czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "strefa euro"

strefa euro

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólnej waluty, nierównomiernym tempem wzrostu gospodarczego poszczególnych krajów czy przepaścią w wynagrodzeniach. Jednak w USA, gdzie integracja pomiędzy stanami  jest zdecydowanie głębsza niż w strefie euro, również można zaobserwować olbrzymie różnice we wzroście gospodarczym, pensjach czy w inflacji – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Gdy ekonomiści analizują przyczyny kryzysu strefy euro z początku bieżącej dekady często zwracają uwagę, że jest to rezultat niedopasowania poszczególnych krajów do siebie. Brakuje wspólnej polityki fiskalnej, która wyrównywałaby różnice pomiędzy regionami, a wprowadzanie w 1999 r. euro tylko spotęgowało przepaść pomiędzy bogatą północą a mniej zamożnym południem.

Patrząc jednak na dane z poszczególnych stanów w USA: różnice w wynagrodzeniach, inflacji czy tempie PKB, wcale nie są dużo mniejsze od tych, które obserwujemy w strefie euro. Może to oznaczać, że nawet jeżeli nastąpi zacieśnienie stosunków wewnątrz obszaru wspólnej waluty gospodarcze różnice nie zostaną zauważalnie zmniejszone.

Różna inflacja w różnych regionach

Taka sama polityka monetarna i fiskalna dla wszystkich stanów, łatwość osiedlania się czy ten sam język nie zapobiega różnicom w poziomie inflacji w różnych częściach USA. Gdy w regionie zachodnim (West – od Kalifornii i Waszyngtonu po Kolorado i Nowy Meksyk) mieliśmy czynienia z inflacją konsumentów (CPI) powyżej 1 proc. w 2015 roku, to mieszkańcom środkowej części Ameryki (Midwest – od Kansas po Illinois i Michigan do Ohio) przez większą część tego okresu, towarzyszyła dochodząca do 1 proc. deflacja.

Różne tempo wzrostu cen nie było domeną tylko jednego roku. Od początku 2014 r. do sierpnia 2017 r. skumulowany poziom inflacji dla regionu zachodniego wyniósł 7.8 proc. Natomiast dla „Midwestu” czy obszaru północnego USA (Northeast – od Pensylwanii po Nowy Jork do Maine) nie przekraczał nawet połowy tej wartości i wyniósł odpowiednio 3.7 oraz 3.4 proc.

Różnice w poziomie cen bardzo dobrze widać także na przykładzie danych Biura Analiz Ekonomicznych Departamentu Handlu (BEA). Siła nabywcza jednego dolara w Missisipi czy Arkansas jest o ok. 35 proc. wyższa niż w stanie Nowy Jork lub na Hawajach.

Jedne stany się rozwijają, a inne kurczą

Niemniej zaskakują również dane o tempo wzrostu cenz USA. Wzrost gospodarczy dla całego kraju od 2009 r. wyniósł nieco ponad 14 proc., czyli niespełna 1.9 proc rocznie. W tym czasie jednak Północna Dakota rozwijała się trzy razy szybciej niż Stany Zjednoczone (46 proc., średniorocznie o 5.5 proc.), a Teksas dwukrotnie przekroczył przeciętny wynik (28.5 proc., średniorocznie 3.7 proc.). Dobry rezultat został osiągnięty także przez Kalifornię – każdego roku przekraczał średnio 2.6 proc.

Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja w Wyoming, na Alasce czy w położonej nad Zatoką Meksykańską Louisianie. W pierwszym z wymienionych stanów PKB w 2016 r. było niższe od tego osiągniętego w 2009 r. o 7 proc. Według BEA tylko w ub. roku PKB skurczył się w tym stanie o 3.6 proc.

Tylko niewiele lepiej od ostatniego kryzysu wygląda sytuacja na Alasce. Tam PKB spadło od 2009 r. o 6 proc. W Louisianie natomiast PKB jest nie tylko o 2 proc. niższe niż tuż po kryzysie. Publikacje BEA dla tego stanu pokazują, że w okresie całej ostatniej dekady gospodarka kurczyła się każdego roku średnio o 0.3 proc.

Amerykańska przepaść w zarobkach

Dane o przeciętnych dochodach Amerykanów także pokazują jak różny może być standard życia w poszczególnych regionach. Mieszkańcy stanu Nowy Jork zarabiają tygodniowo średnio 1540 dol. Wysokie wynagrodzenia notowane są także w Connecticut (1417 dol.) czy w Kalifornii (niecałe 1300 dol.).

Na przeciwnym biegunie znajdują się Zachodnia Wirginia z tygodniową wypłatą ma poziomie 830 dol. czy Nowy Meksyk (838 dol.). Warto jednak zauważyć, że średnia stanowa wcale nie pokazuje jeszcze tak dużych różnic jak podział na największe counties (hrabstwa, powiaty), w których zatrudnienie czasami przekracza liczbę osób pracujących w mniejszych krajach strefy euro. Tutaj różnice są naprawdę olbrzymie i to nie tylko ze względu na miejsce zatrudnienia, ale również na wykonywany zawód.

Dane za Biura Statystyki Pracy (BLS) za pierwszy kwartał 2017 r. pokazują np. że w powiecie zawierającym teksańskie miasto Dallas tygodniówka wynosi 1400 dol. Przy czym w restauracjach czy w hotelach przeciętne wynagrodzenie to 509 dol., a w sektorze wydobywczym 6300 dol. Najwyższe zarobki można jednak zaobserwować w Nowym Jorku dla zatrudnionych w branży finansowej. Przeciętne wynagrodzenie dla 368 tys. osób wynosi tam 9.400 dol. tygodniowo, czyli niespełna pół miliona dolarów rocznie. Dodatkowo w porównaniu z pierwszym kwartałem 2016 r. wzrosło ono o ponad 10 proc.

Ogólny obraz amerykańskiej gospodarki pokazuje, że mimo znacznej integracji pomiędzy poszczególnymi stanami ich kondycje znacznie różnią się od siebie. Przykłady z USA sugerują również, że nawet przy dalszej integracji strefy euro dysproporcje w poziomie inflacji, wzrostu PKB czy wynagrodzeń mogą nadal się utrzymać.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude  Juncker wygłosił dziś rano w Strasburgu orędzie o stanie Unii, które można określić jako projekt dla UE-27 na najbliższe lata. Sporo miejsca w swoim wystąpieniu poświęcił unijnej strategii przemysłowej, o co organizacje pracodawców zrzeszone w BusinessEurope, w tym Konfederacja Lewiatan, zabiegały od dawna.

– Cieszymy się z zapowiedzi pogłębiania jednolitego rynku, który jest kluczowy dla rozwoju Unii. Dobrze, że przewodniczący KE podkreślił znaczenie nowej unijnej strategii przemysłowej, a także wagę zaangażowania Europy w promowanie wolnego handlu – finisz negocjacji z Japonią oraz zaawansowany etap negocjacji z Meksykiem i krajami Ameryki Południowej. Ważne, aby był to także sprawiedliwy handel i aby firmy europejskie pozostały konkurencyjne wobec firm spoza UE. Cieszy także pozostawienie otwartych drzwi dla państw, które chcą dołączyć do Wspólnoty, choć obecnie nie dla Turcji – mówi Kinga Grafa,  dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

W dzisiejszym orędziu, Jean-Claude Juncker  przedstawił także nowy scenariusz dla przyszłości Europy, w wielu punktach zbieżny ze stanowiskiem  BusinessEurope. Jego realizacja zdaniem przewodniczącego KE jest możliwa dzięki coraz lepszej sytuacji gospodarczej UE i powracającej wiary obywateli Unii w sens integracji. Według Junckera, Europa musi dążyć do głębszej integracji, w oparciu o europejskie wartości, takie jak wolność, o którą trzeba stale zabiegać, równość wszystkich obywateli, bez względu na kraj pochodzenia i poszanowanie prawa w państwach członkowskich. Głębsza integracja ma polegać ma m. in. na wejściu wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołaniu unijnego ministra gospodarki i finansów oraz powierzenia Parlamentowi Europejskiemu także roli parlamentu strefy euro, bez tworzenia równoległych struktur, o co apelował prezydent Macron. Warto przypomnieć, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia euro traktatem akcesyjnym.

Stanowisko BusinessEurope na temat przyszłości Europy, oprócz odniesienia do scenariuszy, mówi o priorytetach dla biznesu. Po pierwsze, konieczność pogłębiania jednolitego rynku i niwelowania istniejących barier. Przedsiębiorcy potrzebują pewności, dlatego konieczna jest właściwa implementacja legislacji unijnej, a następnie stosowanie i egzekwowanie zasad. Po drugie, wspieranie przedsiębiorstw europejskich w globalnych relacjach handlowych. Musimy modernizować instrumenty ochrony handlu i dążyć do tworzenia wzajemnych, korzystnych ram w handlu i inwestycjach. Po trzecie, potraktowanie zmian, które zapoczątkowała 4. rewolucja przemysłowa, jako szansy – dla firm i dla pracowników. Temu służyć ma nowa unijna strategia przemysłowa oraz instrumenty finansowe.  – Cieszymy się, że wiele z tych priorytetów znalazło się w orędziu szefa KE – podkreśla Kinga Grafa.

Przesłanie Junckera miało mieć wydźwięk pozytywny, stąd być może niewiele uwagi poświęcił decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii i konsekwencji Brexitu. Jest to temat ważny dla europejskich przedsiębiorców, w tym polskich, którzy chcą uniknąć tzw. twardego Brexitu, bez okresów przejściowych.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

 

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Trwają konsultacje Komisji Europejskiej z państwami członkowskimi na temat przyszłego kształtu Unii Europejskiej po wystąpieniu z niej Wielkiej Brytanii. Pierwsze wnioski mają być znane jeszcze w tym roku. Zdaniem dyrektora polskiego przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w interesie Polski jest dalsze działanie na rzecz równego rozwoju państw starej i nowej Unii. Dziś rozpoczynają się negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

– Na początku marca przewodniczący KE ogłosił Białą Księgę, w której mamy dalsze scenariusze rozwoju UE – od takich propozycji, by jak najmniej ją zmieniać i zachować stan obecny, po różne warianty ograniczania kompetencji, np. KE, czy zajmowania się tylko najważniejszymi sprawami i pozostawienia większej sfery zagadnień państwom europejskim czy też pogłębienia integracji – mówi  Marek Prawda, dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Inny wariant oznacza ograniczenie się właściwie do wspólnego rynku, a inne sprawy pozostawia poza zainteresowaniem Unii.

1 marca 2017 roku Jean-Claude Juncker przedstawił Białą Księgę w sprawie przyszłości Europy. Nakreślono w niej pięć różnych możliwych scenariuszy. Pierwszy to „Kontynuacja”, w którym państwa UE miałyby się skupić nad realizacją programu reform w dotychczasowym kierunku. Drugi, pod tytułem „Nic poza jednolitym rynkiem”, polegałby na koncentracji wyłącznie na jednolitym rynku i ograniczeniu wspólnej polityki w innych dziedzinach, np. wobec uchodźców. Trzeci scenariusz „Ci, którzy chcą więcej, robią więcej” zakłada ściślejszą współpracę zainteresowanych państw w określonych dziedzinach. Czwarty wariant to „Robić mniej, ale efektywniej”, a piąty „Robić wspólnie znacznie więcej” kładzie nacisk na intensyfikację wspólnych działań we wszystkich obszarach.

– Jest tam projekt różnych prędkości, dopuszczający taki scenariusz, że różne grupy pastw w różnych sprawach będą mogły pogłębiać współpracę w UE. Wydaje się dzisiaj, że wokół tego wariantu będzie duża debata – przekonuje Prawda. – Sam prezydent Francji jest zwolennikiem dopuszczenia do takiej sytuacji, że pewna grupa państw będzie chciała pogłębiać współpracę, harmonizować różne sfery działania w UE.

Jak mówi, KE chciałaby, by w 2017 roku toczyła się debata na ten temat, tak by państwa członkowskie opowiedziały się za którymś z wariantów, po czym głos zabierze Komisja Europejska. Celem tej debaty ma być zorientowanie się, jakiej Europy chcą obywatele i który wariant ma największe poparcie. Jean-Claude Juncker zapowiedział, że wynik tej debaty, jak i własny pogląd przedstawi we wrześniu w swoim orędziu, a pierwsze wnioski mają zostać sformułowane w grudniu 2017 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Plan działania nad wybranym wariantem ma zostać przedstawiony przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2019 roku, a sam scenariusz realizowany będzie w perspektywie 2025 roku.

– Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, jakiej Europy chcą Polacy, bo różni aktorzy na scenie obywatelskiej czy politycznej mają tutaj różne poglądy – mówi Marek Prawda. – W przeszłości Polska była krajem bardzo aktywnym, może nawet liderem takich działań, które nie pozwalały na pęknięcie między tą częścią państw, które są w strefie euro, a pozostającymi poza nią. Polska tutaj występowała w swoim interesie, ale też wyrażała bardzo ważny cel dla wszystkich. Jest kojarzona z taką podstawą. Wszyscy kibicowali, żeby Polsce się udało, bo ona załatwia coś ważnego dla większości UE, nie dopuszczając do tego pęknięcia.

Kwestia określenia na nowo zakresu współpracy 27 państw powstała po tym, jak na odejście ze wspólnoty zdecydowała się w czerwcu 2016 roku Wielka Brytania. Negocjacje w sprawie brexitu ruszają. Kraj ma opuścić wspólnotę do końca I kwartału 2019 roku, a wraz z nią zmniejszą się składki wpłacane przez Zjednoczone Królestwo do unijnej kasy. Co roku jest to niemal 13 mld euro.

Rządy europejskich państw różni także m.in. kwestia uchodźców, a narastające na całym świecie nastroje nacjonalistyczne utrudniają współdziałanie, choć wyniki wyborów prezydenckich we Francji i parlamentarnych w Holandii, w których wygrali centroprawicowi kandydaci, pokazały, że większość wyborców w tych krajach opowiada się za pozostaniem w UE.

– Uważam, że to w polskim interesie jest, by nie dopuszczać do fragmentacji UE. Polska powinna być zainteresowana tym, żeby zachód zachował jedność, żeby w UE jak najwięcej zasad i wartości było podzielanych na całym kontynencie, bo stąd brały się wszystkie atuty, jakie Polska miała z członkostwa – tłumaczy dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Ale jak wiemy w tym okresie kryzysowym, w tych rozedrganych czasach mamy wiele różnych pomysłów, pojawia się wiele wątpliwości, czy taka instytucja jak UE jest jedyną formą rozwiązywania problemów świata. Dzisiaj, po tych kilku wyborach w UE, widzimy, że powraca poczucie obrony tego, co mamy, przy całej świadomości, że reforma musi być bardzo głęboka.

Źródło: rynekinfrastruktury.pl

Wzrost PKB – produktu krajowego brutto – Polski w 2017 r. przyspieszy i wyniesie 3,7 proc. w efekcie m.in. wzrostu inwestycji i napływu funduszy z UE – podano w projekcji NBP. Dodano, że inflacja wzrośnie, ale do końca 2019 r. nie przekroczy 2,5 proc.

Projekcja inflacji oraz PKB opracowywana jest przez Narodowy Bank Polski i przedstawia prognozowany rozwój sytuacji w gospodarce. Projekcja stanowi jedną z przesłanek, na podstawie których Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzje o poziomie stóp procentowych NBP.

Projekcja przygotowywana jest trzy razy w roku i publikowana w marcu, lipcu i listopadzie.
Zdaniem autorów tegorocznego (marzec 2017) opracowania po przejściowym spowolnieniu wzrostu PKB w ubiegłym roku dynamika PKB wyraźnie przyspieszy. Przyczyni się do tego wzrost nakładów na środki trwałe, zarówno publicznych, jak i przedsiębiorstw, wspierany napływem środków z budżetu UE z nowej perspektywy finansowej na lata 2014 – 2020.

W projekcji podano też, że w 2017 r. zwiększy się dynamika konsumpcji prywatnej finansowanej rosnącymi dochodami gospodarstw domowych w efekcie poprawy sytuacji na rynku pracy oraz wdrożenia programu Rodzina 500 plus.

Z projekcji wynika, że rosnące ceny surowców energetycznych, energii elektrycznej oraz żywności przyczynią się do wzrostu inflacji, ale do końca 2019 roku nie przekroczy ona poziomu 2,5 proc. Zdaniem autorów jej wzrost będą ograniczać niska inflacja w strefie euro oraz aprecjacja złotego.

Podkreślono, że w 2017 r. wzrosną ceny żywności. Jak napisano, przyczyni się do tego głównie wzrost cen hurtowych warzyw na skutek znacznego spadku ich importu z Hiszpanii i Włoch w konsekwencji bardzo niekorzystnych warunków pogodowych w tych krajach.

Jednocześnie autorzy opracowania uspokajają, że wzrost cen żywności jest ograniczany silną konkurencją.
Przypomnijmy przy okazji, że PKB – produkt krajowy brutto to w ekonomii, jeden z podstawowych mierników efektów pracy społeczeństwa danego kraju stosowany w rachunkach narodowych. PKB opisuje łączną wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych przez narodowe i zagraniczne czynniki produkcji na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu.

Wzrost lub spadek realnego PKB oraz dynamika tych ruchów stanowi miarę wzrostu gospodarczego.
PKB jest wyznacznikiem wielkości gospodarki – jednak jest nie najlepszą miarą zamożności społeczeństwa, ponieważ nie uwzględnia liczby ludności. Z tego powodu jako miarę dobrobytu powszechnie używa się innego wskaźnika, którym jest PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Źródło: MondayNews.pl

Ponad 13 mln Polaków powyżej 15. roku życia nie pracuje i nie szuka pracy. W tej grupie aż 7,6 mln to ludzie w wieku produkcyjnym (16-64 lata). Aktywizacja tej części społeczeństwa będzie w najbliższych latach kluczowa, by podtrzymać bieżące tempo gospodarczego wzrostu Polski – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcowe dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w Polsce wynosi 5,3 proc. W strefie euro ten wskaźnik ma wartość 9,5 proc., a tylko sześć unijnych krajów osiąga wynik niższy niż Polska.

Zadowolenie z tego faktu ustępuje, gdy popatrzmy na zdecydowanie ważniejsze parametry rynku pracy. Kondycja gospodarki nie zależy tylko od tego, jaki odsetek populacji szuka pracy. Istotniejsze jest to, ile osób pracuje i jaka część zatrudnionych musi utrzymać bezrobotnych oraz biernych zawodowo, czyli ludzi, którzy nie tylko nie mają płatnego zajęcia, ale nawet nie próbują znaleźć żadnej posady. W tych zestawieniach Polska wypada poniżej przeciętnej UE oraz wyraźnie gorzej niż kraje starej Unii. Ze względu na postępujące starzenie się polskiego społeczeństwa sytuacja będzie się dalej pogarszać i jedynym ratunkiem stanie się aktywizacja biernych zawodowo.

Odsetek biernych zawodowo wyższy niż w Grecji

Powody do niepokoju wzbudzają już dane o zatrudnieniu osób w wieku 25-54 lata, czyli najwyższej aktywności zawodowej („prime age”). Na koniec roku odsetek dla Polski wynosił według Eurostatu 80,6 proc., co przekładało się na dopiero 15. rezultat w Unii. W tym zestawieniu wyprzedza nas m.in. Szwecja (86 proc.) i Słowenia (84,4 proc). Warto także zauważyć, że w tych krajach bezrobocie wynosi odpowiednio 6,8 oraz 7,8 proc., czyli zdecydowanie więcej niż w Polsce.

Względnie niewielkie zainteresowanie płatnym zajęciem potwierdzają statystki bierności zawodowej. Aż 15,3 proc. Polaków w wieku 25-54 lata (2,34 mln osób) nie ma pracy i jej nie szuka. To nie tylko zdecydowanie więcej niż w Słowenii (8,7 proc.) czy Szwecji (9,1 proc.), ale nawet wśród Greków liczba biernych zawodowo w „prime age” jest mniejsza (15,2 proc.).

Negatywny wpływ wywiera też trend, który zaczyna być widoczny w statystykach braku zawodowej aktywności kobiet. Na koniec 2014 r. odsetek Polek biernych zawodowo w wieku 25-54 lata wynosił 19,9 proc., a dwa lata później zwiększył się do 21,5 proc. Tylko w czwartym kwartale 2016 r. nastąpił przyrost aż o 0,5 pkt proc. Przez dwa lata ich liczba wzrosła więc o 100 tys., chociaż ogólny poziom bezrobocia spadał. Chęć do podjęcia pracy  zmalała przede wszystkim wśród kobiet w wieku 30-44 lata (ponad 95 tys.).

Młodzi i starsi pracy nie szukają

W Polsce, w przeciwieństwie do bogatych krajów rozwiniętych, osoby poniżej 20. roku życia praktycznie w ogóle nie pracują, ani nie szukają płatnego zajęcia. Wskaźnik zatrudnienia młodzieży w wieku 15-19 lat wynosi u nas jedynie 4,3 proc., podczas gdy w  Szwajcarii –  54,6 proc., w Holandii – 52,3 proc., a w Danii – 49,4 proc. Odsetek biernych zawodowo młodych Polaków ma wartość aż 93,9 proc. W całej Unii “wyprzedzają” nas tylko Grecja i Bułgaria.

Cały czas, mimo poprawy w ostatnich latach, niezadowalająco wygląda poziom zatrudnienia wśród Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, osiągając wartość 46,7 proc. W krajach strefy euro jest to przeciętnie 55,8 proc. Połowa populacji w tym przedziale wiekowym nie szuka jednak pracy w ogóle, natomiast stopa bezrobocia waha się wokół 4 proc. To idealnie pokazuje, że w niektórych przypadkach poziom bezrobocia jest zupełnie nieprzydatną miarą.

Za brak zmian zapłacimy wszyscy

Od wejścia do Unii Europejskiej w Polsce udało się praktycznie zlikwidować bezrobocie, które z ok. 20 proc. spadło do nieco ponad 5 proc. Oznacza to, że praktycznie każdy, kto chce pracować, ma duże szanse na znalezienie płatnego zajęcia. I to można uznać za sukces. Niestety, tylko w niewielkim stopniu udało się zmniejszyć odsetek biernych zawodowo, który dla populacji powyżej 15. roku życia spadł z 45,3 proc. (14 mln osób) do 43,7 proc. (13,4 mln osób).
Na najbliższe lata największym wyzwaniem będzie zatem zbudowanie takiej polityki, która spowoduje rzeczywisty proces aktywizacji zawodowej. Jeżeli nie zostanie on przeprowadzony skutecznie, wtedy wraz ze starzeniem się społeczeństwa, zacznie szybko ubywać pracujących, a wzrośnie odsetek ludzi, na których będzie trzeba zapracować. Konsekwencją tych procesów będzie niższe tempo rozwoju gospodarczego połączone albo z podwyżką podatków, albo z wyższym zadłużeniem sektora finansów publicznych.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Jeśli prześledzimy globalne przepływy kapitału pomiędzy funduszami ETF zauważymy, że od kilku tygodni trwa wyhamowanie napływów na amerykański rynek akcji. W ostatnich dniach mieliśmy nawet do czynienia z odpływem kapitału z USA. To znacząca zmiana, ponieważ od wyboru Donalda Trumpa w listopadzie ubiegłego roku aż do lutego, popyt na amerykańskie akcje był bardzo silny. Głównym powodem wycofywania kapitału z USA jest rozczarowanie inwestorów tempem realizacji reform przez gabinet prezydenta Trumpa (ostatnia porażka w Kongresie w sprawie reformy „Obamacare”). Gospodarka USA jest bowiem wciąż w dobrej kondycji.

Kapitał płynie na europejski rynek akcji

Rynek nie znosi próżni, więc naturalnym jest, że odpływy kapitału w jednym miejscu powodują napływy w drugim. Korzystają na tym giełdy europejskie. Ten trend bardzo wyraźnie widać w stopach zwrotu z akcji. Zainteresowanie inwestorów akcjami spółek z Europy jest przy tym uzasadnione – i to pomimo tlących się jeszcze ryzyk politycznych.

Europejska gospodarka znajduje się obecnie w fazie przechodzenia z rewizji negatywnych do pozytywnych. Oczywiście nie mamy pewności, czy poprawa danych gospodarczych w Europie będzie długotrwała, jednak wiele na to wskazuje. Choćby wciąż wysokie odczyty wskaźników koniunktury w przemyśle (PMI) dla krajów strefy euro oraz coraz lepsze wyniki spółek europejskich i związane z nimi pozytywne rewizje przyszłych zysków. A to zachęca do inwestowania na europejskich parkietach.

Autor: Robert Ślepaczuk, szef inwestycji ilościowych Union Investment TFI

Marcowe indeksy PMI z Francji, Niemiec i strefy euro wskazują na to, że gospodarka europejska się rozwija – zgodnie uznają ekonomiści. Ich zdaniem jest to także dobra wiadomość dla polskiej gospodarki.

Inwestorzy poznali w piątek wyliczenia PMI z Francji, Niemiec i strefy euro. Dane przygotowane przez Markit Economics są powyżej prognoz rynkowych, co mocno wsparło kurs euro.

Indeks PMI, określający koniunkturę w sektorze przemysłowym Francji, wyniósł w marcu 53,4 pkt. wobec 52,2 pkt. na koniec poprzedniego miesiąca – wynika z wstępnych danych. Analitycy szacowali 52,4 pkt. W usługach zaś w marcu osiągnął 58,5 pkt. wobec 56,4 pkt. na koniec lutego. Tu analitycy szacowali, że indeks wyniesie 56,1 pkt.

PMI w sektorze przemysłowym Niemiec wzrósł w marcu do 58,3 pkt. z 56,8 pkt. na koniec poprzedniego miesiąca. Analitycy szacowali 56,5 pkt. W usługach wskaźnik ten wyniósł 55,6 pkt. wobec 54,4 pkt. w lutym. U analityków – 54,5 pkt.

W sektorze przemysłowym strefy euro PMI wzrósł w marcu do 56,2 pkt. z 55,4 pkt. w lutym. Szacowano zaś 55,3 pkt. W usługach w marcu wyniósł 56,5 pkt. wobec 55,5 pkt. w lutym, a oczekiwano 55,3 pkt.

„To są bardzo dobre wyniki. Kolejny już miesiąc z rzędu mamy bardzo dobre wyniki. Jeżeli chodzi o niemiecki indeks, ma on najwyższy poziom od blisko 6 lat. W przypadku strefy euro, również te dane wyglądają bardzo dobrze” – powiedział  starszy ekonomista Pekao Adam Antoniak.

Jak dodał, dane pokazują, że w przypadku Niemiec bardzo mocno rośnie popyt na pracę. „Generalnie widać bardzo pozytywny wydźwięk, jeśli chodzi o popyt w sektorze przemysłowym. Temu towarzyszy coraz większa presja ze strony inflacji, co też widzimy od kilku miesięcy w indeksach europejskich” – powiedział.

W jego ocenie, PMI pokazuje, że „biznes żyje swoim życiem”. Na razie Brexit i zapowiedzi o Unii dwóch prędkości nie odbijają się na prowadzeniu biznesu. Przedsiębiorcy zakładają stabilność i nie obawiają się gwałtownych zmian – powiedział Antoniak.

Podkreślił, że dane PMI są dobrą wiadomością także dla polskiej gospodarki. „Jest bardzo duża korelacja z tym, co się dzieje w Europie, w szczególności w Niemczech. Około 80 proc. naszego eksportu trafia do UE. Gospodarka europejska, zwłaszcza niemiecka i polska, są silnie ze sobą powiązane. A zatem, im lepiej w Europie, tym lepiej i u nas” – podkreślił ekonomista.

Także według Rafała Sadocha z Domu Maklerskiego mBanku, dane PMI są pozytywnym sygnałem dla naszej gospodarki. „Zdążyliśmy już poznać dane z Francji i Niemiec, które w obydwu przypadkach przebiły oczekiwania rynkowe i wskazały na zdecydowane przyspieszenie tempa poprawy koniunktury zarówno w sektorze usługowym, jak i przemysłowym. Obecnie aktywność dwóch największych gospodarek Eurolandu jest najwyższa od 70-miesięcy. Dane są pozytywne dla notowań wspólnej waluty oraz europejskich parkietów. Pokazują także, że gospodarka przyspiesza, co ma także pozytywny wpływ na naszą gospodarkę” – powiedział Sadoch.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Grecja znów przestanie spłacać długi? Wiele na to wskazuje ocenia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl. Jak dowód wymienia niewystarczającą skalę reform, zbliżające się terminy spłaty pożyczek oraz spór pomiędzy wierzycielami.

– W przypadku Grecji chodzi o pieniądze. W tym roku Grecja musi wykupić dług i spłacić zobowiązania wysokości ok. 260 miliardów euro. Na te wszystkie zobowiązania państwo nie ma pieniędzy. Być może jeszcze przez najbliższe miesiące będzie miała, ale jeżeli chodzi o lato to potrzebuje kolejnych transz ze strony europejskich wierzycieli – mówi  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Głównym powodem powrotu Grecji na nagłówki mediów jest lutowy raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Jego lektura pokazuje, w jak trudnej sytuacji tkwi greckie państwo, mimo że dostało olbrzymią pomoc finansową. Według scenariusza bazowego, czyli zakładającego wprowadzenie reform, dług Grecji w 2060 r. osiągnie 275 proc. PKB, a roczne potrzeby pożyczkowe brutto (konieczność zapewnienia finansowania dla nowego i zapadającego w danym roku długu) sięgną 60 proc. PKB. To ok. sześć razy więcej niż bieżące roczne potrzeby pożyczkowe Polski w relacji do PKB.

MFW zwraca również uwagę, że połowa kredytów udzielonych przez sektor bankowy jest zagrożona (spłaty przeterminowane przynajmniej 90 dni). W raporcie czytamy też o olbrzymich nadużyciach podatkowych. Prawie połowa przychodów osób samozatrudnionych (lekarzy, księgowych, inżynierów, prawników) nie jest ewidencjonowana i nie są płacone podatki od ich wynagrodzeń.

Olbrzymie koszty generuje również system emerytalny, gdzie obniżka wypłat głównie dotyczyła nowych emerytów. Dla tych, którzy otrzymali świadczenie wcześniej, stosunek przeciętnej wypłaty do ostatniej pensji wynosi 80 proc. – przy średniej w strefie euro poniżej 50 proc.

W 2015 r. uzgodniono, że Grecja sprzeda majątek o wartości 50 mld euro. Do tej pory jednak, według danych MFW, podpisano umowy sprzedaży o wartości 1.5 mld euro. Fundusz prognozuje, że do 2018 r. kwota powinna wzrosnąć do 5 mld.

Ciekawostką mogą być także uwagi MFW dotyczące danych statystycznych przedstawianych przez Grecję. W latach 2001-2014 średnioroczny wzrost PKB był zrewidowany o 0.6 pkt proc. w dół w porównaniu ze wstępnymi danymi. W strefie euro przeciętna rewizja wynosiła 0.2 pkt proc. w górę. Z kolei rewizja pierwotnego deficytu sektora finansów publicznych (przed kosztami obsługi długu) w latach 2001-2015 wynosiła aż 2.4 proc. PKB rocznie, gdy średnia w strefie euro to 0.3 pkt proc.

Fundamentalny spór wierzycieli

W pomocy dla Grecji do tej pory brały udział kraje strefy euro oraz MFW. W trzecim programie finansującym Helladę nie uczestniczy już jednak Fundusz, uznając, że dług jest niestabilny, czyli po prostu niemożliwy do spłaty bez redukcji jego kapitałowej części.

Z kolei państwa obszaru wspólnej waluty uważają, że dług jest stabilny, o ile założenia dotyczące prognoz gospodarczych i pierwotnego deficytu zostaną utrzymane. Jednak to właśnie poważne dysproporcje w założeniach powodują olbrzymie różnice w finalnym odbiorze finansowych możliwości Grecji.

Europejskie instytucje zakładają, że dług Grecji będzie stopniowo spadał z obecnych 180 proc. PKB do 120 proc. PKB w 2030 r. i ok. 100 proc. w latach 2040-2060. Jak podkreśla MFW, powoduje to, że różnica w projekcjach Funduszu i krajów strefy euro wynosi więcej niż 170 pkt proc. PKB.

Z czego ona wynika? Jest przede wszystkim rezultatem olbrzymiego rozdźwięku w nadwyżce pierwotnej sektora finansów publicznych wg funduszu oraz wg europejskich instytucji. Eurogrupa ocenia, że do 2030 r. nadwyżka będzie na poziomie 3.2-3.5 proc., natomiast MFW zakłada 1.5 proc. PKB rocznie. W ubiegłym roku, który jest oceniany jako dobry, było to jednak tylko 0.9 proc., co pokazuje, jak duże ryzyko pomyłki występuje dla bardzo optymistycznych europejskich szacunków, ale także dla tych mniej optymistycznych, z Funduszu.

Eurogrupa przewiduje również, że nominalny wzrost PKB (z uwzględnieniem inflacji) w Grecji wyniesie 3.3 proc. rocznie, aż do 2060 r., czyli o 0.5 pkt proc. więcej niż szacują ekonomiści z MFW. Europejskie instytucje sądzą także, że do 2030 r. 15 miliardów euro napłynie z prywatyzacji, ale – jak podkreśla Fundusz – nie biorą pod uwagę kosztów rekapitalizacji banków w swoim scenariuszu bazowym.

Nieunikniona katastrofa

„Nie możemy przeprowadzić redukcji długu dla członka strefy euro, jest to wykluczone przez Traktat Lizboński” – powiedział Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, w telewizji ARD (wg doniesień agencji Bloomberg z 8 lutego). Niemcy z drugiej strony chcą, by Fundusz dołączył do bieżącego programu finansującego Grecję, sugerując, że w przeciwnym razie nie będą dalej finansować Aten, co zwiększa ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę.

Fundusz natomiast nie widzi możliwości utrzymania wysokiej nadwyżki pierwotnej greckiego sektora finansów publicznych przez kolejne dziesięciolecia bez redukcji kapitałowej części długu. Teoretycznie zawsze możliwe jest dalsze obniżenie części odsetkowej zadłużenia, choć – jak podkreśla MFW – gdyby deficyt pierwotny utrzymał się blisko obecnych poziomów, to roczne koszty finansowania z programów EFSF (Europejski Instrument Stabilności Finansowej) oraz ESM (Europejski Mechanizm Stabilności) musiałyby zostać zredukowane do 0.25 proc. w perspektywie kolejnych 30 lat.

W perspektywie najbliższych kilku tygodni można się spodziewać, że europejscy wierzyciele zdecydują się na obniżenie odsetek od długu, a Grecja może ogłosić dodatkowe reformy. Obecnie większy kryzys nie jest na rękę strefie euro, zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów i konieczności spłaty przez Ateny zadłużenia latem br. w wysokości ponad 6 mld euro.

Gdy jednak zakończy się okres wyborczy w kluczowych krajach strefy euro, temat prawdopodobnie znowu powróci w kolejnych kwartałach. Wtedy jednak kolejny przegląd sytuacji finansowej Grecji będzie pokazywał coraz mniejsze pole do obniżenia kosztów finansowania oraz coraz bardziej rosnącą konieczność redukcji części kapitałowej długu. To będzie moment, gdy ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro dramatycznie wzrośnie i nie zatrzymają tego już żadne obietnice reform.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ożywienie w strefie euro, stopniowe odchodzenie Europejskiego Banku Centralnego od ultra luźnej polityki monetarnej, wreszcie zadyszka dolara – wszystko to wpływa korzystnie na kurs euro, który w drugiej połowie roku może się istotnie umocnić.

Dolar za 1 euro? Jeszcze niedawno wydawało się, że osiągniecie parytetu na parze EUR/USD jest kwestią czasu, bo amerykańska waluta po sześciu latach umacniania się wobec europejskiej odpowiedniczki, pod koniec 2016 r. zyskała dodatkowo wiatr w żagle za sprawą wygranej Donalda Trumpa. Po trzech miesiącach od wyborów scenariusz dalszego wzmacniania się dolara wcale nie jest taki pewny. Są natomiast podstawy, żeby spodziewać się wzrostu kursu euro.

Symptomy zmian w eurolandzie

Wspólna waluta ma za sobą ciężki okres związany z wewnętrznymi problemami UE, a jej kurs dodatkowo znajdował się pod presją wydarzeń za oceanem. Europejska gospodarka znacznie wolniej wychodzi z kryzysu niż amerykańska, która radzi sobie na tyle dobrze, że bank rezerw federalnych zarzucił już dawno politykę luzowania ilościowego i wszedł na ścieżkę zacieśniania polityki monetarnej. W euro strefie bank centralny kontynuuje ultra liberalną politykę pieniężną, choć można zaobserwować pewne zmiany w podejściu EBC do jej kontynuowania. Program stymulacji gospodarki euro landu (QE – luzowanie ilościowe) został przedłużony do grudnia, ale od kwietnia redukcji ulegnie jego wartość z 80 mld euro do 60 mld EUR miesięcznie.  Można oczekiwać, że w przyszłym roku EBC będzie chciał powoli odchodzić od ultra luźnej polityki monetarnej, przejawiającej się ujemnymi  stopami  procentowymi oraz programem QE,  co będzie sprzyjać umacnianiu się europejskiej waluty.

W strefie euro oczekiwania jest kontynuacja umiarkowanego ożywienia gospodarczego opartego głównie na konsumpcji wewnętrznej. Rośnie też presja inflacyjna w poszczególnych krajach euro strefy i coraz liczniejsze są głosy na rzecz rewizji polityki EBC, co może skutkować odwrotem od ujemnych stóp procentowych.

Polityczne czynniki ryzyka

Euro może w drugiej połowie roku zacząć umacniać się wobec dolara, któremu powoli wyczerpuje się paliwo do dalszych wzrostów. Jego kurs w ostatnim czasie zwyżkował w związku z oczekiwaniami wobec nowej amerykańskiej administracji. Brak realizacji działań zapowiedzianych przez Donalda Trumpa może spowodować przecenę. Sam prezydent daje wyraźnie do zrozumienia, że dolar jest zbyt mocny. Niedawno guru zarządzającego portfelami obligacji  Bill Gross powiedział, że USA i świat potrzebują słabego dolara.

Niezależnie od zaklęć amerykańskiej administracji i części rynku, dolar wciąż jest w cenie ze względu na spodziewane podwyżki stóp w USA. Tyle, że dalszy potencjał wzrostu jego kursu może być ograniczony, gdyż podwyżki w znacznej części mogą być już w cenach. Poza tym,  historycznie rzecz ujmując dolar zawsze najmocniejszy był w momencie pierwszej z zapowiadanego cyklu podwyżek, a ta jest już za nami.

Wszystkie te czynniki powodują, że prognozy dla pary EUR/USD nie są wcale oczywiste i europejska waluta po słabszych latach może wrócić do formy. Cieniem na tegorocznych prognozach kładą się jednak ryzyka polityczne związane z całą serią wyborów w UE: parlamentarne w Holandii i Niemczech, prezydenckie we Francji. Wygrana populistycznych partii zwiększające prawdopodobieństwo rozpadu zarówno strefy euro jak samej Unii stanowi poważne ryzyko dla wspólnej waluty.

 

Autor: Konrad Grzelec, BGŻOptima

Choć od miesięcy znana jest data brytyjskiego referendum w sprawie przynależności do struktur Unii Europejskiej, to dopiero od kilku dni inwestorzy zaczęli wyceniać nadchodzące zagrożenie. Specyficzna pozycja Polski w UE oraz ostatnia wyjątkowa wrażliwość złotego na wydarzenia zewnętrzne może spowodować, że nasz kraj i rodzima waluta będą największymi ofiarami Brexitu – komentuje Marcin Lipka, analityk Cinkciarz.pl.

Czwartkowe referendum dotyczące pozostania bądź opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem. Już od stycznia 2013 r. inwestorzy wiedzieli, że nastąpi ono w ciągu najbliższych kliku lat, a w lutym br. ogłoszono jego dokładną datę – 23 czerwca. Jednak zarówno rynek, jak i politycy przez długi czas bagatelizowali zagrożenie ze względu na utrzymującą się przewagę przeciwników opuszczenia UE.

Według publikowanych od tygodni badań opinii publicznej przeprowadzanych drogą elektroniczną, głosy za pozostaniem bądź opuszczeniem Unii są rozłożone mniej więcej po równo. Jednak biorąc pod uwagę wyniki brytyjskich wyborów parlamentarnych z ub. r., nastroje społeczne były oddawane zdecydowanie lepiej przez sondaże przeprowadzone drogą telefoniczną.

Niepewny wynik referendum

Tradycyjne metody badawcze pokazywały dość bezpieczną przewagę przeciwników Brexitu. Do końca maja wynosiła ona od 7 do 19 proc. Nawet pierwsze sondaże online, które zaczęły sugerować budującą się tendencję przeciwników UE, były bagatelizowane i określane jako mało ważne dla ogólnego trendu.

Realne obawy zaczęły rosnąć dopiero na początku czerwca. W pierwszej połowie czerwca aż osiem na dziewięć sondaży online pokazywało przewagę zwolenników Brexitu. Podobna sytuacja była widoczna w ankietach telefonicznych. Cztery na pięć badań sugerowały zwycięstwo przeciwników UE w skali od 1 do 6 proc.

Zauważalnie wzrosło również prawdopodobieństwo Brexitu według bukmacherów. Jeszcze pod koniec maja według Oddschecker i Bloomberga wynosiło ono niecałe 20 proc. W czwartek ok. południa natomiast osiągnęło ponad 44 proc. Jest jednak możliwe, że na wynik referendum mogą wpłynąć wydarzenia w Birstall. Według doniesień medialnych morderca Jo Cox, deputowanej Partii Pracy, która była silnie zaangażowana w kampanię na rzecz pozostania Wielkiej Brytanii w UE, może mieć powiązania ze skrajną prawicą wspierającą kampanię Brexitu.

Czy to będzie miało decydujący wpływ na głosowanie? Obecnie jest to niezwykle trudne do przewidzenia, biorąc pod uwagę dynamikę wydarzeń. Warto jednak zwrócić uwagę na opublikowany 18 czerwca wpis prof. Johna Curtice na portalu Whatukthinks.org. Wiodący politolog na Wyspach oraz przewodniczący Brytyjskiej Rady Badania Opinii Publicznej w podsumowaniu swojej analizy stwierdził, że „Wynik referendum nigdy nie wyglądał bardziej niepewnie niż obecnie”.

Unijny budżet: 2 mld euro straty rocznie

Ponieważ ryzyko Brexitu jest znaczne, cały świat finansów stara się oszacować, jakie mogą być gospodarcze skutki opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię. Paradoksalnie jednak wśród krajów UE  to nie Zjednoczone Królestwo może najbardziej ucierpieć na opuszczeniu Wspólnoty, ale Polska.

Po pierwsze, nasz kraj jest bezdyskusyjnym beneficjentem unijnego budżetu. Według danych Komisji Europejskiej Polska tylko w 2014 r. otrzymała netto 13.7 mld euro. To ok. 1/3 kwoty, która popłynęła do wszystkich beneficjentów we Wspólnocie. Z drugiej strony Wielka Brytania jest trzecim największym płatnikiem netto do unijnej kasy.

Gdyby okazało się, że Brytyjczycy opuszczą Unię, Polska prawdopodobnie straci około 2 mld euro roczne. I to wcale nie jest najgorszy scenariusz. Budżet unijny po 2020 r. może być znacznie mniej hojny dla biedniejszych krajów, a negatywny stosunek do beneficjentów wspólnotowej polityki pojawiający się w kampanii zwolenników Brexitu może zostać szybko skopiowany przez rosnące w siłę ruchy eurosceptyczne w wiodących państwach UE.

Utrudniona wymiana handlowa

Wystąpienie Zjednoczonego Królestwa z UE może również rodzić bardzo poważne skutki dla polskiej wymiany handlowej. Według danych GUS za 2015 r., Wielka Brytania jest drugim największym rynkiem eksportowym dla Polski. Wysłaliśmy tam towary o wartości przekraczającej 50 mld zł.

Jednak nawet nie sama wartość eksportu jest najważniejsza. W wymianie towarowej z Brytyjczykami uzyskujemy nadwyżkę na poziomie 30 mld zł. To więcej niż całość naszego dodatniego salda obrotów handlowych z pozostałymi krajami i ponad 1.5 proc. PKB. Gdyby okazało się, że po opuszczeniu UE Wielka Brytania zdecyduje się na większą ochronę własnego rynku, nasi przedsiębiorcy będą musieli szukać innych krajów zbytu. A to oznacza dodatkowe koszty, mniejsze przychody oraz gorsze perspektywy rozwoju.

Mniej inwestycji

Brexit może mieć również negatywny wpływ na przyciąganie bezpośrednich inwestycji (FDI) do Polski. Choć według danych Ministerstwa Rozwoju Wielka Brytania zajmuje dopiero 10 miejsce na liście największych inwestorów w Polsce, to jednak część z tych inwestycji płynie między innymi do sektora farmaceutycznego, czyli przemysłu perspektywicznego i generującego wysoką wartość dodaną.

W kontekście FDI również poważnym elementem może być niechęć  do całego regionu. Inwestorzy z innych części świata mogą coraz bardziej sceptycznie patrzeć na wiele unijnych krajów, a szczególnie na te, których sytuacja może się wyraźnie pogorszyć, gdyby doszło do kwestionowania istnienia całej Wspólnoty.

Niższe PKB

Dość trudne może być jednak oszacowanie polskich strat w kontekście wzrostu PKB. Według niemieckiego instytutu DIW, Brexit zmniejszyłby PKB naszego zachodniego sąsiada w 2017 r. o 0.5 punktu procentowego oraz ograniczyłby eksport o 15 mld euro. Z kolei według obliczeń Ministerstwa Gospodarki Węgier, wyjście Wielkiej Brytanii z UE zredukowałby wzrost gospodarczy o 0.3-0.4 punktu procentowego.

Biorąc pod uwagę powyższe szacunki dla innych państw regionu, można przyjąć za realny scenariusz nakreślony przez Credit Agricole, że Brexit zmniejszy polskie PKB o 0.5 punktu procentowego. Jednak nie należy wykluczyć zdecydowanie bardziej negatywnego rozwoju sytuacji. Cytowani przez PAP ekonomiści Morgan Stanley uważają, że w „scenariuszu ekstremalnym” mogłoby to być 1.4 punktu procentowego w 2017 r.

Złoty największą ofiarą Brexitu

Jak może zachowywać się złoty w piątek rano, gdy okaże się, że Brytyjczycy zagłosowali za opuszczeniem Unii? Podpowiedzią może być kondycja krajowej waluty w ostatnich dniach. Kurs franka, dolara czy euro idealnie korelował się z rosnącym ryzykiem Brexitu, publikowanym przez Oddschecker i Bloomberg.

Jeszcze 9 czerwca, gdy prawdopodobieństwo Brexitu wynosiło ok. 25 proc., frank kosztował 3.95 zł.

Natomiast w ostatni czwartek, gdy ryzyko opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo przekroczyło 44 proc., za szwajcarską walutę trzeba było zapłacić ok. 4.13 zł. Z kolei kursy euro i dolara w tym samym czasie wzrosły o odpowiednio o 14 gr i 21 gr.

W tym okresie złoty był także najsłabszy wśród 31 walut krajów rozwijających się oraz rozwiniętych, tracąc do dolara około 5 proc. W tym niechlubnym rankingu wyprzedził on meksykańskie peso, południowoafrykańskiego randa oraz rosyjskiego rubla.

Skąd wynika tak znaczna wrażliwość złotego?

Inwestorzy są oczywiście świadomi problemów polskiej gospodarki, które mogą pojawić się gdyby doszło do Breixtu. Rynek wycenia to poprzez kurs walutowy czy rentowności polskiego długu. Różnica pomiędzy oprocentowaniem dziesięcioletnich obligacji skarbowych Polski oraz Niemiec wzrosła w tym tygodniu do najwyższego poziomu września 2012 r., czyli od okresu kiedy zagrożone było istnienie strefy euro.

Można również założyć, że obecnie sytuację zaburzają działania czysto spekulacyjne. Jednak ich pojawienie się często tożsame jest z ryzykami obecnymi w danym kraju, a nie tylko w jego otoczeniu. Obniżenie ratingu przez Standard & Poor’s i perspektywy przez Moody’s, nieuregulowana kwestia kredytów frankowych czy grożący przekroczeniem 3 proc. PKB deficyt sektora finansów publicznych w 2017 r. sprawiają, że działania spekulacyjne są łatwiejsze do przeprowadzenia.

Stąd trudno się dziwić, że w przypadku Brexitu banki inwestycyjne takie jak HSBC, Rabobank oraz Morgan Stanley oczekują wzrostu kursu euro do ok. 4.60 zł. Warto także zauważyć, że ruch na franku czy dolarze może być jeszcze większy, gdyż powszechne jest podejście inwestorów, że szwajcarska oraz amerykańska waluta wzmocnią się do europejskiej, jeżeli dojdzie do opuszczenia UE przez Wielką Brytanię. Kumulacja obu ruchów może spowodować, że w piątkowy poranek kursy franka i dolara będą wynosić odpowiednio ok. 4.40 zł oraz 4.30 zł.

Jak długo złoty będzie słaby?

Kolejnym elementem niepewności jest zasięg czasowy osłabienia złotego. Czy będzie to efekt dość krótkotrwały i po pierwszych tygodniach panicznej wyprzedaży sytuacja powróci do normy i za euro będziemy płacić w okolicach 4.20-4.30, a frank powróci poniżej 4.00, czy też osłabienie będzie się pogłębiać?

Dużo oczywiście będzie zależało od tego, jak do rynkowej nerwowości odniesie się sektor realnej gospodarki w kraju oraz za granicą. Jeżeli przedsiębiorcy w związku z niepewnością o dalsze losy Unii Europejskiej będą wstrzymywać się z inwestycjami, a konsumenci w strachu przed kryzysem znacznie ograniczą konsumpcję, wtedy niski kurs złotego będzie się utrzymywał miesiącami.

Według amerykańskiego banku inwestycyjnego Morgan Stanley (MS), w przypadku Brexitu pod koniec roku euro znajdowałby się w przedziale 4.60-4.65 zł. Dodatkowo ekonomiści MS raporcie z 16 czerwca sądzą, że w tym czasie EUR/USD spadnie do 1.00-1.05, a EUR/CHF obniży się 1.02-1.05. Obliczając kurs franka czy dolara w relacji do złotego na podstawie powyższych szacunków dostajemy odpowiednio przedziały 4.38-4.56 zł za szwajcarską walutę oraz 4.38-4.65 zł za amerykańską.

Choć w tym momencie powyższe szacunki można odebrać dość pesymistycznie, to jednak warto zauważyć, że zmiany na walutach o skali kilkunastu procent w ciągu pół roku wcale nie są niczym nadzwyczajnym w ostatnich latach. Dodatkowo, jak przekonaliśmy się w minionych dniach, złoty jest wręcz zakładnikiem obaw o Brexit. Jeżeli więc dojdzie do opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię, to krajowa waluta będzie prawdopodobnie pod olbrzymią presją sprzedających, a scenariusz przedstawiony przez Morgan Stanley ma dużą szansę stać się obowiązującym.

 

Początek czerwca na rynkach finansowych rozpoczął się mocnym akcentem. Inwestorzy poznali znaczącą porcję danych ze strefy euro, które tym razem w większości nie zawiodły. Wartości indeksów zaufania okazały się wyższe od oczekiwań rynku. Stopa bezrobocia za kwiecień wyniosła 10,2%, podczas gdy dynamika sprzedaży detalicznej wyniosła zaledwie 1,4%. Cieszyć natomiast mogą finalne odczyty indeksów PMI, które dla sektora przemysłowego i usługowego wyniosły kolejno 51,5 pkt oraz 53,3 pkt. W centrum uwagi inwestorów znalazło się posiedzenie Rady Prezesów ECB. Zgodnie z oczekiwaniami rynku stopy procentowe nie zostały zmienione, jednakże sporo emocji wywołały słowa Mario Draghiego, w których podkreślił, że niski poziom stóp procentowych jest pochodną słabej kondycji europejskiej gospodarki. Miniony tydzień nie przyniósł dobrych wieści ze Stanów. Rozczarowujące okazały się wartości indeksów Conference Board oraz Chicago PMI. Oliwy do ognia dolały dane z rynku pracy, zwłaszcza te dotyczące zmiany wielkości zatrudnienia. Z drugiej strony, stopa bezrobocia w maju wyniosła 4,7% wobec 5% w kwietniu, co oznacza, że amerykański rynek pracy jest niezmiernie mocny i wykorzystał już potencjał do dalszej poprawy. Nieco w tle pozostały odczyty z Chin – wartości indeksów PMI dla sektora usługowego i przemysłowego wyniosły kolejno 51,2 pkt oraz 49,2 pkt. W skali całego tygodnia, NASDAQ wzrósł o 0,2%, DJI zniżkował o 0,4%, natomiast S&P500 nie zmienił swojej wartości. W Europie, francuski CAC40 zniżkował o 2,1%, niemiecki DAX o 1,8%, a brytyjski FTSE250 o 1%.

Polski rynek giełdowy powrócił do tendencji spadkowej – w skali tygodnia WIG20 stracił 2,5%, mWIG40 2,4%, a sWIG80 2%. Inwestorzy poznali finalny odczyt wzrostu PKB w pierwszym kwartale 2016 roku. Wynik pokrył się z pierwotnym szacunkiem i wyniósł 3% rdr. Ponadto, inwestorzy poznali wartość indeksu PMI dla sektora przemysłowego – 52,1 pkt w maju wobec 51 pkt w kwietniu. Ciężarem dla warszawskiego parkietu jest napięta sytuacja polityczna, natomiast gwoździem do trumny okazały się ostatnie doniesienia na temat scalenia OFE w jeden podmiot. Efektem finalnym wydaje się być odpływ kapitału zagranicznego, który znajduje swoje odzwierciedlenie w malejących obrotach na GPW w Warszawie.

W obecnym tygodniu kalendarium ekonomiczne będzie mniej bogate. Niemniej jednak, warto zwrócić uwagę na finalny odczyt wzrostu PKB w pierwszym kwartale 2016 roku dla strefy euro. Ponadto, w centrum uwagi inwestorów znajdą się dane z Chin: bilans handlowy oraz dynamika sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej. W Polsce, odbędzie się posiedzenie RPP (po raz ostatni z udziałem prezesa Marka Belki).

Analiza techniczna

6.06

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Po bardzo spokojnym początku tygodnia, na rynek powróciły niedźwiedzie, które zdominowały rynek. W najgorszym momencie tygodnia, WIG20 znalazł się poniżej 1750 pkt. Piątkowa sesja przyniosła korektę, dzięki której indeks największych spółek zakończył pierwszy tydzień czerwca na poziomie 1793 pkt. Indeks blue chipów znajduje się w bardzo wyraźnym kanale spadkowym. Ponadto, ostatnim spadkom towarzyszył wyższy wolumen obrotów, który potwierdza obecny trend. Oscylator RSI pozostał neutralny. Najbliższym wsparciem jest poziom 1742 pkt, który stanowi 76,4% zniesienia Fibonacciego, natomiast ewentualnym oporem jest psychologiczna granica 1800 pkt.

6.06.16

Wykres 2.Echo w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Tym razem, na wyróżnienie zasługują walory spółki Echo, które w skali całego tygodnia wzrosły o 10,8%. W efekcie, na wykresie powstała istotna luka cenowa. Wzrosty były reakcją inwestorów na komunikat dotyczący wypłaty bardzo sowitej dywidendy. Obecny rok jest bardzo udany dla spółki – kurs zdołał zakończyć długoterminowy trend horyzontalny i systematycznie zbliża się do swoich historycznych szczytów (9,55 zł). Warto jednak zauważyć, że oscylator RSI sygnalizuje wykupienie rynku i niebawem może wskazać sygnał sprzedaży.

 

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

Z niepokojem czyta się wyniki badań wśród CFO przeprowadzone w Europie przez Deloitte. Aż 70 proc. menedżerów finansowych najwyższego stopnia uważa, że istnieje wysokie ryzyko niepewności ekonomicznej. Ma ono źródło w wielu miejscach, jak problemy strefy euro, w tym niemrawy wzrost gospodarczy czy niewypłacalność Grecji. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo Brexitu. Na to nakłada się kryzys imigracyjny, którego końca nie widać, a na pomysł jego rozwiązania nikt do tej pory nie wpadł. Stosowane półśrodki są bezskuteczne.

Nieco lepsze nastroje panują wśród polskich dyrektorów finansowych. Jednak są one znacząco gorsze niż pół roku temu, kiedy tylko co trzeci badany był pesymistą. Dziś, podobnie jak w latach 2012-2013, aż 60 proc. spośród CFO uważa, że poziom niepewności ekonomicznej jest wysoki. Dlaczego, skoro kondycja polskiej gospodarki jest całkiem dobra?

Dyrektorzy finansowi myślą perspektywicznie. Przyczyn pogorszenia nastrojów upatrywać należy w oddziaływaniu czynników zewnętrznych. Martwi ich słaba forma gospodarki Unii Europejskiej, szczególnie niektórych krajów strefy euro, zadyszka gospodarki Chin, niepewność polityczna za naszą wschodnią granicą i w innych regionach świata. Do czynników wewnętrznych należy zaliczyć niekończące się spory polityczne oraz niepewność prawa, a w zasadzie możliwe zmiany legislacyjne, które miałyby negatywny wpływ na gospodarkę rynkową i sektor finansów publicznych. Kielicha goryczy dopełnia spodziewana obniżka ratingu Polski przez agencję ratingową Moody’s. Politycy winni wsłuchać się więc w opinie CFO, którzy mają najbliższy kontakt z realną gospodarką i są w stanie najtrafniej i najszybciej zdiagnozować źródła problemów.

 

Jan Mazurek, ekspert Domu Maklerskiego Michael / Ström

 

Rynki giełdowe w Europie i w Stanach zakończyły ostatni tydzień lutego w kolorze zielonym. Niemniej jednak, w pierwszej części tygodnia stroną dominującą były niedźwiedzie. Nastroje rynkowe pogorszyły słabe odczyty danych makroekonomicznych ze strefy euro. Przede wszystkim zawiodły indeksy PMI za luty – dla sektora usługowego indeks wyniósł 53,0 pkt. wobec 53,6 pkt w styczniu, a dla sektora przemysłowego 51,0 pkt. wobec 52,3 pkt. miesiąc wcześniej. Warto podkreślić, że po raz trzeci z rzędu ujemną dynamikę zanotował niemiecki wskaźnik Ifo (spadek ze 107,3 pkt. w styczniu do 105,7 pkt. w lutym). Co więcej, rynkowi nie pomaga widmo Brexitu. Według najnowszych sondaży 38% ankietowanych Brytyjczyków popiera opuszczenie Unii Europejskiej, 37% chce pozostania, a 25% badanych stanowią osoby niezdecydowane. Oliwy do ognia dolał odczyt amerykańskiego indeksu Conference Board, który w lutym wyniósł 92,2 pkt. wobec 97,8 pkt. w styczniu. Sentyment rynkowy poprawił się w środę, a giełdy zaczęły poruszać się w kierunku północnym. Następne dni przyniosły bardzo dobre dane makroekonomiczne z gospodarki amerykańskiej. Pozytywnie zaskoczyła dynamika zamówień dóbr trwałego użytku. Ponadto,  wzrost annulizowanego PKB w IV kwartale 2015 roku wyniósł 1% wobec konsensusu na poziomie 0,5%. W skali tygodnia NASDAQ wzrósł o 1,9%, S&P500 o 1,6%, a DJI o 1,5%. W Europie brytyjski FTSE250 umocnił się o 2,5%, francuski CAC40 2,2%, a niemiecki DAX wzrósł o 1,3%.

Warszawska giełda również zakończyła tydzień w kolorze zielonym – WIG20 wzrósł o 0,2%, mWIG40 o 1,9%, a sWIG80 o 1,2%. W Polsce kalendarium ekonomiczne było nieco ubogie. Inwestorzy poznali jedynie stopę bezrobocia za styczeń, która zgodnie z oczekiwaniami wyniosła 10,3%. Niemniej jednak, przy Książęcej rozpoczęła się karuzela wyników finansowych. W centrum uwagi znalazły się bardzo słabe dane Kopexu. W efekcie, walory tej spółki w skali tygodnia potaniały o ponad 26%. Po przeciwnej stronie znalazł się Kernel, którego zysk w IV kwartale 2015 roku wzrósł o 100% r/r. W ubiegłym tygodniu swoimi osiągnięciami pochwalił się również rząd, który to 100 dni temu rozpoczął swoją kadencję. Warto zaznaczyć, że w  tym czasie WIG20 dynamicznie poruszał się na południe i zdołał osiągnąć 7 letnie minima.

W obecnym tygodniu inwestorzy poznają kolejne istotne dane ze strefy euro – stopę bezrobocia oraz dynamikę sprzedaży detalicznej. W Chinach odbędzie się odczyt indeksów PMI. Natomiast wydarzeniem tygodnia będzie publikacja danych z amerykańskiego rynku pracy tzw. payrolls. W Polsce poznamy wartość indeksu PMI dla sektora przemysłowego oraz finalny odczyt PKB za IV kwartał 2015 roku.

Analiza techniczna

29.02

Wykres 1. WIG20 w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Indeks największych spółek kontynuował krótkoterminowy trend wzrostowy i zakończył ubiegły tydzień na poziomie 1847 pkt. Oscylator RSI wciąż pozostaje neutralny i nie wskazuje żadnych sygnałów. Niewykluczone, że najbliższy tydzień przyniesie dalsze ruchy w kierunku północnym, które to mogą spowodować przełamanie linii długoterminowego trendu spadkowego. Przebicie to byłyby bardzo mocnym sygnałem do dalszych wzrostów w kierunku psychologicznej granicy 1900 pkt. W związku z tym, perspektywy średnioterminowe dla WIG20 wydają się naprawdę obiecujące.

29.02

Wykres 2. Kernel w interwale dziennym. Źródło: Stooq

Na spółkę tygodnia wybraliśmy Kernel. Dzięki bardzo dobrym wynikom finansowym walory spółki wzrosły o 8,3% w skali tygodnia. Po definitywnym przełamaniu linii trendu wzrostowego, kurs poruszał się w trendzie bocznym, próbując przebić linię wsparcia. Niemniej jednak, ostatnie wzrosty spowodowały istotne odbicie, a cena akcji obecnie testuje opór na poziomie 50 zł. Oscylator RSI znajduje się powyżej 70 pkt i może wskazać sygnał sprzedaży. Z drugiej strony, pozostałe wskaźniki techniczne wskazują sygnały kupna. W związku z tym, nie można wykluczyć ruchu w kierunku najbliższego oporu na poziomie 55 zł.

 

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

W nocy z środy na czwartek grecki parlament przegłosował bolesne reformy, by uniknąć bankructwa. Będzie więc dalsza pomoc dla Grecji.

 

Z uznaniem przyjęliśmy wyniki głosowania w greckim parlamencie poświęconego przyjęciu pakietu reform strukturalnych, od uruchomienia których uzależniona jest wypłata finansowania pomostowego i dalsze negocjacje z eurogrupą w sprawie spłaty zadłużenia. Pomimo ogromnych perturbacji politycznych i protestów społecznych należy docenić wysiłek premiera, który pomimo sprzeciwu własnej partii zdecydował się na przyjęcie warunków wymaganych przez wierzycieli. Stawia to jego przyszłość polityczną pod znakiem zapytania. Ale warto podkreślić, że pomimo wyników referendum sprzed tygodnia, obecnie prawie 70 proc. Greków popiera porozumienia ze strefą euro. Decyzja Grecji zapewnia tak ważną dla przedsiębiorców stabilizację strefy euro, pozwala uniknąć testowania dalszej cierpliwości państw członkowskich strefy euro, ale przede wszystkim pozwala po raz pierwszy od wielu lat rozpocząć reformy, które w dalszej perspektywie wpłyną na odzyskanie tempa wzrostu gospodarczego, ograniczą wydatki i umożliwią redukcję zadłużenia. Podniesienie podatków i zmiany w systemie emerytalnym to ważne kroki dla uzyskania kolejnej transzy finansowania – prawie 90 mld euro.

Dla polskich przedsiębiorców oznacza to stabilniejszą w najbliższych tygodniach sytuację w eksporcie, przy jednoczesnej stabilizacji kursów walut.

Autor: Jakub Wojnarowski, Konfederacja Lewiatan

Od końca minionego tygodnia giełdowy świat z zapartym tchem przygląda się dramatycznym negocjacjom Aten ze swoimi wierzycielami, które w piątek wieczorem zostały jednostronnie zerwane przez premiera Tspirasa. Było to spore zaskoczenie, gdyż w sobotę miały być kontynuowane rozmowy, by przed otwarciem rynków w poniedziałek politycy mogli się pochwalić sukcesem. Tak się jednak nie stało, a winnego szukać należy na południu Europy, a nie północy.

W konsekwencji tydzień rozpoczął się sporymi spadkami w postaci luk na wykresach. Warto w tym miejscu przytoczyć pewne statystyki. Otóż według MFW PKB Grecji wyniósł w minionym roku jedynie 0,3% światowej gospodarki. Aby umieścić to w interesującej perspektywie, dodać można, że niewiele mniejsze od Grecji są gospodarki takich państw jak Kazachstan czy targany wojną Irak. Na dodatek gospodarcze znaczenie Hellady dość konsekwentnie w ostatnich pięciu latach się zmniejsza, a jej powiązania handlowe ograniczają się praktycznie do regionu Bałkanów. Z czysto gospodarczego punktu widzenia znaczenie Grecji jest więc marginalne, a nawet jej bankructwo nie powinno być zaskoczeniem, skoro będzie drugim w ciągu zaledwie trzech lat.

Przypomnę, że nie dalej jak w 2012 roku uruchomione zostały instrumenty CDS na greckie obligacje i ich wystawcy pogodzić się musieli ze stratami na kwotę ponad 3 mld dolarów. Dlaczego więc inwestorzy tak martwią się Grecją?

Przede wszystkim strach jest z pewnością przesadzony, a jego podłoże wynikać może zupełnie z czegoś innego niż sam upadek Grecji. Otóż gdyby rzeczywiście doszło do osławionego Grexitu, to zdecydowanie istotniejszym ryzykiem byłyby jego konsekwencji dla innych krajów. Dotychczas bowiem mówiło się, że nie można opuścić strefy euro, a tak powstałby precedens śladami którego w przyszłości pójść mogłyby inne kraje. Bruksela jest tego świadoma, dlatego tak twardo negocjuje. Zbyt wysokie ustępstwa mogłyby zachęcić inne kraje do pójścia podobną ścieżką, na co strefę euro nie stać. Z kolei twarde negocjacje uciszą żądania innych państw z jednej strony, a gdyby ostatecznie się nie powiodły, to Grexit uczynią dla Aten na tyle nieprzyjemnym, że szybko w ich ślady nikt nie pójdzie.

Właśnie dlatego teraz, gdy prawdopodobieństwo wyjścia Grecji ze strefy euro jest tak wysokie, Ateny wciąż nie mogą liczyć na łagodne traktowanie. Dla inwestorów najważniejsze jest jednak to, że całe te dywagacje mają większe znaczenie polityczne niż gospodarcze i dlatego sprzedaż akcji wyłącznie z greckiego powodu mija się z celem.

 

Lukasz_Bautor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

W ostatnim czasie globalny rynek finansowy podzielić można na dwa odmiennie zachowujące się obozy. Jednym z nich jest Stary Kontynent, ze szczególnym uwzględnieniem strefy euro, a drugim w znacznej mierze reszta świata z pewnym wyjątkiem w postaci Japonii.

Otóż w Europie z początkiem roku ogłoszony został program ilościowego luzowania, który w istotny sposób osłabia wspólnotową walutę. To z kolei w połączeniu z niskimi cenami ropy naftowej działa jako niemały pakiet stymulacyjny dla gospodarek. Gdybyśmy prześledzili publikowane za naszą zachodnią granicą dane, to okazałoby się, że mniej więcej od listopada konsekwentnie zaskakują one pozytywnie.

Nie mogło to przejść bez echa na giełdowych parkietach, które zachowują się wręcz rewelacyjnie, co w szczególnych sposób widoczne jest w Niemczech, czyli kraju, który aktualnie najbardziej zyskuje na słabym euro. Słabsza waluta wspólnotowa ma jednak swoje drugie oblicze w postaci silnego dolara, który za sprawą oczekiwań co do rychłej podwyżki stóp procentowych w USA, zyskuje w relacji do większości walut.

Piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy tylko utwierdziły inwestorów w przekonaniu, że już w czerwcu Rezerwa Federalna zdecydować się może na zaostrzenie prowadzonej przez siebie polityki. Na tego typu oczekiwania nałożyła się seria publikacji niekorzystnych danych gospodarczych z Chin, co podkopało sentyment do rynków surowcowych i nierozerwalnie z nimi związanych rynków wschodzących. Było to widoczne szczególne we wtorek, kiedy odwrót od ryzyka nosił znamiona podobne do tego z maja 2013 roku. W tamtym czasie po jastrzębich słowach Bena Bernanke, inwestorzy zaczęli wyceniać ograniczenie programu QE3. Jak w tym środowisku wypada Polska?

Z jednej strony jako gospodarka silnie uzależniona od Niemiec korzystamy na tamtejszym ożywieniu koniunktury, a niższe ceny ropy naftowej też nam pomagają. Z drugiej jednak strony, jako kraj wciąż zaliczany do gremium rozwijających się gospodarek, nasze postrzeganie cały czas związane jest z sentymentem, jakim darzone są rynki wschodzące. Warto jednak pamiętać, że w maju 2013 roku zamieszanie z tzw. „taper tantrum” nie zatrzymało wówczas trwającej hossy w krajowym segmencie małych i średnich spółek, a jedynie wywołało korektę.

Po bardzo udanych pierwszych tygodniach roku, również teraz korekta byłaby rozwiązaniem wręcz preferowanym i umożliwiłaby schłodzenie nastrojów i zebranie sił na kolejne wzrostowe podejście, przy założeniu, że nie wybuchnie „tykająca bomba” na Ukrainie, tak jak stało się to w styczniu z innym, frankowym ładunkiem.

 

Lukasz_Bautor: Łukasz Bugaj, CFA, analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Seria opublikowanych wczoraj rano wstępnych wartości wrześniowych indeksów PMI z Francji, Niemiec i całej strefy przynosi mieszane uczucia. Pozytywne jest to, że sektor usługowy był w stanie pokonać oczekiwania. We Francji indeks PMI wzrósł z 46,9 do 48,8 pkt (prog. 47 pkt), w Niemczech z 54,9 do 55,4 pkt (prog. 54,6 pkt). Słabiej było w przypadku całej strefy euro, ale odczyt na poziomie 52,8 pkt jest tylko o 0,3 pkt gorszy od konsensusu. Natomiast przemysł wypadł słabo. We Francji mamy spadek indeksu PMI do 49,4 pkt. Oczekiwano jednak pozostania minimalnie ponad granicą 50 pkt, oddzielającą regres od rozwoju sektora. Niemcy utrzymały się minimalnie powyżej 50 pkt, ale to także o 1 pkt gorsza wartość niż oczekiwano. Dla całej strefy euro indeks przemysłowy utrzymał się na 50,5 pkt.

Europejski przemysł jest w słabej kondycji, a z pewnością wpływ sankcji może zaczynać być widoczny. Podobnie jak spowolnienie w chińskiej gospodarce. Co prawda opublikowany w nocy PMI dla przemysłu z Państwa Środka był lepszy niż oczekiwano i utrzymał się powyżej granicy 50 pkt, ale ponad tydzień wcześniej słabe odczyty produkcji przemysłowej nadwyrężyły rynek, co widać mocno w cenach surowców, zwłaszcza spadających cen metali przemysłowych. Eurodolara ratuje lepsza kondycja usług. Poza tym rynek mógł się też jednak spodziewać słabej kondycji przemysłu, dlatego dane nie będą driverem do pogłębienia lokalnego minimum na 1,2816. Do publikacji popołudniowych danych z USA kurs może stabilizować się wokół 1,2850.

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI S.A.

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...