czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "polityka monetarna"

polityka monetarna

Po sennej sesji w Azji, Europa rozpoczyna wtorek od podkupywania dolara, odwracając wczorajszą słabość. W ruchach nie ma nic nadzwyczajnego, raczej zwykłe przepływy kapitału w tą i z powrotem w oczekiwaniu na świeże impulsy lub naruszenie czyhających gdzieś zleceń stop loss (jak wczoraj na USD/JPY). Euro pozostaje słabe, funt odreagowuje wyprzedaż z ubiegłego tygodnia, złoty pozostaje bez zmian. Mało emocjonujący kalendarz we wtorek skazuje rynki na kontynuację konsolidacji.

Bez większej reakcji przeszły wczoraj dwie sprawy – drobne postępy w pracach nad reformą podatkową i ogłoszenie odejścia Billa Dudleya z nowojorskiego Fed. W pierwszym przypadku, poprawki nanoszone do ustawy zdają się iść w stronę pozyskania jak największego poparcia dla projektu. Prace w komisji budżetowej mają potrwać do czwartku i dopiero wówczas można spodziewać się reakcji pod kątem liczenia głosów za i przeciw.

Bill Dudley, członek zarządu Fed oraz reprezentant oddziału z Nowego Jorku, potwierdził pogłoski dotyczące porzucenia obecnie sprawowanego stanowiska w „połowie 2018 roku”. Jego kadencja pierwotnie miała się zakończyć w styczniu 2019 r., a następca ma być wyznaczony w procesie przeprowadzonym przez oddział w Nowym Jorku. Główny wniosek płynący z tej decyzji, to że rośnie niepewność o skład FOMC w 2018 r., a zatem i kształt polityki monetarnej.

Nie oznacza to od razu, że zarysowana we wrześniu perspektywa trzech podwyżek w przyszłym roku jest zagrożona, ale wątpliwe jest, aby rynek w takich warunkach decydował się na wyprzedzające dyskonto zacieśniania monetarnego. Pozostajemy w trybie wyceniania podwyżki stóp procentowych w grudniu (teraz 92 proc.), a dopiero gdy miniemy ten próg, rozpocznie się dyskusja o kolejnym kroku w marcu 2018 r.

Zgodnie z powszechnym przekonaniem RBA utrzymał stopę kasową na 1,50 proc. AUD znalazł przejściowe wsparcie we wzmiankach w komunikacie, że nie dokonano większych zmian w prognozach inflacji i wzrostu. Szczególnie to drugie było pokrzepiające w obliczu ostatnich rozczarowujących danych o CPI. Ale podtrzymanie optymizmu wobec wzrostu przy sygnałach spowolnienia konsumpcji (spadek sprzedaży detalicznej o 0,6 proc. od sierpnia) i niskiej presji płacowej. Ta pewność siebie finalnie wzbudziła wątpliwości rynku i dziś rano AUD/USD osuwa się niżej. Obecnie jedynie dobra postawa miedzi i rudy żelaza (pod wpływem rajdu ropy naftowej) hamuje spadki AUD, ale tło makro wspiera nasz pogląd o kontynuacji zjazdu.

We wtorek inwestorzy nie otrzymają zbyt wiele danych, na których mogliby pracować. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu i liczba otwartych procesów rekrutacyjnych w USA będą drugorzędne. Mamy kilka wystąpień przedstawicieli banków centralnych, w tym m.in. Draghiego z ECB, Quarlesa z Fed i Poloza z BoC.

Autor: Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

Po ogłoszeniu nominacji na stanowisko szefa Fed, spodziewanej podwyżce stóp procentowych w USA i zaplanowanych na grudzień wyborach w Katalonii, w tym roku nie powinno się już zdarzyć nic, co znacząco wpłynie na sytuację makroekonomiczną na świecie. Końcówka 2017 roku to czas dla wzrostu akcji.

Sytuacja makroekonomiczna na świecie jest stabilna i nie powinno się to zmienić do końca roku. Po wyborze Jerome’a Powell’a na szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej i spodziewanej w grudniu podwyżce stóp procentowych, nie ma powodów do poważniejszych wahań nastrojów, zwłaszcza na rynkach rozwiniętych (Stany Zjednoczone i Europa). Nowy szef Fed jest uważany za osobę przyjazną Wall Street. Jego dotychczasowe poglądy na temat polityki monetarnej były zbliżone do stanowiska obecnej szefowej Komitetu Janet Yellen. W Europie, nawet  wybory w Katalonii zaplanowane na 21 grudnia, nie powinny mieć wpływu na rynki. Frakcje niepodległościowe osłabiły się i plany odłączenia od Hiszpanii są bardzo mało prawdopodobne.

Gospodarka Stanów Zjednoczonych od dłuższego czasu systematycznie rozwija się „liniowo”. Europa również wzrasta, choć zdarzają się jej drobne wahania. Kurs dolara rośnie, osłabia się natomiast euro. Jest to wynikiem m.in. polityki monetarnej prowadzonej przez Fed oraz Europejski Bank Centralny.

Optymistyczne prognozy dotyczą też Chin, które po ostatnim zjeździe rządzącej Komunistycznej Partii Chin i umocnieniu swojej władzy, mają plany zostać gospodarką stawiającą na jakość, a nie ilość. Państwo Środka chce być kojarzone nie z tanią siłą roboczą, ale z innowacjami. Mają temu pomóc inwestycje w badania i rozwój, co przełoży się na dokładanie przez Chiny większej wartości dodanej w procesie tworzenia dóbr i usług.

Wskaźniki makroekonomiczne są dobre, a globalne wskaźniki PMI bardzo wysokie. Eksperci Union Investment oceniają obecną sytuację na światowych rynkach na 4 w skali 1-5. Mamy teraz do czynienia z tzw. Goldilocks Environment, czyli optymalnym momentem w cyklu koniunkturalnym dla wzrostu akcji. Sprzyja temu niska inflacja i stopy procentowe oraz stabilny wzrost gospodarczy. To ważny sygnał dla inwestorów, którzy zastanawiają się, w jakich klasach aktywów lokować swoje środki.

 

 

Komentarz: Marek Straszak, doradca inwestycyjny w zespole asset allocation Union Investment TFI

Bank Anglii przymierza się do podniesienia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, co byłoby pierwszym tego typu wydarzeniem od lipca 2007 r. Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce nieco ponad rok temu. Wtedy, w następstwie brytyjskiego referendum stopy procentowe zostały obcięte do rekordowego poziomu 0,25%.

W sierpniu 2016 r. prezes Banku Anglii, Mark Carney oświadczył, że bank centralny podejmie “wszelkie niezbędne działania”, które pozwolą na zapobiegnięcie pobrexitowej recesji w Wielkiej Brytanii. Gospodarka Zjednoczonego Królestwa w tym roku wyraźnie spowolniła, do tej pory nie widać jednak żadnych solidnych dowodów, które sugerowałyby, że recesja w Wielkiej Brytanii jest nieuchronna. W związku z tym, rynki finansowe spodziewają się, że decydenci zagłosują za natychmiastową podwyżką stóp procentowych już w ten czwartek.

Bank Anglii niejako “przygotował” rynki na podwyżkę stóp procentowych – podczas ostatniego spotkania Banku wyraźnie widać było zmianę tonu na bardziej jastrzębi. Samo wrześniowe głosowanie nie przyniosło niespodzianek: Ian McCafferty i Michael Saunders pozostali jedynymi, którzy wyłamali się, głosując za natychmiastową podwyżką stóp procentowych. “Większość” decydentów oceniła, że pozbycie się części środków stymulujących [inflację i gospodarkę] byłoby właściwe w przypadku “stopniowego wzrostu presji inflacyjnej”. Członkowie MPC zwrócili również uwagę na moc gospodarki, cytując oznaki siły w sektorze nieruchomości oraz poprawę na rynku pracy. Od czasu spotkania we wrześniu, członkowie MPC wielokrotnie komentowali kwestię potencjalnych podwyżek stóp procentowych.

Gertjan Vlieghe, który jest uznawany za jednego z najbardziej gołębich członków komitetu decyzyjnego ostrzegł we wrześniu, że “nadchodzi moment, w którym [referencyjna] stopa procentowa może wzrosnąć”. Nowy członek MPC, Silvana Tenreyro, stwierdziła w październiku, iż w “nadchodzących miesiącach” może poprzeć podwyżkę stóp procentowych, jeśli w związku z sytuacją na rynku pracy wzrośnie presja cenowa.

Sam prezes Carney również stwierdził, że gospodarka Wielkiej Brytanii znajduje się blisko “punktu zwrotnego, w którym pozbycie się części środków stymulacyjnych byłoby konieczne lub usprawiedliwione”. Ta wyraźna zmiana tonu sugeruje, że większość członków komitetu decyzyjnego może skłaniać się w stronę zacieśnienia polityki monetarnej już podczas spotkania w tym tygodniu. W naszej opinii członkowie BoE powinni przegłosować podwyżkę. Bardziej gołębi członkowie: Jon Cunliffe, Sir David Ramsden i Silvana Tenreyro prawdopodobnie  wstrzymają się i zagłosują za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Niedawna zapowiedź aż trzech podwyżek stóp procentowych w USA w 2018 roku wyraźnie zaskoczyła rynki finansowe. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. W ostatnich dniach rentowność amerykańskich obligacji 10-letnich wzrosła do ok. 2,30%, a niemieckie na moment przełamały poziom 0,5%. W ślad za rynkami bazowymi korekcie poddał się także rynek długu skarbowego w Polsce. Rentowności polskich obligacji 10-letnich przekroczyły 3,3%, chociaż jeszcze niedawno znajdowały się blisko 3,1% – tegorocznego minimum. Rzut oka na przepływy kapitału pozawala stwierdzić, że za ten ruch na polskim rynku długu są, w pewnym stopniu, odpowiedzialni amerykańscy inwestorzy. Wobec obniżenia spreadu (premii za inwestowanie w Polsce) oraz braku perspektyw na umocnienie złotego, które dałoby dodatkowy zysk z inwestycji, część z nich postanowiła wycofać środki do USA.

W najbliższym czasie uczestnicy rynku powinni zwracać szczególną uwagę na to, w jakim kierunku podąży polityka monetarna Europejskiego Banku Centralnego. Inwestorzy z krajów Europy Zachodniej posiadają obecnie największy udział w polskim długu, dlatego rentowności naszych obligacji będą wrażliwe na to, co powie Mario Draghi. Jeśli zasygnalizuje szybsze zacieśnianie polityki monetarnej niż spodziewają się tego inwestorzy, na rynku może dojść do zawirowań.

Lokalne fundamenty wciąż silne

O ile otoczenie zewnętrzne stanowi niewiadomą, o tyle krajowe fundamenty są niezmiennie solidne. Jednym z nich jest bardzo dobre wykonanie budżetu i nadwyżka, która po sierpniu wyniosła prawie 5 mld zł. Obniża to ryzyko kredytowe emitenta (Skarbu Państwa) i zwiększa atrakcyjność polskich obligacji w oczach inwestorów. Wsparciem dla obligacji, a więc i funduszy obligacyjnych, jest także stabilna inflacja. W sierpniu wzrost cen w Polsce nieco wyhamował w porównaniu do lipca, a rok do roku wzrósł o 1,8%.

Na kształtowanie się inflacji w Polsce w kolejnych miesiącach będą miały wpływ dwa czynniki. Zewnętrzny, w postaci zmian cen surowców, oraz wewnętrzny – tempo wzrostu płac. W sierpniu wynagrodzenia wzrosły o 6,6% w porównaniu do ubiegłego roku, co stanowi najwyższy odczyt od 2012 roku. Spodziewamy się, że pensje będą rosły jeszcze szybciej,  jednak dopóki gwałtownie nie wystrzelą w górę, także inflacja pozostanie w ryzach. A dopóki nie przekroczy 2%, dopóty polskie obligacje będą atrakcyjne dla inwestorów. I da się jeszcze zarobić na funduszach obligacyjnych.

 

Tomasz Pawluć, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami  jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.

Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.

Różna inflacja w różnych regionach

Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.

Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.

Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.

Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą

Niemniej zaskakują również dane o tempo wzrostu cenz USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.

Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.

Amerykańska przepaść w zarobkach

Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).

Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.

Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.

Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Bitcoin – to słowo przestaje już być czymś egzotycznym i nieznanym. Wirtualny świat oraz transakcje tam dokonywane nikogo już nie zaskakują, a wręcz stają się czymś powszechnym. Wirtualne monety przestały obowiązywać jedynie w świecie gier komputerowych i podbijają międzynarodowe rynki. Jednak czy wiemy czym one tak naprawdę są? Czy warto w nie inwestować i ile można zyskać? Skąd tak właściwie je wziąć? Jaki wpływ mają na gospodarkę i czy utorują drogę do społeczeństwa bezgotówkowego?

Bitcoin jako synonim kryptowaluty

Kryptowaluty to pierwsze odkrycie w świecie finansów, które zrodziło się bez udziału instytucji państwowych, czy nawet jakiejkolwiek współpracy z nimi. Są innowacyjnym rozwiązaniem płatniczym, prostym i nie korzystającym z obecnych systemów finansowych. To coś więcej aniżeli tylko wirtualny środek płatniczy, ponieważ wykorzystują także technologię blockchain. Tą najbardziej znaną jest Bitcoin, wprowadzony do obiegu roku 2009. Tak jak google stało się potentatem i synonimem wyszukiwarki, tak właśnie Bictoin stał się niemalże zamiennikiem słowa kryptowaluta. Jednak był on zaledwie zalążkiem.

Rynek kryptowalut rozwija się w niesamowitym tempie i grzechem byłoby nie wspomnieć o Ethereum, Ripple, Siacoin oraz Stratis. Jak twierdzą eksperci Ethernum może zdecydowanie przebić Bitcoina, jest bowiem nie tylko kryptowalutą, ale platformą, pozwalającą inwestować, zawierać zakłady, a także wspierać crowdfunding.  Podobny do konceptu Ethereum jest również Stratis, który otrzymał wsparcie od największych firm z branży pokroju Microsoftu.

Wirtualne waluty budują powoli swoją przewagę nad tradycyjnym pieniądzem za sprawą tego, iż mogą być wykorzystywane według określonych potrzeb, samoistnie usuwane, kiedy mija ich termin przydatności, mogą podlegać wymianie, automatycznie wracać do właściciela, gdy odbiorca nie wywiąże się z ustalonych warunków transakcji – nie zapłaci na czas, lub nie wyśle towaru do kupującego. Można zatem rzec, że są o wiele bezpieczniejszym i wygodniejszym środkiem płatniczym. Ale czy na pewno?

Chwilowa fanaberia czy plan inwestycyjny na lata?

Kryptowaluty stanowią nowy rodzaj aktywów. Inwestycja ta jest jednak obarczona pewnym ryzykiem i wymaga wiedzy na temat wirtualnych pieniędzy i inwestowania w nie. Jest dobrym rozwiązaniem dla osób, które poza chwilową fascynacją zgłębiły chociaż trochę wiedzy na czym to polega, realnie interesują się tematem i chcą pogłębiać swoją wiedzę w tym zakresie.

W przeciwieństwie do innych, na ten rodzaj walut nie ma wpływu polityka monetarna banków centralnych i wydarzenia makroekonomiczne. Z uwagi na skokowy wzrost popularności niektórych kryptowalut ich cena drastycznie wzrosła w ostatnich nie tylko miesiącach, ale przede wszystkim dniach.

Jeśli ktoś zainwestował w odpowiednim momencie np. w Ethereum kilka miesięcy temu to bez wątpienia doczekał się potężnego zwrotu z tej inwestycji. Za inwestowaniem w kryptowaluty przemawia ich cena zwyżkująca i wciąż rosnące zainteresowanie – to między innymi dlatego do rynku dołączają kolejni inwestorzy – komentuje Michał Kwieciński, CEO/Advisor CCG mining.

Pokusa zarobku jest wielka, a liczby mówią same za siebie.

Wielki boom

Jak wynika z danych portalu cryptocompare.com, Polska jest na 6. miejscu pod względem wymiany złotego na Bitcoina. Udział Polaków wyniósł 0,46 proc. handlu wirtualną walutą na świecie, co dało wartość ok. 21 mln zł. Sama zaś wartość kryptowalut w ostatnich dniach pobija wszelkie rekordy.

Na przestrzeni ostatnich tygodni obserwowaliśmy jak wirtualne waluty traciły na wartości. Dołek był solidnie zauważalny. Inwestorzy – szczególnie Ci, którzy co dopiero zachłysnęli się kryptowalutami – patrzyli z pewną dawką niepewności na to, co dzieje się na rynku. Jednak po chwili sytuacja nagle się odmieniła i jak pokazują raporty, wirtualne waluty, będące w publicznym obrocie, ustanowiła nowy rekord wszech czasów i przebiły granicę 120 mld dolarów, pobijając tym samym 116,2 mln z 12 czerwca. Potencjał, jaki niesie ze sobą blockchain docenia również Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie, która to analizuje, czy i w jaki sposób mogłaby wykorzystać tą technologię – mówi Kwieciński.

Wielki boom jaki możemy obserwować w pierwszych tygodniach sierpnia bez wątpienia przyciągnie kolejnych inwestorów. Jednak czy będą oni wiedzieli, nie tylko jak sięgnąć po wirtualne waluty, ale też które z nich wybrać.

Zainwestuj i Ty

Wizja osiągnięcia zysków z wydobywania na poziomie ponad 100% w skali tygodnia z pewnością jawi się jako wielce atrakcyjna. Niemniej jednak należy mieć na uwadze, że inwestowanie w niszowe kryptowaluty to wybór związany z dużym ryzykiem. Wiele mało popularnych wirtualnych walut, po upływie początkowego okresu, kiedy zainteresowanie inwestorów traci na wartości, stwarza problemy ze sprzedażą. W takiej sytuacji największy dochód osiągną osoby, które wprowadziły kryptowalutę na rynek i sprzedały ją w odpowiednio szybkim czasie. Rozpoczynający swoją przygodę inwestorzy powinni zdobywać doświadczenie, handlując najbardziej popularnymi kryptowalutami jak Bitcoin, Litecoin czy Ethereum.

Przechodząc do technicznego punktu procesu pozyskiwania wirtualnych walut, pojawiają się zasadniczo dwie opcje – inwestycja we własny sprzęt lub jego dzierżawa. Zważywszy na koszty sprzętu i jego późniejszej eksploatacji, idealnym rozwiązaniem dla poczatkujących użytkowników będzie właśnie ta druga opcja. Przede wszystkim dlatego, że o nic nie muszą się martwić, ponieważ wszystkim zajmuje się firma będąca dzierżawcą powierzchni w swoich farmach wydobywczych i oferuje już skonfigurowany, w pełni gotowy do pracy sprzęt. Jeśli ktoś natomiast jest entuzjastą technologii, sam chce się skupić i zaangażować w wydobywanie, jak najbardziej może takowy sprzęt nabyć i we własnym zakresie wydobywać kryptowaluty. Trzeba tu jednak wziąć pod uwagę, że będzie to wiązało się z kosztami nie tylko zakupu maszyn, ale także chociażby z wysokimi opłatami za zużycie energii. Nie sposób również zapomnieć o potrzebnej wiedzy na temat rynku wirtualnych pieniędzy i znajomości algorytmów. Jednakowoż wszystko zależy tutaj od poziomu wiedzy, zaangażowania, czasu jaki chce się temu poświęcić i nade wszystko posiadanego kapitału inwestycyjnego, celu inwestycyjnego oraz tempa w jakim chce się osiągnąć stopę zwrotu z inwestycji.

Kryptowaluty zostały stworzone w celu ograniczenia lub wyeliminowania ingerencji rządów i banków centralnych w życie ludzi. Jak nietrudno zauważyć, Polska odgrywa niemałą rolę w kolejnej fali cyfrowej rewolucji. Czy to nasza forma buntu przeciwko narzucanym odgórnie zasadom? Czy kryptowaluty staną się realnym zwiastunem nowego systemu finansowego? By odpowiedzieć na te i wiele podobnych pytań, przyjdzie nam jeszcze poczekać. Jedno jest pewne – zarabiamy na tym, a to Polacy chyba cenią sobie najbardziej.

 

Źródło: Mamezi Studio

 

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Źródło: MondayNews.pl

Bardzo długa historia o próbie rozwiązania problemu kredytów frankowych wydaje się zmierzać do końca. Potwierdziły to słowa lidera partii rządzącej, Jarosława Kaczyńskiego, który stwierdził, że frankowicze powinni wziąć sprawy w swoje ręce tj. walczyć z bankami w sądach. Następnie dodał, że państwo nie może podejmować decyzji, które mogłyby zachwiać stabilnością systemu bankowego. Ten zdecydowany komentarz nie tylko zawiódł kredytobiorców wierzących w realizację obietnic wyborczych obecnej władzy, ale równocześnie istotnie zredukował ryzyko ciążące całemu sektorowi bankowemu.

Najpierw były wielkie zapowiedzi oraz stwierdzenia, że przewalutowanie kredytów walutowych nie jest zadaniem trudnym, zwłaszcza przy możliwości zaangażowania banku centralnego. Następnie NBP jasno odizolował się od kwestii kredytów frankowych, a zespół prezydenckich ekspertów zaprezentował kilka złych ustaw. Efektem finalnym okazała się ustawa o zwrocie niesłusznie naliczonych spreadów, która de facto także nie była dobrym rozwiązaniem. W rezultacie temat jakby przepadł bez wieści.

Brak pomocy ze strony państwa oznacza, że jedynym rozwiązaniem dla frankowiczów pozostaje droga sądowa. Ta nie jest prosta, o czym wielu z nich zdążyło się już przekonać, a co więcej nie gwarantuje sukcesu. Do tej pory znane są jedynie pojedyncze przypadki, w których to kredytobiorca zwyciężył z bankiem. Wydaje się, że wielu zadłużonych w walucie obcej nie podejmie takiego wysiłku, chociażby ze względu na wysokie koszty i niskie prawdopodobieństwo sukcesu. To oznacza, że frankowicze będą musieli spłacać swoje zobowiązania na dotychczasowych warunkach. Niemniej, jak wskazują badania, do tej pory ze swoich obowiązków wywiązywali się wzorowo, znacznie lepiej niż osoby zadłużone w polskiej walucie.

W bardziej korzystnej sytuacji znajdują się banki. Jeżeli słowa prezesa PiS nie były rzucone na wiatr, to branża może odetchnąć z ulgą. To nie oznacza jednak, że ryzyko związane z kredytami frankowymi zostanie całkowicie zlikwidowane. Te kontrowersyjne aktywa nadal będą utrudniać prowadzenie biznesu, toteż banki prędzej czy później być może zdecydują się na ich stopniowe przewalutowanie, oczywiście na swoich warunkach. To oznacza, że koszty banków będą relatywnie niewielkie i rozłożone w czasie.

Na słowa Jarosława Kaczyńskiego inwestorzy zareagowali natychmiastowo, aczkolwiek jednorazowo. Po jednodniowej euforii, póki co nie widać dalszych odznak wzmożonego entuzjazmu. Rynek najprawdopodobniej będzie czekał, bacznie obserwując dalszy rozwój zdarzeń. Mimo wszystko wypowiedź polityka raczej pozytywnie została oceniona przez inwestorów, zwłaszcza tych zagranicznych. Tym niemniej należy podkreślić, że sektor bankowy od ponad dwóch miesięcy jest wyróżniającym się segmentem na warszawskim parkiecie. Inwestorzy wierzą w ten biznes, bowiem mają ku temu podstawy. Według NBP, zysk sektora bankowego wzrósł o 24% rdr w 2016 r. Dane te znalazły swoje odzwierciedlenie w solidnych wynikach finansowych za czwarty kwartał 2016 r., które zostały opublikowane przez ING, Pekao czy też mBank. Niewykluczone, że wyniki pozostałych podmiotów z tegoż sektora także wpiszą się w niniejszą tendencję.

Banki udowodniły, że potrafią sobie poradzić pomimo niesprzyjających im warunków. Obciążenie z tytułu podatku bankowego nie okazało się dotkliwe, a co więcej owe koszty zostały przeniesione na konsumentów. Ponadto, wielu przedstawicieli branży rozwija swój biznes i poprawia wyniki. Oczekiwania są tym większe, gdyż najnowsze dane makroekonomiczne wskazują na kiełkujące ożywienie gospodarcze, natomiast realizacja perspektywy unijnej ma w końcu przyspieszyć. To generuje szansę na wzrost krajowych inwestycji, toteż na wzmożone zapotrzebowanie na kredyt. Co więcej, rosnące oczekiwania inflacyjne pobudzają nadzieję na podwyżkę stóp procentowych.

Mimo wszystko warto nieco studzić entuzjazm. Podwyżka stóp procentowych raczej pozostaje odległym scenariuszem, bowiem RPP wyraźnie podkreśla, że rok 2017 nie przyniesie żadnych zmian w polityce pieniężnej. Ryzyko związane z kredytami frankowymi wyraźnie spadło, jednakże jeszcze nic nie zostało przesądzone. Dodatkowo nie do końca wiadomo, jak na sektor wpłyną nowe przepisy dotyczące naliczania składek do BFG. Warto również pamiętać, że wyceny wskaźnikowe polskich banków na tle całej branży w naszym regionie, a nawet Europy Zachodniej, pozostają wymagające.

Podsumowując, wiele wskazuje na to, że frankowy roller coaster może zakończyć się happy endem dla banków oraz rozwianymi nadziejami kredytobiorców. To z kolei wpłynie na poprawę atrakcyjności sektora bankowego, który już od kilku miesięcy wydaje się odzyskiwać swój blask. W efekcie być może warto zwiększyć ekspozycję na ten sektor, chociaż kluczem do sukcesu najprawdopodobniej pozostanie wnikliwa selekcja. Rok 2017 dla tej branży zapowiada się obiecująco, ale jeżeli koniunktura gospodarcza nie zawiedzie, a RPP zrewiduje politykę monetarną najwcześniej za rok, to co najlepsze dla banków może nadejść dopiero w 2018 r.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ożywienie w strefie euro, stopniowe odchodzenie Europejskiego Banku Centralnego od ultra luźnej polityki monetarnej, wreszcie zadyszka dolara – wszystko to wpływa korzystnie na kurs euro, który w drugiej połowie roku może się istotnie umocnić.

Dolar za 1 euro? Jeszcze niedawno wydawało się, że osiągniecie parytetu na parze EUR/USD jest kwestią czasu, bo amerykańska waluta po sześciu latach umacniania się wobec europejskiej odpowiedniczki, pod koniec 2016 r. zyskała dodatkowo wiatr w żagle za sprawą wygranej Donalda Trumpa. Po trzech miesiącach od wyborów scenariusz dalszego wzmacniania się dolara wcale nie jest taki pewny. Są natomiast podstawy, żeby spodziewać się wzrostu kursu euro.

Symptomy zmian w eurolandzie

Wspólna waluta ma za sobą ciężki okres związany z wewnętrznymi problemami UE, a jej kurs dodatkowo znajdował się pod presją wydarzeń za oceanem. Europejska gospodarka znacznie wolniej wychodzi z kryzysu niż amerykańska, która radzi sobie na tyle dobrze, że bank rezerw federalnych zarzucił już dawno politykę luzowania ilościowego i wszedł na ścieżkę zacieśniania polityki monetarnej. W euro strefie bank centralny kontynuuje ultra liberalną politykę pieniężną, choć można zaobserwować pewne zmiany w podejściu EBC do jej kontynuowania. Program stymulacji gospodarki euro landu (QE – luzowanie ilościowe) został przedłużony do grudnia, ale od kwietnia redukcji ulegnie jego wartość z 80 mld euro do 60 mld EUR miesięcznie.  Można oczekiwać, że w przyszłym roku EBC będzie chciał powoli odchodzić od ultra luźnej polityki monetarnej, przejawiającej się ujemnymi  stopami  procentowymi oraz programem QE,  co będzie sprzyjać umacnianiu się europejskiej waluty.

W strefie euro oczekiwania jest kontynuacja umiarkowanego ożywienia gospodarczego opartego głównie na konsumpcji wewnętrznej. Rośnie też presja inflacyjna w poszczególnych krajach euro strefy i coraz liczniejsze są głosy na rzecz rewizji polityki EBC, co może skutkować odwrotem od ujemnych stóp procentowych.

Polityczne czynniki ryzyka

Euro może w drugiej połowie roku zacząć umacniać się wobec dolara, któremu powoli wyczerpuje się paliwo do dalszych wzrostów. Jego kurs w ostatnim czasie zwyżkował w związku z oczekiwaniami wobec nowej amerykańskiej administracji. Brak realizacji działań zapowiedzianych przez Donalda Trumpa może spowodować przecenę. Sam prezydent daje wyraźnie do zrozumienia, że dolar jest zbyt mocny. Niedawno guru zarządzającego portfelami obligacji  Bill Gross powiedział, że USA i świat potrzebują słabego dolara.

Niezależnie od zaklęć amerykańskiej administracji i części rynku, dolar wciąż jest w cenie ze względu na spodziewane podwyżki stóp w USA. Tyle, że dalszy potencjał wzrostu jego kursu może być ograniczony, gdyż podwyżki w znacznej części mogą być już w cenach. Poza tym,  historycznie rzecz ujmując dolar zawsze najmocniejszy był w momencie pierwszej z zapowiadanego cyklu podwyżek, a ta jest już za nami.

Wszystkie te czynniki powodują, że prognozy dla pary EUR/USD nie są wcale oczywiste i europejska waluta po słabszych latach może wrócić do formy. Cieniem na tegorocznych prognozach kładą się jednak ryzyka polityczne związane z całą serią wyborów w UE: parlamentarne w Holandii i Niemczech, prezydenckie we Francji. Wygrana populistycznych partii zwiększające prawdopodobieństwo rozpadu zarówno strefy euro jak samej Unii stanowi poważne ryzyko dla wspólnej waluty.

 

Autor: Konrad Grzelec, BGŻOptima

Lael Brainard z Fed uderzyła w gołębie tony i przygasiła zapał tych inwestorów, którzy oczekiwali zmian na polu stóp procentowych w przyszłym tygodniu. Jednak sentyment na rynkach się poprawił, a przynajmniej uspokoił, choć niepewność w odniesieniu do globalnego krajobrazu polityki monetarnej pozostaje wysoka.

Na parę godzin przed startem okresu zamkniętego dla wypowiedzi członków FOMC, Lael Brainard z zarządu Fed potwierdziła, przed czym ostrzegaliśmy – jej nastawienie jest gołębie i nie było podstaw, by nagle jej poglądy miały się odmienić. Jej zdaniem konieczna jest ostrożność w podnoszeniu stóp procentowych, gdyż proces ten wiąże się z ryzykami. Dodała, że tempo dostosowania polityki pieniężnej w kierunku neutralnej stopy procentowej może być relatywnie skromniejsze niż wcześniej sądzono, a także podkreśliła, że inflacja w USA pozostaje „istotnie poniżej celu 2 proc.”. Komentarze Brainard stoją w kontrze z dominującymi ostatnio jastrzębimi wypowiedziami innych członków FOMC i pokazują, że Komitet nie jest jednomyślny w odniesieniu do ścieżki stóp procentowych. Podtrzymujemy zdanie, że wrzesień nie przyniesie podwyżki i Fed poczeka z decyzją do grudnia. Rynek stopniowo też traci nadzieję, gdyż rynkowa wycena prawdopodobieństwa podwyżki za tydzień spadła z 30 proc. do 22 proc.
Przeciwwaga ze strony Brainard pomogła uspokoić nastroje na rynkach finansowych. Wall Street zaliczyło zdrowe odbicie, negując dwie trzecie piątkowych spadków. USD na początku reagował negatywnie, ale finalnie straty były ograniczone. Nawet po stronie amerykańskiego rynku długu reakcja była dość skromna – rentowności obligacji 10-letnich spadły tylko 3 pb do 1,66 proc. w porównaniu do rajdu prawie 10 pb od piątkowego dołka. Ta asymetria w reakcji mów nam, że mimo pogrzebania szans na podwyżkę Fed, inwestorzy nie spieszą się do powrotu do aktywnego handlu. Piątkowa panika to nie tylko wątpliwości odnośnie zwrotu w polityce Fed, ale także pytania dotyczące przyszłości ECB i Banku Japonii, gdzie coraz głośniej mówi się o bezowocności dalszej ekspansji monetarnej. Pod tym kątem możliwe jest, że za tydzień to nie posiedzenie Fed będzie skupiać uwagę, ale właśnie decyzja Banki Japonii (obie 21 września).

Z perspektywy rynku walutowego niepewność jest karmą dla awersji do ryzyka, zatem odreagowanie przeceny przez waluty rynków wschodzących i surowcowe może przebiegać nierówno z większym wpływem czynników lokalnych. Systematycznie słabnięcie jastrzębich oczekiwań przed przyszłotygodniowym posiedzeniem FOMC w kolejnych dniach może wywierać presję na pozycję USD względem EUR i JPY.

Dziś w kalendarzu za nami już dane o aktywności z Chin z lepszymi odczytami sierpniowej produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej, choć nie zmieniają one ogólne obrazu stanu gospodarki. Następne są dane o inflacji CPI ze Szwecji, gdzie słabszy odczyt (prog. 1,5 proc. r/r) może zacząć skłaniać Riksbank do przemyślenia ich pasywnego nastawienia. Inflacja z Wielkiej Brytanii może już pokazywać pierwsze efekty tąpnięcia wartości funta po czerwcowym referendum, ale to żadem powód, by wzmacniać optymizm w stosunku do gospodarki. Mimo to przynajmniej wstępna reakcja GBP może być zauważalna, choć w odniesieniu do pozostałych wydarzeń w dalszej części tygodnia (dane z rynku pracy, sprzedaż detaliczna, decyzja Banku Anglii) widzimy ryzyko negatywnych impulsów. W niemieckim raporcie ZEW powinniśmy zobaczyć niewielki wzrost oceny perspektywy, ale ostatnie miesiące pokazują, że rynek coraz mniej reaguje na publikacje z Eurolandu. Po południu saldo rachunku bieżącego i inflacja bazowa z Polski nie powinny ruszyć rynkiem złotego. Przy defensywnych nastrojach w otoczeniu zewnętrznym trudno będzie o zaobserwowanie odbicia złotego.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W 2016 r. oczekujemy przyspieszenia tempa wzrostu PKB w gospodarce światowej do 3,5%. Jednocześnie dynamika ta będzie bardzo wrażliwa na wszelkie zmiany w globalnej polityce pieniężnej. Jest to o tyle ważny czynnik, że po raz pierwszy w historii działania największych banków centralnych stały się rozbieżne. Podczas gdy amerykańska Rezerwa Federalna rozpoczęła cykl podwyżek stóp procentowych, Europejski Bank Centralny, a także japoński bank centralny w dalszym ciągu utrzymują luźną politykę monetarną. Warto przy tym podkreślić, że zacieśnianie polityki pieniężnej w USA nigdy nie przebiegało tak łagodnie. Co prawda Fed podwyższył stopy do 0,25–0,5%, ale pozostaje gołębi, podkreślając, iż cykl podwyżek stóp procentowych będzie miał charakter stopniowy i będzie uzależniony od danych napływających z gospodarki. Poziom stóp procentowych w USA na koniec 2016 r. może wynieść 0,75–1,0%.

Warto dodać, że prognozowany wzrost w światowej gospodarce będzie się dokonywał w otoczeniu niewielkiej presji inflacyjnej. Spodziewana niska inflacja to przede wszystkim „zasługa” taniejących ropy i żywności, a także sytuacji w Chinach. W Państwie Środka dokonuje się transformacja modelu gospodarczego (z opartego na eksporcie i inwestycjach na oparty na konsumpcji wewnętrznej), której najważniejszą konsekwencją jest spadek zapotrzebowania na surowce. Najważniejsze jest jednak to, że Chiny powinny uniknąć prognozowanego przez niektórych twardego lądowania, czyli gwałtownego spadku dynamiki PKB. Spodziewamy się, że wzrost gospodarczy w Państwie Środka w 2016 r. łagodnie spowolni do ok. 6–6,5%.

Bardziej zróżnicowana okazuje się sytuacja w krajach emerging markets. Większość tamtejszych gospodarek opiera się na eksporcie surowców, co – w dobie silnego dolara – będzie powodowało ich słabość. Należy tu zwrócić uwagę na eksporterów netto surowców, którzy dodatkowo borykają się z problemami strukturalnymi (vide Brazylia, Rosja, Indonezja, Australia, kraje MENA). Warto natomiast kupować aktywa w krajach z dużym deficytem obrotów bieżących, związanym z importem surowców oraz relatywnie tanią lokalną walutą, takich jak Indie i Filipiny. Spadek cen ropy naftowej powoduje, że kraje, które są importerami surowców energetycznych, będą miały niższą inflację oraz znacząco poprawią swój deficyt obrotów bieżących.

Gospodarka polska

W Polsce spodziewamy się lekkiego spowolnienia gospodarki z 3,6% do 3,2%. Jeśli polski rząd doda impuls fiskalny, to PKB może wzrosnąć do 3,4–3,5%. Jakie czynniki będą miały pozytywny, kluczowy wpływ na kształtowanie się wzrostu gospodarczego? Przede wszystkim konsumpcja wewnętrzna – główna siła napędowa polskiego PKB. Oczekujemy wzrostu siły nabywczej polskiego społeczeństwa ze względu na realny wzrost funduszu płac, deflację oraz impuls fiskalny w postaci programu „500 zł na dziecko i podwyższenie kwoty wolnej od podatku. Ponadto polskim przedsiębiorcom powinien sprzyjać eksport netto, który jest wspierany przez słabego złotego oraz kondycja naszych partnerów handlowych, w tym Niemiec. Pod znakiem zapytania stoją natomiast inwestycje w sektorze prywatnym i publicznym. Jeśli jednak rząd będzie realizował program inwestycyjny, to na PKB będzie to oddziaływało pozytywnie.

Jak inwestować w 2016 r.?

Patrząc całościowo na wszystkie klasy aktywów, podobnie jak w 2015 r., preferujemy akcje względem obligacji (zarówno skarbowych, jak i korporacyjnych), ale zmienność będzie wysoka, najprawdopodobniej zbliżona do obserwowanej w 2015 r. Za rynkiem akcji przemawia jego relatywna atrakcyjność, otoczenie makroekonomiczne (perspektywy gospodarcze, inflacja, banki centralne), a także perspektywy zysków spółek i wzrost efektywności biznesowej przedsiębiorstw. Z kolei alternatywą dla bezpiecznych obligacji skarbowych w panującym środowisku niskich rentowności mogą być inwestycje alternatywne o charakterze market-neutral.

Akcje

W ujęciu globalnym zdecydowanie lepiej oceniamy perspektywy akcji rynków rozwiniętych (developed markets) niż wschodzących (emerging markets).

Najatrakcyjniej prezentują się akcje europejskie (z naciskiem na strefę euro i Szwajcarię) oraz japońskie. Sprzyjają im atrakcyjniejsze niż w USA wyceny (np. wskaźnik cena/zysk), stopa dywidendy oraz prognozowana poprawa efektywności (ROE, marże). Kontynuacja programu luzowania ilościowego (QE) przez EBC oznacza, że euro będzie w dalszym ciągu tanie względem dolara amerykańskiego. W rezultacie tańszy będzie też eksport z Unii Europejskiej, na czym skorzystają np. Niemcy, a pośrednio również kraje CE4 (Polska, Czechy, Słowacja i Węgry). Warto też wspomnieć o możliwym pozytywnym wpływie efektu drugiej rundy, tzn. wzrostu płac w efekcie wzrostu inflacji (wraz z kontynuacją ożywienia w gospodarce spodziewany jest jej stopniowy wzrost). Prognozowana stopa zwrotu z akcji europejskich i japońskich w 2016 r. to 6–8%.

Do akcji amerykańskich (choć również należą one do segmentu rynków rozwiniętych) podchodzimy bardziej sceptycznie. Ich ceny są wyższe niż w przypadku akcji spółek europejskich, a oczekiwana stopa dywidendy jest niższa.

W obrębie rynków wschodzących najbezpieczniejszą opcją inwestycyjną wydaje się teraz selektywny wybór krajów wschodzącej Azji oraz Meksyku. W pozostałych regionach relacja zysku do ryzyka jest obecnie niekorzystna. Szczególnie negatywnie prezentuje się sytuacja w Rosji i Brazylii. Nie dość, że prezentują się one słabo od strony makroekonomicznej, to są uzależnione od surowców (których ceny spadają) i ciąży nad nimi ryzyko polityczne.

Polska

Polityka – tak w skrócie można określić główny czynnik, który będzie determinował zachowanie indeksów na warszawskiej giełdzie. Pozytywny jest natomiast fakt, że dużo negatywnych informacji już uwzględniono w cenach akcji, a nawet skala przeceny niejednokrotnie przewyższa możliwy rzeczywisty wpływ konkretnych decyzji politycznych. Tak jest np. w przypadku sektora finansowego. Również małe i średnie spółki wyglądają korzystnie po przecenie. Dlatego gdy kurz opadnie, emocje powinny wygasnąć, a na pierwszy plan wysuną się fundamenty. Taki scenariusz, przy założeniu braku zmian dotyczących OFE, pozwala na umiarkowanie optymistyczne oczekiwania co do akcji polskich w 2016 r. Szczególnie że nasza gospodarka wciąż znajduje się w trendzie wzrostowym.

Obligacje

Co do zagranicznych rynków obligacji, spodziewamy się, że wzrosną rentowności obligacji w centrum strefy euro – głównie w Niemczech. W USA rentowności na długim końcu krzywej (czyli o dłuższym terminie zapadalności) powinny zachowywać się stabilnie, natomiast rentowności papierów krótkoterminowych mogą rosnąć w odpowiedzi na kolejne podwyżki stóp procentowych ogłoszone przez Fed. W tej sytuacji preferujemy obligacje z krajów peryferyjnych strefy euro (Hiszpania, Włochy), a także obligacje skarbowe z rynków wschodzących denominowane w dolarach. Za tymi drugimi przemawia brak ryzyka walutowego i atrakcyjna rentowność absolutna.

W obrębie obligacji korporacyjnych preferujemy europejskie obligacje high yield (ryzykowne z wysokim oprocentowaniem) oraz amerykańskie papiery z ratingiem inwestycyjnym (investment-grade). Za pierwszymi przemawia spadające zadłużenie spółek oraz mały udział emitentów z sektora energetycznego i materiałowego w porównaniu z USA. Z kolei amerykańskie obligacje investment-grade są bezpieczniejsze niż high yield i oferują przyzwoitą rentowność.

W Polsce jednym z ważniejszych czynników będzie powołanie w styczniu nowej, gołębiej Rady Polityki Pieniężnej. Jeśli inflacja będzie się utrzymywać poniżej 1% (ryzyko stanowi podatek od supermarketów oraz zachowanie ceny ropy naftowej), możliwa jest obniżka stóp procentowych o 50 punktów bazowych (z 1,5% do 1%). Pewne obawy budzi polityka fiskalna prowadzona przez polski rząd. Problem polega na tym, że w kształtowaniu budżetu wydatki planowane przez państwo w zbyt dużym stopniu przekraczają możliwe do pozyskania wpływy (np. z tytułu zadłużania się czy podatków). Jeśli więc nawet dojdzie do obniżki stóp procentowych, dla polskich obligacji może to oznaczać spadek rentowności papierów krótkoterminowych, a jednocześnie wzrost rentowności papierów o długim terminie zapadalności (przez wzgląd na wyższe ryzyko). Cieszy natomiast fakt, że zagraniczne instytucje wydają pozytywne rekomendacje dla polskiego długu, ponieważ zagraniczni inwestorzy posiadają 60% wyemitowanych przez rząd obligacji skarbowych.

Surowce

W 2016 r. dolar nie powinien umacniać się tak silnie, jak w 2015 r. To oznacza, że nie powinno dojść do dużych spadków cen surowców. Jednocześnie brakuje czynników, które mogłyby ­– przynajmniej w pierwszym półroczu – pobudzić wzrosty na tym rynku. Hamulcem jest przede wszystkim utrzymująca się nadpodaż surowców na rynku.

W odniesieniu do poszczególnych surowców oczekujemy ustabilizowania się w 2016 r. sytuacji na rynku ropy i zmniejszenia jej obecnej nadpodaży. W pierwszym półroczu możliwe są duże wahania kursu tego surowca – ze względu na działania OPEC i zniesienie sankcji gospodarczych dla Iranu. Druga połowa roku powinna przynieść stabilizację i prawdopodobny wzrost kursu ropy naftowej z powodu zwiększonego popytu oraz ograniczenia produkcji w Stanach Zjednoczonych.

Metale szlachetne czeka trudny rok, ponieważ ich kursy mogą ulegać presji oczekiwań dalszych podwyżek stóp procentowych w USA, a co za tym idzie – silniejszego kursu dolara. Rzeczywista podaż i popyt na te surowce mogą mieć mniejsze znaczenie dla ich ceny niż działania i komunikaty przekazywane przez Fed.

Metale przemysłowe będą w dalszym ciągu pod presją wysokiej nadpodaży. Ogłaszane w tym roku cięcia produkcji nie były wystarczające, aby rynki spojrzały na te surowce przychylniejszym okiem. Osłabianie walut lokalnych krajów rozwijających się i niska cena ropy tworzą przestrzeń do dalszej obniżki kosztów wytwarzania metali przemysłowych, co przy utrzymującej się nadpodaży może doprowadzić do deprecjacji ich kursów.

Waluty

Na progu 2016 r. zakład rynkowy na umocnienie się dolara amerykańskiego jest tak zatłoczony, że naszym zdaniem pierwsza część przyszłego roku upłynie pod znakiem jego osłabienia lub stabilizacji w relacji do innych walut. Jednocześnie amerykańska waluta w drugim półroczu może ponownie – wraz z kolejnymi podwyżkami stóp procentowych przez Fed – zacząć się umacniać. Szczególnie widoczne może to być w odniesieniu do walut azjatyckich (japońskiego jena i chińskiego juana).

Nieumacniający się dolar to dobra wiadomość dla walut z rynków wschodzących np. tureckiej liry), które są mocno wyprzedane. W takim otoczeniu inwestorzy mogą ponownie zacząć je kupować, co przełoży się pozytywnie na lokalne rynki akcji.

Podsumowanie

Za każdym razem, gdy mówimy o dobrych perspektywach, z drugiej strony kryją się potencjalne czynniki zagrożenia. Pierwszym z nich, z punktu widzenia globalnych rynków, może być szybsza ścieżka podwyżek stóp procentowych w USA. Drugim – referendum w sprawie Brexitu (wyjścia Wielkiej Brytanii ze strefy euro) oraz kwestia uchodźców w Unii Europejskiej. Ponadto trzeba brać pod uwagę możliwą dewaluację juana (w ślad za nim mogłyby podążyć inne waluty krajów wschodzących) czy też konflikty regionalne, np. w Syrii czy na Ukrainie. W Polsce czynnikiem zagrożenia może być rozpoczęcie zmian w systemie emerytalnym (wspomniane OFE).

Jednocześnie nie zapominajmy, że nie ma roku, w którym rynkom finansowym nie zagrażałby choćby jeden czynnik ryzyka. Dlatego kluczowe będzie przyjęcie aktywnej strategii i poszukanie okazji inwestycyjnych także na globalnych rynkach.

 Ocena perspektyw dla poszczególnych sektorów w 2016 r.

Banki neutralnie
Energetyka negatywnie
Telekomunikacja negatywnie
Surowce negatywnie
Handel pozytywnie
Paliwa neutralnie
IT pozytywnie
Budownictwo pozytywnie
Przemysł pozytywnie

 

Zbigniew Jakubowski, Wiceprezes Union Investment TFI

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...