poniedziałek, Lipiec 23, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Jarosław Sadowski"

Jarosław Sadowski

Jedną z najważniejszych wiadomości dla osób planujących zakup nieruchomości na kredyt będzie zapewne wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego. Zasugerował on, że stopy procentowe nie wzrosną nie tylko w tym roku, ale również w 2019r, co może przełożyć się na warunki kredytowe dostępne dla kredytobiorców.

– Dotychczas panowało przekonanie, że pierwszą podwyżkę stóp zobaczymy w IV kwartale 2018r., a kolejne w przyszłym roku. Każda podwyżka oznacza nie tylko, że wzrosną raty, ale również, że kredyt staje się trudniej dostępny. Jeśli wspomniana zapowiedź się sprawdzi, to dłużej będziemy mogli cieszyć się z tanich kredytów i ich dość dobrej dostępności – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Nowe wsparcie ze strony państwa już na horyzoncie?

W zaledwie dwa dni Polacy zarezerwowali całą pulę (380 mln zł) dopłat na ten rok, kończąc tym samym program „Mieszkanie dla młodych”. Obecnie nie ma więc już możliwości uzyskania rządowego wsparcia na zakup nieruchomości. W przyszłości dopłaty być może ponownie będą wypłacane, ale już nie do kredytów, lecz do oszczędności gromadzonych na tzw. Indywidualnych Kontach Mieszkaniowych (IKM).

– Osoby, które systematycznie będą tam wpłacały pieniądze z myślą o kupnie mieszkania czy budowie domu, mają otrzymywać  nie tylko odsetki zwolnione z podatku, ale również dopłatę od Państwa. Poza tym działa już również program Mieszkanie Plus. W jego przypadku nie są wypłacane dopłaty, lecz można dość tanio wynająć mieszkanie i powoli stawać się jego właścicielem– dodaje Jarosław Sadowski, Expander.

Ceny transakcyjne w większości analizowanych miast spadają, także w Łodzi

W ostatnich miesiącach tematem przewodnim raportu były znaczące podwyżki cen w Łodzi, które przekroczyły nawet poziom 4000 zł za m kw. W grudniu kupujący celowali w znacznie tańsze segmenty mieszkań.

– Dzięki temu ceny w tym mieście wyniosły średnio 3726 zł za m kw., a średnia kwota za mieszkanie spadła ponownie poniżej 200 tys. zł. Najniższe sumy w transakcjach zaczynały się od 2500 zł, choć najwięcej z nich zostało przeprowadzonych w przedziałach 3300 – 4000 zł. Nieliczne mieszkania sprzedawano tu za więcej niż 5000 zł za m kw. – komentuje Marcin Jańczuk, ekspert Metrohouse.

Odpowiednio o 3,9 i 3,8 proc. mniej płaciliśmy za mieszkania w Poznaniu i Gdyni.

– Pewien wpływ na taki stan rzeczy ma konstrukcja analizowanych transakcji, gdzie przeważały duże mieszkania, w których cena m kw. jest z reguły niższa niż przy standardowych mieszkaniach dwupokojowych. Tymczasem Gdynia w ostatnich miesiącach przyzwyczaiła nas do niższych cen w transakcjach. Tym razem za m kw. płacimy średnio już tylko 4850 zł – dodaje Marcin Jańczuk, Metrohouse.

W dalszej kolejności obniżki cen zauważalne były we Wrocławiu, gdzie ceny w porównaniu do notowań z zeszłego miesiąca spadły o 2,1 proc.

– Obecna kwota za m kw. (5350 zł) jest niższa od odczytu sprzed 12-stu miesięcy o 1,4 proc. Nieco mniej płaciliśmy za mieszkania kupowane w Warszawie (-1,6 proc.) i Gdańsku (-1,3 proc.). W stolicy najniższe ceny m kw. rozpoczynały się już od 5000 zł, ale jednocześnie co 10-ta transakcja charakteryzowała się sumą wyższą niż 10 000 zł za m kw. Natomiast w Gdańsku znajdziemy transakcje w cenach niższych niż 4500 zł, choć i tu pojawiają się mieszkania o cenach przekraczających 9 000 zł – mówi Marcin Jańczuk, Metrohouse.

Jedynym miastem, gdzie ceny nie uległy zmianie jest Kraków. W ostatnich transakcjach średnia wyniosła 6287 zł za m kw. i jest to o 4 proc. więcej niż przed rokiem.

Deweloperzy podwyższają ceny

Podwyżki w cennikach deweloperów dotyczyły wszystkich analizowanych metropolii. Skala tych zmian okazała się jednak bardzo zróżnicowana (od +0,8% w Warszawie do +8,0% dla Gdańska). W zasadzie tylko dwa miasta (Łódź i Gdańsk) cechowały się ponadprzeciętnymi wzrostami średniej ofertowej ceny za 1 m kw. nowego mieszkania.

Dla kupujących nowe lokale, coraz mniej przyjazna cenowo jest Łódź – w tej metropolii mieszkania kosztujące od 5000 zł/m kw. do 6000 zł/m kw. stanowią już 61% oferty deweloperów (dane z IV kw. 2017 r.).

– Od października do grudnia 2017 r. widoczny był spadek udziału łódzkich nowych „M” z ceną 4000 zł/m kw. – 5000 zł/m kw. (-13,0 punktów procentowych – p.p.) oraz równoczesny wzrost odsetka mieszkań kosztujących 5000 zł/m kw. – 6000 zł/m kw. (+10,3 p.p.). Na terenie Gdańska, spadek udziału lokali z ceną 4000 zł/m kw. – 5000 zł/m kw. (-13,4 p.p.), skutkował wzrostem odsetka prawie wszystkich droższych mieszkań. Taka sytuacja w połączeniu z dużym spadkiem podaży, sugeruje wyprzedaż tańszych ofert (związaną m.in. z MdM-em). Natomiast w przypadku Łodzi miała miejsce zmiana skutkująca wyraźnym wzrostem podaży i zastąpieniem sprzedanych lokali (cena: 4000 zł/m kw. – 5000 zł/m kw.) przez droższe propozycje (5000 zł/m kw. – 6000 zł/m kw.) – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Zastępowanie sprzedanych i tańszych mieszkań (często kwalifikujących się do programu MdM) przez droższe lokale z kolejnych inwestycji, nie tylko w przypadku Łodzi, skutkuje wzrostem średniej ofertowej ceny 1 m kw. Na znacznie większych rynkach (m.in. warszawskim oraz krakowskim), takie zmiany struktury cenowej zachodzą jednak w mniej gwałtowny sposób.

Od 8 sierpnia wejdą w życie przepisy zobowiązujące wszystkie banki i SKOK i do oferowania tzw. rachunku podstawowego. Za korzystanie z takiego konta oraz za wydaną do niego kartę nie będzie można naliczać opłat. Dodatkowo, za darmo będzie można wykonać co miesiąc 5 wypłat z bankomatów, nawet z tych, które nie należą do danego banku. 

Banki w ostatnich latach podnosiły opłaty za konta i karty. Część zaczęła nawet naliczać prowizję za wypłaty niskich kwot z darmowych dotychczas bankomatów. Już niedługo takich opłat będzie można jednak łatwo uniknąć otwierając tzw. rachunek podstawowy. Darmowe rachunki nie będą oczywiście pozbawione pewnych ograniczeń. Najważniejszym będzie to, że w trakcie jego zakładania i przez cały czas kiedy będziemy go posiadać nie możemy mieć innego konta. Wyjątkiem są te walutowe, które nie będą zabronione. Wystarczy więc zamknąć stary rachunek i już będzie można otworzyć nowy – bezpłatny. Należy jednak dodać, że umowy rachunków mają zwykle miesięczny okres wypowiedzenia. Żeby więc skorzystać z takiej oferty w sierpniu, to w lipcu trzeba złożyć wypowiedzenie umowy starego konta.

Darmowe nie tylko konto, ale też karta

Podstawowy rachunek będzie miał wiele zalet. Bank nie może naliczać opłat ani za jego prowadzenie, ani za wydaną do niego kartę. Ustawa pozwala naliczyć prowizję tylko w trzech przypadkach. Po pierwsze – za transakcje transgraniczne, czyli np. wypłatę pieniędzy z zagranicznego bankomatu. Po drugie – za szóstą i kolejne w miesiącu wypłaty z bankomatów lub wpłaty do wpłatomatów. Trzeba jednak dodać, że nie dotyczy to maszyn należących do banku, w którym mamy rachunek. Z tych można bezpłatnie korzystać bez ograniczeń. Po trzecie – możemy zapłacić prowizję za szósty i kolejne przelewy w miesiącu.

Prowizje za szósty przelew czy wypłatę nie będą wysokie

Nawet jeśli zdarzy się tak, że będziemy musieli zapłacić za którąś z wymienionych usług, to prowizja nie będzie szczególnie wysoka. Ustawa regulująca kwestie rachunków podstawowych mówi bowiem, że opłaty nie będą mogły być wyższe od najczęściej stosowanych stawek przez ostatnie 12 miesięcy. Tymczasem, w wielu bankach przelewy internetowe są wykonywane bezpłatnie. W takiej sytuacji na rachunku podstawowym również będą musiały być one darmowe.

To wszystko sprawia, że konto podstawowe wydaje się niemal idealnym rozwiązaniem, gdyż z łatwością będzie można z niego korzystać zupełnie za darmo. Dla niektórych wadą może być jedynie to, że z takim rachunkiem nie może być powiązany żaden produkt kredytowy.

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Adviso

Gdzie jest bankomat? – Takie pytanie może padać coraz częściej. Jak wynika z danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji. Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada. Mimo tego, liczba takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty. Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo. Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć z naszych ulic.

 

Wypowiedź: Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander.

Black Firday, a w grudniu czeka nas przedświąteczna gorączka zakupów, a po świętach znów wyprzedaże. Polacy kochają promocje, ale czasami przynoszą im one więcej szkody niż korzyści. Expander podpowiada na co uważać, aby nie skończyć z „zakupowym kacem”.

Na zakupy idź przygotowany

Niezależnie od tego, czy wybierasz się do galerii handlowej, czy kupujesz online, dzień wcześniej przeanalizuj, jakich produktów naprawdę potrzebujesz i ile pieniędzy jesteś w stanie na nie przeznaczyć. Określ łączną kwotę na zakupy wyprzedażowe i dopilnuj, by nie przekroczyć wyznaczonego sobie limitu.

– Wystarczy kartka i długopis, ale jeśli wolimy, możemy użyć do tego np. popularnych aplikacji, dostępnych na smartphony. W taki dzień jak Black Friday łatwo można dać ponieść się emocjom, co może skończyć się wielką dziurą w budżecie – radzi Jarosław Sadowski, ekspert Expander Advisors.

Uważaj na pseudo-promocje

Zanim zdecydujemy się na zakup przecenionego produktu, przeanalizujmy spokojnie opłacalność takiej transakcji. Sprawdźmy, czy na przykład w sklepie internetowym nie można znaleźć tego produktu jeszcze taniej.

– Promocje bywają mylące. Często cena po obniżce jest tak naprawdę taka sama, jak przed nią. Zdarza się bowiem, że tuż przed wyprzedażą sprzedawcy podwyższają ceny produktów, by później móc je drastyczniej obniżyć. Dla przykładu kurtka przed promocją kosztowała 400 zł, podczas promocji kosztuje tyle samo, ale metka sugeruje, że wcześniej kosztowała 600 zł, a teraz przeceniona jest o ponad 30% – dodaje Sadowski.

Nie daj się okraść

W Black Friday należy się spodziewać znacznie większego niż zwykle ruchu w centrach handlowych. To nie tylko oznacza, że tańsze zakupy będą bardziej męczące. Rośnie też ryzyko, że staniemy się ofiarą kieszonkowca. Kradzież jest bowiem znacznie łatwiejsza w tłumie, zwłaszcza jeśli składa się on z ludzi, którzy myślą jedynie o szukaniu zakupowych okazji.

– W tych dniach warto pamiętać o ostrożności. Zawsze należy zasłaniać klawiaturę terminala płatniczego podczas wprowadzania PINu. Nigdy nie możemy mieć bowiem pewności czy osoba, która stoi za nami w kolejce nie współpracuje z przestępcą, który za chwilę ukradnie nam portfel.  Poza tym, panowie powinni pamiętać by nie wkładać portfela do tylnej kieszeni spodni, a panie otoczyć szczególną opieką swoje torebki. Jeśli natomiast padniemy ofiarą kradzieży, to jak najszybciej zastrzeżmy w banku nie tylko karty, ale również dowód osobisty – ostrzega Sadowski.

Ewentualne pożyczki przemyśl pod kątem przyszłych wydatków

Hasła promujące Black Friday zachęcają do zakupów i przekonują, że takie okazje prędko się nie powtórzą. Kiedy bardzo chcemy z nich skorzystać, ale zawartość naszego portfela niekoniecznie jest na to w tym momencie gotowa, możemy skorzystać z „zastrzyku gotówki”, oferowanego przez szybkie kredyty gotówkowe lub karty kredytowe. Zanim jednak się zdecydujemy, postarajmy się zaplanować to tak, by móc szybko i sprawnie spłacić zadłużenie. Zastanówmy się, jaką sumę miesięcznie i przez jaki okres będziemy w stanie przeznaczać na raty i na tej podstawie dobierzmy kwotę zadłużenia. Pamiętajmy o tym by nie przesadzić z kwotą zadłużenia, gdyż w grudniu ponownie czekają nas większe wydatki. Poza tym, zawsze porównujmy propozycje kredytów, gdyż bardzo się one od siebie różnią. W niektórych przypadkach koszt jest nawet kilkukrotnie wyższy niż w przypadku najlepszych ofert.

Black Friday kusi atrakcyjnymi okazjami. Decyzjami konsumentów w tym okresie kierują emocje. Trzeba jednak pamiętać, że okazyjna cena produktu jeszcze nie oznacza, że go potrzebujemy. Zatroszczmy się więc o swój portfel i spokojny sen tuż po okazyjnym szale.

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwagę, że jest to o tyle niezwykłe, że od wielu lat ich liczba rosła. Przestało ich przybywać zapewne dlatego, że coraz rzadziej z nich korzystamy – już od 2014 r. spada liczby dokonywanych z nich wypłat. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc  cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji.  Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada.  Mimo tego, ilość  takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

Bankomat coraz częściej jest też wpłatomatem

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty.  Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Bankomatów będzie coraz mniej

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo.  Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć  z naszych ulic.

 

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Niskie oprocentowanie lokat bankowych sprawiło, że wielu Polaków trzyma oszczędności na zwykłym, nieoprocentowanym rachunku osobistym. Z wyliczeń Expandera wynika, że udział lokat bankowych spadł do najniższego poziomu w historii i wynosi niecałe 39%, co powoduje ogromne straty dla oszczędzających. Nawet jeśli odkładamy zaledwie po 200 zł miesięcznie, to w dłuższym okresie takie postępowanie sprawi, że stracimy prawie 41 000 zł.

Dwadzieścia lat temu trzy czwarte swoich pieniędzy w banku trzymaliśmy na lokatach. Dziesięć lat temu było to już tylko 45%. Obecnie, ten udział spadł do najniższego poziomu w historii (39%).  Wiele wskazuje na to, że dużo gorzej niż dziś już nie będzie. Coraz więcej elementów przemawia bowiem za tym, że w drugiej połowie przyszłego roku może zostać rozpoczęty cykl podwyżek stóp procentowych. To zwykle zachęcało nas do korzystania z lokat. W roku 2008 i latach 2011-2012 podwyżki podbiły udział lokat z ok. 45% do ok. 55%.

Grosz do grosza i zbierze się 41 000 zł

Na podwyżki stóp nie ma jednak co czekać. Zawsze warto dbać o to, aby nasze oszczędności pracowały. Załóżmy, że odkładamy po 200 zł miesięcznie. Wpłacenie takiej kwoty na lokatę, czy konto oszczędnościowe teoretycznie może wydawać się nieopłacalne. Odsetki po miesiącu wyniosą bowiem zaledwie 41 groszy. Jednak w długim okresie będą one ogromne. Jeśli po 200 zł miesięcznie będziemy oszczędzali przez 30 lat, to łączna kwota odsetek wyniesie aż  40 977 zł. Trzymając te oszczędności na nieoprocentowanym rachunku, te pieniądze dajemy więc w prezencie bankowi.

Jaką lokatę wybrać

Biorąc pod uwagę prognozy mówiące, że w przyszłym roku mogą wzrosnąć stopy procentowe,  nie opłaca się wybierać dziś kilkuletnich lokat z oprocentowaniem stałym. Lepiej pozostać przy maksymalnie półrocznych lub długoterminowych, ale z oprocentowaniem zmiennym. Jeśli dla kogoś aktualne oprocentowanie lokat wydaje się za niskie, to może skorzystać z innych produktów, które dają wyższe odsetki np. obligacji przedsiębiorstw. W tym przypadku również lepiej, aby oprocentowanie było zmienne. Warto jednak pamiętać, że obligacja to nie lokata. Jeśli emitent zbankrutuje, to możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanych oszczędności. Dlatego należy kierować się nie tylko wysokością oprocentowania, ale również dokładnie zapoznać się z kondycją firmy, której chcemy pożyczyć pieniądze. Lepiej wybierać takie, które działają od lat i przynoszą zyski.

 

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Jak wynika z badania ING Banku, posiadanie jakichkolwiek oszczędności deklaruje 3/4 Polaków. Większość z nich nie wie jednak, jak dobrze zainwestować swoje wolne środki.  Zdecydowana większość robiłaby to częściej, gdyby znała odpowiedni sposób. Lokaty i rachunki oszczędnościowe, jako tradycyjne formy pomnażania gotówki, rzadko przynoszą duże zyski, Alternatywą może być inwestowanie w obligacje korporacyjne, ale wiedza na temat tych produktów nie jest powszechna. Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF)  tłumaczą, jak działają te produkty oraz na co uważać wybierając konkretną ofertę.

Obligacje korporacyjne to rodzaj papierów wartościowych, emitowanych przez przedsiębiorstwa. W ten sposób firmy (emitenci) zyskują kapitał potrzebny np. na rozwój swojej działalności zapożyczając się u nabywców obligacji. Później zwykle co 3 lub 6 miesięcy wypłacają im odsetki, których wysokość zależy od wielkości i kondycji firmy (im większa tym niższe oprocentowanie) i okresu spłaty (im dłuższy tym wyższe). Dla przykładu oferowane niedawno obligacje Orlenu miały oprocentowanie 2,81%, a trwająca właśnie emisja obligacji MCI daje 5,3%. Spłata następuje po określonym z góry czasie. Zwykle jest to okres od roku do pięciu lat. Z inwestycji często można jednak wycofać się wcześniej sprzedając obligację przed terminem.

Jak nabyć obligacje korporacyjne?

W tym celu musimy udać się do emisji dystrybutora (np. banku, domu maklerskiego, pośrednika finansowego), czyli firmy, która przyjmuje zapisy na obligacje. Trzeba jednak dodać, że w przeciwieństwie do lokat bankowych, w ten sposób nie da się wpłacić pieniędzy w dowolnym momencie. Gdy jakaś firma chce w ten sposób pożyczyć pieniądze, ogłasza określony termin subskrypcji. Wtedy możemy pójść do dystrybutora i złożyć dyspozycję zapisu. Nierzadko mamy na to tylko kilka dni, zwłaszcza w przypadku bardzo atrakcyjnych ofert.

– Początkujący inwestor ma szansę na zakup obligacji oferty publicznej, która kierowana jest do szerokiego (150 i więcej) grona inwestorów. W tym przypadku informacja o emisji papierów wartościowych jest podawana do publicznej wiadomości ogłaszana w mediach – komentuje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFPF, Open Finance. Innym sposobem ulokowania pieniędzy w obligacjach firm jest ich odkupienie od kogoś, kto kupił je wcześniej, a teraz chce wycofać swoje pieniądze.

– Wiele obligacji jest notowanych na specjalnej giełdzie zwanej Catalyst. Jeśli posiadamy rachunek maklerski, to możemy za jego pośrednictwem dokonać takiego zakupu. Problem polega jednak na tym, że w przypadku transakcji dotyczących firm w bardzo dobrej kondycji taka transakcja zwykle jest mniej opłacalna niż  zakup nowych obligacji. Po pierwsze sprzedający takie papiery zwykle chcą na nich dodatkowo zarobić i wystawiają je za cenę powyżej wartości nominalnej. To powoduje, że co prawda dostaniemy odsetki w określonej wysokości, ale gdy przyjdzie czas na zwrot pożyczki, to dostaniemy nieco mniejszą kwotę niż ta jaką za nie zapłaciliśmy. Po drugie, kupując na giełdzie musimy zapłacić prowizje maklerską, która zwykle nie występuje na rynku pierwotnym. – komentuje Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Obligacje są znacznie bezpieczniejszą formą lokowanie oszczędności od inwestowania w akcje. Tu mamy bowiem z góry ustalone oprocentowanie, które zwykle jest istotnie wyższe niż to, które oferują nam banki na lokatach.

Warto jednak pamiętać, że obligacja to nie lokata. Jeśli emitent zbankrutuje, to możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanych oszczędności. Dlatego należy kierować się nie tylko wysokością oprocentowania, ale również dokładnie zapoznać się z kondycją firmy, której chcemy pożyczyć pieniądze oraz zwrócić uwagę czym obligacje są zabezpieczone. Lepiej wybierać takie obligacje firm, które działają na rynku od lat i przynoszą zyski – dodaje Bartłomiej Marzec, ekspert ZFPF, Open Finance.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Jeszcze kilka lat temu wiele osób na tyle obawiało się płatności zbliżeniowych, że nacinało swoje karty, aby tą funkcję wyłączyć. Sytuacja się jednak zmieniła. Z szacunków Expandera wynika, że właśnie dokonuje się historyczny moment, gdy wartość takich płatności zaczyna przewyższać te dokonywane w tradycyjny sposób. Nie jesteśmy jednak aż tak nowocześni jak może się to wydawać. Królową wciąż jest gotówka, ale jej  panowanie skończy się za około 4 lata.

W pierwszej połowie tego roku wykonaliśmy płatności kartami na kwotę 122 mld zł. To aż o 19% więcej niż przed rokiem. Co ciekawe, coraz więcej jest tych dokonywanych zbliżeniowo. W II kwartale stanowiły one już 48,5% wartości. Wiele wskazuje na to, że właśnie mamy do czynienia z historyczną chwilą, gdy płatności zbliżeniowe pokonują te w tradycyjnej formie. Te ostatnie to nie tylko wsunięcie karty do terminala, ale również np. przeciągnięcie jej przez czytnik paska magnetycznego (coraz rzadsze) oraz płatność polegająca na podaniu numeru karty.

Dni kart płatniczych są policzone

Mimo, że coraz chętniej płacimy kartami, to prawdopodobnie za kilka lat zupełnie znikną one z naszego życia. Zastąpią je bowiem płatności zbliżeniowe dokonywane telefonami. Już teraz część banków umożliwia korzystanie z takiej technologii. Co ciekawe, bardzo prawdopodobne wydaje się, że w przyszłości możemy w ogólne przestać nosić portfele. Już niedługo w smartfonie, w wersji elektronicznej, znajda się bowiem nasze dokumenty (dowód osobisty, prawo jazdy, karta miejska, legitymacja studencka itp.). Pierwszy krok w tym kierunku już został dokonany. Pod koniec października Ministerstwo Cyfryzacji zaprezentowało aplikację mobilną „mObywatel”, która w przyszłości będzie zawierała w sobie nasze dokumenty. Obecnie jej funkcjonalność ogranicza się tylko do udostępniania swoich danych osobowych. Dla przykładu, w sytuacji kolizji drogowej, zamiast przepisywać dane osobowe sprawcy, może on wysłać je na urządzenie poszkodowanego (o ile on również ma aplikację mObywatel).

Gotówka królem jeszcze przez 4 lata

Nie jesteśmy jednak jeszcze tak zaawansowani w kwestiach płatności jak mogłoby się to wydawać. Statystyki kart płatniczych pokazują, że wciąż więcej pieniędzy wypłacamy z bankomatów niż wydajemy podczas zakupów w sklepach czy punktach usługowych. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 184 mld zł. Przypomnijmy, że płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Udział gotówki to więc około 60%. Królowanie fizycznego pieniądza nie potrwa już jednak długo. Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki san się utrzyma to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki.

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Stopy procentowe w Polsce są teraz na najniższym poziomie w historii. Wydaje się więc, że dla osób zainteresowanych kredytem hipotecznym jest to idealny moment, aby wybrać taki z oprocentowaniem stałym. W ten sposób mogą bowiem zabezpieczyć się przed przyszłymi podwyżkami stóp procentowych. Expander policzył, czy taki krok ma szansę przynieść im znaczące oszczędności. 

 Osoba, zamierzająca uzyskać kredyt hipoteczny ze stałym oprocentowaniem, przeżyje rozczarowanie. Na naszym rynku nie ma żadnej oferty, gwarantującej niezmienne oprocentowanie w całym okresie spłaty. Są natomiast takie, w których jednolita stawka obowiązuje przez 2-7 lat. Później taki kredyt zamienia się w zwykły, czyli z oprocentowaniem opartym o marżę i stawkę WIBOR. Najdłuższy okres (7 lat) stałego oprocentowania oferuje Alior Bank. Jednak jest to jednocześnie najdroższa propozycja w zestawieniu.

Najtańszy kredyt tego typu znajdziemy natomiast w PKO BP. Tu problem polega jednak na tym, że oprocentowanie będzie stałe tylko przez 2 lata. Tymczasem prognozy mówią, że w tym okresie raczej nie dojdzie do podwyżek stóp procentowych w naszym kraju. Jeśli chodzi o najbliższą przyszłość, to więcej mówi się o kolejnej obniżce niż podwyżce. Dlatego w naszej analizie za najtańszą ofertę kredytu ze stałym oprocentowaniem uznamy kredyt Deutsche Banku.

Pozostaje więc pytanie, czy warto skorzystać z tej oferty kredytu ze stałym oprocentowaniem. W Deutsche Banku na brak zmian w wysokości oprocentowania możemy liczyć przez okres 5 lat. Łączne koszty kredytobiorcy w tym czasie wynoszą nieco ponad 68 tys. zł. Dotyczy to kredytu na kwotę 300 000 zł zaciągniętego na 30 lat, przy wkładzie własnym na poziomie 25%. Zakładając, że w omawianym okresie stopy procentowe nie ulegną zmianie, lepiej byłoby wybrać tradycyjne zobowiązanie. Dla przykładu, w Banku BPH koszt kredytu z oprocentowaniem zmiennym wyniósłby tylko niecałe 49 tys. zł.

Prawdopodobnie jednak stabilność stóp procentowych nie utrzyma się tak długo. Załóżmy, że za 2 lata zaczną one szybko rosnąć i powrócą do poziomu z maja 2012 r. Wówczas stopa referencyjna NBP wynosiła 4,75%. Taka sytuacja spowodowałaby, że kwota odsetek przy kredycie z oprocentowaniem zmiennym, wzrosłaby o ok. 23 tys. zł. W rezultacie koszty kredytów z oprocentowaniem zmiennym i stałym niemal by się zrównały. Biorąc pod uwagę wymienione już kredyty w BPH i Deutsche Banku okazuje się, że ten drugi były tylko o niecałe 4 tys. zł tańszy.

Wygląda więc na to, że rozwiązanie z pozoru atrakcyjne nie przyniesie nam zbyt dużych korzyści. Oferty kredytów ze stałym oprocentowaniem zostały bowiem tak przygotowane, aby banki zarabiały na nich podobnie jak na zwykłych kredytach. Zaletą tych pierwszych jest jednak pewność, że w przeciągu kilku najbliższych lat koszt kredytu nie wzrośnie. Ich wadą natomiast to, że jeśli w najbliższym czasie dojdzie do obniżki stóp lub jeśli w przyszłości nie wzrosną one tak bardzo, jak założyliśmy, można wręcz stracić na decyzji o zaciągnięciu kredytu ze stałym oprocentowaniem.

Na koniec dodajmy, że wiele osób znacznie więcej może zyskać poświęcając nieco czasu na porównanie ofert zwykłych kredytów. Różnica w kosztach naliczonych w pierwszych 5 latach spłaty między najtańszą a przeciętną ofertą kredytów z oprocentowaniem zmiennym wynosi prawie 13 000 zł. Gdy porównamy najtańszą z najdroższą to okaże się, że zaoszczędzić można nawet 30 000 zł.

 

ramka_expander

Jarosław Sadowski
Główny analityk Expander Advisors

W obecnych czasach nasze skrzynki elektroniczne coraz bardziej przypominają pole minowe. Wśród licznych wiadomości, jakie otrzymujemy, kryją się takie, których otwarcie może nas kosztować tysiące złotych. Czasami zawierają one załączniki, w których ukryte jest złośliwe i szkodliwe oprogramowanie. Innym razem przekazują fałszywe informacje, skłaniające do ujawnienia danych, które pomogą przestępcom w kradzieży naszych pieniędzy. Expander podpowiada na co uważać, aby nie dać się okraść.

 W ubiegłym tygodniu policja poinformowała o rozbiciu dużej grupy przestępczej, która zajmowała się m.in. internetową kradzieżą pieniędzy z rachunków bankowych. Niestety to jeszcze nie oznacza, że nasze pieniądze są bezpieczne. Takich grup jest mnóstwo i potrafią one działać na wiele różnych sposobów. Wstępem do przestępstwa nierzadko jest wiadomość email. Zwykle jest ona przygotowana tak, aby nie wzbudzała podejrzeń i była chętnie otwierana.

Kradzież na fałszywy mail od banku

Często przestępcy w takiej wiadomości podszywają się pod bank i informują, że nasze konto zostało zablokowane. Dołączają też link, który ma prowadzić do bankowości elektronicznej, w której należy podać swój login, hasło, a czasami również inne informacje np. numer karty płatniczej. W rzeczywistości link kieruje nas jednak na specjalnie przygotowaną stronę, która wygląda niemal identycznie, jak strona naszego banku. Wszystkie dane, które na niej wpiszemy trafiają jednak do przestępców.

Jak się ustrzec kradzieży: Stronę internetową banku należy otwierać samodzielnie, a nie z linka zawartego w emailu. Trzeba też zawsze zwracać uwagę na to, czy połączenie z serwisem jest szyfrowane.

Kradzież przy użyciu wirusa

Przestępcy mogą również podszywać się pod różne znane nam firmy czy instytucje i przesyłać maile, z załącznikami, w których znajduje się wirus. Dla przykładu, mogą podszywać się pod firmę windykacyjną czy operatora telefonii i poinformować, że w załączeniu wiadomości znajduje się informacja o naszym zadłużeniu. Nawet, jeśli nie mamy długów czy zaległości w płaceniu faktur, często taki załącznik otworzymy, aby sprawdzić, o co chodzi. Obawiamy się bowiem, że mogliśmy zapomnieć o jakiejś opłacie. Tymczasem w ten sposób instalujemy na swoim komputerze wirusa, który np. podmieni numer konta, podczas wykonywania przelewów internetowych. Takie oprogramowanie może też zapamiętywać hasła lub przekierowywać nas ze strony internetowej banku na fałszywą. W tym ostatnim przypadku, po wpisaniu loginu i  haseł może pojawić się prośba o podanie hasła jednorazowego niezbędnego do zalogowania. Jeśli je wpiszemy, przekażemy przestępcom wszystkie dane potrzebne do kradzieży.

Jak się ustrzec kradzieży: Nie otwierać od razu załączników. Lepiej je zapisywać i przed otwarciem sprawdzać programem antywirusowym. Możemy też skorzystać z serwisów takich jak virustotal.com, który sprawdza plik wieloma programami antywirusowymi jednocześnie. Zawsze należy też czytać treść smsa, w którym otrzymujemy hasło jednorazowe do zatwierdzenia operacji bankowej. Jeśli służy do wykonania przelewu, szczególnie uważnie sprawdzajmy zawarte w nim fragmenty numeru rachunku

 Kradzież na ogłoszenie o pracę

Zdarza się też, że przestępcy rozsyłają mailowo atrakcyjne ogłoszenia o pracę. Zwykle opis stanowiska jest bardzo interesujący. Oferowane jest wysokie wynagrodzenie za pracę niewymagającą zbyt wysokich kompetencji. Niezbędne jest jedynie przesłanie CV zawierającego dane osobowe, skan dowodu osobistego i wykonanie przelewu na niewielką kwotę 1 zł. W oparciu o te dane przestępcy mogą otworzyć konto bankowe, a później wyłudzić kredyt. W ten sposób nie ukradną więc pieniędzy osoby oszukanej, ale spowodują, że będzie ona miała duże kłopoty.

 Jak się ustrzec kradzieży: Zachować ostrożność przy szukaniu pracy. Nie wysyłać skanów dowodu i nie wykonywać przelewów na prośbę potencjalnego pracodawcy.

 Kradzież wykorzystująca naszą chciwość

Czasami możemy też otrzymać maila z bardzo ciekawą historią. Zwykle występuje w niej zmarły milioner, po pieniądze którego nikt się nie zgłosił. Z naszą pomocą uda się je jednak wypłacić, za co otrzymamy część tego bogactwa. Początkowo wydaje się, że pomagając nic nie ryzykujemy, a możemy tylko zyskać. Jednak jeśli się zgodzimy, zaczną pojawiać się kłopoty i nasz wspólnik poprosi zapewne o pieniądze niezbędne do rozwiązanie różnych przeszkód czy załatwienia formalności. Na początku będą to drobne kwoty, które później będą się zwiększać. W ten sposób, mając w wyobraźni perspektywę milionów, które wpłyną na nasze konto, możemy dobrowolnie wysyłać przestępcom pieniądze.

 Jak się ustrzec kradzieży: Kierować się zdrowym rozsądkiem. Nie wierzyć we wszystko, co pisze do nas nieznana osoba.

 

 

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

W kwietniu poznamy założenia nowego rządowego programu „Mieszkanie+”, ale można podejrzewać, że jego elementem będzie utworzenie kas oszczędnościowo-budowlanych. Expander zwraca uwagę, że z zaprezentowanego w marcu projektu ustawy wynika, że osoby oszczędzające w takich kasach otrzymają od państwa premię w wysokości nie wyższej niż 900 zł rocznie. Dodatkowo będą też mogły uzyskać tani kredyt. Aby skorzystać z tych przywilejów, trzeba będzie jednak spełnić pewne warunki.

 Kasy oszczędnościowo-budowlane będą udzielały tanich kredytów na zakup mieszkania czy domu. Z takiego preferencyjnego finansowania będą mogły jednak skorzystać tylko osoby, które przed złożeniem wniosku o kredyt, przez co najmniej 4 lata oszczędzały w danej kasie. Kwota kredytu nie będzie mogła być wyższa niż ta, jaką oszczędzającemu udało się zgromadzić. W rezultacie, jeśli na naszym koncie w kasie będzie np. 20 000 zł, to kolejne 20 000 zł będziemy mogli pożyczyć. Oprocentowanie kredytu będzie stałe i nie będzie mogło być wyższe o więcej niż 3 pkt. proc. niż odsetki, jakie są wypłacane oszczędzającym. Oznacza to, że jeśli np. oprocentowanie ulokowanych oszczędności wyniesie np. 1%, odsetki od kredytu nie będą mogły przekroczyć 4%.

Zaletą korzystania z kas nie będzie tylko możliwość uzyskania preferencyjnego kredytu, ale również specjalna premia wypłacana przez państwo. Zgodnie z założeniami ustawy wyniesie ona 15% kwoty wpłaconej w danych roku. Co ważne, nie będzie jednak mogła przekroczyć 900 zł rocznie, gdyż będzie naliczana od kwoty oszczędności nie wyższej niż 6000 zł. Jeśli więc wpłacimy w danym roku np. 7000 zł, premię dostaniemy i tak tylko od 6000 zł. Większe wpłaty spowodują jedynie, że w przyszłości będziemy mogli uzyskać wyższy kredyt. Oprócz tej premii naliczane będą również odsetki od wszystkich zgromadzanych oszczędności. Prawdopodobnie te nie będą jednak zbyt wysokie.

Kasy nie zastąpią kredytów hipotecznych

Zgromadzony kapitał oraz pieniądze z preferencyjnej pożyczki raczej nie zastąpią jednak kredytów hipotecznych. Jeśli ktoś będzie oszczędzał po 500 zł miesięcznie, rocznie odłoży 6000 zł. Do tej sumy doliczyć trzeba jeszcze 900 zł premii i wypracowane odsetki. Po 4 latach zbierzemy więc ok. 28 500 zł. Drugie tyle otrzymamy z kredytu, co daje łącznie 57 000 zł. To za mało, aby kupić choćby kawalerkę. Te pieniądze wystarczą najczęściej na zapewnienie wkładu własnego w wysokości ok. 20%, pod warunkiem odkładania 500 zł miesięcznie przez 4 lata. Żeby zebrać znaczącą kwotę trzeba oszczędzać znacznie dłużej. Dla przykładu, gdyby w kasie rodzice odkładali dla dziecka po 500 zł miesięcznie przez 18 lat, to zebraliby ok. 142 000 zł, czyli razem z kredytem mieliby 284 000 zł. Trzeba jednak zauważyć, że ceny mieszkań po tak długim czasie będą już z pewnością znacznie wyższe niż dziś. Nawet w przypadku tak długofalowego oszczędzania w kasie kupno średniej wielkości mieszkania w dużym mieście może nie udać się bez kredytu hipotecznego.

Kasy mieszkaniowe i inne pomysły na wsparcie rynku mieszkaniowego, które poznamy w najbliższym czasie, mają zastąpić kończący się w 2018 r. program „Mieszkanie dla młodych”. Zaletą kas jest to, że zachęcają do długoterminowego oszczędzania, co jest korzystne dla gospodarki. Z punktu widzenia osób, które będą z tego rozwiązania korzystały wadą jest natomiast to, że wsparcie państwa jest znacznie mniejsze niż w przypadku MdM. Dopłata, jaką można obecnie uzyskać, wynosi od kilkunastu tysięcy złotych do nieco ponad 100 000 zł. Tymczasem, aby łączna premia z kasy oszczędnościowo-budowlanej wyniosła 20 000 zł trzeba by w niej oszczędzać ok. 22 lata, a żeby wyniosła 100 000 zł aż 111 lat. Oczywiście kasy dają też dodatkową korzyść w postaci taniego kredytu, ale z drugiej strony trzymane w nich oszczędności prawdopodobnie nie będą zbyt wysoko oprocentowane. Miejmy więc nadzieję, że w programie „Mieszkanie+” będą też inne pomysły, które zrekompensują zakończenie programu „Mieszkanie dla młodych”.

 

 Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

W tym roku zima nie wystraszyła kupujących mieszkania. W minionym miesiącu program „Mieszkanie dla młodych” cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że  pieniądze na tegoroczne dopłaty za chwilę się skończą. Z wyliczeń Expandera wynika, że pozostało już tylko 165 mln zł. Dla porównania, w lutym z tegorocznej puli wykorzystano 116 mln zł. Przy takim tempie składania wniosków pieniądze mogą skończyć się w pierwszej połowie kwietnia, a być może nawet jeszcze w marcu.

 Mimo że pogoda w lutym nie zachęcała do poszukiwania mieszkań, był to drugi najlepszy w historii miesiąc programu „Mieszkanie dla młodych”. Łącznie złożono wnioski o dopłaty na kwotę 129 mln zł, z czego 116,7 mln zł dotyczy tegorocznej puli. Więcej było tylko w grudniu ubiegłego roku. Dla porównania, na ten rok z puli pieniędzy przeznaczonych na dopłaty pozostało już tylko 165 mln zł. Gdyby w marcu zainteresowanie było podobne jak przed miesiącem, to na kwiecień pozostanie zaledwie 48 mln zł. Wyczerpywanie się środków MdM może jednak jeszcze bardziej zmobilizować do składania wniosków. Pieniądze mogą więc skończyć się nawet już w tym miesiącu.

Co ciekawe, po dwóch miesiącach obecny poziom wykorzystania tegorocznej puli (564 mln zł)  jest już wyższy niż suma dopłat wypłaconych w całym 2015 r. (520 mln zł). Warto dodać, że duży udział w tym wyniku mają wnioski dotyczące tego roku, ale składane jeszcze pod koniec ubiegłego.

Gdy tegoroczna pula się wyczerpie nadal będzie można wnioskować o dopłaty wypłacane w przyszłym roku. Już teraz zarezerwowano 53 mln zł z przyszłorocznej puli. To zaledwie 7% limitu, a więc pieniędzy na przyszły rok jest jeszcze sporo. Oczywiście nie jest to rozwiązanie dla każdego. Na taki krok mogą zdecydować się głównie osoby, które kupują mieszkanie czy dom będący jeszcze w budowie i którego przekazanie nastąpi w przyszłym roku. Wedy zwykle płatność odbywa się w transzach i to, że dopłata zostanie wypłacona w przyszłym roku nie stanowi problemu. Kupując mieszkanie gotowe zwykle nie uda nam się przekonać sprzedającego, żeby część płatności przełożyć na 2017 rok.

Tak gwałtowny wzrost zainteresowania dopłatami z programu „Mieszkanie dla młodych” to przede wszystkim efekt zmian, jakie wprowadzono od września 2015 r. Wtedy umożliwiono uzyskanie dopłaty na mieszkania z rynku wtórnego. Podwyższono też wysokość dopłat dla osób posiadających przynajmniej dwoje dzieci. W rezultacie w Warszawie trzyosobowa rodzina może otrzymać nawet 105 tys. zł. Dodatkowo zmiany sprawiły, że dopłaty mogą otrzymać już nie tylko „młodzi” i nie tylko na pierwsze w życiu mieszkanie. Osoby posiadające przynajmniej troje dzieci dostaną wsparcie nawet jeśli mają więcej niż 35 lat i jeśli mają już mieszkanie, które np. chcą zmienić na większe.

 

 

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Kredyt hipoteczny to zobowiązanie, które spłacamy przez wiele lat. Jeśli w wyniku utraty pracy lub innych problemów nie możemy poradzić sobie z regulowaniem rat, nie uciekajmy od kłopotów. Istniej wiele rozwiązań, które mogą pomóc w takiej sytuacji, ale trzeba podjąć odpowiednie działania. Expander podpowiada, co zrobić, gdy nie stać nas na spłatę zobowiązań.

 Gdy zaciągamy kredyt zwykle wydaje nam się, że bez problemu poradzimy sobie ze spłatą. Niestety życie nie zawsze układa się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Dlatego spłacając raty warto jednocześnie odkładać trochę pieniędzy na wypadek gdybyśmy np. stracili pracę lub poważnie zachorowali. Oszczędności powinny być na tyle duże, aby pozwoliły nam na utrzymanie domu i spłatę zadłużenia przez kilka miesięcy. Niestety nie zawsze udaje się zgromadzić odpowiednią kwotę. Poza tym jeśli problematyczna sytuacja się przeciąga, oszczędności w końcu się kończą. Wtedy pojawia się pytanie – co mam zrobić, jeśli brakuje pieniędzy na spłatę raty kredytu?

 Fundusz wsparcia kredytobiorców

W przypadku osób spłacających kredyty hipoteczne rozwiązaniem problemu może być Fundusz Wsparcia Kredytobiorców, który właśnie (19 lutego) zaczął działać. Jego pomoc polega na opłacaniu rat kredytowych osobom, które straciły pracę i mają status bezrobotnego (nie dotyczy osób, które same się zwolniły lub zostały zwolnione dyscyplinarnie). Wsparcie mogą również otrzymać ci, których rata jest tak wysoka, że przekracza 60% dochodów lub których dochód po pomniejszeniu o ratę jest tak niski, że jest poniżej progu uprawniającego do otrzymania świadczenia z pomocy społecznej. Nawet jeśli spełniamy powyższe warunki, pomocy jednak nie otrzymamy, jeśli posiadamy więcej niż jedną nieruchomość (mieszkanie czy dom) lub jeśli mamy jedną, lecz w niej nie mieszkamy, a wynajmujemy jakiś inny lokal.

Takie wsparcie może być wypłacane maksymalnie przez 18 miesięcy i na kwotę nie wyższą niż 1 500 zł. Jeśli więc rata wynosi np. 2 000 zł, to 500 zł trzeba będzie opłacać samodzielnie. Istotne jest również to, że pieniądze otrzymane w ramach tego funduszu trzeba będzie zwrócić. Po 2 latach od zakończenia pomocy zaczyna się spłata, która trwa 8 lat. Raty są jednak niskie, gdyż powstały w ten sposób dług nie jest oprocentowany. W przypadku, gdy otrzymaliśmy maksymalną kwotę wsparcia (1 500 zł*18=27 000 zł) rata wyniesie 281,25 zł.

 Wakacje kredytowe

Co jednak, jeśli nie spełniamy jakiegoś warunku, który uprawnia do uzyskania powyższego wsparcia? Wtedy warto sprawdzić, czy nasz bank umożliwia skorzystanie z wakacji kredytowych, czyli czasowego zawieszenia spłaty rat. Niestety nie wszystkie instytucje dają taka możliwość, w innych natomiast zawieszeniu podlega tylko spłata kapitału, ale odsetki trzeba nadal płacić. Tymczasem w pierwszych latach spłaty raty kredytów hipotecznych w większości składają się z odsetek. Nie jest to więc rozwiązanie odpowiednie dla każdego kredytobiorcy.

 Obniżenie raty

Innym rodzajem pomocy, na jaką możemy liczyć, jest obniżenie wysokości raty poprzez wydłużenie okresu kredytowania. Dla przykładu, jeśli nasze zadłużenie wynosi 200 000 zł, a do zakończenia spłaty pozostało 20 lat, to wydłużenie okresu do 30 lat może obniżyć ratę np. z 1 150 zł do 887 zł. Aby było to możliwe konieczne jest podpisanie aneksu do umowy kredytowej. Trzeba jednak dodać, że jeśli okres pozostały do spłaty wynosi 35 lat lub więcej, to wydłużenie tego okresu nie będzie możliwe.

 Sprzedaż części majątku

Rozwiązaniem trudnej sytuacji może być też sprzedaż np. samochodu czy w ostateczności nawet mieszkania. Jest to oczywiście trudna decyzja, ale w ten sposób unikniemy większych kłopotów, czyli np. szybkiego powiększania się długu przez narastające odsetki karne. Póki problemy będą trwały, możemy korzystać z komunikacji miejskiej czy też mieszkać u rodziców.

 Negocjacje w sprawie umorzenia części długu lub upadłość

Niestety nawet sprzedaż majątku nie zawsze pomaga. Dla przykładu, w przypadku kredytów walutowych zadłużenie nierzadko przekracza wartość nieruchomości. W takiej sytuacji warto porozmawiać z bankiem o umorzeniu części długu. Argumentem może tu być groźba ogłoszenia przez nas upadłości konsumenckiej. W jej wyniku, co prawda tracimy cały majątek, ale anulowane zostanie nam całe zadłużenie, które nie zostanie spłacone po ustalonym przez sąd trzyletnim okresie spłat. Zasądzone raty muszą być jednak na tyle niskie, aby dłużnik sobie z nimi poradził. Poza tym osoba, która ogłosi upadłość musi po sprzedaży majątku otrzymać pieniądze pozwalające na wynajem mieszkania przez okres 2 lat.

Upadłość oznacza utratę mieszkania, więc jeśli chcemy je zatrzymać, lepiej użyć jej jako argumentu w negocjacjach o umorzeniu części długu. Banki obawiają się upadłości, gdyż mogą nie odzyskać dużej części długu, dlatego czasami godzą się dobrowolnie umorzyć jego część. W ten sposób ponoszą mniejsze straty. Jeśli takie negocjacje nie przyniosą skutku lub jeśli ważniejsze od mieszkania jest dla nas całkowite uwolnienie się od długów, wtedy możemy skorzystać z upadłości konsumenckiej.

 

 

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Walentynki mogą być doskonałą okazją dla par, aby postanowić o zamieszkaniu razem lub o zakupie wspólnego mieszkania. Expander zwraca jednak uwagę, że w niektórych przypadkach kredyt hipoteczny znacznie łatwiej jest uzyskać, gdy staramy się o niego samodzielnie niż z drugą połówką. W skrajnych przypadkach dostępna kwota kredytu dla singla jest nawet o ponad 200 000 zł wyższa.     

Decyzja o wspólnym zamieszkaniu to poważny krok, który sprawi, że o swojej drugiej połówce dowiecie się znacznie więcej niż dotychczas. Wiele związków nie wytrzymuje tego sprawdzianu, dlatego najlepiej zacząć od wynajęcia wspólnego lokum. W razie rozstania pozwoli to uniknąć kłopotów związanych ze sprzedażą nieruchomości i spłatą kredytu przed terminem. Dopiero po pewnym okresie, kiedy już przyzwyczaimy się do siebie nawzajem, warto zdecydować się na zakup mieszkania.

Zwykle parom znacznie łatwiej jest uzyskać kredyt niż singlowi dlatego, że do obliczania zdolności kredytowej brany jest wspólny, znacznie wyższy dochód – suma wynagrodzeń zakochanych. Dla banków istotne jest również to, że jeśli wnioskodawców jest przynajmniej dwóch, to w razie utraty pracy przez jednego z nich raty wciąż mogą być spłacane przez drugą osobę. Tymczasem jeśli singiel straci źródło dochodów i nie będzie mógł znaleźć nowego, może nie być w stanie regulować zobowiązania.

Kiedy o kredyt warto wnioskować samodzielnie

Zupełnie inaczej wygląda jednak sytuacja, gdy kredyt chce zaciągnąć para, w której tylko jedna osoba uzyskuje dochody. Wtedy znacznie łatwiej jest go otrzymać, jeśli o finansowanie zawnioskuje tylko ta osoba, która otrzymuje wynagrodzenie. Trzeba jednak dodać, że jest to możliwe tylko wtedy, gdy para nie jest małżeństwem lub jest w formalnym związku, ale ma ustanowioną rozdzielność majątkową. Obecnie dostępna kwota kredytu dla singla otrzymującego wynagrodzenie na poziomie 5 000 zł netto jest średnio o 130 000 zł wyższa niż dla 3-osobowej rodziny z takim samym dochodem. Dzieje się tak dlatego, że rodzina ponosi znacznie wyższe koszty utrzymania, a więc zostaje jej mniej pieniędzy na spłatę raty.

 Zalecenia KNF „promują” singli

Rozbieżności w tym względzie jeszcze niedawno nie były aż tak duże. Do połowy ubiegłego roku średnia różnica w dostępnej kwocie kredytu dla opisanego singla i  rodziny wynosiła ok. 56 000 zł. Od lipca 2015 r. zaczęła jednak szybko rosnąć i obecnie jest ponad dwukrotnie wyższa. Stało się tak za sprawą zaleceń KNF. Komisja zwróciła uwagę bankom, że akceptują zaniżone koszty utrzymania, których poziom jest nieadekwatny do faktycznie ponoszonych wydatków. To spowodowało, że bankowcy zmienili mechanizm szacowania dostępnej kwoty kredytów w taki sposób, że drastycznie obniżyła się kwota dostępna dla rodziny. Ta, którą może otrzymać singiel pozostała natomiast prawie niezmieniona.

Bankami, w których single mają największą przewagę są  Bank Pocztowy, Deursche Bank i mBank. W ich przypadku rodzina dostanie o ponad 200 000 zł niższy kredyt. Są jednak i takie, w których dostępna kwota dla rodziny i singla są podobne – Euro Bank, BGŻ BNP Paribas, BZ WBK i ING Bank Śląski.

Dostępna kwota kredytu hipotecznego

dostepna_kwota_kredytu_hipotecznego

 

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Trwają ferie zimowe, a tymczasem pogoda spłatała narciarzom figla i termometry pokazują +10°C. Część wielbicieli białego szaleństwa będzie więc zmuszona wybrać się za granicę. Przed takim wyjazdem zwykle pojawia się pytanie, co z wymianą waluty? Czy dokonać jej w Polsce, czy już na miejscu? Czy płacić gotówką, czy może kartą? Expander podpowiada, jak zaoszczędzić na wymianie waluty 273 zł.

Wybierając się w Alpy, Dolomity czy inne góry leżące w kraju, w którym obowiązuje euro najlepiej wymiany waluty dokonać w Polsce. U nas euro jest walutą, którą kantory wymieniają bardzo często, dzięki czemu między usługodawcami panuje duża konkurencja i kursy są atrakcyjne. Tymczasem w zagranicznej placówce obrót polską walutą może być niewielki, a wtedy kurs wymiany zwykle jest mniej korzystny. Zanim jednak udamy się do kantoru warto sprawdzić w internecie, ile wynosi kurs sprzedaży euro w różnych miejscach. Zdarza się, że różnice między kantorami są bardzo duże. Czasami nawet jeden usługodawca w internecie podaje atrakcyjne kursy, podczas gdy na wyświetlaczu w oddziale znajdziemy gorszą ofertę. Wtedy należy powiedzieć, że chcemy skorzystać z tej internetowej. Śledząc kursy warto też zwracać uwagę na tzw. gwiazdki. Czasami bowiem oferta jest atrakcyjna, ale tylko przy transakcjach na wysokie kwoty, a dla tych niewielkich jest znacznie mniej korzystna.

Zwykle najsłabsze propozycje znajdziemy w placówkach bankowych. Dla przykładu w BOŚ kurs sprzedaży euro wynosi dziś (28 stycznia) aż 4,73 zł, a w dobrym kantorze tradycyjnym lub internetowym 4,47 zł. Oznacza to, że jeśli sami organizujemy wyjazd, na który wydamy równowartość 5 000 zł, to dzięki wymianie po tym niższym kursie zaoszczędzimy aż 273 zł. Za wspomnianą kwotę kupimy bowiem nie 1 057 euro lecz 1 118 euro. Bankowe kursy często są też stosowane do przeliczania operacji dokonanych kartą, a jeśli jest inaczej, to bank nalicza wysoką prowizję za przewalutowania. Dla przykładu w mBanku wynosi ona 5,9%. Nie oznacza to jednak, że należy zupełnie zrezygnować z płacenia kartą.

Jeśli wyjazd organizujemy samodzielnie i sami będziemy za wszytko płacić, zabieranie ze sobą tak dużej kwoty tylko w gotówce nie jest zbyt bezpieczne. W takiej sytuacji najlepiej zabrać część pieniędzy w formie banknotów, a część wpłacić na rachunek walutowy. Do konta możemy otrzymać kartę, którą na miejscu będziemy mogli płacić w sklepach i wypłacać pieniądze z bankomatów, nie narażając się na przeliczenia po niekorzystnych kursach. Waluty, która znajdzie się na takim rachunku wcale nie musimy kupować w banku. Możemy skorzystać z atrakcyjnych kursów kantorów internetowych.

Co jednak w sytuacji, gdy wybieramy się do kraju, w którym obowiązuje inna waluta niż euro? Wtedy zwykle najbardziej opłaca się wymienić w Polsce złote na euro lub dolary i dopiero na miejscu zamienić na lokalną walutę. Może się wydawać, że taka podwójna wymiana spowoduje, że koszty operacji będą wysokie, jednak w praktyce jest to zwykle najtańsze rozwiązanie. Kupując w polskim kantorze mało popularną u nas walutę, będziemy musieli się pogodzić z kursem, który będzie zawyżony czasami o kilkanaście czy kilkadziesiąt procent. Podobnie będzie, gdy zabierzemy ze sobą złote i będziemy je chcieli wymienić na miejscu.

 

Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander

Młodzi ludzie, którzy składają życzenia swoim dziadkom, w większości nie myślą jeszcze o przyszłości, kiedy sami będą mieli wnuki. Zaledwie 3% Polaków oszczędza na emeryturę mimo, że powszechnie wiadomo, że w przyszłości świadczenia te będą stanowiły tylko około jedną trzecią pensji. To sprawi, że będą smutnymi babciami i dziadkami, którzy nierzadko będą zmuszeni oddawać swoje mieszkania w zamian za tzw. rentę hipoteczną. Expander podpowiada co zrobić, aby tego uniknąć.

W czwartek (21 stycznia) obchodziliśmy dzień babci, a w piątek (22 stycznia) dzień dziadka. Młodym Polakom składający życzenia dziadkom trudno jest sobie wyobrazić, że za kilkadziesiąt lat sami będą na ich miejscu. Obecnie nie myślą jeszcze o tak odległej przyszłości. Niestety ten brak zainteresowania może być przyczyną wielu zmartwień na stare lata. Emerytury obecnie młodych Polaków mogą w przyszłości wynieść zaledwie jedną trzecią ich ostatniego wynagrodzenia. Niestety nie robią oni nic, aby się przed tym zabezpieczyć.

Emeryci będą zmuszeni oddawać mieszkania

Osoby, które nie zgromadzą oszczędności na emeryturę, będą musiały pogodzić się z drastycznie pogorszającym się poziomem życia, albo poszukać źródła dodatkowych pieniędzy. Może nim być tzw. renta hipoteczna. Już teraz działają firmy, które w zamian za przekazanie własności nieruchomości, dożywotnio wypłacają emerytom ustaloną z góry kwotę. Osoba korzystająca z tego rozwiązania do śmierci może mieszkać w swoim mieszkaniu. W ten sposób emeryt pozbawia jednak majątku swoich bliskich, gdyż fundusz nie musi przekazywać żadnych pieniędzy spadkobiercom. Obecnie popularność tego rozwiązanie jest jeszcze bardzo niska. W 2014 r. skorzystało z niego tylko kilkaset osób. Jednak w przyszłości prawdopodobnie taki sposób pozyskiwania funduszy stanie się bardziej powszechny.

Tylko 3% Polaków oszczędza na emeryturę

Niestety ten scenariusz wydaje się bardzo prawdopodobny, gdyż niewielu Polaków oszczędza na emeryturę. Jedynie 5% pracujących posiada IKE, a 3,5% IKZE. Co więcej, wielu posiadaczy takich produktów z nich nie korzysta. Dla przykładu w II półroczu 2015 r. (najnowsze dostępne dane) wpłat dokonano jedynie na 14% IKZE. Nawet jeśli uwzględnimy oszczędzanie na emeryturę w inny sposób niż IKE i IKZE, to odsetek i tak pozostaje bardzo niski. Z raportu „Polak finansowym singlem” przygotowanego na zlecania Aviva Investors wynika, że tylko 3% Polaków oszczędzana z myślą o emeryturze.

Jak oszczędzać na emeryturę

W oszczędzaniu na emeryturę ważne są dwie rzeczy. Po pierwsze, aby jak najwcześniej zacząć odkładać na ten cel. Po drugie, aby pieniądze inwestować, a nie trzymać na nieoprocentowanym rachunku lub w gotówce. Szybie rozpoczęcie gromadzenia kapitału spowoduje, że możemy zebrać np. 200 000 zł odkładając jedynie 287 zł miesięcznie. To jednak pod warunkiem, że zaczniemy na 30 lat przed emeryturą. Jeśli zaczniemy się tym zajmować dopiero na 10 lat przed planowanym zakończeniem kariery zawodowej to, aby uzyskać taką samą kwotę musielibyśmy odkładać aż 1 354 zł, czyli o ponad 1 tys. zł więcej. Istotne jest również to, w jaki sposób będziemy oszczędzali. Wpłacając po 300 zł miesięcznie do skarbonki, po 30 latach zbierzemy 108 000 zł. Odkładając taką samą kwotę na lokacie z oprocentowaniem 2% zbierzemy ok. 139 000 zł. Jeśli pieniądze zainwestujemy i uda nam się uzyskać stopę zwrotu na poziomie 5% rocznie, to będziemy mieli ok. 210 000 zł.

 

Jarosław Sadowski, główny analityk firmy Expander

W Polsce coraz trudniej jest pomnażać oszczędności. Rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że lokaty bankowe i obligacje przynoszą niewielkie odsetki. Dodatkowo w ostatnim czasie znacząco pogorszyła się sytuacja na giełdzie. W rezultacie zysków trzeba szukać za granicą. Pomóc w tym mogą fundusze inwestycyjne. Z danych zebranych przez Expandera wynika, że w ostatnich sześciu miesiącach polskie TFI wprowadziły do oferty aż 17 nowych funduszy inwestujących poza Polską. Sprawdziliśmy, co mają nam do zaoferowania.

Obecnie oprocentowanie przeciętnej lokaty rocznej wynosi zaledwie ok. 1,75%. Fundusze inwestujące w polskie obligacje zarobiły jedynie 0,9%, a akcje wchodzące w skład indeksu WIG20, od maja potaniały o niemal 30%. W sytuacji, gdy tak trudno jest o atrakcyjne zyski w kraju Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych (TFI) postanowiły zachęcić Polaków do inwestowania za granicą. Aby to się udało starają się poszerzyć swoją ofertę o nowe rozwiązania. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy z 24 nowopowstałych funduszy aż 17 będzie inwestowało poza krajem.

Pierwsze, co rzuca się w oczy po przejrzeniu listy nowych funduszy to, że nareszcie TFI zmieniły podejście na takie, które jest bardziej przyjazne przeciętnym Polakom. W większości nie powstają już fundusze inwestujące na określonym obszarze np. tylko w akcje amerykańskie czy europejskie. Wiele osób po prostu nie wie, w jakiej części świata warto w danym momencie inwestować. Natomiast ci, którzy wiedzą i z takich rozwiązań korzystali niejednokrotnie, zawiedli się na tym, że zarządzający funduszem nie potrafił zarobić więcej niż średnia, czyli indeks danej giełdy.

Dla tych ostatnich ciekawą propozycję przygotował ING Bank Śląski przy współpracy z Amundi TF. Są to dwa fundusze (ING BSK Indeks MSCI EMU oraz ING BSK Indeks S&P 500), których zadaniem jest odwzorowywanie amerykańskiego indeksu S&P 500 i zachodnioeuropejskiego MSCI EMU. Korzyścią inwestowania w ten sposób są niskie koszty zarządzania, gdyż skład portfela jest zawsze taki sam jak indeks giełdowy. Zapewnia to też wysoką dywersyfikację, ponieważ w skład S&P 500 wchodzi 500 spółek, a w MSCI EMU jest ich 240.

Wróćmy jednak do osób, które nie wiedzą, w jakiej części świata warto zainwestować. Aby ograniczyć wysokie ryzyko, jakie wiąże się z inwestowaniem w akcje, dobrym rozwiązaniem może być inny nowy fundusz – Aviva Oszczędnościowy. Może on lokować środki na całym świecie, jednak robi to w nietypowy sposób. Należy on do niespotykanej dotychczas w Polsce grupy funduszy target return (fundusze celu). W przeciwieństwie do funduszy akcji nie dążą one za wszelką cenę do maksymalizacji zysku, kosztem wysokiego ryzyka. Ich zadaniem jest natomiast osiągnięcie zysku nie niższego niż określona z góry wartość. W przypadku funduszu Avivy celem jest uzyskanie rocznej stopy zwrotu na poziomie ok. 5%[1].

Na inwestowanie za granicą bardzo mocno w ostatnim czasie postawił też Legg Mason TFI. Wprowadził on do oferty aż 5 nowych funduszy. W jego przypadku obserwujemy jednak tradycyjne podejście, czyli regionalny zakres inwestycji np. fundusz inwestujący w akcje amerykańskie czy azjatyckie. Dla tych, który nie wiedzą, w jakiej części świata warto ulokować pieniądze jest jednak fundusz globalnych papierów dłużnych i fundusz okazji rynkowych.

nowe_fundusze_wprowadzone_przez_polskie_tfi

1] Faktycznym celem jest, aby średnia roczna stopy zwrotu była o  5 pkt. proc. wyższa niż główna stopa procentowa NBP na przestrzeni kolejnych 3 lat. Stopa NBP obecnie wynosi 1,5%, tak więc celem jest 6,5%, ale jest to wartość przed odliczeniem opłat za zarządzanie. Fundusz nie gwarantuje osiągnięcia powyższego celu. Zalecany okres inwestowania to co najmniej 5 lat.

 

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Do końca roku można jeszcze wykorzystać tegoroczne limity oszczędzania w IKE i IKZE. Warto ponieważ takie produkty gwarantują atrakcyjne przywileje podatkowe. Z wyliczeń Expandera wynika, że po 30 latach oszczędzania można zyskać nawet 118 600 zł. O tyle kwota odłożona na emeryturę będzie wyższa niż osoby oszczędzającej na zwykłych produktach oszczędnościowych. 

 Emerytury z powszechnego systemu będą w przyszłości coraz niższe. Szacuje się, że dzisiejsi 30-latkowie otrzymają świadczenie wynoszące około jedną trzecią ich ostatniego wynagrodzenia. Jeśli więc ktoś będzie zarabiał równowartość 2 000 zł, to otrzyma 666 zł emerytury. Aby uniknąć drastycznego pogorszenia poziomu życia, trzeba samodzielnie odkładać pieniądze na przyszłość. Najlepiej robić to za pomocą produktów oferujących preferencje podatkowe, czyli IKE i IKZE. Ulgi te sprawią, że łącznie możemy zyskać nawet 118 tys. zł więcej niż korzystając ze standardowych produktów oszczędnościowych.

 IKZE – co roku dostaniesz 855 zł lub 1 520 zł

Główną zaletą oszczędzania poprzez IKZE jest to, że wpłacone kwoty pomniejszają dochody do opodatkowania. W rezultacie po corocznym rozliczeniu PIT-u osoba, która z tego rozwiązania skorzystała otrzyma od urzędu podatkowego zwrot podatku. Wyniesie on maksymalnie 855 zł w przypadku osób o przeciętnych dochodach lub 1 520 zł, jeśli ktoś zarabia na tyle dużo, że rozlicza się po stawce podatkowej 32%. Powyższe kwoty zwrotów dotyczą osób, które wpłacą na IKZE maksymalną dopuszczalną kwotę, czyli 4750,80 zł rocznie.

To jednak nie koniec korzyści. Od uzyskanych na IKZE zysków nie jest również naliczany tzw. podatek Belki. Dwie ulgi podatkowe to jednak na tyle dużo, że ustawodawca postanowił nieco te korzyści ograniczyć. Dlatego od środków wypłacanych z IKZE naliczany jest podatek, ale jeśli pieniądze będą pobrane po ukończeniu 65 lat to jest on dość niski, wynosi 10% wypłacanej kwoty. Jednak nawet uwzględniając ten podatek łączne korzyści podatkowe po 30 latach wyniosą 32 414 zł lub 52 364 zł w przypadku osób o wysokich dochodach.

ile_zyskasz_odkladajac_na_ikze_4750_8_rocznie

Dzięki IKE zbierzesz o nawet o 86 tys. zł więcej

W przypadku IKE jest tylko jedna korzyść podatkowa, czyli brak podatku od zysków. Oszczędzający nie otrzymują więc co roku zwrotu podatku. Z drugiej jednak strony przy wypłacie środków nie zapłacą
10-procentowego podatku. Dla osób zamożnych zaletą IKE jest również to, że limit wpłat jest tu znacznie wyższy. W 2015 r. wynosi 11 877 zł. Dzięki temu korzyści podatkowe mogą być jeszcze wyższe. Po 30 latach wpłat takiej kwoty wyniosą aż 86 186 zł. To znacznie więcej niż na IKZE. Trzeba jednak dodać, że w przypadku osoby, która nie jest zamożna i nie zamierza odkładać więcej niż wynosi limit na IKZE (4750,80 zł rocznie) korzyści podatkowe z IKE i IKZE będą zbliżone.

ile_zyskasz_odkladajac_na_ike_11_877_zl_rocznie

Trzeba jedna dodać, że IKE i IKZE mogą być prowadzone w bardzo różnych formach – lokata bankowa, fundusze inwestycyjne, rachunek maklerski, DFE oraz ubezpieczenie. Każdy więc może  wybrać takie rozwiązanie, jakie najlepiej odpowiada jego potrzebom. Dotychczas największą popularnością cieszy się ta ostatnia forma. Według KNF po I półroczu 2015 r. aż 78% IKZE i 69% IKE było prowadzone przez zakłady ubezpieczeń.

Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

 

W pierwszym półroczu tego roku Polacy wykonali ponad 825 mln przelewów krajowych. Wśród nich były niestety i takie, które wysłano przez pomyłkę do niewłaściwej osoby lub na nieodpowiednią kwotę. Expander podpowiada, co można zrobić, jeśli wyślemy błędny przelew. 

 Pomyłka w przelewie krajowym może polegać jedynie na wysłaniu pieniędzy na nieprawidłowy numer konta lub na niewłaściwą kwotę. Nie da się bowiem wysłać przelewu na numer rachunku, który nie istnieje. Jeśli przypadkowo zmienimy jedną lub kilka cyfr w takim numerze, to bankowy system nie pozwoli go wykonać. Jeśli natomiast wpiszemy dobry numer rachunku, a z kolei wprowadzimy błędne dane odbiorcy (imię i nazwisko czy adres), to pieniądze i tak dotrą. Ma to jednak pewne wady. Możemy poprawnie wpisać jako odbiorcę przelewu np. spółdzielnię mieszkaniową, ale jednocześnie pomyłkowo podamy numer konta np. dostawcy prądu. W takiej sytuacji pieniądze trafią niestety do zakładu energetycznego.

 Najłatwiej anulować, jeśli błąd wykryjemy szybko

Jeśli szybko zorientujemy się, że popełniliśmy pomyłkę, istnieje spora szansa, że przelew uda nam się anulować. Jest to możliwe, ponieważ zwykle operacje między bankami nie są realizowane na bieżąco, lecz tylko trzy razy w ciągu dnia i tylko w dni robocze. Dla przykładu, jeśli przelew zlecimy o 13.00, to może on zostać wysłany dopiero o 15:00. W takiej sytuacji do tej godziny można operację anulować,  np. dzwoniąc na infolinię banku lub nawet samodzielnie, logując się do systemu bankowości internetowej.

Trzeba jednak dodać, że dużo też zależy od zasad panujących w banku. Dla przykładu w mBanku anulowanie takiej operacji nie stanowi żadnego problemu. Z tego jednak powodu potwierdzenie wykonania przelewu można wydrukować dopiero, gdy opcja anulowania staje się nieaktywna. W Alior Banku zaraz po zleceniu operacji można wydrukować potwierdzenie, gdyż w systemie nie ma opcji służącej do anulowania. W bankach, które stosują takie zasady jest więc znacznie trudniej naprawić błąd. Dużo zależy od dobrej woli pracownika, z którym się skontaktujemy.

 Postawa odbiorcy przelewu ma duże znaczenie

Jeśli błędny przelew już zostanie wysłany, należy złożyć w banku reklamację. Na jej podstawie instytucja może zapytać odbiorcę przelewu, czy dobrowolnie zgadza się zwrócić pieniądze. Jeśli tak będzie, operacja zostanie wycofana. W przypadku braku zgody, niestety bank nie będzie mógł nam pomóc. W takiej sytuacji pozostaje dochodzenie zwrotu pieniędzy przed sądem i powołanie się na tzw. bezpodstawne wzbogacenie.

Najtrudniej jest jednak odzyskać pieniądze, jeśli nie wiemy na czyje konto je przelaliśmy. Taki problem zdarza się rzadko, gdyż bardzo trudne jest stworzenie poprawnego numeru konta poprzez przypadkową pomyłkę w zapisie. Numer konta zawiera bowiem  tzw. cyfry kontrolne, które służą do minimalizowania takiego ryzyka. Jeśli jednak taka sytuacja się zdarzy, a odbiorca poinformuje bank, że nie zgadza się oddać pieniędzy, to powstaje duży problem. Bank nie może bowiem ujawnić nam danych takiej osoby, gdyż obowiązuje go tajemnica bankowa. Jeśli nie znamy danych odbiorcy przelewu, to nie wiemy kogo należy pozwać. W takiej sytuacji odzyskanie pieniędzy może okazać się niemożliwe.

 

autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

Jeśli ustawa frankowa wejdzie w życie, to jest wysoce prawdopodobne, że większość osób, która spełni ustanowione warunki zdecyduje się na preferencyjne przewalutowanie. Expander dokonał przeliczeń dla aż 1 520 kredytów udzielonych w poszczególnych dniach w okresie 2006 r. – 2011 r.  Aż w 85% przypadków po takiej operacji spadło zadłużenie i rata.

 Ustawa frankowa prawdopodobnie zostanie przywrócona do pierwotnego kształtu, w którym koszty przewalutowania będą po równo podzielone między bank i kredytobiorcę. Oprócz tego uwzględniony zostanie zapis mówiący o tym, że w pierwszym roku obowiązywania ustawy z preferencyjnego przewalutowania będą mogli skorzystać tylko ci, których zadłużenie wynosi ponad 120% wartości nieruchomości będącej zabezpieczeniem kredytu. Po roku od czasu wejścia w życie ustawy przewalutowane będą mogły być również kredyty, w których wartość ta wynosi od 100% do 120%, a dwa lata później te ze wskaźnikiem od 80% do 100%.

Poziom 120% przekracza obecnie zdecydowana większość kredytów zaciąganych przy niskim wkładzie własnym. Dotyczy to nawet części tych, które były wypłacane w 2009 r. gdy frank kosztował  ok. 3 zł. Trzeba bowiem pamiętać, że od tamtej pory nie tylko wzrósł kurs franka, ale również spadła wartość nieruchomości. Mimo sześciu lat spłaty zadłużenie tej grupy frankowiczów zwykle jest o ponad 20% wyższe niż cena, za jaką mogliby oni dziś sprzedać swoje mieszkanie. Przewalutowanie będzie już w pierwszym roku dostępne również dla tych, którzy dysponowali wysokim wkładem własnym, ale zadłużyli się w momencie, gdy kurs franka wynosił ok. 2 zł.

Pozostaje jednak jeszcze pytanie, czy kredytobiorcy, którzy spełnią wymagania będą chcieli z tego rozwiązania skorzystać. Wyliczenia wskazują na to, że wielu z nich się na to zdecyduje. Expander przeanalizował sytuację aż 1 520 kredytów udzielonych na kwotę 200 000 zł na 30 lat w poszczególnych dniach od stycznia 2006 r. do końca 2011 r. Dla uproszczenia założyliśmy, że spłata jest dokonywana 5 dnia miesiąca, a spread banku wynosi 5,4%. Okazuje się, że aż w 85% przypadków po preferencyjnym przewalutowaniu spadnie zarówno rata, jak i wartość kredytu. Najwięcej zyskają osoby, które kredyt zaciągnęły, gdy frank kosztował ok. 2 zł. Ich zadłużenie jest obecnie najwyższe (wynosi ok. 320 000 zł), ale po przewalutowaniu spadnie aż o ok. 80 000 zł. Ich rata obniży się natomiast o mniej więcej 280 zł.

Bardzo niewiele (3%) jest natomiast przypadków, kiedy przewalutowanie przynosi połowiczne korzyści w postaci spadku zadłużenia, ale wzrostu raty. Pozostałe 12% przypadków to kredyty, w których preferencyjne przewalutowanie się nie opłaca, gdyż powoduje wzrost zarówno raty, jak i zadłużenia. Jest to możliwe, ponieważ oprócz umorzenia części długu ustawa przewiduje powiększenie długu o różnicę w wysokości rat kredytu w złotych i we frankach. W niektórych przypadkach ta rozbieżność jest tak duża, że przewyższa korzyści uzyskane w wyniku umorzenia części długu. W rezultacie zadłużenie rośnie, a nie spada. Dotyczy to przede wszystkim kredytów udzielanych w lutym i marcu 2009 r. oraz w drugiej połowie 2011 r. Rozwiązaniem dla nich bardziej opłacalnym, umożliwiającym uwolnienie od ryzyka walutowego, jest zwykłe przewalutowanie. Co prawda nie da ono szansy na  umorzenie części długu, ale z drugiej strony nie odbiera też korzyści uzyskanych w przeszłości.

autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk firmy Expander

 

Eksperci

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

AKTUALNOŚCI

Czy rośnie skala wyłudzeń i nadużyć w sektorze finansowym?

W 2017 roku ataki hakerskie dotknęły połowy polskich instytucji finansowych, przynosząc wielomiliono...

Nowy podatek solidarnościowy dla najbogatszych oraz nowe obciążenie ZUS – co to oznacza w prakt

Na stronie internetowej Rządowego Centrum Legislacji opublikowano projekt ustawy wprowadzającej nową...

Letnie ożywienie w przemyśle i budownictwie

Czerwiec przyniósł wyraźnie wyższą dynamikę produkcji przemysłowej i budowlano-montażowej, potwierdz...

Na „Dostępność+” rząd przeznaczy 23,2 mld zł

Rada Ministrów przyjęła uchwałę w sprawie ustanowienia rządowego programu „Dostępność+” dla osób nie...

5 lipca Sejm przyjął ustawę o inwestycjach mieszkaniowych

Przedstawiony 15 marca bieżącego roku pierwszy projekt specustawy mieszkaniowej, wprowadzający rewol...