środa, Listopad 20, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Główny Urząd Statystyczny"

Główny Urząd Statystyczny

Na początek stycznia 2018 r. zaplanowano istotną zmianę przepisów dotyczących obowiązku meldunkowego. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, taki obowiązek będzie utrzymany. Władze tłumaczą to m.in. koniecznością gromadzenia informacji potrzebnych samorządom i względami bezpieczeństwa. W zamian rząd proponuje łatwiejsze zasady dokonania meldunku. Trudno jednak przypuszczać, że Polacy zaczną chętnie aktualizować i zgłaszać miejsce swojego zamieszkania. Dane GUS-u sugerują, że w ostatnich latach obowiązek meldunkowy był mocno lekceważony.

Od 2013 roku brak aktualnego meldunku nie jest karany …

 Warto przypomnieć, że obowiązek meldunkowy miał zostać zniesiony już 1 stycznia 2014 r. na mocy ustawy o ewidencji ludności z 24 września 2010 r. (Dz. U. Nr 217, poz. 1427). Termin zniesienia wspomnianego obowiązku został jednak przesunięty (na 1 styczeń 2018 r.). Ostatnie decyzje rządu sugerują, że formularze meldunkowe pozostaną w użyciu do końca bieżącej dekady. Jak tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl będziemy mieli zatem do czynienia z utrzymaniem obowiązku, którego lekceważenie nie powoduje żadnych sankcji dla obywatela. Do 1 stycznia 2013 r. istniała jeszcze wątpliwa perspektywa poniesienia kary za niedokonanie meldunku. Sankcję przewidywał art. 147 kodeksu wykroczeń (KW). Wspomniany przepis mówił o karze ograniczenia wolności, grzywny lub nagany. Co więcej, karę grzywny lub nagany przewidziano dla osoby, która mimo takiej powinności, nie powiadomiła właściwego organu o niewypełnieniu obowiązku meldunkowego. Tak restrykcyjny charakter art. 147 KW nie dziwi jeśli uwzględnimy fakt, że ten artykuł zredagowano na początku lat 70 – tych minionego wieku.

Obecne przepisy dotyczące czasu na dokonanie meldunku, na szczęście są o wiele mniej restrykcyjne niż regulacje z 1974 r. – tłumaczy Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Przepisy uchwalone w 1974 r. obligowały do zameldowania się w danej miejscowości najpóźniej przed upływem czwartej doby od dnia przybycia. Ustawa z 2010 r. daje obywatelowi 30 dni na dokonanie meldunku w miejscu stałego lub czasowego pobytu. Najpóźniej w dniu opuszczenia miejsca pobytu stałego albo czasowego, obywatel powinien zgłosić wyjazd zagraniczny z zamiarem stałego pobytu lub wyjazd zagraniczny bez zamiaru stałego pobytu, ale trwający dłużej niż 6 miesięcy.

Pewna liberalizacja przepisów z 2010 r. wydaje się niewielkim pocieszeniem dla osób zainteresowanych zniesieniem obowiązku meldunkowego. W ramach kontrargumentu, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji przypomina jednak, że obowiązek meldunkowy wciąż funkcjonuje na terenie kilkunastu krajów UE (Finlandii, Litwy, Austrii, Chorwacji, Wielkiej Brytanii, Łotwy, Danii, Bułgarii, Belgii, Luksemburga, Szwecji, Hiszpanii, Włoch, Estonii, Holandii i Niemiec).

Przeprowadzkę za granicę zgłasza tylko garstka Polaków

Razem z decyzją o utrzymaniu obowiązku meldunkowego po 31 grudnia 2017 roku, MSWiA zapowiedziało zmiany, które umożliwią zameldowanie się przez Internet. Takie rozwiązanie ma być dostępne dla obywateli posiadających profil zaufany ePUAP albo kwalifikowany podpis elektroniczny. Inna zmiana polega na wprowadzeniu jednego formularza przeznaczonego do zameldowania się na pobyt stały i wymeldowania z pobytu czasowego albo wymeldowania się z pobytu stałego i zameldowania na pobyt czasowy.

Jak dodają eksperci z portalu RynekPierwotny.pl wspomniane zmiany zapewne ułatwią wypełnianie obowiązku meldunkowego (m.in. pracownikom często zmieniających miejsce zamieszkania i najemcom). Można mieć jednak wątpliwości, czy dzięki takim usprawnieniom Polacy będą bardziej chętni do przekazywania danych o swoim miejscu zamieszkania.

Minione lata pokazały bowiem, że rodacy niechętnie spełniają obowiązek meldunkowy. Mogą to potwierdzić m.in. dane Głównego Urzędu Statystycznego przedstawione na poniższym wykresie. Ze względu na niechęć polskich emigrantów do zgłaszania wyjazdu, GUS musi szacować wielkość emigracji na podstawie różnych źródeł (m.in. danych z państw członkowskich UE).

Główny Urząd Statystyczny oszacował, że pod koniec 2016 r. liczba polskich emigrantów na pobyt czasowy wynosiła około 2,5 mln. Około 80% z tych osób, przebywało za granicą dłużej niż 12 miesięcy. Mamy zatem do czynienia z dwumilionową rzeszą Polaków, którzy wybrali długookresowy pobyt za granicą (zwykle bez wcześniejszego zgłoszenia). Warto również zwrócić uwagę, że w latach 2010 – 2016 liczba osób formalnie zgłaszających wyjazd zagraniczny na pobyt stały była bardzo mała. Odpowiednich formalności dopełniało nie więcej niż 32 tysiące osób rocznie. Taki wynik wskazuje na nieskuteczność systemu meldunkowego jako źródła danych o emigracji Polaków i liczbie obywateli przebywających w kraju. Sam GUS przyznaje, że częste są przypadki osób, które pomimo długoletniego pobytu poza granicami Polski, nie zrezygnowały z krajowego meldunku.

Spore wątpliwości budzi również kompletność meldunkowych danych o migracjach wewnętrznych Polaków. Właśnie dlatego trzeba zadać sobie pytanie, czy system meldunków działający w obecnej formie, może być źródłem użytecznych informacji dla państwa (dotyczących np. zapotrzebowania na usługi publiczne).

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Jak wynika z badania Work Service S.A. 1 na 6 Polaków zgłasza problemy z szukaniem pracy. To paradoks, biorąc pod uwagę,  że równocześnie  ponad połowa polskich firm deklaruje trudności rekrutacyjne, a liczba wakatów w gospodarce rośnie o ponad 37% w ciągu roku. Jak ocenia ekspert serwisu Kariera.pl, obecnie kluczowym problemem na rynku pracy jest brak odpowiedniej komunikacji na linii kandydat-pracodawca. Sytuację tę mogłyby poprawić między innymi jawne stawki wynagrodzeń publikowane już na poziomie ogłoszeń o pracę, czego oczekuje 83% pracowników.

Z ostatnich danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że w III kwartale 2017 roku odnotowano na polskim rynku pracy ponad 131 tysięcy nieobsadzonych miejsc pracy. Liczba wakatów wzrosła o 37,4% w stosunku do wyniku z tego samego okresu przed rokiem. To pokazuje, że nie ma chętnych na coraz więcej miejsc pracy. . Potwierdzają to również wyniki raportu Barometr Rynku Pracy VIII przygotowanego przez Work Service, w którym niemal 51% pracodawców przyznaje się do trudności ze znalezieniem kandydatów.

Pracownicy i pracodawcy nie mogą się spotkać na rynku pracy. Co szósty kandydat ma problemy ze znalezieniem pracy, pomimo rosnących niedoborów kadrowych i rekordowo niskiego bezrobocia – mówi Piotr Adamczyk, Prezes serwisu Kariera.pl. W nowej sytuacji na rynku pracy potrzebne jest wypracowanie nowych metod komunikacji na linii kandydat-pracodawca. Tradycyjne narzędzia stają się nieefektywne i będą stopniowo odchodzić w przeszłość. W dzisiejszych warunkach informacje o ofertach pracy powinny bezpośrednio docierać do potencjalnych pracowników, a nie bazować na tym, że to kandydaci muszą aktywnie poszukiwać nowego zatrudnienia – podkreśla Piotr Adamczyk.

 Wśród przeszkód w zalezieniu pracy kandydaci wymieniali kilka kwestii. Najczęstszym kłopotem podczas szukania pracy jest brak odpowiednich ofert dla osób z danym wykształceniem lub kwalifikacjami (45,5%). Na drugim miejscu znalazł się  brak odpowiedzi ze strony pracodawcy na przesłaną ofertę (24%). Z kolei 1 na 10 kandydatów nie spełniał wymagań, a co 20 nie był zadowolony z wysokości pensji.

Jawność stawek poprawi sytuację?

Większość ofert pracy w zachodniej Europie zawiera informacje o płacach. Co więcej, w niektórych krajach skandynawskich wszystkie wynagrodzenia są w pełni jawne. Czy w Polsce również byłoby przyzwolenie na takie rozwiązanie? Zdecydowana większość Polaków, bo aż 83,9%, uważa, że stawki z wynagrodzeniem powinny być jawne już w ogłoszeniu o pracę. Odmienny punkt widzenia ma jedynie 13,6% pracowników, a co dwudziesty (4,8%) jest zdecydowanie przeciwny takiemu pomysłowi. Najwięcej zwolenników takiego rozwiązania można znaleźć wśród osób zarabiających do 2000 złotych i posiadających wykształcenie zawodowe.

– Pierwszym krokiem do usprawnienia procesów rekrutacyjnych w Polsce powinno być powszechne informowanie o widełkach wynagrodzeń. Przy obecnych metodach w wielu przypadkach mamy do czynienia z wyraźnym niedopasowaniem oczekiwań do realiów. Dzięki jawności stawek zarówno pracownicy już na starcie wiedzieliby czy warto aplikować na dane ogłoszenie, a pracodawcy nie marnowaliby czasu na rozmowy kwalifikacyjne z osobami, na które ich nie stać. Co więcej, firmy powinny w otwarty sposób komunikować więcej informacji o sobie, ale nie tylko na poziomie deklaracji, ale również filmików nagrań czy zdjęć. Kandydaci przed podjęciem decyzji o aplikowaniu często chcą wiedzieć gdzie i z kim mieliby pracować, na jakich projektach, a także jak wyglądają możliwości rozwoju, benefity pozapłacowe oraz czy istnieje możliwość zdalnej pracy. Odpowiedzi na te pytania już na starcie ułatwiają dotarcie do kandydatów, a niewiele kosztują pracodawców – podsumowuje Piotr Adamczyk.

Analizy rynku mieszkaniowego najczęściej dotyczą pięciu – sześciu największych metropolii, które upodobali sobie deweloperzy. Nie można jednak zapominać o pozostałych rynkach skupiających około 45% – 50% wartości obrotu mieszkaniami w Polsce. Dzięki niedawno opublikowanym statystykom GUS-u, możemy sprawdzić, jak przedstawia się średnia cena 1 mkw. lokalu mieszkalnego ze wszystkich polskich rynków (zarówno małych jak i większych). Ta wartość rosła przez cały 2014 rok, 2015 rok i 2016 rok.

 W 2016 r. średnia cena za lokal przekroczyła już 4600 zł/mkw.

Główny Urząd Statystyczny dopiero pod koniec października podał dane dotyczące obrotu nieruchomościami w 2016 r. Te opublikowane ze sporym przesunięciem czasowym informacje zasługują na uwagę, gdyż ich źródłem jest bardzo duża liczba aktów notarialnych. Po opracowaniu, przez ekspertów portalu RynekPierwotny.pl, danych na temat sprzedaży lokali mieszkalnych okazało się, że średnia rynkowa cena tych nieruchomości z całej Polski wyniosła 4635 zł/mkw. w 2016 r.

Wynik dotyczący minionego roku, oznacza kolejny wzrost średniego kosztu 1 mkw. mieszkania. Taki wzrostowy trend trwa od 2014 r. Wtedy stały się widoczne symptomy ożywienia na krajowym rynku mieszkaniowym. Warto zatem porównać średni poziom cen 1 mkw. lokali z 2014 r. i 2016 r. To porównanie wskazuje, że wzrosty kosztów zakupu mieszkań dotyczyły nie tylko największych miast. Średnia transakcyjna cena 1 mkw. lokali mieszkalnych zmieniła się następująco:  

  • lokale mieszkalne w całym kraju: 2014 r. – 4117 zł, 2016 r. – 4635 zł (wzrost o 12,6%)
  • lokale mieszkalne w granicach miast: 2014 r. – 4236 zł, 2016 r. – 4777 zł (wzrost o 12,8%)
  • lokale mieszkalne w miastach na prawach powiatu: 2014 r. – 4805 zł, 2016 r. – 5391 zł (wzrost o 12,2%)
  • lokale mieszkalne poza granicami miast: 2014 r. – 2832 zł, 2016 r. – 3134 zł (wzrost o 10,7%)

Zdaniem ekspertów portalu RynekPierwotny.pl tak duże zmiany cenowe wynikały m.in. z większego udziału droższych lokali w wartości obrotu rynkowego. Program Mieszkanie dla Młodych (podobnie jak inwestycje w najem) zaktywizował rynek pierwotny, na którym mieszkania zwykle są droższe. W 2016 r. ogólnopolska różnica między średnią ceną 1 mkw. nowego (5613 zł) i używanego lokalu mieszkalnego (3990 zł) była bardzo widoczna.

Informacje zgromadzone przez GUS wskazują natomiast, że istotnym zmianom nie uległa średnia powierzchnia lokali mieszkalnych kupowanych przez Polaków. Ten przeciętny metraż od 2009 r. do 2016 r. przez cały czas oscylował na poziomie 53 mkw. – 54 mkw.

 Koszty 1 mkw. niższe od 3000 zł nadal nie należą do rzadkości

Pomimo kolejnych wzrostów cen metrażu, w 2016 r. na mieszkaniowej mapie Polski nadal można było znaleźć wiele miast ze średnią cena za 1 mkw. poniżej 3000 zł – 3500 zł. Dane GUS-u wskazują, że nawet niektóre miasta na prawach powiatu cechowały się bardzo niskim poziomem cen lokali mieszkalnych.

Można wymienić jedenaście takich ośrodków miejskich, w których średnia cena 1 mkw. mieszkania nie przekraczała 2500 zł/mkw. W 2016 r. ranking miast na prawach powiatu z najniższym kosztem zakupu lokalu otwierał Bytom (1768 zł/mkw.) oraz Wałbrzych (1833 zł/mkw.). Wśród „najtańszych” ośrodków miejskich, można było znaleźć wiele miast typowo przemysłowych lub poprzemysłowych – tłumaczy Andrzej Prajsnar, analityk rynku nieruchomości w portalu RynekPierwotny.pl.

Równie ciekawie prezentuje się lista miast na prawach powiatu z najdroższym metrażem (patrz druga część tabeli). Na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego można wskazać osiem takich miast ze średnim poziomem cen lokali przekraczającym 5000 zł/mkw. w 2016 roku.

Do tej grupy oprócz pięciu metropolii (Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Poznania i Gdańska), zaliczały się również trzy mniejsze ośrodki miejskie: Świnoujście, Gdynia oraz Sopot. Ostatnie z wymienionych miast, pod względem przeciętnej ceny metrażu (8862 zł/mkw. w 2016 r.) zdystansowało nawet Warszawę (7783 zł/mkw.).

W nawiązaniu do powyższych wyników warto zwrócić uwagę, że miasta z najtańszym metrażem (takie jak np. Bytom i Wałbrzych), wcale nie cechowały się dużą powierzchnią kupowanych mieszkań. Opisywana sytuacja wskazuje, że tamtejsi nabywcy lokali mieszkalnych borykali się z poważnymi ograniczeniami finansowymi.

Nieczęsto pojawiają się informacje dotyczące wartości mieszkań sprzedanych w Polsce. Takie ciekawe dane niedawno opublikował Główny Urząd Statystyczny. Informacje zebrane przez GUS, pozwalają nam na sprawdzenie, jak bardzo rynek lokali mieszkalnych jest skoncentrowany w dużych miastach. Dzięki danym przeanalizowanym przez RynekPierwotny.pl, można również przekonać się, w którym mieście nowe mieszkania mają największą przewagę rynkową nad lokalami „z drugiej ręki”.   

Co druga złotówka jest wydawana na lokale z największych miast 

Informacje o wartości transakcji przeprowadzanych na rynku mieszkaniowym, w praktyce są dość trudne do zgromadzenia. Problem stanowi między innymi rozproszenie obrotu używanymi mieszkaniami. Rejestry cen i wartości nieruchomości prowadzone przez starostwa powiatowe i urzędy miast na prawach powiatu, są praktycznie jedynym wiarygodnym źródłem informacji. Główny Urząd Statystyczny niedawno przeanalizował dane notarialne z takich rejestrów dotyczące 2016 r. Kompletne zestawienia sprzedanych lokali nie są dostępne od razu po zakończeniu roku kalendarzowego. Informacje o transakcjach z ostatnich miesięcy każdego roku, najpierw muszą zostać przekazane przez notariuszy i uwzględnione w urzędowym rejestrze.

Na podstawie informacji zebranych przez samorządy i GUS, można np. samodzielnie sprawdzić, jaki udział dwadzieścia największych rynków z 2016 roku, miało w łącznej wartości obrotu lokalami mieszkalnymi. Jak zauważają eksperci portalu rynekpierwotny.pl w grupie dwudziestu lokalnych rynków (powiatów i miast na prawach powiatu) z największą wartością sprzedanych mieszkań, znajdują się nie tylko miasta wojewódzkie. Do czołówki zakwalifikował się też powiat poznański, powiat wołomiński, powiat wejherowski i powiat wrocławski. Dwa pierwsze powiaty (poznański i wołomiński), w 2016 r. cechowały się większą wartością obrotu mieszkaniami niż np. Olsztyn, Katowice oraz Kielce.

Wszystkie wymienione wcześniej lokalizacje, pod względem wartości obrotu mieszkaniami, oczywiście nie mogą konkurować z największymi metropoliami.

Mowa o następujących miastach:

Warszawie (26,2% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Wrocławiu (8,9% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Krakowie (8,9% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Gdańsku (5,8% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Poznaniu (4,4% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Łodzi (2,5% wartości lokali mieszkalnych sprzedanych w 2016 r.)

Jak nietrudno obliczyć, sześć powyższych metropolii w minionym roku wygenerowało 56,7% wartości obrotu na całym krajowym rynku lokali mieszkalnych. Udział wspomnianych miast w rynku lokalowym będzie mniejszy (40,8%), jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę, a nie łączną wartość sprzedanych mieszkań. Wynika to z ponadprzeciętnej ceny lokali kupowanych na terenie największych miast.

Nowe mieszkania dominują m.in. na krakowskim i gdańskim rynku

 Interesująco przedstawia się również udział dziesięciu największych rynków lokalnych w ogólnej wartości nowych mieszkań, które sprzedano od stycznia do grudnia 2016 r. Po odpowiednim przekształceniu danych GUS-u okazuje się na przykład, że Warszawa miała nieco większy udział w wartości krajowego rynku pierwotnego (27,6%) niż rynku wtórnego (24,9%) – tłumaczą eksperci portalu RynekPierwotny.pl. Znacznie większa różnica w 2016 r. dotyczyła Krakowa (rynek pierwotny – 12,6%, rynek wtórny – 5,5%). Ta sytuacja wydaje się ciekawa ze względu na niewielką różnicę pomiędzy przeciętnymi cenami 1 mkw. nowego i używanego mieszkania w Krakowie.

Na tle największych rynków, Kraków wyróżnia się też wysokim udziałem nowych mieszkań w ogólnej wartości sprzedaży lokali mieszkalnych z 2016 r. (68,1%). Wysoki wynik odnotowano też w Gdańsku (64,1%). Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja dotycząca Łodzi. Tamtejsze nowe mieszkania od stycznia do grudnia 2016 r. wygenerowały niecałe 40% wartości sprzedaży lokali. Taki wynik potwierdza słabą kondycję łódzkiego rynku pierwotnego.

Warto również zwrócić uwagę na różnicę pomiędzy Łodzią oraz Krakowem i Wrocławiem dotyczącą udziału w krajowym obrocie wszystkimi lokalami (zarówno nowymi jak i używanymi). Niewykluczone, że wyludniająca się Łódź pod względem wartości łącznych obrotów na rynku mieszkaniowym, niebawem zostanie wyprzedzona przez Szczecin oraz Lublin.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Sierpniowa pula środków w programie Mieszkanie dla Młodych spowodowała lekką obniżkę cen mieszkań. W ciągu miesiąca Indeks Cen Transakcyjnych spadł o 1,14 proc., rok do roku wskaźnik praktycznie nie zmienił się.

Ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego ujawniły kolejne rekordy aktywności deweloperów, którzy robią wszystko, by zaspokoić popyt. W ostatnich 12 miesiącach rozpoczęli oni budowę prawie 102 tys. lokali, co jest najwyższym wynikiem w historii. Co znamienne, na najwyższym poziomie jest też liczba mieszkań oddanych do użytkowania (86 tys.) oraz pozwoleń na budowę (129,5 tys.).

Udostępniona kupującym w sierpniu dodatkowa pula środków w programie Mieszkanie dla Młodych rozeszła się w około sześć godzin, w tym czasie wniosek o dopłaty złożyło około 2,5 tys. kredytobiorców. Nie pozostało to bez wpływu na ceny, gdyż mieszkania sprzedawane w ramach MdM są zwykle tańsze. W zbiorze transakcji służącym do wyliczenia Indeksu Cen Transakcyjnych (powstaje on na podstawie cen mieszkań kupionych przez klientów Home Brokera i Open Finance) wzrosła więc liczba tańszych lokali, co przełożyło się na spadek indeksu. W sierpniu był on skromny (0,07 proc.), ale we wrześniu już zauważalny (1,14 proc.), co da się wytłumaczyć czasem trwania procesu kredytowego (w MdM liczy się data złożenia wniosku kredytowego). Spodziewamy się jednak, że jest to chwilowe zatrzymanie trendu wzrostowego, do powtórki dojdzie w styczniu i lutym 2018 r. kiedy to na rynku pojawi się kolejna pula środków w MdM.

Taniej w Warszawie, a drożej w Łodzi

We wrześniu przeciętna cena transakcyjna metra kwadratowego mieszkania w Warszawie spadła do 7206 zł. Rok do roku oznacza to obniżkę o 1,5, a miesiąc do miesiąca o 1,4 proc. Stolica pozostaje najważniejszym rynkiem nieruchomości w naszym kraju. Deweloperzy budują tu na potęgę, a inwestorzy na pniu wykupują najlepsze lokale. Sprzyja temu duże zróżnicowanie oferty, zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym.

W skali roku ceny nieznacznie spadły też w Białymstoku, Krakowie i Szczecinie, a do większej obniżki doszło w Gdyni (4,3 proc.). W większości badanych przez Home Brokera i Open Finance lokalizacji stawki za metr kwadratowy jednak rosły. Najbardziej w Łodzi, gdzie aktualna cena metra kwadratowego to prawie 4,3 tys. zł, podczas gdy w pierwszej połowie ubiegłego roku było to mniej niż 3,5 tys. zł. Kilkunastoprocentowy wzrost cen transakcyjnych nie musi jednak oznaczać, że podrożały konkretne lokale. Rzecz w tym, że zmienia się struktura sprzedawanych mieszkań. Łódzki rynek pierwotny przeżywa prawdziwy boom, a mieszkania nowe są droższe od tych z drugiej ręki. Z najnowszego raportu firmy REAS wynika, że w ostatnich 12 miesiącach sprzedano o ponad 40 proc. nowych mieszkań więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Deweloperzy wyczuli dobry czas i szybko rozpoczynają kolejne inwestycje. Liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w ostatnim kwartale wzrosła rok do roku ponad dwu i półkrotnie.

Coraz więcej kredytów

Co prawda pierwsze skrzypce na rynku niezmiennie grają nabywcy gotówkowi, ale też coraz tłumniej dołączają do nich osoby, które w celu zakupu „czterech kątów” udają się po finansowanie do banku. Popyt na kredyty mieszkaniowe wzrósł względem 2016 roku o ponad 20 proc. – wynika z danych Open Finance za trzy kwartały br. Podobne, choć trochę mniej optymistyczne wyliczenia, publikuje też BIK. Ta instytucja sugeruje, że przez dziewięć miesięcy br. Polacy złożyli wnioski kredytowe opiewające na kwotę o 13,5 proc. wyższą niż w analogicznym okresie przed rokiem. Najnowsze dane REAS mówią także o tym, że deweloperzy wyznaczyli kolejny rekord liczby sprzedanych mieszkań. W okresie od czwartego kwartału 2016 roku do trzeciego kwartału br. na sześciu największych rynkach sprzedano bez mała 72 tys. mieszkań. To dwa razy więcej niż u szczytu ostatniej hossy.

W oczekiwaniu na styczniowy MdM i Mieszkanie Plus

To co się dzieje na rynku mieszkaniowym w dużej mierze zależy od jego otoczenia. Wspomniano już o tym, jak kolejne środki w Mieszkaniu dla Młodych wpływają na statystykę. Od początku stycznia do wzięcia będzie 380 mln zł, co powinno wystarczyć dla 13-14 tys. kredytobiorców. Spodziewamy się, że środki rozejdą się w maksymalnie kilkanaście dni, taka siła nie może nie zostawić śladu na statystyce. Aby załapać się na pieniądze należy wybrać mieszkanie, podpisać umowę przedwstępną lub deweloperską i zebrać wszystkie dokumenty potrzebne do złożenia wniosku kredytowego. Tylko dokładne przygotowanie pozwoli na początku stycznia 2018 roku wysłać odpowiedni wniosek kredytowy rezerwując tym samym środki na dofinansowanie. Trzeba pamiętać, że liczy się tu kolejność zgłoszeń, a ostatni rok pokazał, że pieniądze znikają błyskawicznie.

Z drugiej strony coraz więcej dzieje się w temacie nowego programu – Mieszkanie Plus. Tu wprawdzie sens działania jest inny, bo nie chodzi o wspieranie kredytobiorców, ale o wprowadzenie tanich mieszkań na wynajem z opcją dojścia do własności. Wpływ tego pomysłu na rynek mieszkaniowy jest jednak trochę zagadkowy, gdyż nadal nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób wybierani będą beneficjenci rozwiązania. Należy mieć się na baczności, bo tam gdzie pojawi się dużo nowych tanich mieszkań, zachwiania na lokalnych rynkach najmu są niemal pewne.

Kiedy ochłodzenie?

Jest kilka czynników, które mogą ostudzić zapędy kupujących. Przede wszystkim to wyższe stopy procentowe. Nie spodziewamy się podwyżki w najbliższych kilku kwartałach, ale w końcu do niej dojdzie, a wówczas z jednej strony pojawią się utrudnienia w dostępie do kredytów hipotecznych, a z drugiej wzrośnie atrakcyjność bankowych depozytów i kupujący nieruchomości za gotówkę zaczną się wykruszać. Warto też zwracać uwagę na podejście banków do akcji kredytowej, bo od nastawienia instytucji finansujących zależy bardzo wiele.

 

 

 

Źródło: Homebroker.pl

Choć wydaje się, że w budownictwie najgorsze już minęło, to sytuacja finansowa branży wciąż nie jest najlepsza. Według najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów, przedsiębiorstwa z tego sektora są winne innym firmom ponad 2,2 mld zł i ich zaległości rosną. Gros tego zadłużenia stanowią duchy przeszłości, czyli zobowiązania zaciągnięte kilka lat wcześniej z tytułu kredytów lub leasingów.

Ostatnie lata były dla branży budowlanej bardzo trudne, jednak wraz z początkiem bieżącego roku budownictwo powoli odbija się od dna. Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują, że rośnie produkcja sprzedana przemysłu i produkcja budowlano-montażowa. Wpływ na to mają przede wszystkim: wzmożone prace drogowe wynikające z realizowanych kontraktów współfinansowanych przez Unię Europejską oraz pozytywna koniunktura w budownictwie mieszkaniowym.

Niestety wiele firm budowlanych nadal boryka się problemami finansowymi. W Krajowym Rejestrze Długów notowanych jest 60 950 przedsiębiorstw, które mają łącznie 262 901 niezapłaconych faktur. Całkowite zadłużenie branży wynosi 2,21 mld zł i z roku na rok rośnie:

  • sierpień 2015 r. – 1,02 mld zł
  • sierpień 2016 r. – 1,49 mld zł
  • sierpień 2017 r. – 2,21 mld zł

Średnie zadłużenie firmy budowlanej wynosi 36,2 tys. zł, ale są wśród nich rekordziści z długiem przekraczającym nawet 10 mln zł, jak choćby przedsiębiorstwo z województwa kujawsko-pomorskiego (10 996 557,91 zł). Najbardziej zadłużone województwa, w których łączna wartość zobowiązań firm budowlanych przekracza 200 milinów zł, to: mazowieckie (374 278 284,72 zł), śląskie (274 111 334,02 zł) i wielkopolskie (223 325 166,88 zł). Tam również znajduje się największa liczba dłużników: mazowieckie (10 052), śląskie (7 904) i wielkopolskie (6 124).

Stare długi nie rdzewieją

Polskie budownictwo to sektor wykonawców i podwykonawców, w którym jedni zależą od drugich, i który jest ściśle uzależniony od materiałów, transportu, przetargów oraz siły roboczej.

W branży budowlanej panuje efekt domina. Podwykonawcy mają długi wobec innych podmiotów, bo sami nie otrzymali zapłaty od wykonawców. 2,2 miliarda złotych, czyli łączne zadłużenie tego sektora, to ogromna kwota, która nie pozostaje bez wpływu na inne gałęzie gospodarki ściśle związane z budownictwem. Dotyczy to w szczególności firm działających w sektorze produkcji budowlano-montażowej czy branży handlowej. Względem nich firmy budowlane mają zobowiązania o wartości ponad pół miliarda złotych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Głównymi wierzycielami przedsiębiorstw budowlanych są fundusze sekurytyzacyjne i firmy windykacyjne, następnie banki i firmy leasingowe. Biorąc pod uwagę fakt, że wtórni wierzyciele odkupują długi głównie od instytucji finansowych, można zauważyć, że branża ma duży problem z obsługą kredytów i leasingów. Często są to zobowiązania zaciągnięte kilka lat wcześniej, bo banki z reguły próbują najpierw samodzielnie odzyskać pieniądze, a dopiero gdy to się nie udaje, sprzedają wierzytelności.

Dramat podwykonawców

W najgorszej kondycji znajduje się podsektor specjalistycznych robót budowlanych, czyli związany z rozbiórką, pracami wykończeniowymi, przygotowaniem terenu pod budowę czy instalacjami. Ma największe zadłużenie (900 mln zł) oraz najwyższą liczbę dłużników (31 371) i liczbę zobowiązań (127 165).

Jest to grupa małych i średnich przedsiębiorstw, które wykonują zlecenia na rzecz większych podmiotów. Kiedy nie otrzymują pieniędzy od głównych wykonawców, same przestają płacić innym. W największym stopniu narażone są na kłopoty finansowe, a nawet bankructwo. Niestety, firma, która trafia do KRD jako dłużnik, nie może uchodzić za rzetelną, przestaje być wiarygodna w relacjach biznesowych, ma trudności z pozyskaniem nowych kontraktów i wreszcie zostaje pozbawiona pozytywnej opinii, co w branży takiej jak budownictwo, bywa nieodwracalną stratą – mówi Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Biznes bez zabezpieczeń

Niemal 45% należności z 444 mln zł, jakie mają do odzyskania firmy budowlane od swoich klientów, to faktury wystawione… innym firmom budowlanym. Chyba w żadnej innej branży zjawisko wzajemnego niepłacenia sobie nie jest aż tak widoczne. Pozostali dłużnicy branży to zleceniodawcy z sektorów: handlowego, przemysłowego, transportowego, projektowego i związanego z zarządzaniem nieruchomościami.

W branży budowlanej dość często więksi zleceniodawcy wykorzystują swą dominującą pozycję, wymuszając np. zapisy w umowach, które potem są interpretowane na niekorzyść podwykonawców. Podwykonawcy z kolei nie zabezpieczają odpowiednio swoich interesów: zawierają umowy ustne zamiast pisemnych i nie gromadzą dokumentów poświadczających wykonanie poszczególnych prac. To powoduje, że w efekcie nie są w stanie udowodnić zasadności swoich roszczeń. Dlatego do takich spraw tworzymy zawsze specjalne zespoły najlepszych negocjatorów i prawników – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu Kaczmarski Inkasso.

O zabezpieczeniu swoich interesów przypomina też Konrad Siekierka, radca prawny z kancelarii prawnej Via Lex, współpracującej z Kaczmarski Inkasso: – Spory sądowe o zapłatę za wykonane prace budowlane są bardzo czasochłonne. To powoduje, że ci „słabsi” wykonawcy często idą na niekorzystne dla siebie ugody, tylko po to, aby w krótszym czasie odzyskać jakiekolwiek pieniądze.

Długa lista przyczyn zadłużenia

Dzisiejsze zadłużenie to w części pokłosie zobowiązań, które powstały w budownictwie w ciągu kilku ostatnich lat. Duży wpływ na jego powstanie miały ubiegłoroczne przestoje w inwestycjach realizowanych ze środków unijnych. Obecnie jednym z takich czynników jest odwrócony VAT w budownictwie. Aby ratować się przed zatorami – podwykonawcy podnieśli ceny netto, co okazało się obciążeniem dla większych przedsiębiorstw. Duże firmy z kolei uskarżają się na wzrost płacy minimalnej i zjawisko odpływu pracowników, a także niestabilność cen materiałów, brak surowców, wojny kontraktowe. Problemem jest też to, że wzrost kosztów realizacji inwestycji (zatrudnienia, materiałów, transportu) nie stanowi argumentu dla inwestorów, by zmieniać zapisy umów. W konsekwencji firmy budowlane na ten i przyszły rok zostały z kontraktami, które są niedoszacowane i zagrażają ich płynności finansowej.

 

 

Źródło: Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA

Komfort pracy w pomieszczeniach typu open space jest niższy nawet o 32 proc, a efektywność pracowników spada o 15 proc. w porównaniu z systemem gabinetowym. Takie wnioski płyną z badania brytyjskich naukowców z Exeter University.

To, że pracownicy mają trudności z koncentracją w warunkach ciągłego hałasu, potwierdzają też dane grupy badawczej Ipsos, przeprowadzone na 10 tys. osób z 14 krajów świata. Badanie wskazuje, że dla niemal wszystkich, bo aż 95 proc. ankietowanych ważna jest możliwość wykonywania zadań w prywatności. Prawie co trzecia badana osoba przyznała, że ze względu na to, że nie może skupić się w biurze, musi kończyć wykonywanie zadań służbowych w domu. Tym sposobem pracownicy tracą średnio 86 minut w ciągu każdego dnia pracy. A im mniejsza wydajność, tym niższe wyniki finansowe firmy.

Według najnowszych danych Głównego Urzędu Statystycznego przeciętne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu 2017 r. wyniosło 4492,63 zł, a zatrudnienie 6025,6 tys. osób.

– Jeśli zatem przyjmiemy, że pracownik biurowy pracuje 8 godzin dziennie przez 20 dni w miesiącu, to z danych wynika, że każda taka osoba, która pracuje w niekomfortowym biurze, a tym samym traci prawie 1,5 godziny dziennie, przynosi firmie straty finansowe sięgającą aż 842 zł brutto miesięcznie. Mnożąc to przez średnie zatrudnienie, koszty związane z niezapewnieniem zespołowi odpowiednich warunków do pracy ponoszone przez pracodawcę można liczyć w miliardach złotych – mówi Jacek Staniszewski, dyrektor generalny Touax.

Biura zapewniające wysoki komfort pracy powinny być przyjazne, przestrzenne, wielofunkcyjne oraz dobrze skomunikowane i doświetlone. Dlatego niezależnie od tego czy pracujemy w systemie gabinetowym, czy przestrzeni typu open space, warto zastosować liczne przeszklenia. Są one nie tylko ładne i zgodne z najnowszymi trendami designu, ale przede wszystkim, umożliwiają większy dopływ światła dziennego.

Ciekawym i bardzo praktycznym rozwiązaniem są również szklane ściany, wydzielające pomieszczenia biurowe w kontenerach open space. Dają one pracownikom poczucie prywatności oraz możliwość pracy w ciszy, co znacznie przekłada się na wzrost efektywności w wykonywaniu zadań. Jeśli np. w firmie prowadzi się dużo rozmów telefonicznych, warto pomyśleć o wydzieleniu specjalnych boksów dla osób rozmawiających przez telefon. Jest to ważne ze względu na komfort pracy ich samych, jak i pracujących z nimi osób, wykonujących w tym czasie inne czynności.

Wypowiedź: Jacek Staniszewski, dyrektor Generalny Touax

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal niejednoznaczne. Choć w drugim kwartale nakłady ogółem nieznacznie się zwiększyły, w przemyśle nadal spadają, ale w większości sektorów widoczna jest poprawa.

Z danych dotyczących tempa wzrostu polskiej gospodarki za drugi kwartał wynika, że nakłady brutto na środki trwałe zwiększyły się o 0,8 proc. Ich dynamika jest wciąż mocno rozczarowująca, jednak należy zauważyć, że to pierwszy wzrost, po pięciu spadkowych poprzednich kwartałach. Wcześniej Główny Urząd Statystyczny podał, że nakłady inwestycyjne w sektorze przedsiębiorstw obniżyły się o 1,1 proc. Z najnowszych informacji GUS wynika, że inwestycje w przemyśle wyniosły w pierwszym półroczu niespełna 31 mld zł, a więc były niższe niż przed rokiem o 1,2 mld zł, czyli o 3,6 proc. W pierwszym półroczu 2016 r. spadły jedynie o 2,6 proc., można więc mówić o pogorszeniu się sytuacji. Obraz nie jest jednak tak jednoznaczny. Spośród 28 działów przemysłu inwestycje zwiększyły się w 13, a najmocniejszy spadek miał miejsce w górnictwie i wydobywaniu, gdzie sięgnął aż 25 proc. O prawie 18 proc. mniejsze były w pierwszym półroczu 2017 r. nakłady wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę, a w dostawach wody i gospodarce ściekami spadek sięgał 3,4 proc. Inwestycje tych trzech działów stanowią jedną trzecią wszystkich nakładów poniesionych w przemyśle. W przetwórstwie przemysłowym, odpowiedzialnym za pozostałe dwie trzecie, inwestycje zwiększyły się o 5,8 proc. To wzrost niższy niż 7,6 proc., jaki miał miejsce rok wcześniej, ale nieznacznie wyższa wartość rozpoczętych inwestycji wskazuje, że drugie półrocze może przynieść bardziej wyraźną poprawę. Najmocniej jest ona już widoczna w takich sektorach, jak produkcja koksu i rafinacja ropy naftowej (wzrost o 76 proc.), farmacja (53,5 proc.), produkcja komputerów i sprzętu elektronicznego (33 proc.), urządzeń elektrycznych (20,2 proc.), wyrobów tekstylnych (15,8 proc.), papieru (14,8 proc.), wyrobów z metali (12,3 proc.), produkcji mebli (9,1 proc.) i artykułów spożywczych (8,1 proc.). W pierwszym półroczu od 10 do 12 proc. niższe były nakłady inwestycyjne w produkcji metali, wyrobów chemicznych oraz pojazdów samochodowych i przyczep, a o prawie 28 proc. spadły w produkcji napojów.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

Po raz pierwszy w historii prowadzonych przez GUS badań nastrojów konsumentów, optymiści uzyskali przewagę nad niezadowolonymi. Taki wynik nie dziwi, biorąc pod uwagę poprawę większości czynników, wpływających na zasobność naszych portfeli.

W maju po raz pierwszy w historii prowadzonych od 2000 r. przez Główny Urząd Statystyczny badań nastrojów konsumentów, charakteryzujące je wskaźniki osiągnęły wartości dodatnie, co oznacza przewagę optymistów na osobami negatywnie oceniającymi sytuację. Czerwiec przyniósł dalszą poprawę zarówno w kwestii bieżącej kondycji konsumentów, jak i jej perspektyw. Przewaga zadowolonych Polaków jest niewielka, bo sięga zaledwie 1,8 punktu w przypadku przyszłości i 4,8 punktu w ocenie stanu obecnego. To jednak ogromny postęp, jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze pięć lat temu optymiści stanowili jedynie jedną trzecią spośród badanych. Z największym nasileniem pesymistycznych ocen mieliśmy ostatnio do czynienia na przełomie lat 2012-2013 (wcześniej gorsze nastroje były jedynie wiosną 2009 r. i w pierwszych czterech latach obecnego stulecia, czyli tuż po dwóch poważnych kryzysach na rynkach finansowych i w globalnej gospodarce). Od tego czasu nastroje ulegały systematycznej, choć powolnej poprawie i obecnie są najlepsze w historii, lepsze niż w szczycie poprzedniego boomu gospodarczego, który miał miejsce w latach 2007-2008. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł w tym czasie z minus 32 punktów do wspomnianych plus 4,8 punktu, a wskaźnik wyprzedzający, odnoszący się do przyszłości, zwiększył swoją wartość z minus 41 punktów do plus 1,8 punktu.

Wzrost optymizmu, widoczny w badaniach ankietowych, ma swoje wyraźne podstawy, wynikające z konkretnych danych, dotyczących zasobności portfeli Polaków, sytuacji na rynku pracy oraz kondycji gospodarki. Jak niedawno podał GUS, średni dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwach domowych, czyli kwota po uwzględnieniu wszystkich obciążeń podatkami i składkami na ubezpieczenia społeczne, wyniósł w ubiegłym roku 1474,6 zł, a więc był wyższy o 16 proc. niż w 2012 r. W latach 2011 i 2012 kwota ta się zmniejszała (w ujęciu realnym, bo nominalnie nieznacznie szła w górę), po sześciu latach wcześniejszych wzrostów. Obecna tendencja zwyżkowa trwa czwarty rok z rzędu i z roku na rok przybiera na sile. Dochód rozporządzalny w 2016 r. wzrósł realnie (po uwzględnieniu zmian cen) o 6,4 proc., a więc najmocniej od czterech lat. Co ciekawe, za dynamicznym wzrostem dochodu sporo w tyle zostają wydatki na osobę w gospodarstwie domowym. W 2016 r. zwiększyły się one jedynie o 3,7 proc. W porównaniu do 2012 r. wzrosły o nieco ponad 8 proc., a więc o połowę mniej niż dochód rozporządzalny. Świadczy to tym, że część dochodów jednak odkładamy. W 2012 r. było to 225 zł na osobę, czyli prawie 18 proc. dochodu, w ubiegłym roku zaś 343 zł, a więc aż 23 proc. Mowa tu oczywiście o wartościach średnich, a więc trzeba mieć na względzie spore zróżnicowanie sytuacji w poszczególnych gospodarstwach. Pamiętając o wspomnianych proporcjach optymistów i pesymistów, można sądzić, że odkłada mniej więcej połowa gospodarstw, a połowa nie odkłada, bo najczęściej nie ma z czego. Warto zwrócić uwagę, że udział wydatków w dochodzie rozporządzalnym maleje systematycznie od wielu lat. W 2003 r. sięgał on nieco ponad 95 proc., zaś w ubiegłym roku już tylko niecałe 77 proc.

Dane GUS znajdują potwierdzenie także w analizach prowadzonych przez Narodowy Bank Polski. Według nich w ubiegłym roku dochód do dyspozycji w gospodarstwach domowych (kategoria zbliżona do gusowskiego dochodu rozporządzalnego) wzrósł realnie o 5,6 proc., przyspieszając wyraźnie w drugiej połowie roku (w czwartym kwartale zwiększył się o 7,6 proc., w porównaniu do czwartego kwartału 2015 r.). Spory w tym udział miały dochody ze świadczeń społecznych, program 500+ , które dynamikę dochodu do dyspozycji zwiększyły o 2,1 punktu procentowego (bez nich wzrósłby on w czwartym kwartale jedynie o 5,5 proc.). Zarówno analizy GUS, jak i NBP, wskazują na osłabienie dynamiki dochodów z pracy najemnej w dochodzie rozporządzalnym i dochodzie do dyspozycji. Według GUS zwiększyły się ona w ubiegłym roku realnie o 2,7 proc., a według NBP o 2,5 proc. Bardzo dynamicznie, bo aż o ponad 21 proc. zwiększyły się dochody z własności, a więc z odsetek od lokat, dywidend, czynszów z najmu, wzrostu wartości akcji itp. Problem w tym, że udział tej kategorii dochodów w dochodach ogółem jest znikomy i sięga jedynie około 5 proc., podczas gdy świadczenia społeczne stanowią aż 20 proc., dochody z pracy najemnej 40 proc., a z działalności gospodarczej około 30 proc., choć oczywiście udział dochodów każdej z tych kategorii jest inny dla poszczególnych grup gospodarstw domowych (np. w przypadku emerytów dominować będą świadczenia społeczne, w przypadku pracowników najemnych wynagrodzenia).

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Podobnie jak rok ubiegły, także ten rok przynosi deweloperom rekordowe wyniki

W minionym roku rynek deweloperski notował rekordy, zarówno pod względem prowadzonych inwestycji, wydanych pozwoleń na budowę, jak i ilości sprzedanych mieszkań. Tegoroczne podsumowania statystyczne dostarczają kolejnych rekordowych rezultatów.

Już trzeci rok mieszkania sprzedają się tak dobrze, jak nigdy wcześniej, więc firmy bez wahania wprowadzają do sprzedaży kolejne projekty. Na rynek płynie zaoszczędzona gotówka i pieniądze z wycofywanych lokat bankowych, które przy obecnej inflacji są deficytowe. Niemal połowa wydawanych w Polsce na mieszkania środków trafia do deweloperów. To dowód na to, że firmy zwiększyły zasięg swojego działania, bo jeszcze kilka lat temu deweloperzy mieli tylko jedną trzecią udziału w obrocie na rynku mieszkaniowym.

Dobry początek roku

Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie dla deweloperów jeszcze lepszy niż poprzedni. Rewelacyjne wyniki widać już w pierwszych miesiącach. Dalszy wzrost rynku nowych mieszkań potwierdzają dane Głównego Urzędu Statystycznego, które mówią, że w okresie pierwszych pięciu miesięcy 2017 roku deweloperzy zaczęli budowę prawie 42 tys. mieszkań, o jedną czwartą większej ilości lokali niż w tym samym okresie przed rokiem.

Nieco więcej niż rok temu firmy oddały też w tym okresie mieszkań do użytkowania, prawie 30 tys. Ale najciekawsze dane przynoszą podsumowania dotyczące liczby uzyskanych pozwoleń na budowę. Tu nastąpił ponad 50 proc. skok w porównaniu z 2016 rokiem. Od początku roku do końca maja br. deweloperzy dostali pozwolenia na budowę ponad 58 tys. mieszkań. Oznacza to, że w najbliższym czasie polski rynek mieszkaniowy, nie tylko nie wyhamuje, ale poważnie zwiększy produkcję.

 Nienasycony rynek

 Na koniec marca tego roku w sześciu aglomeracjach, w których deweloperzy budują najwięcej (Warszawa, Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Poznań, Łódź)  w sprzedaży było nieco ponad 50 tys. nowych mieszkań. Z tego w Warszawie w sprzedaży było ponad 19 tys. lokali, obliczają analitycy. Wybór jest spory, ale jeśli spojrzymy na wielkość popytu okaże się podaż wcale nie jest taka duża. Tylko w ciągu trzech pierwszych miesięcy tego roku na sześciu największych rynkach w kraju deweloperzy sprzedali ponad 18,6 tys. mieszkań.

W największych miastach zapotrzebowanie na nowe lokale wciąż rośnie. Szacunkowe obliczenia wskazują, że w aglomeracjach brakuje wciąż co najmniej pół miliona mieszkań. Perspektywa szybkiego spadku popytu przy tak nienasyconym rynku nie jest więc raczej prawdopodobna. Szczególnie przy utrzymywanych na niskim poziomie stopach procentowych, przy których nie opłaca się trzymać pieniędzy w banku.

Potok gotówki

 – Mieszkania na wynajem uznawane są teraz za najlepszą lokatę kapitału. Dlatego zakupy gotówkowe stanowią przeważający typ transakcji na rynku pierwotnym. Większość z kupujących ze środków własnych to osoby nabywające nieruchomości w celach inwestycyjnych. Taką strukturę zakupów możemy obserwować w naszych inwestycjach Dzielna 64 i Studio Centrum, które prowadzimy w centrum Warszawy – mówi Tomasz Sadłocha z firmy Ochnik Development.

Zaznacza, że lokalizacja projektów i dostępna w nich oferta przyciąga inwestorów. – Specjalnie dla tej grupy przygotowana została oferta Studia Centrum, gdzie dostępne są mikro-lokale o metrażu od 18 mkw. w cenie od 180 tys. zł. Choć muszę przyznać, że w budynku przy Dzielnej 64 część apartamentów także kupowana jest inwestycyjnie. Na brak chętnych nie możemy narzekać, bo w obu inwestycjach sprzedało się już większość mieszkań, a ich budowa ruszyła dopiero jesienią zeszłego roku – informuje Tomasz Sadłocha.

W 2016 roku gotówkowe wydatki na zakup nowych mieszkań w siedmiu największych miastach kraju przekroczyły 14,2 mld zł. To najlepszy wynik w całej historii polskiego rynku deweloperskiego. Dla porównania pięć lat temu do firm deweloperskich trafiło 6,1 mld zł.

Prawie 70 proc. transakcji bez kredytu   

Najprawdopodobniej więc w drugiej połowie roku padną kolejne rekordy sprzedażowe na rynku deweloperskim, bo apetyt na mieszkania nie słabnie. Potwierdza to choćby 10 proc. wzrost wartości udzielonych kredytów w maju tego roku w porównaniu do wyniku ubiegłorocznego.

Większość nowych mieszkań kupowana jest jednak bez kredytu. W 2016 roku takie zakupy stanowiły 60 proc. wszystkich transakcji na rynku pierwotnym. Za gotówkę kupowane były dwa z trzech nowych mieszkań. Prognozy wskazują, że w tym roku udział transakcji gotówkowych będzie jeszcze większy.

Widać to po wynikach osiągniętych na początku roku. W pierwszym kwartale na zakup mieszkań od deweloperów nabywcy wydali z oszczędności 4,4 mld zł. Lepszy o zaledwie  100 mln zł był w dotychczasowej historii rynku tylko ostatni kwartał ubiegłego roku. Szacunkowe dane NBP wskazują, że tym razem zakupy gotówkowe stanowiły już 67 proc. zawartych transakcji.

Zakupy pakietowe

Ogromnemu ożywieniu na rynku nieruchomości sprzyja obniżające się bezrobocie, systematycznie rosnące zarobki Polaków oraz coraz większe zainteresowanie inwestorów dochodami z najmu mieszkań. Ponadto rekordowo niskie stopy procentowe zachęcają do zaciągania tanich kredytów hipotecznych.

Należy zaznaczyć, że na naszym rynku mieszkaniowym zakupy zaczynają robić również międzynarodowe fundusze  inwestycyjne. Kupują od deweloperów duże pakiety mieszkań, albo całe inwestycje, nawet takie, które jeszcze nie są zrealizowane. Inwestują w projekty zlokalizowane w centralnych obszarach miast, przede wszystkim w Warszawie i Krakowie.

 

Autor: Ochnik Development

Bezrobocie na koniec maja br. wyniosło 7,4 proc., czyli spadło o 0,3 pkt proc. w stosunku do  kwietnia br  – podał Główny Urząd Statystyczny (GUS). W maju 2016 r. bezrobocie wynosiło 9,1 proc.

Dane za maj potwierdzają, że utrzymuje się popyt na pracę, co jest odzwierciedleniem dobrego stanu gospodarki. Taka kondycja rynku pracy wystawia pracodawców na większą presję płacową, co także potwierdzają ostatnie dane GUS, który odnotował wyższą od przewidywanej dynamikę wzrostu płac w maju br. (5,4 proc. ). Ale, co podkreślałem wielokrotnie, spadek bezrobocia nie jest już dobrą wiadomością, oznacza też że powiększa się nierównowaga, uwarunkowana sytuacją  demograficzną – spada w Polsce popyt na pracę. Brak pracowników krajowych jest  częściowo kompensowany wzrostem zapotrzebowania na pracowników z Ukrainy. Ale ze strony rządu warto oczekiwać strategii lepszego wykorzystywania potencjału osób bezrobotnych i biernych zawodowo. Dlatego dziś na rynku pracy potrzebne są programy aktywizacji długotrwale bezrobotnych, których jest zbyt mało a część opartą na partnerstwie z agencjami zatrudnienia wstrzymano. Więcej, potrzeba programów, które zachęcać będą do wydłużania aktywności zawodowej przez osoby starsze. Wreszcie trzeba skuteczniej zachęcać  do powrotu na rynek pracy młode matki.  Dziś każdy wzrost zatrudnienia w oparciu o niewykorzystany potencjał kapitału ludzkiego będzie sukcesem polityki zatrudnienia i rynku pracy i tak trzeba mierzyć jej skuteczność.

 

Komentarz: prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan i wykładowca UW

Informacje napływające do GUS-u z budów realizowanych przez deweloperów wskazują, że nadal przeważa tzw. technologia tradycyjna udoskonalona. Mowa o wznoszeniu ścian nośnych budynków mieszkalnych przy pomocy ręcznie wmurowywanych bloczków, cegieł lub pustaków. Obserwacja inwestycji osób prywatnych sugeruje, że tacy inwestorzy przy budowie domów jednorodzinnych też wybierają sprawdzone rozwiązania. Dzięki danym GUS-u możemy sprawdzić, czy alternatywne technologie budowy domów są całkowitą egzotyką w Polsce.

Nowe drewniane domy wciąż stanowią zupełny margines rynkowy …

Informacje na temat technologii budowy domów znajdziemy w rocznych opracowaniach GUS-u. Do niedawna wspomniana instytucja podawała tylko dane o budynkach wzniesionych poza budownictwem indywidualnym. Statystyki z ostatnich lat dotyczą również budynków ukończonych przez indywidualnych inwestorów. Do tej kategorii zaliczają się przede wszystkim osoby prywatne budujące swój dom jednorodzinny – tłumaczy  Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. O wiele mniejsze znaczenie mają jednoosobowi przedsiębiorcy budujący domy i lokale na sprzedaż lub wynajem. Warto wiedzieć, że Główny Urząd Statystyczny zalicza takie osoby do grona inwestorów indywidualnych.

Po sprawdzeniu najnowszych informacji na temat budynków ukończonych przez inwestorów indywidualnych (2014 rok, 2015 rok i 2016 rok) można zauważyć, że technologia tradycyjna udoskonalona nadal posiada przytłaczającą przewagę. W takiej technologii wzniesiono 99,4% – 99,5% wszystkich budynków, które od 2014 r. do 2016 r. ukończyli inwestorzy indywidualni. Jeżeli chodzi o pozostałe warianty budowy domów, to tylko jeden z nich osiągnął udział zasługujący na jakiekolwiek omówienie. Mowa o technologii konstrukcji drewnianych. Od 2014 roku do 2016 roku, nowe drewniane domy stanowiły 0,5% – 0,6% wszystkich budynków ukończonych przez inwestorów indywidualnych. W minionym roku do użytku oddano około 360 takich domów z drewna. Stanowią one ciekawe rozwiązanie, ale nadal powinny być postrzegane jako rynkowy margines.

Nie tylko przez technologię budowa polskiego domu trwa 56 miesięcy

Dominacja technologii tradycyjnej udoskonalonej jest bardzo widoczna również wtedy, gdy weźmiemy pod uwagę liczbę mieszkań ukończonych przez inwestorów indywidualnych. Udział wspomnianej technologii w liczbie nowych „indywidualnych” mieszkań z 2016 r. wynosił 99,26% (patrz poniższa tabela). Ten wynik nie stanowi zaskoczenia, gdyż w budownictwie indywidualnym jeden budynek zwykle zawiera tylko jedno mieszkanie (klasyfikowane zgodnie z terminologią GUS-u).

Poniższe zestawienie zawiera informacje, która może być bardziej zaskakująca dla wielu czytelników. Okazuje się bowiem, że według danych GUS-u budowa przeciętnego domu jednorodzinnego w Polsce nadal trwa ponad 4,5 roku. Ten czas potrzebny na budowę wynika nie tylko z pracochłonności tradycyjnej technologii. Równie istotne są przerwy, które prywatni inwestorzy muszą stosować w celu zgromadzenia środków lub znalezienia odpowiednich fachowców.

Unijne wymagania wymuszą na inwestorach zmiany technologiczne

W kolejnych latach nadal możemy spodziewać się zdecydowanej dominacji technologii tradycyjnej udoskonalonej na polskich budowach domów i stosunkowo długiego czasu realizowania takich inwestycji przez osoby prywatne – dodaje ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Warto jednak zwrócić uwagę, że w ramach tradycyjnej technologii budowy domów, będą musiały zajść pewne zmiany (związane np. z zastosowaniem bardziej nowoczesnych materiałów). Takie dostosowania są już przesądzone od 2014 roku, kiedy wprowadzono w Polsce nowe unijne normy energochłonności dla domów jednorodzinnych. Zgodnie z tymi regulacjami, maksymalne roczne zapotrzebowanie na nieodnawialną energię pierwotną (potrzebną do ogrzewania, wentylacji i przygotowania ciepłej wody użytkowej), powinno wynosić:

  • 95 kWh/mkw. od 1 stycznia 2017 r. do 31 grudnia 2020 r.
  • 70 kWh/mkw. od 1 stycznia 2021 r.

Norma obowiązująca od początku 2021 roku sprawi, że nawet najbardziej energochłonne nowe domy będą dość zbliżone parametrami do budynków pasywnych. Taka zmiana prawdopodobnie wpłynie negatywnie na koszty związane z budową. O wyższych wymaganiach dotyczących energochłonności, powinny pamiętać osoby, które zamierzają rozpocząć budowę „własnych czterech kątów” po 2020 r.

 

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

 

Deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych w 2016 r. wyniósł 2,4 proc. PKB wobec 2,6 proc. PKB w 2015 r., 3,5 proc. PKB w 2014 r. i 4,1 proc. PKB w 2013 r. – podał w poniedziałek we wstępnej informacji Główny Urząd Statystyczny.

Zgodnie z komunikatem dług sektora finansów publicznych wyniósł w 2016 r. 54,4 proc. PKB. wobec 51,1 proc. PKB na koniec 2015 r., 50,2 proc. PKB w roku 2014 i 55,7 proc. PKB w 2013 r. Urząd poinformował, że dane o relacji deficytu i długu do PKB prezes GUS przesłał do Komisji Europejskiej (Eurostatu) jako tzw. notyfikację fiskalną.

Urząd statystyczny wyjaśnił, że dane mają charakter wstępny i mogą się zmienić. Komunikat w sprawie deficytu i długu sektora instytucji rządowych i samorządowych zawierający dane zweryfikowane przez Komisję Europejską (Eurostat) zostanie opublikowany 21 kwietnia 2017 r.

Jednocześnie GUS opublikuje szacunek PKB za lata 2015-2016. Wyjaśniono, że dane zostały opracowane zgodnie z metodyką Europejskiego Systemu Rachunków Narodowych i Regionalnych w Unii Europejskiej (ESA2010). Uwzględniono przy tym najnowsze (z 27 marca 2017) wytyczne Eurostatu dotyczące rejestracji dochodów ze sprzedaży licencji czy zezwoleń na użytkowanie częstotliwości telefonii komórkowej i innych tzw. aktywów nieprodukowanych.

„Wpłynęło to na wartości deficytu we wszystkich latach objętych notyfikacją, a na relację deficytu do PKB tylko w roku 2014” – zastrzegł GUS. Pod koniec stycznia br. wiceminister finansów Leszek Skiba informował, że zgodnie z wyliczeniami resortu finansów deficyt sektora finansów publicznych w 2016 roku wyniósł 2,8-2,9 proc. PKB.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

42,3 godzin tygodniowo – jak szacuje GUS przeciętnie tyle czasu poświęcił pracy w zeszłym roku przedsiębiorca. To o ponad 3 godziny więcej niż pracownik. Biorąc pod uwagę średnią roczną, kalendarz szefa w 2016 liczył nie 12, a ponad 13 miesięcy.

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj informację o rynku pracy w IV kw. 2016 r., uzupełniając po części dane roczne dotyczące aktywności ekonomicznej Polaków. Rok 2016 był dla przedsiębiorców trochę bardziej pracowity niż rok 2015. Stanowili oni mniej niż 1/5 ogółu pracujących, a pracowali ze wszystkich najwięcej.

Liczba pracujących przedsiębiorców stabilna

W 2016 r. średnio pracowało nas 16,2 mln. Zaledwie 18% tej puli stanowili pracujący na własny rachunek, czyli przedsiębiorcy (w tym pracodawcy). Było ich 2,928 mln, o 12 tys. mniej niż w 2015 r., lecz o 32 tys. więcej niż w 2014 r. W perspektywie przeciętnych rocznych liczb liczba osób pracujących na „swoim” utrzymuje się na zbliżonym poziomie od 6 lat, na podstawie czego można wnioskować, że polskie firmy pracują stabilnie.

Z roku na rok przybywa za to pracowników najemnych – o ok. 150 tys. W 2016 r. ich średnia liczba dobiła do 12,84 mln. Wzrost liczby pracujących „dla kogoś” może być jednak bardziej związany ze spadkiem bezrobocia niż z napływem na rynek nowych rąk do pracy, co pokazuje utrzymująca się na podobnym poziomie liczba aktywnych zawodowo (pracujących i bezrobotnych).

W danych GUS znajdują się też informacje o przeciętnej liczbie godzin przepracowanych w tygodniu według statusu zatrudnienia. Generalnie najgorętszym okresem w roku jest III kwartał i generalnie najdłużej pracują przedsiębiorcy. W III kw. 2016 r. 46,2 godzin tygodniowo potrafili spędzić „za biurkiem” pracodawcy, podczas gdy pracownicy najemni z sektora publicznego w swoim miejscu pracy spędzali w tygodniu przeciętnie 38,6 godzin.

W okresie jesienno-zimowym tempo pracy zazwyczaj spada, i tak też było w ostatnim kwartale 2016 r. Nie mniej jednak, zestawiając ze sobą przeciętny tygodniowy czas pracy w skali całego roku, przedsiębiorcy nadal wyrabiają ponad 100% normy.

W 2016 r. przeciętny czas pracy pracujących na własny rachunek wyniósł średnio 42,3 godziny, w porównaniu do 39 godzin przypisanych pracownikom najemnym. W skali roku przedsiębiorcy pracują zatem w tygodniu o 3,3 godziny więcej, co w odniesieniu do liczby tygodni w roku daje dodatkowy miesiąc pracy. To sporo, ale patrząc na lata ubiegłe, pracowitość to po prostu natura polskiego przedsiębiorcy.

Czy w tym roku przedsiębiorcy poświęcą pracy jeszcze więcej czasu? Być może tak, biorąc pod uwagę wprowadzone rewolucjonizujące życie gospodarcze przepisy, które póki co utrudniają pracę właścicielom firm, zastanawiających się od kilku tygodni m.in., jak kwalifikować usługi budowlane na rzecz odwróconego obciążenia w VAT.

Autor: Katarzyna Miazek, Tax Care

Ceny towarów i usług, licząc rok do roku, wzrosły w styczniu o 1,8 proc. W porównaniu z grudniem ’16 ceny wzrosły o 0,4 proc. – podał w poniedziałek Główny Urząd Statystyczny. Rosły ceny żywności, prądu czy paliw. Spadły z kolei ceny ubrań czy sprzętu informatycznego.

Rynek oczekiwał, że w ujęciu rok do roku ceny wzrosły o 1,7 proc., a miesiąc do miesiąca o 0,3 proc.

GUS podał, że w styczniu ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły w porównaniu do grudnia o 1,8 proc. Więcej niż w grudniu 2016 r. musieliśmy zapłacić za owoce, warzywa oraz mąkę pszenną. Wzrosły też ceny olejów i tłuszczy, makaronów i produktów makaronowych, ryżu, a także nabiału. Więcej trzeba było też zapłacić za ryby i owoce morza, pieczywo czy cukier.

W porównaniu do grudnia w górę poszły też ceny napojów bezalkoholowych (najbardziej podrożały wody mineralne i źródlane). Więcej trzeba było też zapłacić za alkohole i wyroby tytoniowe (o 0,1 proc.).

Spadek cen, bo o 4,3 proc. odnotowano z kolei w przypadku ubrań i obuwia.

Urząd poinformował, że w styczniu wzrosły ceny związane z mieszkaniem o 0,7 proc. Podrożało użytkowanie mieszkania lub domu i nośniki energii. W górę poszły opłaty za wywóz śmieci, zaopatrzenie w wodę oraz usługi kanalizacyjne. Podrożał też najem mieszkania.

W styczniu wzrosły też ceny nośników energii. Obowiązujące od zeszłego miesiąca nowe taryfy dla energii elektrycznej i usług dystrybucji wpłynęły na wzrost opłat za energię elektryczną. Podrożały także: opał, gaz oraz energia cieplna. Więcej niż w grudniu ub. roku płacono za towary i usługi w zakresie wyposażenia mieszkania i prowadzenia gospodarstwa domowego.

GUS poinformował ponadto, że w ubiegłym miesiącu w górę (o 0,4 proc.) poszły opłaty związane ze zdrowiem. Więcej trzeba było płacić za usługi szpitalne i sanatoryjne, lekarskie, stomatologiczne, a także za urządzenia i sprzęt terapeutyczny oraz leki.

W styczniu więcej musieliśmy zapłacić też za: gazety, czasopisma, książki oraz za usługi związane z kulturą i turystyką zorganizowaną. Do góry poszły też ceny w restauracjach i hotelach. Więcej kosztowała nas też opieka społeczna – podniesiono ceny ubezpieczeń, artykułów do higieny osobistej i kosmetyków, a także usług fryzjerskich, kosmetycznych i pielęgnacyjnych.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w grudniu 8,3% – poinformował Główny Urząd Statystyczny.

Widocznej poprawie sytuacji na rynku pracy w 2016 r. towarzyszyły problemy pracodawców związane ze wzrostem oczekiwań płacowych, brakiem kandydatów do pracy, a w szczególności pogłębiającym się strukturalnym niedopasowaniem podaży i popytu na pracę. Brak na rynku fachowców coraz mocniej wskazuje na potrzebę szybkiego wdrożenia zmian w systemie kształcenia zawodowego oraz zwiększenia nakładów zarówno publicznych jak i prywatnych w kształcenie ustawiczne.

Analizując sytuację na rynku pracy w 2017 roku można zakładać  dalszy spadek stopy bezrobocia, choć  z uwagi na słabe efekty  aktywizacji osób długotrwale bezrobotnych nie będzie on już większy niż 1 pkt procentowy.  Zatem bezrobocie rejestrowane na koniec tego roku wyniesie około 7,3 – 7,6%.  Możemy się spodziewać ograniczonego dostępu do kadry wykwalifikowanej, co może objawiać się nie tylko odczuwanym brakiem kandydatów do pracy, ale i większą fluktuacją pracowników zmieniających pracę w poszukiwaniu zatrudnienia za wyższą płacę. Działania firm na rzecz utrzymania dotychczasowego zatrudnienia wzmacniać będą presję płacową, ale wpływać też korzystnie na poprawę jakości zarządzania zasobami ludzkimi. Tendencja do konkurowania firm o utrzymanie pracowników, ale i pozyskiwania od konkurencji fachowców i specjalistów wpłynie korzystnie na rozwój programów wspierających łączenie obowiązków rodzinnych z zawodowymi, zatrudniania osób 50+, dodatkowych ubezpieczeń, wreszcie inwestowania w kwalifikacje pracowników.

Konkurencja na rynku pracy i zabieganie o pracowników powinno przyspieszyć korzystne zmiany w zakresie jakości zatrudnienia, poprawy warunków pracy i wzrostu wynagrodzeń. Pomagać rozładować nierównowagę mogą agencje pracy tymczasowej, czy formy samozatrudnienia w gospodarce, charakteryzujące się wyższą produktywnością. Dla lepszych wyników  rynku pracy w 2017 roku potrzebny jest wyraźny priorytet na aktywizację osób długotrwale bezrobotnych. W tym kontekście nowe pomysły resortu na zarządzanie systemem publicznych służb zatrudnienia muszą być bardzo przemyślane. Proste programy pośrednictwa i doradztwa zawodowego nie przywrócą długotrwale bezrobotnych na rynek pracy, a ta grupa stanowi już zdecydowaną większość zarejestrowanych  bezrobotnych.

 

Komentarz prof. Jacka Męciny, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan i wykładowcy UW

Eksperci

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

AKTUALNOŚCI

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...