czwartek, Grudzień 19, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "giełda"

giełda

Jedna z rynkowych zasad głosi, że spadki na giełdach kończą się w momencie, kiedy dobrze zostaną poznane ich przyczyny. Na pierwszy rzut oka może wydawać się to nieco śmieszne, gdyż wyjaśnień ruchów na rynkach można codzienne znaleźć od groma. Problem w tym, że nierzadko są one nieprecyzyjne bądź wręcz błędne. Warto w tym kontekście prześledzić historię ostatniego „krachu”.

W dość częstej opinii rozpoczął się on w piątek po publikacji comiesięcznego raportu z rynku pracy, w którym uwagę inwestorów zwrócił najsilniejszy wzrost płac od 2009 roku. Miałoby to wpłynąć na wzrost oczekiwań inflacyjnych i w konsekwencji również ilości podwyżek stóp procentowych w USA. Z kolei silniejsza skala zacieśnienia monetarnego wywołała odwrót od ryzyka na parkietach giełdowych. Z tym tłumaczeniem jest jednak kilka problemów. Po pierwsze, pierwsza silniejsza wyprzedaż miała miejsce dzień wcześniej w Europie. Zbiegło się to z początkiem kolejnego miesiąca kalendarzowego i już wówczas złamane zostały ważne techniczne wsparcia w przypadku DAX-a czy WIG20. Po drugie, dla uważnego obserwatora piątkowe dane z USA wcale nie miały wymowy proinflacyjnej.

Aby to zrozumieć trzeba mieć świadomość, że zarobki podawane są jako średnia za jedną godzinę pracy. Wspomniana średnia wzrosła w styczniu o 2,9% rok do roku, co w istocie było przyspieszeniem względem wcześniejszych odczytów. Miało ono jednak naturę bardzo techniczną. Otóż nastąpił silny spadek ilości godzin przeprowadzonych przez Amerykanów. Był on najsilniejszy od początku ubiegłego roku, nie licząc września, w którym niski odczyt wynikał z huraganowych zniszczeń. Zresztą spadała też ogólna wielkość zarobków, ale mniej niż ilość godzin pracy, i stąd obserwowany wzrost średniej płacy za przepracowaną godzinę.

Sam raport był dodatkowo pod wpływem obserwowanego w ostatnim czasie uderzenia zimy w USA, więc nie warto na jego bazie wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Efektywny rynek nie powinien przynajmniej tego robić. Co więc było prawdziwą przyczyną spadków? Odpowiedź wszyscy poznali we wtorek. Była nią implozja popularnych ostatnimi czasy funduszy zarabiających na spadku rynkowej zmienności. Strategia ta była bardzo zyskowna z uwagi na niemalże niczym nieprzerwany, jednostajny i spokojny wzrost najważniejszych indeksów.

Koniec tej sielanki musiał kiedyś nastąpić, a że trwała ona nadzwyczaj długo, to i zakończenie było gwałtowne. Co ważne, wyraźnie spokojniejsze były rynki walut oraz surowców. Oznacza to, że giełdowych zniżek nie można wiązać z obawami o osłabienie koniunktury gospodarczej. To teoretycznie dobra wiadomość, ale gdyby za miesiąc nie zmienił się obraz wspomnianego wyżej raportu z rynku pracy, to jego wymowa nie byłaby korzystana dla perspektyw dla wzrostu czy inflacji, co lekki niepokój może już budzić.

 

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

                                                                                                                    

 

Najmniej ryzykowne – bankowe lokaty – w 2018 roku najpewniej wciąż będą generowały straty. 

Weźmy za przykład najświeższe dane NBP na temat depozytów zakładanych w listopadzie 2017 roku. Przeciętne oprocentowanie rocznych lokat wynosiło jedynie 1,67%. Od tego odjąć trzeba jeszcze 19% podatku. Efekt? 1,35% zysku „na rękę”. Przy rocznym depozycie na 1000 zł możemy więc otrzymać 13,5 zł odsetek po opodatkowaniu. To za mało, aby zachować wartość nabywczą pieniędzy. Za rok inflacja ma bowiem opiewać na około 2,5% – wynika z projekcji inflacji NBP. To oznacza, że wzrost cen pochłaniać będzie wartość pieniądza dwa razy szybciej, niż banki dopisywać będą odsetki do oszczędności. Taka sytuacja zniechęca do odkładania pieniędzy. Jedyną nadzieją na odejście z bankowego okienka bez realnych strat jest poszukiwanie promocyjnych ofert, które jak „grzyby po deszczu” wyrastają, kusząc nowych klientów lub też obecnych, do wpłacania na posiadane konta nowych środków.

Przed inflacją ochroni obligacja

W takim otoczeniu rośnie popyt na zapomniane przez lata obligacje skarbowe. Już rok 2017 był pod tym względem rekordowy, a bieżący ma szanse poprawić ten wynik. Niepełne wciąż dane za rok 2017 pokazują, że Minister Finansów sprzedał obligacje detaliczne za kwotę prawie 6,2 mld złotych, a gdy dowiemy się ile papierów znalazło właściciela w grudniu, kwota ta najpewniej wzrośnie do prawie 7 mld złotych. Tym samym ustanowiony zostanie rekord. W przeciągu ostatniej dekady sprzedaż obligacji za ponad 6 mld złotych udała się tylko w 2008 roku.

Co Polacy widzą w obligacjach skarbowych? Minister oferuje klientom detalicznym aż 7 różnych typów papierów. Różnią się one przede wszystkim horyzontem inwestycyjnym i oprocentowaniem. Te o najkrótszym okresie zapadalności (3 miesiące i 2 lata) są dość skromnie oprocentowane na 1,5% i 2,1% w skali roku. Po potrąceniu podatku dają one więc zarobek zbyt niski, aby pokonać aktualną inflację. Tarczą przed utratą wartości pieniądza okazać się mogą papiery o dłuższej zapadalności. I tak na przykład obligacja 4-letnia jest w pierwszym roku oprocentowana na 2,4%, ale później jej zyskowność przekraczać będzie inflację o 1,25 pkt. proc. To oznacza, że inflacja musiałaby podskoczyć do poziomu prawie 6,6%, aby ten papier wartościowy, po potrąceniu podatku, zaczął generować straty dla swojego właściciela. To jednak i tak nic w porównaniu do oferty skierowanej do beneficjentów programu 500+. Mogą oni kupić 12-letnie papiery, które w pierwszym roku dają zarobić 3,2%, a potem ich oprocentowanie wyznaczane jest poprzez dodanie 2 pkt. proc. do wskaźnika inflacji. W tym wypadku konieczna byłaby już spora – ponad 10-proc. – inflacja, aby zainwestowane pieniądze zaczęły tracić na wartości.

Wyobraźnię rozpalają też obligacje korporacyjne, a więc te emitowane przez firmy. Ich oprocentowanie jest najczęściej wyższe niż papierów oferowanych przez Skarb Państwa. Dodatkowy zysk jest jednak pokłosiem wyższego ryzyka inwestycyjnego.

Giełda na fali

Obligacje to niejedyny kierunek, w którym zmierzają oszczędności Polaków. Dobry czas trwa też dla bardziej ryzykownych sposobów pomnażania kapitału. Dotyczy to chociażby funduszy inwestycyjnych, do których napłynęło w 2017 roku kilkanaście miliardów złotych nowych środków. O ile nie stanie się nic niespodziewanego, także fundusze mogą zaliczyć rok 2018 do udanych. Popyt na jednostki uczestnictwa to jednak nie wszystko. Przed sektorem stoi szereg zmian prawnych, których wdrożenie oznaczać będzie sporo pracy.

W dobrych nastrojach rok zaczął też warszawski parkiet. Po zakończeniu 2017 roku wzrostem szerokiego rynku WIG o ponad 23%, pierwsze dni bieżącego roku przyniosły kolejne wzrosty. Sprzyja im dobra koniunktura, niskie stopy procentowe i napływ kapitału. Widać to także w obrotach na parkiecie. Po latach posuchy pierwsze półrocze 2017 roku (świeższych danych nie ma) przyniosło spory wzrost obrotów na parkiecie. Dotyczy to wszystkich uczestników rynku, ale szczególnie cieszy wynik zanotowany w gronie inwestorów indywidualnych. Podczas gdy w pierwszej połowie 2016 roku zanotowaliśmy najniższy od dekady poziom obrotów generowanych przez „Kowalskich”, to już w rok później był on dwukrotnie wyższy osiągając prawie 45 mld złotych. To najwięcej od ponad 5 lat.

Obosieczny miecz RPP

Wszyscy inwestorzy powinni pamiętać, że obecny okres prosperity i niskiego kosztu pieniądza będzie kiedyś miał swój kres. Planując swój portfel inwestycyjny na rok 2018 warto pamiętać o tym, że coś może pójść „nie tak”. Doskonale można zobrazować to na przykładzie osób inwestujących na rynku mieszkaniowym – szczególnie z pomocą finansowania bankowego. Choć ostatnie lata mogły uśpić czujność kredytobiorców, to powinni oni pamiętać, że mechanizm, który od 2012 roku działał na ich korzyść, potrafi też działać w drugą stronę. Dzisiejsze prognozy sugerują, że na podwyżki stóp procentowych przyjdzie jeszcze poczekać, ale gdy już do nich dojdzie, wielu kredytobiorców czeka niemiła niespodzianka. Wciąż trwający okres najniższego kosztu pieniądza w historii warto wykorzystać do zebrania pieniędzy, które w przyszłości pomogą regulować rosnące raty lub posłużą do częściowej choć nadpłaty kredytu. Przeprowadźmy symulację. Pod koniec 2016 roku przeciętny złotowy kredyt mieszkaniowy opiewał na 160 tys. zł – więcej niż w 2012 roku, bo w międzyczasie Polacy zadłużali się na coraz wyższe kwoty, co podbiło średnią. W ostatnich dniach ubiegłego roku przeciętne oprocentowanie kredytu mieszkaniowego opiewało na 3,8% i wciąż trzeba było go jeszcze spłacać przez 216 miesięcy. Przeciętną ratę można było więc oszacować na około 1020 zł – wynika z szacunków Open Finance. Co stałoby się gdyby oprocentowanie wzrosło o 0,25 pkt. proc? Rata statystycznego kredytobiorcy wzrosłaby o około 20 zł. Kwota nie powala, ale przy łącznych podwyżkach o 1 pkt. proc. rata wzrosłaby już o ponad 80 zł. Gdyby jednak koszt pieniądza wrócił do poziomu sprzed niecałych 5 lat (z końca 2012 roku), to rata wzrosłaby o ponad 280 zł, czyli już o blisko 30%.

Podwyżki stóp procentowych byłyby także złą informacją dla posiadaczy obligacji o stałym oprocentowaniu (ich wartość spadłaby w obliczu nowej oferty papierów z wyższym oprocentowaniem) oraz inwestorów giełdowych. Historia pokazuje bowiem, że wystarczy kilka podwyżek stóp procentowych, aby przekuć hossę w bessę.

 

 

 

 

Źródło: na podstawie materiałów prasowych Open Finance

Kobiety dostaną o 80 proc. niższe emerytury niż mężczyźni. Z wyliczeń ZUS wynika, że kobiety mają dostać średnio 1540 złotych a mężczyźni  2820 złotych. Jedyne co możemy zrobić to zacząć oszczędzać. Które inwestycje są najbardziej opłacalne?

Polacy gdy chodzi o ich finanse najczęściej wybierają bezpieczeństwo. Najbardziej popularnym sposobem oszczędzania są lokaty i konta oszczędnościowe.

– Zarówno lokaty jak i konta oszczędzające nie oferują zbyt wysokich stop zwrotu. Można zaryzykować stwierdzenie, że tak na prawdę jesteśmy poniżej rzeczywistej inflacji – mówi Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Swoje oszczędności można też pomnażać na giełdzie. W tym przypadku możemy w krótkim czasie osiągnąć bardzo duże zyski ale także musimy liczyć się z ryzykiem straty.

– Giełda wymaga wiedzy, doświadczenia, często wyższego nakładu kapitału i czasu. Czas jest niezbędny inwestorom do tego, żeby to wszystko monitorować. Z drugiej strony znajduje się chociażby złoto. Inwestycja nie wymaga zbyt dużej wiedzy. W długim horyzoncie czasowym przynosi zdecydowanie ponadprzeciętne stopy zwrotu. Dodatkowo osoba, która zdecydowała się uwzględnić złoto w swoim przyszłym portfelu emerytalnym może cieszyć się zyskiem, który jest zwolniony z podatku dochodowego – wyjaśnia Robert Śniegocki.

Im później zaczynamy oszczędzać na emeryturę tym większe sumy powinniśmy odkładać. Jeżeli zaczynamy to robić wcześniej. Mamy więcej czasu na zgromadzenie kapitału. Polecanym rozwiązaniem jest też dzielenie zgromadzonych środków i inwestowanie ich w różne instrumenty.

Ekspert podkreśla, że złoto powinno być podstawą budowania kapitału na przyszłość. Sztabki złota najlepiej kupować raz na kwartał lub pół roku. Nabywanie ich z mniejszą częstotliwością wiąże się z większym wydatkiem, a więc koniecznością rezygnacji z innych przyjemności.

– Żeby inwestować w złoto wcale nie trzeba być krezusem finansowym i posiadać zasobny portfel. Złoto jest dzisiaj dla każdego, sztabka jest dostępna już od 200 zł i dobrze jest ją uwzględnić w swoim portfelu aktywów na przyszłą emeryturę – dodaje Robert Śniegocki.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Od początku roku indeks WIG wzrósł o ponad 20% i jeszcze kilka dni temu niemalże ocierał się o historyczne maksima. Trudno nie nazwać takiego stanu rzeczy hossą. Z pewnością jednak nie jest to rynek byka, jaki co niektórzy pamiętają z lat 2005-2007. Brakuje wiele typowych elementów, które notabene są widoczne na Wall Street, ale na GPW już nie. Po pierwsze, przeciętny Kowalski w tych wzrostach nie uczestniczy. Ponadto nie jest on w ogóle giełdą zainteresowany i uczestniczyć we wzrostach nie zamierza. Jeżeli spojrzymy na napływy do funduszy, to wciąż królują bezpieczne rozwiązania oparte o rynek długu. Taki stan rzeczy nie ulegnie zmianie. Dystrybutorzy funduszy wciąż mają w pamięci rok 2008 i nie chcą sprzedawać agresywnych rozwiązań. Do tego brakuje nimi zainteresowania. Wśród inwestycji króluje rynek nieruchomości, podobnie zresztą jak w latach poprzedniej „hossy”, z tą jednak różnicą, że teraz mieszkania kupuje się na wynajem, a nie dla wzrostu ich wartości. W USA sytuacja jest zgoła odmienna. Tam przeciętny obywatel giełdą jest zainteresowany i ochoczo w zwyżkach na Wall Street uczestniczy. Oczywiście pojawiły się pewne różnice względem poprzedniej hossy, ale tyczą się one głównie instrumentów, które to uczestnictwo realizują. Obecnie w modzie są pasywne fundusze, szczególnie typu ETF. Kolejną istotną różnicą jest zachowanie szerokiego rynku. O ile na Zachodzie rynek rośnie szeroko, to lokalnie na GPW bardzo wąsko. W tym roku dobrze zachowują się praktycznie tylko duże spółki i wybrane średnie. Szeroki rynek może jeszcze nie jest w bessie, ale niewiele mu do tego brakuje. Jeżeli bowiem spojrzymy na indeks cenowy całego rynku, to od maksimum ustanowionego z początkiem marca spadł on już o ponad 15%. Do zniżki o 20%, która popularnie definiuje rynek niedźwiedzia, niewiele więc brakuje. W samym tylko niepełnym jeszcze październiku ten indeks spadł o 4,6%. Jeszcze jedno takie tąpnięcie i formalna definicja bessy zostanie spełniona. Warto dodać, że październik będzie ósmym spadkowym miesiące z rządu oraz najprawdopodobniej najsłabszym w całej serii. Nie dość bowiem, że szeroki rynek jest słaby przez znaczną część tego roku, to jego kondycja w ostatnich dniach się jeszcze pogorszyła. Co za to odpowiada? Słabe wyniki spółek to jedna z odpowiedzi. Poprawa w tej materii bowiem nie za bardzo nadchodzi. Inną kwestią jest cierpliwość tych nielicznych osób, które kupiły jednostki uczestnictwa funduszy małych i średnich spółek na przełomie ubiegłego i obecnego roku. Wygląda na to, że się ona skończyła, co z kontrariańskiego punktu widzenia każe z kolei odrobinę łaskawszym okiem spojrzeć na ten bardzo poturbowany segment rynku.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA        

Fed nie do końca rozumie siły kształtujące poziom cen w USA, a przede wszystkim to, że pomimo świetnej sytuacji na rynku pracy inflacja utrzymuje się poniżej 2-proc. celu – przyznała ostatnio w przypływie szczerości szefowa amerykańskiego banku centralnego. Jednocześnie bank centralny USA zaostrzył swoją retorykę i ustami Janet Yellen ogłosił, że utrzymywanie obecnej polityki monetarnej do czasu wzrostu inflacji byłoby nierozsądne.

Dla rynków finansowych najważniejsze są dwie informacje. Po pierwsze, że Fed będzie kontynuował cykl podwyżek stóp procentowych w USA, nawet jeśli inflacja nie osiągnie progu 2 proc. W grudniu tego roku rynek spodziewa się jeszcze jednej podwyżki, a w 2018 roku kolejnych trzech. Po drugie, Fed rozpocznie już od października redukcję bilansu, czyli proces zmniejszania ilości posiadanych papierów wartościowych (które wcześniej bank skupił w ramach programu luzowania ilościowego) o 10 mld dolarów miesięcznie. Z biegiem czasu tempo redukcji może jeszcze wzrosnąć.

Podnoszenie stóp procentowych w USA zazwyczaj wiąże się z odpływem kapitału z rynków rozwijających się i surowcowych, a także umocnieniem dolara. Taki ruch obserwujemy też w ostatnich dniach. Oceniamy jednak, że nie jest to jeszcze początek trwalszego trendu, a techniczna korekta.

Hossa ma jeszcze paliwo

Hossa na światowych giełdach jest zaawansowana, ale wiele argumentów przemawia za dalszymi wzrostami. Amerykański indeks S&P 500 znajduje się w pobliżu historycznych szczytów, ale spółki notowane na Wall Street nie są zadłużone, a na rok 2018 analitycy prognozują ok. 10 proc. wzrostu ich zysków. Jest więc za wcześnie, aby ogłosić koniec rynku byka. Jeśli już, możemy mieć do czynienia z trwającym jakiś czas trendem bocznym i pojawieniem się dysproporcji pomiędzy poszczególnymi segmentami rynku.

W Polsce duże spółki notowane na GPW niezmiennie utrzymują przewagę nad „misiami”, co ma swoje uzasadnienie w fundamentach. Przede wszystkim spółki z WIG20 zdecydowanie lepiej radzą sobie w obecnym otoczeniu i bronią się osiąganymi wynikami finansowymi. Gorsza passa małych i średnich spółek wynika z presji płacowej czy wzrostu cen surowców. Niestety, część „misiów” oblała test z zarządzania operacyjnego, co poskutkowało spadkiem marż i w konsekwencji słabszymi wynikami finansowymi.

Mimo to uważamy, że warszawska giełda ma jeszcze przestrzeń do wzrostów. Przemawiają za tym czynniki makroekonomiczne, jak i wycenowe. Optymistycznie nastrajają dane z rynku pracy (wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń), a także produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej. Jeśli tak dobre odczyty się utrzymają, wpłynie to pozytywnie na dynamikę polskiego PKB. Z kolei akcje na polskiej giełdzie cały czas nie są drogie – może za wyjątkiem najbardziej dynamicznych spółek, takich jak CCC czy LPP. Prognozowany wskaźnik ceny do zysku dla indeksu WIG na 2018 rok oscyluje w okolicach 13. Dla porównania, w szczycie hossy w 2007 r. było to około 18.

Do końca roku spodziewamy się utrzymania przewagi blue chipów z WIG20,  ale pod koniec roku inwestorzy mogą ponownie zainteresować się akcjami „misiów” – licząc na ich odbicie w kolejnych miesiącach. To może zmniejszyć dysproporcję pomiędzy dużymi i mniejszymi spółkami notowanymi na GPW. Mimo to uważamy, że najlepszym wyborem dla osób, które inwestują na warszawskiej giełdzie za pośrednictwem TFI, pozostają fundusze akcyjne o uniwersalnej strategii.

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Giełda, lokata, konto oszczędnościowe a może złoto? Wybór sposobu na pomnożenie swoich oszczędności nie jest prosty. Analitycy radzą dzielić środki i wskazują, że np. dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. Kiedy jest najlepszy czas na zakup złota?

– Kiedy warto kupić złoto? Odpowiedź na to pytanie jest tożsama z odpowiedzią na pytanie: „kiedy warto oszczędzać”. Co do zasady zawsze warto oszczędzać. Każdy z nas powinien myśleć o swojej finansowej przyszłości. Liczenie na pomoc państwa w przypadku emerytury nie jest najlepszym rozwiązaniem. Tutaj złoto fizyczne, kupowane regularnie, nawet w niewielkie ilości np. w postaci monet, sztabek jest bardzo dobrym narzędziem do oszczędzania – dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

Kruszec jest także narzędziem do inwestowania. Analitycy wskazują, że dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela powoduje jego stabilizację. – Jeżeli byśmy inwestowali wszystkie środki tylko w akcje, to możemy się spodziewać w niektórych latach spektakularnych zysków, w innych spektakularnych strat. Dodanie złota do swojego portfela sprawia, że te wyniki się spłaszczają. Jeżeli chodzi o rentowność to dużych różnic nie ma, natomiast jeżeli chodzi o stabilność to zdecydowanie mamy tutaj lepszą sytuację. Dlatego warto rozważyć dodanie złota inwestycyjnego do swojego portfela – opowiada dr Wojciech Kaźmierczak.

Ciężko jest przewidzieć jak cena złota będzie wyglądała w perspektywie przyszłych tygodni, miesięcy, czy w kolejnych latach. Na rynku można dostrzec też pewne wskazówki jak rynek może się zachować. Gdy mamy niskie stopy procentowe typowe sposoby na inwestowanie jak np. lokaty bankowe przynoszą mniejsze zyski. W tym czasie uwaga inwestora częściej koncentruje się wokół innych źródeł np. złota. Należy też pamiętać, że wycena surowców może się zmieniać i ma na nią wpływ wiele elementów. Przykład? Wzrost wartości dolara amerykańskiego, często pokrywa się ze spadkiem notowań na rynku złota.

– Kiedy warto kupować złoto?Jeżeli jesteśmy inwestorem i nie mamy złota lub mamy go mało, to warto rozważyć kupienie kruszcu. Dzięki niemu w średniej i długookresowej perspektywie nasz portfel inwestycyjny zyska stabilność – mówi dr Wojciech Kaźmierczak i dodaje – Moim zdaniem najważniejszą funkcją złota, szczególnie fizycznego w postaci sztabek czy monet to oszczędzanie. Każdego na to stać.

Wypowiedź: dr Wojciech Kaźmierczak, prezes Goldenmark SA.

We wrześniu 2015 r. niemiecką motoryzacją wstrząsnął skandal związany z zaniżaniem emisji spalin przez popularne silniki diesla TDI. Kiedyś znane z niezawodności i trwałości ewoluowały, stając się skomplikowanymi konstrukcjami. Okazało się, że aby spełniały wyśrubowane normy, montowano w nich specjalne oprogramowanie oszukujące podczas testów laboratoryjnych. Na nieszczęście Volkswagena, ujawnione zostało to w USA, za co koncernowi grożą olbrzymie kary. To jednak tylko jedna strona medalu – procesy trwają i nie wiadomo, jak się zakończą. Natomiast koszty działań serwisowych rzędu 7,3 mld USD zostały przez koncern ogłoszone. Do tego trzeba jeszcze doliczyć trwałą utratę reputacji. Giełda potraktowała VW w 2015 r. bardzo ostro – kurs z poziomów ponad 200 EUR przepołowił się. Mimo dobrej koniunktury w sektorze motoryzacyjnym i wzroście sprzedaży aut w 2016 r. o 2,8% r/r, kurs akcji VW nie powrócił do cen sprzed ujawnienia afery (aktualny kurs to 130 EUR). Afera odbiła się też negatywnie na kursach innych niemieckich producentów – BMW i Daimlera, ale nie w aż tak dużej skali.

W tym roku do problemów marki Volkswagen doliczyć należy też należące do Grupy Audi i Porsche, a wg portalu Spiegel Online, chodzi o silniki montowane w SUV-ach Porsche Cayenne i Audi Q7. Przed tymi informacjami uważano, że silniki Audi, z których korzysta też Porsche, są wolne od manipulacji. Jak sprawa się rozwinie – nie wiadomo, jednak pokazuje to, że wcale nie odkryto jeszcze wszystkiego, a skala zjawiska może być naprawdę ogromna.

Problem afery spalinowej dla niemieckiej gospodarki zdaje się być na tyle znaczący, że o jej skutkach wspominają najwyżsi rangą urzędnicy. Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, wskazał skutki tej afery jako największe zagrożenie dla niemieckiej gospodarki (chociaż wciąż, m. in. ze względu na wskazane wyżej powody, nie można dokładnie określić potencjalnej wysokości strat), obok ryzyka związanego z Brexitem oraz prowadzenia przyszłej polityki handlowej w USA. Czy rzeczywiście? Zależy jak na to spojrzeć. Faktycznie, niemiecka branża motoryzacyjna to jeden z koni pociągowych tamtejszego eksportu. Niemcy, z udziałem 7,2% w światowej produkcji aut, są na 4 miejscu, po Chinach, USA i Japonii, a obroty tej branży to prawie 370 mld EUR rocznie. Auta zza naszej zachodniej granicy powszechnie cieszą się uznaniem i postrzegane są jako wyróżniające się jakością wykonania. Afera spalinowa może nadszarpnąć dobrą reputację niemieckich koncernów, ale nie powinna pogrążyć całej branży, która co chwila ma różnego rodzaju wpadki, a to związane z silnikami, a to z bezpieczeństwem. Są to problemy i koszty nie do uniknięcia, aczkolwiek wygląda na to, że koszty afery spalinowej mogą być naprawdę znaczące. Co więcej, kondycja tej branży ma duży związek z polską gospodarką, która sporo sprzedaje do przemysłu motoryzacyjnego, a Niemcy są naszym największym partnerem. Jako przykład negatywnego wpływu afery spalinowej można podać zmniejszenie produkcji diesli, co m. in. przełożyło się na gorszą sprzedaż giełdowego Alumetalu w II kw. bieżącego roku.

Poważniejszym problemem dla całej niemieckiej motoryzacji mogą być zmiany technologiczne zachodzące na rynku. Nie jest to przykład ekwiwalentny, ale można nawiązać do historii fińskiej Nokii, która zbyt późno weszła na rynek smartfonów, co okazało się dla niej gwoździem do trumny. Proces zmiany modeli telefonów był jednak bardzo dynamiczny, w motoryzacji zmiana odbywa się znacznie wolniej, a projektanci i inżynierowie myślą z kilku albo i kilkunastoletnim wyprzedzeniem. Dostrzega się jednak wyraźne odejście od diesli na rzecz małych turbodoładowanych silników benzynowych, jednak prawdziwym wyzwaniem są auta elektryczne. Wygląda na to, że tak będzie wyglądała przyszłość motoryzacji, a powoli zaczyna się już rozgrywka o dominację w tym segmencie. Długoterminowo ewolucja napędu spalinowego w elektryczny może być głównym game changerem na rynku motoryzacyjnym.

 

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Powszechnie krąży opinia o niskiej płynności rynku obligacji korporacyjnych, która przywoływana jest wraz ze statystykami obrotu dostarczanymi przez GPW Catalyst. Należy jednak pamiętać, że giełda to niejedyne miejsce gdzie można obracać papierami dłużnymi, nawet tymi notowanymi na giełdzie. Obligacjami można również handlować na rynku pozagiełdowym (tzw. OTC). Dostęp do niego mają zarówno inwestorzy instytucjonalni, jak i detaliczni. O ile dane dotyczące obrotu na  rynku pozagiełdowym nie są w żaden sposób zbierane, o tyle można próbować oszacować obrót obligacjami przez inwestorów instytucjonalnych na podstawie zmiany wartości aktywów funduszy inwestycyjnych. I właśnie o tym jest ten artykuł.

W drugiej połowie 2016 r. giełdowy obrót (sesyjny i pakietowy łącznie) obligacjami korporacyjnymi, które były notowane przez całą drugą połowę minionego roku, wyniósł 476 mln zł. Statystyki te uwzględniają wszystkie transakcje funduszy emerytalnych, funduszy inwestycyjnych, innych osób prawnych oraz osób fizycznych, które miały miejsce na giełdzie na tych papierach. Wykazanie szczegółowego portfela obligacji korporacyjnych Otwartych Funduszy Emerytalnych na przestrzeni półrocza jest niemożliwe, ponieważ ich skład na koniec półrocza musi jedynie szczegółowo wykazywać pozycje, które stanowiły ponad 5 proc. portfela, a szczegółowy skład funduszy przedstawiany jest jedynie na koniec roku. Składy portfeli obligacji korporacyjnych osób fizycznych oraz prawnych (oprócz funduszy inwestycyjnych) nie są w ogóle publicznie dostępne. Jedyną bazą odniesienia mogą być portfele funduszy inwestycyjnych, które szczegółowo przedstawiają skład portfeli, zarówno w połowie, jak i na koniec roku.

Analogicznie jak w przypadku obrotu giełdowego, w przypadku funduszy inwestycyjnych pod lupę zostały wzięte obligacje korporacyjne, które były w portfelach funduszy inwestycyjnych na początku oraz końcu 2H16. Wartość tych obligacji w portfelach funduszy inwestycyjnych zmieniła się pomiędzy 30 czerwca, a 31 grudnia 2016 r. o 1,7 mld zł w wartościach bezwzględnych. Należy mieć świadomość, że część zmian mogła wynikać ze sprzedaży obligacji pomiędzy funduszami uwzględnionymi w zestawieniu, dlatego konserwatywnie można przyjąć, że wszystkie transakcje odbywały się między funduszami inwestycyjnymi, zatem obrót można ostrożnie szacować na 873 mln zł, a więc o 83 proc. więcej niż na całym rynku giełdowym. I to przy kolejnym konserwatywnym założeniu, że na przestrzeni półrocza fundusze dokonywały transakcji na ww. papierach wyłącznie raz, a nie kilkukrotnie.

Ciekawie prezentują się statystyki zmian wartości w aktywach funduszy inwestycyjnych dla poszczególnych papierów. Dla takich papierów jak PZU0719, ING1219, ENG1019 czy też PKO0119 łączny obrót na rynku giełdowym w całym 2H16 wyniósł… 0 zł. Natomiast łączna zmiana wartości tych papierów w aktywach funduszy inwestycyjnych wyniosła 476 mln zł. Wśród obligacji, które miały znikomy obrót na giełdzie, a znaczący poza nią, należy zaliczyć jeszcze ENA0220, TPE1119 oraz RBP1117. Zatem można wysnuć wniosek, że obligacje dużych spółek z sektora finansowego oraz energetycznego z reguły są częściej handlowane na rynku pozagiełdowym. Natomiast na uwagę zasługuje jeden papier, którym szczególnie chętnie handluje się na giełdzie, a nie poza nią, i jest nim CPS0721 (Cyfrowy Polsat).

Rynek obligacji korporacyjnych w Polsce nie ogranicza się wyłącznie do rynku giełdowego. Oprócz niego funkcjonuje rynek pozagiełdowy, którego wartość nie jest dokładnie znana. Przy konserwatywnym założeniu, obrót na rynku pozagiełdowym dotyczącym obligacji korporacyjnych handlowanych wyłącznie przez fundusze inwestycyjne jest mniej więcej dwukrotnie większy od giełdowego. Do tego dochodzą jeszcze transakcje funduszy emerytalnych oraz innych osób prawnych i fizycznych, dlatego można szacować, że obrót na całym rynku obligacji korporacyjnych w Polsce jest kilkukrotnie większy od obrotu na rynku giełdowym

Autor: Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström Dom Maklerski

Problemy w Waszyngtonie prześladują prezydenta. Nowo wybrany dyrektor do spraw komunikacji, Anthony Scarmucci, krytykuje szefa kancelarii rządu, a sam Trump ostro atakuje Prokuratora Generalnego Jeffa Sessionsa. Niektórzy spekulują, że Trump jest nawet gotowy zwolnić Sessionsa , żeby prokurator Robert Muller dał mu w końcu święty spokój. Tymczasem projekt ustawy o uchyleniu Obamacare został właśnie odrzucony w Senacie. Wybitnie republikański, poprzedni kandydat na prezydenta (z 2008 roku), John Mccain, zagłosował przeciwko niemu.

Giełda w Azji nie ma się póki co za dobrze, a europejskie rynki otworzyły się z zauważalną luką. Przynajmniej dolar dostał jakieś wsparcie. Gratulacje dla Jeff’a Bezos’a za chwilowe zostanie najbogatszym człowiekiem na świecie. Jeff zdołał wspiąć się na najwyższą pozycję i utrzymał ją przez prawie 3,5 godziny. Większość majątku Bezos’a znajduje się w akcjach Amazonu, zatem gdy rynek otworzył się z wyraźną luką, wartość netto jego majątku sięgnęła 90 miliardów dolarów. Jednak pogarszające się zyski z raportu Amazonu posłały akcje z powrotem w dół.

Jeżeli Bezos dobrze wyczuje moment będzie mógł sobie pozwolić na zakup wszystkich kryptowalut, które utrzymują mniej więcej stały poziom około 90 miliardów dolarów. A jeśli nie, sprzedaż 17 % akcji Amazon łącznie z informacją, że założyciele chcą je sprzedawać, istotnie pchnąłby ich ceny w dół, zanim w ogóle zdążyłby się ich pozbyć. Oczywiście presja kupujących, także podniosłaby cenę kryptowalut w górę.

Ci którzy rozważali zakup wielu aktywów cyfrowych, pewnie zdecydują się zaczekać, biorąc pod uwagę, że 1 sierpnia wypada już w najbliższy wtorek, a wciąż nikt tak naprawdę nie wie co się stanie z Bitcoinem. Osoby, które zamierzają handlować na tym zdarzeniu, niech lepiej się upewnią, że złożą swoje zamówienia tak szybko jak tylko się da ze względu na możliwe okresy przestoju wynikające ze sposobu, w jaki się to wszystko rozegra.

 

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Wstrząs i podziw opanowały  Waszyngton, gdy głosy w sprawie uchylenia Obamacare zostały zdławione w Senacie. Wraz z republikanami kontrolującymi wszystkie trzy departamenty rządu Stanów Zjednoczonych, pozbycie się jednej z głównych ustaw poprzedniego prezydenta powinno być spacerem po parku. Dobrze, że giełda została zamknięta, gdy głosowanie zostało sfinalizowane. Nie wpłynęło ono na Wall Street. Być może nowy cykl rozwinie się do czasu ich dzisiejszego otwarcia.

To wydarzenie wpłynęło jednak z pewnością na inne rynki. Rynki azjatyckie jak do tej pory wydawały się iść w dół dzisiejszego ranka. Najbardziej znaczący jest jednak dolar amerykański, który przyjął ogromny cios. Dane o inflacji, które pojawiły się w piątek, wysłały jego notowania do najniższego punktu od czasu wyborów w USA. Złe wiadomości  sprawiły, że dolar amerykański zszedł do poziomu z sierpnia.

O godzinie 14:30 w Londynie, Mark Carney zaprezentuje nowy banknot o wartości 10 funtów z wizerunkiem Jane Austen. Najwyraźniej nie mogą teraz umieścić J.K. Rowling na żadnych pieniądzach, więc zdecydowali na jedną z jej ulubionych pisarek. To wydarzenie będzie mile widzianym odpoczynkiem dla zmartwionego Banku Anglii. Polityka i rządzące nią zasady spowodowały, że gubernator Banku Anglii, pochodzenia kanadyjskiego, odchodzi od zmysłów.

Ostatni zwrot w stosunku do podnoszących się ostatnio stawek przyspieszył wzrost funta. W chwili pisania tego tekstu para walutowa GBP/USD poddaje poziom 1,3100 poważnemu testowi. Czy Jane Austen mogłaby zapobiec dalszemu popytowi i spowodować, że inwestorzy zaczną mówić o odzysku na brytyjskim funcie?

Dolar australijski rozciąga dziś swoje granice, ponieważ spekulacje opierają się na Banku Rezerwy Australii. Gubernator Banku, Philip Lowe, zdecydował się na bezpieczne zagranie podczas ostatniego spotkania i nie podwyższył stóp procentowych. Tymczasem protokół z tego spotkania, opublikowany, wskazał, że Bank jest zadowoleniu ze sposobu w jakim gospodarka się rozwija. Ten optymizm bezpośrednio odzwierciedla postawę Europejskiego Banku Centralnego i Banku Kanady, które w zeszłym tygodniu podniosły stopy procentowe.

Myśl, że dolar australijski może wkrótce oferować wyższą stopę depozytów, sprowadza wielu przedsiębiorców na skraj ekstazy. Jest to już bardzo dochodowa okazja do Carry Tade. Sama myśl, że wartość waluty może wzrosnąć a refinansowania kredytów mogą wzrosnąć spowodowało wirtualną eksplozję ceny. Umieszczając to wszystko w słabszym dolarze, para walutowa AUD/USD wygląda na szczerze usatysfakcjonowaną.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

 

Po pięciu miesiącach bezkrólewia Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie ma nowego prezesa. Oczywiście Marek Dietl, prezes – elekt, musi zaczekać jeszcze na zgodę Komisji Nadzoru Finansowego, niemniej w jego przypadku organ nie powinien mieć żadnych zastrzeżeń, historia nieudanego wyboru Rafała Antczaka raczej się nie powtórzy. Przed nowym prezesem stoi wiele wyzwań, jednak największym z nich wydaje się być utrzymanie miejsca w fotelu, który bardzo często staje się przedmiotem zjawiska karuzeli stanowisk w spółkach Skarbu Państwa.

Wybór Marka Dietla wydaje się dobrym posunięciem, choć takie stwierdzenia adresowane są w kierunku każdego nowo obranego prezesa GPW. Marek Dietl z całą pewnością jest osobą kompetentną i posiadającą odpowiednie doświadczenie, aby sprawować niniejszą funkcję. Prezes – elekt jest doktorem, adiunktem w katedrze Ekonomii Biznesu Szkoły Głównej Handlowej, społecznym doradcą ekonomicznym Prezydenta RP, ekspertem i członkiem zarządu Instytutu Sobieskiego oraz dotychczasowym członkiem rady nadzorczej GPW. Dietl posiada bogate doświadczenie zawodowe, zarówno w kraju jak i za granicą. Pracował m.in. w Krajowym Funduszu Kapitałowym, czy też w międzynarodowej firmie doradczej zajmującej się zarządzaniem cenami Simon-Kucher & Partners w Bonn. Ponadto, nowy prezes GPW zasiadał w wielu organach spółek niepublicznych oraz podmiotów z rynku finansowego.

Nie da się ukryć, że Marek Dietl zasiądzie w dość sprzyjających okolicznościach w fotelu prezesa polskiej giełdy. Za nami pierwszy etap hossy (oby nie ostatni), który przyniósł istotny wzrost obrotów. Dodatkowo rynek pierwotny wyraźnie wybudził się z letargu. Mimo wszystko przed nowym prezesem GPW stoi wiele wyzwań. Wraz z rosnącą liczbą debiutów coraz więcej spółek decyduje się na zakończenie swojej przygody z rynkiem publicznym. Dodatkowo w 2018 r. rozpocznie się reforma OFE, w której istotną rolę odegrać ma rynek kapitałowy. Wsparcie oraz dalsze działania na rzecz wprowadzenia i dalszego ulepszania Programu Budowy Kapitału powinny być jednymi z kluczowych kierunków zaangażowania nowego prezesa. Ponadto, maleje znaczenie inwestorów indywidualnych, którzy niegdyś stanowili bardzo istotną siłę na polskiej giełdzie. GPW systematycznie powinna intensyfikować działania edukacyjne i podejmować inicjatywy na rzecz wzrostu świadomości inwestycyjnej Polaków, aby Ci nie traktowali giełdy jak kasyno, a jako miejsce pomnażania swoich oszczędności. Marek Dietl zwraca również szczególną uwagę na potrzebę aliansu polskiej giełdy z jej zagranicznym odpowiednikiem – taka idea powstała już kilka lat temu (potencjalna fuzja z austriackim parkietem).

Z drugiej strony wiele wskazuje na to, że najbardziej wymagającym wyzwaniem dla nowego prezesa będzie zdobycie poparcia akcjonariuszy (tj. rządu). Tymczasem w ostatnich latach GPW w Warszawie znana jest z licznych zmian w swoich kadrach. Marek Dietl jest czwartym prezesem spółki od 2013 r. (warto dodać, że w ostatnich miesiącach funkcję tę w zastępstwie pełnił Jarosław Grzywiński – to teoretycznie piąta osoba na tym stanowisku od 2013 r.). Tak częste zmiany nie wspomagają rozwoju polskiej giełdy. Bardzo trudno oceniać kolejnych zarządzających po tak krótkim okresie ich pracy – takich ocen dokonuje się z perspektywy długoterminowej. Co więcej, skuteczność kolejnych strategii zależy również od planów polityków, którzy nierzadko nie doceniają roli giełdy w gospodarce. Należy także dodać, że starania prezesów GPW dodatkowo tracą na znaczeniu w dobie braku stabilności decyzji rządzących w ramach polityki gospodarczej, czy też polityki związanej ze spółkami Skarbu Państwa – gdy działania te niepokoją rynek, zwłaszcza inwestorów zagranicznych, zaufanie do całego rynku wyraźnie spada. W takich warunkach giełda może czuć się bezradna.

Podsumowując, pomysłowość, chęć do działania, wysokie kompetencje oraz bogate doświadczenie nowego prezesa niewątpliwie będą cennymi i niezbędnymi atutami dla GPW, niemniej bez silnego poparcia w rządzie trudno będzie o realizację wcześniej wymienionych wyzwań. Otóż to politycy w znacznej mierze odpowiadają za miniony okres stagnacji rozwoju warszawskiego parkietu, który był efektem m.in. demontażu OFE, czy też wzrostu wrażliwości giełdy na politykę. Zatem GPW potrzebuje nie tylko prezesa kompetentnego, ale również posiadającego wsparcie rządu, dzięki któremu przez dłuższy okres będzie mógł kierować niniejszą instytucją. W przeciwnym razie skuteczna realizacja jakiejkolwiek strategii rozwoju polskiej giełdy wydaje się mało prawdopodobna.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

Trwająca od połowy kwietnia przecena ropy naftowej to jedna z głównych przyczyn spadku inflacji. Niższa inflacja to z kolei impuls dla utrzymywania stóp procentowych na obecnym poziomie. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że RPP nie zmieni ich wysokości do aż końca przyszłego roku. To zła wiadomość dla posiadaczy oszczędności i dobra dla zadłużonych.

Notowania ropy naftowej na giełdach spadają od połowy kwietnia. W tym czasie amerykańska WTI staniała z ponad 53 do 44,5 dolara za baryłkę, a europejska Brent z 56 do 47 dolarów, czyli o 16 proc. Tym samym ceny surowca są niższe o 2-3 dolary niż przed rokiem, co powoduje, że nie wywierają już inflacyjnej presji. I rzeczywiście, po okresie silnego wzrostu, wskaźniki inflacji od trzech miesięcy idą w dół na niemal całym świecie. W Stanach Zjednoczonych spadł on z 2,7 proc. w lutym do 1,9 proc. w maju, a w strefie euro z 2 do 1,4 proc. W Polsce w lutym inflacja sięgała 2,2 proc., a w maju już tylko 1,9 proc. i gdyby nie silny wzrost cen żywności, wynoszący 3,9 proc., byłaby jeszcze niższa. Ministerstwo Rozwoju przewiduje, że w czerwcu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniesie już tylko 1,7 proc. Jeśli notowania ropy naftowej nie pójdą zdecydowanie w górę, a żywność, zgodnie z sezonowym schematem zacznie tanieć, inflacja nie tylko nie wzrośnie, ale może się jeszcze nieco obniżyć, sięgając w grudniu 1,4-1,6 proc. Szacuje się, że jej średnioroczny poziom wyniesie poniżej 1,8 proc. Powrotu w okolice 2 proc. można się spodziewać dopiero w przyszłym roku.

To zdecydowanie zbyt mało, by skłonić Radę Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych. Mogłaby ona zacząć zastanawiać się nad taką decyzją, gdyby wskaźnik cen konsumpcyjnych zbliżył się trwale do celu inflacyjnego, czyli do 2,5 proc. i nadal wykazywał tendencję zwyżkową, a jednocześnie tempo wzrostu gospodarczego pozostawałoby wysokie, sięgając 3,8-4 proc. Wszystko więc wskazuje na to że stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskim poziomie 1,5 proc. jeszcze przez około półtora roku. Nie jest to dobra informacja dla posiadaczy oszczędności, gdyż nie mają oni raczej co liczyć na to, że banki zaoferują im w tym czasie wyższe oprocentowanie lokat bankowych. Średnio wynosi ono obecnie 1,5 proc. dla lokat o terminie do dwóch lat (od 3 miesięcy do 1 roku sięga ono 1,6 proc.) i trzeba niemało zachodu, by znaleźć bank dający lepsze warunki. Korzyść z niższej inflacji jest taka, że aby ochronić oszczędności przed jej destrukcyjnym wpływem, czyli utrzymać ich realną wartość, wystarczy oprocentowanie rzędu 2-2,3 proc., uwzględniając podatek od dochodów kapitałowych i zakładając inflację sięgającą 1,6-1,8 proc. (do skompensowania inflacji wynoszącej 2 proc., trzeba było znaleźć lokatę na 2,5 proc.). Tego rzędu odsetki można uzyskać kupując obligacje skarbowe, zaś chcąc osiągnąć realny zysk, trzeba myśleć o obligacjach firm, inwestycjach w nieruchomości lub na wciąż niestabilnej giełdzie.

Perspektywa niskich stóp procentowych daje jeszcze przez pewien czas względny komfort zadłużonym. Do końca przyszłego roku mogą oni nie martwić się, że będą płacić wyższe raty kredytu. Niemniej jednak, podejmując decyzje o zadłużeniu się, szczególnie na dłuższy termin, warto mieć na uwadze fakt, że okres rekordowo niskich stóp procentowych nie będzie trwać wiecznie i należy się liczyć z ryzykiem, wynikającym z ich wzrostu w przyszłości.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

Spekulując na temat przewidywanych zwrotów w polityce gospodarczej USA, należy pamiętać o tym, że rynki wyceniają każdą zmianę, zanim jeszcze zostanie ona wprowadzona. Jeśli giełda stale rośnie, np. w związku zapowiedzią obniżki podatków, to gdy faktycznie zostaną zmniejszone, może już nie zareagować na to zdarzenie.

Inwestorzy na całym świecie niemal codziennie analizują każdą wypowiedź prezydenta Trumpa oraz jego doradców. Jeśli jakaś zmiana ma być wprowadzona za kilka miesięcy czy nawet za rok, to nie znaczy, że dopiero wtedy zaważy na kursie dolara czy też notowaniach giełdowych. Rynki reagują natychmiast. Niemniej, jak radzi dr Przemysław Kwiecień, oceniając podejmowane przez nas ryzyko finansowe, powinniśmy najpierw zastanowić się, czy nasz profil inwestycyjny odpowiada spekulacji na to, co się dzieje w polityce gospodarczej USA. Jeśli akumulujemy kapitał długoterminowo, to sytuacja w Stanach Zjednoczonych może nie być dla nas ważnym czynnikiem przy zawieraniu transakcji.

– Niepewność jest nieodłączną cechą rynków finansowych. Decydując się na jakąkolwiek inwestycję, musimy się liczyć z tym, że ona może się nie udać. Zawsze wpływa na to szereg czynników. Trzeba dobrze je rozumieć i ocenić, czy warto podjąć określone ryzyko. Kwestia polityki w USA niczym nie różni się od innych zagrożeń, które występowały np. 5 czy 10 lat temu. Tylko z tego powodu, że Donald Trump jest prezydentem Stanów Zjednoczonych, nie możemy przecież rezygnować z inwestowania – przekonuje dr Przemysław Kwiecień, Główny Ekonomista X-Trade Brokers.

Oczywiście, jak podkreśla ekspert, niepewność w sferze polityki gospodarczej Stanów Zjednoczonych jest obecnie znacznie większa, niż w czasie drugiej kadencji prezydenckiej Baracka Obamy. Trzeba przyznać, że wówczas w tym zakresie niewiele się zmieniało. Zagrożenia, jakie kreują rządy Donalda Trumpa, polegają głównie na tym, że jeśli pewne zamysły nowej administracji się nie powiodą, to wówczas nadzieje z nimi związane zostaną zawiedzione. Dla przykładu, zaczną spadać akcje, które mocno rosły, w oczekiwaniu na konkretne rozwiązania.

– Jeśli chcemy opierać nasze inwestycje na zmianach w polityce gospodarczej USA, to siłą rzeczy musimy śledzić tę sytuację bardzo skrupulatnie. Reformy w zakresie podatków dla firm szczególnie wpływają na wyceny akcji, bo niższa stawka podatku CIT to więcej pieniędzy, które można przeznaczyć na dywidendy. Z kolei, wprowadzenie podatku granicznego może okazać się bardzo istotne dla rynków walut. Zwiększyłby on konkurencyjność produkcji w Stanach Zjednoczonych i prawdopodobnie przełożyłby się na umocnienie dolara. Zostały też złożone obietnice, dotyczące potężnego pakietu infrastrukturalnego. One już oddziałują na rynek giełdowy oraz walutowy – zaznacza dr Kwiecień.

Musimy rozumieć, o co toczy się gra, aby później odpowiedzieć sobie na pytanie, czy to rozwiązanie nie jest bardziej prawdopodobne od innego. Niestety, jak zauważa ekspert, w polityce sprawy czasem przybierają nieoczekiwany obrót. Wydaje się, że jest poparcie dla jakiejś idei, a za chwilę go nie ma lub dochodzi do nieoczekiwanego kompromisu. To nie jest tak, że prezydent Trump zapowiada, co chciałby zreformować, i już natychmiast wdraża to w życie. Śledzenie na bieżąco długotrwałych zmian w legislacji wymaga nie lada wysiłku.

– Po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta USA, inwestorzy niemal natychmiast zaczęli oczekiwać, że szybko nastąpi boom gospodarczy, wywołany zmianą polityki. Ta euforia, która wówczas wybuchła, już się rozpłynęła i powoli zastępuje ją rozczarowanie. Należy zauważyć, że Kongres Stanów Zjednoczonych wcale nie rozpoczął swoich prac od reformy podatków tak, jak to przewidywano. Najpierw, przecież nowe władze podjęły się reformy programów starej administracji – przypomina dr Przemysław Kwiecień.

Jak podsumowuje ekspert, do przyjęcia zmian legislacyjnych potrzebna jest zgoda w obrębie partii republikańskiej, która gra pierwsze skrzypce w Kongresie Stanów Zjednoczonych. Tymczasem, jeśli zestawimy ze sobą różne deklaracje Donalda Trumpa i członków jego administracji, a także liderów „Grand Old Party” okaże się, że nie są one spójne. Dla przykładu, wielu republikanów nie chce dopuścić do wzrostu deficytu budżetowego. W związku z tym, czeka nas długotrwały proces, w wielu kwestiach może on zająć całe miesiące.

 

Wypowiedź: Dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers Dom Maklerski

 

Poszukujący zysków posiadacze oszczędności coraz wyraźniej kierują swoje zainteresowanie na rynek obligacji. Oprócz papierów skarbowych, dostrzegają zalety obligacji firm, oferujących znacznie wyższe oprocentowania, ale także i zdecydowanie większe możliwości wyboru.

Wszystko wskazuje na to, że coraz większe grono posiadaczy oszczędności skłania się do poszukiwania lepszych możliwości niż oferowane przez banki na lokatach. Najbardziej odważni szukają szansy na giełdzie, dysponujący większymi zasobami korzystają z rynku nieruchomości, ale dynamicznie rośnie także zainteresowanie rynkiem papierów dłużnych. W ciągu pierwszych trzech miesięcy roku Polacy kupili obligacje skarbowe za prawie 1,4 mld zł, co stanowi wynik najwyższy od 2008 r. Zachęca do nich niskie ryzyko, ale odsetki są niewiele wyższe niż w przypadku bankowej oferty. O tym, że oczekiwania są większe, świadczy sięgający w pierwszym kwartale aż 1,2 mld zł napływ kapitału do funduszy inwestycyjnych, specjalizujących się w obligacjach przedsiębiorstw. Według Analiz Online, firmy monitorującej rynek funduszy, to o 100 mln zł więcej niż w całym ubiegłym roku. Tak duża dynamika z pewnością nie jest dziełem przypadku i wskazuje na wzrost aktywności oszczędzających, zniecierpliwionych utrzymującymi się na rekordowo niskim poziomie stopami procentowymi i symbolicznymi odsetkami w bankach, które nie są w stanie ochronić kapitału przed powracającą inflacją. Najlepsze fundusze papierów korporacyjnych w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy osiągnęły stopy zwrotu przekraczające 4 proc., a wyniki powyżej 3 proc. to bardziej reguła niż wyjątek. Wartość aktywów zgromadzonych w tego typu funduszach sięgała na koniec marca prawie 19 mld zł, a w ciągu dwunastu miesięcy zwiększyły się one o blisko 19 proc. Na tę kwotę składają się także kapitały instytucji finansowych, ale do tej formy przekonują się coraz liczniej także posiadacze oszczędności. Fundusze mają znacznie większe niż inwestorzy indywidualni możliwości skonstruowania zdywersyfikowanego portfela papierów dłużnych oraz zarządzania nim, odpowiednio do zmian warunków rynkowych. Ich zaletą jest obniżenie poziomu ryzyka, ale odbywa się to kosztem ograniczenia wysokości osiąganych zysków. Wynika to także z faktu, że fundusze dysponujące znacznymi kapitałami nie interesują się z reguły emisjami wysokodochodowych obligacji mniejszych firm, choć w tym gronie można znaleźć wiele interesujących możliwości. Na rynku ofert publicznych dominują obligacje deweloperów, firm windykacyjnych oraz banków i instytucji świadczących usługi finansowe (firmy pożyczkowe, zajmujące się faktoringiem itp.). Wbrew pozorom, indywidualni inwestorzy także mają spore możliwości samodzielnego skonstruowania zróżnicowanego portfela obligacji korporacyjnych, nie posiadając ograniczeń typowych dla funduszy. To właśnie wśród małych ofert można znaleźć firmy z różnych branż i o różnym profilu ryzyka. Ograniczając się tylko do ostatnich miesięcy, można wymienić choćby emisję Uniserv-Piecbud, specjalistycznej firmy budowlanej, producenta i dystrybutora gier komputerowych Vivid Games, Columbus Energy, specjalizującą się w montaży ogniw fotowoltaicznych, dystrybutora sprzętu sportowego Bikershop, czy świadczącej usługi kadrowe i outsourcingu procesów biznesowych spółki Loyd. W przypadku każdej z nich można liczyć na odsetki sięgające 8-9 proc. Tego typu ofert z pewnością nie zabraknie w przyszłości i mogą cieszyć się dużą popularnością, tym bardziej, że wciąż brakuje dużych ofert publicznych.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Jak na ten moment opinia publiczna w Wielkiej Brytanii popiera decyzję premier May dotyczącą rozpisania wyborów parlamentarnych na czerwiec. Można śmiało powiedzieć, iż wczorajsza decyzja umocniła brytyjskiego funta. Rynki w tym momencie dokonują wyceny najbardziej realnego scenariusza – jeszcze bardziej silniejszego gabinetu konserwatystów. Para walutowa GPB/USD, która dużo wycierpiała w trakcie trwających od lipca 2016 roku, brexitowych batalii, odzyskuje pewność siebie. Z analizy platformy inwestycyjnej eToro, wynika, iż zarówno indywidualni inwestorzy jak i fundusze hedgingowe pozamykały krótkie pozycję, co jest odwrotnością trendu z wczorajszego wieczora. Aktualnie para walutowa GPB/USD znajduje się ponad jej średnim poziomem, co skutkuje bardzo wysokim sentymentem sprzedażowym w przypadku transakcji krótkoterminowych. Natomiast zupełnie inaczej niż brytyjska waluta prezentuje się indeks FTSE. Silniejsza waluta oznacza mniejsze zyski.

Straty na brytyjskiej giełdzie w połączeniu z trudnym do przewidzenia rezultatem wyborów we Francji pociągnęły ze sobą w dół wszystkie europejskie indeksy. Wall Street jest gotowa do korekty, przede wszystkim warto zwrócił uwagę na Bank of America, który ogłosił wzrost zysków o 40%, ale Goldman Sachs opublikował rozczarowujące wyniki za pierwszy kwartał tego roku. To było bardzo poważnym ciosem dla rynku, w związku z tym Dow Jones zakończył wczorajszą sesję z 113 punktowym spadkiem.

Dziś azjatyckie rynki notują spadki, indeks China 50 zniżkuje, podobnie jak hongkoński HKEX. Natomiast europejskie indeksy od rana są płaskie. Wielu inwestorów będzie chciało skorzystać na panujące obecnie zniżce, ich nastroje może jednak ostudzić niepewna sytuacja geopolityczna na świecie. Uwagę przykuje także kurs ropy naftowej, ponieważ dziś popołudniu zostaną opublikowane informację dotyczące zapasów w USA. Dalsze straty w sektorze energetycznym mogą się okazać fatalne w skutkach dla tego wysoce podatnego na wahania rynku.

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Kryzys gospodarczy i zawirowania na rynkach finansowych to czas poważnej próby dla inwestorów. Kto ulegnie emocjom i zacznie np. pospiesznie wyprzedawać akcje, może bardzo wiele stracić. Z kolei kupowanie w kryzysowych realiach, choć bywa ryzykowne, może się opłacić. Czym warto się kierować, podejmując decyzje inwestycyjne – wyjaśnia Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Kryzysy i załamania gospodarcze najczęściej występują niespodziewanie, wywołując trudne do przewidzenia skutki. Widmo kryzysu sprawia, że ceny akcji często spadają poniżej ich rzeczywistej wartości. Zdarza się wtedy, że ludzie, postawieni przed wizją znacznych strat finansowych, podejmują mało racjonalne decyzje.

Gdy jedni się boją, drudzy inwestują

Jak nietrudno się domyślić, sprzedawanie w takich warunkach może okazać się kiepskim pomysłem. Inwestorzy bardzo często popełniają błąd, który polega na zbyt długim przetrzymywaniu tracących na wartości aktywów, by w końcu zostały one wystawione na sprzedaż w chwili, gdy ceny spadają bardzo nisko. Prawdopodobnie takie reakcje – co tłumaczy też ekonomia behawioralna – wynikają z faktu, że o wiele mocniej odczuwamy utratę kapitału niż poczucie satysfakcji z zysku na tym samym poziomie.

Kupowanie w warunkach kryzysu może się opłacać, ale oczywiście pociąga za sobą spore ryzyko. Zawsze może się okazać, że sytuacja pogorszyć się jeszcze bardziej. Warto jednak pamiętać, że kiedy negatywne emocje na rynkach już opadną, czynniki fundamentalne, determinujące stan gospodarek (jak np. wzrost gospodarczy, zadłużenie, poziom stóp procentowych), zaczną odgrywać coraz większą rolę i wyceny akcji wrócą do normy.

Dobry przykład takiej sytuacji mogliśmy zaobserwować po wygranej Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich w USA. Nie był to kryzys, niemniej chaos powyborczej nocy i powyborczego dnia wdarł się na rynki. Indeksy europejskie i kontrakty na indeksy amerykańskie traciły początkowo nawet o ok. 5 proc.

Tymczasem Carl Icahn, 52. na liście najbogatszych ludzi świata, powiedział w wywiadzie dla agencji informacyjnej Bloomberg, że gdy zobaczył, jak giełdy nurkują, wyszedł z imprezy na cześć zwycięstwa Trumpa i wydał miliard dolarów (tyle udało mu się w tak krótkim czasie zorganizować) na akcje. Icahn się nie pomylił. Po gwałtownej przecenie ceny akcji zaczęły piąć się w górę, a główny amerykański indeks Dow Jones 30 w parę dni osiągnął historyczne rekordy.

Jak wypełnić portfel, aby skorzystać z okazji

Sytuacja z pierwszych godzin po triumfie Donalda Trumpa stanowi dość skrajny przykład, ale dobrze obrazuje pewien rodzaj zachowania inwestycyjnego. Aby móc wykorzystywać takie okazje podczas kryzysu czy innych zawirowań na rynku, należy posiadać wolne środki i nie bać się inwestować w ten sposób. To prowadzi do takiego konstruowania portfela inwestycyjnego, który z jednej strony jest nieco bardziej odporny na takie wydarzenia, a z drugiej strony umożliwia kupno dodatkowych aktywów po atrakcyjnych cenach, które mogą zapewnić w przyszłości ponadprzeciętne zyski.

Choć strategię inwestycyjną w idealnym przypadku powinno się dla każdego konstruować indywidualnie, by jak najlepiej odzwierciedlać cele, horyzont czasowy czy skłonności do ryzyka, to możemy wyodrębnić pewne uniwersalne reguły. Inwestując, powinniśmy przede wszystkim myśleć o dłuższym horyzoncie czasowym. W perspektywie np. kilkudziesięciu lat, chwilowe zawirowania  wpłyną na nasz kapitał w sposób ograniczony.

Poszczególne składowe, tworzące całość naszych inwestycji, powinny być przede wszystkim jak najmniej skorelowane ze sobą. Powoduje to zmniejszenie ogólnego ryzyka utraty wartości portfela inwestycyjnego. Poza bardziej ryzykownymi elementami, np. akcjami czy funduszami akcji, dającymi potencjalnie wyższą stopę zwrotu w dłuższym horyzoncie czasowym, dobrym pomysłem może być zabezpieczenie swojego kapitału aktywami, które historycznie notują relatywnie dobre wyniki w czasach kryzysu. Można zaliczyć do nich m.in. złoto, srebro, bony skarbowe rządu USA, jena japońskiego czy franka szwajcarskiego.

Choć w okresach globalnego wzrostu na rynkach notowania metali szlachetnych czy walut mogą nie przynosić znacznych zysków (wkalkulowane są nawet lekkie straty), można o nich myśleć jak o ubezpieczeniu. Zwykle decydujemy się na wykup polisy ubezpieczeniowej domu, choć mamy nadzieję, że nigdy nie będziemy z niej korzystać.

Na niepewne czasy przydaje się szybki dostęp do gotówki

Można też oczywiście bardziej aktywnie podchodzić do zarządzania swoim kapitałem i zmieniać udział  bezpieczniejszych instrumentów w zależności od bieżącej sytuacji rynkowej i naszych oczekiwań co do przyszłości. Gdy panuje większa niepewność i nerwowość na rynkach lub gdy perspektywy wzrostu się pogarszają, optymalnym rozwiązaniem może okazać się zwiększenie ich udziału. W takich przypadkach można też posłużyć się bardziej zaawansowanymi formami ochrony ryzykownej części kapitału – jak np. strategie long/short. Można także wykorzystywać instrumenty pochodne, np. opcje (m.in. protective put dla akcji – płacąc z wyprzedzeniem premię za możliwość znacznego ograniczenia strat).

Istotne jest, aby część zgromadzonego kapitału można było relatywnie łatwo i szybko zamienić na gotówkę. Trzymanie większej części inwestycji w gotówce podczas zwiększonej niepewności może dawać dwie zasadnicze korzyści. Po pierwsze, możemy w ten sposób znacznie ograniczyć potencjalne straty, po drugie zyskujemy opcje zakupu aktywów (np. akcji) po bardzo niskiej cenie, często poniżej ich rzeczywistej wartości. Gdy na rynku rozpocznie się okres wzrostu, możemy wtedy osiągać ponadprzeciętne zyski.

Miejmy nadzieję na najlepsze, przygotowujmy się na najgorsze

Niestety, kryzysy i załamania gospodarcze – jak pokazują ostatnie lata – występują relatywnie często. Założenie, że nas nic takiego nie dotknie, wydaje się dość naiwne. Dlatego warto przygotować się na negatywne reakcje rynku, aby chronić nasz kapitał i wykorzystywać nadarzające się okazje. Kluczem do tego jest dobrze zdywersyfikowany portfel, składający się nie tylko z akcji czy obligacji, ale też z alternatywnych inwestycji (np. złota, srebra, nieruchomości, kolekcjonerskich monet itp.), gotówki w różnych walutach, opcjonalnie ze strategii zabezpieczających i innych inwestycji.

W trakcie zawirowań rynkowych ludzie są znacznie bardziej narażeni na wpływ dużych emocji, które przeszkadzają w podejmowaniu dobrych decyzji. Jeśli jednak jesteśmy zdyscyplinowani, metodycznie podchodzimy do swoich inwestycji i jesteśmy świadomi zasad, jakimi kieruje się rynek, zwiększa się prawdopodobieństwo uniknięcia strat i nawet osiągnięcia ponadprzeciętnych zysków. Decyzje inwestycyjne powinniśmy podejmować w taki sam sposób, niezależnie od tego czy zyskujemy, czy tracimy, starając się unikać nadmiernego ryzyka, by odzyskać utracony kapitał, ponieważ może to prowadzić do jeszcze większych strat.

Źródło: Cinkciarz.pl

Sezon publikacji wyników na warszawskim parkiecie powoli dobiega końca. Inwestorzy poznali już niemal wszystkie sprawozdania finansowe spółek. Zgodnie z prognozami, trzeci kwartał należał do małych i średnich spółek. Potwierdzają to nie tylko wyniki finansowe, ale także wzrosty indeksów mWIG40 (18,8%) oraz sWIG80 (9,1%). Znacznie gorzej zaprezentowały się blue chipy, jednak ich sytuacja była wynikiem nie tylko  uwarunkowań rynkowych, ale również – a może przede wszystkim –  decyzji politycznych.

Trzeci kwartał przyniósł dynamiczny wzrost ceny miedzi. Ta hossa automatycznie przełożyła się na wyraźną poprawę zysku netto KGHM, ale wartość przychodów była o 13% niższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ciężarem nadal jest chilijska kopalnia Sierra Gorda, jednak sytuacja lubińskiego kombinatu jest znacznie lepsza niż na początku roku. Miniony kwartał to również stabilizacja cen ropy naftowej, która pozytywnie wpłynęła na wyniki PKN Orlen oraz Lotosu. Mimo wszystko obie spółki wygenerowały mniejsze przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. Co więcej, w obu przypadkach modelowe marże rafineryjne w dalszym ciągu były znacznie niższe niż w 2015 r. Spółki zapowiadają, że te wyraźnie wzrosną w czwartym kwartale. Widać też pozytywne efekty walki z paliwową szarą strefą.

Tegoroczny rajd był kontynuowany przez kurs akcji JSW. Dynamicznie rosnąca cena węgla pozytywnie wpłynęła na dynamikę przychodów. Mimo wszystko spółka po raz kolejny odnotowała stratę netto. Dalsza dobra koniunktura na rynku węgla wraz z postępującym procesem restrukturyzacyjnym z całą pewnością przyczyni się do normalizacji sytuacji finansowej tego przedsiębiorstwa. Z drugiej strony, rosnące ceny węgla na rynkach globalnych nie znalazły odzwierciedlenia w poprawie koniunktury na rynku krajowym, toteż Bogdanka (znajdująca się w dużo lepszej sytuacji finansowej niż JSW) odnotowała ujemną dynamikę przychodów oraz zysku operacyjnego.

„Piąte koło u wozu” w indeksie WIG20 nadal stanowią spółki energetyczne. Z jednej strony, Energa oraz PGNiG poprawiły swoje zyski netto. Z drugiej, podobnie jak Tauron i PGE wygenerowały równocześnie niższe rdr wartości EBITDA – pod tym względem na wyróżnienie zasługuje jedynie Enea, która może pochwalić się wzrostem tego przepływu. Perspektywy energetycznych gigantów nie wydają się obiecujące – istotne czynniki ryzyka to wysokie zapotrzebowanie na kapitałochłonne inwestycje oraz polityka. Na tle sektora w dalszym ciągu wyróżnia się ZE PAK – restrukturyzacja w zakresie redukcji kosztów przyniosła wzrost zysku netto o ponad 70 mln zł (niemal 1200% rdr).

Polityka niskich stóp procentowych, nowe obciążenie w postaci podatku bankowego, upadające SKOKI oraz wciąż aktywne, choć odroczone ryzyko związane z problemem kredytów frankowych, nie sprzyjają sektorowi bankowemu. Odzwierciedleniem tej sytuacji są nie najlepsze wyniki banków. Na wyróżnienie zasługują Pekao SA oraz ING Bank Śląski, które w tych trudnych warunkach radzą sobie zdecydowanie lepiej niż konkurencja.

Polityka historycznie niskich stóp procentowych jest ciężarem dla banków, ale równocześnie motorem napędzającym rozwój rynku nieruchomości. Dobra koniunktura w tym segmencie rynku trwa nieprzerwanie od 2015 r. i jest regularnie potwierdzana przez bardzo dobre wyniki spółek należących do tej branży. W trzecim kwartale całkiem przyzwoicie zaprezentowały się również spółki budowlane, co wynika m.in. z efektu sezonowości. Niemniej, opóźnienia w redystrybucji środków unijnych w dalszym ciągu ograniczają wykorzystanie potencjału tego sektora. Najmocniejszym ogniwem wydaje się Budimex, który przez trzy kwartały tego roku rozwijał się w tempie 10,8% rocznie, podczas gdy krajowa produkcja budowlano – montażowa skurczyła się o 15,4% rdr. Na uwagę zasługuje także Trakcja, która systematycznie poprawia swoje wyniki.

Z kolei telekomunikacja to branża mało perspektywiczna, bowiem rynek jest już nasycony, choć o pozytywnym zaskoczeniu można mówić w kontekście Netii, której zysk netto wzrósł o 100% rdr. Tymczasem należy podkreślić, że EBIT skurczył się o 75% rdr. Niniejsza rozbieżność jest efektem rozliczenia odroczonego podatku dochodowego. Ponadto, tym razem zawiedli deweloperzy gier. Rozczarowały przede wszystkim sprawozdania finansowe Vivid Games i 11 bit studios. Sytuacja CI Games wyraźnie się poprawia, jednak spółka jest wciąż daleka od osiągnięcia rentowności. Natomiast świetnie radzi sobie lider, czyli CD Projekt, który pokazał wyniki co prawda rdr gorsze, ale i tak kilkanaście procent lepsze od oczekiwań na każdym poziomie rachunku zysków i strat. Branża gier komputerowych to specyficzny sektor, w którym napływ dochodów ma charakter skokowy. CD Projekt jest najbliżej dostarczania bardziej stabilnego wyniku. Niewątpliwe ten segment rynku ma wielkie możliwości, jednak jego obecna wycena rynkowa może już być zbyt wymagająca.

Wzrost dochodu rozporządzalnego Polaków (dzięki hojnej polityce społecznej) nie wpłynął tak istotnie, jak prognozowano na sektor handlu detalicznego. Wyniki CCC były co prawda solidne, ale słabiej prezentowały się LPP i Eurocash. Wyniki poprawił Bytom. W ciągu trzech kwartałów tego roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 18% rdr, co znalazło swoje odzwierciedlenie we wzroście zysku netto, ale na poziomie operacyjnym (czyli nawet ważniejszym) już tak różowo nie było – spółka zanotowała spadek o 6% rdr. Błędna strategia sprzedażowa i słaby złoty negatywnie przełożyły się na osiąganie założonych dynamik, toteż wyniki z programu motywacyjnego stały się praktycznie nierealne. Nie zawiódł za to AmRest, do czego zdążył już przyzwyczaić inwestorów. Zysk na poziomie EBITDA wzrósł o 30,4% rdr. Spółka konsekwentnie realizuje swoją ekspansywną strategię, która przynosi wymierne korzyści.

Ponadto, na szczególną uwagę po raz kolejny zasługują spółki przemysłowe i eksporterzy. Miniony kwartał był dla nich bardzo udany. Mimo wszystko w wielu przypadkach można było dostrzec pierwsze efekty spowalniającego tempa wzrostu polskiej gospodarki. Tym niemniej, mocnymi graczami w tym segmencie są m.in. Amica, Grupa Kęty, Forte, Uniwheels, czy też Boryszew.

Rok 2016 dobiega końca, a zaprezentowane wyniki finansowe za trzeci kwartał zostały już niemal w całości zdyskontowane. Rynek wycenia obecnie dalsze perspektywy. Wiele wskazuje na to, że czwarty kwartał może przynieść dalsze trudności polskiej gospodarki. To natomiast przełoży się na wyniki spółek, które inwestorzy poznają w pierwszych miesiącach nowego roku.

 

Łukasz Rozbicki
MM Prime TFI

Wzrosty cen klasycznych aut wyraźnie zahamowały. Winić należy Brexit, przez który stopniały możliwości nabywcze sporej grupy wyspiarskich entuzjastów motoryzacji. Gorsze wyniki inwestycji mogą dziś też martwić inwestorów, którzy rok temu wybrali akcje i surowce. Wyjątkiem od tej reguły pozostają złoto i srebro – wynika z danych zebranych przez Lion’s Bank.

Listopad nie przyniósł dobrych informacji dla inwestorów. Gdyby posiadane portfele spieniężyli oni na początku jedenastego miesiąca, ich roczne wyniki z inwestycji byłyby przeważnie gorsze niż na początku października.

Wciąż jednak najnowsze dane zebrane przez Lion’s Bank pokazują, że na 35 aktywów, których wyceny są monitorowane w ramach comiesięcznego badania aż 24 zanotowały wzrosty cen w ujęciu rocznym. Bilans pozostaje więc pozytywny niestety z pewnymi wyjątkami.

Cztery kółka hamują

Szczególnym zaskoczeniem może być wyraźne pogorszenie się nastrojów na rynku aut klasycznych. Ta alternatywna forma lokowania kapitału dawała w ostatniej dekadzie ponadprzeciętne stopy zwrotu. Wystarczy przytoczyć dane firmy HAGI, która za pomocą jednego ze swych wskaźników publikuje informacje na temat zmian cen 50 najbardziej pożądanych klasycznych aut. Indeks ten pokazuje, że przez ostatnią dekadę średnioroczny wzrost cen aut klasycznych wyniósł prawie 19%. Na tym tle wynik za ostatni rok na poziomie 7,2% wygląda mizernie, choć w żadnym wypadku nie pozwala popaść w pesymizm. Do podobnych wniosków można dojść obserwując dane o zmianach cen klasycznych aut, które bada firma Hagerty. Od początku 2016 roku widoczne jest wyraźne wyhamowanie trendu wzrostowego. Choć najbardziej pożądane auta wciąż potrafią bić na aukcjach kolejne rekordy cenowe, to poza najgłośniejszymi unikatami nie widać już walki o okazy za wszelką cenę – czytamy z najnowszym raporcie firmy Knight Frank opisującym zmiany cen w sektorze inwestycji alternatywnych. Trudno się temu dziwić, skoro inwestowanie w auta klasyczne jest domeną Europejczyków, a jedni z ważniejszych nabywców – Brytyjczycy – od ponad 4 miesięcy cierpią na wyraźny spadek możliwości nabywczych w związku z osłabieniem funta. Póki co listopadowa decyzja brytyjskiego Wysokiego Trybunału, oddalająca perspektywę Brexitu, niewiele w tym względnie zmieniła.

Co więcej, z punktu widzenia rodzimego inwestora posiadającego klasyczne auta spadek wartości funta może być złą informacją. Wcześniej wspomniany wzrost cen aut klasycznych o 7,2% w związku z tym, że pokazuje notowania w funtach może oznaczać dla rodzimego inwestora aż 8-proc. stratę, bo za funta trzeba dziś płacić ponad 14% mniej niż przed rokiem.

Gorsze dane z giełd

Znacznie więcej powodów do narzekania mają inwestorzy, którzy zainwestowali na giełdzie. Straty liczyć mogą dziś zarówno ci, którzy zaufali w największe europejskie spółki, jak i francuskie, niemieckie czy brytyjskie. Indeksy skupiające największe firmy z tych parkietów notują straty w ujęciu rocznym (po uwzględnieniu kursów walutowych). Słabo radzą sobie też rodzime blue chipy. Indeks WIG 20 stracił przez rok prawie 12%. Odwrotna sytuacja jest w spółkach średnich. Ich indeks zyskał bez mała 12%.

2016-11-03-wykres-1

Maleje podium wirtualnej waluty

W naszym listopadowym zestawieniu znalazły się też gorsze niż przed miesiącem informacje z rynku wirtualnej waluty bitcoin. Nie można jednak mówić o krachu na tym rynku. Co więcej hossa trwa tak długo, że badając zmiany z ostatnich 12 miesięcy jesteśmy świadkami efektu rosnącej bazy. Po prostu dynamika wzrostu maleje, bo rok temu skokowo wzrosła cena waluty. I tak 2 listopada br. za jednego bitcoina płacono 728 dolarów. To o 66,6% więcej niż rok wcześniej (437 dolarów). W październiku roczny wzrost ceny waluty wirtualnej można było oszacować na prawie 160%.

Do informacji o skokowych wzrostach wyceny wirtualnej waluty trzeba podchodzić z dużą rezerwą. Notowania te charakteryzują się bowiem potężną zmiennością. Dziś może ona wciąż cieszyć, ale w przyszłości może być odwrotnie. Jak mantrę w tym wypadku trzeba więc powtarzać, że bitcoin jest ryzykownym sposobem na pomnażanie czy przechowywanie oszczędności.

O cenach metali zadecydują Amerykanie

Na kilka dni przed wyborami w USA warto pamiętać, że na wyceny większości aktywów będzie miało wpływ to kto zostanie 45 prezydentem za oceanem. W ostatnich dniach rośnie prawdopodobieństwo, że to kandydat republikanów wygra wyścig do Białego Domu. Rynki obawiają się takiego scenariusza, choć i wybór demokratki nie jest jednoznacznie pozytywny. Wiele prognoz sugeruje, że wygranymi w przypadku wyboru Trumpa będą inwestorzy, którzy kupili złoto w związku z tym, że kandydat ten jest bardziej kontrowersyjny i nieprzewidywalny. To może szybko doprowadzić do wzrostu notowań kruszcu, jako bezpiecznej przystani dla kapitału.

Z drugiej strony Donald Trump w trakcie kampanii opowiadał się za mniej ekspansywną polityką pieniężną (dziś wspiera m.in. notowania złota). Natomiast Hillary Clinton to synonim kontynuacji obecnej polityki (taniego pieniądza i rosnącego długu publicznego). W scenariuszu, w którym to ona zostanie prezydentem, analitycy HSBC także widzą nadzieję na dalszy wzrost cen złota. Póki co złoto jest o ponad 15% droższe niż przed rokiem, a srebro zyskało ponad 21%.

2016-11-03-tabela-1

fota (300 DPI, 1024 PNG)Bartosz Turek, Lion’s Bank

 

Ekoplast S.A., producent opartych na najnowocześniejszych technologiach systemów okien i drzwi, przed końcem roku planuje zadebiutować na rynku NewConnect.

Początki firmy sięgają 2000 roku. Początkowo zajmowała się sprzedażą i montażem okien z profili PCV. Od lutego 2001 roku, już pod nazwą Ekoplast, rozpoczęto produkcję własnych wyrobów, kierowanych do klientów indywidualnych, instytucjonalnych, a także firm. Spółka podejmuje też współpracę z generalnymi wykonawcami i firmami deweloperskimi. Obecnie w portfolio producenta znajdują się okna PCV i aluminiowe, drzwi PCV, bramy garażowe oraz pełna gama asortymentu dodatkowego, jak rolety zewnętrzne i wewnętrzne, żaluzje, moskitiery, markizy czy osłony przeciwsłoneczne (refleksole).

W Polsce działa ponad dwa tysiące producentów okien. Jest to jedna z najbardziej konkurencyjnych branż i w tym aspekcie mamy silną pozycję w Europie Zachodniej. Także Ekoplast jest marką cenioną i rozpoznawalną przez zagranicznych klientów. Na eksport przeznaczamy niemal 90% naszej produkcji. Nasze okna są obecne przede wszystkim na rynku francuskim – mówi Dariusz Chwastek, Prezes Zarządu Ekoplast S.A.

Z początkiem stycznia b.r. Ekoplast rozpoczął działalność jako spółka akcyjna. Zmiana formy prawnej podyktowana była chęcią realizacji dalszych planów rozwoju. Jeszcze w tym roku Spółka zamierza złożyć wniosek od dopuszczenie na rynek NewConnect.

Chcemy podjąć kolejne przedsięwzięcia, które przyczynią się do dalszego wzmocnienia naszej pozycji i konkurencyjności na rynkach zagranicznych. Strategia Spółki zakłada dalszy rozwój, rozszerzenie skali produkcji oraz portfolio produktowego – komentuje Dariusz Chwastek.

 Wraz ze zmianą formy prawnej, podjęto prace nad nową organizacją produkcji i sprzedaży, czego efektem było powołanie spółek zależnych, które przejęły zadania związane z produkcją, logistyką i obsługą biurową.

Całość produkcji Ekoplast realizowana jest we własnej hali produkcyjnej w Krakowie, oddanej do użytku w 2010 roku. Na jej wyposażeniu znajduje się szereg specjalistycznych maszyn i urządzeń, umożliwiających przeprowadzenie całego procesu produkcji okien i innych towarów. Zaplecze maszynowe jest stale modernizowane i wzbogacane o nowe rozwiązania.

 

Ekoplast S.A.

 

Krajowy rynek już od dłuższego czasu nie poddaje się globalnym trendom, a środowa sesja była tego kolejnym dowodem. Mowa głównie o największych spółkach, w których inwestorzy zagraniczni w ostatnich miesiącach wyraźnie zmniejszyli swoje zaangażowanie.

Konsekwencją tego zachowania była nie tylko ogólną słabość krajowego segmentu blue chipów, ale również jego rosnącą niezależność względem bazowych rynków otoczenia. Doprowadziło to do sytuacji, kiedy znaczne napływy do funduszy rynków wschodzących przechodziły bez większego echa przy Książęcej. Wyjątkiem od tej reguły było zachowanie segmentu małych i średnich spółek. Fundusze zagraniczne szukające interesujących celów inwestycyjnych zwiększyły bowiem swoje zainteresowanie spółkami średnimi, które korzystały na pozytywnych trendach makroekonomicznych i jednocześnie wolne były od ryzyk regulacyjnych. Tym samym segment blue chipów stał się bardziej niezależny wobec zmian nastrojów na rynkach globalnych niż krajowe średnie spółki.

To pewne odwrócenie zależności praktykowanej wcześniej przez wiele lat, kiedy to indeks WIG20 lepiej reagował na zmiany rynkowego sentymentu niż mniejsze spółki, które z kolei powinny być silnie uzależnione od krajowej kondycji gospodarczej. Aktualny stan rzeczy nie jest więc naturalny i z biegiem czasu powinien ulec zmianie. Zaznaczyć jednak trzeba, że niekoniecznie musi stać się to szybko, gdyż raz stracone zaufane ciężko jest odzyskać. Przykład rynku węgierskiego pokazuje jednak, że „czas leczy rany”. Przykładowo wczoraj po dłuższym okresie posuchy do łask wróciła branża energetyczna, która w Europie od pewnego czasu radzi sobie nieźle, co jednak dotychczas nie przekładało się na wyceny krajowych spółek z tej branży, mimo że zwyżkujące ceny prądu im również będą sprzyjały.

Nieco inaczej wygląda obraz mniejszych podmiotów. Tutaj warto wskazać na informacje z krajowej gospodarki, które konsekwentnie chłodzą wcześniejszy optymizm co do najbliższych kwartałów. Z początkiem roku prognozy mówiły o przyspieszeniu wzrostu w drugim półroczu. Teraz bardziej składają się do stabilizacji. Dane jednak zaczynają sugerować możliwe spowolnienie dynamiki wzrostu PKB poniżej psychologicznej bariery 3%. Wpływ na to ma zapaść w inwestycjach, spowalaniający eksport oraz mniejszy od spodziewanego wzrost konsumpcji. Nakłada się na to wczorajsza rewizja w górę wzrostu PKB za miniony rok z 3,6% do 3,9%. Oznacza to zwiększenie bazy, w stosunku do której ciężej będzie rosnąć w spodziewanym tempie.

 

Lukasz_BŁukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Drugi tydzień października przyniósł wzrost prawdopodobieństwa podwyżki stóp procentowych w Stanach. Protokół z ostatniego posiedzenia FOMC okazał się jastrzębi, chociaż nieco mniej niż oczekiwał tego rynek. Tym niemniej, rosnące ceny ropy naftowej zwiększają oczekiwania inflacyjne. Za zaostrzeniem polityki monetarnej przez Fed przemawiają także dobre odczyty z amerykańskiej gospodarki, pomimo słabszych od oczekiwań najnowszych danych z rynku pracy. W minionym tygodniu inwestorzy poznali amerykańską inflację PPI, która wyniosła 0,7% rdr wobec konsensusu na poziomie 0,4%. Ponadto, dynamika sprzedaży detalicznej zgodnie z prognozami wyniosła 2,7% rdr. Rynek oczekuje, że koszt pieniądza za oceanem ulegnie zmianie w grudniu. Widmo podwyżki stóp procentowych nie wspiera amerykańskich indeksów giełdowych. W skali całego tygodnia, NASDAQ stracił 1,5%, S&P500 1%, a DJI 0,6%. Tymczasem w Europie sentyment rynkowy okazał się nieco lepszy – niemiecki DAX wzrósł o 0,9%, francuski CAC40 o 0,5%, natomiast brytyjski FTSE250 zakończył tydzień nieznacznie pod kreską (0,1%). Inwestorzy poznali indeks Sentix, którego wartość znacząco przewyższyła prognozy – 8,5 pkt względem 6 pkt. W strefie euro nie zawiodła także dynamika produkcji przemysłowej, która osiągnęła wartość 1,8% rdr wobec oczekiwań na poziomie 1,3%. Sporo emocji rynkowych wywołała również publikacja bilansu handlowego Chin. We wrześniu wartość eksportu Państwa Środka skurczyła się o 10%.

W Polsce z całą pewnością cieszy postawa średnich spółek, których indeks zakończył miniony tydzień w kolorze zielonym – w skali całego tygodnia mWIG40 wzrósł o 0,6%. W przeciwieństwie do niego WIG20 zniżkował o 1,8%, a sWIG80 o 0,6%. Ponadto, na szczególne wyróżnienie zasługują walory JSW oraz Prairie. Te pierwsze kontynuują swój tegoroczny rajd i zbliżają się do poziomu 70 zł. Natomiast cena akcji australijskiej spółki w ciągu tygodnia niemal podwoiła swoją wartość. Dlatego też niniejszy podmiot z całą pewnością zasługuje na miano spółki tygodnia. Co więcej, warto zwrócić uwagę na najnowszy odczyt inflacji. Wskaźnik CPI wyniósł -0,5% rdr we wrześniu względem -0,8% rdr w sierpniu. Deflacja zdecydowanie słabnie, jednakże fakt ten nadal nie generuje wzmożonych oczekiwań co do zaostrzenia polskiej polityki monetarnej przez RPP.

Wydarzeniem obecnego tygodnia będzie posiedzenie Rady Prezesów EBC. Część rynku oczekuje, że bank rozszerzy obecny program QE. Inwestorzy poznają także protokół z ostatniego posiedzenia RPP. Ponadto, warto zwrócić uwagę na najnowsze dane ekonomiczne ze Stanów, Chin, strefy euro oraz Polski. Rynek będzie również śledził dobiegający do końca już wyścig o fotel w Białym Domu.

Analiza techniczna

60

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

W ubiegłym tygodniu WIG20 zdecydowanie poruszał się w kierunku południowym, toteż zakończył piątkowe notowania na poziomie 1719 pkt. Indeks największych polskich spółek tkwi w wyraźnej konsolidacji. Oscylator RSI pozostaje neutralny. W obecnym tygodniu rynek może testować wsparcie w okolicach 1700 pkt. Jego przełamanie byłoby zapewne sygnałem do rozpoczęcia nowej fali spadkowej. Tym niemniej, nie wydaje się, aby sentyment rynkowy był aż tak niesprzyjający, dlatego też indeks blue – chipów prawdopodobnie obroni niniejszy poziom i pozostanie w konsolidacji.

61

Wykres 2. Prairie w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Na spółkę tygodnia wybraliśmy Prairie. W skali całego tygodnia, cena akcji australijskiej spółki wzrosła o 94%. Niniejsze wzrosty zakończyły dotychczasową konsolidację. Kurs nie przełamał jednak oporu na poziomie 1,50 zł. Oscylator stochastyczny oraz oscylator RSI wskazały wyraźne sygnały sprzedaży. Rynek prawdopodobnie rozpocznie fazę korekty. Ostatnie wzrosty były reakcją inwestorów na zakup przez spółkę kopalni Dębieńsko. Warto podkreślić, że perspektywy długoterminowe Prairie wydają się obiecujące tym bardziej, że spółka dopiero rozpoczyna swoje flagowe projekty na polskim rynku.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Bank centralny USA zdecydował się pozostawić stopy procentowe na dotychczasowym poziomie. Mimo że większość prognoz na to wskazywała, rynki światowe wyraźnie odetchnęły z ulgą. Na giełdach całego świata zapanowała hossa. Wyceny akcji zaczęły gwałtownie wzrastać, dolar się osłabił, a waluty rynków wschodzących zyskały na wartości. Na decyzji Fed zyskał także polski złoty.

Gwałtowny spadek dolara wpłynął także na wzrost cen złota. Zaraz po decyzji Fed cena kruszca wzrosła o 1,6 proc. Ostatecznie złoto zakończyło sesję tuż poniżej poziomu 1340 dolara za uncję. Wraz ze złotem w górę o ponad 3 proc. (do 19,80 dol. za uncję) „wystrzeliło” także srebro. Nie należy jednak wiązać tych wzrostów bezpośrednio z decyzją Rezerwy Federalnej. Ceny złota i srebra zaczęły rosnąć już znacznie wcześniej, decyzja tylko spotęgowała tę tendencję.

Rynki obligacji zareagowały na Fed równie optymistycznie. Jednak tutaj nie należy spodziewać się zbyt wiele. Z pewnością do następnego posiedzenia jeszcze wiele się wydarzy. Już teraz zmienność na rynkach obligacji zaczyna rosnąć. Polskie obligacje skarbowe wahają się pomiędzy 2,8% a 2,75%. Paradoksalnie ich niepewność i zmienność wzrosły w reakcji na decyzję Fed.

Nie tylko Fed sprawcą „euforii rynków”

Dobre nastroje na rynkach są efektem nie tylko decyzji Fed, ale także Banku Japonii (BoJ). Azja, podobnie jak USA, postanowiła odwlec w czasie podwyżkę stóp procentowych. BoJ pozostawił stopy bez zmian (-0,1%), jednak zaskoczył wprowadzając rewolucję w polityce monetarnej. Obecna strategia BoJ ma skupiać się na utrzymaniu długoterminowej stopy procentowej w pobliżu zera. Jest to tzw. „polityka kontroli krzywej terminowej”, polegająca na sterowaniu rentownościami obligacji skarbowych w taki sposób, aby dochodowość papierów 10-letnich utrzymała się w pobliżu 0.

W oczekiwaniu na grudzień będzie plaża, ale kamienista…

Mimo dobrej sytuacji na rynkach i hossy spowodowanej zarówno decyzją Fed, jak i Banku Japonii, należy zachować umiarkowany optymizm. Pamiętajmy, że Rezerwa Federalna tylko odsunęła w czasie podwyżki stóp procentowych, być może tylko do listopada. Kłopot w tym, że gospodarki
za bardzo przyzwyczaiły się do niskich stóp procentowych. Widmo podwyżek stóp w listopadzie lub grudniu może wpływać na decyzje długoterminowe i prawdopodobnie wywoła niepokój na rynkach.

 

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI

Na początku roku niewielu inwestorów wierzyło w atrakcyjność sektora górniczego. Wzrosty cen węgla, a co się z tym wiąże kursów polskich spółek węglowych utożsamiane były z korektą. Tymczasem dobra passa trwała nadal, a z czasem przybierała nawet na sile. Ci, którzy postanowili zainwestować na początku roku w walory JSW oraz Bogdanki mogą teraz pochwalić się bardzo wysokimi stopami zwrotu. Warto jednak nieco ostudzić emocje. Niewykluczone, że mamy do czynienia z bańką spekulacyjną, po której jak to zazwyczaj bywa, rynek wejdzie w fazę korekty. Ponadto rozważając ewentualną inwestycję w ten sektor należy dokonać znacznie szerszej analizy, bo cena węgla jest tylko jednym z kilku  elementów, które będą wpływały na wycenę obu spółek.

Najjaśniejsza perła z branży surowcowej na warszawskim parkiecie od początku roku pozwoliła zarobić ponad 400%. Jastrzębska Spółka Węglowa, która została usunięta z indeksu WIG20, zasługuje obecnie na miano jednej z największych gwiazd polskiej giełdy. Motorem napędowym wzrostów kursu akcji jest cena węgla koksującego, która na rynku spot przełamała granicę 200 dol./t. Poziom ten zdecydowanie przewyższa wcześniejszy konsensus rynkowy ustalony na poziomie około 130 dolarów. Nieco mniej spektakularne wzrosty, aczkolwiek równie dynamiczne, odnotował kurs Bogdanki, który wzrósł w tym roku o ponad 80%. Podobnie jak w przypadku JSW, spółce sprzyja dobra koniunktura rynkowa. Cena węgla kamiennego na rynkach światowych znalazła swój dołek w okolicach 33 dol./t i wzrosła do obecnych 58 dol./t. Dobra sytuacja na rynku czarnego złota jest efektem systematycznego spadku produkcji tego surowca w Chinach, które są jego największym producentem, a zarazem konsumentem. Ponadto, dynamika importu węgla w Państwie Środka znacząco wzrosła, co wynika m.in. z bardzo dobrej koniunktury na rynku stali.

Jednak w przypadku JSW ważniejszym aspektem pozostaje benchmark, czyli cena węgla koksującego w kontraktach trzymiesięcznych. Ta w trzecim kwartale wynosi 93 dol./t. Oczekiwania rynku co do jej poziomu w czwartym kwartale są bardzo wysokie – 130 dol./t. Rynek aktualnie wydaje się wyceniać ten właśnie scenariusz. Tym niemniej, o ile Chiny nie zdecydują się na dalsze cięcia wydobycia, cena benchmarku węgla koksującego w 2017 roku powinna ustabilizować się w okolicach 120 dol./t. Osiągniecie progu rentowności przez JSW zapewnia poziom 106 dolarów, co generuje wysokie oczekiwania co do dynamiki wzrostu zysku operacyjnego. Jednak władze JSW zaznaczają, spółka wygeneruje zysk netto najwcześniej pod koniec 2017 roku.

Niespodziewane i gwałtowne wzrosty na rynkach finansowych niemal zawsze kończą się w ten sam sposób. Potencjał wzrostowy na rynku węgla kurczy się z każdym dniem. Niebawem ceny węgla osiągną swoje szczyty, a inwestorzy zaczną realizować zyski, co znajdzie swoje odzwierciedlenie w gwałtownej korekcie. Ta znacząco uderzy przede wszystkim w wycenę JSW, która wydaje się nieco napompowana za sprawą spekulantów. Co ciekawe, cena akcji Bogdanki już zniżkuje, pomimo dalszych wzrostów cen węgla kamiennego. Warto podkreślić, że realne ceny lubelskiej kopaliny są niższe niż aktualne ceny na światowym rynku. Niewykluczone, że Bogdanka swoje lokalne ekstrema ma już za sobą. W przypadku JSW nadal mamy wzrosty. Z technicznego punktu widzenia najbliższy solidny opór znajduje się w okolicach 70 zł.

W szerszej perspektywie wiele wskazuje na to, że sytuacja na rynku węgla w 2017 roku będzie stabilna i nie ulegnie pogorszeniu. Podczas gdy świat ogranicza wykorzystanie węgla, Polska nie zmienia swojej strategii i utrzymuje status quo. Rząd nie zamierza odchodzić od energetyki opartej na czarnym złocie. O ile sytuacja rynkowa prawdopodobnie będzie korzystna, o tyle górnictwo musi stawić czoła swoim wewnętrznym problemom. Dlatego też, w przypadku JSW nadrzędną sprawą pozostaje kwestia restrukturyzacji, która powoli nabiera tempa. Tylko sukcesywne zmiany organizacyjne i techniczne zapewnią trwałą rentowność spółki. Tymczasem rola Bogdanki w procesie restrukturyzacji branży może mieć nieco inny charakter. Niewykluczone, że to ona przeznaczy część środków na zakup KHW przez Grupę Enea, co może znacząco wpływać na jej giełdową wycenę. Nie należy także zapominać o związkach zawodowych. Te mogą spróbować wykorzystać dobrą koniunkturę na rynku węgla podejmując próbę wzmocnienia swojej pozycji.

Nadmierny optymizm inwestorów, bańka spekulacyjna na rynku węgla oraz niepewne fundamenty polskiego sektora górniczego i liczne czynniki ryzyka powodują, że inwestycja w ten segment rynku wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem. Tym niemniej, posiłkując się aktualnymi prognozami oraz zakładając sukcesywny przebieg restrukturyzacji całej branży można prognozować, że w długim okresie walory JSW oraz Bogdanki w dalszym ciągu będą miały potencjał wzrostowy. Wcześniej jednak można oczekiwać korekty, która prawdopodobnie okaże się gwałtowna i dotkliwa.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

Środa stała pod znakiem komunikatów ze strony dwóch ważnych banków centralnych. Poranek zagarnął BoJ, który pod przewodnictwem Haruhiko Kurody pozostaje liderem skali luzowania na arenie globalnej. Z początkiem roku bank wypłynął jednak na niespokojne wody. Tak bowiem można opisać zaadoptowanie polityki ujemnych stóp procentowych, która okazała kontrproduktywna.

Krzywa rentowności obligacji przyjęła niekorzystną płaską formę, a jen zamiast się osłabić, umocnił się. W konsekwencji nie zmaterializowały się spodziewane korzyści z dalszego luzowania, a uwidoczniły się związane z nim problemy skoncentrowane głównie na sektorze bankowym, dla którego środowisko ujemnych stóp jest wyjątkowo niekorzystne. Teraz bank stał przed bardzo trudnym zadaniem. Z jednej strony nie mógł się poddać i wycofać z już ogłoszonych programów, a z drugiej ciężko dalej zwiększać ich skalę, skoro wcześniej się one nie do końca sprawdziły. Co więc zrobiono? Ustanowiono nowy program „kontroli krzywej rentowności”, którego głównym zadaniem jest zniwelowanie szkód powstałych w wyniku wcześniejszego agresywnego luzowania. Teraz zakupy obligacji będą tak kalibrowane, by zwiększyć nachylenie krzywej, a oprocentowanie dziesięcioletnich obligacji ma być zakotwiczone na niskim poziomie 0%. Taka decyzja korzystna jest głównie dla banków i z tego względu akcje tych instytucji wyróżniały się wczoraj pozytywnie. Jen się jednak nie osłabił, gdyż zwiększenia skali luzowania nie zobaczyliśmy. Bank zaczął jedynie eksperymentować z tzw. „polityką forward guidance”. Oznajmił więc, że skup obligacji będzie trwał do czasu, aż inflacja przewyższy zakładany cel inflacyjny na poziomie 2%. Dlaczego tak zrobił? To też jest naprawa poprzedniego błędu ustalenia dwuletniego (niespełnionego zresztą) terminu, w którym inflacja miała wrócić do swojego celu. Warto przy tym dodać, że „forward guidance” było już testowane przez Rezerwę Federalną i zostało porzucone na rzecz aktualnie stosowanego podejścia „uzależnienia od danych”, które daje większą elastyczność. Powyższe zmiany nie wyglądają więc na kolejny „radyklany” krok, gdyż zaczyna ku niemu brakować wolnego miejsca. Obawiać się można, że przyszłość przyniesie więcej tego typu kalibracji, gdyż historia pokazuje, że deklaracje docelowych poziomów mogą być testowane przez rynek i w konsekwencji zarzucone.

Paradoksalnie Fed jest w niewiele lepszej sytuacji. Zmaga się bowiem z dwoma przeciwstawnymi trendami: rosnącą presją inflacyjną oraz słabością gospodarczą. To właśnie z próby pogodzenia ognia z wodą wychodzi obserwowany od dawna dziwny miks, zgodnie z którym bank bardzo chciałby podnieść stopy, ale tego nie robi. Dodatkowo z każdym kwartałem konsekwentnie w dół rewidowane są poziomy przyszłych stóp w bacznie obserwowanym przez inwestorów słynnym już wykresie „dot chart”. Tym samym przestał on spełniać swoje prognostyczne zadanie, skoro za każdym razem jest dopasowywany do rzeczywistości, która już od lat nie chce sprostać wymaganiom jej stawianym przez bankierów centralnych. Tym samym wciąż dzielnie walczą oni o zdynamizowanie globalnej kondycji gospodarczej poprzez zachęcenie banków do udzielania kredytów, a firmy do rozpoczynania projektów inwestycyjnych. Plany te jednak nie wychodzą poza modele ekonometryczne, których użyteczność tym samym również można zacząć kwestionować. Pytanie brzmi kiedy symboliczne uderzenie się w piersi nastąpi, czy może wciąż będziemy brnęli w grę negacji rzeczywistości na rzecz realizacji zamierzeń przez mechanizmy, które nie powinny być ku temu wykorzystywane. Banki postanowiły bowiem zmienić zachowania konsumentów i firm przez monetarną politykę, co jak widać od lat, egzaminu jednak nie zdaje.

 

Lukasz_BŁukasz Bugaj,  Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI, komentuje hossę w segmencie małych i średnich spółek w Polsce.

W prognozach rynkowych na ten rok (oraz wielokrotnie później) wskazywaliśmy, że na warszawskiej giełdzie największy potencjał mają małe i średnie spółki. Jak dotąd nasze przewidywania sprawdzają się. Do końca sierpnia indeks średnich spółek, mWIG40, urósł o 10,53%, a indeks giełdowych maluchów, sWIG80, zyskał 7,64%. Hossa w tym segmencie rynku trwa od połowy lipca, odkąd inwestorzy otrząsnęli się z chwilowej paniki wywołanej Brexitem. Polskie „misie” są obecnie z jednymi najsilniejszych akcji w skali świata – a to nieczęsta sytuacja.

Skąd się bierze ich siła?

Wiele małych i średnich spółek (m.in. Sanok, Kęty, UNIWHEELS) wypracowało w II kwartale 2016 r. wysokie zyski. Zaprezentowane wyniki finansowe przekroczyły oczekiwania analityków i dowiodły, że w obecnym otoczeniu gospodarczym polskie „misie” (szczególnie te nastawione na eksport) radzą sobie doskonale. Duży udział we wzrostach indeksu mWIG40 miały trzy spółki związane z cenami węgla. Na wzroście cen węgla koksującego zyskała Jastrzębska Spółka Węglowa. Dodatkowo spółce udało się porozumieć z bankami w sprawie spłaty swojego zadłużenia. W rezultacie kurs akcji JSW wzrósł w tym roku aż 4,5 raza. Wzrost cen węgla energetycznego pomógł z kolei akcjom Bogdanki. Natomiast na poprawie koniunktury w branży wydobywczej skorzystała pośrednio również spółka PKP Cargo, która transportuje węgiel. Bankom skupionym w indeksie mWIG40 pomógł czynnik z początku sierpnia. A konkretnie łagodniejsza od oczekiwań propozycja rozwiązania problemu kredytów frankowych. Mocny wzrost zanotował m.in. Bank Millennium, Getin Bank, a nawet ING Bank Śląski, który nie posiada w portfelu kredytów w CHF. Świetna koniunktura panuje też wśród producentów gier komputerowych – CD Projekt, 11 bit i CI Games.

Czy czeka nas korekta?

Patrząc na cały segment, ceny akcji spółek z indeksów mWIG40 i sWIG80 nie są już niskie. Akcje wielu „misiów”, po kilkudziesięcioprocentowych wzrostach na przestrzeni kilku miesięcy, znajdują się na historycznych szczytach. Czy zatem czekają nas spadki? Korekta spadkowa nie byłaby dużym zaskoczeniem. Jednocześnie o głębokiej korekcie, czy nawet początku bessy (także na światowych rynkach), mówi się już od kilku lat. Rzeczywistość przyniosła jednak zupełnie inny scenariusz.

Dlatego zamiast próbować przewidzieć, kiedy nadejdą spadki, lepiej skupić się na selekcji inwestycyjnych perełek. A tych wśród polskich małych i średnich spółek póki co nie brakuje.

 

Pierwsza część ubiegłego tygodnia na rynkach finansowych była bardzo spokojna. Rynek oczekiwał czwartkowej decyzji Rady Prezesów EBC. Konsensus rynkowy nie zakładał żadnych zmian w polityce monetarnej, jednakże inwestorzy liczyli, że podczas konferencji Mario Draghi zapowie zwiększenie skali luzowania ilościowego. Tymczasem prezes EBC nie zadeklarował żadnych gołębich zmian w najbliższej przyszłości. W efekcie najważniejsze indeksy giełdowe w Europie i Stanach zareagowały spadkami. Co więcej, te kontynuowane były również w piątek. W skali całego tygodnia, francuski CAC40 stracił 1,1%, niemiecki DAX 1%, a brytyjski FTSE250 0,7%. W Stanach, NASDAQ i S&P500 zniżkowały o 2,4%, a DJI stracił 2,2%. Warto także zwrócić uwagę na najnowsze odczyty makroekonomiczne, zwłaszcza ze Stanów. Te po raz kolejny zawiodły – indeks ISM dla branż pozaprzemysłowych wyniósł 51,4 pkt wobec oczekiwań na poziomie 55,2 pkt. Ponadto, rozczarował odczyt dynamiki sprzedaży hurtowników (-1,9% rdr). W rezultacie prawdopodobieństwo wrześniowej podwyżki stóp procentowych przez Fed szacowane jest przez rynek na zaledwie 25%. Wiele wskazuje na to, że ta będzie mieć miejsce dopiero w grudniu. Tymczasem w strefie euro wzrost PKB w drugim kwartale 2016 roku wyniósł 1,6% rdr. Wynik był zgodny z prognozami. Tym niemniej, nieco niższy od oczekiwań okazał się odczyt usługowego indeksu PMI – 52,8 pkt względem 53,1 pkt.

Miniony tydzień nie był pomyślny dla indeksu największych polskich spółek, który osunął się o 0,8%. W przeciwieństwie do niego, dobrze zaprezentowały się małe i średnie spółki. W skali całego tygodnia, mWIG40 wzrósł o 1,2%, a sWIG80 o 0,3%. Inwestorzy z niecierpliwością oczekiwali piątkowej decyzji Moody’s ws. polskiego ratingu kredytowego. Wiele wskazywało na to, że agencja tym razem dokona negatywnej rewizji. Tymczasem, podobnie jak w styczniu, Moody’s nie opublikowała przeglądu ratingów kredytowych dla Polski. Jednak brak decyzji nie wpłynął istotnie na kwotowanie złotego. Rynek zapewne w pełni zdyskontuje niniejszą informację na początku obecnego tygodnia. Ponadto, w ubiegłą środę zakończyło się posiedzenie RPP. Te nie wzbudziło wielu emocji – stopy procentowe pozostały na niezmienionym poziomie.

W obecnym tygodniu warto zwrócić uwagę na publikację amerykańskich danych na temat sprzedaży detalicznej, produkcji przemysłowej oraz inflacji. W Eurolandzie odbędą się odczyty indeksów ZEW, dynamiki produkcji przemysłowej oraz indeksu CPI. Dane na temat inflacji zostaną opublikowane także w Polsce. Ponadto, GUS zaprezentuje dynamikę przeciętnych wynagrodzeń. Decyzję ws. stóp procentowych podejmie Bank Anglii oraz Szwajcarski Bank Narodowy.

Analiza techniczna

1
Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Początek tygodnia w wykonaniu blue chipów był naprawdę obiecujący – WIG20 dość wyraźnie przełamał granicę 1800 pkt. Jednak pod koniec tygodnia sentyment rynkowy zdecydowanie się pogorszył. W efekcie indeks największych spółek zakończył tydzień na poziomie 1754 pkt. Oscylator RSI pozostał neutralny, podczas gdy średnie kroczące utworzyły formację krzyża śmierci. Najbliższym wsparciem jest poziom 1749 pkt, którego przełamanie prawdopodobnie przyniesie dalsze spadki w kierunku 1700 pkt. W przeciwnym razie najbliższym celem będzie opór na poziomie 1800 pkt.

2_2

Wykres 2. Wielton w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Miniony tydzień był bardzo udany dla inwestorów, którzy w swoim portfelu posiadali walory Wieltonu. W skali całego tygodnia, cena akcji niniejszej spółki wzrosła o 13,7%. W obecnym roku kurs znajduje się w wyraźnym trendzie wzrostowym. W ubiegły czwartek cena akcji ustanowiła swój historyczny szczyt (11,38 zł). Wzrosty z całą pewnością są pochodną bardzo dobrych wyników finansowych, które zostały odnotowane przez spółkę w pierwszym półroczu. Niemniej jednak, oscylator RSI wskazał wykupienie rynku. W najbliższym czasie nie można wykluczyć korekty, po której kurs może rozpocząć trzecią falę wzrostową.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Zdecydowana większość osób patrzy na rynek przez pryzmat blue chipów i indeksu WIG20. Wydaje się to jednak nieuzasadnione, gdyż od dłuższego już czasu de facto możemy mówić o dwóch parkietach przy Książęcej. Pierwszy, odznaczający się większą kapitalizacją, pogrążony jest we własnych długoterminowych problemach. Drugi, związany z mniejszą wartością notowanych spółek, ale zdecydowanie większą ich liczbą, konsekwentnie rośnie.

Mowa o małych i średnich spółkach, a w uproszczeniu o wszystkich podmiotach poza dwudziestoma największymi. W samym indeksie WIG komponentów jest niemalże 400, które jako całość radzą sobie całkiem nieźle. Wystarczy spojrzeć na nieważony indeks cenowy całego rynku, który przez ostatnie trzy lata wzrósł o 60%, co jest wynikiem dwukrotnie lepszym od amerykańskiego indeksu S&P500. W tym roku schemat się powtarza, jako że Wall Street zyskała 6%, a szeroki rynek GPW ponad 16%. Nie można więc mówić o słabości GPW, ale raczej nie najlepszej kondycji jej części w postaci blue chipów.

Problem ma głębszą naturę, którą w skrócie nazywam „fatum WIG20”. Polega on na tym, że spółki dołączające do indeksu z reguły mu ciążą, a te z niego wypadające potrafią radzić sobie zdecydowanie lepiej. Warto prześledzić historię ostatnich trzech lat, kiedy ta kwestia była aż nadto widoczna. W marcu 2014 roku główny indeks zasiliły dwie spółki: Alior i LPP. Obie przed wejściem do indeksu radziły sobie nieźle lub bardzo dobrze, jak to miało miejsce w drugim przypadku. W ramach WIG20 było już zdecydowanie gorzej i przyniosły one inwestorom straty odpowiednio 28% i aż 51%.

Spółki, które indeks opuściły, radziły sobie lepiej, choć nie fenomenalnie. GTC dało zarobić 10%, a Bank Handlowy bez dywidend przyniósł stratę 30% (13% z uwzględnieniem dywidend). Rok później indeks zasiliły trzy spółki: Enea, Energa i Cyfrowy Polsat. Zgodnie z wspomnianym fatum wszystkie od tego czasu przyniosły negatywną stopę zwrotu, odpowiednio 38%, 66% i 1%. Zastąpiły one spółki: Kernel, JSW i Lotos. Ta ostatnia w szeregi blue chipów wróciła z początkiem 2016 roku i podczas swojej nieobecności zyskała 4%. Dwie pozostałe usunięto trwale i wsparły one indeks mWIG40 zwyżkami swoich akcji o odpowiednio 55% i spektakularne 144%. Ten sam schemat powtarza się z dwoma kolejnymi zmianami. Spółka CCC co prawda przełamała spadkową passę wchodzących podmiotów, ale dała zarobić 48 pkt. proc. mniej niż wypadająca Bogdanka. Powracający w tym roku Lotos również zyskał, ale odchodzący Synthos okazał się dla akcjonariuszy nieco łaskawszy. Wnioski nasuwają się same. Praktycznie wszystkie wspomniane zmiany działały na niekorzyść głównego indeksu i pogłębiały jego niezadowalające zachowanie.

                                                                                                                  

Lukasz_BŁukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Sezon wyników za II kwartał powoli dobiega końca – kumulacja tych publikacji tradycyjnie  już nastąpi w ostatnim możliwym terminie czyli ostatnim dniu sierpnia. Na dokładne podsumowania rezultatów jeszcze przyjdzie czas ale już w oczy rzuca się bardzo duży rozdźwięk między szerokim rynkiem a indeksem największych spółek WIG20.

Tegoroczny dołek wypadł pod koniec czerwca i był związany oczywiście z niespodziewanym wynikiem referendum brytyjskiego ws. wyjścia tego kraju z UE. To wydarzenie  zwiększa oczekiwania na działania luzujące banków centralnych, w tym odraczanie podwyżek stóp procentowych przez Fed, a to daje paliwo do zwyżek na giełdach. Za Oceanem, gdzie europejskie problemy są ignorowane, notowane nawet są nowe historyczne rekordy Wall Street. W Warszawie także przeważają kupujący, ale WIG20 od dołka z czerwca zyskał jedynie niecałe 9%, a że waży dużo w szerokim indeksie WIG, ten indeks także nie wygląda dobrze na tle innych rynków. Wrażenie stagnacji znika za to, gdy patrzy się na małe i średnie spółki. Indeks sWIG80 od tegorocznego minimum wzrósł o ponad 17% a mWIG40 aż o prawie 21%. Można powiedzieć, że te indeksy wchodzą w fazę hossy.

Tak dobre wyniki małych i średnich spółek to zasługa połączenia popularności selektywnych strategii inwestycyjnych w funduszach z dobrymi wynikami spółek, szczególnie tych z indeksu mWIG40, które osiągają niezłą płynność i dzięki temu są w kręgu zainteresowań zarządzających. W tym kwartale bardzo dobre wyniki pokazały takie spółki jak CD Projekt, Kęty czy Uniwheels. Ulubieńcem funduszy pozostają akcje Kruka, mimo że wyników jeszcze nie opublikował. Jednak program 500+ powinien sprzyjać spłatom zobowiązań, a to winduje notowania Kruka na historyczne maksima. Na rosnących cenach węgla korzystała JSW, której cena akcji utrzymuje się blisko 30 zł, chociaż same wyniki za drugi kwartał były rozczarowujące. Nowa propozycja ustawy frankowej przyniosła ulgę bankom i to w dużej mierze przyczyna wzrostu WIG20, częściowo też pomocna we wzroście cen średnich spółek (przez wynik Millenium czy Getin Noble). Jednak można to uznać za zdarzenie jednorazowe. Wyniki banków w większości były nawet lepsze od oczekiwań, ale cały sektor w Europie jest źle postrzegany i to za mało, żeby mocniej ruszyć dużymi spółkami. Cały czas widoczny jest czynnik natury politycznej, a ostatnie słabe dane z polskiej gospodarki w zestawieniu z napiętym budżetem na przyszły rok generują ryzyko przekroczenia progu 3% deficytu PKB. Zatem WIG20 może odstawać od szerokiego rynku.

Sektorowo dobre wyniki prezentują spółki deweloperskie, na czele z dużymi podmiotami jak Dom Development czy Robyg. Środowisko niskich stóp procentowych, które będzie jeszcze trwało długo, sprzyja tej branży, podobnie jak znormalizowana sytuacja cenowa – mamy hossę, ale bez nadmiernego rozdmuchania, przez co nie grozi rynkowi nagłe załamanie. Któryś kwartał z rzędu dobrze radzą sobie też spółki związane z branżą motoryzacyjną. Na przeciwległym biegunie znajduje się segment dystrybucji IT. Słabe wyniki publikowały ABC Data oraz Action, , który rozpoczął niedawno postępowanie sanacyjne. Oprócz spadających marż spółki ze wspomnianego segmentu borykają się z kontrolami skarbowymi. Rynek z tego względu patrzy na cały sektor nieprzychylnie.

Wniosek po całym pierwszym półroczu jest taki, że na rynku giełdowym mamy do czynienia z podwyższoną zmiennością, ale wciąż nie ma wyklarowanego wyraźnego trendu. W przypadku długoterminowych inwestorów taka sytuacja może być niesprzyjająca. Szukając stabilnego rozwiązania, dającego też dużo większe bezpieczeństwo, warto wciąż zwracać się w stronę propozycji funduszy gotówkowo-pieniężnych. W tej grupie liderem według niezależnego portalu www.analizy.pl jest  jeden z funduszy MM Prime TFI – Depozytowy FIZ, którego stopa zwrotu za dwa lata działalności wynosi prawie 8,5% i co ważne, zyski rozkładają się równomiernie w czasie. Fundusz od początku swojego istnienia regularnie znajduje się w ścisłej czołówce w swojej grupie, będąc też liderem kategorii w wynikach za 12 miesięcy. W okresie niepewności na rynkach ten produkt wydaje się godny polecenia, tym bardziej, że dane za ostatnie 6 miesięcy i wzrost wartości funduszu o prawie 2 procent potwierdzają  trwałą tendencję.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI, komentuje wpływ ostatnich wydarzeń na notowania giełdowe akcji banków.

Niedługo minie miesiąc od momentu zaprezentowania prezydenckiego projektu ustawy frankowej. Ustawy długo wyczekiwanej zarówno przez polskie banki, jak i inwestorów obecnych na GPW. Pierwsza, bardzo pozytywna reakcja inwestorów giełdowych na te zapowiedzi wygasła bardzo szybko. I wcale się temu nie dziwię. Propozycja przedstawiona przez Kancelarię Prezydenta nie zdjęła z banków największego ryzyka – konieczności przewalutowania kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych. Obawy inwestorów o to, w jaki sposób ustawodawca oraz nadzór finansowy w Polsce rozwiążą ten problem, będą powracać i tym samym negatywnie wpływać na notowania spółek zgromadzonych w subindeksie WIG-Banki.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że poza zwróceniem niesłusznie naliczonych spreadów (różnica pomiędzy kursem kupna a sprzedaży walut), banki zostaną zmuszone, aby „dobrowolnie” przewalutować kredyty. Na to, że prędzej czy później problem przewalutowania kredytów będzie musiał zostać rozwiązany – poprzez jednorazowe decyzje bądź systemowo – wskazują także ostatnie wydarzenia. Uwagę zwraca m.in. istotny pogląd UOKiK wyrażony w temacie sporu jednego z banków z frankowiczami oraz orzeczenie polskiego sądu nakazujące innemu bankowi oddanie kredytobiorcy pieniędzy nadpłaconych w ratach kredytu frankowego wraz z odsetkami. Przewalutowanie kredytów walutowych będzie oznaczało dla banków znaczące koszty.

Poza bankami słabszy okres przeżywają także spółki z indeksu WIG20. Na tym tle dużo lepiej prezentują się małe i średnie spółki. Bardzo wiele z nich zaprezentowało niezłe wyniki finansowe za II kwartał 2016 r. Kilka, m.in. AmRest, Kęty czy UNIWHEELS, wyróżniło się zdecydowanie na plus. Patrząc całościowo, wyceny spółek z indeksów mWIG40 i sWIG80 nie są już niskie. Mimo to wciąż da się zbudować portfel złożony z akcji „misiów”, który do końca roku może przynieść przyzwoitą, dodatnią stopę zwrotu.

 

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Trendy 2020: Elastyczny styl pracy kusi coraz więcej Polaków

Z najnowszej edycji badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że el...

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wyszukiwarka prawdę Ci powie. Co Google wie o naszych świątecznych zwyczajach?

Polak przed świętami szuka w internecie oryginalnego pomysłu na życzenia, świerka i kalendarza adwen...

Sztuczna inteligencja w pierwszym w Polsce sądzie arbitrażowym on-line

Ultima Ratio, pierwszy w Polsce elektroniczny sąd arbitrażowy przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, pod...

Praca sezonowa: Mikołaj jest dyskryminowany, w tym roku Śnieżynka zarobi więcej

Boom na przedświąteczne prace sezonowe trwa w najlepsze. Już niedługo w galeriach handlowych zaczną ...

Sam zakup to nie wszystko. Jak finansujemy wykończenie mieszkania?

Proces zakupu mieszkania to nie tylko kwestia wyboru lokalizacji i metrażu czy dokonanie satysfakcjo...

Mikrorachunek podatkowy – każdy będzie musiał go mieć. Ministerstwo Finansów publikuje fi

Mikrorachunek podatkowy - założenia Mikrorachunek podatkowy będzie już od początku 2020 roku służył ...