piątek, Wrzesień 20, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "intrum"

intrum

Degradacja środowiska naturalnego i konsekwencje tego zjawiska, to obecnie jedne z największych wyzwań, przed jakimi stoją rządy państw na całym świecie, a także my wszyscy. Z raportu Living Planet 2018 przygotowanego przez WWF wynika jasno, że jesteśmy pierwszym pokoleniem, które dysponuje danymi obrazującymi wartośćprzyrody dla naszego życia oraz możliwością pomiaru wpływu, jaki na nią wywieramy. Możliwe, że jesteśmy teżostatnią generacją, która może przyczynić się do zmiany na lepsze, zanim będzie za późno. Na szczęście coraz więcej osób jest tego świadomych i postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. W domach segregujemy śmieci, robimy zakupy i gotujemy zgodnie z zasadą zero waste. Wzbraniamy się przed korzystaniem z plastikowych słomek i popularnych foliowych jednorazówek. Czy to jednak wystarczy, by pomóc planecie? Każde działanie, dzięki któremu zniwelujemy nasz negatywny wpływ na środowisko, się liczy, jednak nie możemy ograniczać się tylko do naszego „podwórka”. Niemałą część dnia spędzamy w pracy, zamknięci w biurowcach, gdzie także generujemy „góry” śmieci. Warto zatem wdrożyć odpowiednie eko-rozwiązania w firmach. Jak to zrobić, podpowiada Intrum.
Dane nie kłamią

Emisja CO2, za którą odpowiadają firmy i zakłady produkcyjne, przyczynia się do wzrostu temperatury powierzchni Ziemi, a przez globalne ocieplenie topnieją lodowce i podnosi się poziom wód. Globalna wycinka lasów odpowiada za spadek populacji zwierząt, w miastach do narastania zjawiska smogu. Nadmierna eksploatacja surowców naturalnych sprawi, że wbrew swojej woli w przyszłości będziemy musieli zmienić naszą dietę, przyzwyczajenia, a nawet styl życia. To przepis na biologiczną katastrofę, za którą odpowiada człowiek. Poza tym, dane nie kłamią. 9 na 10 mieszkańców miast żyje w miejscach, gdzie zanieczyszczenie powietrza stanowi niebezpieczeństwo dla ich stanu zdrowia. Nie słabnie także proces ocieplenia klimatycznego – średnia temperatura jest wyższa o 1.1 stopnia Celsjusza, niż to miało miejsce w okresie preindustrialnym, co przyczynia się do częstszego występowania anomalii pogodowych w różnych częściach świata. Może wydawać się, że to niewielki wzrost, ale i taka zmiana może prowadzić do katastrofy, poza tym zjawisko przybiera na sile. Co więcej, jeden ładunek plastikowych odpadów wpada do oceanu co minutę, a całkowita produkcja papieru i tektury w 2018 r. wyniosła aż 92,2 mln ton.

– Dlatego tak ważne jest wprowadzanie zmian na rzecz ochrony środowiska, póki jest na to czas. Na szczęście nawyki związane z ekologią coraz częściej znajdują miejsce w naszej codziennej rutynie. W domu staramy się segregować śmieci, eliminujemy plastik i wprowadzamy podejście zero waste. Często jednak zapominamy o tym w miejscu pracy. Niestety także nie wszyscy pracodawcy pamiętają o ekologii, a to błąd. W największych aglomeracjach powstają całe dzielnice biurowe, „miasta w mieście”, gdzie pracują tysiące osób, które wykonując swoje obowiązki, mogłyby zadbać o środowisko. Warto zatem w każdym biurze podjąć działania, które zwiększą świadomość pracowników w kwestii zrównoważonego rozwoju firmy i wprowadzić ekologiczne rozwiązania. Niektórzy w pracy spędzają większość swojego dnia, dlatego tak istotne jest, by nie poprzestawać na odpowiednich rozwiązaniach tylko w domu i poza nim kontynuować proekologiczne postawy – komentuje Magdalena Bernatowicz, ekspert Intrum.

Eko-firma, czyli jak robią to najlepsi

Biznes i przemysł mogą odegrać znaczną rolę w walce o klimat i środowisko naturalne. Mimo wielu kampanii społecznych, edukacyjnych, ten temat jest w naszym kraju ciągle „nowością”. Pocieszające jest natomiast to, że coraz częściej pojawiają się firmy, dla których bycie „eko” jest ważne. Jedną z nich jest Intrum.

– Jednym z celów, jaki postawiliśmy sobie w ramach dbania o zrównoważony rozwój (sustainability), jest zminimalizowanie negatywnego wpływu naszej działalności na środowisko. W raporcie Grupy Intrum „Annual and Sustainability Report 2018” przedstawiliśmy działania naszej marki w tym zakresie, (np. ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i zanieczyszczenia atmosfery poprzez redukcję floty samochodów służbowych i rozsądniejsze planowanie podróży służbowych), oraz sformułowaliśmy cele środowiskowe i klimatyczne, które pomagają nam osiągać nasze założenia. Poza tym, w Intrum jesteśmy przekonani o tym, że zwiększanie świadomości na temat ekologii wśród pracowników nie jest tylko chwilowym trendem, ale realnym działaniem, które ma znaczenie. Co nie mniej ważne, pewne nawyki można przenieść z domu do biura. Wystarczy tylko pokazać pracownikom jak to zrobić, podsunąć pewne pomysły proste w realizacji, a dające efekt – mówi Magdalena Bernatowicz, ekspert Intrum.

Ekologia w biurze, czyli segregacja śmieci to podstawa

Wprowadzenie do biura „eko-rozwiązań”, pozwalających dbać o środowisko nie jest wcale ta skomplikowane, jak mogłoby się pozornie wydawać. Poza tym, mają skutki „uboczne”: wpływają pozytywnie na wizerunek danej firmy i generują oszczędności. Co zatem można zrobić? – Wiele „zdrowych” nawyków, które z powodzeniem praktykujemy w domu, można wprowadzić do biur. Nawet małe i średnie przedsiębiorstwa generują dużą ilość nieczystości, dlatego segregacja śmieci to podstawa, nie tylko w domu. Poprzez odpowiednie gospodarowanie odpadami, możliwe jest zwiększenie odzysku materiałów, ograniczenie emisji dwutlenku węgla i energii. Dlatego warto wprowadzić do biur wytyczne dotyczące segregacji tego, co wyrzucamy do koszy i starać się zminimalizować produkowanie śmieci w swoim otoczeniu – podpowiada Magdalena Bernatowicz, ekspert Intrum.

Zero waste w miejscu pracy? To możliwe!

Każdy wyprodukowany kawałek plastiku, jaki kiedykolwiek powstał, wciąż istnieje, dlatego ograniczenie jego wykorzystywania jest koniecznością. Łatwym sposobem na zmniejszenie jego ilości w biurze, jest zainwestowanie w dystrybutory wody filtrowanej oraz korzystanie z „tradycyjnych” lub biodegradowalnych filiżanek i kubków zamiast plastikowych odpowiedników. Dla tych bardziej zaangażowanych w ochronę środowiska, ciekawym pomysłem może być stworzenie w firmowej kuchni kompostownika, który pozwala pozbyć się wielu odpadków, tworząc przy tym zdrowy nawóz dla roślin. Można je zasadzić na firmowym balkonie lub zielonym dachu, jeżeli mamy do niego dostęp. Tradycyjne kompostowniki wydają się wymagające w utrzymaniu. Istnieje jednak alternatywa w postaci urządzeń działających na prąd – takie zastosowanie jest praktyczne i estetyczne i co ważne, nie wymaga dodatkowej obsługi.

W Polsce na jedną osobę przypada aż 100 kg zużytego papieru rocznie, a recykling jednej tony papieru pomaga „uratować” 2 585 litrów oleju, 26 500 litrów wody i 17 drzew. Wobec tego, kolejnym krokiem będzie oszczędność papieru, czyli jak najczęstsze używanie elektronicznych nośników. – W przypadku niemożliwości zrezygnowania z wydruku, warto zrobić to dwustronnie. Na rynku dostępny jest także papier wyprodukowany z recyklingu i nie musi być on szary. Co więcej, w ofertach sklepów możemy przebierać w drukarkach ekologicznych oraz roślinnych tuszach do drukarek. Te wyprodukowane na bazie soi są mniej szkodliwe dla natury, niż te tradycyjne, których skład w głównej mierze opiera się na ropie naftowej – mówi Magdalena Bernatowicz, ekspert Intrum.

Oświetlenie w pracy

Odpowiednie oświetlenie w biurze wpływa na nastrój i samopoczucie pracowników oraz stwarza komfortowe warunki pracy, ale również może zmniejszać uczucie zmęczenia wzroku i zwiększać efektywność. ­– Trendy w projektowaniu architektury światła zmierzają w stronę inteligentnego połączenia oświetlenia dziennego i sztucznego, a także rozwiązań energooszczędnych, wspierających ochronę środowiska. Warto wiedzieć, że lampy ledowe pobierają nawet 80% mniej energii. Obecnie mamy możliwość dopasować oświetlenie w taki sposób, by odpowiadało dobowemu rytmowi dnia, co więce,j ledy umożliwiają dostosowanie temperatury barwowej. Światło ciepłe, zimne lub neutralne inaczej oddziałuje na atmosferę. Ledy doskonale nadają się do sterowania i dostosowania barwy i natężenia w zależności od funkcji pomieszczenia biurowego – miejsce spotkań biznesowych czy chillout’u dla pracowników – mówi Kamilla Walicka, organizator warszawskich Targów Światło.

Najlepsze dla środowiska jest oczywiście światło dzienne, dlatego należy maksymalnie je wykorzystywać. Im mniej zużytego prądu, tym lepiej. Warto już na etapie projektowania przestrzeni biurowej zaaranżować ją w taki sposób, by miała dużo przeszkleń, dzięki którym wpadnie więcej światła. Używanie energooszczędnych żarówek dla nikogo nie jest już nowością, a ich stosowanie po prostu się opłaca. Dobrym rozwiązaniem jest również zainstalowanie czujników ruchu, które pozwolą kontrolować zużycie energii i włączać światło, jedynie wtedy, kiedy jest to potrzebne.

Przeczytaj także:

Świadomość ekologiczna

Jak wynika z badań CEBOS-u, niepokój Polaków o stan środowiska naturalnego wzrósł w stosunku do pomiarów z poprzednich lat. Niestety, nadal brakuje nam wiedzy dotyczącej oszczędzania energii w miejscu pracy i zmian klimatycznych. Jak zaznacza Magdalena Bernatowicz, firmy mogą odegrać znaczącą rolę w pogłębianiu wiedzy społeczeństwa i wspieraniu inicjatyw proekologicznych. – Edukowanie pracowników i klientów, wprowadzanie do firm zmian dotyczących codziennych nawyków na rzecz takich przyjaznych środowisku naturalnemu, ale też nagłaśnianie tych kwestii, może zmobilizować Polaków do działania i większej troski o środowisko – dodaje.

Postęp zaczyna się od zmiany drobnych przyzwyczajeń i nawyków. Każdy, nawet najmniejszy wkład w ochronę przyrody się liczy. Wystarczy wprowadzenie kilku niewymagających wielkiego wysiłku rozwiązań, by przyczynić się do poprawy gospodarki naturalnej. Gdy zaczniemy współdziałać i uświadomimy sobie skalę problemu, nie będziemy się martwić o przyszłość następnych pokoleń.

Źródło: Intrum

Jak pokazują najnowsze dane KRD i BIG[1], jedną z głównych bolączek firm działających na rynku ubezpieczeń, są klienci, którzy nie opłacają terminowo składek. Łączna wartość zadłużenia naszego społeczeństwa wobec towarzystw ubezpieczeniowych wynosi już ponad 321 mln zł. Co więcej, suma ta regularnie rośnie. Jeszcze w 2014 r. wynosiła nieco ponad 46,5 mln zł, a trzy lata później już prawie 250 mln zł. Mogłoby się wydawać, że to głównie konsumenci zadłużeni u różnych podmiotów mają również problem z regularnym uiszczaniem opłat za świadczenia oferowane przez towarzystwa ubezpieczeniowe, ale w tym przypadku zadłużenie rozkłada się niemal równo między sektor B2C i przedsiębiorstwa. Skąd się bierze ten dług i czy jego źródła są inne niż te w przypadku niespłacanych regularnie rat kredytów i pożyczek?

Niepłacący na czas konsumenci i przedsiębiorcy są w równej mierze odpowiedzialni za dług, z którym musi się borykać branża ubezpieczeniowa. Ponad 160 mln zł to nieopłacone składki konsumentów, a przeszło 161 mln zł stanowią̨ długi firm. Z analiz KRD wynika jednak, że statystyczny „Kowalski” i przedsiębiorca nie płacą z innych powodów.

Zobacz też:

Konsument: nie płacę, bo nie pamiętam

Charakterystyka dłużników-konsumentów jest następująca: składek na podstawie umów zawieranych z towarzystwami ubezpieczeniowymi nie płaci 141 tys. osób., a „pojedyncze” średnie zadłużenie wynosi ponad 1 130 zł.  Niestety, nasze zadłużenie wobec ubezpieczycieli rośnie lawinowo. Obecnie wynosi 160 mln zł (najmniej solidni w opłacaniu składek są mieszkańcy Mazowsza – 25,6 mln zł, a najmniej mają do oddania mieszkańcy Podlasia – ich długi to 2,8 mln zł), ale pięć lat temu było to niecałe 36 mln zł. Największy skok w statystykach nastąpił między 2016 a 2017 r.: z 67 do ponad 130 mln zł. Jeżeli chodzi o wiek dłużników, to dominują osoby w przedziale wiekowym 36-45 lat, którą muszą zwrócić łącznie prawie aż 48 mln zł.  

– Jak wskazuje raport KRD, co również podpowiada nam nasze doświadczenie, towarzystwa ubezpieczeniowa przekazują do windykacji najczęściej długi wynikające z nieopłacanych terminowo składek na ubezpieczenie OC, (to także tłumaczy, dlaczego wśród dłużników przeważają mężczyźni), ale na tej liście znajdują się również polisy na życie, ubezpieczenia NNW czy autocasco. A dlaczego nie płacimy na czas? Istnieje grupa, która celowo unika tych zobowiązań, podobnie zresztą jak to ma miejsce przy spłacie, chociażby rat kredytów. Ale co w tym kontekście wydaje się ważniejsze, stajemy się dłużnikami często nieświadomie. Jest to chyba najbardziej widoczne na przykładzie ubezpieczeń samochodowych. Zmieniamy ubezpieczyciela i często zapominamy wypowiedzieć umowępoprzedniemu, a stara, abonamentowa umowa o świadczeniu usług odnawia się automatycznie. Nie pamiętamy o tym i dług rośnie. Zdarza się równieżże sprzedajemy samochód, czyli automatycznie nie potrzebujemy już ochrony, a zapominamy o tym powiadomić ubezpieczyciela, co oznacza, że nasze zobowiązanie wobec niego nie ustaje – komentuje Anna Paszko, ekspert Intrum.

Zdarza się również, że klienci firm ubezpieczeniowych w pośpiechu decydują się na wybór danego produktu, nie czytają dokładnie umów. Zapominają o tym lub nie są do końca świadomi, że decydują na pakiety ubezpieczeń lub transakcje wiązane, np. w ramach kupowanej polisy na życie decydują się na jakąś dodatkową ochronę. W związku z tym, od strony formalnej, muszą dokonywać dwóch oddzielnych płatności. Zapominają, że oprócz składki za „duże”, główne ubezpieczenie, muszą jeszcze płacić regularnie za jakieś mniejsze, dodatkowe.  

Przedsiębiorca: nie płacę, bo nie wiem, że muszę

Jeżeli chodzi o ubezpieczenia, firmy są oczywiście zainteresowane innymi grupami produktów niż „Kowalski”. Przedsiębiorstwa wybierają ubezpieczenia finansowe, majątkowe (np. ubezpieczenia budynków, maszyn pozwalających na prowadzenie działalności, itp.), inwestycyjne, czy te pozwalające zabezpieczyć realizowane transakcje. Firmy mogą także wykupić ubezpieczenie nawet na wypadek utraty dochodów. Inny rodzaj ochrony niż ta wybierana przez konsumentów nie wpływa na to, że w porównaniu do tej grupy przedsiębiorcy są mniej zadłużeni wobec ubezpieczycieli. Obecnie ich dług wynosi ponad 161 mln zł – urósł do tej kwoty na przestrzeni pięciu ostatnich lat z sumy blisko 11 mln zł. W przypadku firm, średnie zadłużenie z tytułu nieopłaconej składki ubezpieczeniowej przypadającej na jedno przedsiębiorstwo wynosi prawie 5 400 zł, czyli więcej jednak niż w przypadku jednego konsumenta. 

Tempo zadłużania się polskich przedsiębiorców z tytułu niepłaconych na czas składek na różnego rodzaju ubezpieczenia jest zatrważające. Problemy z płatnościami nie są domeną tylko firm jednoosobowych, co miałoby swoje wytłumaczenie, chociażby z tego powodu, że to one przeważają w naszym kraju. Takie działalności stanowią blisko 60 proc. wszystkich dłużników z sektora B2B, ale 30 proc. stanowią także spółki z. o. o., wśród których znajdują się mniejsze, ale także i większe firmy, które jak się wydaje, nie powinny mieć problemów z wypłacalnością.

– Jak pokazuje najnowszy Europejski Raport Płatności Intrum, zatory płatnicze, które są jednym z bardziej znaczących problemów polskiej gospodarki, uderzają głównie w sektor MSP, czyli w najmniejszych i mniejszych przedsiębiorców, do której grupy zaliczają się także jednoosobowe działalności gospodarcze. Niepłacący na czas klienci i kontrahenci wpływają negatywnie na płynność finansową przedsiębiorstw. Uniemożliwiają firmom nie tylko rozwój, ale także finansują ich bieżącą działalność. Wobec tego, wielu właścicieli biznesów staje przed wyborem, czy ograniczone środki w pierwszej kolejności przeznaczyć na pensje dla pracowników i zapłatę najbardziej palących rachunków, czy za zapłatę innych zobowiązań, wśród których są też składki na ubezpieczenia. W takiej sytuacji decyzja staje się prosta i uiszczanie świadczeń na rzecz ubezpieczycieli zostaje odłożone w czasie i  wtedy pojawia sięzadłużenie – wyjaśnia Anna Paszko, Intrum.

Niestety, co pokazują dane KRD, wielu przedsiębiorców w naszym kraju nie radzi sobie z formalnościami związanymi z prowadzeniem firmy. Szczególnie ci „nowi na rynku”, nie zawsze mają świadomość tego, które ubezpieczenia i składki są dla nich obowiązkowe. Brak wiedzy prowadzi do zadłużenia wobec towarzystw ubezpieczeniowych. – Warto również pamiętaćże w przypadku niektórych świadczeń obowiązkowych, prawo nakłada na ubezpieczyciela obowiązek prowadzenia ciągłości ochrony, nawet wtedy, jeżeli przedsiębiorca nie uiszcza regularnie składek. To tłumaczy, dlaczego zadłużenie przedsiębiorców z tym obszarze stale się powiększa– dodaje Anna Paszko, Intrum

A jak się rozkłada zadłużenie przedsiębiorców w naszym kraju wobec ubezpieczycieli, jeżeli chodzi o poszczególne branże? W tej niechlubnej liście przoduje transport – 63,5 mln zł długów. Drugie i trzecie miejsce należy do handlu i budownictwa – 23,3 mln zł i 14,5 mln zł. Znacznie zadłużone są także usługi – blisko 10 mln zł, a najmniej firmy z sektora zdrowotnego (1 mln zł).

Najwięcej zadłużonych firm pochodzi z woj. mazowieckiego (34,5 mln zł) długu, co jest zrozumiałe, ale także innych aglomeracji, wokół których skupiony jest biznes. Przykładem jest woj. śląskie (21,4 mln zł), wielkopolskie (18 mln zł) czy dolnośląskie (14 mln zł). Na ich tle najlepiej wypada opolskie z 2,3 mln zł długu. 

[1]  Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej, Zadłużenie wobec firm ubezpieczeniowych, czerwiec 2019.


Najnowsze dane udostępnione przez KRD i KPF pokazują, że udział firm, dla których niepłacący na czas kontrahenci i klienci są sporym problemem w prowadzonej działalności, spadł – z 59,5 proc., do 57,4 proc., jednak nie da się nie zauważyć, że jest to mały spadek, który nie wpływa na zmniejszenie się negatywnego oddziaływania na naszą gospodarkę zjawiska zatorów płatniczych. Opóźnione płatności nadal są problemem dla blisko 6 na 10 przedsiębiorców w naszym kraju. Podobnego zdania są firmy biorące udział w Europejskim Raporcie Płatności 2019 przygotowanym przez Intrum. Według tych analiz, przeterminowane płatności są utrudnieniem w funkcjonowaniu już dla 62 proc. przedsiębiorstw. Nic dziwi więc, że część właścicieli biznesów w Polsce nie patrzy z optymizmem w przyszłość. Co 4 uważa, że nasz kraj czeka recesja w ciągu roku lub 2 lat.
Pesymistyczne nastroje polskich przedsiębiorców

Najnowsze wyniki badania prowadzonego wspólnie przez KRD i KPF wskazują, że obecnie mamy do czynienia ze spadkiem Indeksu Należności Przedsiębiorstw (INP), który w kwietniu wyniósł 87 pkt., co jest najniższym poziomem od lipca 2013 r. Pozornie wydaje się, że taki spadek jest dobrym znakiem, ale nie w tym przypadku. INP to wskaźnik obrazujący poziom zatorów płatniczych w polskiej gospodarce. Im wyższą ma wartość, tym mniejsze problemy firmy mają z odzyskiwaniem należności, a obecnie wskaźnik ten zalicza spadek. Co za to odpowiada?

Jak wynika z raportu, do spadku INP przyczynił się głównie wzrost pesymizmu pytanych przedsiębiorców, w związku z możliwościami wyegzekwowania swoich należności od niepłacących na czas kontrahentów i klientów oraz wydłużanie się średniego okresu przeterminowania należności, które nie są opłacane na czas. – Na chwilę obecną wydaje się, że jest to pesymizm umiarkowany. Z raportu KRD i KPF nie można wyczytać, że w przyszłości ta subiektywna ocena kondycji finansowej prowadzonych przedsiębiorstw znacznie się obniży za sprawą powiększającego się zjawiska zatorów płatniczych czy kryzysu gospodarczego, który czeka Europę, o czym się mówi coraz głośniej. Analizując tę kwestię w naszych badaniach, okazuje się, że 3 proc. przedsiębiorców uważa, że Polska już znajduję się w recesji, a 42 proc. uważa, że będzie mieć ona miejsce w ciągu 5 następnych lat lub wcześniej. Jednocześnie należy przyznać, że na tle Europy polscy przedsiębiorcy są optymistyczni, bo wśród europejskich firm biorących udział w badaniu Intrum, blisko 20 proc jest przekonana o tym, że ich kraj już jest świadkiem spowolnienia gospodarczego tłumaczy Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Z danych udostępnionych przez KRD i KPF wynika, że przybywa przedsiębiorców, dla których przeterminowane płatności są znaczącym problemem. W styczniu, czyli w poprzedniej edycji badania wskazywało na niego nieco ponad 17 proc. badanych, w kwietniu już przeszło 19 proc. Nieznaczny, ale warty odnotowania jest również spadek tych badanych, którzy uważają, że ten problem się zmniejsza: z 23 proc. do 21,6 proc. (styczeń vs. kwiecień 2019). Co  więcej, przedsiębiorcy nie mają złudzeń co do terminowego uiszczania płatności przez klientów i kontrahentów w przyszłości. W poprzedniej edycji badania 20,5 proc. firm stwierdziło, że wspomniany problem wystąpi w jeszcze większej skali niż do tej pory. Obecnie tego zdania jest już blisko 23 proc. Nie pociesza również to, że jednocześnie spadł odsetek przedsiębiorców, którzy spodziewają się, że problemy z wyegzekwowaniem należności od klientów nie będą w ogóle występować: z blisko 12 proc. do nieco ponad 8 proc. Dla porównania, przedsiębiorcy zapytani przez Intrum o to, jak ich zdaniem będzie się kształtować ryzyko ze strony dłużników – niepłacących na czas kontrahentów i klientów, 80 proc. badanych odpowiedziała, że utrzyma się na obecnym poziomie, 10 proc., że ma nadzieje, że zmaleje i taki sam odsetek uważa, że wzrośnie.

Warto również zaznaczyć, że w kwietniu średni odsetek przeterminowanych należności w portfelach polskich przedsiębiorstw zakończył tendencję wzrostową, która była zauważalna wcześniej. Odnotowano spadek udziału niezapłaconych w terminie faktur, z 25,6 proc., do blisko 23 proc. To głównie wynik spadku (z 18,3 proc., do 15 proc.) udziału firm, w portfelach których opóźnione płatności wynoszą 50 proc. i więcej. Nieznacznie jednak przybyło firm (wzrost z prawie 30 proc., do 32,5 proc.), dla których udział ten wynosi mniej niż 10 proc. Jak dodaje Krzysztof Krauze, prezes Intrum, należy pamiętać, jak wygląda ta zależność: – Im mniejszy odsetek przeterminowanych płatności zgromadzonych w portfelu, tym mniejsze prawdopodobieństwo powstania zatorów płatniczych i poważniejszych kłopotów finansowych dla danej firmy.

Przeczytaj także:

Realne terminy płatności

Podczas gdy raport Intrum wskazuje na to, że klienci w Polsce uiszczają szybciej należności niż ci w Europie, to dane KRD i KPF pokazują, że po raz kolejny wydłużeniu uległ przeciętny okres przeterminowania płatności, z 3 miesięcy i 15 dni do 3 miesięcy i 24 dni. – Niepokoi również kolejny wzrost udziału faktur przeterminowanych o ponad 12 miesięcy. Co prawda jest on nieznaczny – z poziomu 13,6 proc., do 13,8 proc., ale warto zaznaczyć, że takie należności są na ogół nie do odzyskania przez wierzyciela – zauważa Krzysztof Krauze, prezes Intrum.

Konsekwencje opóźnionych płatności uderzają w przedsiębiorców

Na jakie skutki opóźnionych płatności zwraca uwagę raport Portfel Należności Polskich Przedsiębiorców? Jedną z nich jest gorsza zdolność tych firm, których dotyka problem zatorów płatniczych, do regulowania własnych należności. To zjawisko nasiliło się od ostatniego okresu – wzrost z przeszło 29 proc. do 32 proc. (styczeń vs. kwiecień 2019). Na podobny problem zwraca Intrum w swoich badaniach – utrata dochodów, czyli pogorszenie się sytuacji finansowej przedsiębiorstwa jest jedną z głównych konsekwencji opóźnionych płatności. Przyznaje to 43 proc. respondentów Intrum. Problemy z zatorami płatniczymi również wpływają negatywnie na wizerunek firm biorących udział w badaniu KRD i KPF i stawiają je w gorszej pozycji, jeżeli chodzi o negocjowanie umów z dostawcami, kontrahentami, itp. Nieco bardziej pocieszający jest fakt, że spadł udział przedsiębiorstw, którzy z powodu niepłacących klientów muszą ograniczyć swoje inwestycje – z 37,7 proc. do 32 proc, a ponad 11 proc. rodzimych biznesów przez opóźnione płatności nie może wprowadzać na rynek nowych produktów. Dla porównania, 37 proc. tych zbadanych przez Intrum przez przeterminowane płatności nie może rozwijać swojej działalności. Jak pokazują dane KRD i KPF, obecnie 6,5 proc. firm jest zmuszonych do ograniczenia zatrudnienia lub redukowania funduszu wynagrodzeń na skutek opóźnień w otrzymywaniu należności. Ta kwestia także została przeanalizowana w raporcie Intrum. Niezatrudnianie nowych pracowników jest konsekwencją.

Źródło: Intrum

Różnorodność jest kluczem do sukcesu w biznesie. Przekonali się również o tym polscy przedsiębiorcy, którzy wprowadzili w swoich firmach politykę diversity. Dbanie o właściwe proporcje przy zatrudnianiu kobiet i mężczyzn po prostu się opłaca – zróżnicowany, a co za tym idzie, zrównoważony zespół działa efektywniej, ma lepsze pomysły i szybciej rozwiązuje problemy. Znajduje to odzwierciedlenie, chociażby w wynikach finansowych przedsiębiorstwa. Coraz częściej, niektóre firmy postanawiają pójść jeszcze dalej i chcą zadbać o zrównoważony rozwój w pozostałych sferach działalności. Czy to jest trudne i zawsze wymaga dużej ilości czasu oraz pieniędzy? Odpowiedź na te pytania brzmi – NIE. Wystarczy tylko poznać kilka prostych zasad. Można również przyjrzeć się temu, jak robią to najlepsi.

Mowa o sustainability, czyli o zrównoważonym rozwoju. W najbardziej powszechnym rozumieniu chodzi o takie prowadzenie firmy, która zdecydowanie więcej wnosi w środowisko, gospodarkę i społeczeństwo niż czerpie z tych obszarów. To również „model” biznesowy, który jest „zdrowy” dla firmy. Aby przedsiębiorstwo mogło się rozwijać, bez problemu prosperować na rynku i zdobywać nowych klientów, osoby za nie odpowiedzialne muszą mieć świadomość tego, że istnieje związek między działaniami firmy, a zmianami, nierzadko negatywnymi, jakich dokonuje w środowisku czy w społeczeństwie. Żeby im zapobiec lub zniwelować ich skutki, trzeba wdrożyć odpowiednie rozwiązania. Jednocześnie, należy pamiętać, że w tym przypadku nie ma gotowych rozwiązań, które będą pasować do każdej firmy. Można natomiast wyłonić kilka reguł i zasad, za którymi warto podążać, jeżeli chce się zadbać o sustainability.

– W opublikowanym w kwietniu raporcie Grupy Intrum – „Annual and Sustainability Report 2018” przedstawiliśmy nasze działania na rzecz zrównoważonego rozwoju, które na co dzień pozwalają nam realizować naszą misję, czyli wyznaczanie drogi ku zdrowej, bo zrównoważonej gospodarce. Podejmowane przez nas kroki można umieścić w trzech obszarach: umożliwienie zrównoważonych płatności, bycie szanowanym uczestnikiem rynku, który budzi zaufanie, rozwój, poprzez tworzenie nowej jakości i poszanowanie różnic – wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum Polsce.

Marka Intrum zidentyfikowała wspomniane trzy punkty na podstawie rozmów ze swoimi kluczowymi udziałowcami, interesariuszami, partnerami biznesowymi oraz klientami. Warto dokładnie wiedzieć, co się wiąże z każdym z nich, ponieważ przy pewnych modyfikacjach mogą służyć za ogólne zasady, których realizacja w praktyce pozwoli zadbać o zrównoważony rozwój firmy. 

Wykorzystać swoje know-how dla dobra innych

W przypadku Intrum, pierwszym punktem jest umożliwienie przepływu zrównoważonych płatności. Firma jest europejskim liderem na rynku zarządzania wierzytelnościami, pomaga w tym, by przedsiębiorstwa otrzymywały swoje płatności na czas, a osoby zadłużone mogły pozbyć się swoich problemów finansowych. Jako ekspert w tych obszarach, poprzez swoje działania wspiera prawidłowe funkcjonowanie rynku finansowego, we wszystkich krajach, w których Intrum jest obecne, dba o stabilność lokalnych gospodarek.

Działanie według „przykazań” zrównoważonego rozwoju nie polega tylko na funkcjonowaniu firmy, nastawionym wyłącznie na korzyści i realizację jak największej ilości założonych celów biznesowych. Chodzi również o zwrócenie uwagi na problemy, które dotykają społeczeństwo, czy chociażby najbliższe otoczenie i znajdywanie odpowiedzi na to, jak im zaradzić – zauważa Agnieszka Surowiec, Intrum.

Przeczytaj także:

Przykładowo, producent samochodów chcąc realizować powyższy cel, może np. zainwestować w badania nad rozwojem takiej technologii, która sprawi, że współczesne pojazdy będą jeszcze bezpieczniejsze. Koncern farmaceutyczny może włączyć się w działania na rzecz podnoszenia świadomości społecznej w temacie konieczności regularnego wykonywania badań profilaktycznych.

Być uczestnikiem rynku, który budzi szacunek i zaufanie u innych

To kolejna zasada sustainability według Intrum. Za hasłami „szacunek” i „zaufanie” kryją się konkretne zachowania i postawy. Firma, która chce zadbać o zrównoważony rozwój, musi nie tylko być wiarygodna biznesowo, tzn. zachowywać pełen profesjonalizm w obsłudze i kontaktach z klientami. Nie może zapominać o etyce i musi również pokazać, że jej działania nie niosą przypadkowych, negatywnych konsekwencji dla społeczeństwa i środowiska.

Empatia i etyka są dla nas drogowskazami pokazującymi, jak mamy postępować z naszymi Klientami. Dzięki trzymaniu się tych zasad, zdobywamy ich szacunek oraz zaufanie. Podobnie postrzega nas całe otoczenie biznesowe. Przestrzegamy przepisów prawa i regulacji, a także dążymy do odpowiedzialnego korzystania z danych w każdym obszarze, w którym działamy, co jest ważne w świetle obowiązywania RODO. Naszą polityką jest również brak tolerancji dla korupcji i łapówkarstwa. Niezwykle ważne jest także to, jaki wpływ na klimat i ogólnie na środowisko ma nasza działalność. Przykładowo, Grupa Intrum prowadzi monitoring emisji gazów cieplarnianych – podsumowuje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Szanować różnice, stawiać na różnorodność, by się rozwijać

Trzeci obszar, w którym działamy na rzecz sustainability, to rozwój poprzez tworzenie nowej jakości, która powstaje ze stawiania na różnorodność i poszanowania różnic. W Intrum szanujemy wszystkich naszych pracowników, dajemy im możliwość do tego, by mogli się rozwijać, zapewniając przy tym, że w naszej firmie jest miejsce na różnorodność, chociażby pod względem płci i wieku pracowników, jest też miejsce na różne opinie i doświadczenie. Ta różnorodność odzwierciedla i pozwala nam zrozumieć potrzeby naszych Klientów oraz ich klientów. Umożliwiamy pracę w zdrowym i przyjaznym środowisku, które motywuje do działania, co jest dla nas bardzo ważne – podpowiada Agnieszka Surowiec, Intrum.

W powyższej zasadzie chodzi o podejmowanie działań z obszaru employer branding, które ukażą daną firmę, bez względu na to, w jakiej branży działa, jako atrakcyjnego pracodawcę, który dba o dobro pracowników i podejmuje tematy, które są dla nich ważne – np. dbanie o środowisko. Taki „idealny” pracodawca musi również wdrażać narzędzia, które pokażą pracownikom, że firma, w której pracują, ma jasno określone zasady etyczne, jeżeli chodzi o wszelkie kwestie związane z HR i ich przestrzega. Bycie odpowiedzialnym i etycznym pracodawcą, tworzenie komfortowego miejsca pracy dla wszystkich pracowników oraz dawanie im możliwości rozwoju i zdobywania kolejnych umiejętności, to podstawa dbania o zrównoważony rozwój firmy.

Źródło: Intrum

Średni wiek, w jakim statystyczny Polak decyduje się na założenie rodziny to 30 lat. Czy to późno? Moment, w którym chcemy związać się z kimś na stałe i posiadać dziecko lub dzieci, to indywidualna kwestia, ale faktem jest, że z roku na rok przesuwamy go w czasie. Dlaczego?

Pierwsze miejsce na liście „winowajców” zajmują wysokie koszty życia, brak odpowiednich warunków lokalowych i potrzeba zdobycia stabilnej finansowej w pierwszej kolejności. Młodzi Polacy uważają również, że wychowanie dziecka w naszym kraju po prostu jest drogie w stosunku do zarobków, na które mogą liczyć. To również tłumaczy, dlatego ta grupa wkracza w dorosłość z długami. Ci którzy są świadomi swojej sytuacji finansowej, opóźniają moment, w którym zostają rodzicami, póki ta nie ulegnie poprawie.

W 2018 r. w Polsce na świat przyszło tylko blisko 390 tys. dzieci. Mniej o 13 tys. niż w 2017 r. Od kilku lat mamy do czynienia z niżem demograficznym, a w odwróceniu tej tendencji nie pomogło nawet wprowadzenie programu 500+. Czy młodzi Polacy celowo odkładają w czasie moment, w którym decydują się na posiadanie dzieci, stawiając na karierę, edukację

i rozwój własnych ambicji? Czy może rozsądnie podchodzą do sprawy, mając świadomość, ile kosztuje utrzymanie rodziny i zapewnienie pociechom bytu na odpowiednim poziomie i doskonalone wiedzą, że jeszcze ich na to nie stać na obecnym etapie życia? Z pewnością obie kwestie mają znaczenie, jednak ta druga wydaje się być bliższa prawdzie. Wskazują na to dane i statystyki.

Przeczytaj także:
„Podejrzany nr 1”: rosnące koszty życia

Do zakładania rodziny z pewnością nie zachęcają rosnące koszty życia – według danych KRD, 70 proc. z nas ocenia je jako wysokie lub bardzo wysokie. Tylko 4 proc. naszego społeczeństwa uważa, że każdego miesiąca ponosi niskie opłaty. W ciągu ostatnich trzech lat zdrożały praktycznie wszystkie media. Średnie rachunki za prąd, ogrzewanie i wodę łącznie wynoszą już blisko 640 zł miesięcznie, czyli niewiele mniej niż połowę wszystkich kosztów utrzymania. Te sięgają już ponad 1,5 tys. zł. Jeszcze w 2015 r. było to „tylko” 980 zł.

Nie pomaga w tej sytuacji fakt, że niestety zarobki w naszym kraju rosną wolniej, niż koszty życia. Co prawda, średnie wynagrodzenie w naszym kraju wynosi ponad 5,2 tys. zł brutto, ale płaca minimalna już tylko nieco ponad 2,2 tys. zł brutto i młodzi Polacy wkraczający na rynek pracy z małym doświadczeniem zawodowym przeważnie mogą liczyć na pensję w niewiele wyższej kwocie. Po odliczeniu podatku, składek na świadczenia, itp., pozostają z kwotą, która starcza na utrzymanie, ale w portfelu zostaje im niewiele „wolnej” gotówki. Oczywiście, gdy prowadzimy gospodarstwo domowe z drugą osobą, mamy dodatkowe źródło dochodów, niektóre wydatki możemy zatem podzielić przez dwa, ale koszty życia pary także są wyższe niż w przypadku samotnie żyjącego singla – komentuje Edyta Stawowa, ekspert Intrum.

Obecne koszty życia dla większości Polaków stanowią nie lada wyzwanie finansowe, a to nie wszystkie wydatki, które dotyczą młodych. Jak zaznacza Edyta Stawowa, wśród osób między 19. a 35. rokiem życia istnieje niemała grupa, która zanim zdecyduje się na założenie rodziny, chce mieć już ustabilizowaną sytuację finansową (przynajmniej w pewnym stopniu) i inne aspekty życia. Chodzi przede wszystkim o mieszkanie. – Na tym etapie życia potrzeba posiadania własnego M. jest oczywista. Ci, którzy nie chcą decydować się za mieszkanie w wynajętym lokum, stoją przed koniecznością zakupu własnego kąta. W grę wchodzi przeważnie zakup na kredyt. Paradoksalnie zaciągnięcie takiego zobowiązania nie ułatwia zrobienia tego ostatniego kroku w dorosłość. Istnieje obawa, że spłata kredytu pochłonie znaczną część domowego budżetu i nie pozwoli na dodatkowe koszty, które wynikają z założenia rodziny, więc młodzi Polacy przekładają ten moment na „potem”. Czekają na kolejną, lepiej płatną pracę, na zebranie nawet drobniejszych oszczędności, które byłyby wsparciem w momencie, kiedy na świecie pojawi się pociecha, a razem z nią wydatki – stwierdza Edyta Stawowa.

„Podejrzany nr 2”: dzieci – kosztowna sprawa

Koszty pojawiają się wtedy, gdy dziecka jeszcze nie ma na świecie. Ten dotyczący wyprawki dla noworodka zaczyna się już od ok. 1,6 tys. zł (w tej wersji podstawowej) i nie ma w tym przypadku górnej granicy. Na rynku obecnie znajduje się wiele „gadżetów” pomagających rodzicom w opiece i pielęgnacji nowo narodzonego dziecka, a każdy z nich to dodatkowy wydatek. Kupno wózka jest jednym z tych największych – koszt od 500 zł do nawet 14 tys. zł. Należy pamiętać także o tym, że dzieci szybko rosną i trzeba liczyć się z tym, że wiele z tych kosztów, które ponosimy na początku, nie są jednorazowymi wydatkami. Na następnych etapach koszty nie maleją. 

Utrzymanie dziecka może pochłaniać średnio nawet do 30 proc. domowego budżetu każdego miesiąca. Szacuje się, że do momentu, gdy dziecko nie osiągnie pełnoletności, rodzice muszą wydać od 176 do 190 tys. zł. To uśrednione kalkulacje, które nie uwzględniają tego, że np. pociecha już od najmłodszych lat będzie trenowała kosztowny sport lub rodzice zdecydują się ją posłać do prywatnych szkół, itp. Należy także być świadomym tego, że gdy na świecie pojawia się dwójka lub więcej dzieci, wspomniane koszty drastycznie rosną.

Oczywiście, z prawdziwie dużymi wydatkami rodzice muszą się liczyć dopiero po kilku latach, gdy dziecko pójdzie do szkoły. Z każdym rokiem koszty te będą rosły. Teoretycznie opiekunowie nie powinni się tego obawiać, ponieważ wraz z większym doświadczeniem na rynku pracy, będą mogli liczyć na wyższe pensje i poprawę sytuacji finansowej. Wydaje się jednak, że ten argument nie przekonuje młodych Polaków, którzy myślą o założeniu rodziny. W dodatku, nierzadko zdarza się, że po narodzeniu dziecka jedno z rodziców (przeważnie jest to matka) przynajmniej na jakiś czas musi zrezygnować
z pracy zawodowej, a to oznacza mniej pieniędzy w domowej kasie. Te osoby, które wybiegają myślami w przyszłość i są świadome tej kwestii, nie spieszą się do posiadania potomstwa
– podkreśla Edyta Stawowa, ekspert Intrum.

Zaciągnięcie pożyczki lub kredytu mogłoby pomóc na starcie młodym Polakom, którzy są gotowi założyć rodzinę, kiedy jest na to najlepszy czas, ale nie są na niego przygotowani finansowo. – Nie wszyscy jednak korzystają z tego rozwiązania i wydaje się, że to dobry krok, ponieważ osoby po 20. roku życia i tak są już jedną z bardziej zadłużonych grup społecznych w naszym kraju – dodaje Edyta Stawowa.

Zobacz też:
„Podejrzany nr 3”: zadłużenie młodych Polaków

Co prawda 31-latek z 6 mln zł długów na koncie to niechlubny rekord, ale dane BIG InfoMonitor oraz BIK pokazują, że z każdym rokiem przybywa młodych Polaków z długami. Ci w grupie wiekowej 25-35 lat są zadłużeni łącznie na kwotę 6,5 mld zł. Niestety, problem jest także widoczny wśród jeszcze młodszych. Nieco ponad 1 na 5 osób w grupie wiekowej 18-24 lata posiada już jakieś zobowiązanie kredytowe, a łącznie są one już winne 872 mln zł. Najbardziej jednak niepokojące wydaje się to, że na przestrzeni krótkiego okresu, zadłużenie w tej grupie wiekowej wzrosło o ponad 60 proc.

Jakie jest źródło długów młodych Polaków? – Na pierwszym miejscu należy wymienić brak doświadczenia w świecie finansów, brak wiedzy na temat podstawowych produktów bankowych. Z tym wiąże się kolejny problem – pospieszne zawieranie umów np. z operatorami telefonii komórkowych, nieczytanie regulaminów sklepów internetowych. To wszystko może prowadzić do problemów finansowych. Niestety, Polacy do 25. roku życia także „słyną” z tego, że unikają płacenia mandatów wystawionych za jazdę komunikacją miejską bez ważnego biletu i dość niefrasobliwego podejścia do spłat drobnych pożyczek i rat za zakupy – wylicza Edyta Stawowa, ekspert Intrum.

Jeżeli chodzi o młodszą część naszego społeczeństwa, to jednak najbardziej zadłużone są osoby ok. 35 roku życia – winni swoim wierzycielom łącznie 1,14 mld zł. Trzeba jednak zaznaczyć, że w tej grupie za tę wysoką sumę zadłużenia odpowiadają zaciągnięte kredyty hipoteczne. Znajdują się w niej także te osoby, które opóźniają moment założenia rodziny, ponieważ najpierw chcą zapewnić rodzinie „idealne” warunki lokalowe.

Źródło: Intrum

Jak wynika z danych Departamentu Sprawiedliwości USA, oszustwa związane z fałszowaniem tożsamości są jednym z najczęściej stosowanych sposobów kradzieży danych osobowych w Stanach Zjednoczonych. Proceder ten jest także często wykorzystywany w naszym kraju, a dane z ostatnich lat wskazują na wzrost liczby tego typu przestępstw. Tylko w zeszłym roku Policja odnotowała ponad 100 tys. przypadków wyłudzeń dokonanych z wykorzystaniem cudzej tożsamości.

Z kolei – jak podaje InfoDok – każdego dnia w naszym kraju dochodzi średnio do 16 prób dokonania cyberprzestępstw na łączną kwotę 1,3 mln zł. Według ekspertów z F-Secure, hakerzy z różnych zakątków Świata tylko w ciągu jednej godziny podejmują średnio 700 prób cyberataków na naszych obywateli. Cyberoszustwa to cena, jaką płacimy za rozwój technologii, wygodę robienia zakupów przez Internet oraz za możliwość łatwego i szybkiego dokonywana płatności on-line. Aby zwiększyć swoje bezpieczeństwo w sieci, należy poznać najpopularniejsze metody postępowania cyberprzestępców, którzy czyhają na nasze dane. W przeciwnym razie, możemy nie tylko stracić oszczędności życia, ale i wpaść w długi, które znacząco utrudnią nasze plany finansowe.

Nie daj się złowić na phishing i szantaż cyberprzestępców

Frima Symantec oszacowała, że globalnie co sekundę średnio 18 osób pada ofiarą cyberataków, co przekłada się z kolei na roczną stratę w łącznej wysokości 113 mld dolarów. Warto zaznaczyć, że według analiz ekspertów F-Secure Polska nie wyróżnia się na tym tle od innych państw i podąża zgodnie z globalnym trendem wzrostu liczby przestępstw dokonanych w sieci, z których najpopularniejsze dotyczą phishing’u i ataków ransomware.

Phishing polega na podszywaniu się pod inną osobę lub instytucję i wysłaniu wiadomości e-mail bądź sms w celu wyłudzenia określonych informacji, np. danych dotyczących karty kredytowej, danych autoryzacyjnych służących do logowania się do bankowości internetowej itp. A jak to „działa” w praktyce? – Możemy otrzymać wiadomość elektroniczną wyglądem i treścią do złudzenia przypominającą tę, którą mógłby nam wysłać np. bank. Przeważnie nadawca prosi o przekazanie naszych danych, aby np. odzyskać dostęp do interfejsu bankowości elektronicznej lub dokonać transakcji, która z powodu najróżniejszych „błędów” systemowych nie została ukończona. W związku z tym, że treść takich komunikatów wygląda na wiarygodną, a część informacji na nasz temat w niej zawartych się zgadza (phishing polega właśnie na wykorzystaniu prawdziwych danych, które przestępca pozyskał wcześniej z innego źródła), automatycznie wykonujemy to, o co zostaliśmy poproszeni. Przeglądając w pośpiechu pocztę, np. w drodze do pracy, nietrudno o pomyłkę i kliknięcie w link lub odpowiedź na fałszywą wiadomość, co może nas wiele kosztować – wyjaśnia Marcin Dynak, Inspektor ochrony danych w Intrum.

Jak sam dodaje, jeżeli w porę nie odkryjemy, że ktoś bezprawnie wykorzystał nasze dane, to nie tylko możemy np. stracić oszczędności swojego życia, ale również popaść w poważniejsze kłopoty finansowe. Ponadto, skradzione informacje mogą posłużyć oszustom do zaciągania kredytów na nasze nazwisko czy do dokonywania drogich zakupów przy wykorzystaniu naszych środków. Nie zapominajmy jednak, że największym zyskiem dla cyberprzestępców są po prostu nasze dane. Wzorce zachowań w Internecie, zwyczaje zakupowe czy nawet poglądy polityczne mogą zostać wykorzystane do dokonania niejednego przestępstwa, często dużo bardziej opłacalnego niż zysk z wyłudzonego kredytu konsumenckiego. W 2018 r. hakerzy uzyskali dostęp do cyfrowych kodów logowania użytkowników Facebooka i wykorzystując lukę w zabezpieczeniach portalu, wykradli dane osobowe aż 29 mln osób.

W trakcie kupowania w sklepie on-line, korzystając z bankowości internetowej lub po prostu przeglądając Internet, możemy także paść ofiarą innego szkodliwego oprogramowania typu ransomware (zbitka wyrazowa angielskich słów okup i oprogramowanie). Cyberprzestępcy poprzez kryptowirusa (najpopularniejsze z nich to tzw. trojany), blokują dostęp do systemu operacyjnego na komputerze lub do poszczególnych aplikacji, uniemożliwiając tym samym odczyt zapisanych w nich informacji, a następnie żądają od ich właściciela „okupu” za przywrócenie urządzenia czy oprogramowania do stanu sprzed ich zainfekowania. W celu uzyskania okupu oszuści wykorzystują różne metody płatności, od tych popularnych, jak tradycyjne przelewy, wiadomości SMS Premium (specjalne wiadomości tekstowe o podwyższonej opłacie) czy usługi pre-paid, po walutę Bitcoin. Ataki ransomware z 2017 r. kosztowały jego ofiary w sumie 4 mld dolarów.

Jak zatem przebiega atak z wykorzystaniem szkodliwego oprogramowania typu ransomware? Po zainfekowaniu naszego komputera na jego ekranie zostaje wyświetlone fałszywe ostrzeżenie opublikowane rzekomo np. przez Policję, informujące o tym, że musimy ponieść karę finansową, np. za naruszenie praw autorskich w związku z nielegalnym pobraniem treści z Internetu. Innym przykładem komunikatu jest informacja o posiadaniu nieoryginalnej wersji systemu Microsoft Windows.

To tylko najpopularniejsze przykłady zagrożeń czyhających na nas w sieci i należy pamiętać, że oszuści – powodowani chęcią uzyskania łatwych i wymiernych korzyści – nieprzerwanie wymyślają nowe sposoby na to, jak wykraść nasze dane i pieniądze.

Przeczytaj także:

Uwaga na dane widniejące w dowodzie osobistym

Nierzadko sami narażamy się na niebezpieczeństwo, przekazując swoje dane w niepowołane ręce. Rozważmy nasypujący przypadek: czy jeżeli podczas aktywności w Internecie, np. w trakcie robienia zakupów lub zamawiania jakiejś usługi, zostaniemy poproszeni o przekazanie newralgicznych danych osobowych widniejących w naszym dowodzie tożsamości (np. PESEL czy seria i numer dokumentu), to powinniśmy się na to zgadzać? – Zdecydowanie należy rozważyć zasadność podawania tego typu danych, ponieważ w niewłaściwych rękach, mogą one posłużyć do wyłudzenia kredytu lub do zaciągania w naszym imieniu innych zobowiązań (np. poprzez zawarcie niekorzystnej dla nas umowy), których konsekwencje mogą wpędzić nas w kłopoty finansowe na długie lata – ostrzega Marcin Dynak, ekspert Intrum.

Skutków kradzieży tożsamości jest zdecydowanie więcej i wszystkie one – w krótszej lub dłuższej perspektywie – odbijają się negatywnie na kondycji finansowej. Dostęp osób nieuprawnionych do naszych danych może posłużyć między innymi do: prowadzenia fałszywej działalności biznesowej, wyłudzania np. zwrotu podatku lub zapłaty od kontrahentów i klientów, kradzieży wypożyczonego samochodu, zawarcia umowy z operatorem telefonii komórkowej, założenia fałszywego konta internetowego lub fałszywego profilu itp. W związku z tym, każdy z nas powinien upewnić się, czy konieczność podawania danych osobowych jest uzasadniona i celowa oraz ustalić, kto prosi o ich podanie. Jeżeli są one potrzebne do zweryfikowania naszej tożsamości np. podczas zakupu biletu lotniczego lub przy zakładaniu zaufanego profilu na stronie internetowej urzędu, to upewnijmy się, że połączenie internetowe jest bezpieczne (będzie oznaczone symbolem zielonej kłódki widniejącej po lewej stronie paska adresu w przeglądarce internetowej). Tego typu rozwiązanie techniczne powinno zapewnić, że informacje, które przesyłamy na tak chronioną witrynę, są i pozostaną prywatne oraz zabezpieczone przed dostępem osób nieuprawnionych.

10 zasad bezpieczeństwa, które powinien znać każdy internauta

Jak zatem chronić swoją tożsamość w Internecie i na co należy zwrócić uwagę, by nie stać się ofiarą cyberprzestępców? Jak zaznacza Marcin Dynak, kupowanie i płacenie on-line może być bezpieczne, wystarczy tylko znać i stosować się do kilku opisanych niżej zasad bezpieczeństwa:

  1. Wybieraj tylko bezpieczne i sprawdzone sklepy internetowe, czyli takie, o których wiadomo, że przestrzegają zasad bezpieczeństwa i stosują odpowiednie zabezpieczenia, dzięki którym dane osobowe ich klientów nie staną się łatwym łupem dla oszustów.
  2. Dokonuj płatności internetowych tylko przy udziale certyfikowanych pośredników.
  3. Nie otwieraj wiadomości e-mail i sms nieznanego pochodzenia oraz zawierających podejrzaną treść. Zwróć szczególną uwagę na wiadomości nakazujące zapłatę zaległych (w tym przypadku fikcyjnych) faktur lub podanie dostępu do konta bankowego albo danych z karty płatniczej.
  4. Zadbaj o bezpieczeństwo haseł dostępu. Hasła powinny składać się z różnych znaków (wielkie i małe litery, znaki specjalne i cyfry) oraz być odpowiednio długie (min. 8 znaków), wtedy będą trudniejsze do złamania. Co nie mniej ważne – nie posługuj się tym samym hasłem dostępu do wielu kont i pamiętaj, aby zmieniać je co jakiś czas.
  5. Nigdy nie podawaj haseł i loginów osobom trzecim.
  6. Sprawdzaj, czy bank lub sklep internetowy, z którego korzystasz, wykorzystuje szyfrowaną wersję protokołu http. Innymi słowy, sprawdź, czy adres strony poprzedza fraza „https” (np. https://www.abcdefghijkl.pl). Jeżeli nie, to takie połączenie nie jest szyfrowane, co znacząco obniża poziom zaufania do takiej witryny i warto rozważyć, czy istnieje potrzeba przekazywać tam swoje dane.
  7. Wykonując przelew bankowy on-line, nigdy nie kopiuj numeru rachunku bankowego z zewnętrznych źródeł, tylko za każdym razem wpisuj go ręcznie.
  8. Nie korzystaj z otwartych, niezabezpieczonych sieci Wi-Fi, czyli tzw. hotspotów, dostępnych w miejscach publicznych, takich jak restauracje, galerie handlowe czy lotniska, nawet jeżeli musisz skorzystać z aplikacji bankowej, aby wykonać szybki przelew. W celu zwiększenia ochrony naszych urządzeń, zasadne wydaje się rozważenie nabycia usługi VPN (z ang. Virtual Private Network), dzięki której przeglądanie Internetu, w tym także korzystanie z usług bankowych czy robienie zakupów, będzie odpowiednio zabezpieczone i niedostępne dla osób trzecich.
  9. Używaj sprawdzonych programów antywirusowych. Dzięki temu dodatkowemu zabezpieczeniu możesz mieć pewność, że zarówno Twoje dane, które udostępniasz w Internecie, jak i informacje, które przechowujesz lokalnie na komputerze lub w smartfonie, będą bezpieczne. Korzystaj tylko z oprogramowania pochodzącego z autoryzowanych, legalnych źródeł.
  10. Dokonuj regularnych aktualizacji oprogramowania na Twoim komputerze.

Źródło: Intrum

Czy portale z ofertami pracy, które są źródłem kandydatów dla firm planujących zwiększyć zatrudnienie, w przyszłości nie będą już tak popularne jak dzisiaj? Czy rozmowa rekrutacyjna przestanie być postrzegana jako stresujący sprawdzian i zmieni się w spotkanie, na którym to pracodawca będzie starał się przekonać potencjalnego pracownika, że warto zasilić szeregi jego firmy?

To scenariusz, który może spełnić się już niebawem. Rynek pracy, na którym to obecnie pracownik dyktuje warunki, strategie employer branding, na czele z nowymi technikami rekrutacji i onboardingiem, coraz częściej wykorzystywane przez działy HR, sprawiają, że proces związany z poszukiwaniem pracowników zmienia swoje oblicze.

Employer branding kluczem do sukcesu

200 proc. – o tyle według badań przeprowadzonych przez firmę Glassdoor[1] wzrasta szansa na zatrudnienie wartościowych, tzn. niezawodnych i efektywnych pracowników w firmach inwestujących w employer branding. Hasło to na stałe weszło do HR-owego słownika. Coraz więcej firm, nie tylko największych, światowych gigantów rozumie, że działania pozwalające zbudować w oczach potencjalnych pracowników spójną, a przede wszystkim pozytywnie kojarzącą się markę pracodawcy, są tak samo ważne w osiągnięciu sukcesu, jak np. przemyślane działania marketingowe, bądź skrojona na miarę strategia rozwoju.

Zobacz też:

Deloitte: 40 proc. firm rodzinnych nie posiada strategii cyfrowej

Firmy również coraz chętniej w działania employer brandingowe angażują swoich obecnych pracowników. To oni  bowiem są najbardziej wiarygodnymi ambasadorami danej marki. – Szczególnie ta osoba, która rozpoczynała w danej firmie karierę od najniższego szczebla, a po pewnym czasie zajęła wysoko pozycjonowane, np. kierownicze stanowisko, jest najlepszym przykładem na to, że dane miejsce daje szansę na rozwój i stwarza na tyle komfortowe warunki, że pracownicy podejmują decyzję o pozostaniu w firmie na dłużej i czują satysfakcję z wykonywanej pracy – zauważa Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum. Działania employer brandingowe wspierają prowadzone w firmie procesy rekrutacyjne i co więcej – w poszukiwaniu nowych pracowników mogą być bardziej skuteczne, niż rekrutacja tradycyjnie rozumiana, np. ta w postaci umieszczania ofert pracy na dedykowanych portalach.

Jak dodaje Agnieszka Surowiec, działania pozwalające zbudować markę pracodawcy obniżają koszty prowadzenia rekrutacji oraz skracają czas trwania tego procesu. Wyniki badania firmy Glassdoor pokazują, że employer branding przyczynia się do zwiększania satysfakcji i zaangażowania pracowników w wykonywane obowiązki, (a tym samym ma wpływ na wzrost satysfakcji klientów), zwiększa ich lojalność, także w czasach trudnych dla firmy, co jednocześnie wpływa na spadek liczby dobrowolnych odejść czy podatności na „podkupienie” pracownika przez konkurencję.

Zobacz też:

Konfederacja Lewiatan: w pierwszej połowie roku inwestycje przyspieszyły

„Polecone-Nagrodzone”, czyli pracownik szuka pracownika

Jeżeli chodzi o działania bezpośrednio związane ze zrekrutowaniem nowych pracowników, to jak pokazuje doświadczenie wielu firm, najlepsze efekty przynoszą programy poleceniowe. Badania Zielonej Linii – Centrum Informacyjnego Służb Zatrudnienia pokazują, że prawie 7 na 10 osób znajduje zatrudnienie dzięki poleceniu znajomego. Jak takie akcje wyglądają w praktyce, pokazuje przykład firmy Groupon. Australijski oddział marki oferuje swoim pracownikom kupony o wartości 10 dolarów za każdą poleconą osobę, która zostanie zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną. Jeśli rekomendowany kandydat zostaje zatrudniony, firma dorzuca 200 dolarów w gotówce. Po pomyślnym upływie okresu próbnego, trwającym trzy miesiące, uruchamiana jest trzecia transza nagrody w postaci 700 dolarów. Z kolei Hubspot, kalifornijska firma IT, czyli z branży, w której można obserwować zaciętą walkę o pracownika, zdecydowała się wypłacić rekordowe 30 tys. dolarów za polecenie kandydata, który zostanie zatrudniony i przejdzie 90-dniowy okres próbny.

– Taka forma poszukiwania pracowników od wielu lat jest popularna za granicą. W Polsce przez naszą historię i niechęć do „kolesiostwa” zarówno największe korporacje, jak i mniejsze firmy dopiero przekonują się do programów poleceniowych. Nie chodzi w nich tylko o przekazywanie pocztą pantoflową swoim znajomym informacji o wakatach w danej firmie, co zawsze miało miejsce. Chodzi przede wszystkim o organizowanie specjalnych akcji rekrutacyjnych, w które włączeni zostaną wszyscy pracownicy firmy. O tym, że takie działania odnoszą zamierzony skutek, przekonaliśmy się w Intrum, gdy w sierpniu rozpoczęliśmy program „Polecone-Nagrodzone”. Celem akcji jest zaangażowanie naszych pracowników w budowanie zespołu Intrum. Każdy może zgłosić swojego kandydata na stanowisko widniejące w ofercie pracy. Jeżeli ten pomyślnie przejdzie proces rekrutacji i zostanie zatrudniony, osoba polecająca otrzymuje nagrodę. Dodatkową jest to, że taki pracownik zyskuje realny wpływ na to, z kim będzie pracował, a nawet przebywał w jednym pokoju – komentuje Agnieszka Surowiec, Intrum.

Ale to nie wszystkie zalety podobnych programów. Pracodawcy, którzy zdecydują się na takie rozwiązanie, mogą pozyskać wartościowych pracowników bez konieczności angażowania agencji rekrutacyjnych, co wiąże się po prostu z niższymi kosztami i skróceniem całego procesu rekrutacji. Dział HR, czy osoba odpowiedzialna za rekrutację w danej firmie nie musi bowiem przeglądać stosu aplikacji, które trafiają do firmy np. poprzez popularne portale z ofertami pracy. Wyboru kandydatów dokonuje się spośród tych, którzy przeszli już wstępną selekcję, czyli zostali poleceni przez obecnych pracowników firmy. W tym przypadku mamy do czynienia z przeniesieniem ciężaru z ilości na jakość przesyłanych CV. Jak uważa, Agnieszka Surowiec, mechanizm, który stoi za tym zjawiskiem, daje się dość łatwo wyjaśnić: – Osoba, która rekomenduje znajomego do pracy w firmie, w której sama jest zatrudniona, bierze niejako odpowiedzialność za takiego kandydata, bo jeżeli ten się nie sprawdzi, to negatywna opinia dotyczyć będzie również w jakimś stopniu osoby polecającej. Rekomendujący posiada także wiedzę o kandydacie, której nie da się wyczytać z CV czy listu motywacyjnego. W związku z tym, znika obawa, że zrekrutowany pracownik spełnia określone kryteria tylko na papierze – wyjaśnia Surowiec.

Z programu poleceniowego korzyści czerpie pracodawca, co oczywiste, ale również i sam kandydat. Nie chodzi tylko o to, że ma skrócony i ułatwiony proces rekrutacji, ale przede wszystkim otrzymując od znajomego informację na temat dostępnej oferty pracy, zyskuje również sprawdzone wiadomości „z pierwszej ręki” dotyczące przyszłego pracodawcy. Z badań Jobvite, amerykańskiej firmy z sektora IT zajmującej się również rekrutowaniem wynika, że pracownicy z rekomendacji przeważnie cechują się większą lojalnością w stosunku do pracodawcy, mierzoną w długich latach stażu pracy, niż kandydaci pozyskani np. poprzez portale z ogłoszeniami o pracę.

Zobacz też:

Iwona Guzowska, Piotr Voelkel, Rahim Blak, Erica Javellana podczas XXVIII Kongresu Kadry

Liczy się nie tylko pensja, czyli benefity pozapłacowe mają moc

Nawet, jeżeli kandydat z polecenia trafia na rozmowę rekrutacyjną, to nie oznacza jeszcze, że ma stuprocentową szansę na otrzymanie posady. Musi spełnić wszystkie oczekiwania przyszłego pracodawcy, ale ten również musi się wykazać i udowodnić kandydatowi, że warto pracować w jego firmie. Pracodawcy coraz częściej są świadomi tego, że podczas takiej rozmowy mają ostatnią szansę, aby przekonać do siebie kandydata. Jakie „zachęty” stosują?  Badania pokazują, że dla osób obecnych na dzisiejszym rynku pracy wysokość pensji nie jest już najważniejszym czynnikiem decydującym o podjęciu pracy w danej firmie. Według Glassdoor, blisko dla 6 na 10 pracowników poszukujących pracy ważniejsze są proponowane benefity pozapłacowe niż wysokość wynagrodzenia. Są one ważne również dla już zatrudnionych pracowników: 80 proc. kobiet i 90 proc. Millenialsów woli zwiększenie liczby lub wdrożenie nowych benefitów zamiast podwyższenia pensji. Co więcej, 84 proc. pracowników zadowolonych ze swoich benefitów równocześnie zgłasza satysfakcję z pracy[2].

Asana, firma, która stworzyła nadrządzie internetowe oraz aplikację mobilną pomagającą w pracy zespołowej, oferuje swoim pracownikom trzy darmowe posiłki dziennie. Netflix pomaga swojemu zespołowi godzić wykonywanie obowiązków służbowych z życiem rodzinnym. Firma oferuje nieograniczony urlop macierzyński i ojcowski przez cały rok po urodzeniu się dziecka. Pracodawcy doskonale wiedzą, że kandydaci przychylniejszym okiem patrzą na te firmy, które umożliwiają swoim pracownikom samorozwój lub inwestują w ich edukację. Evernote organizuje zajęcia we własnej Akademii. Nie chodzi tylko o zajęcia zorientowane na podnoszenie zawodowych kompetencji (choć te także występują). W pakiecie znajdują się również warsztaty, podczas których pracownicy-uczestnicy mogą zdobyć nowe umiejętności, takie jak np. pieczenie makaroników lub nauczyć się, jak parzyć kawę jak prawdziwy barista. Podobnych przykładów nie brakuje w Polsce. Atrakcyjnym benefitem dla pracownika nie musi być jednak samochód służbowy czy wakacje w zagranicznym kurorcie, a np. pakiet zdrowotny, sfinansowanie karnetu do siłowni lub kina. Tę uwagę potwierdzają słowa Agnieszki Surowiec: – Osobom, które zasilą szeregi Intrum, bez względu na zajmowane stanowisko, oferujemy dostęp do prywatnej opieki medycznej, ubezpieczenie zdrowotne, dostęp do systemu myBenefit, czyli możliwość korzystania ze zniżek na lunch, do kina lub teatru. Nasz pakiet benefitów pozapłacowych powstał w odpowiedzi na potrzeby zgłaszane przez zespół i analizy działu HR. W Intrum na co dzień pracuje ze sobą kilka różnych pokoleń pracowników, które mają odmienne wymagania. W dodatku, oczekiwania zespołu zmieniają się w czasie, dlatego dbamy o to, by „bonusy”, które znajdują się na liście pozafinansowych benefitów, cały czas stanowiły realną wartość dla obecnych, ale i zachętę dla przyszłych pracowników Intrum i co nie mniej ważne – wyróżniały naszą firmę na tle konkurencji – komentuje Agnieszka Surowiec.

Przeczytaj także:

Jakość powietrza, a sen i codzienne funkcjonowanie… także w pracy

Onboarding, czyli witamy na pokładzie

W dzisiejszych czasach pozyskanie pracownika, to połowiczny sukces, ponieważ pracodawca musi zatroszczyć się o to, aby nowy członek zespołu szybko zaaklimatyzował się w nowym miejscu i chciał pozostać w firmie przez dłuższy czas. Aż 9 na 10 firm wierzy, że pracownicy już w pierwszym roku pracy w danej firmie podejmują decyzję, jak długo w niej pozostaną. Dlatego tak ważne jest „pierwsze wrażenie”, czyli w praktyce to, jak pracownik zostanie przyjęty w nowym dla siebie miejscu. Zestaw działań i rozwiązań, które może zastosować pracodawca w tym temacie noszą nazwę onboarding. Ponad 90 proc. pracowników przyjętych do organizacji, którzy spotkali się z onboardingiem, pozostaje w niej na dłużej. W firmach, w których nie wdrożono takich rozwiązań, odsetek ten wynosi tylko 30 proc. Mimo oczywistego wniosku, który wynika z przedstawionych statystyk, tylko 37 proc. organizacji co najmniej dwa lata temu wdrożyło profesjonalny onboarding[3].

– Nie ma jednej definicji onboardingu, ani jednego sprawdzonego przepisu na to, jakie działania przeprowadzić, aby zrobić nie tylko dobre pierwsze wrażenie na pracowniku, ale przede wszystkim, aby ten od samego początku wiedział, że jest potrzebny w danej firmie i wnosi do niej swoją wiedzę oraz doświadczenie. By tak się stało, na pewno pracownikowi należy wyznaczyć konkretne cele i zadania, które powinny być jasne nie tylko dla nowo zatrudnionej osoby, ale także dla innych członków zespołu, do którego dołączy. Jednocześnie, nowy pracownik powinien również przedstawić swoje oczekiwania względem nie tylko obejmowanego stanowiska, ale również swojej roli w całej organizacji. Spotkanie się w połowie drogi i pełne porozumienie na linii pracownik-pracodawca przynosi najlepsze rezultaty. Nowa osoba powinna również zostać zapoznana z kulturą danej organizacji. Informacje o np. o tym, że regularnie przeprowadzane są rozmowy- oceny pracownicze, jaki dress code obowiązuje, itp., z pewnością będą ważnymi i niezbędnymi wiadomościami w pierwszych dniach pracy. Warto również przekazać mniej formalne, ale również istotne zasady pracy w danej firmie – podpowiada Agnieszka Surowiec.

Bez względu na to, jakie narzędzia employer brandingowe zdecyduje się wdrożyć dział HR i na jaki rodzaj rekrutacji postawi pracodawca, każde takie działanie powinno być nie tylko dopasowane do profilu biznesowego danej firmy, ale przede wszystkim do potrzeb przedsiębiorstwa związanych np. z budowaniem silnego i zgranego zespołu. – Z pewnością złym pomysłem jest kopiowanie pomysłów np. USA, gdzie employer branding się narodził i przenoszenie ich 1:1 na polski grunt. Żadne rozwiązania tego typu nie powinny być także wdrażane bez wcześniejszych analiz i konsultacji z pracownikami. Ich zdanie jest bowiem bardzo ważne – komentuje Agnieszka Surowiec, Dyrektor ds. HR i Komunikacji w Intrum.

 

[1] Glassdoor, 50 HR and Recruiting Statistic for 2017/2018.

[2] Dane: Glassdoor.

[3] Na podstawie badań przeprowadzonych przez Talya N. Bauer i analiz portalu Hrstandard.pl.

 

31-latek z 6 mln zł długów na koncie. To niechlubny rekord, ale najnowsze dane zebrane przez Krajowy Rejestr Dług pokazują[1], że nie jest to odosobniony przypadek i z każdym rokiem przybywa młodych Polaków, którzy weszli w dorosłość z długami. Już 630 tys. osób należących do grupy wiekowej 25-35 lat jest zadłużonych na astronomiczną sumę ponad 6,5 mld zł łącznie. Dlaczego coraz więcej przedstawicieli pokolenia „Y”[2] popada w spiralę długów? Jak uniknąć kłopotów finansowych nie tylko przed 30-tką, ale i w późniejszych latach życia?

Start w dorosłość na kredyt

Nie tylko pokolenie „Y” ma na głowie spore problemy finansowe. Jak wynika z danych udostępnionych przez BIG InfoMonitor oraz BIG, pogłębia się również zadłużenie w młodszej grupie wiekowej, w której nieco ponad jedna na pięć osób posiada już jakieś zobowiązania kredytowe. Zaległości osób w wieku 18-24 lat łącznie wynoszą już 872 mln zł. Z kolei jak podaje KRD, od ostatniego roku zadłużenie młodych rodaków, którzy nie ukończyli 25. roku życia, wzrosło o 62 proc. – Przyczyny powstawania długów młodych Polaków są różne. Młodsi dorośli nie mają jeszcze doświadczenia w kwestii finansów i najczęściej nie czytają dokładnie umów przy zaciąganiu kredytów lub zakupach na raty. Dają się zwieść promocjom pt. „raty 0%”, które po fakcie okazują się być atrakcyjnymi ofertami tylko z nazwy, bo np. nie byli świadomi dodatkowych kosztów występujących przy kredycie. Niespłacane na czas „drobne” pożyczki, nieuregulowane rachunki za telefon, nieopłacone mandaty za jazdę „na gapę” komunikacją miejską. To najczęstsze przyczyny zadłużenia osób w wieku 18-24 lat – wyjaśnia Tomasz Bienias, ekspert Intrum.

Jak dodaje Tomasz Bienias, nieco inną genezę mają długi młodych osób z następnej kategorii wiekowej (25-35 lat). – Nieliczna grupa 25-latków może pochwalić się pensją wyższą niż płaca minimalna, wynosząca obecnie nieco ponad 1500 zł netto. Osoby przekraczające 30. rok życia, które są dłużej na rynku pracy, zarabiają zdecydowanie więcej, ale nadal dla wielu są to niewystarczające kwoty, które nie pozwalają na pełne usamodzielnienie się. Dlatego też, w tej grupie wiekowej dług jest większy, bo na łączną sumę zadłużenia składają się kredyty na wyższe sumy, zaciągane na zakup samochodu czy pierwszego mieszkania.

Zdanie eksperta potwierdzają dane KRD. Jeżeli chodzi o pokolenie „Y”, najbardziej zadłużeni są 35-latkowie, którzy muszą zwrócić łącznie aż 1,14 mld zł, czyli każda z tych osób jest winna wierzycielom średnio 16 tys. zł.

Czym skorupka za młodu…,czyli edukacja to podstawa

Wydaje się, że myślenie o przyszłości i chęć posiadania własnego M., to dobry powód do zadłużenia się na wiele lat, i że decyzja o zaciągnięciu kredytu hipotecznego zazwyczaj poparta jest szczegółowymi analizami. Jednak, zarówno osoby, które zrobiły ten ważny krok w dorosłość kilka lat temu, jak i dwudziestolatkowie, posiadają znikomą wiedzę na temat finansów i nie są do końca świadomi, jakie są konsekwencje braku regularnej spłaty zobowiązań. Jak sugeruje Tomasz Bienias, pokolenie „Y” i to kolejne, czyli „Z”, które wchodzi właśnie na rynek pracy, to osoby, które urodziły i wychowały się już po transformacji ustrojowej. Nie znają pojęcia ograniczenia, a świat stoi przed nimi otworem, kusząc dobrami, które mogą mieć od ręki.

– To niestety również dotyczy kwestii finansów. Młodzi nie są nauczeni oszczędzania, ponieważ nigdy nie musieli tego robić. Jeżeli tylko posiadają stałe źródło utrzymania, a przez to i zdolność kredytową, traktują kredyty jako „normalne” źródło finansowania swoich potrzeb. Problemy zaczynają się wtedy, kiedy drobne zobowiązania zmieniają się w wysokie raty, które z miesiąca na miesiąc ciążą na domowym budżecie, aż w końcu przestają być regulowane. Niestety, często zdarza się, że młodzi sami winni są trudnej sytuacji finansowej, w której się znaleźli. Kłopotów jednak można uniknąć, przestrzegając kilku prostych zasad. Warto stosować je w praktyce, ponieważ złe nawyki finansowe szybko mogą wejść w krew. Jeżeli dwudziestolatek znajdzie się w bazie KRD czy BIG,  w przyszłości może mieć problem zaciągnięciem kolejnego kredytu lub nawet ze zrobieniem zakupów na raty
– 
zaznacza Tomasz Bienias, Intrum.

  1. Dokładne czytanie umów kredytowych popłaca. Nieważne, czy chodzi o kredyt zaciągany na samochód, czy o małą pożyczkę na kilka tysięcy złotych, którą planuje się spłacić w krótkim czasie. Przed podpisaniem każdej umowy kredytowej, warto dokładnie się z nią zapoznać, żeby później nie żałować. W tym dokumencie znajdują się informacje o wszystkich kosztach zobowiązania, a tym samym o wysokości comiesięcznej raty. – Młody kredytobiorca nie jest zwolniony z tego obowiązku, nawet jeśli decyduje się na kredyt przez Internet. Niezależnie od tego, czy podejmuje się pożyczkę w oddziale banku czy online, umowa kredytowa w obu przypadkach wygląda tak samo i jest cennym źródłem informacji, więc warto rozumieć wszystkie zapisy, które się w niej znajdują – radzi Tomasz Bienias, Intrum.
  2. Uwaga na zakupy na raty. Dziś na raty można kupić prawie wszystko. Nie tylko sprzęt elektroniczny, AGD/RTV, ale również letnie wycieczki czy odzież. Spłatę nowej komórki czy komputera, który kosztował 3-4 tys. zł. można rozłożyć nawet na kilkanaście rat, przez co może wydawać się, że comiesięczny koszt takich zakupów jest niewielki. – Niestety wielu młodych kredytobiorców myśli w ten sposób i uważa, że nie czekają ich poważne konsekwencje, jeżeli przestaną regularnie spłacać zobowiązanie. Rzeczywistość jest zupełnie inna. Małe zadłużenie po pewnym czasie może przerodzić się w duży dług i jeszcze większe problemy finansowe. Z naszego doświadczenia wynika, że młodzi konsumenci decydując się na zakupy ratalne, nie zawsze są świadomi tego, kto w takim przypadku jest wierzycielem ich długu i są zaskoczeni, kiedy powiadomienie o braku regularnej spłaty nie przychodzi ze sklepu, w którym kupili towar, a z banku. Należy więc pamiętać, że zakupy na raty to nic innego, jak kredyt zaciągany na „normalnych” warunkach – wyjaśnia Tomasz Bienias.
  3. Planowanie chroni przed finansowymi tarapatami. Układanie domowego budżetu, czyli posiadanie kontroli nad wszystkimi wydatkami, jest sprawdzonym sposobem pozwalającym uniknąć nadmiernego zadłużenia się. Jest to szczególnie ważne, gdy dysponuje się niższymi przychodami, jak w przypadku młodych osób, które są u progu kariery zawodowej. Nawet w takiej sytuacji zaciągnięcie kredytu jest możliwe – ważne jednak, aby jego spłata była uwzględniona w comiesięcznych wydatkach. Wtedy zyskuje się pewność, że w domowej kasie nie zabraknie środków na uiszczanie kolejnych rat.

Czasami przykry zbieg okoliczności nie pozwala uniknąć problemów, nawet jeżeli młody kredytobiorca zastosuje się do powyższych zasad. Wtedy na swojej drodze może spotkać firmę windykacyjną lub komornika, a jak pokazują dane, takich przypadków nie brakuje. Polacy w wieku 25-35 lat aż 1/4 wszystkich zobowiązań, czyli ok. 2,68 mld zł posiadają wobec firm windykacyjnych oraz funduszy sekurytyzacyjnych, które odkupiły długi od pierwotnych wierzycieli[3]. – Kiedy osoba zadłużona otrzymuje pismo od firmy windykacyjnej, nie powinna go lekceważyć. Taki list oznacza, że wierzyciel poprosił profesjonalną firmę o pomoc w odzyskaniu należności, a kredytobiorca jednocześnie otrzymuje sygnał, że ma możliwość polubownego rozwiązania swojego problemu, zanim sprawą zainteresuje się komornik, a spłata długu zostanie nakazana przez sąd. Nawet i w takich przypadkach osoba zadłużona nie jest na straconej pozycji i może wynegocjować korzystne warunki uregulowanie zaległego zobowiązania. Warto jednak nie dopuścić do rozwoju takiej sytuacji i podjąć odpowiednie kroki, kiedy pojawiają się pierwsze problemy ze spłatą zaciągniętych kredytów – podpowiada Tomasz Bienias, Intrum.

 

[1] Źródło: www.krd.pl.

[2] Przyjmuje się, że są to osoby urodzone pomiędzy 1983, a 1993 rokiem.

[3] Dane: KRD.

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...

Parlament wybrał Ursulę von der Leyen jako pierwszą kobietę przewodniczącą Komisji Europejskie

Parlament Europejski 383 głosami za wybrał w tajnym głosowaniu 16 lipca Ursulę von der Leyen na prze...

Wzrost cen może być krótkotrwały

Jak informuje BIEC (Biuro Inwestycji i Cykli Ekonomicznych), wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prog...