sobota, Październik 19, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "gospodarka"

gospodarka

Decyzją Premiera RP Mateusza Morawieckiego spółka CPK została dofinansowana kwotą 300 mln zł, co jest efektem objęcia nowych udziałów przez Skarb Państwa. – Rząd uznał CPK nie tylko za projekt strategiczny dla rozwoju Polski, ale także za dobrą inwestycję – mówi Mikołaj Wild, pełnomocnik rządu ds. budowy CPK

Spółka CPK złożyła wniosek o dokapitalizowanie do KPRM 24 czerwca 2019. Efektem tego było podpisanie stosownych umowy inwestycyjnej i o objęciu udziałów przez Skarb Państwa. Wniosek został także pozytywnie zaopiniowany m.in. przez UOKiK oraz Prokuratorię Generalną. – Wszystko po to, aby zapewnić rynkowy charakter transakcji oraz maksymalną gwarancję interesów Skarbu Państwa – wyjaśnia Mikołaj Wild.

– Dokapitalizowanie CPK to bardzo dobra wiadomość dla tego potrzebnego Polsce projektu, Kwota 300 mln zł pozwoli na dalszą działalność spółki CPK, w tym pozyskanie uzgodnień, analiz i dokumentacji niezbędnych do projektowania i budowy zarówno portu lotniczego, jak też towarzyszących mu linii kolejowychmówi Michał Wrona, członek zarządu CPK ds. finansowych.

Spółka CPK ma w najbliższych planach aktualizację opracowań poprzedzających etap uzgodnień środowiskowych, lokalizacyjnych i fazy projektowania dla inwestycji w ramach Programu Kolejowego CPK, m. in. dla linii dużych prędkości Warszawa-CPK-Łódź-Poznań/Wrocław, przygotowania do budowy której zostały zawieszone w 2011 r.

W ciągu ostatnich dni spółka CPK ogłosiła postępowanie na inwentaryzację środowiskową w ramach umowy ramowej dla tzw. szprych, czyli zadań w ramach Programu Kolejowego CPK. – To pierwsze z przetargów na przygotowanie inwestycji kolejowych, które mogłyby zostać sfinansowane ze środków obecnej perspektywy UE. W planach są też postępowania na inwentaryzacje geologiczne – mówi p.o. prezesa CPK Piotr Malepszak, odpowiedzialny w zarządzie za część kolejową inwestycji.

materiał prasowy

Napięta sytuacja na linii USA-Chiny budzi wiele wątpliwości co do przyszłości globalnej wymiany handlowej. W obecnej sytuacji OECD przewiduje spadek poziomu wzrostu gospodarczego do 3,2 proc. Taki rozwój sytuacji, to realizacja scenariusza rosnącego egoizmu gospodarczego opisywanego przez DNB Bank Polska i PwC w raporcie „Kierunki 2019”. Na tę chwilę nic nie zapowiada złagodzenia sytuacji, co nie jest dobrą wiadomością dla polskiej gospodarki. Do tej pory globalizacja nam sprzyjała. Polski eksport pod względem wzrostu jest dziś w europejskiej czołówce.

W ramach wymiany ciosów gospodarczych administracja USA podjęła decyzję o wpisaniu firmy Huawei na listę podmiotów, które mają ograniczony dostęp od amerykańskich technologii. Zdaniem ekspertów decyzja ta w znaczący sposób odbije się na rozwoju chińskiego giganta. Na skutek tych działań brytyjski producent chipów firma ARM,  ze względu na swoje powiązania z USA, zawiesił współpracę z Huawei. W odpowiedzi Chiny mogą wstrzymać eksport do Stanów Zjednoczonych produktów z metali szlachetnych, wykorzystywanych do produkcji elektroniki. To kolejne etapy wojny handlowej, która do tej pory ograniczała się do nakładania ceł.

Zobacz też:

Wzrost barier odczują wszyscy

Decyzja USA o podwyższeniu ceł z 10 proc. do 25 proc. na część chińskich towarów niesie ze sobą duże konsekwencje. Analitycy Banku DNB wskazują, że cła w większym stopniu dotkną międzynarodowe koncerny niż chińskie firmy. Głównie technologiczne, ale ta zależność dotyczy także innych branż. Straty Państwa Środka mogą okazać się największe w przypadku wyrobów chemicznych.

Eksperci argumentują, że wiele firm i tak podjęłoby w przyszłości decyzje o przeniesieniu produkcji z Chin. Wpływ na nią ma wiele czynników takich jak rosnący poziom płac, ceny ziemi i ochrona środowiska. Jednak zdaniem analityków DNB konflikt gospodarczy w wielu przypadkach przyspieszy decyzje o relokacji.

Obecne relacje pomiędzy USA i Chinami to ciągłe przeciąganie liny. Z perspektywy inwestorów oznacza to niepewność, czyli wzrost ryzyka. W takiej sytuacji wiele firm rozważa opuszczenie „strefy konfliktu”. Jest to racjonalne, ponieważ o ile Chiny dają wiele możliwości inwestycyjnych, nie są jedynym miejscem gdzie można się rozwijać. Alternatywą są inne kraje rozwijające się – mówi Marcin Prusak, Członek Zarządu DNB Bank Polska.

Polscy przedsiębiorcy są przeciwni egoizmowi gospodarczemu

Liczby obrazujące konsekwencje konfliktu są jednoznaczne – egoizm gospodarczy nie sprzyja rozwojowi biznesu. Jak pokazuje badanie DNB Bank Polska i PwC, ochrona własnych interesów w oczach polskich przedsiębiorców nie powinna być związana z ograniczaniem swobód wymiany handlowej. Nikt z ankietowanych nie zgadza się w pełni ze stwierdzeniem, że rządy powinny stosować politykę gospodarczą, która chroni rodzimych przedsiębiorców kosztem ograniczenia swobody przepływu towarów, kapitału i przedsiębiorczości. Zdecydowana większość sceptycznie podchodzi do takich ograniczeń.

Polscy przedsiębiorcy postrzegają globalizację jako zjawisko sprzyjające rozwojowi gospodarczemu. Takiej odpowiedzi udzieliło 65,2 proc. badanych. Pozostałe 34,8 proc. jest odmiennego zdania. Wskazują oni, że otwartość ekonomiczna i społeczna niesie ze sobą zagrożenia w postaci osłabienia spójności ze względu na migrację i koszty polityki socjalnej państw.

Udział Polski w wymianie handlowej wzrasta

Pozytywne podejście do globalizacji polskich przedsiębiorców to także efekt wzrostu wymiany handlowej. WTO podaje, że w roku 2018 wartość polskiego eksportu wyniosła 261 mld dolarów, co stanowiło 1,34 proc. światowego eksportu. W ciągu roku jego skala zwiększyła się o 11,3 proc. Oznacza to, że dynamika eksportu jest w Polsce jedną z najwyższych w Unii Europejskiej. Jednocześnie import przewyższył eksport i dziś jesteśmy pod tym względem na dziewiętnastej pozycji na świecie (z udziałem globalnego importu na poziomie 1,34 proc.). Obrazuje to, że Polska handluje na coraz większą skalę.

Ze względu na różnice w rozmiarach gospodarek, Polska ma deficyt handlowy w relacjach z Chinami. W ujęciu liczbowym wartość eksportu to około 10 proc. wartości importu chińskich towarów. O ile ta proporcja jest niekorzystna, to warto podkreślić, że nie jesteśmy wyjątkiem. Zgodnie z danymi Eurostat w roku 2018 deficyt handlowy Unii Europejskiej w stosunku do Chin wyniósł 185 mld EUR. Oznacza to, że jako Wspólnota importujemy z Chin więcej towarów niż eksportujemy. Mimo tego deficytu, relacja na linii UE-Chiny przebiega bez zakłóceń. – Nie oznacza to jednak, że obie strony nie odczują narastającego egoizmu gospodarczego. Wymiana handlowa to dziś system naczyń połączonych. Otwartym pozostaje więc pytanie o przyszłość polskiej, europejskiej i  globalnej ekonomii – mówi Marcin Prusak.

Open Eyes Economy Summit 2018 to już trzecia edycja niezwykłego, kultowego już kongresu, który gromadzi każdego zainteresowanego problemami współczesnego społeczeństwa. Podczas dwudniowego wydarzenia, o nowym modelu ekonomicznym będą rozmawiać nie tylko ludzie nauki, ale też przedstawiciele start-upów, marketingowcy, biznesmeni oraz studenci! 

Już jutro rusza OEES – kongres, który porusza takie tematy jak odpowiedzialność społeczna, przyszłość wolnego rynku, demokracja czy ekologia. Zaproszeni prelegenci dyskutują o odpowiedzialnym projektowaniu, o przyszłości społecznej, ale też ekonomicznej. Jak informują organizatorzy, Open Eyes Economy Summit to prawdziwy tygiel nowych idei, a jego niezwykła atmosfera wynika z różnorodności, otwartości i zaangażowania ludzi, którzy go tworzą o jakość, może uzasadnić wyższą niż u konkurencji cenę.

Spotkanie to nie będzie z pewnością podsumowaniem tego, co się obecnie dzieje na polskim rynku. Wydarzenie jest raczej okazją do tego, aby dyskutować nie o zmianach, ale o tym, dokąd owe zmiany nas zaprowadzą, także w kontekście świata.

Kraków, a dokładniej Centrum Kongresowe ICE przy Konopnickiej, stanie się już po raz 3. miejscem, gdzie gospodarka wyznaczy nowe kierunki rozwoju. Opowie o tym choćby dr Jarosław Gowin, Wiceprezes Rady Ministrów i Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego, który w mowie powitalnej otworzy wydarzenie. Tuż po nim wystąpią Luca Jahier – Przewodniczący Europejskiego Komitetu Społeczno-Ekonomicznego oraz prof. Jacqueline Cramer – Utrecht University, Minister Budownictwa, Gospodarki Przestrzennej i Środowiska w Holandii w latach 2007-2010. Goście opowiedzą choćby o tym, jak wygląda dziś kierunek gospodarki w obiegu zamkniętym w Europie.

Dużym zainteresowaniem zeszłorocznego choćby kongresu były sesje tematyczne. Podczas nich, znane osobistości ze świata nauki, biznesu, kultury, ale też marketingowcy czy studenci znajdą odpowiedzi na takie pytania jak: czy pieniądze to największa wartość przyszłości? Czy chcemy żyć w obecnej Europie? Czy Pracownicze Plany Kapitałowe to naprawdę to samo co Pomnażanie Pieniędzy Kowalskiego? Kto zapłaci za nasze emerytury? Państwo? Pracodawca, a może… nikt?

Podążając tematem finansów, w pierwszy dzień wydarzenia dowiemy się jak przywrócić zaufanie do sektora finansowego, a także czego nie zauważyliśmy w finansach w ostatnich latach. Nie zabraknie bardziej politycznych kwestii, które wpływają na życie każdego z nas. Goście opowiedzą o tym, kto wygrał kampanię wyborczą i co z tego wynika dla kolejnych wyborów, oraz jakie państwo dobrobytu można obiecać młodym, w kontekście emerytury bez pracy. To oczywiście tylko wycinek sesji, które odbędą się w krakowskimICE.

Organizatorzy skupią też swoją uwagę na temacie optymalizacji energii i wykorzystywaniu jej w dobie problemu z jej brakiem. Nie zabraknie też zagadnień dotykających tematu motoryzacji: czy komunikujące się ze sobą pojazdy podniosą bezpieczeństwo na drogach? Dowiemy się też o trendach technologicznych i tych bardziej marketingowych, np. na przykładzie czterech jeźdźców apokalipsy: Facebook, Google, Amazon oraz Netflix.

Drugiego dnia, nie zabraknie ważkich tematów żywności i rolnictwa (tak miejskiego, jak i ekologicznego). Goście opowiedzą też o pokoleniach  X, Y i Z,  czyli o tym jak określać cele i zarządzać zmiennymi oczekiwaniami pracowników. Podążając za tematem rynku pracy, podczas OEES poruszony zostanie też temat kapitału – czy ważny jest ten finansowy, czy jednak lepiej skupić się na tym społecznym. Przybyli na wydarzenie będą mogli dowiedzieć się także o tym, czy pracownik powinien być odpowiedzialny za firmę czy raczej za swoją pracę?

21 listopada w ICE Kraków dowiemy się również sporo o problemach ekologii – pod lupę organizatorzy wezmą temat smogu, a także plastiku. Na koniec goście skupią się też na kwestiach wartości w biznesie, odpowiadając na pytanie:  jak wielcy gracze wykorzystują innowacje i skalę, by umożliwić ludziom lepsze życie.

Na OEES 2018 Mateusz Zmyślony i prof. Jerzy Hausner – organizatorzy wydarzenia, zaprosili wyjątkowe osobistości. Podczas tegorocznej edycji będziemy mieli przyjemność gościć m.in. prof. dr Jacqueline Cramer – byłą minister budownictwa, gospodarki przestrzennej i środowiska Holandii, Luca Jahiera – przewodniczącego Europejskiego Komitetu Ekonomiczno-Społecznego, Roberta Bednarskiego – dyrektora Facebooka na Europę Środkowo-Wschodnią, Annę Miotk – dyrektor ds. komunikacji Polskich Badań Internetu, Dominikę Betmann – prezes Siemens Polska, Brunona Bartkiewicza – prezesa zarządu ING Banku Śląskiego, prezydentów Słupska i Wrocławia – Roberta Biedronia i Rafała Dutkiewicza, prof. dr. hab. Jerzego Bralczyka, prof. Zhu Wenyi – główną architekt ZHU Wenyi Atelier, Janinę Ochojską – prezes zarządu Polskiej Akcji Humanitarnej, Szymona Ziobrowskiego – dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego, czeskiego artystę Davida Černego i wielu innych.

 

 

 

 

 

Wzrasta poziom eksportu polskich firm. Działalność związaną z wywozem towarów za granicę kraju  prowadzi ponad jedna piąta (23,3%) zapytanych polskich przedsiębiorców w 15. fali badania Bibby MSP Index. W ostatnim półroczu wzrost eksportu nastąpił w przypadku 26,7% podmiotów z danego sektora. Jednak prowadzący własny biznes nie wykazują optymizmu prognozując  warunki dalszego rozwoju. W relacji do jesiennej fali raportu zmniejszył się o 3,5 pkt. proc. odsetek firm uważających, że eksport prowadzonej działalności w najbliższym czasie wzrośnie. Aż 75% przedsiębiorców nie zamierza w najbliższym czasie rozszerzyć działalność o eksport.

Głównym źródłem wiedzy o rynkach zagranicznych i potencjalnych odbiorcach spoza kraju jest Internet.  W sieci szczegółów na temat gospodarki i partnerów biznesowych poszukuje ponad 71% respondentów.

Miarą sukcesu w branży eksportowej według  przebadanych przedsiębiorców z sektora MŚP jest jakość oferowanych produktów lub usług. Natomiast prawie 67% respondentów stwierdziła, że na osiągniecie dobrych wyników mają wpływ relacje z partnerami biznesowymi. Zapytane firmy również wskazywały w swoich odpowiedziach sprawną logistykę (ponad 43%), konkurencyjność ceny (prawie 21%) i kontakty handlowe (19%).

Wzrasta znaczenie polskich firm na światowych rynkach. Coraz więcej przedsiębiorstw przestaje być podwykonawcami globalnych koncernów. Oczywiście nadal jest dużo do wypracowania i większej  aktywności, jednak na liście priorytetów polityki gospodarczej wysoko znalazła się ekspansja inwestycyjna polskich firm, co pozwala myśleć optymistycznie – mówi Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services.

Jak pokazują wyniki ostatniej fali badania Bibby MSP Index ponad 60% przedsiębiorców finansuje swoją działalność eksportową poprzez udostępnioną linię kredytową lub debet na rachunku bankowym. Natomiast ponad 55% respondentów deklaruję, że korzysta z własnych środków, a prawie 7% używa faktoringu eksportowego (wzrost o 1,4 pkt. proc.).

Eksport to obecnie jeden z dynamiczniejszych rozwijających się części polskiej gospodarki. Dlatego my jako firma faktoringowa staramy się wspierać i umożliwiać dalszy rozwój przedsiębiorstw, które chcą prowadzić daną działalność. Faktoring eksportowy jest narzędziem skrojonym na miarę tych, którzy współpracują z kontrahentami zagranicznymi lub planują podjąć taką współpracę. Oprócz finansowania, przedsiębiorca może również liczyć na wsparcie w zakresie weryfikacji kondycji zagranicznego partnera, a także informacje dotyczące prawa i zwyczajów handlowych panujących w danym kraju, które znacznie ułatwiają początek współpracy – podsumowuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny firmy faktoringowej Bibby Financial Services.

Mikro, małe i średnie firmy, które w bieżącej działalności wspierają się zewnętrznym finansowaniem najczęściej robią to z dwóch głównych powodów – w branży, w której działają stosuje się długie terminy płatności oraz dlatego, że ich kontrahenci płacą po terminie. Niestety, wiele firm zmaga się zarówno z jednym, jak i z drugim problemem.

Najczęstsze powody korzystania z zewnętrznego finansowania bieżącej działalności to kontrahenci płacący po terminie płatności (38%), długie terminy zapłaty w branży, w której działa dana firma (37,3%), uwarunkowania branżowe, jak na przykład konieczność czekania na zwrot VAT (18%), czy losowe wydarzenia prowadzące do kłopotów z płynnością (11,3%).

– Sedno problemu pokazują dwie pierwsze odpowiedzi. Warto podkreślić, że co piąta badana firma korzystająca z zewnętrznego finansowania zaznaczyła zarówno pierwszą, jak i drugą. To oznacza, że ich kontrahenci najpierw żądają długich terminów płatności, a później często i tak płacą po ustalonym terminie. W takiej sytuacji wiele mikro, małych i średnich firm musi pożyczać pieniądze, aby przetrwać na rynku – wyjaśnia Dariusz Szkaradek, dyrektor zarządzający NFG SA.

Występowanie takiego zjawiska często deklarują firmy zajmujące się budownictwem. Warto jednak podkreślić, że dotyka ono zarówno przedsiębiorstwa produkcyjne, handlowe, jak i usługowe.

– Duża liczba powiązań i relacji między firmami w budowlance sprawia, że jest to sektor gospodarki szczególnie narażony na występowanie zatorów płatniczych. Wykonawca nie dostaje pieniędzy od inwestora, więc nie płaci podwykonawcom, ci nie regulują swoich zobowiązań w hurtowni, a w efekcie pieniędzy nie dostaje też producent – takie sytuacje to niestety codzienność na tym rynku – uważa Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

MŚP pożycza z konieczności

Dwa kolejne powody korzystania z zewnętrznego finansowania również są wymuszone. Firmy należące do sektora MŚP pożyczają bowiem także z powodu innych uwarunkowań branżowych, czy nagłych i nieprzewidzianych zdarzeń, które negatywnie wpływają na ich płynność. Podsumowując, mikro, małe i średnie firmy najczęściej pożyczają z konieczności.

Dopiero na piątym miejscu w tym zestawieniu znalazła się odpowiedź, z której wynika, że firmy z zewnętrznego finansowania korzystają nie dlatego, że muszą, ale dlatego, że jest to część przyjętej przez nie strategii działania. Taką odpowiedź zaznaczyła jednak zaledwie co dziesiąta firma posiłkująca się zewnętrznymi środkami. Aż 70 procent wszystkich ankietowanych bieżącą działalność finansuje jedynie własnymi środkami, a ponad 66 procent w ten sposób finansuje również inwestycje.

– To duża różnica w stosunku do największych firm, które regularnie i z pełną świadomością korzystają z zewnętrznych środków. Mniejsze firmy, zatrudniające od kilku do kilkudziesięciu osób, mogłyby rozwijać się szybciej, a przede wszystkim również bardziej stabilnie, gdyby chętniej naśladowały zachowania rynkowych liderów – dodaje Dariusz Szkaradek.

Na ZUS mają, na kontrahentów nie

Cztery z dziesięciu firm z sektora MŚP korzystających z zewnętrznego finansowania przeznacza te środki na drobne i doraźne wydatki związane z codzienną działalnością firmy. Ponad 30 procent badanych pożycza, żeby zapłacić swoim kontrahentom. 12 procent deklaruje natomiast, że nie ma reguły, a cele są zależne od aktualnych potrzeb. Kolejne odpowiedzi to zakup towaru, czy surowca (6,7%), zapłata podatków (2,7%), zapłata wynagrodzeń (1,3%), czy ZUS-u (0,7%). Co pięćdziesiąta firma nie wydaje tych pieniędzy, a odkłada je na wszelki wypadek.

 

 

 

Raport „Finansowanie działalności przez MŚP w Polsce” powstał na podstawie badań przeprowadzonych w lipcu i sierpniu 2017 roku na ogólnopolskiej, reprezentatywnej próbie 500 aktywnych firm zatrudniających 1-9 (mikro), 10-49 (małe) i 50-249 osób (średnie) w proporcjach oddających strukturę krajowego rynku firm segmentu MŚP. Respondentami byli właściciele, współwłaściciele oraz osoby współzarządzające firmami.

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gospodarce w lutym 2018 roku spadł o 0,8 punktu w stosunku do notowań z poprzedniego miesiąca. Nie jest to spadek znaczący, jeśli wziąć pod uwagę wzrosty z ostatnich kilku miesięcy. Większość danych wskazuje na utrzymanie się w najbliższych miesiącach przyzwoitego tempa wzrostu gospodarki, najprawdopodobniej jednak nie tak wysokiego jak w ostatnim kwartale ubiegłego roku. Wzrost ten wspomagany będzie głównie produkcją kierowaną na eksport oraz stopniowo słabnącym spożyciem indywidulanym. Niewiele przemawia za ożywieniem inwestycji sektora prywatnego, choć napływ środków unijnych zapewne ożywi nieco inwestycje finansowane ze środków publicznych. 

Spośród ośmiu składowych wskaźnika w lutym br. trzy uległy poprawie w porównaniu z sytuacją sprzed miesiąca, jedna nie zmieniła się, a cztery uległy pogorszeniu.

Największą poprawę odnotowano wśród składowych reprezentujących nastroje przedsiębiorców na temat ogólnej sytuacji w ich firmach oraz opinie na temat tempa napływu nowych zamówień.

Zamówienia do przedsiębiorstw napływają szerszym strumieniem od jesieni 2016, jednak szczególnie korzystne dla firm było pod tym względem ostatnie półrocze. Zdecydowanie lepiej kształtuje się portfel zamówień w przypadku firm dużych, zaś skala poprawy jest znacznie mniejsza w przypadku firm małych, zatrudniających mniej niż 50 pracowników. W układzie branżowym najkorzystniej sytuacja przedstawia się w przemyśle przetwórstwa ropy naftowej oraz w branży metalowej. Nadzieją napawa szerszy napływ  zamówień trafiających do przedsiębiorstw produkujących dobra inwestycyjne. Natomiast o słabnącej roli popytu konsumpcyjnego świadczyć może wyraźnie wolniejszy w stosunku do jesieni ubiegłego roku napływ nowych zamówień do firm produkujących trwałe dobra konsumpcyjne.

W konsekwencji poprawiającej się sytuacji w zamówieniach, przedsiębiorcy coraz korzystniej oceniają swą sytuację finansową. O ile jeszcze w grudniu ubiegłego roku nieznacznie przeważał odsetek firm odczuwających pogarszanie się stanu finansów nad tymi, którzy uważali, że następuje poprawa, o tyle obecnie zdecydowanie przeważają firmy oceniające, że ich sytuacja finansowa poprawiła się w ostatnim czasie.

Nieznacznie wzrósł w stosunku do miesiąca ubiegłego stan zapasów wyrobów gotowych w magazynach przedsiębiorstw. Wydaje się, iż może to wynikać z zapobiegliwości przedsiębiorców, którzy uzupełniają zapasy w odpowiedzi na rosnący popyt i zamówienia, aby zagwarantować ciągłość i terminowość dostaw.

Do negatywnych zjawisk w gospodarce zaliczyć należy spadek wydajności pracy w sektorze przedsiębiorstw. Jej poprawa w ubiegłym miesiącu okazała się jednorazowa i wynikała z mniejszej liczby dni roboczych a nieco wyższej produkcji przeznaczanej na poczet świątecznych zakupów. Obecnie wydajność pracy powróciła do swej długookresowej tendencji spadkowej, która trwa od końca 2016 roku. Spadek wydajności pracy wyraźnie związany jest z niskim poziomem inwestycji w maszyny i urządzenia, czyli słabym technicznym uzbrojeniem siły roboczej.

3,3 – taką średnią ocenę mają ustawy, które w 2017 roku zostały podpisane przez Prezydenta. Z 207 ustaw Warsaw Enterpise Institute wybrał 30, które sprawdził. Były to ustawy, najważniejsze z punktu widzenia przedsiębiorczości i funkcjonowania państwa, bądź te które budziły największe emocje społeczne.

Średnia ocena 3,3 sama w sobie nie wzbudza szczególnego zachwytu – plasuje polską legislację gdzieś na granicy przeciętności w stosunku do oczekiwanego stanu a umiarkowanie zadawalającego poziomu. Ocena ogólną w górę windują prorozwojowe ustawy w ramach „100 zmian dla firm” przygotowanymi pod kierownictwem Mateusza Morawieckiego. W podatkach nie był to szczególnie przełomowy rok, ale tegoroczne zmiany takie jak łatwiejsze rozliczenie podatkowe czy ulgę inwestycyjną WEI uznał za pozytywne.

Oceny w poszczególnych obszarach:

Gospodarka: 3,36

Edukacja i Nauka:  4

Wymiar Sprawiedliwości: 3

Podatki:  5

Zdrowie: 3

Bezpieczeństwo i Administracja: 2,6

Prawie wszystkie najgorsze rozwiązania były inicjatywami poselskimi. Jak zauważa WEI uproszczony tryb procedowania tego typu projektów sprzyja uchwalaniu prawa na szybko. Widoczna jest również tendencja do przegłosowywania w taki sposób ustaw budzących społeczne kontrowersje. Ciężko także wskazać jednego odpowiedzialnego za dane rozwiązanie prawne, co rozmywa polityczną odpowiedzialność.

Innym niepokojącym trendem, na który zwraca uwagę WEI jest ustawowe ograniczanie kompetencji samorządu terytorialnego widoczne m.in. w ustawie o prawie wodnym czy też w ustawie o zgromadzeniach.

Liderem rankingu wśród polityków została minister Elżbieta Rafalska m.in. dzięki ustawie ułatwiającej w Polsce prowadzenie żłobków. Pierwsze miejsce zawdzięcza jednak prezydentowi, który odesłał ustawę o zniesienie limitu 30-krotności składki do Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby ta weszła w życie bez wątpienia mocno obniżyłaby średnią Pani minister. Do prymusów WEI zaliczył też Jarosława Gowina, z rozwiązaniami w dziedzinie Nauki i Annę Streżyńską, odpowiedzialną za cyfryzację kraju.

 

„Gra o tron” to bajkowa fikcja. Niestety, w realnym świecie też trzeba głośno mówić „Winter is coming”. Zbliża się niebezpieczeństwo. I to nie żadne filmowe straszydła. To bestie gospodarczego świata – recesja, bezrobocie, bieda. Nadchodzą mimo pnących się w górę wskaźników. Wbrew „życzeniowemu” myśleniu, że piękne chwile będą trwać wiecznie. Otóż przykro mi, nie będą – ostrzega w „Rzeczpospolitej” Prezydent Pracodawców RP Andrzej Malinowski.

– Kilkanaście dni temu przez światowe giełdy przeszło tąpnięcie, nazywane „korektą”. Rynki się zachwiały, waluty zaczęły drożeć. Zdziwieni eksperci zaczęli tłumaczyć, że zaszła rzecz nieprzewidywalna. Że zaraz wszystko wróci do normy i tak dalej. Nie byłbym tego taki pewny. Normą jest właśnie cykliczność gospodarki. Ruch w górę i w dół. Ludzie łatwo o tym zapominają. Tymczasem widać już kres „dobrego” cyklu – zauważa.

– Nie chodzi o to, by straszyć albo biadolić. Trzeba się do niej przygotować. Polscy przedsiębiorcy, przez lata zahartowani, tanio skóry nie sprzedadzą. Tyle że polska gospodarka to nie tylko oni – podkreśla.

– Czy wydatki budżetowe są zaplanowane według zasad bezpieczeństwa? Czy raczej zgodnie z kalendarzem wyborczym? Przez ostatnie dwa lata realizowano przecież głównie programy społeczne. Sprowadzając rzecz do konkretów – wydawano pieniądze. A co z ich zarabianiem? Uszczelnienia podatkowe są ważne, ale dotyczą głównie tępienia oszustów. Podstawą dochodów budżetowych są rzesze uczciwych podatników! Gdzie ułatwienia dla przedsiębiorców? Zmiana np. systemu podatkowego z szarady przepisów na zbiór klarownych reguł? Jesteśmy wciąż w lesie, jeśli chodzi o obniżenie klina podatkowego, zwłaszcza wobec najmniej zarabiających pracowników. Kiedy zostaną uporządkowane stawki VAT? I chyba najważniejsze – kiedy inwestycje w badania i rozwój dostaną rzeczywiste wsparcie? – pyta Prezydent Pracodawców RP.

– Gdy nadciągną gospodarcze bestie to właśnie innowacyjne gospodarki najszybciej poradzą sobie z nimi poradzą. Ale jak przedsiębiorcy mają inwestować, skoro prawo zmienia się jak w kalejdoskopie? Nikt nie wie, czy za pół roku akurat ich branża nie dostanie po głowie jakąś nową ustawą o zakazie handlu lub produkcji. Lub o wodzie, ratownictwie medycznym, energetyce czy czym tam jeszcze. Dlatego wolą czekać – pisze.

– Ekonomiczny sztorm za to nie poczeka. Przyjdzie za pół roku, za rok. Nie zadowoli się stwierdzeniami, że jakaś ustawa zaraz trafi pod obrady rządu. Albo że „prace nad zmianami trwają”. Po prostu rąbnie znienacka. I albo gospodarka będzie gotowa, albo nie. Zależy to tylko od nas – od tego, czy urzędnicy, przedsiębiorcy, ludzie zajmujący się gospodarką dadzą z siebie wszystko. O to apeluję – podsumowuje Andrzej Malinowski.

 

Źródło: pracodawcyrp.pl

Według wstępnych szacunków GUS produkt krajowy brutto (PKB) Polski w IV kwartale zeszłego roku był wyższy o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem 2016 r.

W całym 2017 r. polska gospodarka notowała dużo wyższy wzrost niż w poprzednich latach. W zeszłym roku wzrost naszego PKB przekroczył 4 proc. i sięgał tego poziomu przez wszystkie cztery kwartały 2017 r. (w porównaniu do analogicznych kwartałów 2016 r.).

Zaś w IV kwartale wystrzelił – według wstępnych szacunków GUS – do 5,1 proc. Urząd statystyczny zastrzega przy tym, że są to dane „niewyrównane sezonowo” (oparte na podstawie cen z zeszłego roku , a nie lat wcześniejszych).

Równie optymistycznie zapowiada się 2018 r., bo według prognoz ekonomistów i ośrodków analitycznych tempo wzrostu gospodarczego może być w tym roku równie wysokie, jak w zeszłym. Sprzyjać będzie temu m.in. spodziewane zwiększenie inwestycji z funduszy unijnych na lata 2014-2020 i utrzymująca się dobra koniunktura gospodarcza w zachodniej Europie, która jest naszym głównym kierunkiem eksportowym.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w lutym 2018 r. wzrósł w stosunku do miesiąca poprzedniego o 0,2 punktu. Był to szósty z kolei wzrost wskaźnika, sygnalizujący narastanie presji inflacyjnej w gospodarce.

W ostatnim miesiącu znacząco wzrósł odsetek przedsiębiorców zamierzających w najbliższym czasie podnieść ceny oferowanych przez ich firmy wyrobów.  O ile jeszcze w końcu ubiegłego roku przewaga firm planujących podwyżki nad tymi, którzy zamierzają ceny obniżać nie przekraczała kilku punktów procentowych (średnio w II półroczu 2017 – wynosiła około 5 p. proc.), o tyle na początku tego roku wzrosła do ponad 14 punktów.

Charakterystyczne również jest, że w II półroczu ubiegłego roku zdecydowanie wyższą skłonność do podwyżek wykazywały przedsiębiorstwa duże, zatrudniające powyżej 250 pracowników. Wśród przedsiębiorstw małych i średnich dominowały opinie o konieczności utrzymania cen na dotychczasowym poziomie lub nawet zamiary ich obniżania. Obecnie tendencja do podnoszenia cen rozprzestrzeniła się na wszystkie firmy, bez względu na ich wielkość; i nawet firmy małe, zatrudniające do 50 pracowników – dotychczas powściągliwe w deklarowaniu podwyżek,  wykazują nieco wyższą skłonność do podnoszenia cen niż przedsiębiorstwa duże.

Istotny wpływ na kształtowanie się inflacji w najbliższej przyszłości ma rosnący odsetek wykorzystania mocy produkcyjnych w sektorze przetwórstwa przemysłowego. W ostatnim kwartale wzrosło ono do poziomu przekraczającego 83% (średnia dla całego przemysłu). Jest to najbardziej intensywne wykorzystanie mocy wytwórczych od początku transformacji. Dla porównania, pod koniec 2007 roku odsetek ten wynosił ok 81% przy ówczesnym ponad 7 procentowym tempie wzrostu gospodarki oraz ponad 17 procentowej dynamice inwestycji. Obecnie inwestycje są najsłabszą częścią polskiej gospodarki. Bez względu jednak na to czy przedsiębiorcy będą nadal tak intensywnie wykorzystywać swój park maszynowy, ponosząc wysokie koszty napraw i konserwacji, czy przesuną swe środki finansowe na poczet inwestycji w odnowienie i unowocześnienie parku maszynowego, nie pozostanie to obojętne dla przyszłej dynamiki cen.

Pozostałe koszty, a zwłaszcza te, związane z zatrudnieniem również wzrastają. Jednostkowe koszty pracy w ciągu ostatniego roku wzrosły realnie o ponad 3 procent. Pogarszająca się dostępność siły roboczej będzie skłaniała przedsiębiorców do podnoszenia wynagrodzeń dla pracowników w tych zawodach i branżach, gdzie braki kadrowe są największe. Ponadto wzrost wynagrodzenia minimalnego obowiązujący od 1 stycznia br. może uruchomić falę żądań u pozostałych grup pracowników, którzy poczują się niedopłaceni. To zaś zwykle sprzyja uruchomieniu mechanizmu spirali podwyżek we wszystkich działach gospodarki narodowej, zaś jeśli inflacja będzie nadal rosła, żądania te tym łatwiej będą zaspakajane.

Od drugiej połowy ubiegłego roku systematycznie drożeje ropa naftowa na światowych rynkach osiągając w ostatnich dniach cenę ponad 60 $ za baryłkę. To kolejny czynnik, który może w przyszłości przyczynić się do przyspieszonego wzrostu cen szczególnie w warunkach słabnięcia polskiej waluty. Dla przedsiębiorców oznaczać to będzie wyższe koszty importu tego surowca a w kolejności wyższe ceny benzyny na rynku wewnętrznym, wyższe ceny transportu, co zazwyczaj w ciągu kilku kolejnych miesięcy przenosi się na ceny detaliczne pozostałych towarów i usług.

 

Źródło: BIEC

Poland, Holland – brzmi podobnie i na pierwszy rzut oka bardzo podobnie wyglądają rynki pracy obu państw w ostatnich danych Eurostatu. Stopa bezrobocia w Polsce oraz w Holandii jest dokładnie taka sama – 4,4 proc. Niestety, pozostałe parametry pokazują, jak wiele brakuje nam jeszcze do Holendrów.

Stopa bezrobocia, choć to bardzo wygodny miernik kondycji rynku pracy, informuje nas jedynie, jaki jest odsetek osób, które szukają płatnego zajęcia, do aktywnych zawodowo. Nie dowiemy się jednak na tej podstawie, np. jaki procent osób w wieku produkcyjnym ma zatrudnienie, a przecież to kluczowa informacja dla gospodarki. Różnice, zresztą nie tylko w poziomie zatrudnienia, dobrze pokazuje zestawienie innych danych z Polski oraz z Holandii.

Łączy nas tylko stopa bezrobocia

Publikacje Eurostatu za grudzień pokazują, że stopa bezrobocia w Polsce oraz w Holandii wynosi 4,4 proc. Dane są porównywalne, gdyż uzyskiwane dzięki tej samej metodologii – ankiet wśród gospodarstw domowych (ok. 30 tys.). W obu przypadkach uwzględnia się także efekt sezonowy na rynku pracy (zimą np. zmniejsza się aktywność rolnictwa czy budowlanki), co także umożliwia lepsze porównanie odczytów.

Ciekawi fakt, że bezrobocie wśród Polek jest nawet niższe niż wśród Holenderek i wynosi odpowiednio 4,5 oraz 4,7 proc. Inny interesujący element: w podziale na wiek bezrobocie osób starszych w wieku 50-64 lata jest wyższe w Holandii – 4,2 proc. niż w naszym kraju – 3,4 proc. (dane za III kw. 2017 r.). To jednak, co należy podkreślić, wcale nie oznacza, że zatrudnienie w obu krajach wygląda podobnie.

Zatrudnienie – olbrzymie różnice

Dane Eurostatu wskazują, że odsetek zatrudnionych w Holandii w wieku 15-64 lata na koniec III kw. 2017 r. wynosił 76,3 proc. W Polsce było to 66,5 proc., czyli prawie 10 pkt proc. mniej.

10 pkt proc. na korzyści Holandii to diametralna różnica. Aby wyrównać wynik, Polska musiałaby zwiększyć zatrudnienie o 2,4 mln osób. Z kolei gdyby te 2,4 mln, obecnie bierne zawodowo, nagle zaczęło szukać pracy, to stopa bezrobocia skoczyłaby w Polsce z obecnych 4,5 proc. do ponad 16 proc., a liczba bezrobotnych podniosłaby się z ok. 800 tys. osób do 3,2 mln. To bardzo dobrze pokazuje skalę ukrytego w bierności zawodowej bezrobocia.

To młodzi najbardziej zaniżają wynik

Nie jest zaskakujące, że poważne różnice w poziomie zatrudnienia Polaków i Holendrów dotyczą osób w przedziale wiekowym 55-64 lata. U nas ten odsetek wynosi 49,4 proc. (niższy niż np. w Hiszpanii), a w Holandii – 66 proc. Od lat jednak kuleje nad Wisłą polityka senioralna w kontekście zatrudnienia osób starszych i utrzymywania ich aktywności zawodowej.

Pewną niespodzianką może być natomiast inna informacja. Według Eurostatu stopa zatrudnienia osób młodych (15-24 lata) w Polsce wynosi tylko 30 proc., a w Holandii – 64 proc. Oczywiście młodzi Holendrzy nie pracują na pełen etat i znaczna część z nich kontynuuje naukę (45 proc. osób w wieku 25-34 lata ma wyższe wykształcenie, czyli bardzo podobnie jak w Polsce). Może to oznaczać, że poza brakiem zachęt do systemowego wspierania w zatrudnianiu młodych (np. podatki), łączenie pracy z nauką w Polsce nie jest po prostu w modzie.

Lepiej dłużej, a mniej intensywnie

Inne poważne systemowe zaniedbanie polega na tym, że w Polsce brakuje promocji zatrudnienie na niepełny etat. W Holandii ponad 70 proc. kobiet pracuje w niepełnym wymiarze godzin, dzięki czemu łatwiej godzą obowiązki domowe z zawodowymi. W Polsce natomiast ten odsetek wynosi zaledwie 10 proc.

Mniejsza intensywność pracy prawdopodobnie pozwala także Holendrom dłużej utrzymywać się na rynku pracy, dłużej odkładać na emeryturę i cieszyć się jej względnie wysokim poziomem w relacji do ostatnich zarobków. Holendrzy są aktywni zawodowo przez równo 40 lat, Polacy przez 32,9. To olbrzymia różnica, która stanowi poważne wyzwanie, zwłaszcza dla możliwości zgromadzenia wystarczającego kapitału na jesień życia.

 

 

 

 

 

Tekst: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W 2017 r. Polska rozwijała się najszybciej od 6 lat – informuje GUS. W ostatnim kwartale wreszcie ruszyły inwestycje, co pozwala z optymizmem spojrzeć na bieżący rok. GUS udostępnił także publikację o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, która jednak już nie jest tak jednoznacznie optymistyczna. 

 Zaczynamy od wiadomości dobrych i bardzo dobrych.

Pozytyw nr 1: Inwestycje

Najszybszy od 2011 r. wzrost gospodarczy cieszy. Jednak poza rozwojem na poziomie 4,6 proc. w ub.r. zdecydowanie ważniejsza jest informacja, że wreszcie przyspieszyły inwestycje. Przez trzy kwartały ich wkład do PKB był marginalny i wyniósł ok. 0,3 pkt proc. W całym roku (brak na razie szczegółowych danych za czwarty kwartał) wkład inwestycji zwiększył się do 1 pkt proc.

To oznacza, że w samym czwartym kwartale inwestycje mogły wzrosnąć o ok. 13 mld zł, podczas gdy w poprzednich trzech było w sumie ok. 5 mld zł. Rosnące nakłady brutto na środki trwałe to sygnał, że aktywność gospodarcza może być dobra również w kolejnych kwartałach.

Pozytyw nr 2: Eksport

Specyfika gospodarki kraju rozwijającego się, jakim jest Polska, powoduje, że zwykle przy rosnącej aktywności ekonomicznej (silna konsumpcja, rosnące inwestycje) pogarsza się wyraźnie saldo obrotów handlowych z zagranicą. Szacunki GUS pokazują jednak, że wkład eksportu netto w 2017 r. był pozytywny, a to oznacza, że to pogorszenie nie nastąpiło. Niewykluczone, że jest to efekt coraz lepszej kondycji oraz pozycji konkurencyjnej polskiego eksportu usług, który stanowi już jedną czwartą eksportu towarowego i kreuje nadwyżkę na poziomie 75 mld zł (wzrost o 16 mld zł za okres od grudnia 2016 r. do listopada 2017 r. – dane NBP).

Pozytyw nr 3: Zatrudnienie ostro w górę

Według wstępnych danych zamieszczonych w opracowaniu GUS „Informacja o sytuacji społeczno-gospodarczej kraju w 2017 r.” [dalej „Opracowanie”] w ub.r. zatrudnienie w gospodarce narodowej wzrosło do 15,72 miliona osób, czyli ok. 430 tys. W sumie przez dwa lata liczba miejsc pracy w Polsce powiększyła się o ponad 900 tys., co należy uznać za bardzo optymistyczną informację.

Pozytyw nr 4: Kobiety żyją dłużej

Według danych zamieszczonych w “Opracowaniu” mediana wieku osób zmarłych w 2016 r. wyniosła 77 lat, podczas gdy 16 lat wcześniej było to 73 lata. Długość życia bardzo wyraźnie wydłużyła się wśród kobiet – aż o 4 lata, do 82 lat.

Negatyw nr 1: Długość życia mężczyzn praktycznie bez zmian

Niestety, długość życia mężczyzn przez ostatnie 16 lat praktycznie się nie zmieniła. Według “Opracowania” mediana wieku zmarłych mężczyzn w 2016 r. wyniosła 70 lat i jest to tylko o rok więcej niż na początku nowego millenium.

Negatyw nr 2: Wzrost cen żywności

Ceny żywności w całym 2017 r. wzrosły w porównaniu z ub.r. o 4,2 proc. To ponad pięć razy szybciej niż rok wcześniej. Średnioroczna cena masła wzrosła o 31 proc., owoców o 8 proc., jogurtów o 7,3 proc., a mięsa wieprzowego o 8,6 proc. Biorąc pod uwagę wzrost wynagrodzeń, w większości przypadków siła nabywcza pracujących konsumentów nie pogorszyła się w kontekście zakupów żywności.

Negatyw nr 3: Niski wzrost rent i emerytur

Dane zamieszczone w “Opracowaniu” pokazują, że w ub.r. przeciętny wzrost rent i emerytur z pozarolniczego systemu ubezpieczeń społecznych wyniósł 2,5 proc. To minimalnie powyżej ogólnego poziomu inflacji (2,0 proc), co jednak nie odpowiada dokładnie tzw. koszykowi zakupowemu emeryta czy rencisty. W przypadku zakupów żywnościowych siła nabywcza emerytów i rencistów obniżyła się ok 1,7 proc.

Jeszcze gorzej sytuacja przedstawiała się w przypadku rolników indywidualnych. Ich emerytury oraz renty średnio wzrosły tylko o 1,5 proc., co oznacza, że nawet biorąc ogólnie przyjęty poziom inflacji siła nabywcza tych świadczeniobiorców uległa obniżeniu w ciągu ubiegłego roku.

Negatyw nr 4: Emerytów i rencistów więcej o 237 tys.

Procesy demograficzne są nieubłagane i liczba emerytów w Polsce będzie rosnąć. Jednak IV kw. ub.r. był wyjątkowy. Obniżenie wieku emerytalnego spowodowało, że w ciągu jednego kwartału przybyło 237 tys. świadczeniobiorców. Emerytów i rencistów jest już 9126 tys. Dla porównania pomiędzy I kw. 2016 r. oraz III kw. 2017 r. liczba świadczeniobiorców wzrosła tylko o 4 tys – wg “Opracowania” GUS.

 

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gospodarce w styczniu 2018 roku wzrósł o taką samą wartość jak przed miesiącem, czyli o 1,5 punktu w stosunku do miesiąca poprzedniego – informuje Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych. Przełomowi roku 2017/2018 towarzyszyły najsilniejsze jednorazowe wzrosty wskaźnika w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. W największym stopniu przyczyniły się do tego: poprawa wydajności pracy w sektorze przedsiębiorstw przemysłu przetwórczego oraz lepsza sytuacja finansowa w firmach.  

 Spośród ośmiu składowych wskaźnika w styczniu br. cztery uległy poprawie w porównaniu z sytuacją sprzed miesiąca, dwie nie zmieniły się, zaś dwie uległy pogorszeniu.

Do wzrostu wskaźnika w największym stopniu przyczyniła się znacząca poprawa wydajności pracy w przedsiębiorstwach produkcyjnych. Zjawisko to charakterystyczne jest dla miesięcy końca każdego roku i wynika z mniejszej liczby dni roboczych a nieco wyższej produkcji przeznaczanej na poczet świątecznych zakupów. Abstrahując od tej jednorazowej poprawy, w dłuższym okresie, tj. od końca ubiegłego roku, wydajność pracy pogarszała się. Liczba pracujących rośnie, wynagrodzenia również, nie poprawia się natomiast w sposób istotny wyposażenie techniczne pracowników, co wynika z ciągle ujemnej dynamiki inwestycji.

Kolejna składowa, która istotnie przyczyniła się do wzrostu wskaźnika, to oceny menedżerów nt. sytuacji finansowej w zarządzanych przez nich firmach. Najlepiej oceniają stan swych finansów menadżerowie dużych firm – zatrudniających powyżej 250 pracowników. W tej grupie odnotowano w ostatnich badaniach kilkuprocentową przewagę odpowiedzi stwierdzających poprawę finansów nad odsetkiem menadżerów wskazujących na jej pogorszenie. W grupie przedsiębiorstw najmniejszych oraz średnich w dalszym ciągu dominuje przewaga menadżerów wskazujących na pogarszający się stan finansów.

W ślad za lepszą sytuacją finansową w firmach, poprawiły się również oceny menedżerów na temat ogólnej sytuacji gospodarczej. Obecnie przewaga menadżerów uznających, że sytuacja gospodarcza zmierza w dobrym kierunku nad tymi, którzy uważają, że dominują tendencje negatywne, sięga około 5 punktów procentowych. Dla porównania, warto dodać, że w okresie bardzo dobrej koniunktury gospodarczej w 2007 roku przewaga optymistów nad pesymistami wynosiła 25 punktów procentowych.

Po raz pierwszy od jesieni ubiegłego roku nie odnotowano zmian w tempie napływu nowych zamówień do sektora przedsiębiorstw produkcyjnych, zaś w przypadku zamówień przeznaczonych na rynki zagraniczne, tempo napływu nowych zamówień nieco osłabło. Wydaje się jednak, że sytuacja ta ma charakter przejściowy. Rosnącym zamówieniom zagranicznym sprzyja bowiem bardzo dobra koniunktura na światowych rynkach, a co istotniejsze dla rodzimych producentów, dobra koniunktura dominuje również w Europie. Nieco odmiennie przedstawiają się perspektywy utrzymania wysokiego tempa napływu nowych zamówień na rynek krajowy. W tym przypadku należy liczyć się z pewnym osłabieniem. Co prawda wynagrodzenia w dalszym ciągu rosną, jednak inflacja osłabia nieco ich temp wzrostu. Ponadto wzrost wynagrodzeń nie dotyczy wszystkich pracowników a pro-popytowe działanie dodatkowych pieniędzy trafiających do rodzin z tytułu świadczeń socjalnych, stopniowo słabnie.

Na koniec ub. roku zmniejszyła się nieco podaż pieniądza M3 (w ujęciu realnym oraz po usunięciu wpływu czynników sezonowych). Już od początku roku pieniądza przybywało znacznie wolniej niż w analogicznych okresach lat ubiegłych. Umiarkowanie przybyło gotówki w obiegu, co zwykle zdarza się na końcu roku kalendarzowego.

Zwiększyło się nieco zadłużenie gospodarstw domowych z tytułu kredytów bankowych. Zmiana jak na razie jest niewielka wobec  ponad dwuletniego okresu odchodzenia konsumentów od finasowania zakupów kredytem. Być może ma to związek ze wzrostem aktywności  na rynku nieruchomości oraz wyższymi cenami mieszkań, na co wskazują niektóre badania wśród deweloperów. Zbyt wcześnie jednak aby odbierać to jako początek boomu mieszkaniowego oraz wzrost zainteresowania kredytem hipotecznym.

Końcówka roku nie była korzystna dla inwestorów giełdowych. W ciągu ostatnich trzech miesięcy ubiegłego roku realne wartości podstawowego indeksu WIG spadły o blisko 4%, jednak pierwsze tygodnie stycznia przyniosły wyraźną poprawę nastrojów i rekordowe notowania WIG.

 

Rok temu analitycy rynku kapitałowego przestrzegali, że z uwagi na Brexit oraz wygraną Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, 2017 upłynie pod znakiem braku stabilizacji. Dla Polski prognozy te się nie sprawdziły. Co więcej – pod względem aktywności transakcyjnej i inwestycyjnej w sektorze nieruchomości zeszły rok okazał się jednym najbardziej intensywnych od czasu globalnego kryzysu ekonomicznego! Czy hossa się utrzyma? Jakich inwestorów przyciągać będzie Polska?

Zeszły rok obfitował w ciekawe przetasowania, jeżeli chodzi o rynek kapitałowy na świecie. Utrzymująca się od kilku lat globalna hossa uległa załamaniu, podczas gdy na rynkach wschodzących, w tym w Polsce, zaobserwowaliśmy prawdziwą „wiosnę ludów”. Podczas gdy londyńska giełda BATS Chi-X notowała spadki w wysokości 25 procent, obroty akcjami w Warszawie, Budapeszcie czy Bukareszcie wzrosły od kilkunastu do kilkudziesięciu punktów.

Co więcej, Polska, jako pierwsza gospodarka z regionu Europy Środkowo-Wschodniej, dołączyła do grupy państw dysponujących najlepszej jakości klasą aktywów według agencji indeksowej FTSE Russell. Zdaniem Michała Stysia, Dyrektora Zarządzającego OPG Property Professionals, w tych okolicznościach można zauważyć optymistyczne znaki dla sektora inwestycyjnego i deweloperskiego.

W kontekście nieruchomości, Polska jest największym i najpłynniejszym rynkiem spośród wszystkich krajów strefy CEE. W ujęciu średnioterminowym, notujemy bardzo dobry wzrost od czasów globalnego kryzysu ekonomicznego. Choć nie mamy jeszcze kompletnych danych za zeszły rok, to łączny wolumen transakcji mógł wynieść rekordowe 5 miliardów euro.

Jak podkreśla Michał Styś, rodzima gospodarka utrzymuje stabilny kurs, co nie umyka uwadze inwestorów – także tych operujących w dziedzinie nieruchomości.

Aktualnie przyglądamy się w imieniu naszych klientów możliwościom inwestycyjnym, także tym pozarynkowym, zapewniającym dochód i początkową stopę zwrotu brutto powyżej średniej rynkowej. Atrakcyjne stopy zwrotu dla najlepszej jakości aktywów na rynkach regionalnych na poziomie 5,5-6% w sektorze powierzchni handlowych i biurowych oraz 6-7% w sektorze przemysłowym i magazynowym to silna zachęta dla funduszy, inwestorów instytucjonalnych czy prywatnych inwestorów kapitałowych z Europy.

 

Ubiegłoroczny wzrost PKB do 4,6 proc. to wynik najlepszy od 2011 r., gdy tempo wzrostu wyniosło 5 proc. Jednocześnie oznacza to bardzo wyraźne przyspieszenie po nieco rozczarowującym 2016 r., gdy polskiej gospodarce udało się pójść w górę jedynie o 2,9 proc., choć na tle państw Unii Europejskiej było to i tak całkiem dobre osiągnięcie.

Wstępny odczyt dynamiki PKB podany przez GUS nie stanowi zaskoczenia, choć jest nieco wyższy niż konsensus ekonomistów, szczególnie jeśli spojrzeć na przyspieszenie zanotowane w trzecim kwartale. Bardzo pozytywną niespodzianką jest sięgający 5,4 proc. wzrost nakładów na środki trwałe, wskazujący na zdecydowaną poprawę sytuacji w inwestycjach. Biorąc pod uwagę, że w pierwszych trzech kwartałach ubiegłego roku rosły one bardzo wolno, sięgając w trzecim kwartale 3,3 proc., można wnioskować, że ostatnie miesiące 2017 r. przyniosły zdecydowane przyspieszenie. To dobrze rokuje na najbliższą przyszłość, dając szansę że wzrost gospodarczy będzie miał jeszcze bardziej solidne podstawy. W poprzednim, rekordowym 2011 r. nakłady na środki trwałe wzrosły o 8,8 proc., w 2018 r. możliwe jest przynajmniej zbliżenie się do tej skali dynamiki, choć raczej należy się spodziewać wzrostu inwestycji o około 7 proc. W ubiegłym roku z 18,1 do 18 proc. obniżyła się jednak stopa inwestycji, czyli relacja nakładów na środki trwałe do PKB, co jest tendencją niekorzystną, jednak odzwierciedla strukturę wzrostu, bazującą w 2017 r. głównie na konsumpcji gospodarstw domowych. Spożycie indywidualne przyspieszyło z 3,9 proc. w 2016 r. do 4,8 proc. Warto przypomnieć, że w 2011 r. tempo jego wzrostu sięgało jedynie 3,3 proc.

Porównując ubiegły rok z 2011r., warto także zwrócić uwagę na słabszy niż wówczas wzrost wartości dodanej w przemyśle i budownictwie. Sześć lat temu w przemyśle wzrosła ona o 7,9 proc., a w budownictwie o 13,5 proc. W ubiegłym roku jej wzrost wynosił odpowiednio 6,2 i 11,5 proc. W 2017 r. znacznie niższa byłą także wartość dodana w transporcie i gospodarce magazynowej, sięgając 10,9 proc., podczas gdy w 2011 r. wyniosła ona aż 15,5 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Produkt Krajowy Brutto był w 2017 r. wyższy o 4,6 proc. r/r.  Najszybciej rosła wartość dodana brutto tworzona w budownictwie i transporcie  – podał GUS we wstępnym szacunku PKB.

Tak dobrych wyników polska gospodarka nie odnotowała od 2011 r., gdy PKB wzrósł o 5 proc. r/r. I co ważne, wreszcie do silnego wzrostu spożycia gospodarstw domowych dołączył wzrost inwestycji. Wszystko wskazuje, że był to głównie wzrost inwestycji publicznych i gospodarstw domowych. Inwestycje przedsiębiorstw po 3. kwartałach 2017 r. były niższe o 1 proc/ r/r (w cenach stałych). Trudno zakładać, że istotnie się to zmieniło w ostatnim kwartale. Ruszyły wreszcie inwestycje finansowane ze środków publicznych, zapewne głównie z funduszy unijnych. Dobrze, bo półmetek okresu finansowania 2014-2020 mamy za sobą i brak postępów w korzystaniu z pieniędzy unijnych byłby najgorszym z możliwych sygnałów.

Porównanie siły gospodarki w 2017 r. do 2011 r. daje jednak kilka ważnych sygnałów. Wzrost gospodarki o 4,6 proc. w 2017 r. został osiągnięty przy prawie 1,5 mln więcej osób pracujących w gospodarce narodowej, w tym o prawie 0,5 mln większym zatrudnieniu w sektorze przedsiębiorstw 10+. Wyraźnie wskazuje to na słabość wzrostu wydajności pracy, potwierdza ekstensywny charakter wzrostu gospodarczego w Polsce, bazującego na coraz większym zatrudnieniu, a nie na rosnących inwestycjach, i to inwestycjach o charakterze modernizacyjnym. W efekcie mamy bardzo niskie bezrobocie – w stosunku do 2011 r. liczba osób bezrobotnych spadła o ponad 900 tys. Rynek pracy rzeczywiście jest – z punktu widzenia pracowników – w świetnej kondycji. Rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia to siła wzrostu PKB w 2017 r. To świetna sytuacja na rynku pracy spowodowała wzrost spożycia gospodarstw domowych o 4,8 proc. r/r w 2017 r. i dała 60 proc. wzrostu PKB. Takiej siły konsumpcji gospodarstw domowych nie było nawet w 2011 r. (wzrost „jedynie” o 3,3 proc.).

Świetnie spisali się też w 2017 r. eksporterzy. Pytanie, czy przy bardzo dobrej koniunkturze gospodarczej u naszych głównych biznesowych partnerów (UE) będziemy w stanie, bez bardzo, bardzo silnego wsparcia inwestycji w przedsiębiorstwach, wykorzystać szanse i sprostać rosnącemu popytowi zewnętrznemu.

Bardzo dobrze radziły sobie w 2017 r. firmy z sektora budownictwo, transport i gospodarka magazynowa – wartość dodana brutto wypracowana przez te sektory gospodarki wzrosła o ok. 11 proc. Świetnie także rozwijał się przemysł i handel.

Co przyniesie 2018 r.? Trudno będzie osiągnąć wzrost PKB na poziomie z 2017 r. Ale jeśli przedsiębiorcy przestaną być straszeni zapowiedziami nowych obciążeń podatkowych i parapodatkowych, różnego rodzaju zakazami, obciążeniami administracyjnymi, na pewno ruszą z inwestycjami. Jeśli instytucje publiczne inwestujące środki unijne i krajowe będą bardziej otwarte i elastyczne przy zamówieniach publicznych, to i inwestycje publiczne znacznie przyspieszą. Gospodarstwa domowe będą dalej konsumować, ale wzrost tej konsumpcji już nie będzie tak silny jak w 2017 r. (bardzo wysoka baza). Dobra koniunktura w gospodarce światowej, a przede wszystkich w krajach UE da szanse polskim eksporterom. Nie zmarnujmy tych wszystkich szans.

Autor:  dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

Na rynku pracy mamy do czynienia z sytuacją, która nie miała miejsca od 25 lat. Dane płynące z gospodarki – rosnący PKB, spadające bezrobocie, rosnące wynagrodzenia i zapotrzebowanie na pracowników – sprawiają, że można nasz rynek pracy nazwać „rynkiem pracownika”. W 2018 roku priorytetem powinno być wprowadzenie zmian, które wpłyną na usprawnienie procesu zatrudniania cudzoziemców. Problemy kadrowe powodują, iż firmy coraz częściej muszą ograniczać swoje plany inwestycyjne, co wpływa negatywnie na perspektywę rozwoju gospodarki.

– Świadczy o tym najniższa od 25 lat stopa bezrobocia, która w listopadzie wyniosła 6,5%, rosnąca liczba wolnych miejsc pracy oraz wzrost przeciętnego wynagrodzenia o 7,4% z perspektywą jeszcze większych podwyżek w kolejnym roku. Należy jednak pamiętać, że nie we wszystkich regionach i branżach mamy do czynienia z ”rynkiem pracownika”. Takim obszarem jest ściana wschodnia i mniejsze miejscowości, gdzie nadal jest wysokie bezrobocie. Firmom brakuje przede wszystkim wykwalifikowanych pracowników w takich branżach jak ICT, budownictwo, transport oraz w pracach prostych, gdzie podaż tanich pracowników zza wschodniej granicy została praktycznie wyczerpana – mówi Jakub Gontarek, ekspert Konfederacji Lewiatan.

Będzie brakowało pracowników

Dlatego wielu pracodawców informuje, że coraz silniej odczuwają presję płacową, o czym świadczy duża konkurencja o pracowników pomiędzy firmami, które często są w stanie zaoferować kandydatom o 40-50% wyższe wynagrodzenie. Problemy z pozyskaniem pracowników przejawiają się także coraz większym zainteresowaniem firm inwestycjami we współpracę ze szkołami zawodowymi i uczelniami, jako sposobem na pozyskiwanie przyszłych pracowników. Zarządzający zwiększają też budżety na wynagrodzenia w 2018 r. licząc się z koniecznością zaproponowania pracownikom podwyżek, aby utrzymać ich w  firmach.

– W perspektywie nadchodzących lat polski rynek pracy czeka strategiczna zmiana, do której już w 2018 roku powinny rozpocząć przygotowania zarówno administracja, jak i firmy. Głównym zadaniem jakie stoi przed polską gospodarką jest przygotowanie się do zmian wynikających z nadchodzącej rewolucji technologicznej i wyzwań Gospodarki 4.0. Jest to szczególnie istotne w kontekście wyrwania się z pułapki średniego dochodu, co w praktyce oznacza, że polskie firmy muszą przestać konkurować niskimi kosztami pracy, a wchodzić na ścieżkę wysokoprzetworzonych, najwyższej jakości produktów i usług – mówi Jakub Gontarek.

Gospodarka oparta na wiedzy

Aby było to możliwe tak rządzący, jak i firmy muszą rozpocząć proces tworzenia gospodarki opartej na wiedzy. A do tego potrzebni są wysoko wykwalifikowani pracownicy korzystający z najnowszych rozwiązań technologicznych. Dlatego głównym zadaniem dla administracji są zmiany w otoczeniu formalno-prawnym oraz funkcjonowaniu instytucji rynku pracy, wspierające inwestycje w kwalifikacje pracowników i nowe technologie. Dla firm kluczowe znaczenie ma zaangażowanie się w proces kształcenia przyszłych pracowników oraz szkolenia i aktualizowania kwalifikacji, tych którzy na rynku pracy już są, a potrzebują dostosowania kompetencji do dynamicznych zmian. Firmy muszą też zmierzyć się z nowoczesną organizacją pracy pozwalającą pracownikom godzić życie zawodowe z osobistym w ramach koncepcji work-life blance oraz bardziej płaskich, elastycznych, struktur organizacyjnych, angażujących i wykorzystujących potencjał pracowników.

– Dlatego negatywnie oceniam niezgodne z ustawą o promocji zatrudnienia i rekomendacjami partnerów społecznych, zarówno organizacji pracodawców, jak i związków zawodowych, zmniejszenie środków na Krajowy Fundusz Szkoleniowy o ponad 50 %. KFS jest narzędziem bardzo popularnym wśród przedsiębiorców, umożliwiającym uzupełnianie i dostosowywanie kwalifikacji pracowników do dynamicznie zmieniającego się zapotrzebowania – dodaje Jakub Gontarek.

Zgodnie z ustawą, na KFS powinno być przeznaczone 2% Funduszu Pracy. Partnerzy społeczni w uchwale RDS z czerwca 2017 r. rekomendowali podniesienie udziału KFS w Funduszu pracy do 4% w 2018, 5% w 2019 i docelowo 6% w 2020. Niestety Ministerstwo Pracy ustaliło udział KFS na poziomie 1,29%, przeznaczając ponad 3 mld złotych, niezgodnie z celem Funduszu Pracy, na wynagrodzenia dla pielęgniarek i lekarzy. O ile wzrost wynagrodzeń tej grupy pracowników jest pożądany, o tyle nie powinno się go finansować ze składek pracodawców przeznaczonych na działania poprawiające funkcjonowanie rynku pracy i jego instytucji. Dlatego wzrost kwot przeznaczanych na szkolenia w ramach KFS jest niezwykle ważną strategiczną decyzją, którą musi podjąć ministerstwo w 2018 roku, szczególnie w kontekście braku wykwalifikowanych pracowników.

Niekorzystne zmiany na rynku pracy

Obawy rodzi również brak systemowych działań, które byłyby nastawione na promocje  zatrudnienia w ramach umów o pracę oraz uatrakcyjnienie tej formy zatrudnienia. Wprowadzone zmiany w pracy tymczasowej w praktyce mogą doprowadzić do ograniczenia tej uregulowanej i znanej nam formuły zatrudnienia. Zmiany nie posłużą ani przedsiębiorcom ani lepszej aktywizacji osób na rynku pracy. Ponadto koniec roku to zapowiedź wzrostu kosztów zatrudniania pracowników w postaci przyjętego przez Sejm RP zniesienia od stycznia 2019r. limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe (tzw. trzydziestokrotność). Sposób procedowania ustawy (pojawienie się na 2 miesiące przed końcem roku) powoduje, że wzrasta pośród pracodawców niepewność, a to znowu negatywnie przekłada się na plany inwestycyjne oraz strategię zarządzania personelem. Kontrowersje budzi także obniżenie wieku emerytalnego, szczególnie w przypadku rosnącej długości życia. Działanie to po pierwsze wypchnęło z rynku pracy osoby, które były w stanie jeszcze pracować, a które zdecydowały się pobierać świadczenia emerytalne i pracować w mniejszym wymiarze albo w szarej strefie. Ta decyzja budzi też obawy co do stabilności systemu i zdaniem ekspertów spowoduje, że w przyszłości nie będziemy w stanie sfinansować wypłat emerytur dla ludzi z pokolenia wyżu demograficznego.

Potrzebna nowa polityka migracyjna

W 2018 roku priorytetem dla pracodawców, w zakresie obszaru regulacji zatrudnienia, jest podjęcie działań faktycznych, ewentualnie wprowadzenie zmian regulacji, które wpłynęłyby na usprawnienie procesu zatrudniania cudzoziemców. Problemy kadrowe powodują, iż firmy coraz częściej muszą ograniczać swoje plany inwestycyjne, co wpływa negatywnie na perspektywę rozwoju polskiej gospodarki. Niezwykle ważne jest przyjęcie spójnej polityki migracyjnej, która zachęcałaby do przyjazdu osoby z pożądanymi przez pracodawców kwalifikacjami oraz tych, którzy uzupełnialiby zapotrzebowanie w zawodach deficytowych. Powinniśmy poważnie zastanowić się nad otwarciem się polskiego rynku na duże rynki pracy jak Indie, Pakistan, czy byłe republiki Związku Radzieckiego, na przykład zachęcając do powrotu rodziny repatriantów.

Zaangażowanie w proces stanowienia prawa

Warto także obserwować proces legislacyjny związany z wprowadzaniem Pracowniczych Planów Kapitałowych oraz zmiany ustawy o związkach zawodowych powodującej rozszerzenie prawa do koalicji na osoby zatrudnione na innej podstawie niż stosunek pracy.  Ważne będą także zmiany przepisów, które powinny zostać przyjęte do maja 2018, nowelizujące Kodeks pracy w zakresie ochrony danych osobowych (obecnie art. 22(1) k.p.). Dlatego niezwykle ważny będzie głos pracodawców, którzy powinni aktywnie włączyć się w proces konsultacji i zgłaszania uwag do planowanych zmian.

 

 

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Coraz więcej firm przyznaje, że zapłatę za sprzedane towary i usługi dostaje po terminie, a mimo to połowa z nich nie ma opracowanego scenariusza, co robić, kiedy klient nie płaci – taki obraz rodzimego biznesu przedstawia najnowsze badanie „Audyt windykacyjny”, przeprowadzone przez Keralla Research na zlecenie Kaczmarski Inkasso. Optymistyczne jest jednak to, że w stosunku do badania z 2015 r. wzrósł odsetek firm, które plany awaryjne posiadają.

To już druga edycja „Audytu windykacyjnego”. Pierwsza została przeprowadzona w II połowie 2015 r. O ile dwa lata temu brak terminowej zapłaty był bolączką 71 proc. przedsiębiorstw, to teraz problem dotyka już ponad 81 proc. firm Badaniem zostały objęte małe i średnie przedsiębiorstwa. To właśnie dla tej grupy firm kłopoty z płatnościami są najbardziej dotkliwe. Przy ich skali działalności, znacznie mniejszej niż w przypadku dużych korporacji, brak płynności finansowej może skutecznie sparaliżować funkcjonowanie firmy.

– Chodzi tu zarówno o regulowanie należności wobec kontrahentów, jak i wypłatę wynagrodzeń dla pracowników oraz spłacanie kredytów czy leasingu. Puste konto sprawia, że firma dostaje zadyszki, a związane z tym straty wizerunkowe to tylko czubek góry lodowej. Brak zaufania ze strony otoczenia oznacza początek poważnych perturbacji biznesowych, które nie zawsze udaje się pokonać bez nadszarpnięcia kondycji firmy – mówi Jakub Kostecki, prezes Kaczmarski Inkasso.

Opóźnione płatności osłabiają firmy

Ponad 18 proc. podmiotów z sektora MSP przyznaje, że klienci płacą im z opóźnieniem bardzo często. W poprzednim badaniu wskazało tak prawie 24 proc. ankietowanych. Z kolei 63 proc. firm potwierdza, że spotykają się z tym problemem sporadycznie lub czasami. Dwa lata temu odpowiedzi takiej udzieliło 48 proc. przedsiębiorstw. To oznacza, że choć samo zjawisko opóźnień w płatnościach się nasiliło i dotyka większej liczby firm, to jego dokuczliwość zmalała.

– To bez wątpienia wpływ dobrej koniunktury. Kiedy gospodarka się rozwija, przedsiębiorcy płacą chętniej. Ale z drugiej strony jeśli ktoś w tak komfortowych warunkach pozwala sobie na to, aby nie płacić w terminie, to gdy tylko pojawi się choćby niewielki kryzys, nie zapłaci na pewno. Dlatego niepokojące jest to, że nadal połowa firm z sektora MSP nie ma opracowanego scenariusza działania, gdy klient im nie płaci. Postępują w myśl zasady „Jak będzie problem, to się będziemy martwić”. Tyle, że to już za późno – przekonuje Jakub Kostecki.

W 4,4 proc. firm do kasy wpływa z opóźnieniem ponad połowa należnych pieniędzy, a 11,8 proc. przedsiębiorców dostaje po terminie od 25 proc. do 50 proc. zapłaty. To znacznie mniej niż w 2015 r., kiedy ten odsetek wynosił odpowiednio 12,6 proc. i 14,2 proc., ale nadal bardzo dużo. Oznacza to, że co 6 polska firma z sektora MSP tak naprawdę co miesiąc walczy o przeżycie, często kredytując się kosztem innych, którym też nie płaci w terminie. Brak pieniędzy na koncie sprawia też, że te przedsiębiorstwa nie rozwijają się, bo nie mają wystarczających środków na inwestycje.

Ręczne sterowanie księgowością

Aby zapobiegać zaległościom, przedsiębiorcy starają się kontrolować stan wpływów na konto. Wykorzystują do tego różne narzędzia. Niemal połowa samodzielnie sprawdza na koncie płatności od kontrahentów lub wspomaga się programem księgowym do monitorowania spływu należności (prawie 40 proc.). Ci, którzy preferują bezpośredni nadzór, codziennie sami logują się na konto bankowe i sprawdzają wpływy (30 proc.) lub zlecają to pracownikom działu księgowości (46 proc.).

– Zadziwiające jest to, że choć zjawisko płacenia po terminie jest powszechne i mocno zakorzenione w rynkowej mentalności, co druga firma nie ma opracowanego planu działania. Zabezpieczenie się na taką okoliczność to przejaw odpowiedzialności za firmę, pracowników i kontrahentów. W biznesie, jak w medycynie, profilaktyka jest zawsze tańsza od leczenia – tłumaczy Jakub Kostecki.

W stosunku do badania sprzed dwóch lat zwiększyła się liczba firm, które opracowały scenariusze działania na wypadek odwlekania zapłaty faktur przez kontrahentów. Aktualnie połowa przedsiębiorców deklaruje, że posiada kryzysowe plany działania w zakresie odzyskiwania należności. W 2015 r. zabezpieczało się niecałe 40 proc. firm.

Dlatego tak ważne jest zarówno sprawdzanie kontrahentów przed zawarciem transakcji, jak i monitorowanie tego, co dzieje się z należnościami. Płynność finansowa stanowi fundament sprawnej gospodarki, a wpływ na to ma każdy, nawet najmniejszy, przedsiębiorca.

 

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., a wynik finansowy netto wyniósł 95,9 mld zł. Inwestycje natomiast spadły o 1 proc. r/r (ceny stałe) – podał GUS.

Wyniki finansowe przedsiębiorstw średnich i dużych (50+) były po trzech kwartałach 2017 r. porównywalne z 1. połową roku, czyli dobre. Przychody wzrosły o 9,4 proc. r/r (nominalnie). Koszty wzrosły dokładnie w takim samym stopniu. Rentowność obrotu netto była jednak niższa niż po 6. miesiącach, bo 4,6 proc. (a nie 4,9 proc.). Płynność finansowa była ciągle wysoka (ponad 36 proc.). Wynik finansowy netto osiągnął poziom 95,9 mld zł, czyli 7 mld zł więcej niż w tym samym okresie 2016 r. Przybyło eksporterów (o ponad 250 firm), a przychody ze sprzedaży na eksport wzrosły o 10,7 proc. Co prawda nieco spadł odsetek firm, które osiągnęły zysk, ale nieznacznie.

Należałoby powiedzieć – oby tak dalej. Niestety, 7. kwartał z rzędu inwestycje przedsiębiorstw spadają. Po 9. miesiącach 2017 r. były one niższe o 1 proc. r/r. Wydaje się, że to niedużo. Jeśli jednak w 2016 r. spadły one o 13,2 proc. w stosunku do 2015 r., a teraz przez wszystkie trzy kwartały wolniej, ale ciągle spadają, to jest się czym martwić.

Wzrostu PKB na poziomie 4,7 proc. w 3. kwartale 2017 r. cieszy. Ale aby utrzymać wzrost gospodarczy na poziomie ok. 4 proc. w okresie dłuższym niż najbliższe 2-3 kwartały potrzebne są inwestycje. Część firm zdaje sobie z tego sprawę, bo np. w sektorze transport i gospodarka magazynowa inwestycje wzrosły o 18,6 proc. r/r (w cenach bieżących; ale po silnych spadkach w 2016 r.), w handlu – o ponad 15 proc., w informacji i komunikacji – o prawie 11 proc. Inwestycje wzrosły także w przetwórstwie przemysłowym, ale dość „skromnie”, bo o 3,3 proc. (w tym samym okresie 2016 r. wzrost ten wyniósł 6,1 proc.).

Natomiast nakłady na inwestycje spadły silnie w górnictwie i wydobywaniu (o prawie 20 proc. r/r) oraz firmach z sektora wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę (o ponad 18 proc. r/r). W obu tych sektorach gospodarki absolutna większość firm, to przedsiębiorstwa w których (współ)właścicielem jest Skarb Państwa. I oba te sektory w sposób coraz bardziej potrzebują wzrostu inwestycji. I to wielomiliardowego wzrostu nakładów na inwestycje.

Według premiera Morawieckiego  inwestycje w gospodarce (w sektorze prywatnym i publicznym łącznie) wyniosą w 2017 r. 355-360 mld zł. To i tak niestety mniej niż wyniosły one w 2015 r., gdy wyniosły one 361,5 mld zł (nominalnie). Czyli w 2017 r. nie uda się osiągnąć poziomu nakładów na inwestycje z 2015 r.

Nie chodzi oczywiście o to, aby „ścigać” się z wynikami osiąganymi w latach poprzednich, ale o to, że polska gospodarka i przedsiębiorstwa w niej działające potrzebują inwestycji. Stopień wykorzystania mocy wytwórczych jest bardzo wysoki (ponad 80 proc.), podaż pracy wyczerpuje się.  A świat cyfryzuje się, robotyzuje i inwestuje w ekologię.

 

autor: dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

 

Jeszcze rok temu byliśmy jednym z największych na świecie tego typu rynków. Ale, według ekspertów, straciliśmy mocną pozycję, bo ustawodawca dotąd nie widział potrzeby wprowadzenia uregulowań prawnych. Tymczasem Japonia, która w 2016 roku była za nami pod względem obrotów, zdążyła uporządkować kwestie legislacyjne. Dzięki temu, już w sierpniu br. miała co najmniej kilkadziesiąt razy większy rynek, niż Polska. W obecnej sytuacji wiele z naszych firm zaczyna głośno mówić o przeniesieniu się zagranicę, np. na Litwę, gdyż tamtejszy rząd aktywnie zaprasza je do współpracy. W związku z tym, możemy znaleźć się na marginesie światowego postępu. Nawet Rosjanie czy Ukraińcy widzą w cyfrowalucie potencjał do wzrostu gospodarczego, a my utknęliśmy w miejscu. Zaczyna doganiać nas już Białoruś, a Litwa – po zaangażowaniu swoich władz – prześcignęła Polskę w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

Zdaniem wielu specjalistów z rynku, poprzednia i obecna władza zbyt mało zrobiły w kwestii prawnego uregulowania cyfrowalut w Polsce. Panuje duża nieufność między rynkiem a administracją tak, jak w wielu dziedzinach gospodarki. Strumień Blockchain/DLT i Waluty Cyfrowe przez kilka pierwszych miesięcy działalności zmniejszał napięcia i zwiększał wzajemne zaufanie. Prof. Krzysztof Piech z Uczelni Łazarskiego w Warszawie dodatkowo obwinia o brak legislacji samą branżę, która nie sformułowała jasnych oczekiwań wobec rządzących. Zdaniem eksperta, część firm nie chciała regulacji, bojąc się nadmiernej restrykcyjności, więc ich nie omawiano. Prace nad tym podjęto dopiero, gdy najwięksi gracze na rynku postanowili przenieść się zagranicę.

– Istnieją opinie, że branża jest za mało zaangażowana w sprawę regulacji cyfrowalut. Mam o tym inne zdanie. Obserwowałem ilość pracy wykonanej oddolnie w celu zainteresowania instytucji państwowych realną oceną potencjału walut cyfrowych w gospodarce. Inicjowane przez branżę próby rozmów z Komisją Nadzoru Finansowego, Narodowym Bankiem Polskim i Ministerstwem Rozwoju zwykle nie były podejmowane. Po bardzo intensywnym okresie pracy w strukturach Strumienia Blockchain/DLT i Walut Cyfrowych, w grudniu 2016 i styczniu 2017 roku, sprawa legislacji znacząco ucichła. Dlatego też w dużej większości branża uważa tamtą aktywność za stracony czas – mówi Mariusz Sperczyński, ekspert międzynarodowego rynku cyfrowalut.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in. zmiany w systemach kształcenia w krajach UE28, jakie dokonały się w ostatnich latach.

Wydatki publiczne na edukację stanowiły w Polsce w 2015 r. 5,2 proc. PKB, a 12,6 proc. całości wydatków publicznych. Średnio w krajach UE było to 4,9 proc. PKB i 10,3 proc. wydatków publicznych. Wskaźniki te wskazują, że w Polsce jest pod względem publicznego finansowania edukacji nieco lepiej niż w całej UE. Pytanie tylko, czy środki te są efektywnie wykorzystywane. I tu także teoretycznie możemy mówić o lepszych wynikach niż średnia dla UE, bowiem w Polsce 14,4 proc. 15-latków miało braki w umiejętnościach w czytaniu i interpretacji, podczas gdy w UE było to średnio 19,7 proc. Problem w tym, że w 2015 r. odsetek ten był w Polsce istotnie wyższy niż w 2012 r. (o ponad 1/3). Podobnie negatywny trend obserwujemy w znajomości matematyki i rozumowaniu w naukach przyrodniczych. To, że średnio w UE jest gorzej nie powinno nas usypiać. Jeżeli bowiem rośnie odsetek młodych ludzi, którzy mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem, z matematyką i naukami przyrodniczymi, to już należy działać, aby te niepokojące zjawiska zahamować. Nie wiem, czy reforma edukacji, którą rząd wprowadził od września 2017 r. pozwoli na to. Ale 15-latkowie mają jeszcze szanse na uzupełnienie swoich umiejętności i doskonalenie wiedzy tak, aby w bardzo szybko zmieniającej się, coraz więcej wymagającej gospodarce znaleźć dla siebie miejsce. Gorzej z osobami dorosłymi.

W Polsce tylko 3,7 proc. osób dorosłych bierze udział w kształceniu ustawicznym. W krajach UE jest to średnio 3-krotnie więcej. Ponadto w Polsce i tak niewielki odsetek osób dorosłych biorących udział w kształceniu ustawicznym zmalał w 2016 r. w stosunku do 2013 r. o prawie 15 proc. Możliwe, że jest to w części efekt sytuacji na rynku pracy, która w 2013 r. była znacznie gorsza (stopa bezrobocia 9,8 proc.) niż w 2016 r. (5,5 proc.). Ponadto w 2013 r. bezrobotnych poszukujących pracy dłużej niż 6 miesięcy było prawie 1 milion. W 2016 r. już tylko 420 tys. Może nie znajdujemy w sobie motywacji do kształcenia przez całe życie, a może nie ma oferty skierowanej do osób dorosłych, która pozwalałaby im w takim procesie świadomie uczestniczyć. Zapewne działają tu obie przyczyny. Świadomości nie da się szybko zmienić, ale można na tę zmianę oddziaływać  poprzez odpowiednie impulsy. Na pewno takim impulsem mogłoby być przemyślane, dostosowane do potrzeb cyfryzującego i robotyzującego się świata i gospodarki, dofinansowywanie kształcenia ustawicznego Polaków. Dzisiaj większość osób które chcą pracować, mogą pracę znaleźć, ale „jutro” będzie to coraz trudniejsze. Przede wszystkim ze względu na brak odpowiednich umiejętności i kompetencji. A do ich budowania potrzebny jest lifelong learing.

Tymczasem rząd planując budżet państwa na 2018 r. zakłada w planie finansowym Funduszu Pracy, który ma dysponować prawie 12 mld zł, że wydatki z niego wyniosą 8,2 mld zł. Mając „rezerwę” 3,6 mld zł rząd jednocześnie obniża o 50 proc. i tak bardzo niskie wydatki na Krajowy Fundusz Szkoleniowy (z 200 mln zł do 100 mln zł). Rząd nie ma też w planach żadnego systemowego programu zapewniającego Polakom kształcenie ustawiczne. Już dzisiaj w Polsce zaczynają działać przedsiębiorstwa, w których na 1 zatrudnionego przypadają 3 roboty.  Może lepiej zamiast zwiększać wydatki społeczne do 75 mld zł zacząć znacznie więcej przeznaczać na kształcenie ustawiczne.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Mimo bardzo dobrej sytuacji w gospodarce i na rynku pracy oraz deklaracji RPP utrzymania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie, banki zapowiadają zaostrzenie swej polityki kredytowej. Ta ostrożność wskazuje na lekki wzrost obaw bankowców dotyczących rozwoju sytuacji.

Z okresowego badania sytuacji na rynku kredytowym przeprowadzanego przez NBP wynika, że doskonała koniunktura gospodarcza, wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz rekordowo niskie stopy procentowe nie usypiają czujności bankowców w kwestii kryteriów i warunków udzielania kredytów. Dotyczy to zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Ostrożna postawa wynika częściowo z obaw związanych z rozwojem sytuacji w gospodarce, a przynajmniej w niektórych jej sektorach, po części zaś z chęci ustrzeżenia się przed konsekwencjami nadmiernego optymizmu kredytobiorców, choć jednocześnie ankietowani bankowcy nie dostrzegają niebezpiecznego wzrostu popytu na kredyty.

Banki po raz pierwszy od ponad półtora roku dostrzegły poprawę koniunktury w gospodarce jako bodziec do nieznacznego złagodzenia kryteriów udzielania kredytów firmom, ale jednocześnie znalazły powody, by nadmiernie nie zachęcać przedsiębiorców do zadłużania się. O ile deklarowane przez część banków zwiększanie wysokości marży można uznać za działanie podyktowane chęcią zwiększenia swoich zysków, o tyle podwyższone wymogi dotyczące wkładu własnego, czy skracanie okresu kredytowania, to wyraźne przejawy ostrożności w finansowaniu. Można przypuszczać, że podyktowana jest ona niepewnością w kwestii utrzymania się dobrej koniunktury i możliwości pojawienia się kłopotów, szczególnie w niektórych branżach. Dość wspomnieć o widocznych już wzroście kosztów, czy trudnościach w pozyskiwaniu przez firmy pracowników, a więc i ograniczonych możliwościach wzrostu produkcji, a nawet realizacji bieżących zamówień. Pod tym względem szczególne obawy bankowców dotyczą przedsiębiorstw budowlanych, najbardziej wrażliwych na tego typu zjawiska. Co więcej, przewidują oni dalsze zaostrzenie polityki kredytowej w kolejnych miesiącach, głównie wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Może to mieć również związek z oczekiwaniem wcześniejszego niż dotąd zapowiadanego podwyższenia stóp przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowodowałoby zwiększenie kosztów finansowania i mogłoby niekorzystnie odbić się na zdolności części firm do jego spłaty.

Już w trzecim kwartale część banków zaostrzyła kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych, ale jednocześnie złagodziła niektóre warunki klientom, spełniającym stawiane wymagania, między innymi obniżając poza odsetkowe koszty finansowania. Bardzo podobnie postępowały wobec najbardziej wiarygodnych klientów ubiegających się o kredyt konsumpcyjny, obniżając także marże, godząc się na dłuższy okres kredytowania i wyższe kwoty zobowiązań. O ile bankowcy nie zamierzają w najbliższej przyszłości podwyższać wymagań dla kredytów hipotecznych, to planują zaostrzenie polityki w przypadku finansowania potrzeb konsumpcyjnych, najwyraźniej dostrzegając w tej kwestii pewne ryzyko, związane z rosnącym prawdopodobieństwem wcześniejszej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Komentarz: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Upadek polskiej branży elektronicznych papierosów, rozwój szarej strefy, drastyczny wzrost kosztów dla użytkowników, a nawet powrót do palenia tytoniu – taki efekt może przynieść znowelizowana ustawa o podatku akcyzowym, która ma wejść w życie już 1 stycznia 2018 r. Producenci apelują do posłów o weryfikację projektu ustawy i racjonalne zmiany.

Rynek e-papierosów rozwija się w Polsce dopiero od kilku lat, jednak już teraz jego wartość jest szacowana na 500 mln zł, plasując nasz kraj w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Polski kapitał rośnie w siłę, a rodzimi producenci płynów do elektronicznych papierosów planują lub już prowadzą działalność eksportową. Liczba użytkowników e-papierosów w Polsce to aktualnie ponad 1,5 mln osób, z czego duża część to byli palacze tradycyjnego tytoniu. Tak dobra sytuacja tego rozwojowego sektora naszej gospodarki może się jednak niebawem diametralnie zmienić.

Ministerstwo Finansów przygotowało znowelizowany projekt ustawy o podatku akcyzowym, w którym zakłada wprowadzenie od 1 stycznia 2018 r. akcyzy na płyny do e-papierosów w wysokości 0,50 zł/ml. Oznacza to wzrost ceny jednej buteleczki liquidu o pojemności 10 ml aż o 5 zł (np. z 10 do 15 zł). Producenci tych wyrobów alarmują, że tak wysoki jednorazowy skok akcyzy, jeden z najwyższych w historii tego podatku w Polsce, negatywnie odbije się na polskiej gospodarce.

Plan Ministerstwa Finansów a rzeczywistość

Branża e-papierosów wspólnie uznaje, że szanse na to, aby projekt znowelizowanej ustawy o podatku akcyzowym w aktualnym brzmieniu przyniósł oczekiwane przez Ministerstwo Finansów rezultaty, zarówno w zakresie ochrony zdrowia, jak i wpływów do budżetu państwa, są bardzo małe.

Drastyczny wzrost cen

Wysoka stawka akcyzy, 0,50 zł/ml e-liquidu, jedna z najwyższych w Europie pod kątem rozporządzalnego dochodu obywateli, przyniesie od 2018 r. drastyczny wzrost cen dla konsumentów.

– Szacunkowe roczne koszty używania płynów do elektronicznych papierosów zwiększą się z 1825 zł do 2775 zł. Oznacza to, że korzystanie z e-papierosów i e-liquidów będzie tylko o 24% tańsze w stosunku do tradycyjnego palenia. W efekcie możemy mieć do czynienia z powrotem Polaków do tytoniu. Tymczasem elektroniczne papierosy są wykorzystywane w terapiach antynikotynowych i, jak podaje Ministerstwo Zdrowia Wielkiej Brytanii, stanowią lepszą i przede wszystkim o wiele mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywę dla tradycyjnych papierosów – mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Rozwój szarej strefy

Po wprowadzeniu akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów Ministerstwo Finansów liczy na wpływy do budżetu państwa rzędu 75 mln zł rocznie. Przykłady innych krajów Unii Europejskiej pokazują jednak, że wprowadzenie za wysokiej jednorazowej stawki podatku może spowodować skutki przeciwne do zamierzonych. We Włoszech (stawka akcyzy 0,37 EUR/ml) doprowadziło to już do wzrostu szarej strefy oraz upadku wielu mniejszych przedsiębiorstw. Włoski rząd spodziewał się wpływów budżetowych w kwocie 86 mln euro za 2015 rok. Rzeczywiste wpływy wyniosły jednak zaledwie 5,18 mln euro, czyli 6% założonego planu.

Widmo zapaści sektora polskiej gospodarki

Zgodnie z projektem ustawy akcyzowej, producenci e-liquidów będą zobligowani do założenia i prowadzenia tzw. składów akcyzowych. Działania przygotowawcze mogą zająć kilka miesięcy, a każdy z przedsiębiorców będzie musiał wyłożyć 50-100 tys. zł oraz dodatkowo 250-300 tys. zł na zabezpieczenie składów.

– W obecnym kształcie projektu ustawy obowiązek podatkowy na dzień 1 stycznia 2018 r. będą mogli spełnić tylko przedstawiciele rynku wyrobów tytoniowych, czyli międzynarodowe koncerny. Natomiast polska branża e-papierosów to w większości małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie posiadają założonych składów akcyzowych. Jest duże prawdopodobieństwo, że potrzebne inwestycje z tym związane będą dla nich wręcz zabójcze. Taka sytuacja z kolei może przyczynić się do powstania tzw. szarej strefy – tłumaczy Justyna Lipowicz. – Trzeba pamiętać, że to sektor MŚP napędza budżet państwa płacąc podatki VAT i PIT oraz tworząc nowe miejsca pracy – dodaje.

Przedsiębiorcy e-papierosowi wskazują, że niesie to ryzyko skupienia krajowego rynku elektronicznych papierosów w rękach kilku zagranicznych koncernów, co wiązałoby się z zahamowaniem rozwoju polskiego kapitału.

Rodzime firmy apelują do posłów

Od momentu publikacji obecnego projektu ustawy o podatku akcyzowym mali i średni producenci płynów do e-papierosów publicznie apelują do rządu o wprowadzenie zmian, które ograniczą negatywne skutki ustawy. W tym celu odbyły się również spotkania z przedstawicielami branży, m.in. w Warszawie i w Katowicach, podczas których firmy tłumaczyły zawiłości ustawy.

– Jako młoda branża jesteśmy głęboko rozczarowani podejściem Ministerstwa Finansów do prac nad ustawą akcyzową bez stosownych analiz rynku, dyskusji z sektorem oraz bez wyciągania wniosków z doświadczeń innych państw w tym zakresiemówi Tomasz Chmal, przedstawiciel firmy A-Sense.

W oficjalnym liście wysłanym do posłów producenci postulują o wprowadzenie stopniowego wzrostu stawki akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów:

  • Etap I 2018 r. – 0,10 zł/ml
  • Etap II 2019 r. – 0,20 zł/ml
  • Etap III 2020 r. – 0,30 zł/ml – akceptowalna przez rynek stawka końcowa

Przedsiębiorcy są przekonani, że tylko takie racjonalne rozłożenie w czasie stawki akcyzy przyniesie pozytywne rezultaty, tj.:

  • dalszy rozwój obiecującej polskiej branży e-papierosów oraz polskiej przedsiębiorczości,
  • osiągnięcie zakładanych wpływów z akcyzy do budżetu państwa,
  • większą akceptację stopniowego wzrostu cen przez konsumentów,
  • łatwiejszy dostęp do wyrobów obarczonych mniejszym, w stosunku do tradycyjnych papierosów, ryzykiem odziaływania na zdrowie.

Ustawa akcyzowa do zmiany

Poważne obawy co do słuszności projektu ustawy podzielają także eksperci podatkowi.

– Płyny do e-papierosów, ale też wyroby nowatorskie powinny być opodatkowane niską, kwotową stawką akcyzy, liczoną dla tych wyrobów odpowiednio od 1 ml lub 1 kg tytoniu. Wprowadzenie niższych niż zaproponowane przez Ministerstwo Finansów stawek akcyzy na te dotychczas nieopodatkowane wyroby zachęcałoby do płacenia podatku i ograniczałoby rozwój szarej strefy. Jednocześnie pozwalałoby Ministerstwu Finansów monitorować rynek i reagować propozycją podwyżki lub obniżenia podatku w zależności od sytuacji – mówi Marcin Zimny, doradca podatkowy, autor publikacji „Akcyza. Komentarz”.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Bank Anglii przymierza się do podniesienia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, co byłoby pierwszym tego typu wydarzeniem od lipca 2007 r. Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce nieco ponad rok temu. Wtedy, w następstwie brytyjskiego referendum stopy procentowe zostały obcięte do rekordowego poziomu 0,25%.

W sierpniu 2016 r. prezes Banku Anglii, Mark Carney oświadczył, że bank centralny podejmie “wszelkie niezbędne działania”, które pozwolą na zapobiegnięcie pobrexitowej recesji w Wielkiej Brytanii. Gospodarka Zjednoczonego Królestwa w tym roku wyraźnie spowolniła, do tej pory nie widać jednak żadnych solidnych dowodów, które sugerowałyby, że recesja w Wielkiej Brytanii jest nieuchronna. W związku z tym, rynki finansowe spodziewają się, że decydenci zagłosują za natychmiastową podwyżką stóp procentowych już w ten czwartek.

Bank Anglii niejako “przygotował” rynki na podwyżkę stóp procentowych – podczas ostatniego spotkania Banku wyraźnie widać było zmianę tonu na bardziej jastrzębi. Samo wrześniowe głosowanie nie przyniosło niespodzianek: Ian McCafferty i Michael Saunders pozostali jedynymi, którzy wyłamali się, głosując za natychmiastową podwyżką stóp procentowych. “Większość” decydentów oceniła, że pozbycie się części środków stymulujących [inflację i gospodarkę] byłoby właściwe w przypadku “stopniowego wzrostu presji inflacyjnej”. Członkowie MPC zwrócili również uwagę na moc gospodarki, cytując oznaki siły w sektorze nieruchomości oraz poprawę na rynku pracy. Od czasu spotkania we wrześniu, członkowie MPC wielokrotnie komentowali kwestię potencjalnych podwyżek stóp procentowych.

Gertjan Vlieghe, który jest uznawany za jednego z najbardziej gołębich członków komitetu decyzyjnego ostrzegł we wrześniu, że “nadchodzi moment, w którym [referencyjna] stopa procentowa może wzrosnąć”. Nowy członek MPC, Silvana Tenreyro, stwierdziła w październiku, iż w “nadchodzących miesiącach” może poprzeć podwyżkę stóp procentowych, jeśli w związku z sytuacją na rynku pracy wzrośnie presja cenowa.

Sam prezes Carney również stwierdził, że gospodarka Wielkiej Brytanii znajduje się blisko “punktu zwrotnego, w którym pozbycie się części środków stymulacyjnych byłoby konieczne lub usprawiedliwione”. Ta wyraźna zmiana tonu sugeruje, że większość członków komitetu decyzyjnego może skłaniać się w stronę zacieśnienia polityki monetarnej już podczas spotkania w tym tygodniu. W naszej opinii członkowie BoE powinni przegłosować podwyżkę. Bardziej gołębi członkowie: Jon Cunliffe, Sir David Ramsden i Silvana Tenreyro prawdopodobnie  wstrzymają się i zagłosują za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Deficyt finansów publicznych ma wynieść w 2017 r. 51,2 mld zł – podał Eurostat w październikowym „Reporting of Government Deficits and Debt Levels”.

Państwa członkowskie UE przekazują Eurostatowi 2 razy w roku – w marcu i we wrześniu – sprawozdania z danymi dotyczącymi prognozowanego w danym roku deficytu finansów publicznych, z jego składowymi – deficytem budżetu państwa, deficytem budżetów samorządowych oraz deficytem funduszu ubezpieczeń społecznych. Przekazywanie danych dotyczących prognozowanej w danym roku sytuacji finansów publicznych jest elementem monitoringu fiskalnego w UE ustanowionego na potrzeby decyzji dotyczących wyłączania lub włączania procedury nadmiernego deficytu wobec krajów członkowskich UE.

W październikowej projekcji sytuacji finansów publicznych przekazanej Eurostatowi przez Ministerstwo Finansów we wrześniu br. zapisano deficyt w 2017 r. na poziomie 51,2 mld zł. W projekcji kwietniowej (dane z marca) było to 56,8 mld zł, co oznacza, że sytuacja finansów publicznych w ocenie MF dokonanej po 8 miesiącach br. była lepsza (o 5,6 mld zł) niż po 3 miesiącach br.

W tym kontekście bardzo ciekawe jest to, co zapisano w sprawozdaniu dla Eurostatu w pozycji: nakłady brutto sektora finansów publicznych na środki trwałe, czyli inwestycje. Mają one wynieść w 2017 r., wg projekcji październikowej, 80,7 mld zł, czyli o prawie 20 mld więcej niż w 2016 r., ale niestety tylko 1,6 mld zł więcej niż w 2015 r. (nominalnie). Problem w tym, że w projekcji kwietniowej planowane nakłady brutto na środki trwałe wynosiły 86,5 mld zł, czyli o 5,8 mld zł więcej niż plany październikowe. Oznacza to, że spadek planowanego w 2017 r. deficytu sektora finansów rządowych i samorządowych to efekt obniżenia wydatków tego sektora na inwestycje. A inwestycji polska gospodarka potrzebuje jak nigdy wcześniej.

Przedstawiciele rządu w komentarzu do planowanego i przedstawionego Eurostatowi deficytu finansów publicznych w 2017 r. informowali, że ostatecznie będzie on jeszcze niższy niż 51,2 mld zł. Może warto zapytać rząd, co jest przyczyną coraz lepszych prognoz dotyczących deficytu instytucji rządowych i samorządowych. Na ile są one efektem dalszego ograniczania nakładów na inwestycje, na ile efektem opóźniania zwrotu podatku VAT przedsiębiorcom, a na ile efektem bardzo dobrej koniunktury gospodarczej i przede wszystkim domykania luk podatkowych. Te dwa ostatnie czynniki poprawiające sytuację finansów publicznych bardzo by cieszyły, dwa pierwsze to poważne zmartwienie.

Patrząc na wykonanie budżetu państwa za 8 miesięcy 2017 r. widzimy, że jego dochody były wyższe od planowanych w harmonogramie o 21,5 mld zł. Głównym źródłem wzrostu był VAT. Wpływy z tego podatku wzrosły r/r o 23,5 proc., podczas gdy sprzedaż detaliczna wzrosła w tym samym okresie o 8,2 proc. (ceny bieżące). Zatem koniunktura gospodarcza jest na pewno źródłem wzrostu wpływów do budżetu państwa z podatku VAT, ale nie w osiągniętym stopniu (23,5 proc. r/r). Pozostaje zatem efekt domykania luk podatkowych, a także efekt opóźnień zwrotów VAT. Łącznie mogło to dać ok. 10 mld zł. Pytanie ile z tego odbywa się kosztem przedsiębiorców i ich płynności finansowej.

Dochody budżetu państwa z podatku PIT wzrosły w ciągu 8. miesięcy 2017 r. o 8,3 proc. r/r. W tym czasie fundusz płac w przedsiębiorstwach 10+ wzrósł o 10 proc. Można zatem przyjąć, uwzględniając słabsze zapewne tempo wzrostu funduszu wynagrodzeń w sektorze mikroprzedsiębiorstw i w sektorze publicznym, że wpływy budżetowe z podatku PIT rosną w tempie zgodnym z sytuacją na rynku pracy. Także dochody do budżetu państwa z podatku CIT wzrosły w okresie styczeń-sierpień 2017 r. w tempie porównywalnym do wzrostu wyniku finansowego brutto firm.

Widzimy zatem, że relatywnie dobre wyniki finansów publicznych mają dwa główne źródła – niską skłonność do inwestycji sektora instytucji rządowych i samorządowych oraz wyższe wpływy z podatku VAT. W tym drugim przypadku nie wiemy jednak w jakim stopniu poszczególne elementy (koniunktura gospodarcza, domykanie luki podatkowej, opóźnienia w zwrocie VAT przedsiębiorcom) wpływają na wzrost wpływów budżetowych z VAT. A warto to wiedzieć, bo można wtedy ocenić, czy źródła te są trwałe czy też jednorazowe.

Deficyt sektora finansów publicznych będzie w 2017 r. znacznie niższy od planowanych w ustawie budżetowej na 2017 r. 59,3 mld zł. To już wiemy z danych przekazanych Eurostatowi przez MF (51,2 mld zł). Z przekazów medialnych od członków rządu wiemy, że może on być jeszcze niższy niż 51,2 mld zł. Jeśli spadek deficytu sektora finansów rządowych i samorządowych ma trwały, strukturalny charakter, należy chwalić rząd jak nigdy dotąd. Jeśli jednak ten niższy deficyt jest budowany przede wszystkim na koniunkturze gospodarczej, która jest przecież zmienna oraz na opóźnieniach w zwrocie VAT, a przede wszystkim na ograniczaniu wydatków na inwestycje, to niestety mamy problem.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Tegoroczna siła blue chipów jest imponująca. Pomimo delikatnych spadków obserwowanych we wrześniu, WIG20 wciąż jest na solidnym plusie. Ostatnio zauważyliśmy jednak istotną zmianę jakościową. Inwestorzy stali się bardziej wybredni. Nie kupują już hurtem wszystkich spółek z WIG20 tylko dlatego, że charakteryzują się wysoką płynnością. Zaczynają coraz uważniej patrzeć na fundamenty – wyniki raportowane przez poszczególne blue chipy oraz perspektywy dla poszczególnych sektorów. Obrazują to notowania z ostatniego miesiąca. Podczas gdy rafinerie i spółki chemiczne były mocne, energetyka i banki już nie.

W najbliższym czasie trzeba się nastawić na bardziej selektywne podejście do inwestowania w WIG20, chociaż w dalszym ciągu przeważają argumenty za wzrostami. Gospodarka jest na fali wznoszącej, a akcje dużych spółek nie są jeszcze drogie. W USA osiągamy kolejne szczyty na giełdowych indeksach. Ostatnio poprawił się także sentyment na giełdach w Europie .

Wybrane „misie” pokażą pazur

Indeks WIG20 od początku roku wciąż prezentuje się znacznie lepiej niż indeksy grupujące średnie i małe spółki. Natomiast już w końcówce roku giełdowe „misie” mogą odzyskać nieco blasku. Sygnał do odbicia powinny dać lepsze wyniki finansowe za trzeci kwartał. Oczywiście ich poprawa będzie dla spółek sporym wyzwaniem – nie tak łatwo w ciągu zaledwie kilku miesięcy uporać się z rosnącymi kosztami pracy czy surowców i zwiększyć zyskowność biznesu. Z rozmów ze spółkami wiemy jednak, że w wielu z nich trwają intensywne prace, które mają dostosować ceny towarów i usług do nowych warunków. Na korzyść mniejszych firm przemawia też stabilizacja kursów walutowych. Z pewnością cieszy ona eksporterów i spółki osiągające przychody w innych walutach,

Odbicie w segmencie średnich i małych spółek powinna dodatkowo wesprzeć gra inwestorów pod tzw. efekt stycznia. W styczniu wielu inwestorów, szczególnie instytucjonalnych, wdraża w życie nowe strategie inwestycyjne i uzupełnia swoje portfele akcjami perspektywicznych spółek. Zwiększony popyt skumulowany w krótkim czasie potrafi wywołać dynamiczne wzrosty cen i giełdowych indeksów.

Jest jeden warunek – spółki będą musiały spełnić swoje obietnice dotyczące zysków i udowodnić, że potrafią się dostosować do trudniejszego otoczenia rynkowego. Trzeba mieć świadomość, że ta sztuka nie uda się wszystkim. Dlatego, podobnie jak w segmencie blue chipów, należy postawić na dokładną selekcję.

 

Autor: Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami  jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.

Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.

Różna inflacja w różnych regionach

Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.

Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.

Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.

Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą

Niemniej zaskakują również dane o tempo wzrostu cenz USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.

Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.

Amerykańska przepaść w zarobkach

Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).

Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.

Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.

Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla Polski. Instytucja wydała jednak nowe prognozy dla naszego kraju na lata 2017 – 2018. Według analityków tego podmiotu, wzrost polskiego PKB w bieżącym roku wyniesie nie 3,2% jak początkowo zakładano, a 4,3%. Z kolei, w 2018 r. dynamika dochodu narodowego wyniesie 3,5% (wcześniej było to 3,1%). Niniejsze projekcje dają powody do zadowolenia, choć nie da się ukryć, że przyjęta prognoza na rok bieżący wydaje się być niezmiernie optymistyczna, zwłaszcza że sam minister finansów oczekuje dynamiki PKB nieco wyższej niż 3,7%, a gospodarka po dwóch świetnych kwartałach wydaje się wysyłać pierwsze sygnały przegrzania.

Mimo wszystko, należy podkreślić, że aktualnie jesteśmy świadkami bezprecedensowej sytuacji. Mamy nie tylko solidny wzrost gospodarczy, ale również rekordowo niskie bezrobocie, któremu towarzyszy systematyczny wzrost wynagrodzeń oraz dochodu rozporządzalnego. Do tego, należy doliczyć niskie stopy procentowe oraz stabilną i nieszkodliwą inflację. Oczywiście nadal można wymienić wiele mankamentów np. stagnację inwestycji, czy też wysokie zadłużenie Skarbu Państwa, jednak ogólny obraz koniunktury jest dosyć imponujący. Nie stanowi zatem zaskoczenia fakt, że blisko połowa Polaków (49%) bardzo dobrze ocenia stan polskiej gospodarki – wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS. To najwyższy rezultat od 1989 r.

Kwartalna dynamika PKB znajduje się w trendzie wzrostowym od drugiej połowy 2016 r. Jej dekompozycja potwierdza, że motorem napędowym wzrostu gospodarczego jest konsument. To efekt pozytywnych tendencji na rynku pracy oraz hojnej polityki społecznej. Warto zauważyć, że efekty owej polityki będą w coraz mniejszym stopniu wpływały na tempo wzrostu PKB. Za nami bowiem pełen rok funkcjonowania programu ,,Rodzina 500 Plus”, zatem mamy wyższą bazę porównawczą. Ponadto, stopa bezrobocia od trzech miesięcy pozostaje na niezmienionym poziomie (7,1%). Zjawisko to równie rzadkie w okresie letnim, jak sam bardzo niski poziom tego wskaźnika po 1989 r. Czy zatem stopa bezrobocia osiągnęła już swój dołek? Niewykluczone, zwłaszcza że pracodawcy mają coraz większe trudności w znalezieniu pracowników.

Przyglądając się dekompozycji PKB, można zauważyć bardzo dynamiczny wzrost wpływu zapasów na wartość dochodu narodowego. Z teorii ekonomii oraz z analizy historycznej wynika, że takowa sytuacja poprzedza szczyty koniunkturalne. Na uwagę zasługuje także wartość eksportu netto i jego wpływ na dynamikę PKB. Ten bowiem był ujemny (-1,5%) w drugim kwartale 2017r. Polska coraz więcej importuje, bowiem gospodarka prawdopodobnie wykorzystuje większość swoich mocy produkcyjnych, zwłaszcza w dobie braku inwestycji przedsiębiorstw. To również sytuacja, która w przeszłości bardzo często sygnalizowała przegrzanie gospodarki. Dlatego też niniejsze dane należy potraktować jako swego rodzaju lampkę ostrzegawczą.

Aktualnie nie trudno odnaleźć przesłanki, które można uznać za pierwsze syndromy przegrzania gospodarczego. Czy zatem po kilku udanych kwartałach czeka nas recesja? Niewykluczone, że w drugiej połowie roku dynamika PKB osłabnie, lecz w szerszej perspektywie odpowiedź na to pytanie może być przecząca. Redystrybucja środków unijnych jest opóźniona. Jeżeli ta przyśpieszy w najbliższych kwartałach, to wysokie tempo wzrostu gospodarczego powinno zostać utrzymane. Niemniej tym razem katalizatorem będzie wzmożona konsumpcja rządowa oraz inwestycje, którym nadal de facto będzie towarzyszyć silny konsument. Zatem wydaje się, że wysoki wzrost gospodarczy może mieć nieco dłuższą przyszłość, zwłaszcza jeżeli nie wyhamują dotychczasowe pozytywne trendy makroekonomiczne w Europie, Stanach oraz Chinach.

Słowem podsumowania, polska gospodarka wysyła pierwsze oznaki przegrzania, lecz ze względu na nadchodzące wydatkowanie środków unijnych ewentualna zadyszka gospodarcza będzie prawdopodobnie tylko przejściowa (np. w drugiej połowie roku). Raczej nie należy oczekiwać typowej recesji, znanej jako jeden z etapów długoterminowego cyklu koniunkturalnego. Ważniejszym pytaniem pozostaje: jak Polska poradzi sobie w nowej perspektywie unijnej, która najprawdopodobniej nie będzie już tak hojna? Dodatkowym wyzwaniem pozostanie potencjalny problem braku rąk do pracy, spotęgowany przez niekorzystne tendencje demograficzne i decyzję o obniżeniu wieku emerytalnego. Ten w szerszej perspektywie może istotnie spowolnić wzrost gospodarczy nad Wisłą. Powyższe aspekty powinny być przedmiotem debat publicznych oraz jednym z głównych tematów wśród osób odpowiedzialnych za politykę gospodarczą, zwłaszcza jeżeli te decydują się na przygotowywanie wieloletnich planów rozwojowych kraju.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w sierpniu 2017 r. o 1,8 proc. r/r, a w stosunku do lipca br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Sierpień był podobny w zmianach cen dóbr i usług konsumpcyjnych do lipca. Inflacja w sierpniu 2017 r. była nieco wyższa niż w czerwcu i lipcu (r/r). W stosunku do lipca br. ceny natomiast spadły o 0,2 proc., podobnie jak działo się to w dwóch poprzednich miesiącach. Mieliśmy prawdopodobnie do czynienia ponownie z nieznacznym spadkiem m/m cen żywności i cen paliwa oraz cen odzieży i obuwia (wyprzedaże). Natomiast r/r ceny żywności wzrosły w nieco większym stopniu niż w lipcu (baza wyższa). Podobnie ceny paliwa. I to z tego powodu inflacja w sierpniu była wyższa niż lipcu br. (1,8 proc. wobec 1,7 proc.).

Nie ma przesłanek do prognozowania zmian w tempie inflacji. Co prawda huragan w Teksasie ograniczył czasowo wydobycie ropy naftowej z dna Zatoki Meksykańskiej, a tym samym jej podaż, ale jednocześnie koniec wakacji obniża popyt na paliwo. Poza tym USA ma dość pokaźne zapasy tego surowca. Nie powinniśmy zatem spodziewać się istotnych, trwałych zmian cen paliwa. Od września mogą natomiast nieco szybciej rosnąć ceny żywności, bo nie ma niestety urodzaju owoców. Ciągle także na wzrost cen żywności r/r przekładać się będą wyższe ceny produktów mlecznych. Tym samy pokaźny, bo ok. 5 proc. wzrost wynagrodzeń będzie „zjadany” na poziomie 1,8-2,0 proc. przez inflację. Na razie na szczęście optymizm gospodarstw domowych dotyczący ich zdolności do konsumpcji nie mija (koniunktura konsumencka ciągle pozytywna), więc gospodarka może liczyć na utrzymanie w 2. połowie 2017 r. wzrostu spożycia indywidualnego na poziomie powyżej 4 proc.

Ta stabilizacja jest dużym ułatwieniem dla Rady Polityki Pieniężnej i jej deklaracji, że stopy procentowe nie będą jeszcze długo zmieniane.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W 1. kwartale 2017 r. liczba pracujących wzrosła o 269 tys. r/r, w tym kobiet o 115 tys. Jednocześnie inwestycje przedsiębiorstw spadły w 1. kwartale o 0,4 proc. – podał GUS.

Badania koniunktury gospodarczej prowadzone przez GUS, wskazują co miesiąc od początku roku, że wszystkie sektory gospodarki, poza firmami działającymi na rynku finansowym i ubezpieczeniowym, przewidują dalszy wzrost zatrudnienia. Przetwórstwo przemysłowe, budownictwo, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa hotele i restauracje, informacja i komunikacja – wszystkie potrzebują pracowników. Jednocześnie we wszystkich tych sektorach coraz poważniejszą barierą rozwoju jest niedobór pracowników, szczególnie niedobór wykwalifikowanych pracowników. Także wskaźniki PMI co miesiąc potwierdzają zainteresowanie firm z sektora przemysłowego wzrostem zatrudnienia. Cały czas zatem utrzymuje się popyt na pracę.

Rynek na razie jeszcze na ten popyt odpowiada, co cieszy. Ale za chwilę chętnych do pracy zacznie realnie brakować. Bez inwestycji gospodarka zacznie hamować, nie mówiąc o budowaniu potencjału wzrostu na kolejne lata. Co prawda w 1. kwartale 2017 r. kilka branż przemysłowych silnie zwiększyło nakłady na inwestycje (np. producenci koksu i produktów rafinacji ropy naftowej – o ok. 25 proc. r/r, producenci farmaceutyków – o ponad 60 proc., czy producenci urządzeń elektrycznych – o prawie 45 proc.), jednak inwestycje w sektorze przedsiębiorstw spadły łącznie o 0,4 proc. r/r. W 2. kwartale br. nakłady inwestycyjne prawdopodobnie były większe, ale mamy dużo do nadrobienia po 2016 r., gdy inwestycje przedsiębiorstw spadły o ponad 13 proc. r/r. I nie wiemy, czy i jak na skłonność firm do inwestowania wpłyną zmiany w prawie dotyczące systemu sądownictwa.

Dane dotyczące rynku pracy i inwestycji wskazują, że przedsiębiorcy, nawet ci inwestujący, ciągle opierają swoje możliwości zwiększania produkcji przede wszystkim na wzroście zatrudnienia. W 1. kwartale 2017 r. liczba pracujących wzrosła o 269 tys. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. Z jednej strony to bardzo cieszy, bo aktywność zawodowa w Polsce jest ciągle bardzo niska – pracuje lub szuka pracy jedynie nieco ponad 56 proc. ludności w wieku produkcyjnym. Z drugiej strony wskazuje to, że wzrost produkcji odbywa się ciągle przede wszystkim metodami ekstensywnymi, czyli przez wzrost zatrudnienia, co już nie jest tak pozytywne.

Plusem tego „modelu” wzrostu możliwości produkcyjnych są naprawdę ciekawe zmiany na rynku pracy:

  • przede wszystkim zaktywizowały się kobiety – w 1. kwartale 2017 r. do pracujących prawie 7,3 mln kobiet dołączyło 115 tys. kolejnych pań (tych wcześniej poszukujących pracy, ale także tych wcześniej biernych zawodowo),
  • liczba biernych zawodowo generalnie spada, a w największym stopniu w grupie 45-59/64 lata, a także w grupie niepełnosprawnych (o prawie 5 proc.),
  • przemysł i usługi zaczęły „wysysać” pracowników z niskoefektywnego obszaru naszej gospodarki, czyli z rolnictwa, gdzie zatrudnienie spadło (o 26 tys. osób), a prawdopodobnie także spośród członków rodzin pomagających przedsiębiorcom prowadzącym działalność gospodarczą (spadek niewielki, bo o 5 tys., ale jednak spadek),
  • zmienia się struktura zatrudnienia – zdecydowanie rośnie zatrudnienie na czas nieokreślony (wzrost o ponad 350 tys.), a maleje zatrudnieni na czas określony (spadek o 111 tys.).

To naprawdę zmiany na rynku pracy, które mogą cieszyć. A wszystko to dzieje się przy spadku liczby osób poszukujących pracy innej niż obecnie z powodu poszukiwania lepszych warunków finansowych. Oznacza to, że istniejące warunki finansowe, a zapewne także istniejące perspektywy ich poprawy u danego pracodawcy są dla coraz większej części pracowników satysfakcjonujące. Jest to także sygnał, że przedsiębiorstwa poszukujące pracowników mogą mieć problem z ich „podkupowaniem” na rynku.

Jedyne co w tym pozytywnym obrazie rynku pracy martwi, to wzrost liczby biernych zawodowo z powodu obowiązków rodzinnych i związanych z prowadzaniem domu (o 90 tys.). Pokazuje to, że program Rodzina 500+ jest ciągle dla części gospodarstw domowych atrakcyjniejszy niż rynek pracy. Ale przede wszystkim pokazuje, że infrastruktura opieki nad dziećmi i nad osobami starszymi jest w Polsce niewystarczająca. Zatem w nią także warto i należy zainwestować. Będziemy mieć wtedy dwa tego pozytywne skutki – wzrosną inwestycje wspierając wzrost gospodarczy, a także zwiększy się liczba osób aktywnych zawodowo. Gra jest warta świeczki.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...