wtorek, Styczeń 23, 2018
Home Archiwa 2017 Październik

Miesięczne archiwaPaździernik 2017

Historia kredytowa wpływa nie tylko na to, czy będziemy mogli skorzystać z zewnętrznego finansowania, ale w niektórych przypadkach może zaważyć także na warunkach oferty. Jest więc jedną z kluczowych kwestii decydujących o przyznaniu kredytu lub pożyczki. Eksperci MEDFinance wskazują, jak sprawić, by działała na naszą korzyść.

Dlaczego dobrze mieć zobowiązania

Historia kredytowa to informacje dotyczące naszych dotychczasowych zobowiązań wobec instytucji finansowych i tego, jak nimi zarządzaliśmy. Podczas analizy wniosków kredytowych specjaliści oceniają, jak wnioskodawcy radzili sobie ze spłatą swoich zobowiązań. Jeśli raty były regulowane terminowo lub nawet przed czasem, jest to czytelny sygnał, że klient racjonalnie zarządza finansami i udzielenie pożyczki nie stanowi dla instytucji ryzyka.

– To zwiększa szansę uzyskania pozytywnej decyzji kredytowej. Co więcej, dzięki mniejszemu ryzyku istnieje możliwość uzyskania większej sumy, lepszych warunków oferty lub obniżenia niektórych opłat związanych z zabezpieczeniem pożyczki – wyjaśnia Krzysztof Rabe, analityk firmy MEDFinance.

Informacje na temat naszej historii kredytowej dostępne są w Biurze Informacji Kredytowej (BIK). Instytucje finansowe pozyskują w nim raporty na temat wnioskodawców, w których zawarte są wiadomości dotyczące wysokości dotychczasowych zobowiązań, terminowości ich spłat lub ewentualnych opóźnień. Im więcej jest pozytywnych informacji, tym wyższa jest punktowa ocena wniosku. Na ocenę punktową w BIK składają się 4 główne kategorie: jakość kredytów (terminowe regulowanie zobowiązań), aktywność kredytowa (ilość zaciągniętych kredytów), wykorzystanie limitów kredytowych, ubieganie się o kredyty. Zdecydowanie największa waga przypisana jest do kategorii jakości kredytów, jest to około 76% oceny punktowej. W BIK-u znajdują się dane dotyczące nie tylko zaciąganych kredytów, ale też np. korzystania z kart kredytowych, przyznanych limitów w koncie czy nawet zakupów ratalnych. Warto aktywnie korzystać z tych produktów i rozwiązań, nawet jeśli np. stać nas, aby sfinansować zakupy bez rozłożenia płatności na raty. W przeciwnym razie stanowimy dla instytucji finansowej niewiadomą.

 Carte Blanche, czyli brak historii

Jeśli do tej pory nie korzystaliśmy z kart kredytowych, kredytów czy pożyczek, nie mamy żadnej historii kredytowej. Wbrew pozorom nie jest to dla nas dobra sytuacja. Instytucja, do której zwracamy się z wnioskiem o finansowanie nie może sprawdzić, jak do tej pory radziliśmy sobie w zarządzaniu dostępnymi środkami.

– Oczywiście brak historii kredytowej nie przesądza jeszcze o odrzuceniu wniosku. Pod uwagę brane są też inne parametry, np. osiągane dochody, koszty utrzymania, wartość posiadanych zobowiązań takich jak alimenty, wysokość wkładu własnego itp. Istotne są też kwestie poza finansowe, np. liczba osób w gospodarstwie domowym, stan cywilny czy wykonywany zawód. Jeśli wpływy na konto wnioskodawcy są odpowiednio wysokie i teoretycznie spłata pożyczki nie jest zagrożona, wniosek może być rozpatrzony pozytywnie – stwierdza ekspert MEDFinance.

Zła historia kredytowa  

W sytuacji, kiedy w przeszłości np. zaciągnęliśmy już jakąś pożyczkę lub sfinansowaliśmy zakup przy użyciu karty kredytowej i pojawiły się zaległości w uregulowaniu zobowiązania, mogą one zaważyć na decyzji o przyznaniu finansowania.  Istotne jest to, jak dawno doszło do opóźnień oraz jak sobie z nimi poradziliśmy.

– Gdy w przeszłości np. w wyniku chwilowych problemów finansowych, nie uregulowaliśmy raty lub dwóch, ale później wybrnęliśmy z sytuacji i pozbyliśmy się zaległości, nie musi być to zła wiadomość. Świadczy, że umiemy zarządzać finansami. Gorzej, gdy takie opóźnienie znajdzie finał u windykatora. To znacząco pogorszy naszą opinię w oczach pożyczkodawcyzwraca uwagę Krzysztof Rabe z MEDfinance.  

Nie oznacza to, że osoby, które w przeszłości miały problemy finansowe, nie będą już mogły skorzystać z zewnętrznych źródeł finansowania. Zwykle bowiem przy ocenie wniosku najważniejsze są najświeższe informacje, sięgające na kilka lub kilkanaście miesięcy wstecz. Jeśli w ciągu ostatniego roku sumiennie spłacaliśmy nasze zobowiązania i nasza kondycja finansowa jest stabilna, szanse na pozytywne rozpatrzenie wniosku rosną, nawet jeśli w dalszej przeszłości zdarzały się pewne problemy.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Polscy inżynierowie opracowali model szyfrowania, który fundamentalnie zmieni sposób bezpiecznej komunikacji w biznesie. UseCrypt Messenger zapewnia realizację szyfrowanych połączeń telefonicznych, wymianę wiadomości oraz plików na smartfonach. W porównaniu do znanych produktów konkurencji, aplikacja korzysta z autorskich zabezpieczeń, gwarantujących pełną prywatność przesyłanych informacji, aby wykluczyć ryzyka podsłuchu czy ataku hackerskiego.

UseCrypt Messenger, to bezpieczny komunikator internetowy, zbudowany w oparciu o zestaw aplikacji klienckich (iOS, Android) oraz aplikacji serwerowych (serwer tekstowy, serwer głosowy). Komunikator pozwala na realizację szyfrowanych połączeń głosowych w standardzie HD Voice, a także na bezpieczną wymianę treści, w tym multimediów.

Całość prowadzonej przez użytkowników komunikacji jest szyfrowana w trybie end-to-end, co oznacza, że operacje kryptograficzne wykonywane są po stronie klientów. Połączenia są zestawiane poprzez serwer pośredniczący, który nie uczestniczy w żadnych operacjach kryptograficznych, co gwarantuje pełną anonimowość użytkownikom. Dodatkowo jest to jedyna aplikacja pozwalająca sprawdzić, czy telefon nie jest obiektem inwigilacji – mówi mgr inż. Kamil Kaczyński, ekspert ds. kryptologii.

Coraz więcej firm wykorzystuje komunikatory zarówno do komunikacji wewnętrznej, jak i w rozmowach z klientami. W takich przypadkach zapewnienie bezpieczeństwa przekazywanych informacji jest wyjątkowo ważne.

– Szczególnie w przypadku rozmów o danych finansowych, czy kwestiach prawnych dotyczących konkretnych transakcji, szyfrowanie komunikacji może stać się standardem. Jest to związane również z obowiązkiem zachowania poufności w umowach typu NDA oraz bezpośrednio z tajemnicą adwokacką – mówi Krzysztof Witkowski, Associate Partner EY, odpowiedzialny za program EYnovation skierowany do najbardziej innowacyjnych polskich firm technologicznych, do którego od września 2018 dołączył UseCrypt.

Spółka Usecrypt S.A., której misją jest przywrócenie użytkownikom prywatności w komunikacji on-line, stworzyła także aplikację UseCrypt Safe – pozwalającą szyfrować dane lokalnie, na serwerze oraz bezpiecznie transferować je i współdzielić. UseCrypt Messenger jest kolejnym produktem, szczególnie ważnym w kontekście zmian w RODO.

 Kwestia zapewnienia odpowiedniego poziomu poufności i ochrony przekazywanych informacji, w tym w szczególności ochrony danych osobowych jest niewątpliwie priorytetem dla firm z wielu branż, także z uwagi na nowe Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych tzw. RODO, które będzie obowiązywać od 25 maja 2018 – dodaje Jakub Walarus, Manager w Dziale Zarządzania Ryzykiem Informatycznym EY, odpowiedzialny za realizację projektów dostosowania do RODO.

UseCrypt pracuje już nad kolejną wersją Messengera, która wprowadzi kolejne udogodnienia w komunikacji online dla biznesu. Obecną wersję pobrać można z oficjalnych sklepów — AppStore i Google Play.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Europejska ropa Brent jest najdroższa od ponad dwóch lat, cena przekroczyła 60 dolarów za baryłkę. Spadają również globalne zapasy tego surowca, a porozumienie producentów o ograniczeniu wydobycia może zostać przedłużone na cały 2018 rok. Paliwo na stacjach też podrożeje.

Napływające z rynku informacje sugerują, że kierowcy będą musieli sięgnąć głębiej do kieszeni. Od 20 października cena benzyny 95 na rynku ARA (Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) wzrosła o 11 gr i osiągnęła poziom 1,71 zł za litr. Brakuje 14 gr, by popularna bezołowiówka kosztowała najwięcej od lata 2015 r.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja z dieslem. W holenderskich oraz belgijskich rafineriach – po 9-groszowym wzroście w ciągu niespełna tygodnia – olej napędowy kosztuje 1,73 zł za litr i jest tylko 8 gr poniżej szczytów z lipca 2015 r.

Potentaci sugerują ograniczenie wydobycia

Całkiem niedawno, bo we wrześniu br., ceny paliw również gwałtownie rosły. Wtedy jednak podwyżki były następstwem huraganów, które nawiedziły Stany Zjednoczone i zaburzyły globalną produkcję. Tamte wydarzenia miały jednak charakter przejściowy. Tymczasem obecne wzrosty cen mogą utrzymać się przez wiele miesięcy.

W ostatni piątek, a także podczas minionego weekendu przedstawiciele Arabii Saudyjskiej sugerowali możliwość przedłużenia ograniczenia wydobycia do końca 2018 r. We wrześniu OPEC wydobywał o milion baryłek ropy naftowej dziennie mniej niż rok temu. Za przedłużeniem porozumienie opowiada się również Rosja, która dziennie produkuje o 200 tys. baryłek mniej niż we wrześniu 2016 r.

Mniejsze zapasy u progu zimy

Sugestie ze strony OPEC oraz Rosji doprowadziły do tego, że cena sprzedawanej m.in. w Europie ropy Brent przekroczyła 60 dolarów za baryłkę i osiągnęła najwyższe poziomy od ponad dwóch lat. Poza zmianami związanymi z podażą „czarnego złota” warto także zwrócić uwagę na popyt i zapasy, które są także niezwykle ważne dla cen. Według październikowego raportu Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) tempo wzrostu popytu w III kwartale wyhamowało z rekordowych 2,2 mln baryłek do 1,2 mln baryłek. Cały czas jednak IEA przewiduje, że wzrost globalnego zapotrzebowania na ropę naftową wyniesie średnio 1,6 mln baryłek (1,6 proc.) w tym roku oraz 1,4 mln baryłek (1,4 proc.) w przyszłym.

Po wielu kwartałach, w których rosły zapasy ropy oraz paliw, następują wyraźne spadki. Jeszcze w styczniu br. globalne rezerwy przekraczały 5-letnią średnią o 318 mln baryłek. Teraz, według IEA, są one o niemal połowę mniejsze (170 mln). Szczególnie niepokojąco wygląda sytuacja diesla. W Stanach Zjednoczonych jego zapasy spadły do najniższych poziomów od maja 2015 roku. Zwiększa to ryzyko, że jeżeli w sezonie zimowym Europę i USA nawiedzą temperatury poniżej wieloletnich średnich to diesel może rosnąć wyraźnie szybciej niż ropa naftowa ze względu na niskie zapasy i perspektywę gwałtownego wzrostu popytu.

Podrożeje diesel, podrożeje bezołowiowa

Kurczące się zapasy ropy naftowej oraz jej produktów przy ograniczeniu produkcji przez OPEC i Rosję zwiększają dodatkowo ryzyko, że przy jakichkolwiek problemach związanych z podażą (wydarzenia pogodowe czy geopolityczne) możemy spodziewać się gwałtownych wzrostów cen. Bufor bezpieczeństwa jest obecnie zdecydowanie mniejszy niż w kilku ostatnich latach.

Można więc założyć, że notowania ropy Brent raczej będą kształtować się blisko granicy 60 USD za baryłkę z perspektywą krótkoterminowych silnych wzrostów w przypadku niespodziewanych zaburzeń w produkcji. Ceny przy dystrybutorach na polskich stacjach wzrosną w najbliższych dniach o dobre kilka groszy na litrze. W konsekwencji trudno będzie zatankować olej napędowy poniżej granicy 4,50 zł/litr, a benzynę bezołowiową 95 za mniej niż 4,65 zł/litr.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Działa już bezpłatna aplikacja na smartfon – mObywatel. Rozwiązanie, które przygotowało Ministerstwo Cyfryzacji, zapewnia szybki dostęp do dokumentów w telefonie.

Rozwiązanie zaprezentowane na konferencji prasowej przez minister cyfryzacji Annę Streżyńską ma – zdaniem resortu – przydać się w codziennych sytuacjach. Pierwszą usługą dostępną w aplikacji jest mTożsamość.

Ministerstwo podało jako przykład wykorzystania aplikacji, sytuację stłuczki samochodowej. „Uczestnicy stłuczki, którzy w kilkanaście sekund ściągną na swoje smartfony ze sklepu Google Play aplikację – będą mogli wymienić się informacjami potrzebnymi do rozwiązania sprawy i ujawnią tylko tyle danych, ile wymaga sytuacja, nie więcej” – wyjaśniono w komunikacie ministerstwa.

Za pomocą mTożsamości można potwierdzić swoją tożsamość w kontaktach z innymi obywatelami. Dane wyświetlają się na ekranie telefonu, można je przekazać innej osobie na jej telefon. Można też automatycznie pobrać dane tej osoby i zapisać je w swoim telefonie, pod warunkiem, że obie osoby są użytkownikami aplikacji mObywatel. Wymiana danych jest chroniona certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Cyfryzacji.

Aplikacja jest bezpłatna i może z niej skorzystać każdy, kto jest pełnoletni i ma: ważny dowód osobisty, profil zaufany (eGo), smartfon z systemem operacyjnym Android w wersji 6.0 (lub nowszej) wyposażony w Bluetooth i aparat fotograficzny, aktywną aplikację mObywatel, połączenie z internetem.

mTożsamość korzysta z aktualnych danych (znajdujących się w rejestrach państwowych) takich jak: imię, nazwisko, data urodzenia, numeru PESEL, czyli danych z rejestru PESEL, oraz zdjęcia, terminu ważności, numeru dowodu, informacji, kto wydał dokument – czyli danych z Rejestru Dowodów Osobistych. Te dane można w każdej chwili wyświetlić na ekranie smartfona. Natomiast przekazać komuś lub pobrać od kogoś (z telefonu na telefon) można tylko część danych: imię i nazwisko, zdjęcie i numer dowodu oraz informację, kto go wydał.

Dzięki mTożsamości możliwe jest sprawdzenie tożsamości i wymiana danych bez spisywania, skanowania czy fotografowania dowodu osobistego. Ministerstwo Cyfryzacji podkreśla jednak, że wymiana danych jest możliwa tylko pomiędzy użytkownikami aplikacji mObywatel. mTożsamość nie zastąpi też dowodu osobistego w banku, urzędzie, podczas kontroli drogowej lub przekraczania granicy.

Jak podkreśla resort, ze względów bezpieczeństwa dane zapisane w telefonie są zaszyfrowane i podpisane certyfikatem wydanym przez Ministerstwo Cyfryzacji. Certyfikat potwierdza również autentyczność danych. Dostajemy go przy aktywacji aplikacji – jest przypisany do użytkownika i jego telefonu. Dostęp do danych jest zabezpieczony hasłem dostępu, które wybieramy przy aktywacji aplikacji.

Wiarygodność danych innej osoby potwierdza status certyfikatu, który można zobaczyć podczas wymiany danych oraz w historii pobranych danych. Można też sprawdzić aktualność certyfikatu online.

Resort podkreśla, że dane, które pobieramy od innego użytkownika za pomocą mTożsamości, podlegają przepisom o ochronie danych osobowych, dóbr osobistych i prywatności. Nie można więc ich publikować ani udostępniać innym osobom.

– Pracujemy na tym, by już wkrótce w aplikacji mObywatel pojawiły się nowe mDokumenty – mDowód Osobisty czy mPrawo Jazdy – zaznaczyła podczas konferencji prasowej Anna Streżyńska.

Aplikację przygotowało Ministerstwo Cyfryzacji we współpracy z NASK i COI.

aplikację można pobrać tutaj

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Producent oprogramowania wspomagającego zarządzanie firmą wprowadza na polski rynek produkt Sage 50c. Jest to rozwiązanie hybrydowe łączące zalety aplikacji i usług dostępnych w chmurze z tradycyjnym systemem finansowo-księgowym w wersji desktopowej. Sage 50c zintegrowane z pakietem Microsoft Office 365 Business Premium ma pomóc małym firmom i mikroprzedsiębiorstwom w unowocześnianiu modelu biznesowego poprzez migrację do chmury.

Trendy technologiczne i rynkowe jednoznacznie pokazują, że przedsiębiorstwa na całym świecie przenoszą swoje działania do chmury. Firmy sięgają po innowacyjne usługi i aplikacje wspomagające biznes, ale także migrują – z tradycyjnego oprogramowania instalowanego na serwerach i komputerach firmowych – w stronę lekkich i elastycznych rozwiązań dostępnych w chmurze. Według analityków Gartnera do 2020 roku niemal wszystkie firmy na świecie będą wykorzystywać w swojej działalności rozwiązania i usługi dostępne w chmurze.

– Sage 50c to odpowiedź na dynamiczne zmiany rynkowe i potrzeby ogromnego segmentu małych przedsiębiorstw i mikrofirm. Firmy te systematycznie odchodzą od dotychczasowego modelu, w którym ich działalność jest wspierana wyłącznie przez systemy instalowane na serwerach i komputerach. Wejście do chmury pozwala firmom osiągnąć większą elastyczność i możliwość szybszego działania, ponieważ dostęp do danych, funkcjonalności i usług jest możliwy z dowolnego urządzenia z dostępem do Internetu. Sage 50c pomaga w łagodnym przejściu przez ten proces – mówi Piotr Ciski, dyrektor zarządzający polskim oddziałem Sage.

Hybryda najlepiej wspiera migrację

Sage 50c jest rozwiązaniem hybrydowym – łączy w sobie cechy tradycyjnego systemu instalowanego na komputerze lub serwerze firmy z aplikacjami i usługami dostępnymi w chmurze.

–  Zdecydowaliśmy się na hybrydę, ponieważ ten system działa na danych finansowych i księgowych oraz informacjach z obszaru sprzedaży i zakupów, a te są dla przedsiębiorstw najważniejsze. Wiele firm wciąż ma obawy przed całkowitym przeniesieniem swoich wrażliwych danych na serwery zewnętrzne, dlatego moduł finansowo-księgowy Sage 50c działa w wersji desktopowej, a wszystkie usługi online związane z dostępem, backupem, analityką oraz zintegrowany pakiet Microsoft Office są dostępne w chmurze – wyjaśnia Piotr Ciski. Dzięki hybrydzie w ramach systemu finansowo-księgowego dane firmy są wciąż zapisane na jej własnym dysku, natomiast ich synchronizowana kopia jest przechowywana i archiwizowana na wydzielonym dysku Microsoft OneDrive w chmurze.

Moduł finansowo-księgowy, Microsoft Office 365 Business Premium, aplikacje wspomagające procesy i decyzje w jednym rozwiązaniu

Sage 50c to produkt globalny, z którego obecnie korzystają użytkownicy z małych firm i mikroprzedsiębiorstw na całym świecie. W Polsce rozwiązanie to zdobyło już nagrodę IT Future Awards w kategorii Innowacja Roku 2017.

Dzięki strategicznemu partnerstwu Sage i Microsoft rozwiązanie zostało zintegrowane z pakietem Microsoft Office 365 Business Premium. Specjalnie na potrzeby polskiego rynku moduł finansowo-księgowy został opracowany przez polski zespół Sage. Oprócz niego do dyspozycji są aplikacje online wchodzące w skład Sage 50c:

  • Sage Contact to dodatek do Microsoft Outlook 365, który z modułu finansowo-księgowego udostępnia informacje o kontrahencie powiązanym z nadawcą, od którego pochodzi e-mail (m.in.: limit kredytowy, saldo rozrachunków, dostęp do historii ostatnich faktur kosztowych i sprzedażowych itp.);
  • Sage Cloud Backup troszczy się o tworzenie kopii bezpieczeństwa i ich archiwizację na Microsoft OneDrive. W module finansowo-księgowym użytkownik sam decyduje, co jaki czas system ma wykonać kopię bezpieczeństwa;
  • Sage Capture to bardzo użyteczna aplikacja mobilna, która pozwala przesłać zdjęcia faktur, paragonów lub innych dokumentów wprost na OneDrive. Dzięki Sage Capture księgowa znacznie szybciej otrzyma dostęp do dokumentów kosztowych;
  • Sage Business Performance Dashboard to raport zawierający dane finansowo-księgowe, dzięki któremu właściciel może nie tylko sprawdzić najważniejsze wskaźniki finansowe firmy, ale także podejmować trafniejsze decyzje. Moduł ten w przejrzysty i nowoczesny sposób wizualizuje dane na wykresach;
  • Sage Intelligence umożliwia eksportowanie danych z modułu finansowo-księgowego do arkusza Excel, gdzie użytkownik może samodzielnie przygotować raport, ale również będzie miał do dyspozycji różne sposoby wizualizacji danych.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Promocja biur rachunkowych w social media, kontrowersyjne zmiany w prawie podatkowym czy praktyczne warsztaty z obsługi najnowszych funkcji aplikacji wspierającej nowoczesną księgowość. Tak wyglądała pierwsza odsłona cyklu konferencji zorganizowanych przez SaldeoSMART, przeznaczona dla księgowych i osób związanych z branżą finansowo-rachunkową.

Żyjemy w zdigitalizowanym społeczeństwie i jako producent aplikacji księgowej zdajemy sobie sprawę z tego, że zmiany zachodzące w branży księgowości są coraz bardziej dynamiczne i wymagają odpowiednich rozwiązań systemowych. Konferencje były odpowiedzią na rosnącą potrzebę wymiany doświadczeń na temat naszego oprogramowania, a także wskazania na obszary, które warto rozwijać, aby w pełni sprostać rosnącym wymaganiom wobec biur rachunkowych. Chcieliśmy również opowiedzieć o planach na przyszłość i nowych funkcjach, o które już wkrótce poszerzymy ofertę – mówi Edyta Wojtas, wiceprezes zarządu i analityk biznesowy w BrainSHARE IT.

Twarzą w twarz z cyfryzacją

Każde z konferencyjnych wydarzeń zainaugurowało podsumowanie głównych zmian w aplikacji SaldeoSMART połączone z praktycznymi warsztatami doskonalenia ich obsługi. Uczestnicy poznawali tajniki nowoczesnego prowadzenia firmowej kasy oraz efektywnego przekazywania informacji klientom biur rachunkowych.

Takie spotkania są znakomitą okazją do zgłębienia wiedzy na temat oferowanych przez SaldeoSMART funkcjonalności. Z doświadczenia wiemy, że mimo częstych komunikatów o dostępnych aktualizacjach i rozszerzeniach nasi klienci nie zawsze mają czas na dokładnie zapoznanie się z nowymi możliwościami aplikacji – podkreśla Krzysztof Wojtas, prezes zarządu i architekt systemu SaldeoSMART w BrainSHARE IT.

– Bardzo udana konferencja. W trakcie jej trwania w bardzo przystępny sposób zostały zaprezentowane funkcjonalności SaldeoSMART. Konferencja stała się też dobrą okazją do wymiany doświadczeń z innymi użytkownikami programu. Polecam uczestnictwo w kolejnych edycjach – podsumowuje Mariusz Raszczyk z Kancelarii Doradców Podatkowych „Verum” s.c.

Podczas konferencji uczestnicy wzięli również udział w szkoleniu z obecności i promocji biura rachunkowego w mediach społecznościowych oraz panelu dyskusyjnym poświęconym Jednolitemu Plikowi Kontrolnemu i planowanym zmianom w VAT.

Ważnym punktem programu była prezentacja poświęcona ułożeniu współpracy z dużą spółką i wymagającym klientem, a także przedstawienie planów rozwojowych systemu SaldeoSMART.

– Od początku zależy nam przede wszystkim na tym, aby system spełniał realne potrzeby naszych klientów. Dyskusja, która towarzyszyła prezentacji dotyczącej zastosowaniu elektronicznego obiegu dokumentów, pozwoliła nam nie tylko lepiej poznać oczekiwania użytkowników wobec aplikacji SaldeoSMART, ale też ustalić priorytety we wdrażaniu planowanych nowości w programie – tłumaczy Edyta Wojtas.

– Spotkanie się i podsumowanie zmian w programie było bardzo cenne. To było dla mnie okazja, żeby dowiedzieć czegoś nowego – nie tylko o nowościach, ale także o funkcjach, z których korzystamy już od dawna – ocenia Piotr Cybula z Kancelarii Biegłego Rewidenta „PC – PARTNER”.

 

Źródło:  materiały prasowe firmy

Za metr mieszkania od dewelopera w Warszawie trzeba zapłacić średnio około 8 tys. zł/mkw. Pomimo coraz szybszego tempa sprzedaży, ceny nowych lokali nie wykazują jednak zdecydowanej tendencji wzrostowej. Zarówno w Warszawie, jak i w większości największych miast w kraju stawki systematyczne, ale powoli idą w górę. W ostatnim czasie podwyżki były najbardziej widoczne tylko w Gdańsku i Łodzi.

Średnia cena metra kwadratowego nowego mieszkania w Warszawie już od ponad pięciu lat kształtuje się w granicach 7,5 – 7,9 tys. zł za mkw. W połowie tego roku przeciętna stawka ofertowa na stołecznym rynku deweloperskim wzrosła do poziomu 8,1 tys. zł/mkw., a średnia cena transakcyjna wyniosła 7,7 tys. zł/mkw.

Drogie Śródmieście i Ochota

Za metr nowego mieszkania w warszawskim Śródmieściu trzeba zapłacić co najmniej 10 tys. zł. Do najtańszych dzielnic nie należy też Ochota, gdzie deweloperzy wyceniają lokale średnio na poziomie 9,3 tys. zł/mkw. W najdroższym rejonie tej dzielnicy, w okolicy parku Szczęśliwickiego stawki sięgają cen śródmiejskich. Na najpopularniejszym w Warszawie Mokotowie oraz na Bielanach i Żoliborzu mieszkanie kupimy przeciętnie za około 8,6 tys. zł za mkw.

Na Mokotowie, Woli, czy Żoliborzu, które graniczą ze Śródmieściem oferta jest zróżnicowana. Średnia cena mieszkań jest niższa, ale podobnie jak w samym centrum, w sprzedaży jest wiele drogich lokali, wycenionych po kilkanaście tysięcy złotych za metr,  wśród których znaleźć można także wysokiej klasy apartamenty. Na terenie Mokotowa dostępne są zarówno luksusowe penthouse,y, nie tanie mieszkania w pobliżu stacji metra, jak również lokale w południowej części dzielnicy, która graniczy z Ursynowem, gdzie stawki są nawet o połowę niższe.

Białołęka z mieszkaniami popularnymi

Najtańsze mieszkania na rynku deweloperskim w Warszawie oferuje Białołęka. Średnia cena w tej dzielnicy nieznacznie przekracza 6 tys. zł za mkw. W inwestycjach, które są w niej prowadzone powstają przede wszystkim mieszkania w standardzie podstawowym.

W ostatnim roku ceny nowych mieszkań najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie. W tych dzielnicach stawki poskoczyły o 5-7 proc. Zmiana cen na rynku deweloperskim powiązana jest ściśle także z ewolucją struktury oferty mieszkaniowej. W nowych projektach oferowanych jest coraz więcej mieszkań kompaktowych.

Tomasz Sadłocha z Ochnik Development przyznaje, że najbardziej drożeją mieszkania o niewielkim metrażu, położone w dobrych lokalizacjach, które adresowane są głównie do nabywców inwestycyjnych. – Chodzi o lokale, których ceny nie przekraczają 300 tys. zł. Takie, które dzięki relatywnie niskiej jak na Warszawę cenie, można szybko sprzedać – dodaje. Tomasz Sadłocha przyznaje jednak, że w inwestycjach Dzielna 64 i Studio Centrum realizowanych przez Ochnik Development na Muranowie stawki zostały utrzymane na tym samym poziomie, jak na początku budowy. W Studio Centrum, gdzie deweloper oferuje mikro-apartamenty lokal można kupić w kwocie od 180 tys. zł netto.

Ceny mieszkań w górę za coraz droższymi gruntami

Ceny nowych mieszkań w poszczególnych warszawskich lokalizacjach w największym stopniu uzależnione są od wartości ziemi. Dostępność i wycena gruntu wpływa na wielkość oferty mieszkaniowej w danym rejonie miasta. Brak działek inwestycyjnych w Śródmieściu sprawia, że deweloperzy niewiele na tym obszarze budują, a ceny utrzymają się na najwyższym poziomie. Najwięcej inwestycji w Warszawie powstaje na Białołęce i Mokotowie. Dzielnicami, w których firmy budujące mieszkania są bardzo aktywne jest również Wola i Praga-Południe.

W bardzo wyraźny sposób ceny mieszkań w Warszawie podbija Wisła. W nowych inwestycjach znajdujących się w lokalizacjach nadwiślańskich, szczególnie w centralnym obszarze miasta ceny należą do najwyższych. Na wysokość stawek wpływ ma rewitalizacja Bulwarów Wiślanych, które usiane są teraz licznymi miejscami kulturalno-rozrywkowymi, kawiarniami i gastronomią, a także nowe inwestycje komercyjne, jak EC Powiśle, czy The Tides. W okolicy Starego Miasta i na terenie całego Powiśla, a zwłaszcza w okolicy Centrum Nauki Kopernik, czy Wybrzeża Kościuszkowskiego stawki za metr kwadratowy przekraczają nawet 20 tys. zł.

Stawki podbija metro i Wisła

Ceny w tym rejonie Warszawy są wysokie także ze względu na bezpośredni dostęp do drugiej linia metra. Warszawska podziemna kolejka działa na nabywców nieruchomości jak magnes. Mieszkania przy metrze sprzedają się od ręki i z czasem tylko zyskują na wartości. Stąd ziemią najbardziej poszukiwaną przez deweloperów są grunty, zarówno w pobliżu istniejących stacji metra, jak również w miejscach, w których kolejka jest dopiero planowana.

Lokale w sąsiedztwie metra rozchodzą się błyskawicznie przede wszystkim wśród osób planujących je wynajmować, które stanowią dziś silną i stale rosnąca grupę klientów deweloperów. Ceny mieszkań przygotowywanych dla inwestorów w projektach przy podziemnej kolejce są wyższe o około 1 tys. zł za mkw. od nieco dalej położonych w tym samym rejonie. Kawalerki i małe dwójki przy metrze oferowane są nawet w kwocie powyżej 10 tys. zł za mkw. Dzięki rozbudowie drugiej linii metra zyskuje głównie Wola, Praga Północ, Praga Południe i Bemowo.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Ostatnie lata to intensywny czas rozwoju branży kosmetycznej w Polsce. Wielkie koncerny międzynarodowe konkurują z licznymi małymi polskimi manufakturami. Ile jest wart rynek kosmetyków w Polsce? Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, a dzięki działalności przemysłu kosmetycznego polska gospodarka wytworzyła ponad 7 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy 43 tysiącom osób.

Z „Raportu o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017. 15 lat rozwoju” wynika, że na polskim rynku kosmetyków działa około 400 podmiotów. Są to firmy międzynarodowe, duzi polscy gracze oraz średnie, małe i mikroprzedsiębiorstwa. Taka struktura zapewnia niezbędną różnorodność branży i stanowi o jej silnych podstawach.

Polska szóstym rynkiem kosmetyków w Europie

Wartość polskiego rynku kosmetycznego w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, podczas gdy w 2002 roku było to 9 mld zł. Polski rynek osiągnął taki poziom dzięki stałemu rozwojowi w ciągu ostatnich piętnastu lat. Nominalny skumulowany wzrost rynku wyniósł aż 78 proc. Skok branży jest imponujący, szczególnie w porównaniu z sytuacją w innych państwach europejskich. Polska jest szóstym rynkiem kosmetyków w Europie i rośnie najszybciej. To tym bardziej istotne, że inne duże rynki jak np. francuski i włoski nie tylko nie odnotowały wzrostów, ale wręcz się skurczyły (odpowiednio o 0,19 proc. i 1,09 proc.). To wszystko powoduje, że prognozowana wartość rynku kosmetycznego w Polsce w 2021 roku wyniosła 20 mld zł.

– W najbliższych latach polska gospodarka powinna nadal się rozwijać, a wraz z nią branża kosmetyczna. Równocześnie rosła będzie zamożność społeczeństwa, co w konsekwencji oznacza wzrost popytu na kosmetyki. Zmieniać się będzie jednak struktura tego popytu. Wzrośnie sprzedaż droższych wyrobów. Z kolei konsekwencją zachodzących w Polsce zmian demograficznych będzie wzrost zapotrzebowania na produkty przeznaczone dla osób starszych – mówi Julia Patorska, Ekonomistka w Deloitte.

Polskie kosmetyki w Wietnamie, Kuwejcie i Korei Południowej

Według danych GUS kosmetyki z Polski są eksportowane do ponad 160 krajów, w tym do tak odległych jak Meksyk, Indonezja czy Australia. Zdecydowanie najważniejszy dla krajowych firm jest jednak rynek wewnętrzny Unii Europejskiej. W latach 2004-2016 dodatni bilans Polski w handlu kosmetykami w Unii wzrósł prawie dziewięciokrotnie – z 231 mln zł do 2,04 mld zł. Głównymi kierunkami eksportowymi kosmetyków z Polski są dzisiaj Niemcy, Wielka Brytania i Rosja.

Kiedyś niskie koszty pracy, teraz jakość i innowacyjność

Co decyduje o przewadze przemysłu kosmetycznego w Polsce nad innymi europejskimi rynkami? Przez ostatnie lata były to niskie koszty pracy. Według danych Eurostatu całkowite koszty pracy wśród państw członkowskich Unii są niższe jedynie w pięciu państwach (na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii).

– Ze względu na postępujące procesy rozwojowe w Polsce i na świecie czynnik ten pomału traci na znaczeniu, jednak jego dominacja jest wciąż widoczna. Interesującą zmianą w tym aspekcie jest to, że inwestorzy zagraniczni poszukujący przewag konkurencyjnych coraz częściej zwracają uwagę na poziom wykształcenia kadr, a nie tylko ich niski koszt – wyjaśnia Julia Patorska.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Zbliżająca się rozmowa w sprawie pracy nieodłącznie wiąże się ze stresem – im bliżej do spotkania z potencjalnym pracodawcą czy rekruterem, tym większe wątpliwości. Kandydaci zastanawiają się, czy sprostają oczekiwaniom i jak wypadną na tle innych osób, ubiegających się o stanowisko. Pojawiają się pytania – czy konkurenci w rekrutacji mają większe doświadczenie i lepiej dopasowane kwalifikacje? Ta mogłoby się wydawać błahostka może jednak zmniejszyć pewność siebie kandydata, a następnie zaprzepaścić jego szansę na otrzymanie pracy. Zdaniem ekspertki Hays, to właśnie wiara w siebie stanowi klucz do udanego procesu rekrutacyjnego.

 OBAWY I WĄTPLIWOŚCI

 Przygotowując się do rozmowy kwalifikacyjnej warto zastanowić się, co stanowi źródło naszych wątpliwości. Jedną z najczęstszych obaw przed spotkaniem jest brak praktyki – ostatnią rozmowę o pracę kandydat odbył kilka lat temu i brakuje mu pewności wobec tego, jak powinien odpowiadać na pytania. W takiej sytuacji najlepszym rozwiązaniem jest odświeżenie wiedzy na temat strategii i technik rekrutacyjnych, przykładowo poprzez ćwiczenie udzielania odpowiedzi na częste pytania rekruterów. Warto przy tym zwrócić uwagę na język ciała, który powinien komunikować opanowanie, otwartość i pewność siebie. Takie próby pozwolą wyzbyć się stresu, który często stanowi największą przeszkodę w procesie rekrutacyjnym.

Kolejną przyczyną obaw jest świadomość braków pod względem posiadanych kwalifikacji i doświadczenia. W tym przypadku nadrobienie zaległości przez spotkaniem z pracodawcą jest zazwyczaj niemożliwe. Najlepszym rozwiązaniem jest więc szczera rozmowa z rekruterem – możliwe, że ewentualne braki w zakresie kompetencji twardych lub doświadczenia w branży są mniej istotne, niż mogłoby się wydawać. Gdyby stanowiły ogromną przeszkodę, to kandydat nie zostałby zaproszony na spotkanie. Warto jednak wcześniej przygotować odpowiedzi na ewentualne pytania dotyczące braków kompetencyjnych. Dobrą praktyką jest zaprezentowanie świadomości swoich słabych stron i przedstawienie działań ukierunkowanych na nadrobienie braków.

POZWÓL SIĘ ZAPAMIĘTAĆ

 Pomimo obaw narastających wraz ze zbliżającym się terminem spotkania w sprawie pracy, żaden kandydat przez zakończeniem procesu rekrutacyjnego nie jest w stanie stwierdzić, jak wypada na tle konkurencji. Jedynym pewnikiem są posiadane kompetencje i zalety. Dlatego też należy się skoncentrować na swoich mocnych stronach i obrać za cel nie tyle zdobycie pracy, lecz zapisanie się w pamięci rekrutera czy potencjalnego pracodawcy jako ekspert w swojej dziedzinie.

Najprostszą drogą jest odpowiednie przygotowanie do spotkania. Należy obiektywnie przeanalizować swoje CV pod kątem wymagań określonych na stanowisku będącym przedmiotem rekrutacji – im więcej wymagań znajduje pokrycie w przebiegu kariery, tym większe szanse na sukces w rekrutacji. Warto skoncentrować się na tych elementach i przećwiczyć udzielanie odpowiedzi na szczegółowe pytania, dotyczące posiadanych kompetencji. Dobrą praktyką jest przygotowanie przykładów sytuacji w karierze zawodowej, które mogłyby potwierdzić posiadaną wiedzę ekspercką, doświadczenie i skuteczność w działaniu. Solidne przygotowanie pomoże zmniejszyć stres i wątpliwości przed spotkaniem rekrutacyjnym.

OSOBOWOŚĆ W REKRUTACJI

 Jak uważa Karolina Lis, Team Manager w Hays Poland, nawet najbardziej rozbudowane i najlepiej dopasowane umiejętności nie wystarczą, jeśli kandydat charakterologicznie nie wpisuje się w dynamikę zespołu. To właśnie kompetencje miękkie i cechy charakteru często odgrywają kluczową rolę w ostatecznym wyborze kandydata.

– Niemierzalne kompetencje, które mają największe znaczenie dla pracodawców to umiejętność pracy w zespole i budowania relacji, kreatywność oraz inteligencja emocjonalna, a więc umiejętność poprawnego odczytywania emocji współpracowników. Na takie zalety szczególną uwagę zwracają menedżerowie, którzy poszukują do swoich zespołów nowych pracowników – twierdzi Karolina Lis i dodaje – Wynika to z bardzo prostej przyczyny – o ile braki wiedzy i kompetencji twardych można nadrobić szkoleniami i odpowiednim wdrożeniem do pracy, to cechy psychofizyczne pozostają kwestią charakteru i tym samym są o wiele trudniejsze do wykształcenia.

Aby poprawnie zdefiniować posiadane kompetencje miękkie, warto zastanowić się nad opiniami, które w karierze zawodowej otrzymywaliśmy od współpracowników i przełożonych. Może były to pochwały dotyczące kreatywnego podejścia do rozwiązywania problemów, umiejętnego zarządzania czasem lub zaufanie osób współpracujących w ramach jednego projektu. Kolejnym krokiem jest obiektywna analiza kompetencji w kontekście stanowiska, którego dotyczy projekt rekrutacyjny. Warto zastanowić się, jak wykorzystać posiadane cechy charakteru w rozmowie kwalifikacyjnej i nawiązać nić porozumienia z rekruterem. To właśnie kompetencje miękkie mogą zadecydować o wyborze kandydata, gdy wszyscy aplikujący posiadają podobny zestaw kwalifikacji oraz doświadczenia.

Niemniej ważne jest dopasowanie do zespołu, ponieważ od tego właśnie zależy jego efektywność, kreatywność, a co za tym idzie, także wyniki biznesowe.

– Jeśli kandydat rzeczywiście pasuje do danego stanowiska, to jego osobowość powinna przemówić na jego korzyść. Dlatego tak ważnym jest, aby pomimo stresu towarzyszącego rozmowom kwalifikacyjnym, pozostać sobą – radzi Karolina Lis. – Jeśli kandydat zacznie udawać osobę, jakiej jego zdaniem poszukuje firma, ryzykuje utratę autentyczności w oczach rekrutera bądź pracodawcy. Nawet jeśli otrzyma i przyjmie ofertę, to ryzykuje powstanie sytuacji, w której po kilku miesiącach pracy w firmie i tak musi poszukiwać innego miejsca zatrudnienia ze względu na niedopasowanie do zespołu lub brak porozumienia z bezpośrednim przełożonym.

SZCZĘŚCIE SPRZYJA PRZYGOTOWANYM

Solidne przygotowanie niezaprzeczalnie jest podstawą pozytywnie zakończonego procesu rekrutacyjnego. Jednak wraz ze zbliżaniem się terminu spotkania narasta poziom stresu. Stąd też tak ważnym jest, aby zadbać o optymistyczne nastawienie w dniu spotkania. Może w tym pomóc wyobrażenie sobie momentu, w którym otrzymujemy ofertę pracy oraz powtórzenie swoich mocnych stron. Warto pamiętać, że nikt nie jest idealny – to samo dotyczy pozostałych kandydatów.

Najlepszą strategią na rozmowę rekrutacyjną jest pamiętanie o tym, że aż do momentu zakończenia procesu nie jesteśmy w stanie określić jak wypadamy na tle konkurencji. Zamartwianie się tym faktem przed spotkaniem z rekruterem nie ma sensu, tym bardziej że pozostaje to poza naszą kontrolą. Na korzyść kandydata najlepiej zadziała odpowiednie przygotowanie do rozmowy, koncentracja na najmocniejszych stronach i pozytywne nastawienie. Tylko taka strategia, przy wykluczeniu nerwowych rozważań nad konkurencją, może pomóc w otrzymaniu wymarzonej pracy.

 

Źródło: Hays Poland

 

Stylowe wnętrze, połączenie mchu, drewna i ciepłego światła. Design w najlepszej formie. A wszystko inspirowane najnowszymi modelami samochodów marki Volkswagen. To dom Volkswagena w Warszawie. A dokładnie Volkswagen Home, pierwszy tego typu concept store marki na świecie. 

Centrum nowoczesnego miasta. Dookoła wystrzeliwują w niebo szklane wieżowce. To serce Warszawy. Ulica Karolkowa. A dokładnie Karolkowa Bussines Park. Nietypowe miejsce dla salonu samochodowego. Nietypowe miejsce dla domu. I dokładnie w tym miejscu powstał nowatorski concept store marki Volkswagen. Miejsce nietypowej prezentacji samochodów.

– Głównym celem powstania Volkswagen Home jest stworzenie miejsca prezentacji samochodów innego niż typowe salony. Chcemy zmaksymalizować dobre doświadczenie klientów w kontakcie z naszą marką. Chcemy, żeby było tu tak jak w domu. Inspirująco i z pozytywnymi emocjami. Bo przecież takie emocje towarzyszą nam przy zakupie nowego auta – tłumaczy Michał Szaniecki, Dyrektor Marketingu marki Volkswagen.

Dlatego Volkswagen Home w niczym nie przypomina tradycyjnego salonu samochodowego. W ekspozycji wystawiono jedynie trzy samochody – Arteona, Golfa GTE oraz mającego właśnie polska premierę T-Roca. Do dyspozycji gości są wygodne i gustowne kanapy. Przy stolikach kawowych można spokojnie napić się kawy i bezstresowo poznawać ofertę Volkswagena. Dobre emocje przywołują również tak nietypowe elementy wystroju, jak mech na ścianach czy unikatowa rzeźba świetlna.

– Zmienia się podejście klientów do motoryzacji. Wymagają oni większej indywidualizacji i możliwości konfiguracji samochodów. Chcą aby dopasowywały się one do ich stylu życia. I Volkswagen Home jest miejscem, które ma pokazywać to indywidualne podejście. Odpowiadać na te potrzeby. Volkswagen Home ma być miejscem unikatowym, budzącym emocje – dodaje Michał Szaniecki.

Volkswagen od zawsze bacznie analizował potrzeby swoich klientów. Każdy kolejny model samochodu odpowiadał ich oczekiwaniom. Co więcej, wyprzedzał swoje czasy pokazując w jakim kierunku rozwijać się będzie motoryzacja. Również dziś Volkswagen jest pionierem testującym i wdrażającym nowatorskie rozwiązania w branży motoryzacyjnej. Prezentowany właśnie w Volkswagen Home T-Roc jest liderem swojej klasy jeżeli chodzi o moc silników, bogate wyposażenie standardowe czy ilość dostępnych systemów wspierających kierowcę. To też niezaprzeczalnie doskonale zaprojektowany samochód. I właśnie jego design był m. im. inspiracją dla projektu Volkswagen Home.

– W każdym projekcie szukamy elementów, które są ważne dla tożsamości inwestora. Naszym zadaniem jest te elementy wychwycić i przekuć na funkcję i estetykę. Dlatego domowy klimat salonu Volkswagen Home uzupełniliśmy elementami inspirowanymi liniami projektowymi nowych samochodów Volkswagena. Konstrukcje ścian nie tylko odwzorowują pełne energii i dynamizmu linie samochodów spod znaku VW, ale też bezpośrednio nawiązują do charakterystycznej rzeźby grilla modelu Arteon. Stylistkę modeli Arteon oraz najnowszego T-Roc klienci Volkswagena odnajdą także w samym oświetleniu salonu. – Paweł Garus, współwłaściciel pracowni mode:lina™.

W Volkswagen Home prezentowane będą najnowsze modele marki. Klienci będą mogli nie tylko obejrzeć auta, ale również umówić jazdy testowe, skonfigurować swojego wymarzonego Volkswagena oraz złożyć zamówienie. A wszystko w komfortowych i przytulnych wnętrzach domu Volkswagena. W samym sercu Warszawy przy ulicy Karolkowej 30.

Volkswagen Home to pierwszy tego typu projekt marki w Europie. Nowa przestrzeń powstała przy ul. Karolkowiej 30 na warszawskiej Woli. W przyszłości ma się stać również miejscem różnego rodzaju spotkań – od tych o charakterze kulturalnym, po eventy kulinarne czy muzyczne.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Pula biletów za złotówkę, z których mogą korzystać użytkownicy aplikacji mobilnej mPay powiększyła się o dodatkowe 100 tys. Uruchomiona na początku października akcja promocyjna obowiązuje we wszystkich miastach, w których mPay udostępnia płatności za bilety komunikacji miejskiej. Warunkiem udziału jest dokonywanie płatności przy użyciu karty zarejestrowanej w portfelu cyfrowym Masterpass.

 „Bilet za 1 zł z Masterpass od mPay” to akcja mająca na celu propagowanie mobilnego stylu życia oraz zachęcanie do korzystania z nowoczesnych, bezgotówkowych rozwiązań płatniczych. Inicjatywa spotkała się z ogromnym zainteresowaniem i pozytywnym odbiorem wśród pasażerów. Dlatego pierwotnie udostępniona pula 100 tys. biletów została podwojona. Największą popularnością tańsze przejazdy cieszą się w dużych ośrodkach miejskich, takich jak Warszawa, Kraków i Łódź, gdzie korzystanie ze środków komunikacji jest na stałe wpisane w codzienne życie mieszkańców. Poza możliwością oszczędzania na biletach aplikacja pozwala im całkowicie zapomnieć o szukaniu kiosków i biletomatów czy dokonywaniu zakupu u kierowcy.

– Trwająca obecnie akcja jest dowodem na to, że w życiu codziennym Polacy coraz chętniej sięgają po nowoczesne formy płatności. Wielu naszych użytkowników przekonało się, że korzystanie ze zintegrowanego z aplikacją cyfrowego portfela na karty płatnicze daje efekt w postaci znacznie większej wygody – mówi Maciej Orzechowski, prezes zarządu mPay SA. – Kupowanie biletów Masterpassem jest równie proste, jak przy użyciu elektronicznej portmonetki mPay, ale całkowicie eliminuje konieczność pamiętania o jej regularnym zasilaniu – dodaje Orzechowski.

Jak kupować bilety za złotówkę?

Wystarczy uruchomić mPay w komórce, a następnie wybrać miasto i potrzebny bilet. W kolejnym kroku należy wybrać jedną z dostępnych metod płatności kartą, np. mPay Wallet Masterpass, gdzie do sfinalizowania zakupu wystarczy wpisanie kodu PIN. Innym sposobem jest skorzystanie z opcji Masterpass portfel elektroniczny i dokonanie płatności za pomocą dowolnego portfela działającego w ramach Masterpass.

Jak podłączyć kartę płatniczą?

W promocji mogą uczestniczyć posiadacze kart z logo różnych banków i organizacji płatniczych. Aby móc płacić nimi za bilety, należy być użytkownikiem dowolnego portfela dostępnego w Masterpass. Rejestracji można dokonać m.in z poziomu aplikacji mPay w telefonie. W tym celu wystarczy wejść do zakładki „Karty płatnicze”, wybrać opcję „Dodaj kartę” i wypełnić formularz potrzebnymi danymi.

Ze względów bezpieczeństwa w aplikacji można płacić tylko kartami zweryfikowanymi. Dlatego po dodaniu karty należy zalogować się do swojego banku i sprawdzić losową kwotę z przedziału od 1 do 5 zł, jaką karta została obciążona. Po wprowadzeniu kwoty w aplikacji karta staje się w pełni aktywna, a jej właściciel może korzystać z promocji. Obciążenie karty jest tymczasowe, co oznacza, że po zakończeniu procesu weryfikacji środki zostają automatycznie zwrócone.

Z tańszych przejazdów można korzystać wielokrotnie we wszystkich miastach, w których mPay udostępnia płatności za bilety komunikacji miejskiej. Promocja będzie trwała do wyczerpania dodatkowej puli 100 tys. biletów, nie dłużej jednak niż do końca roku. Pełny regulamin promocji jest dostępny na stronie www.mpay.pl.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Zadłużenie wszystkich firm notowanych w Krajowym Rejestrze Długów sięga już 10 miliardów złotych, a średni dług przekracza 41,5 tysiąca złotych. To kwota, na którą mikroprzedsiębiorstwo zatrudniające do 9 pracowników musiałoby pracować przez 8 miesięcy.

Długi wszystkich firm wpisanych do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynoszą obecnie 9,99 miliarda złotych. Ta kwota to łączna wartość niemal 962 tysięcy zobowiązań niezapłaconych w terminie przez niespełna 241 tysięcy dłużników. Jedna firma ma więc średnio do spłacenia 4 zobowiązania warte razem 41,5 tysiąca złotych.

– Na największych polskich firmach, czy nawet rynkowych średniakach, te kwoty nie robią większego wrażenia. Musimy jednak pamiętać, że zdecydowana większość firm działających w Polsce to mikroprzedsiębiorstwa i to często one mają problem z odzyskaniem pieniędzy. W ich przypadku brak płatności na kwotę kilkudziesięciu, czy nawet kilkunastu tysięcy złotych to dramat. Zdarza się, że kończący się bankructwem firmyuważa Jakub Kostecki, prezes Kaczmarski Inkasso.

Według najnowszych dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego dotyczących mikrofirm, w 2016 roku działalność gospodarczą w Polsce prowadziły ponad 2 miliony przedsiębiorstw o liczbie pracujących do 9 osób. Dochód przypadający na jedną taką firmę przekraczał 62 tysiące złotych.

Średni dług firmy notowanej w Krajowym Rejestrze Długów na poziomie 41,5 tysiąca złotych stanowi 2/3 tej kwoty. Mikrofirma, której dłużnik bądź dłużnicy nie oddali takiej kwoty, musiałaby pracować na nią przez 8 miesięcy. To oczywiście porównanie mające na celu pokazanie skali problemu. Pomysł, żeby firma pracowała na pieniądze, których nie zapłacili jej dłużnicy jest mocno abstrakcyjny. Niestety wiele firm w Polsce go praktykuje – podsumowuje Adam Łącki, prezes Krajowego Rejestru Długów.

3 województwa i ponad 4 miliardy złotych długów

Największe łączne zadłużenie mają firmy zarejestrowane w województwie mazowieckim (1,79 miliarda złotych), śląskim (1,49 mld zł) oraz wielkopolskim (1,05 mld zł). Długi firm z tych regionów wynoszą w sumie 4,33 miliarda złotych, czyli ponad 43% wartości nieopłaconych w terminie zobowiązań wszystkich firm wpisanych do Krajowego Rejestru Długów.

Dług przypadający na jedną zadłużoną firmę w tych województwach sięga 40,86 tysiąca złotych (Mazowsze), 45,05 tysiąca złotych (Wielkopolska) oraz 47,38 tysiąca złotych (Śląsk). Żadne z wymienionych nie jest jednak liderem zestawienia. Najwyższe miejsce na podium zajmuje województwo pomorskie, gdzie jedna firma-dłużnik ma średnio do oddania 50 tysięcy złotych. Dla porównania, przeciętne zadłużenie w skali kraju wynosi 41,52 tysiąca złotych.

Niechlubnym rekordzistą tego zestawienia jest spółka z województwa śląskiego, której łączne zaległości przekraczają 103 miliony złotych. Na tę kwotę składają się trzy zobowiązania wobec funduszu sekurytyzacyjnego. Dłużnik z rekordowym w skali kraju długiem działa w branży handlowej – opisuje  Adam Łącki.

Są złe, ale są też dobre wiadomości

W drugim kwartale 2017 roku aż 86 procent firm, czyli o 5 punktów procentowych więcej niż w pierwszym kwartale, wskazuje na kłopoty z otrzymaniem zapłaty od kontrahentów w umówionym terminie. To wynik badania „Portfel należności polskich przedsiębiorstw” przeprowadzonego przez Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej i Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce.

Dlatego właśnie w sytuacji, w której kontrahent nie płaci w terminie kluczowe jest szybkie i zdecydowane działanie. Im szybciej podjęte zostaną działania mające na celu odzyskanie pieniędzy, tym większa szansa, że zakończą się one sukcesem, a pieniądze trafią na konto firmy. W najbliższym czasie przedsiębiorcom mogą w tym pomóc nowe przepisy dotyczące biur informacji gospodarczej.

Od 13 listopada 2017 roku obowiązywać będzie znowelizowana ustawa o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych. Kluczową zmianą jest możliwość wpisania dłużnika do KRD już po 30 dniach od upłynięcia terminu płatności, a nie jak dotychczas po 60. Skrócenie tego okresu o połowę ułatwi wielu przedsiębiorcom odzyskanie pieniędzy od nierzetelnych kontrahentów wyjaśnia Konrad Siekierka, radca prawny z kancelarii Via Lex.

Warto też pamiętać o windykacji na koszt dłużnika. Taką możliwość wprowadziła ustawa o terminach zapłaty w transakcjach handlowych, która weszła w życie w kwietniu 2013 roku.

Choć liczba firm korzystających z tego rozwiązania rośnie, to wielu przedsiębiorców wciąż nie zdaje sobie sprawy z istnienia takiej możliwości. A szkoda, bo często wystarczy jeden telefon z firmy windykacyjnej, żeby przekonać dłużnika do oddania pieniędzy. Kluczowe jest jednak szybkie podjęcie działań. Im młodszy dług, tym większa szansa na odzyskanie pieniędzy – podsumowuje Jakub Kostecki.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Fundusz Ubezpieczeń Społecznych ma zakończyć 2017 r. nadwyżką w wysokości 38,1 mld zł – podał Eurostat w październikowym „Reporting of Government Deficits and Debt Levels”.

W danych przekazanych we wrześniu br. przez Ministerstwo Finansów Eurostatowi w ramach sprawozdania dotyczącego planowanego w 2017 r. deficytu finansów publicznych znalazła się informacja o tym, że Fundusz Ubezpieczeń Społecznych zakończy bieżący rok nadwyżką w wysokości 38,1 mld zł. Podobna wartość nadwyżki (37 mld zł) znajdowała się w danych przekazanych przez MF Eurostatowi w pierwszej połowie roku.

Pierwsze spojrzenie to zaskoczenie. Jednak należy przypomnieć, że jest to efekt umorzenia części pożyczek udzielonych Funduszowi Ubezpieczeń Społecznych (39,15 mld zł) z budżetu państwa w latach 2009-2014, których spłata przypada na 2017 r. Jako że FUS nie ma z czego spłacić tych zobowiązań, już w ustawach okołobudżetowych na 2017 r. przyjętych w 2016 r. umorzenie to zostało zapisane. Na szczęście nie wpływa ono na wynik finansów sektora instytucji rządowych i samorządowych, zmienia tylko jego podmiotową strukturę – w większym stopniu na deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych (wg ESA2010) wpływa wynik budżetu państwa, ale równoważy to dodatni stan finansów FUS.

Nie ma jak przepływ „żywej gotówki” w jedną stronę, a potem oddawanie przez umarzanie zobowiązań. Na szczęście Ministerstwo Finansów w 2015 r. podjęło decyzję, że koniec z taką „zabawą” i ZUS musi zaspakajać swoje potrzeby finansowe na rynku.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Kluczową decyzją ubiegłego tygodnia było spotkanie Europejskiego Banku Centralnego (EBC). Decyzja EBC była zbliżona do oczekiwań rynku – skup aktywów od stycznia przyszłego roku ma zostać ograniczony o połowę, do 30 mld euro/miesięcznie, a sam program ma zostać wydłużony o 9 miesięcy.

Prezes Draghi wyraźnie zaznaczył, że horyzont wzrostu stóp procentowych będzie znacznie dłuższy. Powtórzył również obawy dotyczące niższej od oczekiwań inflacji w strefie euro. Gołębi ton Draghiego był “punktem zapalnym”, który rozpoczął silniejszą (niż sama decyzja dot. QE) wyprzedaż euro. W konsekwencji wspólna waluta przełamała poziomy, które obserwowaliśmy wczesnym latem. Gołębi ton szwedzkiego, norweskiego i kanadyjskiego banku centralnego, wywołał presję wyprzedażową, która ważyła na cenie poszczególnych krajowych walut. Z kolei funt brytyjski radził sobie całkiem nieźle, wspierany przez rynkowe oczekiwania dotyczące podwyżki stóp procentowych, która ma nadejść już w najbliższy czwartek.

Oprócz spotkania Banku Anglii, w bieżącym tygodniu handel na głównych walutach powinien być zdominowany przez informacje dotyczące wyboru nowego prezesa Rezerwy Federalnej oraz kryzysu konstytucyjnego w Hiszpanii.

PLN

Ubiegły tydzień przyniósł osłabienie polskiego złotego, co związane było przede wszystkim ze słabością kursu EUR/USD w następstwie decyzji EBC, przegłosowania amerykańskiego budżetu i publikacji informacji o tym, że najbardziej gołębi kandydat w wyścigu o fotel prezesa FED (Janet Yellen) już prawdopodobnie w nim nie uczestniczy.

W bieżącym tygodniu złoty powinien reagować przede wszystkim na informacje zewnętrzne. Co tyczy się krajowych danych, we wtorek GUS opublikuje szybki szacunek inflacji, z kolei w czwartek poznamy odczyt indeksu PMI dla polskiego przemysłu w październiku. Konsensus analityków zakłada, że indeks znajdzie się nieco poniżej odczytu notowanego w ubiegłym miesiącu, cały czas będzie to jednak dowodzić wyraźnej ekspansji sektora. Potencjalnie interesujące dla inwestorów mogą być również informacje dotyczące zmian w polskim rządzie oraz trwająca dyskusja dotycząca zmian w sądownictwie.

GBP

Ubiegły tydzień był ubogi w istotne dane z Wielkiej Brytanii. W kontekście braku negatywnych informacji dotyczących negocjacji w kwestii Brexitu brytyjska waluta całkiem nieźle poradziła sobie na tle wyprzedaży innych europejskich walut. Rosnące oczekiwania wobec podwyżki stóp procentowych, do której ma dojść w tym tygodniu również wspierały sentyment na brytyjskiej walucie. Wzrost stóp procentowych będzie pierwszą taką decyzją od ponad 10 lat. Rynki stóp procentowych obecnie spodziewają się, że w Wielkiej Brytanii w 2018 r. dojdzie do jeszcze jednej podwyżki, co wydaje się nam zbyt niskim szacunkiem. Gospodarka Wielkiej Brytanii funkcjonuje w środowisku pełnego (lub niemal pełnego) zatrudnienia i inflacji znajdującej się znacznie powyżej celu inflacyjnego. Rekordowo niskie stopy procentowe w tym kontekście nie są odpowiednie, w związku z czym spodziewamy się rozpoczęcia cyklu stopniowych podwyżek stóp procentowych. W kolejnych miesiącach powinno to wspierać brytyjską walutę.

EUR

“Gołębie wygaszanie [programu QE]”, które w ubiegłym tygodniu ogłosił EBC nie wsparło wspólnej waluty. Szczegóły dotyczące zmian w programie – czyli redukcja wartości skupowanych aktywów o połowę, do 30 mld euro/miesięcznie oraz wydłużenie programu o 9 miesięcy było zbliżone do oczekiwań rynkowych i nieco głębsze niż zakładaliśmy. W najbliższym czasie stopy procentowe będą głównym czynnikiem, na który będą reagować rynki finansowe. W tym przypadku stanowisko Banku nie wspierało euro. Komentarz dotyczący tego, że  stopy procentowe pozostaną niezmienione “znacznie dłużej niż wyznacza data zakończenia programu QE” oddalił podwyżki stóp procentowych do 2019 r., kiedy zgodnie z naszymi oczekiwaniami stopy procentowe w USA powinny znajdować się powyżej poziomu 2%. Tak duża różnica stóp procentowych powinna wywierać presję na euro. Reakcja rynków na konferencję, czyli wyprzedaż euro potwierdza, że rynki zgadzają się z tą opinią. Wspólna waluta w efekcie ubiegłotygodniowych ruchów w relacji do dolara obniżyła się do poziomu z lipca – miesiąca, w którym rozpoczął się rajd EUR/USD.

USD

Poza informacjami z banków centralnych Starego Kontynentu, dolara wsparły informacje związane z przeprowadzeniem kolejnych kroków na drodze do wprowadzenia wyczekiwanej reformy podatkowej. Dodatkowo, dane dotyczące dynamiki PKB w III kwartale, które zostało opublikowane w piątek pokazały, że wzrost był wyraźnie wyższy od oczekiwań, jednak należy zaznaczyć, że główną przyczyną owej niespodzianki była wyższa akumulacja zapasów.

Wygląda na to, że prezes Yellen nie uczestniczy już w wyścigu o fotel prezesa Fed, a wybór Donalda Trumpa ograniczy się do dwóch nazwisk: Powell i Taylor. Wybór prezesa Rezerwy Federalnej nie powinien mieć znaczącego wpływu na politykę banku centralnego, biorąc pod uwagę fakt, iż jest to organ kolegialny, w którym decyzje zazwyczaj podejmuje konsensus. Co tyczy się danych gospodarczych, październikowy raport z amerykańskiego rynku pracy ponownie pokaże wpływ huraganów (tym razem pokazując odpowiednio wyższy odczyt), w związku z czym spodziewamy się, że rynki nie będą przywiązywać do niego przesadnej uwagi. W międzyczasie, podczas spotkania w środę Rezerwa Federalna niemal na pewno utrzyma stopy procentowe na niezmienionym poziomie, inwestorzy będą jednak obserwowali spotkanie, aby potwierdzić swoje oczekiwania względem grudniowej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Autor: Enrique Diaz-Alvarez – Ebury

Różnorodność jest atrybutem współczesnego świata. Żyjemy w coraz bardziej złożonej, błyskawicznie zmieniającej się rzeczywistości, w której trudno przewidzieć nawet bliską przyszłość. Ta różnorodność, przejawiająca się w zderzeniu różnych kultur i talentów, może stać się największym atutem każdej firmy. Ale tylko wtedy, gdy pracownicy i liderzy wspólnie wdrożą odpowiednie działania jednoczące zespół, poprawiające wydajność, usprawniające rozwiązywanie problemów i podnoszące poziom umiejętności przywódczych.

Jak często jednak zastanawiamy się nad naszym modelem przywództwa? Nad naszymi priorytetami? Chcemy znaleźć w sobie wewnętrzną siłę, więc szukamy jej we wszystkich dziedzinach życia. Dlaczego jednak lekceważymy ją w biznesie, gdzie przecież także nastąpiło przewartościowanie z modelu autorytarnych decyzji na rzecz emocji, autorefleksji i przemyśleń?

Zachowanie menadżerów ma duży wpływ, zarówno negatywny jak i pozytywny, na efektywność pracowników i różnorodnych zespołów wewnątrz organizacji oraz na zaangażowanie udziałowców. Dlatego współcześni liderzy zmieniają styl narracji, kierując organizacją poprzez zadawanie pytań, otwierając się na wyzwania i demonstrując pokorę i samoświadomość, które są atrybutami prawdziwego przywódcy.

Od ich mentalności i umiejętności przywódczych zależy, czy uda im się stworzyć spokojne i inspirujące miejsce pracy, gdzie ludzie poczują się swobodnie i staną się harmonijnym, zrównoważonym zespołem. W takim bezpiecznym środowisku łatwiej jest wyjść poza strefę komfortu i otworzyć się na nowe podejście, czy to do rozwiązywania problemów, czy do konfliktów w zespole, czy do zakwestionowania przedstawionej oferty. Jednym słowem, ten rodzaj przywództwa stanowi nową przewagę konkurencyjną, zwiększając kreatywność, innowacyjność i rynkową wartość firmy.

Wspólnie, a nie odgórnie

Naukowcy udowodnili, że podejmując decyzje ekonomiczne kierujemy się nie tylko chęcią zaspokojenia własnych potrzeb, ale dążeniem do sprawiedliwości i wzajemności. To oznacza, że większość ludzi myśli i działa w kategoriach „my” a nie „ja”, ponieważ daje nam to poczucie komfortu i przynależności. Dzisiejszy homo economicus nie kieruje się wyłącznie racjonalnymi przesłankami. Uczciwość, zaufanie, akceptacja obowiązujących zasad, chęć do wspólnego działania to część naszego biologicznego bagażu, naszego jestestwa.

Tak w skrócie można by podsumować nową koncepcję przywództwa. Tradycyjny model, bazujący na unifikacji potrzeb pracowników i dążeniu do krótkoterminowej maksymalizacji zysku staje się coraz bardziej wątpliwy i coraz słabiej sprawdza się w dynamice każdej globalnej firmy. Współczesny biznes wymaga przemyślenia na nowo modelu zarządzania, bo generuje bardziej złożone problemy.

Rozwój elastyczności kulturowej zaczyna się otwartością na zmiany, i prowadzi do pogłębienia samoświadomości, wiedzy i umiejętności. Ten proces wymaga wiele odwagi, empatii i otwarcia na innych i samych siebie. Kiedyś, gdy używałem określenia „wewnętrzna elastyczność” w stosunku do menadżerów i prezesów, odpowiadali, że liczą się twarde fakty. Ale współczesny świat coraz wyżej ceni „miękkie” umiejętności, bo okazuje się, że kierowanie się wartościami moralnymi przynosi wymierne rezultaty nie tylko dla jednostki, ale też dla całego społeczeństwa.

Z moich obserwacji wynika jednak, że tylko mniej niż połowa współczesnych prezesów i menadżerów spełnia te wymagania i może być uznana za prawdziwych przywódców. Dlatego też warto kwestionować narrację obecnego, tradycyjnego podejścia do przywództwa.

Przywódca włączający

Menadżerowie stają dziś przed zupełnie nowymi wyzwaniami i dlatego muszą nauczyć się inaczej pojmować i realizować swoją rolę. Między innymi muszą poluzować kontrolę i nauczyć się ufać sobie i innym, gdyż stary model zarządzania autorytarnego przestał się sprawdzać w świecie nieustannych zmian.

Współcześni liderzy codziennie wchodzą na nieznane terytoria, podejmują szybkie decyzje i mierzą się z nieoczekiwanymi sytuacjami. Większość z nich przyznaje, że czuje się przytłoczona tempem zmian i złożonością procesów, jakimi muszą zarządzać. Ciągły stres w jakim funkcjonują, powoduje wzmożony niepokój i spadek wydajności.

To prawda: świat staje się coraz bardziej skomplikowany. Ale model przywództwa  włączającego sprawdza się w tej niestabilnej rzeczywistości, bo jest oparty na niezmiennie aktualnych, ogólnoludzkich wartościach.

W epoce globalizacji przywódcy mają do spełnienia nową rolę. Aktywnie angażując się w działania zespołu i całej firmy, powinni skupiać się na wydobyciu maksymalnego potencjału ludzkiego, rozwijaniu indywidualnych możliwości i tworzeniu spokojnego, bezpiecznego i inspirującego miejsca pracy. Jak to osiągnąć? Przede wszystkim empatią. Ta cecha, zazwyczaj nie utożsamiana z pozycją lidera, jest kluczowym aspektem przywódcy włączającego.

Empatia jest źródłem tolerancji, akceptacji odmienności, umiejętności dostrzeżenia innego punktu widzenia. Empatyczny przywódca potrafi zbudować poczucie więzi i przynależności w nawet bardzo różnorodnym zespole. Dobrze zintegrowana grupa nie ma problemów z wzajemnym zrozumieniem i komunikacją, co jest podstawą udanej współpracy.

Ta równowaga bierze się z połączenia dwóch różnych aspektów przywództwa. Dobry menadżer widzi wartość w odmienności i wyjątkowości poszczególnych członków zespołu, wykorzystując ich unikalne zalety i nie pozwalając zginąć w tłumie indywidualnościom. Z drugiej strony zwraca uwagę na zaspokojenie jednej z najważniejszych ludzkich potrzeb – poczucia przynależności, więzi i akceptacji, budując zgrany i dobrze rozumiejący się team.

Nie kieruje on odgórnie homogenicznym zespołem, lecz współtworzy sukces firmy wspólnie z pracownikami, opierając się na wzajemnym szacunku, otwarciu na inne kultury, na pokorze i chęci współpracy. Zanim mu się to uda, musi jednak przepracować własne lęki i zahamowania. Jeśli nie będzie miał wystarczającej samoświadomości i wewnętrznej akceptacji, nie znajdzie w sobie odwagi, aby się zmienić, więc nie będzie w stanie inspirować do zmiany innych.

Dlaczego model wewnętrznego przywództwa jest skuteczny?

Wprowadzając ten model do firmy, realizujemy naturalną dla ludzi potrzebę współdziałania, dzielenia się wiedzą i umiejętnościami. To nic innego, jak powrót do instynktownych stadnych odruchów – ochrony innych, obrony przed nieznanym i wspólnego rozwiązywania problemów.

Z moich obserwacji wynika, że wdrożenie włączającego modelu przywództwa znacząco podnosi wydajność i produktywność pracowników, a przede wszystkim buduje lojalność wobec firmy. Lojalny pracownik ma większą motywację, wykazuje się zaangażowaniem i kreatywnością  i lepiej rozwiązuje problemy, ponieważ potrafi spojrzeć na nie z dystansu. Na czym polega  różnica? Często zderzając się z typowym problemem, takim jak redukcja kosztów czy konflikt w zespole, chcemy go natychmiast rozwiązać, ale nie uświadamiamy sobie, że nasz schematyczny sposób myślenia będzie nadal generował takie same problemy. Dopiero świeże spojrzenie, kierowanie się bardziej intuicją, niż rozumem, może pozwolić na zmianę podejścia i trwałe rozwiązanie.

Podsumowując, przywództwo włączające podkreśla konieczność zmiany sposobu myślenia, dzielenia się i współdziałania z innymi. W dzisiejszym świecie ważne okazuje się nie tylko co, ale dlaczego coś robimy. Firma, która ma tego świadomość i kieruje się nie tylko maksymalizacją zysków, staje się atrakcyjna dla dobrych pracowników.

Dlatego najskuteczniejsi okazują się ci liderzy, którzy w pełni rozwinęli swój potencjał dzięki wysokiej samoświadomości. Ta dogłębna wiedza na swój temat pomaga im nauczyć się, jak uczyć się w inny sposób, rozwijać siebie i innych i w konsekwencji staje się wyjątkową wartością dającą przewagę konkurencyjną dla każdej firmy.

Autor: Christian Kurmann, Inclusive Leadership Inspirer

o autorze:

Christian Kurmann jest międzynarodowym mówcą w zakresie przywództwa włączającego, osobą inspirującą innych, speakerem na konferencjach, autorem wielu artykułów oraz uczestnikiem programów telewizyjnych i wywiadów. Jest doświadczonym liderem z ponad 20-letnią praktyką w zarządzaniu, zdobytą na wysokich stanowiskach kierowniczych w hotelach w Indiach, Azji Południowo-Wschodniej, Afryce Wschodniej i Południowej oraz na Bliskim Wschodzie. Christian Kurmann inspiruje i doradza osobom na wysokich stanowiskach kierowniczych na całym świecie jak działać zgodnie ze zintegrowanym podejściem przywódczym, będącym odpowiedzią na wyzwania współczesnego świata.

 

 

 

Ministerstwo Cyfryzacji opublikowało projekt nowej ustawy o ochronie danych.  Liczy on ponad 170 stron, na których wskazane zostały zmiany, jakie powinny zostać wprowadzone w 133 obowiązujących ustawach. Dostosowanie polskiego środowiska prawnego do unijnego rozporządzenia wymagać będzie – poza uchwaleniem nowej ustawy o ochronie danych osobowych – znowelizowania licznych przepisów branżowych. Co oznacza to w praktyce?

Rewolucja w Kodeksie Pracy

Największej reformy wymaga obowiązujące prawo pracy. Nowelizacja ustawy z tego zakresu  przewiduje przede wszystkim wzmocnienie pozycji pracodawcy. Obecnie miał on jedynie „prawo żądania” uzyskania od potencjalnego pracownika danych osobowych. Po zmianie – wg art. 221 § 1. – właściciel firmy będzie mógł żądać od osoby ubiegającej się o zatrudnienie podania danych. Ewolucji ulegnie również zakres ich przetwarzania przez pracodawcę. W bazach nie będą przechowywane imiona rodziców oraz miejsce zamieszkania (zastąpi je adres do korespondencji), dodane natomiast zostaną takie informacje jak: adres e-mail lub numer telefonu.

– Rewolucyjnym i długo oczekiwanym zapisem jest art. 222 § 2, który odnosi się do danych biometrycznych. W myśl propozycji ustawodawcy pracodawca będzie miał prawo przetwarzać dane biometryczne pracownika, jeśli ten wyrazi na to zgodę. Zgoda ta nie może być jednak dorozumiana,  musi być złożona w formie pisemnej – mówi Adam Lipiński, ODO 24. Co ciekawe ustawodawca bezwzględnie zakazał pracodawcy przetwarzania danych sensytywnych pracowników – nawet po uprzednio wyrażonej zgodzie – dotyczących: nałogów, informacji o stanie zdrowia, orientacji i życiu seksualnym. Warto zwrócić uwagę no to, że w tej kategorii nie znalazły się inne dane wrażliwe takie jak np. przekonania religijne czy poglądy polityczne – dodaje ekspert ODO 24.

W projekcie ustawy zawarta została również próba uregulowania monitoringu wizyjnego w miejscu pracy (art. 224 § 1). Według nowego przepisu nie może być on stosowany do kontroli pracy pracowników, a jedynie w celu zapewnienia im bezpieczeństwa, ochrony mienia oraz zachowania w tajemnicy informacji, których ujawnienie mogłoby narazić pracodawcę na szkodę.

Zmiany w innych ustawach „zawodowych”

Poza Kodeksem Pracy, nowelizacji ulegną również inne ustawy dotyczące wykonywania wybranych  zawodów (m.in. nauczyciela, prawnika, komornika, lekarza sądowego, tłumacza przysięgłego, fizjoterapeuty, kuratora sądowego)

Oto najważniejsze  zamiany w poszczególnych kategoriach:

  • Karta Nauczyciela – nowa ustawa określa katalog danych, które mogą być przetwarzane w postępowaniu dotyczącym awansu zawodowego nauczyciela oraz jego nadzoru, a także w kwestiach dyscyplinarnych oraz komisji dyscyplinarnych.
  • Prawo o adwokaturze, radcach prawnych, notariacie, komornikach sądowych i egzekucji – we wszystkich wymienionych ustawach wprowadzone zostały podobne regulacje, które obejmują ustalenie, kto jest administratorem przetwarzanych przez te podmioty danych.
  • Prawo o swobodzie działalności gospodarczej – nowelizacja reguluje, że po upływie 10 lat od dnia wykreślenia przedsiębiorcy z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej usunięciu mają podlegać dane wpisane do niej przed dniem tego wykreślenia.
  • Ustawa o lekarzu sądowym – ustawodawca w propozycji określił administratorów danych osobowych, jako lekarzy sądowych oraz kandydatów na to stanowisko.
  • Ustawa o licencji doradcy restrukturyzacyjnego i tłumaczach przysięgłych – zmiany dotyczą przede wszystkim obowiązku określenia administratora danych.
  • Ustawa o zawodzie fizjoterapeuty – zmodyfikowany został art. 12 ust. 9. nie będzie w nim już zapisu o ustawie o ochronie danych osobowych, zostanie on zastąpiony zapisem „zachowaniem przepisów o ochronie danych osobowych”.
  • Prawo o prokuraturze – uchylony ma zostać w całości art. 191 2 dotyczący zniesienia obowiązku zgłaszania zbioru danych do GIODO.
  • Ustawa o zawodzie psychologa i samorządzie zawodowym psychologów – do ustawy wprowadzono krótki, lecz istotny zapis zabezpieczający prawa osób korzystających z usług psychologów. Którzy stają się administratorami danych, gdy wykorzystają dane o badaniu nie tylko do informacji pacjenta.
  • Ustawa o kuratorach sądowych – Znowelizowany został również art. 9a ust. 2., w którym zastosowano zapis o zakresie udostępniania danych przez administratora.

 

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Milenialsi chętnie otwierają swoją działalność, a motywacji do tego dostarczają im przede wszystkim takie czynniki jak zwiększenie dochodów (45 proc.), niezależność (39 proc.) oraz niechęć do pracy na etacie (35 proc.). Blisko połowa „igreków” pomysł na biznes połączyła ze swoimi zainteresowaniami, jeden na trzech wybór branży poprzedził analizą rynku i poszukiwaniem niszy, a dla co czwartego milenialsa własna firma to kontynuacja poprzedniej ścieżki kariery na etacie. Co więcej, przedsiębiorczy „Y” to najczęściej niezależny indywidualista, który dąży do „bycia samemu sobie szefem”. Takie są najważniejsze wyniki badania „Milenialsi w MŚP. Pod lupą”, siódmego z serii „Pod lupą” przygotowanego przez EFL.

Na naszych oczach dokonuje się zmiana pokoleniowa, a wraz z nią ewoluuje praktyka biznesu. Urodzeni w latach 1980-2000 zyskują coraz liczniejszą reprezentację wśród przedsiębiorców prowadzących działalność nastawioną na zysk, rozwój i samorealizację. Nowe roczniki decydują o doborze współpracowników i zatrudnieniu kadr, w coraz większym stopniu kształtując obraz przedsiębiorcy, przedsiębiorczości i wspierających ją zasad. Można postawić tezę, że poznając przedsiębiorców nowego pokolenia, dowiadujemy się, w którą stronę zmierza obszar MŚP. To właśnie ci młodzi ludzie, którym przyglądamy się w badaniu, będą w coraz większej mierze jego współtwórcami, stając się esencją polskiego biznesu – zauważa Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Po co „igrekowi” firma?

Główny powód założenia własnego biznesu przez milenialsów jest finansowy i materialny. Na chęć zwiększenia dochodów wskazała niemal połowa przedstawicieli pokolenia Y (45 proc.). Warto jednak zwrócić uwagę na drugą najczęstszą odpowiedź, która potwierdza, jak ważna dla milenialsów jest niezależność. Takiej odpowiedzi udzieliło 39 proc. „igreków”. Trzecia odpowiedź – brak dostępnej pracy na etacie (35 proc.) świadczy o typowej dla nich elastycznej postawie. I co ciekawe, co czwarty zapytany wyraził niechęć do pracy na etacie (24 proc.). Wśród najrzadziej wskazywanych motywacji było zaś pragnienie zmiany świata (4 proc.).

Warto zwrócić uwagę na najmłodszych respondentów (do 24 lat), wśród których aż 80 proc. wskazało zarówno na chęć zwiększenia dochodów, jak i na potrzebę niezależności. Powszechna jest wśród nich opinia, że możliwe jest połączenie tych dwóch potrzeb, która w przypadku osób nieco starszych zdecydowanie traci na znaczeniu.

„Igreki” jak nic innego cenią sobie niezależność nawet w kontekście dużego wsparcia, jakie otrzymują od rodziców czy instytucji. Nigdy wcześniej przedsiębiorcy nie mogli liczyć na taką masę programów i organizacji wspierających przedsiębiorczość, jak np. Akademickie Inkubatory Przedsiębiorczości czy chociażby środki pochodzące z budżetu Unii Europejskiej. Wpływ na otaczającą rzeczywistość także nie jest im obojętny, a jako przedsiębiorcy mogą realizować tę wartość w dużo szerszym zakresie, niż wybierając pracę na etacie. Nie powinien dziwić zatem fakt, który urósł niemal do miary anegdoty opowiadanej przez profesorów wykładających na uczelniach: kilkanaście lat temu, gdy pytali studentów, kto z nich marzy o założeniu i prowadzeniu własnej firmy, można było liczyć na kilka rąk w górze. Obecnie, kiedy zadamy to samo pytanie, zgłasza się średnio ponad połowa – mówi Aleksandra Ewa Piotrowska, przewodnicząca Forum Młodych Konfederacji Lewiatan.

Skąd pomysł na własny biznes?

Nie należy wyciągać pochopnie wniosku, że młodzi przedsiębiorcy to w większości indywidualiści i materialiści. To przede wszystkim ludzie poszukujący, otwarci, o wielu zainteresowaniach. U 45 proc. z nich pomysł na biznes wziął się właśnie z tych zainteresowań. Dopiero drugie wskazanie to analiza rynku i poszukiwanie niszy (37 proc.). Dla blisko jednej czwartej to kontynuacja poprzedniej ścieżki kariery, a co piąty „Y” prowadzi biznes rodzinny. Natomiast 25% milenialsów zdecydowało się na założenie własnych firm przez przypadek. Przy pytaniu o pochodzenie pomysłu na branżę jedynie 1 proc. wskazań otrzymało inspirowanie się innym podmiotem. Potwierdza to tezę o ogromnej kreatywności młodego pokolenia przedsiębiorców, jego aktywności i niezależności.

Istotne różnice miedzy źródłem pomysłu na typ działalności widać w przypadku odpowiedzi „kontynuacja pracy na etacie”. Udzieliło jej dwa razy więcej najmłodszych milenialsów do 24 r. ż. niż pozostałych przedstawicieli pokolenia „Y” Nietrudno to wyjaśnić, bo właśnie ci najmłodsi byli najaktywniejsi zawodowo już w trakcie kontynuowania nauki – korzystali ze stypendiów i praktyk, poznając swe predyspozycje i możliwości, jakie daje im wykształcenie, czego efektem jest dobre rozpoznanie rynku.

Jaka jest miara sukcesu milenialsa?

W kontekście dobrze znanych rysów psychologicznych pokolenia Y odpowiedzi nie powinny być zaskoczeniem. 87 proc. stawia na dobre relacje zarówno z pracownikami, jak i partnerami biznesowymi. „Igreki” bardzo wysoko cenią też sobie jakość – 83 proc. jest w stanie zapłacić więcej za produkty i usługi, które uznają za lepsze. Choć elastyczność jest wyróżnikiem generacji Y, nieco zaskakuje jej skala – łącznie niemal 70 proc. badanych uważa, że przebranżowienie nie byłoby dla nich żadnym problemem.

Miarą sukcesu są przede wszystkim kwestie dotyczące osiągania stabilności finansowej rozumianej jako pomnażanie osobistego majątku (łącznie 89 proc. badanych). Liczy się też work-life balance. 86 proc. za sukces uważa osiągnięcie równowagi miedzy życiem prywatnym a zawodowym, czym zasadniczo różni się od pokolenia X urodzonego w dwudziestoleciu wcześniejszym, które zwykle pracę stawia zawsze na pierwszym miejscu.

Co ciekawe, największy odsetek przedsiębiorców–milenialsów, którzy za największą nagrodę za prowadzony biznes uważają realizowanie swoich celów z pasją, przypada na w branżę usługową (57 proc.) oraz transportową (55 proc.). Najmniejszy – na branżę produkcyjną (30 proc) oraz rolnictwo i przetwórstwo (35 proc). W tym ujęciu prowadzenie biznesu jest środkiem do osiągnięcia satysfakcjonującego statusu, nie zaś celem samym w sobie.

Kolektywiści czy niezależni indywidualiści?

Raport „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” przedstawia klasyfikację przedsiębiorców opartą na skali wyznaczonej przez dwie osie takie jak indywidualizm i kolektywizm oraz wewnętrzna i zewnętrzna motywacja do działania. Kryterium kategoryzacji przedsiębiorców były determinanty założenia i prowadzenia firmy. Najwięcej „igreków” (33 proc.) to indywidualiści, którymi kieruje motywacja wewnętrzna. Co piąty przedsiębiorca-milenials to indywidualista z zewnętrzną motywacją. Natomiast kolektywiści nie stanowią nawet 10 proc. badanych.

Wśród respondentów zauważalna jest zdecydowanie bardziej indywidualistyczna niż kolektywistyczna orientacja na pracę, wyrażająca się m.in. w dążeniu do „bycia samemu sobie szefem” i do „bycia bardziej wpływowym”. Źródło motywacji to kryterium, które zdecydowanie mniej wyraźnie dzieli przedsiębiorców. Wśród motywatorów wewnętrznych zasadnicze znaczenie ma potrzeba realizowania takich wartości jak wyzwanie, niezależność i autonomia (wyrażające się m.in. niechęcią do pracy na etacie), pieniądze czy chęć osiągania zysków; wśród motywatorów zewnętrznych – rodzinna tradycja czy subiektywnie odczuwany brak innych niż prowadzenie firmy możliwości działania zawodowego.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Na prośbę Ministerstwa Rodziny Pracy i Polityki Społecznej Business Centre Club przekazał listę zawodów, w których należałoby wprowadzić ułatwienia w dostępie do rynku pracy. Obecnie brakuje rąk do pracy w niemal wszystkich branżach, a braki kadrowe w szczególności widoczne są wśród pracowników wykonujących dorywcze prace proste. Dlatego BCC pozytywnie ocenia ideę stworzenia listy zawodów szczególnie pożądanych.

Business Centre Club przeprowadził we wrześniu wśród swoich członków badanie ankietowe dotyczące zatrudniania cudzoziemców. Obecnie niemal 40 proc. ankietowanych przedsiębiorców zatrudnia pracowników zza granicy, a blisko 60 proc. zamierza zatrudniać cudzoziemców. Główny powód, dla którego pracodawcy decydują się na zatrudnienie pracownika zza granicy to brak polskich pracowników o wymaganych kwalifikacjach – 88,2%. Przeważają pracownicy z Ukrainy, lecz nie brakuje również pracowników narodowości białoruskiej, kazachskiej, bułgarskiej, włoskiej.

Wyniki przeprowadzonego badania potwierdzają również obserwowane od kilku lat zjawisko zwiększenia zainteresowania przedsiębiorców zatrudnieniem cudzoziemców. Obecnie, wydaje się, że trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie niektórych branż – takich jak np. przetwórstwo owocowo-warzywne, budownictwo czy gastronomia – bez korzystania z pracy cudzoziemców.

Co więcej, można prognozować, że w przyszłości lista branż, które będą w coraz większym stopniu rekrutować pracowników z zagranicy, będzie się stale zwiększać.

Jako przyczyny takiego trendu należy wskazać rosnące u polskich pracodawców potrzeby kadrowe, za którymi nie podąża jednak podaż pracowników. Przeprowadzone przez BCC badanie potwierdza, że wskazana nierównowaga jest najczęściej „rozwiązywana” poprzez zatrudnianie pracowników zza wschodniej granicy, zwłaszcza z Ukrainy czy Białorusi. I choć zastosowanie tego modelu wiąże się z pewnymi utrudnieniami wynikającymi z konieczności przejścia procedur legalizacji zatrudnienia cudzoziemca, co przedłuża proces rekrutacji, to jednak pracodawcy decydują się na niego, ponieważ często w ten sposób udaje im się pozyskać wykwalifikowanego i efektywnie pracującego pracownika, którego oczekiwania finansowe są nierzadko mniejsze, niż pracownika z Polski.

Dodatkowo, z badania wynika również, że choć obecnie cudzoziemcy są zatrudniani głównie w celu wykonywania pracy w Polsce, to pracodawcy – w związku ze zwiększeniem skali prowadzonej przez siebie działalności – coraz częściej chcą delegować tych pracowników zagranicę, w szczególności do Niemiec.

24 zawody, które zaproponował BCC wynikają z analizy rynku pracy przeprowadzonej wśród przedsiębiorców, dostępnych powszechnie informacji, w tym publikowanych ogłoszeń oraz informacji urzędów oraz danych pracowników poszukiwanych przez agencje pracy tymczasowej, do których przedsiębiorcy zwracają się jeżeli własnymi siłami nie mogą uzupełnić kadry na lokalnym rynku pracy.

Lista zawodów oraz stanowisk, które BCC proponuje uwzględnić w projektowanej regulacji:

  1. Inżynier elektryk
  2. Spawacz
  3. Ślusarz
  4. Elektryk oraz elektryk budowlany
  5. Opiekun, Opiekun domowy
  6. Ekspedient w punkcie usługowym (sprzedawca)
  7. Pielęgniarka
  8. Kierowca
  9. Informatyk
  10. Inżynier budownictwa
  11. Magazynier
  12. Pracownik fizyczny gospodarstwa rolnego
  13. Kasjer
  14. Rzeźnik -wędliniarz
  15. Sprzedawca
  16. Operator wózka widłowego
  17. Stolarz
  18. Pracownik produkcji
  19. Cieśla
  20. Lakiernik
  21. Malarz budowlany
  22. Mechanik samochodowy
  23. Kucharz
  24. Cukiernik

BCC zwraca uwagę, że wybierając listę zawodów trzeba mieć na uwadze, że chodzi o stworzenie zestawienia zawodów, w których pracownicy spoza UE (inni niż z obecnie uprzywilejowanych w dostępie do rynku pracy 6 państw) będą mieli łatwiejszy dostęp do rynku pracy bez względu na obywatelstwo.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Rząd chce, aby od 1 stycznia 2018 r. zniknął limit zarobków, powyżej którego najlepiej zarabiający nie musieli płacić składek do ZUS. Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan.

Rządowa propozycja zniesienia górnego limitu składek na ubezpieczenia emerytalne i rentowe, mająca na celu zwiększenie wpływów ze składek, jest krótkowzroczna, zmniejszy obecny deficyt Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, ale w długim okresie pogłębi jego nierównowagę. Ale to będzie problem przyszłych rządów, a nie obecnego.

Osoby o wysokich dochodach zazwyczaj dbają o zdrowie i żyją dłużej od średniej. Do tego tablice trwania życia służące do obliczania wysokości emerytury nie uwzględniają zjawiska wydłużania się życia. W rezultacie osoby o wysokich dochodach po przejściu na emeryturę otrzymają więcej niż wynikałoby z podwyższenia składek. Do tego po ich śmierci małżonkowie otrzymają wysokie renty. W konsekwencji zwiększy się deficyt funduszy emerytalnego i rentowego.

Objęcie ubezpieczeniem emerytalnym bardzo wysokich dochodów prowadziłoby do nieakceptowanego społecznie zróżnicowania wysokości emerytur i w konsekwencji do delegitymizacji systemu. Już obecnie przyjęcie granicy 30-krotności średniego wynagrodzenia w roku, oznacza, że najwyższe emerytury mogą stanowić 250% średnich i ponad 500% najniższych emerytur.

Zniesienie górnego limitu składek spowoduje wzrost świadczeń emerytalnych 350 tysięcy osób najlepiej zarabiających i świadczeń rentowych ich małżonków. Jednocześnie dokonane już obniżenie wieku emerytalnego spowoduje znaczące zmniejszenie emerytur osób o niskich dochodach. W konsekwencji zwiększenia zróżnicowania emerytur nasili się presja na podwyższenie niskich emerytur i rent. Efektem będzie dalsze pogłębienie deficytu Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Presji na podwyższenie niskich emerytur i rent towarzyszyć będzie presja na ograniczenie najwyższych świadczeń. Osoby uzyskujące wysokie dochody są świadome zagrożenia, że w zamian za większą składkę mogą nie dostać w przyszłości proporcjonalnie wyższej emerytury, i ich motywacja do unikania składek jeszcze się nasili.

Rząd zakłada, że w wyniku podwyższenia składek emerytalnych i rentowych finanse publiczne otrzymają już w przyszłym roku ponad 5 mld zł więcej. O tyle samo zmniejszą się wynagrodzenia netto pracowników o wysokich kwalifikacjach lub wzrosną koszty przedsiębiorstw ich zatrudniających. Zarówno pracownicy jak i pracodawcy będą silnie zmotywowani do unikania podwyższonych składek, więc wpływy mogą okazać się mniejsze od przewidywanych przez autorów projektu.

Powszechny obowiązek ubezpieczenia od braku dochodów na starość jest uzasadniony, mimo, że ogranicza prawo obywateli do dysponowania własnością, ale tylko w racjonalnych granicach. Zgodnie z konstytucyjną zasadą proporcjonalności, ograniczenie wolności obywateli, w tym swobody dysponowania wynagrodzeniem, jest możliwe, ale musi być adekwatne do zamierzonego celu. Powszechne ubezpieczenie emerytalne ma zabezpieczać obywateli przed brakiem środków utrzymania na starość, a nie przed brakiem środków na luksusowe życie. Objęcie  obowiązkiem ubezpieczenia emerytalnego bardzo wysokich dochodów prowadziłoby do nadmiernego, czyli nieuzasadnionego potrzebami tego ubezpieczenia, ograniczenia wolności obywateli do dysponowania wynagrodzeniem za pracę.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Eksperci

Białas: Bank Japonii uczy ekonomii

Bank Japonii naprostował rynek, uciszając plotki o prędkiej zmianie nastawienia. JPY traci, ale po n...

Gontarek: Trzy dobre pomysły KE jak rozwijać kompetencje cyfrowe

15 stycznia Komisja Europejska przyjęła nowe inicjatywy mające na celu poprawę kluczowych kompetencj...

Grejner: Koniec silnego złotego może być bliski

Chociaż polska gospodarka utrzymuje się w znakomitej kondycji, na wzrost wartości złotego wpływają p...

Bugaj: Dobre złego początki

Jedno ze słynnych powiedzeń Warrena Buffetta głosi, że inwestorzy powinni być bojaźliwi, gdy inni są...

Kowalski: Interpretacja MF w sprawie VAT rozstrzyga wątpliwości prawne

Interpretacja ogólna Ministra Finansów w sprawie VAT od usług ściśle związanych z profilaktyką, zach...

AKTUALNOŚCI

Szczyt poszukiwań w internecie haseł typu grypa i szczepienia

Jak wynika z badań internetowych, na przełomie stycznia i lutego, przypada szczyt poszukiwań w inter...

PGNiG podpisało umowę na przesył gazu przez Baltic Pipe

Jak poinformował PGNiG, umowa z Gaz-Systemem na świadczenie usług przesyłu gazu w okresie od 1 paźdz...

Ważne zmiany dla pracowników i pracodawców. Senat przyjął ustawę o e-aktach

Senatorowie przyjęli w piatek bez poprawek ustawę dotyczącą elektronizacji i krótszego okresu przech...

Co jedzą uczniowie i pacjenci? Kontrola Inspekcji Handlowej

Inspekcja Handlowa sprawdziła 83 firmy cateringowe, które przygotowują posiłki dla szpitali, szkół, ...

Gdańskie lotnisko obsłużyło pół miliona pasażerów

W 2017 roku Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy obsłużył 4.611.714 pasażerów, co oznacza wzrost na...