niedziela, Maj 26, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "frankowicze"

frankowicze

Jak informują eksperci z VOTUM SA, przerwanie biegu przedawnień dotyczy nie tylko osób poszkodowanych w wypadkach, ale również frankowiczów, którzy starają się uzyskać zwrot z tytułu nadpłaconych rat. Słysząc, jak wiele emocji wywołuje dziś temat zaciągania kredytów w obcych walutach, postanowiliśmy sprawdzić, czy rzeczywiście przerwanie biegu przedawnień leży w interesie kredytobiorców. W tym artykule odpowiadamy także, jak wygląda proces przedawnienia roszczeń oraz jakie są sposoby przerwania biegu przedawnienia.

Przedawnienie roszczeń oraz sposoby przerwania biegu przedawnienia – to warto wiedzieć!

Przedawnienie roszczeń to możliwość uchylenia się od zaspokojenia roszczenia po upływie określonego terminu. W praktyce posiadając roszczenie – dla przykładu – wobec swego kontrahenta należy uświadomić sobie, że po upływie określonej ilości lat nie będziemy mogli dochodzić swoich praw. Potwierdza to Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A. tłumacząc podstawę prawną:

Jeżeli chodzi o podstawę prawną to podkreślić należy, że instytucja przedawnienia roszczeń została obszernie opisana w ustawie z dnia 23 kwietnia 1964 r. Kodeks Cywilny (tj. Dz. U. z 2018 r. poz. 1025, 1104, 1629, 2073, 2244, z 2019 r. poz. 80; zwany dalej k.c oraz w ustawie z dnia 13 kwietnia 2018 r. o zmianie ustawy Kodeks Cywilny oraz niektórych innych ustaw (Dz.U. 2018, poz.1104), która weszła w życie do polskiego porządku prawnego z dniem 09 lipca 2018 r. Ograniczyła ona możliwość dochodzenia przez wierzycieli swych roszczeń majątkowych, dlatego też niezmiernie ważne jest uświadomienie sobie, w jaki sposób można zapobiec z biegiem czasu utracie swych środków finansowych – mówi ekspert.

Kwestia przedawnienia roszczeń dotyczy nie tylko osób poszkodowanych w wypadkach, ale spotyka także Frankowiczów. Dlatego wiele osób decyduje się na prawne narzędzie przerwania biegu przedawnienia, tak, aby odzyskać np. nadpłacone raty kredytu z tytułu wzrostu kursu waluty. Jeśli decydujemy się na to, warto przykładać szczególną uwagę do dat – tak, abyśmy nieopatrznie nie pominęli okresu przedawnienia, co poskutkować może utratą możliwości skutecznego dochodzenia należności. Sposobów przerwania biegu przedawnienia jest kilka, dlatego też w celu wyboru dla siebie najbardziej optymalnego sposobu najlepiej zwrócić się po pomoc do profesjonalnego eksperta lub pełnomocnika: radcy prawnego czy adwokata.

Prawo i czas – Twoi sprzymierzeńcy

Jeśli chcemy dochodzić roszczeń przeciwko bankom, powinniśmy zawsze mieć na względzie fakt, że każde dokonane w danym miesiącu świadczenie nienależne ulega przedawnieniu od dnia, w którym roszczenie stało się wymagalne. – W stosunku do rat kredytowych opłaconych do dnia 08.07.2018 r. możemy dochodzić roszczeń maksymalnie 10 lat wstecz od dnia wnoszenia pozwu do sądu lub skierowania wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, licząc wskazany okres dla każdej pojedynczej raty. Oznacza to, że z upływem okresu ponad 10 lat wstecz od dnia dzisiejszego, przedawnieniu ulegną roszczenia z pojedynczej zapłaconej raty, co obrazuje przykład: roszczenie z raty płatnej np. w dniu 10.07.2009 r., ulegnie przedawnieniu w dniu 11.07.2019 r. – komentuje Kacper Jankowski z VOTUM S.A. dodając także, że w przypadku nadpłat dokonanych od 09.07.2018 r. należy liczyć 6-letni okres przedawnienia.

UWAGA: Należy zaznaczyć, że tak jak w wyżej podanym przykładzie kredytobiorca będzie uprawniony do dochodzenia swoich praw jednak narazi się na ryzyko podniesienia przez swego przeciwnika tj. bank tzw. zarzutu przedawnienia, co może skutkować oddaleniem powództwa przez sąd i narażeniem kredytobiorcy na dodatkowe koszty.

Jakie działania można podjąć, aby przerwać bieg przedawnienia?

Istnieje kilka sposobów przerwania biegu przedawnienia, jednakże najpopularniejszym z nich jest z pewnością wniesienie wniosku o zawezwanie do próby ugodowej, w którym to wnioskodawca wzywa swego przeciwnika do zawarcia ugody na drodze polubownej.

Pisaliśmy już o tym w ostatnim artykule – ugoda jest umową, w której strony powinny czynić sobie wzajemne ustępstwa celem osiągnięcia porozumienia kończącego spór na drodze polubownej. W przypadku braku porozumienia pomiędzy stronami lub niestawienia się przeciwnika na posiedzeniu sądu, strona wzywająca, pomimo że faktycznie nie odzyska swych środków zyskuje przede wszystkim swoiste zabezpieczenie roszczeń w przyszłości. Zgodnie z art. 123§1 pkt.1 Kodeksu Cywilnego bieg przedawnienia przerywa każda czynność dokonana przed sądem lub innym organem powołanym do rozpoznawania spraw lub egzekwowania roszczeń danego rodzaju albo przed sądem polubownym, przedsięwzięta bezpośrednio w celu dochodzenia, ustalenia albo zaspokojenia lub zabezpieczenia roszczenia.

Co istotne, aby nie narazić się na zapłatę na rzecz przeciwnika zbędnych kosztów wywołanych wniesionym wnioskiem o zawezwanie do próby ugodowej (do których można m.in. zaliczyć koszty zastępstwa procesowego na rzecz profesjonalnego pełnomocnika drugiej strony, koszty dojazdu do sądu), należy pamiętać, aby stawić się na posiedzeniu Sądu osobiście lub za pośrednictwem profesjonalnego pełnomocnika. W przypadku niemożliwości stawiennictwa np. z powodu choroby czy pobytu w szpitalu należy wysłać do Sądu pismo z wyjaśnieniem przyczyn niestawiennictwa oraz wnioskiem o przesunięcie terminu posiedzenia. W takim przypadku nie powinniśmy się narazić na zarzut o braku nieusprawiedliwionego niestawiennictwa na wyznaczonym terminie, co może spowodować zasądzenia na rzecz przeciwnika kosztów postępowania – komentował Kacper Jankowski z VOTUM S.A.

Bank nie chce ugody? Spróbuj wnieść powództwo

Drugim najskuteczniejszym sposobem przerwania przedawnienia jest wniesienie powództwa do sądu. Po pierwsze umożliwia to kredytobiorcy odzyskanie środków pieniężnych, a także w momencie złożenia pozwu do sądu, mamy do czynienia z faktycznym przerwaniem biegu przedawnienia dochodzonych roszczeń. Oznacza to, że podobnie jak w przypadku wniosku o zawezwanie do próby ugodowej bieg przedawnienia zostanie przerwany do czasu wydania przez sąd prawomocnego wyroku. – Prawomocność wyroku oznacza, że nie przysługuje już co do niego żaden środek odwoławczy np. apelacja. Natomiast zgodnie z art. 125 k.c. zasądzone roszczenie prawomocnym wyrokiem na rzecz Kredytobiorcy ulega przedawnieniu z upływem sześciu lat. Zatem w przypadku braku wykonania wyroku przez pozwanego, kredytobiorca będzie miał sześć lat do dochodzenia swych praw np. na drodze postępowania egzekucyjnego – mówi ekspert z firmy VOTUM S.A. specjalizującej się w kompleksowej pomocy prawnej, oferującej także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym. Więcej o firmie przeczytasz tutaj.

Rzecznik Finansowy ostatnią deską ratunku?

Trzecim sposobem przerwania biegu przedawnienia roszczeń jest wniosek do Rzecznika Finansowego o przeprowadzenie pozasądowego postępowania w sprawie rozwiązania sporu z podmiotem rynku finansowego. Według ekspertów VOTUM S.A. te rozwiązanie jest najmniej skutecznym i można je wszcząć wyłącznie po wyczerpaniu drogi postępowania reklamacyjnego.

–Wniosek – którego koszt to 50 zł – ma głównie na celu zaprezentowanie Rzecznikowi Finansowemu stanowisk stron sporu tj. kredytobiorcy oraz banku. Co ważne, organ ten nie reprezentuje żadnej ze stron sporu, lecz jedynie proponuje warunki zawarcia ewentualnej ugody lub wydaje opinię. Podkreślić należy, że obecnie środek ten nie pozwala na skuteczne dochodzenie roszczeń z uwagi na fakt, iż samo postępowanie może potrwać nawet 16–24 miesięcy i w żadnym stopniu nie gwarantuje wypracowania polubownego porozumienia z bankiem w zakresie zgłoszonych już roszczeń. Powyższe stanowisko zostało potwierdzone opublikowanym raportem Najwyższej Izby Kontroli („Ochrona praw konsumentów korzystających z kredytów objętych ryzykiem walutowym” z dnia 09.08.2018 roku) – dodaje Jankowski.

*Materiał został przygotowany ze wsparciem merytorycznym VOTUM S.A. – firmy gwarantującej kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl

Zobacz także:

Ważnym zagadnieniem dla kredytobiorców „frankowych” jest pojęcie przewalutowania tudzież „odfrankowienia” kredytu. Niestety nie są to pojęcia wymienne, dlatego w tym artykule przybliżamy czym się różnią i jakie niosą za sobą konsekwencje prawno-ekonomiczne. Co ważne, oba rozwiązania są skutecznymi narzędziami w walce z machiną bankową, w celu odzyskania tego, co straciliśmy, kiedy kurs franka gwałtownie wzrósł…

Przewalutowanie, czyli przeliczenie kwoty pozostałej do spłaty. Czy to się opłaca?

Pierwsze pojęcie odnosi się do przeliczenia kwoty pozostałej do spłaty z franków szwajcarskich (CHF) na złotówki (PLN). Przeliczenie odbywa się po określonym kursie walutowym, ustalonym w chwili przewalutowania, które jest opłacalne dla kredytobiorcy wówczas, gdy spada wartość franka szwajcarskiego w stosunku do złotówki przy jednoczesnej prognozie wzrostu kursu tej waluty.

W rozmowie z ekspertami firmy VOTUM S.A., która już od wielu lat pomaga Frankowiczom w sporach sądowych z bankami, dowiadujemy się, że w Polsce prowadzone są od kilku lat prace nad wprowadzeniem rozwiązania systemowego, jednakże kiedy, na jakich zasadach i przede wszystkim, czy w ogóle zostanie ono wprowadzone – niestety nie wiadomo.

– Obecnie banki indywidualnie rozpatrują wnioski kredytobiorców dotyczące przewalutowania kredytu. Najczęściej przewalutowanie kredytu powoduje wzrost płaconej przez kredytobiorcę raty. Rata kredytu zaciągniętego w złotówkach naliczana jest według stopy referencyjnej WIBOR. Rata kredytu we frankach szwajcarskich naliczana jest natomiast według stopy LIBOR. Zmianie mogą ulec również inne zapisy umowy – takie jak np. marża kredytu. Trzeba pamiętać także, że przy przewalutowaniu kwota kapitału pozostającego do spłaty zostaje przeliczona na polskie złote po aktualnym kursie, co wpływa na jego wzrost – mówi Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także:

„Odfrankowienie” kredytu sposobem na zwrot z waloryzacji

„Odfrankowienie” to potoczne, nadane przez Frankowiczów, określenie rozstrzygnięć, które zapadają w sprawach dotyczących kredytów opartych na walutach obcych. W praktyce sąd kwestionuje zawarte w umowie zasady przeliczania wartości zobowiązania i rat oraz uznaje je jako niedozwolone, z tzw. abuzywnym charakterem, na skutek postanowienia w zakresie klauzuli waloryzacyjnej są bezskuteczne i nie wiążą prawnie kredytobiorców. Przyjmuje się, że kwota kredytu została udzielona w złotych polskich, zaś rozliczanie umowy kredytowej odbywa się w oparciu o parametry ustalone w pierwotnie zawartej umowie. W efekcie umowa ma być traktowana jak zwykły kredyt hipoteczny w złotych (PLN), ale oparty na parametrach cenowych ustalonych w pierwotnym kontrakcie. Pozywającym, w wygranych sprawach, zasądza się zwrot nienależnie uiszczonych świadczeń.

Przypadki wskazują na to, że warto walczyć o swoje

Jak informuje nas VOTUM S.A., firma specjalizującą się nie tylko w odszkodowaniach, ale też w odzyskiwaniu roszczeń z tytułu umowy kredytowej, istnieje wiele przypadków wygranych spraw z bankiem. Pomaga w tym zaciętość oraz współpraca z wykwalifikowanymi znawcami prawa. Bez wątpienia są nimi eksperci z portalu www.dlafrankowiczow.pl, którzy bezpłatnie analizują umowę z bankiem i sprawdzają warunki, które mogą negatywnie wpływać na całkowitą sumę zawyżonych rat.

Potwierdza to niedawny przypadek, kiedy to Sąd Okręgowy w Łodzi I Wydział Cywilny w dniu 21 maja 2018 r. wydał wyrok (sygn. akt I C 620/17), w którym wskazał, m.in. że „w okresie od zawarcia umowy kredytowej bank realizował przedmiotową umowę w stosunku do powodów, stosując niedozwolone klauzule waloryzacyjne. Na podstawie rzeczonych klauzul bank pobierał od powodów raty spłaty kredytu w zawyżonej wysokości będącej wynikiem zarówno niedozwolonej waloryzacji pozostałego do spłaty długu, jak i samych rat. Mając na uwadze, że stosowanie klauzul umownych dotyczących waloryzacji walutowej w umowie kredytowej było nieuprawnione, należy stwierdzić, że pobrana przez bank od powodów nadwyżka ponad kwoty należne obliczone bez zastosowania waloryzacji na podstawie niedozwolonych klauzul waloryzacyjnych stanowi nienależne świadczenie w rozumieniu ar. 410 § 2 k.c.”.

„Odfrankowienie” sposobem na odzyskanie nadpłaconych rat, a może unieważnienie umowy?

Na skutek zabiegu polegającego na „odfrankowieniu” kredytu bank zobowiązany jest zwrócić kredytobiorcy nadpłatę – tj. świadczenia nienależnie pobrane od kredytobiorcy, często określane nadpłaconymi ratami, zaś kredytobiorca spłaca dalej kredyt jako złotowy, który jest oprocentowany tak jak kredyt zaciągnięty w walucie franka szwajcarskiego (wg LIBOR).

Istnieją także inne rozwiązania, na korzyść kredytobiorcy. Jednym z nich jest unieważnienie umowy rzez Sąd. Przykładem może być sprawa z 26 września 2018 roku, w której Sąd Apelacyjny w Warszawie VI Wydział Cywilny wydał znaczący dla kredytobiorców wyrok (sygn. Akt VI ACa 427/18), w którym wskazał, iż zawarta umowa kredytowa jest w całości nieważna.

– Sąd Okręgowy rozpatrujący sprawę, a następnie Sąd Apelacyjny uznał, że umowa zawarta pomiędzy kredytobiorcą a bankiem nie spełnia w ogóle ustawowej definicji umowy kredytowej. Zgodnie z art. 69 ust. 1 prawa kredytobiorca jest zobowiązany do zwrotu pożyczonej sumy powiększonej o odsetki oraz do zapłaty prowizji banku. Obciążenie kredytobiorców ryzykiem kursowym nie mieści się w żadnym elemencie umowy kredytowej. Bank już przed udzieleniem kredytu we frankach szwajcarskich wiedział o tym, jakie niesie to ze sobą ryzyko kursowe. Wynikało to z ostrzeżeń jakie we wcześniejszych latach napływały do banków ze strony Narodowego Banku Polskiego i Komisji Nadzoru Finansowego – mówił Kacper Jankowski – Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także, jak ważna jest ochrona wizerunku w firmie:

Jak zaznaczają eksperci VOTUM S.A., w efekcie takiego orzeczenia kredytobiorca jest zobowiązany do zwrotu kwoty otrzymanej na podstawie zawartej umowy kredytowej, jednak bez odsetek, opłat oraz podwyżek wynikających z indeksacji.

Co lepsze więc – przewalutowanie czy „odfrankowienie”?

Zapytaliśmy także ekspertów VOTUM S.A., firmy specjalizującej się w kompleksowej pomocy prawnej, postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym, które rozwiązanie jest faktycznie korzystniejsze dla Frankowiczów i dlaczego.

– Należy pamiętać, że wybór opcji pomiędzy przewalutowaniem a „odfrankowieniem” będzie miał istotne znaczenie dla sytuacji ekonomicznej kredytobiorcy. Wydaje się, że najbardziej korzystnym rozwiązaniem w chwili obecnej dla kredytobiorców posiadających kredyty indeksowane do waluty obcej – franka szwajcarskiego, powinno być ich „odfrankowienie”. Wybierając jedną z dwóch opcji należy dokładnie przeanalizować obecną sytuację ekonomiczną, kurs waluty oraz aktualne orzecznictwo sądowe, co pozwoli wybrać opcję najbardziej korzystną dla kredytobiorcy – mówił Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Materiał współtworzony z ekspertami firmy VOTUM S.A.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.
https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach


Sytuacja Frankowiczów odbiła się swego czasu w mediach głośnym echem– do dziś sytuacja nabiera rozgłosu, kiedy mówi się o np. przewalutowaniach kredytów frankowych. W dużej mierze emocje w tej sprawie wzmacniają doniesienia dotyczące nieważności umów kredytowych.

Kredytobiorcy posiadający kredyt hipoteczny indeksowany lub denominowany do franka szwajcarskiego niejednokrotnie zastanawiają się, czego tak naprawdę dotyczy to zagadnienie, jakie uprawnienia się z tym wiążą, a przede wszystkim jakie skutki rodzi stwierdzenie przez sąd, że umowa kredytu jest nieważna. Słuchając o kolejnych doniesieniach dotyczących stwierdzenia nieważności umowy kredytu, razem z ekspertami specjalizującymi się w kwestiach prawnych, mediacji czy odzyskiwaniu nadpłaconych rat z tytułu umowy kredytowej z firmy VOTUM, pochylamy się nad tym tematem i przybliżamy skutki, wynikające z działań jakie może poczynić konsument względem wadliwie skonstruowanej umowy z bankiem. Walka z bankiem z reguły budzi pewne obawy wśród kredytobiorców. Emocje te podzielają Frankowicze, którzy uważają, że walka z machiną to walka z wiatrakami. Stosunkowa nowa forma rozstrzygnięcia w sprawach kredytów frankowych pozwala jednak konsekwentnie odzyskać zgłoszone w treści pozwu roszczenia.Warto zatem przybliżyć kwestię skutków takiego orzeczenia i sprawdzić, jakie narzędzia mogą nam w tym pomóc.

Nieważność umowy kredytowej – jak ją rozpoznać?

– Kluczową konsekwencją stwierdzenia nieważności umowy kredytu jest okoliczność traktowania takiej umowy, jakby nigdy nie została zawarta. Orzeczenie sądu w tym przedmiocie jest deklaratoryjne, co oznacza, że nie kreuje tego skutku, a jedynie potwierdza, że ze względu na doniosłe wady umowy nie funkcjonuje ona pomiędzy stronami od samego początku (w szczególności, gdy do ukształtowania stosunku umownego doszło w sposób wyraźnie krzywdzący Kredytobiorców, przy wykorzystaniu przez drugą stronę silniejszej pozycji; za przykład może posłużyć naruszenie zasady równości stron przejawiającej się w jednostronnym ustalaniu wysokości zobowiązania Kredytobiorców przez bank, co prowadzi do znacznej dysproporcji w spełnianych przez strony świadczeniach, a tym samym do rażącej ich nieekwiwalentności) – komentował dla portalu BiznesTuba.pl, Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Ekspert dodaje także, że tym samym nie ma stosunku prawnego łączącego strony, co przekłada się to przede wszystkim na możliwość domagania się zwrotu już spełnionych świadczeń. Orzeczenie stwierdzające nieważność umowy kredytu przesądza również w sposób ostateczny o braku obowiązku spełniania na rzecz banku świadczeń w przyszłości, a więc o zezwoleniu na zaprzestanie spłaty kolejnych rat kredytu bez obawy wystąpienia z roszczeniami przez bank. Ustalające orzeczenie sądu znosi więc wątpliwości stron i zapobiega dalszemu sporowi o roszczenia banku wynikające z umowy (potwierdza to wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, z dnia 10.10.2018 r., sygn. Akt XXV C 695/17).

Orzeczenie sądu podstawą do roszczeń?

Ekspert zaznacza, że podstawą są przepisy kodeksu cywilnego – w szczególności art. 58 § 1 i § 2 w zw. z art 395 § 2 – które stanowią, że strony umowy uznanej za nieważną zobligowane są do zwrotu tego, co wzajemnie świadczyły.

– Bank jest zatem zobowiązany do zwrotu Kredytobiorcom wszystkich środków, które dotychczas uzyskał na podstawie takiej nieważnej umowy, natomiast Kredytobiorcy muszą zwrócić rzeczywiście wypłacone przez Bank kwoty kredytu. Jest to rozwiązanie korzystne dla Kredytobiorców, gdyż zobligowani są do zwrotu wyłącznie wypłaconego przez bank kapitału, bez odsetek umownych. Oznacza to, że w takim przypadku finalnie korzystali oni z uruchomionego kredytu bez jakichkolwiek kosztów z tym związanych – dodaje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Zobacz także:

Warto jednak podkreślić, że bank uprawniony jest do potrącenia kwoty swojego zobowiązania z kwotą rzeczywiście wypłaconego w złotówkach kapitału na rzecz Kredytobiorców, co niweluje niepraktyczny obrót gotówki. Jeżeli kwota wypłaconego kapitału przewyższa sumę wpłaconych przez Kredytobiorców środków, może to prowadzić do sytuacji, w której Kredytobiorcy zobowiązani będą do niezwłocznego zwrotu na rzecz banku pozostałej po dokonanym potrąceniu kwoty kapitału. Niemniej jednak, jeżeli nie posiadają oni stosownych środków, sąd w wyroku stwierdzającym nieważność umowy kredytowej może z urzędu (z własnej inicjatywy) lub też działając na wniosek zgłoszony przez Kredytobiorców, rozłożyć świadczenie na raty, o ile uzna, że znajduje to uzasadnienie w okolicznościach sprawy. W takim przypadku sąd określa wysokość poszczególnych rat oraz czas ich zapłaty.

Czy procesowanie się z bankiem jest opłacalne?

O opłacalności stwierdzenia nieważności umowy kredytu świadczy okoliczność, że wpisana w księdze wieczystej hipoteka na rzecz banku traci w ten sposób swoją podstawę, stąd też możliwe jest złożenie wniosku o jej wykreślenie, co sprawi, że nieruchomość będzie pozbawiona obciążeń. To zaś przekłada się na korzyści właścicieli w przyszłości. – Roszczeń o stwierdzenie nieważności umowy kredytu nie należy się obawiać, lecz trzeba pamiętać, że nie w każdej sprawie będzie ono mogło być dochodzone. Zatem jeśli pełnomocnik zaproponuje wystąpienie z niniejszym roszczeniem, to na pewno warto je rozważyć, gdyż stanowi ono nie tylko kompleksowe, ale również definitywne rozwiązanie zagadnienia związanego z kwestią kredytu frankowego – dodaje Jankowski z VOTUM S.A.

Od czego trzeba zacząć?

Coraz więcej Frankowiczów szuka pomocy w różnych instytucjach czy organach kontrolujących banki, mowa m.in. o KNF czy UOKiK – trzeba jednak pamiętać, że w sporach indywidualnych pomoże jedynie postępowanie procesowe. Tutaj najlepszym narzędziem wspierającym będzie współpraca ze specjalistą. Profesjonalny pełnomocnik pomoże zrozumie zawiłość umowy kredytowej i wskaże, czy w danym przypadku bank zastosował w niej niedozwolone (abuzywne) zapisy prawne. Warto wziąć też pod uwagę najważniejszy fakt, że profesjonalny pełnomocnik będzie potrafił określić dokładną kwotę roszczenia, o jaką można walczyć z bankiem. Przykładem może być firma VOTUM lub portal www.dlafrankowiczow.pl. Wystarczy zarejestrować się podając dane dotyczące kredytu, a specjaliści bezpłatnie przeanalizują dokument i wskażą możliwości, przerywając bieg przedawnienia. Specjaliści VOTUM S.A. będą także reprezentować Cię podczas postępowania przedsądowego i sądowego. Firmie zaufało ponad 7700 frankowiczów.

*Materiał został współtworzony z firmą VOTUM S.A. – gwarantującą kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy. VOTUM S.A. oferuje także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.
https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach


Każde postępowanie sądowe wiąże się z kosztami, które wynikają z przepisów ustawy o kosztach sądowych w sprawach cywilnych oraz ustawy o opłacie skarbowej. Obowiązkowej opłacie podlega nie tylko złożenie pozwu, ale też opłata z tytułu pełnomocnictwa czy biegłego. Ich wysokość zależy jednak od kwoty naszych roszczeń. Potwierdzają to eksperci z wieloletnim doświadczeniem na rynku i pomagają podsumować, ile tak naprawdę kosztuje walka frankowiczów z bankiem na drodze np. odzyskania nadpłaconych rat kredytu indeksowanego/waloryzowanego do waluty obcej.

Koszty postępowania cywilnego zawsze ponosi przegrany, a strona wygrana może żądać od przeciwnika ich zwrotu (kwestię tę reguluje art. 98 kodeksu postępowania cywilnego). Do owych kosztów należy wliczyć nie tylko koszty procesu prowadzonego przez stronę lub jego pełnomocnika, ale także koszty reprezentacji zawodowego pełnomocnika i jego wynagrodzenie, wysokość kosztów stawiennictwa strony, utraconego zarobku oraz inne wydatki poniesione w toku sprawy (np. koszty biegłego), w tym także koszty mediacji prowadzonej na skutek skierowania przez sąd.

Należy pamiętać, że koszty procesowania sądowego w sprawach bankowych nie są zbyt wysokie (to kwota od 30 zł do 1 000 zł). Dlatego też, wielu kredytobiorców decyduje się na walkę z bankiem, zwłaszcza, kiedy ma do tego podstawy.

Postępowanie sądowe a dochodzenie roszczeń od banku – koszty podstawowe

Dochodzenie zwrotu należności od banku może wiązać się z długim procesem. Jednak jak zaznaczają eksperci, większość procesów wygrywają właśnie konsumenci. Wszystko to za sprawą coraz częstszych doniesień o błędnie sformułowanych umowach z kredytobiorcami, frankowiczami. O kwestiach finansowych pozwów sądowych porozmawialiśmy z firmą VOTUM S.A. – specjalizującą się w odszkodowaniach, ale też w odzyskiwaniu nadpłaconych rat z tytułu umowy kredytowej.

Początkowo należy zainicjować postępowanie poprzez konieczne uiszczenie opłaty sądowej. Ową opłatę określa się względem wysokości wartości dochodzonego roszczenia. W tym zakresie należy pamiętać, że zgodnie z przepisami ustawy z dnia 28 lipca 2005 r. o kosztach sądowych w sprawach cywilnych (Dz. U. 2018 poz. 300) ww. opłata wynosi 5% wartości przedmiotu sporu (tj. wartości dochodzonego roszczenia) jednak nie mniej niż 30 złotych i nie więcej niż 1.000 złotych.

Przykładowo więc, jeżeli konsument występuje w pozwie z roszczeniem w wysokości 18.000 zł wówczas opłata od pozwu, zgodnie z powyższymi uregulowaniami będzie wynosić 900 zł, natomiast jeżeli roszczenie to będzie opiewało już na kwotę 80.000 zł wówczas konsument powinien dokonać uiszczenia 1.000 zł tytułem opłaty od pozwu, albowiem, co zostało także wskazane powyżej, opłata od pozwu pobierana od konsumenta w sprawach o roszczenia wynikające z czynności bankowych nie może przekroczyć 1.000 zł.

Reprezentuje Cię adwokat? Pamiętaj o opłacie pełnomocnictwa

Jak zaznaczają eksperci VOTUM S.A., koszty sądowe to nie wszystko – warto pamiętać także o kosztach dodatkowych. Jeżeli w sprawie jesteśmy reprezentowani przez zawodowego pełnomocnika (np. adwokata lub radcę prawnego) istnieje ponadto konieczność uiszczenia opłaty skarbowej od udzielonego pełnomocnictwa. Wysokość opłaty regulowana jest ustawowo i wynosi 17 zł od każdego powoda (kredytobiorcy). Organem właściwym do uiszczenia opłaty skarbowej jest wójt, burmistrz lub prezydent miasta właściwy ze względu na miejsce złożenia dokumentu pełnomocnictwa (nie należy mylić powyższego z miejscem udzielenia pełnomocnictwa).

– Obrazując to na przykładzie, jeżeli zarówno pełnomocnik, jak i powód pochodzą z Wrocławia, zaś pozew inicjujący postępowanie sądowe składamy do sądu w Warszawie, opłatę skarbową należy uiścić na rzecz właściwego urzędu dla danej dzielnicy Warszawy – właściwej ze względu na miejsce położenia sądu. Uiszczenia opłaty, o której mowa powyżej, możemy dokonać w formie gotówkowej w Urzędzie Miasta lub Gminy, bądź też bezgotówkowo w formie przelewu na konto ww. podmiotu – komentuje dla portalu BiznesTuba.pl, Kacper Jankowski – dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Na jaką kwotę mogą opiewać koszty procesowe?

Lwią część pochłaniają koszty związane z samym procesem. W trakcie trwania procesu najczęstszym wydatkiem są zaliczki na poczet kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłych. Oczywiście należy pamiętać, iż aby doszło do przeprowadzenia takiego dowodu, strona musi złożyć właściwy wniosek, a następnie sąd decyduje o zasadności jego przeprowadzenia. Tym samym przeprowadzenie dowodu z opinii biegłego nigdy nie jest obligatoryjne.

– Warto jednak pamiętać, iż dochodzący swojego roszczenia (w tym przypadku konsument) powinien swoje roszczenie – jak i jego wysokość – udowodnić. Dlatego też powołanie biegłego, posiadającego w danej dziedzinie szczegółową wiedzę, jest zawsze rekomendowane, albowiem jako dowód obiektywny pozwoli potwierdzić zarówno zasadność jak i wysokość naszego żądania. Koszt wspomnianej zaliczki na poczet przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego jest uzależniony głównie od specjalności biegłego jaki powoływany jest w sprawie. Jednocześnie sąd samodzielnie ustala wysokość zaliczki i termin na jej uiszczenie, do którego zobowiązana jest strona – dodaje Kacper Jankowski z VOTUM S.A.

Jak dodaje ekspert, należy zaznaczyć, że zaliczka nie pokrywa całości kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego, a stanowi jedynie jej określoną część. Pozostała kwota wynagrodzenia biegłego do czasu zakończenia zaistniałego pomiędzy stronami sporu (procesu), pokrywana jest tymczasowo ze środków Skarbu Państwa, a następnie wchodzi w skład kosztów procesu, które rozliczane są po zakończeniu postępowania sądowego i obciążają stronę przegrywającą sprawę.

– Jak jednak wynika z naszego doświadczenia, najczęściej koszt związany z powołaniem biegłego waha się w graniach 1.500–2.500 zł – dodaje Kacper Jankowski, dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Kto przegra, ten płaci? Tak, ale nie zawsze…

Po zakończeniu postępowania sądowego wszystkie poniesione koszty procesu (tj. opłaty sądowe i skarbowe, koszty przeprowadzenia dowodu z opinii biegłych, a także inne wydatki, które mogą pojawić się w procesie) podlegają sumowaniu i obciążają tę stronę, która proces przegra.

– Jeżeli nasz klient – czyli w tym przypadku kredytobiorca będący w sporze z bankiem – proces wygra, wówczas bank, jako strona pozwana w sprawie, będzie zobowiązana do zwrotu na rzecz konsumenta wszystkich poniesionych przez niego kosztów. Warto dodać, iż inaczej koszty zostaną rozliczone w przypadku tylko częściowego wygrania procesu przez daną stronę. Wówczas sąd, w zależności od stopnia wygrania sprawy przez każdą ze stron, może postanowić albo o wzajemnym zniesieniu poniesionych przez strony kosztów prowadzonego postępowania albo o ich stosunkowym rozdzieleniu – mówi Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A. Pan Kacper Jankowski

Fot. Pixabay

Pamiętaj o kosztach pobocznych, np. zastępstwa procesowego

Wymieniając koszty procesowe, nie sposób pominąć ważnej pozycji kosztów zastępstwa procesowego.

Jeśli przegramy w procesie – musimy te koszty zwrócić na rzecz wygranego, czyli w tym przypadku banku. Jeśli zaś wygramy proces – koszty naszego pełnomocnika (np. adwokata) bierze na siebie bank. Wysokość kosztów regulowana jest przepisami rozporządzenia Ministra Sprawiedliwości z dnia 22 października 2015 r. w sprawie opłat za czynności adwokackie i uzależniona jest od wysokości dochodzonego w postępowaniu sądowym roszczenia tj.:

1) do 500 zł – 90 zł;
2) powyżej 500 zł do 1500 zł – 270 zł;
3) powyżej 1500 zł do 5000 zł – 900 zł;
4) powyżej 5000 zł do 10 000 zł – 1800 zł;
5) powyżej 10 000 zł do 50 000 zł – 3600 zł;
6) powyżej 50 000 zł do 200 000 zł – 5400 zł;
7) powyżej 200 000 zł do 2 000 000 zł – 10 800 zł;
8) powyżej 2 000 000 zł do 5 000 000 zł – 15 000 zł;
9) powyżej 5 000 000 zł – 25 000 zł.

Uwaga: koszty sądowe prowadzenia sprawy zawsze oparte są o takie same zasady regulowane przepisami prawa, jednak na całość kosztów prowadzenia sprawy mogą wpłynąć także inne wydatki jak przede wszystkim te poniesione na działania profesjonalnego pełnomocnika, albowiem samo przygotowanie sprawy do procesu, w tym postępowanie przedprocesowe, złożenie pozwu czy już dalsza reprezentacja przez pełnomocnika, jest kwestią nader indywidualną i zależną od wybranego pełnomocnika.

Przykład:

Aby dokładniej zrozumieli Państwo meandry obliczeniowe kosztów sądowych i zastępstwa procesowego, eksperci VOTUM S.A. przedstawili następujący przykład. Załóżmy, iż konsument dochodzi w sądzie roszczenia w kwocie 50.000 zł. W pozwie kredytobiorca zawarł wniosek o przeprowadzenie dowodu z opinii biegłego. Zważywszy na powyższe, koszty występujące w przedmiotowej sprawie będą kształtowały się następująco:

  1. opłata od pozwu, zgodnie z powyższymi rozważaniami, będzie wynosić 1.000 zł,
  2. opłata skarbowa za pełnomocnictwo 17 zł,
  3. koszty przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego (na potrzeby symulacji przyjmijmy, że łączny koszt opinii to kwota 2.000 zł). Sąd dopuszczając dowód z opinii biegłego zobowiązał stronę powodową (tj. konsumenta) do uiszczenia zaliczki na poczet kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego w kwocie 1.000 zł.

Apelacja, czyli koszty zastępstwa procesowego w II instancji

Powyższe zestawienie kosztów łączy się wyłącznie z postępowaniem pierwszej instancji. Jeśli zaś jedna ze stron nie będzie zadowolona z rozstrzygnięcia sądu, może wnieść ona apelację.

– Postępowanie drugoinstancyjne wiąże się z konieczności poniesienia dalszych kosztów tj. opłaty od apelacji, która zgodnie z przepisami ustawy wynosi 5% wartości przedmiotu zaskarżenia, jednak nie mniej niż 30 złotych i nie więcej niż 1.000 złotych. Po zakończeniu postępowania apelacyjnego strona przegrywająca, zgodnie z obowiązującą zasadą odpowiedzialności za wynik procesu, obowiązana jest także zwrócić stronie wygrywającej poniesione przez nią koszty – dodaje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Kacper Jankowski dodaje także, że koszty zastępstwa procesowego strony przeciwnej – które nieco różnią się od postępowania w I instancji – uzależnione są od tego jaki sąd (tj. okręgowy czy apelacyjny) rozpoznaje apelację. Wspomniane koszty przestawiają się następująco:

1) jeżeli sprawa rozpoznawana jest przed sądem okręgowym – 50% stawki wskazanej powyżej, a jeżeli w pierwszej instancji nie prowadził sprawy ten sam adwokat – 75% ww. stawki, w obu przypadkach nie mniej niż 120 zł;

2) jeżeli sprawa rozpoznawana jest przed sądem apelacyjnym – 75% stawki wskazanej powyżej, a jeżeli w pierwszej instancji nie prowadził sprawy ten sam adwokat – 100% ww. stawki, w obu przypadkach nie mniej niż 240 zł.

Wygrana powództwa versus wygrana w części

Jeśli kredytobiorca wygra powództwo w całości, sąd uzna roszczenie powoda zarówno w zakresie jego zasadności jak i wysokości, a w konsekwencji zasądził na rzecz konsumenta kwotę 50.000 zł tytułem roszczenia głównego, kwotę 3.600 zł tytułem kosztów zastępstwa procesowego, a ponadto zwrot kwoty 2.000 zł tytułem poniesionych przez konsumenta kosztów procesu (tj. 1.000 zł tytułem uiszczonej przez konsumenta opłaty od pozwu oraz 1.000 zł tytułem zwrotu uiszczonej zaliczki na poczet kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego). W takim przypadku sąd zobowiąże ponadto pozwany Bank do uiszczenia dalszej kwoty 1.000 zł na rachunek Skarbu Państwa, w związku z tym, iż dalsza brakująca część kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego została pokryta tymczasowo ze środków Skarbu Państwa.

Firma VOTUM S.A. specjalizująca się nie tylko w odszkodowaniach, ale też odzyskiwaniu nadpłaconych raz z tytułu umów kredytowych zaznacza, że inaczej sytuacja by się kształtowała, gdyby sąd uznał powództwo konsumenta tylko częściowo np. w 70% tj. zasądziłby na rzecz konsumenta nie 50.000 zł, a 35.000 zł.

– Wówczas sąd może postanowić albo o wzajemnym zniesieniu kosztów albo o ich stosunkowym rozdzieleniu. Jeżeli sąd postanowi zastosować tę drugą zasadę wówczas, w związku z tym, iż konsument wygrał sprawę częściowo powinien ponieść koszty w zakresie w jakim proces przegrał, a więc w 30%. Należy wziąć jednak pod uwagę, iż w związku z prowadzeniem procesu konsument poniósł już pewne koszty w łącznej kwocie 6.617 zł (w powyższej kwocie mieszczą się także koszty zastępstwa procesowego). Zważywszy na powyższe, skoro konsument powinien ponieść koszty proporcjonalnie do wygranej tj. jedynie w 30% (tj. 3.070,20 zł), a poniósł koszty wyższe, konsumentowi przysługuje od Banku zwrot kosztów procesu stanowiących różnice powyższych kwot tj. zwrot kwoty 3.546,80 zł – dodaje Kacper Jankowski, Dyrektor Departamentu Spraw Bankowych VOTUM S.A.

Koszty oddalenia przywództwa – podajemy przykładowe koszty

Podążając za wskazanym u góry przykładem, w przypadku zaś oddalenia przez sąd powództwa konsumenta w całości, zgodnie z zasadą odpowiedzialności za wynik procesu, to konsument, czyli kredytobiorca powinien uiścić wszelkie koszty poniesione w sprawie. W związku z tym, iż jeszcze w trakcie trwania procesu konsument uiścił opłatę od pozwu oraz zaliczkę na poczet kosztów przeprowadzenia dowodu z opinii biegłego, sąd w wyroku zobowiąże powoda do uiszczenia dalszej kwoty 1.000 zł poniesionej w związku z przeprowadzeniem dowodu z opinii biegłego i tymczasowo (tj. w trakcie procesu) pokrytej ze środków Skarbu Państwa. Ponadto, jeżeli Bank będzie w toku procesu reprezentowany przez profesjonalnego pełnomocnika sąd w orzeczeniu kończącym postępowania może także zasądzić od konsumenta na rzecz pozwanego Banku zwrot kosztów zastępstwa procesowego. W tym konkretnym przypadku byłaby to kwota 3.600 zł (albowiem roszczenie mieści się w przedziale 10.000 – 50.000 zł).

*Materiał został współtworzony z firmą VOTUM S.A. – gwarantującą kompleksową pomoc prawną na każdym etapie wykonania umowy. VOTUM S.A. oferuje także obsługę ekspercką w postępowaniu przedsądowym, mediacyjnym, pojednawczym, sądowym oraz egzekucyjnym.

Więcej przeczytasz tutaj:

www.dlafrankowiczow.pl.
https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach

W sprawach kredytów walutowych sądy do tej pory skupiały się w większości na kwestiach abuzywności postanowień odsyłających do tabel kursowych banków. Nowością w tych sprawach jest to, że coraz częściej mówi się o nierównomiernym rozłożeniu ryzyka walutowego pomiędzy kredytobiorcę a bank, zaś sądy dopuszczają dowody z opinii biegłych w tym zakresie.

Konsekwencją uznania, że umowa nierównomiernie rozkłada ryzyko walutowe przerzucając je w całości na kredytobiorcę, przy braku rzetelnej informacji o tym ryzyku, może być stwierdzenie nieważności umowy kredytu jako sprzecznej z zasadami współżycia społecznego i to niezależnie od stosowania przez bank własnych tabel kursowych.

A jak było naprawdę? Czy banki wystawiły kredytobiorców na jednostronne ryzyko zmian kursowych?

Po uruchomieniu kredytów powiązanych z walutą, banki sprzedawały na rynku międzybankowym walutę szwajcarską w ilości odpowiadającej mniej więcej wartości uruchomionych kredytów. W ten sposób pozbywały się ryzyka walutowego z własnych ksiąg rachunkowych i zamykały swoją pozycję walutową. Z drugiej strony banki zapisywały w sowich księgach rachunkowych, że kredytobiorca ma im oddać kredyt w walucie frank szwajcarski, czyli to ryzyko niejako przenosiły na kredytobiorcę. Otwierały mu ogromną pozycję w walucie szwajcarskiej – czyli wystawiały na ryzyko, którego jednocześnie same się pozbywały” – komentuje mec. Barbara Garlacz prowadząca tego typu sprawy, w ramach których sądy zarządziły już odpowiednie dowody z opinii biegłych.

Banki w przeważającej mierze informowały przy tym kredytobiorców, że frank jest walutą stabilną, a jednocześnie nie informowały, że mimo tej stabilności bank nie bierze na siebie ryzyka, które sprzedaje kredytobiorcy w ramach kredytu powiązanego z walutą. W większości też przypadków banki ograniczały się do wskazania możliwego wpływu wahań kursu na ratę kredytu ale nie na jego saldo – czyli ekonomicznie rzecz ujmując na otwartą pozycję walutową kredytobiorcy.

Takiej wybrakowanej informacji o ryzyku nie sposób oczywiście uznać za rzetelną. Gdyby bowiem kredytobiorca wiedział, że kupuje ryzyko, którego profesjonalna instytucja nigdy by na siebie nie przyjęła – to z pewnością takiego kredytu też by nie wziął. Wymóg rzetelnej informacji o ryzyku wynika chociażby z orzeczenia TSUE w sprawie C-186/16” – dodaje mec. Barbara Garlacz.

Brak równowagi kontraktowej podstawą nieważności

Fakt, że po zamknięciu pozycji walutowej bank jest neutralny na ryzyko walutowe – czyli ani nie traci ani nie zyskuje na wzroście kursu, a klient w razie wzrostu kursu ponosi stratę, gdyż nie jest zabezpieczony przed tym wzrostem – świadczy o nierównomiernym rozłożeniu ryzyka walutowego w umowie kredytu i zabezpieczeniu przez nią wyłącznie interesów banków. W podobnej sprawie dotyczącej transakcji na instrumencie pochodnym Sąd Apelacyjny w Warszawie w wyroku z dnia 15 marca 2018 roku (AGa 758/18) uznał, że taki nierównomierny rozkład ryzyka walutowego w umowie z domknięciem pozycji walutowej po stronie banku i bez zabezpieczenia drugiej strony kontraktu prowadzi do nieważności umowy. Ten sam argument mogą wykorzystać tzw.frankowicze walczący w sądach.

Autor: Barbara Garlacz – radca prawny, radca prawny prowadzący spory dot. umów kredytów powiązanych z walutą oraz instrumentów pochodnych

Jeśli spojrzeć na ilość i jakość wydawanych orzeczeń w sprawach tzw. kredytów frankowych, to 2017 rok należał niewątpliwie do tzw. frankowiczów. Miniony 2017 był rokiem, w którym znacznie więcej osób zdecydowało się na rozpoczęcie spraw sądowych niż w 2016 roku, a jednocześnie rok, w którym w I instancji skończyły się pierwsze sprawy frankowiczów. Poprawie uległa również jakość orzeczeń sądowych.

Coraz lepsza jakość orzeczeń i „burza mózgów” w sądach

W 2017 roku zaczęły pojawiać się orzeczenia sądów, w których sądy dostrzegły, że nieuczciwość postanowień umownych nie polega tylko na tym, że bank ustalał dowolnie kursy kupna/sprzedaży ale, że sam mechanizm indeksacji jest nieuczciwy. W tym zakresie głównym argumentem było to, że bank stosował dwa rodzaje kursu (do przeliczenia kredytu – kurs kupna, do spłaty kurs sprzedaży), a także to, że taka konstrukcja wystawiała kredytobiorcę na nieograniczone ryzyko, a jednocześnie służyła zabezpieczeniu interesów banku tudzież wynikała z przyjętego przez bank sposobu zabezpieczenia finansowania pod akcję kredytów denominowanych. Sądy uznawały też, że konstrukcja kredytu indeksowanego nie została dostatecznie klientowi wyjaśniona.

Wyrazem tego, że sądy poza abuzywnością postanowień umownych zaczęły zastanawiać się głębiej nad konstrukcją tego typu kredytów w ogóle, są ciekawe orzeczenia stwierdzające np., że:

  • przy kredycie denominowanym w CHF strony od początku powinny rozliczać się w CHF, zatem skoro klient spłacał w PLN to należy mu się zwrot tych kwot
  • w tego typu umowach nie określono głównego świadczenia stron, a więc są one nieważne
  • tego typu umowy są sprzeczne z zasadami współżycia społecznego i przez to nieważne, gdyż klient został wprowadzony w błąd co do rzeczywistych kosztów kredytu
  • pomimo określenia głównego świadczenia stron umowy umowa po wykreśleniu klauzuli indeksacyjnej powinna być oceniana w świetle ogólnych zasad prawa cywilnego, a ponieważ w takiej kadłubowej postaci jest sprzeczna z zamierzonym celem i wolą stron oraz naturą umowy kredytu, którą strony zamierzały zawrzeć, to należy ją uznać za nieważną.

W kredycie denominowanym z kolei pojawiły się orzeczenia, że bez postanowień odsyłających do kursu kupna/sprzedaży umowa jest niewykonalna, a przez to nieważna.

– Różne zapatrywania sądów wzbogacają orzecznictwo i wiedzę sądów na temat umów kredytów powiązanych z walutą. Różnorodność orzeczeń należy oceniać pozytywnie, gdyż powoduje, że każdy sąd orzekający może dostrzec inną wadliwość tego typu umów – komentuje mec. Barbara Garlacz.

Co może przynieść 2018 rok?

– Ponieważ pierwsze sprawy trafiły już do sądów II instancji, na pewno pojawi się znaczna liczba orzeczeń prawomocnych, ale raczej w drugiej połowie 2018 roku. Sprawy zaczynają też dopiero docierać do Sądu Najwyższego, dlatego kształtowania się tam linii orzeczniczej i to nie na bazie jednego, lecz kilkudziesięciu wyroków należy spodziewać się dopiero w 2019 roku – wskazuje mec. Barbara Garlacz.

Na pewno będzie bardzo dużo orzeczeń sądów I instancji, gdyż wiele spraw rozpoczętych w 2016 roku i z początkiem 2017 roku zakończy się w tych sądach. Co ważne, rozstrzygnięciu będą podlegać sprawy, w których sądy rejonowe zasądziły tzw. nadpłaty – czyli uznały istnienie kredytu w PLN ze stawką LIBOR. Orzeczenia te pozwolą być może na wykrystalizowanie się przeważającej linii orzeczniczej, tj. idącej w kierunku nieważności lub utrzymania kredytu ze stawką LIBOR. Niemniej ostatecznie nie należy się spodziewać jednolitej linii orzeczniczej i wiele będzie zależało od jakości podniesionych argumentów prawnych, a przede wszystkim tego, czy konkretny kredytobiorca w sprawie będzie się godził na stwierdzenie nieważności umowy.

Podsumowując, jeśli porównać przygotowanie sądów do tego typu spraw w 2014 roku i 2017 roku, to miniony rok wypada bardzo pozytywnie.

 

 

Autor: Barbara Garlacz – radca prawny specjalizujący się w sprawach sądowych tzw. kredytów powiązanych z walutą

Kurs franka szwajcarskiego spadł dziś poniżej poziomu 3,58 zł, czyli jest najniższy od tzw. czarnego czwartku (15 stycznia 2015 r.). Z wyliczeń Expandera wynika, że przy takim kursie i dzięki rekordowo niskim stopom procentowym w Szwajcarii rata kredytu w CHF będzie najniższa aż od lipca 2011 r. Co ciekawe, będzie ona jedynie o 88 zł wyższa niż rata początkowa, czyli wyliczona przez bank w procesie udzielania kredytu.

Obserwowany w Polsce spadek kursu franka wynika przede wszystkim z relacji tej waluty i euro. Już od kwietnia 2017 r. systematycznie traci on na wartości w stosunku do euro, co przekłada się na spadek jego notowań w odniesieniu do złotego. Obecnie kurs EUR/CHF stara się przełamać poziom ok. 1,17 i dąży do 1,20. Jeśli uda mu się osiągnąć tą ostatnią wartość, a złoty nie osłabi się w stosunku do euro, to już niedługo możemy zobaczyć notowania franka po ok. 3,50 zł.

Przy obecnym kursie rata kredytu na kwotę 300 tys. zł na 30 lat zaciągniętego w styczniu 2008 r. wyniesie ok. 1621 zł. Dla porównania, w grudniu ubiegłego roku było to 1888 zł. Obecny poziom rat jest już bardzo zbliżony do tego jaki obowiązywał w momencie, gdy taki kredyt był udzielany. Co ciekawe, kurs wynosił wtedy 2,17 zł, a rata była niewiele niższa niż dziś, gdyż wynosiła 1534 zł. Ta dziwna sytuacja wynika z tego, że początkowe oprocentowanie takiego kredytu wynosiło 4,16%, a obecnie jest to 0,64%.

Niestety, nadal jednak wysokie pozostaje zadłużenie takiego kredytu – wynosi ok. 362 tys. zł. Mimo 10 lat spłaty wciąż jest więc wyższe niż początkowa kwota 300 tys. zł. Z drugiej jednak strony, od grudnia ubiegłego roku spadło ono aż o ok. 80 tys. zł. Trzeba jednak dodać, że na co dzień poziom zadłużenia wyrażonego w złotych nie ma dla kredytobiorców większego znaczenia. Staje się ono jednak problemem jeśli frankowicz chce sprzedać swoje mieszkanie lub gdy bank wypowie mu umowę kredytu ze względu na opóźnienia w spłacie.

 

 

Autor: Jarosław Sadowskigłówny analityk Expander Advisors

Sejm skierował do dalszych prac w Komisji Finansów Publicznych prezydencką nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy i znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Oznacza to, że spłacający tzw. kredyty frankowe mogą zapomnieć o ustawie spreadowej i pełnym przewalutowaniu swoich zobowiązań na złotówki. Jednak mogą skutecznie bronić się przed wysokimi ratami i nadmiernym zadłużeniem. Podpowiadamy rozwiązania, które można zastosować.

Ustawa ma wejść w życie 1 stycznia 2018 roku, jeśli projekt prezydenta Andrzeja Dudy zostanie przyjęty przez posłów. Co to oznacza? Osoby mające kredyty mieszkaniowe otrzymają co miesiąc wsparcie w wysokości 1,5-2 tys. zł przez 3 lata. Nieoprocentowaną pomoc finansową będą mogli spłacać przez 12 lat, pod warunkiem, że koszt kredytu przekracza 50 proc. ich dochodów. Wielu kredytobiorców nie czekało jednak na prawne rozwiązania, obecnie sprowadzające się do rolowania zadłużenia, czyli de facto wydłużenia okresu spłaty (z np. 30 do 42 lat), i sami starają się o odzyskanie na drodze sądowej zawyżonych ich zdaniem rat lub o dokonanie całkowitego oddłużenia na drodze upadłości konsumenckiej. A sprawa jest niebagatelna, dotyczy 600 tys. umów i aż miliona osób, które spłacają kredyty frankowe.

  1. Negocjacje z bankiem

To najszybsza forma rozwiązania sporu i nie musi nic kosztować. Zaczynamy od złożenia reklamacji do banku, który udzielił kredytu frankowego. Można do tego zatrudnić prawnika lub zrobić to samemu. Jak radzi Rzecznik Praw Obywatelskich na swojej stronie internetowej, reklamacja nie musi być sformułowana prawniczym językiem. Możemy napisać ją tak, jakbyśmy reklamowali niedziałający komputer. W piśmie wymieniamy wszystkie niedozwolone klauzule, które znalazły się w naszej umowie z bankiem. Jeśli nie znasz klauzul abuzywnych – zajrzyj na stronę internetową Rzecznika Finansowego (www.rf.gov.pl). Znajdziesz tam szczegółowy raport na temat klauzul abuzywnych wraz z orzecznictwem na ten temat.

– Z mojego doświadczenia wynika, że aż 90 proc. umów na tzw. kredyty frankowe jest niezgodnych z prawem i zawiera niedozwolone klauzule – twierdzi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Najczęściej klienci skarżą się na umowne klauzule waloryzacyjne podwyższające saldo zadłużenia (nieuzasadniona waloryzacja kwoty kapitału), przeliczanie rat przy użyciu tabel kursów ustalanych jednostronnie przez banki, mało konkretne i niejasne klauzule dotyczące zmiany oprocentowania kredytów, nieprawidłowe stosowanie opłat związanych z ubezpieczeniem niskiego wkładu własnego (zabezpieczają wyłącznie interes banku). Kredytobiorcy żądają od banków zwrotu nadpłat, które ich zdaniem powstały wskutek stosowania przez instytucje finansowe niedozwolonych klauzul.

Dodatkowo założyciel strony Odfrankujkredyt.info zaleca, aby reklamację dotyczącą każdej klauzuli niedozwolonej składać osobno, a nie w jednym piśmie. Bank ma 30 dni na odpowiedź, więc jeśli nie zdąży zareagować na jedno z pism, oznacza to, że uznaje reklamację.

  1. Mediacje z Rzecznikiem Finansowym

Jeśli bank nie uznał reklamacji, kredytobiorca może zwrócić się o pomoc do Rzecznika Finansowego, który działa od 2015 roku i wspiera konsumentów w sporach z instytucjami finansowymi. Wystarczy złożyć do niego bezpłatny wniosek o postępowanie interwencyjne, dołączając kopię umowy z bankiem. Eksperci z biura rzecznika dokonają szczegółowej analizy umowy kredytowej i w formie pisemnej przedstawią argumenty za uznaniem niektórych postanowień umowy za niedozwolone. To może w sposób istotny ułatwić negocjacje z bankiem.

Rzecznik Finansowy może również wszcząć postępowanie polubowne, czyli mediacje z bankiem. Wniosek o takie postępowanie kosztuje 50 zł. To jedyne tego typu postępowanie, do którego instytucja finansowa musi przystąpić. Jeżeli to nie skutkuje i konieczna będzie sprawa sądową, można prosić Rzecznika Finansowego o wydanie tzw. istotnego poglądu w sprawie. To nic innego jak obszerna i wyczerpująca analiza wad prawnych umowy, która może być bardzo przydatna w sądzie. Dotyczy to zarówno pozwów indywidualnych, jak i zbiorowych.

  1. Zawiadomienie do prokuratury

Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu zainicjowało akcję zgłaszania umów o frankowe kredyty do Prokuratury Rejonowej w Szczecinie. Zawiadomienie o przestępstwie w sprawie oszustw kredytowych jako pierwsze złożyło stowarzyszenie. Jak twierdzi, już 200 osób uzyskało status poszkodowanego. Zdaniem stowarzyszenia, jeśli prokurator stwierdzi, że bank dokonał oszustwa, to przewalutowanie kredytu i zwrot pobranych przez bank zawyżonych rat będzie o wiele łatwiejsze. Jednakże do tego postępowania mogą przyłączyć się jedynie osoby potencjalnie poszkodowane przez konkretnego kredytodawcę.

  1. Sprawa sądowa nie musi być trudna

Jeśli reklamacje i mediacje z udziałem Rzecznika Finansowego nie odniosły skutku, trzeba rozważyć wystąpienie do sądu. Można przystąpić do któregoś z pozwów zbiorowych przeciwko konkretnemu bankowi (dane kontaktowe osób, które je przygotowują, znajdziemy na stronie Bankowebezprawie.pl). Są już pozwy zbiorowe m.in. przeciwko Deutsche Bankowi, Reiffeisen Polbankowi i Pekao SA.

– Grupowe roszczenia są tańszym rozwiązaniem, ale musimy liczyć się z tym, że postępowanie sądowe będzie trwało 2-3 razy dłużej niż w przypadku indywidualnego pozwu – informuje prezes Stop Bankowemu Bezprawiu. Składając samodzielnie pozew, musisz się liczyć z koniecznością zatrudnienia prawnika specjalizującego się w sporach z instytucjami finansowymi. – Plusem jest to, że zazwyczaj jeśli klient wygra w pierwszej instancji, wiele banków nie odwołuje się lub zaczyna się z nim dogadywać – twierdzi Arkadiusz Szcześniak.

Powstają już jednak firmy, które pomagają w odzyskaniu roszczeń od banków. Jedną z nich jest Votum SA, która kredytuje postępowanie sądowe swoim klientom. Jej przedstawicielem jest Robert Moskwa, znany i popularny aktor z serialu „M jak miłość”: – Wystarczy wysłać do nas kopię umowy, a my zajmujemy się resztą. Zwracamy się do banku o dodatkowe dokumenty i składamy reklamację w imieniu naszego klienta. Żądamy zwrotu nadpłaty, która powstała na skutek klauzul abuzywnych, a jeśli to nie pomaga, kierujemy sprawę do sądu.

  1. Bank wypowiada kredyt

Wielu frankowiczów nie stać na płacenie wysokich rat i przestają spłacać kredyty. Po dwóch miesiącach bank ma prawo wypowiedzieć umowę kredytową. Zazwyczaj jednak bank czeka dłużej, wysyłając wezwania do zapłaty. To zaproszenie do negocjacji i warto wtedy podjąć rozmowy, chociaż kosztują one dużo nerwów.

Jeśli jednak bank nie chce podjąć negocjacji, sprawa nie jest jeszcze przegrana. Historia sporu sądowego z (prawdopodobnie) Santander Consumer Bankiem SA z 2015 roku pokazuje, że bankowy tytuł egzekucyjny może być wystawiony wadliwie. Klienci złożyli wobec niego sprzeciw do Sądu Okręgowego we Włocławku, a sąd go uznał, stwierdzając, że nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy. Bank wezwał klientów do uregulowania zadłużenia, stwierdzając jednocześnie, że jeśli żądanie nie zostanie spełnione, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem kredytu. Zdaniem sądu bank powinien najpierw wezwać do zapłaty, a dopiero w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę.

  1. Świadomie nie płacić rat?

Zachęca do tego Igor Kowalski, założyciel strony Odfrankujkredyt.info. Sam wyliczył nadpłatę, którą miał w stosunku do banku stosującego zakazane prawem klauzule w umowie frankowej. Sąd wystawił mu nakaz zapłaty, a kredytobiorca wniósł wobec niego sprzeciw do sądu i wygrał w pierwszej instancji. Prawomocny wyrok uzyskało 20 marca 2017 r. pewne małżeństwo. Wydał go Sąd Okręgowy w Warszawie, który w całości odrzucił nakaz zapłaty i obciążył bank kosztami postępowania procesowego. Część banków idzie po rozum do głowy i po pierwszych przegranych procesach składa klientom ofertę umorzenia części kredytu. Na walkę sądową z bankiem trzeba jednak iść z dobrym prawnikiem, podkreśla założyciel tej strony.

Innego zdania jest Robert Moskwa, przedstawiciel Votum SA. – To najgorsze z możliwych rozwiązań. Trzeba płacić raty, bo sytuacja procesowa klienta jest wtedy znacznie lepsza – twierdzi.

Nie zgadza się z nim prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. – W mojej ocenie niepłacenie rat jest w tej chwili jedną ze strategii w sądzie. Jest to o tyle prostsze, że nie mamy już bankowego tytułu egzekucyjnego i to bank musi udowodnić, że wyliczona przez niego kwota jest podana poprawnie. Z naszej praktyki wynika, że żadna kwota wyliczona w oparciu o kurs ustalany przez bank nie jest zgodna z prawem – uważa Arkadiusz Szcześniak.

  1. Upadłość konsumencka

Rozwiązaniem kompleksowym przy nadmiernym zadłużeniu jest upadłość konsumencka z końcowym całkowitym oddłużeniem. Kiedy mamy na głowie kilka kredytów i nie jesteśmy w stanie ich spłacić, a zdarzenia losowe (choroba, wypadek) i związana z tym długotrwała utrata pracy czy choćby obniżenie dochodów nie dają szansy na poprawę sytuacji – warto ogłosić upadłość konsumencką. Czasem to jedyna szansa na wyjście ze spirali długów.

– Celem upadłości konsumenckiej jest oddłużenie konsumenta, a zaspokojenie wierzycieli przesunięte jest na drugi plan. To pozwala dłużnikom wyjść z szarej strefy i rozpocząć „drugie życie” – uważa Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – To także dobre rozwiązanie dla tych, którzy wzięli kredyt we frankach szwajcarskich. Takie osoby nieraz bez szczególnych perturbacji życiowych, jak np. utrata pracy czy zdrowia, nie są w stanie regulować swoich zobowiązań – dodaje. Wbrew pozorom w takiej sytuacji banki są bardziej chętne do ugody w toku postępowania konsumenckiego.

– Kiedy kredytobiorcy ogłaszają upadłość konsumencką, wtedy bank zaczyna być skłonny do rozmów – mówi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Zdaniem prezes PMR Restrukturyzacje SA należy też obalić mit o syndyku, który puszcza dłużnika w skarpetach. – Po otwarciu postępowania upadłościowego bardzo wiele rzeczy nie podlega zajęciu (m.in. wyposażenie użytkowe mieszkania, ubrania, pościel, rzeczy niezbędne do pracy). Ale także większość przychodów, bo część wynagrodzenia jest wolna od zajęcia – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. – Z ceny sprzedaży mieszkania sąd wyłącza i przekazuje dłużnikowi kwotę potrzebną na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych rodziny na okres do 24 miesięcy. Dlatego upadłość konsumencka nie jest tak demonicznie uciążliwa, jak to niektórzy przedstawiają, a zakończona całkowitym oddłużeniem daje dłużnikowi i jego rodzinie prawdziwy nowy start – dodaje.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Bardzo długa historia o próbie rozwiązania problemu kredytów frankowych wydaje się zmierzać do końca. Potwierdziły to słowa lidera partii rządzącej, Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że frankowicze powinni wziąć sprawy w swoje ręce tj. walczyć z bankami w sądach. Następnie dodał, że państwo nie może podejmować decyzji, które mogłyby zachwiać stabilnością systemu bankowego. Ten zdecydowany komentarz nie tylko zawiódł kredytobiorców wierzących w realizację obietnic wyborczych obecnej władzy, ale równocześnie istotnie zredukował ryzyko ciążące całemu sektorowi bankowemu.

Najpierw były wielkie zapowiedzi oraz stwierdzenia, że przewalutowanie kredytów walutowych nie jest zadaniem trudnym, zwłaszcza przy możliwości zaangażowania banku centralnego. Następnie NBP jasno odizolował się od kwestii kredytów frankowych, a zespół prezydenckich ekspertów zaprezentował kilka złych ustaw. Efektem finalnym okazała się ustawa o zwrocie niesłusznie naliczonych spreadów, która de facto także nie była dobrym rozwiązaniem. W rezultacie temat jakby przepadł bez wieści.

Brak pomocy ze strony państwa oznacza, że jedynym rozwiązaniem dla frankowiczów pozostaje droga sądowa. Ta nie jest prosta, o czym wielu z nich zdążyło się już przekonać, a co więcej nie gwarantuje sukcesu. Do tej pory znane są jedynie pojedyncze przypadki, w których to kredytobiorca zwyciężył z bankiem. Wydaje się, że wielu zadłużonych w walucie obcej nie podejmie takiego wysiłku, chociażby ze względu na wysokie koszty i niskie prawdopodobieństwo sukcesu. To oznacza, że frankowicze będą musieli spłacać swoje zobowiązania na dotychczasowych warunkach. Niemniej, jak wskazują badania, do tej pory ze swoich obowiązków wywiązywali się wzorowo, znacznie lepiej niż osoby zadłużone w polskiej walucie.

W bardziej korzystnej sytuacji znajdują się banki. Jeżeli słowa prezesa PiS nie były rzucone na wiatr, to branża może odetchnąć z ulgą. To nie oznacza jednak, że ryzyko związane z kredytami frankowymi zostanie całkowicie zlikwidowane. Te kontrowersyjne aktywa nadal będą utrudniać prowadzenie biznesu, toteż banki prędzej czy później być może zdecydują się na ich stopniowe przewalutowanie, oczywiście na swoich warunkach. To oznacza, że koszty banków będą relatywnie niewielkie i rozłożone w czasie.

Na słowa Jarosława Kaczyńskiego inwestorzy zareagowali natychmiastowo, aczkolwiek jednorazowo. Po jednodniowej euforii, póki co nie widać dalszych odznak wzmożonego entuzjazmu. Rynek najprawdopodobniej będzie czekał, bacznie obserwując dalszy rozwój zdarzeń. Mimo wszystko wypowiedź polityka raczej pozytywnie została oceniona przez inwestorów, zwłaszcza tych zagranicznych. Tym niemniej należy podkreślić, że sektor bankowy od ponad dwóch miesięcy jest wyróżniającym się segmentem na warszawskim parkiecie. Inwestorzy wierzą w ten biznes, bowiem mają ku temu podstawy. Według NBP, zysk sektora bankowego wzrósł o 24% rdr w 2016 r. Dane te znalazły swoje odzwierciedlenie w solidnych wynikach finansowych za czwarty kwartał 2016 r., które zostały opublikowane przez ING, Pekao czy też mBank. Niewykluczone, że wyniki pozostałych podmiotów z tegoż sektora także wpiszą się w niniejszą tendencję.

Banki udowodniły, że potrafią sobie poradzić pomimo niesprzyjających im warunków. Obciążenie z tytułu podatku bankowego nie okazało się dotkliwe, a co więcej owe koszty zostały przeniesione na konsumentów. Ponadto, wielu przedstawicieli branży rozwija swój biznes i poprawia wyniki. Oczekiwania są tym większe, gdyż najnowsze dane makroekonomiczne wskazują na kiełkujące ożywienie gospodarcze, natomiast realizacja perspektywy unijnej ma w końcu przyspieszyć. To generuje szansę na wzrost krajowych inwestycji, toteż na wzmożone zapotrzebowanie na kredyt. Co więcej, rosnące oczekiwania inflacyjne pobudzają nadzieję na podwyżkę stóp procentowych.

Mimo wszystko warto nieco studzić entuzjazm. Podwyżka stóp procentowych raczej pozostaje odległym scenariuszem, bowiem RPP wyraźnie podkreśla, że rok 2017 nie przyniesie żadnych zmian w polityce pieniężnej. Ryzyko związane z kredytami frankowymi wyraźnie spadło, jednakże jeszcze nic nie zostało przesądzone. Dodatkowo nie do końca wiadomo, jak na sektor wpłyną nowe przepisy dotyczące naliczania składek do BFG. Warto również pamiętać, że wyceny wskaźnikowe polskich banków na tle całej branży w naszym regionie, a nawet Europy Zachodniej, pozostają wymagające.

Podsumowując, wiele wskazuje na to, że frankowy roller coaster może zakończyć się happy endem dla banków oraz rozwianymi nadziejami kredytobiorców. To z kolei wpłynie na poprawę atrakcyjności sektora bankowego, który już od kilku miesięcy wydaje się odzyskiwać swój blask. W efekcie być może warto zwiększyć ekspozycję na ten sektor, chociaż kluczem do sukcesu najprawdopodobniej pozostanie wnikliwa selekcja. Rok 2017 dla tej branży zapowiada się obiecująco, ale jeżeli koniunktura gospodarcza nie zawiedzie, a RPP zrewiduje politykę monetarną najwcześniej za rok, to co najlepsze dla banków może nadejść dopiero w 2018 r.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Od feralnego czwartku 15 stycznia 2015 roku, już niebawem miną dwa lata. Podczas gdy politycy debatują o problemach „frankowców”, około 500 000 rodzin i singli regularnie spłaca swoje raty uzależnione od kursu CHF/PLN. Dzięki tym regularnym spłatom, z miesiąca na miesiąc spada saldo zadłużenia wyrażone we frankach. Dane NBP wskazują, że przez 12 miesięcy (wrzesień 2015 r. – wrzesień 2016 r.), krajowi „frankowcy” w ratach spłacili kapitał o wartości około 5,2 mld zł (1,3 mld CHF). Niestety do zwrotu pozostały jeszcze 132 mld zł (ok. 33 mld CHF). Saldo zadłużenia we frankach nadal powinno systematycznie spadać. Mimo tego, przez najbliższe lata wahania kursowe wciąż mogą być groźne dla kredytobiorców i całej gospodarki. Za rok zadłużenie „frankowców” (przeliczone na złote) nadal będzie wyższe niż obecnie, jeżeli kurs CHF/PLN wzrośnie do 4,50 zł. 

 Proporcje między kredytami rozliczanymi w PLN i CHF zupełnie się odwróciły …

Informacje o aktualnej i historycznej wartości „frankowych” kredytów, możemy znaleźć w comiesięcznych zestawieniach NBP. Dane Narodowego Banku Polskiego wskazują, że pod koniec minionej dekady los sprzyjał krajowej gospodarce. Gdyby wówczas kurs CHF/PLN przekroczył 4,00 zł i utrzymał się na takim poziomie, to kłopoty „frankowców” i banków byłyby poważniejsze. W tym kontekście trzeba wspomnieć, że na początku 2009 roku, kredyty rozliczane według kursu franka stanowiły aż 69% wartości całego portfela kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych – tłumaczy Andrzej Prajsnar z portalu RynekPierwotny.pl. Obecnie porównywalny wynik wynosi około 34. To oznacza, że proporcje pomiędzy „frankowymi” kredytami oraz innymi „hipotekami” praktycznie się odwróciły.

Rozwój akcji kredytowej w złotym (związany m.in. z programami Rodzina na Swoim i MdM), zredukował udział „frankowych” kredytów w ogólnej wartości kredytów mieszkaniowych dla gospodarstw domowych. Równocześnie zmniejszyła się też relacja kredytów rozliczanych we franku do produktu krajowego brutto. Pod koniec 2009 r. takie „hipoteki” stanowiły aż 11,7% polskiego PKB. Wynik dotyczący 2015 r. to 7,7% PKB. Oczywiście wartość z minionego roku nadal jest zbyt wysoka. Wśród krajów UE, tylko Austria cechuje się podobną ekspozycją na ryzyko walutowe w kredytach mieszkaniowych.

Na poniższym wykresie możemy zauważyć, że wartość zadłużenia „frankowców” przeliczona na złote, spada w długiej perspektywie (listopad 2011 r. – 168 mld zł, wrzesień 2016 r. – 132 mld zł). Ten trend spadkowy niestety jest osłabiany przez niekorzystne zmiany kursowe. Szybciej maleje natomiast zadłużenie wyrażone we frankach. Jego wartość wynosiła:

  • wrzesień 2009 r. – 48,16 mld CHF
  • wrzesień 2010 r. – 47,19 mld CHF
  • wrzesień 2011 r. – 45,41 mld CHF
  • wrzesień 2012 r. – 43,33 mld CHF
  • wrzesień 2013 r. – 40,77 mld CHF
  • wrzesień 2014 r. – 38,28 mld CHF
  • wrzesień 2015 r. – 34,50 mld CHF
  • wrzesień 2016 r. – 33,20 mld CHF

Gdyby utrzymały się notowania franka z września 2009 roku (2,70 zł – 2,80 zł), to kredytobiorcy mieliby znacznie mniejsze powody do narzekań – dodaje ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Niestety wzrost kursu CHF/PLN pochłonął wszystkie korzyści związane ze spłatą kapitału i wywołał problemy dotyczące m.in. wysokiego poziomu wskaźnika LtV (LtV = obecne zadłużenie/obecna wartość mieszkania).

zadluzenie-frankowcow-rp-wyk-1

Za cztery lata walutowe zadłużenie „frankowców” może przekraczać 20 mld CHF

 Po sprawdzeniu miesięcznego tempa, w jakim spada walutowe zadłużenie „frankowców” okazuje się, że ta zmiana ma prawie liniowy charakter. Dzięki temu można stosunkowo łatwo przewidzieć, jaka będzie bilansowa wartość kredytów (wyrażona w CHF) na przykład za rok albo trzy lata. Prognoza zakłada, że nie nastąpią znaczące procesy restrukturyzacyjne (np. umorzenia) albo znacznie częstsze nadpłaty.

Faktyczna wartość „frankowych” kredytów, oczywiście będzie zależała od poziomu przyszłego kursu CHF/PLN. Dlatego prognoza zakłada pięć scenariuszy (CHF/PLN = 3,00 zł, 3,50 zł, 4,00 zł, 4,50 zł, 5,00 zł). Ze względu na wzrost ogólnego ryzyka gospodarczego i politycznego, nie można wykluczyć nawet dwóch najbardziej negatywnych wariantów.

zadluzenie-frankowcow-rp-tab-1

Wyniki z powyższej tabeli wskazują, że pomimo systematycznego spadku zadłużenia wyrażonego w CHF, ryzyko walutowe dla kredytobiorców, banków i całej gospodarki nadal będzie duże. Jeśli za rok kurs CHF/PLN osiągnie 4,50 zł, to zadłużenie „frankowców” przeliczone na złote (ok. 134 mld zł), mimo spłaty nadal będzie wyższe od obecnej wartości (132 mld zł). Wzrost kursu CHF/PLN do 5,00 zł w listopadzie 2018 r. też skutkowałby wartością „frankowych” kredytów większą niż obecnie (po przeliczeniu na złote). Ten przykład pokazuje, że przez najbliższe lata wzrosty wartości franka nadal będą niebezpiecznym zjawiskiem. Faktyczne skutki takich „frankowych” szoków oczywiście będą zależały od skali restrukturyzacji długu oraz kondycji gospodarczej naszego kraju.

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Gdy okazało się, że wybory w USA wygrał Donald Trump, kurs franka wzrósł, ale nieznacznie. Duża zmiana nastąpiła dopiero podczas długiego weekendu. W piątek kurs wzrósł bowiem do 4,12 zł i na takim poziomie utrzymuje się do dziś. Z wyliczeń Expandera wynika, że najbliższa rata kredytu w tej walucie będzie aż o 96 zł wyższa od październikowej. Oznacza to także, że
w porównaniu do posiadaczy kredytu w złotówkach, frankowicze zapłacą aż o 776 zł więcej.

 Za tak wysoką cenę odpowiadają dwa czynniki. Po pierwsze, osłabił się złoty, co widać po wzroście cen ważniejszych walut, takich jak euro czy dolar amerykański. Jednocześnie frank umocnił się w porównaniu do euro. Przyczyną obu sytuacji jest niepewność i obawa o to, co zrobi nowy prezydent Stanów Zjednoczonych. W takich okolicznościach szwajcarska waluta zawsze traktowana jest jako tzw. bezpieczna przystań. Nasz złoty niestety zwykle traci wtedy na wartości.

Z tego też względu raty kredytów we frankach wzrosły znacznie bardziej niż w euro. Przyjmijmy, że  kredyt na kwotę 300 000 zł na 30 lat został zaciągnięty w sierpniu 2008 r. Jeśli był to kredyt w euro, to jego najbliższa rata będzie o 38 zł wyższa niż październikowa. W przypadku długu we frankach wzrosła ona znacznie bardziej, bo aż o 96 zł. W rezultacie rata kredytu we frankach jest dziś aż o 776 zł wyższa niż w złotych.

tabela_raty_dla_kredytu_z_2008_r_na_kwote_300_000_zl

Nagły wzrost kursu najbardziej odbił się jednak na zadłużeniu. W przypadku kredytu we frankach, od października wzrosło ono aż o 22 100 zł, a euro o 8 800 zł. Zadłużeni w tej walucie po raz kolejny muszą się więc pogodzić z tym, że choć co miesiąc spłacają raty, to ich zadłużenie zamiast spadać, cały czas rośnie. W naszym przykładowym kredycie, mimo ponad 8 lat spłaty, wzrosło ono z 300 000 zł do 492 629 zł.

Co ważne, ich zadłużenie jest znacznie wyższe niż w przypadku kredytu w złotych, mimo że w sumie zapłacili wyższe raty. Co prawda początkowo niższe raty miał kredyt we frankach, ale od połowy 2010 r. sytuacja się odwróciła. Początkowe korzyści zostały już zniwelowane i suma zapłaconych do dziś rat kredytu we frankach jest już o 27 500 zł wyższa niż kredytu w złotych.

Jarosław Sadowski
Główny analityk firmy Expander

Frankowiczu,  masz problem ze spłatą kredytu? Możesz tylko na tym skorzystać!

Banki mające w swoim portfelu w kredyty niby-frankowe, same się proszą o to, aby nie spłacać tych zobowiązań. Poniżej opisuję nową akcję banków, którą ostatnio dość często spotykam w swojej praktyce. Akcję tę poznałem z relacji wielu frankowiczów, którzy zwracają się do mnie po pomoc, gdyż bank odmówił im restrukturyzacji. Cytuję fragmenty jednej z odpowiedzi kredytodawcy na wniosek klienta o obniżenie rat:

„Przykro nam, Pana prośba została rozpatrzona negatywnie. Możemy zaproponować złożenie wniosku o udzielenie wsparcia dla kredytobiorcy z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców”.

Niedźwiedzia ustawa?

W ten oto sposób, ustawa z dnia 9 października 2015 r. o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy, okazała się dla frankowiczów klasyczną niedźwiedzią przysługą. Jak brakuje Ci do raty, idź po ustawową pomoc i powiększ swoje zadłużenie. Takie to mądre rady otrzymują dziś ze strony niektórych banków, klienci mający problem z obsługą wciąż rosnących kosztów spłaty toksycznego kredytu.

 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

 Wbrew pozorom odmowa restrukturyzacji kredytu w CHF, może wyjść jedynie na dobre części klientom. Szczególnie w sytuacji, kiedy wartość nieruchomości jest niższa od kwoty zobowiązania, co zgodnie z trzeźwą oceną sytuacji przeczy sensowi dalszej spłaty takiego kredytu. Bowiem to tak jakbyśmy kupowali od banku nasze mieszkanie (lub dom) za kwotę znacznie powyżej jego ceny rynkowej i jeszcze płacili z tego tytułu odsetki. Jeśli  frankowicz znalazł się pod ścianą, a bank nie wyraził zgody na obniżenie rat, mamy wtedy dwa wyjścia.

Wyjście nr 1: Siedzę i płaczę, kredytu nie płacę

 Czyli: poddaję się bez walki. Próbuję pisać do banku kolejne, błagalne pisma,  wpłacam wszystko co mam na poczet kredytu, zwykle mniej niż wynosi rata.  W końcu zaprzestaję spłaty, bowiem nie mam już na to środków. Co dalej? Czekam biernie z przerażeniem na kolejne ruchy (czytaj: ciosy) banku  (czytaj: oprawcy). Będą to: wypowiedzenie umowy, pozew o zapłatę, skierowanie sprawy do komornika, licytacja nieruchomości, eksmisja.

Możemy trochę sytuację swoją poprawić przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej, ale także w tym wypadku mamy pełne poczucie przegranej.

Czyż nie lepiej wygląda druga metoda działania? Frankowiczom polecam

Wyjście nr 2: Walczę i nie płaczę, kredytu nie płacę

Bank nie chce od Ciebie pieniędzy? Nie to – nie! Masz więc świetną wymówkę, aby nie zapłacić bank-dytom ani złotówki. Drogę działania kredytobiorcy opisywałem po części także w poprzednich odcinkach Poradnika, dziś krótkie przypomnienie jakie rodzą się możliwości obrony.

Sposób działania zależy także od bieżącej sytuacji finansowej frankowicza.

Albo stać Cię będzie na prowadzenie walki w sądzie, albo nie będziesz posiadał na to odpowiednich środków. Ale nawet w tym drugim wariancie istnieją szanse na wygraną. Poniżej przedstawiam ten wariant.

Wariant 1. Nie mam środków na opłacenie kosztów procesu

Tu istnieje możliwość oddania sprawy w ręce prawników, którzy wezmą na siebie ryzyko prowadzenia procesu na własny koszt. Taką właśnie drogę wybiera część moich klientów.  Jak to działa?  W uzgodnieniu z kancelarią należy w stosownym momencie przenieść własność nieruchomości na wskazany podmiot i czekamy na pozew. Liczymy oczywiście na pełną wygraną (trudno jest z góry ocenić szanse) czyli, że uda się kancelarii udowodnić bezzasadność pozwu. Co oznacza, że dług znika.  Jeśli tak, nieruchomość zostaje „odzyskana” bez żadnych obciążeń, po czym zostaje sprzedana. Zwykle kredytobiorca może uzyskać z kwoty sprzedaży 15% ceny, to już kwestia ustaleń z kancelarią. Ale osoba ta jednocześnie pozbywa się długu! Przypomnę, że przed wejściem w spór z bankiem, wartość nieruchomości była ujemna: mówimy bowiem o sytuacji, kiedy kwota kredytu była wyższa od ceny ewentualnej sprzedaży przedmiotu zabezpieczenia.

Wariant 2. Podważamy w sądzie indeksację kredytu

W tej dziedzinie specjalizuje się już kilka kancelarii. Coraz więcej wygranych pozwów przez frankowiczów w tego typu sprawach daje nadzieję, że i Twój proces zakończy się porażką banku. Jakie będą tego efekty? Kredytodawca musi raz jeszcze dokonać przeliczenia kredytu, przy założeniu, że nigdy nie istniała w rozliczeniach z bankiem inna waluta niż złotówka. Czyli wszystkie wpłaty, które dokonywałeś na spłatę kredytu niby-frankowego, będą traktowane podobnie, jakbyś od początku miał kredyt w krajowej walucie. Sądzę, że każdorazowo będą to mocno skomplikowane wyliczenia, ale per saldo Twoje zadłużenie wobec banku może zmniejszyć się o 50, 60, czy nawet  o 70%. Wszystko zależy kiedy uzyskałeś kredyt, jakich do tej pory dokonałeś wpłat na poczet spłaty zadłużenia oraz jaki system rozliczenia kredytu zostanie uznany przez sąd za prawidłowy.  Jakie mogą być koszty takiego postępowania? W zależności od tego, czy będzie to jedna, czy dwie instancje, koszty po stronie kredytobiorcy będą się wahać od 10 do około 20 tysięcy złotych. W wielu przypadkach pewnie dojdzie jeszcze wynagrodzenie kancelarii za sukces, ale oczywiście premia ta będzie należna wyłącznie w przypadku wygranej sprawy.

Wariant 3. Podważamy w sądzie … istnienie długu

To najciekawszy sposób obrony i oczywiście – najbardziej optymistyczny dla ucha frankowicza. Pod warunkiem, że faktycznie pozew banku o zapłatę zostanie całkowicie oddalony. Jest to całkiem „świeży” wynalazek, nie jest wiadome jak sądy będą reagować na prowadzenie sprawy w tenże sposób. Powyższa metoda działania doskonale się sprawdza przy walce z nakazami zapłaty, które do sądu składają firmy windykacyjne, tj. po nabyciu danej wierzytelności od banku. Takie pozwy, specjaliści, z którymi pracuję wygrywają w 8 na 10 przypadków.  Podobna forma walki w sądzie kontra pozwom dotyczącym kredytów frankowych, jeszcze na dziś nie jest dokładnie rozpoznana. Ale są już pierwsze sukcesy, oto fragment niedawno otrzymanego maila od naszych speców od „znikających długów”:

„Wygraliśmy z bankiem pierwszą sprawę hipoteki w CHF – powództwo oddalone w całości. Sąd tak pięknie uzasadnił oddalenie pozwu, że nawet   się apelacji nie spodziewamy. A jak będzie apelacja – to sobie z nią poradzimy z dużym prawdopodobieństwem.”  

Dodam, że sprawa ta dotyczy kredytu w kwocie blisko 300 tys. zł. Pewnie zapytasz dłużniku, jakie są koszty takiej formy obrony? Wyjściowa stawka  za pozew  to nie mniej niż 15 tys. zł. Ale im wyższa kwota kredytu oraz im bardziej skomplikowany przypadek – kwota ta może znacząco wzrosnąć.  Jest to jednak zawsze kwestią uzgodnień stron. Gdyby jednak okazało się,  że uznasz taką drogę walki za zbyt kosztowną (w szczególności, że wyroki sądów są niezbadane), możesz wybrać tańszy Wariant 2. Lub też walczyć bezkosztowo, czyli skorzystać z Wariantu 1.

 Pora na „darmowe obiadki”

Podjęcie walki z bankiem z udziałem profesjonalistów ma też inny wielki plus. Otóż podczas całego okresu postępowania, nie płacisz na poczet spłaty kredytu nic a nic, a czerpiesz korzyści z nieruchomości. Czyli: albo w niej mieszkasz, albo wynajmujesz. Ostatnio trafiły do mnie dwie podobne sprawy, gdzie nieruchomość jest wynajęta i daje to przychód w kwocie na poziomie 4 tys. zł. miesięcznie, przy czym rata kredytu przekracza 5 tys. zł. Bilans roczny zaprzestania spłaty takiego zobowiązania to 60 tys. zł! Tych kredytobiorców nie musiałem długo namawiać, aby sobie odpuścili spłatę; zresztą jak do mnie trafili, de facto – już nie mieli z czego dokładać do kolejnych rat.

Przegrana w sądzie: czy to koniec walki?

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie każda sprawa w sądzie zakończy się wygraną frankowicza. Także w sytuacji, kiedy do walki z bankiem wynajmiemy najlepszych specjalistów. I co wtedy? Czy przegrana oznacza sromotną porażkę kredytobiorcy? Nic z tych rzeczy! Dochodzi wtedy jeszcze jedna możliwość (poza ewentualnością ubiegania się o upadłość konsumencką). Jest to metoda działania, w której się specjalizuję.

Wariant 4. „Kontrolowana” sprzedaż wierzytelności przez bank

 Jak to działa? Opiszę to na przykładzie sprawy, którą zamknąłem we wrześniu br.  Bank posiadał wierzytelność (wypowiedziany kredyt hipoteczny, także w CHF) na kwotę ok. 1,1 mln zł.  Zabezpieczeniem było mieszkanie o wartości ok. 700 tys. zł.  Szans na odzyskanie długu w inny sposób niż egzekucja komornicza nie było, więc udało mi się przekonać bank, aby sprzedał wierzytelność – wskazanemu przeze mnie podmiotowi – za  kwotę  450 tys. zł. I jednocześnie zwolnił nieruchomość z zabezpieczenia kredytu.

Niby proste, ale takie transakcje zwykle trwają nie mniej niż kilka miesięcy. Finalnie kredytobiorca zostaje w tym wariancie bez długu. Dodatkowo, zanim nastąpi zamknięcie całej transakcji – może to trwać nawet kilka lat – może ów dłużnik korzystać z darmowych obiadków.

Uciemiężeni przez banki: szable w dłoń!

Jak widzisz frankowiczu, Twoje możliwości działania przeciwko bankowym oprawcom są naprawdę szerokie. Pod warunkiem, że do tej walki mężnie staniesz. Ale, my Polacy, wszak walkę z teoretycznie silniejszym wrogiem mamy we krwi. Patrz: liczne zrywy narodowe. Z tą jednak różnicą, że niemal we wszystkich powstaniach ponosiliśmy zwykle sromotną porażkę, a w tej walce możemy wroga pokonać!

Szanowni Internauci. Następne odcinki Poradnika będą efektem Państwa licznych pytań, które dostajemy drogą mailową. Najbliższa odsłona będzie poświęcona zagadnieniu upadłości konsumenckiej. I Ty, Czytelniku możesz zadać pytanie w interesującej Cię kwestii. Jeśli jesteś tym zainteresowany, wyślij treść pytania na poniższy adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

7 błędów, jakich nie możesz popełnić przy problemach ze spłatą kredytu.

 Na początek tej odsłony Poradnika – przestroga. Otóż, jeśli masz dłużniku problemy ze spłatą kredytu, najgorszymi działaniami są tzw. bezrefleksyjne odruchy naturalne. Co przez to rozumiem? Nie mam środków na spłatę raty, więc je organizuję w najprostszy sposób. Bo przecież tyle mam możliwości… Oczywiście do czasu. I właśnie między innymi o tym będzie dzisiejszy odcinek.

  1. Nie sięgaj po „łatwe pieniądze”: od rodziny i przyjaciół

Dopóki posiadamy wiarygodność płatniczą w swoim otoczeniu oraz w instytucjach finansowych, bez najmniejszego problemu pozyskamy środki, których zabraknie nam do raty. Często najłatwiej zwrócić się do członka rodziny, czy do przyjaciela. Zwykle nikt z bliskich osób nie odmówi pożyczki na kwotę tysiąca, czy dwóch tysięcy złotych, jeśli oczywiście osoba ta nie posiada problemów finansowych. Powyższe działanie może okazać sensowne jedynie w sytuacji, kiedy Twój problem ze spłatą kredytu jest chwilowy, a nie trwały. W tym drugim przypadku – zajmij się problemem w jego początkowej fazie,  tj. kiedy zorientujesz się, że twój budżet domowy się nie dopina i nie widać szans na szybką poprawę tej sytuacji. I nie mieszaj najbliższych ci osób do Twojej umowy z bankiem – masz ten problem rozwiązać wspólnie z kredytodawcą. Choć pewne jest, że tenże uzna, że jest to wyłącznie Twój kłopot. Nigdy takiego stanowiska nie akceptuj –  w treści umowy są zawsze dwie strony.

  1. Nie spłacaj rat przez zwiększanie zadłużenia

Bardzo częsty błąd popełniany przez kredytobiorców (nie tylko tych hipotecznych), to poprawianie bieżącej płynności finansowej przez zaciąganie pożyczek w  bankach oraz w firmach pożyczkowych. Jest to przykład typowego, automatycznego działania. Czyli wejście w życie „od raty do raty”. W kolejnym miesiącu sytuacja się powtarza, po pewnym czasie jesteśmy w kleszczach typowej pułapki kredytowej. Ta droga działania musi skończyć się prędzej czy później tragedią dla dłużnika.

  1. Nie ratuj na siłę kredytu hipotecznego kosztem innych zobowiązań

Znowu – klasyk, jeśli chodzi o błąd w działaniu kredytobiorcy. Na ratę za mieszkanie środki muszą się znaleźć, ale za to zalegamy z czynszem za ten lokal, a przedsiębiorcy najczęściej „zapominają” o składkach na ZUS, czy opłatach należnych Urzędowi Skarbowemu. Zaczyna się od małych zaległości, ale jeśli mamy stały deficyt w budżecie – po jakimś czasie są to już dziesiątki tysięcy złotych zaległości. Taka taktyka prędzej czy później rozłoży nas na łopatki.

  1. Jeśli nie starcza Ci na ratę „hipoteki”, nie wyprzedawaj składników majątku

Jeśli źródłem Twoich problemów jest kredyt hipoteczny, jeśli masz coś sprzedać, to sprzedaj nieruchomość, która jest zabezpieczeniem tego kredytu. Oczywiście będzie z tym problem, jeśli dług jest większy niż cena sprzedaży, którą możesz uzyskać. Ale skoro tak jest – musisz mocno zastanowić się nad sensownością spłaty tego kredytu, na temat wypowiadałem się razy kilka w poprzednich odcinkach Poradnika. Błędem natomiast jest np. sprzedaż innej nieruchomości (lub ruchomości), aby co miesiąc uzupełniać niedobór środków w budżecie z ceny sprzedaży. Bowiem kiedyś te środki się skończą, a problem wciąż nie będzie rozwiązany. Zatem odpowiednią kalkulację zrób na początku zdiagnozowania sytuacji niedoboru, a nie kiedy już wszystko co mogłeś wyprzedasz i dalej nie będziesz miał możliwości spłaty rat z bieżących dochodów.

  1. Strzeż się sztuczek banków z aneksami restrukturyzacyjnymi

To jest bardzo ważny temat, szczególnie w zakresie problemów frankowiczów. Otóż, jak już powszechnie wiadomo, umowy na kredyty niby-frankowe, które powstały w okresie przed kryzysem z 2008 roku, to często efekt radosnej twórczości bankowych prawników. Większość tych umów zawiera klauzule abuzywne, bardzo naciągana jest też forma indeksacji rat i zadłużenia, tj. przeliczania niby-franków na złotówki. Te „dziewicze” umowy z 2007, czy 2008 roku raczej się w sądzie nie wybronią, jeśli oczywiście przekażemy sprawę w ręce wyspecjalizowanej kancelarii prawnej.

Słabości zapisów zawartych przed laty umów banki mogą mocno zniwelować, poprzez podłożenie ci do podpisu aneksu restrukturyzacyjnego odpowiedniej treści. Po pierwsze będziesz musiał uznać dług jako bezsporny, po drugie bank znacząco wzmocni swoją pozycję przy ewentualnej egzekucji należności. Czyli – jeśli taki dokument podpiszesz, nie tylko tracisz najmocniejsze argumenty przy ewentualnym sporze sądowym, ale na dodatek ułatwisz bankowi szybszą pacyfikację Twojej osoby.

Pamiętaj więc: restrukturyzacja ma sens jedynie w przypadku, kiedy Twoje problemy ze spłatą kredytu są chwilowe.

Jeśli wiesz o tym, że spłata kredytu przerosła Twoje możliwości w dłuższym dystansie – nawet nie myśl, aby ubiegać się o restrukturyzację!

  1. Nie daj się zmanipulować przez telefonicznych windykatorów

W przypadku braku spłaty zobowiązania (w części lub całości raty) banki zwykle stosują m.in. windykację telefoniczną. Prowadzą ją wyszkoleni pracownicy banku – zwykle najniżej stojący w hierarchii w tej instytucji – ich wyłącznym zadaniem jest wyciągnięcie od Ciebie dwóch informacji: kiedy dokonasz spłaty i w jakiej kwocie. Osób tych kompletnie nie interesują przyczyny braku spłaty, ani też, czy jesteś w stanie te środki w jakikolwiek sposób zdobyć. Wchodzenie w rozmowy z windykatorami telefonicznymi mija się więc z celem, szczególnie, że są to osoby mocno wyszkolone w kwestii jak skutecznie wywierać presję psychiczną na dłużnika.  Jeśli więc zdecydowałeś się na podjęcie rozmowy z windykatorem – powiedz prawdę. Czyli: nie mam środków na ratę i nie wiem kiedy będę je posiadał.

Jeśli jednak dasz się wkręcić takiej osobie i złożysz odnośnie przyszłej spłaty obietnicę bez pokrycia, możesz spodziewać się kolejnych telefonów w tonie bardzo napastliwym, wbijającym Cię w poczucie winy. Mało, że jesteś niesolidnym kredytobiorcą, to na dodatek jesteś oszustem – tak to będą przedstawiać Twoi rozmówcy.

Generalnie – wcale nie musisz takich rozmów prowadzić. Jeśli jednak zamierzasz uzgodnić z bankiem zmianę harmonogramu, czy też poinformować o problemach ze spłatą rat – zrób to na piśmie. Skierowanie do banku korespondencji pisemnej zwalnia Cię z obowiązku prowadzenia rozmów telefonicznych z windykatorami. Wtedy po prostu mówisz takiej osobie:

– „Dziękuję za telefon, jestem w stałym kontakcie z bankiem. Do widzenia.”

  1. Nie korzystaj z pomocy przypadkowych „doradców”

Mam tu na uwadze zarówno pomoc prawną, jak również doradców od restrukturyzacji. Tacy pseudo-fachowcy nie dość, że wyciągną od Ciebie ostatni grosz, to na dodatek – zwykle tylko skonfliktują Cię z wierzycielem, lub w inny sposób pogorszą Twoją pozycję przy ewentualnych negocjacjach.

Tu posłużę się przykładem, oto fragment korespondencji jednej z moich obecnych klientek:

„ Kiedy wszelkie moje próby i wysiłki dojścia do porozumienia z bankami (propozycja niższych rat) spełzły na niczym,  zaangażowałam do tej walki jedną z kancelarii zajmujących się  niby – restrukturyzacją. Umówiliśmy się  na obsługę stałą, mieli zająć się moimi sprawami, bo nie miałam już siły do walki. Po uiszczeniu opłaty wstępnej i po płaceniu co miesiąc wcale nie małych kwot za tę obsługę, dziś efektem naszej zakończonej już współpracy jest komornik z jednego z banków (zdobyli BTE rzutem na taśmę – pod koniec ub. roku) i żadnego postępu w pozostałych sprawach….”

Tak niestety niemal zawsze kończy się „przypadkowe doradztwo”. Osiągniesz skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Podsumowanie

W przypadku, kiedy dociera do nas komunikat, że z bieżących dochodów nie jesteśmy w stanie spłacać zobowiązań oraz, że sytuacja ta ma charakter trwały – nie można tego problemu odkładać „na później”. Każdy miesiąc generuje dodatkowe koszty, deficyt w budżecie domowym rośnie. Dochodzą bowiem pozyskane na ratę „łatwe pieniądze” lub nowe pożyczki do spłaty, co w konsekwencji spowoduje, że kiedyś dojdziemy „do ściany”. I tacy klienci właśnie do mnie często trafiają, czasem także tacy – na których ściana ta już się zawaliła i są ścigani przez rzesze komorników. Zatem im szybciej zmierzymy  się z problemem braku płynności finansowej, tym mniejsze odniesiemy straty. Często też, przyszłych strat uda się uniknąć.

I tradycyjnie na koniec: sonda dla Czytelników. Zaglądam zawsze do komentarzy po każdej z części Poradnika, w ubiegłym tygodniu wywiązała się tamże ciekawa dyskusja. Przedstawiam najpierw komentarz „kredycika”:

~kredycik – 28.10 (15:18)

trochę to przypomina poradnik dla złodzieja, no bo jak rozumieć poradnik by nie oddawać długu, który się zaciągnęło. Nie słyszałem nigdy by kogoś zmuszano do wzięcia kredytu – ja wziąłem w złotówkach i płaciłem nawet w pewnym momencie 6,5%, ale franków nie chciałem, bo nie chciałem ryzyka. Rozumiem, że ktoś może ryzykować, jego decyzja ale konsekwencje też jego. Głupota i chciwość to cechy jakie doprowadziły te osoby do miejsca gdzie są a nie banki czy ktoś inny.

A oto jak na powyższy wpis „kredycika” odpowiedział „Zibi”:

~Zibi – 29.10  (07:25)

Nie rozumiesz istoty problemu. Do zakupu VW też nikt nie zmuszał, ale owszem zachęcał. I teraz VW zapłaci w USA 16 mld $ odszkodowań. Normalne, nie? Żadna inna branża, poza bankową nie ma tyle buty chamstwa i bezczelności co branża banksterska, żeby całą winę zwalać na klientów. Jakoś nie słyszałem prezesa VW i lobbystów motoryzacji żeby pyskowali w każdej stacji TV i gazetach „widziały gały co brały”.

Szanowny Czytelniku, a według Ciebie kto ma rację w powyższej dyskusji?

 

 Krzysztof OPPENHEIM

fot. absfreepic.com

Samotność frankowicza. Kredytobiorco – broń się „techniką Rambo”!

 Dzisiejszy odcinek Poradnika stanowi komentarz do zakończonej pełną porażką misji Prezydenta Dudy, w sprawie ulżenia losom frankowiczów.

Bo tak można ocenić finalne założenia ustawy spreadowej, która została niedawno przedstawiona w sejmie. W tej części Poradnika wskazuję także drogę frankowicza do odniesienia wygranej w tej bardzo nierównej walce.

Ponieważ temat toksycznych kredytów jest dość mocno już wyeksploatowany przez media, moja wypowiedź będzie w konwencji filmowej. Aby choć trochę  uatrakcyjnić kolejny przekaz na temat problemu frankowiczów.

W pierwszej części tytułu niniejszej odsłony Poradnika nawiązuję do doskonałego obrazu Toma Richardsona – „Samotność długodystansowca” (rok 1962). Jest to jeden z najwybitniejszych filmów z tzw. angielskiej nowej fali. Twórcy tego gatunku postawili sobie za cel ukazywanie realnego obrazu życia kraju, m.in. przez poruszanie tematów kontrowersyjnych.  Bohaterem filmu jest nastoletni Colin Smith, który nie pasuje do systemu. I nie ma zamiaru się do niego przystosować, widząc w otaczającym go świecie jedynie fałsz i zakłamanie, gdzie żadna z instytucji nie spełnia swojej wyznaczonej funkcji.  W swojej walce z systemem jest potwornie samotny. Wypisz wymaluj przypomina mi to sytuację frankowiczów, których losem niby tyle poważnych osób (i ważnych instytucji) się przejmuje i niby każdy próbuje im pomóc. A i tak na koniec zostają ze swoim problemem absolutnie sami. Colin Smith postawił się systemowi i w końcu wygrywa. Co prawda – także na swój sposób…

Temat frankowiczów, od pamiętnego „czarnego czwartku”, nie schodzi z pierwszych stron gazet, pomimo, że minęło już 19 miesięcy od dnia, kiedy świat runął im na głowę. Po drodze zawiodły wszystkie instytucje, a ostatni cios zadał im Prezydent Duda, który właśnie dzięki głosom frankowiczów piastuje ten tak ważny urząd. Bowiem w ubiegłorocznych wyborach to oni stanowili tzw. języczek uwagi.

Wszyscy ludzie prezydenta

… niestety zawiedli na całej linii. A konkretnie – dwie grupy eksperckie,  które w sumie blisko rok pracowały nad stosownym rozwiązaniem problemu toksycznych kredytów.

Jak już wydawało się, że finał jest blisko, lobby bankowe wkroczyło do akcji   i odesłano ekspertów PAD na swoje miejsce. Do narożnika – używając terminologii z pięściarstwa.  Powyższą sytuację dobrze obrazuje parafraza znanego cytatu z kultowego polskiego filmu:

Lobby rządzi, lobby radzi, lobby nigdy banków nie zdradzi!

Dziś znacząca grupa frankowiczów nie jest w stanie spłacać zobowiązania. Skoncentrujmy się na tych kredytobiorcach. Cofnijmy się zatem kilka lat wstecz, to jest do czasu, kiedy taka osoba ubiegała się o kredyt. Jeśli porównamy dzisiejszą pozycję społeczną takiego kredytobiorcy, z pozycją, jaką miał wtedy, widzę  tu odniesienie do innej postaci filmowej. I do innego, także bardzo znanego obrazu.

Ścigany

Przypomnijmy zatem: główny bohater tego serialu z 1963 roku (pamiętamy głównie remake z 1993 roku z Harrisonem Fordem w roli głównej) dr Richard Kimble  jest wybitnym lekarzem, osobą cieszącą się – w pełni zasłużenie – ogólnym szacunkiem.  Jego pozycja społeczna jednak znacząco spada, kiedy zostanie oskarżony (oczywiście niesłusznie) o zamordowanie swojej żony. Dr Kimble staje się wtedy osobą wyjętą spod prawa, przez ileś tam kolejnych odcinków ucieka przez tropiącym go –  jak wściekłego psa – Porucznikiem Gerardem. A jednocześnie dr Kimble chce za wszelką cenę udowodnić swoją niewinność.

W tak spektakularnym upadku pozycji społecznej bohatera widzę pełną analogię do losu frankowicza. W okresie przed wejściem w toksyczny produkt bankowy – przyszły kredytobiorca był  osobą otaczaną szacunkiem, wielbioną przez banki, często obsypywaną nie tylko wyrazami najwyższego uznania,  ale także – platynowymi kartami kredytowymi. Często miał status klienta VIP, co pozwalało m.in. załatwić swoją sprawę w okienku bez kolejki.

Jak bardzo postrzeganie klienta przez bank się zmienia, miał okazję przekonać się każdy kredytobiorca, zalegający ze spłatą zobowiązania. Do kontaktów z takim klientem, bank wyznacza pracowników działu windykacji, czyli ludzi podobnych do filmowego Porucznika Gerarda, na szczęście nie tak bystrych, ale podobnie zajadłych… Jak może taka osoba uprzykrzyć życie dłużnika? Wachlarz tych działań jest szeroki, m.in. jest to nękanie dłużnika  telefonami i smsami od świtu do nocy. Odwołam się w tym miejscu do innego kultowego filmu, przy czym troszkę zmieniłem tytuł tegoż:

Windykator zawsze dzwoni sto razy

Doktor Kimble musiał stale uciekać. Udało mu się ostatecznie odnieść pełne zwycięstwo – udowodnił swoją niewinność – czego i Tobie, frankowiczu życzę.  Ale jeśli chodzi o polecaną przeze mnie taktykę prowadzenia walki z Twoim prześladowcą, polecam strategię innego filmowego bohatera, który także na stałe zagościł w historii kinematografii.

Rambo – pierwsza krew

John Rambo to kolejny bohater anty-systemowy, który nie pasuje do otoczenia i nie ma zamiaru podporządkować się lokalnej władzy. Co bardzo nie podoba się przedstawicielom prawa. Oto krótka recenzja fabuły tego filmu, znaleziona na filmweb.pl:

„John Rambo, były komandos, weteran wojny w Wietnamie, naraża się policjantom z pewnego miasteczka. Ci nie wiedzą, jak groźnym przeciwnikiem jest ten włóczęga.”

Prawda, że brzmi zachęcająco? Otóż masz stosować w walce z bankiem „technikę Rambo”, zaraz wyjaśnię  co mam na myśli.  John Rambo, który przez szeryfa (i jego ludzi) owego miasteczka, szykanowany był mniej więcej tak, jak bank traktuje kredytobiorców zalegających ze spłatą (no może trochę przesadziłem, w filmie nie było aż tak źle!), po prostu sam wybiera pole walki. Konkretnie – ucieka do lasu, gdzie ma nad wrogiem niewyobrażalną przewagę, jako weteran wojny w Wietnamie.

Tu odwołam się do jednego z pierwszych odcinków Poradnika, gdzie wejście w otwartą wojnę dłużnika z bankiem porównałem do pojedynku pieszego z czołgiem. Jednak jeśli ów pieszy skryje się w lesie, przewaga wroga znacząco zostanie zniwelowana – pojazd opancerzony nie tak zwinnie pomyka między drzewami, jak jego niby bezbronny przeciwnik…

Jak pamiętamy z filmu – John Rambo wykańcza swoich przeciwników, raz po raz zastawiając na nich zasadzki. Po filmowej godzinie tej nierównej walki, w oczach ścigających go policjantów i żołnierzy widzimy jedynie blady strach: zaraz to ja będę następny…

Czy Rambo jest kobietą?

Czytelniku, pewnie czytając ostatni akapit, targają Tobą wątpliwości. Przecież żaden ze mnie Rambo, nigdy nie walczyłem z bankami, nie mam stosownej  wiedzy, ani żadnych umiejętności w tej materii. W szczególności, że w licznej grupie frankowiczów są też kobiety, które z natury nie są stworzone do twardej walki z bezwzględnym wrogiem.

Już wyjaśniam. „Wycofanie się do lasu” i zastawianie na bankowego oprawcę pułapek jest możliwe i w sumie nietrudne. Pod warunkiem, że zapewnisz sobie „w lesie” zawodowego przewodnika. Te pułapki już są zastawione na Twojego wroga i jest ich mnóstwo: to nasz niezwykle skomplikowany system prawny oraz treści wyprodukowanych przez banki umów kredytowych. Szczególnie tych indeksowanych, czy denominowanych.  Czyli po prostu czekamy na pozew, a sprawę oddajemy w ręce najlepszych ekspertów – prawników, którzy w tego typu sporach się od lat specjalizują. I bardzo rzadko przegrywają,

Tylko nie mów, że Cię nie stać na wynajęcie takiej kancelarii. Koszt pozwu to zwykle, wraz z kosztami sądowymi,  od 10 do 15 tys. zł. Te środki zgromadzisz przez odstąpienie od spłaty kolejnych rat kredytu. Rekordzista, który do mnie ostatnio trafił (na razie jeszcze kredyt obsługuje, ale myśli nad wejściem w spór z bankiem i podjęciem walki „techniką Rambo”) spłaca miesięcznie 23 tys. zł. Ponieważ sprawa w sądzie pewnie potrwa nie mniej  niż dwa lata – w tym czasie oszczędności po stronie klienta, w związku z odstąpieniem od spłaty kredytu, wyniosą ponad 550 tys. zł!

Stowarzyszenie Zbuntowanych Dłużników

Ale to nie wszystko, co zalecałbym frankowiczom. Otóż można wykorzystać struktury powstałych „grup oporu”, czy grup wzajemnego wsparcia osób, które wpadły w pułapkę toksycznego kredytu. Mam na myśli między innymi Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu, Pro Futuris oraz inne, mniej znane społeczne inicjatywy, w których działają frankowicze.  To właśnie dzięki wymienionym wyżej stowarzyszeniom, problem frankowiczów nie został do tej pory zamieciony przez władzę pod dywan. Niemniej jednak, skuteczność prowadzonych do tej pory działań – głównie marsze „oburzonych na banksterów”, uległa wyczerpaniu. Stąd konieczność innych działań, w tym stworzenia jednej, silnej grupy, wspólnie walczącej o swoje prawa.

Jakie dodatkowe metody walki można tu wykorzystać? Moim zdaniem podstawowym działaniem powinna być przede wszystkim edukacja frankowiczów, w zakresie różnych form samoobrony przeciwko bankowemu uciskowi. Czyli – takie „jawne komplety”, w ramach których dłużnik miałby okazję poznać różne sposoby walki z silniejszym wrogiem, a także posiąść wiedzę jakie konsekwencje będą efektem np. zaniechania spłaty kredytu.

Po części piszę o tym w kolejnych odcinkach Poradnika, jednakowoż jest to tylko wiedza fragmentaryczna, nie zaś dokładny instruktaż co można robić w danej sytuacji, jak się bronić przed windykatorem, komornikiem, jak i gdzie szukać środków na prowadzenie sprawy w sądzie, jakie są opcje prowadzenia takiego postępowania oraz jakimi działaniami można zwiększyć szansę na wygraną.

Wracając do przedstawionej ostatnio w sejmie ustawy spreadowej, absolutnie najgorszą rekomendacją dla tejże, jest fakt, że poparła ją Nowoczesna.

Wilk (czytaj: Frankowicz) z Wall Street

Z czego można wysnuć wniosek, że Pan Ryszard Petru nie do końca stoi po stronie frankowiczów? Przypomnijmy tu wypowiedź lidera Nowoczesnej z listopada 2014 roku, tj. zanim stał się wielkim patriotą i za śmieszne pieniądze (w opinii jednej z naszych europosłanek) podjął pracę ku chwale Ojczyzny.

– „Wziąłeś kredyt we frankach? Nie jesteś lepszy od wilków z Wall Street” – słowa te stanowią motto wywiadu Pana Petru dla Gazety Wyborczej z dnia 29 listopada 2014 roku.

Nie umiem odgadnąć, gdzie Pan Ryszard widzi podobieństwo naszego rodaka, który za namową m.in. takich „ekspertów”, jak bohater tego akapitu, dał się wpuścić w maliny nabywając trefny produkt, do hochsztaplera na wielką skalę – Jamesa Belforta. Wszak ten przestępca, a obecnie mega-celebryta, z pełną premedytacją doprowadził do ruiny dziesiątki tysięcy swoich klientów, poprzez wciskanie im nic nie wartych aktywów. Za pieniądze, które w wielu przypadkach stanowiły oszczędności ich całego życia.

Czy można nie uznać, że cytowana wypowiedź Pana Petru jednoznacznie wskazuje, że stoi on zawsze po „ciemnej stronie mocy”, tj. działa wyłącznie w interesie lobby bankowego? Przypomnijmy tylko, że jeszcze w czerwcu 2008 roku, obecny lider Nowoczesnej zachęcał potencjalnych kredytobiorców do zadłużenia się we frankach. Ale wtedy Pan Petru pełnił funkcję Głównego Ekonomisty Banku BPH, każda więc taka „porada ekspercka” musiała być korzystna przede wszystkim dla jego pracodawcy. Czy bankowca może interesować los klienta?

 

 Krzysztof OPPENHEIM

Syndrom genewski: częsta przypadłość kredytobiorców.

Dziś opiszę bardzo dziwny – ale dość często powtarzający się – przypadek, kiedy osoby zadłużonej po uszy nie mogę uratować, bowiem … dłużnik ten odmawia przyjęcia pomocy.  W tym miejscu przypomnę fragment odcinka nr 2. Oto jaką wówczas złożyłem deklarację:

„….do arcytrudnego tematu pod hasłem „psychika dłużnika” będę na pewno w Poradniku powracał. Bowiem z moich doświadczeń w pracy z klientami wynika jasno, że największy problem w uwolnieniu się od długów tkwi… w głowie dłużnika. Jeśli się poddasz, wpadniesz w apatię, potem – w depresję, czekając na to, co los przyniesie – zamienisz się w zombie. A przy ogromnym stresie związanym z przekredytowaniem, o taki stan bardzo łatwo.”

Psychika dłużnika, a psyche alkoholika

Otóż, aby moje Poradnikowe recepty jak uwolnić się od długów, okazały się skuteczne, musi być na to przyzwolenie  dłużnika – poparte stosownym działaniem. Podobnie jest z leczeniem osoby uzależnionej od alkoholu: lekarz daje odpowiednie zalecenia i medykamenty, a alkoholik czasem … robi swoje. Pomimo faktu, że w pełni przekaz lekarza jest dlań zrozumiały.

Mając kontakt m.in. z dziesiątkami frankowiczów, którym stosunkowo łatwo można było pomóc w ich problemach (pisałem o tym w poprzednich odcinkach Poradnika), często okazywało się, że – pomimo oczywistych argumentów –  nie umieli oni zmienić sposobu myślenia i swoich dotychczasowych działań. Czyli dalej spłacali oni kolejne raty kredytu, zwykle nadludzkim wysiłkiem; także w sytuacji, kiedy w pełni zdawali sobie sprawę, że takie postępowanie zaprowadzi ich w bliskiej przyszłości do samozagłady. Doszedłem do konkluzji, że

takie działanie bardzo przypomina  … syndrom sztokholmski

Dwa zdania wyjaśnienia (z Wikipedii) jak objawia się syndrom sztokholmski:

 „Syndrom sztokholmski – to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi.”

„Syndrom ten jest skutkiem psychologicznych reakcji na silny stres oraz rezultatem podejmowanych przez porwanych prób zwrócenia się do prześladowców i wywołania u nich współczucia.”

W tym właśnie miejscu wchodzimy w wyjaśnienie zagadkowego tytułu tej części Poradnika.

 Co to takiego ten „syndrom genewski”?

Kredytobiorca „porażony” ciężkim stresem, związanym z niemożnością spłaty zobowiązania, zaczyna się tegoż kredytu coraz bardziej przywiązywać. Nie przyjmuje jasnych komunikatów, że koncentracja na wywiązywaniu się ze spłaty kolejnych rat (na co dłużnikowi nie starcza środków) jest odroczonym społecznym samobójstwem. Osoba taka zamiast z wrogiem walczyć, broni się rękami i nogami przez wypowiedzeniem umowy. Także w sytuacji, kiedy kładzie na szali swoje zdrowie, dobro rodziny i najbliższych.

Ameryki nie odkryłem, ale…

Nie spotkałem nigdy wcześniej rozpoznania takiej formy uzależnienia  dłużnika od kredytu, dlatego też mogę uznać się za jej odkrywcę. Skoro tak, mam prawo do nazwania opisanego stanu psyche.

Pewnie zapytasz czytelniku, dlaczego wybrałem taką właśnie nazwę, w oczywisty sposób nawiązującą do syndromu sztokholmskiego.

To proste. Otóż z moich obserwacji wynika wprost, że ta dolegliwość najczęściej dopada frankowiczów,  musi być tu odniesienie do wybranego miasta w Szwajcarii:  bo w tym właśnie kraju ktoś wymyślił tę straszną walutę. Zresztą  – obowiązuje ona tam do dziś! (biedni ci Szwajcarzy – przyp. aut.).  Mając do wyboru – alternatywnie –  m.in. Zurych, Bazyleę, Berno, zdecydowałem się jednak na Genewę. Sam zobacz jak dostojnie to brzmi: „syndrom genewski”.

Syndrom genewski nie jest następstwem porwania. Ale posiadanie kredytu frankowego bardzo często powoduje podobne odczucie pełnego zniewolenia – wbrew własnej woli. Ma to miejsce wtedy, kiedy kwota kredytu przeliczona na złotówki znacząco przekracza wartość nieruchomości, a dłużnika nie stać na spłatę rat. Wtedy stajesz się jakby zakładnikiem kredytu w CHF: nie masz bowiem żadnej szansy, aby się z tych więzów wyzwolić w sposób zgodny z oczekiwaniami banku i z treścią zawartej umowy. Często z tej pułapki można się wyzwolić – znają Państwo różne metody działania choćby z lektury Poradnika – jednakowoż osoba cierpiąca na tę przypadłość, nie dopuszcza możliwości, aby się z matni uwolnić.

Narzucające się rozwiązanie – zaprzestanie spłaty, aby nie pogrążać się bardziej – jest z niewiadomych przyczyn często odrzucane przez ofiarę toksycznego produktu.

Pułapka: tym razem nie szklana, tylko frankowa

Kredytobiorca, który wpadł w sidła tej strasznej przypadłości, nie jest w stanie samodzielnie podjąć decyzji o ratowaniu własnej osoby z frankowego potrzasku. Zwykle, jak już do mnie trafia, stracił rodzinę (rozpadła się), kontakt ze znajomymi prawie mu się urwał, żyje od raty do raty. Zwykle na kolejną coś dopożycza od rodziny.

Czy można z tej „choroby” wyjść? Z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to łatwe zadanie. Jakie argumenty mogą trafić do tak uzależnionej osoby? Tym tematem zajmę się szerzej w następnym odcinku Poradnika.

Dziś omówię tylko jeden, ale bardzo zasadniczy argument. Dłużnik w żadnym przypadku nie powinien się obwiniać. Na uzasadnienie słuszności tego argumentu, podam pewien bardzo wymowny przykład.

Przekręt na duża skalę, czy zwyczajna ludzka pomyłka?

Poprzedni odcinek Poradnika zakończyłem krótkim wspomnieniem niedawnej, potężnej wpadki kredytobiorcy. Ówczesny zarządca spółki, która broniła się przed upadłością, stwierdził, że uratować ją może zastrzyk finansowy w kwocie 500 mln zł. Spółka zatem złożyła stosowne dokumenty do banku i w sierpniu ubiegłego roku kredyt taki został udzielony. Pech chciał, że spółki tej i tak nie dało się ocalić. W listopadzie 2015 roku ogłoszona została jej upadłość.

Co się zatem wydarzyło w okresie tych trzech miesięcy, czego zarząd bankruta nie mógł przewidzieć? Działania wojenne zniszczyły fabrykę, gdzie prowadzona była produkcja? Załamanie się – nagle – koniunktury? Katastrofa budowlana? Nic z tych rzeczy się nie miało miejsca. Nie było tu też nieprzewidzianych strat związanych z ryzykiem kursowym, bowiem kredyt został udzielony w krajowej walucie.

Czyja culpa?

Pewnie Czytelniku, łapiesz się za głowę, zarzucając kredytobiorcy działanie niezgodne z prawem, czyli wyłudzenie. Oczywiście trudno w tej sytuacji uwolnić z winy kredytodawcę – kredyt w takiej wysokości musi być przecież oglądany po stokroć z każdej strony, zanim bank wyrazi zgodę na wypłatę 500 mln zł. W tym wypadku nie ma mowy o przekręcie. Z całą pewnością była to zwykła ludzka pomyłka!

Dlatego nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Ani osoby zarządzające upadłą spółką, ani zarząd kredytodawcy.

Myślisz, że sobie to wymyśliłem? To poczytaj sobie publikację z portalu gazetaprawna.pl z dnia 23 listopada 2015 roku, pt. „Szałamacha: Zbadamy,     czy działania KNF były adekwatne do sytuacji SK Banku”

 A więc – wszystko jasne!

Chodzi o głośny przypadek upadłości wołomińskiego SK Banku. Oto kilka wybranych cytatów wymienionej publikacji:

„Według resortu finansów SK Bank od lat podlegał nadzorowi KNF, która posiadała wszelkie uprawnienia do weryfikacji dokumentów dostarczonych przez bank zgodnie z obowiązującymi przepisami. W sierpniu 2015 r. bank uzyskał wsparcie finansowe w postaci kredytu w wysokości 500 mln zł, udzielonego przez Narodowy Bank Polski, który został częściowo poręczony przez Ministra Finansów.” (…)

 „Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego resort finansów miał pełną wiedzę o działaniach Komisji w sprawie SK Banku.”  (…)

 „KNF zawiesiła z dniem 21 listopada 2015 r. działalność Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa z siedzibą w Wołominie (posługującego się nazwą handlową „SK Bank”) decyzją z 20 listopada.”

 Andrzej Jakubiak, Marek Belka, Mateusz Szczurek

Wymieniona powyżej Wielka Trójka to osoby, które wspólnie, na skutek nietrafionej decyzji biznesowej, doprowadziły do tak dużej straty. Poniósł ją Skarb Państwa. Wnioskującym o kredyt był bowiem sam Andrzej Jakubiak – Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, a wniosek o kredyt został zaakceptowany zarówno przez Marka Belkę – ówczesnego Prezesa NBP, oraz przez Ministra Finansów – Mateusza Szczurka.

Żadna z tych osób nie poniosła żadnych konsekwencji. Wcale mnie to nie dziwi, bo każdy może się przecież pomylić. Mając powyższe na względzie

Szanowny Dłużniku  udzielam ci rozgrzeszenia jeśli także twoje decyzje finansowe przy zaciąganiu zobowiązań okazały się nietrafione.

 

KrzysztofOppenheim-FOTO-dobreKrzysztof OPPENHEIM

Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI, komentuje wpływ ostatnich wydarzeń na notowania giełdowe akcji banków.

Niedługo minie miesiąc od momentu zaprezentowania prezydenckiego projektu ustawy frankowej. Ustawy długo wyczekiwanej zarówno przez polskie banki, jak i inwestorów obecnych na GPW. Pierwsza, bardzo pozytywna reakcja inwestorów giełdowych na te zapowiedzi wygasła bardzo szybko. I wcale się temu nie dziwię. Propozycja przedstawiona przez Kancelarię Prezydenta nie zdjęła z banków największego ryzyka – konieczności przewalutowania kredytów hipotecznych denominowanych w walutach obcych. Obawy inwestorów o to, w jaki sposób ustawodawca oraz nadzór finansowy w Polsce rozwiążą ten problem, będą powracać i tym samym negatywnie wpływać na notowania spółek zgromadzonych w subindeksie WIG-Banki.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że poza zwróceniem niesłusznie naliczonych spreadów (różnica pomiędzy kursem kupna a sprzedaży walut), banki zostaną zmuszone, aby „dobrowolnie” przewalutować kredyty. Na to, że prędzej czy później problem przewalutowania kredytów będzie musiał zostać rozwiązany – poprzez jednorazowe decyzje bądź systemowo – wskazują także ostatnie wydarzenia. Uwagę zwraca m.in. istotny pogląd UOKiK wyrażony w temacie sporu jednego z banków z frankowiczami oraz orzeczenie polskiego sądu nakazujące innemu bankowi oddanie kredytobiorcy pieniędzy nadpłaconych w ratach kredytu frankowego wraz z odsetkami. Przewalutowanie kredytów walutowych będzie oznaczało dla banków znaczące koszty.

Poza bankami słabszy okres przeżywają także spółki z indeksu WIG20. Na tym tle dużo lepiej prezentują się małe i średnie spółki. Bardzo wiele z nich zaprezentowało niezłe wyniki finansowe za II kwartał 2016 r. Kilka, m.in. AmRest, Kęty czy UNIWHEELS, wyróżniło się zdecydowanie na plus. Patrząc całościowo, wyceny spółek z indeksów mWIG40 i sWIG80 nie są już niskie. Mimo to wciąż da się zbudować portfel złożony z akcji „misiów”, który do końca roku może przynieść przyzwoitą, dodatnią stopę zwrotu.

 

Wojna o kredyty „frankowe”. Kto ma rację?

W ubiegłym tygodniu, kiedy to BANKO masakrował rodzinę Państwa Kowalskich (patrz: Odcinek 4. Poradnika), zakończył się inny pojedynek, którego tłem były także kredyty frankowe. Był to mecz w Bankowej Lidze Mistrzów, chodzi o starcie gigantów: Lobby Bankowe vs. Prezydent RP. W pierwszej rundzie – ku zaskoczeniu fachowców – Prezydent całkiem nieźle boksował. Zadał nawet jeden dość silny cios: była to próba powalenia przeciwnika kursem sprawiedliwym.

Niestety, w drugiej rundzie, faworyt i nadzieja frankowiczów został powalony przez potężnego wroga i pojedynek ten zakończył się ciężkim nokautem. PAD na deski bezładnie padł i na razie, ani myśli stanąć do walki raz jeszcze. Ponoć ma się przez najbliższy rok reanimować spreadem…

Sprawa kredytów frankowych, lub „niby-frankowych” (co utrzymują pechowi nabywcy tych produktów), ciągnie się niczym mydlana opera. Kto w tym sporze ma rację? Opinie Polaków w tej kwestii są podzielone – to zasługa głównie lobby bankowego i trolli opłacanych naszymi oszczędnościami pozostawianymi w bankach. Jednakowoż, z punktu widzenia bankowości – dziedziny w której specjalizuję się prawie od 25 lat – odpowiedzialność banków na frankowe szaleństwo jest absolutnie bezdyskusyjna.

Właśnie stoi koło mnie BANKO – bohater poprzedniego odcinka i głupio się uśmiecha na moje słowa. Twierdzisz BANKO, że nie mam racji? Okej, to pogadajmy na ten temat. Po pierwsze:

Czy ty w ogóle miałeś franki?

I tu na twarzy BANKO, nie wyrażającej na ogół żadnych uczuć, czy nawet oznak życia, ukazał się promienny uśmiech: tak zwaną pełną gębą (przyp. aut.).

Oczywiście, że miałem – zakrzyknął BANKO – zobacz, oto dowody zakupu tej waluty!

–  BANKO, a skąd wziąłeś na to kasę? – to już moja kwestia – czy to były Twoje środki? Czy nie przypadkiem zakupów tych dokonałeś z lokat klientów?

BANKO wyraźnie się zmieszał. Widzi już, że wpadł w zastawioną przeze mnie pułapkę. Coś tam tylko burknął pod nosem, że nie może odpowiadać na moje pytania, zasłaniając się przy tym tajemnicą bankową.

– Skoro dokonałeś zakupu franków ze środków swoich klientów, czy aby na pewno miałeś na to ich zgodę? Oczywiście mam na uwadze zgodę wyrażoną w formie pisemnej!  – ciągnąłem wątek frankowy – Nie miałeś BANKO! Czyli oszukałeś deponentów! Oni ci zaufali, licząc naiwnie, że odpowiednio zabezpieczysz  wpłacane środki. W zamian zgodzili się na liche odsetki. A ty się zabawiłeś tymi pieniędzmi w giełdę walutową! Na tej samej zasadzie mogłeś zagrać depozytami na forexie, czy też pograć na bazarze w trzy karty! Jak wygrasz – bierzesz całą pulę, ale przy przegranej – winę zrzucasz na niewdzięcznych kredytobiorców, którzy siłą wymusili na tobie kredyty w szwajcarskiej walucie. Nie tak było BANKO?

 – Zamieniając środki swoich klientów na franki, złamałeś więc naczelną, świętą zasadę bankowości, jaką jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów! Za to KNF powinien ci zabrać licencję na prowadzenie działalności bankowej! Masz coś na swoje usprawiedliwienie? – zakończyłem pytaniem

 BANKO jakoś tematu nie podjął, mrucząc jedynie pod wielkim nosem, że działał zawsze w najlepszej wierze. Jakby ktoś temu wierzył… Po czym się odwrócił, chcąc pewnie ten dyskurs zakończyć (przyp. aut.)

– BANKO, nie skończyłem jeszcze! – to Ja

A słyszałeś coś o prawie ochrony konsumenta?

 – No jasne – odparł pewnie BANKO.

– Dobrze, widzę – fachowiec z ciebie!  – to znowu moja kwestia – A czy możesz mi powiedzieć, ale tak szczerze: skąd się wzięły hipoteczne kredyty frankowe? Swoje kredyty nazywacie „produktami”, nieprawdaż? Kto więc jest producentem i sprzedawcą „produktów frankowych”? Ty BANKO, czy klienci?

 BANKO rzucił coś na temat zapotrzebowania społecznego. Ciągnę więc dalej ten wątek:

– A jeśli lek na ból głowy, na który oczywiście jest „zapotrzebowanie społeczne”, okaże się trucizną, to kto ponosi odpowiedzialność za skutki użycia tegoż? Pechowy nabywca, czy producent leku, który okazał się trucizną?

– Tak BANKO, Twoja odpowiedzialność za skutki kredytów frankowych jest niekwestionowana! Jako producenta i sprzedawcę tych wyjątkowo toksycznych towarów! Nie wyłgasz się z tego!

– Poruszasz dziwne tematy, kredyty to zupełnie co innego niż jakieś  tam lekarstwa – odpowiedział BANKO, ale jakoś bez przekonania.

– Dobra BANKO, nie mówmy o lekach. Porozmawiajmy o kredytach – to moja kwestia – na tym się chyba znasz?

 Po raz drugi podczas tej rozmowy, twarz BANKO wyraźnie się rozpromieniła.

– Jasne – odpowiedział pewnym głosem (tym razem pewnym – przyp. aut.).

Dobra BANKO, zadam ci więc kolejne pytanie (mówię teraz Ja):

Co ty wiesz o kredytach walutowych?

 – Bardzo dużo, mówisz? – to ciągle Ja – to powiem ci, czego ja się nauczyłem na lekcji numer jeden z tej dziedziny. Jest to absolutnie podstawowa zasada bezpieczeństwa kredytów w walutach obcych: nigdy nie bierz kredytu w danej walucie, jeśli nastąpiło jej znaczące osłabienie wobec waluty narodowej!

 – BANKO, to przecież elementarz każdego bankowca, a nie żadna wiedza tajemna! – ciągnę Ja – Ale tobą, jak zawsze zresztą, kierowała jedynie chciwość! Udzielanie kredytów frankowych w latach 2007-8, to niemal dokładnie to samo, co wysłanie kierowców na zimowy, górski rajd na łysych oponach!  Sprowokowałeś nieszczęście setek tysięcy kredytobiorców, którym w tym okresie – z pełną świadomością konsekwencji – wciskałeś frankowe hipoteki, reklamując te produkty jako sprawdzone i bezpieczne!

– Ale skąd mogłem wiedzieć, że frank skoczy tak wysoko! Klientów zresztą uprzedzałem o ewentualnym wzroście waluty. I to akurat mam na piśmie!  – broni się BANKO.

 – Świetnie BANKO, a o czym uprzedzałeś klientów? – teraz Ja – Coś ci jeszcze w takim razie powiem:

zgodnie z prawem bankowym wiele umów w CHF można podważyć!

 – Jak doskonale wiesz BANKO, kredyt nie może zostać udzielony w sytuacji, kiedy wnioskodawca nie posiada zdolności kredytowej. Badając zdolność kredytową, zakładałeś maksymalny wzrost raty o 20 procent, taką też informację przekazywałeś klientom na temat ich ewentualnego ryzyka, związanego z tą formą zadłużenia. Udzieliłeś więc pewnie ponad 100 tysięcy kredytów w CHF w sytuacji, kiedy klient nie miał szansy na spłatę rat: mam na uwadze sytuację kiedy wzrosła ona nie o 20 proc., ale ponad dwukrotnie!

Takie umowy powinny być z oczywistych względów unieważnione! Właśnie od tego typu analiz masz swoje departamenty ryzyka kredytowego, nieprawdaż? – podsumowałem ten zarzut kończąc pytaniem (retorycznym – przyp. aut.)

Przecież każdy może zrobić błąd w kalkulacjach – nieprzekonywująco bronił się BANKO.

 – Skoro było takie ryzyko – dalej atakuję mego adwersarza – to

trzeba się było ubezpieczyć!

– Do każdej umowy wciskałeś klientom spory pakiet ubezpieczeń, które nota bene, nie chroniły ich przed niczym. Te pseudo-polisy jedynie zwiększały twoje zyski! Trzeba więc było dodać jeszcze jedno ubezpieczenie, za które i tak zapłaciłby klient – od ryzyka kursowego. Wtedy, kiedy rata skoczyłaby powyżej 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia, nadwyżkę musiałby wziąć na siebie ubezpieczyciel.  Zainteresowałeś się przygotowaniem takiej oferty? – zapytałem, znając oczywiście odpowiedź i na to pytanie.

– Daj mi już spokój! Jak jesteś taki mądry – to idź z tym do sądu! – zaśmiał się szyderczo BANKO i odszedł w swoją stronę.

I tu, niestety, BANKO pokazał swoją największą przewagę. Lobby bankowe zadbało, aby wszystkie najważniejsze w naszym kraju instytucje – z sądami włącznie – nie zrobiły krzywdy sektorowi finansowemu. Nie wierzysz czytelniku? To sprawdź statystki wyników spraw, w których stroną postępowania był bank. I zobacz w jak małym procencie sąd przyznawał rację drugiej stronie. Sporami sądowymi na linii bank – kredytobiorca zajmę się w kolejnej części Poradnika.

Dopóki tego nie zmienimy, jesteśmy na z góry przegranej pozycji. Banki będą bez żadnych oporów i konsekwencji wciąż pacyfikować niesubordynowanych klientów, tak jak to opisałem w poprzednim Odcinku poradnika. Ale jak widać z niedawnej historii – mogą także bezkarnie ośmieszyć głowę Państwa, czyli Prezydenta RP i robić to w świetle jupiterów. Na naszych oczach.

 

 

Krzysztof OPPENHEIM

Nowa wersja prezydenckiej ustawy zakłada zwrot spreadów, które były niesłusznie naliczane przez banki. Ustawa obejmuje kredyty udzielone od 1 lipca 2000 roku do 26 sierpnia 2011 roku. Projekt wprowadza także limit kwotowy. Zwroty będą obejmować kredyty do maksymalnej wysokości 350 tys. zł. Podmioty, które zaciągnęły wyższe zobowiązania mogą liczyć na zwrot spreadów do niniejszej kwoty kredytu. Rekompensata zostanie udzielona na wniosek kredytobiorcy. Nowe rozwiązanie będzie kosztować banki od 3,6 do 4 mld zł.

Przewalutowania kredytów denominowanych w walutach obcych na razie nie będzie, przynajmniej w wersji zaproponowanej przez sztab prezydenta. Takowa, jak podkreślił to prezes NBP Adam Glapiński, byłaby niebezpieczeństwem dla stabilności sektora bankowego, waluty i gospodarki. Przymusowa restrukturyzacja została wstrzymana na rok. Przewalutowanie kredytów będzie przeprowadzane stopniowo. Adam Glapiński dziesiątego sierpnia na posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej powoła nowy podmiot, który będzie odpowiedzialny za przygotowanie działań nadzorczych, które skłonią banki do restrukturyzacji kredytów.

Nowa ustawa z całą pewnością jest znacznie bardziej łaskawa dla banków niż jej poprzednie wersje. Koszty zwrotu spreadów są zdecydowanie niższe od kosztów obowiązkowego przewalutowania kredytów zaproponowanego w pierwotnej wersji prezydenckiej ustawy. Szacunki opiewały na kwotę nawet 70 mld zł, co mogłoby pogrążyć polski sektor bankowy. Tymczasem restrukturyzacja będzie rozłożona w czasie. Co więcej, pierwszeństwo jej dokonania będą miały podmioty mające największe trudności ze spłatą kredytów. Wszystko to sprawia, że sektor bankowy może odetchnąć z ulgą, przynajmniej na rok. Ryzyko i niepewność zostały odłożone w czasie, co najprawdopodobniej znajdzie swoje odzwierciedlenie w notowaniach walorów banków w krótkim okresie. Następnie pojawią się zapewne kolejne obawy, dotyczące narzędzi nadzorczych oraz ,,dobrowolnej” restrukturyzacji kredytów. W ciągu niniejszego roku banki mają przedstawiać kredytobiorcom swoje własne oferty przewalutowania kredytów. Mimo wszystko, nie wydaje się, aby były do tego szczególnie chętne.

Niemniej jednak, w projekcie ustawy można odnaleźć kilka mankamentów. Po pierwsze, proponowane rozwiązanie nie reguluje kwestii ubezpieczenia wkładu własnego, które okazało się konieczne w przypadkach, gdy wysokość kredytu w wyniku wzrostu kursu franka szwajcarskiego przewyższyła wartość zabezpieczenia. Ustawodawca ma nadzieję, że banki same zaproponują rozliczenie tego kosztu. Pewne wątpliwości budzi także limit w wysokości 350 tys. zł: na jakiej podstawie został ustalony? Oznacza to, że kredytobiorcy nie są traktowani równo. Ponadto, proces przewalutowania kredytów będzie rozłożony w czasie, lecz nie wiadomo dokładnie w jakim. To oznacza, że banki nie będą się prawdopodobnie spieszyć z restrukturyzacją kredytów, o ile ograniczenia nadzorcze nie okażą się szczególnie restrykcyjne. W związku z tym, wielu kredytobiorców być może zdąży spłacić swoje zobowiązania i nie doczeka się przewalutowania kredytu. Jednak co najważniejsze, nowa ustawa nie spełnia prezydenckich obietnic wyborczych, toteż nie satysfakcjonuje frankowiczów, których oczekiwania co do formy rozwiązania problemu nie zostały spełnione.

Podsumowując, dobrze dla polskiego systemu bankowego oraz całej gospodarki, że Adam Glapiński przekonał prezydenta i jego zespół do porzucenia pierwotnych pomysłów. Z drugiej strony, o sporym rozczarowaniu mogą mówić sami kredytobiorcy. Jednak to nie koniec długiej historii o kredytach denominowanych w walutach obcych. Rozsądne rozwiązanie odsuwa w czasie finał tej opowieści. Mimo to, nowa ustawa pozytywnie wpłynie na notowania polskich banków w najbliższym czasie, toteż być może obudzi warszawski parkiet i wpłynie na lepsze zachowanie indeksu WIG20. Jednak problem powróci szybciej niż się może wydawać. Niektóre szacunki wskazują, że dobrowolne przewalutowanie kredytów z zastosowaniem zaostrzonych praktyk nadzorczych może kosztować branżę od 25 do 30 mld zł. To oznacza, że kredyty frankowe zdołają jeszcze odcisnąć swoje piętno w sektorze bankowym.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Obserwując przebieg wydarzeń po ubiegłorocznym „czarnym czwartku”, kiedy to kurs franka gwałtownie poszybował do góry, mam wrażenie, że od tego dnia jesteśmy w stanie wojny. Z jednej strony barykady atakują frankowicze,  jest to grupa o liczebności ponad 1,5 mln naszych rodaków; brałem tu pod uwagę kredytobiorców frankowych wraz z ich rodzinami. Ich przeciwnikiem jest ledwie garstka banków, głównie z zagranicznym kapitałem, które odpowiedzialne są za frankowe szaleństwo.  Mimo tak znaczącej przewagi liczebnej i prowadzenia walki „na naszym terenie”, frankowicze, jak na razie, przegrywają z kretesem.

Straszna broń w rękach instytucji finansowych

Jak to jest możliwe? Takie pytanie wydaje się oczywiste w zaistniałej sytuacji.

Dogłębna analiza „wojennych” manewrów pozwala na zrozumienie tej anomalii. Otóż bankowcy dysponują bronią o potwornej sile, której nie posiada druga strona.

Cóż to za potworna broń, która pozwala niemal bez strat własnych pacyfikować tak liczną grupę Polaków w ich własnym kraju? To straszne i tak bardzo skuteczne narzędzie walki stosowane przez kredytodawców … to  nasze oszczędności, które grzecznie zanosimy do banków. Mając do tychże instytucji pełne zaufanie, że środki te będą odpowiednio zabezpieczone. Każdy z banków ubranych w akcję frankową ma do dyspozycji nie mniej niż 40 mld zł kapitału pochodzącego z dobrowolnych wpłat naszych rodaków, a także  firm działających w Polsce. I każdy kredytodawca może środkami tymi dysponować wedle własnej woli.

Szanowny Czytelniku, jeśli nie masz silnych nerwów, zakończ lekturę niniejszej publikacji w tym miejscu. Bowiem to co wyrabiają bankowcy z naszymi oszczędnościami – czyli także z Twoimi pieniędzmi, które grzecznie wpłacasz  do bankowej kasy –  woła o pomstę do nieba.

Środki te są nie tylko sprywatyzowane przez bankowców i wydawane na ich potrzeby własne, są również bardzo często  marnotrawione. No bo kto by się przejmował cudzą kasą… Ale  ten ogromny kapitał jest także orężem w omawianej na wstępie wojnie frankowicze  vs. banki.

Oto więc jak banki, głównie te należące do zagranicznych właścicieli, realizują ideę bezpieczeństwa lokat, tworzonych z naszych oszczędności.

Bajońskie wynagrodzenia członków zarządu.

W żadnej branży nie ma tak abstrakcyjnie wysokich zarobków dla zarządu, jak  w przypadku bankowości. Podstawowe wynagrodzenie członka zarządu to nie mniej niż 1 mln zł rocznie, prezesi dochodzą do 5-ciu, 7-miu milionów, a rekordzista – zagraniczny prezes jednego z największych banków działających w Polsce – dostaje ponoć sporo ponad 10 mln zł rocznie.

Problem jest w tym … że jakości tej pracy nie widać. Opinię tę wyrażam jako osoba związana z bankowością nieprzerwanie od 1993 roku, mająca osobisty udział w rozwoju kilku dziedzin polskiej  bankowości. Weźmy pod uwagę np. bankowość hipoteczną, w której się specjalizuję. Przeciąganie wydawania decyzji kredytowych –  przez  miesiące – w prostych sprawach, mnożenie absurdalnych i zupełnie zbędnych procedur, czy też nieumiejętność stworzenia odpowiednich zabezpieczeń spłaty zobowiązań w postaci szerokiego wachlarza działań z zakresie restrukturyzacji – to chleb powszedni obecnej bankowości.

Zagraniczny właściciel danego banku, decydując o wysokości apanaży członków zarządu podległego podmiotu „kupuje’ w ten sposób pełne poddaństwo tych osób  i skierowanie ich działań tylko na jeden cel: aby bank ten wykazywał jak najwyższe dochody.  Wtedy właściciel może sięgnąć po sutą dywidendę.

Tu bardzo ważna uwaga: „wykazywanie dochodu” i „osiąganie dochodu” to zupełnie dwie różne kwestie. Bankowcy są bowiem mistrzami kreatywnej księgowości, o czym pisałem m.in. w publikacji „Small Short na Wisłą”.

Generowanie wirtualnych dochodów, które pozwalają na wypłatę nienależnych dywidend,  jest więc świadomym działaniem na szkodę banku. I m.in. za takie właśnie działania, członkowie zarządów zagranicznych banków (na szczęście nie wszystkich) są tak hojnie wynagradzani. Ponieważ zyski tychże instytucji finansowych są najczęściej bardzo zawyżane, stąd prosty wniosek: kasa na wypłaty tak astronomicznych pensji pochodzi w istotnej części z naszych oszczędności.

Bankowy lobbing

Banki, działając w określonym otoczeniu prawnym, mogą dzięki dostępowi do gigantycznego kapitału odpowiednio zadbać o swoje interesy.  Nierzadko pojawia się w mediach stwierdzenie, że Polska nie jest państwem prawa, tylko – państwem prawa banków. Czyli banki są ponad prawem, zaś każdy kto – na przykład będąc kredytobiorcą – sprzeciwi się instytucji finansowej, staje się osobą wyjętą spod prawa. Potwierdza powyższe m.in. funkcjonowanie przez blisko 20 lat w naszym systemie prawnym, bankowego tytułu egzekucyjnego (BTE).

Otóż, w okresie obowiązywanie BTE, bank dostał przywilej bycia sędzią we własnej sprawie, z czego uśmiali by się już Rzymianie w VI wieku naszej ery. Patrz: kodyfikacja prawa rzymskiego opisana w „Kodeksie Justyniana” w latach 528-534 n.e.

BTE, które zostało zdelegalizowane dopiero pod koniec ub. roku,  działało niczym paralizator: pozwalało pacyfikować niesubordynowanych kredytobiorców w trybie błyskawicznym. I odbywało się to w majestacie prawa.

Bankowy lobbing to nie tylko wpływ na obowiązujące w Polsce prawo. To także możliwość ustawiania innych instytucji, w tym – odpowiedzialnych za nadzór nad rynkiem finansowym, aby bankowcom nie spadł włos z głowy. Nie sposób nie przytoczyć tu słów wypowiedzianych przez Przewodniczącego KNF przed paroma miesiącami. Podaję stosowny fragment notatki PAP z marca 2016 roku:

 „Według szefa KNF, niepokojące jest, że z ust osób, które – w odczuciu społecznym – mają wiedzę na temat tego, co się dzieje w systemie, padają stwierdzenia podające w wątpliwość stabilność sektora bankowego w Polsce.

Mówiąc wprost: przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, narzuca zmowę milczenia wszystkim ekspertom, którym może działanie banków się nie podobać; także w sytuacji, kiedy zagraża ono stabilności sektora finansowego.

Lobbing bankowy idzie także w innych kierunkach. Jest to opłacanie zawsze pro-bankowych dziennikarzy, ekonomistów i ekspertów, a tym ważniejszy jest ich głos,  im większy posiadają oni autorytet w kwestii rynku finansowego.  Oto kilka przykładów, tu odnoszę do wypowiedzi właśnie w sprawie wojny frankowiczów        z bankami:

„Wziąłeś kredyt we frankach? Nie jesteś lepszy od wilków z Wall Street”

–  wypowiedź Ryszarda Petru dla Gazety Wyborczej z 29 listopada 2014 r.

„Pomoc  frankowiczom byłaby niemoralna”

–  wypowiedź Leszka Balcerowicza dla Polska The Times, z 26 stycznia 2015 r.

„Kredytobiorcy walutowi są w lepszej sytuacji niż kredytobiorcy złotowi”
–  wypowiedź Krzysztofa Pietraszkiewicza dla Polska The Times, z 9 czerwca b.r.

Pewnie każdy z wymienionych powyżej panów uważa się za patriotę. Nie mniej jednak z czegoś trzeba żyć, a w przypadku tych osób mówimy o życiu bardzo dostatnim… Nawet jeśli ceną za to  jest wypowiadanie tak anty-polskich haseł.

Oręż w sądowej walce przeciwko frankowiczom oraz przy innych sporach sądowych.

Gdzie może udać się frankowicz  po sprawiedliwość, w sytuacji kiedy grozi mu bankructwo, a stosownej ustawy jak nie było tak nie ma? Pozostaje jedynie droga sądowa.  Statystyki pokazują jednoznacznie, że łatwiej zaistniały problem finansowy rozwiązać dzięki wygranej w lotto, niż poprzez zakończony sukcesem proces sądowy przeciwko kredytodawcy. Dzięki ustawicznej pracy lobby bankowego oraz gigantycznych nakładów finansowych bankowców na tworzenie własnego pozytywnego wizerunku instytucji publicznego zaufania, daje się odczuć, że przy sporach sądowych kredytobiorca kontra bank, ten pierwszy jest na z góry przegranej pozycji. No bo wziął z banku kasę i nie chce jej oddać.  Na to bezmyślnie powtarzane hasło, oraz tłumaczenie działania banków misją dbałości o bezpieczeństwo depozytów – sędziowie wciąż dają się nabierać.

Aby jednak doszło do procesu, frankowicz (czy też każdy inny kredytobiorca będący w sporze z bankiem) musi za stanięcie do tej nierównej walki sporo zapłacić. Do niedawna było to 5% wartości sporu za każdą instancję plus koszty wynagrodzenia prawnika –  a musi to być ekspert od bankowości, które wynosi od 10 do 25 tys. zł netto za napisanie pozwu do pierwszej instancji.

Na ewentualne, swoje koszty sądowe, bank może brać – do woli – środki z naszych depozytów. Także wtedy, kiedy zdecyduje się zaangażować do pomocy najdroższą kancelarię prawną z Nowego Jorku. Cudze pieniądze łatwo się wydaje..

Lipne sondaże, fałszywe statystki

Czy pamiętasz, Szanowny Czytelniku, w jakich okolicznościach po raz pierwszy usłyszałeś, że Pan Petru idzie do polityki?  Ja pamiętam. W tym samym czasie podano bowiem wyniki sondażu, że Nowoczesna.pl może cieszyć się blisk 10-procentowym poparciem wyborców… Bankowcy chcieli mieć swoją partię w sejmie i zakończyło się to pełnym sukcesem. Jak myślisz, za czyją kasę sondaż taki został zamówiony?

A oto dwa inne przykłady. Na początek sondaż z początku czerwca br. Oto wniosek, później często cytowany przez media:

„Gdyby wybory odbyły się z najbliższą niedzielę, to najwięcej frankowiczów poparłoby Nowoczesną Ryszarda Petru”

Czyli frankowicze, których lider Nowoczesnej nie tak dawno temu porównywał do  hochsztaplera rozsławionego przez film Scorsese „Wilk z Wall Street”, nazywając ich w ten sposób przestępcami – chcą powierzyć swój los w ręce Panu Petru.

Pewnikiem liczą, że za rządów Nowoczesnej za swój niecny czyn trafią do zakładu zamkniętego, mając tym samym zapewniony wikt i opierunek. I nie będą musieli przejmować się wciąż rosnącą ratą kredytu…

I jeszcze jeden sondaż, tym razem zamówiony przez Związek Banków Polskich.

Wniosek z tegoż sondażu:

„48 procent Polaków dobrze ocenia sektor bankowy”

Na  temat tak absurdalnego stwierdzenia,  wypowiadałem się w felietonie „Dlaczego nienawidzimy banków?”

Hodowla trolli

Celem pozyskania w walce z frankowiczami oparcia w polskim społeczeństwie, a konkretnie wśród osób, którym udało się nie zostać ofiarami toksycznego kredytu w CHF, bankowcy poszli w nowoczesność. A więc wykorzystują media społecznościowe oraz Internet jako źródła do przedstawiania niby-własnych opinii.  Poprzez firmy pi-arowe, opłacane przez instytucje finansowe, zaangażowano tysiące trolli do pracy nad urabianiem opinii Polaków, w kwestii kto ma rację w sporze o kredyty w szwajcarskiej walucie.

Wiedzę na temat tej metody walki banków z frankowiczami i możemy zdobyć przez zapoznanie się z mini-blogiem pt. „Byłam bankowym trollem”. Oto kilka celnych cytatów z tego opracowania:

„Trolle wynajmuje firma pi-arowa i ona im płaci. Ale skąd pochodzi ta kasa to trolle nie mają prawa wiedzieć. W przypadku trolowania bankowego może idzie z banku, kilku banków, ze związku banków, od lobbystów, a może od instytucji, która pilnuje interesów banków. Nie obchodziło mnie dla kogo, albo przeciwko komu trolowałam.”

„Troll jest bardzo malutkim trybikiem w maszynerii. Maszynerii smarowanej ogromną kasą (…) Chodzi o ochronę przed odpowiedzialnością za grube afery: kredyty walutowe, polisolokaty, mylące umowy, nadmierne opłaty, itp. Sam zwrot kasy oszukanym kredytobiorcom walutowym oznaczałby dla banków zmniejszenie kilkuletnich zysków o 30 – 40 miliardów złotych.”

Pod każdą publikacją dotyczącą frankowiczów – bez względu na opinię autora w tej kwestii, pojawia się natychmiast seria argumentów przeciwko kredytobiorcom, którym chyba rozum odebrało, skoro wzięli kredyt walutowy (to jedno z typowych stwierdzeń trolla). Jednak opinia idzie w świat – dopisują się to tychże, inni internauci, którzy „kupują” hasła kontra frankowiczom, wymyślone przez firmy pi-arowe zatrudniające trolli. Z najbardziej znanych to: „widziały gały, co brały”.

Oszczędnościami i Polaków pracą, właściciele banków się bogacą

Te wszystkie działania, które obrócone są nie tylko przeciwko frankowiczom, ale także przeciwko całemu społeczeństwu, banki opłacają z naszych depozytówi innych środków, które pozostawiamy na bankowych kontach.  A więc z owoców naszej ciężkiej pracy i za nasze pieniądze stworzyliśmy finansowego potwora, którego nadrzędnym celem jest wyprowadzenie za granicę jak największej ilości kasy do swoich właścicieli.

Bankowcy nie wahają się także przed użyciem naszych oszczędności przy pacyfikacji wrogów, czyli wobec  przeciwników opisanej polityki, która z pewnością nie służy polskiej gospodarce. A przecież tylko w tym celu, bankowcy uzyskali od państwa tak wiele przywilejów, zupełnie niedostępnych dla innych, komercyjnych podmiotów działających w naszym kraju.

Gospodarka pieniężna a`la bank

Jak widać, banki do perfekcji opanowały tzw. gospodarkę finansową. Sprywatyzowały środki, które tam pozostawiamy, wydając je w wedle własnego uznania, bardzo często na cele sprzeczne z interesem deponentów.

Banki sprywatyzowały także zyski – co było widać przy kredytach frankowych przed pierwszym tąpnięciem, które nastąpiło jesienią 2008 roku. Zyskowność  na tej działalności była wówczas bardzo wysoka: marże były wyższe niż w przypadku kredytów złotówkowych plus zarobek na spreadzie; od  do 15 proc.

W całości zysk ten pozostał  w bankach.

Ale żeby nie wszystko było w jedną stronę: banki upaństwowiły ryzyko kredytowe oraz także straty,  które powstają w wyniku ich skrajnie nieodpowiedzialnej działalności. Patrz: szaleńcza akcja udzielania kredytów hipotecznych w CHF  w okresie największego ryzyka, tj. przy bardzo mocnej złotówce wobec szwajcarskiej waluty.

A my na to wszystko pozwalamy, na dodatek stawiając sektor bankowy ponad prawem.

 

Krzysztof Oppenheim, Nieruchomości Boża Krówka

 

 

– rozmowa z ekspertem finansowym – Krzysztofem Oppenheim, na temat sytuacji frankowiczów oraz  o szansach na przeprowadzenie przez sejm stosownej ustawy w zakresie przewalutowania kredytów z CHF

Jest Pan niemal etatowym obrońcą frankowiczów. Dlaczego, w Pana opinii, to właśnie oni mają rację w sporze z kredytodawcami?

 Z bankowością jestem związany nieprzerwanie od 1993 roku, a od 1998 roku specjalizuję się także w kredytach denominowanych. Podstawowa, absolutnie nadrzędna zasada obowiązująca przy planowanym zadłużeniu  się w obcej walucie:  nie bierz kredytu walutowego, jeśli złotówka jest bardzo mocna. Tak było w okresie 2007  – VIII 2008 r., a szczególnie  pod koniec tego okresu, kiedy to frank momentami był tańszy niż 2 złote. To nie jest wiedza tajemna, tylko  elementarz dla każdego bankowca i to na poziomie początku nauki tej dziedziny. Porównując tę wiedzę np. do nauczania czytania w klasach wczesnoszkolnych: to jak nauka literek.

 Czyli, w Pana opinii, skok kursu franka do złotówki, który miał miejsce jesienią 2008 roku można było przewidzieć?

 W pewnym sensie – tak. Co prawda, nie było możliwe do przewidzenia, kiedy frank zacznie drożeć i w jakim tempie. Gdyby jednak wiedza bankowców na ten temat przekładała się na działanie i uczciwe doradztwo, to banki w okresie 2007-VIII 2008 namawiałyby swoich klientów „frankowych” na zmianę waluty, czyli na przejście z franka na złotówki.  Oczywiście, dodatkowo, akcja udzielania kredytów hipotecznych w tej walucie powinna być wtedy zastopowana.

Jednak było zupełnie inaczej. Banki, nawet w okresie, kiedy kurs franka wobec złotówki spadł poniżej 2 zł, nastawiały się przede wszystkim na sprzedaż kredytów w tej walucie.

 Zgadza się. To chciwość Panie redaktorze. Chciwość ponad rozsądek, co nie może mieć miejsca w przypadku „instytucji publicznego zaufania”, której naczelnym zadaniem jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów, a nie zysk.

W okresie przed pierwszym skokowym wzrostem kursu franka (jesień 2008), na kredytach w CHF zarabiało się znacznie więcej niż na kredytach złotówkowych. W jaki sposób? Po pierwsze kredyty frankowe miały zawsze wyższe marże, po drugie banki osiągały znaczący dochód także na spreadzie, był to zysk od 5 do 13 procent!

Sprzedawanie  – i to na wielką skalę –  kredytów frankowych w okresie tak mocnej złotówki było więc ze strony banków działaniem bardzo ryzykownym oraz  skrajnie nieodpowiedzialnym . Ale kto by się tym przejmował. Przecież bankowcy nie bawili się w „gry walutowe” własnymi środkami, tylko swoich klientów.

W zaistniałej sytuacji obronę frankowiczów uznaję za swój moralny obowiązek. Wszak, nie tylko bardzo dobrze poruszam się w dziedzinie „hipotek” i kredytów walutowych, ale także jestem Polakiem. Nie mogę zaakceptować faktu, że w tym sporze, w którym po jednej stronie jest blisko 1,5 mln poszkodowanych moich rodaków, a po drugiej – kilka chciwych, nieodpowiedzialnych banków, opinie Polaków są tak bardzo podzielone.

Sprawa frankowiczów wdarła się bardzo mocno także do polityki. Czy ten problem powinien być uregulowany odgórnie, tj. poprzez stosowną ustawę?

 Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Tu w pełni zgadzam się z Profesorem Witoldem Modzelewskim, który kiedyś wypowiedział te słowa: „rozwiązanie problemu z kredytami w CHF to swego rodzaju test dla państwa”.  Innymi słowy, jeśli obecny rząd nie poradzi sobie ze skutecznym rozwiązaniem tego frankowego węzła gordyjskiego, za słuszne uznać należy słowa innego klasyka: „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”. Albo rząd reprezentuje interesy wyborców, albo zagranicznych banków, które poprzez własną, skrajną  nieodpowiedzialność wywołały tę sytuację. A teraz umywają rączki.

Poprzedni rząd zlekceważył zupełnie problemy frankowiczów. Natomiast Andrzej Duda,  w swojej kampanii wyborczej, obiecywał pechowym posiadaczom kredytów w CHF,  przewalutowanie tychże po kursie z dnia uruchomienia. I to pewnie zaważyło na wynikach wyborów.

Zarówno Bronisław Komorowski, jak i jego ugrupowanie ponieśli zasłużoną karę za zlekceważenie tragedii – bo tak można nazwać bankructwa wielu praworządnych i uczciwych polskich rodzin –  tak znaczącej ilości grupy naszych rodaków.

Sprawę frankowiczów wykorzystał w doskonałym momencie kandydujący na prezydenta RP Andrzej Duda, co z pewnością znacząco wpłynęło na wynik wyborów.  Niemniej jednak, słowo się rzekło, frankowicze czekają na realizację tej tak ważnej dla nich obietnicy wyborczej.

Jak Pan ocenia przebieg działań w tej kwestii? Czy prace zespołu ekspertów, który tworzy na zlecenie Kancelarii Prezydenta stosowny projekt ustawy, mogą przynieść oczekiwane przez frankowiczów rozwiązanie?

 Kierunek jest niby dobry: dążenie do przewalutowania toksycznych kredytów na złotówki wraz z poszukiwaniem właściwego, czyli sprawiedliwego kursu. Problem jest jednak w tym, że nazywany w pierwszej wersji projektu ustawy kurs zmiany waluty jako „kurs sprawiedliwy” jest jedynie nazwą własną. Z punktu widzenia kredytobiorców: bardziej właściwym określeniem jest nazwanie tego kursu jako „przypadkowy”. Bowiem w bardzo dziwny sposób kalkulator wylicza „kurs sprawiedliwy”. W konsekwencji część frankowiczów byłaby bardzo wygrana na tej propozycji przewalutowania, ale dla innych kredytobiorców taka zmiana wcale nie poprawi sytuacji. A przecież wszyscy pechowi nabywcy toksycznych kredytów zostali w taki sam sposób oszukani przez bankowców. Pomoc należy się więc każdemu kredytobiorcy, a nie tylko wybranej części.

W ostatnim okresie pojawił się też inny pomysł w kwestii frankowiczów, pod którym podpisało się m.in. wielu senatorów. Mam na  myśli delegalizację umów kredytowych w CHF, jako niezgodnych z prawem. Powód: abuzywność zapisów tychże umów, które można znaleźć w każdej umowie. Podążamy tu tropem głośnej opinii w tej sprawie, wydanej przez Rzecznika Finansowego. Co Pan na to?

Powiem tak: rozwiązanie to wydaje się jak najbardziej sensowne i sprawiedliwe. Albo jesteśmy państwem prawa, albo – państwem prawa banków, dającym instytucjom finansowym przywilej bycia ponad prawem.

Niemniej jednak, jest to działanie nad wyraz radykalne i nie bardzo wierzę, że uda się w ten sposób przeprowadzić przewalutowanie. To jest: przez unieważnienie wszystkich umów kredytowych w CHF.

Skąd moje obawy? Sądzę bowiem, że siła lobby bankowego oraz lament płynący z całego świata – wszak niemal wszystkie banki umoczone w toksyczne kredyty, poza PKO BP, mają właścicieli za granicą – nie pozwolą na przeprowadzenie takiej operacji.

Od początku wybuchu frankowego tsunami, czyli od „czarnego czwartku” postulowałem kompromis. Czyli przewalutowanie wszystkich kredytów w CHF na złotowe, przy zastosowaniu kursu o 20 proc. wyższego od tego, który obowiązywał w dniu uruchomienia kredytu.

Skąd wynika tak ustalony sposób przewalutowania?

Wprost z Rekomendacji S obowiązującej od 1 lipca 2006 r., autorstwa Komisji Nadzoru Finansowego. Otóż, zgodnie z treścią Rekomendacji, KNF założyła maksymalny wzrost kursu CHF do poziomu 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia. I o takim ryzyku kursowym został kredytobiorca poinformowany przed podjęciem decyzji o wyborze waluty zadłużenia. Identyczne założenia przyjęły także banki, przy badaniu zdolności kredytowej osób wnioskujących o kredyt we frankach. W treści opracowanego przeze mnie projektu w tym zakresie, który nazwałem „Frankopiryna 2016”,  przytoczyłem w sumie pięć oczywistych argumentów, dlaczego kredyty frankowe powinny być przewalutowane. Wszystkie, bez wyjątku.

Czy brak odpowiedniej ustawy anty-frankowej może negatywnie odbić się na notowaniach obecnego rządu?

 Moim zdaniem porażka prezydenckiego projektu dotyczącego rozwiązania problemu z kredytami frankowymi, bardzo niekorzystnie wpłynie nie tylko na wizerunek Andrzeja Dudy, ale także rządzącego ugrupowania. Skorzystać z tego może na przykład PO,  które to ugrupowanie już raz sprawę frankowiczów nie uznało za godną zainteresowania.  Zyskać głosy może wówczas także Nowoczesna, której lider z pewnością nigdy bankom nie zaszkodzi.  W tym miejscu warto przypomnieć kompromitującą wypowiedź Pana Petru, która pochodzi z wywiadu udzielonego Gazecie Wyborczej w 2014 roku. W wywiadzie tym Lider Nowoczesnej zrównał zakup kredytu frankowego, z działaniem hochsztaplera rozsławionego na całym świecie przez film Scorsese – Wilka z Wall Street. Tym samym, wprost określił nabywców toksycznych kredytów w CHF jako przestępców.

Moim zdaniem, szansę na skuteczne i sensowne rozwiązanie frankowego problemu, gnębiącego około 1,5 mln naszych rodaków, daje wyłącznie Prawo i Sprawiedliwość.  Oby to miało miejsce – oznaczać to będzie pierwszy wielki sukces w wojnie polskiego społeczeństwa przeciwko zagranicznym bankom, którą od kilkunastu miesięcy obserwujemy w mediach i w życiu publicznym.

A jak się ma do tego Brexit? Kurs franka znowu podskoczył.

 To kolejny dowód, że musimy jak najszybciej rozbroić frankową bombę. Znowu rynek walutowy będzie szaleć, nie wiemy jaka będzie relacja franka do złotówki za tydzień lub dwa, tym bardziej w perspektywie kilku lat.  W tak niepewnych czasach zamiatanie przez polityków tej sprawy pod  dywan i udawanie, że problemu z toksycznymi kredytami nie ma, świadczy o ich niekompetencji i braku odpowiedzialności.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Krzysztof OPPENHEIM, Prezes Zarządu „Nieruchomości Boża Krówka”, ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji zobowiązań, specjalizujący się także w oddłużaniu i upadłości konsumenckiej. Założyciel Fundacji Praw Dłużnika „Dłużnik też Człowiek”.

Eksperci

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

Wierzyciel nie musi spłacać w całości swego długu upadłemu, aby móc samemu zaspokoić się z

Z chwilą ogłoszenia upadłości majątek upadłego staje się masą upadłości i służy zaspokojeniu wszystk...

Inflacja rośnie zgodnie z planem – mocniej w górę poszły ceny żywności oraz paliw

Potwierdziły się wstępne szacunki GUS, zakładające wzrost inflacji w marcu do 1,7 proc. Mocniej w gó...

Jak jest dobrze, to trzeba korzystać

Rynki podtrzymują pozytywny nastrój, o co nie jest zbyt trudno, biorąc pod uwagę stały przepływ pozy...

Grejner – Co się porobiło – bitcoin oazą stabilności

Polityka monetarna Rezerwy Federalnej, globalne spowolnienie gospodarcze, brexit, negocjacje handlow...

AKTUALNOŚCI

Kolejna fala cyfrowej transformacji przed nami

Według IDC globalne inwestycje w technologie i usługi umożliwiające cyfrową transformację rosną w dw...

Bez rozbudowanej sieci światłowodowej nie wykorzystamy pełnego potencjału technologii 5G

Wyścig kto pierwszy udostępni powszechnie infrastrukturę 5G trwa. Wizja zawrotnych prędkości stosowa...

Hipermarket czy osiedlowy sklep – gdzie kupują Polacy?

Wszelkie zmiany w branży powierzchni handlowych są bardzo istotne z perspektywy firm, które chcą w n...

Przepływ danych nieosobowych – co zmieni „nowe” RODO?

Wsparcie rozwoju gospodarki oraz nowoczesnych technologii opartych na danych i ich przepływie to jed...

Przejściowe załamanie wzrostu sprzedaży detalicznej

Dane GUS, sygnalizujące wzrost sprzedaży detalicznej w marcu o zaledwie 3,1 proc., na pierwszy rzut ...