sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "Polak"

Polak

Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków. W 2050 roku liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy osobami w wieku mobilnym i poprodukcyjnym potrzeba 10,6 mln osób. Jednym z rozwiązań, które może zapobiec kryzysowi demograficznemu na rynku pracy jest jego szersze otwarcie na cudzoziemców. Przepisy wchodzące w życie od przyszłego roku dotyczące zatrudniania cudzoziemców nie zmienią znacząco sytuacji na rynku pracy. Wprowadzą za to więcej wymogów formalnych dla pracodawców z sektora rolnego, ogrodniczego i turystycznego.

Polskiemu rynkowi pracy grozi kryzys

W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych zjawisk w polskim życiu społecznym jest migracja Polaków, w tym szczególnie młodego pokolenia. Z danych GUS wynika, że w 2016 roku poza granicami Polski przebywało ponad 2,5 mln Polaków. W 2080 roku Polska może być krajem, który będzie miał niespełna 30 mln mieszkańców. Czy sytuację demograficzną Polski mogą zmienić obcokrajowcy? Bardziej intensywna imigracja do Polski była do tej pory przewidywana przez demografów dopiero po 2030 roku. Imigranci mają sprawić, że w 2080 roku populacja Polski będzie większa o 1,2 mln osób. Kryzys demograficzny pozostaje nie bez wpływu na rynek pracy. Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków, w 2050 r. liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln osób. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy Polakami w wieku poprodukcyjnym i mobilnym potrzeba 10,6 mln osób.

– Nawet jeżeli w najbliższych latach w Polsce utrzyma się stały napływ imigrantów z Ukrainy, to i tak nie wystarczy to, aby zatrzymać negatywne tendencje demograficzne. Potrzebujemy przynajmniej 4,5 mln osób w wieku produkcyjnym. Do naszego kraju musieliby przyjechać wszyscy Ukraińcy deklarujący chęć wyjazdu do Polski, czyli ponad 4 mln osób – mówi Piotr Arak, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych Deloitte.

W Polsce pracują głównie Ukraińcy

W Polsce od 2014 roku widoczny jest znaczny wzrost liczby zezwoleń na pracę wydanych firmom zatrudniającym obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. W 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego wyniósł on 93 proc. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę przekroczył 100 proc. (w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 r.). W tym czasie takie zezwolenia otrzymało ponad 108 tys. osób.

– W ogólnej liczbie wydanych zezwoleń dominują obywatele Ukrainy. W 2016 roku otrzymali około 83 proc. z nich. Pozostały odsetek przypada na obywateli Białorusi, Mołdawii, Indii, Chin oraz innych krajów trzecich – mówi Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W przepisach polskiego prawa istnieje uproszczona forma zatrudniania cudzoziemców (dotycząca cudzoziemców pochodzących z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy) pozwalająca na ich angażowanie bez konieczności uzyskiwania zezwolenia na pracę na okres sześciu miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Również w tym przypadku zdecydowana większość oświadczeń dotyczyła obywateli Ukrainy – aż 96 proc. z ponad 1,3 mln oświadczeń zarejestrowanych w 2016 r. przypadało na Ukraińców (95 proc. w pierwszym półroczu 2017 r.). Pracowników z Ukrainy zatrudnia bądź zatrudniało 16 proc. polskich firm. W tej grupie prym wiodą duże podmioty, wśród których współpracę z kadrą ze Wschodu zadeklarowało 44 proc. W przypadku średnich firm odsetek ten wyniósł 21 proc., a w małych 13 proc.

Nowe zasady dla rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki

Na początku sierpnia 2017 roku Prezydent podpisał nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która wprowadza szereg zmian w zakresie legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2018 roku. Nowa ustawa implementuje, m.in. postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/36/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego.

Co się zmieni? Przede wszystkim pojawi się nowy rodzaj zezwolenia na pracę – zezwolenie na pracę sezonową. Będą się mogli o nie ubiegać obywatele wszystkich państw spoza UE. Zezwolenia będą wydawane dla trzech sektorów: rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki. Warunkiem zatrudnienia cudzoziemca będzie przeprowadzenie przez pracodawcę tzw. testu lokalnego rynku pracy, który powinien wykazać, że na dane miejsce pracy nie ma chętnych wśród Polaków (z obowiązku przeprowadzenia testu rynku pracy będą zwolnieni obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy). Zezwolenie będzie wydawane na nie dłużej niż dziewięć miesięcy w roku kalendarzowym.

Zmieniona ustawa utrzymuje  w dalszym ciągu możliwość wykonywania pracy na podstawie uproszczonej procedury dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy, podejmujących zatrudnienie w podmiotach  spoza wymienionych wyżej sektorów. Okres wykonywania pracy na podstawie oświadczenia nadal nie będzie mógł być dłuższy niż sześć miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi będzie jednak od nowego roku odpłatne. Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców w Polsce powinni więc przygotować się na nadchodzące zmiany przepisów imigracyjnych w zależności od sektora, w którym prowadzą działalność.

Większe wymogi mają ograniczyć szarą strefę

Co ważne, nowe przepisy zakładają zaostrzenie kar dla podmiotów zatrudniających cudzoziemców nielegalnie – górny limit grzywny za wykroczenia pracodawców związane z nielegalnym zatrudnieniem zostanie od przyszłego roku podniesiony do poziomu 30 tys. zł. (obecnie limit grzywny wynosi 5 tys. zł). Jednocześnie zezwolenia na pracę oraz oświadczenia wydane w procedurze uproszczonej będą rejestrowane w systemach teleinformatycznych, do których dostęp będą miały m.in. służby kontrolujące legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców.

– Groźba dotkliwszych sankcji związanych z niezgodnym z prawem zatrudnieniem cudzoziemców może ograniczyć szarą strefę i tym samym przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania legalnymi formami zatrudnienia cudzoziemców spoza UE w Polsce, zwłaszcza tymi bardziej długoterminowymi– mówi Marcin Grzesiak.

Zdaniem ekspertów Deloitte zapowiedziane zmiany komplikują obecnie obowiązujące procedury legalizacji pracy cudzoziemców, podczas gdy zapotrzebowanie rynku na nowych pracowników rośnie i będzie nadal rosło.

– Imigracja do Polski znajdzie się pod większą kontrolą państwa i urzędów, a pracodawcy, którzy korzystają z zatrudnienia cudzoziemców muszą liczyć się z częstszymi niż dotychczas kontrolami służb sprawdzających legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców – mówi Marcin Grzesiak.

Jednocześnie, jak zaznaczają eksperci, mechanizm kontrolowania pracodawców jest w interesie samych cudzoziemców.

– Wprowadzane zmiany przy zezwoleniach na pracę sezonową wymagają chociażby wskazania, gdzie pracownicy spoza Polski będą mieszkać. Dotychczas zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki wykorzystywania obywateli zza wschodniej granicy Polski. Nowe przepisy mają zmniejszyć szarą strefę i wpłynąć na poprawę jakości życia i pracy przyjeżdżających do Polski osób – mówi Piotr Arak.

Obecnie w polskim parlamencie trwają również prace nad nowelizacją ustawy o cudzoziemcach. Projekt ustawy ma przede wszystkim na celu dostosowanie polskiego porządku prawnego do dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/66/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w ramach przeniesienia wewnątrz przedsiębiorstwa. Dotyczy ona przede wszystkim pracowników o wyższych kwalifikacjach (kadra kierownicza, specjaliści oraz stażyści) i ma wspierać ich mobilność w ramach Unii Europejskiej. Cudzoziemiec, który będzie oddelegowany do pracy w ramach podmiotów powiązanych w kilku krajach UE, będzie musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę i pobyt tylko w jednym z nich. Pozostałe kraje unijne, w zależności od długości pobytu na ich terytorium, mają obowiązek je honorować. Co ważne, część krajów UE przyjęła już te rozwiązania. W Polsce implementacja dyrektywy do polskiego porządku prawnego nadal trwa.

 

 

Autor: Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Czas coś przeżyć! Na przykład przejazd nowym Porsche Panamera Turbo S E-Hybrid Sport Turismo po torze wyścigowym w Hiszpanii. Przeżyć. Doznać. Poczuć. I przetworzyć na sztukę, skomponować utwór muzyczny, sprawić, by przynajmniej część z tych emocji dotarła do wszystkich odbiorców. W tym właśnie polski kompozytor Radzimir Dębski nie ma sobie równych. I dlatego właśnie został globalnym ambasadorem jednego z najbardziej niezwykłych modeli producenta z Zuffenhausen.

Pierwszy raz zdarza się, żeby Polak był globalnym ambasadorem tej prestiżowej marki. Ale w przypadku Jimka to nie może dziwić. Jak mało kto uosabia on wartości, z którymi kojarzone jest Porsche. Wyrasta ze swojego miejsca na Ziemi i pozostaje mu wierny, ale zarazem bez trudu, odważnie przekracza granice i jest obywatelem świata, odwołującym się do uniwersalnych emocji. Jak wtedy, gdy przed pięciu laty zgłosił się na konkurs na remiks piosenki Beyoncé i wygrał go, pokonując 3000 rywali z całego świata. Eksperymentuje, dąży do perfekcji i inspiruje. Jak wtedy, gdy dwa lata temu przedstawił utwory hip-hopowe z udziałem Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. No i uwielbia od czasu do czasu pojechać szybciej niż na co dzień – ma licencję kierowcy wyścigowego i startuje w rajdach.

Czym ujęła go Panamera? – Imponujący hybrydowy samochód. Tak, wszystko się zgadza. Ale Porsche Panamera Turbo S E-Hybrid Sport Turismo to coś więcej – opowiada Jimek. – Ten samochód łączy w sobie tak wiele nieoczekiwanych rzeczy. Samochód sportowy oferujący tak wiele możliwości. Panamera Sport Turismo może być wszystkim, czego potrzebujesz. To, że coś takiego jest możliwe, jest już samo w sobie niewiarygodne, a fakt, że działa – niebywałe. Jedyne słowo, jakie przychodzi na myśl, to wizjonerskie. Ten samochód jest po prostu genialny – dodaje.

Panamera Turbo S E-Hybrid Sport Turismo to wyjątkowy model – topowa wersja auta łączącego design z funkcjonalnością. 4-litrowy silnik V8 z odmiany Turbo łączy się tu z jednostką elektryczną, co skutkuje mocą systemową 500 kW (680 KM) i imponującym zapasem siły napędowej: już przy obrotach nieznacznie powyżej biegu jałowego Panamera Turbo S E-Hybrid Sport Turismo zapewnia 850 Nm momentu obrotowego. W rezultacie od 0 do 100 km/h przyspiesza w 3,4 s, a jej prędkość maksymalna wynosi 310 km/h.

Jednocześnie auto zachowuje wszystkie inne zalety modelu Panamera, przez co staje się autem prawdziwie uniwersalnym – dobrym zarówno do zabawy sportowej na torze, jak i do codziennej, ekonomicznej jazdy miejskiej (w trybie czysto elektrycznym może pokonać do 50 km), jak i długich, komfortowych podróży. Panamera w odmianie Sport Turismo po raz pierwszy oferuje także piąte miejsce dla pasażera – co dodatkowo zwiększa jego funkcjonalność.

Porsche Panamera Turbo S E-Hybrid Sport Turismo to zupełnie nowy model, który został przedstawiony światu dwa tygodnie temu. Auto nie miało jeszcze okazji być zaprezentowane szerokiej publiczności na targach motoryzacyjnych. Jimek miał już jednak okazję zapoznać się z nim podczas jazd na torze w Hiszpanii, które zaowocowały skomponowaniem przez niego specjalnego utworu inspirowanego tym doświadczeniem pod tytułem „RF1 for orchestra”.

 

Źródło; Porsche Polska

Oszczędzaj i ucz oszczędzać” – dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą pamiętać to hasło ze szkoły, gdy odkładali pieniądze w Szkolnych Kasach Oszczędności. Kiedyś była to właściwie jedyna forma edukacji finansowej kierowana do dzieci. Dziś tych możliwości jest już znacznie więcej. Ale co właściwie nasze zieci wiedzą o finansach i czy rodzice są dla nich odpowiednim źródłem wiedzy? Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 63 proc. Polaków uważa swoją wiedzę finansową za wystarczającą, ale jednocześnie wielu z nas nie potrafi realnie oszacować kosztów wynikających z różnych sytuacji życiowych.

Co trzeci Polak (37 proc.) rozmawia z dziećmi o finansach, a 58 proc. zachęca je do oszczędzania. Jedna piąta nie robi jednak zupełnie nic w kwestii edukacji finansowej swoich pociech. Te wyniki nie napawają optymizmem, a piętnaście-dwadzieścia lat temu było jeszcze gorzej. Jedynie 18 proc. z nas pamięta, że rodzice rozmawiali z nami o finansach, a 41 proc. było przez nich zachęcanych do oszczędzania. Jedna czwarta w ogóle nie poruszała kwestii pieniędzy z rozmowach z rodzicami. – Te deklaracje pokazują, że zarówno w przeszłości, jak i obecnie rodzice chcieliby, by ich dzieci odkładały pieniądze, ale znacznie mniej osób zdobywa się na wysiłek, by edukować je w zakresie finansów. Wygląda więc na to, że oczekujemy od najmłodszych racjonalnych postaw, ale jednocześnie nie dajemy im chociażby teoretycznej podstawy – mówi Michał Nestorowicz, Dyrektor ds. Badań i Analiz w Nationale-Nederlanden.

Co ciekawe, rodzice w wieku 40-50 lat, z uwagi na to, że posiadają starsze dzieci, bardziej angażują je w sprawy finansowe, zachęcają do oszczędzania i regularnie dają im kieszonkowe. Z kolei rodzice z pokolenia trzydziestolatków nieco częściej niż w pozostałych grupach wiekowych rozmawiają z dziećmi na tematy związane z finansami i budżetem domowym.

Nie jest tak dobrze, jak myślimy

Ciekawe jest również to, jak Polacy oceniają swoją wiedzę finansową. Za wystarczającą uważa ją prawie dwie trzecie respondentów (63 proc.). Najlepiej w tym względzie postrzegają siebie trzydziesto- i czterdziestolatkowie, częściej mężczyźni niż kobiety. A jak wygląda rzeczywistość? W obejmującym trzydzieści krajów badaniu poziomu świadomości finansowej przygotowanym przez OECD Polacy znaleźli się na ostatnim miejscu. Tylko 32 proc. ustawia sobie długoterminowe cele finansowe i dąży do ich realizacji.

Potwierdza to badanie Nationale-Nederlanden. Jedna czwarta Polaków uważa, że ogólne koszty (wydatki na prywatną opiekę medyczną, koszty leków, rehabilitacja, ewentualne utracone dochody), jakie pociąga zachorowanie na raka mieszczą się w kwocie do tysiąca złotych. Tę samą sumę wskazało 15 proc. badanych pytanych o wydatki związane z wystąpieniem zawału serca. – Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Wizyta prywatna u specjalisty to koszt od 150 do 250 zł, nie wspominając o kosztach badań, jak chociażby tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny – mówi Michał Nestorowicz. Suma łącznych wydatków ponoszonych w przypadku zachorowania na nowotwór to według Polaków średnio 5 tys. zł. Jednocześnie koszty, które trzeba ponieść w przypadku uszkodzenia samochodu w wypadku samochodowym, wyceniają średnio na 10 tys. zł. Z kolei ich zdaniem start dziecka w dorosłość, bez kosztów edukacji, to wydatek rzędu średnio 15 tys. zł, a przeciętne wydatki na emeryturze zamykają się według Polaków w sumie 2 tys. zł miesięcznie.

Przykład idzie z góry

Polacy posługują się mitami w swoich opiniach o ubezpieczeniu. Pytani o to, jaką część budżetu domowego może pochłonąć indywidualne ubezpieczenie na życie, około 25 proc. respondentów odpowiedziało, że składka musi być droga i wynosić ponad 100 zł miesięcznie. Z kolei jedna trzecia ankietowanych w ogóle nie potrafi określić jej wysokości. – Polacy są wciąż przekonani, że takie ubezpieczenie jest drogie i się nie opłaca lub po prostu nie myślą o tym. Ich wiedza na temat ubezpieczeń jest ciągle bardzo mała. Nie wiemy więc nie tylko ile ubezpieczenia kosztują, ale też co można na nich zyskać – mówi Anna Hełka, Psycholog społeczna z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Przykład ubezpieczeń pokazuje, że z edukacją finansową Polaków nie jest więc najlepiej. Tymczasem pozwala nam ona nie tylko na co dzień w lepszy sposób gospodarować domowym budżetem, ale również zabezpieczyć się przed nieprzewidzianymi sytuacjami losowymi. Podnoszenie poziomu edukacji finansowej jest nie tylko w naszym interesie, ale również najmłodszych. Zdaniem specjalistów powielają one bowiem zazwyczaj w dorosłym życiu model, który znają z domu. – Gdy rodzice nadmiernie zadłużają się, wielce prawdopodobne jest, że dzieci będą robić to samo. Jeżeli jednak zadbamy o przyszłość najbliższych, chociażby poprzez oszczędzanie czy też wykupienie ubezpieczenia, które wesprze naszą rodzinę na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, to pokażemy dzieciom, że nasza edukacja finansowa to nie tylko deklaracje – podsumowuje Michał Nestorowicz.

Zniechęcenie Polaków do lokat nie ustaje. W lipcu wypłacili z nich 1,6 mld zł, a od lutego 2016 r. łącznie już 25,6 mld zł. Co prawda, część tych pieniędzy pozostała w bankach np. na nieoprocentowanych rachunkach. Z wyliczeń Expandera wynika jednak, że w ostatnich latach coraz chętniej trzymamy oszczędności w gotówce. Przyczyną tego zjawiska jest oczywiście niskie oprocentowanie lokat, które w dużych bankach nierzadko wynosi zaledwie 0,5%.

Mamy coraz mniej pieniędzy na lokatach. Rosną natomiast kwoty zgromadzone na rachunkach bankowych i wartość gotówki. Tej ostatniej przybywa najszybciej. W lipcu poza kasami banków było aż 190 mld zł. Dla porównania, suma pieniędzy zgromadzonych przez gospodarstwa domowe i firmy na kontach i lokatach wynosiła 851 mld zł. Udział gotówki w łącznym portfelu sięgał więc 18%. Jeszcze niedawno, bo w 2013 r. było to 15%. Powoli zmierzamy natomiast w kierunku 20%, które po raz ostatni obserwowaliśmy 9 lat temu.

Gotówka w stosunku do depozytów gospodarstw domowych i firm

Gotówka zyskuje na znaczeniu m. in.  ze względu na bardzo niskie oprocentowanie lokat. Sprawdziliśmy oferty depozytów bez gwiazdek na okres 3 miesięcy w pięciu największych bankach, które mają łącznie aż 25,7 mln klientów indywidualnych. Okazało się, że najczęściej oferowana jest obecnie stawka 0,5%. To oznacza, że wpłacając 5000 zł na 3 miesiące otrzymujemy jedynie 5 zł odsetek. Nie powinno więc dziwić, że Polakom lokaty wydają się zbędne.

Oprocentowanie lokat 3-miesięcznych w 5 największych bankach

Należy jednak zaznaczyć, że trzymając pieniądze w gotówce czy na nieoprocentowanym rachunku tak naprawdę ponosimy straty. Oszczędności w takiej sytuacji tracą na wartości ze względu na inflację, która według prognoz ma wynosić ok. 2%. To oznacza, że aby choćby utrzymać realną wartość oszczędności trzeba znaleźć produkt z oprocentowaniem nie niższym niż 2,47% (więcej niż wspomniane 2% ze względu na podatek).

Nie jest to oczywiście proste, ale można znaleźć oferty lokat dające nawet 3% – 4% w skali roku. To jednak zwykle promocje kierowane przede wszystkim do nowych klientów. Często warunkiem koniecznym do założenia lokaty jest wymóg otwarcia konta. Uzyskanie wyższego oprocentowania wymaga więc nieco zachodu. Trzymając się wyłącznie jednego banku trzeba się pogodzić z bardzo niskimi stawkami.

 

Źródło: Expander

Nie dwa, jak obecnie, ale przez trzy lata osoby rejestrujące firmy będą opłacać niższe składki na ubezpieczenie społeczne – proponuje resort pracy.

Każdy Polak, który po raz pierwszy w życiu podejmuje decyzję o rozpoczęciu działalności gospodarczej zasługuje na wsparcie na starcie, polegające na obniżeniu składek na ubezpieczenie społeczne. Obecnie obowiązujące rozwiązanie, składki obniżone przez dwa lata, wprowadzono w okresie wysokiego bezrobocia. Wydłużenie do trzech lat ulgowych składek, w sytuacji dużego popytu na pracę, jest nieuzasadnione. Osoby, które nie mają predyspozycji do bycia przedsiębiorcą powinny szukać pracy najemnej.

Takie rozwiązanie jest niekorzystne. Po pierwsze osoby płacące niższe składki stanowią nieuczciwą konkurencję na rynku pracy – dla pozostałych osób samozatrudnionych i pracowników. Po drugie, z ulgi można korzystać wielokrotnie i osoby, które to uczynią nie zbiorą składek nawet na minimalną emeryturę, a to oznacza, że z naszych podatków będziemy dopłacać do ich świadczeń.

 

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Ponad 3/4 Polaków uważa, że koszty usług prawników i obsługi prawnej są w Polsce wysokie (48%) lub bardzo wysokie (28%), wynika z badania D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A. przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia. Przekonanie o wysokich kosztach usług prawnych jest w Polsce silnie zakorzenione. Na rynku istnieją rozwiązania zapewniające opiekę i reprezentację prawną w rozsądnej cenie, ale niewielu z nas o nich wie. Dlatego z profesjonalnej pomocy prawnej korzystamy rzadziej niż byśmy chcieli i mogli?

Prawie żaden z badanych nie wskazał, że koszty usług prawniczych i obsługi prawnej są w Polsce niskie (1%) lub bardzo niskie (1%). Niewielki odsetek twierdzi, że są one średnie (12%), a co dziesiąty zbadany Polak w ogóle nie orientował się w kosztach usług prawniczych i nie potrafił odnieść się do ich ceny. – Polacy powszechnie uważają, że usługi prawne są drogie. Jak wynika z naszego badania, to także główny powód rezygnacji z dochodzenia swoich praw i roszczeń na drodze prawnej. Jednocześnie, aż 87% ankietowanych deklaruje, że pomoc prawnika przydała by im się przynajmniej raz w roku. Jak widać, kwestia przystępnych cen usług prawnych w Polsce jest wciąż sporym problemem, dotykającym niemałej grupy Polaków – komentuje Marta Gradowska ekspertka D.A.S.

Wysokie ceny, ale i ryzyko

Przekonanie o wysokich kosztach obsługi prawnej oraz honorariów prawników czy radców prawnych to główna przyczyna rzadkiego korzystania z ich usług. Gdy pojawia się problem prawny, zaledwie 8% z nas jest gotowych zapłacić za profesjonalną pomoc prawną. Najczęściej (52%) samodzielnie szukamy rozwiązań w Internecie czy innych mediach, a więc w źródłach bardzo niepewnych. – To rozwiązanie wydaje się najprostsze i na pewno najtańsze. Ale tak naprawdę jest bardzo ryzykowne. To tak, jakbyśmy sami chcieli sobie być lekarzem – przeprowadzili badanie, postawili diagnozę oraz decydowali o procesie leczenia. Niebezpieczeństwo błędu zarówno w ocenie sytuacji, jak i stanu prawnego jest bardzo duże. Bez fachowej ochrony prawnej narażamy się przede wszystkim na niekorzystne rozstrzygnięcie sporu, ale także na dodatkowe, niepotrzebne i często wysokie koszty, których chcieliśmy uniknąć  – wskazuje Marta Gradowska z D.A.S.

Prawnik w ubezpieczeniu

Ryzyko związane z konsekwencjami działań prawnych jest na tyle wysokie, że w odpowiedzi na nie powstała specjalna kategoria ubezpieczeń, które zapewniają organizację i pokrycie kosztów obsługi i reprezentacji prawnej ubezpieczonym. Polisa ubezpieczenia ochrony prawnej zapewnia ubezpieczonemu oraz jego bliskim nie tylko dostęp do porad prawnych, ale również refundację kosztów bezpośredniego wsparcia prawnika czy radcy prawnego, a nawet pokrycie ewentualnych kosztów sądowych zgodnie z zakresem ochrony wybranej umowy ubezpieczenia. – Pojęcie ubezpieczenia ochrony prawnej jest w Polsce nadal dość słabo znane, kojarzy je jedynie 16% z nas. Nieświadomość istnienia tego typu ubezpieczenia wpływa również na tak powszechne przekonanie Polaków o tym, że na pomoc prawnika stać tylko nielicznych. Dla porównania, w Europie Zachodniej takie ubezpieczenie jest powszechne i ma je duża część obywateli. Polacy dostrzegają więc, że profesjonalna opieka prawna jest bardzo przydatna. Zbyt często jednak wolimy zdać się na własne siły, błędnie sądząc, że pomoc prawna musi być droga. Na szczęście, sytuacja powoli ulega zmianie  – twierdzi Marta Gradowska z D.A.S. i zaznacza, że ten rodzaj ubezpieczenia ma w kraju nad Wisłą świetne perspektywy.

Obsługa prawna nie musi być droga

Duże zainteresowanie ubezpieczeniem ochrony prawnej potwierdziły także wyniki badania zrealizowanego dla D.A.S. Więcej niż co trzeci ankietowany (35%) jest zainteresowany taką polisą, przy hipotetycznym koszcie wynoszącym ok. 20 zł/mies. Dużą grupę stanowią osoby niezdecydowane (39%), które nie wykluczają, ale i nie potwierdzają, że chciałby wykupić takie ubezpieczenie. – Jak widać, spore grono Polaków chciałoby zapewnić sobie wsparcie prawne w ramach ubezpieczenia po niewielkich kosztach. Niezdecydowani są również potencjalnie grupą, która dopuszcza możliwość wykupienia takiej polisy. Łącznie, aż 3/4 ankietowanych mogłoby być zainteresowanych ubezpieczeniem ochrony prawnej. Przestrzeń dla rozwoju tego segmentu rynku w Polsce jest więc bardzo duża – mówi Marta Gradowska. – Kluczową rolę odegra edukacja i przekonanie się Polaków do oferty ubezpieczycieli, czyli po prostu przełamanie stereotypu o tym, że usługi prawne w Polsce są drogie i nie na naszą kieszeń – dodaje ekspertka D.A.S.

 

Źródło: D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

 

Polak po pięćdziesiątce natrudzi się w poszukiwaniu posady o wiele bardziej niż jego rówieśnik z Niemiec. Szanse na zatrudnienie w Polsce istotnie ogranicza nie tylko wiek pracownika, ale także niskie wykształcenie – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Polski rynek pracy w kategorii osób, które przekroczyły 50. rok życia, dorównał do unijnej średniej jeśli chodzi o zatrudnienie dla ludzi po studiach. Pozostajemy jednak na samym końcu rankingu państw Unii Europejskiej pod względem etatów dla pracowników z najniższym wykształceniem.

Poniżej przeciętnej, ale tempo poprawy obiecujące

W całej Unii Europejskiej odsetek zatrudnionych w wieku 50-64 lata wynosił 63,9 proc. (Eurostat, IV kwartał ub.r.), podczas gdy w Polsce zaledwie 55,3 proc. Czołówkę rankingu tworzą m.in.: Niemcy – 75,3 proc. i Wielka Brytania – 70,9 proc.

Pozytywny aspekt jest taki, że odsetek zatrudnionych w tym przedziale wiekowym wzrastał w Polsce przez ostatnie 10 lat nieco szybciej niż w całej Unii Europejskiej. Różnica na korzyść naszego kraju wynosiła niemal 4 pkt proc., choć już w porównaniu do Niemiec tempo było wolniejsze o ok. 3,5 pkt proc.

Poprawę sytuacji na polskim rynku pracy potwierdzają badania Głównego Urzędu Statystycznego i dane z marca 2017 r. GUS wskazuje w nich na większą aktywność zawodową ludzi w wieku 50-64 lat. Jest to jednak również konsekwencją starzenia się społeczeństwa i w efekcie większego popytu na pracowników powyżej 50. roku życia.

Przyszłość należy do 60-latków?

W 2015 r. najliczniejszą grupę ludności Polski stanowiły osoby w wieku 30-34 lat. GUS zapowiada, że w 2050 r. najliczniejszą grupę stanowić będą Polacy w wieku 65-69 lat. Postępujące starzenie się ludzi zawodowo aktywnych już spowodowało większy popyt na pracujących 50-latków i 60-latków.

W latach 2010-2015 udział aktywnych zawodowo kobiet w wieku powyżej 50 lat zwiększył się o 13,1 proc. (245 tys.), podczas gdy mężczyzn o 8,1 proc. (200 tys.). Więcej przybyło osób aktywnych zawodowo po pięćdziesiątce na wsiach – 14,8 proc. (224 tys.) niż w miastach – 7,8 proc. (221 tys.).

Brak wykształcenia powoduje różnicę

W przypadku osób z wyższym wykształceniem odsetek 50-latków zatrudnionych w Polsce był zbliżony do unijnej średniej i wynosił 76,6 proc., wobec 78,8 proc. w UE. Jednak daleko nam np. do Niemiec – 85,9 proc. (dane Eurostatu).

Nieco gorzej Polska wypada w zestawieniu uwzględniającym zatrudnienie osób z wykształceniem średnim – 11,2 pkt proc. poniżej unijnej średniej (66,3 proc.) oraz 19,8 pkt proc. mniej niż w Niemczech.

Na unijnym rynku pracy statystycznie najgorzej wygląda sytuacja ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia z najniższym wykształceniem. Średni odsetek zatrudnionych dla wszystkich 28 krajów UE wynosił 47,5 proc., w Niemczech – 56,1 proc., a w Polsce – 31,2 proc. i był to najniższy wskaźnik w Unii.

Starzejąc się, nie dogonimy unijnej czołówki

Dodatkowo może niepokoić fakt, że odsetek zatrudnionych z najniższym wykształceniem w wieku 50-64 lata nie wzrasta w Polsce i nie zbliża się do unijnej średniej. W 2000 r. (II kw.) pracowało 31,8 proc. Polaków z najniższym wykształceniem, osiem lat później – 32,9 proc., a po kolejnych ośmiu latach – 31,2 proc.

Dane GUS wskazują, że wśród Polaków powyżej 50. roku życia najliczniejszą grupę stanowią osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym. Udział tej grupy w kategorii ludności powyżej 15. roku życia wzrastał – w latach 2010-2015 – z 45,2 proc. do 53 proc.
Starzenie się społeczeństwa może negatywnie wpływać na kondycję polskiego rynku pracy. Niski poziom stopy zatrudnienia osób powyżej 50. roku życia oraz praktycznie niezmieniający się odsetek zatrudnionych z podstawowym wykształceniem mogą sprawić, że Polska nie tylko nie dogoni krajów najbardziej rozwiniętych w UE, ale także pozostanie poniżej unijnej średniej.

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Polski rynek pracy wymaga reformy; przeciętny Polak po stracie pracy szuka zatrudnienia ponad rok, podczas gdy w Holandii czy Danii proces ten trwa 2-3 tygodnie – przekonuje Joanna Tyrowicz, doradca w Instytucie Ekonomicznym NBP, konsultantka Banku Światowego.

Według Tyrowicz nasz rynek pracy jest nieprzyjazny dla pracowników. „Przeciętny Polak czeka na podwyżkę 2,5 roku, a gdy straci pracę szuka jej ponad rok. W większości krajów unijnych jest to poniżej kilku miesięcy. Są państwa, gdzie czas poszukiwania pracy przez osobę bezrobotną to 2-3 tygodnie, jak np. w Danii, Holandii czy Szwecji” – powiedziała Tyrowicz .

Jak mówiła, relatywnie niski odsetek polskich pracodawców tworzy miejsca pracy bądź poszukuje pracowników. Ponad 40 proc. firm tworzy znikomą liczbę miejsc pracy w każdym roku tzn. jedno, dwa; przy większych przedsiębiorstwach – kilka – wskazała Tyrowicz. Podkreśliła, że pracodawcy mają słabe doświadczenie w poszukiwaniu pracowników.

„Często szukają pracowników 3-6 miesięcy. Co oznacza, że jest to proces długotrwały, często zakończony porażką” – powiedziała. Według niej samo poszukiwanie pracowników ze strony pracodawców pochłania 0,1 proc. PKB. „To są pieniądze, które idą tylko na to, żebyśmy się znaleźli, nie tworzą żadnej konkretnej wartości” – wskazała Tyrowicz.

Jak podkreśliła, Polska jest również krajem o niemal najniższym w Europie wskaźniku aktywności zawodowej. Bierze się to z niskiej aktywności zawodowej osób młodych i ludzi starszych. „Niska aktywność oznacza m.in. niezdolność dopasowania pracy do indywidualnych wymogów, np. studentów czy osób starszych realizujących funkcje opiekuńcze” – wyjaśniła.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Prawie co trzeci Polak planuje w tym roku przeznaczyć na organizację Świąt Wielkiej Nocy od 300 do 500 zł. Niewiele mniej, bo 1/5 respondentów wyda na ten cel od 500 do 800 zł. Tylko 5 proc. badanych planuje zakupy powyżej 1000 zł. Z badania Grupy KRUK „Świąteczne wydatki Polaków” wynika, że zdecydowana większość rodzin pokryje koszty zakupów świątecznych z bieżących dochodów.

Aż 4/5 respondentów planuje spędzić nadchodzące Święta w towarzystwie rodziny lub znajomych. Tak najczęściej odpowiadali 50-latkowie (82 proc.). Młodsze pokolenia również mają takie plany, ale tu osoby w wieku do 24 lat zadeklarowały, że świąteczny czas będzie okazją do wyjazdu i wiosennego wypoczynku (ponad 7 proc.).

Na wielkanocnych stołach pojawią się przede wszystkim wyroby wędliniarskie, takie jak kiełbasy i wędliny (79 proc.), pieczywo (76 proc.), jaja (74 proc.), wyroby cukiernicze (62 proc.) oraz alkohol (35 proc.). Co czwarty Polak planuje również zakup artykułów dekoracyjnych. Prawie 1/3 badanych myśli również o wydatkach na prezenty dla rodziny i znajomych.

Z wyników badania przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Grupy KRUK wynika, że tylko 14 proc. Polaków wybierze się na zakupy świąteczne z zaoszczędzonymi pieniędzmi. Z takiej możliwości skorzystają przede wszystkim osoby, których dochody przekraczają 5 000 zł netto miesięcznie (1/5 badanych). Jedynie 4 proc. myśli natomiast o złożeniu wniosku o kredyt lub pożyczkę na organizację świąt.

– Wielkanoc, podobnie jak Boże Narodzenie, to szczególny czas. Wtedy też jesteśmy skłonni wydawać więcej, niż zwykle. Jednak nie da się ukryć, że są to zapewne mniejsze wydatki, niż na Boże Narodzenie. Pomimo tego, że większość z nas pokryje wydatki z bieżących dochodów, to są też osoby, które zamierzają wziąć niewielki kredyt lub pożyczkę – mówi Agnieszka Salach z Grupy KRUK. – Szczególnie nasi ankietowani w wieku 50+ planują wziąć pożyczkę w wysokości od 300 do 500 zł (prawie 66 proc.). Podobnie odpowiedzieli respondenci w wieku pomiędzy 35 a 49 lat (niemal 39 proc.). Młodsze osoby zamierzają zadłużyć się bardziej. Nasi ankietowani pomiędzy 25 a 34 rokiem życia zadeklarowali, że chcą skorzystać z pożyczki w wysokości od 500 do 800 zł (ponad 36 proc). Trzeba pamiętać, że w ciągu kolejnych miesięcy trzeba będzie te pieniądze spłacić. Dlatego warto zrobić to z rozwagą i dokładnie zaplanować swój domowy budżet – dodaje Agnieszka Salach.

Okazuje się, że mężczyźni są skłonni do zaciągania wyższych pożyczek lub kredytów. Blisko 13 proc. panów wzięłoby pożyczkę na kwotę wyższą niż 1000 zł. Taką kwotę planowałoby  zaciągnąć jedynie niespełna 3 proc. kobiet.

Świąteczny czas okazją do wypoczynku poza domem

Część Polaków planuje wykorzystać świąteczny czas na wypoczynkowy wyjazd w Polsce lub zagranicą. Aż 43 proc. osób odpowiedziało, że największym wydatkiem będą koszty przejazdu. Z kolei niewiele mniej, bo 40 proc. ankietowanych planuje wydać pieniądze na  rozrywkę, a po 39 proc. na jedzenie
i zakwaterowanie. 1/5 Polaków przeznaczy na taki świąteczny wyjazd  od 300 do 500 zł, a prawie 1/3 od 500 do 800 zł.

 

Źródło: KRUK S.A

Zgodnie z ostatnimi zapowiedziami prezesa Polskiego Funduszu Rozwoju, Pawła Borysa, pieniądze z OFE nie trafią na IKE, lecz na IKZE. Chociaż oba produkty mogą wydawać się podobne, to jednak jest to diametralna zmiana w koncepcji reformy systemu emerytalnego.

IKE i IKZE – czym się różnią?

Indywidualne Konto Emerytalne (IKE) i Indywidualne Kontro Zabezpieczenie Emerytalnego (IKZE) to produkty w ramach III filaru emerytalnego. III filar to jedyna dobrowolna i w pełni prywatna część systemu emerytalnego. Środki, które tam odkładamy są w całości nasze i możemy nimi dowolnie dysponować (w przeciwieństwie do tych w ZUS i OFE). Oba konta są zwolnione z podatku od zysków kapitałowych („podatku Belki”), a pieniądze na nich odłożone nasi bliscy odziedziczą bez podatku od spadku i darowizn.

Główną zaletą IKE jest dużo większy roczny limit wpłat. W tym roku to prawie 13 tys. zł, podczas gdy w IKZE to jedynie trochę ponad 5 tys. zł. Ale w IKZE mamy inną zaletę – możliwość corocznego odliczania wpłat od podatku. W 2017 r. możemy zmniejszyć swój podatek nawet o 1600 zł (w zależności od skali podatkowej według jakiej się rozliczamy). Kolejną różnicą jest podatek przy wypłacie. W IKE nie ma żadnego, natomiast w IKZE zapłacimy ryczałtowo 10% podatku od całości.

Transfer z OFE na IKZE – diabeł będzie tkwił w szczegółach

Przeciętny Polak ma odłożone w OFE średnio prawie 10 tys. zł. Zgodnie z planami rządu, 75% tych środków ma trafić na IKZE, a pozostałe 25% do Funduszu Rezerwy Demograficznej. Oznacza to, że średnia wysokość transferu z OFE do IKZE będzie większa niż roczny limit wpłat na IKZE.

W przypadku przeniesienia środków z OFE do IKE sprawa byłaby dosyć prosta. Nie mielibyśmy możliwości odliczenia tych środków od podatku, ale też nie zapłacilibyśmy żadnego podatku przy wypłacie.

A jak będzie w przypadku przeniesienia środków na IKZE? Czy będziemy mogli wszystkie środki odliczyć od dochodu? Jeśli nie, to czy będziemy musieli od tych środków zapłacić podatek ryczałtowy (10%) przy wypłacie? Na te pytania jeszcze nie znamy odpowiedzi, ale zapewne autorzy zmian w systemie emerytalnym zdają sobie sprawę z konieczności uregulowania tych kwestii. Im wcześniej to nastąpi, tym więcej czasu Polacy będą mieli na przygotowanie się do nachodzących zmian.

Autor: Waldemar Wołos, dyrektor Departamentu Rozwoju Nowych Produktów Union Investment TFI,

 

 

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...