wtorek, Październik 24, 2017
Home Archiwa 2017 Październik 4

Dzienne archiwaPaź 4, 2017

W ciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek Polaków mieszkających w domach wzrósł z 49,7 do 57,4 proc. Więcej osób przenosi się do domów wolnostojących niż do szeregowców lub bliźniaków.

42,5 proc. Polaków mieszka w domach wielorodzinnych – wynika z danych Eurostatu przeanalizowanych przez Home Brokera. Zdecydowana większość z nich, bo niemal ośmiu na dziesięciu, zamieszkuje w budynku z 10 lub więcej lokalami mieszkalnymi. Na przestrzeni lat można jednak zaobserwować tendencję do przenosin z mieszkań do domów, w blokach mieszka coraz mniej ludzi. Jeszcze dziesięć lat temu było to ponad 50 procent.

Mniej ludzi w polskich miastach

W ostatnich latach liczba miast liczących powyżej 100 tys. mieszkańców spadła w Polsce z 41 do 39, jednocześnie zmniejsza się odsetek ludności żyjącej w miastach. Wg Eurostatu, od 2005 do 2016 r. obniżył się on z 40,9 do 32,6 proc. Co ciekawe, odsetek ludzi żyjących na wsi również spadł (z 46,2 do 42,6 proc.). Dwukrotnie za to wzrosła liczba osób, które mieszkają w małych miastach i na przedmieściach. W 2005 było to 12,9 proc., a w 2016 – 24,9 proc.

Wiele osób rezygnuje z życia w dużym mieście i przeprowadza się poza jego granice, za cenę mieszkania kupując dom. Mimo że deweloperzy budują w ostatnich latach w Polsce sporo osiedli szeregowców i bliźniaków, to odsetek osób mieszkających w domach wolnostojących rośnie szybciej. Od 2005 do 2016 r. zwiększył się z 44,4 do 51,9 proc., podczas gdy w przypadku szeregowców i bliźniaków zmiana była kosmetyczna (wzrost z 5,1 do 5,4 proc.). Te liczby oznaczają, że dziewięciu na dziesięciu Polaków mieszkających w domu, mieszka w domu wolnostojącym.

Z danych Eurostatu można tez wyciągnąć wnioski o strukturze zabudowy wielorodzinnej. Spośród Polaków mieszkających w tego typu nieruchomościach (42,5 proc.), prawie 80 proc. mieszka w budynku, w którym jest 10 lub więcej lokali. Wartość ta od lat utrzymuje się na podobnym poziomie.

Polska na tle innych krajów UE

Łączny odsetek osób mieszkających w domach w Polsce (57,4 proc.) jest podobny jak w całej Unii (57,3 proc.), acz zróżnicowanie jest spore. W domach mieszka 34 proc. Hiszpanów i 92,5 proc. Irlandczyków.

Także podział pomiędzy domy wolnostojące i segmenty jest wewnątrz Unii bardzo różny. Najwięcej wolnostojących domów jest na Bałkanach, mieszka w nich ponad 70 proc. Chorwatów i 65 proc. Serbów i Słoweńców. Z kolei jak na lekarstwo budynków tego typu znajdziemy na Malcie (ok. 5 proc.), niewiele jest też w Hiszpanii (12 proc.). Szeregowce i bliźniaki to zaś domena Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii. W budynkach tego typu mieszka 50-60 proc. obywateli. Prawie nie występują one za to w Rumunii i na Słowacji (poniżej 2 proc.).

W całej Unii w budynkach wielorodzinnych mieszka ok. 42 proc. ludzi. Najwięcej, bo ponad 60 proc. w Hiszpanii, Łotwie, Estonii i Szwajcarii, najmniej zaś w Irlandii, zaledwie 7,4 proc. 15-20 proc. ludzi mieszka w budynkach wielorodzinnych w Holandii, Chorwacji, Norwegii i Wielkiej Brytanii. Na Malcie dziewięciu na dziesięciu mieszkańców budynku wielorodzinnego mieszka w budynku niewielkim (do 10 lokali). Odwrotna sytuacja jest w Finlandii, gdzie ponad 95 proc. mieszkańców bloków mieszka w budynkach z 10 lub więcej lokalami.

Zaobserwowany w Polsce trend przenoszenia się do małych miast i na przedmieścia aglomeracji jest widoczny w całej Unii. Odsetek osób, które żyją w takich miejscach rośnie m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Czechach czy Niemczech, a największy (prawie 50 proc. lub więcej) jest we Włoszech, Belgii i Szwajcarii.

 

Źródło; Home Broker

Rozwój technologii analitycznych i ich szerokiego zastosowania w biznesie jest ściśle związany ze współpracą przedsiębiorstw z sektorem akademickim. Nowoczesne i szeroko dostępne programy kształcenia dla programistów i analityków mają ogromne znaczenie dla rozwoju biznesu. W erze big data firmy gromadzą ogromne ilości danych, ale nie są w stanie wykorzystać ich potencjału, gdyż brak jest wykwalifikowanych kadr. Piąta edycja międzynarodowej konferencji „Advanced Analytics and Data Science” organizowana 7 listopada 2017 r. przez Szkołę Główną Handlową w Warszawie we współpracy z SAS będzie poświęcona korzyściom wynikającym z kooperacji środowisk akademickich i biznesowych.

Szkoła Główna Handlowa jako pierwsza uczelnia w Polsce rozpoczęła współpracę z SAS i od ponad 20 lat jest jednym z głównych ośrodków kształcenia analityków oraz menedżerów rozumiejących znaczenie analityki w procesach podejmowania decyzji. W dowód uznania tych dokonań, w 2004 roku Szkoła otrzymała „SAS Academic Intelligence Award” dla najbardziej innowacyjnej uczelni w Europie, a w 2014 roku nagrodę za 20 lat innowacyjnej współpracy z SAS w Polsce.

Organizowana od 2013 roku międzynarodowa konferencja „Advanced Analytics and Data Science” to wyjątkowe wydarzenie dla przedstawicieli świata nauki i biznesu. Jego celem jest zaprezentowanie wymiernych korzyści wynikających z zastosowania zaawansowanych rozwiązań analitycznych w biznesie oraz dyskusja na temat wyzwań związanych z realizowaniem nowatorskich programów studiów i kształceniem specjalistów posiadających odpowiednie kompetencje analityczne, informatyczne i biznesowe dostosowane do zmieniających się potrzeb cyfrowej gospodarki.

Nasza konferencja na stałe wpisała się w kalendarz bardzo ważnych spotkań przedstawicieli nauki i biznesu w Polsce. Co roku gromadzi wybitnych gości i prelegentów, reprezentujących najważniejsze ośrodki akademickie z całego świata oraz wiodące firmy, które na zaawansowanej analizie danych opierają swoje strategie biznesowe. Wymiana wiedzy i doświadczeń pozwala zlokalizować realne potrzeby i problemy oraz inspiruje do współpracy – mówi profesor Ewa Frątczak, Kierownik Zakładu Analizy Zdarzeń i Analiz Wielopoziomowych, w Instytucie Statystyki i Demografii, Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Data Scientist – analityk naszych czasów

Przyszłość kształcenia analityków jest ściśle związana z rozwojem nowych technologii, takich jak big data. Potrzeba zarządzania coraz większą ilością danych i informacji przyczyniła się do powstania specjalizacji – Data Scientist – na którą sukcesywnie rośnie zapotrzebowanie na rynku analityki. Specjalista data science zajmuje się analizą danych i powinien posiadać wszechstronne umiejętności, łącząc w sobie cechy programisty, analityka czy statystyka. Jednak najważniejszymi cechami „mistrza danych” jest łatwość prezentowania wniosków wyciągniętych na podstawie analizy informacji tak, aby były one zrozumiałe dla szerokiego grona członków organizacji, a także umiejętność pracy w zespole.

Studia data science na SGH

Szkoła Główna Handlowa w Warszawie jest prekursorem kształcenia specjalistów data science w Polsce. Od 2015 roku został uruchomiony nowy kierunek studiów „Analiza Danych Big Data”, który od początku cieszył się ogromnym zainteresowaniem kandydatów. Jedna trzecia przedmiotów kierunkowych realizowana jest przy wykorzystaniu oprogramowania i technologii SAS. W ramach podpisanego w 2017 roku porozumienia, w nowym roku akademickim absolwenci tego kierunku uzyskują Certyfikat „Data Scientist z Systemem SAS”. Ponadto, zostanie również wprowadzony Certyfikat „SAS Statistical Analyst” dla studentów Studiów Podyplomowych „Analiza Statystyczna i Data Mining w Biznesie” oraz „Analityk Statystyczny z Systemem SAS” dla absolwentów studiów licencjackich. W Szkole Głównej Handlowej działa także koło naukowe Biznes Analytics, które co roku organizuje konferencje i inne wydarzenia.

Realizacja programów kształcenia w Szkole Głównej Handlowej gwarantuje studentom dostęp do nowoczesnych technologii i narzędzi analitycznych. Nasi studenci już na ostatnich latach studiów są rozchwytywani przez pracodawców i praktycznie mogą przebierać w ofertach pracy. Co roku nasze mury opuszcza pokaźna liczba absolwentów z Certyfikatem SAS i praktycznie wszyscy znajdują zatrudnienie w silnych komórkach analitycznych w wiodących firmach na rynku. Oprócz programów kształcenia staramy się również aktywnie wspierać rozwój rynku analitycznego w Polsce poprzez publikacje książek i wyników badań naukowych oraz organizację spotkań i wydarzeń, takich jak konferencja „Advanced Analytics and Data Science” – dodaje profesor Ewa Frątczak.

Konferencja „Advanced Analytics and Data Science” odbędzie się 7 listopada 2017 roku w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Konferencja objęta jest patronatem honorowym Rektora Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie – profesora Marka Rockiego. Patronat medialny nad wydarzeniem objęły redakcje ITwiz i fintek.pl.

Źródło;  SAS

 

W ocenie Barbary Bugaj z firmy Cenatorium, do końca 2018 roku inwestowanie w mieszkanie nadal będzie opłacalne. Jednak później prawdopodobnie wzrosną stopy procentowe, a wraz z nimi koszt ewentualnie zaciągniętego kredytu. To spowoduje spadek rentowności najmu. Ten sam skutek wywoła podwyższenie cen nieruchomości. W Warszawie rosną one od 2013 roku, w tempie 1-3% w skali roku. W pozostałych miastach od początku br. zauważalny jest lekki trend wzrostowy na poziomie kilku procent. Zdaniem eksperta, obecnie największą dochodowość można uzyskać w Katowicach, na poziomie 6,5%, następnie w Łodzi – 5,9%. Na 3. miejscu jest Gdańsk – 5,6%, a dopiero potem stolica – 5,5%.

Największe ryzyko istnieje wtedy, gdy inwestycję w nieruchomość opieramy na kredycie mieszkaniowym. Stopy procentowe wciąż jeszcze są rekordowo niskie, ale należy obawiać się, że na początku 2019 roku wzrosną. Starszy analityk ds. nieruchomości w firmie Cenatorium podkreśla, że tak właśnie dzieje się teraz na zagranicznych rynkach. Przykładowo, Narodowy Bank Czeski podwyższył stopy procentowe w sierpniu br. z 0,05% do 0,25%. W USA zostały one podniesione już kilka miesięcy temu. Ostatnia podwyżka miała tam miejsce w czerwcu. Stopa funduszy federalnych wzrosła wówczas z 0,75-1% do 1-1,25%.

– Globalizacja gospodarcza sprawia, że zmiany na poszczególnych rynkach krajowych odbywają się falowo. Dlatego jesteśmy pewni tego, że stopy procentowe wzrosną również w Polsce. Nie możemy tylko podać dokładnej daty. Gdyby powróciło u nas oprocentowanie sprzed 5 lat w wysokości 4,5%, to koszt zadłużenia klienta podniósłby się aż o ok. 30%. To byłoby możliwe po podwyżce stóp procentowych o 3 p.p. Wówczas rata zaciągniętego kredytu wzrosłaby o jedną trzecią. Takie ryzyko istnieje zawsze, ponieważ wynika z naturalnych cyklów koniunkturalnych – przewiduje Barbara Bugaj.

Na podstawie wszystkich zjawisk gospodarczych, NBP podejmuje decyzję o ewentualnym podniesieniu stóp procentowych. Jednak, jak zapewnia ekspert, nigdy te zmiany nie są drastyczne. Taki wzrost jedynie może nastąpić z czasem. Zaciągając kredyt hipoteczny, musimy liczyć się z tym, że będzie on miał zmienne oprocentowanie. Jeżeli w danym momencie stopy procentowe są niskie, to należy brać pod uwagę ryzyko ich wzrostu w przyszłości.

– Zawsze warto policzyć, czy będzie nas stać na kredyt, gdyby jego oprocentowanie wzrosło o ok. 2%. Brak przygotowania do takiej sytuacji może wywołać problemy z budżetem gospodarstwa domowego lub znacznie obniżyć komfort życia. Narażone są na to zwłaszcza osoby, dla których rata kredytu stanowi przykładowo 40% dochodów. Co miesiąc wydają bowiem prawie połowę swojej pensji na spłatę należności – tłumaczy Barbara Bugaj.

Trzeba też zwrócić uwagę na konkurencję, która systematycznie rośnie. Jest coraz więcej inwestorów indywidualnych i w najbliższym czasie pojawią się nowe instrumenty wynajmu nieruchomości, m.in. Mieszkanie Plus czy fundusz inwestycyjny Real Estate Investment Trust. Niektóre spółki deweloperskie deklarują już teraz gotowość stworzenia REIT’u dla mieszkań. Ponadto, wchodzą na nasz rynek firmy z innych krajów, które kupują od deweloperów całościowe projekty. Należy do nich np. holenderski inwestor instytucjonalny Bouwfonds European Residential Fund lub międzynarodowy fundusz Catella, który kupił 72 apartamenty w wieżowcu w samym centrum Warszawy. Mieszkania, nabywane w ramach zagranicznych funduszy inwestycyjnych, również będą przeznaczane na wynajem.

– Korzystność inwestycji nie wynika z podziału na rynek pierwotny i wtórny. Nie można niczego generalizować, ponieważ najważniejsza jest rentowność wynajmu. Jedyna uwaga jest taka, że ceny nowych mieszkań są nieco wyższe, niż tych starszych. W związku z tym, teoretycznie opłacalność zakupu nieruchomości od dewelopera mogłaby być niższa. Ale z drugiej strony, konkurencja na rynku najmu ciągle rośnie. Dlatego, wybierając pomiędzy niemodnym lokalem z meblościanką a nowym mieszkaniem o zbliżonej wysokości czynszu, wygramy, stawiając na to drugie – podkreśla Bugaj.

Opłacalność inwestycji określa stosunek ceny zakupu mieszkania do wysokości umownej odpłatności za używanie lokalu. Niemal w całej Polsce czynsz najmu sięga trzydziestu kilku złotych za mkw. Wyjątkiem jest stolica, gdzie wynosi około ok. 51 zł. W Gdańsku to około 41 zł za mkw. A w Krakowie – 40 złotych. Zdaniem eksperta, najwyższa rentowność wynajmowanych nieruchomości występuje w Katowicach. Tam przeciętny czynsz ma wartość 36 zł za mkw. Natomiast średnia cena zakupu mieszkania za mkw. jest na poziomie 4,5 tys. zł. Rentowność najmu dochodzi tam więc do 6,5%. W Łodzi cena transakcyjna lokalu wynosi 3 800 zł za mkw. Typowa stawka czynszu plasuje się na poziomie 29-30 zł za mkw. Tam dochodowość sięga 5,9%. Dla porównania, w Gdańsku wynosi  5,6%, w Warszawie – 5,5% i w  Krakowie – 4,7%.

– Zwykle indywidualni inwestorzy optymistycznie zawyżają rentowność najmu, ponieważ zapominają o tym, że nie są w stanie dokładnie policzyć niektórych kosztów dodatkowych. Mogą to być np. usterki czy też niespodziewane zniszczenia w mieszkaniu. Właściciele biorą pod uwagę ryzyko pustostanów, jednak czasami jest ono niedoszacowane. Dlatego, zawsze trzeba obliczać średnią dochodowość danego lokalu. Faktycznie może ona okazać się nieco niższa, niż zakładamy, na przykład minus 2% – zwraca uwagę Barbara Bugaj.

W opinii specjalisty, inwestowanie w nieruchomości premium może nie być na tyle rentowne, co kupowanie lokali z tzw. segmentu popularnego. Wynika to z bardzo wysokiej ceny zakupu apartamentu. Inwestycji na poziomie kilku milionów złotych nie zwrócą nam lokatorzy. Trzeba też mieć na uwadze to, że poziom pustostanów jest dużo wyższy wśród luksusowych mieszkań, ponieważ z reguły nie wynajmuje się ich zbyt często i szybko. Należy liczyć się także z tym, że możemy nie znaleźć klienta przez klika miesięcy, a nawet przez rok.

Jeżeli już zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod wynajem, to powinniśmy właściwie ocenić, czy nasz produkt jest atrakcyjny na tle innych mieszkań w okolicy. Chodzi przede wszystkim o standard wykończenia i wysokość czynszu najmu. Należy przeanalizować lokalny rynek pod kątem konkurencji, chociażby na podstawie ofert zamieszczonych w serwisach internetowych. Najważniejsze jest to, aby proponowana przez nas odpłatność za używanie lokalu była rynkowa i dopasowana do warunków, jakie oferujemy klientowi – podsumowuje ekspert.

 

Obecnie jesteśmy bardziej skłonni do poszukiwania nowej pracy. Sprzyja temu nie tylko niskie bezrobocie, ale także zmiana mentalności pracowników, którzy nie przywiązują się do jednego pracodawcy. Jakimi czynnikami poza wynagrodzeniem kierują się Polacy przy poszukiwaniu nowej posady? Atmosfera w firmie, a także możliwości rozwoju i benefity – to trzy główne czynniki, na które zwracają uwagę – wynika z badania Ipsos wykonanego dla firmy finansowej Wonga.

Prawie 80 proc. Polaków deklaruje, że jest usatysfakcjonowana wykonywaniem obecnej pracy. Z kolei 27 proc. zmieniło miejsce zatrudnienia bądź stanowisko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku. To najwyższy wynik spośród innych krajów europejskich biorących udział w badaniu „Monitor Rynku Pracy” firmy Randstad.  Zmianie miejsca zatrudnienia sprzyja sytuacja na polskim rynku – stopa bezrobocia w naszym kraju jest na rekordowo niskim poziomie. Jej szacunkowa wartość w sierpniu br. wyniosła 7,1 proc. Niskie bezrobocie sprawia, że pracownicy mogą wybierać spośród wielu ofert pracy. Ta sytuacja jest dla firm nie lada problemem. Dlatego prześcigają się w pomysłach, jak przyciągnąć lub zatrzymać u siebie najlepszych specjalistów. W obecnych czasach konkurencyjne wynagrodzenie już nie wystarczy. Na co poza aspektem finansowym zwracają uwagę Polacy podczas poszukiwania nowego miejsca pracy? Ipsos na zlecenie firmy finansowej Wonga zapytał o to Polaków.

To jest ważne

Jak wynika z badania, ponad 60 proc. respondentów zwracałoby uwagę na atmosferę, jaka panuje w firmie. To czynnik najczęściej wskazywany przez ankietowanych. Z kolei dla 41 proc. Polaków ma znaczenie to, czy firma troszczy się o rozwój pracowników. Kursy, szkolenia czy udział w konferencjach i seminariach to podstawowe środki stosowane przez pracodawców w celu podniesienia kwalifikacji swojej kadry. Natomiast, jak wynika z badania Wonga, 35 proc. ankietowanych przy zmianie miejsca pracy, poza finansami, uwzględni także to, czy firma oferuje benefity dla swoich pracowników, takie jak opieka medyczna czy karnety na siłownię lub basen.

– W dzisiejszych czasach nie da się konkurować o pracownika jedynie atrakcyjnym wynagrodzeniem. Atmosfera, możliwość rozwoju, a także benefity – to trzy najważniejsze czynniki brane pod uwagę przez Polaków przy zmianie pracy.  Zapewnienie opieki medycznej i inne liczne korzyści to w większości firm standard. Jednak kluczowym elementem staje się atmosfera. Obecnie pracownicy poszukują przedsiębiorstw, w których nie tylko mogą liczyć na godziwe wynagrodzenia, ale także, gdzie pracuje się dobrze, gdzie panuje przyjacielska atmosfera. Wiemy, jak jest to istotne. Dlatego stworzyliśmy firmę, w której każdy jest ważny i do której chce się przychodzić – wskazuje Anna Fiejko, dyrektor ds. Personalnych Wonga w Polsce.

Poza aspektami dotyczącymi ściśle samego pracownika, Polacy przy zmianie zatrudnienia zwracają uwagę także na renomę firmy. Co piąty ankietowany patrzy na markę przedsiębiorstwa lub opinie na jego temat w kanałach social media. Prestiżowa pozycja potencjalnego pracodawcy, a także sposób komunikowania się ze społeczeństwem to czynniki, coraz częściej rozważane przy poszukiwaniu pracy. Są one istotne zwłaszcza dla młodego pokolenia, tzw. generacji Y. Ponad 25 proc. młodych deklaruje, że jest to dla nich ważna kwestia. Jednocześnie w gronie osób w wieku 35-44 zdanie to podziela tylko 12 proc. Jedynie 18 proc. badanych uważa, że historia firmy oraz jej ugruntowana pozycja na rynku to element istotny przy wyborze nowego zatrudnienia. Z kolei 14 proc. respondentów będzie kierować się reputacją potencjalnego przełożonego.

Kobieta i mężczyzna szukają pracy

Praca zawodowa kobiet i mężczyzn różni się na wielu płaszczyznach – m.in. w sposobie myślenia i podejmowania decyzji. Zróżnicowanie możemy również zauważyć, jeżeli chodzi o czynniki brane pod uwagę przy wyborze nowego miejsca pracy.

Jak wynika z badania Wonga, na atmosferę w pracy wskazywały najczęściej kobiety (63 proc. vs. 60 proc. ). To, czy firma dba o rozwój swojej kadry, jest ważne dla 44 proc. pań, w porównaniu do 38 proc. panów.  Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli chodzi o ofertę dodatkowych benefitów. Jest to istotny element dla 38 proc. kobiet oraz 33 proc. mężczyzn. Jak pokazują badania, dla pań nieznacznie bardziej liczy się nie tylko pozycja firmy, ale przede wszystkim to, co może dodatkowo zaoferować pracownikom prócz oczywistych elementów, takich jak wynagrodzenie.

Co ciekawe, Polacy częściej niż Polki wskazują na takie aspekty, jak marka firmy (25 proc. vs. 13 proc.). Możemy zauważyć, że dla mężczyzn ważna jest nie tylko atmosfera w pracy, ale także prestiż oraz konkurencyjność na rynku w porównaniu do innych firm.

 Źródło; Wonga

Od przyszłego roku minimalne wynagrodzenie wzrośnie z 2000 do 2100 zł brutto miesięcznie, a stawka godzinowa z 13 do 13,7 zł. GUS szacuje liczbę pracowników otrzymujących minimalne wynagrodzenie w wysokości 2000 zł na około 1,4 mln osób. Dokładne dane pochodzą z 2015 r. i pokazują, że ówczesną płacę minimalną otrzymywało 1,36 mln osób. Różnica jest więc niewielka i wskazuje, że grupa najmniej zarabiających jest w miarę stała.

Przy okazji dyskusji o płacy minimalnej, zarówno w kontekście samej idei tego rozwiązania, jak i ustalenia jej konkretnej wysokości, poruszane są różnego rodzaju problemy, od społecznych, związanych z warunkami życia, poprzez dotyczące kondycji i możliwości firm, po makroekonomiczne, takie jak wpływ na konkurencyjność gospodarki, czy wielkość konsumpcji. Rzadziej dostrzega się jednak kwestię tego, jakich firm i jakich grup pracowników problem dotyczy.

Przyczynkiem, by nad tym się zastanowić, jest najnowsza publikacja GUS, dotycząca działalności małych firm, liczących do 9 pracujących. Takich podmiotów w 2016 r. było nieco ponad 2 mln, a liczba pracujących w nich sięgała 3,96 mln osób. Jednocześnie liczba zatrudnionych na umowę o pracę wynosiła 1,36 mln osób, a średnie wynagrodzenie brutto sięgało 2577 zł. Jeśli zważyć, że średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wynosiło w ubiegłym roku 4047 zł, można śmiało uznać, że większość „beneficjentów” podwyżki płacy minimalnej znajdziemy w gronie zatrudnionych w najmniejszych firmach.

Tezę tę potwierdza raczej nieprzypadkowa zbieżność danych GUS o liczbie otrzymujących płacę minimalną (1,36 mln) z liczbą zatrudnionych na umowę o pracę w firmach liczących do 9 pracujących (1,36 mln). Z innych danych wynika, że spośród firm większych, zatrudniających powyżej 49 osób, jedynie w 153 średnia płaca nie przekraczała w pierwszym półroczu 2017 r. 2000 zł brutto, a w 1136 sięgała od 2001 do 2500 zł, co także przemawia za tym, by to wśród tych najmniejszych firm szukać największej liczby najgorzej zarabiających.

W ramach mikrofirm mamy też do czynienia ze sporym zróżnicowaniem średniego wynagrodzenia w podziale na rodzaje działalności. Najniższe płace, na poziomie około 2100 zł brutto miesięcznie, otrzymują pracownicy w leśnictwie i rybactwie, zakwaterowaniu i gastronomii oraz w pozostałej działalności usługowej, a tylko niewiele więcej (2131 zł) wynosi przeciętne wynagrodzenie w małych firmach zajmujących się transportem i gospodarką magazynową. Nawet wśród „elity” drobnego biznesu, średnie wynagrodzenie dalece in minus odbiega od przeciętnej w całej gospodarce, bo w firmach zajmujących się informacją i komunikacją sięga zaledwie 3900 zł, w obsłudze rynku nieruchomości wynosi 3318 zł, a w działalności profesjonalnej, naukowej i technicznej 3006 zł brutto.

Największe szanse na skorzystanie z podwyżki płacy minimalnej mają zatrudnieni w małych firmach w województwach warmińsko-mazurskim, świętokrzyskim, podlaskim i podkarpackim, gdzie średnia płaca brutto sięga niewiele ponad 2200 zł.

GUS nie podaje szczegółowych danych o strukturze najmniejszych firm według liczby zatrudnionych, ale z porównania liczby tych podmiotów (2 mln) i liczby pracujących (3,96 mln) wynika, że przeciętnie mamy do czynienia z firmą gdzie oprócz właściciela jest jeden pracownik zatrudniony na umowę o pracę. Obaj będą musieli zadbać, by zarobić na podwyżkę. Najbardziej będą musieli się postarać w firmach zajmujących się obsługą rynku nieruchomości, w których nadwyżka przychodów nad kosztami (przed opodatkowaniem) wyniosła w 2016 r. średnio jedynie 8,3 tys. zł rocznie na jednego pracującego, w zakwaterowaniu i gastronomii, gdzie sięgnęła 11,8 tys. zł i w usługach (12,1 tys. zł).

Jak wynika z wyliczeń Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, w efekcie zwiększenia płacy minimalnej w 2018 r. dochody pracowników wzrosną o 1,1 mld zł, a dochody budżetu państwa i jednostek samorządu terytorialnego (z podatków i składek) o ponad 1 mld zł.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Pisk opon, hamowanie i… stłuczka gotowa. Do 75 procent wszystkich kolizji dochodzi przy prędkości mniejszej niż 25 km na godzinę. Niestety często takie zdarzenia mają miejsce z winy człowieka. Jak wynika z analiz Euro NCAP 38 proc. kolizji w mieście można uniknąć montując w samochodach system z funkcją awaryjnego hamowania w mieście.

– Systemy, które asystują kierowcy w zdecydowany sposób przyczyniają się do poprawy bezpieczeństwa np. Front Assist, cały czas monitoruje przestrzeń przed samochodem. Jeżeli kierowca spojrzy na dziecko czy zagapi się na moment, a jadący z przodu pojazd zahamuje, system automatycznie zainicjuje hamowanie unikając kolizji. Front Assist zdecydowanie wpływa na poprawę bezpieczeństwa, Volkswagen seryjnie montuje go w nawet małych, miejskich autach, jak Polo. Najbardziej zaawansowanym z systemów, które wpływają na bezpieczeństwo jest Emergency Assist. Jego zadanie polega na tym, żeby cały czas monitorować pracę kierowcy – mówi newsrm.tv Tomasz Tonder, rzecznik prasowy Volkswagen Group Polska.

Emergency Assist to system, który wkracza do działania, gdy kierowca z powodów zdrowotnych straci kontrolę nad pojazdem. System ten nie tylko zatrzyma auto, ale o ile pozwoli na to sytuacja na drodze też skieruje je na skrajny prawy pas jezdni. W systemie współdziałają̨ ze sobą m.in. aktywny tempomat, asystent zmiany pasa ruchu, asystent utrzymywania samochodu na pasie ruchu oraz system wspomagający parkowanie.

– Jeżeli auto wykryje, że kierowca zasłabł, czy też zasnął natychmiast przejmie kontrole nad prowadzeniem samochodu. Samochód nie zjedzie na przeciwległy pas, nie wpadnie do rowu. System będzie utrzymywał odstęp od poprzedzających samochodów i w bezpieczny sposób się zatrzyma – dodaje Tomasz Tonder.

Samochód nie tylko sam będzie jechał ale także spróbuje wywołać kierowcę np. obudzić go gdy zasnął. Środku kabiny rozlegną się sygnały akustyczne. Na desce rozdzielczej wyświetli się komunikat, który poprosi kierowcę, żeby ten przejął kontrolę nad autem. Jeżeli to się nie wydarzy, samochód rozpocznie awaryjną procedurę. – Zacisną się pasy bezpieczeństwa, włączą się światła awaryjne i auto w bezpieczny sposób zatrzyma się przy prawej krawędzi jezdni. W najnowszej generacji tego systemu samochód także samoczynnie zmieni pas na skrajny prawy jeżeli znajduje się na autostradzie czy na drodze szybkiego ruchu. System ten nie jest dostępny tylko w najbardziej zaawansowanych autach jak Arteon ale on jest również dostępny w Passacie, w Touranie, także w bardzo popularnym Golfie.

Według danych Organizacji Narodów Zjednoczonych każdego roku w wypadkach drogowych na światowych drogach ginie 1 250 000 osób.

 

Wypowiedź: Tomasz Tonder, rzecznik prasowy Volkswagen Group Polska.

Rewolucja technologiczna w świecie finansów rozgościła się na dobre. Internet i nowe formy zdalnego dostępu do rachunku sprawiły, że klient nie odwiedza już placówki banku tak często jak kiedyś. Ten trend potwierdzają statystyki – według danych Komisji Nadzoru Bankowego liczba fizycznych placówek instytucji finansowych jest obecnie najniższa od 2012 roku. Co będzie dalej z oddziałami instytucji finansowych i dokąd zmierza bankowość? O tym opowiada Sławomir Pawlik, Dyrektor Wykonawczy Profi Credit, firmy będącej wiceliderem polskiego rynku pożyczkowego.

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej cyfrowi – to jednak nie znaczy, że przenieśliśmy się całkowicie do wirtualnej rzeczywistości, a oddziały instytucji finansowych przestają być potrzebne. Według danych NBP ponad jedna trzecia klientów woli bezpośredni kontakt z doradcą finansowym. Cenimy oczywiście szybkość i wygodę jaką daje korzystanie z usług finansowych online, jednak bankowość mobilna służy nam przede wszystkim do realizacji prostych spraw, jak sprawdzenie salda czy wykonanie przelewu. Bardziej skomplikowane operacje – otwarcie lub zamknięcie konta czy założenie lokaty – nadal wolimy wykonać w oddziale, który stanowi dla nas potwierdzenie wiarygodności danej instytucji.

Jak wynika z badania KPMG „Bankowanie i klikanie” odwiedzając przedstawicielstwo banku czy firmy pożyczkowej liczymy przede wszystkim na fachową poradę oraz ofertę skrojoną na miarę. I to właśnie dostajemy – instytucje finansowe „premiują” tych, którzy przychodzą do oddziałów. Takie osoby mogą na przykład liczyć na lepsze warunki pożyczki: wyższą kwotę czy dłuższy okres kredytowania. Dodatkowe finansowanie w wysokości 100 tys. dużo łatwiej uzyskać wybierając się do fizycznej placówki banku czy firmy pożyczkowej – dotyczy to zarówno osób prywatnych jak i przedsiębiorców. Dlaczego tak się dzieje? Bo bardziej ufamy tym, których znamy, a nasza wizyta w oddziale jest jednym z elementów potwierdzającym naszą wiarygodność.

Przy okazji rozważań na temat konieczności istnienia placówek instytucji finansowych nie można zapomnieć  o osobach, które z różnych powodów, nie mogą korzystać z nowych technologii. Tzw. wykluczenie cyfrowe jest według Kancelarii Senatu udziałem niemal jednej czwartej Polaków! Są to przeważnie osoby powyżej 65 roku życia. Nie sprawdzą one salda w aplikacji mobilnej i nie wykonają przelewu za pośrednictwem bankowości internetowej. Dla nich oddział to jedyna możliwość kontaktu z instytucją finansową!

Otaczający nas świat nijak przypomina ten z 1998 roku, gdy Powszechny Bank Gospodarczy udostępnił swoim klientom pierwsze w kraju konto dostępne za pośrednictwem internetu. Dziś Polska jest jednym z liderów w zaawansowanej bankowości. Pod względem korzystania z technologii, takich jak płatności zbliżeniowe, rozwiązania typu pay-by-link czy przelewy typu BLIK, jesteśmy w europejskiej czołówce. To właśnie dlatego Google zdecydował, że będziemy jednym z dwóch europejskich krajów testujących płatności mobilne Android Pay. Z tego również powodu Profi Credit kończy właśnie projekt związany z uruchomieniem nowoczesnej platformy online, dzięki której w prosty i wygodny sposób można będzie pozyskać dodatkowe finansowanie.

Wirtualna rzeczywistość odgrywa coraz większą rolę w świecie finansów, jednak miną dziesiątki lat nim online zastąpi offline. Czynnik ludzki jest nie do przeskoczenia, a zarówno klienci jak i banki czy firmy pożyczkowe większym zaufaniem darzą to, co namacalne.  Instytucje finansowe jak najlepiej starają się dostosować swoją ofertę do wymagań rynku – łączyć zalety obu kanałów sprzedaży. Jak wynika z badania The Digital Banking Expert Survey jedynie 5 procent planuje całkowitą rezygnację z tradycyjnych oddziałów. Większość w najbliższych latach postawi na placówki łączące tradycyjną obsługę z najnowszymi technologiami, które będą pełniły rolę centrów doradczych.

Miłośnicy zakupów w internecie chętnie polują na okazje cenowe. Jednak zwracając uwagę wyłącznie na cenę, można szybko stać się ofiarą fałszywego sklepu internetowego. Dotyczy to przede wszystkim designerskich ubrań i mebli oraz sprzętu elektronicznego. Trusted Shops, firma oferująca gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych, radzi w jaki sposób szybko rozpoznać, czy mamy do czynienia z nieuczciwym sprzedawcą.

Korzystając z serwisów do porównania cen można zaoszczędzić znaczną kwotę, ale niekiedy w pogoni za najniższą ceną trafiamy na strony fałszywych sklepów. Po kilku kliknięciach i przedpłacie jest już za późno – pieniądze stracone, a produktu prawdopodobnie nigdy nie dostaniemy. Coraz częściej klienci stają się ofiarą „sklepów-pułapek”, prowadzonych przez świetnie przygotowanych internetowych naciągaczy. Tak było m.in. w przypadku popularnego urządzenia kuchennego Thermomix albo markowych butów sportowych w „promocyjnych cenach” z serwisu oryginalneobuwie.com. Oszuści oferowali produkty po bardzo przystępnych cenach, przyciągając uwagę wielu potencjalnych nabywców. Dlatego konsumenci powinni z ostrożnością podchodzić do wyjątkowo korzystnych ofert. Aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, należy dokładnie przeanalizować zamieszczone przez sklep internetowy informacje i sprawdzić, czy nie ma w nich czegoś podejrzanego.

  1. Podejrzane informacje o sprzedawcy

Dane identyfikujące sprzedawcę muszą być łatwo dostępne i przejrzyste. Jeśli takie informacje nie są opublikowane na stronie sklepu lub są trudne do odnalezienia, jest to poważny sygnał do zachowania ostrożności. Jeżeli po przeanalizowaniu strony e-sklepu nie jesteśmy w stanie zweryfikować, kto tak naprawdę jest sprzedawcą i odpowiada z tytułu umowy sprzedaży, bezpieczniej będzie wybrać inny sklep.

  1. Otwarty termin dostawy

Jeśli przy opisie produktu dodano małą czcionką informację „terminy dostawy są niewiążące”, warto mieć się na baczności. Zgodnie z przepisami termin dostawy powinien zostać wyraźnie określony. Ewentualny dłuższy czas dostawy powinien zostać jednoznacznie wskazany bezpośrednio przy produkcie. Na portalach aukcyjnych jest dużo sprzedawców oferujących produkty, które nie są wysyłane z Polski tylko z zagranicy (często z Chin). Wydłuża to oczywiście proces dostawy, a w niektórych przypadkach może również oznaczać obowiązek opłacenia cła.

  1. Niejednoznaczne ceny oraz płatność z góry bez ochrony kupującego

Informacje o cenach powinny jasno wskazywać cenę brutto danego towaru (tj. z podatkiem VAT) oraz czy należy doliczyć koszt wysyłki lub jakiekolwiek inne dodatkowe koszty. Jeśli koszty wysyłki nie zostały określone lub ich obliczenie jest niejasne, należy liczyć się z nieprzyjemnymi niespodziankami. Dobrym znakiem uwiarygadniającym ofertę sklepu jest objęcie usługą ochrony kupującego płatności „z góry”. Taką ochronę oferuje np. Trusted Shops. Rozwiązanie to pozwala uniknąć utraty pieniędzy w razie braku dostawy towaru.

  1. Niewystarczająca ochrona danych osobowych

Brak dbałości o ochronę danych osobowych to kolejna ważna wskazówka. Jeśli ochrona danych jest traktowana po macoszemu lub w ogóle nie poinformowano o niej w regulaminie lub polityce prywatności, może to oznaczać, że sprzedawca nie chroni odpowiednio naszych danych. W szczególności należy zwrócić uwagę czy dokonywanie płatności w sklepie odbywa się za pomocą połączenia szyfrowanego. Wówczas w pasku adresowym przeglądarki widoczny powinien być element „https” oraz symbol zamkniętej kłódki.

  1. Niezgodne z prawem ograniczenia prawa do odstąpienia od umowy

Od umowy zawartej w internecie (oprócz kilku wyjątków przewidzianych w ustawie o prawach konsumenta) można odstąpić w terminie 14 dni bez podawania przyczyny i zwrócić towar do sklepu. Należy zachować ostrożność, gdy sprzedawca próbuje ograniczyć to prawo, np. wymagając, aby zwracany towar był obowiązkowo w oryginalnym opakowaniu lub wyłączając możliwość zwrotu niektórych kategorii produktów mimo braku odpowiedniej podstawy w obowiązujących przepisach.

  1. Warunki zapisane małym drukiem i klauzule niedozwolone

Jest to nieprzyjazne wobec konsumentów, a nawet zabronione ustawowo, a mimo to niektórzy sprzedawcy próbują pogorszyć sytuację prawną swoich klientów za pomocą klauzul w regulaminie sklepu. Postanowienia takie jak „przesyłka na ryzyko nabywcy” lub „szkody transportowe należy zgłaszać niezwłocznie i po uprzednim sporządzaniu protokołu szkody” są niedozwolone.

  1. Negatywne opinie

W przypadku mniejszych sklepów warto sprawdzić jakie informacje o sklepie pojawiają się w internecie. Często na forach można znaleźć negatywne opinie, które uchronią przed zakupem u nierzetelnego sprzedawcy. Ponadto, jeśli sklep internetowy daje klientom możliwość bezpośredniego wystawienia oceny oraz wyświetla je na swoich stronach — np. za pomocą systemu opinii Trusted Shops — warto dokładnie przyjrzeć się informacjom o serwisie i ofercie sprzedawcy.

  1. Znaki jakości i gwarancja zwrotu pieniędzy

W ustaleniu wiarygodności e-sklepu pomocne mogą okazać się również znaki jakości przyznawane sprzedawcy przez niezależne podmioty po spełnieniu określonych kryteriów. Warto również wybrać sklep oferujący kupującym gwarancję zwrotu pieniędzy, dzięki której odzyskamy wpłacone pieniądze w przypadku braku otrzymania zamówionego towaru. W przypadku aptek prowadzących również wysyłkową sprzedaż produktów leczniczych istnieje na obszarze UE obowiązek publikacji na stronie internetowej europejskiego logo bezpieczeństwa. Służy ono jako potwierdzenie dla nabywców, że sprzedawca jest legalnie działającym podmiotem.

Źródło; Trusted Shops

Eksperci

Bugajski: „Problematyczny” wzrost gospodarczy

Przez kilka ostatnich pokryzysowych lat wiele ekonomistów narzekało na stan globalnej koniunktury i ...

Grejner: Znów wzrosły płace w Polsce. A kiedy dogonimy Niemców?

4473 zł - tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pen...

Kalata: Część firm straci prawo do udzielania ulg

Zmiana ustawy z dnia 29 września 2017 roku o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej o...

Gontarek: Pracodawcy coraz częściej zatrudniają starszych pracowników

We wrześniu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 4,5% r/r. Natomiast...

Przasnyski: Żywność drożeje najmocniej od pięciu lat

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięc...

AKTUALNOŚCI

Zadłużone e-sklepy

Aż o jedną trzecią wzrosło w ciągu roku zadłużenie sprzedawców internetowych działających na polskim...

Wybieramy płatności elektroniczne zamiast gotówki

Większość Polaków wybiera płatności elektroniczne zamiast gotówki. Cenione są za innowacyjność, wygo...

Spotkanie MŚP rozpoczęte

35 tys. m2 – właśnie tyle przestrzeni potrzeba, aby ponad 6 tys. uczestników z ponad 30 krajów mogło...

Emigrujemy do Norwegii – mieszka tam już 85 tys. Polaków

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebyw...

Najszybciej rozwijającym się regionem w UE jest Mazowsze

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Eur...