sobota, Październik 19, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "obligacje"

obligacje

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcioletnich obligacji skarbowych Grecji (2,004 proc.) i Polski (2,044 proc.) jest niższa niż analogicznych papierów amerykańskich (2,046 proc.). To oznacza, że Grecja i Polska mogą na światowym rynku długu pozyskiwać finansowanie taniej, niż największa i formalnie charakteryzująca się najwyższą wiarygodnością kredytową oraz dysponująca najsilniejszą walutą „wielka Ameryka” Donalda Trumpa.

Reklama

Gdyby prezydent USA ten fakt dostrzegł, z pewnością wyraziłby swoje niezadowolenie z takiego stanu rzeczy na Twitterze, z właściwą sobie ekspresją, prawdopodobnie po raz kolejny kierując ostrze krytyki na szefa Fed Jerome Powella, za prowadzoną przez niego politykę pieniężną, szkodzącą – jego zdaniem – amerykańskiej gospodarce.

Zobacz też:

Pomijając niestosowność tego typu „wycieczek” prezydenta wobec niezależnego banku centralnego, to jednak właśnie polityka pieniężna jest głównym powodem licznych anomalii obserwowanych na światowym rynku długu. Trudno bowiem inaczej określić sytuację, w której rentowność obligacji trzech krajów o tak zróżnicowanej kondycji gospodarczej i wiarygodności kredytowej, jest niemal identyczna, z lekką przewagą Grecji. A to przecież właśnie Grecja zaledwie kilka lat temu wymagała intensywnej reanimacji przy zaangażowaniu całej strefy euro i międzynarodowych instytucji finansowych. Z kolei w przypadku Polski, oceny agencji ratingowych są o kilka poziomów poniżej pozycji Stanów Zjednoczonych. Grecja korzysta z obecności w strefie euro, w której oficjalne stopy procentowe wynoszą zero, a wiele wskazuje na to, że Europejski Bank Centralny wkrótce obniży je jeszcze bardziej. W tym kontekście na drugi plan w wycenie greckich obligacji schodzi fatalny wciąż stan gospodarki i gigantyczne, niespłacalne w praktyce zadłużenie. Spadek rentowności obligacji amerykańskich, która jeszcze kilka miesięcy temu sięgała niemal 3,24 proc., to wynik złagodzenia stanowiska Fed, który zadeklarował nie tylko zakończenie cyklu podwyżek stóp procentowych, ale także przejście do łagodzenia polityki pieniężnej. Proces ten rozpocznie się najpewniej już za kilka dni, w trakcie lipcowego posiedzenia komitetu otwartego rynku. Polska z kolei „zasługuje” na niską rentowność obligacji zarówno z powodu rekordowo niskich oficjalnych stóp procentowych i deklaracji ich utrzymania przez Radę Polityki Pieniężnej jeszcze przez dłuższy czas, jak i kondycji gospodarki oraz finansów państwa. Ale w rzeczywistości polskie obligacje korzystają z tendencji dominującej na światowym rynku długu.

Roman Przasnyski, Analityk rynków finansowych

***

Roman Przasnyski – komentator, analityk, aktywny uczestnik polskiego rynku kapitałowego, obecny na nim od początku jego istnienia. Autor licznych tekstów, z których pierwszy opublikowany został w dzienniku „Rzeczpospolita” w 1990 r., czyli niemal 30 lat temu. Współtwórca i redaktor naczelny „Gry na Giełdzie”, jednego z pierwszych czasopism poświęconych warszawskiej giełdzie, redaktor w dziennikach „Parkiet”, „Rzeczpospolita” i miesięczniku „Forbes”. Z wieloletnim doświadczeniem w bankowości oraz instytucjach doradztwa finansowego.

Wiele osób woli krótkoterminowe lokaty bankowe od obligacji obawiając się, że inwestycja w papiery wartościowe oznacza konieczność zamrożenia środków nawet na kilka lat. Niesłusznie.

Już w perspektywie trzech miesięcy lepszym wyborem od lokaty bankowej może okazać się zakup obligacji skarbowych o trzymiesięcznym okresie do wykupu. Ich oprocentowanie ustalono na 1,5 proc. w skali roku, czyli tyle, ile wynosi średnie oprocentowanie depozytów bankowych do dwóch lat (dane za Narodowym Bankiem Polskim). Istnieje także możliwość osiągania wyższych dochodów w przypadku zakupu obligacji o dłuższym terminie zapadalności nawet przy założeniu ich sprzedaży lub umorzenia np. po roku od dokonania inwestycji.

Dla przykładu, czteroletnie obligacje skarbowe oferowane indywidualnym nabywcom oprocentowane są w pierwszym roku na 2,4 proc. Można umorzyć je w każdym momencie (nie wcześniej niż siedem dni od zakupu), z czym wiąże się utrata odsetek, nie więcej jednak niż 0,7 proc. nominału. Jeśli obligacja zostanie umorzona np. po roku, inwestor i tak zarobi 1,7 proc. brutto (ale tylko 1,24 proc. netto). Naturalnie może też zdecydować o przedłużeniu inwestycji, co będzie miało ten przyjemny skutek, że w kolejnym roku oprocentowanie obligacji wyniesie 1,25 pkt proc. więcej niż inflacja. Jest więc spora szansa na to, że będzie to więcej niż 2,4 proc.

Jeszcze większe możliwości krótkoterminowych inwestycji dają obligacje korporacyjne, bo w ich przypadku sprzedaż przed terminem wykupu nie wiąże się z utratą odsetek. Trzeba jednak znaleźć chętnego do ich odkupienia na rynku wtórnym, co najłatwiej zrobić na Catalyst – giełdzie obligacji, prowadzonej przez Giełdę Papierów Wartościowych. Może się okazać, że sprzedamy tam obligacje za cenę wyższą niż ta, po jakiej zostały zakupione, ale możliwe jest także, że cena sprzedaży będzie nieco niższa.

Jak się okazuje, nawet spadek notowań o 5 proc. w ciągu roku (taki stał się udziałem obligacji Getin Noble Banku) nie przekreślił szansy na osiągnięcie zysku z rocznej inwestycji, albowiem odsetki okazały się wyższe niż strata wynikająca ze spadku notowań. Przy czym zysk wskazany jest jako zysk brutto i rozliczenie podatku może różnie wpłynąć na ostateczny wynik (np. w przypadku obligacji notowanych poniżej ceny zakupu lepiej sprzedać obligacje tuż przed ustaleniem prawa do odsetek i w ten sposób zmniejszyć obciążenie podatkowe). W większości pozostałych przypadków sprzedającym udałoby się zachować zysk zbliżony lub przewyższający nominalne oprocentowanie obligacji i można powiedzieć, że jest to dominująca reguła na całym Catalyst, głęboki spadek obligacji w rok po wprowadzeniu do notowań należy do sytuacji wyjątkowych.

Należy przy tym pamiętać, że nie każde obligacje korporacyjne wprowadzane są do notowań na Catalyst, a więc nie w każdym wypadku będzie istniała możliwość skrócenia inwestycji i sprzedaży obligacji. Problemem może okazać się także jakość emitentów, dlatego w porównaniu uwzględniliśmy tylko publiczne emisje obligacji.

Na Catalyst istnieją także inne możliwe warianty krótkoterminowych inwestycji. Nic nie stoi na przeszkodzie, by kupić obligacje i odsprzedać je za kilka miesięcy, ale należy pamiętać, że taka operacja oznacza konieczność zapłacenia dwukrotnie prowizji maklerskiej, co będzie mieć tym większy wpływ na uzyskaną rentowność, im krótszy będzie okres inwestycji.

Pewnym sposobem na zaoszczędzenie na kosztach transakcyjnych może być zakup obligacji, których termin zapadalności wypada w niedługim czasie, bo wykup obligacji nie wiąże się z dodatkowymi opłatami dla ich posiadaczy. Możliwa do osiągnięcia rentowność kształtuje się bardzo różnie, w zależności od tego jak inwestorzy postrzegają ryzyko związane z danym emitentem i jego obligacjami. Aby nieco lepiej przybliżyć to zagadnienie przygotowaliśmy zestawienie obligacji, które indywidualny inwestor może kupić na Catalyst, a które zapadają mniej więcej za 12 miesięcy.

Wadą tego rozwiązania jest jednak niska płynność – możliwości zakupu obligacji zwykle spadają wraz ze zbliżającym się terminem wykupu obligacji. Możliwe jest także, że emitent wykupi obligacje przed terminem pozbawiając inwestorów spodziewanego zysku z odsetek. Wreszcie, nie wszystkim emitentom udaje się wykupić obligacje. Wprawdzie odsetek niewykupionych na czas papierów korporacyjnych na Catalyst to 2,1 proc. (za styczniowym odczytem Indeks Default Rate opracowanym przez Obligacje.pl), niemniej jest to ryzyko, które należy brać pod uwagę zwłaszcza w przypadku mniejszych emitentów.

Z drugiej strony na Catalyst łatwo także znaleźć obligacje tak solidnych emitentów jak PKN Orlen czy zwykłe obligacje bankowe, które w krótkim terminie oferują rentowność obligacji w granicach 2-3 proc. i nawet uiszczając prowizję maklerską łatwo pobić wynik z lokaty bankowej, choć rzecz jasna inne jest też ryzyko inwestycji.

 

Autor: Jan Karczewski

 

Największym zainteresowaniem cieszyły się 2-letnie obligacje oszczędnościowe. Nabywcy indywidualni przeznaczyli na ich zakup kwotę 297,0 mln zł (30% udział w strukturze sprzedaży). 

Popularnością cieszyły się również obligacje 3-miesięczne (28%), 4-letnie (28%). W dalszej kolejności oszczędzający wybierali obligacje 10-letnie (12%) oraz 3-letnie (1,5%).

W styczniu trwała również sprzedaż obligacji dedykowanych beneficjentom programu Rodzina 500+. Na zakup obligacji rodzinnych, przeznaczono 2,8 mln zł. Obligacje rodzinne kierowane są wyłącznie do osób, otrzymujących świadczenie w ramach programu Rodzina 500+, które chcą oszczędzać na przyszłe potrzeby swoich dzieci. Beneficjenci programu mogą nabywać ten rodzaj obligacji do wysokości kwoty przyznanego świadczenia wychowawczego. Obligacje rodzinne są dostępne w ciągłej sprzedaży, zatem ich zakupu można dokonać w dowolnym momencie.

Z początkiem nowego roku nastąpił dalszy wzrost popularności obligacji oszczędnościowych. Na rachunki nabywców trafiły obligacje o wartości 976 mln zł. To najlepszy miesięczny wynik od ponad dwóch lat. W styczniu nabywcy najchętniej wybierali instrumenty, które przynoszą stały, z góry znany zysk – łączna wartość sprzedaży obligacji 3-miesięcznych i 2-letnich wyniosła 575 mln zł (59% udział w strukturze sprzedaży).

Zainteresowaniem cieszyły się też obligacje 4-i 10-letnie (39%), których konstrukcja zabezpiecza oszczędności przed inflacją.

Wartość publicznych emisji obligacji przeprowadzanych na podstawie prospektów po raz pierwszy w historii przekroczy 2 mld zł, ale hitem sprzedaży okażą się papiery skarbowe. Nie zabraknie też ofert dla ryzykantów – oto najważniejsze prognozy dla rynku obligacji w nadchodzącym roku.

Publicznych emisji obligacji, które mogą być realizowane w 2018 r. publicznie zapowiedziało piętnastu emitentów, a łączna wartość obowiązujących lub deklarowanych prospektów emisyjnych przekracza 4,9 mld zł. Nigdy wcześniej wartość ta nie była tak wysoka. Oczywiście nie wszystkie programy zostaną zrealizowane w całości (a niektóre pozostaną nietknięte), ale łączna wartość publicznych emisji może przekroczyć 2 mld zł – wynika z szacunków serwisu Obligacje.pl. Oznaczałoby to, że na rynku padnie nowy rekord, ponieważ w 2017 r. wartość przeprowadzonych emisji obligacji na podstawie prospektów sięgnęła 1,85 mld zł i była to wartość rekordowa.

Finansowi emitenci w natarciu

Najwięcej środków może pozyskać Alior Bank, którego prospekt pozwala na uplasowanie 1,2 mld zł, z czego dotąd bank wykorzystał 150 mln zł. Przedstawiciele banku zapowiedzieli już, że nie planują kolejnych emisji obligacji podporządkowanych. W grę wchodzą więc emisje zwykłych papierów, co byłoby pewnego rodzaju nowością. W dziewięcioletniej historii Catalyst dotąd mieliśmy do czynienia z tylko jedną emisją obligacji senioralnych przez bank, którą skierowano do inwestorów indywidualnych – Getin Noble Bank pozyskał w ten sposób 40 mln zł.

Banki nie są jedynymi przedstawicielami sektora finansowego, które sięgną w przyszłym roku po finansowanie z obligacji. Best, GetBack i Kredyt Inkaso dysponują ważnymi prospektami finansowymi, a Kruk złożył wniosek o zatwierdzenie prospektu wartego 500 mln zł. Na zatwierdzenie prospektu czeka także Pragma Faktoring, choć w tym wypadku jego wartość to skromne 50 mln zł.

Największym niewywodzącym się z branży finansowej emitentem będzie PKN Orlen, którego prospekt pozwala płockiemu koncernowi uplasować jeszcze 600 mln zł. Stawkę uzupełniają emisje PCC Rokita i PCC Exol, które ostatnio pojawiają się regularnie, oraz MCI.PrivateVentures i MCI Capital.

Oprocentowanie w górę

Po latach obniżania wysokości marży (ponad WIBOR) i wydłużania okresu spłaty, nadejdą wreszcie lepsze czasy dla posiadaczy obligacji. Im dłużej Rada Polityki Pieniężnej zwleka z podwyżkami stóp, tym bardziej pozwala inflacji rosnąć, co w końcu spowoduje konieczność podnoszenia stóp procentowych, które WIBOR naśladuje (a dokładniej – wyprzedza). Część ekonomistów uważa, że do podwyżek dojdzie jeszcze w pierwszej połowie roku, część, że dopiero pod koniec roku, ale sam kierunek wydaje się przesądzony.

Po drugie wyższe kupony mogą oferować sami emitenci. Wyniki emisji Kredyt Inkaso (uplasowano mniej niż połowę oferty), Bestu (93 proc. oferty) czy wcześniej MCI.PV i PCC Exol zamknięte z nieznaczną przewagą popytu, wskazują, że inwestorzy indywidualni nie są już tak entuzjastycznie nastawieni do emisji obligacji korporacyjnych, jeśli nie oferuje im się lepszych warunków niż te dostępne na rynku wtórnym. A płynność emisji obligacji pochodzących z publicznych emisji stale rośnie na Catalyst (wolumen przekracza 600 mln zł rocznie) – tu można coraz łatwiej zaopatrzyć się w papiery o wyższej rentowności i krótszym okresie do wykupu niż te oferowane w emisjach.

Tego typu sytuacja jest wyzwaniem dla emitentów, ponieważ będą oni musieli albo zrezygnować z planów emisji, albo podwyższyć kupony. Być może część z nich zdecyduje się na wyczekanie na bardziej odpowiedni moment.

Obligacje inflacyjne hitem

W listopadzie po raz pierwszy w tym roku sprzedaż czteroletnich detalicznych obligacji czteroletnich przekroczyła wartość sprzedaży obligacji dwuletnich. W ujęciu rocznym z taką sytuacją nie mieliśmy do czynienia co najmniej od 2007 r. – wynika z danych publikowanych przez Ministerstwo Finansów.

Przyczyna rosnącej popularności obligacji czteroletnich jest prosta – inflacja. Są to obligacje, których oprocentowanie (od drugiego roku) jest wprost zależne od inflacji, powiększonej o marżę. Ktoś, kto kupił je przed rokiem może cieszyć się odsetkami na poziomie 3,75 proc. w skali roku. I choć Rada Polityki Pieniężnej utrzymuje, że tzw. inflacja bazowa nie stwarza zagrożenia dla stabilności cen, to inflacja mierzona przez GUS rośnie coraz szybciej, a bez podwyżek stóp (które oddziałują wszak na gospodarkę z opóźnieniem kilku kwartałów) może rosnąć nadal. Dlatego można się spodziewać, że inwestorzy zainteresowani ochroną oszczędności przed skutkami inflacji jeszcze chętniej niż do tej pory będą kupować obligacje, których oprocentowanie uzależnione jest od inflacji.

Więcej ryzykownych ofert

Według planów Ministerstwa Finansów jeszcze przed końcem półrocza ma wejść w życie rozporządzenie, na podstawie którego emitenci będą mogli sami – bez obowiązku sporządzania memorandum czy prospektu i bez wsparcia licencjonowanej firmy inwestycyjnej – przeprowadzać publiczne emisje obligacji o wartości do 1 mln EUR (4,2 mln zł). Może to spowodować, że na rynek trafi więcej tzw. małych emisji publicznych, których częstą cechą jest podwyższone ryzyko (i oprocentowanie). Warto więc pamiętać, że statystycznie 20-25 proc. emisji obligacji o wartości do 10 mln zł, które trafiły do obrotu na Catalyst, nie zostało wykupionych (za Obligacje.pl).

Wygląda więc na to, że podobnie jak w 2017 r. inwestorzy indywidualni nie będą mogli narzekać na brak ofert publicznych, a przecież do części z nich dotrą także informacje o emisjach prywatnych. Przy tak dużym wyborze oferowanym przez rynek warto poświęcić nieco czasu na analizę propozycji i skorzystać tylko z najlepszych z nich.

 

Autor: Jan Karczewski, analityk, Michael/Ström Dom Maklerski

 

Komiksy, zabawki, monety, trunki czy zabytkowe auta – sposobów na alternatywne inwestycje jest cała masa. Moda na nie potrafi jednak przemijać, a obietnica dwu-trzycyfrowych zysków może zostać przekuta w stratę – ostrzega Open Finance. Poznaj 5 niecodziennych sposobów na inwestycję

W ciągu roku klasyczne auta zdrożały przeciętnie o 6,5%, a kolekcjonerskie butelki „szkockiej” aż o 18,5% – wynika ze statystyk portali HAGI i Rare Whisky 101. Takie wyniki rozbudzają chciwość inwestorów – szczególnie jeśli bankowe lokaty z trudem pokonują inflację.

Co warto podkreślić, niezmiennie klasyczne inwestycje – akcje, obligacje, nieruchomości czy złoto – pozostają w centrum zainteresowania przeciętnego inwestora (pisaliśmy o nich więcej 5 października w materiale pt. „5 sposobów na emeryturę „na własną rękę”). Nie zmienia to jednak faktu, że alternatywne sposoby lokowania kapitału zyskują na popularności – szczególnie kusząc potencjalnymi zyskami w otoczeniu niskich stóp procentowych. Wiele źródeł podkreśla też, że inwestycje alternatywne (znaczki pocztowe, stare samochody czy trunki) nie tanieją, gdy na rynek giełdowy przychodzi bessa, czyli są antycykliczne. W ostatnich latach takie przypadki się zdarzały, ale nie jest to reguła. Z drugiej strony minusem inwestycji alternatywnych jest to, że moda na nie także może przeminąć, a wtedy kupione przez inwestorów przedmioty mogą okazać się znacznie mniej warte lub nawet bezwartościowe. Jak zawsze niezbędne są więc rozwaga, wiedza i ostrożność.

Polska motoryzacja w cenie

Jak wcześniej wspomniano wyraźnie zdrożały w ostatnim czasie auta klasyczne – o 6,5% w ciągu roku – wynika z indeksu HAGI TOP. Przygotowuje go firma Historic Automobile Group International, która popularyzuje wiedzę o autach klasycznych i zmianach ich cen. Indeks HAGI TOP ma za zadanie badanie cen transakcyjnych najrzadszych klasycznych aut zbudowanych na przestrzeni całej historii motoryzacji. Znajdziemy w nim zarówno samochody zbudowane przed wojną jak i w XXI wieku. Rodzimy rynek aut klasycznych nie dorównuje zachodnioeuropejskim, co nie znaczy, że Polakom obce jest lokowanie pieniędzy na tym rynku. Co więcej, zainteresowaniem cieszą się nie tylko stare Mercedesy, Ferrari, Porsche czy Jaguary, ale mamy też rynek rodzimych ikon motoryzacji.

Trzeba mieć przy tym świadomość, że utrzymanie auta w nienagannej kondycji sporo kosztuje. W przypadku ikon PRL-u istnieje poważne zagrożenie, że ewentualny wzrost wartości czterech kółek może nie pokryć wspomnianych kosztów. Ten trzeba szacować na kilka-kilkanaście tysięcy złotych rocznie. Spójrzmy więc na konkretny przykład. W pierwszej dekadzie XXI wieku „duży fiat” w dobrym stanie kosztował około 2-3 tys. zł, a egzemplarze zaniedbane wyceniane były na zaledwie kilkaset złotych. Podobnie było z „małymi fiatami”. Aut tych jest jednak coraz mniej, a sentyment na nie wraca. Efekt jest taki, że ceny za auta w idealnym stanie przyprawiają o zawrót głowy. Zdarza się, że sprzedający żądają za nie 30-50 tys. złotych i więcej. Głośny był przypadek ponad 30-letniego malucha, który „mieszkał” na piętrze domu jednorodzinnego. Właściciel wycenił go na 65 tys. złotych.

Potężne zyski na komiksach

Imponujące są też wzrosty cen komiksów. Ikoną jest tu pierwsze wydanie Action Comics z 1938 roku. 79 lat temu kosztowało ono 10 centów. Dziś za egzemplarz w idealnym stanie trzeba zapłacić nawet 3,2 mln dolarów – jest to najwyższa w historii cena zapłacona za komiks. To oznacza, że ten egzemplarz co roku drożał przeciętnie o ponad 24% i działo się tak przez prawie 8 dekad. Kolejne numery z tej serii nie są już aż tak drogie. Maksymalną cena jaką osiągnął piąty numer było „zaledwie” 7,5 tys. dolarów. Uśredniając wzrosty cen dla pierwszych 10 numerów tej serii osiągamy wynik na poziomie ponad 18%. Aż o tyle przeciętnie drożały co roku te komiksy.

Na rodzimym rynku próżno szukać takich spektakularnych przykładów. Niemniej poważne ceny osiągają komiksy wydawane w okresie PRL. W 2016 roku głośny był na przykład wynik licytacji, w wyniku której plansza komiksowa z 1971 roku z Tytusa, Romka i A’Tomka sprzedana została za 20,6 tys. zł. Drogie są też dziś komiksy z serii Kapitan Kloss, Kapitan Żbik czy Kajko i Kokosz. Oczywiście takie ceny osiągają tylko komiksy prawdziwie unikatowe – najlepiej niepublikowane i w idealnym stanie.

Krocie za marzenia z dzieciństwa

Podobne przypadki – szalonych wzrostów cen – znaleźć można w przypadku zabawek z dzieciństwa. Nawet jednak Barbie, „resoraki” czy figurki bohaterów z młodych lat nie osiągają milionowych wycen. Prawdziwe unikaty kosztują przeważnie nie więcej niż 100-300 tysięcy dolarów, co i tak jest kwotą przyprawiającą o zawrót głowy. Spójrzmy jednak na bardziej przyziemne przypadki. Figurka płatnego zabójcy (Boba Fetta), którą wprowadzono do sprzedaży w 1997 roku przy okazji premiery filmu Gwiezdne Wojny: Imperium Kontratakuje, została w 2015 roku sprzedana za 18 tysięcy funtów. Taką cenę osiągnęła zabawka w oryginalnym nieotwieranym pudełku. Jak informuje portal Daily Mail w 1980 roku w sklepie figurkę tę można było kupić za 1,5 funta. Kto mógł jednak wtedy przewidzieć jakim hitem i ikoną popkultury zostanie seria Gwiezdnych Wojen?

To jest też największy problem z alternatywnymi inwestycjami. Jest to po prostu bardzo ryzykowny sposób na pomnażanie kapitału. Jeśli łatwo byłoby wytypować rzeczy, które dziś są relatywnie tanie, a za lat kilkadziesiąt będą warte majątek, to nie oszukujmy się – wszyscy by je kupowali i za kilkadziesiąt lat podaż byłaby wciąż wyższa niż popyt. Rynek, na którym chcemy działać musimy znać jak własną kieszeń, mieć tzw. „nosa” i szczyptę szczęścia. W przeciwnym przypadku pieniądze stracimy lub przynajmniej nie zarobimy zbyt wiele. Gwarancji zysku nie daje też zakup przedmiotów, które dziś są pożądanymi unikatami. Nawet zakup komiksu wycenianego dziś na setki tysięcy czy miliony dolarów nie daje gwarancji zysku, bo moda może minąć.

Wysoki procent zaklęty w szkle

I tak na przykład w modzie jest obecnie lokowanie kapitału w kolekcjonerskich egzemplarzach szkockich trunków. Jak informuje portal Rare Whisky sto najbardziej pożądanych butelek zdrożało w ostatnim roku o 18,5%. Od początku publikacji indeksu badającego zmiany ich cen (koniec 2008 r.) zanotowano już prawie 400-proc. wzrost.

W tym wypadku największą popularnością cieszą się oczywiście także butelki unikalne. Ważny jest więc wiek trunku, jego jakość i długość okresu, przez który leżakował. Dobrze gdy jest to seria limitowana, a jeszcze lepiej gdy gorzelnia, w której powstał dany destylat, zamknęła już swe podwoje.

Moda zmienną jest

Skoro o modzie mowa, to warto dla przestrogi przytoczyć przykład całkiem niedawny – tym bardziej ciekawy, że z rodzimego podwórka. Dokładnie 10 lat temu boom przeżywał rynek współczesnych monet kolekcjonerskich i obiegowych emitowanych przez NBP. Regularnie – w dniach kolejnych emisji – przed oddziałami banku centralnego ustawiały się kolejki osób chcących kupić nowe monety, które często z kilkukrotnym przebiciem sprzedawano z pomocą portali aukcyjnych. W tym samym czasie mocno drożały też inne monety emitowane po denominacji.

Doskonałym przykładem jest moneta obiegowa o nominalne 2 złote wyemitowana przez NBP w 1996 roku, a upamiętniająca Zygmunta II Augusta. W 2007 roku jej cena wzrosła nawet do ponad 1000 złotych (500 razy więcej niż cena emisyjna). Szał na monety emitowane przez NBP osiągnął jednak szczyt na przełomie 2007/08. Potem zainteresowanie malało wraz z cenami. Trudno powiedzieć czy powodem był kryzys finansowy, czy fakt, że NBP widząc potężne zainteresowanie emitowanymi monetami, po prostu zwiększał ich nakłady (podaż). Teraz za dwuzłotówkę Zygmunta Augusta trzeba zapłacić mniej więcej 300-400 złotych, co i tak oznacza mocne przebicie ponad cenę emisyjną, ale również sporą stratę dla kogoś kto kupił „na górce”. Oczywiście trzeba dodać, że w 1996 roku dwuzłotówkę z Zygmuntem można było po prostu dostać zostawiając w kasie NBP zwykłe 2 złote. Gdyby tego było mało, każdy mógł wymienić dowolną kwotę na okolicznościowe monety.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Dla jednych zaczęła się dekada handlu na rynkach wschodzących. Inni uważają, że kraje rozwijające są dla inwestorów największym źródłem ryzyka. Podczas gdy ETF odwzorowujące zachowanie spółek emerging markets są blisko rekordowych poziomów, indeks ryzyka dla aktywów z tego obszaru wzrósł dwukrotnie od początku roku. W jakim kierunki zmierzają rynki wschodzące?

16 sierpnia br., po 21 tygodniach nieprzerwanego napływu pieniędzy do funduszy inwestujących w akcje rynków wschodzących i po 28 tygodniach rosnącego zaangażowania inwestorów w rynek długu gospodarek rozwijających się, po raz pierwszy odnotowano odpływ środków z tych aktywów. Z funduszy akcyjnych ubyło 1,6 mld dolarów, a funduszy instrumentów dłużnych – 2,3 mld USD. Przerwana passa dla jednych oznacza koniec byczej szarży na rynkach wschodzących, dla innych jest oznaką typowej dla tych gospodarek niestabilności.

Największe ryzyko na świecie         

Pesymiści uważają, że rynek długu w krajach wschodzących (emerging markets – EM) jest już przegrzany. Julian Brigden z funduszu hedgingowego Macro Intelligence2 Partners doradził w sierpniu swoim klientom sprzedaż obligacji rynków rozwijających się, bo jak stwierdził, są przewartościowane i stwarzają obecnie „największe ryzyko na świecie” dla inwestorów.

John-Paul Smith, założyciel Ecstrat Ltd, jeden z niewielu strategów, którzy przewidzieli czteroletnie załamanie EM, jakie zaczęło się na początku 2011 r., w raporcie z lipca napisał, że dług i waluty krajów rozwijających się należą do trzech najgorętszych aktywów, obok euro i akcji spółek technologicznych.

Obydwaj menedżerowie należą do niewielkiej wciąż grupy inwestorów obstawiających spadki na rynkach wschodzących. Choć są to głosy mniejszości, nie brak im argumentów na rzecz tezy, że emerging markets są przewartościowane. Ich siła wynika częściowo ze słabości rynków rozwiniętych. Rynki wschodzące korzystają na deprecjacji dolara w tym roku. Dług wielu krajów rozwijających się jest denominowany w amerykańskiej walucie i tańszy dolar zmniejsza koszt obsługi zadłużenia. Kij ma jednak dwa końce. Dolar był w centrum zainteresowania inwestorów pod koniec 2016 i na początku tego roku, w związku z dużymi oczekiwaniami co do szybkiego wzrostu stóp w FED.

Wolniejsze tempo podwyżek spowodowało odwrót od amerykańskiej waluty i napływ środków do EM. Niedźwiedzie przekonują, że stabilizacja dolara negatywnie odbije się na rynkach wschodzących. Jeśli do tego w górę pójdą ceny obligacji krajów rozwiniętych, wtedy dług na emerging markets może znaleźć się w poważnych opałach.

Obligacje zaś drożeją od amerykańskich, po niemieckie bundy. Zdaniem części analityków, efekt może być równie dotkliwy jak skutki pamiętnego „taper tantrum” z 2013 r. Chodzi o panikę jaka ogarnęła rynek długu po tym jak Ben Bernanke, ówczesny szef FED, zapowiedział stopniowe wycofywanie się z luzowania ilościowego. Rynek wpadł w histerię i zaczęła się wyprzedaż obligacji EM co pociągnęło za sobą zjazd rynku FX. Waluty krajów wschodzących, jak obliczyła agencja Bloomberg, straciły 14 proc. , natomiast obligacje 7,3 proc.

Inwestycje w rozwój

Optymiści przekonują, że ostatnie spadki mają charakter przejściowy, są motywowane zdarzeniami politycznymi i nie mają związku z fundamentami. Odwrót inwestorów od bardziej ryzykownych aktywów nastąpił w związku ze wzrostem napięcia wokół Korei Północnej oraz niepokojami wewnętrznymi w USA po zamieszkach w Charlottesville i przewrotnych działaniach prezydenta Trumpa. Na początku 2016 r. fundusz Pacific Investment Management ogłosił, że nadciąga „dekada handlu” dla aktywów emerging markets.

Rzeczywiście, ostatnie kilka miesięcy to pasmo sukcesów na tych rynkach. W tygodniu poprzedzającym odpływ pieniędzy z funduszy inwestujących w dług i aktywa rynków wschodzących, indeks IShares MSCI Emerging Markets ETF (EEM) osiągnął najwyższy poziom od 2014 r., a w relacji do notowań S&P500 odnotował najwyższy kurs od dwóch lat. Od początku roku do 1 września indeks EEM zyskał już 28,22 proc. i jest to najwyższa dynamika od 2009 r. Z drugiej strony do historycznych maksimów z 2007 r. brakuje mu jeszcze 25 proc.

Zdaniem byczo nastawionych inwestorów, akcje EM są gotowe do szybkiego wzrostu. Fundamenty gospodarek wschodzących są o wiele zdrowsze niż z czasów turbulencji rynkowych z 2013 r., inna jest też ich struktura. UBS w nocie wysłanej do inwestorów na początku sierpnia wskazuje na istotną zmianę w zachowaniach rynków rozwijających się w czasach słabości dolara. W 2017 r. doszło jednak do przełamania tego wzorca. Słabość dolara jest tylko czynnikiem wspierającym, natomiast motorem wzrostu jest sektor IT. O ile indeks EEM wzrósł o około 25 proc. to akcje spółek technologicznych na tych rynkach zyskały 43 proc.

Konkluzja jest taka, że kraje rozwijające się dużo inwestowały w ostatnich latach w rozwój technologii i na zasadzie efektu tzw. żabiego skoku, mocno unowocześniły swoje gospodarki. Nie są one już, jak w poprzednich latach, uzależnione od cen na rynku surowców.

Indeks ryzyka w górę

Ostatnie lata to wreszcie czas istotnych zmian na poszczególnych rynkach emerging markets. W 2013 r. JP Morgan ukuł termin „fragile five” (tzw. „wrażliwa piątka”) odnoszący się do Brazylii, Indii, Indonezji, RPA i Turcji. Obecnie za słabe ogniwa uważana jest Korea Południowa, ze względu na ryzyka polityczne oraz RPA z powodu słabości politycznej i ekonomicznej. Analitycy Renaissance Capital uważają, że od 2013 r. wzrosła wrażliwość na wstrząsy takich krajów jak Egipt, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Bahrajn i Oman. RBC Capital Market na liście „kruchej piątki” umieścił Irak, Libię, Nigerię, Algierię i Wenezuelę, czyli kraje mocno związane z rynkiem ropy.

Niezależnie od różnic, wszystkie kraje rozwijające się uważane są za rynki podwyższonego ryzyka. Globalny indeks ryzyka, mierzony przez firmę doradczą CrossBorder Capital, wzrósł z 32,1 na koniec roku do 67,9 obecnie, osiągając najwyższy poziom od przeszło roku. Jednym z głównych czynników ryzyka jest bardzo duża liczba takich samych pozycji zajmowanych przez inwestorów, oczekujących wzrostów cen.

Wyceny, zdaniem JP Morgan, mogą jednak iść w górę, bo według ich prognoz, zyski spółek z EM (ponad 1 tys. analizowanych firm) wzrosną w tym roku o 20 proc., a w przyszłym o ponad 11 proc.

Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima

Inwestorom niejednokrotnie reklamowane są strategie czy produkty inwestycyjne, które w przeszłości wygenerowały spory zysk. Problem jednak w tym, że historyczne wyniki nie gwarantują, że w przyszłości one ponownie będą miały miejsce. Natomiast generowanie mniej spektakularnych, ale systematycznych zysków pozwala osiągnąć atrakcyjne wyniki w długim horyzoncie czasowym.

W tabeli poniżej przedstawione zostały przykładowe inwestycje i ich stopy zwrotu. Przyglądając się stopom zwrotu w poszczególnych portfelach i dla kolejnych lat można wysnuć wniosek, że jednorazowa strata może mieć kluczowy wpływ na zyskowność inwestycji w długim terminie.

stopa zwrotu
inwestycja w 1. roku w 2. roku w 3. roku skumulowana w okresie 3 lat
#1 -10,0% 6,0% 5,0% 0,2%
#2 5,0% 6,0% 5,5% 17,4%
#3 -10,0% 14,0% 14,0% 17,0%
#4 12,0% 12,0% -20,0% 0,4%

Stopa zwrotu pierwszego portfela jest charakterystyczna dla inwestorów, którzy w pierwszym roku inwestycji ponieśli znaczącą stratę na ryzykownych instrumentach (np. akcjach), po czym przerzucili swoje środki w mniej ryzykowne papiery (np. obligacje korporacyjne). Przedstawiona sytuacja może mieć np. miejsce, gdy inwestorzy nie dywersyfikują swoich portfeli, tylko wszystkie środki „wrzucają do jednego koszyka”. Co więcej, finanse behawioralne wskazują, że inwestorzy z reguły błędnie oceniają własne podejście do ryzyka i w przypadku znaczących strat najczęściej zamykają pozycje i „uciekają” do mniej ryzykownych instrumentów. Drugi przykład pokazuje, że nawet w przypadku niewielkich, ale za to systematycznych zysków, inwestor w długim terminie może godziwie zarobić. Z kolei trzecia inwestycja charakteryzuje inwestorów, którzy po poniesieniu strat trzymali środki w ryzykownych instrumentach, co w kolejnych dwóch latach się opłaciło. Warto jednak zwrócić uwagę, że w tym przypadku skumulowany zysk za cały okres był niższy niż w przypadku drugiej inwestycji pomimo spektakularnych stóp zwrotu w drugim i trzecim roku. Ostatni przykład jest typowy dla inwestorów, którzy w ostatnich latach solidnie zarabiali, ale w odpowiednim momencie nie zamknęli swoich pozycji, co sprawiło, że jednorazowa strata „skonsumowała” ich zyski wygenerowane w poprzednich latach.

Instrumentem, który umożliwia realizowanie powtarzalnych i godziwych zysków niewątpliwie są obligacje korporacyjne. Obligacje przy relatywnie niewielkim ryzyku dają zarobić ok. 5-6 proc. rocznie. Warto dodać, że tak długo jak emitent nie ma problemów z obsługą swojego zadłużenia, na obligacje korporacyjne w Polsce znikomy wpływ mają wydarzenia polityczno-gospodarcze ze świata. Najlepszym przykładem były wyniki głosowania ws. Brexitu, po których upublicznieniu indeksy giełdowe zaczęły znacząco tracić, podczas gdy na Catalyst (miejscu gdzie notowane są obligacje korporacyjne w Polsce) nie było widać żadnej dodatkowej nerwowości. Stabilność wyników jaką umożliwiają obligacje korporacyjne (oczywiście przy zdywersyfikowanym i rozsądnie zbudowanym portfelu) niewątpliwie jest pożądaną cechą dla części inwestorów z punktu widzenia behawioralnego. Wspomniane 5-6 proc. jest ciągle dużo wyższe od oprocentowania lokat, co ma swoje uzasadnienie przede wszystkim w ryzyku kredytowym (zdarzają się upadki emitentów, co sprawia, że inwestorzy w skrajnym przypadku mogą stracić całość zainwestowanego kapitału) oraz ryzyku płynności (inwestor nie zawsze ma możliwość spieniężenia obligacji przed zapadalnością).

Ryzyko kredytowe można ograniczać poprzez szczegółową analizę emitentów oraz dywersyfikację inwestycji. Warto również korzystać z usług domu maklerskiego, co daje inwestorowi dostęp do analiz emitentów obligacji korporacyjnych oraz do rynku międzybankowego. Szacujemy, że obrót na rynku międzybankowym jest kilkukrotnie wyższy niż na rynku giełdowym, dlatego korzystając z usług domu maklerskiego inwestor ma możliwość zmniejszenia ryzyka płynności.

Podejmowanie decyzji inwestycyjnych należy do zadań skomplikowanych i ryzykownych. Naszym zdaniem warto ułatwić sobie ten proces korzystając z materiałów przygotowywanych przez doświadczony zespół, co pozwoli także ograniczać ryzyko inwestycji. Decydując się na inwestycje w obligacje korporacyjne trzeba pamiętać, że raczej trudno będzie o spektakularne stopy zwrotu w pojedynczych latach, ale to nie one, tylko powtarzalność wyników, mogą przynieść godziwy zysk w dłuższym terminie.

 

Autor: Piotr Ludwiczak, Head of Research, Michael/Ström

Silne wzajemne powiązanie międzynarodowych rynków finansowych sprawia, że wszelkie zawirowania błyskawicznie przenoszą się do Polski. Ewentualny kryzys walutowy byłby u nas odczuwalny po 1 dniu, zaś turbulencje na rynkach akcji i obligacji maksymalnie po 5 dniach. Najgroźniejsze byłyby wstrząsy w strefie euro, a także na rynkach: brytyjskim, amerykańskim oraz chińskim – wynika z raportu „Kierunki 2017”przygotowanego przez DNB Bank Polska i firmę doradczą Deloitte. Jednak w dłuższej perspektywie skutki takiego kryzysu dla polskiej gospodarki będą łagodniejsze niż w krajach, z których nadszedł kryzys.

Polski rynek finansowy odczuwa wszelkie wstrząsy na zagranicznych rynkach, jednak ocena ich skutków jest skomplikowana. Sektor finansowy ma dużo większe obroty w porównaniu do realnej gospodarki. Ponadto, mnogość instrumentów finansowych na globalnych rynkach utrudnia śledzenie ich wzajemnych zależności. Jak wskazują autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, zawirowania na światowych rynkach finansowych błyskawicznie przenoszą się do Polski.

Silne powiązania rynków finansowych sprawiają, że wszelkie szoki zewnętrzne są natychmiast odczuwalne w Polsce, zwłaszcza w przypadku strefy euro, USA czy Wielkiej Brytanii, ale także innych analizowanych państw (Chiny, Rosja, Turcja). W przypadku tąpnięcia kursów walut zajmuje to 1 dzień, zaś krach na rynku akcji i obligacji dociera do Polski maksymalnie po 5 dniach. Transakcje walutowe opierają się o przewidywaną reakcję rynków, więc inwestorzy błyskawicznie przenoszą swoje aktywa. Z kolei akcje i obligacje mają silniejsze powiązania z realną gospodarką, więc tempo rozprzestrzeniania się kryzysu zależy od mikro– i makroekonomicznych fundamentów gospodarki danego kraju.

Bardzo wrażliwy polski złoty

Analizując rynki walutowe, autorzy raportu śledzili wahania kursu złotówki do dolara. Następnie zaś badali, jak na wspomniany kurs wpływają notowania par walutowych, w których powiązano dolara z euro, brytyjskim funtem, chińskim juanem, rosyjskim rublem, turecką lirą i ukraińską hrywną.

Z analizy wynika silne powiązanie kursu złotego z kursem euro i brytyjskim funtem; spadkowi wartości tych walut w stosunku do dolara będzie towarzyszyć osłabienie złotego względem amerykańskiej waluty. W przypadku pozostałych walut, ich wahania wobec kursu dolara skutkują analogicznym zachowaniem złotego wobec dolara (jedynie w przypadku tureckiej liry zależność jest odwrotna), choć siła ich wpływu jest mniejsza – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka Deloitte.

Rada Polityki Pieniężnej nie sygnalizuje zamiaru rychłego podniesienia stóp procentowych. Dlatego impulsy walutowe będą miały swoje źródło przede wszystkim w polityce Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiego Fed. Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się, a szacunki ECB wskazują na wzrost PKB w strefie euro sięgający 1,9 proc. w tym roku i 1,8 proc. w 2018 r. Stopy depozytowe wciąż są ujemne, co może wpływać na ożywienie akcji kredytowej wśród przedsiębiorstw, a przewidywane wzmocnienie w gospodarce światowej będzie sprzyjać eksportowi ze strefy euro. W przypadku USA, Fed podniósł w czerwcu stopy procentowe o 0,25 pkt proc. do poziomu 1 – 1,25 proc. Fed podtrzymał również zapowiedź kolejnej podwyżki. Może to zwiastować większą zmienność na rynkach walutowych w dalszej części tego roku.

Cena polskiego długu silnie związana z rynkami strefy euro

W przypadku obligacji, autorzy raportu posłużyli się rentownościami na rynku wtórnym 10-letnich obligacji skarbowych analizowanych krajów, oprócz Ukrainy (z powodu braku danych).

Rentowność polskich papierów skarbowych najsilniej powiązana jest z rynkami obligacji dużych gospodarek strefy euro; w mniejszym stopniu z brytyjskim i rosyjskim oraz w niewielkim z chińskim, amerykańskim i tureckim. Rentowność polskich papierów skarbowych podąża za notowaniami obligacji we wszystkich analizowanych krajach, za wyjątkiem Rosji. Jeśli w Niemczech rośnie rentowność rządowego długu, to rośnie także w Polsce. Jednak gdy jego rentowność rośnie w Rosji, to w Polsce koszt pożyczania przez rząd maleje. Oznacza to, że kiedy inwestorzy sprzedają niemieckie obligacje doprowadzając do wzrostu ich rentowności, to sprzedają również polskie wywołując podobny efekt. Jednak gdy wyprzedają oni obligacje rosyjskie, to za część uzyskanej w ten sposób gotówki kupują polskie papiery dłużne, co wobec wzrostu na nie popytu wpływa na obniżenie rentowności. Polska gospodarka jest postrzegana przez pryzmat innych gospodarek UE. Dlatego w przypadku zawirowań na rynku rosyjskim, nasze obligacje traktowane są jako pewniejsza inwestycja.

Równie mocne są wzajemne powiązania międzynarodowych rynków akcji, bowiem spadki na zagranicznych giełdach wpływają negatywnie na indeks WIG. Najsilniejsze wahania kursów są przede wszystkim rezultatem zmian w największych gospodarkach strefy euro (w kolejności: Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii), następnie w Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Chinach, Turcji i w minimalnym stopniu na Ukrainie.

Indeks warszawskiej giełdy odzwierciedla ścisłe relacje handlowe Polski z krajami UE. Z drugiej strony, niezwykle istotny jest globalny wpływ gospodarek USA i Chin oraz bliskość geograficzna Rosji, Turcji i Ukrainy. Dlatego właśnie spadek indeksu WIG następuje w ślad za przecenami akcji w tych krajach.

Polska szybko odreaguje potencjalny kryzys

Zdaniem autorów raportu, w przypadku kryzysu w gospodarkach UE, Polska będzie najdłużej – bo aż 7 lat – odczuwać szok pochodzący z Włoch, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Najsłabiej odczuwalny będzie skumulowany w ciągu 7 lat impuls kryzysowy z Niemiec i Francji, bowiem osłabienie dynamiki polskiego PKB w stosunku do ścieżki bazowej będzie obserwowane tylko w pierwszym roku kryzysu. W kolejnych latach polska gospodarka zacznie już kryzys „odreagowywać” i powróci na pierwotną ścieżkę wzrostu gospodarczego, choć PKB będzie na niższym poziomie niż przed kryzysem. Efekt ten należy tłumaczyć możliwościami, jakie te duże gospodarki oferują polskim przedsiębiorcom, w tym ich silnym powiązaniem z gospodarką światową.

Jeżeli kryzys nadejdzie ze strony krajów spoza UE, Polska zdecydowanie mocniej odczuje kryzys w Chinach i USA, niż w Rosji i na Ukrainie. Wynika to przede wszystkim z faktu, że amerykańska i chińska gospodarka mają kluczowy wpływ na globalny wzrost gospodarczy. Z kolei w przypadku Rosji i Ukrainy podstawowym czynnikiem jest geograficzna bliskość, a nie kondycja gospodarcza tych krajów.

 

Źródło: DNB i Deloitte

Okres wakacyjny ma swoje prawa na rynku kapitałowym. Aktywność inwestorów jest mniejsza, co przekłada się na względną łatwość w wygenerowaniu przesunięć indeksów. Z drugiej jednak strony inwestorzy otrzymują mniej impulsów i z czysto informacyjnego punktu widzenia nierzadko doświadczyć można niemałej posuchy.

W otoczeniu okres spokoju będzie przerwany wynikami spółek za kończący się w tym tygodniu II kw., ale lokalnie po ostatnich zmianach w terminach publikacji raportów okresowych uzbroić się będzie trzeba w większą cierpliwość. Zresztą ostatnie sesje dość wyraźnie pokazują, że uwaga przesunęła się nieco z parkietów akcyjnych na rynki walutowe i obligacyjne.

Pierwsze skrzypce wciąż grają słowa bankierów centralnych, spośród których najbardziej wypatrywane są te tyczące się ograniczenia europejskiego stymulusu monetarnego. Wpływa to na względną siłę waluty wspólnotowej, co lekko ogranicza konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw, a to one miały być wynikowym prymusem w tym roku. Z kolei w przypadku obligacji głośno zrobiło się o wypłaszczeniu amerykańskiej krzywej rentowności. Na jej krótki koniec wpływają zwyżki stóp procentowych aplikowane przez FOMC, ale długi koniec pozostaje zakotwiczony przez powracający niczym bumerang paradygmat sekularnej stagnacji.

To bardzo istotna zmiana, gdyż jeszcze nie tak dawno inwestorzy wierzyli w możliwość wejścia globalnej gospodarki w długotrwały okres wzrostu, co wywierałoby odpowiednią presją na oczekiwania inflacyjne. Teraz jednak ta nadzieja przemija, co jest dość silnie skorelowane z kolejnymi porażkami Donalda Trumpa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że we wtorek przesunięte zostało głosowanie nad kluczową dla republikanów ustawą o ubezpieczaniach zdrowotnych. Nakłada się na to fakt kontynuacji słabości sektora spółek technologicznych oraz pewne przesunięcie popytu w stronę defensywnych sektorów.

Sumarycznie rzecz biorąc każe to zachować długoterminową ostrożność wobec ryzykownych aktywów, choćby dlatego, że ostatni raz amerykańska krzywa rentowności była tak płaska w grudniu 2007 roku, czyli w okresie końca poprzedniej hossy. Oczywiście nie oznacza to, że już zaraz zacznie się okres dekoniunktury.
Wprost przeciwnie, z sezonowego punktu widzenia wakacyjny okres jest całkiem niezły, tyle że służy mu wiosenna korekta. W tym roku maj i czerwiec nie przyniosły jednak większych spadków, co może ograniczać potencjał letnich wzrostów. Tych wykluczyć jednak nie można i wydaje się, że do jesieni globalna koniunktura powinna się utrzymać na dobrym poziomie.

 

Autor: Łukasz Bugaj, CFA

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Z badań przeprowadzonych przez Izbę Zarządzających Funduszami i Aktywami wynika, że Polacy najchętniej inwestowaliby w nieruchomości (53 proc.), kruszce (32 proc.) i waluty (15 proc.). Rozwiązania te często wymagają jednak posiadania znacznego kapitału i nierzadko obarczone są również wysokim ryzykiem. Jak wskazują eksperci Związku Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF), alternatywnym i stosunkowo dostępnym sposobem pomnażania pieniędzy, są jednostki udziału funduszy inwestycyjnych. Podpowiadają, co warto wiedzieć, włączając te produkty do swojej strategii oszczędzania.

Otwarte czy zamknięte?

Pierwszym dylematem, z którym spotykają się często inwestorzy chcący ulokować pieniądze w fundusze, jest wybór pomiędzy rodzajem tych produktów, czyli funduszami otwartymi i zamkniętymi. Oba pojęcia określają formy uczestnictwa w produkcie i wpływają na zasady przystępowania do takiej inwestycji. – Jeżeli chodzi o fundusze inwestycyjne zamknięte (FIZ), liczba inwestorów, którzy mogą do nich przystąpić, jest ograniczona – tłumaczy Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance.
Dzieje się tak, bowiem liczba certyfikatów uczestnictwa jest stała, a jej zwiększenie może odbyć się wyłącznie w drodze dodatkowej emisji. W przypadku funduszy inwestycyjnych otwartych (FIO), to ograniczenie nie występuje, bowiem kierowane są one właściwie do każdego inwestora. Wystarczy, że ten wpłaci pieniądze do funduszu tego rodzaju, otrzymując w zamian tytuł (jednostkę) uczestnictwa. Istotnym elementem może być to, że FIO muszą być wyceniane codziennie oraz można je nabyć już od 50 zł. Natomiast FIZ mogą być wycenianie znacznie rzadziej, nawet raz na kwartał, a minimalna kwota ich nabycia może sięgać równowartość 40 tys. euro – mówi Marzec, ZFDF.

Także proces umarzania jednostek funduszu inwestycyjnego, czyli odkupienie od uczestnika przez fundusz określonej liczby jednostek, różni się w przypadku FIO i FIZ-u. Certyfikaty funduszy zamkniętych mogą być zgłaszane do umorzenia tylko w terminach ustalonych przez fundusz, np. co miesiąc lub kwartał. Jeżeli chodzi o FIO, fundusz dokonuje wykupu jednostek uczestnictwa na żądanie inwestora, uczestnika funduszu.

Pokaż funduszu, co masz w portfelu

Fundusze inwestycyjne można także klasyfikować w zależności od instrumentów finansowych, w które inwestowane są pieniądze. Możemy wymienić fundusze pieniężne, które inwestują w instrumenty rynku pieniężnego, takie jak np. bony skarbowe, pieniężne, certyfikaty depozytowe oraz bony komercyjne. Fundusze dłużne zainteresowane są natomiast głównie obligacjami, o stałym bądź zmiennym oprocentowaniu. Z kolei większość portfela funduszu akcji stanowią właśnie akcje.
Można wymienić również fundusze inwestycyjne mieszane, inwestujące zarówno w akcje, jak i obligacje. – Znajomość instrumentu finansowego, w który inwestuje dany fundusz jest o tyle istotna, że określa poziom ryzyka danej inwestycji – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Przykładowo, fundusze rynku pieniężnego czy obligacji (dłużne) należą do tych najbezpieczniejszych, inwestują bowiem – co o zasady – np. w bony skarbowe czy obligacje skarbowe, czyli w papiery wartościowe, których emitentem jest m.in. Skarb Państwa. Choć taka inwestycja nie przyniesie spektakularnych zysków, dzięki niej będziemy mogli stosunkowo bezpiecznie pomnożyć nasz kapitał.

Ci, którzy liczą na większy zysk, mogą wybrać fundusze akcji. Warto jednak pamiętać o tym, że w przypadku tych produktów znacznie wzrasta także ryzyko inwestycyjne. – Fundusze akcyjne MiŚS (Małych i Średnik Spółek), są jednymi z najbardziej ryzykownych spośród wszystkich funduszy akcyjnych – wskazuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFDF, Open Finance. – Lokują one środki w instrumentach o bardzo zmiennej wartości, np. akcjach nowych spółek czy przedsiębiorstw znajdujących się aktualnie w gorszej kondycji biznesowej, ale też tych rokujących poprawę, tzw. spółek wzrostowych. Ponieważ ich wycena może się zmienić znacząco w bardzo krótkim czasie, musimy być przygotowani na to, że podobnie będą wyglądać wyniki naszej inwestycji. Dlatego tego rodzaju fundusze akcyjne, powinny być wybierane jedynie przez doświadczonych, znających rynek inwestorów, a przede wszystkim przez osoby znające i rozumiejące strategię inwestycyjną takiego funduszu, które są świadome ich ryzyka.

Co zrobić, by inwestycja była bezpieczna?

Bez względu na to, na jaki fundusz inwestycyjny się zdecydujemy, powinniśmy pamiętać, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem ewentualnej utraty środków. Odpowiednie przygotowanie się może jednak pomóc ograniczyć możliwość straty. – Przed wyborem konkretnego funduszu warto przyjrzeć się jego strategii inwestycyjnej, ryzyku oraz historycznym wynikom – po nich możemy oceniać, jak „zachowywał się” w przeszłości, w szczególności, w okresie złej koniunktury, jaką miał zmienność oraz czego można spodziewać się po nim w przyszłości – radzi Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors. – Analizując wyniki i zmienność, należy jednak patrzeć w dłuższej perspektywie, minimum dwóch, trzech lat. Jeżeli nie czujemy się na siłach, aby odpowiednio ocenić produkt, warto udać się do sprawdzonego doradcy, który znajdzie korzystne dla nas fundusze.

Rozwiązaniem, które pozwoli nam ograniczyć ryzyko portfela, jest przed wszystkim dywersyfikacja, czyli ulokowanie kapitału w kilku niezależnych od siebie produktach. Warto, by różniły się one wysokością możliwego do osiągnięcia zysku i ponoszonego ryzyka. – Jeśli część produktów przyniesie nam stratę, inne będą mogły ją nadrobić – wyjaśnia Piotr Nowak, ekspert ZFDF, Expander Advisors – Aby  jednak było to możliwe, portfel musi składać się instrumentów, które nie są ze sobą skorelowane. Dzięki temu ograniczymy prawdopodobieństwo, że wzrost lub spadek wartości tych instrumentów będzie następował w tym samym czasie. Dodatkowo, w celu ograniczenia ryzyka inwestycji, warto stosować proces alokacji skorygowany o ryzyko, a nie alokację równą, czyli rozkładać środki pomiędzy produkty uwzględniając stopień ryzyka, z jakim wiąże się dana inwestycja. Przykładowo, mając portfel składający się z dwóch elementów tj. funduszy akcji polskich i obligacji skarbowych, można podzielić je w proporcji 20:80 lub 40:60 zamiast równego podziału 50:50.

Decyzja o inwestowaniu zawsze powinna być podejmowania świadomie i wedle przyjętej, przemyślanej strategii. Każdy inwestor, szczególnie ten początkujący, przed wyborem funduszu powinien poznać jego budowę, czyli dowiedzieć się, w jakie instrumenty finansowe fundusz lokuje pieniądze. Znając te informacje, może jednocześnie ocenić poziom ryzyka i wysokość możliwych zwrotów z inwestycji. Po przejściu tych kroków, łatwiej mu będzie wybrać fundusz odpowiadający jego potrzebom.

 

Źródło: Związek Firm Doradztwa Finansowego (ZFDF)

Cel inwestowania w obligacje korporacyjne jest oczywisty. Inwestorzy chcą zarabiać pieniądze. Na obligacjach można zarabiać zarówno dzięki wzrostowi ceny, jak i odsetkom. Skupmy się na strategii zakupu obligacji po cenie nominalnej na rynku pierwotnym i trzymaniu papierów aż do wykupu. W takim przypadku zmienność cen w czasie życia obligacji nie ma dla inwestora najmniejszego znaczenia. Co prawda nie jest tak, że ta strategia jest najlepsza dla każdego, ale niewątpliwie jest najbardziej uzależniona od możliwości regulowania swoich zobowiązań przez emitenta. No właśnie, a z czego wierzyciel może zaspokajać roszczenia obligatariuszy? Z zysków? A może z gotówki?

Logika mogłaby podpowiadać, że wraz z pojawianiem się w spółce zysków generowana jest również gotówka. Analogicznie, można by domniemywać, że gdy spółka ponosi stratę, to saldo gotówki w spółce się zmniejsza. Powyższe zależności nie sprawdzają się we wszystkich podmiotach, co komplikuje analizę finansową spółek.

W przypadku deweloperów mieszkaniowych gros inwestorów zwraca uwagę na marże generowane przez spółki. Oczywiście, na przestrzeni całości trwania projektu marża ma znaczenie. Pytanie jak zmienia się perspektywa obligatariusza, gdy zaczyna inwestować w spółkę w momencie, gdy dany projekt jest już zakończony i spółka nie poniesie żadnych dodatkowych kosztów związanych z jego rozwojem. Załóżmy, że mamy dwóch deweloperów A i B, którzy sprzedają mieszkania po cenie 6000 zł/m2. Przyjmijmy, że koszt budowy w przypadku obu deweloperów wyniósł 2500 zł/m2, deweloper A nabywał grunt po cenie 1500 zł/m2, a deweloper B po cenie 1000 zł/m2. Tak więc deweloper A wydał 4000 zł/m2, a B – 3500 zł/m2. Marża brutto na sprzedaży wyniosła 33 proc. w przypadku dewelopera A oraz 42 proc. w przypadku dewelopera B. Załóżmy, że obie spółki ponoszą jeszcze koszty operacyjne, które średnio wynoszą po 1000 zł/m2, a więc zysk przed opodatkowaniem dewelopera A wyniósł 1000 zł/m2 oraz 1500 zł/m2 w przypadku dewelopera B. Odejmując 19 proc. podatku, zysk netto wyniósł odpowiednio 810 zł/m2 (190 zł podatku) oraz 1215 zł/m2 (285 zł podatku). Który z deweloperów otrzymał więcej gotówki po sprzedaży i przekazaniu mieszkania? Ten który mniej zarobił, ponieważ zapłacił mniejszy podatek. Tak jak zaznaczyłem wcześniej, cena sprzedaży w obu przypadkach wynosiła 6000 zł/m2 i po tyle pieniędzy fizycznie wpłynęło do spółek po sprzedaży i przekazaniu mieszkań. A ile wypłynęło? 190 zł/m2 w przypadku dewelopera A i 285 zł/m2 w przypadku B, a więc wpływy netto wyniosły odpowiednio 5810 zł/m2 oraz 5715 zł/m2. Warto pamiętać, że w momencie sprzedaży i przekazania mieszkania deweloper uwalnia gotówkę, którą wcześniej zainwestował, bez znaczenia na kwotę kosztów poniesionych w przeszłości. Na niekorzyść dewelopera A działa natomiast fakt, że aktywa tej spółki będą szybciej spadały po sprzedaży i przekazaniu mieszkań w porównaniu z deweloperem B, bowiem były one wyżej wyceniane w zapasach (drożej były kupione).

Przechodząc do deweloperów komercyjnych należy zwracać uwagę na strukturę rachunku zysku i strat. Spółki te generują zwykle przychody z wynajmu nieruchomości oraz zyski/straty z tytułu aktualizacji wyceny nieruchomości. O ile za przychodami z tytułu wynajmu „idą” w parze przepływy pieniężne (jeśli najemcy regularnie płacą czynsz), o tyle przeszacowanie wartości nieruchomości jest z reguły zyskiem/stratą niegotówkową (występującą jedynie na papierze, która nie generuje przepływów pieniężnych). Przeszacowania mają miejsca najczęściej w wyniku zmian kursu EURPLN (gros nieruchomości wycenianych jest w euro) oraz w momencie, gdy ukończona nieruchomość została oddana do użytku. Oczywiście sam fakt ukończenia nieruchomości nie spowoduje, że w kasie spółki automatycznie pomnożą się pieniądze. Fizyczny przepływ gotówki z nieruchomości widoczny jest w momencie otrzymania czynszów od najemców oraz w momencie otrzymania zapłaty za sprzedaną nieruchomości. Może się zatem przytrafić sytuacja, że pierwszy deweloper, który wynajmuje nieruchomość księguje 100 mln zł przychodów rocznie z tytułu czynszu, a drugi deweloper nie wynajmuje żadnych nieruchomości, a w danym roku ukończył nieruchomość i zaksięgował 200 mln zł zysk z jej przeszacowania. Efekt byłby taki, że pierwszy deweloper otrzymałby z czynszów mniej więcej 100 mln zł w gotówce, a drugi… 0.

Z aktualizacją wyceny nieruchomości możemy mieć do czynienia również w przypadku innych branż. Może zdarzyć się, że spółka ma nieruchomości, które nie są używane w podstawowym biznesie spółki, a spółka je przeszacowuje. Taki zabieg może spowodować, że wyniki spółki będą księgowo zawyżane, co oczywiście nie wygeneruje dodatkowej gotówki w momencie przeszacowania. Z reguły aktualizacje wycen nieruchomości w spółkach spoza branży nieruchomościowej księgowane są w pozostałych przychodach/kosztach operacyjnych. Warto przeanalizować co za nimi się kryje i jak wyglądałby zysk spółki bez tych przeszacowań oraz czy spółka dalej utrzymywałaby kowenanty „w ryzach”, gdyby skorygować wyniki o takie zdarzenia jednorazowe. Dobrze także sprawdzić czy wynik EBITDA mniej więcej równa się przepływom pieniężnym z działalności operacyjnej, ponieważ w przypadku spółek o stabilnej działalności te wartości nie powinny od siebie znacząco odbiegać, o ile zyski są „gotówkowe”, a nie wypracowane na przeszacowaniach. Jeśli spółka zobowiązała się do utrzymywania zadłużenia netto do EBITDA poniżej pewnego poziomu, to warto również sprawdzić jak wygląda relacja zadłużenia netto do wcześniej wspomnianych przepływów pieniężnych z działalności operacyjnej.

Mogą również zdarzyć się przypadki, że podmiot podpisuje umowę na dostawę usług w terminie załóżmy 10 lat, a całość przychodów księguje w momencie podpisania umowy, a nie proporcjonalnie do przepływów pieniężnych otrzymywanych w każdym z kolejnych kwartałów w ciągu najbliższego dziesięciolecia. Oczywiście taka spółka nie otrzymuje nagle zapłaty za całość okresu, a więc różnica między przychodami i otrzymanymi płatnościami ląduje w należnościach.

Kością niezgody pomiędzy obligatariuszami i akcjonariuszami pozostaje kwestia dywidendy. Z reguły, gdy spółka wypracowuje zysk, to może wypłacać dywidendę i na odwrót (chyba, że warunki emisji obligacji stanowią inaczej). Oczywiście, zazwyczaj dywidenda jest mile widziana przez akcjonariuszy i wręcz przeciwnie przez obligatariuszy. Wracając do przykładu z deweloperami mieszkaniowymi, gdyby obie spółki – A i B – wypłaciły w formie dywidendy całość zysku netto, to w spółkach pozostałoby jeszcze mniej gotówki, a różnica jeszcze bardziej przechyliłaby się na korzyść (z punktu widzenia obligatariuszy) dewelopera z mniejszą rentownością. Warto także mieć świadomość, że im większa zyskowność spółki, tym większy nacisk ze strony akcjonariuszy do wypłacania dywidendy.

Powyższe przykłady pokazują, że z punktu widzenia obligatariusza zyskowność spółki nie musi być wcale najistotniejsza. Należy pamiętać, że wspomniane przypadki nie wyczerpują tematu, a już na pewno nie zamykają kwestii, które należy brać pod uwagę przy inwestowaniu w obligacje korporacyjne. Co by się nie działo ze spółką i jakimi zyskami by się nie chwaliła, to trzeba pamiętać, że finalnie na rachunek maklerski ma wpłynąć gotówka z tytułu odsetek bądź wykupu obligacji, dlatego generowanie gotówki, a nie zysków, jest kluczowe dla obligatariuszy.

 

Autor: Piotr Ludwiczak, Head of Research, Dom Maklerski Michael Ström

 

Znowu inflacja zaczęła pochłaniać oszczędności Polaków. Ci, który złożyli w bankach depozyty w 2016 roku najczęściej nie mają co liczyć na zyski. Od rachitycznych odsetek trzeba bowiem najpierw odjąć podatek, a to co zostanie nie uchroni już kapitału przed utratą wartości – wynika z najnowszej projekcji inflacji przygotowanej przez NBP.

Przeciętna roczna lokata zakładana w 2016 roku była oprocentowana na od 1,65% do 1,85% – wynika z comiesięcznych statystyk publikowanych przez NBP. Od tych i tak już mizernych odsetek należy odjąć jeszcze 19% podatku. W efekcie faktyczny zysk, na jaki może liczyć przeciętny deponent, można oszacować na od 1,3 do 1,5%. Marnie, jeśli wziąć pod uwagę, że najnowsze dane GUS sugerują, że w lutym br. poziom cen był o 2,2% wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Dla posiadacza przeciętnej rocznej lokaty założonej w lutym 2016 roku oznacza to realna stratę na poziomie 0,7%.

Niestety na podobne rezultaty muszą przygotować się posiadacze lokat zakładanych w całym 2016 roku – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. Projekcja centralna sugeruje, że w ciągu roku inflacja będzie mniej więcej w okolicach 2,0 – 2,2%. Będzie więc pochłaniać siłę nabywczą oszczędności szybciej niż bank naliczać będzie odsetki.

Deponencie! Ty nad poziomy wylatuj

Tyle mówią średnie, choć trzeba pamiętać, że na rynku znaleźć można też oferty pozwalające zarobić więcej niż statystyczna lokata. Z danych Open Finance wynika na przykład, że oprocentowanie lokat trzymiesięcznych jest wyższe niż rocznych. W gronie krótkoterminowych produktów łatwiej znaleźć też oferty promocyjne – przeznaczone dla nowych klientów lub dla ich nowych środków. Korzystając z promocji można ulokować oszczędności na 3 – 4%, a niekiedy nawet ponad 5%. Należy jednak dokładnie czytać umowy. Bank oferując nam lepsze warunki depozytu może wymagać posiadania konta, karty czy innych produktów, które mogą okazać się płatne lub przynajmniej bezpłatne tylko wtedy, gdy aktywnie będziemy z nich korzystali. Warto też zwrócić uwagę na to czy pieniądze podlegają ochronie Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Ten jeszcze nigdy nie zawiódł deponentów. Nawet w przypadku upadłości banku czy SKOK-u klienci otrzymywali gwarantowane kwoty (dziś limit to 100 tys. euro).

Jeśli kogoś to nie przekonuje, może poszukać alternatywy. Rynek akcji, obligacji, funduszy inwestycyjnych czy złota to tylko kilka z możliwości czekających na inwestorów. Warto w tym miejscu zauważyć, że przez ostatnie lata wiele osób swoje nadwyżki finansowe ulokowało na rynku nieruchomości. Z najświeższych szacunków NBP wynika na przykład, że w 2016 roku tylko na zakup nowych mieszkań i tylko w 7 polskich miastach Polacy wydali aż 14,2 mld zł gotówki. Bez wątpienia część z tych pieniędzy pochodziła z kieszeni posiadaczy lokat, którzy byli niezadowoleni z oferty bankowej. Trudno się im dziwić – na wynajmie można zarobić nawet 3-4 razy więcej niż na przeciętnej rocznej lokacie. Nie ma jednak nic za darmo. Aby zarobić na wynajmie trzeba mieszkanie znaleźć, kupić, wykończyć, wyposażyć i wynająć, a potem rozliczać się z najemcą i sprawdzać czy wywiązuje się z umowy. Rozwiązanie jest to więc bardziej intratne, ale też wymaga pracy i oznacza podejmowanie dodatkowego ryzyka.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Rosnąca skokowo inflacja dobitnie przypomniała o swym istnieniu, skłaniając posiadaczy oszczędności do zwrócenia baczniejszej uwagi na to, co w takich warunkach dzieje się z ich pieniędzmi i w jaki sposób działać, by uchronić kapitał przed erozją. Pierwsze efekty widać już w styczniowych danych o sprzedaży obligacji skarbowych.

Wzrost inflacji, która w styczniu sięgnęła już 1,8 proc., a w kolejnych miesiącach podskoczy z pewnością powyżej 2 proc., powoduje że nawet nie uwzględniając podatku od dochodów kapitałowych, zdecydowana większość posiadaczy lokat bakowych poniesie realną stratę, wynikającą z erozji wartości kapitału. Średnie oprocentowanie lokat według wyliczeń NPB wynosi 1,5 proc., czyli tyle samo co stopa referencyjna banku centralnego, a najbardziej popularnych lokat na okres od 1 do 3 miesięcy sięga 1,7 proc. Dla porównania, 3-miesięcza stawka WIBOR, obowiązująca na rynku międzybankowym (według niej banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze na taki okres), wynosi 1,73 proc. W przypadku lokat średni poziom wynoszący 1,7 proc. oznacza, że na tę wartość składają się oferty bardziej i mniej atrakcyjne. Oprocentowanie tych pierwszych, zdecydowanie mniej licznych, oferowanych najczęściej przez niewielkie banki i obwarowanych licznymi ograniczeniami oraz związanych z obowiązkiem skorzystania z innych produktów banku, może w najlepszym wypadku zbliżać się do 3 proc. Nie brakuje za to tych zwykłych, „nieuprzywilejowanych”, które dominują w bankowej ofercie, szczególnie największych instytucji finansowych, mających dostęp do najliczniejszej grupy klientów. W tej grupie odsetki poniżej 1 proc. nie należą do rzadkości, a zdarzają się też często oferty sięgające 0,1-0,5 proc. Popularność lokat, jako najprostszej i najbardziej bezpiecznej formy oszczędzania powoduje, że mimo tak mało atrakcyjnych warunków, Polacy trzymają na nich ponad 710 mld zł, z czego połowę w formie w większości nieoprocentowanych depozytów bieżących.

W porównaniu z tymi imponującymi wartościami, zdecydowanie skromniej wygląda zainteresowanie obligacjami oszczędnościowymi, choć ich konstrukcja jest równie prosta, a oprocentowanie konkurencyjne wobec lokat bankowych. Polacy w swych portfelach posiadają obligacje skarbowe o wartości nieco ponad 11 mld zł. Ta kwota stanowi zaledwie 1,3 proc. całkowitego zadłużenia Skarbu Państwa z tytułu obligacji i rośnie w dość wolnym tempie. W ubiegłym roku powiększyła się o około 900 mln zł, mimo, że ministerstwo finansów sprzedało papiery o wartości 4,6 mld zł, czyli najwięcej od 2008 r. Trzeba bowiem pamiętać, że obligacje mają swój „czas życia” i po jego upływie podlegają wykupowi. Nie wszystkie uzyskane w ten sposób środki oszczędzający decydują się ponownie ulokować w obligacjach. W ubiegłym roku do Skarbu Państwa „wróciło” w ten sposób nieco ponad 2 mld zł, licząc transakcje zamiany obligacji na nowe. Pod względem napływu nowych środków bardzo dobrze prezentują się dane za styczeń obecnego roku. Oszczędzający kupili obligacje o wartości 486,6 mln zł, a więc najwyższej od października 2016 r., gdy wydali aż 870 mln zł. Jeśli jednak od obu tych wielkości odejmiemy wartość transakcji zamiany, okaże się że styczeń był najlepszym od dwóch lat miesiącem pod względem napływu nowych pieniędzy na rynek obligacji skarbowych.

Ten wzrost zainteresowania obligacjami ze strony oszczędzających może wynikać z kilku przyczyn. Po pierwsze, od grudnia ubiegłego roku resort finansów podwyższył oprocentowanie papierów o wszystkich terminach wykupu, poza najbardziej popularnymi obligacjami dwuletnimi. Od stycznia 2017 r. zdecydował się jednak i w ich przypadku zwiększyć wysokość odsetek z 2 do 2,1 proc. Szczegółowe dane o sprzedaży wskazują jednak na inny powód. Warto bowiem zwrócić uwagę, że bardzo wysoki dotąd udział w sprzedaży obligacji dwuletnich, sięgający w ubiegłym roku średnio aż 75 proc., w styczniu obniżył się do rekordowo niskiego poziomu niespełna 55 proc. Mimo podwyższenia oprocentowania tych papierów, popyt przeniósł się na obligacje czteroletnie. Ich udział w sprzedaży podskoczył do ponad 28 proc. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tak dużym zainteresowaniem nabywców cieszyły się one jedynie w 2012 r. Ich oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym sięga obecnie 2,4 proc., a więc jest wyraźnie wyższe niż w przypadku papierów dwuletnich, ale różnica na korzyść tych pierwszych utrzymuje się już od dawna. Mają one jednak bardzo istotną z punktu widzenia obecnych tendencji na rynku finansowym cechę, którą inwestorzy niewątpliwie dostrzegli. Ich oprocentowanie w kolejnych rocznych okresach odsetkowych zmienia się w zależności od wskaźnika inflacji, zaś w przypadku dwuletnich nie zmienia się w całym okresie ich życia. A skoro już wiadomo, że obecny rok będzie stał pod znakiem wysokiej inflacji, to nabywcy czteroletnich papierów mogą liczyć na bardziej atrakcyjne oprocentowanie, chroniące realną wartość ich kapitału. Zakładając, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy wskaźnik  inflacji wyniesie 2 proc., za przyszły rok otrzymają odsetki w wysokości 3,25 proc., dzięki dodatkowej, wynoszącej 1,25 punktu procentowego marży, podczas gdy właściciele dwulatek będą wciąż musieli zadowolić się oprocentowaniem wynoszącym 2,1 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

W dniu 8 grudnia 2016 r. został opublikowany projekt zmian tzw. „ustawy antylichwiarskiej”. Najbardziej kontrowersyjnym punktem proponowanych zmian jest obniżenie maksymalnej wysokości kosztów pozaodsetkowych z 25 do 10 proc. kwoty pożyczki jednorazowo oraz z 30 do 10 proc. w skali roku. Bez zmian pozostaje maksymalne oprocentowanie wynoszące dwukrotność odsetek ustawowych (obecnie łącznie 10 proc. w skali roku).

Dla przykładu, klient, który zaciągnąłby pożyczkę spłacaną w równych miesięcznych ratach o wartości 1000 zł na jeden rok, miałby zgodnie z nowymi limitami do spłaty ok 1250 zł. Ta sama pożyczka w obecnym stanie prawnym wymagałaby spłaty w maksymalnej wysokości ok. 1625 zł. Nowe prawo spowodowałoby, że RRSO spadłby z ok. 165 proc. do ok. 55 proc. Chociaż 55 proc. RRSO może robić wrażenie, jest to jedynie pozornie dużo. W rzeczywistości taki zwrot nie pokryje wysokich kosztów operacyjnych związanych z udzielaniem oraz obsługą niskokwotowych pożyczek, wysokich kosztów ryzyka oraz kosztów finansowania. Przeciętnie od 10 do 30 proc.  udzielonych pożyczek ratalnych nie zostaje w pełni spłaconych. Przy modyfikacji ww. limitów do poziomu 10 proc. lub zbliżonego, firmy pożyczkowe będą musiały odprawić większość obecnych klientów z kwitkiem, ponieważ oczekiwany wynik na udzielonej pożyczce po uwzględnieniu wspomnianych kosztów, w tym ryzyka niespłacenia, będzie ujemny. Około 1,5 mln klientów firm pożyczkowych zostanie odciętych od legalnego źródła finansowania. Jedynie niewielka ich część będzie mogła liczyć na adekwatną ofertę w bankach. Konsekwencją może być wepchnięcie gigantycznej liczby osób w szarą strefę, w której brak będzie kontroli maksymalnych kosztów oraz metod odzyskiwania środków od niespłacających pożyczkobiorców.

Na uwagę zasługuje także fakt, że część produktów banków, które udzielają pożyczki na znacznie większe kwoty niż firmy pożyczkowe, nie zmieściłaby się w projektowanych limitach.

Przyjmując, że firmy nie będą w stanie stworzyć żadnej legalnej alternatywy dla udzielanych obecnie produktów, która pozwoliłaby im utrzymać rentowność, staną one przed koniecznością drastycznego ograniczenia skali działalności lub jej wygaszenia. Te działania będą wiązały się z kosztownym procesem zwolnień grupowych. Nie koncentrując się już na nośnym medialnie zagrożeniu dla tysięcy miejsc pracy jakie tworzą firmy sektora pożyczkowego, warto prześledzić jakie skutki miało opublikowanie projektu dla rynku Catalyst. Są tam notowane obligacje siedmiu firm pożyczkowych, a ich łączny nominał wynosi 288 mln zł, z czego 200 mln zł to obligacje IPF Investments Polska (Grupa Provident).

Przecena jaka miała miejsce na poszczególnych seriach obligacji firm pożyczkowych tuż po opublikowaniu projektu wyniosła orientacyjnie: 1,5 p.p. dla Eurocent, 1-3 p.p. dla Mikrokasy, 3 p.p. dla Ferratum, ok 5 p.p dla Everest, ok. 6 p.p dla SMS Kredyt, oraz od 3 do 15 p.p. dla Capital Service. Wycena obligacji IPF Investment, których termin zapadalności to czerwiec 2020 r. spadła z ok 96 proc. na koniec listopada do ok. 87 proc.. na koniec roku i do ok. 75 proc. w połowie stycznia. W styczniu br. Provident Polska S.A., spółka siostra IPF Investment, otrzymał od izby skarbowej decyzję nakazującą zapłatę 20 mln funtów podatku, co może tłumaczyć pogłębione spadki na obligacjach IPF Investment w 2017 r. Warto przy tym pamiętać, że sama Grupa Kapitałowa IPF operuje na kilku rynkach, ale to Polska odpowiada za blisko jej 50 proc. zysku operacyjnego. W grudniu na rynku Catalyst wyparowało tym samym 20 mln zł z wyceny obligacji firm pożyczkowych, w tym 2 mln zł licząc bez IPF. Te grudniowe spadki jednoznacznie można wiązać z projektem ustawy Ministerstwa Sprawiedliwości.

Przecena obligacji oznacza, że inwestorzy zdyskontowali już prawdopodobieństwo wprowadzenia ustawy w życie, w tym pewnego zaostrzenia obowiązujących od marca 2016 r. limitów. Pojawienie się wspomnianych limitów bez konsultacji społecznych i bez merytorycznego uzasadnienia ich wpływu na sytuację w branży należy ocenić negatywnie. Do czasu zajęcia ostatecznego stanowiska przez rząd firmy pożyczkowe de facto zostały odcięte od finansowania z rynku kapitałowego. Dla firm pożyczkowych z polskim kapitałem emisje obligacji kierowane do krajowych inwestorów są zasadniczym źródłem finansowania dłużnego.

Można ubolewać, że pod sztandarem słusznej walki z nieuczciwymi pożyczkodawcami proceduje się zapisy, których wejście w życie może spowodować zniszczenie całej branży. Mogą one przynieść skutki odwrotne do zamierzonych i przyczynić się do rozrostu szarej strefy na rynku pożyczek. Działania organów państwa powinny koncentrować się na zwalczaniu przypadków oszustw, nadużyć i na eliminacji nieuczciwych praktyk. Bardzo istotne są inicjatywy zwiększające świadomość konsumentów oraz ułatwiające im porównywanie całkowitych kosztów pożyczek. Ostatecznie to wolny rynek i konkurencja powinien wymusić spadek kosztów. Pozostaje mieć nadzieję na wypracowanie godzącego interesy konsumentów i firm pożyczkowych kompromisu legislacyjnego oraz na tak potrzebną stabilność obowiązywania przepisów prawa. To powinno pozwolić również na powrót firm na rynek kapitałowy.

Autor: Rafał Kozioł, Dyrektor Departamentu Corporate Finance, Dom Maklerski Michael Ström

 

Jeśli chodzi o prognozy na 2017 r. jedno jest pewne – to będzie rok bardzo dużej nieprzewidywalności. W trudnym otoczeniu ekonomicznym i politycznym rysuje się jednak całkiem sporo ciekawych opcji inwestycyjnych.

2017 r. będzie stał pod znakiem wydarzeń politycznych, które będą wpływały na rynki i zachowania inwestorów. Przed nami niezwykle ważne dla Unii i Europy wybory prezydenckie we Francji. Główne ryzyko wiąże się z potencjalną i możliwą wygraną Marii Le Pen z Frontu Narodowego, która otwarcie mówi, że chce rozpisania referendum w sprawie obecności Francji w UE. Pod znakiem zapytania stoi wynik wyborów parlamentarnych w Holandii, gdzie bardzo silne są nastroje antyunijne. Najbliższe miesiące to również czas niepewności we Włoszech, którymi do lata przyszłego roku, kiedy odbędą się przedterminowe wybory, będzie kierować tymczasowy rząd. Grudniowe referendum wskazuje na silne poparcie dla sceptycznego wobec UE Ruchu Pięciu Gwiazd, komika Beppe Grillo. Niepewność to również słowo klucz w Stanach Zjednoczonych, na czele których w styczniu stanie Donald Trump, polityk będący wielką zagadką, bez doświadczenia na żadnym urzędzie publicznym, a jednocześnie nieprzebierający w słowach. Jak w takim otoczeniu planować inwestycje na rozpoczynający się rok?

Złoto znowu błyśnie

Potencjalnie niezłe perspektywy rysują się przed rynkiem złota. Po znakomitym początku 2016 r., końcówka roku była dla żółtego kruszcu decydowanie słabsza. W ciągu ostatnich miesięcy złoto straciło blisko 13 proc. swojej wartości i osiągnęło poziom cen jakie obserwowaliśmy w lutym 2016 r.  Nie spełniły się oczekiwania, że po wygranej Donalda Trumpa ceny metalu pójdą w górę. Złoto zostało zastopowane przez dolara, który stał się jedną z najbardziej gorących aktywów finansowych. Amerykańska waluta drożeje w związku z oczekiwaną realizacją zapowiedzi wyborczych prezydenta-elekta odnośnie polityki inwestycyjnej oraz spodziewanymi zwyżkami stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych.

Pomimo wzrostu kursu dolara złoto również może zyskiwać na wartości, ponieważ tradycyjnie postrzegane jest jako ochrona kapitału przed inflacją oraz bezpieczna przystań w niepewnych czasach. A wzrost cen jest nieuchronny w kontekście planów luzowania fiskalnego i nakładów rządowych na inwestycje nowego lokatora Białego Domu, poziom ryzyka na świecie także się nie zmniejszył, a wiele problemów dalekich jest od rozwiązania: coraz bardziej agresywne działania Rosji, nierozwiązany konflikt w Syrii, kryzys wewnętrzny w UE, rozpoczęcie procedury BREXIT-u, problemy banków w Europie czy coraz większa popularność partii populistycznych w kontekście zbliżających się wyborów w kilku państwach Wspólnoty.

Obecnie cena zdaje się zmierzać do poziomu wyznaczonego przez dno z połowy 2015 roku, tj. 1050 uncji za dolara. Blisko tej granicy znajduje się także psychologiczne wsparcie w postaci ceny 1000 dolarów za uncję. Patrząc od strony technicznej na tych poziomach możemy spodziewać się odbicia.

Selektywne podejście do obligacji

Od kilku miesięcy rentowność obligacji znajduje się pod silną presją w związku z podwyżką stóp procentowych w USA. Z podobną sytuacją możemy mieć do czynienia i w tym roku. Nie jest to jednak rynek skazany na zapomnienie. Wart uwagi jest segment obligacji korporacyjnych, gdyż wraz z rosnącą gospodarką światową firmy będą poszukiwały finansowania na dalszy rozwój.

Zoom na rynki wschodzące

2017 r. zapowiada się też jako rok rynków wschodzących. Przynajmniej niektórych. Generalnie przeważa pogląd, że atrakcyjne będą szczególnie Indie, Indonezja i Brazylia, czyli kraje o dużych rynkach wewnętrznych, stosunkowo odporne na powyborcze zawirowania w USA i niemające specjalnie dużych kontaktów handlowych ze Stanami Zjednoczonymi, co w razie spełnienia się obaw, że administracja Donalda Trumpa może wywołać wojnę handlową uchroni je przed stratami. Na liście rynków rozwijających się umieszczana jest też Polska.

Szansa dla GPW

Na polskim rynku dość ciekawie rysują się perspektywy warszawskiej giełdy. Końcówka 2016 r. tchnęła optymizm w inwestorów i po bardzo słabym roku, zaczęliśmy wreszcie obserwować solidne wzrosty. Są szanse, że w 2017 r. wreszcie ruszy rynek funduszy inwestycyjnych, który wraz ze wzrostami na GPW zacznie przynosić interesujące stopy zwrotu posiadaczom jednostek funduszy. Cały czas, podobnie jak w 2016 r. warto pamiętać o zdywersyfikowaniu portfela, lokując część środków w TFI inwestujące na zagranicznych rynkach.

 

Konrad Grzelec, BGŻOptima

W zasadzie wszystkie obligacje korporacyjne (wyjątkiem są obligacje wieczyste, prawie niespotykane w Polsce) mają określoną datę zapadalności. Jednak często emitenci wykupują obligacje przed tym terminem. Zatem kiedy obligatariusze powinni się liczyć z wcześniejszym zwrotem zainwestowanych środków?

Wydłużenie terminu zapadalności

Prawdopodobnie najczęściej spotykaną przyczyną wcześniejszego wykupu jest pozyskanie przez emitenta refinansowania istniejących obligacji w związku z ich bliskim terminem wykupu. Szczególnie w ostatnich miesiącach życia serii obligacji o relatywnie wysokiej wartości jak dla danego emitenta można obserwować pewną nerwowość po stronie zarówno emitenta jak i inwestorów, związaną z niepewnością czy spółce uda się zgromadzić gotówkę niezbędną do wykupu. Wcześniejsze refinansowanie obligacji pozwala uniknąć tego okresu niepewności.

Zwolnienie zabezpieczeń

W przypadku obligacji zabezpieczonych ryzyko przedterminowego wykupu jest szczególnie podwyższone. Wynika to z faktu, że emitent może mieć potrzebę zwolnienia hipoteki lub zastawu przedmiotu zabezpieczenia. Najczęściej ma to miejsce w przypadku deweloperów, którzy nierzadko zabezpieczają obligacje gruntami, które po jakimś czasie chcą zacząć zabudowywać. Może to mieć miejsce również w przypadku, gdy spółka chce sprzedać aktywo, które stanowi przedmiot zabezpieczenia. W 2015 r. na przedterminowy wykup serii J zdecydował się Robyg. Wykupienie serii J umożliwiło zwolnienie hipoteki działki na Mokotowie, dzięki czemu spółka mogła rozpocząć proces inwestycyjny na tej parceli.

Obniżenie kosztu finansowania

Emitenci czasem refinansują obligacje przed ich terminem zapadalności innym finansowaniem dłużnym (w tym np. innymi obligacjami) jeśli są w stanie pozyskać nowe finansowanie istotnie taniej w stosunku do istniejącego długu. Najczęściej mamy z tym do czynienia w przypadku spółek, których sytuacja finansowa uległa w ostatnich kwartałach dużej poprawie, dzięki czemu spadło ryzyko kredytowe takiej spółki. Spadek ryzyka kredytowego przekłada się na niższe oprocentowanie oczekiwane przez inwestorów. Dobrym przykładem refinansowania obligacji w celu obniżenia kosztu finansowania był przedterminowy wykup obligacji zrealizowany przez Cyfrowy Polsat na początku 2016 r., kiedy to CP wykupił dwie serie obligacji ze środków pozyskanych z kredytu bankowego.

Zbyt restrykcyjne kowenanty

Innym powodem decyzji emitenta o spłacie obligacji przed terminem mogą być zbyt restrykcyjne kowenanty jak na obecne potrzeby emitenta. Z tego powodu w połowie tego roku Vantage Development zdecydowało się na wykup obligacji serii E, która miała najniższy dopuszczalny wskaźnik zadłużenia z istniejących na ten moment obligacji tej spółki.

Pozyskanie nowego kapitału własnego

Czasem emitenci wykupują obligacje w momencie pozyskania dodatkowego kapitału własnego. W takim przypadku spółki często spłacają najdroższe finansowanie zewnętrzne, do których nierzadko należą obligacje. Najczęściej można się tego spodziewać w przypadku mocno zalewarowanych spółek, które od dłuższego czasu poszukują inwestorów chętnych dokapitalizować spółkę, aby poprawić strukturę bilansu.

Zdarzają się również inne powody korzystania przez emitentów z opcji call. Niedawno przedterminowy wykup obligacji ogłosiła spółka P.R.E.S.C.O. Group. Do niedawna prowadziła ona działalność windykacyjną, jednak zdecydowała się ją zakończyć sprzedając wszystkie posiadane pakiety wierzytelności Krukowi. W konsekwencji postanowiła spłacić posiadane obligacje ze środków pozyskanych ze sprzedaży pakietów.

Przedterminowy wykup obligacji może mieć miejsce z wielu powodów. Jednak aby emitent mógł dokonać takiej operacji, powinien mieć taką możliwość zapisaną w warunkach emisji. Na rynku praktykowane są różne konstrukcje takiej opcji. Różnią się one m.in. ceną takiej opcji (premią) oraz możliwym termin korzystania z niej. Wysokość premii dla obligatariusza za wcześniejszy wykup najczęściej spada wraz ze zbliżaniem się terminu całkowitego wykupu. Można jednak spotkać na rynku obligacje z bezpłatną opcją call po stronie emitenta. Czytając warunki emisji należy również zwrócić uwagę, czy emitent nie jest w nich zobowiązany do okresowej przymusowej amortyzacji obligacji, co również może mieć istotny wpływ na okres trwania danej inwestycji w papiery dłużne.

Ryzyko przedterminowego wykupu jest szczególnie istotne przy transakcjach na rynku wtórnym, gdy inwestor kupuje obligacje po cenie powyżej ich wartości nominalnej. Najczęściej inwestorzy podejmują decyzję o zakupie kalkulując rentowność do wykupu (tzw. YTM – yield to maturity), podczas gdy w przypadku wcześniejszego wykupu osiągnięta rentowność może być istotnie niższa. Podsumowując, podejmując decyzję o zakupie konkretnych obligacji korporacyjnych warto zapoznać się z ich warunkami emisji, w tym również punktem mówiącym o ewentualnym wcześniejszym wykupie na żądanie emitenta.

 

Jarosław Sojka, Manager Transakcji Domu Maklerskiego Michael/Ström

Po okołoweekendowym przestoju rynki wybrały śledzenie trendów, które dominowały w ubiegłym tygodniu, co oznacza umocnienie dolara przy akompaniamencie silnej ropy naftowej. W kalendarzu wyróżnia się niemiecki ZEW, inflacja z Polski i Szwecji oraz kilka przemówień bankierów centralnych.

Wzrosty rentowności obligacji skarbowych USA po jednodniowej przerwie oraz jastrzębie komentarze z Fed wpisują się w schemat umacniania USD. Oprocentowanie 10-latek rośnie dziś o 4 pb do 1,76 proc. (najwyżej od 2 czerwca), sugerując, że rynek nie porzuca nadziei na podwyżkę Fed w grudniu. W nocy usłyszeliśmy, że nawet gołębi Evans z Fed w Chicago dopuszcza taką możliwość (choć prawo głosu na posiedzeniach FOMC uzyska dopiero w przyszłym roku). Obawy przed zaostrzeniem rywalizacji w kampanii prezydenckiej okazały się nieuzasadnione, gdyż Trump przygrywa sam ze sobą. Wyższe rentowności i spokojny optymizm rynku akcji to dwa czynniki, które dają paliwo do wzrostów USD/JPY, choć prawdziwy test dopiero przy 104,30. Wygasająca paplanina na temat redukcji programu QE przez ECB odbiera moce unijnej walucie i EUR/USD przymierza się do kolejnego ataku na 1,11. W nocy NZD/USD zanurkował w reakcji na komentarz wiceprezesa RBNZ McDermotta, którym powiedział, że „nasze obecne projekcje i założenia sugerują, że dalsze luzowanie polityki będzie konieczne dla zapewnienia ustabilizowania się inflacji blisko celu”. Zakładana przez nas obniżka stopy OCR w listopadzie jest coraz bliżej i pozostajemy negatywnie nastawieni do NZD.

Poniedziałek byłby nudny, gdyby nie ożywione wzrosty ropy naftowej z WTI najwyżej od czerwca, a Brent sięgającym 12-miesięcznych szczytów. Producenci ropy robią wszystko, by budować wrażenie, że są gotowi do porozumienia o zamrożeniu poziomów wydobycia, a rynek to „kupuje”. Wczoraj zanętą były komentarze z Arabii Saudyjskiej, że rajd ropy do 60 USD za baryłkę „nie jest nie do pomyślenia”, a także wypowiedź samego prezydenta Rosji Putina, że Rosja jest gotowa do przyłączenia się do porozumienia. Muszą Państwo zrozumieć sceptycyzm autora, ale w przypadku OPEC jest ogromna różnica miedzy słownymi deklaracjami, a ostatecznymi postanowieniami i w przeszłości mogliśmy się o tym wielokrotnie przekonać. Rynek buduje oczekiwania przed środowym nieformalnym spotkaniem państw OPEC i spoza OPEC w Stambule, nawet pomimo tego, że Irak i Iran będą nieobecne. Obecnie OPEC wydobywa o 1 mln baryłek/dzień więcej niż wynosi zapotrzebowanie, co opóźni zrównoważenie rynku o rok. Nic nie słyszymy o zainteresowaniu zamrożeniem poziomów wydobycia ze strony USA, które wyłączone z negocjacji prędko wskoczą w miejsce brakującej produkcji. Warto o tym pamiętać w dłuższym horyzoncie, ale na razie nie da się walczyć z kapitałem spekulacyjnym, który wyraźnie gra na wzrosty – długa pozycja netto w kontraktach na giełdzie CME na wzrosty WTI w ostatnim tygodniu wzrosła do najwyższego poziomu od maja.
Z wtorkowych danych makro największe szanse na rozruszanie rynku ma odczyt inflacji ze Szwecji. Wysoki odczyt (prog. 0,5 proc. m/m) zwiększy szanse na jastrzębi zwrot Riksbanku, co mogłoby pomóc naszemu konstruktywnego poglądowi na SEK. Poza tym po niemieckim indeksie ZEW oczekuje się stabilizacji w ocenie sytuacji bieżącej (55,0), ale poprawę w oczekiwaniach (4,0), choć wpływ danych na decyzje ECB jest niewielki, zatem i reakcja EUR będzie znikoma. Po południu z Polski dostaniemy potwierdzenie słabnięcia deflacji w Polsce do 0,5 proc. Poza tym mamy szereg wystąpień przedstawicieli bankierów centralnych ze Szwecji, Wlk. Brytanii, Norwegii, USA i Eurolandu. Tutaj uwaga rynku może być większa.

 

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji w Union Investment TFI

Podczas swojego przemówienia w Jackson Hole szefowa Fed, Janet Yellen, oceniła, że kondycja amerykańskiej gospodarki szybko się poprawia. Zatrudnienie szybko rośnie, a niższy poziom inflacji (poniżej celu inflacyjnego Fed) jest przejściowy. Te słowa (a także bardziej zdecydowane wypowiedzi wiceszefa banku centralnego USA) zaniepokoiły nieco inwestorów na całym świecie. Wzrosło też prawdopodobieństwo, że Fed podniesie stopy procentowe jeszcze w tym roku.

Reakcja rynków obligacji na wypowiedzi członków Fed była natychmiastowa, ale stosunkowo łagodna. Dla przykładu, w Polsce rentowności 10-letnich obligacji rządowych wzrosły zaledwie o kilka punktów bazowych i ustabilizowały się na poziomie ok. 2,7%.

Warto podkreślić, że tak spokojne zachowanie rynków to nie tylko efekt sezonu urlopowego. Dużo istotniejsze jest to, że inwestorzy przyzwyczaili się do bardzo niskich stóp procentowych oraz łagodnej polityki banków centralnych. W przeciągu ostatniego roku politykę pieniężną zaostrzył tylko Fed, który dokonał jednej, kosmetycznej podwyżki stóp procentowych w USA w grudniu 2015 r. Od tamtej pory amerykański bank centralny wielokrotnie zapowiadał kontynuację cyklu podwyżek, jednak na zapowiedziach się kończyło.

Milowym krokiem dla rynków obligacji będzie moment, w którym Fed rzeczywiście zdecyduje się na kolejną podwyżkę stóp procentowych. Wówczas sentyment rzeczywiście może się pogorszyć. Na jak długo? To już zależy od tego, czy amerykański bank centralny zdecyduje się na trzecią podwyżkę, a jeśli tak, to jak długo przyjdzie nam na nią czekać. Może się bowiem okazać, że po krótkotrwałych zawirowaniach rentowności ponownie zaczną spadać, a na obligacjach – pomimo teoretycznie niesprzyjającego środowiska – będzie można zarobić.

Wiele funduszy zajmujących się lokowaniem środków klientów na rynku obligacji skarbowych w Europie osiąga w tym roku dwucyfrowe stopy zwrotu. Również zyski z ostatnich lat są imponujące. Jak to możliwe skoro w wielu krajach mamy ujemne stopy procentowe i w którym momencie ten bezprecedensowy rajd się skończy? 

Rynek obligacji skarbowych można podzielić na dwa światy. W tym pierwszym, zdecydowanie prostszym, inwestor nabywa obligację i czeka do momentu jej wykupu przez emitenta. Zysk dla inwestora w tym wypadku jest z góry znany i zwykle wypłacany w konkretnych odstępach czasowych np. co roku. Jeżeli więc pożyczymy państwu 100 zł, na okres 10 lat, to przy kuponie obligacji 3 proc., co 12 miesięcy dostaniemy 3 zł, a na końcu otrzymamy zwrot kapitału. W sumie w roku 2026 z całej inwestycji powinniśmy mieć 130 zł.

Zupełnie innymi zasadami rządzą się instrumenty dłużne, od których uzależniona jest stopa zwrotu funduszy inwestycyjnych, a więc zysk czy strata klienta. Wynika to z faktu, że obligacje skarbowe są notowane na rynku i ich wartość zmienia się głównie w zależności od bieżących stóp procentowych, zakładając oczywiście, że wiarygodność dłużnika, czyli w tym wypadku kraju, nie uległa w międzyczasie zmianie. Ważnym elementem jest również kwestia popytu i podaży, która także wpływa na bieżący zwrot z inwestycji.

 Kluczowa cena obligacji

Na rynku wtórnym obligacji inwestorzy głównie operują ceną. Jest ona uzależniona od kuponu instrumentu dłużnego w momencie emisji (przyjmijmy, że jest to 3 proc.), ceny emisji (np. 100 zł), terminu wykupu (np. 10 lat) oraz wysokości przyszłych stóp procentowych. Dla uproszczenia pomijamy w tym momencie wiarygodność kredytową emitenta.

Co więc się dzieje z wyemitowaną wcześniej 10-letnią obligacją o kuponie 3 proc. i cenie emisji/wykupu 100 zł, gdy stopy procentowe na rynku spadają i skarb państwa może już wyemitować nową obligację o kuponie 2 proc. i cenie sprzedaży/wykupu 100 zł? Jej cena rośnie do poziomu około 110 zł. Dlaczego? Wynika to z faktu, że jej przyszła stopa zwrotu musi być tożsama z bieżącymi warunkami rynkowymi i przynosić mniej więcej rentowność na poziomie 2 proc. rocznie, mimo że została wyemitowana z kuponem 3 proc. To dostosowanie zapewnia nam właśnie cena obligacji. W uproszczeniu warunki obu inwestycji są więc takie same.

Jednak dla tych, którzy nabyli 10-letnią obligację z kuponem 3 proc., nagły spadek bieżących stóp procentowych do poziomu 2 proc. jest fantastyczną informacją, gdyż cena naszego papieru wartościowego wzrosła ze 100 zł do 110 zł. Możemy więc go sprzedać i nie czekając na moment wykupu i zainkasować zysk w wysokości 10 proc.

Oczywiście sytuacja jest odwrotna, gdy rynkowe stopy procentowych rosną np. do 4 proc. Wtedy nasza wcześniej wyemitowana obligacja o analogicznych parametrach traci na wartości i jej cena wynosi ok. 90 zł. Warto także zwrócić uwagę, że im dłuższy lub krótszy termin zapadalności, tym skala zmiany ceny jest większa lub mniejsza przy jednostkowej zmianie oprocentowania, gdyż cena musi „wyrównać” zmiany wpłaty pochodzące z kuponu. Przykładowo 20-letnia obligacja wyemitowana po cenie 100 zł z kuponem 2 proc. po spadku rynkowych stóp procentowych do 1 proc. ma wartość prawie 120 zł. Ale już w przypadku 5-letniego papieru wartościowego analogiczna zmiana stóp procentowych spowoduje wzrost ceny do ok. 105 zł.

Bezprecedensowe zyski

W tym momencie zaczynamy więc dochodzić do sedna sprawy. Zakładamy, że mamy fundusz obligacji, którego portfel w połowie 2013 r. równomiernie podzieliśmy na obligacje skarbowe Hiszpanii, Włoch Niemiec oraz Francji, gdy ich 10-letnie rentowności (lub kupon w momencie emisji) wynosiły odpowiednio 5 proc., 4 proc., 2.5 proc. oraz 2 proc. (średnio 3.38 proc).

Obecne rentowności obligacji tych krajów są zdecydowanie niższe. Wynika to przede wszystkim z niższej oczekiwanej inflacji, ujemnych stóp procentowych i programów skupu aktywów z rynku przeprowadzanych przez Europejski Bank Centralny (EBC). Wszystkie te informacje są jednak niezwykle korzystne dla posiadacza takiego portfela. Rentowności tych obligacji znacznie spadły i w przypadku Hiszpanii i Włoch wynoszą ok. 1 proc, francuskie są blisko zera, a niemieckie mają wartość ujemną. Ich średnia rentowność wynosi ok. 0.5 proc.

Gdyby spadek rentowności był natychmiastowy, to na takim portfelu zyskalibyśmy prawie 30 proc. w zawiązku ze zmianą samej ceny. Po trzech latach cena już nie jest taka wysoka, ale nasz zysk jest podobny, gdyż do tej pory otrzymaliśmy wypłatę 3 kuponów.

Problem polega na tym, że powtórzenie obecnej sytuacji jest praktycznie niemożliwe, gdyż wymagałoby, żeby rentowności obligacji dalej spadały i osiągały poziomy głęboko poniżej zera. Już teraz jednak napływają sygnały od EBC, że dalsze obniżanie stóp procentowych (obecnie na poziomie minus 0.4 proc.) raczej nie będzie kontynuowane, a nawet gdyby takie obniżki się pojawiły to ich skala będzie minimalna.

To oznacza, że obecnie nabywane instrumenty dłużne i to niezależnie od rozwoju sytuacji praktycznie nie mają szans na dalszy wzrost wartości, który co warto dodatkowo podkreślić, jest spowodowany również przez program luzowania ilościowego EBC. Powoduje on, że cena obligacji jest wyższa, a ich rentowność niższa niż w przypadku, gdyby bank centralny nie był aktywny na rynku.

Kiedy bańka pęknie?

Określenie konkretnego czasu wzrostu rentowności obligacji skarbowych, a zatem spadku ich ceny i obniżenia wartości portfela instrumentów dłużnych jest praktycznie niemożliwe. Warto jednak zauważyć, że gdy kupon obligacji ma wartość „zero”, to potencjał na wzrost ceny tego instrumentu jest ograniczony, gdyż rynkowe stopy procentowe musiałyby schodzić coraz głębiej poniżej zera.

Ujemne stopy procentowe kreują jednak szereg problemów. Od kosztów dla samych instytucji finansowych, które przetrzymują pieniądze gospodarstw domowych oraz przedsiębiorstw, po ryzyko, że alokacja funduszy rynkowych będzie zmierzać w kierunku zdecydowanie bardziej ryzykownych aktywów, co jeszcze bardziej będzie zwiększać rosnącą bańkę.

Warto także zwrócić uwagę, że w gronie bankierów centralnych odbywa się coraz szersza dyskusja, wokół stymulującej roli polityki pieniężnej, która zaczyna dochodzić do obiektywnego limitu. To oznacza, że dalsze obniżanie stóp procentowych czy zwiększanie skupu obligacji niekoniecznie musi zwiększać popyt na kredyt w realnej gospodarce, a staje się coraz większym obciążeniem dla oszczędzających. Coraz głośniej natomiast mówi się o zwiększeniu roli polityki fiskalnej, zwłaszcza że przecież bieżące koszty emisji długu są rekordowo niskie, a nawet w przypadku niektórych krajów ujemne. Gdyby ta koncepcja zaczęła przeważać, a bank centralny zacząłby powoli zmniejszać swoje działanie stymulujące, wtedy rentowności obligacji zaczęłyby rosnąć i dochodzić do względnie realnych poziomów.

W sytuacji ich wzrostu do przedziałów obserwowanych w połowie 2015 r. nasz wcześniej określony portfel obligacji straciłby kilkanaście procent w porównaniu do obecnych wartości.

Wpływ na polski rynek długu

Mogłoby się wydawać, że polskie obligacje skarbowe są w niewielkim stopniu narażone na powyższe zmiany. Rynek jest jednak globalny i mimo krajowej polityki pieniężnej i własnej waluty rentowności krajowych instrumentów dłużnych zmieniają się w tym samym kierunku co europejskich.

Jeżeli więc za granicą nastąpi zmniejszenie się aktywności EBC, a perspektywy inflacji wzrosną, w związku z bardziej stymulującą rolą polityki fiskalnej, można oczekiwać, że również ceny polskich obligacji stracą na wartości. Ten ruch prawdopodobnie będzie jednak mniej spektakularny, chociażby ze względu na fakt, że NBP nie skupuje obecnie obligacji z rynku.

Podsumowując, jest praktycznie pewne, że zyski osiągnięte w ostatnich latach na obligacjach skarbowych już się nie powtórzą. Za scenariusz optymistyczny należy uznać, że przez kolejne kwartały utrzymają one swoje bieżące poziomy. Z kolei coraz bardziej prawdopodobny staje się scenariusz, że portfele europejskich obligacji zaczną przynosić zauważalne straty, które w zależności od ich struktury mogą wynieść kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt procent.

 

Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl

W II kwartale 2016 r. polska gospodarka rozwijała się dużo wolniej niż oczekiwano. Analiza składowych PKB pokazuje, że w Polsce zdecydowanie spadła dynamika inwestycji. Naszą gospodarkę wspierała jedynie konsumpcja wewnętrzna, aczkolwiek również w mniejszym stopniu niż przewidywano. Wniosek? Rządowa prognoza wzrostu PKB w tym roku w wysokości 3,8% (zapisana w tegorocznym budżecie) jest niemożliwa do utrzymania. Fakt ten potwierdziło nawet Ministerstwo Rozwoju (co naszym zdaniem było tylko kwestią czasu).

Resztki optymizmu zgasiły lipcowe dane z polskiej gospodarki. Produkcja przemysłowa okazała się dużo gorsza od oczekiwań (spadek o 3,4% r/r). Rozczarowała także sprzedaż detaliczna (wzrost o jedynie 2% r/r). W świetle tych danych trudno oczekiwać znaczącej poprawy koniunktury gospodarczej w Polsce w drugiej połowie roku.

Obniżka stóp procentowych coraz bardziej prawdopodobna

Co mogłoby odwrócić ten negatywny trend i wspomóc polską gospodarkę w dłuższym terminie? Niewątpliwie obniżenie stóp procentowych. Jeszcze do niedawna mało kto brał taki scenariusz pod uwagę. Fakty są jednak takie, że Radzie Polityki Pieniężnej coraz trudniej będzie ignorować twarde dane. Rozważania o konieczności cięć stóp procentowych słychać zresztą w samej Radzie. Obecnie jednakże przeważa pogląd o utrzymaniu poziomu stóp procentowych na niezmienionym poziomie. W kontekście rozczarowującej dynamiki PKB oraz pozostałych danych makroekonomicznych, uważamy że strona optująca za obniżkami może się zwiększyć liczebnie.

Obligacje mogą pozytywnie zaskoczyć

W kontekście ostatnich danych RPP może więc zmienić swoją dotychczasową retorykę „wait and see” i obniżyć stopy procentowe. Rynek nie wycenia jeszcze takiego ruchu, co jest dobrą wiadomością dla osób, które inwestują pieniądze za pośrednictwem funduszy obligacji. Dlaczego? Cięcie stóp procentowych skłoni wielu inwestorów zagranicznych do powrotu na polski rynek długu. To zaś spowoduje jeszcze silniejszy spadek rentowności obligacji, a tym samym wzrost cen papierów znajdujących się w portfelach funduszy inwestycyjnych.

Warto też zwrócić uwagę, że inwestorzy coraz mocniej wierzą w obligacje. Tylko w lipcu do funduszy obligacji zagranicznych wpłynęło aż 700 mln zł a do funduszy obligacji polskich 266 mln zł*. Jeśli RPP zdecyduje się na obniżkę stóp procentowych – a coraz więcej za tym przemawia –  napływy do tej klasy aktywów mogą jeszcze wzrosnąć. Podobnie jak stopy zwrotu z funduszy inwestujących w obligacje.

 

Zbigniew Jakubowski, wiceprezes zarządu Union Investment TFI

W minionym tygodniu prezydent Andrzej Duda powołał nowy rząd. W tym kontekście rodzi się pytanie, jakie skutki dla polskich obligacji może mieć obecny układ na scenie politycznej w Polsce?

Spodziewam się, że w rezultacie działań nowego rządu na rynku pojawi się więcej polskich obligacji skarbowych. Zasadniczo to dobrze, bo aktualnie cieszą się one bardzo dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów. Istnieje jedynie obawa, że wraz z kolejnymi emisjami rentowności obligacji będą stopniowo rosły (ceny będą spadać) z uwagi na zwiększający się deficyt budżetowy Polski. Jednak biorąc pod uwagę wspomniany wcześniej duży popyt na polski dług skarbowy, niewykluczone, że w naszym kraju powtórzy się scenariusz obserwowany na Węgrzech. Tam rentowność obligacji rządowych o krótkim terminie zapadalności okazuje się niższa niż w Polsce (ok. 1%), a papierów 10-letnich – wyższa (ok. 3,4%). W Polsce jest to odpowiednio ok. 1,5% i 2,75%.

Pole do spadku rentowności polskich obligacji skarbowych niewątpliwie istnieje. Choć część tego ruchu już się dokonała na fali przekonania, że nowa Rada Polityki Pieniężnej pomiędzy marcem a majem przyszłego roku obniży stopy procentowe w Polsce o 50 punktów bazowych. Najważniejsza w tym kontekście stanie się dynamika wzrostu inflacji. Jeśli będzie ona rosła wolniej od oczekiwań, cięcie stóp jest realne. Jeśli zaś szybciej, RPP stanie przed dylematem.

 

Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

 

Ostatni krach na chińskiej giełdzie miał znaczny wpływ na światowe rynki akcji i surowców. Jednak rynki finansowe to system naczyń połączonych – negatywny sentyment przełożył się także na polskie obligacje. Trzeba jednak pamiętać, że potencjał naszych obligacji skarbowych – podobnie jak całej tej klasy aktywów globalnie – pozostaje ograniczony już od wielu miesięcy.

Co prawda trend nie jest jeszcze silny i zdarzają się w nim okazje do zarobku, jednak znajdujemy się w otoczeniu podwyżek stóp procentowych na świecie. A to generalnie nie sprzyja obligacjom. Chiny wprowadziły do tego obrazu dodatkowy czynnik niepewności. Zmienność wzrosła na rynkach zarówno rozwiniętych (USA, Niemcy), jak i wschodzących, a odłamki po tym wybuchu uderzyły siłą rzeczy również w polski rynek długu. W ciągu kilku sesji rentowność 10-letnich papierów rządowych wzrosła z 2,7% do około 3% i teraz utrzymuje się nieco poniżej tego progu. Obecnie trudno jednoznacznie stwierdzić, w jakim kierunku podążą rentowności. Wciąż jest zbyt wiele niewiadomych.

Największy wpływ na kształtowanie się cen polskich obligacji w kolejnych miesiącach będzie miał przede wszystkim Fed oraz kształt polskiej sceny politycznej po jesiennych wyborach parlamentarnych. Co do podwyżki stóp w USA, inwestorzy spekulują, że odsunie się ona w czasie. Moim zdaniem wciąż nie jest jednak wykluczone, że Fed rozpocznie zacieśnianie polityki pieniężnej zgodnie z planem – we wrześniu. Szczególnie że dane z amerykańskiej gospodarki potwierdzają jej siłę. Jeśli zaś chodzi o ryzyko polityczne w Polsce, uważam, że proponowane podatki oraz ustawy w rzeczywistości okażą się dużo bardziej racjonalne niż przedwyborcze obietnice (niezależnie od tego, która partia zdobędzie większość).

Nie obawiałbym się też Rady Polityki Pieniężnej. Niższe ceny paliw mogą w pewnym stopniu skompensować wyższe ceny żywności, dzięki czemu nie grozi nam wzrost inflacji (ta wciąż znajduje się poniżej zera). W rezultacie stopy procentowe w Polsce powinny pozostać niezmienione przez dłuższy czas. Jeśli tak będzie, to przynajmniej z tej strony nie pojawi się presja na wzrost rentowności polskich obligacji skarbowych.

autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

W II kwartale 2015 r. PKB w Polsce wzrósł o 3,3% r/r. Pomimo że oczekiwania analityków były większe, wzrost gospodarczy w Polsce w dalszym ciągu można uznać za wysoki. Dlatego odczyt ten nie stanowi argumentu za choćby delikatnym cięciem stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej. Tym bardziej że brakuje także innych przesłanek do obniżenia kosztu pieniądza w Polsce. Inflacja w Polsce (lipcowy odczyt na poziomie -0,7% r/r) może w najbliższym czasie zacząć rosnąć. Dodatkowo jesteśmy w przededniu podwyżek stóp w Stanach Zjednoczonych.

Lepiej, żeby Fed podniósł stopy we wrześniu

Na rynku pojawiły się spekulacje na temat tego, czy dewaluacja chińskiej waluty nie opóźni zacieśniania polityki monetarnej przez amerykański bank centralny. Na razie jednak nie ma żadnych sygnałów, jakoby Fed odroczył swoją decyzję z uwagi na Chiny. Dla stabilności rynków finansowych lepiej by było, gdyby podwyżka stóp w USA nastąpiła we wrześniu, ponieważ rynek jest na nią przygotowany.

Z kolei na polskim rynku długu obserwujemy czasowe uspokojenie. Zmienność jest znacznie niższa niż jeszcze miesiąc temu, gdy inwestorzy obawiali się rozwoju sytuacji w Grecji. Niestety negocjacje pomiędzy Grecją a wierzycielami trwają dalej. Nie można więc wykluczyć, że w kolejnych miesiącach rynki będą się jeszcze musiały zmierzyć z ich rezultatami.

autor: Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

 

Porozumienie z Grecją znacząco pomogło rynkom długu. Także polskie obligacje w ostatnich dniach zachowują się pozytywnie. Od zeszłego tygodnia rentowności 10-letnich papierów skarbowych spadły z ok. 3,1% do ok. 2,9%. To przełożyło się na wzrosty jednostek uczestnictwa polskich funduszy obligacyjnych i pozwoliło im na odrobienie w znacznym stopniu tegorocznych spadków.

Radość z tymczasowego wyeliminowania greckiego ryzyka może jeszcze trochę potrwać i robimy wszystko, żeby ją należycie wykorzystać. Natomiast w dalszym ciągu twierdzimy, że nie jest to najlepszy rok dla obligacji skarbowych. Dlatego obecnie stawiamy przede wszystkim na fundusze obligacji korporacyjnych (w tym papierów high yield) oraz na fundusze pieniężne.

Siła Polski rośnie

W maju odnotowaliśmy nieobserwowaną od kilkunastu lat nadwyżkę w handlu towarowym (946 mln euro), do czego przyczynił się dynamiczny wzrost polskiego eksportu. Powinno to znaleźć odzwierciedlenie w odczycie PKB, ale kluczowe znaczenie ma to, że tak dobry wynik eksportowy przełożył się na wysokie, dodatnie saldo na rachunku obrotów bieżących Polski. Majowa nadwyżka wyniosła ponad miliard euro – to wartość spektakularna i o tyle istotna dla gospodarki, że zwiększa rezerwy walutowe kraju, a tym samym działa stabilizująco na rynki.

autor: Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI

Po 4 dniach zostały wykupione wszystkie obligacje korporacyjne Ghelamco Invest wyemitowane w ramach Serii PPB, emisja skierowana była do inwestorów indywidualnych. Zaplanowane do 16 czerwca zapisy na papiery o wartości 50 mln zł, zamknięto już 3 czerwca. Deweloper ma nadzieję powtórzyć sukces w kolejnej emisji, którą planuje jeszcze przed 30 czerwca. Wibor 6 miesięczny + 4,0% powinien zainteresować inwestorów indywidualnych.

 Po sukcesie emisji serii PPB obligacji skierowanych do inwestorów indywidualnych, Ghelamco, jeden z wiodących deweloperów działających na polskim rynku oraz jeden z największych emitentów obligacji korporacyjnych notowanych na rynku Catalyst, rusza z kolejną emisją. Od 16 czerwca do 23 czerwca 2015 roku inwestorzy indywidualni mogą zapisywać się na 4 letnie obligacje Ghelamco Invest o łącznej wartości nominalnej 30 mln zł. Oferta obejmuje 300.000 obligacji serii PPC o wartości nominalnej 100 PLN każda i cenie emisyjnej uzależnionej od dnia złożenia zapisu. Wykup obligacji został zabezpieczony poręczeniem Granbero Holding Limited, jedynego udziałowca wszystkich spółek projektowych Grupy Ghelamco na terenie Polski.  Zapisy będą  prowadzone przez tę samą sieć dystrybucji co seria PPB która sprzedała się w rekordowym jak na obligacje korporacyjne emitowane przez dewelopera tempie W skład konsorcjum dystrybucyjnego wejdą  Centralny Dom Maklerski Pekao S.A.; Dom Inwestycyjny Xelion sp. z o.o., Dom Maklerski Pekao, Noble Securities S.A., Dom Maklerski PKO Banku Polskiego oraz Biuro Maklerskie Alior Bank S.A.

Wyjście na rynek z nową emisją serii PPB w tym momencie i na tych warunkach okazało się bardzo dobrą decyzją. Ostatnie sukcesy komercyjne grupy i zaproponowane przez nas warunki zainteresowały inwestorów indywidualnych na tyle, że zapisy zakończyliśmy przed czasem i dodatkowo będziemy mieli ich redukcję – mówi Jarosław Jukiel, Dyrektor Finansowy i Członek Zarządu Ghelamco Poland. – Tu duży sukces, mając na uwadze aktualnie dużą podaż i różnorodność oferowanych papierów na rynku obligacji. Chcemy wykorzystać obiektywną atrakcyjność zaproponowanej przez nas oferty. Chcemy również dać możliwość wzięcia udziału w emisji serii PPC na kwotę do 30 mln zł inwestorom, którzy nie zdążyli złożyć zapisów na obligacje Serii PPB lub ich zapisy zostały zredukowane. Nowa emisja zostanie przeprowadzona na tych samych warunkach co seria PPB, której zapisy zamknęliśmy przed terminem. Środki z emisji pozwolą nam pozyskać finansowanie dla naszych nowych inwestycji – mówi Jarosław Jukiel.

Obecnie Ghelamco Poland koncentruje się na realizacji i komercjalizacji flagowego projektu spółki – Warsaw Spire – największego kompleksu biurowego budowanego aktualnie w Europie. Projekt powstający w sąsiedztwie Ronda Daszyńskiego dostarczy na rynek łącznie 100 tys. m2 powierzchni biurowej klasy A. Kompleks Warsaw Spire na niespełna rok przed ukończeniem budowy odniósł komercyjny sukces i jest już w 60% wynajęty (blisko 60 000 m2). Tylko w pierwszych miesiącach  2015 roku firma znalazła najemców na przeszło 35.000 m2 powierzchni biurowej w Warsaw Spire.

Poza Warsaw Spire, trwa również budowa kolejnej inwestycji Ghelamco na Mokotowie –  projektu Wołoska 24 o powierzchni 21 300 m2. Jeszcze w tym roku rozpoczną się prace nad realizacją obiektu biurowego przy ul. Wroniej  (17 000 m2) oraz kompleksu biurowego z funkcjami handlowymi Sienna Towers o łącznej powierzchni przeszło 100 000 m2. W portfolio planowanych inwestycji znajduje się również m.in. zagospodarowanie terenów dworca Warszawa Gdańska we współpracy z Xcity.

W ciągu najbliższych lat Ghelamco dostarczy na rynek nieruchomości biurowych projekty o łącznej powierzchni przekraczającej 300 000 m2. Przez lata swojej działalności w Polsce jako inwestor, deweloper i generalny wykonawca, Ghelamco zdobyło reputację firmy, która zapewnia terminowość oraz wysoką jakość realizowanych inwestycji. W ciągu 24 lat obecności na polskim rynku firma wybudowała i skomercjalizowała projekty o powierzchni ponad 500 000 m2.

Realizacje Ghelamco cieszą się dużym zainteresowaniem ze strony inwestorów – wolumen sprzedaży zrealizowanych przez Ghelamco projektów przekracza 5 mld złotych. Tylko w ciągu ostatnich dwóch lat firma znalazła nabywców na pięć swoich projektów, przeprowadzając rekordowe w skali rynku transakcje sprzedaży. W 2014 roku Ghelamco za cenę 189 mln EUR sprzedało trzy zrealizowane i skomercjalizowane projekty: Katowice Business Point, T-Mobile Office Park oraz  Łopuszańska Business Park, a rok wcześniej, za 232 mln EUR sprzedane zostały dwa projekty biurowe w Warszawie: Senator oraz Mokotów Nova.

źródło: Ghelamco Poland

1 lipca tego roku w życie wchodzi nowa ustawa o obligacjach, która ma wesprzeć rozwój rynku długoterminowych nieskarbowych papierów dłużnych, emitowanych przez jednostki samorządu terytorialnego, przedsiębiorstwa oraz banki. Zdaniem prawników Kancelarii Deloitte Legal nowe, bardziej przejrzyste oraz dokładniejsze przepisy sprawią, że obligacje mają szansę stać się istotnym i komplementarnym do kredytów bankowych źródłem pozyskiwania kapitału. Zmiany w prawie wymagają jednak innego podejścia do organizacji emisji obligacji oraz świadomości skutków wprowadzenia nowych rozwiązań.

Ustawa o obligacjach została uchwalona w styczniu 2015 roku. Najważniejsze zmiany, które wprowadza nowe prawo, to:

  • rozszerzenie katalogu emitentów,
  • wprowadzenie nowych rodzajów obligacji,
  • uregulowanie zasad dokonywania zmian w warunkach emisji m.in. poprzez wprowadzenie instytucji zgromadzenia obligatariuszy; a także
  • rozstrzygnięcie wątpliwości towarzyszących obowiązującym regulacjom.

Największymi beneficjentami nowej ustawy mogą okazać się jednostki samorządu terytorialnego. Do tej pory mogły one co prawda emitować obligacje przychodowe, czyli uprawniające obligatariusza do zaspokojenia roszczeń z pierwszeństwem przed innymi wierzycielami emitenta, ale nie korzystały z tego przywileju zbyt często, m.in. z uwagi na wąski krąg podmiotów, które mogły przeprowadzać tego typu emisje. Pod rządami starej ustawy doszło w Polsce jedynie do sześciu takich emisji i to mimo że rozwiązanie to cechowało kilka zalet. „Przede wszystkim chodzi o brak konieczności stosowania prawa zamówień publicznych do zamówień, których przedmiotem były usługi finansowe związane z emisją, sprzedażą i kupnem obligacji. Poza tym zobowiązań wynikających z tych obligacji nie uwzględniało się przy ustalaniu ograniczeń zadłużenia jednostek samorządu terytorialnego. Nowa ustawa utrzymuje te zalety” – wyjaśnia Tomasz Rutkowski, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Nowa ustawa rozszerza krąg podmiotów, które będą mogły wyemitować tego typu obligacje, m.in. o spółki utworzone przez kilka sąsiadujących ze sobą jednostek samorządu terytorialnego w celu sfinansowania wspólnej inwestycji. Poza tym nowe przepisy usuwają wątpliwości, co do zakresu odpowiedzialności emitenta, wskazując, że mogą istnieć obligacje przychodowe, za które emitent przyjął odpowiedzialność całym swoim majątkiem. Wart odnotowania jest także fakt pojawienia się możliwości nadania obligatariuszom pierwszeństwa do zaspokojenia roszczeń z przychodów i majątku przedsięwzięć, sfinansowanych tylko w części ze środków uzyskanych z emisji obligacji.

Zdaniem ekspertów Deloitte wśród zalet obligacji przychodowych należy wymienić: ich przejrzystą konstrukcję,  mechanizm gromadzenia przychodów, a także to, że emisja obligacji przychodowych nie zwiększa długu jednostek samorządu terytorialnego. A wady? „Największą barierą w rozpowszechnieniu emisji obligacji przychodowych może być nieumiejętność stosowania regulacji (zarówno dotychczasowych, jak i nowych) przez jednostki samorządu terytorialnego, dla których proces ten może okazać się zbyt skomplikowany.” – mówi Tomasz Rutkowski.

Ustawa o obligacjach zmienia także sytuację przedsiębiorców, którzy otrzymają do dyspozycji narzędzia, pozwalające dokonywać im zmian w warunkach emisji.  W obecnym stanie prawnym najkorzystniej uzyskać zgodę wszystkich obligatariuszy albo  wykupić obligacje i wyemitować w ich miejsce nowe, albo też zawrzeć w pierwotnych warunkach emisji zapisy o ewentualnych późniejszych zmianach. Od lipca, aby zmienić warunki emisji obligacji, potrzebna będzie zgoda zgromadzenia obligatariuszy lub jednobrzmiące porozumienia zawarte przez emitenta z każdym z obligatariuszy. „W obecnym stanie prawnym jakakolwiek zmiana warunków emisji obarczona jest ryzykiem prawnym, a to z uwagi na brak właściwych regulacji ustawowych w tym zakresie. Trudno jednak powiedzieć czy zgromadzenie obligatariuszy stanie się instytucją stosowaną często w praktyce przez emitentów, skoro niektóre z dotyczących go zapisów budzą dosyć znaczące wątpliwości prawne” – mówi Agata Jankowska-Galińska, radca prawny, managing associate w Kancelarii Deloitte Legal. Te wątpliwości dotyczą, m.in. obowiązku pokrycia kosztów związanych ze zwołaniem oraz przeprowadzeniem zgromadzenia obligatariuszy. Zdaniem prawników Deloitte Legal nowa ustawa o obligacjach w przypadku przedsiębiorców oznaczać może też mniejszą elastyczność co do zasad emisji obligacji korporacyjnych.

Z kolei bankom ustawa o obligacjach daje wprost możliwość emitowania dwóch nowych rodzajów obligacji: wieczystych i podporządkowanych. W przypadku obligacji podporządkowanych wierzytelności z nich wynikające, w razie upadłości lub likwidacji, będą regulowane po zaspokojeniu wszystkich innych wierzytelności przysługujących wierzycielom wobec emitenta. Z kolei obligacje wieczyste są to takie papiery dłużne, dla których nie określono daty wykupu, a świadczenie emitenta względem obligatariuszy polega przede wszystkim na spłacie odsetek. Zdaniem prawników Deloitte Legal ustanowienie dwóch nowych rodzajów obligacji może posłużyć jako instrument umożliwiający bankom spełnienie wymogów dotyczących płynności i kapitałów własnych.

Wchodzące w życie przepisy nowej ustawy umożliwiają także emisję obligacji przez podmiot nowoutworzony. Dotyczy to także obligacji projektowych. Ich idea opiera się na tym, że podmiot publiczny wnosi do spółki celowej środki publiczne jako dług podporządkowany, co podnosi wiarygodność emitowanych obligacji. Ich celem jest sfinansowanie kluczowych projektów, np. z zakresu energetyki, transportu, technologii informatycznych czy komunikacyjnych. Obligacje projektowe pojawiły się w projekcie pilotażowym Strategia Europa 2020[1].

„Nowa ustawa niewątpliwie wychodzi naprzeciw potrzebom rynku i wpłynie na zwiększenie liczby emisji obligacji, dzięki którym będzie można sfinansować wiele znaczących projektów. Naszym zdaniem obligacje mają szansę stać się uzupełniającym w stosunku do kredytów bankowych źródłem finansowania. Wchodzące w życie w lipcu br. przepisy pozostawiają jednak także kilka wątpliwości, które wymagają doprecyzowania i uściślenia, jak choćby w obszarze ingerencji zgromadzenia obligatariuszy w warunki emisji obligacji” – podsumowuje Agata Jankowska-Galińska.

 

[1] http://ec.europa.eu/europe2020/index_pl.htm

źródło: Deloitte

Choć Rada Polityki Pieniężnej nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa w kwestii ewentualnych obniżek stóp procentowych, można pokusić się o przybliżoną prognozę wyników funduszy pieniężnych i dłużnych w 2015 r. Uwzględniając obecny poziom stóp procentowych, WIBOR oraz rentowności obligacji, wyniki funduszy pieniężnych będą najprawdopodobniej nieco niższe niż w tym roku. Na chwilę obecną wydaje się, że może to być przedział ok. 2,5–3%. W przypadku funduszy obligacji wyższą stopę zwrotu ponad tę wartość mają szansę przynieść strategie aktywnie zarządzane – szczególnie te, które obejmują swoim spektrum inwestycyjnym także rynki zagraniczne, np. Turcję, Węgry.

Z czynników zewnętrznych, ważnych dla polskiego oraz światowych rynków obligacji w kolejnym roku warto wymienić przede wszystkim rozbieżną politykę pieniężną na rynkach bazowych. Z jednej strony oczekujemy silnej stymulacji ze strony Europejskiego Banku Centralnego, z drugiej strony podwyżek stóp procentowych przez amerykański Fed od drugiej połowy przyszłego roku. Z czynników wewnętrznych istotny będzie poziom wzrostu gospodarczego oraz inflacji w Polsce. Nie spodziewam się natomiast wzrostu inflacji ponad cel inflacyjny NBP. To pozytywna informacja dla polskiego rynku długu, gdyż inflacja nie będzie wywierała presji na podwyżkę stóp procentowych przez RPP.

Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Grupa TAURON wyemitowała na rynku niemieckim piętnastoletnie niezabezpieczone obligacje imienne o wartości 168 mln euro.

Emisja obligacji imiennych tzw. NSV (Namensschuldverschreibung) przeprowadzona została przez TAURON Sweden Energy, spółkę w 100 proc. zależną od TAURON Polska Energia i objęta została gwarancją TAURONA.

Emisja NSV objęta została przede wszystkim przez niemieckich inwestorów, wśród których znajdują się fundusze ubezpieczeniowe, fundusze emerytalne oraz niemieckie banki. Środki uzyskane z emisji zostaną przeznaczone na udzielenie pożyczki TAURONOWI, który z kolei przeznaczy je na ogólne cele gospodarcze Grupy, a w szczególności finansowanie programu inwestycyjnego.

– Duże zainteresowanie emisją inwestorów, reprezentujących stosunkowo konserwatywny obszar działalności w Niemczech, jest potwierdzeniem wysokiej oceny przez europejski rynek finansowy osiągnięć i pozycji TAURONA, w szczególności jego wiarygodności kredytowej. To pierwsza tego rodzaju transakcja przeprowadzona przez spółkę sektora energetycznego z Europy Środkowo-Wschodniej, a jej sukces otwiera TAURONOWI nowe, atrakcyjne źródło finansowania w przyszłości – mówi Dariusz Lubera, prezes zarządu TAURON Polska Energia.

– Warto podkreślić, że warunki emisji NSV zostały skrojone na miarę potrzeb TAURONA, a sama transakcja bazuje na prostej i transparentnej dokumentacji prawnej. Emisja NSV, poza pożądanym, długim – 15-letnim – okresem zapadalności, jest również bardzo atrakcyjna pod kątem ceny pozyskanego finansowania. Przeprowadzona emisja to kamień milowy w rozwoju relacji TAURONA z europejskimi podmiotami instytucjonalnymi – mówi Krzysztof Zawadzki, wiceprezes zarządu TAURON Polska Energia ds. ekonomiczno-finansowych.

Proces emisji NSV prowadzony był we współpracy z J.P. Morgan, który pełnił funkcję aranżera emisji.

Emisja obligacji poprzedzona była przygotowaniem standardowej dokumentacji NSV oraz serią spotkań przedstawicieli TAURONA z inwestorami finansowymi rynku niemieckiego. Rozliczenie emisji NSV nastąpiło 3 grudnia.

TAURON Polska Energia SA

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...