poniedziałek, Grudzień 9, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "jak uwolnić się od długów"

jak uwolnić się od długów

Upadłość konsumencka. Pytania i odpowiedzi – część 1.

Dzisiejszy odcinek powstał jako odpowiedź na konkretne zapotrzebowanie czytelników mojego Poradnika. Otrzymuję drogą mailową wiele pytań, często dotyczących podobnych zagadnień i dotykających wydawało by się spraw podstawowych.

W niniejszej odsłonie Poradnika odpowiadamy na 5 pytań dotyczących upadłości konsumenckiej, powtarzających się w mailach klientów Kancelarii.

Ile wniosków o upadłość konsumencką składają małżonkowie?

W każdej sytuacji 1 osoba składa 1 wniosek, czyli w przypadku małżeństw planujących ogłosić upadłość konsumencką konieczne będą dwa wnioski.

Warto tu przeanalizować kilka sytuacji. Otóż może tak się zdarzyć, że małżonkowie nie mają jednego zdania w tej kwestii. Jest wówczas możliwe, że tylko jeden z małżonków występuje do sądu z wnioskiem o upadłość konsumencką.

Są też sytuacje, kiedy decyzja taka została podjęta przez obojga małżonków, ale tylko jedno z nich w danym momencie spełnia warunki. Może mieć to miejsce w sytuacji, kiedy np. małżonek prowadzi działalność gospodarczą i nie może jej zamknąć przez okres najbliższych kilku miesięcy.

Najtrudniejszym elementem dla sądu jest ewentualny podział majątku wnioskodawców,  kiedy tylko jeden z małżonków występuje z wnioskiem o upadłość konsumencką. To co dla sądu jest nie lada problemem (np. sprzedaż ½ udziału w domu należącego do wnioskodawcy) może przynieść określone korzyści małżonkom planującym ogłoszenie upadłości.

Właśnie tego typu przypadki i dopasowanie optymalnego działania do określonej sytuacji powinny być w arsenale kancelarii zajmujących się pomocą w skutecznym wnioskowaniu o ogłoszenie upadłości konsumenckiej.

Jakie są koszty związane z upadłością konsumencką, w tym koszty kancelarii, która opracowuje wniosek?

Koszty sądowe, które ponosi w sądzie wnioskodawca są symboliczne: jest to kwota 30 zł. Jeśli dana osoba nie ma żadnego majątku, kwota ta nie wzrośnie, będzie ona pokryta czasowo przez Skarb Państwa. Jeśli zaś wnioskodawca pozostawia w masie upadłości jakiś majątek (np. mieszkanie, samochód), wówczas koszty postępowania upadłościowego będą pokryte ze sprzedaży majątku, jest to zadanie syndyka wyznaczonego do danej sprawy.

Jeśli chodzi o koszty opracowania wniosku przez wyspecjalizowane w tym kancelarie: każdy usługodawca ma prawo do ustalania obowiązujących cen za taką pomoc. W mojej opinii koszt ten nie powinien przekraczać 3 tys. zł  od jednego wniosku, najbardziej uczciwy sposób rozliczenia to według mnie kwota pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych za 1 wniosek.

Jednak może dojść jeszcze jeden koszt, oczywiście mówimy tu o pomocy w działaniu przemyślanym i profesjonalnej usłudze, a nie tylko o napisaniu wniosku i złożeniu tegoż do sądu. Z mojego doświadczenia wynika, że część osób, które zgłaszają się do mojej Kancelarii, w  danym momencie nie kwalifikuje się do uzyskania statusu upadłego. Czyli istnieje duże ryzyko oddalenia wniosku przez sąd. Co wtedy? Po prostu trzeba się do tego działania odpowiednio przygotować.  Okres „przygotowawczy” może trwać od 2-3 miesięcy do nawet kilku lat. Są to pewne określone działania, które powinny być dokładnie zaplanowane przez doradcę od upadłości konsumenckiej. W takiej sytuacji cena usługi może wzrosnąć, nie ma tu określonych stawek. Wszystko zależy od tego, jak dużo czynności trzeba wykonać, aby zmniejszyć do minimum ryzyko oddalenia wniosku.

Czy przedsiębiorca może się oddłużyć przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej?

I tak, i – nie. „Czynny” przedsiębiorca takiej możliwości nie ma – upadłość konsumencka jest skierowana wyłącznie do osób, które działalności gospodarczej nie prowadzą. Jednak dzięki nowelizacji ustawy, która weszła w życie od 1 stycznia 2016 roku, byli przedsiębiorcy nie mają okresu karencji przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.

Czyli dziś zamykam działalność gospodarczą, jutro składam wniosek o upadłość, co teoretycznie  jest możliwe. Osobiście taki pośpiech odradzam, może to być uznane  przez sąd jako działanie w złej wierze, czyli jako próba „ucieczki w upadłość” przed wierzycielami.

Jeśli chodzi o stopień trudności: są to zazwyczaj najtrudniejsze sprawy. Bowiem istnieje inna droga do ogłoszenia upadłości przez przedsiębiorców;

działania te są opisane w ustawie Prawo restrukturyzacyjne, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2016 roku.  W związku z tym, że poprzeczka dla upadających firm jest bardzo wysoko zawieszona, sądy dość łagodnie podchodzą do byłych przedsiębiorców, którzy wnioskują o upadłość konsumencką.

Zdecydowana większość podmiotów gospodarczych, która wpadnie w tarapaty finansowe niewiele może zdziałać, jeśli będzie próbować ratować się lub ogłaszać upadłość w formach przewidzianych w ustawie Prawo restrukturyzacyjne. A w takiej właśnie sytuacji – przedsiębiorca może ubiegać się o upadłość konsumencką. Pod dodatkowym warunkiem, że wcześniej definitywnie zamknie działalność gospodarczą.

Upadłość konsumencka, a działalność gospodarcza c.d.

 Pojawia się dość często opinia, iż były przedsiębiorca, który nie dopełnił formalności i nie złożył – w stosownym czasie –  do sądu wniosku dotyczącego upadłości swojej firmy, nie może skutecznie ubiegać się o upadłość konsumencką. Nie do końca jest to prawda. Aby mieć szansę na przeprowadzenie skutecznie upadłości przedsiębiorstwa, trzeba przede wszystkim mieć na to środki. Na początek nie mniej niż 40-50 tys. zł.

Różnica jest bowiem zasadnicza: przy upadłości konsumenckiej koszty postępowania są pokrywane przez Skarb Państwa, ma to miejsce także w sytuacji, kiedy wnioskodawca nie ma żadnego majątku. Powyższe jednak nie obowiązuje przy upadłości podmiotów gospodarczych, w tym wypadku całość kosztów (w tym wynagrodzenie syndyka i jego pracowników, wyznaczonych do tej sprawy) musi pokryć wnioskodawca z własnych środków.

Najczęściej więc, kiedy dana firma traci płynność finansową, jej właściciel ani myśli o tym, żeby ostatni grosz przeznaczyć na gażę dla syndyka. Prawdą jest też, że w ten sposób działa ów przedsiębiorca wbrew obowiązującemu prawu. Działanie takie – czyli zaniechanie złożenia wniosku o upadłość firmy w odpowiednim czasie – jest obecnie w Polsce prawie powszechne: na tyle, że weszło już do kanonu działania podmiotów gospodarczych będących w tarapatach finansowych. Praktyka wyparła więc teorię.

Powstał zwyczaj, który po części został zaaprobowany przez sądy, jako nie objęty surowymi sankcjami. We wnioskach o upadłość konsumencką takich osób zawieramy po prostu stosowną adnotację, z jakiego powodu ów przedsiębiorca nie wykonał swego obowiązku. Czyli: dlaczego we właściwym czasie nie złożył wniosku o upadłość przedsiębiorstwa. Do tej pory nie mieliśmy z tego powodu, ani jednego oddalenia przez sąd wniosku eks-przedsiębiorcy. Trzeba jednak wykazać, że nie działało się w ten sposób na szkodę wierzycieli.

Czy jeśli zamierzam złożyć wniosek o upadłość konsumencką, mogę zaprzestać spłaty kredytów?

 Jak najbardziej, jest to wręcz konieczne. Przekonała się o tym jedna z osób, która zgłosiła się nas z takim tematem. Otóż sąd oddalił wniosek tej osoby o upadłość konsumencką, chociaż widać było, że wnioskująca pani nie będzie w żaden sposób mogła spłacać swoich zobowiązań.

Co się okazało? Ta pani była tak porządna, że przed złożeniem wniosku do sądu, wzięła jeszcze jakąś pożyczkę, aby na bieżąco uregulować wszystkie raty. W tym układzie we wniosku wpisała zgodnie z prawda, że … nie ma żadnych zaległości w spłacie kilku pożyczek i kredytów. Sędzia stwierdził więc, że nie nastąpiła trwała niemożność do regulowania zobowiązań i wniosek ten oddalił.

Powyższa historia przy okazji pokazuje jak łatwo zrobić błąd przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.  Dlatego przed złożeniem wniosku zawsze należy rozpoznać, czy jest to właściwy moment, tj. czy aktualna sytuacja wnioskodawcy nie stwarza ryzyka negatywnej decyzji sądu.

Zachęcamy do zadawania pytań dotyczących: upadłości konsumenckiej, problemów z kredytami niby-frankowymi, nadmiernego zadłużenia oraz restrukturyzacji zobowiązań. Pytania prosimy kierować na adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Frankowiczu,  masz problem ze spłatą kredytu? Możesz tylko na tym skorzystać!

Banki mające w swoim portfelu w kredyty niby-frankowe, same się proszą o to, aby nie spłacać tych zobowiązań. Poniżej opisuję nową akcję banków, którą ostatnio dość często spotykam w swojej praktyce. Akcję tę poznałem z relacji wielu frankowiczów, którzy zwracają się do mnie po pomoc, gdyż bank odmówił im restrukturyzacji. Cytuję fragmenty jednej z odpowiedzi kredytodawcy na wniosek klienta o obniżenie rat:

„Przykro nam, Pana prośba została rozpatrzona negatywnie. Możemy zaproponować złożenie wniosku o udzielenie wsparcia dla kredytobiorcy z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców”.

Niedźwiedzia ustawa?

W ten oto sposób, ustawa z dnia 9 października 2015 r. o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy, okazała się dla frankowiczów klasyczną niedźwiedzią przysługą. Jak brakuje Ci do raty, idź po ustawową pomoc i powiększ swoje zadłużenie. Takie to mądre rady otrzymują dziś ze strony niektórych banków, klienci mający problem z obsługą wciąż rosnących kosztów spłaty toksycznego kredytu.

 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

 Wbrew pozorom odmowa restrukturyzacji kredytu w CHF, może wyjść jedynie na dobre części klientom. Szczególnie w sytuacji, kiedy wartość nieruchomości jest niższa od kwoty zobowiązania, co zgodnie z trzeźwą oceną sytuacji przeczy sensowi dalszej spłaty takiego kredytu. Bowiem to tak jakbyśmy kupowali od banku nasze mieszkanie (lub dom) za kwotę znacznie powyżej jego ceny rynkowej i jeszcze płacili z tego tytułu odsetki. Jeśli  frankowicz znalazł się pod ścianą, a bank nie wyraził zgody na obniżenie rat, mamy wtedy dwa wyjścia.

Wyjście nr 1: Siedzę i płaczę, kredytu nie płacę

 Czyli: poddaję się bez walki. Próbuję pisać do banku kolejne, błagalne pisma,  wpłacam wszystko co mam na poczet kredytu, zwykle mniej niż wynosi rata.  W końcu zaprzestaję spłaty, bowiem nie mam już na to środków. Co dalej? Czekam biernie z przerażeniem na kolejne ruchy (czytaj: ciosy) banku  (czytaj: oprawcy). Będą to: wypowiedzenie umowy, pozew o zapłatę, skierowanie sprawy do komornika, licytacja nieruchomości, eksmisja.

Możemy trochę sytuację swoją poprawić przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej, ale także w tym wypadku mamy pełne poczucie przegranej.

Czyż nie lepiej wygląda druga metoda działania? Frankowiczom polecam

Wyjście nr 2: Walczę i nie płaczę, kredytu nie płacę

Bank nie chce od Ciebie pieniędzy? Nie to – nie! Masz więc świetną wymówkę, aby nie zapłacić bank-dytom ani złotówki. Drogę działania kredytobiorcy opisywałem po części także w poprzednich odcinkach Poradnika, dziś krótkie przypomnienie jakie rodzą się możliwości obrony.

Sposób działania zależy także od bieżącej sytuacji finansowej frankowicza.

Albo stać Cię będzie na prowadzenie walki w sądzie, albo nie będziesz posiadał na to odpowiednich środków. Ale nawet w tym drugim wariancie istnieją szanse na wygraną. Poniżej przedstawiam ten wariant.

Wariant 1. Nie mam środków na opłacenie kosztów procesu

Tu istnieje możliwość oddania sprawy w ręce prawników, którzy wezmą na siebie ryzyko prowadzenia procesu na własny koszt. Taką właśnie drogę wybiera część moich klientów.  Jak to działa?  W uzgodnieniu z kancelarią należy w stosownym momencie przenieść własność nieruchomości na wskazany podmiot i czekamy na pozew. Liczymy oczywiście na pełną wygraną (trudno jest z góry ocenić szanse) czyli, że uda się kancelarii udowodnić bezzasadność pozwu. Co oznacza, że dług znika.  Jeśli tak, nieruchomość zostaje „odzyskana” bez żadnych obciążeń, po czym zostaje sprzedana. Zwykle kredytobiorca może uzyskać z kwoty sprzedaży 15% ceny, to już kwestia ustaleń z kancelarią. Ale osoba ta jednocześnie pozbywa się długu! Przypomnę, że przed wejściem w spór z bankiem, wartość nieruchomości była ujemna: mówimy bowiem o sytuacji, kiedy kwota kredytu była wyższa od ceny ewentualnej sprzedaży przedmiotu zabezpieczenia.

Wariant 2. Podważamy w sądzie indeksację kredytu

W tej dziedzinie specjalizuje się już kilka kancelarii. Coraz więcej wygranych pozwów przez frankowiczów w tego typu sprawach daje nadzieję, że i Twój proces zakończy się porażką banku. Jakie będą tego efekty? Kredytodawca musi raz jeszcze dokonać przeliczenia kredytu, przy założeniu, że nigdy nie istniała w rozliczeniach z bankiem inna waluta niż złotówka. Czyli wszystkie wpłaty, które dokonywałeś na spłatę kredytu niby-frankowego, będą traktowane podobnie, jakbyś od początku miał kredyt w krajowej walucie. Sądzę, że każdorazowo będą to mocno skomplikowane wyliczenia, ale per saldo Twoje zadłużenie wobec banku może zmniejszyć się o 50, 60, czy nawet  o 70%. Wszystko zależy kiedy uzyskałeś kredyt, jakich do tej pory dokonałeś wpłat na poczet spłaty zadłużenia oraz jaki system rozliczenia kredytu zostanie uznany przez sąd za prawidłowy.  Jakie mogą być koszty takiego postępowania? W zależności od tego, czy będzie to jedna, czy dwie instancje, koszty po stronie kredytobiorcy będą się wahać od 10 do około 20 tysięcy złotych. W wielu przypadkach pewnie dojdzie jeszcze wynagrodzenie kancelarii za sukces, ale oczywiście premia ta będzie należna wyłącznie w przypadku wygranej sprawy.

Wariant 3. Podważamy w sądzie … istnienie długu

To najciekawszy sposób obrony i oczywiście – najbardziej optymistyczny dla ucha frankowicza. Pod warunkiem, że faktycznie pozew banku o zapłatę zostanie całkowicie oddalony. Jest to całkiem „świeży” wynalazek, nie jest wiadome jak sądy będą reagować na prowadzenie sprawy w tenże sposób. Powyższa metoda działania doskonale się sprawdza przy walce z nakazami zapłaty, które do sądu składają firmy windykacyjne, tj. po nabyciu danej wierzytelności od banku. Takie pozwy, specjaliści, z którymi pracuję wygrywają w 8 na 10 przypadków.  Podobna forma walki w sądzie kontra pozwom dotyczącym kredytów frankowych, jeszcze na dziś nie jest dokładnie rozpoznana. Ale są już pierwsze sukcesy, oto fragment niedawno otrzymanego maila od naszych speców od „znikających długów”:

„Wygraliśmy z bankiem pierwszą sprawę hipoteki w CHF – powództwo oddalone w całości. Sąd tak pięknie uzasadnił oddalenie pozwu, że nawet   się apelacji nie spodziewamy. A jak będzie apelacja – to sobie z nią poradzimy z dużym prawdopodobieństwem.”  

Dodam, że sprawa ta dotyczy kredytu w kwocie blisko 300 tys. zł. Pewnie zapytasz dłużniku, jakie są koszty takiej formy obrony? Wyjściowa stawka  za pozew  to nie mniej niż 15 tys. zł. Ale im wyższa kwota kredytu oraz im bardziej skomplikowany przypadek – kwota ta może znacząco wzrosnąć.  Jest to jednak zawsze kwestią uzgodnień stron. Gdyby jednak okazało się,  że uznasz taką drogę walki za zbyt kosztowną (w szczególności, że wyroki sądów są niezbadane), możesz wybrać tańszy Wariant 2. Lub też walczyć bezkosztowo, czyli skorzystać z Wariantu 1.

 Pora na „darmowe obiadki”

Podjęcie walki z bankiem z udziałem profesjonalistów ma też inny wielki plus. Otóż podczas całego okresu postępowania, nie płacisz na poczet spłaty kredytu nic a nic, a czerpiesz korzyści z nieruchomości. Czyli: albo w niej mieszkasz, albo wynajmujesz. Ostatnio trafiły do mnie dwie podobne sprawy, gdzie nieruchomość jest wynajęta i daje to przychód w kwocie na poziomie 4 tys. zł. miesięcznie, przy czym rata kredytu przekracza 5 tys. zł. Bilans roczny zaprzestania spłaty takiego zobowiązania to 60 tys. zł! Tych kredytobiorców nie musiałem długo namawiać, aby sobie odpuścili spłatę; zresztą jak do mnie trafili, de facto – już nie mieli z czego dokładać do kolejnych rat.

Przegrana w sądzie: czy to koniec walki?

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie każda sprawa w sądzie zakończy się wygraną frankowicza. Także w sytuacji, kiedy do walki z bankiem wynajmiemy najlepszych specjalistów. I co wtedy? Czy przegrana oznacza sromotną porażkę kredytobiorcy? Nic z tych rzeczy! Dochodzi wtedy jeszcze jedna możliwość (poza ewentualnością ubiegania się o upadłość konsumencką). Jest to metoda działania, w której się specjalizuję.

Wariant 4. „Kontrolowana” sprzedaż wierzytelności przez bank

 Jak to działa? Opiszę to na przykładzie sprawy, którą zamknąłem we wrześniu br.  Bank posiadał wierzytelność (wypowiedziany kredyt hipoteczny, także w CHF) na kwotę ok. 1,1 mln zł.  Zabezpieczeniem było mieszkanie o wartości ok. 700 tys. zł.  Szans na odzyskanie długu w inny sposób niż egzekucja komornicza nie było, więc udało mi się przekonać bank, aby sprzedał wierzytelność – wskazanemu przeze mnie podmiotowi – za  kwotę  450 tys. zł. I jednocześnie zwolnił nieruchomość z zabezpieczenia kredytu.

Niby proste, ale takie transakcje zwykle trwają nie mniej niż kilka miesięcy. Finalnie kredytobiorca zostaje w tym wariancie bez długu. Dodatkowo, zanim nastąpi zamknięcie całej transakcji – może to trwać nawet kilka lat – może ów dłużnik korzystać z darmowych obiadków.

Uciemiężeni przez banki: szable w dłoń!

Jak widzisz frankowiczu, Twoje możliwości działania przeciwko bankowym oprawcom są naprawdę szerokie. Pod warunkiem, że do tej walki mężnie staniesz. Ale, my Polacy, wszak walkę z teoretycznie silniejszym wrogiem mamy we krwi. Patrz: liczne zrywy narodowe. Z tą jednak różnicą, że niemal we wszystkich powstaniach ponosiliśmy zwykle sromotną porażkę, a w tej walce możemy wroga pokonać!

Szanowni Internauci. Następne odcinki Poradnika będą efektem Państwa licznych pytań, które dostajemy drogą mailową. Najbliższa odsłona będzie poświęcona zagadnieniu upadłości konsumenckiej. I Ty, Czytelniku możesz zadać pytanie w interesującej Cię kwestii. Jeśli jesteś tym zainteresowany, wyślij treść pytania na poniższy adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

7 błędów, jakich nie możesz popełnić przy problemach ze spłatą kredytu.

 Na początek tej odsłony Poradnika – przestroga. Otóż, jeśli masz dłużniku problemy ze spłatą kredytu, najgorszymi działaniami są tzw. bezrefleksyjne odruchy naturalne. Co przez to rozumiem? Nie mam środków na spłatę raty, więc je organizuję w najprostszy sposób. Bo przecież tyle mam możliwości… Oczywiście do czasu. I właśnie między innymi o tym będzie dzisiejszy odcinek.

  1. Nie sięgaj po „łatwe pieniądze”: od rodziny i przyjaciół

Dopóki posiadamy wiarygodność płatniczą w swoim otoczeniu oraz w instytucjach finansowych, bez najmniejszego problemu pozyskamy środki, których zabraknie nam do raty. Często najłatwiej zwrócić się do członka rodziny, czy do przyjaciela. Zwykle nikt z bliskich osób nie odmówi pożyczki na kwotę tysiąca, czy dwóch tysięcy złotych, jeśli oczywiście osoba ta nie posiada problemów finansowych. Powyższe działanie może okazać sensowne jedynie w sytuacji, kiedy Twój problem ze spłatą kredytu jest chwilowy, a nie trwały. W tym drugim przypadku – zajmij się problemem w jego początkowej fazie,  tj. kiedy zorientujesz się, że twój budżet domowy się nie dopina i nie widać szans na szybką poprawę tej sytuacji. I nie mieszaj najbliższych ci osób do Twojej umowy z bankiem – masz ten problem rozwiązać wspólnie z kredytodawcą. Choć pewne jest, że tenże uzna, że jest to wyłącznie Twój kłopot. Nigdy takiego stanowiska nie akceptuj –  w treści umowy są zawsze dwie strony.

  1. Nie spłacaj rat przez zwiększanie zadłużenia

Bardzo częsty błąd popełniany przez kredytobiorców (nie tylko tych hipotecznych), to poprawianie bieżącej płynności finansowej przez zaciąganie pożyczek w  bankach oraz w firmach pożyczkowych. Jest to przykład typowego, automatycznego działania. Czyli wejście w życie „od raty do raty”. W kolejnym miesiącu sytuacja się powtarza, po pewnym czasie jesteśmy w kleszczach typowej pułapki kredytowej. Ta droga działania musi skończyć się prędzej czy później tragedią dla dłużnika.

  1. Nie ratuj na siłę kredytu hipotecznego kosztem innych zobowiązań

Znowu – klasyk, jeśli chodzi o błąd w działaniu kredytobiorcy. Na ratę za mieszkanie środki muszą się znaleźć, ale za to zalegamy z czynszem za ten lokal, a przedsiębiorcy najczęściej „zapominają” o składkach na ZUS, czy opłatach należnych Urzędowi Skarbowemu. Zaczyna się od małych zaległości, ale jeśli mamy stały deficyt w budżecie – po jakimś czasie są to już dziesiątki tysięcy złotych zaległości. Taka taktyka prędzej czy później rozłoży nas na łopatki.

  1. Jeśli nie starcza Ci na ratę „hipoteki”, nie wyprzedawaj składników majątku

Jeśli źródłem Twoich problemów jest kredyt hipoteczny, jeśli masz coś sprzedać, to sprzedaj nieruchomość, która jest zabezpieczeniem tego kredytu. Oczywiście będzie z tym problem, jeśli dług jest większy niż cena sprzedaży, którą możesz uzyskać. Ale skoro tak jest – musisz mocno zastanowić się nad sensownością spłaty tego kredytu, na temat wypowiadałem się razy kilka w poprzednich odcinkach Poradnika. Błędem natomiast jest np. sprzedaż innej nieruchomości (lub ruchomości), aby co miesiąc uzupełniać niedobór środków w budżecie z ceny sprzedaży. Bowiem kiedyś te środki się skończą, a problem wciąż nie będzie rozwiązany. Zatem odpowiednią kalkulację zrób na początku zdiagnozowania sytuacji niedoboru, a nie kiedy już wszystko co mogłeś wyprzedasz i dalej nie będziesz miał możliwości spłaty rat z bieżących dochodów.

  1. Strzeż się sztuczek banków z aneksami restrukturyzacyjnymi

To jest bardzo ważny temat, szczególnie w zakresie problemów frankowiczów. Otóż, jak już powszechnie wiadomo, umowy na kredyty niby-frankowe, które powstały w okresie przed kryzysem z 2008 roku, to często efekt radosnej twórczości bankowych prawników. Większość tych umów zawiera klauzule abuzywne, bardzo naciągana jest też forma indeksacji rat i zadłużenia, tj. przeliczania niby-franków na złotówki. Te „dziewicze” umowy z 2007, czy 2008 roku raczej się w sądzie nie wybronią, jeśli oczywiście przekażemy sprawę w ręce wyspecjalizowanej kancelarii prawnej.

Słabości zapisów zawartych przed laty umów banki mogą mocno zniwelować, poprzez podłożenie ci do podpisu aneksu restrukturyzacyjnego odpowiedniej treści. Po pierwsze będziesz musiał uznać dług jako bezsporny, po drugie bank znacząco wzmocni swoją pozycję przy ewentualnej egzekucji należności. Czyli – jeśli taki dokument podpiszesz, nie tylko tracisz najmocniejsze argumenty przy ewentualnym sporze sądowym, ale na dodatek ułatwisz bankowi szybszą pacyfikację Twojej osoby.

Pamiętaj więc: restrukturyzacja ma sens jedynie w przypadku, kiedy Twoje problemy ze spłatą kredytu są chwilowe.

Jeśli wiesz o tym, że spłata kredytu przerosła Twoje możliwości w dłuższym dystansie – nawet nie myśl, aby ubiegać się o restrukturyzację!

  1. Nie daj się zmanipulować przez telefonicznych windykatorów

W przypadku braku spłaty zobowiązania (w części lub całości raty) banki zwykle stosują m.in. windykację telefoniczną. Prowadzą ją wyszkoleni pracownicy banku – zwykle najniżej stojący w hierarchii w tej instytucji – ich wyłącznym zadaniem jest wyciągnięcie od Ciebie dwóch informacji: kiedy dokonasz spłaty i w jakiej kwocie. Osób tych kompletnie nie interesują przyczyny braku spłaty, ani też, czy jesteś w stanie te środki w jakikolwiek sposób zdobyć. Wchodzenie w rozmowy z windykatorami telefonicznymi mija się więc z celem, szczególnie, że są to osoby mocno wyszkolone w kwestii jak skutecznie wywierać presję psychiczną na dłużnika.  Jeśli więc zdecydowałeś się na podjęcie rozmowy z windykatorem – powiedz prawdę. Czyli: nie mam środków na ratę i nie wiem kiedy będę je posiadał.

Jeśli jednak dasz się wkręcić takiej osobie i złożysz odnośnie przyszłej spłaty obietnicę bez pokrycia, możesz spodziewać się kolejnych telefonów w tonie bardzo napastliwym, wbijającym Cię w poczucie winy. Mało, że jesteś niesolidnym kredytobiorcą, to na dodatek jesteś oszustem – tak to będą przedstawiać Twoi rozmówcy.

Generalnie – wcale nie musisz takich rozmów prowadzić. Jeśli jednak zamierzasz uzgodnić z bankiem zmianę harmonogramu, czy też poinformować o problemach ze spłatą rat – zrób to na piśmie. Skierowanie do banku korespondencji pisemnej zwalnia Cię z obowiązku prowadzenia rozmów telefonicznych z windykatorami. Wtedy po prostu mówisz takiej osobie:

– „Dziękuję za telefon, jestem w stałym kontakcie z bankiem. Do widzenia.”

  1. Nie korzystaj z pomocy przypadkowych „doradców”

Mam tu na uwadze zarówno pomoc prawną, jak również doradców od restrukturyzacji. Tacy pseudo-fachowcy nie dość, że wyciągną od Ciebie ostatni grosz, to na dodatek – zwykle tylko skonfliktują Cię z wierzycielem, lub w inny sposób pogorszą Twoją pozycję przy ewentualnych negocjacjach.

Tu posłużę się przykładem, oto fragment korespondencji jednej z moich obecnych klientek:

„ Kiedy wszelkie moje próby i wysiłki dojścia do porozumienia z bankami (propozycja niższych rat) spełzły na niczym,  zaangażowałam do tej walki jedną z kancelarii zajmujących się  niby – restrukturyzacją. Umówiliśmy się  na obsługę stałą, mieli zająć się moimi sprawami, bo nie miałam już siły do walki. Po uiszczeniu opłaty wstępnej i po płaceniu co miesiąc wcale nie małych kwot za tę obsługę, dziś efektem naszej zakończonej już współpracy jest komornik z jednego z banków (zdobyli BTE rzutem na taśmę – pod koniec ub. roku) i żadnego postępu w pozostałych sprawach….”

Tak niestety niemal zawsze kończy się „przypadkowe doradztwo”. Osiągniesz skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Podsumowanie

W przypadku, kiedy dociera do nas komunikat, że z bieżących dochodów nie jesteśmy w stanie spłacać zobowiązań oraz, że sytuacja ta ma charakter trwały – nie można tego problemu odkładać „na później”. Każdy miesiąc generuje dodatkowe koszty, deficyt w budżecie domowym rośnie. Dochodzą bowiem pozyskane na ratę „łatwe pieniądze” lub nowe pożyczki do spłaty, co w konsekwencji spowoduje, że kiedyś dojdziemy „do ściany”. I tacy klienci właśnie do mnie często trafiają, czasem także tacy – na których ściana ta już się zawaliła i są ścigani przez rzesze komorników. Zatem im szybciej zmierzymy  się z problemem braku płynności finansowej, tym mniejsze odniesiemy straty. Często też, przyszłych strat uda się uniknąć.

I tradycyjnie na koniec: sonda dla Czytelników. Zaglądam zawsze do komentarzy po każdej z części Poradnika, w ubiegłym tygodniu wywiązała się tamże ciekawa dyskusja. Przedstawiam najpierw komentarz „kredycika”:

~kredycik – 28.10 (15:18)

trochę to przypomina poradnik dla złodzieja, no bo jak rozumieć poradnik by nie oddawać długu, który się zaciągnęło. Nie słyszałem nigdy by kogoś zmuszano do wzięcia kredytu – ja wziąłem w złotówkach i płaciłem nawet w pewnym momencie 6,5%, ale franków nie chciałem, bo nie chciałem ryzyka. Rozumiem, że ktoś może ryzykować, jego decyzja ale konsekwencje też jego. Głupota i chciwość to cechy jakie doprowadziły te osoby do miejsca gdzie są a nie banki czy ktoś inny.

A oto jak na powyższy wpis „kredycika” odpowiedział „Zibi”:

~Zibi – 29.10  (07:25)

Nie rozumiesz istoty problemu. Do zakupu VW też nikt nie zmuszał, ale owszem zachęcał. I teraz VW zapłaci w USA 16 mld $ odszkodowań. Normalne, nie? Żadna inna branża, poza bankową nie ma tyle buty chamstwa i bezczelności co branża banksterska, żeby całą winę zwalać na klientów. Jakoś nie słyszałem prezesa VW i lobbystów motoryzacji żeby pyskowali w każdej stacji TV i gazetach „widziały gały co brały”.

Szanowny Czytelniku, a według Ciebie kto ma rację w powyższej dyskusji?

 

 Krzysztof OPPENHEIM

fot. absfreepic.com

Nie warto być grzecznym kredytobiorcą. Poczytaj, co wyrabia bankowa „śmietanka”…

Dzięki temu, że kolejne odcinki Poradnika ukazują się na kilku portalach, tworzony przez mnie przewodnik po meandrach i ciemnych zaułkach bankowości, może mieć charakter interaktywny.

Dowodem na to jest odcinek niniejszy, którego treść powstała wyłącznie na bazie komentarzy Internautów.

Wsadziłem kij w bankowisko…

Prawdziwą burzę w komentarzach czytelników Poradnika wzbudził poprzedni odcinek. W tej odsłonie przedstawiłem – i udowodniłem – kontrowersyjną tezę, że nikt nie straci na tym, kiedy nie spłacisz swojego zobowiązania wobec banku. Posypały się na mnie, właśnie w wypowiedziach Internautów, bardzo ciężkie gromy. Na niektóre zarzuty dziś postaram się odpowiedzieć. Konkretnie – na te zarzuty, które zawierają choć cień krytyki merytorycznej.

Oto pierwszy z komentarzy, w którym niejaki „MB” podważa moje kompetencje:

MB – 14.10 (11:53)

Panie Oppenheim, nie masz pan ani wykształcenia ani wiedzy faktycznej aby wypowiadać się w kwestiach finansów.

Szanowny Panie/Pani MB,

Wbrew Pana/Pani opinii posiadam wykształcenie. Nawet wyższe. Kilka lat studiowałem matematykę teoretyczną na Uniwersytecie Warszawskim, potem – nieco przypadkiem – trafiłem na Wydział Pedagogiki UW, gdzie uzyskałem tytuł magistra. Jak się ma bankowość do matematyki teoretycznej? Podobnie jak poziom gry piłkarskiej drużyny „ligi szóstek” do Realu Madryt.  Otóż ta dziedzina bankowości, w której się specjalizuję – działalność kredytowa – opiera się wyłącznie na trzech działaniach matematycznych.

Bankowiec to ma trudne życie…

Przy udzielaniu kredytu sumujemy najpierw dochody netto wnioskodawcy, musimy zatem nieźle opanować umiejętność dodawania. Potem odejmujemy od tychże wszystkie zobowiązania kredytobiorcy (uwaga – potrzeba tu wiedzy w zakresie odejmowania!). Najtrudniejsze jednak przed nami: wolna kwota, czyli wynik, który uzyskamy z powyższych wyliczeń – tak zwana „różnica” – nie może przekroczyć określonej części naszych dochodów. A więc bez biegłej znajomości dzielenia – ani rusz!

Na szczęście znacznie „mniej pod górkę” mają bankowcy przy ewentualnej restrukturyzacji kredytu. Jak klientowi nie starcza na ratę, wystarczy tylko dodać jego dochody i odjąć od tego zobowiązania (poza tym, które wynika z restrukturyzowanego kredytu). Jeśli wynik wskazuje, że klient może co miesiąc wysupłać dwa tysiące na ratę, nie możemy ustawić miesięcznej spłaty na poziomie czterech tysięcy. Jak pokazuje życie – i to w bardzo wielu przypadkach – z tak arcytrudnym zadaniem bankowcy poradzić sobie nie mogą!

Nie bez kozery wspomniałem także o moim wykształceniu humanistycznym. To co przerabiam na co dzień z klientami, a także poradnikowy temat pod hasłem „psyche dłużnika”, to nic innego jak tylko psychologia społeczna. Przedmiot ten musiałem poznać i  zaliczyć jako student pedagogiki.

Jednakowoż bankowość jako taka, to przede wszystkim życie. To co dzieje się w tej dziedzinie, to co opisuję m.in. w kolejnych odcinkach Poradnika, nigdy nie znajdzie się w podręcznikach do bankowości. A bez tej wiedzy poruszasz się w instytucjach finansowych jak wielki słoń na bardzo kruchym lodzie. Przypomnę, że w bankowości siedzę nieprzerwanie od 1993 roku, kiedy to rozpocząłem pracę na etacie w ówczesnym Banku Przemysłowo-Handlowym.

A oto i kolejny, niezbyt przychylny dla mnie, komentarz:

~dłużnik – 14.10 (07:51)

Przestańcie drukować te idiotyzmy bo będziecie mieć kogoś na sumieniu, ktoś uwierzy w te bzdury i wyląduje pod mostem, albo się powiesi jak przyjdzie komornik, nie róbcie ludziom wody z mózgu, kredyt trzeba spłacać. Jakie szanse ma szary Kowalski przeciwko bankowi z całą kancelarią prawniczą no jakie? Niech redaktor napisze jak się sądzić z bankiem nie płacąc za adwokatów to byłoby ciekawe.

Szanowny Panie „dłużniku”,

Odpowiadam najpierw na ostatnie zdanie i poruszony tu problem. Otóż nie da się wygrać z bankiem „nie płacąc za adwokatów”. Tak się dziwnie złożyło, że przedstawiciele palestry nie tak często zostają wolontariuszami.

Zadajmy sobie więc pytanie:

Skąd wziąć kasę na „papugę”?

Zróbmy więc projekcję finansową przykładowej sprawy. Załóżmy, że Pan Janusz – frankowicz, może przeznaczyć na ratę 2 tysiące złotych. Tyle bowiem zostaje z pensji po zapłacie niezbędnych rachunków. Bank się upiera do spłaty w wysokości 4 tysięcy złotych. Pan Janusz – nie w ciemię bity! – idzie do „adwokata” i robi analizę umowy o kredyt. A tu aż się roi od klauzul abuzywnych! „Adwokat” aż mlaska z zadowolenia… Ale za pozew trzeba zapłacić 10 tysięcy złotych, których kredytobiorca nie posiada. Myśli sobie więc nasz bohater: jakoś dam radę, pożyczę to tu, to tam – i miesiąc zleci.  Co dalej?

Minęło sześć miesięcy…

Pan Janusz doszedł właśnie do ściany. I nie ma skąd „dopożyczyć” kolejnych dwóch tysięcy, których co miesiąc brakuje do raty. Ani mama – emerytka,  już nie ma oszczędności, kolega z pracy też nie bardzo chce się dorzucać do bieżącej raty, chociaż wcześniej nie odmawiał pomocy. Pan Janusz idzie do banku z prośbą o zmianę harmonogramu i po raz kolejny słyszy, że nie ma takiej możliwości. Liczy jednak, że bank się nad nim ulituje i spłaca dalej po dwa tysiące miesięcznie – a nie cztery – co upoważnia kredytodawcę do wypowiedzenia umowy.

Bank, aby odzyskać kwotę kredytu (oczywiście nie odzyska całości tylko część – przecież to kredyt w CHF), składa pozew do sądu. Pan Janusz idzie z pozwem do „adwokata”, u którego się już radził w poprzednim akapicie.

 Dwie wiadomości: dobra i bardzo zła

„Dobra nasza, ale się podłożyli!” – ucieszył się ów adwokat. To była to dobra wiadomość. A oto druga. Jak się Czytelniku domyślasz – to także do Ciebie „dłużniku”, autorze cytowanego komentarza – nasz bohater nie znalazł kasy, aby zapłacić „adwokatowi”. A sam sprawy poprowadzić nie umiał. I stało się tak, jak prorokował „dłużnik” – najpierw przyszedł komornik, zlicytował chałupę, a Pan Janusz wylądował pod mostem…

Dwie wiadomości: dobra i bardzo dobra!

A teraz scenariusz, który ja układam z moimi klientami. Mówię mniej więcej tak:

„Panie Januszu, jeśli zaprzestanie Pan spłaty od dziś, to po okresie sześciu miesięcy zaoszczędzi Pan dwanaście tysięcy złotych. Starczy nie tylko na wynagrodzenie prawnika, ale także np. na sfinansowanie pilnych potrzeb potomstwa.  Pan Janusz tak właśnie uczynił, w sądzie wygrał – bo bank  popełnił w pozwie istotne błędy, a nasz bohater miał kasę na „adwokata”. Pozew udało się oddalić, a Pan Janusz żył potem długo i szczęśliwie – bo bez długu. I we własnym mieszkanku, a nie pod mostem.

I na koniec, jeszcze jeden komentarz. Oto jak się wypowiada niejaki „PiotrEkonomista”:

~PiotrEkonomista – 14.10 (21:16)

Po raz kolejny nie ma Pan pojęcia do czego Pan namawia. Co znaczy zabezpieczenie tyłów przed komornikiem? Czy to nie aby nawoływanie do przestępstwa? Proszę zapoznać się z Art 300 – 303 kk.

Trafiony – niezatopiony!

I tu Pan „PiotrEkonomista” trafił mnie w mój czuły punkt. Konkretnie chodzi o zapisy Art. 300 – 302 Kodeksu karnego, które przewidują odpowiedzialność karną (nawet do 8 lat pozbawienia wolności – Art. 300 kk) za świadome działanie dłużnika na szkodę wierzycieli. Gwoli ścisłości – „PiotrEkonomista” ma trochę racji. Nieumiejętna obrona egzystencji kredytobiorcy przed bankowym oprawcą, może zostać podciągnięta pod odpowiedni artykuł kodeksu karnego. Dlatego każdy ruch, którego celem jest np. odpowiednie zabezpieczenie nieruchomości, czy posiadanych przez dłużnika ruchomości przed egzekucją komorniczą – musi zostać dokonany niemal z chirurgiczną precyzją. Czyli: zgodnie z prawem, tak aby się nie podłożyć.

Jeśli jednak odpowiednio przygotujemy się do ochrony majątku, nic takiego nam nie grozi. Jesteśmy wtedy w stanie udowodnić w sądzie, że działaliśmy „w obronie własnego życia”. W takiej sytuacji nawet mocno kontrowersyjne działania, powinny zostać uznane za nie podlegające sankcjom. Przykład: w okresie II Wojny Światowej akt dywersji przeciwko okupantowi, był często oceniany jako czyn bohaterski. Nieprzypadkowo tu odnoszę się do czasów tej strasznej wojny. To co dziś obserwujemy w relacjach banki – kredytobiorcy, posiada wszelkie znamiona okupacji, czemu poświęcę odrębny odcinek Poradnika.

Ale to co mnie najbardziej boli w kwestii odpowiedzialności karnej dłużnika za działanie na szkodę wierzyciela – to brak symetrii. Załóżmy bowiem, że faktycznie żyjemy w kraju tzw. sprawiedliwości społecznej, w związku z powyższym wprowadzamy odpowiedzialność karną także wobec wierzycieli. W tym wypadku wobec banków, jeśli działają one świadomie na szkodę swoich klientów – kredytobiorców.

Niecne „sztuczki”  bankowych oprawców

Jakiś przykład? Kredyt udzielony firmie ma lekkie opóźnienia, ale nie jest zagrożony i bardzo dobrze zabezpieczony. A Bank X i tak wypowiada umowę, potem odmawia restrukturyzacji. Finał? Firma ogłasza upadłość, jej pracownicy – dziesiątki, czy setki osób – tracą zatrudnienie, podmiot ten pozostawia masę niezapłaconych faktur i zobowiązań, także wobec innych banków. A negatywny bohater – Bank X –  poprzez egzekucję z zabezpieczeń odzyskuje całość kapitału z kredytu wraz z niebotycznymi odsetkami: bo od dnia wypowiedzenia umowa nalicza odsetki karne, a są one znacząco wyższe od tych, które zostały ustalone w umowie kredytowej.

Myślisz czytelniku, że to fikcja literacka? Zacytuję tu fragmenty publikacji bardzo wiarygodnego dziennikarza Gazety Wyborczej – Macieja Samcika.

Oto jak opisuje Pan redaktor jednego z prezesów banków. W tekście utajniłem nazwiska „bohaterów” oraz nazwy banków, które są wymienione.

„Prezes X  powoli wyrasta na enfant terrible polskiej branży bankowej. A właściwie na króla bezdusznych biurokratów, którzy dla zwiększenia rentowności banku o promil są gotowi na wszystko – wypowiedzieć kredyt ratujący firmie życie, wyrzucić tysiące ludzi na bruk, wywołać upadłość przedsiębiorstwa ważnego dla całej gospodarki”

„Dziś prezes X pracuje na podobną opinię, jaką legitymował się kiedyś wśród firm bank (…). Za czasów, kiedy bankowi temu prezesował Y, bank ten wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach”

 Czy zasłużył na nagrodę?

Dodam tylko, że Prezes X nie jest Polakiem. Gdyby faktycznie wprowadzono do kodeksu karnego odpowiednie sankcje za działanie – z premedytacją – wierzyciela na szkodę jego dłużników, Prezes X pewnie dostałby wielokrotny wyrok dożywocia. Czy faktycznie ktokolwiek postawił jakiś zarzut tej osobie, za tak bezwzględne działanie wobec polskich przedsiębiorców? Nic z tych rzeczy! Prezes X jest jednym z najlepiej opłacanych w Polsce managerów, jego zarobki sięgają czasem kwoty 10 mln zł rocznie.

Bandyckie działania banków to nie polski wynalazek, ani też żadna nowość. Oto fragmenty publikacji, która ukazała się 11 października br. na gazeta.pl. Mocny tytuł:

„Wielka afera w Wielkiej Brytanii. Bankierzy specjalnie niszczyli biznesy swoich klientów”

 I mocna treść, oto kilka wybranych cytatów:

 „Royal Bank of Scotland w czasie kryzysu finansowego zniszczył tysiące firm po to, żeby podpompować swoje zyski.”

 „Bank rujnował biznesy swoich klientów włączając je do tzw. Global Restructuring Group. Teoretycznie – to jednostka, której zadaniem było „uzdrawianie” spółek z problemami finansowymi. Praktyka była jednak zgoła odwrotna.”

 „W GRG kredyty klientów były wyżej oprocentowane, a opłaty wprost wyniszczające. Właściciele firm byli zmuszani do wyprzedaży aktywów i oddawania bankowi udziału w spółkach. Bank nabywał aktywa spółek po bardzo niskich cenach, często następnie sprzedając je z zyskiem. Jednym z regularnych nabywców nieruchomości od osób zmuszonych do ich sprzedaży była spółka West Register, powiązana z RBS.”

 „Dzięki praktyce „wpychania” firm do Global Restructuring Group, Royal Bank of Scotland zarobił tylko w 2011 r. 1,2 mld funtów.”

 Szanowny Czytelniku, oto pytanie do Ciebie. Czy w naszym kraju, za wyżej opisane działania bankowych „managerów” powinni oni trafiać za swoje grzechy na dłuższą odsiadkę? To oczywiście wymaga dokonania stosownych zmian w Kodeksie karnym. Czy też uważasz, że tak musi być? Bo nie ma sensu kopać się z koniem…

 

Krzysztof OPPENHEIM

Syndrom genewski: częsta przypadłość kredytobiorców.

Dziś opiszę bardzo dziwny – ale dość często powtarzający się – przypadek, kiedy osoby zadłużonej po uszy nie mogę uratować, bowiem … dłużnik ten odmawia przyjęcia pomocy.  W tym miejscu przypomnę fragment odcinka nr 2. Oto jaką wówczas złożyłem deklarację:

„….do arcytrudnego tematu pod hasłem „psychika dłużnika” będę na pewno w Poradniku powracał. Bowiem z moich doświadczeń w pracy z klientami wynika jasno, że największy problem w uwolnieniu się od długów tkwi… w głowie dłużnika. Jeśli się poddasz, wpadniesz w apatię, potem – w depresję, czekając na to, co los przyniesie – zamienisz się w zombie. A przy ogromnym stresie związanym z przekredytowaniem, o taki stan bardzo łatwo.”

Psychika dłużnika, a psyche alkoholika

Otóż, aby moje Poradnikowe recepty jak uwolnić się od długów, okazały się skuteczne, musi być na to przyzwolenie  dłużnika – poparte stosownym działaniem. Podobnie jest z leczeniem osoby uzależnionej od alkoholu: lekarz daje odpowiednie zalecenia i medykamenty, a alkoholik czasem … robi swoje. Pomimo faktu, że w pełni przekaz lekarza jest dlań zrozumiały.

Mając kontakt m.in. z dziesiątkami frankowiczów, którym stosunkowo łatwo można było pomóc w ich problemach (pisałem o tym w poprzednich odcinkach Poradnika), często okazywało się, że – pomimo oczywistych argumentów –  nie umieli oni zmienić sposobu myślenia i swoich dotychczasowych działań. Czyli dalej spłacali oni kolejne raty kredytu, zwykle nadludzkim wysiłkiem; także w sytuacji, kiedy w pełni zdawali sobie sprawę, że takie postępowanie zaprowadzi ich w bliskiej przyszłości do samozagłady. Doszedłem do konkluzji, że

takie działanie bardzo przypomina  … syndrom sztokholmski

Dwa zdania wyjaśnienia (z Wikipedii) jak objawia się syndrom sztokholmski:

 „Syndrom sztokholmski – to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi.”

„Syndrom ten jest skutkiem psychologicznych reakcji na silny stres oraz rezultatem podejmowanych przez porwanych prób zwrócenia się do prześladowców i wywołania u nich współczucia.”

W tym właśnie miejscu wchodzimy w wyjaśnienie zagadkowego tytułu tej części Poradnika.

 Co to takiego ten „syndrom genewski”?

Kredytobiorca „porażony” ciężkim stresem, związanym z niemożnością spłaty zobowiązania, zaczyna się tegoż kredytu coraz bardziej przywiązywać. Nie przyjmuje jasnych komunikatów, że koncentracja na wywiązywaniu się ze spłaty kolejnych rat (na co dłużnikowi nie starcza środków) jest odroczonym społecznym samobójstwem. Osoba taka zamiast z wrogiem walczyć, broni się rękami i nogami przez wypowiedzeniem umowy. Także w sytuacji, kiedy kładzie na szali swoje zdrowie, dobro rodziny i najbliższych.

Ameryki nie odkryłem, ale…

Nie spotkałem nigdy wcześniej rozpoznania takiej formy uzależnienia  dłużnika od kredytu, dlatego też mogę uznać się za jej odkrywcę. Skoro tak, mam prawo do nazwania opisanego stanu psyche.

Pewnie zapytasz czytelniku, dlaczego wybrałem taką właśnie nazwę, w oczywisty sposób nawiązującą do syndromu sztokholmskiego.

To proste. Otóż z moich obserwacji wynika wprost, że ta dolegliwość najczęściej dopada frankowiczów,  musi być tu odniesienie do wybranego miasta w Szwajcarii:  bo w tym właśnie kraju ktoś wymyślił tę straszną walutę. Zresztą  – obowiązuje ona tam do dziś! (biedni ci Szwajcarzy – przyp. aut.).  Mając do wyboru – alternatywnie –  m.in. Zurych, Bazyleę, Berno, zdecydowałem się jednak na Genewę. Sam zobacz jak dostojnie to brzmi: „syndrom genewski”.

Syndrom genewski nie jest następstwem porwania. Ale posiadanie kredytu frankowego bardzo często powoduje podobne odczucie pełnego zniewolenia – wbrew własnej woli. Ma to miejsce wtedy, kiedy kwota kredytu przeliczona na złotówki znacząco przekracza wartość nieruchomości, a dłużnika nie stać na spłatę rat. Wtedy stajesz się jakby zakładnikiem kredytu w CHF: nie masz bowiem żadnej szansy, aby się z tych więzów wyzwolić w sposób zgodny z oczekiwaniami banku i z treścią zawartej umowy. Często z tej pułapki można się wyzwolić – znają Państwo różne metody działania choćby z lektury Poradnika – jednakowoż osoba cierpiąca na tę przypadłość, nie dopuszcza możliwości, aby się z matni uwolnić.

Narzucające się rozwiązanie – zaprzestanie spłaty, aby nie pogrążać się bardziej – jest z niewiadomych przyczyn często odrzucane przez ofiarę toksycznego produktu.

Pułapka: tym razem nie szklana, tylko frankowa

Kredytobiorca, który wpadł w sidła tej strasznej przypadłości, nie jest w stanie samodzielnie podjąć decyzji o ratowaniu własnej osoby z frankowego potrzasku. Zwykle, jak już do mnie trafia, stracił rodzinę (rozpadła się), kontakt ze znajomymi prawie mu się urwał, żyje od raty do raty. Zwykle na kolejną coś dopożycza od rodziny.

Czy można z tej „choroby” wyjść? Z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to łatwe zadanie. Jakie argumenty mogą trafić do tak uzależnionej osoby? Tym tematem zajmę się szerzej w następnym odcinku Poradnika.

Dziś omówię tylko jeden, ale bardzo zasadniczy argument. Dłużnik w żadnym przypadku nie powinien się obwiniać. Na uzasadnienie słuszności tego argumentu, podam pewien bardzo wymowny przykład.

Przekręt na duża skalę, czy zwyczajna ludzka pomyłka?

Poprzedni odcinek Poradnika zakończyłem krótkim wspomnieniem niedawnej, potężnej wpadki kredytobiorcy. Ówczesny zarządca spółki, która broniła się przed upadłością, stwierdził, że uratować ją może zastrzyk finansowy w kwocie 500 mln zł. Spółka zatem złożyła stosowne dokumenty do banku i w sierpniu ubiegłego roku kredyt taki został udzielony. Pech chciał, że spółki tej i tak nie dało się ocalić. W listopadzie 2015 roku ogłoszona została jej upadłość.

Co się zatem wydarzyło w okresie tych trzech miesięcy, czego zarząd bankruta nie mógł przewidzieć? Działania wojenne zniszczyły fabrykę, gdzie prowadzona była produkcja? Załamanie się – nagle – koniunktury? Katastrofa budowlana? Nic z tych rzeczy się nie miało miejsca. Nie było tu też nieprzewidzianych strat związanych z ryzykiem kursowym, bowiem kredyt został udzielony w krajowej walucie.

Czyja culpa?

Pewnie Czytelniku, łapiesz się za głowę, zarzucając kredytobiorcy działanie niezgodne z prawem, czyli wyłudzenie. Oczywiście trudno w tej sytuacji uwolnić z winy kredytodawcę – kredyt w takiej wysokości musi być przecież oglądany po stokroć z każdej strony, zanim bank wyrazi zgodę na wypłatę 500 mln zł. W tym wypadku nie ma mowy o przekręcie. Z całą pewnością była to zwykła ludzka pomyłka!

Dlatego nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Ani osoby zarządzające upadłą spółką, ani zarząd kredytodawcy.

Myślisz, że sobie to wymyśliłem? To poczytaj sobie publikację z portalu gazetaprawna.pl z dnia 23 listopada 2015 roku, pt. „Szałamacha: Zbadamy,     czy działania KNF były adekwatne do sytuacji SK Banku”

 A więc – wszystko jasne!

Chodzi o głośny przypadek upadłości wołomińskiego SK Banku. Oto kilka wybranych cytatów wymienionej publikacji:

„Według resortu finansów SK Bank od lat podlegał nadzorowi KNF, która posiadała wszelkie uprawnienia do weryfikacji dokumentów dostarczonych przez bank zgodnie z obowiązującymi przepisami. W sierpniu 2015 r. bank uzyskał wsparcie finansowe w postaci kredytu w wysokości 500 mln zł, udzielonego przez Narodowy Bank Polski, który został częściowo poręczony przez Ministra Finansów.” (…)

 „Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego resort finansów miał pełną wiedzę o działaniach Komisji w sprawie SK Banku.”  (…)

 „KNF zawiesiła z dniem 21 listopada 2015 r. działalność Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa z siedzibą w Wołominie (posługującego się nazwą handlową „SK Bank”) decyzją z 20 listopada.”

 Andrzej Jakubiak, Marek Belka, Mateusz Szczurek

Wymieniona powyżej Wielka Trójka to osoby, które wspólnie, na skutek nietrafionej decyzji biznesowej, doprowadziły do tak dużej straty. Poniósł ją Skarb Państwa. Wnioskującym o kredyt był bowiem sam Andrzej Jakubiak – Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, a wniosek o kredyt został zaakceptowany zarówno przez Marka Belkę – ówczesnego Prezesa NBP, oraz przez Ministra Finansów – Mateusza Szczurka.

Żadna z tych osób nie poniosła żadnych konsekwencji. Wcale mnie to nie dziwi, bo każdy może się przecież pomylić. Mając powyższe na względzie

Szanowny Dłużniku  udzielam ci rozgrzeszenia jeśli także twoje decyzje finansowe przy zaciąganiu zobowiązań okazały się nietrafione.

 

KrzysztofOppenheim-FOTO-dobreKrzysztof OPPENHEIM

Nie stać Cię na spłatę kredytu? Nie daj sobie wmówić, że to wyłącznie Twoja wina.

Rad jestem wielce, że kolejne odcinki Poradnika cieszą się niemalejącym zainteresowaniem Internautów. Tym bardziej tworzenie kolejnych części sprawia mi satysfakcję, że w 8 na 10 przypadków osób trafiających do Kancelarii po poradę – jesteśmy w stanie skutecznie pomóc. Lub też, przynajmniej wskazać właściwy kierunek zagubionemu kredytobiorcy.

Dla tych osób, które znają niektóre poprzednie odcinki Poradnika, nie będzie tajemnicą, że w sytuacjach spornych pomiędzy bankiem a dłużnikiem optuję niemal w każdym przypadku za podjęciem walki. Zazwyczaj będzie to forma walki partyzanckiej, a nie zaś otwartej wojny. Jeśli więc z bankiem nie idzie się dogadać w kwestii obsługi kredytu, zaczynamy od prostego NIE.

Pierwszym krokiem, kiedy bank wymusza spłatę przekraczającą Twoje bieżące możliwości, będzie nauczenie się bezwzględnego stosowania wobec kredytodawcy poniższej zasady:

Postaw się, a nie zastaw się!

Bowiem jedną z najgorszych metod ratowania kredytu, jest pożyczanie kasy na spłatę kolejnych rat gdzie popadnie. To jest u bliższej lub dalszej rodziny, znajomych, czy też biorąc „chwilówkę”  w jednej z lichwiarskich firm.

Oczywiste jest dla mnie, że rada pod hasłem „nie spłacaj kredytu, jeśli nie jesteś w stanie tego robić z bieżących dochodów” budzi wiele kontrowersji.

Głównie jest to spowodowane przepotężnym wpływem lobby bankowego na wszelkie treści ukazujące się w mediach. Ale nie tylko.

 Afro to widzę…

To także efekty chorego i bardzo często absurdalnego wymuszania na nas dostosowania się do tzw. politycznej poprawności, która to np. na każdego spotkanego Murzyna, każe nam mówić „Afroamerykanin”. Nie zawsze to się sprawdza,  bo ponoć przed laty, jeden „Afroamerykanin”  (widzicie jaki jestem porządny, nie napisałem Murzyn! przyp. aut.) pałętał się z niewiadomych przyczyn po Afryce, a w Ameryce nigdy nie był, przez co piekielnie utrudnił swoją identyfikację.

Moralność Pana Autora

Wróćmy jednak do mej poradnikowej „tfurczości”. Niechybnie mojemu działaniu, czyli namawianiu klientów do zaprzestania spłaty zobowiązań – oczywiście nie w każdym przypadku takich rad udzielam – łatwo zarzucić można amoralność. Wszak jest to czynienie szkody po stronie wierzycieli.

Szanowny Czytelniku, jeśli i Ty tak uważasz, to powiem Ci jedną ważną rzecz. Otóż miałem w swoich rękach dziesiątki tysięcy umów, zawartych przez klientów z instytucjami finansowymi. Biorę tu pod uwagę nie tylko banki, ale także parabanki (czytaj: lichwiarze – przyp. aut.) oraz firmy leasingowe.  Okazuje się, że wszystkie te umowy miały jedną wspólną cechę. Nie wiesz jaką? No to Cię pewnie bardzo zaskoczę:

każda umowa zawierana jest przez dwie strony.

Co, wiedziałeś o tym? Zarzucasz mi, że robię sobie żarty? Że każdy to wie?

Zgadza się. No więc dlaczego, szanowny Czytelniku, akceptujesz narzucony przez lobbystów bankowych pogląd, ze całą odpowiedzialność za problemy ze spłatą zobowiązania ponosi tylko jedna ze stron? Konkretnie: nabywca danego produktu. A nie –  sprzedawca, będący wszak profesjonalistą!

Ale zostawmy na boku suche dyskusje. Zamiast przekonywać się nawzajem, kto ma rację, opowiem Wam dziś o sprawach, które do mnie trafiły. Wiele z nich to pokłosie lektury Poradnika, czyli tematy z ostatnich dni lub miesięcy. Wybrałem do tej krótkiej prezentacji przypadki, jakie spotykam niejednokroć w działaniach Kancelarii, a więc – powtarzalne.

Starsi ludzie vs. bezwzględni lichwiarze

Takich sytuacji znam dziesiątki. Jedną z nich opisywałem w Odcinku 10. To historia schorowanej, 60-letniej kobiety, której sąd w Białymstoku oddalił wniosek o upadłość konsumencką. To przykład, jak firmy pożyczkowe, w pełni zgodnie z prawem doprowadzają życie takich ludzi do ruiny. Pierwsza część pracy lichwiarzy to szukanie ofiar, którym można wcisnąć chwilówkę z kosztami czasem ponad 30 proc. miesięcznie (od marca tego roku, nieco mniej – do 27.5 proc. miesięcznie – przyp. aut.).

Starszy Pan (Pani) widzi pieniądze, nie czyta umowy i nie jest w stanie ocenić jakie stwarza ona zagrożenia dla egzystencji pożyczkobiorcy. Jak przychodzi termin spłaty – często szuka następnej pożyczki, potem następnej, itd. Aż uzbiera się tak wiele (na przykład ponad 50 – miałem takie przypadki), że osoba biorąca te pożyczki zupełnie traci kontrolę: nie tylko nad ich spłatą, ale także nad swoim życiem. Pojawiają się wtedy – niczym drapieżne sępy –  bezwzględni windykatorzy, którzy wręcz terroryzują biedaka, aby wycisnąć od niego każdy grosz. Oczywiście bardzo często łamią przy tym prawo. Ale kto wziąłby w naszym kraju pod ochronę schorowanego dziadka, zadłużonego po uszy?

Niezorientowani w przepisach prawnych vs. windykacyjne hieny

Wyobraź sobie, że miałeś kiedyś – grubo ponad 10 lat temu – jakiś dług. Już dawno o nim zapomniałeś. Bo … być może przed laty został on spłacony! A może jednak coś tam zostało do spłaty (np. kilka tysięcy złotych), ale nikt się o tę kwotę przez lata nie upominał. Nagle pojawia się jakiś nieznany ci „Fundusz Sekurytyzacyjny”  z niezbyt dobrą informacją, że jesteś firmie tej winny … prawie 100 tys. zł. Takich spraw prowadzę wiele. Fundusz taki ma w ręku tytuł wykonawczy, bo pisma z sądu przychodziły na adres, pod którym od dawna nie mieszkasz. W takiej sytuacji sąd orzekł (wobec braku sprzeciwu strony pozwanej), że faktycznie jesteś dłużnikiem tegoż Funduszu. Jeśli nie masz tej kwoty pod ręką, Twój wierzyciel nie zostawia Cię w potrzebie samego, gwarantując towarzystwo komornika. Na najbliższe 20 lat…

Młoda rodzina vs. bankowe bezmózgowce

To sprawa sprzed miesiąca, którą prowadzę. Napisał do Kancelarii, w bardzo „ciepłym” tonie Pan Janusz P.  Jest posiadaczem kredytu frankowego, ma też inne zadłużenia, są to niezabezpieczone pożyczki (w kilku bankach). Poprosił, abyśmy spotkali się – wraz z nim i jego Żoną – w kawiarni, ze względu, że jest tam placyk zabaw i będzie można spokojnie porozmawiać (Państwo P. nie mieli zostawić z kim dzieci).  Pan Janusz przedstawia mi swoją żonę – to urocza, pewnie góra 22- lub 23-letnia kobieta, obecnie nie pracująca. Jedno dziecko ma kilka miesięcy i słodko  śpi w stojącym obok wózku. Drugie dziecko to na oko 3-letni chłopczyk, który z zaangażowaniem coś „gotuje” – placyk zabaw to niby kuchnia, w której właśnie urzęduje mały Piotruś. Pan Janusz zaczyna rozmowę tymi słowy:  „Panie Krzysztofie, mamy kredyty na blisko 3 mln zł, na szczęście są tylko na mnie.”

Pytam ile jest warte mieszkanie,  na którym jest kredyt frankowy. „Pewnie z 700 lub 800 tysięcy złotych, kupowałem znacznie drożej, ale ceny spadły.   A kredyt to obecnie, w złotówkach licząc, sporo ponad 2 mln zł”.  „Dużo Pan zarabia?” – pytam dalej. „Kiedyś – tak, ale ostatnio – nie bardzo” – słyszę w odpowiedzi.

Czytelniku – uważaj, za chwilę będziesz testowany!

Jeśli w opisanej sytuacji, przychodzi ci do głowy refleksja „jak był głupi, to niech spłaca” to prosiłbym Cię, abyś nie psuł mi nastroju i nie czytał dalej  tej publikacji. Ani kolejnych odcinków Poradnika. Przypomnę tylko, że większość Polaków to katolicy, dlatego też, tak często wraca dyskusja nad koniecznością ochrony życia nienarodzonych. Ja z kolei, zawsze w swoich działaniach i publikacjach, będę bronił godnego życia naszych rodaków – już tych narodzonych; nie ma znaczenia, czy są  to dzieci, czy dorosłe osoby. W tym wypadku jest to obrona tej rodziny przed czekającą ich pacyfikacją (przez komorników – na zlecenie banków) oraz życiem do ostatnich dni w skrajnym ubóstwie.

Żadna praca nie hańbi? Wierutna bzdura!

Jak więc widzę tak przerażający efekt „pracy” bankowców, którzy zowią się „doradcami” klienta, to zawsze wzbiera we mnie wściekłość. Jak do tak koszmarnego zadłużenia, tak młodego człowieka, może dojść? „Doradca” ma plan, więc musi go wykonać – bo inaczej mało zarobi, albo straci robotę, a klient „mieści się w procedurach” i może pożyczkę na daną kwotę uzyskać. Nie ma przy tym znaczenia, że ów klient ma już sporo ponad 2,5 mln zł innych zobowiązań, więc niemal pewne jest, że udzielonej pożyczki nie spłaci.  Zadajmy sobie pytanie: kto w tym gronie ewidentnie działa na szkodę banku?

Dlaczego takich „doradców” zaliczam do gatunku o wiele mówiącej nazwie „bankowych bezmózgowców”?  Tak  bowiem zarządy wielu banków kierują swoimi podwładnymi. Pracowniku: czytaj procedury, wykonuj je nie zadając zbędnych pytań, a nade wszystko – masz zrobić plan! Niestety, podobne – i jeszcze bardziej niebezpieczne dla kredytobiorców zasady – obowiązują przy ewentualnej restrukturyzacji. Pracownik banku, prowadzący dany temat zamienia się często w bezdusznego kata kredytobiorcy i jego rodziny. Ma to miejsce także w sytuacji, kiedy sugerowana przez klienta zmiana harmonogramu może nie tylko uratować kredytobiorcę, ale również spłatę kredytu.

Czy znając obecną sytuację finansową Janusza P. i jego rodziny, można im pomóc? Czy można wyzwolić ich z tak gigantycznych długów? Oczywiście! I zrobię to z największą przyjemnością.

Kto chce być więźniem? A kto strażnikiem?

To tylko niektóre przypadki, w których staję murem po stronie klientów,  jeśli tylko taka jest ich wola. Ze zgrozą obserwuję coraz większą patologizację sektora bankowego. Następuje to przy niemal pełnej akceptacji, lub braku reakcji, zarówno naszych władz, jak i odpowiednich instytucji, których celem jest ochrona praw konsumenta, lub nadzór nad sektorem finansowym.

Przypatruję się, także z przerażeniem, relacjom na linii pracownik działu windykacji – kredytobiorca. Ci pierwsi coraz częściej wczuwają się z lubością w rolę ciemiężcy wobec słabszej strony, co kropka w kropkę przypomina mi efekty eksperymentu więziennego z 1971 roku, przeprowadzonego pod przewodnictwem prof. Philipa Zimbardo. Zacytuję tu, za Wikipedią, główny wniosek z tych niezwykle ciekawych (i równie niebezpiecznych) badań:

 „Amerykański psycholog udowodnił, że ludzie zdrowi psychicznie, w specyficznych warunkach wcielają się w role oprawców i ofiar.

Jaka jest najlepsza strategia obrony, jeśli znajdziesz się w takiej sytuacji? Pamiętaj: za nic na świecie nie możesz wejść w rolę więźnia!  Bo wtedy zostaniesz spacyfikowany. Na dodatek dasz satysfakcję swojemu oprawcy.

I na koniec tego akapitu jeszcze jeden cytat z Wikipedii, w którym mowa o przedwczesnym zakończeniu eksperymentu Zimbardo:

„Zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment przerwany został już po sześciu dniach ze względu na brutalne zachowania osób, które przyjęły role strażników.”

Mylić się, ludzka rzecz!

I Ciebie to czeka kredytobiorco, jeśli poddasz się bez walki i nie zrzucisz z siebie jarzma winy za niespłacony kredyt. Każdy może się omylić i czegoś tam nie przewidzieć. Przecież nie jesteś żadnym oszustem! A`propos pomyłki: już za tydzień opiszę, jak jeden Pan, w ubiegłym roku, mocno się omylił przy ratowaniu spółki przed bankructwem.  Uważał, że podmiot ten da się uchronić i dostał na ten cel drobne … 500 mln zł. Akcja się nie powiodła, niecałe 3 miesiące po uzyskaniu kredytu, spółka ta ogłosiła upadłość.

Obecnie zarówno osoby kierujące upadłą spółką, jak i te, które wydały zgodę na kredyt, nie czując do siebie urazy – świetnie sobie żyją i wcale się nie przejmują tą drobną wpadką. Czego i tobie życzę! Szczególnie, że pewnie twój kredyt to trochę mniej niż pięćset baniek…

 Krzysztof OPPENHEIM

fot. absfreepic.com

Czy w każdej sytuacji musimy spłacać swoje zobowiązania wobec banków? Zdecydowanie nie!

 W Polsce bardzo poważnie podchodzimy do zobowiązań finansowych. „Bo kredyty trzeba spłacać” – takie hasło wbija się nam do głowy niemal od urodzenia. Po części zgadzam się z powyższym. Ale pod warunkiem, że nie zaistniało żadne zdarzenie losowe, które by Ci to uniemożliwiło.

Bank udzielając nam kredytu przeprowadził przecież stosowne analizy. Wszak pracują tam specjaliści najwyższej klasy. Po czym to poznać? Choćby po zarobkach członków zarządu: tylko w bankowości są to tak wysokie gaże.

Jeśli więc zdarzyło Ci się, że straciłeś pracę – czego nie zakładałeś biorąc kredyt lub pożyczkę – i w konsekwencji nie masz środków na spłatę rat, współodpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest także kredytodawca. Jako profesjonalista mógł to przewiedzieć! I przygotować stosowne procedury.

 Komu kredyt? Komu? Bo idę do domu…

Powyższy wstęp jest istotny dla oceny relacji bank – kredytobiorca oraz uznania odpowiedzialności stron ze ewentualny brak spłaty zobowiązania. Otóż, bankowcy skutecznie wmówili nam, że w sytuacji problemów z regulowaniem rat, cała wina leży wyłącznie po stronie dłużnika. Tak, jakby bank  nie brał udziału w podejmowaniu decyzji w sprawie udzielenia kredytu. Czyli: przychodzi klient do banku, informuje o zapotrzebowaniu na określoną kwotę, podpisuje potem umowę kredytową, a kasjer wypłaca te środki. Jak wiemy – nie tak to działa.

Jako doradca finansowy, którego zadaniem jest pomoc osobom mającym problemy w regulowaniu swoich zobowiązań finansowych,  części klientom zdecydowanie odradzam spłatę kredytu, czy pożyczki. Dziś przedstawię, w jakich sytuacjach nie opłaca się być grzecznym kredytobiorcą  i zanosić wszystkie pieniążki do banku. Własne lub pożyczone „po rodzinie”.

 

Sytuacja nr 1. Kiedy spłata kredytu zagraża Twojej egzystencji.

Tu odwołam się do nauki. Słyszałeś coś o piramidzie potrzeb Maslowa?  Pewnie słyszałeś. Wiedza ta jednak nie dotarła do większości bankowców. Zaraz to udowodnię.

 

Przypomnijmy wersję klasyczną Piramidy Maslowa.

12

A teraz sytuacja, z którą dość często się spotykam w swojej pracy zawodowej. Przykładowo: małżonkowie spłacają kredyt hipoteczny, którego rata wynosi np. 2000 zł.  Jedno z nich traci pracę, po czym ich dochody spadają z 5000 zł netto/mies. do 2000 zł. Proszą więc kredytodawcę o znaczące zmniejszenie rat, informując skąd biorą się ich problemy w spłacie. Bank odmawia. Wnioskują jeszcze raz. Bank konsekwentnie mówi – NIE.

Niechaj przemówi nauka!

Co na ten temat powiedziałby Abraham Maslow? Otóż, jeśli rodzina ta przeznaczy wszystkie posiadane środki na spłatę kredytu (no bo kto ze zwykłych zjadaczy chleba posiada w tych czasach oszczędności?), to nie będą w stanie zaspokoić nawet potrzeb fizjologicznych.  No i wtedy mamy problem!

Oddajmy głos nauce, cytuję za Wikipedią.

Potrzeby fizjologiczne: są to wymagania fizyczne niezbędne do przetrwania człowieka. Jeżeli te potrzeby nie są zaspokojone, ludzki organizm nie może prawidłowo funkcjonować i ostatecznie nie będzie w stanie przetrwać. Potrzeby fizjologiczne są uważane za najważniejsze; dlatego powinny być spełnione w pierwszej kolejności. Dotyczy to również rodziny kredytobiorcy.

Piramida potrzeb według BANKO

Widać z powyższego, że bankowcy zlekceważyli osiągnięcia naukowe Maslowa i stworzyli własną, znacznie prostszą wersję piramidy potrzeb. Prezentuję ją poniżej.

13

Piramida potrzeb kredytobiorcy opracowana przez bankowców.

Można więc uznać, że opisany powyżej dylemat moralny kredytobiorców „spłacać, czy nie spłacać?” jest w istocie tożsamy z hamletowskim „być, czy nie być?”. Grzecznie spłacać – znaczy podążać w kierunku niebytu: bowiem nie będziemy w stanie zaspokoić potrzeb fizjologicznych.  W szczególności, jeśli kredytobiorca wszystkie posiadane pieniążki zaniesie do banku, to nie będzie miał za co kupić jedzonka i po pewnym czasie umrze z głodu. A kto wtedy spłaci kredycik? Pomyślałeś o tym BANKO? Ach, zapomniałem, że ty nie myślisz. Ty „działasz zgodnie z procedurami”.

Sytuacja nr 2. Kiedy kwota kredytu znacząco przekracza wartość nieruchomości, stanowiącej zabezpieczenie.

Pomijam w tym akapicie wartość emocjonalną posiadanej nieruchomości, którą zwykle jest nasz dom rodzinny. To znacznie więcej niż  „zabezpieczenie kredytu”. Niemniej jednak, jeśli nie stać Cię na spłatę rat, a z bankiem nie możesz się dogadać – jakiekolwiek wpłaty na rzecz kredytodawcy to środki wyrzucone w błoto. Jeśli bowiem będą one w kwotach niewystarczających, umowa prędzej czy później będzie wypowiedziana. A wpłacona kasa – i tak przepadła.

Ekonomia, głupcze!

Spójrzmy jeszcze na ten sam problem z perspektyw prostej ekonomii. Może za przykład niech posłuży sytuacja jednego z moich klientów. Segment pod Warszawą o wartości ok. 500 tys. zł, kredyt oczywiście w CHF, obecna kwota zadłużenia – 1,2 mln zł. Rata prawie 5 tys. zł. Kredytobiorca wyciąga co miesiąc 7 tys. zł na rękę, harując po 7 dni w tygodniu. A ja się pytam – po co? Bo to jest tak, jakbyśmy kupowali od banku tę nieruchomość za 1.2 mln zł, której wartość to ledwie 500 tys. zł. I jeszcze bankowi płacili odsetki!  Gdyby, na przykład, tenże kredytobiorca chciał podobną nieruchomość wynająć na wolnym rynku, koszt czynszu nie przekroczyłby kwoty 2,5 tys. zł.

Najkorzystniejszy finansowo wariant dla kredytobiorcy to zaprzestanie spłaty zobowiązania. Wtedy koszty mieszkania – we własnym domu – spadają do zera (poza opłatą za media), a zanim bank zdobędzie tytuł egzekucyjny w sądzie, minie nie mniej niż 2 lata. Zobacz ile w tym czasie możesz odłożyć kasy!

Z tych prostych wyliczeń widać jak wielkim bezsensem jest dalsza spłata  tego zobowiązania. Ale powyższe trzeba sobie uświadomić. Musimy także zaakceptować fakt, że nie będziemy porządnymi kredytobiorcami, jak do tej pory, tylko wchodzimy z bankiem w spór. Jak pokazuje moja praktyka – to nie takie proste. W opisanej sytuacji, klient nie skorzystał z mojej rady i kontynuuje spłatę zobowiązania. Ku chwale sektora finansowego!

Sytuacja nr 3. Kiedy Twoje zobowiązania są tak duże, że na pewno nie spłacisz ich do końca życia.

Wbrew pozorom, w obecnych czasach to dość częsty przypadek. Grubo ponad milion Polaków zachłysnęło się wizją posiadania własnego mieszkania, czy domu. Uwierzyliśmy premierowi Tuskowi w zieloną wyspę Europy, którą w ciągu 8 lat sprawowania władzy, rząd zamienił w czerwoną latarnię.

Doszły nie tylko problemy z utrzymaniem stałego zatrudnienia, ale także ukochany przez Polaków frank pokazał jak potrafi być wredny.

Poza tym od początku 2012 roku

Polska stała się rajem dla lichwiarzy

To konsekwencja ustawy o kredycie konsumenckim z maja 2011 r., która zniosła wszelkie ograniczenia w kosztach pożyczek. Pomimo znaczącej recesji w naszej gospodarce, bankowcy na prawo i lewo sprzedają niezabezpieczone produkty kredytowe, których szkodowość dochodzi do 25 proc. Potem – jak jest problem ze spłatą – bezwzględnie egzekwują należność, nasyłając na kredytobiorcę komornika. A ten pacyfikuje dłużnika. I pozamiatane.

Nie dziwi więc, że coraz większa populacja naszych rodaków wpada w totalną pętlę zadłużenia, bez szans na spłatę posiadanych zobowiązań. Poza sytuacją wygranej w grze losowej, ale nie wszystkim się to jednak udaje. W tego typu przypadkach – zapętlenia długami – każda złotówka przeznaczona na spłatę zobowiązań wobec banków, to tak, jakbyśmy te środki wrzucali do studni.

Na szczęście od stycznia 2015 roku w Polsce obowiązuje bardzo korzystna ustawa dotycząca upadłości konsumenckiej. Temu tematowi poświęcony będzie kolejny odcinek Poradnika.

Jeśli nie chcesz swojej zguby, przestań spłacać kredyt luby!

Nie są to wszystkie sytuacje, kiedy odradzam moim klientom spłatę zobowiązania. Wbrew pozorom, wcale nie musi powyższe zakończyć się tragedią dla kredytobiorcy. Jest dokładnie odwrotnie: właśnie postępowanie „poprawne politycznie”, czyli spłata kredytu w opisanych sytuacjach do wyczerpania gotówkowych zapasów (własnych i rodziny) nieuchronnie prowadzi dłużnika do zguby. Im wcześniej sobie to uświadomimy – tym mamy większe szanse na uwolnienie się od długów i obrony przed niechybną katastrofą finansową.

Bankowcy, zaś, muszą w końcu przyjąć do wiadomości,  że wypłacalny dłużnik to taki, który żyje, jest zdolny do pracy i ma do spłaty takie raty, jakie jest w stanie podźwignąć: nie narażając siebie i swojej rodziny na unicestwienie.

 

Krzysztof OPPENHEIM

Bank vs. kredytobiorca. Jakie szanse ma dłużnik w tej walce?
Polityczna poprawność zaprowadzi nas kiedyś do samozagłady – nie jest to twórcze stwierdzenie, ale doskonale się potwierdza przy problemach ze spłatą zobowiązań finansowych. Otóż wbija nam się do głowy, że kredyty trzeba spłacać, bez względu na okoliczności. Bo „umów trzeba dotrzymywać” – powtarzają jak mantrę bankowcy, wtórują im w tym obrońcy finansowej moralności. A ty człowieku masz kredyt (jeden lub kilka), którego rat w żaden sposób spłacić nie możesz. Bo na przykład straciłeś pracę – wcale nie z własnej winy, lub też masz kredyt w CHF i rata wzrosła ci ponad dwukrotnie w stosunku do dnia uruchomienia. Na dodatek bank nie zgadza się na restrukturyzację. Jeśli nic z tym nie zrobisz – idziesz pod nóż. Bank bowiem uruchamia wtedy swoje procedury i za rok lub dwa jesteś całkowicie spacyfikowany. Czy obrona własnego, godnego życia, często też życia twojej rodziny może być uznana za czyn niemoralny? Jak wynika z komentarzy do poprzednich dwóch odcinków Poradnika – część internautów na jednym z portali, tak właśnie uważa. Zacytujmy wybrane 2 wypowiedzi:
wr – artykuł wątpliwy moralnie bym powiedział. Cwaniaczki kombinatorzy skrzętnie z tego korzystają
~Ela – serdecznie życzę autorowi tego artykułu, żeby pożyczył komuś sporą sumę i jego dłużnik skutecznie uchylił się od spłacenia tego długu. Może wtedy zrozumie, że swoje długi należy spłacać a nie kraść bo inaczej tego nazwać nie można!
Tym bardziej – zgodnie z polityczną poprawnością – za czyn wysoce niemoralny uznać należy pomaganie kredytobiorcom w uwolnieniu się od długów, których nie są w stanie spłacić. I jeszcze jedna niezbyt łaskawa opinia(także z Internatu) niejakiego Hjj na temat autora Poradnika:
~Hjj -Ten co napisał ten pseudoporadnik jest diabłem i psychopatą. Żaden doradca, potwór. Pij sam swoją truciznę, szatanie
Jeśli i ty tak uważasz, Szanowny Czytelniku, zadam ci jedno pytanie: czy znalazłeś się kiedyś w sytuacji, kiedy miałeś ogromny problem ze spłatą kredytu i chciałeś w tej kwestii dogadać się z bankiem? A bank raz po raz odrzucał twoje podania o restrukturyzację, przez co śmierć zajrzała ci w oczy?
Jeśli udało ci się szczęśliwie takiej sytuacji uniknąć, nie masz prawa oceniać moich działań jako „wątpliwych moralnie”; mam na uwadze moją pomoc w uwolnieniu się dłużnika z kredytowej pułapki bez wyjścia.

Sądzę bowiem, że komentujący Poradnik „obrońcy moralności” mają niewielką wiedzę, jak faktycznie wyglądają kontakty banku z dłużnikiem, mającym problem ze spłatą zobowiązania. Jeśli kwota kredytu jest pokaźna, czasem przypomina to zderzenie pieszego z czołgiem. Przy czym, po zderzeniu czołg jedzie sobie dalej… Chcielibyście zobaczyć jak to wygląda z punktu widzenia kredytobiorcy? W porządku, zapraszam was zatem na mecz. Właśnie zaczyna się walka, którą chciałem wam pokazać.

– Szanowni telewidzowie wita was komentator – Dariusz Krukowski. Za chwilę czeka nas wielce emocjonujący pojedynek, będzie to ostatnia walka dzisiejszej gali BBA (Battle Bank vs. Amators – przyp. aut.).

– Do ringu właśnie wchodzi faworyt i ulubieniec publiczności: Nnnnniezwyciężony!Nnnniesamowity! Wielki, trzymetrowy – BANKOOOOOO!

– Spójrzmy tylko na jego ranking: w ciągu ostatnich 5 lat stoczył 4535 walk, z których nie przegrał ani jednej! Tylko 10 pojedynków zakończyło się remisem, a 4390 walk BANKO wygrał przed czasem!

– Ten wspaniały mistrz wagi mega-turbo-super ciężkiej zarobił tylko w ubiegłym roku ponad 2 mld zł!

– Spójrzmy do drugiego narożnika. Przeciwnikiem BANKO w tej walce wieczoru będzie rodzina Państwa Kowalskich. To zawodnicy wagi muszej, jest to ich pierwszy pojedynek z instytucją finansową. Widać to w ich niepewnych ruchach, zaraz dowiemy się dlaczego i o co walczą. Widzą to państwo na telebimie:

Państwo Kowalscy – frankowicze, po znaczącym skoku kursu franka utracili płynność finansową i nie są w stanie spłacać rat w kwocie 2500 zł. W dzisiejszym pojedynku będą wnioskować
o znaczące obniżenie miesięcznych spłat.

– No cóż proszę Państwa – szykuje się więc fantastyczny pojedynek. To będzie istna rzeź! Ciężka masakra! Nie dziwi więc, że publiczność jest zachwycona!

– Połowa kibiców to klakierzy opłaceni przez BANKO, zwani także trollami. Ich zadaniem jest zagrzewać BANKO do walki i osłabiać morale jego przeciwnika. Można by pomyśleć – ten BANKO to ma gest. Ale w jego sytuacji to nie takie trudne, skoro wpłaciliśmy na jego konta ponad 40 mld zł naszych oszczędności. BANKO jest poza tym głównym sponsorem cyklicznych gali BBA. Zawody te prowadzone są pod jakże szczytnym i społecznie ważnym hasłem „KREDYTY NALEŻY SPŁACAĆ!”

– Przypominam, że pojedynek ten będzie przeprowadzony w formule full-papercontact. Czyli przeciwnicy mogą ze sobą rozmawiać i wymieniać się korespondencjami, ale zakazany jest kontakt fizyczny.

BANG! BANG! – gong obwieścił rozpoczęcie pojedynku (przyp. aut.)

– I właśnie rozpoczęła się ta pasjonująca walka. W ringu naprzeciwko BANKO stoi niepewnie Pan Kowalski, trzyma w ręku pierwsze pismo. Treść widzą państwo na telebimie – Kowalski prosi o obniżenie rat do 800 zł miesięcznie, bo tyle może jedynie spłacać. Wylicza wszystkie koszty, pisze, że musi utrzymać dwójkę małoletnich dzieci – jakby to kogoś obchodziło. Po rozpisaniu miesięcznych kosztów pozostaje 800 zł wolnych środków, które mogą Kowalscy przeznaczyć na spłatę kredytu.

– Co na to BANKO? Ten się nie rozpisuje! Podaje tablicę pięknej, długonogiej hostessie, która chodzi wokół ringu i pokazuje kibicom treść odpowiedzi:

ODMOWA!

– Kowalski blednie. Pisze w pośpiechu drugie pismo, tym razem wnioskuje o obniżenie rat do 1200 zł miesięcznie. Oj, naiwny on, naiwny!

– BANKO lekceważąco spogląda na przeciwnika, bierze poprzednią tablicę, dopisuje kilka wykrzykników i podaje ją hostessie, która znowu robi rundkę wokół ringu. Publiczność wyje z zachwytu, a to przecież dopiero pierwsza minuta walki!

– Kowalski wpada w panikę, próbuje teraz walki werbalnej, dopytuje się BANKO, dlaczego nie wyraża zgody na obniżkę rat. BANKO bierze kolejną tablicę, pisze coś szybko – ach z jaką wprawą on to robi! – potem podaje tablicę hostessie. Treść widzą Państwo na ekranie:

TAKIE MAMY PROCEDURY!

– Kowalski zaczyna szaleć, skacze po ringu, wykrzykując w kierunku BANKO, że te procedury są do niczego, że wymyślił je pewnie jakiś człowiek, który nie rozumie w ogóle bankowości.

– Oj, przegiąłeś Kowalski! BANKO poczerwieniał na twarzy, widzą to zresztą państwo na ekranie na zbliżeniu twarzy naszego czempiona. Podszedł do przeciwnika i widać, że ma mu ochotę przylać z liścia!

– Lej, BANKO! Lej! Przecież tobie wszystko wolno! Przecież ty jesteś w naszym kraju ponad prawem!

– BANKO jednak zachował się super fair play, jak przystało na wielkiego mistrza. Odszedł od Kowalskiego, nawet go nie dotykając i wziął kolejną tablicę. Treść napisanego przez BANKO tekstu widzą państwo na ekranie:

WYPOWIEDZENIE!!!

– No, Kowalski – doigrałeś się!

– Kowalski nie wytrzymuje tego ciosu i pada na deski. Mamy więc pierwszy knock-down! Publiczność szaleje! Słyszą państwo te wrzaski i rytmiczne skandowanie:

BANKO! BANKO! BANKO!

– Trzeba przyznać, że trolle potrafią robić odpowiednią atmosferę! To była świetna inwestycja ze strony BANKO!

– Kowalski dalej leży na deskach, do ringu wbiega zapłakana Pani Kowalska. Pochyla się nad mężem, pomaga mu wstać. Potem klęka przed BANKO, błagając go o cofnięcie wypowiedzenia umowy. Mówi coś o dzieciach, pokazuje ich zdjęcia publiczności. Jakież to żałosne widowisko! Oni chcą wziąć BANKO na litość! Co za żenada! BANKO odwraca się z niesmakiem i idzie w kierunku swojego narożnika.

BANG! BANG! – gong obwieścił koniec pierwszej rundy (przyp. aut.)

– Nie myślałem nawet, że będzie to taka piękna walka! Ale chyba Kowalski nie dotrwa do końca, ostatni cios straszliwie odczuł.

– Kowalski cały czas leży na deskach, nie podnosi się. Ma już chyba dość, ależ cienias nam się dzisiaj trafił! Jaki wstyd!

BANG! BANG! – gong obwieścił początek rundy drugiej (przyp. aut.)

– BANKO podchodzi do Kowalskiego, a ten ani się nie ruszy. Kowalska prosi sekundanta, aby rzucił ręcznik. O jest, ręcznik ląduje obok Kowalskiego. BANKO bierze do ręki kolejną tablicę, jakby w ogóle ręcznika nie zauważył. Sekundant rzuca drugi, ręcznik, potem trzeci – chyba wrzucił już na ring całe pranie! Sędzia patrzy pytająco na BANKO – bo przecież on tu rządzi! Ale BANKO – jak przystało na wielkiego czempiona – ani myśli tego pojedynku kończyć. I oto chodzi! I to jest całe piękno BBA! Publiczność wyje z zachwytu. A BANKO ze stoickim spokojem wyprowadza kolejny, czysty cios. Podaje hostessie tablicę. Oj wiemy na co niej będzie… Tak jest – na to czekaliśmy! Widzą państwo to na ekranie i na wszystkich telebimach.

WINDYKACJA!

– Kowalski wciąż leży na deskach, Kowalska szlocha coraz bardziej i zwraca się o pomoc do publiczności. Zgodnie z regułami obowiązującymi w BBA, amatora może zastąpić ktoś z publiczności. Kto by jednak chciał stanąć oko w oko z Wielkim BANKO!

– A jednak, jakiś śmiałek wchodzi do ringu i to on będzie kontynuował walkę zamiast Kowalskiego. Oj, szkoda, że psuje ten tak piękny spektakl!

– Mężczyzna ten podchodzi do BANKO i podaje mu pismo.Ciekawe co tam nagryzmolił? Niestety, nie widzimy tego na ekranie. Pewnie to jakiś bełkot!

– Publiczność jest wściekła! Widzę, że dobiega do ringu Pan Hjj, to najwierniejszy kibic BANKO. Hjj krzyczy na cały głos pokazując ręką na intruza:
– „Ja go znam!To ten psychopata! Pseudo-doradca! Precz szatanie! A kysz!”

– Ciekawe jak zareaguje na otrzymane pismo BANKO? Czy pogoni gościa dosadnym, krótkim tekstem, jak to u niego w zwyczaju? Na razie się tylko zasępił, drapie się po głowie. Podchodzi do sędziego, razem ustalają co zrobić.Obaj mają miny trochę nietęgie. Co ten pyszałkowaty człeczyna musiał tam nawypisywać?!!! Sędzia oznajmia, że skoro BANKO nie może od razu odpowiedzieć, musi przerwać mecz bez rozstrzygnięcia o zwycięstwie. Chociaż kto był górą – wszyscy widzieli. Ale takie, niestety, obowiązują reguły w formule full-papercontact.

– Szanowni państwo, z przykrością oznajmiam koniec walki. W imieniu organizatorów dzisiejszej gali pragnę państwa bardzo przeprosić za ten przykry incydent, który przerwał tak piękne widowisko. Zatem – do zobaczenia jutro! Będziemy znowu świadkami kolejnych walk BANKO przeciwko niesolidnym dłużnikom. Oby tym razem nikt nam nie przeszkodził w tej uczcie dla ducha i dla oka!

– Żegna was wasz komentator – Dariusz Krukowski!

Szanowny Czytelniku, jeśli oglądałeś ten pojedynek do końca, chciałbym ci powiedzieć, że tak właśnie wygląda w realu komunikacja kredytobiorcy z bankiem. W tej nierównej walce dłużnik ma takie same szanse jak nasi bohaterowie – Państwo Kowalscy w pojedynku z BANKO. Tak się jednak złożyło, że – używając terminologii z BBA – mistrz formuły full-papercontact, ma szansę na wymuszenie na kredytodawcy określonego działania.

Czy dalej uważasz, że moje działania, które wielokrotnie ratowały dłużników przed pacyfikacją ze strony banku, są niemoralne?

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Kredyt dla „młodych” firm – jak uzyskać finansowanie na start biznesu?

O założeniu własnej firmy myśli coraz więcej Polaków. Są to zarówno osoby pracujące na etacie, które...

GETEC z prestiżową nagrodą Niemieckiej Agencji Energii

O firmie GETEC jest w naszym kraju coraz głośniej. Dzieje się tak nie tylko dzięki bardzo solidnie u...

Deloitte: Podczas tegorocznego Black Friday średnie obniżki cen sięgnęły 4%

Coroczna analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą...

700 tysięcy złotych! – nawet tyle odszkodowania można dostać za wypadek w pracy

5 miliardów na odszkodowania Z informajcji płynących z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że su...

Polski PKB rośnie najszybciej w Unii. Rynek pracy rozgrzany do czerwoności.

PKB za III kw. Zgodnie z danymi Eurostatu za trzeci kwartał 2019 roku największy wzrost w stosunku d...