piątek, Grudzień 6, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "rynek"

rynek

Jedna z rynkowych zasad głosi, że spadki na giełdach kończą się w momencie, kiedy dobrze zostaną poznane ich przyczyny. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to nieco śmieszne, gdyż wyjaśnień ruchów na rynkach można codzienne znaleźć od groma. Problem w tym, że nierzadko są one nieprecyzyjne bądź wręcz błędne. Warto w tym kontekście prześledzić historię ostatniego „krachu”.

W dość częstej opinii rozpoczął się on w piątek po publikacji comiesięcznego raportu z rynku pracy, w którym uwagę inwestorów zwrócił najsilniejszy wzrost płac od 2009 roku. Miałoby to wpłynąć na wzrost oczekiwań inflacyjnych i w konsekwencji również ilości podwyżek stóp procentowych w USA. Z kolei silniejsza skala zacieśnienia monetarnego wywołała odwrót od ryzyka na parkietach giełdowych. Z tym tłumaczeniem jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, pierwsza silniejsza wyprzedaż miała miejsce dzień wcześniej w Europie. Zbiegło się to z początkiem kolejnego miesiąca kalendarzowego i już wówczas złamane zostały ważne techniczne wsparcia w przypadku DAX-a czy WIG20. Po drugie, dla uważnego obserwatora piątkowe dane z USA wcale nie miały wymowy proinflacyjnej.

Aby to zrozumieć trzeba mieć świadomość, że zarobki podawane są jako średnia za jedną godzinę pracy. Wspomniana średnia wzrosła w styczniu o 2,9% rok do roku, co w istocie było przyspieszeniem względem wcześniejszych odczytów. Miało ono jednak naturę bardzo techniczną. Otóż nastąpił silny spadek ilości godzin przeprowadzonych przez Amerykanów. Był on najsilniejszy od początku ubiegłego roku, nie licząc września, w którym niski odczyt wynikał z huraganowych zniszczeń. Zresztą spadała też ogólna wielkość zarobków, ale mniej niż ilość godzin pracy, i stąd obserwowany wzrost średniej płacy za przepracowaną godzinę.

Sam raport był dodatkowo pod wpływem obserwowanego w ostatnim czasie uderzenia zimy w USA, więc nie warto na jego bazie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Efektywny rynek nie powinien przynajmniej tego robić. Co więc było prawdziwą przyczyną spadków? Odpowiedź wszyscy poznali we wtorek. Była nią implozja popularnych ostatnimi czasy funduszy zarabiających na spadku rynkowej zmienności. Strategia ta była bardzo zyskowna z uwagi na niemalże niczym nieprzerwany, jednostajny i spokojny wzrost najważniejszych indeksów.

Koniec tej sielanki musiał kiedyś nastąpić, a że trwała ona nadzwyczaj długo, to i zakończenie było gwałtowne. Co ważne, wyraźnie spokojniejsze były rynki walut oraz surowców. Oznacza to, że giełdowych zniżek nie można wiązać z obawami o osłabienie koniunktury gospodarczej. To teoretycznie dobra wiadomość, ale gdyby za miesiąc nie zmienił się obraz wspomnianego wyżej raportu z rynku pracy, to jego wymowa nie byłaby korzystana dla perspektyw dla wzrostu czy inflacji, co lekki niepokój może już budzić.

 

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

                                                                                                                    

 

Bieżący rok w branży budowlanej to prawdziwa huśtawka nastrojów. W styczniu rynek zmroziły fatalne dane za 2016 rok z dużym spadkami wartości produkcji budowlanej i ogólną wartością najniższą od dziewięciu lat. W lipcu, dla odmiany wzrost produkcji budowlano-montażowej, rok do roku, wyniósł niemal 20 proc. Paliwo do takich wyników dały inwestycje samorządowe i ożywienie na rynku dużych inwestycji infrastrukturalnych. Fachowcy, którzy wieszczyli, że szykuje się trwała poprawa sytuacji w budowlance i dobra koniunktura na kilka lat musieli zweryfikować prognozy, bo opublikowane aktualnie dane dotyczące zadłużenia branży podnoszą temperaturę wczesną jesienią. Zaległości branży wobec instytucji finansowych wynoszą już 4,06 mld zł, a w pierwszym półroczu tego roku zwiększyły się o 259 mln zł czyli 6,8 proc.* Chodzi tu m.in. o niespłacone w terminie kredyty oraz zobowiązania za usługi czy zakupiony towar, dla których opóźnienie wynosiło minimum 60 dni, na kwotę co najmniej 500 zł.

W opublikowanych danych zwraca uwagę też fakt, że zadłużonych jest aż ponad 25 tys. podmiotów budowlanych funkcjonujących jako działalność gospodarcza. Choć to nieco mniej niż w poprzednim okresie liczba i tak robi wrażenie. To właśnie te, średniej wielkości lub małe przedsiębiorstwa mają największy problem z płynnością i pozyskiwaniem kapitału na rozwój i inwestycje.

…i na czarnej liście w bankach.

Huśtawka nastrojów, w nie mniejszym stopniu niż złe dane, ogranicza zaufanie instytucji finansowych do branży budowlanej. Nic dziwnego, bo budowlanka od dłuższego czasu znajduje się na czarnej liście ryzykownych działalności w bankach. Udzielanie im kredytów uważane jest za obarczone dużym ryzykiem.

– Banki solidność branży czy ryzyko związane z kredytowaniem konkretnego przedsiębiorstwa rozpatrują w dłuższej perspektywie czasowej. Niemniej wahania nastrojów w budowlance trwają od dłuższego już czasu, co bardzo utrudnia firmom budowlanym przekonanie banków do udzielenia im finansowania. Łatwiej im przekonać do siebie instytucje, które oceniają aktualnych kontrahentów budowlańców, jak to ma miejsce w faktoringu – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A., firmy zajmującej się finansowaniem przedsiębiorstw.

Obecności budowlanki na nieformalnej czarnej liście trudno się dziwić, skoro dane pokazują, że opóźnione płatności ma na koncie niemal co siódme działające na większą skalę, jako spółka prawa handlowego, przedsiębiorstwo budowlane. Wśród tych firm problemy kontrahentom i bankom sprawia 15 proc.

Według BIG stosunkowo najwięcej niesolidnych płatników znajduje się wśród firm budowlanych zajmujących się robotami inżynieryjnymi, czyli reprezentującymi najmniejszą część produkcji budowlanej (24 proc.).

Lepiej szukać finansowania zanim sytuacja stanie się krytyczna

Nie znaczy to jednak, że budowlańcy są zupełnie bez szans na wsparcie finansowaniem zewnętrznym, muszą go jednak po pierwsze zazwyczaj szukać poza bankami, a po drugie zanim ich długi wzrosną na tyle, aby negatywnie wpłynąć na ocenę zdolności finansowych.

– Większe szanse na pieniądze budowlańcy mają u faktorów, którzy mniej patrzą wstecz, a bardziej do przodu. Przed podjęciem decyzji o finansowaniu analizują to, z kim przedsiębiorca kooperuje, komu wystawia faktury i czy realizowane przez niego zlecenia mają dobre perspektywy. Niemniej także wśród faktorów są firmy mające wykluczenia branżowe, wśród których niemal zawsze jest budowlanka. My takiego ograniczenia nie wprowadziliśmy i choć wymaga to od nas większej ostrożności w ich ocenie, cały czas udzielamy finansowania firmom budowlanym – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Oczywiście sięgając po finansowanie zewnętrzne przedsiębiorca musi sprawdzić i przeanalizować koszty takiej usługi. Pożyczki pozabankowe są dość drogie, natomiast konkurencja na rynku faktoringowym czyni tę usługę coraz bardziej dostępną.

 

 

O ile w ubiegłym tygodniu spekulacje o przyszłej obsadzie fotela prezesa Fed pomagały dolarowi, to w ostatnich dniach polityczne pogłoski są już zdecydowanie mniej korzystne. Pozytywny dla dolara trend wyraźnie wytracił impet. EUR/USD wyszedł w okolice 1,1850, USD/JPY cofa się w kierunku 112,00 a waluty gospodarek wschodzących w środowisku bardzo niskiej awersji do ryzyka (rekordy na globalnych giełdach akcji) ruszyły do odrabiania strat EUR/PLN cofnął się z 4,33 do 4,28. Sprawia to, że USD/PLN jest dziś około osiem groszy poniżej piątkowych maksimów z piątkowej sesji.

Prodolarowy kandydat w odwrocie

Na początku miesiąca kandydatem numer jeden do zastąpienia w przyszłym roku Janet Yellen w fotelu prezesa Fed stał się Kevin Warsh. Byłby on najkorzystniejszym wyborem dla dolara, ponieważ postrzegany jest jako zacięty krytyk polityki ilościowego luzowania i osoba zaniepokojona nadmiernie luźnymi warunkami finansowymi w gospodarce. Zdaniem bukmacherów obecnie zdecydowanie wyższe szanse ma jednak Jerome Powell (z Rady Gubernatorów Fed). Iluzoryczne prawdopodobieństwo przypisuje się kandydaturom Janet Yellen oraz Gary’ego Cohna. Swój werdykt Trump ma zakomunikować już w najbliższy piątek.

Prawda jest taka, że każdy z grona przewijających się w mediach kandydatów (poza Kashkarim) będzie mniej gołębi od Yellen. Należy przy tym zastrzec, że Powell jest postrzegany jako osoba o neutralnych poglądach na politykę monetarną. Co więcej, zainteresowania decydenta koncentrują się raczej na regulacji sektora finansowego – o optymalnej jego zdaniem polityce pieniężnej wypowiada się dość rzadko.

Przesłanką, która uprawdopodabnia jego wybór jest odwołanie uprzednio zaplanowanego na piątek wystąpienia publicznego. Interpretacja tego kroku jest dwojaka. Część uczestników rynku uważa, że jego temat, czyli „Are Rules Made to be Broken? Discretion and Monetary Policy” może prowokować do formułowania tez sprzecznych z poglądami Trumpa. Innymi słowy: Powell może nie chcieć narażać się na ostatniej prostej. Inna interpretacja jest taka, że w świetle informacji
o piątkowym ogłoszeniu nominacji, Powell po prostu „czyści sobie” kalendarz by po ogłoszeniu jego wyboru nie mieć innych zobowiązań.

Paul znów blokuje Trumpa

Drugi cios dolarowi ponownie zadaje Senator Rand Paul. Ponownie, gdyż jego sprzeciw nie pozwolił na demontaż systemu Obamacare na wiosnę, co wyrządziło administracji Trumpa wielką wizerunkową krzywdę i zachwiało rynkową wiarę w możliwość wdrożenia zapowiadanych w kampanii reform. Politico donosi, że obecnie w Senacie może zabraknąć jednego głosu do zatwierdzenia proponowanych cięć podatków. Tym brakującym Senatorem znów być ma – jakżeby inaczej – Rand Paul. Trump zapowiedział już, że w celu zapewnienia szerszego poparcia zaproponuje korekty swojego planu, co oczywiście odsunąć może termin wejścia w życie nowych regulacji.

Trump w wiecznym konfikcie

Jakby tego było mało Prezydent USA najpierw wycofał poparcie dla Boba Corkera niegdysiejszego sprzymierzeńca (a nawet kandydata do objęcia najwyższych stanowisk – sekretarza stanu i wiceprezydenta). Następnie wdał się na Twitterze w pyskówkę z tym wpływowym republikańskim senatorem. Kolejne podziały i kłótnie w obozie republikańskim na pewno nie pomagają
w umocnieniu kruchego poparcia dla pomysłów administracji Trumpa. Na razie najważniejsza źródła w Waszyngtonie mówią, że w partii dominuje pogląd, że priorytetem jest realizacja programu reform i ten spór należy jak najszybciej wygasić.

To nie koniec silniejszego dolara

Naszym zdaniem wyhamowanie pozytywnego dla dolara trendu ma charakter przejściowy – rynek pod nieobecność kluczowych danych makroekonomicznych skupił się na czynnikach istotnych, ale nie najważniejszych dla odbicia wartości amerykańskiej waluty. Tymi są i będą: wyraźnie bardziej jastrzębi do oczekiwań Fed zmierzający (abstrahując od personaliów jego prezesa) do kolejnych podwyżek i wyraźne odbicie inflacji, które powinno znaleźć potwierdzenie w piątkowych odczytach danych za wrzesień. Eurodolar powinien osuwać się w kierunku naszego szacunku krótkoterminowej wartości godziwej bazującego na relatywnej wycenie obligacji, oznacza to spadek o około 2 proc. względem bieżących pułapów i zniżkę w kierunku 1,16. W przypadku EUR/PLN pomimo pozytywnych tendencji po stronie czynników lokalnych nie widzimy potencjału do zejścia głębszego niż w okolice 4,26.

 

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

Według Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, kurs EUR/PLN powinien w najbliższych miesiącach znajdować się w okolicach poziomu 4,2. Z kolei za dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego będziemy musieli zapłacić więcej niż obecnie.

Od początku roku złoty doświadczył znacznego umocnienia, zwłaszcza w relacji do dolara amerykańskiego. A jakie są najnowsze prognozy dla krajowej waluty? Zdaniem ekspertów Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, czynniki wewnętrzne, sprzyjające sile złotego powinny zostać utrzymane. Autorzy raportu “Polski złoty” – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk – ostrzegają jednak, że złoty może negatywnie reagować na zmiany globalnego otoczenia monetarnego.

To wszystko powoduje, że na koniec bieżącego roku specjaliści Ebury oczekują: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,7 oraz GBP/PLN 4,9. W dłuższej perspektywie, czyli na koniec 2018 r., według przewidywań, złoty w relacji do kluczowych walut powinien prezentować się następująco: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,8 oraz GBP/PLN 5,2.

Argumentacja ekspertów

Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk podkreślają, że krajowa gospodarka ma się znacznie lepiej niż jeszcze w ubiegłym roku. Świadczy o tym m.in. dynamika PKB, która w I kwartale wyniosła 4 proc. w ujęciu rocznym, w II kwartale – 3,9 proc.

“Motorem napędowym PKB pozostaje konsumpcja, której obecna dynamika jest najwyższa od 2012 r. Dynamika inwestycji jest dodatnia, nadal jednak rozczarowuje. (…) W ostatnim okresie pomiarów wzrostowi gospodarczemu nie sprzyjał również bilans handlowy”.

“W kontekście bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy, która zaczyna przekładać się na presję płacową, utrzymanie wysokiego poziomu konsumpcji nie powinno budzić zdziwienia. Potwierdzają to ostatnie dane dotyczące sprzedaży detalicznej – w sierpniu jej dynamika wyniosła 6,7 proc. w ujęciu rocznym. Zwracając uwagę na strukturę wzrostu gospodarczego ostatnich kwartałów oraz perspektywy zmian jej głównych komponentów, a w szczególności utrzymania wysokiego poziomu konsumpcji oraz wyczekiwanego wzrostu nakładów na środki trwałe, wzrost gospodarczy w 2017 r. w naszej opinii powinien zawierać się w widełkach 4-4,5 proc.”, prognozują eksperci.

I dodają, że dobra koniunktura w Europie Zachodniej sprzyja polskiemu przemysłowi. Pomimo tego, iż odczyty indeksów PMI dla tego sektora w pierwszym półroczu znajdowały się w trendzie spadkowym, nadal są lepsze niż zeszłoroczne i potwierdzają ekspansję sektora.

Na co jeszcze zwrócili uwagę eksperci Ebury? “Sytuacja fiskalna kraju budzi umiarkowany optymizm. Dane z Ministerstwa Finansów pokazują, że kasa państwa po sierpniu ma jeszcze 4,9 mld nadwyżki. Osiem miesięcy bez deficytu jest wypadkową kilku czynników, z których nie wszystkie można ocenić pozytywnie, jednak ich skumulowanym efektem w bieżącym roku powinno być utrzymanie niższego deficytu w relacji do PKB, czemu w niewielkim stopniu powinien sprzyjać wyższy od oczekiwanego wzrost gospodarczy”.

Z kolei polityka monetarna jest jednym z niewielu elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego, który w bieżącym roku nie ulegał istotnym zmianom. W Radzie Polityki Pieniężnej (RPP) nadal przeważa stronnictwo gołębi. Rynek zwraca uwagę na retorykę RPP i odkłada w czasie oczekiwania w kwestii podwyżek stóp procentowych. Według Ebury, do podwyżki stóp może dojść pod koniec 2018 r. lub na początku 2019 r.

“Inflacja w Polsce jest dość niska i obecnie wynosi 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Co istotne – inflacja bazowa (która nie uwzględnia zmian cen najbardziej zmiennych komponentów takich jak żywność czy energia) od kilku miesięcy jest praktycznie płaska i wskazuje na niską presję cenową. W sierpniu dodatkowo spadła o 0,1 p.p. i wyniosła 0,7 proc. w ujęciu rocznym. Jest to jeden z głównych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie”.

Ryzyka poza granicami Polski

Specjaliści Ebury zaznaczają, że większość wewnętrznych czynników ryzyka dla złotego z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich dwóch latach uległa dematerializacji. Zarówno sytuacja krajowa, jak i zewnętrzna, jest dobra i sprzyja lepszej kondycji polskiej gospodarki i sile złotego. Jednym z największych czynników ryzyka dla polskiej waluty wydaje się być obecnie środowisko monetarne.

“Globalna zmiana nastawienia banków centralnych do kwestii normalizacji polityki monetarnej jest już widoczna i objawia się w ostatnich decyzjach niektórych z nich (za przykład mogą posłużyć Kanada lub Czechy) oraz złagodzeniu gołębiej retoryki w tym kontekście. Zmianę widać wyraźnie jeśli przyjrzymy się ostatniej retoryce banków centralnych Skandynawii, czy nawet Europejskiego Banku Centralnego”, wskazują eksperci.

“W ciągu najbliższych kilku miesięcy powinno dojść do podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, co jest w pełni zgodne z naszymi oczekiwaniami i stanowi solidny argument za aprecjacją funta brytyjskiego i dolara amerykańskiego. Jednocześnie, naszym zdaniem rynek przeszacowuje chęci i możliwości Europejskiego Banku Centralnego do normalizacji polityki monetarnej, zwłaszcza w kontekście nadal niskiej presji cenowej. W naszej opinii droga do normalizacji w strefie euro będzie powolna i długa”, oceniają.
Biorąc pod uwagę czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, Ebury spodziewa się stopniowej aprecjacji dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego w relacji do polskiej waluty oraz utrzymywania się kursu euro w relacji do złotego na poziomie nieco niższym od obecnego.

 

Źródło: Ebury

Korki już teraz są coraz większą bolączką miast. Szacuje się, że w 2015 r. na świecie było ok. 1,3 mld samochodów. Tylko w tym roku przybędzie ich niemal 100 mln. Londyn i Singapur pobierają opłaty za wjazd do śródmieścia, z kolei Tokio ogranicza swoim mieszkańcom możliwość zakupu samochodu. Same regulacje mogą okazać się niewystarczające, dlatego sektor przewozu osób poszerza swoją ofertę. Uber i Lyft proponują usługi taksówkarskie, rośnie popularność tzw. carpoolingu czy car-sharingu, czyli krótkoterminowego wynajmu samochodów. Polski rynek car-sharingu dopiero raczkuje, ale jego potencjał rośnie.

Pierwszą próbą ograniczenia ruchu kołowego – wówczas powozów – było uruchomienie specjalnego oświetlenia gazowego przed londyńskim parlamentem w 1868 r. 135 lat później, w 2003 r., Londyn wprowadził system płatnych stref w centrum, by ograniczyć ruch i zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza. Bezskutecznie. Średnia prędkość przejazdu przez centrum Londynu spadła w ciągu ostatnich trzech lat do 12,5 km/h, tj. o 15 proc. Rynek potrafi być odporny na regulacje. Dlatego właśnie pojawiają się usługi, które pozwalają nam skorzystać z innych samochodów niż własny. Jedną z nich jest car-sharing – krótkoterminowy wynajem samochodu, zwykle na kilka godzin. Usługa ta jest dostępna w ponad 600 miastach na świecie. Pozwala użytkownikom, po uprzedniej rejestracji, na wynajęcie auta za pomocą smartfonu; dostęp do auta może być w wyznaczonym miejscu (tzw. car-sharing stacjonarny) lub w dowolnym (free-float). Systemy wynajmu pozwalają także użytkownikom ocenić koszt wynajmu na wybranym dystansie. Jednocześnie firmy car-sharingowe dbają o utrzymanie pojazdów, ich stan techniczny, jak również parking i paliwo.
Okazało się, że usługa ta trafia w oczekiwania konsumentów – w 2015 r. na świecie korzystało z niej ponad 7 mln osób, zaś flota liczyła 112 tys. pojazdów. Szacuje się, że rocznie liczba użytkowników będzie średnio rosnąć o 14,3 proc., zaś wolumen floty o 16,4 proc. W 2025 r. z car-sharingu będzie korzystać ok. 36 mln osób, flota obejmie ok. 430 tys. pojazdów, a wartość rynku przekroczy 16,5 mld dolarów. Światowym liderem jest Europa, gdzie korzysta z tej usługi ponad 2,1 mln osób, zaś flota obejmuje 30 tys. aut. W samych Niemczech działa ponad 140 firm car-sharingowych.

Polski rynek car-sharingu dopiero raczkuje – potwierdza to również najnowszy raport instytutu Keralla Research. Obecnie tworzy go jedynie 8 firm, z których największe to krakowski Traficar i działający w Warszawie Panek CarSharing, a ich łączna flota liczy nieco ponad 1 tys. pojazdów. Niemniej jednak, polscy operatorzy jeszcze w tym roku będą rozbudowywać swoją działalność – krakowski Traficar zadeklarował powiększenie swojej floty o 1000 samochodów, z kolei PanekCarSharing planuje podwoić liczbę aut w swojej flocie o kolejnych 300 i objąć swoimi usługami Wrocław, Łódź, Kraków, Gdańsk i Poznań. Widać więc, że gracze dopiero tworzą swój potencjał na rynku – prawdziwa walka między nimi dopiero się rozpoczyna.

Olga Plewicka, Ekspert ds. Sektora Motoryzacyjnego, DNB Bank Polska S.A.
Dynamiczny rozwój car-sharingu doprowadził do ciekawych przetasowań wśród dostawców usług transportowych. Z jednej strony pojawiają się nowe podmioty, takie jak DriveNow, ZipCAr, Autolib czy Panek, GoGet, Trafica w Polsce. Z drugiej – widać coraz mocniejszą obecność na tym rynku producentów samochodów (Daimler – Car2Go, Ford-GoDrive), zaś w Polsce – potentatów z sektora paliwowego i energetycznego (Orlen, Energa). Popyt na nowe usługi transportowe sprawia, że firmy szukają sposobów na wzmocnienie swoich dotychczasowych modeli biznesowych i w coraz większym stopniu budują swoją pozycję na nowych rynkach, by nie pozostać w tyle za konkurencją.

W konsekwencji, rynek przewozu osób czekają gwałtowne zmiany, które długofalowo wpłyną na jego kształt, a także będą stopniowo wpływać na zachowania konsumentów. Warto zwrócić uwagę na coraz większą różnorodność usług transportowych, które zaspokajają potrzeby klientów w różnych sytuacjach: Uber i taksówki jako typowy przewóz osób, car pooling, car-sharing czy tradycyjny wynajem samochodu. Należy również pamiętać, że w nieodległej przyszłości nieuniknione jest również wejście na rynek samochodów autonomicznych, poruszających się bez udziału kierowcy.

Co na to konsumenci? Jak wskazują ustalenia firmy konsultingowej McKinsey , już teraz zmieniają oni swoje zachowania. Np. w USA, procent populacji w wieku 16 – 24 lata posiadający prawo jazdy zmalał w latach 2000-2015 z 76 proc. do 71 proc. Z kolei liczba osób korzystających z usługi car-sharingu w USA i w Niemczech rosła rocznie o 30 proc. w ciągu ostatnich 5 lat. W 2030 r. jedno auto na dziesięć będzie produkowanych na potrzeby car-sharingu. Czy oznacza to, że w przyszłości zrezygnujemy z posiadania samochodu? Zdecydowanie nie. Jednak w przypadku osób, które potrzebują samochodu sporadycznie bądź też na krótkie dystanse, car-sharing będzie atrakcyjną alternatywą dla posiadania własnego auta.

 

Źródło; DNB Bank Polska S.A.

Giełda, lokata, konto oszczędnościowe a może złoto? Wybór sposobu na pomnożenie swoich oszczędności nie jest prosty. Analitycy radzą dzielić środki i wskazują, że np. dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. Kiedy jest najlepszy czas na zakup złota?

– Kiedy warto kupić złoto? Odpowiedź na to pytanie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie: „kiedy warto oszczędzać”. Co do zasady zawsze warto oszczędzać. Każdy z nas powinien myśleć o swojej finansowej przyszłości. Liczenie na pomoc państwa w przypadku emerytury nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tutaj złoto fizyczne, kupowane regularnie, nawet w niewielkie ilości np. w postaci monet, sztabek jest bardzo dobrym narzędziem do oszczędzania – dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Kruszec jest także narzędziem do inwestowania. Analitycy wskazują, że dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. – Jeżeli byśmy inwestowali wszystkie środki tylko w akcje, to możemy się spodziewać w niektórych latach spektakularnych zysków, w innych spektakularnych strat. Dodanie złota do swojego portfela sprawia, że te wyniki się spłaszczają. Jeżeli chodzi o rentowność to dużych różnic nie ma, natomiast jeżeli chodzi o stabilność to zdecydowanie mamy tutaj lepszą sytuację. Dlatego warto rozważyć dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela – opowiada dr Wojciech Kaźmierczak.

Ciężko jest przewidzieć jak cena złota będzie wyglądała w perspektywie przyszłych tygodni, miesięcy, czy w kolejnych latach. Na rynku można dostrzec też pewne wskazówki jak rynek może się zachować. Gdy mamy niskie stopy procentowe typowe sposoby na inwestowanie jak np. lokaty bankowe przynoszą mniejsze zyski. W tym czasie uwaga inwestora częściej koncentruje się wokół innych źródeł np. złota. Należy też pamiętać, że wycena surowców może się zmieniać i ma na nią wpływ wiele elementów. Przykład? Wzrost wartości dolara amerykańskiego, często pokrywa się ze spadkiem notowań na rynku złota.

– Kiedy warto kupować złoto?Jeżeli jesteśmy inwestorem i nie mamy złota lub mamy go mało, to warto rozważyć kupienie kruszcu. Dzięki niemu w średniej i długookresowej perspektywie nasz portfel inwestycyjny zyska stabilność – mówi dr Wojciech Kaźmierczak i dodaje – Moim zdaniem najważniejszą funkcją złota, szczególnie fizycznego w postaci sztabek czy monet to oszczędzanie. Każdego na to stać.

Wypowiedź: dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

W tym roku nasz rynek wyróżnia się bardzo pozytywnie, głównie z perspektywy inwestorów zagranicznych, dla których najbardziej liczy się mierzona w dolarach stopa zwrotu z akcji dużych spółek. Indeks MSCI Poland od początku roku zyskał już ponad 50% i jak na razie deklasuje pozostałe kraje rozwijające się. Z takiego stanu rzeczy można się oczywiście bardzo cieszyć, ale po bliższej analizie przyczyn tak dobrego zachowania można wątpić w płynną kontynuację dobrej passy. Wysoka stopa zwrotu wynika z dwóch czynników. Pierwszy wiąże się z istotnym umocnieniem złotego względem dolara, a drugi wysoką stopą zwrotu indeksu WIG20, która od początku roku sięga 30%. Jednakże zarówno krajowa waluta, jak i indeks blue chipów głównie odbijają po bardzo słabym okresie z przełomu 2015 i 2016 roku. Nałożyła się na to słabość dolara do większości walut, która może się już powoli kończyć. W przypadku istotniejszej dla naszej gospodarki pary walutowej EUR/PLN złoty jedynie wrócił do przedziału wahań z 2013/2014 roku, co trudno uznać za spektakularne umocnienie. Z kolei indeks WIG20 w tym tygodniu otarł się o poziom 2550 pkt., który mniej więcej pokrywa się z lokalnymi maksimami z maja 2015 roku, czyli okresu pamiętnych wyborów prezydenckich, po których rozpoczęła się potężna przecena prowadząca do spadkowych dziewięciu miesięcy z rzędu. Siła naszego rynku wynika więc głównie z odreagowywania poprzedniej jego słabości. Tak jak kilka kwartałów temu inwestorzy zagraniczni wyprzedawali polskie akcje, gdyż duże spółki miały stać się „nieinwestowalne”, tak w tym roku na nasz parkiet wrócili. Jednakże wraz z pełnym odrobieniem pamiętnych powyborczych strat skończył się okres „łatwych” zwyżek i kontynuacja dobrej passy będzie wymagała czegoś więcej niż tylko powrotu do znanego z wcześniejszego okresu status quo dla krajowych dużych spółek. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że indeks WIG20 ostatni raz handlowany był na poziomach przekraczających 2600 pkt. w pierwszej połowie 2011 roku, a w żadnym miesiącu konsolidacji z lat 2013-2015 nie zamknął się powyżej tej granicy. Oczywiście po uwzględnieniu dywidend ten obraz nieco się zmienia, ale stała pozostaje bliskość oporu, tym razem w postaci historycznego maksimum z 2007 roku, którego przekroczenie niekoniecznie będzie przysłowiową bułką z masłem. Jeżeli dodamy do tego rozpoczęcie jesiennego okresu handlu, który w swej pierwszej fazie znany jest z podwyższonej zmienności i raczej gorszej koniunktury, to okazać się może, że dla byków na horyzoncie mogą się pojawić pierwsze poważniejsze przeszkody.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Pomimo ponownego wzrostu napięcia na linii Stany Zjednoczone – Korea Północna inwestorzy nie zaniechali zakupów na rynku akcji. Niewykluczone, że rynek powoli przyzwyczaja się do powtarzających się incydentów zbrojnych oraz gróźb wojennych. W skali całego ubiegłego tygodnia NASDAQ wzrósł o 2,7%, S&P500 umocnił się o 1,4%, a DJI zyskał 0,8%. W Europie sentyment rynkowy był nieco mniej byczy niż za oceanem – brytyjski FTSE250 wzrósł o 0,6%, francuski CAC40 o 0,4%, a niemiecki DAX stracił 0,2%. W centrum uwagi rynku znalazły się najnowsze dane makroekonomiczne, zwłaszcza że niedawno zakończone sympozjum w Jackson Hole nie przyniosło odpowiedzi na pytania rynku związane z polityką monetarną najważniejszych banków centralnych. Dane z amerykańskiego rynku pracy były nieco rozczarowujące – zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym wyniosła 156 tys. wobec prognoz na poziomie 182 tys. Zawiodły również dane dotyczące płacy godzinowej, a stopa bezrobocia wzrosła do 4,4%. Dodatkowo biorąc pod uwagę słabnącą inflację w Stanach nie można wykluczyć, że postawa Fed będzie nieco łagodniejsza. Tymczasem sytuacja w strefie euro wydaje się być nieco odmienna – zarówno inflacja, jak i gospodarka Eurolandu wyraźnie przyspieszają. Postawa EBC może niebawem się zaostrzyć, co też dostrzega rynek, który już od dłuższego czasu gra na umocnienie euro.

Sentyment rynkowy sprzyja także inwestorom z Książęcej. Niemniej o ile w przypadku blue chipów można mówić o wyraźnych wzrostach, o tyle postawa małych i średnich spółek nadal pozostawia wiele do życzenia. W ubiegłym tygodniu WIG20 wzrósł o 2,3%, mWIG40 zyskał 0,7%, a sWIG80 umocnił się o symboliczne 0,02%. Nie najlepsza postawa ,,misiów’’ to być może efekt m.in. kolejnych niepokojących danych z przemysłu – odczyt sierpniowego indeksu PMI wyniósł 52,5 pkt wobec prognoz na poziomie 53 pkt. To nadal wartość potwierdzająca dobrą koniunkturę w tym sektorze, lecz tendencja wskaźnika jest wyraźnie spadkowa. Na GPW w Warszawie trwa sezon wynikowy. W ubiegłym tygodniu nie zawiodły raporty finansowe spółek z sektora handlowego – solidne wyniki były wsparciem dla kursów akcji CCC, LPP oraz Dino Polska. Miniony tydzień był udany również dla akcjonariuszy PKO BP i PZU. Obie spółki opublikowały półroczne wyniki finansowe, które były bliskie konsensusu rynkowego.

Najważniejszym wydarzeniem bieżącego tygodnia będzie niezaprzeczalnie posiedzenie Rady Prezesów EBC. Niemniej decyzję ws. polityki monetarnej podejmie także RPP. W tym tygodniu odbędzie się również kolejne, coroczne Forum Ekonomiczne w Krynicy. Ponadto warto zwrócić uwagę na najnowsze dane makroekonomiczne m.in. na usługowe indeksy PMI dla strefy euro oraz Stanów. Co więcej, za oceanem zostanie opublikowana Beżowa Księga.

Analiza techniczna

Ostatni tydzień sierpnia był kolejnym bardzo udanym tygodniem dla indeksu największych polskich spółek. W efekcie WIG20 zakończył miniony tydzień na poziomie 2527 pkt. Na uwagę zasługuje podwyższony wolumen handlu, który potwierdził siłę popytu. Zatem po okresie konsolidacji rynek rozpoczął kolejną fazę hossy. Za opór należy uznać okolicę psychologicznego poziomu 2600 pkt, która w latach 2012 – 2015 była zbyt wymagającą barierą dla rynku. Jednak póki co nie można wykluczyć korekty, którą sygnalizuje wykupiony oscylator RSI.

Tym razem warto zawrócić uwagę na walory spółki CCC, które w ubiegłym tygodniu podrożały o 6,5%. To niewątpliwie efekt publikacji bardzo dobrych wyników finansowych. Mimo wszystko warto podkreślić, że nieco wcześniej, po przełamaniu oporu na poziomie 250 PLN kurs akcji zakończył korektę oraz rozpoczął nową falę wzrostów, której towarzyszy rosnący wolumen handlu. Obecna cena akcji (271 PLN) stanowi historyczny szczyt. Niemniej oscylatory techniczne znajdują się w pobliżu poziomu wykupienia, toteż w najbliższym czasie część rynku może zdecydować się na realizację zysków. Jednak mimo wszystko długoterminowy układ wzrostowy wydaje się mieć solidne fundamenty – spółka prężnie się rozwija i nie zamierza zwalniać tempa.

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Wtorkowy, zdecydowanie silniejszy od prognoz spadek indeksu ZEW sprawia, że inwestorzy z jeszcze większym zainteresowaniem śledzić będą serię indeksów PMI. Spodziewamy się, że w III i IV kwartale wzrost gospodarczy nieco osłabnie a maksima ankietowych barometrów koniunktury są już za nami. Ich wartości nadal potwierdzać będą jednak siłę gospodarki.

Warto też zauważyć, że wskaźnik ZEW jest silniej niż PMI powiązany z zachowaniem rynku akcji a dodatkowo kolejny skandal z udziałem niemieckich producentów aut popsuł sentyment w tym sektorze. Z tego względu należy oczekiwać, że indeksy PMI będą nieco stabilniejsze. Nie zmienia to faktu, że silne euro i wzrost ryzyk geopolitycznych odciska piętno na nastrojach biznesu.
W przypadku Composite PMI dla całej strefy euro oczekiwany jest skromny spadek z 55,7 do 55,5 pkt, ale widzimy duże prawdopodobieństwo nieco słabszego odczytu. Dane będą mieć ograniczony wpływ na handel. Warto natomiast zwrócić uwagę na wystąpienie Draghiego w Lindau (09:25), w trakcie którego może paść sygnał czego oczekiwać po jego wizycie w Jackson Hole. Po ubiegłotygodniowym protokole z posiedzenia ECB ciekawość wzbudzi też kwestia siły euro. Należy jednak odnotować, że impet aprecjacji od lipcowego posiedzenia wyraźnie przygasł.

Poza danymi makro – a może nawet w większym stopniu – rynek zogniskuje swoją uwagę na amerykańskiej scenie politycznej. Wrzesień to miesiąc, w którym zatwierdzić należy budżet na kolejny rok fiskalny. To także okres, w którym będzie musiała zostać rozwiązana kwestia limitu zadłużenia. Tymczasem Donald Trump straszy paraliżem administracji rządowej (tzw. government shutdown) by zagwarantować finansowanie projektu muru granicznego. Na razie te deklaracje nie mają większego wpływu na rynek, ale mając na uwadze sprawność rozwiązania wspomnianych już kluczowych kwestii, nie należy przechodzić obok nich obojętnie. Im większy kryzys panuje w administracji Trumpa i mocniejsze są podziały w Partii Republikańskiej, tym mniejsza szansa na wywiązania się z prowzrostowych obietnic i tym samym słabszy dolar. Uważamy jednak,
że inwestorzy tak mocno zwątpili już w stymulację wzrostu poprzez cięcia podatków i pakiet infrastrukturalny, że jakiekolwiek pozytywne informacje na tym polu będą wspierać dolara. Na razie kontynuacja ostrej retoryki będzie jednak interpretowana jako niemożność znalezienia konsensusu w kluczowych kwestiach budżetu i limitu zadłużenia i jest głównym zagrożeniem dla odbudowującego się pozytywnego sentymentu na Wall Street.

W notowaniach głównych walut panuje atmosfera letniej stabilizacji i wyczekiwania. Eurodolar tkwi w przedziale 1,1680 – 1,1840 i nie spodziewamy się zmiany takie stanu rzeczy. USD/JPY przy powrocie obaw o poparcie dla Trumpa może mieć problem z kontynuacją odbicia w kierunku 110,00
i wyżej, ale taki scenariusz wciąż pozostaje najbardziej prawdopodobnym. GBP/USD balansuje na wsparciu 1,2810. Spodziewamy się jego przełamania i kontynuacji zniżek w kierunku 1,26. Dziś nie otrzymamy żadnych informacji z brytyjskiej gospodarki a jutro zostanie opublikowane jej tempo wzrostu w II kwartale. Najsłabszą walutą jest NZD, który znalazł się pod presją mocnej rewizji oficjalnych prognoz wzrostu gospodarczego. Po przełamaniu przez kurs ubiegłotygodniowych minimów oczekujemy kontynuacji zniżki NZD/USD do 200- sesyjnej średniej ruchomej (0,7125). Warto śledzić też przebieg notowań metali przemysłowych, głęboka korekta, której pierwsze symptomy widać np. po rudzie żelaza będzie uderzać w dolara australijskiego, który naszym zdaniem jest wyraźnie przewartościowany i ma pole do znacznego osłabienia.

Raport opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

W ocenie Narodowego Banku Polskiego rynek nieruchomości mieszkaniowych znajduje się w fazie ekspansji i nie grozi mu ani powstanie spekulacyjnej bańki, ani załamanie. Większość danych wskazuje, że szybki i jednocześnie zrównoważony wzrost może utrzymać się jeszcze przez dłuższy czas.

Ożywienie na rynku nieruchomości mieszkaniowych widoczne jest gołym okiem, a nasilenie medialnych doniesień na ten temat powoduje, że wiedza o tym jest powszechna. W przypadku inwestycji giełdowych taki stan uznawany jest zwykle za pierwszy sygnał ostrzegawczy przed przegrzaniem koniunktury i zbliżającym się załamaniem. Warto więc przed podjęciem decyzji o kupnie mieszkania w celach inwestycyjnych uważniej przyjrzeć się sytuacji i ocenić perspektywy jej rozwoju, by ustrzec się rozczarowania bądź strat, jakie dziesięć lat wcześniej były udziałem części nabywców, nastawionych na szybki i duży zarobek.

Pod wieloma względami można dostrzec podobieństwa między stanem obecnym, a tym z lat 2007-2008. W ubiegłym roku liczba mieszkań w budowie, przekraczająca 731 tys., była najwyższa w historii, a liczby rozpoczętych budów, pozwoleń na budowę oraz lokali oddawanych do użytku były bliskie rekordowych poziomów sprzed dziewięciu-dziesięciu lat. Jedyną cechą odróżniającą obecną fazę ekspansji od ówczesnej bańki spekulacyjnej jest stabilny poziom cen mieszkań, charakteryzujący się jedynie niewielką tendencją wzrostową, nie przekraczającą kilku procent. Te dane obrazują jedynie skalę ekspansji, ale niewiele mówią o układzie sił rynkowych, na podstawie którego można ocenić poziom równowagi, a tym samym wnioskować o kierunkach rozwoju sytuacji w przyszłości i ewentualnych szansach oraz zagrożeniach. Znacznie więcej mogą nam powiedzieć informacje dotyczące liczby mieszkań faktycznie wprowadzonych do sprzedaży, sprzedanych i stanu zapasów mieszkań, znajdujących się w ofercie deweloperów oraz tendencje panujące w tym zakresie.

Pierwszy kwartał 2007 r. był ostatnim okresem, w którym nabywcy „na pniu” kupili wszystkie mieszkania wprowadzone przez deweloperów do sprzedaży w sześciu największych miastach Polski, a równocześnie zasób lokali znajdujących się w ofercie był wyjątkowo niewielki, odpowiadał bowiem liczbie mieszkań sprzedawanych w jednym kwartale. Taka sytuacja sprzyjała oczywiście windowaniu cen mieszkań, zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym. Jednocześnie widać było,
że deweloperzy nie byli przygotowani do sprostania rosnącemu wcześniej popytowi i w przyspieszonym tempie starali się nadgonić dystans. Mimo, że w 2007 i 2008 r. w budowie była najwyższa od kilku lat liczba mieszkań, a do użytkowania oddawano ponad trzykrotnie więcej mieszkań niż w 2000 r., gwałtownie rosła liczba pozwoleń na budowę oraz rozpoczynanych budów, osiągając poziom najwyższy w historii. Tymczasem wskutek globalnego kryzysu finansowego, popyt na mieszkania raptownie wyhamował. Przez kilka kolejnych kwartałów rozpędzeni deweloperzy wprowadzali do sprzedaży znacznie więcej lokali, niż był w stanie wchłonąć rynek. W efekcie szybko zaczęły zwiększać się zapasy niesprzedanych mieszkań, a z czasem coraz mocniej zniżkowały ich ceny. W ciągu kilku kwartałów zapasy mieszkań w sześciu miastach wzrosły z około 12 tys. do 38 tys., czyli ponad trzykrotnie, a w pierwszym półroczu 2012 r. sięgały już niemal 57 tys. mieszkań. Hipotetyczny czas wyprzedaży zapasów zwiększył się z jednego kwartału z początku 2007 r. do niemal ośmiu kwartałów w trzecim kwartale 2012 r.

Przełom nastąpił pod koniec 2012 r., gdy ponownie zaczął zwiększać się popyt na mieszkania, w ślad za obniżkami stóp procentowych oraz stopniową poprawą sytuacji w gospodarce. Deweloperzy, mocno poturbowani przez kryzys, potrzebowali niemal roku by zwiększyć liczbę mieszkań wprowadzanych do sprzedaży, ale wykorzystali ten okres do zmniejszenia zapasów. Od połowy 2012 r. do początku 2014 r. spadły one z 57 tys. do niespełna 40 tys. Od czterech lat mamy do czynienia
z szybkim lecz zrównoważonym wzrostem liczby mieszkań wprowadzanych do sprzedaży i sprzedawanych oraz stabilizacją zapasów lokali przeznaczonych do sprzedaży na poziomie około 50 tys., pozwalającą zaspokoić popyt przez ponad trzy kwartały. W ostatnich trzech miesiącach 2016 r. deweloperzy wprowadzili do sprzedaży rekordowo wysoką, sięgającą prawie 19 tys. liczbę mieszkań, a jednocześnie znaleźli chętnych do kupna 18 tys. lokali. W pierwszym kwartale obecnego roku do sprzedaży trafiło prawie 16 tys. mieszkań, a nabywców znalazło 18,6 tys., zmniejszając zapasy lokali z 52,7 tys. do 50,2 tys. Jedynie gwałtowne i silne wahania po stronie popytu lub podaży mogłyby po pewnym czasie wytrącić rynek ze stanu równowagi, a na razie nie widać czynnika, który mógłby do tego doprowadzić, ani na samym rynku, ani w jego otoczeniu. Podwyżka stóp procentowych i idący za nią wzrost kosztu kredytu mógłby spełnić tę rolę jedynie w przypadku jednoczesnego pogorszenia się sytuacji w gospodarce i na rynku pracy, a taki splot okoliczności jest bardzo mało prawdopodobny.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

 

W 1. kwartale 2017 r. liczba pracujących wzrosła o 269 tys. r/r, w tym kobiet o 115 tys. Jednocześnie inwestycje przedsiębiorstw spadły w 1. kwartale o 0,4 proc. – podał GUS.

Badania koniunktury gospodarczej prowadzone przez GUS, wskazują co miesiąc od początku roku, że wszystkie sektory gospodarki, poza firmami działającymi na rynku finansowym i ubezpieczeniowym, przewidują dalszy wzrost zatrudnienia. Przetwórstwo przemysłowe, budownictwo, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa hotele i restauracje, informacja i komunikacja – wszystkie potrzebują pracowników. Jednocześnie we wszystkich tych sektorach coraz poważniejszą barierą rozwoju jest niedobór pracowników, szczególnie niedobór wykwalifikowanych pracowników. Także wskaźniki PMI co miesiąc potwierdzają zainteresowanie firm z sektora przemysłowego wzrostem zatrudnienia. Cały czas zatem utrzymuje się popyt na pracę.

Rynek na razie jeszcze na ten popyt odpowiada, co cieszy. Ale za chwilę chętnych do pracy zacznie realnie brakować. Bez inwestycji gospodarka zacznie hamować, nie mówiąc o budowaniu potencjału wzrostu na kolejne lata. Co prawda w 1. kwartale 2017 r. kilka branż przemysłowych silnie zwiększyło nakłady na inwestycje (np. producenci koksu i produktów rafinacji ropy naftowej – o ok. 25 proc. r/r, producenci farmaceutyków – o ponad 60 proc., czy producenci urządzeń elektrycznych – o prawie 45 proc.), jednak inwestycje w sektorze przedsiębiorstw spadły łącznie o 0,4 proc. r/r. W 2. kwartale br. nakłady inwestycyjne prawdopodobnie były większe, ale mamy dużo do nadrobienia po 2016 r., gdy inwestycje przedsiębiorstw spadły o ponad 13 proc. r/r. I nie wiemy, czy i jak na skłonność firm do inwestowania wpłyną zmiany w prawie dotyczące systemu sądownictwa.

Dane dotyczące rynku pracy i inwestycji wskazują, że przedsiębiorcy, nawet ci inwestujący, ciągle opierają swoje możliwości zwiększania produkcji przede wszystkim na wzroście zatrudnienia. W 1. kwartale 2017 r. liczba pracujących wzrosła o 269 tys. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. Z jednej strony to bardzo cieszy, bo aktywność zawodowa w Polsce jest ciągle bardzo niska – pracuje lub szuka pracy jedynie nieco ponad 56 proc. ludności w wieku produkcyjnym. Z drugiej strony wskazuje to, że wzrost produkcji odbywa się ciągle przede wszystkim metodami ekstensywnymi, czyli przez wzrost zatrudnienia, co już nie jest tak pozytywne.

Plusem tego „modelu” wzrostu możliwości produkcyjnych są naprawdę ciekawe zmiany na rynku pracy:

  • przede wszystkim zaktywizowały się kobiety – w 1. kwartale 2017 r. do pracujących prawie 7,3 mln kobiet dołączyło 115 tys. kolejnych pań (tych wcześniej poszukujących pracy, ale także tych wcześniej biernych zawodowo),
  • liczba biernych zawodowo generalnie spada, a w największym stopniu w grupie 45-59/64 lata, a także w grupie niepełnosprawnych (o prawie 5 proc.),
  • przemysł i usługi zaczęły „wysysać” pracowników z niskoefektywnego obszaru naszej gospodarki, czyli z rolnictwa, gdzie zatrudnienie spadło (o 26 tys. osób), a prawdopodobnie także spośród członków rodzin pomagających przedsiębiorcom prowadzącym działalność gospodarczą (spadek niewielki, bo o 5 tys., ale jednak spadek),
  • zmienia się struktura zatrudnienia – zdecydowanie rośnie zatrudnienie na czas nieokreślony (wzrost o ponad 350 tys.), a maleje zatrudnieni na czas określony (spadek o 111 tys.).

To naprawdę zmiany na rynku pracy, które mogą cieszyć. A wszystko to dzieje się przy spadku liczby osób poszukujących pracy innej niż obecnie z powodu poszukiwania lepszych warunków finansowych. Oznacza to, że istniejące warunki finansowe, a zapewne także istniejące perspektywy ich poprawy u danego pracodawcy są dla coraz większej części pracowników satysfakcjonujące. Jest to także sygnał, że przedsiębiorstwa poszukujące pracowników mogą mieć problem z ich „podkupowaniem” na rynku.

Jedyne co w tym pozytywnym obrazie rynku pracy martwi, to wzrost liczby biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych i związanych z prowadzaniem domu (o 90 tys.). Pokazuje to, że program Rodzina 500+ jest ciągle dla części gospodarstw domowych atrakcyjniejszy niż rynek pracy. Ale przede wszystkim pokazuje, że infrastruktura opieki nad dziećmi i nad osobami starszymi jest w Polsce niewystarczająca. Zatem w nią także warto i należy zainwestować. Będziemy mieć wtedy dwa tego pozytywne skutki – wzrosną inwestycje wspierając wzrost gospodarczy, a także zwiększy się liczba osób aktywnych zawodowo. Gra jest warta świeczki.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Influencer to osoba wywierająca wpływ i tworząca własne medium. Lider opinii ma duży wpływ na podejmowane decyzje zakupowe, zwłaszcza przedstawicieli Generacji Z. W erze pokolenia digital natives może nim zostać każdy – sportowiec, kucharz czy pasjonat gier i nowych technologii. O mitycznych influencerach krąży wiele pogłosek. Niektórzy uważają, że z założenia są bogaci i rozkapryszeni,  inni traktują ich, jak medium do współprac komercyjnych. Jak jest naprawdę?

Spotkasz go na ulicy

Influencerem może być celebryta, znajomy nastolatek, kolega z pracy, który dzieli się swoimi pasjami z użytkownikami Internetu, np. kucharz publikujący na Instargramie zdjęciami swoich potraw lub fashionistka, która prowadzi bloga i aktywnie prowadzi swoje profile w social media dzieląc się ciekawostkami ze świata mody i poradami jak odpowiednio dobrać elementy stylizacji. Początkowo mianem influencerów określano wyłącznie  twórców tworzących video. Dopiero w kolejnym etapie rozwoju świadomości internautów tytuł influencerów zyskali również blogerzy. Warto zwrócić uwagę, że najstarszy blog w Polsce ma już 20 lat, a pierwsze produkcje video na youtube pojawiły się o wiele później – komentuje Mateusz Krogulec, Managing Director w Szeri Szeri (grupa AdNext).

Generuje zaangażowanie

Mocną stroną influencer marketingu jest docieranie do określonej grupy odbiorców i jej angażowanie. Przedstawiciele najmłodszych pokoleń swoich ulubionych liderów opinii traktują jak znajomych. Generacja Z, która socjalizuje się w Internecie traktuje rekomendacje swoich ulubionych liderów opinii jak rady od dobrego przyjaciela. Wykorzystują to zarówno zagraniczne jak i polskie marki do promowania swoich produktów. Wzrasta świadomość reklamodawców w zakresie influencer marketingu. Do niedawna stawiali oni na współpracę ze z popularnymi celebrytami. Teraz się to zmienia. Marki poszukują influencerów, którzy produkują content wysokiej jakości oraz potrafią skutecznie zaangażować fanów – wskazuje Bartłomiej Sibiga, CEO DDOB (grupa AdNext). Warto dodać, że influencerzy angażują się nie tylko w projekty komercyjne, ale także edukacyjne. Bardzo dokładnie dobierają swoich partnerów.

Z (nie)naganną opinią

Osoby przygotowujące treści do Internetu spotykają się z mitem rozkapryszonych influcenerów, przez co tracą w oczach swoich potencjalnych klientów. Utrwalaniu takiej opinii sprzyja zachowanie części twórców, którzy wyceniając współpracę z markami nie odpowiednio – dobierają ceny usług lub też nie zachowują profesjonalizmu podczas realizacji zlecenia. Niestety można zaobserwować również psucie się rynku influencer marketingu. W sieci rozwijają się blogi i vlogi, które nie produkują wartościowego contentu, a niestety tylko niszczą rynek współpracując z konkurencyjnymi firmami. Jeśli chodzi o rozliczenia to najwięcej wątpliwości budzą rozwiązania barterowe, które są zazwyczaj atrakcyjniejszą formą dla marek niż influencerów. Warto zwrócić uwagę, że przy dobrze prowadzonym blogu lub kanale na Youtube efekty działań influencera dla marki kilkanaście lub kilkaset razy przewyższają wartość samego produktu – dodaje Mateusz Krogulec z Szeri Szeri (grupa AdNext).

 

Źródło: AdNext

Problemy w Waszyngtonie prześladują prezydenta. Nowo wybrany dyrektor do spraw komunikacji, Anthony Scarmucci, krytykuje szefa kancelarii rządu, a sam Trump ostro atakuje Prokuratora Generalnego Jeffa Sessionsa. Niektórzy spekulują, że Trump jest nawet gotowy zwolnić Sessionsa , żeby prokurator Robert Muller dał mu w końcu święty spokój. Tymczasem projekt ustawy o uchyleniu Obamacare został właśnie odrzucony w Senacie. Wybitnie republikański, poprzedni kandydat na prezydenta (z 2008 roku), John Mccain, zagłosował przeciwko niemu.

Giełda w Azji nie ma się póki co za dobrze, a europejskie rynki otworzyły się z zauważalną luką. Przynajmniej dolar dostał jakieś wsparcie. Gratulacje dla Jeff’a Bezos’a za chwilowe zostanie najbogatszym człowiekiem na świecie. Jeff zdołał wspiąć się na najwyższą pozycję i utrzymał ją przez prawie 3,5 godziny. Większość majątku Bezos’a znajduje się w akcjach Amazonu, zatem gdy rynek otworzył się z wyraźną luką, wartość netto jego majątku sięgnęła 90 miliardów dolarów. Jednak pogarszające się zyski z raportu Amazonu posłały akcje z powrotem w dół.

Jeżeli Bezos dobrze wyczuje moment będzie mógł sobie pozwolić na zakup wszystkich kryptowalut, które utrzymują mniej więcej stały poziom około 90 miliardów dolarów. A jeśli nie, sprzedaż 17 % akcji Amazon łącznie z informacją, że założyciele chcą je sprzedawać, istotnie pchnąłby ich ceny w dół, zanim w ogóle zdążyłby się ich pozbyć. Oczywiście presja kupujących, także podniosłaby cenę kryptowalut w górę.

Ci którzy rozważali zakup wielu aktywów cyfrowych, pewnie zdecydują się zaczekać, biorąc pod uwagę, że 1 sierpnia wypada już w najbliższy wtorek, a wciąż nikt tak naprawdę nie wie co się stanie z Bitcoinem. Osoby, które zamierzają handlować na tym zdarzeniu, niech lepiej się upewnią, że złożą swoje zamówienia tak szybko jak tylko się da ze względu na możliwe okresy przestoju wynikające ze sposobu, w jaki się to wszystko rozegra.

 

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Większość miłośników samochodów wie, że Mini należy do BMW, a Dacia znajduje się w portfolio Renault. Jest jednak taki segment motoryzacji, który w Polsce pozostaje mało rozpoznany. To potężny na świecie, ale rosnący także w naszym kraju rynek pojazdów turystycznych – kamperów oraz przyczep campingowych. Odpowiedzmy więc sobie na pytanie „who is who” w świecie caravaningu.

Rynek nowych kamperów rośnie w siłę na całym świecie, a  trend ten możemy zauważyć także w Polsce. Salon Caravaningowy w Poznaniu organizowany w ramach targów Motor Show z roku na rok zajmuje coraz większą powierzchnię, przyciąga więcej wystawców oraz zwiedzających. Warto też odnotować, że w tym roku w targowym plebiscycie dziennikarze motoryzacyjni nagrodzili aż dwa pojazdy z kategorii pojazdów turystycznych (Włodzimierz Zientarski – przyczepę Caretta, a Piotr  Kozłowski kampera marki Le Voyageur). Również pytani o to dystrybutorzy i producenci przyznają, że zainteresowanie nowymi pojazdami campingowymi w Polsce rośnie.

Niemcy rosną, Polska raczkuje

Niestety, brakuje w naszym kraju oficjalnych statystyk dotyczących rynku caravaningowego. Nie dysponujemy dokładnymi liczbami dla nowych rejestracji pojazdów rekreacyjnych w Polsce, a wszelkie szacunki byłyby mało wiarygodne, jako że opierałyby się na deklaracjach sprzedawców i nie uwzględniałyby importu prywatnego. Poza tym w Polsce kampery rejestrowane są jako pojazdy specjalne, a więc nie ma dla nich odrębnej kategorii urzędowej.

– Możemy założyć, że Polsce bliżej do Portugalii, gdzie w 2016 roku zarejestrowano 80 sztuk pojazdów turystycznych niż do Niemiec – mówi Maciej Kinal z portalu Camprest.com – Rynek jednak rośnie, a coraz więcej europejskich graczy chciałoby ukroić dla siebie polski kawałek tortu – podkreśla.

Według najnowszych szacunków, u naszych zachodnich sąsiadów zarejestrowanych jest już blisko 460.000 samych tylko kamperów (a więc bez przyczep). Najnowsze dane opublikowane przez European Caravan Federation pokazują, że wzrost liczby rejestracji nowych pojazdów turystycznych (przyczep i kamperów), jeśli porównamy go rok do roku, wyrażany jest już w wartościach dwucyfrowych. Nawet rynki, które w ostatnich latach wykazywały zadyszkę i osłabienie, w 2016 roku zanotowały wzrosty (np. Włochy, Hiszpania).

Wiele marek, ale kilku właścicieli

Odwiedzając salony sprzedaży kamperów czy targi pokroju Caravan Salon w Düsseldorfie wielu pasjonatów caravaningu traci głowę w gąszczu marek i producentów, nie zdając sobie sprawy z ich wzajemnych powiązań. Warto więc uporządkować informacje i podobnie jak w przypadku marek aut osobowych, posiąść orientację, kto jest kim w tym segmencie motoryzacji.

Pierwsze skrzypce na większości zachodnioeuropejskich rynków od dziesięcioleci gra niemiecka grupa producencka Erwin Hymer Group, która górowała nad konkurentami w wynikach sprzedaży. Ale w ostatnich latach musiała ona stawić czoła producentom z południowej Europy, którzy postawili na międzynarodową ekspansję.

Na przełomie roku 2016 i 2017 francuska  grupa Trigano przejęła słoweńską Adrię, a ruch ten zbliżył grupę do niemieckiego giganta. Tym bardziej, że wcześniej wcieliła ona już w swoje struktury włoskie marki, takie jak McLouis, Mobilvetta czy Rimor. Na chwilę obecną koncern podzielony zostaje na dwie „odnogi” – włoską (Trigano SpA, zbudowaną głównie wokół marek Caravan International oraz Roller Team) oraz francuską (VDL skoncentrowaną na markach Chausson i Challenger).

Hymer chyba zdał sobie sprawę z rosnącej w siłę konkurencji, co potwierdzają decyzje o przejęciu kanadyjskiej marki Roadtrek czy brytyjskiej grupy The Explorer Group, liczącego się gracza na rynku przyczep campingowych na wyspach – rynku o olbrzymim potencjale, co potwierdza liczba rejestracji w tym segmencie.

Jedna fabryka – wiele marek

Konsolidacja marek ma oczywiście swoje odzwierciedlenie w optymalizacji kosztów i łączeniu zakładów produkcyjnych. Nikogo obeznanego z branżą nie dziwi już fakt, że pojazdy różnych marek powstają w tych samych zakładach.

I tak w Tournon (południowa Francja) w największym zakładzie produkcyjnym Trigano zjeżdżają z taśmy zarówno kampery Chausson i Challenger, jak i przyczepy Sterckeman oraz Caravelair. W Font Vendome natomiast powstają „blaszaki” Karmann Mobil, Autostar buduje zintegrowane pojazdy marki Challenger, montownie Chausson i McLouis niejako „przy okazji” zaangażowane są także w budowę pojazdów nowej marki Forster.

Wszelkie budżetowe „klony” wielkich marek z grupy Erwin Hymer także składane są w jednej fabryce w Neustadt w niemieckiej Saksonii (fabryka Capron zajmuje się produkcją kamperów marek Sunlight i Carado).  Alkowy Bürstner powstają w fabryce Dethleffsa, przyczepy Eriba w montowni LMC, a „blaszaki” Hymer Car w zakładach należących do marki Laika we Włoszech.

– Co ciekawe, nowa inwestycja o wartości 18 milionów euro w rozbudowę montowni LMC w niemieckim Sassenberg (z początkiem roku 2018 przybędzie tu 17.500 m kw. powierzchni) ma zwiększyć możliwości produkcyjne z 7.500 do 13.500 przyczep koncernu rocznie. Sama marka LMC zarzeka się jednak, że produkcji kamperów pod własną marką nie zaprzestanie i będzie ją sukcesywnie rozwijać – mówi Maciej Kinal.

Zrównoważony wzrost i… domki holenderskie

Marka Hobby (oraz należąca do niej firma Fendt) w dalszym ciągu wiedzie prym w kategorii przyczep campingowych. Jednak z racji tego, że przyczepy co do zasady są tańsze, nawet ich duża sprzedaż i znaczący udział w rynku nie pozwalają na osiągnięcie obrotów porównywalnych z tymi, jakie notują czołowi producenci kamperów.

Marka Knaus Tabbert po załamaniu rynku w latach 2008/2009 została przejęta przez holenderską grupę HTP (posiadającą także udziały w firmie Morelo, produkującej olbrzymie i luksusowe pojazdy turystyczne). Nowy inwestor kontynuuje tzw. strategię zrównoważonego wzrostu, co do tej pory się sprawdza i ma się przełożyć na zwiększenie obrotu o kolejne 100 milionów euro w roku 2017. Firma zainwestowała w nowe fabryki na Węgrzech, a w jej portfolio znajdują się m.in. marki T@B (tzw. Tabbert dla młodych) oraz Weinsberg.

Spółka Rapido, zrzeszająca marki Rapido, Dreamer, Fleurette, PLA, Westfalia czy Itineo, obok kamperów skupia się ostatnio także na produkcji domków holenderskich na potrzeby ośrodków wypoczynkowych, a jej przychody wyniosły w 2016 roku 350 mln euro.

Obcemu kapitałowi czoło stawia jak na razie niemieckie Carthago, które od czasu produkcji pierwszych „blaszaków” na bazie Volkswagena nie tylko rozwinęło się, ale także zachowało charakter „rodzinnego” biznesu. Na własnym know-how i doświadczeniu Carthago stworzyło tańszą markę Malibu, oczywiście nie oddając jej wszystkich atrybutów technicznych z droższych modeli.

„Szpagat” polegający na promowaniu dwóch podobnych marek, jednak skoncentrowanych na różnej grupie docelowej na razie się marce udaje. Większość modeli Malibu, jak i tańszych modeli Carthago powstaje w specjalnie wybudowanej w tym celu fabryce w Słowenii, w Niemczech natomiast pozostaje produkcja najdroższych modeli, w tym tzw. linerów.

Mniejsi także rosną

Najmniejszą z ujmowanych w zestawieniach grupą producencką jest francuska grupa Pilote, na którą składają się marki Le Voyageur, Bavaria, Frankia, RMB czy Hanroad. Kampery tych marek szturmem zdobywają kolejne rynki europejskie, przez co w najbliższych latach możemy spodziewać ich wzrostów.

– Obok wielkich koncernów zrzeszających liczące się marki, na rynku znajdziemy także wiele godnych podziwu „samotnych wilków” – marek, które już osiągają, lub za chwilę osiągać będą obroty powyżej 100 mln euro. Wystarczy wymienić tu takie marki jak Pössl, Globecar, czy Vario Mobil – dodaje przedstawiciel portalu Camprest.com.

Rynek, szczególnie ten zachodnioeuropejski kwitnie, ale świadomy klient powinien zdawać sobie sprawę, że czasem konkurencja między markami jest pozorna. Coraz częściej walka o klienta odbywa się pomiędzy dealerami różnych marek należących do tego samego koncernu, nierzadko produkujących swe pojazdy w tej samej fabryce. Pod tym względem rynek pojazdów turystycznych nie różni się znacznie od całego rynku samochodowego.

 

Źródło: Camprest.com

Poniedziałki zazwyczaj bywają spokojne, ale dziś przed nami cała seria wstępnych odczytów indeksów PMI. Wskaźniki te powinny potwierdzić siłę koniunktury w Eurolandzie, ale jednocześnie przybrać wartości minimalnie niższe niż poprzednio. Euro jest nadal bardzo silne i rynek szybko nie utraci wiary, że Rada Prezesów ECB porzuci optymistyczne spojrzenie na perspektywy inflacji. Z tego względu scenariuszem bazowym pozostaje zbliżenie się przez EUR/USD do szczytu z 2015 roku, który leży przy 1,1720. Siły euro warto szukać jednak przede wszystkim na takich crossach jak EUR/GBP, EUR/AUD, czy EUR/CAD. Wydarzeniem dnia jest spotkanie OPEC z niezrzeszonymi w kartelu krajami wydobywającymi ropę, które w listopadzie sygnowały porozumienie o redukcji produkcji surowca.

W całym tygodniu najciekawszym wydarzeniem będzie posiedzenie FOMC, gdyż w ostatnich tygodniach narosło wiele wątpliwości wokół determinacji Fed do podwyżek stóp procentowych i redukcji sumy bilansowej. Losy dolara mogą zależeć od niezłomności optymizmu władz monetarnych, ale też od pierwszych szacunków PKB USA za II kwartał, które poznamy w piątek. Biorąc pod uwagę, że rynek wycenia mniej niż 50 – proc. prawdopodobieństwo podwyżki w tym roku nie widzimy znacznego pola do pogłębienia słabości dolara. Szczególnie negatywnie postrzegamy perspektywy walut gospodarek wschodzących a w gronie G-10: funta oraz dolara kanadyjskiego i zwłaszcza dolara australijskiego. Skala aprecjacji tych walut nie koresponduje już z fundamentami a w dwóch ostatnich przypadkach istotnym czynnikiem może stać się koniunktura na rynkach towarowych.

Spodziewamy się, że dzisiejsze, petersburskie spotkanie państw OPEC i państw spoza kartelu, które sygnowały porozumienie o ograniczeniu wydobycia przyniesie rozczarowanie. Nie sądzimy by rozwiązano na nim kwestię rosnącej produkcji w Libii i Nigerii, czyli w krajach, na które (ze względu na wydobycie poniżej historycznych norm) nie nałożono limitów. Jeszcze mniejsze są szanse na to, że – zgodnie z ostatnimi plotkami – Arabia Saudyjska zaproponuje jednostronne i dobrowolne zmniejszenie dostaw surowca. Sezonowy spadek zapasów
w miesiącach letnich jest sprawą absolutnie typową. W tym świetle inwestorzy powinni znów swoją uwagę przerzucić na rosnącą aktywność wydobywczą w USA oraz ewidentnie słabsze przestrzeganie zobowiązań z końcówki ubiegłego roku. W takim scenariuszu dolara kanadyjski znajdzie w fazie korekty ostatniego umocnienia, które USD/CAD sprowadziło na długoterminowe maksima tuż powyżej 1,25.

Podobnie: nie uważamy, że ceny rudy żelaza czy miedzi będą kształtować się w tak korzystny dla dolara australijskiego sposób jak dotychczas. W przypadku metali przemysłowych na zniżki trzeba będzie dłużej poczekać, ale są one nieodzowne. Sądzimy, że chińska gospodarka, która zużywa ich więcej niż wszystkie państwa OECD łącznie, w drugiej połowie roku wytraci impet. Mając to na uwadze nie można zapominać, że miedź na wysokich poziomach w większym stopniu stabilizowana była przez zaburzenia dostaw niż siłę popytu. Bliźniaczo wygląda sytuacja rudy żelaza oraz aluminium. Gigantyczny przyrost produkcji w Chinach nie daje podstaw by wierzyć w możliwość przerodzenia się odbicia w długoterminowe trendy. Z tego względu nie liczymy, że kanał cen metali przemysłowych będzie w stanie wspierać dolara australijskiego, który będzie jedną z najwrażliwszych walut w momencie, gdy dolar amerykański zacznie odrabiać straty.

Złoty przed weekendem został mocno przeceniony ze względu na kryzys polityczny wokół reformy sądownictwa. Dziś można spodziewać się stabilizacji siły polskiej waluty, ale spodziewamy się, że maksima siły złotego już za nami i teraz przyjdzie czas na średnioterminowe osłabienie. Pozostajemy negatywnie nastawieni do wszystkich walut emerging markets. Warto odnotować, że europejskie indeksy znalazły się w końcówce tygodnia w głębokiej defensywie. W świetle przytoczonych już argumentów nie widzimy wsparcia w koniunkturze na rynkach towarowych.

 

Materiał opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Podobnie jak rok ubiegły, także ten rok przynosi deweloperom rekordowe wyniki

W minionym roku rynek deweloperski notował rekordy, zarówno pod względem prowadzonych inwestycji, wydanych pozwoleń na budowę, jak i ilości sprzedanych mieszkań. Tegoroczne podsumowania statystyczne dostarczają kolejnych rekordowych rezultatów.

Już trzeci rok mieszkania sprzedają się tak dobrze, jak nigdy wcześniej, więc firmy bez wahania wprowadzają do sprzedaży kolejne projekty. Na rynek płynie zaoszczędzona gotówka i pieniądze z wycofywanych lokat bankowych, które przy obecnej inflacji są deficytowe. Niemal połowa wydawanych w Polsce na mieszkania środków trafia do deweloperów. To dowód na to, że firmy zwiększyły zasięg swojego działania, bo jeszcze kilka lat temu deweloperzy mieli tylko jedną trzecią udziału w obrocie na rynku mieszkaniowym.

Dobry początek roku

Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie dla deweloperów jeszcze lepszy niż poprzedni. Rewelacyjne wyniki widać już w pierwszych miesiącach. Dalszy wzrost rynku nowych mieszkań potwierdzają dane Głównego Urzędu Statystycznego, które mówią, że w okresie pierwszych pięciu miesięcy 2017 roku deweloperzy zaczęli budowę prawie 42 tys. mieszkań, o jedną czwartą większej ilości lokali niż w tym samym okresie przed rokiem.

Nieco więcej niż rok temu firmy oddały też w tym okresie mieszkań do użytkowania, prawie 30 tys. Ale najciekawsze dane przynoszą podsumowania dotyczące liczby uzyskanych pozwoleń na budowę. Tu nastąpił ponad 50 proc. skok w porównaniu z 2016 rokiem. Od początku roku do końca maja br. deweloperzy dostali pozwolenia na budowę ponad 58 tys. mieszkań. Oznacza to, że w najbliższym czasie polski rynek mieszkaniowy, nie tylko nie wyhamuje, ale poważnie zwiększy produkcję.

 Nienasycony rynek

 Na koniec marca tego roku w sześciu aglomeracjach, w których deweloperzy budują najwięcej (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź)  w sprzedaży było nieco ponad 50 tys. nowych mieszkań. Z tego w Warszawie w sprzedaży było ponad 19 tys. lokali, obliczają analitycy. Wybór jest spory, ale jeśli spojrzymy na wielkość popytu okaże się podaż wcale nie jest taka duża. Tylko w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku na sześciu największych rynkach w kraju deweloperzy sprzedali ponad 18,6 tys. mieszkań.

W największych miastach zapotrzebowanie na nowe lokale wciąż rośnie. Szacunkowe obliczenia wskazują, że w aglomeracjach brakuje wciąż co najmniej pół miliona mieszkań. Perspektywa szybkiego spadku popytu przy tak nienasyconym rynku nie jest więc raczej prawdopodobna. Szczególnie przy utrzymywanych na niskim poziomie stopach procentowych, przy których nie opłaca się trzymać pieniędzy w banku.

Potok gotówki

 – Mieszkania na wynajem uznawane są teraz za najlepszą lokatę kapitału. Dlatego zakupy gotówkowe stanowią przeważający typ transakcji na rynku pierwotnym. Większość z kupujących ze środków własnych to osoby nabywające nieruchomości w celach inwestycyjnych. Taką strukturę zakupów możemy obserwować w naszych inwestycjach Dzielna 64 i Studio Centrum, które prowadzimy w centrum Warszawy – mówi Tomasz Sadłocha z firmy Ochnik Development.

Zaznacza, że lokalizacja projektów i dostępna w nich oferta przyciąga inwestorów. – Specjalnie dla tej grupy przygotowana została oferta Studia Centrum, gdzie dostępne są mikro-lokale o metrażu od 18 mkw. w cenie od 180 tys. zł. Choć muszę przyznać, że w budynku przy Dzielnej 64 część apartamentów także kupowana jest inwestycyjnie. Na brak chętnych nie możemy narzekać, bo w obu inwestycjach sprzedało się już większość mieszkań, a ich budowa ruszyła dopiero jesienią zeszłego roku – informuje Tomasz Sadłocha.

W 2016 roku gotówkowe wydatki na zakup nowych mieszkań w siedmiu największych miastach kraju przekroczyły 14,2 mld zł. To najlepszy wynik w całej historii polskiego rynku deweloperskiego. Dla porównania pięć lat temu do firm deweloperskich trafiło 6,1 mld zł.

Prawie 70 proc. transakcji bez kredytu   

Najprawdopodobniej więc w drugiej połowie roku padną kolejne rekordy sprzedażowe na rynku deweloperskim, bo apetyt na mieszkania nie słabnie. Potwierdza to choćby 10 proc. wzrost wartości udzielonych kredytów w maju tego roku w porównaniu do wyniku ubiegłorocznego.

Większość nowych mieszkań kupowana jest jednak bez kredytu. W 2016 roku takie zakupy stanowiły 60 proc. wszystkich transakcji na rynku pierwotnym. Za gotówkę kupowane były dwa z trzech nowych mieszkań. Prognozy wskazują, że w tym roku udział transakcji gotówkowych będzie jeszcze większy.

Widać to po wynikach osiągniętych na początku roku. W pierwszym kwartale na zakup mieszkań od deweloperów nabywcy wydali z oszczędności 4,4 mld zł. Lepszy o zaledwie  100 mln zł był w dotychczasowej historii rynku tylko ostatni kwartał ubiegłego roku. Szacunkowe dane NBP wskazują, że tym razem zakupy gotówkowe stanowiły już 67 proc. zawartych transakcji.

Zakupy pakietowe

Ogromnemu ożywieniu na rynku nieruchomości sprzyja obniżające się bezrobocie, systematycznie rosnące zarobki Polaków oraz coraz większe zainteresowanie inwestorów dochodami z najmu mieszkań. Ponadto rekordowo niskie stopy procentowe zachęcają do zaciągania tanich kredytów hipotecznych.

Należy zaznaczyć, że na naszym rynku mieszkaniowym zakupy zaczynają robić również międzynarodowe fundusze  inwestycyjne. Kupują od deweloperów duże pakiety mieszkań, albo całe inwestycje, nawet takie, które jeszcze nie są zrealizowane. Inwestują w projekty zlokalizowane w centralnych obszarach miast, przede wszystkim w Warszawie i Krakowie.

 

Autor: Ochnik Development

Jeszcze w sierpniu br. będzie można ubiegać się o budżetowe pieniądze na zakup mieszkań i domów – taki może być efekt zmian w programie „Mieszkanie dla młodych”, które na ostatnim posiedzeniu przyjął rząd. W efekcie z dopłatą Polacy będą mogli kupić jeszcze 2,7 tys. mieszkań w bieżącym roku i przynajmniej 1,5 tysięcy w przyszłym.

Koniec ze sztucznym blokowaniem pieniędzy na dopłaty w ramach programu „Mieszkanie dla młodych” – taki może być efekt zmian proponowanych przez rząd. Chodzi o to, że dotychczas z limitu na dany rok można było wykorzystać 95% pieniędzy. Pozostałe 5% to bufor bezpieczeństwa. Z czasem miał on być przeznaczany na wypłaty dodatkowych świadczeń dla beneficjentów, którzy zdecydowali się na trzecie lub kolejne dziecko. Po nowelizacji banki przestaną przyjmować wnioski dopiero jak budżet zostanie wykorzystany w 100%. W 2017 roku mowa o kwocie 37,3 mln zł i kolejne 38,1 mln w roku przyszłym.

W obowiązującej ustawie jest też jeszcze jeden mechanizm blokujący pełne wykorzystanie zaplanowanych w budżecie środków. Obecnie banki zmuszone są przestać przyjmować wnioski kredytowe, gdy tylko Polacy zarezerwują wspomniane 95% środków. Bardzo ważne jest, że takiej rezerwacji dokonuje się w momencie składania wniosku kredytowego. Potem może się okazać, że ktoś kredytu nie dostanie lub po prostu się rozmyśli i nie podpisze umowy kredytowej. Efekt? Około 30 milionów złotych z pieniędzy zarezerwowanych na bieżący rok zostało niewykorzystanych pomimo rezerwacji. Z punktu widzenia beneficjentów kwota ta przepadłyby, bo w myśl obowiązującej ustawy nie można w ciągu roku wznowić raz zamkniętego procesu naborów wniosków.

Dzień szaleństwa na dopłaty

W sumie więc w sierpniu br. (Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa informuje, że najpóźniej 16 sierpnia) na rynek trafić może około 69 mln złotych na dopłaty. Czy to dużo? Przeciętny beneficjent otrzymuje tytułem dopłaty około 25,8 tys. zł. To oznacza, że odmrożone środki wystarczą na zakup około 2,7 tys. mieszkań i domów w bieżącym roku. Do tego w przyszłym roku dodatkowe 38,1 mln zł, po które będzie można sięgnąć pozwolą na zakup kolejnych 1,5 tys. nieruchomości. Bardzo ważne, że zarówno w bieżącym, jak i w przyszłym roku z dopłatą będzie można kupić zarówno mieszkanie od dewelopera jak i z drugiej ręki.

Złą informacją jest natomiast fakt, że ze wspomnianą kwotą rynek szybko sobie poradzi. Doskonałym przykładem może być to co stało się w styczniu br. Wraz z uruchomieniem nowej transzy pieniędzy na dopłaty, do banków napłynęła lawina wniosków kredytowych. Przez pierwsze dwa dni Polacy wchłonęli 122 mln zł. To sugeruje, że pieniądze, które odmrozi rząd wystarczyć mogą na zaledwie jeden dzień.

Jak to możliwe, że w ciągu jednego dnia z puli dopłat wyparować może kilkadziesiąt milionów złotych? Wszystko dlatego, że wielu potencjalnych beneficjentów podpisuje umowy zakupu mieszkań i kompletuje niezbędne dokumenty wcześniej. Tylko z ich złożeniem czekają na zielone światło w postaci informacji o uruchomieniu kolejnej transzy środków.

Dopłaty opłacają się budżetowi

Trzeba przy tym mieć świadomość, że rozdawanie pieniędzy na dopłaty do kredytów w ramach programu „Mieszkanie dla młodych”, to z punktu widzenia budżetu dobry biznes. Przy okazji zakupu mieszkania na kredyt pojawia się bowiem cała masa podatków, z których cieszy się fiskus. W cenie nowego lokum płacimy VAT, a używanego PCC. Do tego PIT i CIT płacą banki zarabiające na kredycie, deweloperzy zarabiający na mieszkaniu, ekipy remontowe, składy budowlane, pośrednicy nieruchomości i kredytowi, sprzedawcy wyposażenia mieszkań, notariusze. Efekt? Na każdą złotówkę dopłaty do kredytu fiskus inkasuje około 2-3 złote w formie podatków.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Wzrost rynku dóbr luksusowych o 2-4 procent w 2017 r. dzięki poprawie spożycia w Chinach, turystyce i rosnącemu zaufaniu konsumentów w Europie przewiduje Bain & Company. W dalszej perspektywie kluczowe znaczenie będzie miało dostosowanie strategii do wartości i oczekiwań pokolenia „millenialsów”.

Wszystko wskazuje na to, że w 2017 r. rynek dóbr luksusowych powróci do wzrostu. Mocne odbicie w  Chinach, zawdzięczane aktywności zakupowej w kraju i za granicą oraz rosnące zaufanie klientów w Europie przyczyni się do wzrostu światowego rynku osobistych dóbr luksusowych o 2-4 procent, do poziomu 254-259 mld euro.  Nadal rośnie różnica między zwycięzcami a przegranymi, dlatego marki powinny przemyśleć swoje strategie i dostosować się do sposobu myślenia charakterystycznego dla pokolenia „millenialsów”. Ten czynnik odegra kluczową rolę, napędzając sprzedaż do 290 mld EUR do roku 2020.

– Po trudnym 2016 roku, pierwszy kwartał 2017 przyniósł branży dóbr luksusowych nieco wytchnienia – mówi Jacek Poświata z Bain & Company. – Czynniki takie jak powrót chińskiej konsumpcji do kraju oraz pozytywne perspektywy w Europie, zarówno dla mieszkańców jak i turystów, będą przez resztę roku napędzać ogólny wzrost rynku.

Dynamika rynku luksusowego w regionach

W Stanach Zjednoczonych rynek dóbr luksusowych jest nadal słaby. Na skutek silnego dolara, trwającej niepewności politycznej i problemów domów towarowych perspektywy na 2017 r. są niejednoznaczne. Sytuację w Ameryce Łacińskiej poprawia spożycie lokalne, podczas gdy Kanada utrzymuje dynamikę, ale przygotowuje się na spowolnienie. Oczekuje się, że wzrost w całym regionie wyniesie od -2 do 0 procent. W Europie trwa odrabianie strat po zmniejszeniu ruchu turystycznego w 2016 r., a kontynent odzyskuje zaufanie wśród lokalnych konsumentów. Jaśniejsze punkty na mapie to Hiszpania, postrzegana jako bezpieczny cel podróży oraz Wielka Brytania, z funtem znacznie słabszym niż w tym samym okresie w zeszłym roku. Bain & Company przewiduje, że wzrost w Europie wyniesie 7-9 procent. W Chinach kontynentalnych również mamy do czynienia z odbiciem, ponieważ lokalni konsumenci zdecydowanie wolą kupować dobra luksusowe w kraju. Można oczekiwać, że doprowadzi to do wzrostu o 6-8 procent. Chińscy turyści nadal będą jednak odpowiadać za sporą część zakupów luksusowych za granicą. Powolny i dojrzały rynek japoński nadal jest bezpieczny dla marek luksusowych. Konsumpcja lokalna wspiera rynek, na którym zmniejszył się ruch turystyczny, na skutek czego wzrost w tym roku będzie niski. W pozostałych częściach Azji otoczenie jest nadal trudne. Bain & Company uważa, że w tym regionie rynek skurczy się o -2 do -4 procent. Sytuacja w Hongkongu, Makau i Singapurze poprawia się, ale za to Tajwan i Azja Południowo-Wschodnia zmagają się ze zmniejszeniem ruchu turystycznego, szczególnie z Chin i Korei Południowej, na co wpłynęły wewnętrzne niepokoje polityczne. W pozostałych częściach świata spodziewamy się płaskiego lub tylko nieznacznie dodatniego wzrostu, na poziomie 2 procent, a na Bliskim Wschodzie (poza Dubajem) dalszego zastoju.

Na co zwrócić uwagę w 2017 r.

Sytuacja w Stanach Zjednoczonych. USA, które nadal pozostają największym rynkiem osobistych towarów luksusowych, stoją przed połączeniem różnych czynników, które hamują wzrost. Spowolnienie w turystyce, nadal nerwowa atmosfera polityczna i niełatwe perspektywy dla domów towarowych tworzą bardzo trudne otoczenie dla marek luksusowych, które w tej sytuacji wymagają znakomitej strategii i jej nienagannej realizacji, z naciskiem na rozwijanie lojalności i dbanie o zadowolenie klientów.

Perspektywy dla Chin. Niższe różnice cenowe w Chinach zachęcają rynek lokalny do rozkwitu, podczas gdy Europa korzysta ze swojej pozycji atrakcyjnego celu podróży dla chińskich turystów.

Sprzedaż cyfrowa i off-price. Dynamika transformacji cyfrowej w dalszym ciągu przekształca branżę dóbr luksusowych. Bain & Company spodziewa się, że internet stanie się głównym kanałem sprzedaży, o najwyższym wzroście w najbliższych latach, a na drugim miejscu uplasują się sklepy typu off-price. Prawdziwym placem zabaw dla marek luksusowych będą fizyczne sklepy monobrandowe, chociaż ich zasięg oddziaływania może już zbliżać się do granicy możliwości.

Wielcy zwycięzcy i wielcy przegrani. Trend polaryzacji rynku, który w badaniach Bain & Company jawi się jako element nowej normalności, jest bardzo widoczny w pierwszych miesiącach 2017 r., a różnica między zwycięzcami a przegranymi nadal rośnie.

Milenijny stan umysłu. Aby odnieść sukces w nadchodzącej dekadzie, marki powinny skupić się na swoich klientach, tak aby móc lepiej przewidywać i zaspokajać ich potrzeby. Kluczowe znaczenie będzie miało młodsze pokolenie konsumentów, ponieważ do 2025 roku millennialsi i „Pokolenie Z” będą stanowić 45 procent światowego rynku towarów luksusowych. Warto jednak zauważyć, że analizując zachowania konsumenckie należałoby raczej mówić o „milenijnym stanie umysłu”, który coraz głębiej przenika wszystkie pokolenia bez różnicy, a tym samym jest zjawiskiem bardziej psychologicznym, niż czysto demograficznym.

W perspektywie roku 2020 Bain & Company przewiduje łagodny wzrost na poziomie 3-4 procent rocznie, przy zwiększeniu rozmiarów rynku do 280-290 mld euro. – Marki powinny wręcz obsesyjnie dbać o klienta i przestawić się na sposób myślenia millenialsów – zachęca Poświata z Bain & Company. – Kupowanie towarów luksusowych nie ogranicza się już do wejścia do sklepu. Dziś zanim konsument dotrze do punktu sprzedaży, doświadcza kontaktu z marką w wielu różnych punktach.

Źródło: Bain & Company

Drugi tydzień października przyniósł wzrost prawdopodobieństwa podwyżki stóp procentowych w Stanach. Protokół z ostatniego posiedzenia FOMC okazał się jastrzębi, chociaż nieco mniej niż oczekiwał tego rynek. Tym niemniej, rosnące ceny ropy naftowej zwiększają oczekiwania inflacyjne. Za zaostrzeniem polityki monetarnej przez Fed przemawiają także dobre odczyty z amerykańskiej gospodarki, pomimo słabszych od oczekiwań najnowszych danych z rynku pracy. W minionym tygodniu inwestorzy poznali amerykańską inflację PPI, która wyniosła 0,7% rdr wobec konsensusu na poziomie 0,4%. Ponadto, dynamika sprzedaży detalicznej zgodnie z prognozami wyniosła 2,7% rdr. Rynek oczekuje, że koszt pieniądza za oceanem ulegnie zmianie w grudniu. Widmo podwyżki stóp procentowych nie wspiera amerykańskich indeksów giełdowych. W skali całego tygodnia, NASDAQ stracił 1,5%, S&P500 1%, a DJI 0,6%. Tymczasem w Europie sentyment rynkowy okazał się nieco lepszy – niemiecki DAX wzrósł o 0,9%, francuski CAC40 o 0,5%, natomiast brytyjski FTSE250 zakończył tydzień nieznacznie pod kreską (0,1%). Inwestorzy poznali indeks Sentix, którego wartość znacząco przewyższyła prognozy – 8,5 pkt względem 6 pkt. W strefie euro nie zawiodła także dynamika produkcji przemysłowej, która osiągnęła wartość 1,8% rdr wobec oczekiwań na poziomie 1,3%. Sporo emocji rynkowych wywołała również publikacja bilansu handlowego Chin. We wrześniu wartość eksportu Państwa Środka skurczyła się o 10%.

W Polsce z całą pewnością cieszy postawa średnich spółek, których indeks zakończył miniony tydzień w kolorze zielonym – w skali całego tygodnia mWIG40 wzrósł o 0,6%. W przeciwieństwie do niego WIG20 zniżkował o 1,8%, a sWIG80 o 0,6%. Ponadto, na szczególne wyróżnienie zasługują walory JSW oraz Prairie. Te pierwsze kontynuują swój tegoroczny rajd i zbliżają się do poziomu 70 zł. Natomiast cena akcji australijskiej spółki w ciągu tygodnia niemal podwoiła swoją wartość. Dlatego też niniejszy podmiot z całą pewnością zasługuje na miano spółki tygodnia. Co więcej, warto zwrócić uwagę na najnowszy odczyt inflacji. Wskaźnik CPI wyniósł -0,5% rdr we wrześniu względem -0,8% rdr w sierpniu. Deflacja zdecydowanie słabnie, jednakże fakt ten nadal nie generuje wzmożonych oczekiwań co do zaostrzenia polskiej polityki monetarnej przez RPP.

Wydarzeniem obecnego tygodnia będzie posiedzenie Rady Prezesów EBC. Część rynku oczekuje, że bank rozszerzy obecny program QE. Inwestorzy poznają także protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Ponadto, warto zwrócić uwagę na najnowsze dane ekonomiczne ze Stanów, Chin, strefy euro oraz Polski. Rynek będzie również śledził dobiegający do końca już wyścig o fotel w Białym Domu.

Analiza techniczna

60

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

W ubiegłym tygodniu WIG20 zdecydowanie poruszał się w kierunku południowym, toteż zakończył piątkowe notowania na poziomie 1719 pkt. Indeks największych polskich spółek tkwi w wyraźnej konsolidacji. Oscylator RSI pozostaje neutralny. W obecnym tygodniu rynek może testować wsparcie w okolicach 1700 pkt. Jego przełamanie byłoby zapewne sygnałem do rozpoczęcia nowej fali spadkowej. Tym niemniej, nie wydaje się, aby sentyment rynkowy był aż tak niesprzyjający, dlatego też indeks blue – chipów prawdopodobnie obroni niniejszy poziom i pozostanie w konsolidacji.

61

Wykres 2. Prairie w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Na spółkę tygodnia wybraliśmy Prairie. W skali całego tygodnia, cena akcji australijskiej spółki wzrosła o 94%. Niniejsze wzrosty zakończyły dotychczasową konsolidację. Kurs nie przełamał jednak oporu na poziomie 1,50 zł. Oscylator stochastyczny oraz oscylator RSI wskazały wyraźne sygnały sprzedaży. Rynek prawdopodobnie rozpocznie fazę korekty. Ostatnie wzrosty były reakcją inwestorów na zakup przez spółkę kopalni Dębieńsko. Warto podkreślić, że perspektywy długoterminowe Prairie wydają się obiecujące tym bardziej, że spółka dopiero rozpoczyna swoje flagowe projekty na polskim rynku.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Weekend przyniósł wiele wydarzeń, które pewnie staną się pożywką dla pogadanek traderów przy poniedziałkowej kawie, jednak ich wpływ na zmienność pozostawia wiele dotyczenia. W USA skandal wokół rubasznego języka Trumpa jest ważniejszy niż druga debata z Clinton. Święto w Japonii zdławiło handel w Azji, a poniedziałek po raporcie z NFP jest tradycyjnie ubogi w dane makro. Do tego mamy święto w USA (choć Wall Street działa).

Druga runda starcia głównych kandydatów na prezydenta w USA zakończyła się bez wskazania jednoznacznego zwycięzcy, choć Donald Trump przystąpił do walki kontuzjowany. Jednak uszczerbkowi na jego dyspozycyjności bliżej do przytrzaśnięcia sobie samego ręki zamykanymi drzwiami niż treningowym urazem, zatem od strony widzów zasługuje na politowanie niż współczucie. Ujawniony w weekend skandal dotyczący jego niestosownych wypowiedzi na temat kobiet z 2005 r. przyciąga obecnie największą uwagę i umniejsza jego szanse na wygraną, gdyż nawet z obozu Republikanów nie brakuje apelów o wycofanie się Trumpa z kampanii. Od strony rynków finansowych widać zadowolenie meksykańskiego peso (przez taśmy, nie przez debatę) i lekkie wsparcie dolara kanadyjskiego, ale reszta rynku pozostaje w miarę stabilna. Ryzyka przed debatą były asymetryczne, gdyż podtrzymanie przewagi Clinton w sondażach jest akceptowanym status quo, a tylko szturm Trumpa mógłby wstrząsnąć rynkami. Wciąż nie widać, aby inwestorzy mieli chęć do zabezpieczania się przed ryzykiem wygranej Trumpa i związanego z tym popłochu na rynkach finansowych. Taki obrót spraw nie jest wykluczony w kolejnych tygodniach, ale dziś szanse są na to marne.

Zwykle poniedziałek po publikacji raportu z rynku pracy w USA nie przynosi istotnych danych makro i dziś nie jest inaczej, gdyż indeks Sentix z Eurolandu ma większe znaczenie dla statystyków niż traderów. Jedyna różnica od reguły jest taka, że rynek dolara nie dokona klasycznego odwrotu od tego, co zrobił bezpośrednio po odczycie NFP, gdyż większość realizacji zysków dokonała się jeszcze przed weekendem. Obawy przed weekendowymi wydarzeniami skłaniały do uszczuplenia pozycji, a świadomość obchodów Dnia Kolumba w USA dodatkowo ciążyła na pewności dla utrzymania pozycji. Zatem nowy tydzień rynki zaczynają niejako z czystą kartą, czekając na cokolwiek, co się wydarzy. Problem w tym, że tydzień ma niewiele do zaoferowania aż do środy wieczór, kiedy otrzymamy protokół z wrześniowego posiedzenia FOMC z następującą w piątek sprzedażą detaliczną z USA. Taka swoboda rynku ma dwie strony medalu – albo nastanie konsytuacja trendów sprzed weekendu, albo rynek poszuka świeżego katalizatora. Dziś wydaje się, że ropa ma chęć na korektę w dół (WTI znów poniżej 50 USD), a złoto na odreagowanie zeszłotygodniowej wyprzedaży – dwa wskaźniki pogorszenia sentymentu, choć już nie tak silne, jak kiedyś.

Poza tym EUR/USD dalej tkwi w dotychczasowej konsolidacji po tym, jak piątkowe wyłamanie dołem się nie powiodło. USD/JPY potrzebuje wsparcie w rajdzie Nikkei albo we wzroście rentowności obligacji skarbowych USA, ale oba rynki są dziś zamknięte. GBP/USD pozostaje skazany na szarpany handel na strachu przed „twardym Brexitem” i podatny na impulsy z rządu i banku centralnego. Wśród walut surowcowych spadająca ropa naftowa będzie ciągnęła za sobą CAD, a techniczna wymowa USD/CAD także jest za wzrostami. Ponadto dalej widzimy relatywną siłę AUD nad NZD. EUR/PLN „śpi” pod 4,30.

 

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wczorajszy odczyt ISM na dobre wygasił spekulacje o wrześniowej podwyżce Fed, choć komentarze z Fed wciąż okraszone są jastrzębim akcentem. USD przeżywa trudne chwile, ale aktywa ryzykowne pozostają w mocy. Dziś kanonada banków centralnych trwa dalej, choć akurat same posiedzenia mogą być najmniej atrakcyjne.

Można by się rozwodzić, że choć ISM dla usług wypadł najgorzej od 2010 r., to komentarze ze strony respondentów ankiety rysują mniej ponury obraz i zwracają uwagę na przejściową słabość w aktywności. Ale spadek indeksu, to dalej spadek, a w połączeniu z podobnym rozczarowaniem w danych z przemysłu i niezadowalającym raportem z rynku pracy pomysł podwyżki stóp procentowych Fed we wrześniu jest martwy. Tymczasem szef oddziału Fed w San Francisco John Williams podtrzymuje optymizm, stwierdzając dziś w nocy, że gospodarka USA „jest w dobrej formie i zmierza we właściwym kierunku”. W rezultacie „sensownym jest powrócić do stopniowych podwyżek stóp procentowych, raczej wcześniej niż później”. Czy Williams przez ostatni tydzień był odcięty od informacji? Prawdopodobnie nie, a jego wypowiedź uwidacznia problem, z jakim Fed mierzy się od dłuższego czasu – rynek niechętnie zmienia swoje oczekiwania w stronę wskazywaną przez Fed. Inwestorzy tyle razy zawiedli się na deklaracjach gotowości do podwyżek, że z założenia są sceptyczni. Ostatnie dni tylko utwierdziły ich w przekonaniu. Celem wypowiedzi Williamsa i zapewne wkrótce innych członków FOMC będzie dbanie o to, by rynkowe oczekiwania na podwyżkę w grudniu nie spadły za bardzo. Obecnie stoją na 52 proc., a następnymi w kolejności do uspokojenia nastrojów są Lacker i George dziś o 16:00.

USD przegrywa dziś z walutami rynków wschodzących Azji, które nadganiają reakcję swoich odpowiedników z Europy i Ameryki oraz walut G10. Powtarzając któryś już raz: jeśli Fed nie przyspieszy podwyżek, inwestorzy będą dalej polować na wyższe stopy zwrotu, a rynki wschodzące są pierwszym miejscem, gdzie będą się rozglądać. Na głównych crossach sytuacja jest bardziej skomplikowana, gdyż dodatkowe czynniki też się liczą. EUR/USD to sprawa jutrzejszej decyzji ECB, gdzie gołębia niespodzianka nie jest wykluczona. GBP/USD ma jeszcze pole do wzrostów pod redukcję krótkich pozycji w funcie (Brexit), ale inwestorzy są ostrożni przed dzisiejszym wystąpieniem prezesa Banku Anglii Carneya w parlamencie (w towarzystwie Cunliffe’a, Forbes i McCafferty’iego). Tematem będzie opinia BoE o ostatnich danych z gospodarki, które generalnie zarysowały obraz mniej pesymistyczny, niż się obawiano tuż po referendum. W sierpniu, kiedy Bank luzował politykę monetarną, zasugerował dalsze luzowanie przed końcem roku. GBP z radością przyjmie bardziej wyważone stanowisko BoE.

USD/JPY notuje dziś największą zmianę, gdyż do negatywnej reakcji dolara na rozczarowujący ISM dla usług dochodzą doniesienia prasowe o sporze w Banku Japonii. Decydenci mają problem z uzgodnieniem stanowiska na rewizję polityki monetarnej, która będzie miała miejsce na posiedzeniu 20-21 września. Prezes Kuroda jest zwolennikiem ujemnych stóp procentowych, wiceprezes Iwata opowiada się zwiększeniem skupu aktywów. Kiuchi i Sato są wskazywani jako przeciwnicy jakiejkolwiek formy luzowania. Rozłam jest niebezpieczny, gdyż podkopuje szanse na trwalsze osłabienie jena, na czym zależy i rządowi i BoJ. Szaloną teorią w tym momencie jest, że BoJ chce obniżyć rynkowe oczekiwania, by efekt zaskoczenia zwiększył reakcję JPY, jeśli BoJ faktycznie dokona agresywnego luzowania. Na razie jednak sprzedaż JPY to ryzykowny interes.

Środa przynosi trzy decyzje banków centralnych. Szwedzki Riksbank posiada wciąż aktywny program skupu aktywów, który wygasa na koniec roku, a ostatnia słabość korony działa na korzyść odbicia inflacji. Z drugiej strony prognozy wzrostu gospodarczego wymagają rewizji w dół. Ogólnie bilans ryzyk jest neutralny, co przemawia za stanowiskiem „wait-and-see” i brakiem reakcji SEK. W Kanadzie rynek wycenia niecałe 6 proc. szans na obniżkę stopy procentowej Banku Kanady do 0,25 proc. Ostatnie dane z gospodarki są słabe, a ryzyka krajowe i zewnętrzne dla perspektywy wzrostu przeważają po negatywnej stronie. To ustawia nisko poprzeczkę dla gołębiego wydźwięku komunikatu. W Polsce zakładamy utrzymanie stopy referencyjnej na 1,5 proc. Seria słabszych danych makro z polskiej gospodarki podniosła głosy o konieczności złagodzenia stanowiska RPP, jednak komentarze ze strony członków Rady w większości wskazują, że stabilizacja kosztu pieniądza jest najbardziej preferowaną ścieżką. Dzisiejsza konferencja prasowa powinna potwierdzić neutralne nastawienie banku centralnego, co może oferować pewną dozę ulgi dla złotego, choć w tym tygodniu posiedzenie RPP pozostaje w cieniu piątkowej decyzji Moody’s o ratingu Polski.

 

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

U progu lata nastroje na rynkach nie były najlepsze. Odczuwało się niepokój, jak zwykle w okolicach maja. Tym razem tradycyjne powiedzenie „sell in May and go away” potęgowane było nerwowym czekaniem na wynik brytyjskiego referendum odnośnie członkostwa kraju w Unii Europejskiej. Spadek, wywołany niekorzystnym wynikiem głosowania, okazał się katalizatorem do tradycyjnej „letniej hossy”.

Ten, kto akcje chciał sprzedać, zrobił to przed samym referendum lub tuż po ogłoszeniu jego wyniku. Wygaszenie podaży w połączeniu z napływem pozytywnych wiadomości skutkowało bardzo udanym latem. Aktualnie zmienność, mierzona popularnym „indeksem strachu”, powróciła do okolic najniższych poziomów po okresie kryzysu finansowego. By być precyzyjnym, jest ona najniższa od lata 2014 roku, co wówczas skończyło się paniczną październikową wyprzedażą. Czy widać tutaj pewną zależność? Na usta ciśnie się rynkowa sezonowość, która nie zawsze układa się po myśli kalendarzowego wzorca, ale trudno przejść obojętnie wobec możliwości powtórzenia się klasycznych zależności w dalszej części roku. Oznaczałoby to, że wracający z urlopów doświadczeni zarządzający trochę sceptycznym okiem spojrzą na letnie zakupy swoich młodszych kolegów i przystąpić mogą do realizacji zysków. Z urlopu wrócą również wszyscy politycy oraz prezesi ważnych spółek, co oznacza koniec „sezonu ogórkowego” i ponowne wezbranie informacyjnego strumienia, który w ostatnich latach częściej przynosił gorsze wiadomości od tych lepszych. Rynki globalne wydają się być „priced for perfection”, czyli nie pozostawiają większego marginesu na negatywne zaskoczenia. Tym samym według inwestorów gorsze wyniki amerykańskich spółek, mimo że ciągną się już od pięciu kwartałów, są jedynie przejściowe. Rezerwa Federalna stóp w tym roku może już nie podnieść, a inne banki centralne utrzymają łagodne nastawienie, mimo że zagrożenia związane z Brexitem się nie materializują.

Z kolei tak komunikowane w pierwszej połowie roku napięcia w globalnej gospodarce ustąpią miejsca powrotowi może nie spektakularnego, ale jednak stabilnego rozwoju dwóch kluczowych obszarów – gospodarek rozwiniętych na czele z USA, oraz krajów rozwijających się z Chinami na przedzie. A co, jeśli pójdzie coś nie tak? Banki centralne zostaną po raz kolejny wezwane do tablicy i zrobią „co należy”. Jeżeli ktoś ma wątpliwości co do takiego scenariusza, to właśnie jest dobry czas, by zabezpieczyć portfel przed możliwymi wahaniami.

 

 Lukasz_BŁukasz Bugaj, CFA, analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Pierwszy tydzień sierpnia nie przyniósł zbyt znaczących zmian najważniejszych indeksów giełdowych. W Europie, brytyjski FTSE250 wzrósł o 1,1%, niemiecki DAX o 0,3%, natomiast francuski CAC40 stracił 0,7%. W Stanach, NASDAQ zyskał 1,1%, DJI 0,6%, a S&P500 0,4%. Inwestorzy skupili się na odczytach indeksów PMI ze strefy euro. Te okazały się nieco wyższe od oczekiwań i wyniosły kolejno 52 pkt oraz 52,9 pkt dla sektora przemysłowego oraz usługowego. Tymczasem w Stanach zawiodły publikacje indeksów ISM, czy też odczyt dynamiki zamówień w przemyśle. Niemniej jednak, dane z amerykańskiego rynku pracy po raz kolejny okazały się wyższe od prognoz. Co prawda stopa bezrobocia wyniosła 4,9% względem konsensusu na poziomie 4,8%, jednakże zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym wyniosła 255 tys. wobec oczekiwań na poziomie 182 tys. Niniejsze dane nieco zwiększyły prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych przez Fed w najbliższym czasie. Mimo wszystko, na miano wydarzenia tygodnia zasłużyło posiedzenie Rady Dyrektorów Banku Anglii, podczas którego po raz pierwszy od siedmiu lat zapadła decyzja o obniżeniu stóp procentowych. Ponadto, Bank Anglii zdecydował zwiększyć skalę luzowania ilościowego.

Miniony tydzień był bardzo pomyślny dla inwestorów z Książęcej. Rynek został zdominowany przez kolor zielony – WIG20 wzrósł o 3,7%, mWIG40 o 2,9%, a sWIG80 o 1,4%. Sprzyjający sentyment rynkowy był w znaczącym stopniu efektem publikacji prezydenckiego projektu ws. kredytów frankowych. Ten okazał się znacznie bardziej łaskawy dla banków niż pierwotna propozycja, co było bardzo dobrą wiadomością dla branży, gospodarki oraz waluty. Inwestorzy poznali także wartość przemysłowego indeksu PMI. Lipcowy wynik na poziomie 50,3 pkt był znacznie niższy od czerwcowego – 51,8 pkt. Tymczasem sytuacja na polskim rynku pracy systematycznie ulega poprawie. Stopa bezrobocia na koniec lipca wyniosła 8,6%. To najniższy odczyt od 1991 roku. Co więcej, na warszawskim parkiecie trwa sezon wynikowy. W ubiegłym tygodniu nie zawiodły wyniki finansowe zaprezentowane przez Grupę Kęty, ING, czy też Stalprodukt. Po drugiej stronie znalazła się Alma, której sytuacja finansowa już od dłuższego czasu nie jest najlepsza.

W bieżącym tygodniu w centrum uwagi znajdą się zapewne Igrzyska Olimpijskie w Rio. Mimo to warto zwrócić uwagę na najnowsze dane ekonomiczne ze strefy euro: indeks Sentix, dynamikę produkcji przemysłowej oraz wzrost PKB w drugim kwartale 2016 roku. W Stanach odbędzie się publikacja danych na temat sprzedaży detalicznej. W Polsce, inwestorzy poznają poziom inflacji CPI. Ponadto, na uwagę zasługują kolejne prezentacje wyników finansowych spółek za drugi kwartał 2016 roku.

Analiza techniczna

6

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Ubiegły tydzień był bardzo udany dla indeksu największych spółek. W efekcie WIG20 zakończył pierwszy tydzień sierpnia na poziomie 1825 pkt. Indeks nie tylko zdołał przełamać psychologiczną granicę 1800 pkt, ale również naruszył linię długoterminowego trendu spadkowego. Co więcej, WIG20 de facto znajduje się w krótkoterminowym trendzie wzrostowym. Pod koniec lipca średnie ruchome utworzyły formację złotego krzyża. Oscylator RSI pozostał neutralny. Wiele wskazuje na to, że indeks blue – chipów może nadal poruszać się w kierunku północnym. Najbliższym oporem jest poziom 1900 pkt.

7

Wykres 2.Braster w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Pomimo znaczących wzrostów cen akcji banków, na spółkę tygodnia wybraliśmy Braster. W skali całego tygodnia, cena akcji niniejszej spółki wzrosła o 30%. Kurs w ciągu ostatniego roku znajdował się w trendzie bocznym. W maju byliśmy świadkami nieudanej próby rozpoczęcia trendu wzrostowego. Niemniej jednak, ostatnie dynamiczne wzrosty zakończyły okres konsolidacji. Warto podkreślić, że oscylator RSI dynamicznie wzrósł i wskazał wykupienie rynku. W związku z tym, w najbliższym czasie nie można wykluczyć korekty. Wsparcie stanowi psychologiczna granica 20 zł.

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Rynek akcji z Azji przynosi ochłodzenie nastrojów, ale FX pozostaje zamknięty w wąskich przedziałach wahań. Względnie bogaty w wydarzenia tydzień zmierza ku końcowi, przynosząc pierwsze miarodajne informacje o efektach Brexitu.

Wygląda na to, że łatwa część handlu na rynku jena dobiegła końca, kiedy wczoraj rynek został storpedowany wypowiedzią prezesa BoJ. W wywiadzie dla radia BBC 4 prezes Kuroda stwierdził, że nie ma potrzeby, ani możliwości wprowadzenia „helicopter money” (tj. bezpośredniego zastrzyku kapitału do strefy realnej przez bank centralny). Stwierdzenie było szokiem biorąc pod uwagę, na co nastawiał się rynek od ostatniego tygodnia. USD/JPY został zrzucony 200 pipsów, za nim się nie okazało, że wywiad z Kurodą był przeprowadzony w połowie czerwca, a zatem przed brytyjskim referendum i przed urealnieniem zagrożenia w postaci złamania poziomu 100 na USD/JPY. Po sprostowaniu USD/JPY częściowo odreagował spadki, ale mleko się rozlało i prysł efekt euforycznej sprzedaży jena. Choć japońskie media podsycały dziś spekulacje, że rządowy pakiet fiskalny razem z rządowymi gwarancjami może sięgnąć nawet 20-30 bln JPY, inwestorzy będą teraz ostrożniejszy w gonieniu wzrostów USD/JPY. W przyszłym tygodniu mamy posiedzenie Banku Japonii, gdzie luzowanie monetarne wcale nie jest przesadzone. Kuroda i spółka doskonale wiedzą, że jeśli ekspansja ma mieć trwały efekt osłabiający na jena, muszą uderzyć we współpracy z rządem. Ale premier Abe trzyma się planu wdrażania pakietu fiskalnego od września. Wprawdzie może go zaprezentować już za tydzień, ale jeśli tego nie zrobi, władze Japonii ryzykują rozczarowanie inwestorów i dołowanie USD/JPY.
Dzisiejsza publikacja indeksów PMI z Wielkiej Brytanii będzie pierwszą oceną kondycji biznesu w reakcji na głosowanie ws. Brexitu. Jednocześnie odczyty mogą być kluczowe dla Banku Anglii, gdyż mogą przesądzać o skali (o ile w ogóle) luzowania polityki w sierpniu. BoE w lipcowym komunikacie technicznie już zapowiedział cięcie stopy procentowej z prawdopodobnym rozszerzeniem QE, ale podjęcie takiej decyzji może zostać utrudnione, jeśli dane pozostaną nienaznaczone skazą Brexitu. Pesymizm brytyjskich przedsiębiorców wydaje się przesądzony, ale skala spadków indeksów koniunktury może nie być drastyczna biorąc pod uwagę, że ankiety PMI zostały przeprowadzone między 13 a 22 lipca, kiedy wstępny szok zdołał przeminąć. Dziś wyniki bliższe 47 powinny dać zielone światło dla luzowania BoE i funt powinien tracić. Wyniki bliżej 50 i BoE może zacząć się zastanawiać nad reakcją. Wątpliwość wkradnie się także na rynek FX i przy oczekiwaniach na cięcie w sierpniu na poziomie 80 proc. zbicie ich do 50:50 może obrócić GBP/USD do 1,34.

Podobne rozterki towarzyszą odczytom PMI z Eurolandu, choć tutaj są większe szanse, że przedsiębiorcy widzą przyszłość w mniej mrocznych barwach. Mimo to dużo słabsze dane będą wspierać oczekiwania na ruch ECB we wrześniu i mogą otworzyć drogę do ponownego zejścia EUR/USD pod 1,10. Po południu wokół danych o inflacji CPI i sprzedaży detalicznej z Kanady przeważają ryzyka negatywne, gdyż silna sprzedaż w kwietniu podnosi ryzyko korekcyjnego równania do trendu w maju. Przy słabej postawie ropy naftowej podtrzymujemy pesymizm względem CAD. Wreszcie PMI dla przemysłu z USA jest trzeciorzędną publikacją, która nie powinna wzruszyć USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W ubiegłym tygodniu najważniejsze indeksy giełdowe polubiły kolor zielony. W Europie, niemiecki DAX wzrósł o 4,5%, francuski CAC40 o 4,3%, a brytyjski FTSE250 o 3,4%. W Stanach, DJI umocnił się o 2%, podczas gdy NASDAQ oraz S&P500 wzrosły o 1,5%. Tym samym warto podkreślić, że bardzo dobry sentyment rynkowy przełożył się na osiągnięcie historycznych szczytów przez DJI oraz S&P500. Wiele wskazuje na to, że emocje rynkowe związane z Brexitem zdążyły już opaść. W centrum uwagi inwestorów znalazły się odczyty danych makroekonomicznych ze Stanów. Dynamika produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej wyniosła -0,7% rdr oraz 2,7% rdr. Wyniki były znacznie wyższe od oczekiwań rynku. Ponadto, inwestorzy poznali dane z Chin, które po raz kolejny pozytywnie zaskoczyły. Wzrost PKB w drugim kwartale 2016 roku wyniósł 6,7% rdr, podczas gdy tempo wzrostu produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej wyniosło kolejno 6,2% rdr oraz 10% rdr. Na miano politycznego wydarzenia tygodnia zasługuje próba zamachu stanu w Turcji. Nieudana próba objęcia władzy przez wojsko miała miejsce po zakończeniu notowań, toteż inwestorzy mieli wystarczająco dużo czasu na dokładną analizę całej sytuacji. Mimo że sytuacja wydaje się opanowana, to istnieje duże prawdopodobieństwo że jakiś negatywny efekt tego wydarzenia będzie widoczny.

W minionym tygodniu warszawski parkiet wziął przykład z europejskich i amerykańskich rynków. Najważniejsze indeksy giełdowe poruszały się w kierunku północnym. W skali całego tygodnia, WIG20 umocnił się o 3,2%, mWIG40 o 3,4%, a sWIG80 o 1,3%. Tym razem kalendarium ekonomiczne nie było nader bogate. Inwestorzy poznali dane na temat inflacji. W czerwcu wskaźnik CPI osiągnął wartość 0,2% mdm oraz -0,8% rdr. Wydarzeniem tygodnia była publikacja przeglądu ratingów kredytowych dla Polski przez Fitch. Zgodnie z oczekiwaniami rynku agencja nie zmieniła oceny polskiej wiarygodności kredytowej. Analitycy niniejszej instytucji docenili kondycję polskiej gospodarki, jednakże wyrazili swoje obawy dotyczące stanu finansów publicznych oraz kwestii kredytów frankowych, która może zachwiać stabilnością sektora bankowego.

W obecnym tygodniu w centrum uwagi inwestorów znajdzie się EBC, który podejmie decyzję dotyczącą stóp procentowych. Będzie to pierwsze posiedzenie Rady Prezesów EBC po referendum w Wielkiej Brytanii. Ponadto, w strefie euro odbędą się odczyty indeksów ZEW oraz wstępnych indeksów PMI. W Stanach sezon wynikowy nabiera tempa, toteż inwestorzy skupią się na publikacjach kwartalnych wyników spółek. W Polsce warto zwrócić uwagę na dane dotyczące wysokości wynagrodzeń oraz na odczyty dynamiki produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej.

Analiza techniczna

3

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Miniony tydzień był bardzo udany dla największych spółek na warszawskim parkiecie. Indeks WIG20 zdecydowanie poruszał się w kierunku północnym i zakończył piątkowe notowania na poziomie 1759 pkt. Oscylator RSI pozostał neutralny, podczas gdy oscylator MACD wskazał sygnał kupna. Na szczególną uwagę zasługuje poziom obrotów, który dynamicznie wzrósł i potwierdził zwiększone siły akumulacyjne, które mogą być zapowiedzią dalszej dominacji byków. Najbliższym oporem jest psychologiczna granica 1800 pkt.

5

Wykres 2.Bogdankaw interwale dziennym. Źródło: Stooq

Tym razem na miano spółki tygodnia zasłużyła Bogdanka, której walory podrożały o niemal 33%. W efekcie kurs zdołał przełamać linię przyśpieszonego trendu spadkowego i zbliżył się do bardzo ważnego oporu w okolicach 47 zł. Oscylator RSI dynamicznie zwyżkował i wskazał wykupienie rynku. Z drugiej strony, średnie ruchome najprawdopodobniej utworzą formację złotego krzyża, która będzie bardzo mocnym sygnałem kupna. Najbliższe dni będą kluczowe dla walorów Bogdanki. Przełamanie oporu na poziomie 47 zł może zapoczątkować trend wzrostowy. Jednak wiele zależeć będzie od ceny węgla, która w ostatnim czasie wzrosła i wsparła notowania Lubelskiej kopalni.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

W ubiegłym tygodniu na europejskich rynkach giełdowych dominowała czerwień. W skali całego tygodnia, francuski CAC40 stracił 2%, brytyjski FTSE250 1,8%, a niemiecki DAX 1,5%. Brexit w dalszym ciągu generuje sporą niepewność i negatywnie wpływa na sentyment rynkowy. Ponadto nowym obciążeniem dla rynku okazały się informacje dotyczące problemów europejskich banków (zwłaszcza włoskich) oraz trudności kilku brytyjskich funduszy inwestycyjnych. Inwestorzy poznali również najnowsze dane ekonomiczne. Dynamika sprzedaży detalicznej w strefie euro wyniosła 1,6% rdr wobec oczekiwań na poziomie 1,8%. Natomiast usługowy indeks PMI dla Eurolandu wyniósł 52,8 pkt wobec konsensusu na poziomie 52,4 pkt. Tymczasem, sentyment rynkowy sprzyjał amerykańskim parkietom. W skali całego tygodnia, NASDAQ wzrósł o 1,9%, S&P500 o 1,3%, a DJI o 1,1%. Uwaga inwestorów skupiona była na danych z rynku pracy, które tym razem nie zawiodły. Z jednej strony, stopa bezrobocia wzrosła z 4,7% do 4,9%, natomiast z drugiej pozytywnie zaskoczyły odczyty zmiany zatrudnienia, które zdecydowanie przewyższyły oczekiwania rynku. Inwestorzy poznali także protokół z ostatniego posiedzenia FOMC. Członkowie niniejszego gremium po raz kolejny okazali się gołębiami. W efekcie prawdopodobieństwo podwyższenia stóp procentowych zmalało. Co więcej, w Chinach odbyła się publikacja usługowego indeksu PMI, który wzrósł z 51,2 pkt w maju do 52,7 pkt w czerwcu.

W Polsce najważniejsze indeksy giełdowe poruszały się w kierunku południowym. W skali całego tygodnia, WIG20 zniżkował o 2,2%, mWIG40 o 1,6%, a sWIG80 o 1%. Wydarzeniem tygodnia było przedstawienie nowej reformy systemu emerytalnego, zgodnie z którą nastąpi likwidacja OFE. Początkowo rynek zareagował bardzo nerwowo. Niemniej jednak, należy podkreślić, że reforma niekoniecznie będzie kolejnym ciężarem dla giełdy. Z drugiej strony, zaproponowane rozwiązania nie były wystarczająco szczegółowe, toteż generują one sporą niepewność. W minionym tygodniu obyło się także posiedzenie RPP, po raz pierwszy pod przewodnictwem Adama Glapińskiego. Stopy procentowe pozostały bez zmian. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie RPP nie zmieni kształtu obecnej polityki monetarnej. Natomiast politycznym wydarzeniem tygodnia był szczyt NATO w Warszawie.

W obecnym tygodniu poznamy dynamikę produkcji przemysłowej oraz sprzedaży detalicznej dla USA oraz Chin. Państwo Środka opublikuje również wzrost PKB w drugim kwartale 2016 roku. Na uwagę zasługują także dane dla strefy euro: inflacja CPI oraz tempo wzrostu produkcji przemysłowej. W Polsce, inwestorzy poznają dane na temat inflacji. Ponadto, w piątek odbędzie się publikacja przeglądu ratingów dla Polski przez agencję Fitch.

Analiza techniczna

1

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

W minionym tygodniu indeks największych spółek został zdominowany przez stronę sprzedających. W efekcie wsparcie na poziomie 1738 pkt (76,4% wzniesienia Fibonacciego) zostało przełamane. Tylko w czwartek WIG20 poruszał się w kierunku północnym, dzięki czemu indeks zakończył tydzień na poziomie 1705 pkt. Oscylator RSI pozostał neutralny, jednakże systematycznie zniżkuje. Wskaźnik ATR osiągnął lokalny szczyt w momencie, w którym indeks blue chipów przełamał tegoroczne minima. Następnie wskaźnik zaczął kierować się na południe. Nie można wykluczyć, że jest to zapowiedzią korekty.

2

Wykres 2. CCCw interwale dziennym. Źródło: Stooq

Pierwszy tydzień lipca był pomyślny dla spółki CCC. W skali całego tygodnia, cena akcji odzieżowego giganta wzrosła o 9,05%. Kurs w pierwszej połowie bieżącego roku znajdował się w trendzie wzrostowym. Niemniej jednak, dominacja byków została zakończona przy oporze 180 zł, co de facto było następstwem realizacji formacji V. Tymczasem, czerwcowe wyniki spółki zachęciły inwestorów do dalszych zakupów jej akcji. Oscylator RSI pozostał neutralny, jednakże oscylator MACD wskazał sygnał kupna. Rynek może niebawem ponownie testować granicę 180 zł.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Rynki pozostają w dobrych nastrojach, gdyż inwestorzy z optymizmem patrzą na wynik czwartkowego referendum w Wlk. Brytanii, mimo że ostatnie sondaże wysyłają mieszane sygnały. Pewność siebie może być jednak zgubna, jeśli bezpieczeństwo zysków wygra z cierpliwością.

Późny wieczór w poniedziałek przyniósł dwa nowe sondaże dotyczące referendum UE w Wlk. Brytanii: ORB/Telegraph wskazał na przewagę zwolenników pozostania w Unii 53:46, a badanie YouGov dało przewagę dla obozu Brexitu 44;42. Funt pozostaje silny, a średnie prawdopodobieństwo Brexitu implikowane z kwotowań bukmacherów spada już do 25 proc. (wczoraj 28 proc.). Wygląda na to, że pomimo paniki sprzed tygodnia, teraz, na dwa dni przed głosowaniem, inwestorzy zaczęli się być spokojni o wynik na korzyść zwolenników pozostania Wlk. Brytanii w UE. Kolejny sondaż otrzymamy dziś o 14:30 od Survation (poprzednim razem 45:42 dla pozostania), ale nie on może być najważniejszym czynnikiem ryzyka dla rynku. Zwrot rynkowy, jaki nastąpił od czwartkowego popołudnia, stwarza wrażenie, jakby pozytywny wynik referendum został już niemal w pełni zdyskontowany. Taki stan na ok. 70 godzin przed oficjalnymi wynikami tworzy nieprzyjemne środowisko dla inwestorów, którzy nie mają cierpliwości do utrzymywania pozycji. Chęć realizacji zysków może zainicjować klasyczny „wtorek odwrotu” i na powrót rynek zaleją wątpliwości, czy na pewno można być spokojnym o wynik głosowania? Zalecane jest utrzymanie podwyższonej czujności w handlu.

Dziś o 16:00 rozpoczyna się sprawozdanie prezes Fed Janet Yellen w Kongresie USA. Charakter wystąpienia sugeruje, że Yellen może brzmieć nieco bardziej optymistycznie niż podczas zeszłotygodniowej konferencji prasowej po posiedzeniu FOMC. Dla Yellen ważne jest, aby podkreślić, że gospodarka rozwija się dobrze i bank centralny skutecznie wykonuje swoja pracę. Prezes Fed raczej powtórzy oczekiwania, że inflacja powróci do celu, ale obecna polityka zapewnia ścieżkę stabilnego wzrostu gospodarczego. Z drugiej strony mało prawdopodobne jest, abyśmy usłyszeli konkrety w kwestii najbliższej podwyżki stóp procentowych. Wydźwięk wystąpienia może być neutralny dla USD, ale optymistyczny pogląd na stan gospodarki USA może wspierać apetyt na ryzyko i od tej strony dolar może oberwać rykoszetem (straci na rzecz walut surowcowych i rynków wschodzących)
Dla euro brytyjskie referendum pozostaje podstawowym czynnikiem ryzyka, ale dodatkową uwagę może dziś skupić wyrok niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie zgodności z konstytucją programu OMT. Był to plan nadzwyczajnego skupu obligacji skarbowych państw strefy euro, który ECB zarządził u szczytu kryzysu w 2012 r. Program nigdy nie został uruchomiony, mimo to OMT zostało zgłoszone jako naruszenie niemieckiego prawa. Powszechnie oczekuje się, że niemiecki TK powtórzy korzystny wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 2015 r., ale przeciwna decyzja będzie oznaczać cios w wiarygodność ECB i jego zdolność do zarządzania szokami na europejskim rynku finansowym. Byłaby to niewygodna informacja na dwa dni przed potencjalną reakcją rynku na Brexit.

Z innych wydarzeń we wtorek mamy indeks ZEW z Niemiec i decyzja Banku Węgier. Oprócz Yellen przemawia Powell z Fed i prezes ECB Draghi. Ale te wydarzenia będą dziś tylko tłem.

Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Początek czerwca na rynkach finansowych rozpoczął się mocnym akcentem. Inwestorzy poznali znaczącą porcję danych ze strefy euro, które tym razem w większości nie zawiodły. Wartości indeksów zaufania okazały się wyższe od oczekiwań rynku. Stopa bezrobocia za kwiecień wyniosła 10,2%, podczas gdy dynamika sprzedaży detalicznej wyniosła zaledwie 1,4%. Cieszyć natomiast mogą finalne odczyty indeksów PMI, które dla sektora przemysłowego i usługowego wyniosły kolejno 51,5 pkt oraz 53,3 pkt. W centrum uwagi inwestorów znalazło się posiedzenie Rady Prezesów ECB. Zgodnie z oczekiwaniami rynku stopy procentowe nie zostały zmienione, jednakże sporo emocji wywołały słowa Mario Draghiego, w których podkreślił, że niski poziom stóp procentowych jest pochodną słabej kondycji europejskiej gospodarki. Miniony tydzień nie przyniósł dobrych wieści ze Stanów. Rozczarowujące okazały się wartości indeksów Conference Board oraz Chicago PMI. Oliwy do ognia dolały dane z rynku pracy, zwłaszcza te dotyczące zmiany wielkości zatrudnienia. Z drugiej strony, stopa bezrobocia w maju wyniosła 4,7% wobec 5% w kwietniu, co oznacza, że amerykański rynek pracy jest niezmiernie mocny i wykorzystał już potencjał do dalszej poprawy. Nieco w tle pozostały odczyty z Chin – wartości indeksów PMI dla sektora usługowego i przemysłowego wyniosły kolejno 51,2 pkt oraz 49,2 pkt. W skali całego tygodnia, NASDAQ wzrósł o 0,2%, DJI zniżkował o 0,4%, natomiast S&P500 nie zmienił swojej wartości. W Europie, francuski CAC40 zniżkował o 2,1%, niemiecki DAX o 1,8%, a brytyjski FTSE250 o 1%.

Polski rynek giełdowy powrócił do tendencji spadkowej – w skali tygodnia WIG20 stracił 2,5%, mWIG40 2,4%, a sWIG80 2%. Inwestorzy poznali finalny odczyt wzrostu PKB w pierwszym kwartale 2016 roku. Wynik pokrył się z pierwotnym szacunkiem i wyniósł 3% rdr. Ponadto, inwestorzy poznali wartość indeksu PMI dla sektora przemysłowego – 52,1 pkt w maju wobec 51 pkt w kwietniu. Ciężarem dla warszawskiego parkietu jest napięta sytuacja polityczna, natomiast gwoździem do trumny okazały się ostatnie doniesienia na temat scalenia OFE w jeden podmiot. Efektem finalnym wydaje się być odpływ kapitału zagranicznego, który znajduje swoje odzwierciedlenie w malejących obrotach na GPW w Warszawie.

W obecnym tygodniu kalendarium ekonomiczne będzie mniej bogate. Niemniej jednak, warto zwrócić uwagę na finalny odczyt wzrostu PKB w pierwszym kwartale 2016 roku dla strefy euro. Ponadto, w centrum uwagi inwestorów znajdą się dane z Chin: bilans handlowy oraz dynamika sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. W Polsce, odbędzie się posiedzenie RPP (po raz ostatni z udziałem prezesa Marka Belki).

Analiza techniczna

6.06

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Po bardzo spokojnym początku tygodnia, na rynek powróciły niedźwiedzie, które zdominowały rynek. W najgorszym momencie tygodnia, WIG20 znalazł się poniżej 1750 pkt. Piątkowa sesja przyniosła korektę, dzięki której indeks największych spółek zakończył pierwszy tydzień czerwca na poziomie 1793 pkt. Indeks blue chipów znajduje się w bardzo wyraźnym kanale spadkowym. Ponadto, ostatnim spadkom towarzyszył wyższy wolumen obrotów, który potwierdza obecny trend. Oscylator RSI pozostał neutralny. Najbliższym wsparciem jest poziom 1742 pkt, który stanowi 76,4% zniesienia Fibonacciego, natomiast ewentualnym oporem jest psychologiczna granica 1800 pkt.

6.06.16

Wykres 2.Echo w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Tym razem, na wyróżnienie zasługują walory spółki Echo, które w skali całego tygodnia wzrosły o 10,8%. W efekcie, na wykresie powstała istotna luka cenowa. Wzrosty były reakcją inwestorów na komunikat dotyczący wypłaty bardzo sowitej dywidendy. Obecny rok jest bardzo udany dla spółki – kurs zdołał zakończyć długoterminowy trend horyzontalny i systematycznie zbliża się do swoich historycznych szczytów (9,55 zł). Warto jednak zauważyć, że oscylator RSI sygnalizuje wykupienie rynku i niebawem może wskazać sygnał sprzedaży.

 

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Drugi tydzień maja przyniósł nieznaczne wzrosty na europejskich parkietach – niemiecki DAX wzrósł o 0,8%, francuski CAC40 o 0,4%, a brytyjski FTSE250 umocnił się o symboliczne 0,01%. W pierwszej części tygodnia inwestorzy poznali szereg danych z największych europejskich gospodarek. Te jednak w większości zawiodły. Ponadto, rozczarowujący okazał się odczyt dynamiki produkcji przemysłowej dla strefy euro (0,2% rdr wobec konsensusu na poziomie 1%). Z drugiej strony, wsparciem dla europejskich indeksów okazały się piątkowe publikacje danych z Włoch oraz Niemiec. Dynamika niemieckiego i włoskiego PKB w pierwszym kwartale wyniosła kolejno 1,6% i 1% rdr wobec oczekiwań rynku na poziomie 1,33% i 0,9%. Nieznacznie gorszy od konsensusu rynkowego (1,6%) okazał się odczyt tempa wzrostu PKB dla strefy euro, które wyniosło 1,5% rdr. W Stanach, najważniejsze indeksy giełdowe poruszały się w kierunku południowym – DJI zniżkował o 1,2%, S&P500 o 0,5%, a NASDAQ o 0,4%. Inwestorzy poznali dynamikę amerykańskiej sprzedaży detalicznej. Wynik na poziomie 3% rdr okazał się pozytywnym zaskoczeniem. Natomiast liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 294 tys. wobec oczekiwań na poziomie 271 tys. Warto również zwrócić uwagę na jastrzębie wypowiedzi członków FOMC, które mogą sugerować, że ewentualna podwyżka stóp procentowych nastąpi na początku trzeciego kwartału.

W Polsce po raz kolejny sentyment rynkowy był niedźwiedzi–WIG20 zniżkował o 2%, a mWIG40 o 0,7%.Niemniej jednak, sWIG80 zdołał wzrosnąć o 0,6%. W minionym tygodniu ponownie zawiodły dane z polskiej gospodarki – PKB w pierwszym kwartale wzrósł o 3% rdr wobec oczekiwań na poziomie 3,4%. Co więcej, bazowa inflacja CPI wyniosła -0,4% w kwietniu wobec -0,2% w marcu. Wydarzeniem tygodnia była publikacja przeglądu ratingów Polski przez Moody’s. Agencja pozytywnie zaskoczyła rynek, który spodziewał się obniżenia ratingu co najmniej o jeden stopień. Ocena polskiej wiarygodności kredytowej pozostała na wysokim poziomie (A2), natomiast zmianie uległa jej perspektywa – ze stabilnej na negatywną. Niniejsza informacja zostanie zdyskontowana w najbliższych dniach i powinna być wsparciem dla polskiej giełdy oraz waluty.

W obecnym tygodniu warto zwrócić uwagę na dane ze Stanów: dynamikę produkcji przemysłowej, inflację CPI, indeks Fed z Filadelfii oraz indeks wskaźników wyprzedzających. Inwestorzy poznają także dane na temat inflacji w strefie euro. W Polsce, odbędzie się publikacja danych dotyczących sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej oraz inflacji PPI. Ponadto, najbliższe dni przyniosą szczyt sezonu wynikowego na GPW. Tylko w poniedziałek ponad 100 spółek zaprezentuje wyniki finansowe za pierwszy kwartał.

Analiza techniczna

16.05

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

WIG20 po raz trzeci z rzędu zakończył tydzień w kolorze czerwonym. Największe spadki przyniósł poniedziałek. W kolejnych dniach wartość indeksu ustabilizowała się. W efekcie, WIG20 zakończył ubiegły tydzień na poziomie 1815 pkt. Mankamentem ponownie był niski wolumen obrotów. Oscylator RSI zbliżył się do granicy 30 pkt. i niebawem może wskazać sygnał kupna. Z drugiej strony, przełamanie wsparcia 1826 pkt (50% zniesienia Fibonacciego) jest złym prognostykiem. Ponadto, średnie ruchome definitywnie sygnalizują trend spadkowy. Po ewentualnej korekcie, indeks może ponownie zostać zdominowany przez niedźwiedzie. Wsparciem będzie psychologiczna granica 1800 pkt.

16.05.16

Wykres 2.Wirtualnaw interwale dziennym. Źródło: Stooq

Ty razem warto zwrócić uwagę na walory Wirtualnej Polski, które w skali tygodnia podrożały o 9,3%. Kiedy wydawało się, że trend wzrostowy dobiega końca z pomocą przyszły bardzo dobre wyniki finansowe za pierwszy kwartał oraz nowa rekomendacja kupna. W efekcie, cena akcji osiągnęła historyczny szczyt – 48 zł. Oscylator RSI pozostał neutralny, lecz niebawem może wskazać wykupienie rynku, natomiast oscylator MACD wskazał sygnał kupna. W związku z tym, po ewentualnej korekcie powrót do dalszych wzrostów nie byłby zaskoczeniem.

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

 

Ostatnie miesiące były dobrym okresem dla miedzi. Od połowy stycznia cena niniejszego metalu systematycznie wzrastała, dając nadzieję na osiągnięcie bardzo dobrego wyniku na koniec pierwszego kwartału. Ostatnie tygodnie przyniosły znaczne pogorszenie nastrojów rynkowych. Dwumiesięczne starania byków gwałtownie zostały zneutralizowane przez ciągle mocne niedźwiedzie. Niemniej jednak, najnowsze dane z Chin mogą poprawić sentyment rynkowy. W obecnym tygodniu cena miedzi zyskuje ponad 4%.

Od połowy 2011 roku na wykresie miedzi odnotowywaliśmy kolejne dołki. Można wyodrębnić szereg istotnych czynników, które wpłynęły na tak istotną przecenę. Jednym z nich jest oczywiście hamująca gospodarka Chin, która jest największym konsumentem tego metalu, a także wciąż słaba kondycja globalnej gospodarki. W tym samym czasie, podaż miedzi regularnie wzrastała. W efekcie, na rynku pojawiła się nadpodaż. Dodatkowo, gwoździem do trumny okazała się aprecjacja amerykańskiej waluty, w której kwotowane są surowce. Warto również zwrócić uwagę na dodatnią zależność korelacyjną między ceną ropy naftowej, a pozostałymi surowcami, w tym miedzi. Cena czarnego złota w latach 2011 – 2014 ustabilizowała się rejonach 100 dolarów za baryłkę. Następnie dynamicznie poruszała się w kierunku południowym, aby w punkcie kulminacyjnym odbić się od poziomu 26 dolarów za baryłkę.

Obecna sytuacja pozwala jednak spoglądać w przyszłość z nadzieją. W I kwartale 2016 roku głównym czynnikiem wpływającym na cenę miedzi był kurs dolara. Dzięki Rezerwie Federalnej, która prezentuje zdecydowanie gołębią postawę, amerykańska waluta osłabiła się względem europejskiej, chilijskiej, czy też chińskiej. Niewątpliwie, fakt ten poprawił sentyment rynkowy, który pozwolił w pierwszych miesiącach bieżącego roku na solidne odbicie ceny miedzi. Rynek oczekuje, że FED dokona zaledwie jednej podwyżki stopy procentowej w ciągu następnych dwunastu miesięcy. Nie można zatem wykluczyć dalszej deprecjacji dolara, która będzie wsparciem dla miedziowych byków. Nie można jednak zapomnieć, że w szerszej perspektywie dolar jest nadal mocny. Dlatego też, słabość amerykańskiej waluty nie jest obecnie nadrzędnym bodźcem dla dalszych, potencjalnych wzrostów na rynku miedzi.

Warto również zwrócić uwagę na obecną sytuację na rynku ropy naftowej. Słabnąca eksploatacja amerykańskich łupków spowodowała, że cena czarnego złota odbiła się od swoich trzynastoletnich minimów i dziś kwotowana jest w rejonach 40 dolarów za baryłkę. W niedzielę (17 kwietnia) odbędzie się spotkanie wszystkich producentów ropy naftowej – zarówno  tych z OPEC, jak i tych spoza kartelu. Nie można wykluczyć, że podczas obrad dojdzie do podpisania porozumienia, którego efektem będzie spadek podaży ropy. Ewentualny sukces byłby solidnym fundamentem do dalszych wzrostów ceny najbardziej powszechnego paliwa. Te natomiast mogą zdecydowanie poprawić nastroje na rynku surowców, w tym na rynku miedzi. Z drugiej strony, prognozy wydają się zgodne i zakładają, że cena czarnego złota w 2016 roku może wzrosnąć do 50 dolarów za baryłkę. To nadal zbyt mało, aby mówić o istotnej zmianie sentymentu rynkowego w średnim i długim terminie.

Niemniej jednak, najważniejszym czynnikiem wydaje się być kondycja chińskiej gospodarki, która dla inwestorów stanowi obecnie wielki znak zapytania. Najnowsze dane z Państwa Środka są zaskakująco dobre. Marcowe odczyty wskaźników PMI były zdecydowanie lepsze od oczekiwań rynku. Indeks dla sektora usługowego wzrósł do 52, 2 pkt, natomiast dla sektora przemysłowego do 49,7 pkt. Ostatnia wartość nadal wskazuje na negatywne zmiany w koniunkturze, jednakże warto podkreślić, że w lutym wartość indeksu wyniosła zaledwie 48 pkt. W obecnym tygodniu poznaliśmy poziom inflacji PPI oraz bilans płatniczy. Wskaźnik cen dóbr produkcyjnych spadł w marcu o 4,3% wobec zniżki na poziomie 4,9% w lutym. Co więcej, w skali miesiąca wskaźnik wzrósł o 0,5%. Był to pierwszy wzrost inflacji PPI w skali miesięcznej od września 2013 roku. Pozytywnie zaskoczyła również publikacja bilansu płatniczego. W marcu dynamika eksportu wyniosła 11,5% wobec -25,4% w miesiącu poprzednim. Natomiast odnotowane tempo wzrostu importu na poziomie -7,6% nie pokryło się z konsensusem rynkowym na poziomie -13,8%.

Czy niniejsze dane mogą świadczyć o poprawiającej się sytuacji gospodarczej Chin? Jedna jaskółka wiosny nie czyni. W obecnym tygodniu poznamy także dynamikę produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, oraz wzrost PKB w I kwartale 2016 roku. Z całą pewnością dobre odczyty wspomogą ceny surowców. Niemniej jednak, te można traktować jedynie jako pierwsze sygnały zachodzących zmian. Warto zatem przyglądać się kolejnym publikacjom. Potwierdzeniem siły chińskiej gospodarki może być również wzrost popytu na surowce, w tym miedź. Z drugiej strony, należy pamiętać, że gospodarka chińska jest w trakcie transformacji, o czym świadczy fakt, że sektor usług stanowi już ponad 50% PKB. Być może zatem nie należy oczekiwać powrotu tempa wzrostu produkcji przemysłowej, czy też konsumpcji metali do wcześniejszych poziomów. To nie oznacza jednak, że perspektywy dla miedzi są słabe. Zapotrzebowanie Chin na jest tak wielkie, że nawet nieznaczna procentowa zmiana popytu może spowodować znaczący wzrost ceny. Co więcej, należy pamiętać, że Państwo Środka nadal zasługuje na miano Fabryki Świata. To oznacza, że na ceny surowców nadal istotny wpływ będzie miała sytuacja gospodarcza Chin.

Analizując wykres ceny miedzi, można zaobserwować przełamanie oporu w rejonach 4 690 dolarów, który stanowi 50% zniesienie Fibonacciego. Sygnał ten może być zapowiedzią dalszych wzrostów. Najbliższym oporem jest poziom 4 775 dolarów. Tak naprawdę jednak, wszystko zależeć będzie od najbliższych odczytów danych z Chin. Ponadto, ewentualne porozumienie producentów ropy naftowej może być pośrednim katalizatorem dalszych ruchów w kierunku północnym. Surowce może wspierać również słabszy dolar. Obecne działania banków centralnych nie zapowiadają aprecjacji amerykańskiej waluty. W związku z tym, w krótkim okresie cena miedzi może wzrosnąć. Niemniej jednak, fundamenty są jeszcze zbyt słabe, aby móc mówić o trwałej poprawie sentymentu.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Od 2020 r. pliki JPK także na żądanie prezesa UOKiK

22 listopada 2019 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został opublikowany projekt rozporządze...

Kredyt gotówkowy na Święta, czyli co warto wiedzieć?

Jak wynika z szacunków firmy Deloitte, na tegoroczne Święta wydamy średnio 1521 zł – to aż o 350 zł ...

Konkurs Mazda Design w 2020 roku zmienia swoją formułę

Po 10 latach konkurs projektowy Mazda Design zyskuje nową formułę i nową nazwę – Mazda Design Experi...

Wyczynowo pracują i odpoczywają. A ubezpieczenie?

Intensywna praca i stres to codzienność przedsiębiorców i menedżerów. Nic więc dziwnego, że aby „odr...

PE w obronie owadów zapylających

Komisja Ochrony Środowiska Parlamentu Europejskiego jednomyślnie przyjęła rezolucję w sprawie „Inicj...