poniedziałek, Październik 21, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "inflacja"

inflacja

Na bankowych rachunkach odłogiem leży 401 mld zł, które dają symboliczne odsetki lub w ogóle są nieoprocentowane. Wygląda na to, że Polacy nie chcą wpłacać pieniędzy na lokaty terminowe, bo zapewniają one niewielki zysk, a boją się inwestować w inne instrumenty. Ignorują jednocześnie instrumenty rynku kapitałowego, które mogłyby pomnożyć ich oszczędności w sposób bezpieczny, a jednocześnie bardziej efektywny.

Z danych NBP wynika, że przeciętne oprocentowanie lokat krótkoterminowych wyniosło w III kwartale 2016 r. 1,7 proc. Depozyty o dłuższym terminie zapadalności dawały odsetki w wysokości 1,4 proc. Dla porównania, jak podaje GUS, inflacja w styczniu tego roku wzrosła do 1,8 proc. Oznacza to, że standardowa lokata nie jest już w stanie ochronić oszczędności zgromadzonych w bankach i po wygaśnięciu lokaty realna wartość pieniędzy jest niższa niż na początku.

Jeszcze większy uszczerbek ponoszą środki przechowywane na nieoprocentowanych rachunkach bieżących. Mimo to od dziewięciu kwartałów Polacy więcej pieniędzy zostawiają na kontach niż lokują na lokatach terminowych. Na koniec 2016 r. wartość oszczędności na depozytach bieżących wyniosła 401 mld zł, a depozytów z terminem zapadalności 322 mld zł.

Utrzymujące się od 2015 r. wysokie saldo wpływów na depozyty bieżące świadczy o tym, że Polacy nie mają pomysłu co zrobić z wolnymi środkami. Stosunkowo niskie oprocentowanie lokat nie zachęca do zakładania depozytów. Statystyczny klient nie zna natomiast innych instrumentów pomnażania oszczędności. Albo się ich boi – mówi Konrad Grzelec, ekspert BGŻOptima.

Dlatego najlepiej przygodę z alternatywnymi wobec depozytów instrumentami inwestycyjnymi zacząć od najbardziej bezpiecznych. Do tej kategorii zaliczają się fundusze rynku pieniężnego.

Nie jedno imię

Znane są pod różnymi nazwami: fundusz pieniężny, gotówkowy, depozytowy, lokacyjny, rynku pieniężnego i wiele innych. Jednak za każdym razem chodzi o jedną grupę funduszy, które zgodnie z przepisami mogą inwestować w aktywa charakteryzujące się: krótkim terminem wykupu (do 1 roku), wysokim poziomem bezpieczeństwa, wysoką płynnością oraz niską zmiennością ceny.

W praktyce fundusze pieniężne inwestują w:

  • bony skarbowe emitowane przez Skarb Państwa ;
  • obligacje skarbowe o krótkim terminie zapadalności;
  • bony pieniężne, emitentem jest Narodowy Bank Polski;
  • certyfikaty depozytowe – emitowane przez banki;
  • krótkoterminowe papiery dłużne przedsiębiorstw;
  • depozyty bankowe o krótkim okresie zapadalności;

Dodatkowo w ich portfelach znajdziemy:

  • obligacje komunalne;
  • zagraniczne obligacje skarbowe;
  • obligacje korporacyjne.

Są to więc w instrumenty o najwyższej wiarygodności, jak papiery dłużne skarbu państwa czy NBP oraz instrumenty o bardzo wysokim poziomie bezpieczeństwa, jakimi są bony i obligacje emitowane przez banki i firmy o wysokim ratingu.

Bezpieczeństwo ma swoją cenę

Bezpieczeństwo oraz płynność, czyli możliwość wyjścia z inwestycji praktycznie w dowolnym momencie mają swoją cenę. Otóż fundusze pieniężne chronią kapitał, jednak nie przynoszą ponadprzeciętnych zysków. W ubiegłym roku średni wynik w tym segmencie wyniósł 2,3 proc., czyli w granicach odsetek uzyskiwanych z lokaty bankowej.

Ostateczny rezultat funduszu zależy w dużym stopniu od przyjętej strategii inwestycyjnej i kalkulacji ryzyka. Jeśli fundusz inwestuje w niskooprocentowane bony pieniężne i depozyty siłą rzeczy nie wypracuje wysokich zwrotów. Gdy natomiast polityka inwestycyjna oparta jest w większym stopniu na obligacjach korporacyjnych, które oprocentowane są w granicach 4-5 proc. powyżej WIBOR (chodzi oczywiście o firmy stabilne, które nie muszą przepłacać za emitowany dług) wówczas szansa na wyższy zysk rośnie.

Trzeba pamiętać, że fundusze pieniężne nie służą aktywnemu pomnażaniu kapitału, gdyż ich rola jest inna – pomagają ochronić kapitał – mówi Konrad Grzelec z BGŻOptima.

Dla kogo ten fundusz

Stosunkowo bezpieczne i płynne fundusze pieniężne to bardzo dobry produkt dla początkujących inwestorów, którzy dotąd oszczędzali tylko na lokatach. Sytuacja na rynku, przy niskim średnim oprocentowaniu depozytów, wyjątkowo sprzyja podjęciu decyzji o rozpoczęciu nauki inwestowania w fundusze. Są to instrumenty o niewielkiej zmienności wycen – spadek o 1 proc. można uznać za duże wahnięcie – łatwo zbywalne i przejrzyste w sposobie inwestowania. Dodatkowo środki można w dowolnym momencie wycofać z funduszu zachowując wypracowany zysk.

Fundusze pieniężne to także doskonały sposób na zaparkowanie pieniędzy w bezpiecznym miejscu na czas potrzebny na przemyślenie oraz wybór nowej strategii inwestycyjnej. Mogą także posłużyć do budowy bardziej konserwatywnej części portfela inwestycyjnego.

Oprocentowanie depozytów jeszcze długo nie będzie wyższe niż teraz, a wręcz niewykluczone jest, że w kolejnych miesiącach banki będą jeszcze je obniżać. W nadpłynnym systemie bankowym (czyli dysponującym nadwyżką depozytów), przy umiarkowanym popycie na kredyt, zapotrzebowanie na depozyty, nie będzie rosło. Należy przy tym pamiętać, że choć fundusze pieniężne obarczone są minimalnym ryzykiem straty, to nie można stawiać go na równi z depozytem, który objęty jest pełną gwarancją ochrony kapitału.

Autor: Konrad Grzelec, eksperta BGŻOptima

Znane hasło wyborcze z pierwszej kampanii Billa Clintona „Gospodarka, głupcze!” wydaje się wracać niczym bumerang we wszystkich dziedzinach życia. To bowiem bieżąca koniunktura gospodarcza przekłada się na nastroje społeczne, które później kształtują polityczną przyszłość krajów. Również rynek kapitałowy pozostaje jednym z lepszych barometrów mierzących stan gospodarki. Ten z kolei wydaje się być obecnie bardzo dobry. Tak przynajmniej sugerują wszelkie pojawiające się dane ankietowe, które z uwagi na swój charakter publikowane są jako pierwsze i najszybciej wskazują kierunek, ku jakiemu zmierzać ma najbardziej rozpowszechniony miernik stanu gospodarki, jakim jest zmiana PKB. W tym kontekście pojawił się ostatnio jeden, chyba nie do końca rozpowszechniony problem. Otóż zaczynamy obserwować pewne rozwarstwienie pomiędzy „miękkimi” danymi gospodarczymi a tymi o charakterze „twardym”. Pierwsze, będąc opartymi na ankietach, co do zasady mierzą sentyment panujący wśród przedsiębiorców. Mowa o takich wskaźnikach jak PMI, amerykański ISM czy niemiecki indeks Instytutu Ifo. Tutaj dominuje wręcz niepoprawny optymizm, który wiązać można z powrotem inflacyjnego środowiska oraz pojawieniem się „zwierzęcych instynktów”, o których pisał niedany ekonomiczny noblista Robert J. Shiller. Można nawet powiedzieć, że pojawiła się nadzieja na koniec strukturalnej stagnacji gospodarczej, która trapi większą część globu od pamiętnego roku 2008. Jednocześnie jednak tak optymistyczne wnioski niespecjalnie potwierdzają „twarde” dane, czyli mierzące typowo ekonomiczne wartości, jak produkcja czy sprzedaż. Przykładów nie trzeba daleko szukać. We wtorek pewne zaniepokojenie sprawiły dane o zamówieniach w niemieckim przemyśle, które w styczniu spadły aż o 7,4% względem poprzedniego miesiąca. Po udanym grudniu pewne ochłodzenie było powszechnie oczekiwane, ale nie w najsilniejszej skali od stycznia 2009 roku! Przenosząc się z kolei za ocean warto zwrócić uwagę na dane publikowane przez oddział Rezerwy Federalnej w Atlancie, który opracował model wyliczający tempo zmiany PKB w oparciu o najnowsze dostępne dane. Jeszcze w 27 lutego wskazywał on na wzrost PKB w I kw. o 2,5%, ale w środę ten szacunek spadł do 1,2%. Oczywiście do końca kwartału pozostało jeszcze trochę czasu, ale informacja ta dość dobrze pokazuje, że obserwujemy sporą rozbieżność pomiędzy optymistycznymi oczekiwaniami a twardymi realiami gospodarczymi. Te na świecie wcale się tak diametralnie nie zmieniły. Owszem, obserwujemy cykliczny wzrost tempa rozwoju gospodarczego, ale nie o skali usprawiedliwiającej kreślenie bardzo optymistycznych prognoz na przyszłość.

 Autor: Łukasz Bugaj, CFA

W ciągu ostatnich czterech lat deweloperzy działający w polskiej mieszkaniówce odnosili kolejne sukcesy sprzedażowe i wydawać by się mogło, że zaowocuje to znaczącym wzrostem cen. Tymczasem jeśli spojrzeć na średnią cenę mieszkań w ofercie, różnice w kolejnych okresach są praktycznie niezauważalne. Tymczasem, jak podaje REAS, wzrost cen w porównaniu do poziomu z 2013 roku jest faktem, a pozorna stabilizacja ceny średniej bierze się z istotnej zmiany w strukturze oferty.

Standardowym wskaźnikiem branym pod uwagę przy analizie trendów rynkowych w mieszkaniówce jest zmiana średniego poziomu cen. Najczęściej jest to średnia cena mieszkań dostępnych w ofercie. Zgodnie z danymi REAS, przez ostatnie cztery lata średnia cena ofertowa brutto lokali dostępnych w sprzedaży w Warszawie oscylowała w okolicach 8 000 zł/m2 z niewielkimi odchyleniami w granicach +/- 3%. Dziś powróciła do poziomu z 2013 roku i w IV kwartale 2016 roku wyniosła 7 885 zł/m2 (w I kw. 2013 r. było to 7 862 zł/m2). Na tej podstawie moglibyśmy stwierdzić, poziom cen w Warszawie w całym okresie był dość stabilny. Podobnie było zresztą na pozostałych analizowanych przez REAS rynkach największych polskich miast z wyjątkiem Trójmiasta i do pewnego stopnia Łodzi, gdzie wyższe wzrosty średnich cen były notowane od początku 2015 r.

Zdaniem Maximiliana Mendla, partnera w REAS kierującego Zespołem Doradztwa Transakcyjnego, trendy wzrostowe będą znacznie bardziej zauważalne jeśli weźmiemy pod lupę poszczególne segmenty rynku pierwotnego. Doskonale widać to na przykładzie Warszawy. Z wyliczeń firmy doradczej wynika, że w segmencie mieszkań o podstawowym standardzie średnia cena ofertowa wzrosła w okresie od I kw. 2013 r. do IV kw. 2016 r. o 9%. W segmencie mieszkań o podwyższonym standardzie wzrost był nawet wyższy, bo aż 15%. W tym samym czasie ceny mieszkań z segmentu apartamentów utrzymywały się na stabilnym poziomie i na koniec 2016 r. były tylko o 3 % wyższe niż na początku 2013 r. Największą różnicę w poziomie cen widać w segmencie apartamentów luksusowych, choć w tym przypadku nie można mówić o trendzie, bo ceny rosły i spadały skokowo. Nie zmienia to jednak faktu, że wzrost pomiędzy marcem 2013 i grudniem 2016 wyniósł aż 24%.

– Pokazuje to dobitnie, że doskonałe wyniki sprzedaży zaowocowały wzrostem średniego poziomu cen ofertowych niemal we wszystkich segmentach. Jest to tym bardziej znamienne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w tym samym czasie praktycznie w ogóle nie mieliśmy do czynienia z inflacją. A jednak odnotowany wzrost cen daleki jest wciąż od tego, z jakim mieliśmy do czynienia w czasie boomu lat 2006-2008. W znacznie mniejszym stopniu jest on obecnie zależny od popytu spekulacyjnego, a bierze się przede wszystkim ze wzrostu cen gruntów. Na podstawie wielu niedawnych transakcji gruntowych możemy oszacować, że udział ceny gruntu w cenie sprzedaży 1 m2 PUM przekroczył poziom 20%. Poziom ten jest przez banki i podmioty związane z finansowaniem rynku uznawany za graniczny przy ocenie opłacalności projektu deweloperskiego. To wyznacza z kolei granicę postępującego wzrostu cen – rosnące koszty ziemi nie mogą być po prostu przerzucane na nabywcę, bo strona popytowa jest wciąż bardzo wrażliwa na te zmiany. – komentuje Maximilian Mendel, partner w REAS.

Co zatem ograniczyć – podaż czy ceny?

Wrażliwość na zmiany cen jest różna w poszczególnych segmentach. Segment mieszkań najtańszych to również segment o najsilniejszym popycie. Główną grupą nabywców są tu gospodarstwa domowe o ograniczonych możliwościach finansowych, które zaspokajają własne podstawowe potrzeby mieszkaniowe. Drugą grupą aktywną w tym segmencie oraz częściowo w segmencie mieszkań o podwyższonym standardzie są inwestorzy indywidualni, którzy nabywają mieszkania w celu późniejszego ich odnajęcia. Istotny wzrost cen w tym segmencie rynku skutkowałby z jednej strony spadkiem atrakcyjności dochodów z najmu i wstrzymaniem zakupów inwestycyjnych, a z drugiej wykluczyłby znaczną grupę nabywców balansujących na granicy zdolności kredytowej.

Odwrotnie jest w górnych segmentach rynku, gdzie możliwości nabywców są znacznie większe, ale popyt zdecydowanie bardziej ograniczony. Dominują tu zamożne gospodarstwa domowe nabywające lokale mieszkalne z myślą o poprawie warunków mieszkaniowych lub zaakcentowaniu prowadzonego stylu życia. W najwyższym segmencie aktywni są również inwestorzy, którzy nieruchomości luksusowe traktują jako względnie bezpieczną lokatę kapitału, najbardziej ze wszystkich segmentów odporną na wahania koniunkturalne. – Konsekwentne ograniczanie podaży z jakim mieliśmy do czynienia w minionych latach w tych dwóch segmentach, pozwoliło na adekwatne do czynników zewnętrznych podniesienie cen w inwestycjach nowo wprowadzanych przy utrzymaniu stabilnej skali sprzedaży. – komentuje ekspert REAS.

Zmiana struktury oferty

Jak to jest zatem możliwe, że średnia cena rynkowa pozostała na tym samym poziomie, gdy jednocześnie wzrosły ceny niemal we wszystkich segmentach rynku? Zjawisko to można wyjaśnić zasadniczą zmianą w strukturze oferty rynkowej. Udział mieszkań z najtańszego segmentu rynku w całej puli mieszkań dostępnych do sprzedaży w Warszawie wynosi obecnie 84%, gdy w I kw. 2013 r. było to „zaledwie” ok. 50%. W wartościach bezwzględnych liczba mieszkań w segmencie podstawowym wzrosła w tym czasie aż o 65% z około 10 tys. do 16,6 tys. sztuk. Nawet to, że średnia cena w tym segmencie wzrosła w analizowanym okresie z 6 700 zł/m2 do 7 300 zł/m2 nie wpłynęło na zmianę średniej ceny dla całej oferty rynkowej, która pozostała na stabilnym poziomie wskutek zmniejszania się udziału mieszkań o wyższych cenach. W ciągu ostatnich czterech lat liczba mieszkań z segmentu o podwyższonym standardzie spadła o 56%, w segmencie apartamentowym spadek wyniósł 56%, a mieszkań z segmentu high-end jest o 41% mniej. – wylicza Maximilian Mendel, partner w REAS.

Zmiany średniej ceny ofertowej pozwalają jedynie w pewnym stopniu na określenie kondycji czy trendów panujących na rynku nieruchomości. Średni wzrost cen nie jest również adekwatny do wzrostu wartości. Wartość istniejącej nieruchomości czy nawet całego budynku może z czasem rosnąc znacznie szybciej niż wskazywałby na to wzrost średniej rynkowej. Może być tez na odwrót – wzrost cen nie będzie miał wpływu na ogólną wartość konkretnej nieruchomości. Istotny znaczenie będą miały w tej sytuacji specyficzne czynniki mikro i makroekonomiczne, a właściwa ocena sytuacji będzie uzależniona również od tego, przez pryzmat czyich oczekiwań i potrzeb jest dokonywana.

Źródło: REAS

Większość członków Fed przewiduje w tym roku 3 podwyżki stóp procentowych. To działanie obciąży samych Amerykanów, dla których zdrożeją pożyczki i obsługa kredytów. Dla Polaków dalsze umacnianie dolara będzie oznaczało przede wszystkim coraz mniej opłacalny import towarów, m.in. nabywanej w tej walucie ropy czy gazu.

Należy wyraźnie podkreślić, że dobro gospodarki amerykańskiej to dla Systemu Rezerwy Federalnej co najwyżej sprawa drugorzędna. Może, lecz nie musi, być ona zbieżna z celem głównym, a tym jest zapewnienie zysków właścicielom Fed. Dla wyjaśnienia, jednym z akcjonariuszy banku centralnego w USA, który oficjalnie to potwierdził, jest Citigroup (15% udziałów), kontrolowany przez rodzinę Rockefellerów. Ponadto, w gronie znanych posiadaczy znajduje się Chase Bank (14%), JP Morgan Trust Bank Limited (9%), Chemical Bank (8%) i Hanover Bank, podległy rodzinie Rothschildów (7%).

Trzeba być świadomym tego, że tak naprawdę od interesów właścicieli Systemu Rezerwy Federalnej zależy cała strategia Fed, m.in. w kwestii podnoszenia poziomu stóp procentowych. Akcjonariusze są ze sobą mocno powiązani i działają w różnych przedsięwzięciach finansowych, a także politycznych na skalę światową. Prywatne instytucje bankowe wpływają więc na sytuację w całych Stanach Zjednoczonych, ale i na świecie, w tym oczywiście również w Polsce.

Oficjalna wersja

Według średniej prognozy Fed, podwyżka stóp procentowych do grudnia 2017 roku będzie wynosiła 1,375 proc. (na początku 2016 roku przewidywano 1,125 proc.) i wskazuje na co najmniej 3 wzrosty w obecnym roku. Pierwszego z nich można spodziewać się w marcu lub kwietniu. Natomiast przeciętna przewidywań względem podwyżek stóp procentowych na koniec 2018 roku wskazuje na 2,125 proc. (na początku 2016 roku zakładano 1,875 proc.). To również powinno oznaczać minimum trzy podwyżki w przeszłym roku.

Większość członków Systemu Rezerwy Federalnej potwierdza, że gdy gospodarka amerykańska zacznie rosnąć w szybszym tempie, podwyżki stóp procentowych staną się konieczne. Dzięki temu, bank centralny Stanów Zjednoczonych będzie kontrolował inflację. Według prognoz Fed, ma ona wzrosnąć z 1,5% w 2016 roku do 1,9 proc. i 2 proc. w latach 2017 i 2018. Spodziewane, w związku z tym, wzrosty stóp procentowych wpłyną na sytuację milionów Amerykanów, w tym nabywców domów, oszczędzających i inwestorów.

Oszczędności Amerykanów

Kredyty mieszkaniowe ze zmienną stopą procentową są aktualizowane raz w roku. Jeśli Fed podniesie stopy 3 lub nawet 4 razy przed następnym dostosowaniem wysokości kredytów, zadłużeni zauważą znaczny wzrost stóp procentowych, przy spłatach rat kredytu mieszkaniowego. W przypadku, gdy rosnące stopy procentowe nie spowodują recesji, to koszty pożyczek na mieszkania i zakup samochodów mogą znacznie wzrosnąć, co z pewnością będzie stanowić dodatkowe obciążenie dla amerykańskich konsumentów.

Od wysokości stóp procentowych zależy m.in. wielkość oprocentowania kredytów i depozytów w bankach. Dlatego właśnie, zmianę poziomu stóp procentowych odczują przede wszystkim przeciętni Amerykanie, dla których droższe będą pożyczki oraz bieżąca obsługa ich zobowiązań finansowych. Ponadto, przedsiębiorstwom w Stanach Zjednoczonych może być znacznie trudniej zdobyć finansowanie dla nowych inwestycji. Z drugiej strony, łatwiej będzie im oszczędzać, bo oprocentowanie na lokatach bankowych wzrośnie.

Korzyści powinni odnosić wszyscy, którzy trzymają swoje pieniądze na rachunku bankowym. Zgodnie z danymi Fed, amerykańskie gospodarstwa domowe i organizacje non-profit łącznie posiadają niewiele ponad 8,3 bln dolarów na rachunkach oszczędnościowych. Sam wzrost stóp procentowych w grudniu 2016 roku o 0,25% mógł im przynieść dodatkowe 21 mld dolarów w odsetkach lub ok. 163 dolary na gospodarstwo domowe w skali roku. Nie jest jednak pewne, czy banki rzeczywiście przekażą te dodatkowe odsetki oszczędzającym w nich klientom.

Mocny dolar dla Polaków

Wyższe stopy procentowe w USA zwiększają atrakcyjność dolara dla inwestorów. Taka reakcja rynkowa jest też uzasadniona w świetle spodziewanej strategii nowej administracji amerykańskiej. Wszystko wskazuje na to, że będzie ona polegać na rozluźnieniu strategii fiskalnej w połączeniu z bardziej restrykcyjną polityką pieniężną. Dzięki temu, dolar wciąż będzie zyskiwał na wartości. Obecnie kurs wymienny euro do amerykańskiej waluty jest najniższy od 14 lat i bliski parytetowi, czyli 1 do 1. Ten zaś może wystąpić w II kwartale 2017 roku. W związku z tym, złoty znacznie straci względem dolara, ale też wobec euro.

Przez długie lata panował pogląd, że słaba złotówka jest dla nas korzystna ekonomicznie, bo dobrze wpływa na sprzedaż polskich produktów za granicę. Oczywiście eksporterzy będą dostawali więcej pieniędzy za swoje towary na „dolarowych” rynkach. Ale znaczna część tych produktów należy do zagranicznych firm, które mają swoje filie w Polsce. Jednak przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, że cała nasza gospodarka jest istotnie otwarta na import surowców, ropy, gazu i komponentów do dalszej produkcji, które często sprowadzamy z Dalekiego Wschodu, więc płacimy w dolarach.

Ponadto, podwyżki stóp procentowych w USA, odczują polscy importerzy sprzętu elektronicznego, odzieży czy kosmetyków, a także wszyscy kupujący produkty, np. na amerykańskich portalach aukcyjnych. Będziemy płacić więcej, niż dotychczas, za artykuły nabywane w dolarach. Według wielu prognoz, do połowy 2017 roku amerykańska waluta podrożeje nawet do 4,45 zł. To oznacza, że ceny paliw na rynkach będą rosły, co z pewnością przełoży się na koszty ponoszone przez przeciętnych konsumentów.

Europa straci 

Wzrost wartości dolara może trwać długo. Przewiduje się dużą zmienność kursów walutowych, załamanie rynków finansowych, a w konsekwencji nawet światowy kryzys. To ryzyko potęguje niepewna obecnie sytuacja w Europie. Unii Europejskiej brakuje jedności w wielu kwestiach społeczno-gospodarczych. Ponadto, nie wiadomo, co przyniesie Brexit. Na to i wiele innych pytań dotyczących przyszłości samej UE nie ma konkretnych odpowiedzi. Dlatego, USA zyskują na inwestycyjnej atrakcyjności, a Stary Kontynent wyraźnie straci.

Co ciekawe, Fed do tej pory podnosił stopy procentowe w momencie, gdy bank centralny w Europie obniżał je, aby pobudzić swoje gospodarki. System Rezerwy Federalnej raczej będzie kontynuował tę politykę, kierując się interesami swoich akcjonariuszy i przesłankami politycznymi. Wówczas sytuacja na rynku stanie się jeszcze bardziej niestabilna. Europejski Bank Centralny może wykorzystać osłabienie własnej waluty, aby usprawnić swoje wiodące gospodarki i podbić krajowe inflacje. Ale to wzmocniłoby asymetrię w światowych kursach walut, prowadząc do dalszego wzrostu siły dolara amerykańskiego.

Zagrożone gospodarki

Przewidywane wzrosty stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych będą miały znaczący wpływ na globalną gospodarkę. Przypomną słabym gospodarkom wschodzącym, szczególnie zadłużonym w dolarze, że ich pole manewru zmniejsza się coraz bardziej. Jednym z najbardziej wrażliwych na działania Systemu Rezerwy Federalnej, rynków jest pogrążona w kryzysie Brazylia. Tamtejsze firmy w ostatniej dekadzie pożyczyły miliardy dolarów. I jeśli amerykańska waluta zyska na wartości, to ich długi oczywiście się drastycznie zwiększą.

Zagrożona działaniami Fed jest też Turcja, ponieważ znacznie więcej importuje, niż eksportuje. Droższy dolar będzie dla niej oznaczał zwiększenie kosztów zakupu towarów poza granicami kraju. Warto pamiętać o tym, że gospodarki Rosji, Wenezueli, RPA czy Nigerii również zależą od wywozu surowców. To stanowi znaczącą część ich dochodów budżetowych. W związku z tym, że handel międzynarodowy odbywa się w amerykańskiej walucie, ceny ich produktów mogą spaść jeszcze bardziej, gdy dolar się umocni.

Podsumowując, w przypadku gospodarek wschodzących, poprawną reakcją na podwyższanie stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych nie jest dostosowywanie do nich polityki pieniężnej. Nie powinno się również nakładać ograniczeń w przepływie kapitału w celu zapobiegania niestabilności. Właściwe jest za to wprowadzenie zmian na rynku finansowym w taki sposób, aby poprawić alokację środków. Należy też wdrażać reformy po stronie podażowej, w celu zwiększania jej wydajności i promowania zrównoważonego wzrostu.

Źródło: mondaynews.pl

Rosnąca skokowo inflacja dobitnie przypomniała o swym istnieniu, skłaniając posiadaczy oszczędności do zwrócenia baczniejszej uwagi na to, co w takich warunkach dzieje się z ich pieniędzmi i w jaki sposób działać, by uchronić kapitał przed erozją. Pierwsze efekty widać już w styczniowych danych o sprzedaży obligacji skarbowych.

Wzrost inflacji, która w styczniu sięgnęła już 1,8 proc., a w kolejnych miesiącach podskoczy z pewnością powyżej 2 proc., powoduje że nawet nie uwzględniając podatku od dochodów kapitałowych, zdecydowana większość posiadaczy lokat bakowych poniesie realną stratę, wynikającą z erozji wartości kapitału. Średnie oprocentowanie lokat według wyliczeń NPB wynosi 1,5 proc., czyli tyle samo co stopa referencyjna banku centralnego, a najbardziej popularnych lokat na okres od 1 do 3 miesięcy sięga 1,7 proc. Dla porównania, 3-miesięcza stawka WIBOR, obowiązująca na rynku międzybankowym (według niej banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze na taki okres), wynosi 1,73 proc. W przypadku lokat średni poziom wynoszący 1,7 proc. oznacza, że na tę wartość składają się oferty bardziej i mniej atrakcyjne. Oprocentowanie tych pierwszych, zdecydowanie mniej licznych, oferowanych najczęściej przez niewielkie banki i obwarowanych licznymi ograniczeniami oraz związanych z obowiązkiem skorzystania z innych produktów banku, może w najlepszym wypadku zbliżać się do 3 proc. Nie brakuje za to tych zwykłych, „nieuprzywilejowanych”, które dominują w bankowej ofercie, szczególnie największych instytucji finansowych, mających dostęp do najliczniejszej grupy klientów. W tej grupie odsetki poniżej 1 proc. nie należą do rzadkości, a zdarzają się też często oferty sięgające 0,1-0,5 proc. Popularność lokat, jako najprostszej i najbardziej bezpiecznej formy oszczędzania powoduje, że mimo tak mało atrakcyjnych warunków, Polacy trzymają na nich ponad 710 mld zł, z czego połowę w formie w większości nieoprocentowanych depozytów bieżących.

W porównaniu z tymi imponującymi wartościami, zdecydowanie skromniej wygląda zainteresowanie obligacjami oszczędnościowymi, choć ich konstrukcja jest równie prosta, a oprocentowanie konkurencyjne wobec lokat bankowych. Polacy w swych portfelach posiadają obligacje skarbowe o wartości nieco ponad 11 mld zł. Ta kwota stanowi zaledwie 1,3 proc. całkowitego zadłużenia Skarbu Państwa z tytułu obligacji i rośnie w dość wolnym tempie. W ubiegłym roku powiększyła się o około 900 mln zł, mimo, że ministerstwo finansów sprzedało papiery o wartości 4,6 mld zł, czyli najwięcej od 2008 r. Trzeba bowiem pamiętać, że obligacje mają swój „czas życia” i po jego upływie podlegają wykupowi. Nie wszystkie uzyskane w ten sposób środki oszczędzający decydują się ponownie ulokować w obligacjach. W ubiegłym roku do Skarbu Państwa „wróciło” w ten sposób nieco ponad 2 mld zł, licząc transakcje zamiany obligacji na nowe. Pod względem napływu nowych środków bardzo dobrze prezentują się dane za styczeń obecnego roku. Oszczędzający kupili obligacje o wartości 486,6 mln zł, a więc najwyższej od października 2016 r., gdy wydali aż 870 mln zł. Jeśli jednak od obu tych wielkości odejmiemy wartość transakcji zamiany, okaże się że styczeń był najlepszym od dwóch lat miesiącem pod względem napływu nowych pieniędzy na rynek obligacji skarbowych.

Ten wzrost zainteresowania obligacjami ze strony oszczędzających może wynikać z kilku przyczyn. Po pierwsze, od grudnia ubiegłego roku resort finansów podwyższył oprocentowanie papierów o wszystkich terminach wykupu, poza najbardziej popularnymi obligacjami dwuletnimi. Od stycznia 2017 r. zdecydował się jednak i w ich przypadku zwiększyć wysokość odsetek z 2 do 2,1 proc. Szczegółowe dane o sprzedaży wskazują jednak na inny powód. Warto bowiem zwrócić uwagę, że bardzo wysoki dotąd udział w sprzedaży obligacji dwuletnich, sięgający w ubiegłym roku średnio aż 75 proc., w styczniu obniżył się do rekordowo niskiego poziomu niespełna 55 proc. Mimo podwyższenia oprocentowania tych papierów, popyt przeniósł się na obligacje czteroletnie. Ich udział w sprzedaży podskoczył do ponad 28 proc. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tak dużym zainteresowaniem nabywców cieszyły się one jedynie w 2012 r. Ich oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym sięga obecnie 2,4 proc., a więc jest wyraźnie wyższe niż w przypadku papierów dwuletnich, ale różnica na korzyść tych pierwszych utrzymuje się już od dawna. Mają one jednak bardzo istotną z punktu widzenia obecnych tendencji na rynku finansowym cechę, którą inwestorzy niewątpliwie dostrzegli. Ich oprocentowanie w kolejnych rocznych okresach odsetkowych zmienia się w zależności od wskaźnika inflacji, zaś w przypadku dwuletnich nie zmienia się w całym okresie ich życia. A skoro już wiadomo, że obecny rok będzie stał pod znakiem wysokiej inflacji, to nabywcy czteroletnich papierów mogą liczyć na bardziej atrakcyjne oprocentowanie, chroniące realną wartość ich kapitału. Zakładając, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy wskaźnik  inflacji wyniesie 2 proc., za przyszły rok otrzymają odsetki w wysokości 3,25 proc., dzięki dodatkowej, wynoszącej 1,25 punktu procentowego marży, podczas gdy właściciele dwulatek będą wciąż musieli zadowolić się oprocentowaniem wynoszącym 2,1 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

W ostatnich tygodniach to krajowy rynek kapitałowy wyraźnie skupiał na sobie uwagę i nie bez przyczyny. Pokazuje on bowiem nieoglądaną od dawna siłę i pozytywnie wyróżnia się na tle innych parkietów. Nie można jednak powiedzieć, że w otoczeniu nastroje są złe. GPW jest po prostu lepsza od większości innych rynków, ale co do zasady porusza się w tym samym kierunku, a ten niemalże wszędzie jest wzrostowy. Warto zacząć od istotnego indeksu MSCI World grupującego 46 największych parkietów, który wzrósł od początku roku o 5,7% i w tym tygodniu osiągnął nowe historyczne maksima. Jednocześnie w niecałe dwa miesiące udało się lekko pobić dynamikę wzrostu z całego minionego roku, która wyniosła 5,6%. Głównym koniem pociągowym pozostawała oczywiście Wall Street, ale również na Starym Kontynencie nastroje dopisywały. Paneuropejski indeks STOXX 600 wzniósł się bowiem na najwyższe poziomy od grudnia 2015 roku. W globalnej hossie współuczestniczą rynki wschodzące, których indeks MSCI Emerging Markets pokonał zeszłoroczne maksima i sprawnie kontynuuje odrabianie potężnych strat z 2015 roku wywołanych obawiamy o kondycję Chin w związku z silnie wówczas słabnącym juanem. Głównym katalizatorem do wzrostów jest gospodarka. Ta zaskakuje pozytywnie niemalże w każdym zakątku globu. Cały świat przeszedł bowiem w inflacyjną fazę ożywienia, a jej głównym beneficjentem są rynki akcyjne. W tym kontekście można się z jednej strony bardzo cieszyć, gdyż środowisko makroekonomiczne wydaje się korzystne dla niemalże każdego. Nawet europejskie polityczne niepokoje niespecjalnie zaburzają jego obraz. Wyraźnie na to wskazują wtorkowe publikacje wstępnych odczytów wskaźników PMI, gdzie zwraca na siebie uwagę odradzająca się gospodarka Francji, czyli długotrwałego outsidera ożywienia gospodarczego. Dodatkowo wczorajszy niezwykle szanowany niemiecki indeks instytutu Ifo nie pozostawia wiele wątpliwości: największa gospodarka Europy pozostaje w zaskakująco dobrej kondycji jak na nadzwyczaj niepewne czasy. Jednocześnie niejednoznaczna retoryka nowego prezydenta USA czy nieuchronnie zbliżająca się materializacja Brexitu nie mają negatywnego wpływu na sentyment w biurach zarządów firm. Niestety, ten ogólny optymizm w połączeniu z bardzo silnym zachowaniem rynków kapitałowych może budzić niepokój u kontrariańskiego inwestora. Nie chodzi tutaj nawet o wciąż niemogącą nadejść korektę, ale raczej o powoli pojawiającą się niebezpieczną mieszankę bardzo dobrych nastrojów i momentu w globalnym cyklu koniunkturalnym, który w przeszłości raczej był tożsamy z ostatnią fazą hossy niż jej rozbudzeniem na kolejne udane lata.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA,  Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

 

 

W trakcie prezentacji półrocznego raportu o polityce monetarnej Fed, przekaz Janet Yellen był zdecydowanie jastrzębi. Takowe nastawienie było również odczuwalne w wypowiedziach innych członków FOMC. Co więcej, odczyty inflacji PPI (1,6% rdr) oraz CPI (2,5% rdr) okazały się wyższe od oczekiwań. Dodatkowo nie zawiodła dynamika sprzedaży detalicznej (5,6% rdr), czy też publikacja indeksu Fed z Filadelfii (43,3 pkt). Zarówno wypowiedzi przedstawicieli Fed, jak i dane gospodarcze wskazują, że kolejna podwyżka stóp procentowych w Stanach jest coraz bliżej. Tymczasem wczoraj eurodolar odbił się od poziomu 1,052 i zaczął zmierzać na północ. Ruch ten jest dość zaskakujący. Faktycznie zawiodła dynamika produkcji przemysłowej (-0,3% mdm), jednakże to mało prawdopodobne, aby ta w istotny sposób mogła decydować o losach głównej pary walutowej. Niewykluczone, że rynek nadal bardzo ostrożnie podchodzi do kwestii zacieśniania monetarnego. Przyczyna być może tkwi w polityce, a dokładniej w oczekiwaniach co do zapowiedzi wyborczych Donalda Trumpa, który niebawem ma zaprezentować reformę podatkową. Niepewność związana z jakością zmian, czy też z obawami co do faktycznego terminu ich prezentacji może ograniczać siłę dolara, bowiem to właśnie plany nowego prezydenta dotychczasowo potęgowały oczekiwania co do dalszego rozwoju amerykańskiej gospodarki. Jednak mimo wszystko skala korekty wydaje się przesadna. Póki co, eurodolar oscyluje w rejonach 1,067, czyli w pobliżu wczorajszych szczytów.

Inflacja na dobre zadomowiła się także w Polsce. Odczyt wskaźnika CPI na poziomie 1,8% nie tylko okazał się wyższy od prognoz rynku, ale także od projekcji NBP. Tym niemniej, RPP systematycznie powtarza, że nie widzi perspektyw do podwyższenia stóp procentowych. Co więcej, dotychczasowe dane makroekonomiczne sygnalizujące ożywienie znalazły swoje odzwierciedlenie w dynamice PKB w czwartym kwartale 2016 r. (2,7% wobec prognoz na poziomie 2,5%). W rzeczywistości rok 2016 był znacznie słabszy niż pierwotnie się spodziewano, ale oczekiwania co do 2017 r. wyraźnie rosną. Nie zawiódł również wzrost poziomu wynagrodzeń, którego styczniowe tempo wyniosło 4,5% rdr. Tym niemniej, polska waluta złapała lekką zadyszkę. Para EUR/PLN w dalszym ciągu nie poradziła sobie z granicą 4,30. Obecnie eurozłoty znajduje nieco powyżej 4,31. Obecny układ techniczny przypomina konsolidację o górnym ograniczeniu na poziomie 4,325 i dolnym w rejonach 4,29 – 4,30. Z kolei para USD/PLN znajduje się w okolicy 4,04. Najbliższe wsparcia to 4,036 i 4,015. Za opór należy uznać poziom 4,088.

Niewykluczone, że dzisiejsze odczyty makroekonomiczne okażą się nowym paliwem dla złotego. Inwestorzy poznają dynamikę sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej, oraz inflację PPI. Ponadto, warto zwrócić uwagę na amerykański indeks wskaźników wyprzedzających oraz tempo wzrostu sprzedaży detalicznej w Wielkiej Brytanii.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Na kończącym się w środę posiedzeniu, Rada Polityki Pieniężnej z pewnością nie zmieni wysokości stóp procentowych i prawdopodobnie nie zmieni nic albo niewiele w swym komunikacie. O ile tego typu przekonanie w perspektywie najbliższych miesięcy jest jak najbardziej uzasadnione, to jednak wraz z wydłużaniem horyzontu, obraz staje się coraz bardziej niepewny. Część ekonomistów sądzi, że do podwyżki stóp procentowych może dojść już w drugiej połowie roku, z kolei liczna grupa analityków uważa, że takiego kroku można się spodziewać nie wcześniej niż w 2018 r. Poglądy Rady Polityki Pieniężnej w tej sprawie lokują się bliżej tej drugiej opcji, sugerując lekkie zacieśnienie monetarne pod koniec roku. Przy podejmowaniu decyzji RPP będzie kierowała się dynamiką inflacji oraz tempem wzrostu gospodarczego. Od kształtowania się tych dwóch parametrów będzie więc zależeć termin ewentualnej podwyżki stóp. Choć nieco trudniej przewidzieć przebieg zjawisk inflacyjnych, to można mieć niemal pewność, że nie będą one wywierały na Radę presji skłaniającej do działania jeszcze przez długi czas. Do celu, wynoszącego 2,5 proc., inflacja ma jeszcze bardzo odległą drogę. Przyjmując, że w tym roku dojdzie do 1,5 proc., nie będzie więc zupełnie niepokoić. Powodów do myślenia o podwyższeniu stóp nie da prawdopodobnie nawet wówczas, gdy dotrze do celu, a nawet zacznie zbliżać się do jego górnej granicy, czyli 3,5 proc., chyba że Rada uzna, że presja inflacyjna ma charakter trwały, wykazuje tendencję do nasilania się i wynika nie tylko ze wzrostu cen surowców. Można oczekiwać, że taki scenariusz będzie aktualny nie wcześniej niż pod koniec 2018 r.

Rada Polityki Pieniężnej nie musi się też martwić o drugi czynnik, czyli dynamikę wzrostu PKB. Na razie pozostawia ona wiele do życzenia i skłaniać by mogła raczej do łagodzenia polityki pieniężnej. Rada nie musi tego robić, bowiem tę kwestię „załatwia” za nią inflacja. Na oficjalne stopy procentowe należy bowiem patrzeć nie tylko w ujęciu nominalnym, ale również realnym. Przy niezmienionej wysokości nominalnej i postępującej inflacji, stopa realna obniża się. Zakładając 1,5 proc. inflację, zmniejsza się do zera, wpływając pobudzająco na gospodarkę. Dość odległa jest także perspektywa osiągnięcia przez PKB takiej dynamiki, która groziłaby przegrzaniem gospodarki i narastaniem nierównowagi makroekonomicznej. Choć najbardziej optymistycznie nastawieni ekonomiści uważają, że już w czwartym kwartale tempo wzrostu PKB może sięgnąć 4 proc., to jednak taki scenariusz nie jest bardzo prawdopodobny, a nawet jeśli miałby miejsce, to oznaczałby dojście gospodarki do stanu pożądanego z punktu widzenia większości decydentów. Dopiero jego trwałe osiągnięcie oraz perspektywa dalszego przyspieszenia, mogłaby uzasadniać rozpoczęcie lekkiego schładzania gospodarki. Choć w obecnym świecie sytuacja potrafi zmieniać się dość szybko, to jednak można zakładać, że Rada Polityki Pieniężnej nie zdecyduje się na ewentualne podwyższenie stóp procentowych wcześniej, jak pod koniec pierwszego kwartału 2018 r.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Inflacja w najbliższych miesiącach prawdopodobnie przyspieszy do okolic 1.5 proc. Wielu z nas będzie jednak odczuwać znacznie bardziej dotkliwy wzrost cen niż ten publikowany przez GUS. Wynika to z faktu, że wyraźnie droższe niż przed rokiem będą te produkty, które kupujemy najczęściej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Problem z inflacją jest podobny do tego, który występuje ze średnią pensją. Według danych GUS przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w ub.r. wynosiło 4277 zł brutto. Ta kwota wielu Polakom wydaje się nierzeczywista. Średnią zawyżają dochody z wysokopłatnych branż pracowników mieszkających w dużych miastach.

Blisko dwie trzecie otrzymywanych wynagrodzeń (ostatnie dane GUS są za październik 2014 r.) mieści się poniżej średniej. Mediana zarobków wynosi 80 proc. średniej, z czego można wyliczyć, że obecnie połowa Polaków zarabia mniej niż 3420 zł brutto, a połowa ma umowę powyżej tej kwoty. Oznacza to również, że po odliczeniu podatku i ubezpieczenia emerytalnego czy zdrowotnego „na rękę” zostaje nieco ponad 2300 zł, co niewiele ma wspólnego z szeroko dyskutowaną średnią.

Analogiczne uogólnienia stosowane są w przypadku inflacji. Wskaźnik cen towarów i usług jest budowany dla statystycznego gospodarstwa domowego. Takie jednak praktycznie nie istnieje. Jeżeli zarabiamy stosunkowo mało, to prawdopodobnie wydajemy znaczną część dochodu na żywność czy utrzymanie mieszkania, a unikamy chodzenia do restauracji i nie kupujemy nowych mebli. Z kolei studenta mieszkającego w akademiku nie interesują opłaty za użytkowanie mieszkania, ale za to koncentruje uwagę na koszcie materiałów naukowych. W rezultacie konsumpcyjny koszyk jest różny od tego, który przedstawiają popularne statystyki.

Osobista stopa inflacji

Problem rozbieżności indywidualnego odbioru zmian cen jest jednak globalny. W Stanach Zjednoczonych od lat ogólny średnioroczny poziom inflacji jest niewielki. Według danych amerykańskiego Biura Statystyki Pracy (BLS) wyniósł on w latach 2008-2016 ok. 1.5 proc., czyli przez 9 lat koszty życia wzrosły nieco ponad 14 proc.

W tym samym czasie jednak usługi zdrowotne zdrożały o 31 proc., co powoduje, że np. osoby starsze zupełnie inaczej odbierają inflację. Również pogląd ludzi młodych dotyczący zmian cen prawdopodobnie jest negatywny. Opłaty związane z edukacją (w tym czesne za studia) wzrosły od 2008 r. o 42 proc., czyli trzy razy szybciej niż wynikałoby to z ogólnego poziomu inflacji.

Z drugiej strony powyższe grupy społeczne nie korzystają ze spadku cen niektórych produktów. Najbardziej jaskrawym przykładem są telewizory. Ich średni koszt dla konsumenta według danych BLS spadł o 82 proc. w ciągu 9 lat. Jednak akurat zarówno ludzie starsi, jak i studenci raczej nie kupują telewizorów masowo. A nawet jeśli taki zakup im się przytrafi, to stosunkowo szybko o nim zapominają, a rachunki za czesne czy leczenie napływają w sposób ciągły i bez przerwy rosną.

Teoretycznie rozwiązaniem tego problemu jest osobisty kalkulator inflacji. Takie narzędzie w 2007 r. uruchomiło Brytyjskie Biuro Statystyki Narodowej (ONS Personal Inflation Calculator). Jest on dość ciekawym pomysłem, dającym możliwość wpisywania regularnych i okazjonalnych wydatków. Zawiera także pola związane z kosztami utrzymania mieszkania czy samochodu, a osobisty poziom inflacji można porównać z ogólnym wzrostem cen na wykresie.

Praktycznie jest to jednak skomplikowane do zastosowania. Trudno wszak, żeby konsumenci sumowali rachunki z każdego dnia i wpisywali je w oddzielne kategorie. Dodatkowo każda pomyłka czy pominięty produkt znacznie zaburzyłby całkowity wskaźnik i generowałyby jeszcze więcej nieporozumień niż podstawowy odczyt inflacji. Dopóki znaczny odsetek transakcji przeprowadzany jest w gotówce, a banki wraz ze sklepami nie oferują nam zaawansowanych narzędzi do analizy zakupów, raczej trudno nam będzie obliczyć indywidualny poziom inflacji.

Odczujemy wyraźny wzrost cen

Niezależnie jednak od trudności w kalkulacjach wielu Polaków poważnie odczuje wzrost cen w porównaniu z poprzednim rokiem. Według danych GUS paliwo stanowi ok. 5.5 proc. wydatków statystycznego koszyka inflacyjnego. W uproszczonym przykładzie zakładamy, że nasze gospodarstwo domowe składa się z jednej osoby posiadającej samochód i wydającej ok. 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia netto na towary i usługi konsumpcyjne, czyli 2,1 tys. zł. Oznaczałoby to, że na paliwo przeznacza miesięcznie niespełna 120 zł.

Jednak każdy, kto użytkuje auto, wie, że taka kwota jest praktycznie nierealna do osiągnięcia. Należy założyć, że benzyna czy olej napędowy kosztuje nas ponad 200 zł miesięcznie, co stanowi już 10 proc. hipotetycznego budżetu. Ceny paliw natomiast w grudniu 2016 r. były wyższe w porównaniu do analogicznego miesiąca ub.r. o 8.9 proc.

W styczniu ten wzrost prawdopodobnie ulegnie podwojeniu, gdyż według danych Eurostatu dla Polski średnia detaliczna cena diesla czy benzyny zwiększyła się w ciągu roku o blisko 20 proc. Tylko z powodu wzrostu cen paliw inflacja dla przykładowego kierowcy wyniesie 2 proc. Wyższe koszty transportu spowodują również konieczność zmniejszenia wydatków na inne towary czy usługi.

Nie należy zapomnieć o zmianach cen pozostałych produktów. Żywność według danych GUS w ciągu roku zdrożała o 2.5 proc., w tym masło o 16.7 proc., owoce 4.1 proc., cukier 27.7 proc., ryby i owoce morza 5.3 proc., a mięso wieprzowe 8.9 proc. Warto także pamiętać, że mniej zamożne osoby statystycznie wydają większą część swojego budżetu na żywność niż bogatsza część społeczeństwa.
Prócz efektu finansowego tegoroczne wzrosty cen będziemy dobrze pamiętać, gdyż dotyczą one produktów często nabywanych. Spowoduje to, że odbiór wyższych kosztów utrzymania przez społeczeństwo będzie nawet bardziej dotkliwy niż pokazują to realne obliczenia.

Źródło: Cinkciarz.pl

Styczeń miał przynieść korektę. Taki pogląd często można było usłyszeć z końcem minionego roku. Inne głosy wskazywały, że duże spółki mogą prezentować lepszą postawę od mniejszych, czy średnich, którym po długim okresie dobrego zachowania należy się pewien odpoczynek czy może przystanek w hossie. Obie sugestie okazały się mylne, co zresztą specjalnie nie powinno dziwić, gdyż rynek dość często wykonuje ruchy na przekór dominującym opiniom. Owszem, indeks WIG20 zamknął się na sesji poniedziałkowej poniżej psychologicznego poziomu 2000 pkt., ale uczynił to na niskich obrotach. Dzień później przy zdecydowanie wyższej aktywności sygnał do korekty został zanegowany, a wczoraj obserwowaliśmy nowe maksima ruchu. Jeszcze lepiej radzą sobie małe, a przede wszystkim średnie spółki. W ich spektrum każda sesja tego tygodnia przynosi nowe szczyty trendu, gdzie w przypadku spółek średnich oglądamy już najwyższe wskazania od końca 2007 roku. Tym samym krajowa giełda wznosi się na wszystkich trzech głównych silnikach (segmentach rynku), a nie dwóch, jak to miało miejsce przez większą część przynajmniej ostatnich trzech lat. Z fundamentalnego punktu widzenia przyczyną tego stanu rzeczy jest wejście w inflacyjną fazę ożywienia. Z kolei „inflacja” to słowo klucz dla rynków wschodzących i dużych krajowych spółek, gdzie nie brakuje banków i przedsiębiorstw surowcowych, dla których inflacja jest korzystnym zjawiskiem. Jednocześnie na rynku szerokim rozgrywane są oczekiwania przyspieszania wzrostu gospodarczego, między innymi z uwagi na odbijające inwestycje. Dane z dwóch ostatnich miesięcy minionego roku sugerują, że inwestycyjny dołek już za nami. Z kolei prasowe doniesienia wskazują, że wybrane spółki obserwują wzmożony popyt na swoje stalowe wyroby, a kupującym nie przeszkadza wzrost ich cen. Ponadto rodzi się oczekiwanie, że w kolejnych miesiącach pojawi się dodatkowe paliwo do wzrostów w postaci napływów do funduszy agresywnych, których wysokie stopy zwrotu zaczną kusić potencjalnych klientów. Ci dotychczas preferowali rozwiązania bezpieczne, których wynikom pojawiająca się inflacja będzie wyraźnie szkodzić. Jednocześnie krajowy parkiet jest w o tyle komfortowej sytuacji, że wyceny akcji nie są wygórowane i zapewniają miejsce do dalszych wzrostów. Podobnego komfortu nie ma Wall Street, która pozostaje jednym z mniej atrakcyjnych rynków pod względem wycen. Tym samym za oceanem plasuje się ważne ryzyko. Z kolei lokalnie krótkoterminowy optymizm każą studzić pojawiające się na wybranych wykresach hiperbole, które prowokować mogą korektę bądź przystanek we wzrostach.

Źródło: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk  Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

 

 

Inwestorzy weszli w nowy rok w szampańskich nastrojach. W przypadku indeksu WIG20, który na warszawskiej giełdzie grupuje dwadzieścia największych spółek, możemy mówić o hossie. Od dołka w lipcu 2016 roku WIG20 wzrósł już o ok. 20%. Duża w tym zasługa inwestorów zagranicznych, którzy po wielomiesięcznej nieobecności rozpoczęli szturm na warszawską giełdę. Tradycyjnie kupują akcje największych spółek – banków, a także PKN Orlen i KGHM.

Skąd takie zainteresowanie inwestorów zagranicznych akurat tymi spółkami? To efekt globalnego trendu. Inwestorzy giełdowi rozgrywają obecnie scenariusz, w którym surowce nadal drożeją, inflacja rośnie, a bank centralny USA kontynuuje cykl podwyżek stóp procentowych. Wzrost cen surowców energetycznych (ropa naftowa, gaz, węgiel) oraz metali przemysłowych to dobra wiadomość dla spółek, których zyski są od nich uzależnione. Perspektywa podwyżek stóp procentowych to z kolei dobra wiadomość dla banków. Te zaś mają silną reprezentację w WIG20.

Czy potencjał „maluchów” się wyczerpał?

Podczas gdy duże spółki błyszczą, wzrosty w segmencie małych i średnich spółek wyhamowały. Gorzej zachowuje się szczególnie indeks giełdowych „maluchów” – sWIG80. To ewenement, ponieważ w ostatnich latach styczeń był bardzo udanym miesiącem dla mniejszych spółek. Nie oznacza to, że potencjał „misiów” się wyczerpał. Oczekujemy jednak, że w tym roku prosta gra – duże spółki versus małe i średnie spółki – nie będzie już tak dochodowa. W celu uzyskania jak najwyższych stóp zwrotu konieczne będzie poszerzenie spektrum inwestycyjnego do szerokiego rynku, tj. indeksu WIG.

Jaką strategię przyjąć, lokując kapitał w funduszach akcji polskich? Prognozujemy, że w krótkim terminie duże spółki pozostaną silniejsze względem mniejszych. To będzie sprzyjało funduszom akcji, które inwestują część portfela w spółki z WIG20 lub funduszom aktywnie zarządzanym, które w okresie lepszej koniunktury mogą przeważać akcje największych spółek. W dalszej części roku sytuacja może być mniej klarowna. Wówczas możliwość selekcji przez fundusz dużych i małych spółek jeszcze bardziej zyska na znaczeniu. Mimo to uważamy, że będzie to dobry rok dla akcji. Oczekujemy, że fundusze akcji polskich – uniwersalne, ale także małych i średnich spółek – zyskają nawet 10-12%.

Autor: Ryszard Rusak, dyrektor inwestycyjny ds. akcji Union Investment TFI

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2016 r. o 0,8 proc. r/r, a w stosunku do listopada o 0,7 proc. – podał GUS.

Dwa lata, a właściwie więcej, bo 28 miesięcy deflacji za nami. W 2015 r. ceny spadły w skali roku o 0,9 proc. r/r, w 2016 r. – o 0,6 proc. (w 2014 r. ceny nie zmieniły się r/r). Na tym tle zmiany cen dóbr i usług konsumpcyjnych w grudniu są spektakularne, bowiem wzrosły one o 0,8 proc. r/r.

Patrząc na strukturę zmian cen w grudniu można postawić tezę, że wszyscy postanowili być beneficjentami programu Rodzina 500+. To, że są nimi wszystkie rodziny z co najmniej dwójką dzieci oraz rodziny o niskich dochodach z jednym dzieckiem, to oczywiste. Teraz wyraźnie widać, że do grupy beneficjentów postanowili dołączyć przedsiębiorcy oraz rząd. Przedsiębiorcy to przede wszystkim producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych i napojów bezalkoholowych. Ceny żywności wzrosły bowiem w ostatnim miesiącu 2016 r. o 2,7 proc. r/r. Tak silnego wzrostu tej grupy produktów nie obserwowaliśmy od stycznia 2013 r. Ceny żywności rosły już co prawda od października 2015 r., ale w żadnym momencie tych 15 miesięcy wzrost cen nie przekroczył 1,4 proc. Najwidoczniej w grudniu uznano, biorąc pod uwagę także okres świąteczny i zwyczajowo wyższe wydatki Polaków na konsumpcję, że jest to dobry moment do odważniejszego podnoszenia cen.

Dlaczego ceny żywności? Są to dobra podstawowe, które charakteryzują się niską cenową elastycznością popytu, czyli wzrost ich cen wpływa w niewielkim stopniu na spadek popytu na te dobra.

W grudniu 2016 r. zobaczyliśmy zatem w praktyce, co może się wydarzyć, gdy wejdzie w życie podatek od sprzedaży detalicznej, którego wprowadzenie zatrzymała (do wyjaśnienia, czy jest on zgodny z prawem UE), Komisja Europejska. Handel przynajmniej część tego dodatkowego obciążenia podatkowego przerzuci na konsumentów, i to konsumentów dóbr podstawowych. A należy pamiętać, że w koszyku dóbr kupowanych przez gospodarstwa domowe o niskich dochodach udział żywności jest znacznie większy niż w koszyku dóbr kupowanych przez rodziny o wyższych dochodach. I to te słabsze dochodowo gospodarstwa domowe będą płacić, przynajmniej w części, podatek od sprzedaży detalicznej.

Drugim „dodatkowym” beneficjentem programu Rodzina 500+ jest budżet państwa, czyli rząd. Wyższe ceny to bowiem także wyższe wpływy z podatku VAT. GUS podał, że w 2016 r. cukier podrożał o prawie 27 proc. Oznacza to, że tylko z VAT od sprzedaży cukru do budżetu państwa wypłynęło dodatkowo ok. 85 mln zł. Do tego wyższe wpływ z VAT zapewniła m.in. konsumpcja owoców i warzyw, mięsa wieprzowego, wołowego i cielęcego, pieczywa, makaronów, herbaty, kawy, soków owocowych. Sądząc po poziomie wzrostu cen żywności w grudniu 2016 r., wpływy z VAT do budżetu państwa w ostatnim miesiącu ubr. powinny być wysokie.

Należy zakładać, że tendencja ta, tj. wzrostu cen żywności, utrzyma się w 2017 r.

W grudniu bardzo silnie wzrosły również ceny paliw. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z połączonym efektem – wzrostu cen ropy naftowej na rynkach światowych oraz większym popytem wynikającym z wyższych dochodów ludności (większe zatrudnienie, wyższe wynagrodzenia, ale także dochody z programu 500+, które wielu rodzinom umożliwiły kupno samochodów, głównie używanych). Producenci paliwa oraz jego dystrybutorzy skorzystali z rosnących cen ropy na rynku globalnym i postanowili zapewne podnieść ceny paliwa nieco bardziej niż to wynikało ze zmiany cen ropy na świecie. Tu także przedsiębiorcy – producenci i dystrybutorzy paliwa, a także budżet państwa stali się pośrednio beneficjentami programu Rodzina 500+.

Nie ma wątpliwości, że proces wzrostu cen rozpoczął się. Do jakiego poziomu wzrosną one w 2017 r. trudno w tej chwili prognozować. Rząd założył w budżecie wzrost CPI o 1,3 proc. Jeszcze niedawno wszystko wskazywało, że poziom ten trudno będzie osiągnąć i wzrost cen nie przekroczy 1,0-1,1 proc. w skali roku. Siła wzrostu cen żywności w końcu 2016 r. wskazuje, że przedsiębiorcy mogą być zdeterminowani, aby podnosić ceny także innych dóbr. Szczególnie, że badania pokazują, że w 2017 r. planują wyższe wzrosty wynagrodzeń dla pracowników niż było to w 2016 r. (nominalnie o 4 proc. a realnie o ponad 4,5 proc.). A to oznacza wyższe koszty działalności.

Drugi czynnik, który może wpływać na inflację w 2017 r. to ceny paliwa. Nie należy spodziewać się istotnego wzrostu cen ropy na rynku światowym, ale baza z 2016 r. jest bardzo niska, i to efekt niskiej bazy może nakręcać inflację.

Możemy zatem mieć w 2017 r. inflację tak na poziomie 1,0-1,1 proc., jak i na poziomie powyżej założonych w budżecie państwa 1,3 proc.

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Na początku nowego roku nastroje na światowych rynkach finansowych są bardzo dobre, toteż najważniejsze indeksy giełdowe zakończyły miniony tydzień w kolorze zielonym. W Stanach, NASDAQ wzrósł o 2,6%, S&P500 umocnił się o 1,7%, a DJI o 1%. Z kolei w Europie, brytyjski FTSE250 wzrósł o 1,5%, a niemiecki DAX oraz francuski CAC40 zwyżkowały o 1%. Pierwszy tydzień 2017 r. przyniósł przede wszystkim solidną dawkę najnowszych danych makroekonomicznych. Większość odczytów z Eurolandu przewyższyło oczekiwania rynku m.in. usługowy indeks PMI (53,7 pkt), dynamika sprzedaży detalicznej (2,3% rdr), czy też niemal wszystkie indeksy zaufania. Ponadto, nie zawiodły indeksy PMI dla Chin. Niemniej, w centrum uwagi inwestorów znalazły się liczne publikacje z amerykańskiej gospodarki. Odczyty indeksów ISM oraz PMI były wyższe od prognoz rynkowych. Z drugiej strony, grudniowe payrollsy okazały się nieco rozczarowujące. Stopa bezrobocia wzrosła z 4,6% do 4,7%, natomiast zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym wyniosła 156 tys. względem konsensusu na poziomie 170 tys. Mimo wszystko słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy nie przyczyniły się do deprecjacji dolara, ale w skali całego tygodnia osłabił się on względem euro oraz złotego. Inwestorzy poznali również protokół z ostatniego posiedzenia FOMC. Ten potwierdził jastrzębie nastawienie Fed oraz podtrzymał oczekiwania rynku co do stopniowego zaostrzania polityki monetarnej.

Miniony tydzień był także pomyślny dla inwestorów z Książęcej. Pomimo tego, że handel trwał zaledwie cztery dni (w piątek giełda była zamknięta ze względu na święto Trzech Króli), indeksy giełdowe poruszały się w kierunku północnym. W skali całego tygodnia, WIG20 wzrósł o 2,6%, mWIG40 o 0,2%, a sWIG80 o 1,1%. Pierwsze dni nowego roku były szczególnie udane dla banków i spółek z sektora paliwowego, których walory mocno zyskiwały na wartości. Z całą pewnością wsparciem dla indeksów okazała się publikacja przemysłowego indeksu PMI. Odczyt na poziomie 54,3 pkt był o 1,9 pkt wyższy od prognoz rynkowych. Co więcej, w ubiegłym tygodniu została dokonana zmiana na stanowisku prezesa GPW w Warszawie. Po roku pracy została odwołana Małgorzata Zaleska, którą zastąpił Rafał Antczak.

W bieżącym tygodniu na uwagę zasługują dane z Chin: inflacja PPI i CPI, bilans płatniczy oraz dynamika PKB w IV kwartale 2016 r. Ponadto, inwestorzy poznają dane dotyczące amerykańskiej sprzedaży detalicznej. W strefie euro odbędzie się publikacja stopy bezrobocia, indeksu Sentix, dynamiki produkcji przemysłowej oraz protokołu z ostatniego posiedzenia EBC. W Polsce RPP podejmie decyzję ws. stóp procentowych. Rynek nie spodziewa się zmian. Z kolei w piątek agencje ratingowe Fitch i Moody’s opublikują przeglądy ratingu kredytowego dla Polski.

Ubiegły tydzień przyniósł kontynuację wzrostów indeksu największych polskich spółek. W efekcie WIG20, pomimo nieco mniejszego wolumenu handlu, testował psychologiczną granicę 2000 pkt. Tym niemniej, starania rynku okazały się niewystarczające, toteż indeks blue chipów zakończył miniony tydzień na poziomie 1998 pkt. Warto zwrócić uwagę na oscylator RSI oraz oscylator stochastyczny – oba wskaźniki są mocno wykupione. Niewykluczone, że nadchodzące dni przyniosą korektę, która najprawdopodobniej zakończy niniejszą falę wzrostów. Najbliższe wsparcie znajduje się na poziomie 1957 pkt.

Tym razem warto zwrócić uwagę na układ techniczny walorów PKO BP. W skali całego tygodnia, cena akcji tegoż banku wzrosła o 7,7%. Kurs akcji w drugiej połowie 2016 r. rozpoczął pierwszą falę wzrostów, po której nastąpiła faza konsolidacji. Niemniej, początek 2017 r. przyniósł znaczące ruchy w kierunku północnym, które doprowadziły do przełamania oporu na poziomie 28,4 zł. Kolejna bariera znajduje się w okolicy 31,5 zł. Jednak należy podkreślić, że oscylator RSI jest mocno wykupiony, toteż w najbliższym czasie nie można wykluczyć korekty.

Autorzy: Zespół Zarządzający MM Prime TFI S.A.

W 2016 r. wiele rzeczy nie poszło tak, jak zakładano. O ile w USA ożywienie gospodarcze ma się bardzo dobrze, o tyle w innych miejscach globu problemów było sporo. Ze względu na wojnę w Syrii, Europa zmagała się z falą uchodźców, co ma szereg konsekwencji, nie tyle nawet ekonomicznych, co społeczno-politycznych. Nasilenie się zamachów terrorystycznych i radykalizacja nastrojów społecznych to jedne z powodów coraz większej popularności ruchów i partii promujących nacjonalizm. Osłabia to struktury UE, czego przykładem był bardzo niespodziewany wynik głosowania nad wyjściem Wielkiej Brytanii z UE. W Polsce seria kryzysów politycznych i wymiany kadrowe spowodowały dalsze przesunięcie startu inwestycji z nowej perspektywy unijnej, co przede wszystkim uderzyło w dane o produkcji budowlano-montażowej. Do tego także słabszy niż oczekiwano był pozytywny wpływ programu 500+ na wzrost konsumpcji. Postrzeganie Polski przez zagraniczny kapitał jest słabe, co skutkuje niską wyceną złotego.

Końcówka 2016 r. daje jednak już nadzieje na poprawę sytuacji. Coraz więcej przetargów na inwestycje infrastrukturalne jest rozstrzyganych. Dane makro uległy natomiast wyraźnej poprawie, nie tylko w Polsce, ale także w Europie. Inflacja zaczyna odbijać. Grudniowy, póki co wstępny odczyt GUS, pokazał dynamikę CPI w Polsce rzędu 0,8% r/r. Przy niskiej bazie, wzroście cen paliw i żywności, a także rosnącym dochodzie rozporządzalnym, założenie zmierzania inflacji do celu w kolejnych kwartałach jest całkiem realne. Może to zmierzać nawet do rozpoczęcia dyskusji o podwyżkach stóp procentowych w Polsce, wpływając pozytywnie na złotego. Póki co jednak retoryka RPP premiuje wciąż bazowy scenariusz braku zmian stóp procentowych. Warto zauważyć, że nie tylko inflacja odbija. W listopadzie pozytywnie zaskoczyła i sprzedaż detaliczna, i produkcja przemysłowa. Czekamy na grudniowe dane, ale indeks PMI dla polskiego przemysłu wskazuje na kontynuację pozytywnych tendencji. W grudniu skoczył on do 54,3 pkt, co można interpretować jako zakończenie fazy stagnacji w pobliżu bariery 50 pkt, przy czym duże wzrosty były zasługą wszystkich trzech składowych – nowych zamówień, produkcji oraz zatrudnienia. Tym samym są podstawy do optymistycznego spojrzenia na kondycję gospodarki w pierwszych miesiącach nowego roku.

Dane z Polski korespondują także z odbiciem w Europie. Najnowsze odczyty potwierdzają pozytywne tendencje. Seria indeksów PMI dla przemysłu w krajach strefy euro pokazała, że grudzień przyniósł solidne odbicie, nie tylko w Niemczech (wysoki PMI na poziomie 55,6 pkt), ale także w krajach południa Europy – Hiszpanii (55,3 pkt) oraz Włoszech (53,2 pkt). Odbicie napędzać może wciąż bardzo luźna polityka EBC, jednak powoli trzeba też patrzeć w kierunku jej potencjalnego zaostrzania, na horyzoncie bowiem pojawia się inflacja. Zwiastunem tego może być spore zaskoczenie w postaci wstępnych danych o inflacji HICP w Niemczech, która w grudniu wzrosła do 1,7% r/r, przy oczekiwaniach ustawionych na 1,3%. Zakładając, że akurat ścieżka podwyżek stóp procentowych w USA jest już w dużej mierze przez rynek zdyskontowana, a w przypadku EBC rynek nie zakładał tak dużego przyspieszenia procesów inflacyjnych, to eurodolar powinien szukać swojego dna jednak powyżej poziomu parytetu.

Faktem póki co są sygnały ożywienia w polskiej i europejskiej gospodarce, przy wyraźnie rosnących indeksach, które najwyraźniej dyskontują kolejne udane miesiące w gospodarce. Wchodzimy z optymizmem w 2017 r. Trendy wzrostowe na indeksach giełdowych i odwrót z rynku obligacji skarbowych mają spore szanse się utrzymać.

 

Łukasz Rozbicki

MM Prime TFI

Radosław Piotrowski, zarządzający funduszami Union Investment TFI, ocenia wpływ porozumienia producentów ropy naftowej na konsumentów oraz rynki finansowe.

Po raz pierwszy od wielu lat kartel producentów ropy naftowej (OPEC) zdecydował o ograniczeniu jej wydobycia. To przełomowy moment, ponieważ do zmniejszenia dziennego wydobycia ropy mogą przyłączyć się także kraje spoza organizacji, w tym Rosja. Jeśli porozumienie będzie respektowane i realizowane zgodnie z harmonogramem, to jeszcze przed wakacjami przyszłego roku ilość tego surowca na rynku będzie taka sama jak ilość chętnych do jej zakupu. Zlikwidowanie nadpodaży to potencjalnie wyższe ceny, dlatego ceny ropy naftowej na giełdach towarowych dynamicznie wzrosły. Banki inwestycyjne prognozują, że w 2017 r. za baryłkę ropy będzie trzeba zapłacić około 55-60 dolarów.

Wyższe ceny ropy napędzą inflację

Wzrost cen ropy naftowej, przy jednoczesnej słabości złotego do dolara, to szczególnie zła informacja dla kierowców oraz firm transportowych. Ceny paliw na polskich stacjach benzynowych w ostatnich dniach istotnie wzrosły. Przy dalszym ograniczaniu wydobycia ropy mogą podskoczyć jeszcze bardziej. Jednak porozumienie światowych potęg naftowych może mieć dużo poważniejsze skutki niż rosnące koszty tankowania.

Ceny surowców oraz ceny energii w bardzo dużym stopniu wpływają na poziom inflacji. Po spotkaniu OPEC wzrosło oczekiwanie na to, że w kolejnych miesiącach ceny towarów i usług konsumpcyjnych będą stopniowo szły w górę. Dodatkowo inflacja będzie wywierała presję na banki centralne, by te podnosiły stopy procentowe.

A to niepomyślna informacja zarówno dla gospodarstw domowych (wzrośnie oprocentowanie kredytów), jak i inwestorów, którzy preferują obligacje. Obawy o realizację takiego właśnie scenariusza pokazuje wzrost rentowności obligacji skarbowych zarówno w USA, jak i w Europie. Relatywnie lepiej przedstawiają się perspektywy dla akcji, szczególnie rynków rozwiniętych. Giełdom w USA od jakiegoś czasu służy wybór Donalda Trumpa. Natomiast spółkom w Europie i Japonii – wśród których jest dużo eksporterów – pomaga osłabienie się euro oraz jena.

Obie waluty z Antypodów są silniejsze po nocy, ale jesteśmy optymistycznie nastawieni tylko do AUD, gdyż znad NZD nie znika widmo cięcia stóp przez RBNZ. Na szerszym ryku USD jest w korekcie, choć widać pierwsze oznaki szukania okazji do kupna. Dziś inflacja z Wielkiej Brytanii i USA oraz rynek pracy z Polski.

Byłoby zbyt mocnym stwierdzenie, że słabość USD z nocy to wynik rozczarowujących danych z USA w poniedziałek. Gorszy od prognoz odczyt indeksu NY Empire State jest dyskredytowany za swoją nadmierną zmienność, z kolei ślamazarny wzrost produkcji przemysłowej to wina spadku produkcji w sektorze użyteczności publicznej, tj. mniej zużycia energii przez wyższe temperatury we wrześniu. Pomimo to rynek czeka na ciekawsze wydarzenia w dalszej części tygodnia (debata prezydencka USA, PKB Chin, decyzja ECB), więc techniczne odreagowanie ostatniej aprecjacji dolara jest normalną sprawą. Jednocześnie widać pierwsze próby odnowienia pozycji na EUR/USD i USD/JPY.

Zdecydowanie więcej atrakcji jest na rynku walut z Antypodów z AUD i NZD na topie walut G10. W III kw. inflacja CPI w Nowej Zelandii wyniosła 0,2 proc. k/k i 0,2 proc. r/r (prog. odpowiednio 0 proc. i 0,1 proc.). Wynik roczny był zgodny z prognoza RBNZ, a kwartalny lepszy o 0,1 pkt proc. Rynek (ale też i autor) nastawiał się słabszy odczyt po tym, jak w zeszłym tygodniu wiceprezes RBNZ McDermott zasygnalizował pesymistyczne nastawienie banku do wskaźnika. Lepszy od konsensusu odczyt zapewnił pożywkę dla krótkoterminowego rajdu kiwi. Jednak jeśli trendy inflacyjne pozostają blisko oczekiwań gołębio nastawionego RBNZ, to bynajmniej taki wynik nie stanie bankowi na drodze od obniżki stopy OCR w listopadzie. Pozostaję negatywnie nastawiony do NZD, ale chwilowo trzeba rynkowi „dać się wyszumieć” szczególnie, że pęd aprecjacyjny USD także na moment wyhamował.

W przypadku AUD prezes RBA Phillip Lowe miał swoje pierwsze oficjalne wystąpienie i wydźwięk był mniej gołębi. Brakowało bezpośredniego odniesienia do przyszłych decyzji na polu stóp procentowych, ale stanowisko w odniesieniu do inflacji pokazało, że w RBA nie ma silnych obaw o jej przyszła ścieżkę. Bazą dla oczekiwań, że inflacja z czasem powróci do celu jest powrót do wzrostów cen niektórych surowców, hamowanie spadku inwestycji w sektorze wydobywczym, wysokie wskaźniki zaufania konsumentów i biznesu oraz słabnięcie presji na spadki płac. Lowe widzi też malejące korzyści z dalszego luzowania, co łącznie ustawia wysoko poprzeczkę dla kolejnej obniżki stóp procentowych. Naturalnie przyszłotygodniowy odczyt CPI za III kwartał może odwrócić sytuację o 180 stopni, ale lepsze wyniki z Nowej Zelandii dziś w nocy umniejszają szanse rozczarowania w Australii. Dalej widzimy relatywną przewagę AUD względem pozostałych walut surowcowych.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI ma wzrosnąć we wrześniu do 0,9 proc. r/r z 0,6 proc. w sierpniu i silniejszy odczyt obudzi spekulacje, czy deprecjacja funta nie przywiedzie spirali inflacyjnej i jastrzębi zwrot Banku Anglii nie nastąpi szybciej. Mimo to byłby to impuls do chwilowego umocnienia funta niż odwrócenia trendu, gdyż to czynniki polityczne zapewniają czarne chmury nad GBP. W USA CPI ma przyspieszyć do 1,5 proc. r/r z 1,1 proc. Wzrost CPI wynika z wyższej bazy cen paliw sprzed roku, stąd inflacja bazowa ma się utrzymać na 2,3 proc. Potwierdzenie odbicia inflacji jest ważne pod kątem osłabienia niechęci gołębi w Fed do podwyżki stóp procentowych. Ponadto mamy dane z rynku pracy z Polski, ale złoty tradycyjnie przyjmie je neutralnie. W nocy trzeba pamiętać o odczycie PKB z Chin za III kw. Konsensus zakłada 6,7 proc. r/r w trzecim kwartale po takich samych wynikach w pierwszym i drugim kwartale. Słabe dane o wrześniowym bilansie handlowym podnoszą ryzyko gorszego odczytu wzrostu gospodarczego, które może wzniecić wątpliwości o siłę ożywienia. Może to być cios dla apetytu na ryzyko i aktywów rynków wschodzących.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W sklepach zostawimy więcej pieniędzy – wynika z analiz Narodowego Banku Polskiego. NBP szacuje, że już na przełomie roku powinniśmy zobaczyć inflację. To oznacza, że więcej zapłacimy za towary i usługi.

– Spodziewamy się, że w najbliższych miesiącach będziemy mieli ujemną dynamikę wskaźnika cen. Natomiast na przełomie roku powinniśmy już zobaczyć inflację. Myślę, że stopniowo będą rosły ceny wszystkich towarów i usług – mówi newsrm.tv Jacek Kotłowski, zastępca dyrektora generalnego Instytutu Ekonomicznego NBP.

NBP prognozuje, że więcej zapłacimy m.in. za żywność i energię. Drożej za to nie powinno być na stacjach benzynowych: – Wzrosty na rynku spowodowały zwiększenie wydobycia w USA. To natomiast wskazuje, że ponownie znaleźliśmy się na poziomie, na którym wydobycie ropy staje się opłacalne – wyjaśnia Jacek Kotłowski i dodaje. – Oznacza to, że będziemy mieli większą podaż ropy i ceny prawdopodobnie mogą być niższe lub nie powinny drastycznie rosnąć.

Jak informuje NBP główną przyczyną ujemnej dynamiki cen w Polsce są czynniki zewnętrzne, w tym przede wszystkim wcześniejszy silny spadek cen surowców energetycznych na rynkach światowych, który obniża krajowe ceny energii. Niższe ceny energii przyczyniają się do obniżenia cen innych towarów i usług, a w konsekwencji – ujemnych wskaźników inflacji bazowej.

 

Wypowiedź: Jacek Kotłowski, zastępca dyrektora generalnego Instytutu Ekonomicznego NBP
źródło: Newsrm.tv

Ropa naftowa, jeden z najważniejszych surowców na świecie, w ciągu niespełna dwóch lat potaniała o około 70%. Bezpośrednią przyczyną tak znacznej obniżki jest nie tylko słabnąca dynamika globalnego popytu, ale przede wszystkim rewolucja łupkowa w Stanach, która pozwoliła na skokowy wzrost jej wydobycia za oceanem. Ponadto, kartel naftowy OPEC również zwiększył swoje moce wydobywcze, aby nie stracić swojej pozycji na rynku. W związku z tym, cena czarnego złota w ostatnim czasie dynamicznie poruszała się na południe, spadając do poziomu 30 dolarów za baryłkę. Przecena ta przyniosła wiele skutków, które można rozpatrywać zarówno w skali mikro,  jak i makro. Co więcej, przypadła ona w czasie, w którym to globalnie połączone ze sobą gospodarki znalazły się w trudnej sytuacji.

W skali mikro nie ma żadnych wątpliwości, że przeciętny Kowalski jest głównym beneficjentem taniejącej ropy. Jeszcze 2 lata temu ceny benzyny i ropy na polskich stacjach  zbliżały się do granicy 6 zł. Obecnie oscylują na poziomie 4 zł, bądź poniżej. Podobnie zyskują gospodarstwa domowe, które ogrzewają swój dobytek ropą (w Polsce bardzo rzadko). Ponadto zyskują przedsiębiorstwa, zwłaszcza te, których znaczna część kosztów generowana jest przez transport. W związku z tym obniżają się również ceny w sklepach. Obywatele natomiast nie mają powodów do narzekania, gdyż uzyskują dodatkowe wolne środki, które mogą przeznaczyć na konsumpcję lub oszczędności, które to także wspomagają wzrost dochodu narodowego. Z drugiej strony, ofiarami tej sytuacji są spółki wydobywcze. W Stanach wiele z nich funkcjonuje obecnie na progu rentowności. Natomiast dla większości tych spółek z krajów Bliskiego Wschodu wydobycie jest już nieopłacalne.

Znacznie ciekawiej prezentuje się sytuacja makroekonomiczna. Faktem jest, że niska cena czarnego złota jest katalizatorem wzrostu gospodarczego. W związku z tym sytuacja ta z całą pewnością wspomaga niemal wszystkie gospodarki, zwłaszcza te, które są importerami ropy naftowej: europejskie, które po kryzysie bankowym i zadłużeniowym powoli zaczynają się ożywiać oraz azjatyckie, zwłaszcza gospodarkę chińską, która znajduje się w recesji. Zyskuje także gospodarka amerykańska, która nadal jest jednym z największych importerów tego surowca. Z drugiej strony, niskie ceny ropy naftowej oraz innych surowców powodują, że większość gospodarek na świecie boryka się z problemem niskiej inflacji, bądź jak w Polsce deflacji. Wzrost gospodarczy w Stanach i Europie natomiast nie jest na tyle mocny, aby ją pobudzić. Problem ten widoczny jest zwłaszcza za Oceanem – Fed, który rozpoczął zaostrzanie polityki pieniężnej stanął przed nie lada dylematem, gdyż niska inflacja nadal nie odpuszcza, a kolejne podwyżki stóp procentowych w takiej sytuacji nie są dobrym rozwiązaniem. Niemniej jednak, na tle pokryzysowej światowej gospodarki, która wciąż nie jest wystarczająco mocna, niska cena czarnego złota pozytywnie wpływa na jej wzrost. Inaczej sytuacja jednak wygląda w gospodarkach wschodzących, bądź słabo rozwiniętych, których potencjał opiera się na eksporcie ropy. Przykładem mogą być kraje Bliskiego Wschodu, czy też Rosja, gdzie niemal 25% PKB stanowi eksport ropy czy gazu. Jeszcze gorsze skutki odnotowują eksporterzy z Afryki, których 60% PKB uzależnione jest od sprzedaży czarnego złota.

W związku z powyższym, warto przeanalizować, jak może kształtować się przyszła cena ropy. Najnowsze raporty wskazują, że na rynku nadal mamy do czynienia z wysoką nadpodażą przy słabnącej dynamice wzrostu popytu. Oznacza to, że cena czarnego złota może ustabilizować się na obecnym poziomie tj. 30 dolarów za baryłkę. Niemniej jednak, nie można wykluczyć również, że spadnie do 20 dolarów. W takim wypadku, oczywistym faktem jest, że zarówno zyski importerów, jak i straty eksporterów powiększą się. Można jednak zastanawiać się, co w takiej sytuacji mogłoby się wydarzyć na rynku – czy tak niska cena ropy mogłaby doprowadzić do spadku jej wydobycia. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że większość członków OPEC może postulować takie rozwiązanie, czego skutkiem byłby spadek podaży i wzrost jej ceny. Niektórzy z tych, którzy lubią czarne scenariusze, mogliby zasugerować nawet, że czołowy eksporter, jakim jest Arabia Saudyjska, w przeciwieństwie do pozostałych członków kartelu nie pozwoli obniżyć wydobycia, co mogłoby doprowadzić do rozłamu. Taki bieg zdarzeń wydaje się być mało prawdopodobny, ale z drugiej strony, wydarzenie to mogłoby znaleźć się na ewentualnej liście czarnych łabędzi w 2016 roku.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione skutki, jakie niesie ze sobą tania ropa, można stwierdzić, że pobudza ona wciąż słabe gospodarki europejskie, azjatyckie oraz gospodarkę amerykańską, ale równocześnie utrzymuje inflację na niskim poziomie, bądź zwiększa oczekiwania deflacyjne. Z drugiej jednak strony, sytuacja ta negatywnie wpływa na gospodarki, które oparte są na eksporcie ropy. Być może efekty te będą spotęgowane, jeżeli cena czarnego złota nadal będzie kierować się na południe. Przy takim obrocie zdarzeń można się również spodziewać, że OPEC może zmienić swoją strategię, co spowoduje wzrost ceny ropy.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Od początku grudnia europejskie rynki znajdują się w fazie wielkich turbulencji. Kilkuprocentowe umocnienie euro, około 20 – proc. zniżka indeksów i spadek cen brent (w euro) o 40 proc. muszą niepokoić decydentów i sprawiają, że nieosiągalne są grudniowe prognozy inflacji ECB. Jednak wszystko na co może sobie dziś pozwolić Mario Draghi to łagodny ton.

Protokół z ostatniego posiedzenia Rady Prezesów wskazuje na silny podział w ocenie perspektyw wzrostu i inflacji. Wzrost rynkowej niepewności i zmienności to za mało, by przeważyła opinia gołębi. W ślad za taniejącą ropą obniżają się co prawda oczekiwania inflacyjne. Z drugiej strony, wskaźniki nastrojów trzymają się nieźle, presja cenowa pozostaje słaba lecz stabilna. Indeksy Composite PMI czy Eurocoin sygnalizują wręcz, że tempo wzrostu przyśpiesza zgodnie ze scenariuszem ECB. Dlatego też decydenci zaczekają na prognozy makroekonomiczne do marca. Jeśli wykażą one zagrożenia dla ścieżki inflacji, to wtedy poluzują. Co ciekawe, frakcja jastrzębi zdaje się być bliższa zaakceptowaniu dalszego cięcia stóp niż rozszerzeniu skupu aktywów.

Mario Draghi pomny rozczarowania, które wywołał w grudniu (po uprzednim dwumiesięcznym okresie podsycania rynkowych oczekiwań na zdecydowane luzowanie) powinien być w czwartek bardziej powściągliwy. Jednoznaczne zapowiadanie kolejnego gołębiego zwrotu w polityce byłoby też stosunkowo mało wiarygodne w kontekście przytaczanego już podziału w Radzie Prezesów. W końcu protokół z posiedzenia z grudnia ujrzał światło dzienne około tydzień temu. Najbardziej prawdopodobny jest zatem gołębi ton mocno skupiony na podkreślaniu jak ekstremalnie łagodną politykę prowadzi ECB i jak wiele już zrobiono.

Dlatego też oczekujemy, że reakcja na posiedzenie będzie ograniczona. Nie zauważamy też by narosły przed nim większe oczekiwania inwestorów. Potencjalne wzrosty EUR/USD powinny zostać wygaszone przed górnym ograniczeniem konsolidacji, czyli 1,1070. Podobnie, nie widzimy też potencjału by kurs spadł pod 1,07. Inny słowy: dominujący w średnim terminie przedział wahań zostanie zapewne utrzymany.

Poznamy również cały wysyp danych z Polski obrazujących koniunkturę w grudniu. Wczorajsze dowody siły rynku pracy wspierają scenariusz powrotu inflacji do celu. Dziś opublikowane zostaną produkcja przemysłowa, sprzedaż detaliczna i inflacja PPI. W pierwszym przypadku prognozujemy dynamikę 4,2 proc. r/r przy konsensusie 5,5 proc. r/r. Uważamy natomiast, że konsumpcja nadal ma się świetnie i sprzedaż detaliczna była aż 4,8 proc. wyższa niż przed rokiem (konsensus 3,2 proc. r/r). Ceny producentów powinny być około 1 proc. niższe niż w analogicznym okresie 2014 roku. Nasza prognoza wskaźnika PPI jest bliska konsensusowi. W świetle mocnych fundamentów wzrostu, świetnej kondycji rynku pracy i osłabienia złotego nie widzimy pola do głębokiej redukcji stóp. Na razie jest za wcześnie by ten czynnik wsparł silnie złotego – dominują premia za ryzyko polityczne i przede wszystkim turbulencje na światowych rynkach.

Sporządził: Bartosz Sawicki, Departament Analiz, DM TMS Brokers S.A.

W minionym tygodniu odbyło się posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej, na którym znano już nową projekcję inflacji i PKB w Polsce w najbliższych latach. Największą zmianą w stosunku do poprzednich projekcji jest obniżenie prognozy inflacji za 2016 r. Co prawda w styczniu powinniśmy zobaczyć pierwszy od kilkunastu miesięcy dodatni odczyt inflacji, jednak – w perspektywie całego okresu projekcji (do 2017 r.) – będzie się ona znajdowała poniżej celu inflacyjnego NBP. To bardzo ważna informacja w kontekście polskiego rynku obligacji, szczególnie że już na początku przyszłego roku zmieni się cały skład RPP (z wyjątkiem prezesa Marka Belki oraz Jerzego Osiatyńskiego, których kadencja kończy się w czerwcu).

Obniżka stóp procentowych niewykluczona

Inwestorzy oczekują, że nowa rada będzie gołębia. To oznacza, że pomimo prognozowanego wzrostu gospodarczego (PKB) w Polsce na poziomie nieco ponad 3% niska inflacja może skłonić organ Narodowego Banku Polskiego do złagodzenia polityki pieniężnej (wbrew wcześniejszym zapowiedziom, że cykl obniżek stóp dobiegł końca). Rynek wycenia, że w kolejnych miesiącach RPP obniży stopy procentowe o 0,25%, a następnie o kolejne 0,25%, przy czym prawdopodobieństwo tego drugiego ruchu wynosi 50%. W takim scenariuszu stopa referencyjna w Polsce spadłaby z obecnego 1,5% do 1%.

RPP a fundusze obligacyjne

Obniżka stóp procentowych przełożyłaby się pozytywnie na wyniki funduszy obligacji. Obecnie jednak dużą niewiadomą pozostaje przyszła polityka fiskalna w Polsce. To znajduje odzwierciedlenie m.in. w rentowności 10-letnich papierów skarbowych, która wzrosła ostatnio do poziomu ok. 2,93%. Optymistyczne jest to, że choć pewne obietnice, złożone jeszcze przed wyborami, budzą obawy o stabilność finansów państwa i rynku finansowego, to realna polityka okaże się bardziej umiarkowana.

 

autor: Andrzej Czarnecki, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

 

W 2015 r. PKB wzrośnie o 3,4 proc. przy deflacji na poziomie 0,5 proc. – prognozuje w marcowej projekcji inflacji Instytut Ekonomiczny NBP.

W projekcji listopadowej (2014) IE NBP prognozował wzrost PKB w 2015 r. na poziomie 3 proc., a inflację na poziomie 1,1 proc. Dzisiejsza prognoza wskazuje, że mamy szanse na szybszy wzrost w warunkach znaczącej deflacji. Taka zmienność prognoz nie jest niespodzianką – zmienia się bowiem sytuacja przede wszystkim w otoczeniu Polski, i to na tyle silnie, że np. prognoza inflacji NBP na 2015 r. z marca 2014 r. to jeszcze 1,8 proc., a dzisiejsza to już deflacja na poziomie 0,5 proc. (patrz wykresy poniżej). Różnica 2,3 punktu procentowego! Podobnie zmiennie wyglądają prognozy innych instytucji, w tym IMF czy KE przygotowywane dla Polski, a także dla innych krajów.

Żyjemy jak widać w coraz bardziej turbulentnych czasach. Byliśmy przyzwyczajeni, że zmienność była rozłożona w czasie, bo wyznaczały ją fazy koniunktury gospodarczej, które ekonomistom było znacznie łatwiej przewidywać niż zmiany innych czynników. „Wczoraj” do wzrostu zmienności prognoz makroekonomicznych dołożył się bowiem rynek finansowy, później – problemy wielu krajów z finansami publicznymi, a dzisiaj w coraz większym stopniu geopolityka, na co Raport o inflacji także zwraca uwagę.

Przedsiębiorcy jednak mają problem, szczególnie firmy średnie i duże, a wśród firm mniejszych te które są eksporterami. Muszą one bowiem przyglądać się prognozom – tym dla Polski, tym dla krajów UE, a także prognozom globalnym przygotowując swoje strategie, korekty do nich, a także budżety. Jak zatem żyć? zapytałby (znany z tego pytania) producent papryki.

Patrząc na prognozy makroekonomiczne instytucji je przygotowujących należałoby odpowiedzieć – firmy muszą przygotowywać nie jeden a kilka scenariuszy rozwoju, przygotować się na częstsze korekty strategii, i … nie tylko patrzeć na liczby zawarte w prognozach, ale czytać analizy do tych liczb dołączone, bo tam powinni znaleźć wyjaśnienia dotyczące nawet najgłębszych korekt prognoz makroekonomicznych na których w ciągu ostatnich 3-4 miesięcy bazowali. Albo … obywać się bez przyglądania się prognozom i bazować na własnej intuicji, czyli wiedzy zgromadzonej w czasie całego swojego biznesowego życia ;-)))

03

Dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek2 Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Według szacunków GUS, ceny dóbr i usług konsumpcyjnych w grudniu 2014 r. spadły o 0,3 proc. względem listopada. W porównaniu z grudniem 2013 r. były zaś niższe o 1 proc. Ministerstwo Gospodarki oczekiwało nieznacznie wolniejszego tempa spadku.

Głównym czynnikiem, który miał wpływ na zmianę cen w grudniu 2014 r., był spadek cen w transporcie o 2,4 proc. Departament Strategii i Analiz Ministerstwa Gospodarki oczekiwał tego spadku, podobnie jak niewielkiego wzrostu cen żywności, który jednak nie wystąpił. Ceny żywności pozostały na poziomie notowanym w listopadzie.

W kierunku wyższej inflacji oddziaływały jedynie ceny w restauracjach i hotelach oraz ceny innych towarów i usług, choć był to wzrost jedynie o 0,1 proc.

Eksperci MG oczekują, że w styczniu 2015 r. spadek cen będzie zbliżony do notowanego w grudniu 2014 r., ceny powinny spaść o 0,2 proc. W kierunku obniżenia wzrostu cen będzie oddziaływał dalszy spadek cen w transporcie, będący wynikiem spadku cen ropy na światowych rynkach. Znacząco powinny spaść także ceny obuwia i odzieży, na skutek sezonowych przecen. Spodziewamy się zaś wzrostu cen żywności, a także opłat za użytkowanie mieszkania. Roczny wskaźnik inflacji w styczniu może spaść do -1,3 proc.

źródło: Ministerstwo Gospodarki

Spadek cen pogłębia się. W październiku br. ceny były niższe o 0,6 proc. niż przed rokiem –  podał GUS.

Mimo optymistycznych zapowiedzi niektórych członków Rady Polityki Pieniężnej, że polska gospodarka miała jedynie krótką wakacyjną przerwę, w czasie której nieco wolniej się rozwijała, ceny towarów i usług konsumpcyjnych w październiku nie potwierdzają tego, bowiem obniżyły się mocniej niż w miesiącach letnich. Zadecydowały o tym przede wszystkim niższe ceny żywności, paliw oraz odzieży i obuwia. Na spadek cen żywności w coraz większym stopniu oddziałuje rosyjskie embargo. Najbardziej potaniały bowiem owoce i mięsa, czyli produkty objęte embargiem. Natomiast nieźle radzą sobie ze sprzedażą producenci warzyw, też objętych rosyjskimi sankcjami, gdyż ich ceny w październiku wzrosły w ujęciu miesiąc do miesiąca.

Jutrzejsze dane o PKB w trzecim kwartale (szybki szacunek) powinny potwierdzić, że mamy do czynienia z nietypową sytuacją – wzrostowi gospodarczemu na poziomie bliskim 3 proc. kolejny miesiąc z rzędu towarzyszy spadek cen. Podobne zjawisko obserwujemy w wielu gospodarkach, w tym także np. w gospodarce chińskiej, gdzie wzrostowi gospodarczemu na poziomie ok. 7 proc. towarzyszy  niski jak na takie tempo wzrostu PKB wzrost cen (1,6 proc. w ciągu ostatniego roku), a ceny producentów spadają już prawie od 3 lat.

Deflacja z jednej strony wzmacnia siłę nabywczą Polaków, ale z drugiej zaś stanowi poważny problem dla firm, które ilościowo sprzedają więcej towarów, lecz nie zwiększa to ich przychodów ze sprzedaży , co na pewno wpływa na ich decyzje inwestycyjne. Po 20 listopada powinniśmy otrzymać wyniki finansowe przedsiębiorstw po 3. kwartałach br., które zapewne to potwierdzą. To także problem dla budżetu państwa, ponieważ wpływy z podatku od towarów i usług (VAT) są mniejsze. W tym roku nie zagrozi to wykonaniu założeń budżetowych, ale w przyszłym może być barierą dla wyjścia z procedury nadmiernego deficytu.

Mamy zatem problem. Tym bardziej, że ostatnia prognoza inflacji przygotowana przez NBP wskazuje, że nawet do 2016 roku nie osiągniemy poziomu celu inflacyjnego (2,5 proc.).

To powinno skłonić RPP do podejmowania decyzji dotyczących stóp procentowych nie tylko w oparciu o jednomiesięczny wskaźnik PMI, ale analizę czynników podażowych (ich siły i trwałości), a także identyfikację przyczyn słabości czynników popytowych, które mimo wzrostu wynagrodzeń nie generują najmniejszej nawet presji na wzrost cen.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan 

Ten rok zaczynaliśmy w optymistycznych nastrojach. Składało się na to wiele czynników, ale jednym z najważniejszych było postępujące ożywienie gospodarcze. Wydawało się więc, że dla RPP środowisko jest wręcz wymarzone. Wcześniejsze obniżki stóp do rekordowo niskiego poziomu „zaczęły działać”, inflacja była niewielka i dająca komfortowy zakres czasu do podwyżek, by dać szansę gospodarce na odpowiednie przyspieszenie. Po ledwie pół roku nastroje uległy jednak sporej zmianie. Po pierwsze, dane z realnej sfery gospodarczej nie do końca wpisują się w oczekiwany wzorzec „żwawego wzrostu”, a inflacja zamiast stopniowo zmierzać do celu na poziomie 2,5%, konsekwentnie się od niego oddala i grozi nawet tymczasowym zejściem swojej rocznej dynamiki poniżej zera. Celowo nie używam słowa „deflacja”, gdyż jest ono ostatnio używane na wyrost. Na chwilę obecną nie grozi nam bowiem prawdziwa deflacja definiowana jako długotrwały i szeroko zakrojony spadek cen. Warto choćby zapytać przeciętnego Polaka czy zamierza zwlekać ze swoimi zakupami w oczekiwaniu na niższe ceny, by generalnie zostać wyśmianym. Bowiem poza tańszą żywnością i cenami energii, których zakupy odłożyć przecież nie sposób, pozostaje jedynie tańsza elektronika czy ceny niektórych usług jak np. z zakresu telekomunikacji. Te jednak w żadnym razie nie wynikają ze zmian na poziomie makro, ale ze specyficznych czynników związanych z daną branżą i intensywnością panującej w niej konkurencji. Tym samym dochodzimy do sedna sprawy. Czy RPP w świetle nieco odmiennego od spodziewanego środowiska powinna obniżyć stopy, a jeżeli tak, to o ile?

Zaczynimy od prześledzenia argumentów strony optującej za rychłą obniżką stóp. Można wymienić przynajmniej trzy: niski poziom notowanej inflacji, rosnący dysparytet stóp względem strefy euro oraz perspektywa spowolnienia dynamiki wzrostu. W mojej opinii wszystkie te argumenty są błędne i nie powinny skłaniać RPP do działania. Owszem, niski poziom inflacji zwiększa realny poziom stóp, co może kusić do jego obniżenia, ale polityka monetarna nie powinna być zakładnikiem bieżących odczytów z gospodarki. Ileż to razy tłumaczyć trzeba, że wpływ decyzji władz monetarnych działa z kilku kwartalnym opóźnieniem, więc powinny być one bazowane na oczekiwaniach co do przyszłości, a nie teraźniejszości, która będzie mocno nieaktualna, gdy zaczną działać podjęte na jej bazie decyzje. Nie można również zapominać o innym aspekcie związanym z potrzebą poprawnej identyfikacji źródeł inflacji. Warto wspomnieć w tym miejscu błędy w poprzednich latach, gdy banki centralne walczyły z inflacją biorącą swe źródło w wysokiej cenie ropy. Szybko okazywało się, że te decyzje nie były właściwe. Tym razem również można założyć z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, iż potencjalne działania RPP nie będą miały najmniejszego wpływu na politykę Rosji względem importu żywności z Polski, której blokada w niemałym stopniu przyczyni się do możliwej letniej ujemnej dynamiki zmian cen (a nie deflacji!).

Drugi argument wskazuje na rosnący dysparytet poziomu stóp względem strefy euro, co może stwarzać pewną presję na RPP, ale nie aż tak dużą jak można by sądzić. Otóż stopy za naszą zachodnią granicą w czerwcu spadły zaledwie o 10 pkt. bazowych, co przecież nie jest znaczną wartością. Ponadto nawet perspektywa dalszych potencjalnych obniżek ów dysparytet zwiększyć może już w bardzo niewielkim stopniu z uwagi na bliskie zera stopy ustalane przez EBC. Potencjalnie większym problemem byłoby rozpoczęcie skupu aktywów przez EBC, ale to nie jest temat na obecną dyskusję.

Trzeci argument mówi o słabnącej dynamice wzrostu. Tutaj sam fakt pewnej słabości nie podlega dyskusji, ale już z zalecanymi środkami zaradczymi można, a nawet trzeba się nie zgodzić. Otóż polityka monetarna niewiele może pomóc na obecne problemy polskiej gospodarki. Jako dowód warto spojrzeć na jej sektory szczególnie uzależnione od kosztu pieniądza. W naszych warunkach to głównie rynek nieruchomości, który ma się przecież nadzwyczaj dobrze, szczególnie na poziomie sprzedaży mieszkań notowanej przez deweloperów. Czy naprawdę potrzeba tutaj dodatkowej stymulacji? Problemy słabości gospodarczej biorą swe źródła z dwóch kwestii na które RPP nie ma specjalnego wpływu. Jednym z nich jest słabość globalnej gospodarki, od której notabene przez rosnący eksport coraz bardziej się uzależniamy. Kolejną kwestią są krępujące wzrost regulacje i bariery administracyjno – podatkowe. Na tym etapie warto wskazać uporczywość z jaką Mario Draghi przy każdej możliwej okazji wskazuje na potrzebę reform strukturalnych w Europie. Oczywiście można pytać czy te słowa ewidentnie kierowane w stronę polityków mogą być wypowiadane przez niezależny bank centralny, ale ich zasadności nie można kwestionować. Jak z tą kwestią wygląda na naszym podwórku? Niestety od lat nic się nie zmienia w tej materii, co w trudnym środowisku globalnym coraz bardziej zaczyna uwypuklać naszą słabość, na którą receptą w żadnym wypadku nie jest łagodniejsza polityka monetarna.

Takim oto sposobem można stwierdzić, że główne argumenty stosowane przez osoby opowiadające się za obniżkami poprawnie opisują rzeczywistość, ale błędnie wskazują na RPP jako remedium. Czy to jednak oznacza, że stopy mają pozostać na niezmienionym poziomie? Wydaje się, iż aktualnie trudno jest znaleźć naprawdę przekonywujące argumenty za obniżką, więc nie warto ich wykonywać. Warto też do tematu podejść czysto praktycznie. Otóż otwarcie trzeba powiedzieć, że obniżka o kolejne 25-50 pkt. bazowych byłaby obecnie pozbawiona sensu, gdyż jej wpływ na sferę makro byłby rozczarowująco niewielki. Gdyby RPP chciała rzeczywiście pobudzić gospodarkę, musiałaby ściąć koszt pieniądza o przynajmniej 1 pkt. proc. To z kolei miałoby swoje negatywne reperkusje w postaci nadmiernego rozgrzania sektorów wrażliwych na poziom stóp oraz późniejszej potrzeby dynamicznego podnoszenia stóp, co przeczyłoby z jak się wydaje wyznawaną przez RPP zasadą unikania działań procyklicznych. Zresztą potencjalne tempo wzrostu krajowego PKB niespecjalnie wiele odbiega od aktualnie notowanych dynamik, więc trzeba pracować nad tempem potencjalnym, a nie lamentować nad frustrującymi aktualnymi odczytami, których podniesienie na „siłę” w dłuższej perspektywie przyniesie więcej szkód niż pożytku.

Lukasz_B

Łukasz Bugaj/  Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

 

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...