wtorek, Grudzień 10, 2019
Facebook
Home Archiwa 2019 Listopad

Miesięczne archiwaListopad 2019

Z okazji 100 lat istnienia

3000 m kw. powierzchni na trzech kondygnacjach, konstrukcja stalowa o wadze ponad 500 ton, 1200 elementów tworzących dach, 17 tys. roślinW ramach obchodów stulecia swojego istnienia PKO Bank Polski otwiera zrewitalizowaną Rotundę, będącą jednym z architektonicznych symboli Warszawy i Polski PKO Rotunda przeszła spektakularną metamorfozę: łączy w sobie funkcje dotychczasowego budynku z oczekiwaniami mieszkańców oraz najnowszymi trendami zrównoważonego rozwoju miastaNowością jest otwarta dla wszystkich Strefa Spotkań na poziomie +1 z kawiarnią, miejscem do odpoczynku, pracy i ciekawymi wydarzeniami

Pół wieku historii

Zlokalizowana w sercu Warszawy PKO Rotunda już od pół wieku jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli stolicy i popularnym miejscem spotkań. Po przeprowadzeniu kompleksowej rewitalizacji PKO Bank Polski otwiera nową, trzykondygnacyjną PKO Rotundę w ramach obchodów 100-lecia swojego istnienia. Klienci indywidualni i firmowi mogą korzystać z najnowocześniejszego oddziału PKO Banku Polskiego. Nowością jest otwarta dla wszystkich Strefa Spotkań na poziomie +1, gdzie można skorzystać z oferty kawiarni, odpocząć, popracować albo wziąć udział w ciekawym wydarzeniu.

PKO pokazuje film jak powstawała Rotunda

Jestem dumny, że ponownie oddajemy mieszkańcom stolicy Rotundę, która nie tylko odzyskała swoją świetność, ale także zyskała zupełnie nową jakość. Zdajemy sobie sprawę, jak wiele osób jest emocjonalnie związanych z tym miejscem, co pokazały konsultacje społeczne, gdy przystępowaliśmy do rewitalizacji – mówi Zbigniew Jagiełło, Prezes Zarządu PKO Banku Polskiego

1500 pomysłów na Rotundę

Bank podjął decyzję o rewitalizacji ze względu na zły stan techniczny budynku. W efekcie projekt nowej PKO Rotundy wyłoniono w międzynarodowym konkursie Changing the face, Rotunda Warsaw 2013, a zwycięzcą zostało krakowskie biuro projektowe Gowin&Siuta. Prace nad projektem poprzedziły konsultacje społeczne. Wzięło w nich udział ponad 10 tys. osób, które zgłosiły 1500 pomysłów na funkcje społeczne budynku. W efekcie powstała nowa Rotunda, która jest nie tylko nowoczesną siedzibą banku, ale także otwartą dla wszystkich i przyjazną przestrzenią. Projekt nawiązuje do pierwotnego projektu Jerzego Jakubowicza, zrealizowanego w 1966 roku, i wzbogaca go o nowoczesne rozwiązania. Przywrócono transparentność szklanej elewacji, utrzymując jednocześnie komfort termiczny wewnątrz budynku. Zachowano kształt charakterystycznego, ząbkowanego dachu budynku, rezygnując jednak z mocnego podkreślenia metalowych elementów konstrukcyjnych. Budynek zachował dotychczasowy kształt, wielkość i elementy charakterystyczne dla architektury modernizmu.

500 ton stali w nowej Rotundzie

Prace budowlane rozpoczęły się w styczniu 2017 roku. Wtedy też generalnym Wykonawcą inwestycji została polska spółka NDI SA. We wrześniu 2017 roku wmurowano kamień węgielny, a w konsekwencji w styczniu 2018 roku zakończono stan „0”. Konstrukcja stalowa nowej Rotundy waży ponad 500 ton dlatego, że na jej szkielet złożyły się: 21-tonowy słup o wysokości ponad 13,5 m, 13 podziemnych słupów obwodowych o wysokości 3,5-4 m oraz 48 słupów naziemnych, których wysokość wynosi 11-13 m. Po zakończeniu tego etapu zrealizowano prace związane z powstaniem żelbetowego stropu ponadto w kolejnym kroku zamontowano elementy związane z konstrukcją fasady. Zastosowano tzw. „podwójną fasadę”, wykonaną ze szkła laminowanego, dzięki czemu uzyskano wyjątkowy efekt wizualny. Na uwagę zasługują same gabaryty szyb, które mają od około 5 do 9 metrów wysokości, co więcej średnia masa szkła fasadowego to prawie 100 kg/m2. W dalszej kolejności nastąpił montaż konstrukcji dachu, który składa się z ok 1200 elementów a także szklanej elewacji zewnętrznej.

Rotunda i teren na zewnątrz

Zrewitalizowany został również teren przed Rotundą. Co więcej dobudowano zewnętrzne patio w formie amfiteatru z żywymi fasadami z roślin takich jak skrzyp zimowy, paprotka zwyczajna, turzyce, jałowce, trawy, trzmielina niska, sukulenty, które będą zielone przez cały rok. Fasady mają własny system nawadniania z wykorzystaniem deszczówki. Dodatkowo w całej Rotundzie jest prawie 17 tysięcy roślin: 11,5 tysiąca posadzono na zewnątrz, a 5,5 tysiąca wewnątrz budynku. Tutaj także została przeniesiona tablica pamiątkowa upamiętniająca ofiary katastrofy sprzed 40 lat. W lutym 1979 r. doszło do wybuchu, który spowodował zniszczenie budynku. Była to największa katastrofa powojennej Warszawy, w wyniku której zginęło 49 osób, a 135 zostało rannych.

Do Rotundy na kawę

Na poziomie +1 w wyniku konsultacji społecznych powstała nowa przestrzeń. Ponadto w Strefie Spotkań, otwartej siedem dni w tygodniu, można skorzystać z oferty kawiarni, odpocząć albo też popracować. Bank udostępnia tę przestrzeń organizacjom wspierającym rozwój startupów w Polsce, a także zamierza promować ciekawe wydarzenia kulturalne i prezentować najnowsze rozwiązania technologiczne z różnych dziedzin życia. Dlatego informacje o planowanych eventach o tematyce związanej z dziedzinami wspieranymi przez PKO Bank Polski będą prezentowane na multimedialnych ekranach.

Informacje o natężeniu ruchu, dostępnych miejscach parkingowych i potokach pasażerów pomagają władzom samorządowym skutecznie planować inwestycje. Takich danych dostarcza między innymi monitoring wizyjny, który wykorzystywany jest również do zwalczania przestępczości i sterowania ruchem.

Korki w mieście – ciągły problem

W większości dużych miast na świecie korki stanowią jeden z poważniejszych problemów lokalnych władz. Najczęściej stosowanym rozwiązaniem, które ma pomóc upłynnić ruch, jest rozwijanie transportu publicznego oraz integracja rozkładów jazdy różnych środków komunikacji. Specjaliści od zarządzania ruchem mają duże pole do popisu w kwestii wykorzystania zdobyczy najnowszych technik. Z nadzieją patrzą na internet rzeczy oraz wdrożenie sieci 5G. Zanim szybsze połączenia bezprzewodowe przyniosą spodziewaną rewolucję, warto już teraz przyjrzeć się dostępnym narzędziom. Sterowanie ruchem w samej Warszawie umożliwia ponad 100 kamer działających w zintegrowanym systemie zarządzania. Pozwalają one podejrzeć co dzieje się na głównych skrzyżowaniach stolicy i reagować na doraźne potrzeby. Formowanie korytarzy dla przejazdu oficjalnych delegacji, to tylko jeden z nielicznych przejawów działania systemu. Rozwój takich metod nadzoru ruchu nastąpi w ciągu najbliższych lat.

Zaawansowane czujniki

Współczesne zaawansowane systemy monitoringu analizują nie tylko obraz wysokiej rozdzielczości z kamer, ale zebrane nagrania łączą z danymi z czujników wizualnych, termicznych i dźwiękowych. Mogą więc z łatwością wskazać miejsca o największym natężeniu ruchu i hałasu w mieście. Rozróżniana jest wielkość obiektów i uwzględniana perspektywa. Z łatwością można więc wyobrazić sobie sytuacje, gdy kamera zarządza sygnalizacją świetlną na ruchliwym skrzyżowaniu i w pierwszej kolejności przepuszcza pojazdy miejskiej komunikacji. System reagować może też na przejazd karetki lub innego pojazdu uprzywilejowanego. Wszystko zależy od stopnia rozwoju, konfiguracji i potrzeby jaka zaistniała w danej sytuacji.

Sztuczna inteligencja

Nowoczesny monitoring korzysta z narzędzi bazujących na sztucznej inteligencji. Możliwe jest zatem definiowanie stref i czasu reakcji na określone zdarzenia drogowe oraz reagowanie na problemy, jeszcze zanim się pojawią. Chodzi tutaj o wykrywanie pojedynczych przypadków naruszania przepisów prawa lub nastrojów osób uczestniczących w publicznym zgromadzeniu. Wszystkie te zastosowania definiuje jeden określony cel – podniesienie poziomu bezpieczeństwa w strefie objętej miejskim monitoringiem. – Kamera rozpoznaje np. obiekty statyczne i jeśli pojawią się na nich jakieś nowe elementy, może uruchomić alarm. W ten sposób może zatem rozpoznać osobę malującą graffiti na ścianie. System jest w stanie automatycznie wezwać patrol służb miejskich lub policji po wykryciu bójki, lub przepychanki – tłumaczy Piotr Bettin menadżer ds. rozwoju biznesu inteligentnych systemów wideo Konica Minolta. Warto pamiętać też, że – dzięki zaawansowanej technice – kamera widzi często więcej szczegółów niż nieuzbrojone ludzkie oko. Poradzi sobie z obserwacją terenu w ciemności, a także może stworzyć mapę cieplną danego obszaru.

Analiza danych

Na podstawie analizy przepływu ruchu z monitoringu wizyjnego władze samorządowe mogą lepiej planować inwestycje ale również decydować, czy we wskazanym miejscu powinien stanąć kolejny wiadukt drogowy, a może raczej należałoby skierować ruch na sąsiednią arterię i ulżyć okolicznym mieszkańcom, z racji na panujący już w okolicy znaczny hałas. Monitoring pozwala wykazać szlaki pasażerów i zwyczaje komunikacyjne oraz lepiej dopasować rozwój infrastruktury. Co więcej ruch w mieście spowalniają często kierowcy, którzy szukają wolnego miejsca do zaparkowania samochodu. Zaawansowany monitoring może być bazą inteligentnego systemu, który w rezultacie pozwoli kierowcom szybciej odnaleźć wolny parking w okolicy.

Tysiące kamer

Każdego roku wzrasta liczba kamer monitorujących przestrzeń miejską. W związku z tym w samej Warszawie w styczniu 2018 r. funkcjonowało już niemal 14 tysięcy różnorakich urządzeń. To kamery zainstalowane nie tylko na ulicach, ale również w środkach komunikacji miejskiej. Zarządcy miasta uważają monitoring za doskonałe narzędzie w walce z przestępczością a także zamierzają system rozbudowywać oraz podnosić jego efektywność. Kamery rejestrują bójki, rozboje, kradzieże, a także wykroczenia drogowe oraz inne naruszenia przepisów związane np. ze spożywaniem alkoholu w miejscach publicznych. Urząd miasta podaje, że w 2017 r. w efekcie pracy operatorów miejskiego systemu monitoringu zgłoszonych zostało niemal 10 tys. zdarzeń. W światowym zestawieniu miast z najbardziej rozwiniętym monitoringiem przygotowanym przez serwis Comparitech, Warszawa znalazła się na 4 miejscu w Europie, jeśli chodzi o liczbę zainstalowanych kamer.

Autorzy zestawienia zwracają uwagę, że era cyfrowa wpłynęła na popularyzację monitoringu wizyjnego. Ponadto kmery stają się coraz lepsze i tańsze, a zastosowanie technologii rozpoznawania twarzy umożliwia podmiotom publicznym i prywatnym zwiększenie bezpieczeństwa na monitorowanym obszarze.


Mimo rosnącej popularności platform do analizy danych klientów (CDP) nowe badanie zlecone przez Oracle i przeprowadzone przez Forrester Consulting pokazało, że marki wciąż mają problem ze stworzeniem jednolitego widoku klienta. Według przeprowadzonego w listopadzie br. badania pt. „Getting Customer Data Management Right”, które objęło 337 specjalistów ds. marketingu i reklamy z Europy i Ameryki Północnej, marki chcą ujednolicić dane klientów, ale mają spore problemy z połączeniem danych różnego typu.

Marki chcą scentralizować dane klientów

Ponieważ klienci oczekują coraz bardziej spersonalizowanej obsługi, umiejętność efektywnego wykorzystania danych klientów przestaje być opcją, a staje się koniecznością:

  • 75% specjalistów ds. marketingu i reklamy uważa, że możliwość „poprawy obsługi naszych klientów” jest ważnym lub kluczowym celem wykorzystania danych o kontaktach z klientami.
  • 69% uważa, że ważne jest stworzenie ujednoliconego profilu klienta obejmującego dane z różnych kanałów i urządzeń.
  • 64% stwierdziło, że wdrożyło platformę do analizy danych klientów w celu uzyskania jednego źródła prawdy, tak aby lepiej rozumieć klientów.

Ujednolicone profile klientów poprawiają wyniki biznesowe

Marki, które skutecznie wykorzystują ujednolicone profile klientów, mają większe szanse na wzrost przychodów, rentowności oraz wartości klienta:

  • Marki, które skutecznie wykorzystują platformy do analizy danych klientów, mają 2,5 razy większe szanse na zwiększenie całkowitej wartości klienta.
  • W pytaniu o korzyści z ujednoliconego zarządzania danymi za dwie najważniejsze korzyści uznano zwiększenie wydajności poszczególnych działów (np. reklamy, marketingu czy sprzedaży) oraz kanałów (np. poczta elektroniczna, kanał mobilny, Internet, media społecznościowe).

Szansa dla specjalistów ds. marketingu i reklamy

Mimo że specjaliści ds. marketingu i reklamy rozumieją kluczową rolę, jaką odgrywają ujednolicone profile klientów w personalizacji obsługi klienta, większość marek nie potrafi skutecznie wykorzystywać wielu różnych typów danych:

  • 71% specjalistów ds. marketingu i reklamy uważa, że ujednolicony profil klienta odgrywa ważną lub kluczową rolę w personalizacji.
  • Tylko 11% marek potrafi skutecznie wykorzystywać wiele różnych rodzajów danych w ujednoliconym profilu klienta na potrzeby personalizacji, zapewniania spójnej obsługi we wszystkich kanałach oraz ogólnego zwiększenia wartości klienta i osiągnięcia innych wyników biznesowych.
  • 69% respondentów planuje w ciągu najbliższych dwóch lat zwiększyć inwestycje w platformy do analizy danych klientów.

„Solidna platforma do analizy danych klientów to niezbędny warunek osiągnięcia sukcesu w dzisiejszej gospodarce doświadczeń, w której klienci oczekują dopasowanej, szybkiej i spójnej obsługi” — powiedział Rob Tarkoff, wiceprezes i dyrektor Oracle, szef działu CX. „Firma Oracle pomaga klientom zarządzać danymi oraz je zabezpieczać i chronić już od ponad 40 lat, dzięki czemu ma idealne warunki do tego, aby pomagać markom w wykorzystywaniu wszystkich ich danych o klientach — pochodzących z kanału cyfrowego, działu marketingu, sprzedaży i serwisu oraz działu finansów i łańcucha dostaw — tak aby czerpać korzyści z każdej interakcji z klientem”.

Źródło: Oracle

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłuższą historię ma on w Stanach Zjednoczonych, gdzie w zeszłym roku w Black Friday do sklepów ruszyła ponad połowa mieszkańców. Skąd wzięła się nazwa „czarny piątek”?

Wariantów jest co najmniej kilka. Jeden z nich wiąże się ze wzmożonym ruchem na drogach, większą liczbą wypadków i tłumami, które tego dnia zjawiają się w sklepach. Po raz pierwszy tego terminu użyto w połowie XX wieku w Filadelfii. W ten sposób zamieszanie związane z zakupami określiła… policja.

– Niektórzy wskazują, że tego dnia zakupy mogą być niebezpieczne. Powstają nawet zestawienia najgorszych incydentów związanych z Black Friday. Jak podaje thebalance.com, w sieci Walmart dochodzi do tak wielu groźnych sytuacji, że powstał nawet twitterowy hashtag #walmartfights – mówi Miłosz Ryniecki z Fluentbe.com, internetowej szkoły języka angielskiego.

Tego dnia firmy są w czerni

Inna wersja ma wydźwięk bardziej pozytywny. Związana jest z wysoką sprzedażą, jaką odnotowują tego dnia sklepy. Mówi się, że firma jest w czerni (ang. in the black), czyli jest rentowna.

– Ta wersja ma podłoże historyczne. W przeszłości księgowi prowadząc rachunki firmy zapisywali ewentualne straty w danym okresie na czerwono, a zysk na czarno. Choć dzisiaj księgowość prowadzona jest z poziomu komputera, termin wciąż jest używany. Jeśli firma w określonym przedziale czasowym “jest w czerni” oznacza to, że jest stabilna i nie przynosi strat – komentuje Miłosz Ryniecki.

Przeczytaj także:

Część osób twierdzi, że Black Friday jest tym dniem roku, kiedy wiele sklepów “wychodzi z czerwieni” i zaczyna “być w czerni”.

Kiedy terminu użyto po raz pierwszy?

Pierwszy przypadek użycia zbitki słów black friday odnotowano już w XIX wieku. Tamten czarny piątek dotyczył kryzysu na rynku złota. Chodziło zresztą o piątek wrześniowy, a nie listopadowy. W wyniku spekulacji finansowych cena surowca znacznie wzrosła. Po interwencji amerykańskiego rządu ceny kruszcu spadły prawie o jedną piątą, a rynki się załamały.

materiał prasowy

kryzys klimatyczny
  • Komisja Europejska musi zapewnić, że wnioski legislacyjne będą zgodne z celem 1,5°C
  • UE powinna ograniczyć emisje o 55% do 2030 aby osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050
  • Wezwanie do ograniczenia emisji związanych z transportem morskim oraz lotniczych

Podczas konferencji ONZ, UE powinna zobowiązać się do zerowej emisji gazów cieplarnianych netto do 2050, uważa Parlament.

W związku z konferencją ONZ w sprawie zmian klimatycznych, która odbędzie się w Madrycie w dniach 2-13 grudnia, w czwartek Parlament przyjął rezolucję deklarującą kryzys dotyczący klimatu oraz środowiska naturalnego, zarówno w Europie, jak i w skali globalnej. Posłowie chcą również, aby Komisja zapewniła pełne dostosowanie wszystkich stosownych wniosków legislacyjnych i budżetowych do celu ograniczenia globalnego ocieplenia do poziomu poniżej 1,5 °C.

W osobnej rezolucji, Parlament wzywa UE do przedstawienia strategii osiągnięcia neutralności klimatycznej najpóźniej do 2050 roku, podczas konferencji ONZ w sprawie zmian klimatycznych. Posłowie wzywają również nową Przewodniczącą Komisji Europejskiej Ursulę von der Leyen do włączenia celu ograniczenia emisji o 55% do 2030 roku do Europejskiego Zielonego Ładu.

Ustanowienie globalnych redukcji emisji dla lotnictwa oraz statków

Posłowie uważają, że obecny poziom ambicji dotyczący lotnictwa oraz międzynarodowego transportu morskiego nie wystarczają do osiągnięcia niezbędnych redukcji emisji. Wszystkie kraje powinny włączyć je do swoich krajowych planów zobowiązań. Parlament wzywa Komisję Europejską do przygotowania wniosku włączenia transportu morskiego do unijnego systemu handlu uprawnieniami do emisji (ETS).

Większe wsparcie finansowe na walkę ze zmianą klimatu

Państwa członkowskie UE powinny, co najmniej, podwoić składki wpłacane do międzynarodowego Zielonego Funduszu Klimatycznego, twierdzi Parlament. Państwa członkowskie UE dostarczają najwięcej publicznego finansowania na rzecz klimatu. Budżet UE powinien być w pełni zgodny z jej zobowiązaniami międzynarodowymi. Posłowie podkreślają również, że zobowiązania krajów rozwiniętych nie spełniają wspólnego celu 100 mld USD rocznie od 2020 roku.

Wreszcie, Parlament wzywa państwa członkowskie UE do stopniowego wycofania wszystkich bezpośrednich i pośrednich dotacji na paliwa kopalne do 2020 roku.

Rezolucja na temat kryzysu klimatycznego oraz środowiskowego została przyjęta 429 głosami do 225, przy 19 wstrzymujących się od głosu. Parlament Europejski przyjął rezolucję dotyczącą COP25 430 głosami do 190, przy 34 wstrzymujących się od głosu.

Szereg krajów, administracji lokalnych i naukowców zadeklarowało, że nasza planeta stoi w obliczu zagrożenia klimatycznego.

Komisja Europejska zaproponowała już cel zerowej emisji netto gazów cieplarnianych do 2050 roku. Rada Europejska nie przyjęła go z powodu opozycji ze strony Czech, Polski i Węgier.

Przedstawiciele Parlamentu Europejskiego na COP25

COP25 odbędzie się w Madrycie w dniach 2-13 grudnia 2019 r. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego David Maria Sassoli (S&D, IT) weźmie udział w oficjalnym otwarciu. Delegacja Parlamentu Europejskiego pod przewodnictwem Basa Eickhouta (Zieloni, NL) będzie tam w dniach 9-14 grudnia.

materiał prasowy

Polska zajmuje 7. miejsce w rankingu najbardziej sprzyjających krajów dla start-upów – wynika ze statystyk CEO World Magazine. Rząd wprowadził ułatwienia dla biznesu. Jednym z nich jest IP Box, czyli specjalna ulga podatkowa. Czy dzięki niej młodzi innowatorzy mają łatwiej?

Na początku tego roku pojawiło się rozwiązanie służące zwiększeniu atrakcyjności prowadzenia działalności badawczo-rozwojowej w Polsce oraz zachęceniu przedsiębiorców do rozwijania potencjału biznesowego poprzez prace związane z prawem własności intelektualnej. Chodzi o IP Box (Innovation Box) – ulgę podatkową od dochodu z kwalifikowanych praw własności intelektualnej. Jej wysokość ustalono na 5%, co stanowi dużą zniżkę, w porównaniu do standardowej 19% stawki.

Preferencyjne zasady dotyczą działalności badawczo-rozwojowej bezpośrednio związanej z wytworzeniem, rozwinięciem lub ulepszeniem prawa własności intelektualnej. Wytworzenie oznacza stworzenie nowego kwalifikowanego IP od podstaw. Natomiast rozwinięcie lub ulepszenie przedmiotu ochrony stanowi w szczególności rozbudowanie, poszerzenie zakresu funkcjonalnego lub użyteczności już istniejącego kwalifikowanego IP. Mowa tu w szczególności o patentach, chronionych wzorach użytkowych i wzorach przemysłowych, zarejestrowanych topografiach układów scalonych lub o autorskim prawie do programu komputerowego. Katalog kwalifikowanych IP jest zamknięty.

Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Dla kogo ulga?

Po ulgę mogą sięgać twórcy, ale także współwłaściciele lub też posiadacze praw do korzystania z własności intelektualnej na podstawie umowy licencyjnej. Nie jest więc wymagane, aby podmiot korzystający z preferencji podatkowej był właścicielem tych praw. Z ułatwienia na tożsamych zasadach mogą korzystać wszyscy przedsiębiorcy, bez względu na wielkość. Podobnie nie ma w tym przypadku znaczenia długość funkcjonowania na rynku. IP Box skierowany jest zarówno do podatników działających od wielu lat, jak i do firm sprzedających nowe lub zmodyfikowane prawa własności intelektualnej, czyli do startupów.

Przeczytaj także:

Szczególną uwagę trzeba zwrócić na opodatkowanie niższą, pięcioprocentową stawką zarobków uzyskanych ze sprzedaży lub samego udostępniania wynalazków czy programów komputerowych. W 2019 r. roku dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej wydał kilkadziesiąt interpretacji dotyczących programistów działających na samozatrudnieniu. Znakomita większość z nich jest korzystna i potwierdza, że tacy przedsiębiorcy mogą zastosować preferencyjną stawkę podatkową. Dla wielu z nich na wczesnym etapie rozwoju może się to okazać dużą oszczędnością podatkową.

Adam Albekier, Senior Associate w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Aby skorzystać z preferencyjnej stawki podatkowej należy wyodrębnić wszystkie kwalifikowane prawa własności intelektualnej w prowadzonych księgach rachunkowych tak, aby zapewniały możliwość ustalenia przychodów, kosztów uzyskania przychodów i dochodu przypadających na każde z nich. Ulga podatkowa obejmuje wyłącznie przychód, który jest efektem prac badawczo-rozwojowych (B+R) prowadzonych przez danego podatnika. Z ksiąg rachunkowych musi jednoznacznie wynikać, co stanowi łączy dochód z kwalifikowanych praw IP. Niezastosowanie się do tych wytycznych skutkuje obowiązkiem zapłaty podatku na zasadach ogólnych.

Źródło: Kancelaria Prawna Chałas i Wspólnicy

Statystyczny Polak, który ukończył 15. rok życia, lokal gastronomiczny odwiedza cztery razy w miesiącu. Miesięcznie na jedzenie i napoje w punktach HoReCa wydaje średnio 130 zł, czyli znacznie więcej niż przed laty. Częściej niż kiedyś decyduje się także na zmianę miejsca konsumpcji i nie ogranicza się już wyłącznie do ulubionych typów lokali. Takie dane płyną z jubileuszowej 20. edycji raportu „Rynek Gastronomiczny w Polsce” przygotowanego przez GfK.

Restauracje odwiedzamy częściej i wydajemy na nie więcej

Ostatnie lata stały pod znakiem dynamicznego rozwoju polskiej gastronomii. Obecnie aż 59% Polaków, którzy ukończyli 15 rok. życia deklaruje, że w ostatnich 12 miesiącach przynajmniej raz odwiedziło lokal gastronomiczny. Dla porównania, jeszcze dwa lata temu, deklarował to co drugi respondent. Rekordowa na przestrzeni ostatnich lat jest także średnia liczba wizyt w miesiącu. Dwadzieścia lata temu lokale gastronomiczne odwiedzaliśmy zaledwie dwa razy na miesiąc. Dekadę później średnia urosła do trzech wizyt, by w tym roku osiągnąć najlepszy wynik w historii – cztery wizyty na miesiąc.

Równolegle do liczby wizyt rosną także wydatki na gastronomię. Dziś w lokalach zostawiamy średnio 130 zł miesięcznie, czyli aż 24 zł więcej niż przed rokiem i 32 zł więcej niż dwa lata temu. Z danych GfK wynika również, że coraz chętniej zmieniamy miejsca, w których zamawiamy i spożywamy posiłki. W latach 2017-2019 średnia liczba różnych typów lokali odwiedzanych przez konsumentów wzrosła z 2,9 do 3,5 w miesiącu, co może świadczyć o tym, że jesteśmy coraz bardziej otwarci na poznawanie nowych smaków i eksperymenty kulinarne.

Zebrane przez nas dane wskazują, że polscy konsumenci mają coraz więcej pieniędzy, coraz większe wymagania i bardziej różnorodne potrzeby. Na szczęście rynek gastronomiczny doskonale je rozumie i potrafi im sprostać, poprzez ogromne zróżnicowanie oferty oraz dopasowanie jej do szybko zmieniających się trendów. To sprawia, że branża dynamicznie rośnie i ma przed sobą bardzo dobre perspektywy na przyszłość

– twierdzi Szymon Mordasiewicz, dyrektor komercyjny Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Sprzedaż rośnie we wszystkich kategoriach rynku

Korzystna sytuacja gospodarcza i stopniowo rosnące wynagrodzenia sprawiły, że na przestrzeni minionych 20 lat liczba lokali gastronomicznych w Polsce znacząco wzrosła, a dziś w całym kraju jest ich ponad 76,5 tysiąca. Najszybciej rośnie segment lokali typu fast food (7% rok do roku), który odpowiada obecnie za 20% rynku. W ciągu minionego roku nad Wisłą przybyło także barów i lunch barów (5% rdr), kawiarni (4% rdr) i lokali sezonowych (4% rdr). Mniejsze wzrosty odnotowały również puby, 15 największych sieci oraz restauracje hotelowe. Minimalne spadki dotyczyły wyłącznie restauracji i klubów oraz dyskotek.

W przypadku struktury sprzedażowej podział rynku wygląda już zupełnie inaczej. Aż 26% wartości sprzedaży generują restauracje, które pod względem liczby lokali  znacząco ustępują fast foodom, lokalom sezonowym czy barom. 18% to z kolei zasługa największych sieci, które w zestawieniu wartości uplasowały się pod koniec stawki z zaledwie 5% udziałem w rynku.

O dynamice rynku gastronomicznego najwięcej mówi wzrost sprzedaży w relacji rok do roku. W tym przypadku lepsze wyniki niż przed rokiem uzyskały wszystkie kategorie lokali, a fast foody i bary mogą się pochwalić wręcz skokowymi wzrostami sprzedaży, które wyniosły odpowiednio 23% i 14% rok do roku. To wszystko sprawia, że cała branża HoReCa rośnie dziś dwa razy szybciej niż rynek detaliczny i pod względem tempa wzrostu znacząco wyróżnia się na tle innych sektorów gospodarki

– mówi Dorota Żukowska, kierownik projektu Panelu Gospodarstw Domowych GfK Polonia.

Dobre nastroje konsumentów kluczowe dla przyszłości branży

Sami zainteresowani, czyli restauratorzy, do obecnej sytuacji w branży podchodzą z umiarkowanym optymizmem. W tegorocznym Barometrze Nastrojów Restauratorów GfK wskaźnik osiągnął +9 i był o 4 punkty niższy niż przed rokiem (GfK przyjmuje wartości od -100, oznaczającego skrajny pesymizm, do +100 dla najwyższego stopnia optymizmu). W swojej ocenie restauratorzy odnosili się do sytuacji finansowej lokalu w mijającym okresie, przyszłej sytuacji finansowej, przyszłej wartości sprzedaży lokalu oraz ogólnej oceny klimatu inwestycyjnego.

Bardzo optymistyczną informacją dla całej branży są coraz lepsze nastroje konsumentów badanych przez GfK. W tym przypadku, wyniki z 2019 roku są najlepsze od wielu lat.

Tegoroczny współczynnik oscyluje wokół wyniku +5 i stale rośnie, a dla porównania w 2016 roku i wcześniej kształtował się poniżej zera. Oznacza to, że konsumenci są coraz bardziej zadowoleni ze swoich finansów, czują się bezpiecznie w kontekście zatrudnienia i przyszłych zarobków, mogą sobie pozwolić na oszczędności, a co ważniejsze z punktu widzenia rynku  – mogą je przeznaczyć na konsumpcję. Dla restauratorów to jasny sygnał, że ich potencjalni klienci mają środki, i które mogą wydać na gastronomię. Pozostaje zatem przygotować taką ofertę, aby trafić w oczekiwania konsumentów

– tłumaczy Szymon Mordasiewicz.

Źródło: GfK

Aż 82% absolwentów uczelni wyższych w Unii Europejskiej znajduje pracę po skończonych studiach. Wskaźnik ten, który jeszcze w 2013 roku był na poziomie 75%, rośnie nieprzerwanie od pięciu lat – wynika z najnowszych danych Eurostatu. Eksperci Personnel Service wskazują, że zmiany na rynku pracy związane m.in. z postępującą automatyzacją powodują, że w wielu branżach przybywa stanowisk wymagających wysokich kwalifikacji. Potwierdzają to wyniki raportu CFA Society Poland i SpotData, z których wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat odsetek osób z wyższym wykształceniem zatrudnionych w finansach w UE wzrósł z 21% do aż 32%.

Liczą się kwalifikacje

Rynek pracy wkracza w erę wysokich kwalifikacji. Jest to związane m.in. z procesem robotyzacji i automatyzacji procesów. Prostsze prace i te o średnich kompetencjach będą przejmowane przez roboty. I choć nie oznacza to jednoznacznie, i na pewno nie w ciągu najbliższych kilku lat, masowej redukcji miejsc pracy, będzie się wiązało ze zmianą jej struktury. Na znaczeniu zyskają kompetencje m.in. społeczne, komunikacyjne czy kreatywność. Wzrośnie też zapotrzebowanie na specjalistów, a uczelnie wyższe pozostaną kuźnią talentów. Stąd studiowanie nadal będzie się opłacało – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service. 

O pracę po studiach najłatwiej w Niemczech

W 2018 roku zatrudnienie po studiach znalazło aż 82% absolwentów szkół wyższych w Unii Europejskiej. Co więcej szczegółowa analiza danych Eurostatu pokazuje, że najłatwiej o pracę mają kończący studia Niemcy. Ponadto niemal we wszystkich regionach u naszych zachodnich sąsiadów wskaźnik zatrudnienia absolwentów przekraczał 88%, a w niektórych dochodził nawet do 96%. Równie świetlaną przyszłość mają kończący studia Czesi, Holendrzy, Austriacy i Szwedzi. W Europie znajdują się tylko cztery regiony, w których mniej niż jedna trzecia absolwentów znajdowała pracę po zakończonych studiach – mowa tutaj o Włoszech (Sycylia, Basilicata, Kalabria) oraz Grecji (Sterea Ellada).

Warszawa na czele

W Polsce, po studiach najłatwiej na rynku pracy mają absolwenci kończący uczelnie wyższe w Warszawie – 93% znajduje zatrudnienie. Również w województwach opolskim i wielkopolskim 87% studentów dostaje pracę po studiach, a w małopolskim i podlaskim 86%. Najtrudniejszą sytuację mają studenci w województwie podkarpackim a także świętokrzyskim – 7 na 10 znajduje pracę.

Absolwenci z przewagą na zmieniającym się rynku

Rosnący od pięciu lat wskaźnik zatrudnienia absolwentów uczelni wyższych jest wspierany przez rewolucję technologiczną na rynku pracy. Dodatkowo widać to wyraźnie w branży finansowej, która wdraża mnóstwo nowoczesnych rozwiązań, co generuje zapotrzebowanie na specjalistów. Z raportu CFA Society Poland i SpotData wynika, że w ciągu ostatnich 10 lat liczba osób z tytułem magistra lub stopniem doktora w instytucjach finansowych wzrosła z 21% do 32%, za to spadła z licencjatem i wykształceniem średnim – odpowiednio z 40% do 35% oraz z 37% do 32%. Osoby z wykształceniem podstawowym od lat zajmują podobną liczbę miejsc pracy w finansach – spadek z 2% do 1%.

Innowacje i technologia

Instytucje finansowe to coraz częściej firmy technologiczne. Ponaddto wprowadzanie innowacyjnych rozwiązań to m.in. dla banków już nie tylko gwarancja sukcesu, ale coraz częściej kluczowy element rozwoju. Dlatego specjaliści, którzy mają kompetencje, żeby wymyślić, wdrożyć czy utrzymać innowację, są na wagę złota. W tym momencie to właśnie uczelnie wyższe kształcą najlepszych specjalistów w finansach, którzy nie mają problemu ze znalezieniem pracy, na co wskazuje Eurostat. Warto jednak pamiętać, że tak naprawdę nie chodzi tylko o papier uczelni wyższej, ale umiejętności, które posiada dana osoba – mówi Krzysztof Jajuga, profesor nauk ekonomicznych Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, Prezes Zarządu CFA Society Poland.  

Rosnące znaczenie osób z wysokimi kompetencjami to trend, który w kolejnych latach będzie się umacniał. Co więcej, jak wskazuje Krzysztof Inglot z Personnel Service, automatyzacja będzie wypierać kompetencje średnie na rynku pracy i przesuwać ciężar na wysokie kwalifikacje, w tym na znaczeniu zyskają umiejętności miękkie. – Roboty nie są w stanie zastąpić człowieka tam, gdzie w pracy liczy się pomysł czyli kreatywność czy umiejętność współpracy z drugim człowiekiem. Uczelnia wyższa jest jednym z tych miejsc, gdzie najłatwiej wypracować te kompetencje, ważna jest jednak zmiana modelu nauczania. Przekazywanie wiedzy nie będzie tak kluczowa, jak umiejętność czytania ludzkich emocji, pracy w grupie czy analitycznego podejścia do rozwiązywania problemów – podsumowuje Krzysztof Inglot.

Nawet teraz, gdy mieszkania sprzedają się w dość szybkim tempie, można zaprzepaścić szansę uzyskania dobrej ceny. Powodem są zbyt wysokie oczekiwania sprzedających. Znacznie zawyżona cena ofertowa odstraszy każdego klienta.

Portale z ogłoszeniami? Nie sugeruj się cenami

Przystępując do sprzedaży mieszkania, pierwszym krokiem jest oszacowanie ceny ofertowej. Sprzedającym pomocą służą portale ogłoszeniowe, lecz kreowanie informacji o rynku na podstawie cen z Internetu nie jest dobrym rozwiązaniem. W większości przypadków są to wartości, które nie spowodują zainteresowania potencjalnych nabywców, a wręcz ich odstraszą.

Ceny nieruchomości uwidocznione na portalach, a ceny transakcyjne, to dwie różne rzeczy. Częstym błędem popełnianym przez sprzedających jest „dokładanie” do ceny pokaźnej kwoty na ewentualne upusty negocjacyjne – czyli np. wystawię za 450 tys., ale sprzedam za 410 tys., co spowoduje, że potencjalny kupujący będzie usatysfakcjonowany, że aż tyle wytargował. Niestety jest olbrzymia szansa, że do tych negocjacji w ogóle nie dojdzie, bowiem kupujący nie zainteresuje się ofertą o nierynkowej cenie

komentuje Piotr Kerner, dyrektor biura Metrohouse na warszawskim Grochowie.

Dodaje też, że paradoksem jest to, że potencjalny nabywca byłby w stanie kupić nieruchomość za 410 tys. zł, ale sprzedający przez taką politykę cenową nie dał mu na to szans.

Konsekwencje niewłaściwej wyceny

Także dla Macieja Górki, kierownika biura Metrohouse w Gdańsku, prawidłowa wycena mieszkania do sprzedaży jest podstawą przy wystawianiu lokalu na sprzedaż.

– Klienci często wychodzą z założenia, że dołożą np. 50 tysięcy do ceny, żeby było z czego ją obniżać, a jeżeli pojawi się zainteresowany klient to ją opuszczą. Problem w tym, że przy tak zawyżonej cenie ten klient w ogóle się nie pojawia. Osoby, które przeglądają strony z ogłoszeniami nie zajmują się zwykle profesjonalnie rynkiem nieruchomości, przez co nie są w stanie przewidzieć, że akurat przy tej ofercie będą w stanie wynegocjować tak dużą sumę.

Nieprawidłowa ekspozycja na stronach w Internecie.

– Przykładowo właściciele oczekują za swoją nieruchomość 330 tysięcy dając ogłoszenie z ceną 380 tysięcy do negocjacji. Osoba zawężająca na portalach kryteria do ceny 350 tysięcy nie zobaczy tej oferty choć finalnie właściciele za taką cenę by ją sprzedali. Swoim klientom polecam zawsze zawyżenie ceny o maksymalnie 5% wartości mieszkania dzięki czemu oferta może dotrzeć do większej ilości odbiorców.

Porada jest o tyle istotna, że jak wynika danych zawartych w ostatnim Barometrze Metrohouse i Gold Finance za III kw. 2019 r. ostateczne negocjacje cen nie są szczególnie duże. Najwięcej, bo 5 proc. utargują nabywcy mieszkań w Krakowie, zaś 4 proc. w Łodzi. W innych największych miastach nie wynegocjujemy zwykle więcej niż 3 proc. Oczywiście statystyki te nie obejmują obniżek, które pojawiają się w trakcie ekspozycji oferty na rynku. Jest to kolejne kilka procent pierwszej ceny ofertowej.

Źródło: Barometr Metrohouse i Gold Finance, III kw. 2019

Przeczytaj także:

Ewelina Strzałkowska, koordynator biura Metrohouse z Olsztyna potwierdza, że kupujący szukają mieszkań w ścisłym przedziale cenowym. Droższe mieszkania najczęściej po prostu odrzucają i w ogóle nie zwracają na nie uwagi.

– Zdarza się, że klient dojrzewa do obniżenia ceny, ale wtedy część poszukujących kupujących już jest po transakcji, a inni zaczynają zastanawiać się, dlaczego mieszkanie, które od miesięcy jest reklamowane w sieci nadal nie może się sprzedać. W takich przypadkach doszukują się różnych przyczyn, mówi Ewelina Strzałkowska.

Sentymenty i „życzliwi” doradcy

Z kolei Aneta Thomas, doradca Metrohouse z Krakowa tłumaczy, że przy ustalaniu ceny rynkowej należałoby sprawdzić rynkową cenę w okolicy w segmencie podobnych mieszkań. Najlepiej swoją decyzję o wystawieniu konkretnej ceny skonsultować z doświadczonym pośrednikiem, który swoją opinię o cenie wystawi na podstawie dostępnych mu cen transakcyjnych. – Nie należy kierować się sentymentem oraz tym, za ile sprzedał sąsiad. Często zdarza się, że ludzie w rozmowach ze znajomymi dodają kilkadziesiąt tysięcy, aby uatrakcyjnić transakcję w oczach najbliższych. Z drugiej strony nie należy też patrzeć na swój lokal na sprzedaż zbyt krytycznym okiem – czasem wystarczy niewielkie odświeżenie oraz kilka elementów z dziedziny home staging, aby mieszkanie zyskało nową jakość.

Źródło: Metrohouse

Głównym celem pracowniczych planów kapitałowych jest pomnażanie oszczędności emerytalnych pracowników. Składa się na nie tylko pracownik, lecz także pracodawcy oraz państwo, które dopłaca środki z Funduszu Pracy. Dodatkowo ci najbardziej konsekwentni, którzy dotrwają z oszczędzaniem do 60. roku życia, otrzymają zwolnienie z 19-proc. podatku od dochodów kapitałowych. Warto zatem dowiedzieć się, skąd pochodzą i ile wynoszą wpłaty na PPK? Jak PPK wpłynie na wynagrodzenie netto? Ile można oszczędzić w PPK i ile wypłacić?

Wpłata podstawowa ze strony pracownika wynosi 2 proc. wynagrodzenia brutto i jest pobierana przez pracodawcę z wynagrodzenia netto. Osoby, których wynagrodzenie otrzymywane z różnych źródeł nie przekracza 120 proc. minimalnego wynagrodzenia (czyli w 2019 r. – do 2700 zł brutto), mogą obniżyć wpłatę podstawową do 0,5 proc. wynagrodzenia brutto. Obniżenie wpłat przez pracownika nie oznacza obniżenia części wpłat pracodawcy – nadal musi on wpłacać co najmniej 1,5 proc. Oprócz wpłaty podstawowej uczestnik PPK może zdecydować o odprowadzaniu również wpłaty dodatkowej w wysokości do 2 proc. wynagrodzenia brutto. Zmiana wysokości wpłaty wymaga złożenia deklaracji pisemnej pracodawcy. Potrącenie z pensji w nowej wysokości naliczane jest od następnego miesiąca po złożeniu deklaracji. Wpłatę można podwyższyć lub obniżyć wielokrotnie w ciągu roku.

Podmiot zatrudniający ma obowiązek poinformowania uczestnika PPK o możliwości zadeklarowania wpłaty dodatkowej oraz obniżenia wysokości wpłaty podstawowej u osób zarabiających do 1,2-krotności minimalnego wynagrodzenia.

Skąd pochodzą i ile wynoszą wpłaty na PPK?

  • Środki gromadzone w ramach PPK pochodzą z trzech źródeł – z wpłat uczestników, podmiotów zatrudniających oraz dopłat państwowych (finansowanych z Funduszu Pracy).
  • Ustawa o PPK przewiduje dwa typy wpłat dokonywanych do PPK: wpłatę podstawową (która jest obowiązkowa) oraz wpłatę dodatkową (dobrowolną).
  • Podstawowe wpłaty na konto PPK wynoszą: 2 proc. wynagrodzenia brutto od pracownika (lub 0,5 proc. dla osób najmniej zarabiających) oraz 1,5 proc. od pracodawcy.
  • Zarówno pracownik, jak i pracodawca mogą zwiększyć wysokość swoich wpłat do 4,0 proc. wynagrodzenia brutto (czyli łącznie do 8,0 proc.).
  • Uczestnicy PPK otrzymują także dopłaty od państwa finansowane przez Fundusz Pracy – na początek 250 zł i w kolejnych latach po 240 zł.

Rachunek PPK pracownika jest również zasilany przez pracodawcę. Ma on obowiązek odprowadzić na PPK wpłatę podstawową w wysokości 1,5 proc. wynagrodzenia brutto uczestnika PPK. Ponadto pracodawca może zadeklarować w umowie o zarządzanie PPK dokonywanie wpłaty dodatkowej w wysokości do 2,5 proc. wynagrodzenia brutto (czyli łącznie do 4 proc.).

Wysokość wpłaty dodatkowej może być różnicowana dla poszczególnych kategorii uczestników na podstawie różnych kryteriów. Może to być np. staż pracy, zajmowane stanowisko bądź osiągnięcie określonych celów zawodowych. Pracodawca może też powiązać wpłatę dodatkową z wysokością wpłaty dodatkowej pracownika. Stosowne postanowienia w tym zakresie warto zapisać w regulaminie wynagrodzeń lub układzie zbiorowym pracy. Zasady warto też ustalać na czas określony. Zmiana wysokości zadeklarowanych wpłat dodatkowych lub rezygnacja z ich dokonywania wymaga zmiany umowy o zarządzanie PPK.

Wpłaty finansowane przez pracodawcę nie podlegają składkom na ubezpieczenia emerytalne i rentowe. Jednak w związku z tym, że stanowią one przychód pracownika, są objęte podatkiem dochodowym (potrącanym z wynagrodzenia).

Przeczytaj także:

Dopłaty z Funduszu Pracy do PPK

Oprócz wpłat pracowników i pracodawców uczestnicy PPK otrzymują także dopłaty od państwa, które finansuje Fundusz Pracy. Przystępując po raz pierwszy do programu, pracownik otrzymuje wpłatę powitalną w wysokości 250 zł. By ją otrzymać, trzeba być uczestnikiem PPK przez co najmniej 3 pełne miesiące i odprowadzać w tym czasie wpłaty podstawowe na PPK. Wystarczy, że uczestnik zrezygnuje z odprowadzania wpłat na PPK po jednym miesiącu, a nie otrzyma wpłaty powitalnej. Jest ona wypłacana tylko raz, niezależnie od tego, ile rachunków PPK się posiada. Środki powinny wpłynąć na rachunek PPK 15 dni po zakończeniu danego kwartału.

Uczestnicy PPK otrzymują także dopłatę roczną w wysokości 240 zł. Otrzymają ją ci uczestnicy, których wpłaty podstawowe i dodatkowe w ciągu roku wyniosą co najmniej 3,5 proc. 6-krotności minimalnego wynagrodzenia obowiązującego w roku, za który jest dopłata (w 2019 r. kwota wpłat kwalifikująca do dopłaty rocznej to 472,50 zł). Dla osób o niższych dochodach, które skorzystały z możliwości płacenia niższych wpłat, próg jest obniżony do 25 proc. powyższej kwoty.

Przysługuje tylko jedna dopłata roczna, bez względu na liczbę posiadanych PPK. W przypadku posiadania kilku rachunków PPK dopłata będzie wniesiona na rachunek otwarty na podstawie umowy o prowadzenie PPK zawartej najpóźniej, a jeśli pracownik zawarł w tym samym czasie kilka umów – dopłata roczna zostanie wniesiona na rachunek z wyższą sumą wpłat.

Weryfikacją tego, czy uczestnik jest uprawniony do dopłaty, zajmuje się PFR na podstawie raportów z ZUS oraz danych zebranych w ewidencji PPK. Dopłaty roczne będą przekazywane na rachunek pracownika do 31 marca następnego roku, a ewidencjonowane na jego rachunku do 15 kwietnia.

Jak PPK wypłynie na wynagrodzenie?

Najbardziej odczuwalnym „kosztem” dla pracownika uczestniczącego w pracowniczych planach kapitałowych jest obniżenie pensji netto. Zostanie ona obniżona o wartość wpłaty pracownika, czyli minimalnie o 0,5 proc., a maksymalnie o 4,0 proc. liczone od pensji brutto (standardowo 2,0 proc.). Poza tym wynagrodzenie zostanie obniżone o zaliczkę na podatek PIT od wpłaty pracodawcy, wynoszącej od 1,5 proc. do 4,0 proc. pensji.

„Koszt” to jednak tylko jedna strona medalu, ta mniej przyjemna. Przystąpienie do PPK oznacza w rzeczywistości realny wzrost miesięcznych przychodów. Są one powiększane o składkę pracodawcy pomniejszoną o podatek dochodowy oraz dopłatę od państwa (240 zł rocznie, czyli 20 zł miesięcznie).

W powyższych przykładach przystąpienie do PPK oznacza:

  • dla osób pobierających minimalne wynagrodzenie, które obniżyły wysokość swojej wpłaty do 0,5 proc., wprawdzie obniżka pensji wyniesie ok. 17 zł, ale całkowity przychód wzrośnie o ok. 48 zł;
  • dla osób zarabiających 5 tys. zł brutto, miesięczne przychody wzrosną o ok. 82 zł.

Źródło: Personel i Zarządzanie

Więcej informacji na temat PPK znajduje się w listopadowym numerze magazynu „Personel i Zarządzanie” – dostępny TUTAJ.

Niebezpiecznym mitem jest wiara w to, że ze zmianą opon letnich na zimowe powinno się czekać aż spadnie śnieg. Hamując na mokrej drodze z 80 km/h nawet przy +10ºC zimówki poradzą sobie lepiej niż opony letnie – w takich warunkach samochód na oponach zimowych zatrzyma się 3 metry wcześniej. Co więcej – w momencie, kiedy auto na zimówkach już się zatrzyma, samochód na oponach letnich będzie jeszcze jechał z prędkością 32 km/h. Osiągi opon letnich pogarszają się wraz ze spadkiem temperatury – zmień opony na zimowe już wtedy, gdy rano temperatura regularnie spada poniżej +7ºC!

Zastosowana w zimówkach bardziej miękka i elastyczna mieszanka gumowa bieżnika lepiej sprawdza się już przy +7/+10ºC. Ma to szczególne znaczenie na mokrej nawierzchni, gdy opona letnia z twardym bieżnikiem nie zapewnia w takiej temperaturze właściwej przyczepności. Droga hamowania znacznie się wtedy wydłuża – dotyczy to także wszystkich SUV-ów z napędem 4×4!

Najwyższy czas, aby zmienić opony – pamiętajmy jednak, żeby korzystać z pomocy tylko profesjonalnych warsztatów! Przy zdejmowaniu opon z felgi łatwo uszkodzić stopkę opony czy warstwy wewnętrzne – gdy używa się starych, nieserwisowanych narzędzi albo bagatelizuje wymogi producentów opon.

Opony z homologacją zimową (symbol płatka śniegu na tle gór) czyli zimówki i dobre całoroczne – znacznie zmniejszają także prawdopodobieństwo wystąpienia poślizgu. Mają liczne blokujące się nacięcia i rowki – większa liczba nacięć umożliwia lepszą przyczepność w warunkach jesiennej słoty i deszczu ze śniegiem, co jest szczególnie istotne podczas często występujących w sezonie jesienno-zimowym opadów deszczu i śniegu. To już dawno przestały być opony na śnieg – nowoczesne opony zimowe oznaczają bezpieczeństwo, kiedy robi się chłodno – gdy rano temperatura jest poniżej 7-10ºC.

Przeczytaj także:

Zachowaj ostrożność

Jazda na oponach letnich zimą jest całkowicie nieuzasadniona z punktu widzenia nie tylko bezpieczeństwa, ale i ekonomii. Jeżdżąc na oponach letnich w jesienno-zimowych warunkach ryzykujesz zdrowiem swoim i innych, wyrzucając przy tym ciężko zarobione pieniądze w błoto – przyśpieszając zużycie bieżnika opon, które nie będą nadawać się już do użytku w cieplejsze miesiące roku. W tym czasie powinny już odpoczywać po sezonie letnim w przechowalni.

– Jadąc na mokrej i śliskiej drodze ważne jest zachowanie ostrożności, dostosowanie prędkości do warunków, ale także zadbanie o odpowiednie opony – bez tego nie ma mowy o bezpiecznej podróży. Nowoczesne opony zimowe renomowanych producentów zapewniają bezpieczeństwo w szerokim zakresie warunków pogodowych, dlatego zmieniajmy ogumienie na zimowe lub całoroczne z homologacją zimową, gdy tylko temperatura rano regularnie spada poniżej +7°C. Korzystajmy z serwisów, które w wyniku audytu TÜV SÜD otrzymały Certyfikat Oponiarski PZPO – tam mamy pewność jakości usługi, odpowiedniego wyposażenia, umiejętności serwisantów i tego, że ktoś to wszystko za nas sprawdził – mówi Piotr Sarnecki, dyrektor Polskiego Związku Przemysłu Oponiarskiego (PZPO).

materiał prasowy

  • Ankietowani widzą większą potrzebę cyfryzacji w takich sektorach jak edukacja, służba zdrowia czy transport publiczny
  • Już ponad połowa polskich konsumentów płaci mobilnie
  • Jedną z najpopularniejszych cyfrowych usług wśród Polaków są zakupy online

Coraz więcej usług można realizować cyfrowo, a polscy konsumenci są ich entuzjastami, doceniając je przede wszystkim za szybkość, wygodę i możliwość korzystania z nich w dowolnym miejscu i czasie. Wyniki badania Mastercard potwierdzają, w jak wielu obszarach Polacy zdają się już na cyfrowe usługi.

Niektóre z nich zdobyły już tak ugruntowaną pozycję w naszym codziennym życiu, że trudno sobie wyobrazić, jak moglibyśmy bez nich funkcjonować. Do tych najbardziej popularnych wśród Polaków należy wysyłanie wiadomości e-mail (76%), wyszukiwanie informacji w internecie (76%) i korzystanie z mediów społecznościowych (75%). Inne cyfrowe usługi nadal konkurują ze swoimi analogowymi odpowiednikami, ale coraz częściej zdobywają serca użytkowników. Wśród nich warto wspomnieć o aplikacjach służących do nawigacji w terenie (66%), korzystaniu z elektronicznej wersji kalendarza (65%), programach lojalnościowych (63%), sprawdzaniu pogody online (54%), streamingu muzyki i treści wideo „na żądanie” (50%) czy rezerwacji noclegów (38%) i zakupu biletów na podróż (34%). W niektórych obszarach ucyfrowienie jest nadal w fazie wstępnego rozwoju, tak jak ma to miejsce w przypadku czytania książek – korzystanie z czytnika e-booków deklaruje tylko 14% ankietowanych. Polacy są natomiast entuzjastami zakupów online oraz najbardziej zaawansowanymi w Europie Środkowo-Wschodniej użytkownikami elektronicznych płatności.

O ile z poziomu cyfryzacji usług w zakresie zakupów, finansów czy podróży polscy konsumenci są już zadowoleni, o tyle wciąż zauważają większą potrzebę innowacji w takich sektorach jak edukacja (41%), służba zdrowia (40%) czy transport publiczny (30%).

Finansowo zaawansowani

Większe ucyfrowienie polskich konsumentów na tle Europy Środkowo-Wschodniej widać w zakresie korzystania z  usług finansowych. Zdecydowana większość (81%) ankietowanych z naszego kraju, biorących udział w badaniu Mastercard, korzysta z bankowości online (średnia dla regionu 63%), a po mobilne usługi płatnicze (rozumiane jako portfele mobilne oraz bankowość mobilną) sięgamy najczęściej w regionie – średnio niemal 10 razy w miesiącu (średnia dla regionu to 5,4).

Polacy coraz chętniej korzystają z usług finansowych na smartfonach. 63% badanych deklaruje, że „bankuje” w sposób mobilny (średnia 52%), a już ponad połowa polskich konsumentów (52%) korzysta z różnych form płatności mobilnych oferowanych przez banki, podczas gdy w krajach Europy Środkowo-Wschodniej wskaźnik ten utrzymuje się na poziomie 40%. Spytani o to, czym by płacili jeśli nie plastikową kartą i gotówką,  60% ankietowanych wskazuje właśnie na telefon. Te dobre wyniki mogą być efektem powszechnej już dostępności cyfrowych usług płatniczych będących w ofercie polskich banków.

Cyfrowe zaawansowanie Polaków widać też na przykładzie urządzeń ubieralnych służących do płacenia, tzw. wearables, jak inteligentne zegarki czy opaski fitness. Z badania Mastercard wynika, że ponad co czwarty konsument (27%) chciałby płacić właśnie wearables, co jest najlepszym wynikiem w regionie. Ogólnie dowolne urządzenie tego typu posiada 15% respondentów.

Elektroniczne usługi płatnicze są doceniane przez Polaków przede wszystkim za wygodę (77%), oszczędność czasu (67%), dostępność w dowolnym miejscu i czasie (60%) oraz łatwość w użyciu (56%).

Wygodne zakupy

Jedną z najpopularniejszych cyfrowych usług są zakupy online – robi je 68% polskich konsumentów ankietowanych w badaniu Mastercard, a przynajmniej raz w tygodniu zakupy w internecie robi 37% z nich. Częstotliwość ta jest jednak mniejsza niż w innych krajach w naszej części Europy – średnio 3,5 raza w miesiącu, w porównaniu z  3,9 raza w regionie. Polacy w zdecydowanej większości robią zakupy online na laptopach (78%), rzadziej na urządzeniach mobilnych (22%). Kupowanie w internecie ankietowani lubią za wygodę (77%), oszczędność czasu (70%) i dostępność w dowolnym miejscu i o dowolnej porze (68%).

Przeczytaj także:

„W wielu dziedzinach naszego życia rozwiązania elektroniczne już wyparły te analogowe. Jak wynika z naszego badania, polscy konsumenci bardzo chętnie korzystają już z cyfrowych usług, szczególnie w zakresie finansów i płatności, i w tym aspekcie znajdujemy się w regionalnej awangardzie. Zaznajomienie się z nowymi technologiami często wymaga od użytkownika opanowania nowych umiejętności i zmiany zachowań, ale nasze badanie potwierdza, że Polacy są chętni, by korzystać z cyfrowych rozwiązań, szczególnie kiedy widzą wynikające z tego realne korzyści” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny na Polskę, Czechy i Słowację w Mastercard Europe.

Innowacji nigdy dość

Kolejna generacja cyfrowych usług może już powstawać w oparciu m.in. o sztuczną inteligencję (AI). Dotychczas z tego typu rozwiązań skorzystało 23% ankietowanych z Polski, ale chciałaby tego spróbować już ponad połowa (55%). Z kolei 6% respondentów deklaruje korzystanie z usługi chatbotów oferowanych przez banki. Jeszcze większą otwartość można zaobserwować w przypadku rozwiązania wirtualnej rzeczywistości (VR) – z takiej technologii skorzystał już co czwarty respondent (25%), a w przyszłości chciałoby z nich skorzystać 60% polskich konsumentów.

Korzystanie z cyfrowych usług nie byłoby możliwe bez podłączonych do sieci urządzeń. Według badania Mastercard, do najpopularniejszych z nich zaliczają się dziś smartfony (93%), laptopy (91%), routery wi-fi (73%), komputery PC (57%) i telewizory typu smart TV (56%).

Źródło: Mastercard

Co roku, firmy kupują dla swoich partnerów biznesowych tysiące prezentów. UNICEF Polska poprzez akcję „Prezenty bez Pudła” proponuje alternatywę, która pomaga poprawić los najbardziej potrzebujących dzieci na świecie. Do akcji dołączyła Future Processing.

Future Processing (FP), polska firma technologiczna, stworzyła dla swoich klientów serwis on-line, gdzie w oparciu o technologię blockchain mogą oni zdecydować na co FP ma przeznaczyć fundusze, za które dotychczas kupowała dla nich prezenty.

Lubimy dawać prezenty

Według badania zrealizowanego przez firmę Deloitte w 2018 roku, ubiegłoroczne wydatki na prezenty przeciętnego Polaka to 532 złote (124 euro). To stanowi ok. 45 proc. całego świątecznego budżetu. Także przedsiębiorcy mają swój udział w listopadowo-grudniowym prezentowym boomie. Zbliżający się okres to czas prosperity dla firm przygotowujących prezenty. Przedsiębiorcy kupują upominki, a następnie wręczają je swoim kontrahentom i klientom.

Jak pokazały badania przeprowadzone przez Instytut Badawczy Danae, prezenty odgrywają istotną rolę w relacjach biznesowych. 76 proc. respondentów wskazało, że w okresie 6 miesięcy poprzedzających ankietę (listopad, 2017) otrzymało prezent biznesowy. Jednocześnie jedynie 17 proc. oceniło go za zdecydowanie przydatny. Trafienie w gusta partnerów może być – jak widać – sporym wyzwaniem. Jak inaczej można więc okazać wdzięczność i sympatię, dobrze pożytkując przy tym środki przeznaczone na prezenty?

Dokładnie z takim dylematem zmierzyła się w tym roku firma Future Processing, która zdecydowała się wesprzeć projekt „Prezenty bez Pudła” UNICEF.

– Szukaliśmy sposobu, aby inaczej okazać wdzięczność i sympatię naszym klientom i partnerom, dobrze pożytkując przy tym środki przeznaczone na prezenty. Zdecydowaliśmy się zaangażować we współpracę z UNICEF

– mówi Michał Sztanga, Dyrektor Zarządzający Future Processing.

Czym są „Prezenty bez Pudła” UNICEF?

„Prezenty bez Pudła” to oryginalny sposób na wsparcie działań UNICEF, który łączy radość pomagania z przyjemnością obdarowywania prezentami. Pomoc jest realna, ponieważ zakupione produkty wysyłane są tam, gdzie w danym momencie są najbardziej potrzebne.

– Zakup „Prezentu bez Pudła” to forma nietypowej darowizny, za którą UNICEF dostarczy wybrany produkt do kraju, w którym prowadzimy nasze programy. Dzieci otrzymują leki ratujące życie, szczepionki, sprzęt medyczny czy żywność terapeutyczną oraz przedmioty, które poprawiają warunki życia i umożliwiają im naukę. Każdy, kto wspiera nasz projekt ma pewność, że jego pomoc realnie zmieni czyjeś życie

– wyjaśnia Małgorzata Rychlik, Business Fundraising Coordinator w polskim komitecie UNICEF.

Wśród firm, które już dołączyły do akcji jest Future Processing, polska firma technologiczna z Gliwic.

– W ubiegłym roku wysłaliśmy blisko 300 paczek z upominkami do naszych klientów i organizacji partnerskich. Obecnie chcemy zachęcić jak największą liczbę naszych partnerów do zaangażowania się w projekt „Prezenty bez Pudła”. Ostatecznie przecież dawanie prezentów jest znacznie przyjemniejsze niż ich otrzymywanie

– mówi Michał Sztanga, Dyrektor Zarządzający Future Processing.

Pomoc z Gliwic dla dzieci na całym świecie

Klienci Future Processing, w oparciu o stworzony przez programistów FP system działający w technologii blockchain, wybiorą produkty UNICEF dostępne w dedykowanym serwisie.

„Prezenty bez Pudła”, które można kupić w ramach współpracy Future Processing z UNICEF podzielone są na dwie kategorie: Edukacja oraz Medycyna. Są wśród nich leki do walki z chorobami takimi jak polio czy tężec, leki przeciwmalaryczne czy antybiotyki dla niemowląt. Obok środków medycznych można wybrać materiały edukacyjne, w tym „Szkołę w pudełku”. To zestaw przyborów – książki, ołówki, gumki, nożyczki, a nawet tablica i zasilane energią słoneczną radio – który pozwala dzieciom kontynuować naukę nawet w obliczu kryzysów humanitarnych, których konsekwencją są zniszczone szkoły i placówki edukacyjne.

– Jeden zestaw do walki z chorobami pomoże aż 40-tu dzieciom. Mimo rozwoju medycyny wciąż na świecie są miejsca, w których dostęp do szczepień jest ograniczony. W wielu ubogich rejonach, a tam ryzyko zachorowania jest o wiele wyższe, szczepionki są towarem na wagę życia

– mówi Michał Sztanga, Dyrektor Zarządzający Future Processing.

W akcji mogą wziąć udział wszyscy pracownicy firm będących klientami FP. Każdy z głosujących ma do dyspozycji sześć głosów, które może rozdysponować na poszczególne produkty. Wszystkie oddane głosy zostaną zsumowane i w ten sposób zostanie podjęta decyzja o tym jakie produkty, proporcjonalnie do ilości „oddanych na nie głosów”, zostaną zakupione z budżetu, który gliwicka spółka przeznacza na ten cel.

– Cała operacja obejmuje trzy proste kroki. Pierwszym jest wybór konkretnych produktów, drugim oddanie głosów, a trzecim radość z dokonanego wsparcia. Zastosowana technologia blockchain gwarantuje pewność uzyskanych wyników

– podsumowuje Krzysztof Nykiel, lider zespołu inżynierów FP, odpowiadającego za stworzenie blockchainowej platformy, przez którą prowadzona jest akcja.

Każdy może się przyłączyć

W 2018 roku produkty humanitarne trafiły do najmłodszych w 68 krajach. Wartość „Prezentów bez Pudła” zakupionych przez firmy i osoby prywatne z Polski wyniosła 1 360 682 zł.

– „Prezenty bez Pudła” zakupione w ubiegłym roku dzięki hojności Darczyńców, pomogły tysiącom najmłodszych. Polacy wśród „Prezentów bez Pudła” najczęściej wybierali produkty do ochrony dzieci przed chorobami, utrzymania higieny i walki z niedożywieniem. W 2018 r. Polacy przekazali środki na zakup m.in. 6 milionów tabletek oczyszczających wodę, 266 tysięcy szczepionek czy 86 tysięcy saszetek żywności terapeutycznej ratującej życie dzieciom w stanie skrajnego niedożywienia. Potrzeby wciąż są ogromne, dlatego nieustannie prosimy wsparcie osoby indywidualne i przedsiębiorców, dzięki którym niesiemy pomoc dzieciom na świecie

– apeluje Marek Krupiński, Dyrektor Generalny UNICEF Polska.

Źródło: Future Processing

asystent lotu

GIVT – platforma technologiczna zajmująca się uzyskiwaniem odszkodowań za opóźnione lub odwołane loty, nawiązała współpracę z Europą Ubezpieczenia – jednym z liderów rynku ubezpieczeń podróżnych w Polsce. W efekcie powstała usługa „Asystent Lotu”, oferowana klientom ubezpieczyciela, korzystającym z polis turystycznych.

„Asystent Lotu” to pierwszy na rynku ubezpieczeniowym dodatek do polis podróżnych, zapewniający jego posiadaczom dostęp do informacji o prawach pasażerów w przypadku opóźnionych lub odwołanych lotów oraz o sytuacjach, w których zakłócone loty nie kwalifikują się do wypłaty odszkodowań w ramach Regulacji WE (261). Klienci posiadający w ramach ubezpieczenia darmową usługę Asystenta, będą mieli w czasie rzeczywistym przesyłane przez platformę technologiczną GIVT informacje, czy ich zakłócone loty kwalifikują się do wypłaty rekompensaty oraz będą mogli liczyć na profesjonalną pomoc w uzyskaniu odszkodowania. Do oceny okoliczności zakłóconych lotów GIVT stosuje zaawansowany model analityczny, w oparciu o sztuczną inteligencję oraz technologię Big Data. System GIVT pozwala na automatyczną weryfikację zakłóceń lotniczych, co przyśpiesza i upraszcza obsługę klientów.

Przeczytaj także:

Przewidywanie zakłóceń lotów

Rynek lotniczy rozwija się dynamicznie. Według szacunków Eurocontrol, do 2040 roku liczba pasażerów w Europie wzrośnie o 47%, przekraczając 2,5 miliarda. W połączeniu z niewystarczającą przepustowością lotnisk, problemami linii lotniczych oraz czynnikami zewnętrznymi, ogromna część pasażerów może w tej sytuacji napotkać na problemy z lotem, takie jak odwołane lub opóźnione połączenia. Odpowiedzią GIVT na tę sytuację jest stworzenie unikalnego systemu przewidywania zakłóceń lotów pasażerskich oraz automatycznego klasyfikowania ich przyczyn, co decyduje o możliwości szybkiego złożenia wniosku o odszkodowanie. Tworząc usługę „Asystent Lotu” w partnerstwie z Towarzystwem Europa, już w tej chwili wykorzystujemy zaawansowane modele oceny lotów w oparciu o Big Data i sztuczną inteligencję, aby w ułamkach sekund wiedzieć, czy zakłócone loty kwalifikują się do odszkodowania. Wszystko z myślą o komforcie pasażerów oraz szybszym i prostszym procesie ubiegania się w ich imieniu o przysługujące rekompensaty – mówi Damian Zozula, Chief Commercial Officer Marketing w GIVT .

Nowa usługa dla pasażerów

„Asystent Lotu” to kolejna usługa, którą dodajemy do naszych ubezpieczeń turystycznych, by wspierać klientów w przypadku wystąpienia niespodziewanych i kłopotliwych zdarzeń podczas ich podróży lub wypoczynku poza granicami Polski. Usługa wpisuje się w nasze podejście, by być z klientem w każdej sytuacji, w której potrzebuje on zewnętrznej pomocy. Większość podróżujących nie wie, jakie mają prawa jako pasażer opóźnionego lotu i jakie świadczenia im przysługują. Razem z naszym partnerem – platformą GIVT – oferujemy im wsparcie, dostarczając nie tylko informacji na temat samych opóźnień, ale także wspierając wiedzą o przysługujących im prawach – mówi Tomasz Janas, dyrektor Departamentu Ubezpieczeń Turystycznych i Gwarancji w Europa Ubezpieczenia.

Zgodnie z przepisami unijnymi, za odwołany, opóźniony lot o 3 godziny lub więcej, a także oraz za odmowę wejścia na pokład, podróżny może uzyskać rekompensatę od linii lotniczych, której kwota zależy od odległości. Jest to:

  • 250 EUR w przypadku trasy lotu o długości do 1500 km,
  • 400 EUR dla wszystkich lotów wewnątrz Unii Europejskiej na dystansie dłuższym niż 1500 km oraz dla pozostałych tras o długości między 1500 a 3500 km,
  • 600 EUR w przypadku lotów poza terytorium Unii Europejskiej, gdy dystans jest dłuższy niż 3500 km.

materiał prasowy

O dobroczynnym wpływie zwierząt domowych na dobre samopoczucie człowieka mówi się już od dawna. Nie bez powodu ponad połowa Polaków posiada w domu psa, kota czy inne stworzenie, które zajmuje ich czas i dostarcza pozytywnych emocji oraz przeżyć. Od kilku lat coraz popularniejszy staje się jednak trend związany z obecnością zwierząt domowych w życiu zawodowym. I nie chodzi o pracę w ZOO, czy bycie weterynarzem lub ratownikiem, którego codziennym partnerem w wykonywaniu obowiązków jest pies poszukujący, ale o możliwość przyprowadzenia pupila do biura lub też, jak w przypadku części firm, zatrudnienie zwierzęcia jako pracownika, który swoją obecnością ma wpływać na produktywność i dobre samopoczucie całego zespołu. Czy to na pewno dobry pomysł, by zwierzęta aktywnie uczestniczyły w życiu zawodowym ludzi? Czy da się udowodnić ich wpływ na obniżanie poziomu stresu oraz lepsze wyniki zatrudnionych?

Zwierzęta towarzyszą ludzkości od zarania dziejów i na przestrzeni wieków przypisywano im wiele ról. O ich dobroczynnym wpływie na życie człowieka świadczą rezultaty wielu badań, z których wynika między innymi, że: pomagają w terapii osób upośledzonych, wspierają rozwój emocjonalny, intelektualny i fizyczny dzieci, osobom starszym powalają pozostać towarzyskimi i mobilnymi, zmniejszają depresję oraz każdego dnia wspierają ludzi i poprawiają ich nastrój. W ostatniej dekadzie wraz z ogromnymi zmianami, jakie zaszły w sposobie życia oraz na obecnym rynku pracy, domowe pupile otrzymały nowe zadanie – wpływania na pozytywną atmosferę w miejscu pracy, redukcję poziomu stresu, socjalizację, lepszą komunikację oraz efektywność pracy zatrudnionych.    

Miejsce pracy przyjazne zwierzętom

W serwisach z ofertami pracy coraz więcej ogłoszeń zawiera informację, że pracodawca zapewnia miejsce pracy przyjazne również zwierzętom, które zatrudnieni mogą zabierać ze sobą na czas wykonywania swoich obowiązków. Coraz więcej organizacji wykorzystuje pozytywne nastawienie do pupili pracowników jako element budujący wizerunek firmy. Już nie tylko giganci tacy jak Amazon, Google czy Mashable wprowadzili do swoich polityk zasady mające na celu ciepłe przyjęcie „futrzastych” lub „pierzastych”, a także innych, członków zespołu, którzy mogą czasem liczyć także na specjalne benefity. W USA istnieją już nawet organizacje, w których za odpowiednią opłatą można uzyskać specjalny certyfikat stwierdzający, że domowe stworzenie jest „zwierzęciem wsparcia emocjonalnego” co umożliwia mu nie tylko przebywanie w miejscu pracy właściciela, ale również odwiedzanie miejsc niedostępnych, takich jak muzea czy restauracje. Dodatkowo w kraju za oceanem 24 czerwca jest dniem zabierania zwierząt (psa) do pracy.

Otwarcie się organizacji na obecność zwierząt domowych w miejscu pracy to jedna z form popierania różnorodności, tak potrzebnej na współczesnym rynku zatrudnienia. Firmy dostrzegają korzyści jakie płyną z dania takiej możliwości pracownikom, gdyż pozytywnie działa ona na wiele istotnych dla nich elementów. Nie dziwi zatem fakt, że według badania „Zawodowy styl życia” przeprowadzonego przez Pracuj.pl, 56% pracowników w Polsce dopuszcza obecność pupili w firmie, a co trzeci uznaje ją za dodatkową motywację do udziału w rekrutacji. Otwartość i entuzjazm względem tego rozwiązania wykazują szczególnie młodsi pracownicy. Uczestnicy badania dostrzegli zarówno zalety jak i wady obecności zwierząt w miejscu pracy. Respondenci niemal tak samo często podkreślali okazję do wprowadzenia przyjaznej i miłej atmosfery oraz redukcji stresu w zespole, jak i obszar do występowania potencjalnych konfliktów czy wprowadzania dyskomfortu dla współpracowników. Zgodnie z uzyskanymi wynikami otwartością w tym obszarze częściej wykazują się młode firmy, związane często z pracą kreatywną niż sformalizowane organizacje z wieloletnim doświadczeniem.

Ukryta moc „braci mniejszych”

Według wyników badania przeprowadzonego na kilkudziesięciu firmach w Kentucky w USA, zwierzęta w miejscu pracy pozwalają właścicielom wyrazić nieco swoją osobowość. Wypełniają także pustkę związaną z symbolami empatycznymi (rośliny, dzieła sztuki) w miejscu pracy, które stwarzają atmosferę ogólnego ciepła i komfort, a których często pozbawiają otwarte przestrzenie biurowe. I to właśnie zwierzęta pomagają wypełnić tę lukę, zachęcając do większej interakcji społecznej, zapewniając neutralne pole do komunikacji i łączenia się w grupy, wpływając na przystępność i przyjazność poszczególnych zatrudnionych.

Uczestnicy tego badania, zapytani o korzyści płynące z obecności zwierząt domowych w biurze, wskazywali na:
  • łagodzenie stresu;
  • uczynienie biura bardziej przyjaznym;
  • zapewnienie dodatkowej rozrywki.

Wśród wad, których nie dostrzegła ponad połowa badanych, wymieniano natomiast: obniżenie jakości funkcjonowania związane z hałasem (miauczenie, szczekanie), problemy z obecnością sierści oraz utrzymaniem czystości.

Zwierzę = lepsza współpraca i komunikacja

Na podstawie wyników innego badania stwierdzono, że obecność psa towarzyszącego pracy w grupie zachęcała uczestników do większej współpracy, komunikacji i przyjaznego nastawienia względem siebie. Natomiast w badaniu dotyczącym poziomu stresu, produktywności i postrzegania organizacji wśród ludzi, którzy przyprowadzili swoje pupile do firmy, prowadzonym w Północnej Karolinie, około połowa badanych stwierdziła, że działanie takie pozytywnie wpływa na ich wydajności, podczas gdy dla pozostałych było ono neutralne. Dla tych, którzy nie zabierali swoich zwierząt do pracy pojawienie się pupili innych nie miało większego znaczenia dla ich efektywności. Jednak w obu grupach około 20% stwierdziło, że obecność zwierząt była pomocna, choć również dla 20% była pewną przeszkodą w osiąganiu wydajności.

Z badania Christophera Hontsa i jego współpracowników z Central Michigan University wynika, że psy w biurze mogą pomóc zwiększyć produktywność. Zaś sondaż amerykańskich producentów produktów dla zwierząt domowych pokazuje, że 17% Amerykanów pracuje w firmach przyjaznych zwierzętom, a 23% uważa, że ​​zwierzęta powinny być akceptowane w miejscu pracy. Badanie to wykazało również, że aż 70 milionów Amerykanów uważa, że ​​obecność zwierząt domowych w miejscu pracy zmniejsza stres, zaś 46 milionów uważa, że ​​tworzy również bardziej produktywne środowisko pracy.

Co z alergiami i fobiami?

W pogoni za efektywnością i dobrym samopoczuciem pracowników, w aspekcie przyjęcia zwierząt w miejscu pracy, można przeoczyć jednak pewne doświadczenia i odczucia wszystkich zaangażowanych – zarówno zatrudnionych, ale także samych pupili. Alergie, traumatyczne przeżycia z przeszłości czy zwyczajna niechęć do zwierząt mogą wręcz negatywnie wpływać na samopoczucie niektórych pracowników. I choć generalnie obecność zwierząt w miejscu pracy pozytywnie wpływa na funkcjonowanie i postrzeganie organizacji, decyzja o zezwoleniu na tego typu praktykę powinna dotyczyć ogółu zatrudnionych. Można wytyczyć oddzielne miejsca pracy, ograniczyć liczbę dni, w których czworonogi, i nie tylko, mogą być obecne w biurze lub też pozwolić na ich przebywanie tylko na smyczy lub w odpowiednim przeznaczonym do tego miejscu. Nie można jednak zapominać również o tym jak same zwierzęta odbierają taką praktykę i czy nie wpływa ona na ich komfort, bo w takich sytuacjach łatwo o stronniczość na korzyć ludzi i ich potrzeb. A przecież zwierzęta też myślą i czują i również mają potrzeby zwraca uwagę Grzegorz Święch z Grupy Nowe Motywacje.

Przeczytaj także:

Zwierzęta pomagają w obniżeniu stresu

Udowodniono, że posiadanie zwierząt łagodzi stres, wpływa pozytywnie na nastrój, a nawet poprawia zdrowie fizyczne. Są to również trzy czynniki, które uważa się za jedne z najbardziej wpływowych na postrzeganie środowisko pracy, jako pozytywnego. Już samo głaskanie powoduje obniżenie poziomu kortyzolu (odpowiedzialnego za stres), ale także produkcję większej ilości hormonów szczęścia (m.in. oksytocyny), co sprawia, że ​człowiek ​czuje się bardziej zrelaksowany i radosny.

Zwiększanie produktywności, lepsze samopoczucie, niższy poziom stresu, sprawna komunikacja, większa równowaga między życiem zawodowym oraz prywatnym, lepsza atmosfera – to tylko niektóre z pozytywnych aspektów obecności zwierząt w miejscu pracy. Pozwolenie na obecność pupili w biurze ze strony firmy ma również swoje wady, powinno być zatem wynikiem konsultacji z całym zespołem, uwzględniać wszelkie związane z tym zagrożenia i brać pod uwagę również potrzeby samych zwierząt, warto zastanowić się nad takim posunięciem, by za wzorem innych podmiotów wprowadzić do organizacji nowe spojrzenie na pozytywne i wartościowe współistnienie.

Źródło: Nowe Motywacje

List z sądu, a w nim wezwanie do osobistego stawiennictwa na rozprawę. Taki scenariusz często wiąże się z niepotrzebnym stresem, w szczególności dla osób, dla których jest to pierwsze spotkanie z sądem. Pomimo, że rozprawa sądowa jest wysoce sformalizowana, a sędzia może wydawać się pozbawiony emocji, to należy pamiętać, że przesłuchanie na rozprawie ma dostarczyć materiał dowodowy potrzebny do rozstrzygnięcia sprawy. Dlatego na rozprawie warto być opanowanym i stosować się do kilku uniwersalnych, prostych zasad.

 

Punktualność – przede wszystkim

Punktualność jest wymogiem koniecznym. Spóźnienie na rozprawę może drogo kosztować. Jeżeli jest się stroną postępowania – sąd może pominąć dowód z przesłuchania i przyjąć za przyznane okoliczności przywołane przez drugą stronę, co w konsekwencji może oznaczać przegranie sprawy. Jeżeli zaś wezwanie zostało wysłane w charakterze świadka sąd może uznać, że brak stawiennictwa nastąpił w sposób zawiniony i ukarać za takie zachowanie grzywną. Rozprawę poprzedza tzw. wywołanie sprawy przez protokolanta, czyli poinformowanie stron oraz osób zainteresowanych o rozpoczęciu posiedzenia. Oczywiście, może zdarzyć się, że rozprawa sądowa nie rozpocznie się o czasie, z uwagi na niezakończone wcześniejsze posiedzenie. Jest to okoliczność, którą warto mieć na uwadze.

Kluczowa pomoc pełnomocnika

Teoretycy prawa dzielą rozprawę na 4 etapy – przedstawienie stanowisk stron, postępowanie dowodowe, roztrząsanie wyników postępowania dowodowego oraz zamknięcie rozprawy. Na każdym etapie mogą pojawić się sytuacje wymagające natychmiastowej reakcji, a przeoczenie konieczności działania może rodzić negatywne konsekwencje. Dlatego, występując jako strona postępowania, dobrze jest skorzystać z usług profesjonalnego pełnomocnika procesowego, którego doświadczenie i znajomość prawa będą stanowić nieocenione wsparcie. Warto także przypomnieć, że na rozprawie konieczne jest postępowanie zgodnie z ustaloną wcześniej taktyką. Każde oświadczenie jak i ustosunkowanie się do stanowiska strony przeciwnej może rodzić konsekwencje prawne. Dlatego przed rozprawą należy ustalić wraz z pełnomocnikiem plan działania, a podczas rozprawy wcielić go w życie, tak aby ograniczyć możliwość improwizacji do minimum.

RZECZYWISTOŚĆ PO WYROKU TSUE: FRANKOWICZE WYGRYWAJĄ Z BANKAMI

Pouczenia sędziego i rola pełnomocnika

Warto także wspomnieć, że od osób działających w postępowaniu samodzielnie lub przez pełnomocnika niebędącego adwokatem, radcą prawnym, rzecznikiem patentowym ani radcą Prokuratorii Generalnej Rzeczpospolitej Polskiej nie oczekuje się znajomości wszystkich przepisów kodeksu postępowania cywilnego. Sąd w takim wypadku ma obowiązek pouczać o możliwości i skutkach zwrócenia uwagi sądu na uchybienia proceduralne, o środkach skupienia materiału procesowego, skutkach przyznania faktów powołanych przez przeciwnika procesowego, jak i skutkach zaniechania wypowiedzi co do twierdzeń strony przeciwnej. Niemniej jednak, same pouczenia sądu mogą okazać się niewystarczające do wygrania sprawy, w szczególności jeżeli strona przeciwna korzysta z usług prawnika. Należy więc podkreślić, że pomoc pełnomocnika procesowego może okazać się w sprawie kluczowa.

Ważna rola sędziego

Nie należy także tracić z pola widzenia roli sędziego w postępowaniu przed sądem. Jest to bowiem osoba, która czuwa nad porządkiem obrad, prawidłowym przeprowadzeniem dowodów, a następnie wydaje wyrok na podstawie przeprowadzonego materiału dowodowego. Obowiązkiem strony postępowania jest stosowanie się do jego poleceń i odpowiadanie na zadane przez niego pytania.

Reguły dotyczące zachowania podczas posiedzenia

Na sali sądowej panują specyficzne zasady, które zostały ukształtowane przez prawo jak i wieloletnią tradycję. Poniżej kilka podstawowych reguł, do których należy bezwzględnie się stosować:

  • na rozprawę należy wziąć dowód tożsamości;
  • do składu sędziowskiego zwracamy się „Wysoki Sądzie”;
  • na rozprawę należy ubrać się w sposób schludny;
  • podczas wypowiedzi skierowanej do Sądu jak i podczas ogłoszenia wyroku należy wstać;
  • wypowiadać należy się wyłącznie za zgodą sędziego;
  • na sali sądowej nie wolno spożywać posiłków ani napojów;
  • przed rozprawą należy wyłączyć lub wyciszyć telefon.

 

Specyfika spraw kredytów frankowych oraz potencjalne pytania

Sprawy dotyczące roszczeń wynikających z kredytów „frankowych” nie różnią się zasadniczo od modelowego postępowania cywilnego. Elementem wyróżniającym jest materia – roszczenia w kredytach frankowych oparte są na przepisach o ochronie konsumenckiej i dotyczą abuzywności postanowień umownych zawartych w umowie kredytowej. Wobec tego, zarówno strony jak i sąd dążą do wyjaśnienia podstaw faktycznych i prawnych sprawy przez pryzmat wyżej wskazanych przepisów.

Rodzaje pytań w sprawach frankowych

Nie sposób oczywiście przewidzieć wszystkich pytań, które mogą pojawić się podczas przesłuchania. Niemniej jednak, uwzględniając specyfikę spraw „frankowych” warto przede wszystkim przygotować się na takie, dotyczące:

1) okoliczności zawarcia umowy np. jakie były motywy zawarcia umowy kredytowej; czy istniała możliwość negocjowania warunków umowy; ile czasu mieli kredytobiorcy na zaznajomienia się z zapisami umowy; dlaczego kredytobiorcy nie zdecydowali się na kredyt udzielony w PLN; czy zdolność kredytowa była wyższa w przypadku kredytu udzielonego w PLN czy we frankach szwajcarskich;

2) charakter strony np. na jaki cel został przeznaczony kredyt; czy w nieruchomości nabytej w ramach kredytu była prowadzona działalność gospodarcza; czy nieruchomość nabyta w ramach kredytu była przedmiotem najmu;

3) kurs CHF, LIBOR oraz ubezpieczenie niskiego wkładu własnego: Czy kształtowanie kursu frankowego przez bank było opisane w sposób precyzyjny? Czy kredytobiorcy zostali poinformowani o stosowaniu przez bank dwóch kursów podczas udzielenia i spłaty kredytu; w jaki sposób bank ustalał kurs CHF, czy kredytobiorca miał możliwość weryfikacji kursu CHF; czy kredytobiorca wiedział w jaki sposób oprocentowany był kredyt; czy ubezpieczenie niskiego wkładu własnego było elementem niezbędnym umowy kredytowej; na czym polegało ubezpieczenie niskiego wkładu własnego; na kim spoczywał ciężar uiszczenia opłat tytułem polisy ubezpieczenia niskiego wkładu własnego;

4) wykonanie umowy np. czy raty kredytu były spłacane w sposób terminowy, czy sposób ustalania rat kredytu był przejrzysty; czy kredytobiorcy są świadomi salda zadłużenia; czy saldo zadłużenia w PLN wzrosło na przestrzeni lat.

Kto pyta pierwszy

Pierwszeństwo w zadawaniu pytań ma strona, która powołuje się na dowód z zeznań wezwanej osoby. Następnie pytania zadaje druga strona, a na sam koniec sąd. Niemniej jednak, sąd jest uprawniony do zadawania pytań na każdym etapie. Strony zadają pytania w taki sposób, aby uwypuklić to co jest dla nich najbardziej istotne. Przed rozprawą warto zastanowić się w jaki sposób udzielić odpowiedzi na konkretne pytanie – w tym potencjalne pytania strony przeciwnej. Nieprzemyślana odpowiedź może spowodować, że okoliczność korzystna może być poczytana przez Sąd jako argument niekorzystny.

Uczestnictwo w rozprawie sądowej zawsze wiąże się z pewną dozą nieprzewidywalności. Niemniej jednak stosowanie się do wyżej wymienionych wskazówek pozwoli na zminimalizowanie stresu. Wazne jest też kompleksowe dostarczenie materiału dowodowego, który będzie stanowił podstawę wyroku.

 

 

 

Niektórzy nadal pamiętają czasy, kiedy ogłoszenia o pracę pojawiały się w lokalnej prasie, a kandydaci zainteresowani współpracą stawiali się następnego dnia z odręcznie napisanym listem motywacyjnym w siedzibie potencjalnego pracodawcy. Dziś papierowe ogłoszenia to przeszłość. Pracodawcy mają możliwość nieograniczonej wręcz promocji istniejących wakatów, a kandydaci bez wychodzenia z domu mogą śledzić oferty z całego świata.

Proces rekrutacji zmienia się niezwykle dynamicznie. W dobie nowoczesnych technologii, rynku pracownika i biegłych cyfrowo pokoleń okazuje się nawet, że publikowanie ogłoszeń w internecie to już za mało, aby zapełnić wakaty w firmach. Pracodawcy muszą podejmować coraz bardziej niestandardowe działania, aby dotrzeć do najlepszych kandydatów. Prowadzenie aktywnych poszukiwań kandydatów, czyli tzw. headhunting, ewoluuje wraz z sytuacją i dynamiką rynku pracy. Zmiany te odczuwają nie tylko profesjonalni rekruterzy czy wewnętrzne działy HR – ewolucja dotyka także zasad funkcjonowania całych organizacji. Skuteczna rekrutacja wymaga przygotowania strategii, która uwzględni charakterystykę rynku pracy i zapotrzebowanie kompetencyjne firmy, a także określi ramy działania umożliwiające sprawne pozyskiwanie talentów.

1. Zrozumienie potrzeb

Aby dobrze dopasować metody rekrutacyjne do poszukiwań kandydatów, należy przede wszystkim zrozumieć stanowisko będące przedmiotem rekrutacji. Niezbędne w tym przypadku są rozmowy z menedżerem zespołu (tzw. hiring manager), w którym znajduje się wakat. Szefowie zespołów najlepiej wiedzą, jakich kompetencji potrzebują oraz jakie mają preferencje co do usposobienia i cech charakteru nowego pracownika. Często na tym początkowym etapie zawodzi komunikacja, a tworzone opisy stanowisk są bardzo skomplikowane i niezrozumiałe dla kandydatów. Czasem nie znajdują także odzwierciedlenia w rzeczywistości, o czym aplikujący dowiadują się dopiero w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej. Warto pamiętać, że w rekrutacji jest jak w sporcie – hiring manager i dział rekrutacji powinni grać do jednej bramki. Stworzenie wspólnej wizji i opisu stanowiska oraz określenie największych zalet dla kandydatów stanowią fundament owocnej współpracy.

2. Oszczędność czasu

Dawno minęły czasy, gdy kandydaci chętnie stawiali się na rozmowy z rekruterami w siedzibach firm. Dziś specjaliści często biorą udział w kilku procesach rekrutacyjnych jednocześnie. Konieczność wielokrotnego stawienia się w siedzibie potencjalnego pracodawcy to czynnik zniechęcający. Dzięki powszechnej dostępności technologii wideo nierzadko jest to również niepotrzebne marnowanie czasu i pieniędzy na dojazd.

Doświadczeni rekruterzy coraz częściej przeprowadzają wirtualne spotkania z najlepszymi kandydatami. Wiele firm decyduje się także na inwestycje w oprogramowanie wideo stworzone specjalnie w celach rekrutacyjnych. Zdalne spotkania pozwalają realnie ocenić, czy dany kandydat wpisuje się w oczekiwania firmy. W ostateczności na rozmowę w siedzibie firmy i spotkanie z menedżerem zespołu zaproszonych zostaje kilku najlepiej pasujących kandydatów.

3. Marka pracodawcy

Zwiększanie rozpoznawalności firmy jako potencjalnego pracodawcy jest szczególnie istotne w kontekście dużej konkurencji o najlepszych specjalistów. Jednym ze sposobów na wzmocnienie marki pracodawcy jest uczestnictwo firmy w targach pracy, branżowych konferencjach i innych wydarzeniach. Takie inicjatywy wymagają nakładów czasu i finansów, dlatego warto angażować się wyłączenie w te wydarzenia, które przyniosą firmie największe korzyści i zwiększą pulę potencjalnych kandydatów. W zależności od obszaru działalności firmy i zapotrzebowania kadrowego mogą to być konferencje branżowe skupiające ekspertów rynku lub targi pracy popularne wśród studentów określonego kierunku.

Jest to fragment książki „Skuteczna rekrutacja 2.0” – książka do kupienia TUTAJ.

Ponad 230 tys. ciężarówek poruszających się po drogach Europy pochodzi z Polski. Eksperci Inelo szacują, że miesięcznie przybywa 1-2 proc. nowych pojazdów, których czas jazdy rejestrują inteligentne tachografy, a te montowane są w fabrycznie nowych tirach wyprodukowanych po 15 czerwca tego roku. Jak smart tacho sprawdza się w praktyce? Czy wszystkie funkcje cyfrowego rejestratora mają obecnie swoje zastosowanie? Co się sprawdza, a co sprawia przewoźnikom problemy? O pierwszych doświadczeniach z nowymi tachografami opowiada Piotr Żółty.

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że licząc od lipca 2019 r. w Polsce odnotowywany jest spadek rejestracji nowych aut ciężarowych. Od początku roku polskie firmy transportowe zasiliło 26 908 pojazdów o DMC pow. 3,5 t. To mniej o ponad 3 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Czy powodem obniżenia zainteresowania przewoźników może być zmiana przepisów, która wprowadziła do obiegu inteligentne tachografy?

Choć wyglądem smart rejestratory czasu jazdy w żaden sposób nie odbiegają od poprzedniej wersji, to ich funkcjonalności zostały wzbogacone między innymi o dodatkowe zabezpieczenia, chroniące przed ingerencją w pracę urządzenia, możliwość przeprowadzania tzw. zdalnej preselekcji, czy też rejestrację poszczególnych punktów trasy pokonywanej przez pojazd. Wiemy, że część przewoźników sceptycznie podchodzi do zmian w zakresie tachografów, więc możliwe, że jedną z przyczyn mniejszego zainteresowania nowymi ciężarówkami w ostatnim okresie jest zmiana legislacyjna dotycząca urządzeń rejestrujących czas jazdy – sugeruje Piotr Żółty, ekspert Grupy Inelo. – Jednak z naszych szacunków wynika, że w ciągu miesiąca na europejskich drogach pojawia się około 1-2 proc. nowych pojazdów ciężarowych, co jednocześnie wskazuje tempo rozpowszechniania się smart tachografów – dodaje.

Zmiany w pracy kierowców zawodowych

Zgodnie z przyjętymi przepisami do 2034 roku wszystkie samochody w ruchu międzynarodowym muszą dostosować rejestratory czasu jazdy do wytycznych smart. Jednak UE już pracuje nad unowocześnieniem tych urządzeń, czyli nad cyfrowymi tachografami nowej generacji. Funkcje obecnego tacho miałyby zostać uzupełnione m.in. o automatyczne zapisywanie przekroczeń granic oraz momentów załadunku i rozładunku, co ułatwi kontrole w zakresie kabotażu czy rozliczanie minimalnego wynagrodzenia kierowców. Ograniczenie ilości lub całkowite wyeliminowanie manualnych wpisów w tachografach cyfrowych znacznie zmniejszy częstotliwość popełniania niezamierzonych błędów, które mogą skutkować karą finansową lub innymi konsekwencjami przewidzianymi w ustawie. Najnowsze wersje tacho miałyby być wprowadzone wcześniej, bo do 2024 r. Spotkania Tachograf Forum, na których odbywają się konsultacje na temat rejestratorów, odbywają się regularnie i napędzają działania w tym zakresie.

Jakie problemy ze smart tacho mają producenci?

Obawy przed opóźnieniami dotyczącymi wprowadzenia inteligentnych rejestratorów wynikały z konieczności wyprodukowania nowych kart – przede wszystkim warsztatowych, ale także kart kierowców, przedsiębiorstw i kontrolnych. Przewoźnicy obawiali się także nieprzygotowania warsztatów kalibrujących tachografy, jednak w rzeczywistości te kwestie w żaden sposób nie przeszkodziły, by wdrożyć aktualne przepisy. Większym problemem dla producentów pojazdów ciężarowych okazały się niewystarczające zasoby do produkcji nowych czujników ruchu, które stanowią element składowy smart tacho.

Służby kontrolne chcą być na bieżąco

Rozporządzenie wprowadzające inteligentne tachografy nakłada na europejskie służby kontrolne obowiązek dostosowania się do wczesnego wykrywania manipulacji (zdalnej preselekcji) w okresie 15 lat od momentu wejścia urządzeń na rynek. Zatem obecnie służby nie muszą dysponować sprzętem, który umożliwi prowadzenie zdalnych kontroli, a jedynie podczas tradycyjnych zatrzymań inspekcje zobowiązane są wykonywać standardowe czynności kontrolne w sposób, który jest wykorzystywany także w starszych wersjach tachografów.

Warto zauważyć, że mimo iż inspekcje mają 15 lat na wyposażenie swoich funkcjonariuszy w sprzęt do zdalnej preselekcji, to już teraz poszczególne służby żywo interesują się takimi narzędziami, prowadzą testy i poszukiwania najbardziej odpowiednich systemów, które takie kontrole umożliwią. Wskazuje to na fakt, że inspektorzy odczuwają konieczność doposażenia się w takie narzędzia najszybciej jak to możliwe, by móc dokonywać kontroli sprawniej niż dotychczas – zauważa ekspert. – Inspekcje, dzięki inteligentnym tachografom, wykryły pierwsze przypadki manipulacji czasem jazdy – niezwykle pomocna była ewidencja punktów pokonywanej trasy, która nie pokrywała się z zapisami tacho

– podkreśla Piotr Żółty z Inelo.

Cyfrowe zmiany na lepsze

Inteligentne tachografy stworzone, by ograniczyć manipulacje, stopniowo wkraczają na europejskie drogi. Już teraz dostrzegalne są korzyści wynikające ze zmiany przepisów względem rejestratorów, zatem przewoźnicy, którzy przestrzegają norm czasu pracy, nie mają się czego obawiać. Natomiast firmy transportowe sięgające po nielegalne praktyki mogą być pewne, że rozpowszechnianie inteligentnych tacho przyczyni się do wykrywania manipulacji.

Źródło: Inelo

Eksperci już nie straszą sztuczną inteligencją i robotyzacją, które zabiorą milionom ludzi miejsca pracy. Wniosek jest inny. To ci, którzy nie nadążą za zmianami, sami się tej pracy pozbawią. A to dlatego, że popyt na wykwalifikowanych specjalistów będzie rósł w takim samym wykładniczym tempie, w jakim postępuje czwarta rewolucja przemysłowa.

Nawet o 15,7 biliona dolarów wzbogaciłaby się do 2030 roku światowa gospodarka, gdyby w pełni wykorzystać sztuczną inteligencję – wynika z prognozy PWC. Eksperci twierdzą, że rewolucyjne poprawienie wydajności pracy, mniejsze zużycie materiałów i zwiększenie jakości produktów mogłoby przynieść aż 14-procentowy wzrost globalnego PKB. Dlaczego więc tak się nie dzieje?

Robot nie zastąpi specjalisty z kwalifikacjami

Problemem blokującym pełne wykorzystanie potencjału AI jest m.in. brak wysoce wykwalifikowanych kadr. Dlatego konieczne są zmiany na poziomie kompetencji pracowników. – Nikt nie chce zastępować człowieka robotem, a wręcz przeciwnie. Celem czwartej rewolucji przemysłowej jest wykorzystanie potencjału ludzkiego do projektowania, wdrażania i rozwoju rozwiązań opartych na robotyzacji i sztucznej inteligencji – mówi Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering, firmy specjalizującej się w rekrutacji inżynierów i specjalistów.

Jak dodaje Rafał Trzaska, dyrektor operacyjny Bergman Engineering, dziś popyt na rynku pracy na pracowników posiadających umiejętności związane ze STEM, czyli nauką, technologią, inżynierią i matematyką, jest ogromny. – Tylko w Polsce w ciągu najbliższych 5 lat zapotrzebowanie na takich specjalistów sięgnie ok. 200 tys. etatów. Dziś inżynierowie oprogramowania oraz inżynierowie procesów i systemów, czyli osoby którzy znają i rozumieją sztuczną inteligencję, mają praktycznie gwarancję zatrudnienia z lukratywnym wynagrodzeniem– tłumaczy ekspert.

To zjawisko dotyczy całego świata:

  • Z powodu luki w kompetencjach pracowników w ciągu najbliższych kilku lat w amerykańskich fabrykach zwolni się aż 2 miliony miejsc pracy, wynika z badania Deloitte i Singularity University. Już teraz aż 6 na 10 miejsc pracy czeka na specjalistów, a amerykańska kadra kierownicza przyznaje, że w przemyśle produkcyjnym brakuje 84% talentów. Najtrudniejsi do zrekrutowania są wykwalifikowani specjaliści, technicy i inżynierowie.
  • W Niemczech, według analizy na lata 2018-2023 zleconej przez rząd federalny, zmiana charakteru pracy i stworzenie nowych relacji między ludźmi a maszynami dałoby dodatkowe 32 miliardy euro dla produkcji przemysłowej kraju (czyli aż jedną trzecią całego oczekiwanego wzrostu w produkcji w tym samym okresie).
  • Milion specjalistów AI do 2022 roku planują wykształcić Francuzi. Chińczycy chcą stworzyć 100 nowych kierunków na uczelniach związanych ze sztuczną inteligencją, a w Abu Zabi, stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, ogłoszono powołanie pierwszego na świecie Uniwersytetu AI.

Przemysł priorytetowym sektorem do rozwoju AI

Eksperci polskiego resortu cyfryzacji zwracają uwagę, aby mieć świadomość różnicy pomiędzy firmą, która używa AI, a firmą, która tworzy AI. W rządowym raporcie „Założenia do strategii AI w Polsce” czytamy: „Te pierwsze są konsumentami rozwiązań wypracowanych przez kogoś innego – nawet jeżeli dostosowują te rozwiązania pod swoje potrzeby. A lista zastosowań AI rośnie z każdym miesiącem. Już dzisiaj ciężko jest wskazać branżę, która może przejść obojętnie obok sztucznej inteligencji”.

W Polsce za priorytetowy sektor, w którym należałoby wdrażać rozwiązania AI, uznaje się przemysł. Zaraz za nim ministerstwo cyfryzacji wskazuje na medycynę, transport i logistykę, rolnictwo oraz energetykę. W drugiej kolejności implementacja inteligentnych rozwiązań powinna objąć administrację państwową, handelmarketing, budownictwo (w szczególności smart building) oraz cyberbezpieczeństwo.

Przeczytaj także:

Polsce potrzeba 200 tys. specjalistów od AI

Firmy, które zanegują lub będą zbyt długo zwlekać z wdrażaniem AI w przeciągu 5 lat zaczną tracić lub całkowicie utracą przewagę konkurencyjną. Co ważne, mówimy tutaj nie tylko o branżach tradycyjnie kojarzonych z danymi (banki, ubezpieczyciele, handel, marketing), ale też o tych, które są mniej zdigitalizowane, jak przemysł czy rolnictwo

– ostrzegają autorzy raportu.

Aby zmiany dokonały się, potrzebni są jednak ludzie. Ministerstwo Cyfryzacji szacuje, że do 2025 roku w Polsce potrzebnych będzie przynajmniej 200 tys. specjalistów tworzących sztuczną inteligencję. Dodatkowo warto sięgać po dobre przykłady, zaczerpnięte choćby od naszych sąsiadów. – Zagranicą budowa nowoczesnych fabryk, w których człowiek pracuje ramię w ramię z maszyną, staje się standardem. Tak jest dla przykładu w Kamenz, niemieckiej fabryce baterii elektrycznych dla sektora motoryzacyjnego. Inżynierowie ściśle współpracują ze sztuczną inteligencją, dzięki której maszyny potrafią rozpoznawać błędy w produkcji, usprawniając i zwiększając efektywność wszystkich dokonywanych tam procesów – tłumaczy Tomasz Szpikowski.

50% widzi potencjał, ale tylko 12% korzysta z AI

Eksperci analizujący korzyści, jakie niesie wdrażanie rozwiązań związanych ze sztuczną inteligencją, są zgodni – firmy, które się na to zdecydowały, już zaczęły zwiększać swoje przychody i udział w rynku. A jednak, jak donosi globalna firma badawcza Forrester, choć 58% firm i specjalistów w dziedzinie technologii dostrzega ogromny potencjał AI, to tylko 12% aktywnie z niego korzysta.

Ci, którzy w porę zareagują na zmiany i się do nich dostosują, maja największe szanse na rynku. Sztuczna inteligencja to bowiem nie przyszłość, a teraźniejszość. Wystarczy wymienić choćby systemy nawigacji w samochodach, aplikacje fitness czy takie rozwiązania, jak inteligentny asystent osobisty. A to przecież dopiero początek, bo przykłady związane z wykorzystaniem sztucznej inteligencji i wynikające z nich korzyści można by mnożyć

– podsumowuje Rafał Trzaska.

Źródło: Bergman Engineering

  • Sprzedaż podczas międzynarodowych świąt zakupowych rośnie nawet dziesięciokrotnie, a co czwarty Polak poluje na okazje już tylko online.
  • Równocześnie, liczba oszustw rośnie wówczas nawet o 18 procent – dlatego tym ważniejszy jest wybór sprawdzonej metody płatności.

Popularność Black Friday (Czarnego Piątku) i Cyber Monday (Cyber Poniedziałku) w Europie wciąż rośnie – już 95 proc. badanych Polaków wie o istnieniu takiego dnia. Dla jednej trzeciej konsumentów z Generacji Z (18-24 lat) i pokolenia millennialsów (25-40 lat) zakupy w tym czasie to już tradycja. Przekłada się to bezpośrednio na wartość koszyka – klienci potrafią w tym czasie wydać w sklepach online nawet o 360 proc. więcej niż w jakikolwiek inny dzień roku.

Tym razem Czarny Piątek przypada na 29 listopada, a Cyber Poniedziałek – 2 grudnia. Zakupowe szaleństwo trwa jednak dłużej niż jeden dzień, co widać na przykładzie Black Friday – zwiększone zainteresowanie klientów wyprzedażami zaczyna się już w środę, szczyt osiąga w piątek, by dopiero w sobotę spaść do poziomu z wtorku.

Promocja dźwignią handlu

W Polsce w trakcie promocyjnych dni sklepy obniżają ceny towarów średnio o 50 procent. Nic więc dziwnego, że mimo gorącego okresu przedświątecznego, połowa Polaków wstrzymuje się z zakupami czekając na te właśnie wyprzedaże – w zeszłym roku chciało z nich skorzystać aż 73 proc. polskich konsumentów.

Również w tym roku Polacy planują intensywne zakupy – średnio po cztery rzeczy na osobę o łącznej wartości 663 zł. Co ciekawe, więcej chcą wydać mężczyźni (przeciętnie 877 zł) niż kobiety (476 zł). Co czwarty polski konsument na okazje poluje tylko w Internecie, a dwie trzecie zarówno w sieci, jak i sklepach stacjonarnych. W efekcie to kluczowy okres dla handlu online – sprzedaż rośnie wówczas nawet dziesięciokrotnie.

Podczas wyprzedaży korzystamy przede wszystkim z promocji w sklepach odzieżowych i obuwniczych. Na drugim miejscu znalazły się kosmetyki i perfumy, a na trzecim – sprzęty elektroniczne. Chętnie kupujemy też urządzenia do kuchni i produkty AGD. To podobne kategorie do tych popularnych na co dzień – zauważa Marcin Glogowski, Dyrektor Zarządzający PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej.

Przeczytaj także:

Oszuści też kochają listopadowe promocje

Wraz ze wzrostem popularności Black Friday i Cyber Monday, rośnie zagrożenie ze strony cyberprzestępców. Przełom listopada i grudnia to czas, w którym odnotowuje się aż o 18 procent więcej prób oszustw niż w innych okresach roku.

– To właśnie w trakcie wyprzedaży czujność jest szczególnie istotna – gdy robimy zakupy w biegu, na gorąco i chcemy jak najszybciej upolować okazje. Dlatego tak ważne jest korzystanie z metody płatności, która zagwarantuje, że gdyby coś poszło nie tak, otrzymamy pomoc – podkreśla Marcin Glogowski z PayPal. – Taką potrzebę widać szczególnie w przypadku zakupów robionych na urządzeniach mobilnych. Według badania PayPal i Ipsos już trzy czwarte konsumentów na całym świecie kupuje mobilnie, ale ponad połowa ma obawy dotyczące bezpieczeństwa takich transakcji.

Według analiz, 1,36 proc. wszystkich transakcji przeprowadzonych podczas Black Friday i 1 proc. transakcji w trakcie Cyber Monday może być próbą oszustwa. Zakładając, że przeciętna wartość jednej przeprocesowanej płatności w tym czasie na świecie wynosi 243 USD (ok. 950 PLN), straty sprzedających i kupujących na całym świecie mogą iść w tysiące dolarów.

Źródło: PayPal

Schneider Electric

Schneider Electric jest firmą najlepiej dbającą o równość płci wśród przedsiębiorstw sektora przemysłowego. Już drugi rok z rzędu firma znalazła się w pierwszej setce spośród ponad 3,5 tys. przedsiębiorstw o wartości przynajmniej 2 mld dolarów.

Coraz lepsze warunki pracy dla kobiet

Zgodnie z najnowszym raportem Equileap 2019 Gender Equality Global Report, wysiłki Schneider Electric zmierzające do zagwarantowania dywersyfikacji i równouprawnienia przyniosły sukces. Firma osiągnęła najlepszy wynik w kategorii równości płci w sektorze przemysłowym, a spośród ponad 3,5 tys. firm o wartości przekraczającej 2 mld dolarów, Schneider Electric zajął 31. miejsce, drugi rok z rzędu trafiając do pierwszej setki rankingu.

Firma podejmuje zdecydowane działania zmierzające do zapewnienia kobietom równych szans i możliwości pełnego rozwoju – niezależnie od miejsca, gdzie pracują. Schneider Electric był pierwszą na świecie firmą, w której pod programem ONZ Women’s Empowerment Principles podpisał się nie tylko prezes, ale też szefowie wszystkich oddziałów krajowych firmy. Firma jest również wśród 30 liderów „IMPACT 10x10x10” programu ONZ Women HeForShe, wyróżniającym się działaniami na rzecz zatrudniania równej liczby kobiet i mężczyzn na wszystkich poziomach w strukturze firmy.

Jesteśmy zaszczyceni kolejnym wyróżnieniem od Equileap. Przeszliśmy długą drogę, od czasu kiedy 15 lat temu wśród 1000 najważniejszych liderów naszej firmy było tylko 50 kobiet. Teraz, nasze kierownictwo to już w 22 proc. kobiety, a mamy ambicję, by ten wskaźnik do 2020 r. wyniósł 30 proc. Już poczyniliśmy poważne postępy, ale wciąż staramy się umożliwiać kobietom równe szanse w ich rozwoju, nie tylko w naszej firmie, ale w całym społeczeństwie – powiedział przewodniczący rady i prezes Schneider Electric Jean Pascal Tricoire.

Przeczytaj także:

Równość to kreatywność

Wyniki Schneider Electric wyróżniają się na polskim rynku, który wciąż stoi przed wieloma wyzwaniami pod względem sytuacji kobiet. Mimo że formalnie tzw. gender pay gap wynosi w Polsce 7 proc., to już w sektorze przemysłowym różnica wynosi prawie 21 proc. Działania zmierzające do usunięcia tej różnicy są jednym z głównych kryteriów w ramach przygotowania rankingu Equileap.

Znaczenie zapewnienia równych warunków pracy kobietom i mężczyznom jest istotne nie tylko z przyczyn ideowych, ale także praktycznych. Stworzenie warunków pracy przyjaznych każdej osobie niezależnie od płci pozwala na pełne wykorzystanie talentów istniejących w społeczeństwie i realizację potencjału kreatywnego, który w nich drzemie.

– W Schneider Electric dążymy do bardziej otwartego i zrównoważonego środowiska, gdzie każdy człowiek może się rozwijać. Zrównanie szans kobiet i mężczyzn poprawia wyniki pracy zespołowej i ich wydajność. Zwłaszcza w naszej branży, gdzie stała innowacja jest koniecznością, chcemy mieć
u siebie najlepsze zespoły. To oznacza kobiety i mężczyzn pracujących razem
– podkreśliła Tina Mylon, senior vice president for Talent & Diversity w Schneider Electric.

Źródło: Schneider Electric

Ponad 130 tysięcy – tyle osób łącznie rocznie zostaje rannych w wypadkach komunikacjnych, w pracy czy w rolnictwie. Najczęściej do wypadków w których poszkodowani zostają ludzie dochodzi w pracy. W zesłym roku po takich zdarzeniach zgłoszono aż 84304 osoby poszkodowane. W wypadkach komunikacyjnych rannych zostało ponad 37 tysięcy osób, a w rolnictwie prawie 12 tysięcy. Każdy ma szansę na odszkodowanie, musi jednak zacząć o nie się starać w odpowienim czasie mówi Radca Prawny Agnieszka Madej z Kancelarii Łebek i Wspólnicy.

Górnictwo – to zawód w kórym do wypadków dochodzi najczęściej. Według statystyk za poszkodowanymi górnikami na kolenych miejscach znalazły się osoby odpowiedzialne za gospodarowanie wodą ściekami i odpadami. Według Głownego Urzędu Statystycznego bardzo często na wypadki narażeni są też pracownicy sektora przemysłowego.

Odszkodowanie nie jest jedyną formą zadośćuczynienia, którego można domagać się po wypadku. Kolejnym jest renta odszkodowawcza, o której więcej można przeczytać w artykule poniżej:

Renta odszkodowawcza – można ją podnieść!

 

 

 

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HRE Investments. To równowartość 105 tysięcy mieszkań. Gdyby tego było mało, to przeciętny palacz, pozbywając się nałogu, mógłby za zaoszczędzone pieniądze kupić nawet dodatkowy pokój.

Wczoraj obchodzony był Światowy Dzień bez Tytoniu. Jest to idealna okazja, aby przyjrzeć się wydatkom palaczy i pokazać jak wiele tracą przez swój nałóg. Dane CBOS zaprezentowane w sierpniu 2019 roku pokazują, że 26% dorosłych Polaków pali papierosy. I choć odsetek ten w ostatnich latach maleje (w 2008 roku palił prawie co trzeci dorosły obywatel), to wciąż przychody koncernów tytoniowych są ogromne.

Ile Polacy wydają na wyroby tytoniowe? Szacunki firmy Nielsen, na które powołuje się portal hurt&detal sugerowały, że rynek ten wart był w 2017 roku 23,7 mld. W 2019 roku kwota ta powinna być wyraźnie wyższa. Można ją oszacować na podstawie dochodów budżetu z tytułu akcyzy. Powód jest prosty – akcyza stanowi największą część ceny przeciętnej paczki. Efekt? W 2019 roku wartość legalnego rynku wyrobów tytoniowych może wynieść około 25 mld złotych – wynika z szacunków HRE Investments. Do tego należałoby też dodać szarą strefę. Jej skala wg różnych szacunków opiewa na od 10 do 15% rynku. To znaczy, że Polacy na papierosy (różnego typu) wydają przynajmniej 28 miliardów złotych. Aby pokazać o jak dużej kwocie mówimy wypadałoby ją przeliczyć na coś bardziej namacalnego. I tak jest to równowartość prawie 105 tysięcy mieszkań czy ponad 20 milionów rocznych karnetów na siłownię. Za te pieniądze można by też przez cały rok wysyłać każdego Polaka co dwa tygodnie do kina – wynika z szacunków HRE Investments.

Powierzchnia mieszkania możliwa do kupienia za 49 tys. zł

Lokalizacja Średnia cena transakcyjna Metraż możliwy do kupienia za 49 tys. zł
Kielce 4 345 zł 11,3
Zielona Góra 4 354 zł 11,3
Łódź 4 708 zł 10,4
Katowice 4 749 zł 10,3
Opole 5 004 zł 9,8
Bydgoszcz 5 050 zł 9,7
Olsztyn 5 107 zł 9,6
Białystok 5 315 zł 9,2
Szczecin 5 409 zł 9,1
Lublin 5 565 zł 8,8
Rzeszów 5 708 zł 8,6
Poznań 6 230 zł 7,9
Wrocław 6 858 zł 7,1
Kraków 7 135 zł 6,9
Gdynia 7 299 zł 6,7
Gdańsk 7 687 zł 6,4
Warszawa 8 955 zł 5,5
Opracowanie HRE Investments na podstawie danych NBP za III kw. 2019

Zamień dymek na większy domek

Oczywiście przeważająca większość Polaków nie pali. Uwzględniając dane CBOS o skali nałogu, można oszacować, że przeciętny palacz wydaje na wyroby tytoniowe trochę ponad 2,8 tysięcy złotych rocznie. To ponad 230 złotych miesięcznie. Kwotę zaniżają palacze okazjonalni czy osoby korzystające z tańszych zamienników. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby pieniądze te zostały w domowym budżecie, oznaczałyby to wyraźny spadek kosztów – szczególnie, jeśli z nałogiem zmaga się więcej niż jeden domownik.

Na pierwszy rzut oka 230 złotych na rynku mieszkaniowym nie pozwoli nadmiernie poszaleć. Zastanówmy się jednak o ile wyższy kredyt mieszkaniowy można by obsługiwać wydając zaoszczędzone pieniądze na ratę. W przypadku kredytu w rodzimej walucie oprocentowanego na 4%  wzrost raty o 230 zł pozwala zwiększyć kwotę zadłużenia o około 49 tys. zł. Byłoby tak w przypadku długu zaciągniętego na 30 lat z ratą równą.

Sprawdziliśmy więc, ile dodatkowych metrów mieszkania można kupić dzięki większej kwocie kredytu. Biorąc pod uwagę ceny transakcyjne opublikowane przez bank centralny za 3 kwartał 2019 roku. Wynika z nich, że kwotę 49 tysięcy złotych moglibyśmy zamienić na od 5,5 do nawet 11,3 m kw. Najwyższe wyniki zanotowano w Katowicach, Kielcach, Zielonej Górze i Łodzi, gdzie poziom cen transakcyjnych nieruchomości używanych jest najniższy w gronie badanych miast. Metr przeciętnych „czterech kątów” znajdował tam nabywcę za od 4,3 do 4,7 tys. zł. W efekcie dodatkowa kwota może nawet wystarczyć na dodatkowy skromny pokój. Najmniej za 49 tys. zł można kupić w Krakowie, Gdyni, Gdańsku i Warszawie. W każdym z tych miast możliwości nabywcze nie przekraczają 7 metrów.

Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

Praca poza biurem staje się coraz bardziej pożądaną formą zatrudnienia w Polsce. Specjaliści z branży informatycznej od kilku lat wyznaczają nowe kierunki w rekrutacji i formach zatrudnienia, które wpływają na cały rynek pracy. Programiści trzykrotnie częściej aplikują na oferty z opcją „remote” niż na stanowiska związane z konkretną lokalizacją. No Fluff Jobs, najpopularniejszy w Polsce portal z ofertami pracy dla programistów, przygotował szczegółowy raport na ten temat.

Jednym z trendów na rynku pracy w Polsce zyskującym coraz bardziej na popularności jest właśnie praca zdalna – wielu programistów w Polsce pracuje dla firm międzynarodowych, często poza krajem macierzystym ich siedziby i obszarem działalności. Nic dziwnego, że praca w trybie niestacjonarnym staje się coraz częściej wybieraną i poszukiwaną przez nich opcją, także w ojczyźnie.

No Fluff Jobs na podstawie ogłoszeń zbadał profil kandydatów aplikujących na pracę zdalną oraz ile jest takich ogłoszeń ze strony pracodawców, jakich technologii dotyczą, w jakim wieku i z jakim doświadczeniem specjalistów szukają firmy, oferując tę opcję zatrudnienia.

Praca zdalna szansą dla kandydatów z mniejszych miast

W porównaniu do 2018 roku  aż 40 proc. więcej osób aplikowało na stanowiska z opcją „remote” (ang. praca zdalna). Wzrost popularności nie dziwi, skoro otwiera ona drzwi do pracy w zawodzie, za dobre pieniądze, zwłaszcza osobom z mniejszych miejscowości. 47 proc. poszukujących pracy zdalnej w 2019 roku to osoby spoza największych polskich miast – wynika z raportu No Fluff Jobs.

To też opcja dla kandydatów, którzy mieszkają w miastach uniwersyteckich takich jak Toruń czy Lublin oraz takich, w których brak dużych koncernów informatycznych i firm z branży nowych technologii. Często rekrutacja pracownika w dużym mieście trwa zbyt długo i publikacja oferty na pracę niestacjonarną staje się szansą na pozyskanie do zespołu kompetentnego pracownika spoza regionu, w którym ma siedzibę. 

Junior chce zdalnie, pracodawca niekoniecznie

Jeśli chodzi o wiek specjalistów, to pod tym względem inaczej rozkłada się popyt i podaż. O ile 70 proc. poszukujących pracy zdalnej to osoby z mniejszym doświadczeniem w wieku 25-34 lata, o tyle prawie 94 proc. ogłoszeń pracodawców dotyczy specjalistów IT na poziomie mid i senior.  Z czego to wynika?

– Firmy stosunkowo rzadko decydują się na taką współpracę w przypadku mniej doświadczonych programistów. Wolą ich najpierw sprawdzić “na żywo”, w warunkach biurowych. Przypisują im często mentora, kolegę po fachu, który dba o ich rozwój i szybko postawi na nogi i zadba o jego kompetencje. Z kolei odnotowany przez nas wzrost zainteresowania ofertami pracy zdalnej wśród  juniorów wynika stąd, że cenią sobie elastyczność, nie tylko w zakresie miejsca wykonywanej pracy, ale również czasu jej wykonywania i używanych narzędzi. Niestety współpraca „zdalna” pomiędzy mentorem a juniorem często jest nieefektywna i utrudniona

– komentuje Magda Gawłowska-Bujok, COO No Fluff Jobs.

Z badań wynika jednak, że młodzi nie poddają się – na jedno ogłoszenie pracy w trybie niestacjonarnym przypada aż 31,9 proc. aplikacji od początkujących programistów, co stanowi dwukrotność aplikacji od midów i seniorów.

Czy praca zdalna to mniejsze wynagrodzenie?

Z raportu No Fluff Jobs wynika, że niekoniecznie. Większe zróżnicowanie dotyczy stopnia doświadczenia pracowników branży IT. I tak junior pracujący poza biurem zarobi od 4000 do 8000 zł brutto, podczas gdy najniższa płaca oferowana seniorowi wynosi 14 000 zł. Górne widełki wynoszą średnio 19 000 zł, ale są też oferty przekraczające tę kwotę. Pomiędzy 8 800 a 14 000 zł zarobić mogą pracujący w opcji „remote” średnniozaawansowani programiści.

Nie widać więc specjalnej różnicy w porównaniu z ofertami pracy stacjonarnej, gdzie dolna granica widełek dla pracowników zdalnych jest identyczna i wynosi 4000 zł brutto, ale górna nieco wyższa – 20 000 zł brutto.

Jednak jest pewna różnica – pracownikom zdalnym częściej oferowane są umowy B2B, zresztą podobnie jak na całym rynku pracy. W branży IT dotyczy to już prawie 70 proc. juniorów i blisko 95 proc. mid i senior specjalistów IT.

– Pracujący zdalnie to najczęściej tzw. freelancerzy, którzy cenią sobie wygodę i wolność wyboru, z kim i kiedy pracują. Często osoby prowadzące własną działalność gospodarczą współpracują z kilkoma firmami/klientami, dzięki czemu mogą zarobić więcej. Dodatkowym aspektem mody na pracę zdalną jest tzw. work-life balance, czyli świadome pogodzenie obowiązków zawodowych z prywatnymi

  – dodaje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Technologie i specjalizacje, w których rządzi „remote jobs”

Najwięcej ofert pracy zdalnej w branży IT skierowanych jest do specjalistów JavaScript – 34 proc. i Java – 16 proc. Kolejne pozycje w badaniu No Fluff Jobs zajmują programiści Angular (15 proc.) i React (14 proc.).

Jeśli chodzi o kategorie to najwięcej ogłoszeń dla chętnych do pracy poza biurem skierowanych jest do pracy w tzw. Backendzie (38 proc.). Mniej ofert pracy w tym trybie oferują pracodawcy poszukujący specjalistów programujących w technologiach Frontend i Fullstack – stanowią one odpowiednio 19 proc. i 16 proc. ofert. Zdaniem ekspertów No Fluff Jobs nie różni się to od poziomu ofert w przypadku pracy stacjonarnej.

Wzrost popytu na analizę danych

Warto na koniec dodać ciekawostkę – w 2019 roku znacznie wzrosło zapotrzebowanie na specjalistów od analizy danych prowadzonej na szeroką skalę. Najwyższe wynagrodzenie w ramach oferty pracy dla eksperta w dziedzinie Big Data / Business Intelligence sięgało 64 000 – 80 000 zł. Była to propozycja pracy na umowę B2B oferowana w tym roku przez szwedzką firmę, poszukującą doświadczonego pracownika na stanowisko Senior Data Analyst.

– Zauważyliśmy, że górne widełki wynagrodzeń na stanowiska związane z Business Intelligence były jednymi z najwyższych wśród wszystkich kategorii i technologii i sięgały 17 500 zł

– konkluduje Tomasz Bujok, CEO No Fluff Jobs.

Raport No Fluff Jobs pokazuje, że różnice w formach pracy powoli się zacierają, wszystko zależy od wymagań, elastyczności obu stron i umiejętności współpracy firmy z pracownikiem, nawet zdalnym.

Źródło: No Fluff Jobs

W jakich cenach deweloperzy mają najtańsze mieszkania w ofercie? W jakim metrażu? W których inwestycjach je znajdziemy? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl  

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.  

Działamy w pięciu miastach Polski. W zależności od miasta, lokalizacji danej inwestycji czy też dostępnego metrażu, ceny najtańszych mieszkań są zróżnicowane. W najniższej kwocie – 180 tys. zł oferujemy na przykład lokal w osiedlu Słoneczne Miasteczko w Krakowie, czy projekcie Świętokrzyska Park w Gdańsku. Około 240 tys. zł trzeba zapłacić za mieszkanie w inwestycji Między Parkami we Wrocławiu, a w kwocie 266 tys. zł można kupić lokal w projekcie Ceglana Park w Katowicach. Najwięcej, bo 273 tys. zł trzeba wydać na mieszkanie w Warszawie. Powyższe ceny dotyczą najmniejszych, jednopokojowych bądź dwupokojowych mieszkań o metrażu miedzy 25 mkw. a 35 mkw.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W cieszącym się dużym zainteresowaniem, kameralnym budynku Willa Wiślana na warszawskim Tarchominie, którego budowę rozpoczęliśmy w kwietniu br.,  dwupokojowe mieszkania są do kupienia w cenie od 249 tys. zł. W inwestycji Bliska Wola Tower, jednopokojowe miniapartamenty o podwyższonym standardzie można kupić w kwocie 269 tys. zł, a nieco większe mieszkanie w tym projekcie kosztuje 401 tys. zł. W Pruszkowie w osiedlu Stacja Centrum najtańsze mieszkanie o powierzchni ponad 25 mkw. oferujemy w cenie 215 tys. zł. Niewielkich lokali o metrażu od 25 mkw. do 42 mkw., które cieszą się największym zainteresowaniem, jest w tej inwestycji ponad 200. W prestiżowym projekcie Hanza Tower w Szczecinie lokal o metrażu ponad 28 mkw. można kupić za około 275 tys. zł. W Katowicach w osiedlu Nowe Tysiąclecie mieszkanie o powierzchni 34 mkw. kosztuje ponad 237 tys. zł. W kameralnym osiedlu Gościnne na przedmieściach Poznania, położonym w sąsiedztwie Lasku Marcelińskiego, za mieszkanie w pakiecie z dwoma miejscami postojowymi w hali garażowej zapłacimy ponad 272 tys. zł.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Wśród naszych, wrocławskich osiedli najtańsze mieszkanie można znaleźć w inwestycji Nowe Miasto Jagodno. Lokal o powierzchni 32 mkw. usytuowany na parterze z ogródkiem liczącym blisko 34 mkw. kosztuje niespełna 224 tys. zł. W Łodzi ponad 207 tys. zł zapłacimy za mieszkanie o powierzchni 38 mkw. w czwartym etapie projektu Chojny Park. W aglomeracji śląskiej najtańsze mieszkania oferujemy w gliwickiej inwestycji Apartamenty Karolinki. Za nieco ponad 150 tys. zł można w niej kupić kawalerkę o metrażu 25,8 mkw. na parterze.

W poznańskiej Warta Towers dostępne jest mieszkanie o powierzchni 33 mkw., którego cena wynosi 234 tys. zł. Najtańsze mieszkanie w trójmiejskich inwestycjach to kawalerka w Modern Tower. Planując jej zakup trzeba się liczyć z kosztem 324 tys. zł. W Warszawie najtańsze mieszkanie można znaleźć w inwestycji Apartamenty Ostródzka. Mieszkanie o wielkości ponad 31 mkw. kosztuje nieco ponad 233 tys. zł, a w Krakowie najtańszy lokal to kawalerka o powierzchni przeszło 30 mkw., którą można nabyć za 186 tys. zł.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Aktualnie najtańsze mieszkanie posiadamy w inwestycji Warszawski Świt na warszawskim Targówku. Lokal o powierzchni ponad 41 mkw. można kupić w cenie 360 tys. zł. W naszej najnowszej propozycji – Metro Park, projekcie zlokalizowanym na pograniczu warszawskich Bielan i Żoliborza oferujemy z kolei lokal inwestycyjny o powierzchni 22 mkw. w cenie 290 tys. zł.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Najtańsze mieszkanie w naszej ofercie to lokal dwupokojowy o powierzchni ponad 41 mkw. w warszawskiej inwestycji Omulewska 26, który można nabyć w cenie 379 tys. zł.

Przeczytaj także:

Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu

Obecnie w naszej ofercie najtańsze dwupokojowe mieszkanie w Warszawie można znaleźć w cenie 250 tys. zł w osiedlu Miasto Moje zlokalizowanym na Białołęce. We Wrocławiu we wprowadzonym właśnie na rynek nowym projekcie Viva Jagodno najtańsza kawalerka kosztuje w przedsprzedaży 218 tys. zł. W szczecińskim osiedlu Panoramika dwupokojowe mieszkanie z widokiem na panoramę miasta można kupić w cenie 260 tys. zł.

Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development

Najtańsze mieszkanie w ofercie mamy obecnie w Osiedlu Łomianki, w którym sprzedaż przekroczyła już 50 proc. Lokal o metrażu 36 mkw. kosztuje 225 tys. zł. W inwestycji Osiedle Natura w Wieliszewie, w której  sprzedało się już 90 proc. lokali, najtańsze mieszkania znalazły już nabywców. Dostępne są jeszcze lokale o powierzchni 53 mkw. w cenie 243 tys. zł.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

W inwestycji Nowe Rokitki, realizowanej w pobliżu Tczewa proponujemy dwupokojowe mieszkanie o powierzchni nieco ponad 40 mkw. w cenie niespełna 210 tys. zł brutto. Z kolei w osiedlu Pastelowe, położonym przy ulicy Pastelowej w gdańskich Łostowicach dostępne jest m.in. mieszkanie dwupokojowe o powierzchni ponad 35 mkw. za 250 tys. zł brutto.

Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development

Obecnie najtańszym mieszkaniem, jakie oferujemy w Łodzi, jest lokal o powierzchni około 49 mkw. w inwestycji Diasfera Łódzka, który jest do nabycia w cenie 5800 zł/mkw. W naszej poznańskiej ofercie najtańsze mieszkanie to lokal o metrażu 79 mkw. do kupienia w kwocie 8244 zł/mkw.

Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska

Obecnie najtańsze mieszkanie w naszej warszawskiej ofercie dostępne jest w osiedlu Park Skandynawia. To kawalerka o powierzchni nieco ponad 29 mkw.

Źródło: Dompress.pl         

Bankowość, ubezpieczenia, księgowość, inżynieria i produkcja czy logistyka i magazynowanie – to branże, które dotąd najmocniej doświadczyły automatyzacji oraz redukcji miejsc pracy. Co ciekawe, Polacy nie czują się zagrożeni technologicznym bezrobociem. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną i outsourcingową Devire – tylko 8% respondentów obawia się, że w ciągu 5 lat automatyzacja może pozbawić ich pracy. Jednak większość pracowników (82% z nich) czuje się bezpiecznie.

Choć automatyzacja i robotyzacja są uważane za korzystne zjawisko, to nie wolno ignorować faktu, że w krótkim terminie mogą wywołać  poważną destabilizację rynku pracy. Z dużym problemem już dziś boryka się Korea Południowa, w której zdecydowano się na zmianę przepisów opodatkowania robotów przemysłowych, aby zniechęcić przedsiębiorców do dalszej automatyzacji. Jak wynika z raportu Międzynarodowej Federacja Robotyki (ang. International Federation of Robotics, IFR) w Korei Południowej na 10 tys. miejscy pracy przypada aż 631 robotów. Dla porównania w Polsce w 2018 roku osiągnęliśmy poziom 42 robotów na 10 tys. pracowników (w 2017 roku było to 36 robotów) – są to jednak dane dotyczące wyłącznie branży produkcyjnej.

Automatyzacja jeszcze nie tak duża

Michał Młynarczyk, Dyrektor Zarządzający Devire uspokaja, że na razie poziom automatyzacji procesów w Polsce nie jest jeszcze tak duży.

Wpływ na taki stan rzeczy mogą mieć oczywiście niższe koszty pracy – Polacy wciąż zarabiają mniej niż pracownicy w najbardziej rozwiniętych krajach świata. Z drugiej strony coraz częściej widzimy jak zmienia się rynek pracy, szczególnie w przypadku tzw. „niebieskich kołnierzyków”. Wystarczy spojrzeć np. na stanowisko kasjera, które zastępowane jest samoobsługowym urządzaniem. Nie demonizowałbym jednak tego zjawiska. Wszystko wskazuje na to, że najbliższe lata to czas współpracy maszyn i ludzi w miejscu pracy. Warto przy tym pamiętać, że postęp wiąże się również z nowymi stanowiskami i możliwościami zawodowymi.

Branże najbardziej świadome zmian

W badaniu przeprowadzonym przez Devire, zapytano respondentów czy boją się utraty pracy na rzecz automatyzacji w ciągu 5 najbliższych lat. Największe obawy przed technologicznym bezrobociem deklarują pracownicy branży ubezpieczeniowej – przeszło co 3 uczestnik badania. Na drugim miejscu znajduje się sektor usług dla biznesu, który w ostatnich latach przeżywa intensywny rozkwit oraz bankowość – mocno doświadczona konsolidacją, redukcją wakatów, ale również automatyzacją procesów.

Stanowiska, które znikają w ubezpieczeniach i bankowości

Firmy związane z rynkiem ubezpieczeniowym należą do jednych z najbardziej aktywnych spośród przedsiębiorstw sektora finansowego, jeżeli chodzi o zaangażowanie w proces transformacji cyfrowej i innowacje. Już dziś stanowiska takie jak likwidator szkód i doradca klienta powoli odchodzą w zapomnienie. Justyna Sachmacińska, odpowiedzialna za rekrutację w sektorze bankowości i ubezpieczeń w Devire podkreśla, że automatyzacja dotyka coraz większą liczbę stanowisk:

Przekazanie kompetencji na rzecz automatyzacji w ubezpieczeniach, obserwujemy szczególnie w likwidacji szkód. Likwidatorzy terenowi w dużej mierze  zostali dziś  zastąpieni narzędziami do samodzielnej likwidacji szkody za pomocą aplikacji. Z kolei w bankowości redukcja zatrudnienia to zjawisko trwające od kilku lat. Coraz rzadziej możemy spotkać doradcę klienta, a liczba punktów sprzedaży systematycznie się zmniejsza. Dziś cała oferta jest dostępna w internecie, sami wybieramy odpowiednie produkty, co przekłada się na brak potrzeby czy wizyty u doradcy. Nawet aplikacje mobilne powoli wypierają samą bankowość on-line. Niegdyś banki wręcz prześcigały się w poszukiwaniach odpowiednio wykwalifikowanych doradców klienta, a dziś coraz częściej słyszymy o redukcji stacjonarnej sieci sprzedaży. Rekordzistom zdarzało się zamknąć nawet 72 oddziały bankowe rocznie.

Brak pracowników wymusza automatyzację

Najszybciej rozwijającą się branżą w Polsce jest sektor nowoczesnych usług dla biznesu. Jak wynika z najnowszego raportu ABSL – liczba zatrudnionych w tym sektorze rośnie rok do roku – w I kw. 2019 r. w centrach pracowało 307 tys. osób. (to 10% więcej w porównaniu do 2018 roku). W efekcie wciąż zwiększa się liczba wakatów. Naturalną linią obrony przy tak rozgrzanym rynku pracy, jest automatyzacja części procesów i przesuwanie kompetencji do bardziej wymagających obszarów. Wiktor Doktór, Prezes Pro Progressio podkreśla, że od co najmniej 20 lat jesteśmy świadkami wkraczania automatyzacji procesów do świata BPO/SSC. To z kolei przekłada się na większą świadomość pracowników – aż 22% respondentów z tego sektora,przyznaje w badaniu Devire, że obawia się utraty pracy na rzecz automatyzacji w ciągu najbliższych 5 lat.

Polacy jak dotąd śpią spokojnie

Automatyzacja to nie tylko robot, to również nowe narzędzia zastępujące najbardziej powtarzalną i żmudną pracę. Świetnym przykładem są chatboty, które przejęły od pracowników dużą część ich zadań. Przykładowo dzisiaj to chatbot wysyła powiadomienie o nadaniu paczki w sklepie internetowym czy asystuje przy zakupie biletu do kina.

Przeczytaj także:

Niemal każdy powtarzalny proces jest już rozważany, czy mógłby zostać zautomatyzowany czy tez nie. Począwszy od prostego optycznego rozpoznawania znaków z dokumentów księgowych, przez ich klasyfikację, analizę i akceptację, poprzez chatboty w centrach obsługi klienta, obsługę reklamacji, przygotowywanie dokumentów (np. umów), po archiwizację i zarządzanie dostępem do dokumentów – obszarów jest wręcz mnóstwo. Te wszystkie procesy w całości lub części są już obsługiwane przez lub przy użyciu robotów. Jest to jednak proces równoległego, wręcz hybrydowego podejścia do wykonywania pracy, niż zastępowania człowieka robotem. Na taką zmianę jeszcze trochę poczekamy i raczej będzie ona związana z ewolucją sztucznej inteligencji, a nie prostej robotyki, czy też automatyzacji. Najbliższe lata ocenimy jako współpracę (coraz bardziej aktywną) człowieka z robotami

– wyjaśnia Wiktor Doktór, Prezes Pro Progressio.

Brak niepokoju społecznego

Co ciekawe, wszystkie usprawnienia w ramach automatyzacji i robotyzacji  nie budzą niepokoju społecznego. Badanie Devire potwierdza, że większość pracowników nie boi się utraty pracy na rzecz technologii w ciągu najbliższych 5 lat – deklaruje tak 82% respondentów badania. Wniosek jest prosty – świadomość na ten temat jest zbyt niska. Nie zapominajmy przecież, że jeszcze 5 lat temu wiele z zawodów nie istniało. Bez wątpienia więc nowe profesje będą pojawiać się coraz częściej, a dawniejsze znikać lub przesuwać się w stronę innych kompetencji.

materiał prasowy

Daleko za Zachodem

Choć tempo wzrostu sprzedaży ekologicznej żywności jest w naszym kraju duże, to do krajów zachodniej Europy sporo nam brakuje. Rynek produktów BIO w Unii szacuje się na 30 miliardów euro rocznie ale polski wycinek jest póki co bardzo niewielki. Przeliczając te wartości na złote – u nas rynek wart jest 1 miliard a w Niemczech 40 – mówi Karol Gębka Dyrektor Handlowy Farmy Świętokrzyskiej.

Ponad 250 euro rocznie wydaje Szwajcar na żywność BIO

Polak narazie dużo, dużo mniej, bo zaledwie 6-7 euro rocznie. Po drodze w tej statystyce są jeszcze np Duńczycy czy Niemcy. Nasi zachodni sąsiedzi wydają na żywność BIO ponad 100 euro rocznie.

Więcej o żywności BIO w artukule poniżej:

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażącego naruszenia procedur. Teraz każda z nich może paść ofiarą wyłudzenia i spłacać cudzy kredyt. Najpierw pod koniec października ujawniono, że m.in. imiona i nazwiska oraz numery PESEL 200 tysięcy pacjentów Dolnośląskiego Centrum Onkologicznego zaginęły wraz z laptopem pracownika zewnętrznej firmy informatycznej, który je przechowywał. Zaledwie kilkanaście dni później podobna afera wybuchła w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Tu z kolei zaginął laptop pracownika uczelni, na którym przechowywane były dane tysięcy studentów biorących udział w rekrutacji na studia.

Imię, nazwisko, PESEL , adres zamieszkania – to wystarczające dane, aby próbować przy ich umiejętnym wykorzystaniu wyłudzić na kogoś kredyt gotówkowy, kupić drogi sprzęt na raty, zarejestrować firmę i kupować atrakcyjne towary z odroczonym terminem płatności. Złodziej pozostaje nieuchwytny, a kłopot ma Bogu ducha winny posiadacz PESEL-u wzywany na policję i do sądu, ścigany przez komornika i firmę windykacyjną. Nawet jeśli po wielu miesiącach, a czasami i latach, uda mu się udowodnić, że „to nie on”, nikt nie zrekompensuje mu zszarganych nerwów, stresu i niepewności towarzyszącej każdej wizycie listonosza czy telefonom z nieznanych numerów i pieniędzy wydanych na prawników.

Wyciek danych także w szpitalu?

Opisane wcześniej przypadki nie są jedynymi, jakie w ostatnio ujawniono. W maju wykryto, że imiona, nazwiska i PESEL-e 29 tysięcy pacjentów prywatnej poradni medycyny pracy z Wrocławia były widoczne dla każdego, kto wszedł na jej niezabezpieczony serwer. W styczniu z rejestracji szpitala w Bełchatowie zniknął rejestr z danymi 150 pacjentów tamtejszej przychodni. Służba zdrowia to drugi po instytucjach finansowych obiekt ataków hakerów. I bardzo słabo zabezpieczony. A w szpitalach leczy się rocznie 8-9 mln Polaków. Każdy z nich może być nieświadomym „kredytobiorcą.”

Opracowane w 2017 r. Rekomendacje Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia wykazują, że placówki medyczne są – po instytucjach finansowych – drugim, najczęściej wybieranym celem ataków hakerskich. Autorzy rekomendacji wskazują przy tym, że często nie posiadają one odpowiednich zabezpieczeń systemów informatycznych. Zwracają również uwagę na niepożądane działania ich personelu, które są niezgodne z przyjętymi przez te placówki procedurami. To niestety przekłada się na niskie bezpieczeństwo gromadzonych przez nie danych, a tym samym na bezpieczeństwo finansowe pacjentów, bo przecież przy pomocy takich skradzionych danych można dokonać wielu wyłudzeń. Biorąc pod uwagę, że praktycznie każdy z nas korzysta ze służby zdrowia, zagrożenie jest duże – mówi Anna Marcinkowska, ekspert z platformy ChronPESEL.pl, partnera Krajowego Rejestru Długów.

Analiza przypadków

Te obserwacje potwierdza analiza ujawnionych przypadków utraty danych. W Dolnośląskim Centrum Onkologicznym dane pacjentów leczonych tam od 2002 roku znajdowały się na zagubionym laptopie pracownika zewnętrznej firmy informatycznej. Serwera przychodni medycyny pracy nikt nie zabezpieczył hasłem. Podobna sytuacja miała miejsce w 2017 roku w szpitalu w Kole, wtedy wyciekły dane 50 tys. pacjentów. Książka z danymi pacjentów w szpitalnej przychodni w Bełchatowie leżała w rejestracji i ktoś ją po prostu wziął i wyniósł. Portal Niebezpiecznik.pl podał pod koniec 2017 roku, że na skutek luki w programie informatycznym wykorzystywanym przez 90 szpitali dane ich pacjentów mogły trafić w niepowołane ręce.

Przypadek SGGW pokazuje, że słabym punktem mogą być także uczelnie wyższe. To i tak jednak tylko wierzchołek góry lodowej. Do opinii publicznej docierają tylko nieliczne informacje o przypadkach utraty danych osobowych, kiedy zginie laptop albo książka, bądź ktoś nagłośni przypadek luki w systemie informatycznym. Ale często ich administratorzy nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że zostały skradzione dane pacjentów, bo hakerzy w przeciwieństwie do włamywaczy nie zostawiają śladów, a w tym przypadku nie dochodzi o fizycznego zaboru danych, tylko ich skopiowania  – wyjaśnia Anna Marcinkowska z platformy ChronPESEL.pl.

Przeczytaj także:

Brak dokładnej liczby zagrożonych osób

Z tego też względu trudno nie tylko policzyć, ale nawet oszacować, ile osób zostało poszkodowanych na skutek kradzieży ich danych. Instytucje finansowe ujawniają jedynie ilu przypadkom wyłudzenia kredytów udało się zapobiec, a i tu dane są niepełne i mocno rozbieżne, bo wahają się od ponad 300 milionów złotych rocznie do ponad 2 miliardów złotych. Informacje o faktycznie dokonanych kradzieżach na cudze dane osobowe są skrzętnie ukrywane.

Tego zagrożenia nie da się uniknąć, może dotknąć każdego. To jak astma czy alergia, znak naszych czasów. Ale to wcale nie oznacza, że jesteśmy bezbronni. Konieczne jest stałe monitorowanie czy ktoś nie wykorzystuje akurat naszego PESEL-u, żeby złożyć wniosek o kredyt lub pożyczkę. Wtedy kredytodawca sprawdza, czy nie widniejemy w Krajowym Rejestrze Długów, ale musi mieć na to naszą zgodę. Jeśli jej nie dawaliśmy, a dostajemy powiadomienie o takim sprawdzeniu, trzeba szybko reagować, bo właśnie padamy ofiarą przestępstwa  – dodaje Anna Marcinkowska.

materiał prasowy

Czy polski rynek pracy jest gotowy na wykorzystanie potencjału silversów? Jaka jest obecnie sytuacja zawodowa pokolenia 50+? Czy mamy do czynienia z dyskryminacją ze względu na wiek? Na te i więcej pytań odpowiada raport „Pokolenie 50+ w pracy – prawda i stereotypy” opracowany przez Essilor Polonia i Bigram.

Ideą przyświecającą stworzeniu raportu „Pokolenie 50+ w pracy – prawda i stereotypy” jest zainicjowanie w przestrzeni biznesowej międzypokoleniowego dialogu oraz uczulenie osób zarządzających firmami i HR-owców na potrzeby i aspiracje zawodowe pokolenia silversów.

Silver tsunami odpowiedzią na wyzwania polskiego rynku pracy?

Rynek pracy obecnie musi mierzyć się z wieloma niekorzystnymi zjawiskami społecznymi. Najważniejszymi z nich są: starzejące się społeczeństwo oraz niż demograficzny. Niedostosowanie i brak systemowych rozwiązań może wiązać się z poważnymi stratami dla gospodarki. Odpowiedzią na te wyzwania powinna stać się zrównoważona polityka zatrudnienia osób po 50. roku życia – mówi Adam Mamok, Dyrektor Zarządzający Essilor Polonia.

Wskaźnik aktywności zawodowej osób po 50. roku życia utrzymuje się na stałym poziomie. Dla porównania w 2017 r. wynosił 33,2%, a już w 2018 r. 33,8%.  Coraz częściej mówi się o zjawisku silver tsunami, czyli potencjale zawodowym zatrudnia osób po 50. roku życia. Czy polskie firmy chcą i rozumieją istotę zatrudniania silversów?

Pokolenie 50+: sami o sobie

Jaka jest sylwetka zawodowa współczesnego silversa? Przede wszystkim są to osoby bardzo dobrze wykształcone. 31% może pochwalić się wyższym wykształceniem, a 59% tytułem doktorskim, czy studiami podyplomowymi. Co więcej, ponad połowa przebadanych podkreśliła, że zna j. angielski na poziomie zaawansowanym. Wbrew panującym stereotypom przedstawiciele tej generacji nadążają za trendami technologicznymi, są obecni na portalach społecznościowych. Aż 95% z nich posiada profil na LinkedInie, a 56% korzysta z konta na Facebooku. Jak sami wskazują, to co wyróżnia ich jako pracowników to duże doświadczenie zawodowe, lojalność, pracowitość, często związane z poświęceniem życia rodzinnego na rzecz rozwoju zawodowego. Prawie ¾ reprezentantów tego pokolenia bardzo wysoko ocenia swoją gotowość do podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Ponadto 41% deklaruje gotowość do relokacji związanej ze ścieżką zawodową.

Przeczytaj także:

Obecny silvers jest bardzo aktywny na rynku pracy –  jest gotowy do podnoszenia swoich umiejętności i zdecydowanie nie myśli o emeryturze. Chętnie podejmuje nowe wyzwania, jest zaangażowany w swoją pracę i lojalny wobec pracodawcy. Na co dzień obserwuję, jak wiele korzyści wnosi do firmy międzypokoleniowa współpraca. Silversi są nie tylko cennym dla innych członków zespołu źródłem wiedzy i doświadczenia, ale też wzorem dyscypliny i zaangażowania. Wspierają też nowym, świeżym spojrzeniem. To duża korzyść dla firmy, żeby mieć ich w swoich szeregach – dodaje Adam Mamok.

Silversi – obraz przedstawicieli działów HR

Jednym z najważniejszych wniosków płynących z badań „Pokolenie 50+ na rynku pracy” jest stereotypowe postrzeganie pokolenia 50+ przez rekruterów. Najwyraźniej widać to w ocenie korzystania z nowoczesnych technologii. 42% przedstawicieli HR wskazuje, że osoby po 50. roku życia nie nadążają za zmianami technologicznymi, co stoi w sprzeczności z tym, jak aktywnie silversi korzystają z mediów społecznościowych. Ponadto bardzo nisko oceniają ich zdolność do podnoszenia kwalifikacji zawodowych. Tylko 11% HR-owców uważa, że są oni skłonni to nabywania nowych umiejętności. Często spotykamy się z opiniami, że menedżerowie i eksperci – przedstawiciele pokolenia 50+ na rynku pracy są za mało dynamiczni, nie są na bieżąco z nowymi technologiami, nie nadążają za młodszym pokoleniem. Wyniki badania Pokolenie 50+ pokazują, że są to tylko krzywdzące stereotypy, tym groźniejsze, że mogą przełożyć się na mniejszą gotowość firm do zatrudniania silversów – dodaje Piotr Wielgomas, Prezes Zarządu BIGRAM.

50+? „Nie dziękuję, poszukujemy młodych i dynamicznych osób do zespołu”

Z przeprowadzonych badań wynika, że mimo iż firmy deklarują otwartość na pracowników 50+, to rzeczywistość zawodowa silversów prezentuje się w ciemnych barwach. Mimo że prawie 70% firm przekonuje, że stara się nie kierować wyznacznikiem wiekowym w rekrutacjach, to zapytani o preferowany staż pracy u potencjalnych pracowników, wskazują na kandydatów z około 5-letnim doświadczeniem. Silversi  potwierdzają, że dyskryminacja ze względu na wiek dotyka ich często. Aż 56% spotkała się z jej przejawami w życiu zawodowym. Jako przykłady podają komentarze HR-owców i stwierdzenia w ogłoszeniach rekrutacyjnych, np. „szukamy osób młodych o nienagannej prezentacji”, czy bezpośrednio przekazane informacje o „nierokowaniu nadziei na przyszłość”.

Trudny obraz silversów na rynku pracy

Pomimo trudności i wyzwań, z jakimi się stykają, ¼ silversów aktywnie poszukuje pracy. Jak pokazują statystyki, większość z nich (54%)  otrzyma tylko kilka (2-5) zaproszeń na rozmowy rekrutacyjne. Aż 17% pracodawców twierdzi, że w ciągu ostatnich dwóch lat nie zatrudniła żadnej osoby powyżej 50. roku życia.

Z raportu „Pokolenie 50+ w pracy – prawda i stereotypy” wypływa trudny obraz silversów na rynku pracy. Wyraźnie widać, że polski biznes wciąż nie jest gotowy do podjęcia dialogu z tą grupą zawodową. Niechęć działów HR do zatrudniania osób po 50. roku życia może być spowodowany uproszczonym obrazem i stereotypowym spojrzeniem na tę grupę. Obecna kondycja rynku pracy sprzyja aktywizacji zawodowej tej grupy.  Warto tę okazję wykorzystać, aby budować międzypokoleniowy zespół. – podsumowuje Piotr Wielgomas, Prezes Zarządu BIGRAM.

Źródło: BIGRAM

Ukraińcy na niższym szczeblu, ale z dobrą pensją

Firmy zatrudniają pracowników z Ukrainy głównie na stanowiskach niższego szczebla – w aż 72% przypadków. To stała tendencja utrzymująca się od początku prowadzenia „Barometru Imigracji Zarobkowej”.

To oczywiście w głównej mierze następstwo uproszczonej procedury zatrudniania, która ogranicza czas legalnej pracy do pół roku. W tak krótkim czasie najłatwiej wdrożyć pracownika niższego szczebla, choć zapotrzebowanie w polskiej gospodarce zaczyna się przesuwać właśnie w stronę specjalistów i kadry wyższego szczebla. –  mówi Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service.

Pracownicy z Ukrainy są bardzo cenni dla polskiego rynku pracy. Przedsiębiorcy widzą wartość w tej grupie, dlatego nadal aż 17% firm byłoby skłonnych płacić Ukraińcom więcej niż polskim zatrudnionym, żeby ich zatrzymać – mówi Arkadiusz Pączka, Dyrektor Centrum Monitoringu Legislacji Pracodawców RP.

Mimo zatrudniania na niższym szczeblu, Ukraińcy mogą liczyć na atrakcyjne wynagrodzenie. Ponadto, co druga firma oferuje pracownikom ze Wschodu stawkę od 14,7 do 16 zł brutto na godzinę. 15% płaci od 17 do 21 zł brutto na godzinę. A co piąty pracodawca oferuje stawkę przekraczającą 21 zł brutto na godzinę.

***

Personnel Service to firma specjalizująca się w rekrutacji i zatrudnianiu pracowników z Ukrainy oraz innych krajów na potrzeby pracodawców w Polsce. Współpracuje z przedsiębiorstwami z wielu sektorów, np. głównie automotive, RTV/AGD i przemysłu ciężkiego. Za pośrednictwem Personnel Service zatrudnienie w Polsce znalazło aż 150 tys. obywateli Ukrainy. Tym samym Personnel Service znajduje się w pierwszej trójce przedsiębiorstw wyspecjalizowanych w rekrutacji obywateli zza wschodniej granicy Polski.

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dl...

Już co czwarty internauta w Polsce słucha podcastów

Już 27% internautów w Polsce słucha podcastów. Większość włącza je co najmniej raz w miesiącu, korzy...

Rośnie popularność inwestycji budowlanych typu mixed-use, czyli obiektów łączących w sobie r

Ograniczona przestrzeń w największych światowych ośrodkach miejskich sprawia, że architekci coraz od...

Polska Zielona Fabryka Roku jest w Żywcu

Famed Żywiec został wyróżniony w kategorii Zielona Fabryka w ósmej edycji konkursu Fabryka Roku. Dru...

Lekcja cyberbezpieczeństwa dla samorządów lokalnych – ransomware coraz groźniejsze

Amerykańska DHS CISA nazywa ransomware “największym cybernetycznym czynnikiem ryzyka” dla systemów i...