlowe albo inne mikroprzedsiębiorstwo? Możesz oszczędzić sporo pieniędzy na działalności, jeżeli odpowiednio wcześnie pomyślisz o optymalizacji kosztów. Oto krótki poradnik, w którym podpowiadamy, gdzie i jak zaoszczędzić.

Poważnie brzmiące pojęcie „optymalizacja kosztów funkcjonowania przedsiębiorstwa” to w pewnym sensie nowe wcielenie starego, dobrego oszczędzania. „Optymalizacja kosztów” jest jednak terminem o tyle zgrabniejszym i bardziej pojemnym, że zakłada nie tyle samo obniżanie wydatków, co raczej troskę o to, aby wraz z cięciami nie spadała jakość oferowanych przez nas usług i produktów.

Według raportu międzynarodowej sieci audytorsko-doradczej KPMG[1], praktyki związane z optymalizacją procesów biznesowych wdraża już 75 proc. polskich firm. Znaczenie tej dobrej praktyki biznesowej jest więc już powszechnie uznawane. Najlepsze w procesach optymalizacyjnych jest to, że ich wprowadzanie przynosi widoczne efekty nie tylko w dużych organizacjach, ale nawet w mikro-przedsiębiorstwach. W jaki sposób możesz szybko i łatwo oszczędzić na funkcjonowaniu naszej działalności?

Oto pięć prostych pomysłów:

  1. Lokalizacja biura

Czy powodzenie Twojego przedsięwzięcia jest bardzo uzależnione od położenia biura w popularnym, ruchliwym miejscu? Jeżeli prowadzicie lokal gastronomiczny – w dużej mierze tak. W przypadku wielu innych działalności, szczególnie przy prowadzeniu biura handlowego – jest to sprawa drugorzędna. Jeżeli dla Waszych klientów istotniejsze od lokalizacji w centrum będą atrakcyjne ceny i fachowa obsługa, warto zastanowić nad przeniesieniem działalności w tańsze miejsce.

  1. Rachunek za energię elektryczną

Oszczędzanie energii to oczywiście znacznie więcej niż oczywiste gaszenie światła podczas nieobecności w pomieszczeniu. Decydując się na oszczędzanie energii, warto podejść do tematu systemowo i kompleksowo. Szukając oszczędności na energii, można wprowadzić cały szereg optymalizacji: wymienić żarówki na LED lub energooszczędne, zamontować w biurze lampy z czujnikami ruchu, sprzęty podłączać do sieci listwami z wyłącznikiem, a poza tym: naprawdę wnikliwie porównać dostępne oferty różnych dostawców energii i wybrać tę najatrakcyjniejszą cenowo.

  1. Negocjowanie kosztów wynajmu

Jeżeli już istotnie planujesz poczynić jakiekolwiek inwestycje w środki trwałe w naszym wynajmowanym biurze, to możesz bez skrępowania zaproponować wynajmującemu lokal negocjacje w sprawie zwrotu części kosztów inwestycji albo odliczenia tych kosztów od kwoty czynszu lub kaucji, jaką pobiera się z tytułu podpisania umowy.

  1. Zbędne wydruki

Inny interesujący raport KPMG[2] dowodzi, że 8 proc. wydruków w mikro-przedsiębiorstwach jest wykonywane niepotrzebnie. W przedsiębiorstwach handlowych to już ponad 11 proc. Wydatki związane z drukowaniem znacznie spadają, jeżeli jako standard wprowadzisz ustawienie drukarek w tryb ekonomiczny oraz ustawienie dwustronnego trybu wydruku. Spadek liczby zbędnych wydruków jest obserwowany również wszędzie tam, gdzie możliwość korzystania z drukarki otrzymuje się dopiero po uzyskaniu wewnętrznego, firmowego uprawnienia.

  1. Wymiana walut online

Biura handlowe oraz firmy prowadzące wymianę z zagranicą mogą znaleźć istotne oszczędności kupując i sprzedając waluty po niższych niż bankowe kursach. Jeżeli na przykład firma kupuje za granicą towar i wydaje na niego 5 tys. dol, to wymieniając walutę w serwisie Cinkciarz.pl, może oszczędzić na tej transakcji nawet 886 zł[3].

 

[1]             „Redukcja kosztów – doraźna potrzeba czy długofalowe działanie?” http://bit.ly/1MzTINJ

[2]             „Wykorzystanie papieru w przedsiębiorstwach działających w Polsce”, http://bit.ly/1S3Al1f

[3]             Kurs USD za Cinkciarz.pl z dn. 22 marca 2016 r.

 

 

Cinkciarz.pl

Według danych Eurostat mamy w Polsce bezrobocie na poziomie 6.9 proc. To zdecydowanie mniej niż średnia unijna, wynosząca 8.9 proc. i przeciętna wartość w strefie euro, wynosząca 10.3 proc. Czy jednak te informacje rzeczywiście oznaczają, że pozostałe kraje Unii mogą nam zazdrościć? Niekoniecznie. 

Patrząc na ostatnie dane statystyczne z krajowego rynku pracy, może się wydawać, że w Polsce mamy praktycznie pełne zatrudnienie. Stopa bezrobocia mierzona według BAEL (Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności), stosowana przez GUS i Eurostat spadła od końca 2013 r. aż o trzy punkty procentowe i wynosi obecnie 6.9 proc. To najniższe poziomy od czasu przemian gospodarczych z początku lat 90. Dodatkowo porównując te wartości z innymi gospodarkami Unii Europejskiej, można odnieść wrażenie, że nasz kraj odniósł prawdziwy sukces w kontekście rynku pracy. Według danych Eurostat na koniec stycznia, Polska ma niższe bezrobocie niż Szwecja (7.0 proc.), Belgia (7.9 proc.) czy Irlandia (8.6 proc.). Teoretycznie jeszcze gorzej wygląda sytuacja w Finlandii (9.4 proc.) czy Francji (10.2 proc.). Gdy jednak spojrzymy na inne parametry rynku pracy, sytuacja wygląda już zupełnie inaczej.

Wskaźnik zatrudnienia, czyli stosunek liczby pracujących do liczby osób w wieku produkcyjnym (15-64 lata), wynosił na koniec 2015 r. 63.7 proc. To mniej niż we Francji (64.3 proc., dane Insee na koniec 2015 r. ), gdzie stopa bezrobocia jest o połowę wyższa niż nad Wisłą. Z kolei w Szwecji wskaźnik zatrudnienia wynosi 76.8 proc. przy tym samym poziomie bezrobocia co w Polsce.

Niskie bezrobocie i niewielkie zatrudnienie. Jak to możliwe?

Szukając przyczyn tak niskiego wskaźnika zatrudnienia, dość szybko dostrzegamy, że wyraźnie zaniżają go osoby w przedziale wieku 55-64 lata. W tym przedziale wiekowym wynosi on, według danych GUS, 45.8 proc. Co ciekawe, akurat w tej grupie stopa bezrobocia jest bardzo niska. To jedynie 4.9 proc. Co to oznacza? Ponad 2.8 mln ludzi, którzy nie tylko nie pracują, ale także pracy nie szukają.

Dodatkowo, według danych Eurostat na koniec 2014 r., jedynie 32.9 proc. kobiet w Polsce w przedziale wiekowym 55-64 ma zatrudnienie. Warto zwrócić na to uwagę, ponieważ średnia dla całej Unii, wynosi dla tej grupy 45.2 proc. W przypadku Szwecji czy Irlandii ten współczynnik sięga odpowiednio 71.5 proc. i 44.7 proc.. Interesujący jest również fakt, że w tej kategorii wyprzedza nas również Hiszpania (37.8 proc.), a w tym kraju oficjalne bezrobocie jest trzy razy wyższe niż w Polsce i wynosi 20.5 proc.

Polski rynek pracy ma również poważny problem z wchłonięciem osób z niższymi kwalifikacjami. Według danych OECD, odsetek zatrudnionych w wieku produkcyjnym z wykształceniem poniżej średniego, wynosił pod koniec 2013 r. jedynie 38.5 proc. i był to drugi najniższy wynik wśród 34 członków OECD. Wyprzedzała nas w tej klasyfikacji m.in. Grecja (45.1 proc.), Francja (54.5 proc.) oraz Szwecja (62.5 proc.).

Statystyki wyraźnie poprawiają się, gdy spojrzymy na analogiczną grupę osób z wyższym wykształceniem. Tutaj wskaźnik zatrudnienia dla obu płci w Polsce wynosi według OECD 84.8 proc. To plasuje nas wyżej niż Francję (84.4 proc.) i na tym samym poziomie co Wielką Brytanię (84.8 proc.). Wysoki wskaźnik zatrudnienia potwierdzony jest również niskim poziomem bezrobocia. Według danych Eurostat na koniec 2014 r. wskaźnik ten wynosił dla osób legitymujących się dyplomem uczelni wyższej jedyne 4.1 proc. Jest to praktycznie tyle samo ile w Szwecji (4.0 proc.) i zdecydowanie mniej niż we Francji (5.8 proc.), Irlandii (6.1 proc.) oraz Hiszpanii (13.8 proc.).

Co zrobić by było lepiej?

Co więc jest kluczem, by sytuacja na krajowym rynku pracy rzeczywiście się poprawiła? Dane pokazują, że przede wszystkim powinien rosnąć odsetek osób z wyższym wykształceniem, co również będzie determinować dłuższą pracę. Potwierdzają to badania OECD, zamieszczone w raporcie „Education at a Glance 2015”. Wskaźnik zatrudnienia Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, legitymujących się wyższym wykształceniem, wynosi 66 proc. przy wartości 45.8 proc. dla całej populacji i jedynie 25 proc. dla tych, którzy edukację zakończyli na szkole podstawowej. Pozwoli to wyraźnie podnieść ogólny poziom zatrudnienia w naszym kraju, co zbliży Polskę do średnich wartości obserwowanych w krajach rozwiniętych.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Ostatnio pojawiło się wiele analiz dotyczących hipotetycznego wpływu Brexitu na wycenę funta, kondycji brytyjskiej gospodarki czy polityki monetarnej Banku Anglii. Jak może zachować się złoty w sytuacji opuszczenia UE przez Wielką Brytanię? 

W Wielkiej Brytanii od miesięcy trwa dyskusja na temat możliwości opuszczenia przez ten kraj struktur Unii Europejskiej. W ostatnich tygodniach nabrała ona tempa, ze względu na ogłoszenie daty referendum przez premiera Davida Camerona. Wpływ na to miało także rozpoczęcie kampanii na rzecz Brexitu, przez Borisa Johnsona, wiodącego polityka partii konserwatywnej.

Polityczna dyskusja na Wyspach i niezdecydowanie obywateli w sondażach, kreują również ryzyka gospodarcze dość szybko przekładające się na wycenę funta. W lutym brytyjska waluta spadła w relacji do amerykańskiego dolara do najniższych poziomów od 2009 r. Dlaczego jednak Brexit jest tak niekorzystny dla brytyjskiej gospodarki?

Niezbilansowana gospodarka

 „Financial Times” przeprowadził badania wśród reprezentatywnej grupy ponad stu ekonomistów. Jak się okazało, zdecydowanie przeważają negatywne opinie, na temat konsekwencji możliwego Brexitu dla brytyjskiej gospodarki. Żaden z badanych nie uważa, że opuszczenie Unii poprawiłoby tegorocznej sytuacji ekonomicznej kraju, a aż 72 proc. respondentów sądzi, że pogorszy się ona w średnim terminie, czyli w ciągu kilku lat.

Z kolei w ankiecie przygotowanej przez agencję Bloomberg, 20 z 34 bankierów inwestycyjnych zakłada, że w tydzień po Brexicie funt może być wart 1.30 dolara lub mniej. To oznaczałoby przynajmniej dziesięcioprocentową przecenę brytyjskiej waluty, w porównaniu do bieżących notowań. Siedmiu ankietowanych z tej grupy oczekuje, że para GBP/USD może spaść poniżej granicy 1.20, czyli do najniższego poziomu od 30 lat.

Nawet jeżeli założymy, że obawy ekspertów są przesadzone, a średnioterminowe skutki nie są tak oczywiste, to wciąż warto zwrócić uwagę na brak równowagi w brytyjskiej gospodarce. Przede wszystkim Brytyjczycy borykają się z wysokim deficytem rachunku obrotów bieżących, który waha się w ostatnich kwartałach w granicach 4-5 proc. PKB, czyli około 150 mld dolarów rocznie.

Do tej pory ta nierównowaga zewnętrzna była głównie finansowana przez bezpośredni napływ inwestycji zagranicznych (FDI). Jednak w scenariuszu Brexitu można oczekiwać, że nastąpi znaczne ograniczenie FDI ze względu na niepewność gospodarczą. To oznaczałoby, że ten deficyt stałby się mało stabilny i jego zmniejszenie zostałoby prawdopodobnie wymuszone przez osłabienie waluty i zmniejszenie importu.

Warto także zwrócić uwagę na brytyjski sektor finansowy. Generuje on ok. połowę nadwyżki w zagranicznym bilansie usług. Gdyby jednak Wielka Brytania opuściła Unię, to prawdopodobnie Bruksela znacznie ograniczyłaby działalność tego sektora na swoim terenie. To również wpływałoby negatywnie na rachunek obrotów bieżących.

Osłabienie funta i niepewność gospodarcza mogłaby wyraźnie pogorszyć nastroje konsumentów i chęć do inwestowania. Nawet jeżeli ta reakcja byłaby względnie krótkotrwała , to i tak mogłaby zwiększyć oczekiwania obniżenia stóp procentowych przez bank centralny. To byłby kolejny cios dla funta. W rezultacie szacunki banku HSBC zakładające, że funt osłabi się do dolara o 15-20 proc. w przypadku Brexitu, nie muszą być wcale przesadzone.

Niejednoznaczne sondaże

 Elementem zwiększającym niepewność dotyczącą wyniku referendum jest również podział społeczny, obserwowany w badaniach opinii publicznej. Średnia z ostatnich sześciu sondaży publikowana przez portal Whatukthinks.org pokazuje, że 51 proc. ankietowanych jest za pozostaniem w strukturach Unii, a 49 proc. popiera Brexit.

Warto jednak zauważyć, że w badaniach opinii publicznej w Wielkiej Brytanii przeważają sondaże typu online, gdzie zarejestrowana grupa użytkowników wybierana jest przez dany ośrodek do konkretnej próby. Miedzy innymi YouGov pisze na swojej stronie, że w swojej bazie danych ma 360 tys. użytkowników. Ogólnie w sondażach online wynik jest najczęściej remisowy.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku głosowego kontaktu z respondentem. W jednym z ostatnich sondaży telefonicznych, przeprowadzonych przez ComRes 22 lutego, przewaga zwolenników pozostania w Unii nad przeciwnikami wyniosła 12 punktów procentowych. W analogicznym badaniu Survation z 20 lutego oraz Ipsos Mori z 16 lutego, przewaga przeciwników Brexitu nad jego zwolennikami wyniosła odpowiednio 15 oraz 18 punktów procentowych. To może sugerować, że biorąc pod uwagę zarówno sondaże telefoniczne, jak i online, rozkład wyników jest jednak nieco przesunięty w stronę pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach Unii.

Jednak powyższa koncepcja również zaczyna słabnąć. Opublikowany 15 marca telefoniczny sondaż, przeprowadzony przez „The Telegraph” oraz ORB pokazuje, że zwolennicy Brexitu mają dwuprocentową przewagę nad jego przeciwnikami. Rośnie więc ryzyko, że do dnia głosowania żadna ze stron nie będzie miała przewagi, a to potęguje niepewność rynkową oraz gospodarczą.

Wpływ na złotego i polską gospodarkę

 Jeżeli dojdzie do Brexitu, największy ciężar tego wydarzenia zostanie przyjęty przez funta. Jego przecena może wynieść od 10-20 proc. w relacji do dolara. Warto jednak zauważyć, że brytyjska waluta prawdopodobnie straci znacznie mniej do jej europejskiego odpowiednika. Po pierwsze dlatego, że opuszczenie struktur Unii przez jednego z jej członków, będzie oznaczać ogólną słabość tego ekonomiczno-politycznego bloku. Po drugie, beneficjentem tych wydarzeń będzie najprawdopodobniej dolar. Stąd para EUR/GBP nie powinna wzrosnąć więcej niż 10 proc.

Jeszcze mniej może stracić funt w relacji do złotego. Ogólny wzrost napięcia na europejskim rynku finansowym oraz ryzyko dalszych rozłamów wewnątrz Unii, może spowodować, że negatywne skutki dość szybko odczują beneficjenci wspólnego budżetu. Wówczas inwestorzy dość szybko sobie przypomną o ostatnim cięciu ratingu Polski oraz napiętym planie wydatków na 2017 r. Przez to złoty może szybko stać się ofiarą odpływu kapitału. W rezultacie, mimo ogólnego osłabienia funta, jego cena nie spadnie poniżej 5 zł, a za euro, dolara czy franka, będziemy musieli prawdopodobnie płacić więcej niż obecnie.

Brexit może negatywnie wpłynąć również na gospodarkę poprzez kanał handlu zagranicznego. Wielka Brytania jest naszym drugim największym partnerem eksportowym. Wg danych GUS, w 2015 r. wysłaliśmy na Wyspy towary o wartości 50 mld zł. Natomiast import z tego kraju wyniósł jedynie 19 mld. zł. Oznacza to nadwyżkę przekraczającą 30 mld zł, czyli 4 proc. całego polskiego eksportu.

Z dużym prawdopodobieństwem Londyn nie dogadałby się szybko w kwestii nowych umów handlowych z Brukselą, co spowodowałoby prawdopodobnie zaburzenia w wymianie towarowej i ryzyko utraty rynków przez polskich przedsiębiorców. Hipotetyczne zmniejszenie nadwyżki handlowej oznacza ryzyko fundamentalnej presji spadkowej na polską walutę.

Co ciekawe, nawet jeżeli cała operacja Brexitu zostanie przeprowadzana względnie łagodnie, to i tak zagrożenia dla Polski pozostaną. Kolejne, bogatsze kraje, mogą w takim scenariuszu także dążyć do opuszczenia Unii. To może oznaczać presję na mniejsze wsparcie finansowe takich państw jak Polska, a w skrajnym przypadku nawet całkowite zatrzymanie napływu środków pomocowych z UE. Warto przypomnieć, że według danych Komisji Europejskiej, tylko w 2014 r. Polska otrzymała z budżetu unijnego 13.7 mld. euro netto, czyli 3.3 proc. PKB.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Biorąc pod uwagę niskie bezrobocie, sytuacja polskich pracowników już teraz jest jest bardzo dobra. W kolejnych latach możemy spodziewać się nie tylko większej liczby ofert pracy, lecz także coraz wyższych wynagrodzeń – komentuje Piotr Lonczak, analityk Cinkciarz.pl.

Ostatnie dwa lata na polskim rynku pracy były niezwykle udane. Stopa bezrobocia osiągnęła najniższy poziom od 2008 r., czyli od momentu nadejścia światowego kryzysu finansowego. Co więcej, zatrudnienie w polskich firmach osiągnęło rekordowe rozmiary. Według danych Eurostatu, na koniec czwartego kwartału ub. r. pracowało 16.3 milionów Polaków. Do pełnego zadowolenia brakuje tylko wzrostu wynagrodzeń.

Płacowy paradoks

Na polskim rynku pracy można zauważyć dość zaskakujące zjawisko. Wynagrodzenia w latach 2014-15 wzrosły odpowiednio o 3.8 i 3.5 proc. (średnio o 3.65 proc.). Natomiast w latach 2009-14 płace zwiększały się średnio o 3.76 proc. To oznacza, że wynagrodzenia szły do góry szybciej w czasie rosnącego bezrobocia, niż w czasie jego spadku.

Ten paradoks może być w pewnym stopniu wyjaśniony przez fakt, że we wspomnianych okresach mieliśmy do czynienia z całkowicie innym poziomem inflacji. Zaraz po kryzysie z 2008 r. tempo wzrostu cen w Polsce wynosiło ok. 3 proc. Z kolei spadek bezrobocia w ostatnich dwóch latach zbiegł się z rekordowo niską inflacją, która pierwszy raz od upadku komunizmu osiągnęła ujemny poziom.

Możliwe, że spadające ceny paliwa, żywności i ubrań są na tyle zadowalające, że ograniczają oczekiwania płacowe wśród pracowników. Podobnie sytuacja wygląda np. w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, gdzie wzrost płac jest dosyć umiarkowany, biorąc pod uwagę niską stopę bezrobocia i wysokie zatrudnienie. Sytuacja może ulec zmianie w momencie, kiedy tempo wzrostu cen znowu przyspieszy, co może skłonić pracowników do zwiększenia oczekiwań płacowych.

Wynagrodzenia wkrótce wzrosną

Od kilku miesięcy nasilają się obawy związane z przyszłością światowej gospodarki. Spadek ceny ropy naftowej do najniższego poziomu od 2003 r. odpowiada za poważne problemy krajów eksportujących ten surowiec. Niekorzystnie wygląda sytuacja w Chinach, gdzie gospodarka notuje najsłabsze tempo wzrostu PKB od 25 lat.

Nie tylko gospodarki wschodzące zmagają się z problemami. Także kraje rozwinięte stoją przed poważnymi wyzwaniami. Niższe tempo wzrostu PKB w krajach rozwijających się odbija się na wynikach eksporterów. Niepewność zwiększa także referendum członkowskie w Wielkiej Brytanii, którego efektem może być rozpad Unii Europejskiej. W tle są problemy banków, nadmierne zadłużenie oraz kryzys imigracyjny.

Mimo wielu potencjalnych czynników ryzyka dla polskiej gospodarki, 2016 r. może być udany. Podobnie jak było to w ub. r., Europejski Bank Centralny właśnie zwiększył stymulację monetarną, co będzie wspierać ożywienie w strefie euro, która jest najważniejszym partnerem handlowym Polski (56.4 proc. udział w polskim eksporcie). Z kolei Rezerwa Federalna prawdopodobnie ograniczy tempo podwyżek stóp procentowych, co będzie korzystnie wpływać na światową gospodarkę. Również Chiny zapowiedziały, że będą stymulować wzrost PKB. W efekcie już teraz widać odbicie cen surowców oraz szeroką poprawę nastrojów na rynkach finansowych.

Prognozujemy, że w najbliższych trzech latach bezrobocie może zmaleć nawet poniżej 9 proc. Byłby to najniższy poziom od początku lat 90. Za spadkiem stopy bezrobocia może podążyć wzrost wynagrodzeń, zdecydowanie wyższy niż w ostatnich latach. W styczniu 2016 r. wynagrodzenia wzrosły o 4 proc. w stosunku do poprzedniego roku. Prognozy mówiły natomiast o wyniku na poziomie plus 3.4 proc. Tym samym już początek roku pokazuje, że płace mogą iść do góry znacznie szybciej niż do tej pory.

W optymistycznym scenariuszu utrzymanie tempa wzrostu wynagrodzeń o blisko 4 proc. rocznie oznaczałoby, że za trzy lata przeciętna płaca byłaby wyższa o ok. 500 zł niż w 2015 r. i przekroczyłaby 4.6 tys. zł. To oznacza, że w grudniu 2018 r. po raz pierwszy w historii wynagrodzenie może sięgnąć 5 tys. zł.

 

Cinkciarz.pl

Cinkciarz.pl podpisał kolejny, wieloletni kontrakt sponsorski. Lider branży fintech związany z wymianą walut i aktualny sponsor Chicago Bulls będzie wspierał Polską Ligę Koszykówki.

Zgodnie z podpisaną właśnie umową, Cinkciarz.pl został „Sponsorem Oficjalnym Tauron Basket Ligi” oraz może posługiwać się oznaczeniem „Official Foreign Currency Exchange Partner”.

– W ub. r. szerokim echem w mediach odbiła się podpisana przez nas umowa z Chicago Bulls. Od kilku lat jesteśmy partnerem Stelmet BC Zielona Góra. Teraz zdecydowaliśmy się na szeroką współpracę z krajową ligą koszykówki. Uważamy, że umowa z PLK idealnie wpisuje się w realizowaną przez nas strategię sponsoringową – komentuje Piotr Kiciński, wiceprezes Cinkciarz.pl.

PLK jest organizatorem rozgrywek koszykarskiej ekstraklasy. – Dla Polskiej Ligi Koszykówki podpisanie umowy z liderem branży fintech związanym z wymianą walut firmą Cinkciarz.pl to wydarzenie historyczne. Jesteśmy bardzo zadowoleni, że instytucja, która współpracuje z zespołem NBA Chicago Bulls, jak i Reprezentacją Polski w piłce nożnej, zdecydowała się na rozpoczęcie współpracy z Tauron Basket Ligą. Jesteśmy przekonani, że nasza umowa przyniesie korzyści obu stronom. Wspólnymi, kreatywnymi działaniami będziemy angażować kibiców i promować koszykówkę – mówi Marcin Widomski, Prezes Polskiej Ligi Koszykówki.

Firma uzyskała prawa do ekspozycji marki oraz do organizacji akcji promocyjnych podczas wszystkich meczów organizowanych przez PLK w 17 halach w Polsce. Spółka będzie z nich korzystać także podczas turnieju finałowego Pucharu Polski oraz meczów o Superpuchar Polski.

Marka Cinkciarz.pl będzie widoczna na bandach diodowych i dynamicznych oraz na parkietach hal wszystkich drużyn biorących udział w rozgrywkach. Brand zostanie wyeksponowany w materiałach promocyjnych i marketingowych PLK oraz na jej oficjalnej stronie i w aplikacji mobilnej.

Spółka zamierza podjąć szereg działań angażujących kibiców. – Nasza obecność będzie szczególnie widoczna podczas Pucharu Polski w Dąbrowie Górniczej. Przygotowaliśmy wiele atrakcji dla fanów koszykówki. W trakcie rozpoczynającego się 18 lutego, czterodniowego turnieju, będą mogli wziąć udział licznych w konkursach i quizach.

Do wygrania będą m.in. bilety na wydarzenia sportowe oraz firmowe gadżety. Spółka przygotowuje się również do inauguracji działań w obszarze CSR. Wszystkie podejmowane przez nas akcje będziemy mocno promować w mediach społecznościowych – zapowiada Kamil Sahaj, dyrektor marketingu Cinkciarz.pl.

Obie strony umowy zdecydowały nie ujawniać warunków finansowych oraz długości kontraktu.

 

Cinkciarz.pl

 

Ceny paliwa na świecie są najtańsze od kilkunastu lat. Amerykanie w niektórych stanach płacą poniżej 1.5 zł za litr benzyny. W Polsce natomiast koszt bezołowiówki nadal kształtuje się w granicach 4 zł, mimo że na europejskim rynku ARA popularna 95 kosztuje jedynie ok. 75 gr za litr.

W miniony wtorek (9 lutego) cena tony benzyny 95, notowanej na europejskim rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) spadła poniżej 1 tys. zł (ok. 75 gr za litr). Pomijając klika dni pod koniec 2008 r., kiedy PB 95 była wyceniana na ok. 60 gr, są to najniższe poziomy od 2003 r. Ceny były zbliżone również do tych z końcówki lat 90.

Polscy kierowcy jednak w niewielkim stopniu odczuwają zmiany cen paliw. Według danych Komisji Europejskiej, na początku lutego średnia cena popularnej „95” wynosiła dokładnie 4 zł za litr. To 27 gr mniej niż rok temu. Warto jednak zauważyć, że przez ten czas koszt benzyny na rynku ARA w złotych spadł o połowę.

Pomijając fakt, że w cenie paliwa zawartych jest wiele podatków (VAT, akcyza, opłata paliwowa, opłata zapasowa), obserwujemy rekordową w historii różnicę pomiędzy ceną hurtową w naszym kraju i na rynku ARA. Wynosi ona ok. 60 gr netto za litr, mimo że przez ostatnią dekadę kształtowała się w granicach 20-30 gr.

Rekordowe niskie ceny w USA

Zupełnie inaczej wygląda to w Stanach Zjednoczonych. Tam średnia detaliczna cena galona benzyny w drugim tygodniu lutego spadła według EIA (Departamentu Energii) do poziomu 1.75 dol. za galon (1.81 zł za litr). To oznacza, że Amerykanie płacą o 30 proc. mniej niż rok temu. Jeszcze taniej jest w regionach od Zatoki Meksykańskiej po Środkowy Zachód, gdzie galon, według EIA, jest najtańszy od połowy 2004 r. i kosztuje średnio 1.51 USD (1.56 zł za litr).

O rekordowo niskich cenach pisze również The Wall Street Journal w artykule z 9 lutego (WSJ). Wg amerykańskiego dziennika niektóre stacje w stanie Missouri sprzedają paliwo po 1.22 USD za galon (1.27 zł/litr). Najtaniej jest na stacji 7-Eleven w Oklahoma City. Tutaj, według danych (WSJ), za litr benzyny należy zapłacić jedynie 1.11 USD za galon, czyli 1.15 zł za litr.

 Amerykanie pracują na litr paliwa tylko przez minutę

Powyższe porównania wypadają jeszcze ciekawiej, gdy zestawimy je z zarobkami w Polsce oraz w USA. Wg styczniowego raportu Biura Statystki Amerykańskiego Departamentu Pracy (BLS), średnia stawka godzinowa w USA wynosi 25.39 dol. (około 100 zł). Wg GUS przeciętne wynagrodzenie miesięczne w polskiej gospodarce wyniosło 3899 zł. w 2015 r. Oznacza to, że Polacy średnio zarabiają 23.2 zł na godzinę.

W rezultacie zestawiając średni koszt paliw i zarobki w obu krajach widzimy, że w USA za godzinę pracy kupimy 55 l. benzyny (nieco ponad 1 minuta pracy/litr) a w Polsce 5.8 l paliwa. To oznacza, że Polacy na benzynę bezołowiową muszą pracować prawie dziesięć razy dłużej (dokładnie 9.5) niż Amerykanie.

Na koniec warto również zwrócić uwagę na dobrą informację. Biorąc pod uwagę kursy walut i ceny hurtowe paliw, przez najbliższy tydzień lub dwa ceny „bezołowiówki” z dużym prawdopodobieństwem spadną na krajowych stacjach o ok. 10-20 gr. Jeżeli sprawdzą się prognozy EIA dotyczące przyszłych kosztów ropy naftowej, zarówno diesel, jak i benzyna powinny utrzymać się w okolicach 4 zł przynajmniej przez pierwszą połowę roku.

 

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Przez Grecję przetacza się fala protestów. Ludzie obawiają się redukcji przywilejów i wyższych podatków. Nie pomaga bardzo trudna sytuacja gospodarczą kraju i spodziewany konflikt z wierzycielami. Czy to oznacza, że wraca ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro? 

Uzgodniony latem 2015 r. pakiet pomocy dla Grecji był związany z szerokim planem reform. W zamian za 86 mld euro rząd zobowiązał się naprawić system podatkowy, rozwiązać problemy administracji centralnej, a także przeprowadzić szeroki program prywatyzacji i liberalizacji rynku. Ważnym punktem ustaleń były też konieczne ograniczenia wydatków emerytalnych.

Z całej kwoty Grecja natychmiast dostała 13 mld euro. Zdecydowana większość z tych pieniędzy została przeznaczona na spłatę zobowiązań w stosunku do wierzycieli. Do końca ub. r. w stosunku do EBC i MFW zostało zrealizowanych prawie 11 mld euro zaległych i bieżących płatności.

Jak idzie Grekom wprowadzanie zmian?

Do tej pory w ramach reform zostały podniesione obciążenia VAT dla wysp i zredukowane zwolnienia podatkowe dla rolników. Stosunkowo wolno, ale realizowany jest także program prywatyzacji. Trudno jednak wyobrazić sobie, by z tytułu prywatyzacji kiedykolwiek został spełniony plan zdobycia 50 mld euro. Połowa tych pieniędzy miała zostać zwrócona wierzycielom, którzy dokapitalizowali banki. Kolejne 25 proc. na spłatę zadłużenia, a pozostała część na specjalny fundusz finansujący inwestycje publiczne.

Według informacji funduszu zajmującego się sprzedażą państwowego majątku HRADF, Grecy uzgodnili kontrakt na koncesję 14 regionalnych portów lotniczych. Ma on przynieść natychmiastowy przychód w wysokości 1.23 mld euro oraz 22.9 mln euro rocznie przez kolejne 40 lat. Dodatkowo 20 stycznia 2016 r. została podpisana umowa na sprzedaż 67 proc. udziałów w Porcie Pireus. Wartość tej transakcji to 368 mln euro. Warto jednak zauważyć, że powyższe transakcje były planowane już przed ubiegłorocznym porozumieniem z wierzycielami.

W pierwszym programie pomocowym z 2010 r. także założono, że w ciągu 10 lat Grecja sprywatyzuje majątek o wartości 50 mld euro. W maju 2014 r. Reuters pisał, że plan prywatyzacji na lata 2010-2020 został zrewidowany do 22.4 mld euro, a przez pierwsze cztery lata zrealizowano sprzedaż na poziomie 4.9 mld euro, mimo że pierwotnie zakładano, że od 2010 do 2013 r. przychody z prywatyzacji wyniosą 22 mld euro.

Emerytury kością niezgody

Jednym z podstawowych warunków otrzymania pomocy dla Grecji była obietnica reformy systemu emerytalnego. To zobowiązanie budzi najwięcej kontrowersji. Nadal jednak nie została przeprowadzona reforma emerytur. Brytyjski think tank CPS na podstawie danych greckiego urzędu statystycznego (ELSTAT) za lipiec 2015 r. zauważa, że na świadczenia emerytalne dla 2 mln obywateli wydawane jest niespełna 2 mld euro miesięcznie. Z prostej kalkulacji wynika, że średnia emerytura wynosi ok. 1 tys. euro.

Według najnowszych danych Eurostatu (dostępne za 2012 r.), Grecja wydaje aż 14 proc. PKB na świadczenia emerytalne, czyli najwięcej w całej Unii Europejskiej. W Polsce jest to około 8 proc. Dodatkowo, wg danych Eurostatu z 2014 r., w tym kraju jedynie 34 proc. osób w wieku 55-64 lat pracuje. Po części jest to oczywiście spowodowane wysokim bezrobociem, choć w Hiszpanii, która w 2014 r. również borykała się z podobną do greckiej stopą bezrobocia, ten stosunek wynosił 44.3 proc.

Konieczność przeprowadzenia zmian w systemie emerytalnym widzi również premier Tsipras. Podczas obrad parlamentu (26 stycznia 2016 r.) ostrzegał, że bez reform grecki system upadnie. Jego rząd zakłada jednak, że reforma będzie polegała przede wszystkim na zwiększeniu składek płaconych przez pracodawców i pracowników. Wierzyciele, a zwłaszcza MFW, który ma być włączony do wypłaty kolejnych transz pomocy, chcą natomiast również redukcji wydatków. To oznaczałoby m.in. zmniejszenie świadczeń dla obecnych i przyszłych emerytów.

Sytuację komplikuje również niepewna sytuacja polityczna w Grecji. Od czasu wrześniowych wyborów parlamentarna większość Syrizy i eurosceptycznej partii ANEL stopniała do trzech głosów. Dodatkowo, wg przeprowadzonych w styczniu br. sondaży cytowanych przez agencję Bloomberg, opozycyjna Nowa Demokracja ma 3-4 proc. przewagi nad Syrizą. To istotna zmiana. W wyborach cztery miesiące temu partia Tsiprasa miała przecież 7 proc. przewagi nad główną siłą opozycyjną.

Od początku stycznia przez kraj przetaczają się protesty wielu grup społecznych. Grecy obawiają się redukcji świadczeń i wyższych podatków. W połączeniu z wciąż bardzo trudną sytuacją gospodarczą państwa i spodziewanym konfliktem z wierzycielami można przypuszczać, że ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro znowu będzie przedmiotem dyskusji na rynku finansowym. Natomiast sytuacja w Atenach w ciągu najbliższych kilku tygodni ponownie wróci na nagłówki światowej prasy.

Co działo się w Grecji w ostatnich miesiącach?

W styczniu ub. r. rządy w Grecji objęła Syriza, czyli Koalicja Radykalnej Lewicy pod przewodnictwem Alexisa Tsiprasa. Jego wyborców przekonały głównie narzucone Grecji przez wierzycieli obietnice zakończenia polityki oszczędności. Aby uzyskać większość konieczną do sprawowania władzy, Syriza połączyła siły z niewielką, eurosceptyczną partią ANEL.

Od tego momentu rozpoczęła się walka pomiędzy Grecją a jej wierzycielami o złagodzenie polityki oszczędności. Trojka, czyli przedstawiciele Komisji Europejskiej, Międzynarodowego Funduszu Walutowego oraz Europejskiego Banku Centralnego, nie chcieli zgodzić się ani na redukcję zadłużenia, ani na złagodzenie polityki „zaciskania pasa”. Premier Tsipras wykorzystał przeciągające się negocjacje z wierzycielami jako pretekst do ogłoszenia ogólnokrajowego referendum. W głosowaniu 5 lipca ponad 60 proc. Greków odrzuciło w referendum politykę cięć wydatków, co praktycznie spowodowało paraliż państwa. Ludzie w obawie przed rychłym wyjściem kraju ze strefy euro oraz osłabieniem przyszłej waluty masowo wypłacali pieniądze z kont. W konsekwencji Europejski Bank Centralny wprowadził kontrolę przepływu kapitału i limit dziennych transakcji gotówkowych. Efekt? Poważne ograniczenie działalności gospodarczej i kolejki przed bankomatami. System utrzymała awaryjna płynność z EBC w wysokości ok. 90 mld euro. Po historycznych, siedemnastogodzinnych negocjacjach, 12 lipca, Grecja doszła do wstępnego porozumienia z wierzycielami. Kiedy miesiąc później Komisja Europejska opublikowała tekst oficjalnego porozumienia, świat dowiedział się, że w związku z pogorszeniem sytuacji gospodarczej Grecji, program oszczędności będzie jeszcze bardziej wymagający niż wcześniejsze propozycje.

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Firmy muszą być bardziej ekologiczne

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emo...

5 trendów w branży płatności na 2020 rok

- W ciągu ostatnich pięciu lat zachowania i oczekiwania konsumentów radykalnie zmieniły sposób, w ja...

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dl...

Już co czwarty internauta w Polsce słucha podcastów

Już 27% internautów w Polsce słucha podcastów. Większość włącza je co najmniej raz w miesiącu, korzy...

Rośnie popularność inwestycji budowlanych typu mixed-use, czyli obiektów łączących w sobie r

Ograniczona przestrzeń w największych światowych ośrodkach miejskich sprawia, że architekci coraz od...