sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "bezrobocie"

bezrobocie

Już w 2025 r. 4 na 10 Polaków będzie miało ponad 50 lat. Z kolei w 2050 r. 1/3 społeczeństwa będzie mieć więcej niż 65 lat. W dobie starzenia się populacji, seniorzy, nazywani także pokoleniem Silver będą stanowić ważną grupę zawodową. Wymusza to na pracodawcach obowiązek zadbania o potrzeby starszej generacji pracowników, a te nie są mniejsze niż potrzeby Millenialsów czy Zetek. Zachowanie work-life balance, by móc łączyć pracę z rozwijaniem nowych zainteresowań, podnoszeniem kompetencji, opieką nad wnukami czy chęć pracy według elastycznego grafiku to coraz częściej wymieniane przez pracowników 50+ potrzeby.

 Senior znaczy aktywny

Polacy nie tylko coraz dłużej żyją, ale także znacznie dłużej pozostają aktywni zawodowo i prywatnie. Jak podaje GUS, bezrobocie w grupie wiekowej 55-64 lat na koniec 2016 roku wynosiło tylko 4,3 proc. Każde następujące po sobie pokolenie seniorów będzie się starzeć w zupełnie inny sposób, znacznie dłużej pozostając aktywnym zawodowo, a co za tym idzie – będzie miało inne potrzeby i wymagania związane między innymi z wykonywaną pracą.

Jak szacują eksperci NBP, w nadchodzących latach polski rynek pracy będzie borykał się z luką kadrową, którą mogą zapełnić m.in. seniorzy. Już teraz pracodawcy widzą potrzebę zatrudniania osób starszych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Work Service, na początku 2016 r. 76 proc. firm zatrudniało pracowników w wieku 50+. Obecnie jest to już aż 86 proc. i wiele wskazuje na to, że ta liczba będzie wzrastać. 27 proc. firm zapowiada, że na przestrzeni 12 miesięcy będzie zwiększać zatrudnienie w tej grupie wiekowej. Co więcej, jak podaje Eurostat, w ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w naszym kraju z 28,5 proc. do 47,4 proc. Pod względem dynamiki wzrostu daje to Polsce 2. miejsce wśród innych państw Unii Europejskiej.

 Powyższe statystyki motywują coraz większą grupę pracodawców do przyjrzenia się potrzebom pracowników z grupy wiekowej 50+.

– Wiele się mówi o wymaganiach i potrzebach pracowników z pokolenia Y. Tymczasem, jak pokazują najnowsze analizy na temat demografii, firmy nie powinny zapominać o potrzebach starszego pokolenia. Osoby w wieku 50+ już teraz są ważną grupą pracujących, a za dziesięć, dwadzieścia lat ich rola dodatkowo wzrośnie. Dlatego też, przy współpracy z ABSL przygotowujemy raport na temat potrzeb i wymagań pracowników biurowych 50+, który pozwoli lepiej przygotować miejsce pracy do oczekiwań tej grupy zawodowej – mówi Filip Szklarz, Smart Workplace Consultant, Mikomax Smart Office.

Praca na elastycznych warunkach

Wśród wielu rozwiązań, z których mogą skorzystać pracodawcy, by nadążyć za zmianami na rynku pracy jest smart working, czyli model pracy, który dopasowuje się do potrzeb pracowników różnych generacji. Zakłada m.in. ewaluację zatrudnionego nie przez pryzmat godzin spędzonych w biurze, ale osiągniętych efektów. To z kolei otwiera drogę do umożliwienia pracownikom wykonywania części obowiązków poza biurem, np. w zaciszu domowym. Pracy zdalnej sprzyja obecnie rozwój nowoczesnych technologii, a także takie miejsca jak przestrzenie co-workingowe, które mogą stanowić alternatywę dla biur bardziej tradycyjnych.

Założenia smart workingu doskonale wpisują się w wymagania osób po 50. roku życia, które są gotowe pozostać dłużej na rynku pracy, ale na własnych warunkach. Z danych Hays Poland wynika, że wśród dodatkowych korzyści, którą chcę zyskać pracownicy w wieku 50+ w zamian za przesunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę, na pierwszym miejscu pojawia się praca elastyczna, czyli taka, która nie zakłada konieczności spędzania całego dnia pracy za biurkiem.

­­– Mimo że o zaletach płynących z większej elastyczności w miejscu pracy najwięcej mówi się zazwyczaj w kontekście młodszej generacji pracowników, to smart working daje także wiele korzyści pokoleniu Silver. Najważniejsza z nich to zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. To, że osoby po 50. roku życia zazwyczaj nie są już ograniczone obowiązkami domowymi w takim stopniu jak 30-latkowie, nie znaczy, że chcą poświęcić swój wolny czas obowiązkom zawodowym. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich to pierwszy moment w życiu, kiedy mogą zająć się w pełni rozwijaniem własnych pasji, czy nauką nowych rzeczy. Smart working daje pracownikom większą autonomię w zakresie organizacji pracy. Z doświadczenia firm, z którymi współpracował Mikomax Smart Office wynika, że taką samodzielność bardzo cenią sobie także osoby z pokolenia Silver. Co więcej, jak pokazują wyniki naszego raportu ‘Smart Working Guidebook for Poland’, na wdrożeniu smart workingu korzysta także druga strona, czyli pracodawcy. Ci, którzy postawili na takie rozwiązanie, zaobserwowali wzrost zaangażowania pracowników w wykonywanie obowiązków, co przyczyniło się do ogólnego wzrostu ich efektywności oraz kreatywności – zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

 

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in. zmiany w systemach kształcenia w krajach UE28, jakie dokonały się w ostatnich latach.

Wydatki publiczne na edukację stanowiły w Polsce w 2015 r. 5,2 proc. PKB, a 12,6 proc. całości wydatków publicznych. Średnio w krajach UE było to 4,9 proc. PKB i 10,3 proc. wydatków publicznych. Wskaźniki te wskazują, że w Polsce jest pod względem publicznego finansowania edukacji nieco lepiej niż w całej UE. Pytanie tylko, czy środki te są efektywnie wykorzystywane. I tu także teoretycznie możemy mówić o lepszych wynikach niż średnia dla UE, bowiem w Polsce 14,4 proc. 15-latków miało braki w umiejętnościach w czytaniu i interpretacji, podczas gdy w UE było to średnio 19,7 proc. Problem w tym, że w 2015 r. odsetek ten był w Polsce istotnie wyższy niż w 2012 r. (o ponad 1/3). Podobnie negatywny trend obserwujemy w znajomości matematyki i rozumowaniu w naukach przyrodniczych. To, że średnio w UE jest gorzej nie powinno nas usypiać. Jeżeli bowiem rośnie odsetek młodych ludzi, którzy mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem, z matematyką i naukami przyrodniczymi, to już należy działać, aby te niepokojące zjawiska zahamować. Nie wiem, czy reforma edukacji, którą rząd wprowadził od września 2017 r. pozwoli na to. Ale 15-latkowie mają jeszcze szanse na uzupełnienie swoich umiejętności i doskonalenie wiedzy tak, aby w bardzo szybko zmieniającej się, coraz więcej wymagającej gospodarce znaleźć dla siebie miejsce. Gorzej z osobami dorosłymi.

W Polsce tylko 3,7 proc. osób dorosłych bierze udział w kształceniu ustawicznym. W krajach UE jest to średnio 3-krotnie więcej. Ponadto w Polsce i tak niewielki odsetek osób dorosłych biorących udział w kształceniu ustawicznym zmalał w 2016 r. w stosunku do 2013 r. o prawie 15 proc. Możliwe, że jest to w części efekt sytuacji na rynku pracy, która w 2013 r. była znacznie gorsza (stopa bezrobocia 9,8 proc.) niż w 2016 r. (5,5 proc.). Ponadto w 2013 r. bezrobotnych poszukujących pracy dłużej niż 6 miesięcy było prawie 1 milion. W 2016 r. już tylko 420 tys. Może nie znajdujemy w sobie motywacji do kształcenia przez całe życie, a może nie ma oferty skierowanej do osób dorosłych, która pozwalałaby im w takim procesie świadomie uczestniczyć. Zapewne działają tu obie przyczyny. Świadomości nie da się szybko zmienić, ale można na tę zmianę oddziaływać  poprzez odpowiednie impulsy. Na pewno takim impulsem mogłoby być przemyślane, dostosowane do potrzeb cyfryzującego i robotyzującego się świata i gospodarki, dofinansowywanie kształcenia ustawicznego Polaków. Dzisiaj większość osób które chcą pracować, mogą pracę znaleźć, ale „jutro” będzie to coraz trudniejsze. Przede wszystkim ze względu na brak odpowiednich umiejętności i kompetencji. A do ich budowania potrzebny jest lifelong learing.

Tymczasem rząd planując budżet państwa na 2018 r. zakłada w planie finansowym Funduszu Pracy, który ma dysponować prawie 12 mld zł, że wydatki z niego wyniosą 8,2 mld zł. Mając „rezerwę” 3,6 mld zł rząd jednocześnie obniża o 50 proc. i tak bardzo niskie wydatki na Krajowy Fundusz Szkoleniowy (z 200 mln zł do 100 mln zł). Rząd nie ma też w planach żadnego systemowego programu zapewniającego Polakom kształcenie ustawiczne. Już dzisiaj w Polsce zaczynają działać przedsiębiorstwa, w których na 1 zatrudnionego przypadają 3 roboty.  Może lepiej zamiast zwiększać wydatki społeczne do 75 mld zł zacząć znacznie więcej przeznaczać na kształcenie ustawiczne.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Dynamicznie zwiększający się PKB, rosnące płace i malejące bezrobocie zawdzięczamy poprawie koniunktury w strefie euro oraz na świecie. Niestety, z dużym prawdopodobieństwem to krótkotrwały stan. Nikłe są perspektywy, by ok. 4-procentowy wzrost utrzymał się w Polsce dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów – pisze Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl.

Napływające dane ekonomiczne sugerują, że rok 2017 w europejskiej gospodarce zapisze się jako najlepszy w ciągu ostatniej dekady. Dobra kondycja strefy euro wynika z rosnącego zatrudnienia na obszarze wspólnej waluty, zwiększenia się inwestycji prywatnych oraz wyższej konsumpcji.

Ustąpiły również problemy, które od kilku lat gnębiły Unię Europejską. Mniej niepokojące wydają się dziś obawy o rozpad strefy euro. Zmalał też strach przed widmem gwałtownego kryzysu bankowego czy zadłużeniowego, co miało miejsce w 2012 r.

Gospodarkę dodatkowo stymuluje łagodna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego, skutkująca bardzo niskimi kosztami finansowania długu, i to zarówno skarbowego, jak i prywatnego. Zniknęła również większość obaw związanych z kondycją światowej gospodarki. Chiny utrzymują wzrost PKB powyżej granicy 6 proc. Rozwój gospodarczy przyspieszył również w USA. Dla otwartej na rynki zagraniczne eurozony są to znakomite informacje.

Przypływ podnosi wszystkie łódki…

Z poprawy koniunktury w całej UE w sposób szczególny korzystają kraje rozwijające się. Odzwierciedlenie tej tezy widać w rachubach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W październiku MFW podniósł szacunki wzrostu PKB na bieżący rok dla: Turcji – z 2,5 do 5,1 proc., Rumunii – z 4,2 do 5,5 proc., Czech – z 2,8 proc. do 3,5 proc. PKB dla Polski Fundusz zrewidował z 0,5 pkt proc. na 3,8 proc., ale napływające dane dają dużą szansę na osiągnięcie granicy 4 proc.

W większości krajów naszego regionu tempo wzrostu PKB wspiera przede wszystkim prywatna konsumpcja, którą z kolei napędza wzrost zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Ogólnie gospodarce sprzyja sytuacja, gdy ludzie w wieku produkcyjnym pracują. Jednak np. w kontekście Czech, gdzie bezrobocie jest najniższe w całej UE – 2,9 proc., a stopa zatrudnienia dla osób w wieku 20-64 lata należy do najwyższych we wspólnocie i wynosi 78,2 proc. (w Polsce 71,1 proc.), dalsza wyraźna poprawa parametrów rynku pracy wydaje się mało prawdopodobna.

… Odpływ sprawia, że praktycznie wszystkie opadają

Ciasnota na rynku pracy, czyli trudności przedsiębiorstw w pozyskiwaniu kolejnych pracowników, przekłada się natomiast na bardzo silny wzrost wynagrodzeń. W drugim kwartale br. płace w Czechach rosły o 11,5 proc. – według danych Eurostatu. Zwiększające się wypłaty w krótkim terminie podtrzymują dobrą koniunkturę. Jednak długoterminowo, np. nieprzerwanie przez kilka lat, duże tempo podwyżek wynagrodzeń bywa bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza wtedy, gdy nie nadąża za tym tempo poprawy produktywności. Sprawa dotyczy nie tylko Czech, nienaturalnie szybko płace rosną również w Rumunii – o 18,5 proc. oraz w Bułgarii – o 10,7 proc. W Polsce wzrost stawki godzinowej wyniósł nominalnie 8,3 proc.

Rozgrzane do czerwoności gospodarki naszego regionu operują obecnie wyraźnie powyżej swojego potencjału. Pokazują to prognozy MFW na kolejne lata. W 2020 r. rozwój Rumunii spowolni do 3,3 proc. z 5,5 proc. obecnie. Według szacunków Funduszu wzrost PKB Czech obniży się w ciągu najbliższych trzech lat z 3,5 proc. do 2,3 proc.

Wyższy od potencjalnego rozwój dotyczy dziś całej strefy euro, która – wg szacunków MFW – urośnie w tym roku o 2,1 proc., lecz w 2020 r. spowolni do 1,6 proc. Poza Europą znaczne obniżenie tempa przyrostu PKB widać w przypadku Japonii. Jeżeli zapowiedzi się ziszczą, rozwój w Kraju Kwitnącej Wiśni wyhamuje z obecnych 1,5 proc. do 0,2 proc.

S&P dostrzega w Polsce wiele problemów

W Polsce też będzie niezwykle trudno utrzymać bardzo dobrą koniunkturę dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów. MFW szacuje, że w naszym kraju wzrost gospodarczy spowolni z 3,8 do 2,8 proc. w 2020 r.

Zdecydowanie bardziej pesymistyczny obraz przedstawia w ostatnim raporcie S&P Global Ratings. Mimo że agencja podwyższyła perspektywę wzrostu PKB dla naszego kraju do 4,2 proc. w br., to według jej analityków potencjalny rozwój wynosi jedynie 1,5-2 proc. rocznie głównie ze względu na malejącą i starzejącą się populację w wieku produkcyjnym. Za blisko połowę obecnego tempa rozwoju odpowiadają natomiast transfery unijne. W raporcie podniesiona została także kwestią ryzyka „przestymulowania” gospodarki zbyt łagodną polityką monetarną oraz fiskalną.

S&P przedstawiło również bardzo negatywne prognozy dotyczące salda rachunku obrotów bieżących (C/A). Deficyt, który obecnie zamyka się w kilku miliardach złotych i wynosi poniżej 0,5 proc. PKB, ma zwiększyć się w 2019 r. do 3,8 proc. PKB (83 mld zł) przede wszystkim ze względu na pogorszenie się bilansu zagranicznej wymiany handlowej (z bieżącej nadwyżki przejdziemy w 70 mld zł deficytu). Agencja oczekuje również wzrostu inflacji do poziomu 3,5 proc. za dwa lata.

Przy takiej koniunkturze warto rozprawić się z deficytem

Prawdopodobnie S&P przedstawia najbardziej pesymistyczne prognozy dla Polski spośród wszystkich wiodących ośrodków analitycznych na świecie. Ryzyko spełnienia się tych szacunków należy obecnie uznać za  ograniczone. Mniej dyskusyjny wydaje się natomiast pogląd, podnoszony również przez S&P, że nasz kraj nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wyraźnej redukcji deficytu oraz długu publicznego. Według ostatnich projekcji Komisji Europejskiej. deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie w przyszłym roku 2,9 proc. PKB. Byłby to trzeci najgorszy wynik w UE po Francji oraz Rumunii, nawet jeżeli faktyczny rezultat będzie nieco lepszy niż szacunki KE. Średni unijny poziom deficytu ma wynieść 1,5 proc. PKB, a Niemcy, Czechy czy Szwecja mają osiągnąć nadwyżkę.

Dobry czas, by wypełnić poduszkę

Wiele wskazuje na to, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach z naszego regionu mamy do czynienia z krótkoterminowym przyspieszeniem wzrostu PKB. Rozwój przekraczający potencjał gospodarczy oraz wzrost wynagrodzeń sięgający w niektórych przypadkach 10 proc. nie będzie trwać wiecznie.

Gospodarstwa domowe mogą jednak starać się przygotować na hipotetyczne pogorszenie koniunktury poprzez ograniczenie konsumpcji i gromadzenie oszczędności. Prawdopodobnie nie będzie już lepszego momentu, by rozpocząć ten proces. W skali ogólnokrajowej wyższe oszczędności nie tylko pozwolą wypełnić poduszkę finansową i przygotować się na okres gorszej koniunktury, ale także ułatwią inwestycje polskim przedsiębiorstwom, które zamiast posiłkować się kapitałem zagranicznym skorzystają z krajowych zasobów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

4473 zł – tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pensja w rok wzrosła o ponad 6 proc. I to nie koniec dobrych wieści. – Przed nami kolejne podwyżki płac – zapowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wielu polskich pracowników, zżyma się, porównując GUS-owskie dane o średniej krajowej z kwotą, która co miesiąc wpływa na ich konta. Dzieje się tak, ponieważ dane o zarobkach publikowane przez Główny Urząd Statystyczny po pierwsze dotyczą przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 9 pracowników i z reguły płacą lepiej niż małe firmy. Po drugie wartości wynagrodzeń brutto przewyższają o ok. jedną trzecią to, co pracownik dostaje, potocznie mówiąc, na rękę.

Na dodatek publikowana co miesiąc przeciętna płaca w Polsce nie jest medianą. Dane mocno zawyżają ludzie na najwyższych i najlepiej opłacanych stanowiskach. Tym niemniej zmieniające się kwoty oddają rynkowe tendencje. I wynika z nich, że na polskim rynku pracy dzieje się coraz lepiej. We wrześniu 2007 r. GUS informował o wynoszącej 2859 zł średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, pięć lat później było to już 3771 zł, a rok temu 4218 zł. Płace rosły zatem regularnie, aż do opublikowanych dziś danych za wrzesień br. – 4473 zł.

Dobre widoki na co najmniej kilka lat?

– Wzrost płac wynika z polepszającej się sytuacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie maleje przy jednoczesnym wzroście zatrudnienia. Tworzy się coraz więcej miejsc pracy w tempie szybszym niż następuje przyrost wykwalifikowanych pracowników. Powoduje to z kolei, że pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie, by znaleźć odpowiednich pracowników – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Według analityka Cinkciarz.pl sytuacja gospodarcza sprzyja temu, by pensje w Polsce nadal rosły. Jak długo? Co najmniej przez kilka najbliższych lat. – Mamy obecnie do czynienia z ożywieniem gospodarczym, nie tylko w Polsce, ale także w niemal całej strefie euro oraz w większości Europy. Można powiedzieć, że polska gospodarka znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i prawdopodobieństwo pogorszenia się tego stanu jest obecnie ograniczone – analizuje Bartosz Grejner.

Rumunia, Czechy, Niemcy, Polska – różne tempo, ale zgodny kierunek

Ożywienie gospodarcze charakterystyczne dla wielu państw Europy sprawia, że średnie płace rosną nie tylko w Polsce. W ogólnie wzrostowym kursie dość istotnie różni się natomiast dynamika zmian pomiędzy poszczególnymi krajami. Niższa dotyczy np. bogatych Niemiec, wyższa np. Rumunii, która ciągnie się w ogonie unijnego rankingu pod względem wysokości średniej płacy, ale już pod względem tempa wzrostu znajduje się w czołówce. – W kolejnych miesiącach tego roku skala zmian w Rumunii systematycznie przekraczała 10 proc. w porównaniu do danych sprzed 12 miesięcy – określa analityk Cinkciarz.pl.

Pensje rosną także np. w Czechach, gdzie sytuacja na rynku pracy wygląda jeszcze lepiej niż w Polsce. Wynagrodzenia Czechów rosły w ostatnim okresie w podobnym tempie co Polaków, mimo że koszty pracy w Czechach są wyższe niż w Polsce. – Stopa bezrobocia u naszych południowych sąsiadów jest także najniższa w całej Unii Europejskiej. Wszystko przy wzroście gospodarczym na poziomie 4,5 proc. w II kw. br., również wyższym od notowanego w Polsce, który wynosi 3,9 proc. – opowiada Bartosz Grejner.

Czy kiedyś będziemy zarabiać tak jak Niemcy?

Niemiecki rynek pracy przyciąga wielu pracowników z Polski. Trudno się dziwić, skoro średnia płaca u naszych zachodnich sąsiadów wynosi ok. 3,7 tys. euro. Czy doczekamy czasów, w których zrównają się pensje w krajach po obu stronach Odry?

W ciągu ostatniej dekady (2007 – 2016), wynagrodzenia Niemców rosły przeciętnie o 2,05 proc., podczas gdy tempo wzrostu zarobków w Polsce było dwukrotnie wyższe i wyniosło 4,17 proc. Mimo to nadal istnieje przepaść – niemiecki pracownik może liczyć na blisko czterokrotnie wyższe średnie wynagrodzenie niż zarabiający w Polsce.

Załóżmy, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech utrzyma się wspomniane powyżej tempo wzrostu płac i podobne pozostaną stopy inflacji. W praktyce to mało prawdopodobne, ale w teorii możliwe. Gdyby zatem Polskę i Niemcy nadal cechowało tempo wzrostu zarobków o – odpowiednio – 4,17 proc i 2,05 proc, kiedy zrównają się pensje w obu państwach? Obliczyliśmy: to mogłoby się zdarzyć za nieco ponad 83 lata.

Bogatszemu trudniej o imponujący wzrost

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego to dość optymistyczny scenariusz dla Polski. – Otóż wraz z rozwojem gospodarczym i zbliżaniem się rynku wschodzącego do poziomu kraju już dobrze rozwiniętego, jak np. Niemcy, tempo wzrostu zaczyna spadać – tłumaczy analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – To logiczna kolej rzeczy, ponieważ kraj “goniący” z czasem staje się coraz lepiej rozwinięty i coraz bogatszy, a wtedy traci dynamikę z początkowych lat progresji. Problemem w takim przypadku może okazać się także tzw. pułapka średniego dochodu. To sytuacja, w której państwo po osiągnięciu określonego poziomu dochodów traci część przewagi konkurencyjnej, np. niskiego kosztu wysoce wykwalifikowanej siły roboczej – wyjaśnia analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby trzymać się wersji o “nieco ponad 83 latach”, to zarobki Polaków i Niemców mogłyby się zrównać w 2101 r. Niestety… – Obserwowane obecnie szybkie tempo wzrostu płac w naszym kraju może spowolnić, stąd realnie będzie nam bardzo trudno dogonić wynagrodzenia Niemców przed początkiem XXII w. – określa analityk Cinkciarz.pl.

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

Obecnie jesteśmy bardziej skłonni do poszukiwania nowej pracy. Sprzyja temu nie tylko niskie bezrobocie, ale także zmiana mentalności pracowników, którzy nie przywiązują się do jednego pracodawcy. Jakimi czynnikami poza wynagrodzeniem kierują się Polacy przy poszukiwaniu nowej posady? Atmosfera w firmie, a także możliwości rozwoju i benefity – to trzy główne czynniki, na które zwracają uwagę – wynika z badania Ipsos wykonanego dla firmy finansowej Wonga.

Prawie 80 proc. Polaków deklaruje, że jest usatysfakcjonowana wykonywaniem obecnej pracy. Z kolei 27 proc. zmieniło miejsce zatrudnienia bądź stanowisko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku. To najwyższy wynik spośród innych krajów europejskich biorących udział w badaniu „Monitor Rynku Pracy” firmy Randstad.  Zmianie miejsca zatrudnienia sprzyja sytuacja na polskim rynku – stopa bezrobocia w naszym kraju jest na rekordowo niskim poziomie. Jej szacunkowa wartość w sierpniu br. wyniosła 7,1 proc. Niskie bezrobocie sprawia, że pracownicy mogą wybierać spośród wielu ofert pracy. Ta sytuacja jest dla firm nie lada problemem. Dlatego prześcigają się w pomysłach, jak przyciągnąć lub zatrzymać u siebie najlepszych specjalistów. W obecnych czasach konkurencyjne wynagrodzenie już nie wystarczy. Na co poza aspektem finansowym zwracają uwagę Polacy podczas poszukiwania nowego miejsca pracy? Ipsos na zlecenie firmy finansowej Wonga zapytał o to Polaków.

To jest ważne

Jak wynika z badania, ponad 60 proc. respondentów zwracałoby uwagę na atmosferę, jaka panuje w firmie. To czynnik najczęściej wskazywany przez ankietowanych. Z kolei dla 41 proc. Polaków ma znaczenie to, czy firma troszczy się o rozwój pracowników. Kursy, szkolenia czy udział w konferencjach i seminariach to podstawowe środki stosowane przez pracodawców w celu podniesienia kwalifikacji swojej kadry. Natomiast, jak wynika z badania Wonga, 35 proc. ankietowanych przy zmianie miejsca pracy, poza finansami, uwzględni także to, czy firma oferuje benefity dla swoich pracowników, takie jak opieka medyczna czy karnety na siłownię lub basen.

– W dzisiejszych czasach nie da się konkurować o pracownika jedynie atrakcyjnym wynagrodzeniem. Atmosfera, możliwość rozwoju, a także benefity – to trzy najważniejsze czynniki brane pod uwagę przez Polaków przy zmianie pracy.  Zapewnienie opieki medycznej i inne liczne korzyści to w większości firm standard. Jednak kluczowym elementem staje się atmosfera. Obecnie pracownicy poszukują przedsiębiorstw, w których nie tylko mogą liczyć na godziwe wynagrodzenia, ale także, gdzie pracuje się dobrze, gdzie panuje przyjacielska atmosfera. Wiemy, jak jest to istotne. Dlatego stworzyliśmy firmę, w której każdy jest ważny i do której chce się przychodzić – wskazuje Anna Fiejko, dyrektor ds. Personalnych Wonga w Polsce.

Poza aspektami dotyczącymi ściśle samego pracownika, Polacy przy zmianie zatrudnienia zwracają uwagę także na renomę firmy. Co piąty ankietowany patrzy na markę przedsiębiorstwa lub opinie na jego temat w kanałach social media. Prestiżowa pozycja potencjalnego pracodawcy, a także sposób komunikowania się ze społeczeństwem to czynniki, coraz częściej rozważane przy poszukiwaniu pracy. Są one istotne zwłaszcza dla młodego pokolenia, tzw. generacji Y. Ponad 25 proc. młodych deklaruje, że jest to dla nich ważna kwestia. Jednocześnie w gronie osób w wieku 35-44 zdanie to podziela tylko 12 proc. Jedynie 18 proc. badanych uważa, że historia firmy oraz jej ugruntowana pozycja na rynku to element istotny przy wyborze nowego zatrudnienia. Z kolei 14 proc. respondentów będzie kierować się reputacją potencjalnego przełożonego.

Kobieta i mężczyzna szukają pracy

Praca zawodowa kobiet i mężczyzn różni się na wielu płaszczyznach – m.in. w sposobie myślenia i podejmowania decyzji. Zróżnicowanie możemy również zauważyć, jeżeli chodzi o czynniki brane pod uwagę przy wyborze nowego miejsca pracy.

Jak wynika z badania Wonga, na atmosferę w pracy wskazywały najczęściej kobiety (63 proc. vs. 60 proc. ). To, czy firma dba o rozwój swojej kadry, jest ważne dla 44 proc. pań, w porównaniu do 38 proc. panów.  Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli chodzi o ofertę dodatkowych benefitów. Jest to istotny element dla 38 proc. kobiet oraz 33 proc. mężczyzn. Jak pokazują badania, dla pań nieznacznie bardziej liczy się nie tylko pozycja firmy, ale przede wszystkim to, co może dodatkowo zaoferować pracownikom prócz oczywistych elementów, takich jak wynagrodzenie.

Co ciekawe, Polacy częściej niż Polki wskazują na takie aspekty, jak marka firmy (25 proc. vs. 13 proc.). Możemy zauważyć, że dla mężczyzn ważna jest nie tylko atmosfera w pracy, ale także prestiż oraz konkurencyjność na rynku w porównaniu do innych firm.

 Źródło; Wonga

W ubiegłym roku do urzędów pracy wpłynęła rekordowa liczba ofert – zgłoszono 1 494 895 wolnych miejsc pracy, czyli o 215,9 tys. (16,9 proc.) więcej niż rok wcześniej. Ponadto, na przełomie 2016 i 2017 prawdopodobieństwo znalezienia pracy przez osoby bezrobotne wyniosło 20 proc. Oznacza to, że co piąty bezrobotny dostał pracę (w ciągu kwartału). Z danych wynika również, że Polska znalazła się w grupie 8 krajów, które mają najniższą stopę bezrobocia w Unii Europejskiej. Rośnie wskaźnik zatrudnienia, spada bierność zawodowa, cały czas odnotowujemy przyspieszenie wzrostu płac, ale także coraz chętniej zmieniamy pracę i kwalifikacje. Na co zwrócić uwagę, gdy staramy się o nową pracę? O co warto zapytać przyszłego pracodawcę? Jak negocjować warunki umowy?

Podobnie jak w poprzednich miesiącach, w firmach coraz częściej tworzy się nowe miejsca pracy, aniżeli je likwiduje. Z jednej strony bezrobocie spada, z drugiej – coraz częściej brakuje wykwalifikowanych pracowników. Według danych pracuj.pl, w I kwartale 2017 r. największe zapotrzebowanie na pracowników obejmowało branże: finansów, bankowości i ubezpieczeń, handlu i sprzedaży oraz przemysłu ciężkiego. – To pracodawcy coraz częściej walczą o kandydatów, kusząc ich atrakcyjnym wynagrodzeniem i warunkami zatrudnienia. Zanim jednak zdecydujemy się na podjęcie nowej pracy powinniśmy się odpowiednio przygotować. Jest to najlepszy moment, by ustalić kluczowe dla nas kwestie: poznać wymogi pracodawcy, ale także warunki naszego zatrudnienia oraz ubezpieczenia – mówi Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Rodzaj umowy

Pracodawca może zawrzeć z pracownikiem umowę cywilnoprawną lub umowę regulowaną w Kodeksie Pracy. Najpopularniejsze umowy cywilno–prawne to: umowa o dzieło oraz umowa zlecenie, które w przeciwieństwie do umowy o pracę nie są objęte Kodeksem Pracy oraz nie gwarantują wielu uprawnień. Celem umowy o dzieło jest wykonanie konkretnego zadania, czyli dzieła. Od umowy o dzieło pracodawca nie odprowadza składki ZUS, ale od umowy zlecenie – już tak.

W przypadku umowy o pracę powinniśmy zwrócić uwagę na czas zawarcia umowy. Pracodawca może podpisać z pracownikiem umowę: na czas nieokreślony, na czas określony lub na czas wykonywania określonej pracy. Kodeks pracy wyróżnia również umowę na czas zastępstwa innego pracownika. Z perspektywy kandydatów, najbardziej korzystna jest właśnie umowa o pracę, gwarantuje ona minimalne wynagrodzenie, zapewnia m.in. urlop wypoczynkowy oraz cechuje się większą stabilnością zatrudnienia. Ponadto, pracodawca odprowadza składki do ZUS.

Składki do ZUS i kwestie BHP

Rozpoczynając pracę w nowym miejscu, pracownik musi obowiązkowo zapoznać się z przepisami i zasadami bezpieczeństwa i higieny pracy, czyli przejść szkolenie BHP. Szkolenie to nie jest wymagane w przypadku umowy cywilno-prawnej oraz wtedy, gdy pracownik podejmuje pracę na tym samym stanowisku, które zajmował u danego pracodawcy przed podpisaniem z nim kolejnej umowy o pracę lub gdy przerwa pomiędzy tymi umowami nie przekroczyła 30 dni. Kolejną ważną kwestią jest zgłoszenie pracownika do ZUS-u w terminie do siedmiu dni od daty podpisania umowy. Takie zgłoszenie obejmuje: ubezpieczenie społeczne (emerytalne, rentowe, chorobowe i wypadkowe), ubezpieczenie zdrowotne, Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych.

Wypadek przy pracy – kto za to zapłaci?

Pomimo tego, że świadomość Polaków dotycząca praw i obowiązków pracowników oraz pracodawców w zakresie bezpieczeństwa jest coraz większa, nadal odnotowuje się wzrost wypadków przy pracy. W 2016 r. liczba poszkodowanych wyniosła 87 886 osób, czyli o 0,3 proc. więcej niż rok wcześniej – w tym 239 osób zginęło a 464 doznało wypadku z ciężkim obrażeniem ciała. Przepisy prawa nakładają na pracodawcę szereg obowiązków. W sytuacji, gdy pracownik uległ wypadkowi przy pracy, obowiązkiem pracodawcy jest (oprócz udzielania pomocy rannemu pracownikowi oraz zabezpieczenia miejsca zdarzania) powołanie zespołu powypadkowego w celu ustalenia okoliczności i przyczyn wypadku oraz ustalenia, czy wypadek pozostaje w związku z pracą. Zespół powypadkowy sporządza protokół, który stanowi podstawę do ustalenia świadczeń dla pracownika lub jego rodziny. Gdy konsekwencją wypadku jest stały lub długotrwały uszczerbek na zdrowiu pracownika, przysługuje mu możliwość uzyskania jednorazowego odszkodowania, którego wysokość ustalana jest każdorazowo na podstawie orzeczenia komisji lekarskiej powołanej przez ZUS.

– Pamiętajmy, że odszkodowanie zazwyczaj wypłacane jest ze składek odprowadzanych przez pracodawcę do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Niestety, gdy do wypadku doszło z winy pracownika to zgodnie z ustawą o ubezpieczeniu społecznym z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych z 2002 r. poszkodowany w wypadku przy pracy nie uzyska nic, jeśli zdarzenie jest skutkiem złamania przez niego przepisów o ochronie życia i zdrowia. Zwłaszcza, gdy nastąpiło to umyślnie lub z powodu jego rażącego niedbalstwa – podkreśla Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Dodatkowe ubezpieczenie

Niezależnie od możliwości uzyskania świadczeń z ZUS pracownik lub przedsiębiorca, który uległ wypadkowi przy pracy będzie mógł otrzymać także dodatkowe świadczenie z tytułu dobrowolnego ubezpieczenia NNW – pod warunkiem, że wykupił tego typu polisę. Pracownik może przystąpić do grupowego programu ubezpieczeniowego, który bardzo często dostępny jest w zakładzie pracy lub ubezpieczyć się we własnym zakresie. Rozważając te dwie możliwości, należy mieć na uwadze fakt, że niestety, grupowe ubezpieczenia mają swoje wady – często niska składka ubezpieczenia przekłada się na relatywnie niskie świadczenia. Ubezpieczenia grupowe charakteryzuje też mała elastyczność – polisa nie jest dostosowana do indywidualnych potrzeb ubezpieczonych. Dodatkowe ubezpieczenia następstw nieszczęśliwych wypadków zarówno dla pracowników, jak i przedsiębiorców prowadzących działalność gospodarczą mogą być dobrym uzupełnieniem tzw. ubezpieczenia wypadkowego.

– Ochrona ubezpieczeniowa nie musi obejmować tylko zdarzeń mających miejsce w trakcie wykonywania pracy, lecz również w czasie wolnym, czy w podróży. Co więcej, zakres ubezpieczenia oprócz podstawowego ryzyka doznania uszczerbku na zdrowiu w związku z nieszczęśliwym wypadkiem, może dotyczyć także szeregu innych zdarzeń ubezpieczeniowych tj.: zwrotu kosztów nabycia protez i środków ortopedycznych oraz kosztów odbudowy stomatologicznej zębów, zasiłku dziennego za pobyt w szpitalu lub okres niezdolności do pracy, zwrotu kosztów ratownictwa, zwrotu niezbędnych z medycznego punktu widzenia kosztów leczenia, czy świadczeń powypadkowych typu assistance – podsumowuje Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A.

 

 

Źródło; Grupa Gothaer

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania środków z Funduszu Pracy. Wątpliwości budzi zmniejszenie środków na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu i finansowanie ze środków Funduszu przedsięwzięć, które nie należą do jego zadań  – uważa Konfederacja Lewiatan.

Plan finansowy Funduszu Pracy na 2018 rok przewiduje zmniejszenie o połowę wydatków na kształcenie pracowników z Krajowego Funduszu Szkoleniowego.  Skurczą się też wydatki na aktywizację bezrobotnych, doradztwo zawodowe oraz dofinansowanie kształcenia młodocianych pracowników.

– Uważamy, że obecną sytuację na rynku pracy – najniższe od 26 lat bezrobocie – powinniśmy wykorzystać do zdefiniowania na nowo celów Funduszu Pracy. W tym kontekście szczególnie niekorzystne może być zmniejszenie środków na aktywne formy przeciwdziałania bezrobociu, aż o 14%, czyli o  931,6 mln zł, co będzie  przeszkodą w aktywizowaniu osób długotrwale bezrobotnych – mówi prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy bardzo negatywnie oceniają  też zmniejszenie wydatków na Krajowy Fundusz Szkoleniowy o 47%, czyli 94 mln zł. KFS jest podstawowym narzędziem wspierającym pracodawców w rozwijaniu i aktualizacji kompetencji pracowników w ramach kształcenia ustawicznego i dostosowywania tych kwalifikacji do praktycznych potrzeb rynkowych.

– Niezwykle ważna jest odbudowa systemu kształcenia zawodowego, którego podstawą jest zaangażowanie firm w praktyczną naukę zawodu. Zmniejszenie dofinansowania pracodawcom kosztów kształcenia młodocianych pracowników o 22,5 mln zł w 2018 roku nie jest działaniem wspierającym współpracę firm z instytucjami edukacji i jest dalekie od budowania dualnego systemu kształcenia zawodowego, bazującego na współfinansowaniu kształcenia przez państwo i pracodawców – dodaje prof. Jacek Męcina.

Aktywna polityka rynku pracy przeciwdziałająca bezrobociu wymaga także zaangażowania urzędów pracy, których zadaniem, przy niskim bezrobociu, jest aktywizacja zawodowa obywateli. Nie będą one robiły tego efektywnie jeśli budżet na działania aktywizacyjne ma być zmniejszony o 56%, czyli 74,5 mln zł.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

Dane z „Regionalnego Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Work Service pokazują, że wraz z dobrą koniunkturą na rynku pracy zmieniają się też realia w poszczególnych regionach kraju. Najmniej pewni o swoją pracę nadal są mieszkańcy wschodniej części Polski, ale jednocześnie ponad 55% spodziewa się tam podniesienia poziomu wynagrodzenia – to wynik lepszy niż w centrum kraju. Najwięcej rekrutacji zapowiadają przedsiębiorcy w Małopolsce oraz na Śląsku i w tych województwach co ósma firma planuje podwyżki. Największe trudności z pozyskaniem pracowników występują na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, do czego przyznaje się ponad 70% pracodawców.  

Bezrobocie w skali całego kraju utrzymuje się na rekordowo niskich wskazaniach, choć nadal są miejsca w kraju, gdzie jest dwucyfrowe. Obecnie już w tylko w 2 z 16 województw mamy do czynienia z taką sytuacją (w warmińsko-mazurskim 12% i w kujawsko-pomorskim 10,4%). Co ciekawe w ostatnich miesiącach najbardziej poprawia się sytuacja we wschodnich województwach, gdzie stopa bezrobocia wyraźnie spada. Z najnowszych badań Work Service wynika, że obecnie najpewniej na rynku pracy czują się mieszkańcy południowo-zachodniej Polski – tam tylko 6% boi się utraty pracy. Nadal najbardziej utraty miejsca zatrudniania obawiają się mieszkańcy wschodniej części kraju – 15,6% czyli niewiele więcej niż w centrum, gdzie odsetek wynosi 14,2%.

Podział na Polskę A i B coraz bardziej się zaciera. Gdybyśmy popatrzyli tylko na obawy o zatrudnienie to nadal regiony wschodnie odstają od reszty kraju. Jednak gdy przeanalizujemy już presję płacową to okazuje się, że we wschodniej części kraju jest naprawdę wysoka, bo aż 55,2% oczekuje tam w najbliższym czasie podwyżki. Wyższy wynik jest tylko w 3 województwach – zachodniopomorskim, lubuskim i wielkopolskim. Równocześnie ponad połowa osób we wschodniej Polsce uważa, że nową pracę znajdzie w miesiąc i jest to wynik znacznie lepszy niż w zachodniej części kraju. To pokazuje, że poprawa koniunktury na rynku pracy zaczyna rozlewać się na coraz większe obszary kraju, a  dotychczasowe różnice regionalne stają się coraz mniejsze i nie są już tak jednoznaczne, jak jeszcze 2-3 lata temu – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Problemy rekrutacyjne mają rozwiązać podwyżki

Najwięcej miejsc pracy w najbliższych miesiącach będzie powstawało w Polsce południowej. W województwach małopolskim i śląskim przeszło połowa firm planuje rekrutacje. To co dodatkowo może cieszyć kandydatów, to fakt, że w tym regionie 13% pracodawców planuje wzrosty wynagrodzeń. Co ciekawe na mapie Polski coraz wyraźniej widać regiony, w których notowane są wzmożone problemy rekrutacyjne. Niemal ¾ przedsiębiorców z południowo-zachodniej części kraju nie może znaleźć odpowiednich kandydatów do pracy, co powoduje, że w tym regionie obecni pracownicy czują się najbardziej spokojni o swoje zatrudnienie.

Rosnące wyzwania rekrutacyjne po stronie pracodawców zaczynają przekładać się na większą skłonność do podwyżek. Z taką sytuacją mamy do czynienia, gdy spojrzymy na dwie przeciwległe części Polski – północ i południe. W tych regionach ponad połowa firm miała w ostatnim czasie problemy ze znalezieniem kandydatów i tam przedsiębiorcy najczęściej deklarują podniesienie poziomów wynagrodzeń, odpowiednio 17% i 13% badanych. Oznacza to, że firmy rywalizując na coraz trudniejszym rynku o kandydatów zaczynają sięgać do własnych kieszeni, aby oferować wyższe stawki – dodaje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Według ekonomisty Łukasza Komudy, dobra koniunktura na rynku sprzyja teraz podwyżkom, bo duża część pracodawców ma na nie środki. Jednak zatrudnieni muszą nauczyć się negocjować lepsze warunki pracy. Powinni zwiększyć swoją świadomość w zakresie wysokości zarobków w danej branży i zbiorowo bronić wspólnych interesów. Jeśli pracują w małej, kilkuosobowej firmie, która ma problem z utrzymaniem się na rynku, to faktycznie mogą niczego nie osiągnąć. Wówczas, zdaniem eksperta, warto pomyśleć o zmianie pracy na bardziej atrakcyjną.

Jak twierdzi przedstawiciel Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, właśnie teraz pracodawcy mogą być skłonni do tego, żeby dzielić się z pracownikami wypracowaną wartością dodaną. Stanowi ona nadwyżkę przychodów nad ponoszonymi przez firmę kosztami. Z perspektywy udziałowców, inwestycje w kadry zwykle są postrzegane jako marnowanie pieniędzy. Jednak, jak zaznacza Łukasz Komuda, zarząd firmy lub jej właściciel może zgodzić się na podwyżki, gdy zyska świadomość, że w przeciwnym razie straci dużą część kadry. To wiąże się z podniesieniem wydatków na rekrutację i przeszkolenie nowych osób w firmie. Ekspert dodaje, że pracownicy mogą też zagrozić pracodawcy akcją protestacyjną, strajkiem lub nagłośnieniem problemu zaniżonych pensji.

– Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy mają środki na podwyżki płac. Należy wiedzieć, że ponad połowa polskich pracowników najemnych przypada na firmy zatrudniające do 9 osób. Tam, przez niewielką skalę działalności i obecność silnej konkurencji, marże są niskie, więc wartość dodana okazuje się niezbyt wysoka. Trudno oferować ludziom dobre warunki pracy, gdy problemem jest utrzymanie stanu posiadania, np. lokalu czy maszyn – mówi Łukasz Komuda.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wzrost gospodarczy to suma wartości dodanych na rynku. To znaczy, że jedne firmy radzą sobie lepiej, a inne gorzej. Zwiększenie zamówień na usługi i produkty oznacza wyższe przychody przedsiębiorstwa, a przy założeniu kosztów stałych na określonym poziomie, również większe zyski. W ocenie Komudy, sytuacja ekonomiczna sprzyjająca podwyżkom z dużym prawdopodobieństwem potrwa przynajmniej do końca 2017 roku i nie dłużej, niż do połowy 2019 roku. To wynika z charakterystycznej zmienności 12-miesięcznej dynamiki stopy bezrobocia rejestrowanego.

– Zatrudnieni muszą jednak zwiększyć swoją siłę negocjacyjną w relacji z przedsiębiorcami tak, aby jak najwięcej skorzystać na obecnym wzroście gospodarczym. Będą mieli większą siłę przebicia, gdy zaczną grupowo reprezentować swoje interesy, najlepiej w ramach związku zawodowego. Będą poważniej traktowani, niż niezorganizowana grupa ludzi. Wygrają tylko wtedy, gdy nikt nie zgodzi się na wykonywanie pracy za określoną, niższą stawkę – zauważa Łukasz Komuda.

Ekonomista podpowiada, że punktem odniesienia dla pracowników może być wzrost wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej 10 osób. Aktualnie wynosi on ok. 5%. Zatrudnieni powinni zdobyć wiedzę o płacach w swojej branży i na podobnych stanowiskach do tych, które wykonują. To pozwoli im stwierdzić, czy mają podstawy do starania się o podwyżki lub o pracę u konkurencji. Jak podkreśla Łukasz Komuda, zmiana pracodawcy to zwykle najprostszy sposób na poprawę warunków finansowych w Polsce.

– Na naszym rynku pracy bezrobocie utrzymywało się na dość wysokim poziomie przez ponad 20 ostatnich lat. To spowodowało, że wynagrodzenia zostały sprowadzone do relatywnie niskich stawek. Niektórzy eksperci twierdzą, że zatrudnionym płaci się tak mało, jak tylko jest to możliwe, zgodnie z prawem Davida Ricardo. Gdy zwiększyło się zapotrzebowanie na pracowników, przedsiębiorcy zaczęli zatrudniać więcej Ukraińców, którzy są gotowi pracować za stawki minimalne – zwraca uwagę ekspert z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Zdaniem Komudy, pracodawcy uznają, że taniej i lepiej jest ściągnąć pracowników z kraju, gdzie płaci się 4-krotnie mniej, niż u nas. W związku z tym, można zaproponować przyjezdnym gorsze warunki. Długoterminowo to oczywiście nie służy naszej gospodarce, bo utrzymuje niskie wynagrodzenia na rynku. A taki trend zachęca kolejne rzesze Polaków do emigracji na Zachód. Ponadto, powstrzymanie wzrostu płac jest równoznaczne z zahamowaniem konsumpcji. Ekonomista przypomina, że odpowiada ona za 60% naszej gospodarki na rynku wewnętrznym.

– W 2016 roku przybyło oświadczeń pracodawców o przyjęciu do pracy cudzoziemców z Ukrainy o ok. 65%. Liczba tych deklaracji w całej Polsce wyniosła ponad 1,2 mln. W pierwszym półroczu br. wzrost przyniósł kolejne 47%, w ilości 905 tys. Ze strony urzędów pracy pojawiają się sygnały, że jesteśmy blisko szczytu fali napływu osób z Ukrainy. Wraz ze spadkiem bezrobocia w naszym kraju, Ukraińcy zaczęli działać w usługach, np. fryzjerskich i kosmetycznych. Ponadto pracują jako taksówkarze, sprzedawcy, kasjerzy, magazynierzy, pakowacze i kierowcy – informuje Łukasz Komuda.

Jak wyjaśnia ekspert, Ukraińcy wolą przyjechać do nas, niż do Niemiec czy Francji, m.in. ze względu na mniejszą barierę językową i kulturową. Tutaj mają mnóstwo znajomych, więc mogą łatwo znaleźć kogoś, kto wskaże im tani pokój do wynajęcia oraz uczciwego pracodawcę. Plusem jest także bliskość geograficzna. Mogą tu przyjechać autobusem i wrócić do rodziny np. na święta. O wyjeździe dalej na Zachód myślą ci, którzy znają dobrze język angielski lub niemiecki, mają mniej kontaktów w Polsce i są bardziej skłonni do ryzyka.

– Tymczasem, część pracodawców w dużych polskich miastach narzeka na wymagania finansowe młodych pracowników. Jednak kandydaci do pracy mają do nich prawo, podobnie jak firmy do tego, żeby zaczynać rozmowę o wysokości pensji od kwoty tak niskiej, jak tylko się da. W małych miejscowościach wybór pracy jest bardziej ograniczony, co drastycznie pogarsza pozycję negocjacyjną  kandydatów na pracowników. Osoby, które wyjeżdżają z takich miejsc, początkowo mają często skromniejsze aspiracje finansowe i dopiero z czasem oczekują więcej – podsumowuje Łukasz Komuda.

 

Źródło: MondayNews.pl

O ponad 27 tys. wzrosła w II kwartale br. liczba wolnych miejsc pracy – podał dzisiaj GUS  w raporcie „Popyt na pracę w II kwartale 2017 r.” Dane te mają pozytywny wydźwięk.  Jednak niepokoić musi fakt, że główną przyczyną rosnącej liczby wolnych miejsc pracy jest niska aktywność zawodowa Polaków, a nie dynamiczny wzrost nowotworzonych etatów.

W końcu II kwartału 2017 r. liczba wolnych miejsc pracy w firmach zatrudniających co najmniej 1 osobę wynosiła 122 tys. i w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku wzrosła o 27,7 tys., tj. o 29,4%. Analizując te dane resort rodziny, pracy i polityki społecznej ma powód do radości. Bezrobocie utrzymuje się na niskim poziomie, rośnie produkcja i liczba wolnych miejsc pracy.  Pracodawcy spoglądają jednak na te dane z pewnym niepokojem. W II kwartale 2017 roku utworzono o 26,8% mniej nowych miejsc pracy w porównaniu z I kwartałem, i tylko o 3,6% więcej niż w II kwartale ubiegłego roku. Wzrost wolnych miejsc pracy przy jednocześnie niezmieniającej się liczbie nowotworzonych etatów oznacza kurczącą się podaż pracowników. Potwierdzają to opublikowane w tym tygodniu dane dotyczące bezrobocia.  Pomimo spadku liczby bezrobotnych, stopa bezrobocia rejestrowanego nie zmieniła się. Przyczyną jest zmniejszenie się liczby ludności aktywnej zawodowo.

Najwięcej nowych miejsc pracy powstało w sekcjach gospodarki związanych z przetwórstwem  przemysłowym, informacją i komunikacją oraz handlem i naprawą pojazdów samochodowych. Na nowotworzonych stanowiskach najbardziej poszukiwani byli specjaliści oraz wykwalifikowani robotnicy. A to oznacza rosnący popyt na pracowników posiadających kwalifikacje potrzebne do rozwoju. Dlatego też jednym z czynników ograniczających inwestycje firm jest obawa o brak kadry, która będzie w stanie wspierać rozwój biznesu. I o tym coraz głośniej mówią pracodawcy. Kurcząca się podaż pracowników jest także realnym zagrożeniem dla innych branż. Szczególnie branża budowlana, która powoli budzi się po słabej pierwszej połowie roku, boryka się z brakiem pracowników.  Na ponad 18 tys. wolnych miejsc pracy tylko 2 tys. to nowoutworzone stanowiska. W innych branżach pracodawcy także mówią o brakach kadrowych i coraz trudniejszej rekrutacji pracowników. Przyczyną  jest spadek liczby osób gotowych do pracy.

Dlatego kluczowa dla przyszłości rynku pracy i rozwoju  firm jest odpowiedzialna, długoterminowa polityka aktywizująca pracowników. Obniżenie wieku emerytalnego może zniechęcić osoby z doświadczeniem zawodowym do pozostania na rynku pracy. Odpowiedzialnym działaniem państwa, jest tworzenie stabilnego i długoterminowego otoczenia stymulującego rozwój firm.  Powinniśmy tworzyć warunki do tego, aby ludzie jak najdłużej zostawali na rynku pracy, zachowując równowagę pomiędzy życiem zawodowym i osobistym. Zamiast ich wypychać  z rynku pracy należy tworzyć mechanizmy i elastyczne warunki pracy, które pozwolą im pozostać w firmach, dzielić się wiedzą, szkolić młodych pracowników, czy opiekować się praktykantami.

Szansą dla naszego rynku pracy jest aktywizacja osób niepełnosprawnych. W tym zakresie jest  wiele do zrobienia, m. in. korzystniejsze finansowanie  kwalifikacyjnych kursów zawodowych.

Podaż pracowników zwiększyłaby też odpowiedzialna polityka migracyjna oparta na idei „drenażu mózgów”, czyli tworzenia korzystnych warunków przyjazdu do Polski osób z pożądanymi przez pracodawców kompetencjami.

 

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

Rekordowo niskie bezrobocie w Polsce przeszacowuje faktyczny stan rynku pracy. Wzrost zatrudnienia, o wiele istotniejszy wskaźnik, poprawia się tylko wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Jeśli dodamy, że polskie społeczeństwo się starzeje i  obniżył się próg emerytalny, bieżące negatywne trendy mogą się pogłębiać – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stopa bezrobocia od lat jest najpopularniejszą miarą rynku pracy w Polsce, mimo że ów rynek można scharakteryzować poprzez wiele wskaźników. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że przez lata borykaliśmy się z problemem znacznej grupy osób, które nie mogły znaleźć zatrudnienia, chociaż nie brakowało im chęci i gotowości, by podjąć pracę.

Spadek bezrobocia, interpretowany zwykle jako pozytywne zjawisko, często bywa mylnie utożsamiany ze wzrostem zatrudnienia. Faktycznie jednak niższe bezrobocie nie musi oznaczać poprawy na rynku pracy, ani też nie równoważy się ze wzrostem zatrudnienia.

Na przykładzie państwa X widać, co to znaczy: bezrobocie, zatrudnienie i aktywność zawodowa

Aby scharakteryzować poważne problemy polskiego rynku pracy, warto posłużyć się pewnym przykładem. Załóżmy, że istnieje kraj, w którym żyje 150 osób, w tym 100 aktywnych zawodowo. Pracuje 90 z nich, a 10 osób szuka zatrudnienia, natomiast pozostałe 50 np. dalej się uczy, odpoczywa na emeryturze, bądź płatne zajęcie ich po prostu nie interesuje (są bierni zawodowo).

W hipotetycznym państwie stopa bezrobocia wynosi 10 proc., ponieważ 10 osób ze 100 (aktywnych zawodowo, czyli mających pracę oraz jej szukających) chce znaleźć płatne zajęcie. Gdy z grupy osób bezrobotnych pięć przejdzie do grona zatrudnionych, wtedy liczba aktywnych zawodowo pozostanie na poziomie 100 (95 ma pracę, 5 jej szuka), a stopa bezrobocia spadnie do 5 proc.

W omawianej gospodarce możliwy jest jednak inny scenariusz. Liczba bezrobotnych zmniejszy się z 10  do 5, ale pięć osób nie znajdzie pracy, tylko trafi do grupy biernych zawodowo. W takim rozwoju sytuacji bezrobocie spadnie do 5,26  proc. (5 osób poszukuje pracy, 90 ją ma, a 95 jest aktywnych zawodowo), ale liczba biernych zawodowo powiększy się do 55 osób. Mamy zatem do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia, lecz także z niezmienionym poziomem zatrudnienia i wzrostem populacji biernych zawodowo.

Taki podwójnie niekorzystny scenariusz daje złudną nadzieję, że sytuacja na rynku pracy się poprawia, podczas gdy tak naprawdę staje się gorsza. Zatrudnienie stoi w miejscu, a osoba, która trafiła do grupy biernych, będzie musiała zostać zaktywizowana, co zwykle jest droższe i zabiera więcej czasu niż przejście z grupy bezrobotnych do zatrudnionych.

W optymalnym rozwiązaniu rosłaby przede wszystkim liczba osób zatrudnionych, a spadała biernych zawodowo oraz bezrobotnych. Wtedy można by stwierdzić, że rynek pracy znalazł się w dobrej kondycji. W Polsce jednak taka sytuacja dotyczy jedynie osób z wyższym wykształcenie, co jedynie zwiększa obawy o dalszy los krajowej gospodarki.

Tylko wykształceni Polacy dogonili unijną czołówkę

Sama analiza aktywności zawodowej sugeruje, że w Polsce mamy do czynienia z kryzysem na rynku pracy. Według danych Eurostatu w pierwszym kwartale br. odsetek osób pracujących i poszukujących pracy wynosi 75,7 proc. dla przedziału wiekowego 25-64 lata. Tylko cztery kraje w Unii osiągają niższy rezultat niż Polska, a współczynnik ten utrzymuje się na niezmienionym poziomie od trzech kwartałów.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy spojrzymy na relację aktywności zawodowej do wykształcenia w na poziomie określanym przez Eurostat w przedziale 0-2 (podstawowe, gimnazjalne lub poniżej). We wcześniej wymienionej grupie wiekowej aktywność zawodowa wynosi 46,8 proc. Jest to drugi najgorszy wyniki w UE, a dodatkowo ten wskaźnik w porównaniu pierwszego kwartału 2014 r. obniżył się 0,8 pkt proc. W ciągu trzech lat bezrobocie w tej grupie spadło natomiast z 22 do 12,9 proc., ale liczba zatrudnionych obniżyła się o ok. 100 tys. osób, osiągając wartość 650 tys.

Tylko nieco lepiej przedstawia się sytuacja w grupie osób z wykształceniem na poziomie 3-4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Przez trzy lata aktywność wzrosła zaledwie o 0,5 pkt proc. (z 72,1 do 72,6 proc.), co daje nam przedostatnie miejsce w całej Unii, słabiej wypada jedynie Chorwacja. Dla tej grupy ludzi bezrobocie spadło z 10,1 proc. do 5,4 proc. (z niespełna miliona osób do pół miliona), ale zatrudnienie wzrosło tylko o 113 tys. (z ok. 8,7 do 8,8 mln).

Większych zastrzeżeń nie budzą statystyki bezrobocia, zatrudnienia czy aktywności zawodowej Polaków z wyższym wykształceniem. Bezrobocie w pierwszym kwartale wynosiło dla tej grupy jedynie 2,3 proc. i jest czwartym najniższym w całej Unii. Aktywność zawodowa wynosi 89,8 proc. i jest bliska osiąganej przez Niemcy – 90,2 proc. Przez trzy lata zatrudnienie w tej grupie wzrosło o niemal 600 tys. osób, osiągając wartość 5,35 mln.

Bezrobotni zasilili krąg biernych

Przez ostatnie trzy lata bezrobocie w Polsce spadło z 9,2 do 4,6 proc. dla populacji w wieku 25-64 lata. Jednak w tym samym okresie liczba osób aktywnych zawodowo spadła z 15,7 do 15,5 mln, a zatrudnienie poza osobami z wyższym wykształceniem praktycznie nie uległo zmianie.

To, co z pozoru wydaje się sukcesem, można więc uznać za porażkę. Mimo silnego popytu na pracę nie udało się zaktywizować osób bez dyplomu wyższej uczelni. Spadek bezrobocia przeszacowuje skalę poprawy, ponieważ część bezrobotnych zamiast znaleźć zatrudnienie dołączyła do grupy biernych zawodowo. W obliczu zmian demograficznych i obniżenia wieku emerytalnego te negatywne trendy prawdopodobnie będą się pogłębiać

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Bezrobocie na koniec maja br. wyniosło 7,4 proc., czyli spadło o 0,3 pkt proc. w stosunku do  kwietnia br  – podał Główny Urząd Statystyczny (GUS). W maju 2016 r. bezrobocie wynosiło 9,1 proc.

Dane za maj potwierdzają, że utrzymuje się popyt na pracę, co jest odzwierciedleniem dobrego stanu gospodarki. Taka kondycja rynku pracy wystawia pracodawców na większą presję płacową, co także potwierdzają ostatnie dane GUS, który odnotował wyższą od przewidywanej dynamikę wzrostu płac w maju br. (5,4 proc. ). Ale, co podkreślałem wielokrotnie, spadek bezrobocia nie jest już dobrą wiadomością, oznacza też że powiększa się nierównowaga, uwarunkowana sytuacją  demograficzną – spada w Polsce popyt na pracę. Brak pracowników krajowych jest  częściowo kompensowany wzrostem zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy. Ale ze strony rządu warto oczekiwać strategii lepszego wykorzystywania potencjału osób bezrobotnych i biernych zawodowo. Dlatego dziś na rynku pracy potrzebne są programy aktywizacji długotrwale bezrobotnych, których jest zbyt mało a część opartą na partnerstwie z agencjami zatrudnienia wstrzymano. Więcej, potrzeba programów, które zachęcać będą do wydłużania aktywności zawodowej przez osoby starsze. Wreszcie trzeba skuteczniej zachęcać  do powrotu na rynek pracy młode matki.  Dziś każdy wzrost zatrudnienia w oparciu o niewykorzystany potencjał kapitału ludzkiego będzie sukcesem polityki zatrudnienia i rynku pracy i tak trzeba mierzyć jej skuteczność.

 

Komentarz: prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan i wykładowca UW

Zgodnie z oczekiwaniami, stopa bezrobocia obniżyła się w maju z 7,7 do 7,4 proc. Pozytywna tendencja w tym zakresie jest więc kontynuowana i wszystko wskazuje na to, że optymistyczne prognozy zostaną zrealizowane, być może nawet z naddatkiem. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przewiduje, że na koniec roku stopa bezrobocia wyniesie 7 proc. Liczba zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 1 mln 202,1 tys. i była niższa niż w kwietniu o 50,6 tys., czyli o 4 proc. i o 254,8 tys. niż w maju 2016 r., co oznacza spadek aż o 17,5 proc. Stopa bezrobocia obniżyła się we wszystkich województwach, a co ważne, największa poprawa nastąpiła w tych, w których bezrobocie należy do najwyższych. Liczba ofert zatrudnienia, zgłoszonych do urzędów pracy sięgnęła w maju 153,3 tys. i była o 21,4 proc. wyższa niż przed rokiem.

Na koniec pierwszego kwartału liczba pracujących w gospodarce narodowej (dotyczy podmiotów zatrudniających powyżej 9 osób) wynosiła 9 mln 122 tys. i była wyższa niż przed rokiem o 292,1 tys. (wzrost o 3,3 proc.) oraz o 1 mln 115 tys. niż dziesięć lat temu (wzrost o 14 proc.). W porównaniu do czwartego kwartału ubiegłego roku w pierwszych trzech miesiącach 2017 r. liczba pracujących zwiększyła się o 175,4 tys. osób i był to najlepszy pod tym względem początek roku od 2008 r., a więc od poprzedniego, przedkryzysowego szczytu koniunktury. Obecnie załamanie nam nie grozi, więc należy się spodziewać dalszego wzrostu liczby pracujących, choć pewnie już nie tak dużego (w ubiegłym roku zwiększała się ona o 30-50 tysięcy z kwartału na kwartał). W pierwszym kwartale powstało 226 tys. nowych miejsc pracy, o prawie 18 proc. więcej niż rok wcześniej i niemal dwa razy tyle co w czwartym kwartale 2016 r., zaś liczba wolnych miejsc pracy wyniosła 119,5 tys. i było ich o jedną trzecią więcej niż w pierwszym kwartale ubiegłego roku. Do obsadzenia nowych miejsc pracy zabrakło 27 tys. osób. Niedostateczna podaż pracowników staje się dla gospodarki coraz większym problemem.

Najbardziej dynamiczny w skali roku wzrost liczby pracujących w pierwszym kwartale miał miejsce w transporcie i gospodarce magazynowej (o 7 proc.), informacji i komunikacji (o 6,3 proc.), handlu i naprawie pojazdów (o 5,1 proc.) oraz przetwórstwie przemysłowym (o 4,4 proc.). Spadek zanotowano w górnictwie (o 6 proc.), wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię, gaz i gorącą wodę oraz w działalności finansowej i ubezpieczeniowej (w obu przypadkach po 1,5 proc.). Dane za maj potwierdzają te tendencje.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Według danych Eurostatu liczba bezrobotnych w Polsce od końca 2015 r. spadła o ponad 350 tys. osób. W tym czasie jednak liczba osób pracujących, praktycznie się nie zmieniła. Kolejne kwartały przyniosą najprawdopodobniej dalszy spadek bezrobocia, co tylko może maskować poważne problemy strukturalne krajowego rynku pracy – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z miesiąca na miesiąc dowiadujemy się, że stopa bezrobocia w Polsce jest coraz niższa. Według danych Europejskiego Urzędu Statystycznego (Eurostatu), w kwietniu br. wynosiła ona 4.8 proc. To o 2.1 pkt proc. mniej niż pod koniec 2015 r. W wartościach bezwzględnych skala spadku jest również imponująca. Liczba osób poszukujących zatrudnienia zmniejszyła się z niecałych 1.2 mln. do 832 tys., czyli prawie o jedną trzecią.

Jednak mimo tak silnego spadku bezrobocia liczba osób pracujących nie zmieniła się. Zarówno w czwartym kwartale 2015 r., jak i w pierwszym 2017 r. (dane wyrównane sezonowo) wynosiła ona dla populacji powyżej 15 roku życia 16.3 mln. osób. Fakt ten dobrze pokazuje, jak w pewnych okolicznościach mało przydatnym wskaźnikiem jest stopa bezrobocia.

Ukryte problemy strukturalne

Niższe bezrobocie wskazuje, że w gospodarce jest wyraźny popyt na pracę, co oczywiście należy odebrać jako pozytywny sygnał. Warto jednak zauważyć, że wraz ze starzejącym się społeczeństwem wskaźnik bezrobocia staje się coraz mniej przydatny, gdyż osoby przechodzące na emeryturę pracy praktycznie nie szukają.

W Polsce poważnym problemem jest także niski poziom aktywności zawodowej (populacja osób, które szukają pracy lub ją mają). Dotyczy to zwłaszcza tych, którzy nie legitymują się dyplomem wyższej uczelni. Na koniec 2016 r. aktywność zawodowa osób (25-64 lata), których wykształcenie Eurostat zalicza do poziomu 3 i 4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe), wynosiła 72.7 proc., co było drugim najniższym wynikiem po Chorwacji.

Z kolei w przypadku osób, których edukacja zakończyła się na poziomie gimnazjalnym lub podstawowym, aktywność zawodowa dla analogicznego przedziału wiekowego wynosi jedynie 46.6 proc. co jest nie tylko najniższym poziomem w całej Unii, ale również jest niższa niż np. w Macedonii.

W przypadku Polski znacznie ważniejszym wskaźnikiem od bezrobocia jest skala bierności zawodowej (populacja nie mających pracy, ani jej nie szukających). Dla osób bez wyższego wykształcenia w przedziale wiekowym 25-64 lata wynosiła ona na koniec pierwszego kwartału 2017 r. 4.3 mln osób. Jest to więc pięć razy więcej osób, niż wynosi liczba bezrobotnych  i to dla całej populacji powyżej 15 roku życia.

Zerowe bezrobocie niewiele pomoże

Obecna dobra koniunktura widoczna zarówno w kraju, jak i na świecie powoduje, że liczba osób bezrobotnych bardzo szybko maleje. W niewielkim stopniu przekłada się to natomiast na ograniczenie grupy biernych zawodowo, np. dla poziomu wykształcenia 3 oraz 4 wzrosła przez ostatnie dwa kwartały o 40 tys osób.

Warto także podkreślić, że nawet gdyby bezrobocie spadło do zera, to i tak nie oznaczałoby, że rynek pracy jest w dobrej kondycji. Dlaczego? W porównaniu do Unii Europejskiej skala bierności zawodowej w Polsce jest znacznie wyższa i wielokrotnie przekracza liczbę bezrobotnych dla przedziału wiekowego 25-64 lata.

 

Źródło: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

W najbliższych kwartałach wynagrodzenia będą rosły szybciej. Duży popyt na nowych pracowników napotka na zmniejszającą się ich podaż.

Przedsiębiorcy dość mocno odczuli wysoką dynamikę wynagrodzeń w ostatnich kilkunastu miesiącach. Większość firm została zmuszona do ich podniesienia, czyli zwiększenia kosztów, również ze względów regulacyjnych (wyższa płaca minimalna i stawka godzinowa) i liczy, że w kolejnych miesiącach nie będzie musiała już tego robić. Jest to trochę myślenie życzeniowe.  W kwietniu stopa bezrobocia wyniosła 7,7 proc., a po oczyszczeniu z czynników sezonowych nawet 7,5 proc. Według Eurostatu mamy bezrobocie na poziomie 5,3 proc. i jesteśmy wśród sześciu państw o najniższym bezrobociu w całej Unii Europejskiej (obok Czech, Niemiec, Węgier, Malty i Holandii). Na każde sto miejsc pracy w gospodarce przypada jeden wakat. W takich warunkach trudno spodziewać się stabilizacji wynagrodzeń. Przeciwnie, w kolejnych kwartałach będą one coraz szybciej rosły, gdyż wysoki popyt na pracowników napotka na zmniejszającą się ich podaż.

Komentarz dr Grzegorza Baczewskiego, zastępcy dyrektora generalnego Konfederacji Lewiatan

Nowe dane o rekordowo niskim bezrobociu i silnym popycie na pracowników zaburzają obraz poważnych problemów strukturalnych dotyczących zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według opublikowanych w środę kwietniowych danych Eurostatu bezrobocie w Polsce spadło do poziomu 4,8 proc. Tylko pięć krajów ma niższą wartość tego wskaźnika. Wyższy jest m.in. w Holandii (5,1 proc.), Danii (5,7 proc.) czy Szwecji (6,6 proc.). Paradoksalnie jednak tak niski poziom bezrobocia może zacząć bardziej martwić niż cieszyć, zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę bardzo niskie wskaźniki zatrudnienia i aktywności zawodowej Polaków.

Różnica między bezrobociem a biernością

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę, że o kondycji gospodarki nie świadczy sam wskaźnik bezrobocia. Zdecydowanie ważniejsze są: współczynnik zatrudnienia i skala bierności zawodowej. W tym drugim wypadku chodzi o ludzi, którzy nie mają pracy i jej nie szukają. Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) GUS-u pokazuje, że w pierwszym kwartale 2017 r. pracy szukało 926 tys. bezrobotnych (5,4 proc.), co oznacza spadek o ponad 500 tys. (z 8,6 proc.) z notowanych dwa lata temu niespełna 1,5 mln.

Te dane oczywiście cieszą. Wynika z nich, że ludzie, którzy szukają płatnego zajęcia, znajdują zatrudnienie. Z drugiej strony spadek liczby bezrobotnych rzędu kilkuset tys. przy skali biernych zawodowo na poziomie 13,4 mln (dla populacji powyżej 15. roku życia) nie jest już tak spektakularny. Nawet gdy wyłączymy z grupy biernych zawodowo osoby starsze niż 64 lata i młodsze niż 25 lat, to liczba osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest bardzo duża i wynosiła według danych Eurstotatu na koniec 2016 r. ponad 5 mln osób.

Bierność zawodowa wyższa niż w Grecji

Eurostat podaje, że stosunek biernych zawodowo do populacji w przedziale 25-64 lata wynosi w Polsce 24,5 proc. To piąty najgorszy wynik w Unii. Mniejszy odsetek osób, które nie szukają i nie mają pracy, jest m.in. w zmagającej się z kryzysem gospodarczym Grecji (23,9 proc.). Natomiast średnia na obszarze wspólnej waluty wynosi 20,1 proc., a w Czechach czy na Litwie jest to ok. 17 proc. Obniżenie wskaźnika bierności w przedziale 25-64 lata o 1 pkt proc. oznacza, że do grupy aktywnych zawodowo (mających pracę lub jej poszukujących) trafia 200 tys. osób.

Z wysokiego poziomu bierności bezpośrednio wynika niski współczynnik aktywności zawodowej. Odsetek osób pracujących lub szukających pracy do populacji 25-64 lata wynosi 75,5 proc. i jest o 0,6 pkt proc. niższy niż w Grecji.

Olbrzymie dysproporcje zatrudnienia w zależności od wykształcenia

Dodatkowo warto zauważyć olbrzymie dysproporcje w aktywności zawodowej w relacji do wykształcenia. Wśród tych, którzy mają wyższe wykształcenie, wynosi on 90,2 proc. Jest to rezultat bliski Danii (90,3 proc.) oraz Niemiec (90,4 proc.), a także powyżej unijnej średniej (89,1 proc) . Wysokiej aktywności towarzyszy także bardzo dobry wskaźnik zatrudnienia Polaków legitymujących się przynajmniej licencjatem. Wynosi on 87,4 proc. i jest nieco niższy niż w Niemczech (88,4 proc.), ale wyższy niż np. w Danii (86,2 proc.). Bezrobocie Polaków z wyższym wykształceniem w wieku 25-64 lata wynosi 2,8 proc. i jest nawet niższy niż w Szwajcarii – 3 proc.

Warto jednak podkreślić, że dyplomem wyższej uczelni legitymuje się tylko 6 z ponad 20 mln Polaków w wieku 25-64 lata. Sytuacja zdecydowanie się pogarsza, gdy spojrzymy na niespełna 13 mln osób, które Eurostat kwalifikuje na poziomach edukacji trzecim i czwartym (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Współczynnik aktywności zawodowej w tej grupie to tylko 72,7 proc. Jest to drugi najniższy wynik w UE po Chorwacji (72,3 proc.). Średnia dla Wspólnoty to 80,3 proc., w Czechach jest to 83,4 proc., a w Niemczech 84 proc.

W tej grupie osób także dobrze widać, jak mylący jest wskaźnik bezrobocia. Dla osób z wykształceniem na poziomie trzecim i czwartym wynosi on 5,8 proc. (667 tys.) i jest niższy niż średnia unijna (7,8 proc.) oraz przeciętna dla strefy euro (8,9 proc.). Współczynnik bierności ma wartość natomiast 27,3 proc. (3,5 mln). Towarzyszy temu również bardzo niski wskaźnik zatrudnienia. Wynosił on w 2016 r. 68,5 proc. To jest trzeci najgorszy wynik w UE przy średniej na poziomie 75 proc. W Czechach czy w Niemczech wartości oscylowały blisko 81 proc.

Różnica we wskaźniku zatrudnienia do populacji (25-64 lata) na poziomie 20 pkt proc. pomiędzy osobami z wyższym wykształceniem a tymi, którzy nie legitymują się dyplomem uczelni, jest nie tylko najwyższa w całej Unii (średnio 10 pkt proc.), ale również największa wśród wszystkich państw OECD (dane za 2015 r. – średnio również 10 pkt proc.). Świadczy to o bardzo poważnych problemach strukturalnych polskiego rynku pracy. Szczególnie niepokoić może fakt, że mimo wielu przemian ta sytuacja przez ostatnią dekadę nie uległa poprawie.

Konieczne reformy strukturalne
Rekordowo niski poziom bezrobocia w Polsce może sprawiać wrażenie, że polski rynek pracy jest w bardzo dobrej kondycji. Faktycznie jednak jego słabości ukryte są w bardzo wysokim wskaźniku bierności i niskim aktywności zawodowej. Krajowy rynek pracy pozostanie w słabej formie, jeśli nie dojdzie do poważnych reform strukturalnych – z jednej strony stymulujących znaczne grupy społeczne do poprawy kwalifikacji, a z drugiej strony zachęcających przedsiębiorstwa do zatrudniania osób z wykształceniem poniżej wyższego.

 

Autor: Marcin Lipka

Zgodnie z oczekiwaniami analityków i ministerstwa bezrobocie w kwietniu br. wyniosło 7,7% i było niższe o 0,4 pkt proc. wobec danych z marca i o 1,7 pkt proc. rok do roku – podał GUS.

Tak niskiego bezrobocia nie było od 26 lat. Konieczne są jednak wspólne działania partnerów społecznych i administracji podnoszące kompetencje pożądane na rynku pracy.

To kolejne dobre dane z rynku pracy. Systematyczny spadek bezrobocia, który obserwujemy od początku roku na pewno cieszy. Jednak dla przedsiębiorców i instytucji rynku pracy to wyraźny sygnał do zmian priorytetów i polityki. Nadchodzący rynek pracownika wymusi inwestycje w kapitał ludzki zarówno prywatne, jaki i państwowe. Należy jednak pamiętać, że spadek dynamiki podaży pracy – liczba pracujących w 2016 wzrosła tylko o 0,7%, tj. w tempie wolniejszym od relatywnie wysokiego 1,4% zanotowanego rok wcześniej – sprawia, że pracodawcy z ostrożnością rozważają inwestycje. Obawy budzi zagrożenie brakiem pracowników posiadających pożądane na rynku kwalifikacje.

Kluczowy dla wzrostu gospodarczego jest wzrost produktywności, dla której ważni są wysoko wykwalifikowani pracownicy. Dalsze utrzymanie dynamiki wzrostu PKB wymaga inwestycji w kwalifikacje i kompetencje pracowników. Pracodawcy podkreślają konieczność dostosowania priorytetów polityki rynku pracy do nadchodzącego rynku pracownika. Wynika z tego potrzeba innego podejścia, zgodnie z którym to firmy wspólnie z instytucjami rynku pracy określają kompetencje w jakie chcą inwestować.  Ale z tym związana jest zmiana priorytetów funkcjonowania urzędów pracy, które powinny koncentrować się na wsparciu pracodawców w szkoleniach i rozwoju pracowników, a nie tylko na aktywizacji bezrobotnych.  Dlatego duże znaczenie ma efektywnie działający Krajowy Fundusz Szkoleń, nie tylko jako narzędzie wsparcia, ale także jako platforma dyskusji o kluczowych kompetencjach dla gospodarki, regionów i branż.

Nadal aktualna pozostaje kwestia współczynnika aktywności zawodowej, który jest najniższy od 2000 roku i wynosi 56,3%. Ostanie szacunki resortu mówiące o bezrobociu niższym niż 7% na koniec 2017 są bardzo realne, a zapisane w tegorocznej ustawie budżetowej 8%, przy utrzymaniu trendu już, zrealizowane.  Liczba zarejestrowanych bezrobotnych w końcu kwietnia br. wyniosła 1 252,7. wobec 1 324,2 tys. miesiąc wcześniej. Oznacza to spadek o 17,6 procent w porównaniu z 1 600,5 tys. bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy rok wcześniej. Malejące w kwietniu bezrobocie wynika ze spadku liczby pracodawców i pracujących na własny rachunek i znacznego spadku liczby pracujących w sektorze rolniczym.  Pozytywną informacją jest przyrost liczby pracujących w sektorze przemysłowym i usług.

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta  z departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan

Po ogłoszeniu wyników pierwszej tury wyborów prezydenckich we Francji, na rynkach finansowych można było niemal usłyszeć westchnienie ulgi. Francuski indeks giełdowy CAC40 zyskał w poniedziałek aż 4%, a zieleń zdominowała również inne, europejskie parkiety. Obrazuje to 4-procentowy wzrost indeksu Euro Stoxx 50 grupującego pięćdziesiąt największych przedsiębiorstw strefy euro.

Sondaże wskazują na to, że w drugiej turze prorynkowy kandydat Emmanuel Macron powinien zwyciężyć w starciu z eurosceptyczną Marine Le Pen. Jeśli tak się stanie, apetyt inwestorów na europejskie akcje się utrzyma.

Rok wyborczy w Europie a sprawa polska

Na wygaszeniu ryzyka politycznego we Francji skorzystaliby wszyscy inwestorzy, którzy lokują kapitał w Europie. Beneficjentem byłaby też warszawska giełda. Polska jako „specyficzny” rynek wschodzący jest bowiem silnie powiązana z Europą Zachodnią i zachowanie rodzimych indeksów jest w dużym stopniu uzależnione od sentymentu panującego na europejskich parkietach. O tym, czy apetyt inwestorów na europejskie akcje się utrzyma, już niebawem zadecydują francuscy wyborcy.

Co jednak ważniejsze, za polskimi akcjami niezmiennie przemawiają twarde argumenty. W marcu produkcja przemysłowa w Polsce wzrosła w porównaniu do ubiegłego roku o 11,1%, a sprzedaż detaliczna o 9,7%. To jedne z lepszych wyników, jakie polska gospodarka osiągnęła w ciągu ostatnich kilku lat. W Polsce obserwujemy także silną poprawę na rynku pracy – w marcu bezrobocie spadło do 8,2%.

Ożywienie gospodarcze pomoże spółkom notowanym na GPW zrealizować tegoroczne prognozy zysków na poziomie kilkunastu procent. A jeśli utrzyma się napływ kapitału na europejskie giełdy, WIG powinien zamknąć ten rok na poziomach wyższych niż obecnie.

Macron vs. Le Pen – co dalej?

Już 8 maja Francuzi wybiorą nowego prezydenta. Jeśli zostanie nim Emmanuel Macron, rynki czeka chwila spokoju. W niepamięć odejdzie dyskusja na temat wyjścia Francji z Unii Europejskiej. Jeśli jednak po raz trzeci w przeciągu roku sondaże zawiodą i zwycięży Marine Le Pen, trzeba liczyć się ze spadkami.

Niezależnie od wyniku wyborów we Francji, to nie koniec politycznych emocji na rynkach. Już po wakacjach odbędzie się kolejny akt tegorocznego roku wyborczego w Europie – wybory parlamentarne w Niemczech.

 

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

W minionej dekadzie na 380 polskich powiatów i miast na prawach powiatu tylko w jednym (tatrzańskim) nie udało się zredukować odsetka osób bez pracy – wynika z danych GUS. W co czwartym bezrobocie spadło o co najmniej 10 proc. Rekordzista – powiat dzierżoniowski – zredukował bezrobocie niemal trzykrotnie, z 29,5 proc. w 2006 roku do 10 proc. w 2016 roku.

W skali całego kraju stopa bezrobocia w latach 2006-2016 spadła z 14,8 proc. do 8,3 proc. Najniższą w kraju stopę bezrobocia (1,9 proc.) ma Poznań, miasto na prawach powiatu. Prezydent miasta Jacek Jaśkowiak powiedział, że ten niski poziom bezrobocia w Poznaniu to wypadkowa wielu elementów.

„Kadry Wielkopolski oceniane są wysoko przez międzynarodowe korporacje czy ośrodki badawcze, co potwierdza poziom Poznania jako silnego ośrodka akademickiego. Kolejna kwestia to ponadprzeciętna przedsiębiorczość mieszkańców regionu, przekładająca się na dużą liczbę małych i średnich firm” – podkreślił Jaśkowiak.

Jak dodał, nie jest dziełem przypadku, że właśnie tu powstały takie potęgi jak Allegro czy Solaris. Jaśkowiak, zanim objął funkcję prezydenta, sam był przedsiębiorcą świadczącym usługi inwestorom, głównie zagranicznym.

Z kolei w powiecie poznańskim, obejmującym 17 ościennych gmin otaczających Poznań, stopa bezrobocia wynosi 2,3 proc. i również jest jednym z najniższych wskaźników w Polsce (zaraz po powiecie kępińskim, gdzie wynosi 2,2 proc.).

Członek Zarządu Powiatu Poznańskiego Zygmunt Jeżewski podkreślił, że wpływ na niski poziom bezrobocia w regionie ma już samo położenie powiatu, który na siedzibę swojej firmy wybiera wiele dużych i międzynarodowych korporacji. „Nie bez znaczenia jest oferta edukacyjna powiatu poznańskiego. Stawiamy na kształcenie, które daje możliwość zdobycia konkretnego zawodu (…) Ważnym czynnikiem jest również tradycja rzemiosła poznańskiego” – zaznaczył Jeżewski.

W 2006 r. najniższy wskaźnik bezrobocia, na poziomie 4,6 proc., notowano w Warszawie. Dekadę później ten sam wynik (4,6 proc.) ulokował Kalisz i Zieloną Górę na 29. i 30. miejscu wśród 380 powiatów i miast na prawach powiatu.

Warszawa, mimo spadku bezrobocia o 1,8 pkt proc., obecnie znajduje się poza pierwszą trójką. Stopa bezrobocia na poziomie 2,8 proc. dała stolicy piątą lokatę, ex aequo z Katowicami i Wrocławiem.

Agnieszka Walawska, dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Dzierżoniowie, uważa, że do rekordowego spadku bezrobocia w tym powiecie przyczyniła się m.in. działalność dzierżoniowskiej podstrefy Wałbrzyskiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Wielu mieszkańców powiatu dzierżoniowskiego dojeżdża do pracy w dużych firmach, ulokowanych w strefie pod Wrocławiem, takich jak Amazon czy LG. „Na koniec 2016 roku liczba bezrobotnych w powiecie dzierżoniowskim wynosiła 2877 osób. Warto przypomnieć, że jeszcze nie tak dawno, bo w 2012 r. bezrobotnych było ponad 7200 osób” – zauważyła Walawska.

Bezrobocie w latach 2006-2016 wyraźnie spadło też m.in. w powiatach: krośnieńskim w woj. lubuskim (o 18,8 pkt proc.), starogardzkim w woj. pomorskim (o 17,1 pkt proc.) oraz gryfickim w woj. zachodniopomorskim (o 16,9 pkt. proc.).

Pierwszym miastem na prawach powiatu, w którym można zauważyć najsilniejszy trend spadkowy, jest Grudziądz, bezrobocie przez 10 lat zmniejszyło się tam z 25,1 proc. do 13,1 proc.

W powiecie tatrzańskim, jako jedynym w Polsce, bezrobocie w dekadzie 2006-2016 wzrosło – o 0,7 pkt proc. Jak powiedział szef zakopiańskiego Urzędu Pracy Jan Gąsienica-Walczak, apogeum bezrobocia w pow. tatrzańskim to niemal 14 proc. w 2014 r. Obecnie wskaźnik ten wynosi ok. 11 proc.

„Do 2007 roku mieliśmy mocny spadek bezrobocia, a po tym okresie bezrobocie zaczęło nam systematycznie rosnąć. Przyczynił się do tego wzrost kosztów pracy (…) i poszło za tym zwalnianie pracowników” – zaznaczył. Dodał, że w powiecie obserwowane jest zjawisko rejestrowania się osób chcących uzyskać ubezpieczenie zdrowotne, a jednocześnie podejmowanie przez nie dorywczych zajęć sezonowych.

W Krośnie na Podkarpaciu stopa bezrobocia od 10 lat utrzymuje się na niskim poziomie. Obecnie wynosi 4,8 proc., podczas gdy w Przemyślu 14,2 proc., a w Rzeszowie 6,9 proc.

Zdaniem dyrektora Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Rzeszowie Tomasza Czopa niska stopa bezrobocia w Krośnie to zasługa m.in. dynamicznego rozwoju przedsiębiorczości w tym mieście. „W blisko 50-tysięcznym mieście działa bardzo duża liczba podmiotów gospodarczych, ponad 5,5 tysiąca, a 97 proc. z nich to firmy prywatne. Miasto jest też ośrodkiem usługowym i przemysłowym z różnorodnością branż, dużo miejsc pracy generują handel i usługi. To dynamizuje również handel przygraniczny ze Słowacją” – dodał.

Są jednak w dalszym ciągu w Polsce powiaty, w których bezrobocie, chociaż niższe niż przed 10 laty, utrzymuje się na wysokim poziomie.

Najwyższą stopę bezrobocia rejestrowanego (28,8 proc.) w 2016 r. odnotowano w powiecie szydłowieckim na Mazowszu. Zaraz za nim uplasowały się trzy powiaty z woj. warmińsko-mazurskiego: braniewski (25,2 proc.), kętrzyński (23,7 proc.) i bartoszycki (23,7 proc.).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...