piątek, Listopad 24, 2017
Home Archiwa 2017 Wrzesień 7

Dzienne archiwaWrz 7, 2017

Ostatnimi czasy tematem numer jeden jest zagrożenie jakie płynie ze strony Korei Północnej. Permanentnie powtarzające się próby jądrowe niepokoją zarówno polityków, jak i rynki finansowe. Ryzyko wybuchu konfliktu zbrojnego wydaje się przybierać na sile, choć nie da się ukryć, że jego materializacja de facto nie leży ani w interesie Stanów Zjednoczonych, ani Chin a nawet Korei Północnej. Świadczą o tym chociażby kolejne groźby ze strony Amerykanów, które są tonowane przez Chiny i w rezultacie pozostają bez pokrycia. Na tym zamieszaniu zyskuje reżim Korei Północnej, który ze względu na swą nieobliczalną naturę i skłonności imperialistyczne wydaje się być jedyną stroną, która mogłaby ewentualnie zainicjować wybuch wojny. Niemniej taki ruch doprowadziłby do krwawego konfliktu, który raczej zakończyłby się porażką Kim Dzong Una.

W tej nowej, pełnej strachu rzeczywistości muszą odnaleźć się inwestorzy, którzy nie przepadają za niestabilnością i niepewnością. Kolejne incydenty wojskowe znajdują swoje negatywne odzwierciedlenie w zachowaniu indeksów giełdowych i przyczyniają się do wzrostu atrakcyjności bezpiecznych przystani. Nie stanowi więc zaskoczenia rosnąca cena złota. Taka sytuacja powinna być również niekorzystna dla rynków emerging markets, szczególnie wrażliwych na ryzyko geopolityczne. Tymczasem biorąc pod lupę przykład złotego oraz polskich aktywów trudno dostrzec symptomy podwyższonego strachu. Złoty pozostaje relatywnie mocny, a indeks WIG pnie się w górę. Zatem może się wydawać, że tykająca bomba, jaką stanowi Korea Północna (dosłownie) póki co nie doprowadziła do znaczącego pogorszenia globalnego sentymentu rynkowego, zwłaszcza jeżeli amerykańskie indeksy giełdowe po krótkoterminowej korekcie szybko wracają do wzrostów. Warto zauważyć, że nie wszystkie bezpieczne przystanie zyskują na znaczeniu, a ostatnie wzrosty ceny złota wkomponowują się w długoterminowy układ wzrostowy tego surowca.

Inwestorzy wydają się adaptować do nowej rzeczywistości, toteż wraz z biegiem czasu w coraz mniejszym stopniu reagują na nowe próby jądrowe Korei Północnej. Jeżeli dotychczasowy układ nie ulegnie zmianie tj. jeżeli nadal będziemy obserwować bierność Stanów i ich sojuszników oraz pozwolenie na kontynuację programu jądrowego reżimu koreańskiego, to rynki prawdopodobnie będą coraz bardziej odporne na wydarzenia z Półwyspu Koreańskiego. Dlatego też aktualnie najważniejsze dla inwestorów pozostają fundamenty tj. kondycja największych gospodarek oraz polityka monetarna banków centralnych, zwłaszcza Fed oraz EBC.

W efekcie mimo tego, że trudno wskazać jakiś konkretny impuls, obserwujemy obecnie nową falę umacniania się złotego oraz wzrosty na warszawskim parkiecie. Polski orzeł zyskuje zarówno względem euro jak i dolara, a nawet franka szwajcarskiego, podczas gdy szeroki indeks WIG zbliża się do historycznych szczytów. Trudno aby było inaczej, skoro gospodarka USA pozostaje solidna, wzrost gospodarczy w UE przyśpiesza, dane makroekonomiczne z Polski pozytywnie zaskakują, a RPP zamierza kontynuować politykę stabilizacji stóp procentowych. Zatem dopóki sytuacja w Korei Północnej nie nabierze nowego wymiaru tj. nie zaostrzy się i nie doprowadzi do bardziej aktywnej postawy USA i sojuszników, dopóty nie należy spodziewać się negatywnego wpływu na ogólne tendencje rynkowe (ceteris paribus).

Chciwość i strach rządzą rynkami finansowymi, lecz nie wydaje się, aby obecnie ten drugi czynnik nabrał szczególnego znaczenia. Sytuacja w Korei Północnej zasługuje na miano tykającej bomby. Niemniej to określenie charakteryzuje się tym, że nierzadko owe tykanie nie kończy się wybuchem. Podobny scenariusz jest możliwy również i w tym przypadku, co nie oznacza, że inwestorzy nie powinni zachować czujności. W rezultacie wydaje się, że aktualnie rynki próbują się dostosować do nowej rzeczywistości, toteż w gruncie rzeczy to fundamenty nadal pozostają najważniejsze. Te z kolei wspierają polskie aktywa – to dobry prognostyk na nadchodzące miesiące.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Chmura obliczeniowa stała się powszechnym elementem naszego biznesowego krajobrazu. Przestała być obcym zjawiskiem, budzącym lęk przedsiębiorców. Cloud computing znalazł swoich entuzjastów, którzy doceniają niemalże nieograniczone możliwości – także dla firm.

Wzrost świadomości oraz poziomu wiedzy na temat chmury spowodował zmianę sposobu myślenia. Przedsiębiorcy przestali zastanawiać się czy migrować do chmury, a coraz częściej zadają pytanie, kiedy należy to zrobić.

Dlaczego warto migrować do chmury?

Korzyści związane z przeniesieniem firmy do chmury można rozpatrywać w trzech aspektach, dotyczących finansów firmy, elastyczności rozwiązania oraz bezpieczeństwa danych.

Chmura pełna oszczędności

Decydując się na migrację lub zakup usług chmurowych, przedsiębiorca jest w stanie osiągnąć spore oszczędności. Nie musi inwestować w drogą infrastrukturę, serwery, sprzęt czy oprogramowanie. Nie martwi się kosztami amortyzacji czy zużycia prądu. Oszczędza także czas pracowników IT, którzy mogą skupić się na innych zadaniach.

Korzystając z infrastruktury chmurowej, użytkownicy płacą jedynie za wykorzystane zasoby, nie nadwyrężając firmowego budżetu. Dodatkowo posiadają pełną kontrolę nad zużyciem, skalując zasoby według aktualnych potrzeb.

Chmura jest doskonałym rozwiązaniem dla początkujących firm. Jeszcze niedawno nie mogły one korzystać z nowoczesnego, wysokiej klasy oprogramowania. Teraz jest to możliwe. Doskonałym przykładem jest NAV 365. Jest to pakiet rozwiązań biznesowych, w skład którego wchodzi między innymi system ERP – Microsoft Dynamics NAV, który był niedostępny dla firm o niskim budżecie. Jego integracja z chmurą oraz dostępność w abonamencie pozwoliły znacząco obniżyć koszty oprogramowania.

Gwarancja elastyczności

Elastyczność oraz dostępność zasobów jest ogromną zaletą modelu chmurowego. Jest doceniana przede wszystkim przez organizacje, które doświadczają sezonowych wzrostów produkcji i sprzedaży. Chmura zapewnia usługobiorcom skalowalność, która połączona jest z możliwością alokacji zasobów w momencie, kiedy pojawi się zapotrzebowanie. Dzięki temu przedsiębiorstwo może bez problemu sprostać nawet gwałtownym wzrostom popytu, uruchamiając nowe zasoby.

Wyższy poziom bezpieczeństwa

Kwestia bezpieczeństwa jeszcze do niedawna nurtowała przedsiębiorców. Ulokowanie danych firmowych w abstrakcyjnej chmurze budziło niepokój. Jednak niepotrzebnie. Dla przykładu, chmura Microsoft jest obecnie najbezpieczniejszym z dostępnych rozwiązań. Posiada najszerszą zgodność z przepisami spośród wszystkich dostawców chmury. Użytkownicy mogą się cieszyć najwyższym poziomem zabezpieczeń przed cyberatakami.

Rozważając wybór chmury, warto również wziąć pod uwagę odporność na wszelkiego typu katastrofy, pożary czy powodzie. Dane, bez względu na zaistniałe okoliczności, są w chmurze bezpieczne i nie znikną wraz z kradzieżą komputera.

Jak rozpoznać najlepszy moment na migrację do chmury?

Decyzja o przejściu do chmury jest trudna. W szczególności, jeśli firma zainwestowała wcześniej w drogi sprzęt, serwery i oprogramowanie. Wówczas, mimo potencjalnych korzyści, nie podejmuje tego kroku ze względu na poniesione inwestycje.

Zmiany warto wprowadzić, gdy dotychczasowe rozwiązanie przestaje spełniać wymagania organizacji. Blokuje jej szybki rozwój, generuje niepotrzebnie koszty, ogranicza możliwości, a wady zaczynają przerastać korzyści.

Obecna infrastruktura blokuje rozwój firmy

Wraz z szybkim rozwojem, zwiększoną sprzedażą czy produkcją pojawia się potrzeba wprowadzenia nowych rozwiązań, dopasowanych do tempa wzrostu. Brak decyzji może skutecznie zahamować rozwój przedsiębiorstwa, narażając je na straty oraz upadek.

Serwerownia wymaga modernizacji oraz inwestycji

Do niedawna modernizacja infrastruktury w firmach wiązała się z potrzebą zakupu nowych serwerów czy infrastruktury sieciowej. Obecnie przedsiębiorcy może zadecydować o wymianie serwerów stacjonarnych na serwery w chmurze, które nie wymagają zakupu nowego sprzętu, oprogramowania czy kosztownej obsługi działu IT.

Pojawiają się problemy z funkcjonowaniem firmy w „gorących okresach”

Gdy organizacja straciła swoją efektywność w momentach wzmożonej sprzedaży (np. w okresie przedświątecznym), a posiadane zasoby nie wystarczają, należy poszukać rozwiązania bardziej elastycznego, pozwalającego na skalowanie potrzeb. Chmura pozwala w „gorących momentach” podnieść zapotrzebowanie, a po ich zakończeniu przywrócić je do poziomu standardowego.

Firma szuka oszczędności

Zakup i utrzymanie serwerów stacjonarnych wiąże się z dużymi kosztami stałymi. Jeśli firma wymaga oszczędności, inwestycja w infrastrukturę chmurową jest dobrym rozwiązaniem, gdyż nie wymaga dodatkowych nakładów na serwery bądź oprogramowanie.

Wybór serwerów chmurowych zamiast serwerów lokalnych wymaga sporej wiedzy i świadomości przedsiębiorców. Warto jednak zapoznać się z możliwościami, jakie daje migracja, by nie ograniczyć rozwoju swojej firmy, bazując na niesprawdzonych informacjach czy irracjonalnym strachu przed chmurą.

Rynkowy lider – chmura Microsoft Azure

Jedną z najpopularniejszych platform chmurowych na świecie jest Microsoft Azure. Wg danych podanych przez korporację, aż 90% firm z listy Fortune 500 korzysta z Microsoft Cloud, a miesięcznie liczba zakupionych subskrypcji wzrasta o 120 000. Microsoft świadczy usługi w 42 regionach świata. To więcej niż u dowolnego innego dostawcy chmury.

Firma Microsoft, udostępnia model Cloud Computing skierowany zarówno do rynku konsumenckiego, jak również do rynku komercyjnego we wszystkich najbardziej popularnych obszarach tj. IaaS (Microsoft Azure Platform), PaaS (Microsoft Azure Platform), SaaS (Office 365, Intune). Takie podejście oferuje przede wszystkim konsystentne i spójne środowisko, które jest fundamentem na bazie którego możemy budować elastyczna organizację czy infrastrukturę IT.

Platforma Cloud Computing od Microsoft otwarta jest również dla innych dostawców technologii, przykładowo platforma Microsoft Azure oprócz wsparcia dla rozwiązań ASP.Net posiada również wsparcie dla Java czy PHP, pakietów Joomla lub WordPress, a także wspiera system operacyjny Linux. Wydaje się, że zakres funkcjonalny jest bardzo istotnym wyróżnikiem oferty na tle konkurencji w szczególności, kiedy mamy do czynienia ze wsparciem z odpowiednio zdefiniowanym i gwarantowanym poziomem SLA.

 

Źródło: IT.integro.

Mija dokładnie dekada od szczytu pamiętnej prosperity w rodzimej mieszkaniówce z lat 2005-2008, której efektem było wykreowanie klasycznej bańki cenowej o czysto spekulacyjnym charakterze. Ponieważ obecny pęd do zakupów mieszkaniowych na rynku pierwotnym dawno już zdystansował ówczesne statystki, pojawia się kwestia prawdopodobieństwa „powtórki z historii”.

Hossa wciąż w blokach startowych

Jeśli za początki obecnego historycznego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym przyjąć pierwsze symptomy ożywienia z połowy 2013 roku, to doskonała passa sprzedażowa deweloperów właśnie zapoczątkowała piąty rok swojej historii – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Praktycznie od początku koniunkturalnego przyśpieszenia każdy kolejny rok przynosi spektakularne rekordy sprzedaży lokali z pierwszej ręki z progresem liczonym w dziesiątkach procent. W tym względzie również bieżący rok najprawdopodobniej nie będzie wyjątkiem.

Tak ogromny popyt nie tylko na mieszkania, ale na jakikolwiek towar powinien wywołać odpowiednie skutki w postaci presji cenowej. Czy faktycznie w przypadku mieszkań deweloperskich mamy taką presję, pociągającą za sobą istotny statystycznie wzrost stawek za mkw.?

Zestawiając średnie ceny ofertowe nowych mieszkań na dziewięciu wiodących krajowych rynkach nieruchomości w połowie bieżącego roku i rok wcześniej, na pierwszy rzut oka widać dość wyraźne liczone rok do roku dodatnie zmiany, choć tymczasem tylko w czterech przypadkach. W ciągu ostatnich 12 miesięcy mieszkania deweloperskie najbardziej – w granicach 4-6 proc. – podrożały we Wrocławiu, Łodzi, Krakowie i Szczecinie. Znacznie mniejszy wzrost w wymiarze nieco ponad 1 proc. zanotowano w Warszawie, Trójmieście i Poznaniu. Natomiast większych zmian nie zanotowano w Katowicach i Lublinie. Pytanie, czy tego typu tendencję można już zakwalifikować jako typową hossę, albo przynajmniej jej zapowiedź. Jeżeliby uśrednić cenę ofertową z prezentowanych ośrodków z uwzględnieniem wagi wolumenów ofert mieszkań deweloperskich dla każdego z nich, to otrzymamy wynik na poziomie 6770 zł/mkw. w połowie br. wobec 6593 zł/mkw. rok wcześniej. Daje to różnicę r/r rzędu 2,7 proc. Jakby więc nie patrzeć, otrzymany wynik na tyle koresponduje z bieżącym poziomem krajowej inflacji, że o jakimś spektakularnym wzroście cen nowych mieszkań w ostatnich 12 – tu miesiącach bardzo trudno jest mówić. A to dowodzi, że boom sprzedażowy w pierwotnym segmencie mieszkaniówki wciąż nie generuje większych symptomów klasycznej, pamiętnej sprzed dekady hossy, która tym razem wciąż jakby pozostaje w swoistych „blokach startowych”.

Rynek warszawski hamulcowym rynku

Zresztą tego typu sytuacja nie dotyczy tylko minionych kilkunastu miesięcy, ale utrzymuje się nieprzerwanie praktycznie od początku trwania ożywienia na rynku mieszkań z pierwszej ręki – tłumaczy ekspert portalu RynekPierwotny.pl. Na załączonym wykresie, prezentującym średnie ważone wolumenem oferty deweloperskiej ceny ofertowe dla dziewiątki największych krajowych rynków nieruchomości, widać od 2013 roku raczej utrwaloną stabilizację niż wyraźniejszą tendencję wzrostową.

Dość powiedzieć, że od początku sprzedażowej prosperity w połowie 2013 roku do dziś średnia cena dla największych miast wzrosła z 6245 zł/mkw. do 6770 zł/mkw., czyli dokładnie o 8,5 proc. Co więcej, praktycznie cały ten wzrost cen został zrealizowany w pierwszym roku ożywienia, po którym rynek prezentuje zadziwiającą wręcz siłę cenowego trendu horyzontalnego.

Bardzo wiarygodnym, jednoznacznym sygnałem, że na rynku mamy stan wciąż bliższy stabilizacji niż typowej cenowej hossy mieszkaniowej, jest brak tendencji wzrostowej na głównym, stołecznym rynku nieruchomości. To zasadnicza przyczyna ograniczonych wahań średniej dla całego rynku pierwotnego. Przeciętna cena nowych mieszkań w Warszawie już od blisko sześciu lat oscyluje w dość wąskim przedziale 7,5 – 7,9 tys. zł/mkw., nie sygnalizując jednocześnie jakiejkolwiek chęci do wyraźniejszego, trwałego wybicia ponad pierwszy znaczący opór na poziomie równym 8 tys. zł. A dopiero taka sytuacja byłaby sygnałem zmiany cenowego trendu z horyzontalnego na wzrostowy dla całego krajowego rynku pierwotnego.

Wzrosty cen mieszkań jednak nieuniknione?

Mimo wszystko w większości największych miast ceny powoli idą w górę, co wynika z kilku powodów. Po pierwsze rosą ceny gruntów, których deweloperzy potrzebują coraz więcej, a których dostępność jest niewystarczająca, przede wszystkim za sprawą ustawy o ustroju rolnym. Po drugie w Polsce coraz bardziej brakuje rąk do pracy, a więc coraz szybciej rosną i będą rosły koszty osobowe deweloperów, wynikające przede wszystkim z kosztów wykonawstwa prac budowlanych, choć nie tylko. Po trzecie deweloperom podnosi się ciągle poprzeczkę w kwestii jakości budowanych osiedli, głównie pod kątem energooszczędności i ekologii, a to musi kosztować.

Zdaniem eksperta portalu RynekPierwotny.pl na wzrost cen może wpłynąć także wygaszanie programu MDM, który na ceny mieszkań oddziaływał zdecydowanie stabilizująco. Z kolei niewiele wskazuje na to, by Mieszkanie Plus, nowy program rządu z lokalami na wynajem, miał w przewidywalnej przyszłości zakłócić w istotnym stopniu funkcjonowanie rynku deweloperskiego z mieszkaniami na sprzedaż.

Zwyżki cen nowych mieszkań, tymczasem o dość ograniczonej skali, wynikają więc z kalkulacji rosnących kosztów przez deweloperów. Tym samym ponadprzeciętna podaż mieszkań nie ma tu większego znaczenia dla hamowania tej tendencji. Jeśli koszty będą dalej rosły, a wszystko na to wskazuje, to będą też rosły ceny mieszkań, choć lepiej by działo się to w jak najbardziej umiarkowanym niż w ekspresowym tempie. Dlaczego?

Silniejszy wzrost cen mieszkań groźny dla koniunktury

Jest bardzo prawdopodobne, że już czteroletnia sprzedażowa prosperity na rynku nowych mieszkań w decydującym stopniu jest zależna od obowiązującej, względnej stabilizacji ich cen. Jeśli te z jakichkolwiek powodów ruszą w górę w przyśpieszonym tempie, znacznie odbiegającym od obecnego, najprawdopodobniej nastąpi przesilenie koniunktury i początek fazy jej mniej lub bardziej dotkliwego spowolnienia. Wynika to nie tylko z podstaw ekonomii (prawo popytu), ale także z nieporównywalnie większej dojrzałości rynku i jego obecnych uwarunkowań, które raczej zdecydowanie wykluczają ewentualność „powtórki z historii”, tej sprzed równo dekady.

 

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

W tym roku nasz rynek wyróżnia się bardzo pozytywnie, głównie z perspektywy inwestorów zagranicznych, dla których najbardziej liczy się mierzona w dolarach stopa zwrotu z akcji dużych spółek. Indeks MSCI Poland od początku roku zyskał już ponad 50% i jak na razie deklasuje pozostałe kraje rozwijające się. Z takiego stanu rzeczy można się oczywiście bardzo cieszyć, ale po bliższej analizie przyczyn tak dobrego zachowania można wątpić w płynną kontynuację dobrej passy. Wysoka stopa zwrotu wynika z dwóch czynników. Pierwszy wiąże się z istotnym umocnieniem złotego względem dolara, a drugi wysoką stopą zwrotu indeksu WIG20, która od początku roku sięga 30%. Jednakże zarówno krajowa waluta, jak i indeks blue chipów głównie odbijają po bardzo słabym okresie z przełomu 2015 i 2016 roku. Nałożyła się na to słabość dolara do większości walut, która może się już powoli kończyć. W przypadku istotniejszej dla naszej gospodarki pary walutowej EUR/PLN złoty jedynie wrócił do przedziału wahań z 2013/2014 roku, co trudno uznać za spektakularne umocnienie. Z kolei indeks WIG20 w tym tygodniu otarł się o poziom 2550 pkt., który mniej więcej pokrywa się z lokalnymi maksimami z maja 2015 roku, czyli okresu pamiętnych wyborów prezydenckich, po których rozpoczęła się potężna przecena prowadząca do spadkowych dziewięciu miesięcy z rzędu. Siła naszego rynku wynika więc głównie z odreagowywania poprzedniej jego słabości. Tak jak kilka kwartałów temu inwestorzy zagraniczni wyprzedawali polskie akcje, gdyż duże spółki miały stać się „nieinwestowalne”, tak w tym roku na nasz parkiet wrócili. Jednakże wraz z pełnym odrobieniem pamiętnych powyborczych strat skończył się okres „łatwych” zwyżek i kontynuacja dobrej passy będzie wymagała czegoś więcej niż tylko powrotu do znanego z wcześniejszego okresu status quo dla krajowych dużych spółek. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że indeks WIG20 ostatni raz handlowany był na poziomach przekraczających 2600 pkt. w pierwszej połowie 2011 roku, a w żadnym miesiącu konsolidacji z lat 2013-2015 nie zamknął się powyżej tej granicy. Oczywiście po uwzględnieniu dywidend ten obraz nieco się zmienia, ale stała pozostaje bliskość oporu, tym razem w postaci historycznego maksimum z 2007 roku, którego przekroczenie niekoniecznie będzie przysłowiową bułką z masłem. Jeżeli dodamy do tego rozpoczęcie jesiennego okresu handlu, który w swej pierwszej fazie znany jest z podwyższonej zmienności i raczej gorszej koniunktury, to okazać się może, że dla byków na horyzoncie mogą się pojawić pierwsze poważniejsze przeszkody.

Autor: Łukasz Bugaj, CFA, Analityk, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Jako klienci jesteśmy codziennie wręcz zalewani falą materiałów reklamowych. Wiadomości sms, e-maile, banery i komunikaty wyświetlające się na portalach internetowych. Listy otrzymywane pocztą tradycyjną i rozmowy telefoniczne to dzisiaj tylko ułamek komunikacji marketingowej. W takich realiach coraz większe znaczenie ma odpowiedni dobór treści, grupy docelowej, formy i momentu kontaktu. Skuteczne działania marketingowe wymagają wykorzystania narzędzi IT do dokładnej analizy danych. Ogromnej ilości danych. Według organizacji Foundation Capital z siedzibą w Dolinie Krzemowej, wydatki na nowe technologie dostosowane do potrzeb marketingowych mają sięgnąć 120 miliardów dolarów do 2025 roku.

Już w 2013 roku firma Gartner przewidywała, że w ciągu 5 lat wydatki szefów marketingu na technologię przewyższą wydatki samych szefów technologii. Te prognozy nie wzbudzały zdziwienia, gdyż wraz z przeniesieniem komunikacji z klientem do Internetu, projekty z zakresu marketingu cyfrowego zaczęły odgrywać kluczową rolę w niemal każdej organizacji. Kontakt z klientem ma ogromne znaczenie. Granice między działaniami sprzedażowymi, marketingowymi i obsługą klienta coraz bardziej się zacierają, a specjaliści ds. marketingu cyfrowego zaczynają mieć decydujący głos w sprawie budowania strategii interakcji z klientem.

Marketing napędzany przez IT

Według danych firmy badawczej TDWI, to właśnie działy marketingu najczęściej jako pierwsze decydują się na wdrożenie zaawansowanych systemów analitycznych. Wynika to z faktu, że systemy informatyczne są niezbędne do podejmowania efektywnych działań w kluczowych obszarach, do których należy zaliczyć digital marketing, analizy tzw. „customer journey”, e‑commerce czy zarządzanie bazami klientów i relacjami z nimi (CRM).

Szefowie działów marketingu są niezwykle ważną grupą dla firm technologicznych, gdyż coraz częściej to właśnie oni podejmują decyzje o wdrożeniu nowych technologii w firmie. Dotyczy to w szczególności systemów analitycznych, które dziś na nowo definiują rolę marketingu i są kluczem do efektywnego kontaktu z klientem. Na podstawie gromadzonych danych możemy uzyskać niezwykle precyzyjny obraz kupującego. To z kolei pozwala na lepsze dostosowanie oferty do indywidualnego klienta i w efekcie zwiększenie szansy na sprzedaż – tłumaczy Krzysztof Skaskiewicz, Advisory Business Solution Manager w SAS.

Biznes uczy się, jak wykorzystywać sztuczną inteligencję w marketingu

Ponad połowa menedżerów przebadanych przez PwC w ramach 2017 Global Digital IQ® Survey zadeklarowała, że inwestuje w projekty z zakresu sztucznej inteligencji. To wciąż niewiele, biorąc pod uwagę potencjał tej technologii, wynikający chociażby z możliwości wbudowania automatycznych procesów analitycznych w każdy mechanizm odpowiadający za kontakt z klientem co przekłada się na usprawnienie działań marketingowych.

Chcąc pomóc zrozumieć, jakie korzyści niesie ze sobą zwrot ku technologiom wykorzystującym sztuczną inteligencję, SAS – lider analityki biznesowej – określił  sześć podstawowych sposobów na wykorzystanie AI w działaniach marketingowych.

  1. Wsparcie procesów decyzyjnych – Obecnie celem działów marketingowych jest przedstawienie klientowi oferty, która pomoże mu zrealizować jego własny cel (innymi słowy, odpowie najlepiej na potrzeby tego klienta). Przykładowo, osoby zapisane na zajęcia ze szkoły rodzenia mogą otrzymać kupony na zakup ubranek dla dzieci. Klienci są dzieleni na segmenty w oparciu o historię ich decyzji zakupowych. Sztuczna inteligencja (Artificial Intelligence), w tym uczenie maszynowe (Machine Learning), pozwalają przewidzieć, w jaki sposób kupujący z poszczególnych grup zareagują na określoną ofertę. Wykorzystując takie mechanizmy, można w razie potrzeby dobrać ofertę do (przewidywanych) oczekiwań klienta.
  2. Wsparcie działań z zakresu cross-selling oraz up-selling – Celem projektów z zakresu cross-sell jest zwiększenie przychodu pochodzącego od poszczególnego kupującego, budując jednocześnie jego lojalność wobec marki. Uzupełniają je działania up-sell, w ramach których konsumenci są m.in. zachęcani do nabywania nowszych, droższych wersji produktów. Sztuczna inteligencja pozwala zwiększyć efektywność tych działań, wykorzystując potencjał ogromnych ilości danych, którymi dysponuje przedsiębiorstwo. Dane są generowane podczas każdej interakcji klienta z marką – przechowywane w systemach transakcyjnych, tworzone przez każde wyświetlenie strony internetowej, zapisywane jako rezultaty poprzednich kampanii.
  3. Poznanie Głosu Klienta (Customer Voice) – Analiza oczekiwań i potrzeb klientów ma kluczowe znaczenie w procesie przygotowywania ofert produktów czy usług. Wyzwaniem jest poznanie opinii kupujących. Klienci wyrażają je za pośrednictwem różnych kanałów: wiadomości e-mail, komentarze na forach czy wpisy w mediach społecznościowych stanowią obecnie podstawowe z nich. Sztuczna inteligencja umożliwia zautomatyzowane przetwarzanie takich treści poprzez analizę języka naturalnego (Natural Language Processing) oraz obrazów (Digital Image Processing). Dzięki temu firmy mogą poznać stosunek klientów do oferowanych produktów, a nawet ocenić poziom intensywności emocji, które towarzyszą ich opiniom.
  4. Usprawnienie kontaktu z klientem – Nawet najlepszy posiłek nie będzie dobrze smakował, jeżeli obsługa jest fatalna. To twierdzenie można odnieść do każdego rodzaju biznesu, gdyż kontakt z klientem ma znaczący wpływ na odbiór danej marki. Sztuczna inteligencja wspiera m.in. pracowników call center, którzy często stoją na pierwszej linii frontu obsługi klienta. Na podstawie informacji o dzwoniącym, system może pomóc konsultantowi lepiej przygotować się do rozmowy i w efekcie szybko i skutecznie rozwiązać problem.
  5. Łączona analiza danych z wielu źródeł – „Co o nas mówią w Internecie?” – takie pytanie zadaje niemal każda osoba decyzyjna w organizacji, od prezesa po szefa marketingu. Jednak, aby uzyskać pełen obraz sytuacji, informacje pochodzące z sieci nie mogą być analizowane w oderwaniu od danych z innych kanałów. Sztuczna inteligencja umożliwia szybsze przetwarzanie dużych zbiorów zróżnicowanych i detalicznych danych.
  6. Działanie w czasie rzeczywistym – Potrzeby współczesnych klientów zmieniają się bardzo szybko. W dobie Internetu czas od decyzji o zakupie do samego zakupu może wynieść kilka minut. Dlatego niezwykle ważne jest działanie w czasie rzeczywistym. Konieczne jest podejmowanie natychmiastowych decyzji jakie oferty i informacje należy prezentować w oparciu o bieżące aktywności podejmowane przez klienta, na przykład w czasie przeglądania stron internetowych. Celem jest jak najszybsze zaproponowanie oferty, która wzbudzi zainteresowanie kupującego. Sztuczna inteligencja umożliwia identyfikowanie wzorców zachowań, co z kolei pozwala na szybsze działanie i przygotowanie oferty, która w danym momencie zwróci uwagę konsumenta. Dodatkowo, systemy analityczne wykorzystujące sztuczną inteligencję pozwalają na tworzenie różnorodnych scenariuszy biznesowych. Dzięki temu możemy przewidywać skutki danej kampanii marketingowej, minimalizując straty związane z błędnymi decyzjami.

Więcej na temat systemów marketingowych działających w czasie rzeczywistym i wykorzystania sztucznej inteligencji w marketingu będzie można dowiedzieć się podczas spotkania SAS CI Roadshow 2017, które odbędzie się 3.10.2017 w Warszawie. Informacje na temat spotkania znaleźć można pod adresem http://go.sas.com/zzf16k.

Źródło: SAS Institute

Według Polskiego Związku Faktorów w II kwartale 2017 r. branża odnotowała wzrost wartości fakturowanych należności o 13% w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku. Bibby Financial Services zwiększyło liczbę klientów o ponad 17% oraz odczuło wzrost zainteresowania faktoringiem krajowym i eksportowym pełnym w porównaniu rok do roku.

Polski Związek Faktorów odnotował wzrost obrotów z faktoringu pełnego krajowego – o 23%, faktoringu niepełnego krajowego – o 5% oraz z pełnego eksportowego – o 18%. Spadły natomiast obroty z faktoringu niepełnego eksportowego – o 9%.

Bibby Financial Services w II kwartale 2017 r. względem analogicznego okresu w 2016 r. odnotowało wzrost zainteresowania faktoringiem eksportowy pełnym – o prawie 125% oraz faktoringiem krajowym pełnym – o ponad 9%.

Faktoring cieszy się coraz większą popularnością wśród przedsiębiorców. Świadczy o tym m.in. wzrost przeprocesowanych przez Bibby Financial Services faktur w II kwartale 2017 r. w porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku – wskazuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

Z analizy Polskiego Związku Faktorów obejmującego II kwartał 2017 r. wynika, że najbardziej zainteresowane usługami faktoringowymi były firmy z branży spożywczej, chemicznej i metalowej. Deklarowały one, że faktoring jest dla nich nie tylko źródłem finansowania, ale także sposobem na zminimalizowanie ryzyka niewypłacalności kontrahentów.

W II kwartale 2017 r. liczba klientów korzystających z usług faktorów należących do Polskiego Związków Faktorów wzrosła o 18% względem ubiegłym roku. W Niemczech, mimo mniejszego wzrostu z obrotu fakturami niż w Polsce, możemy zauważyć aż 70% wzrost klientów faktorów zrzeszonych w Deutscher Factoring Verband e., V. Porównując sytuację na rynku faktoringowym w Polsce i Niemczech, możemy stwierdzić, że polski sektor może rozwinąć się równie dynamicznie na przestrzeni kilku lub kilkunastu najbliższych lat – dodaje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

W II kwartale 2017 r. klienci firm faktoringowych korzystali przede wszystkim z usług faktoringu bez regresu, które wygenerowały prawie 45% łącznych obrotów rynku.

 

Źródło: Bibby Financial Services Sp. z o.o.

Ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych daleko było do ideału. Nie chroniła odpowiednio praw mieszkańców i nie sprzyjała efektywnemu zarządzaniu. Teraz czekają nas zmiany. Jednak nie wszyscy spółdzielcy będą z nich zadowoleni.

Spółdzielnie to dobrowolne zrzeszenia, prowadzące działalność gospodarczą realizującą określone cele. Tej formy prawnej do zaspokajania potrzeb mieszkaniowych używa się na ziemiach polskich już od przeszło 120 lat i przez większość tego czasu (aż do pojawienia się deweloperów) była to forma podstawowa. Spółdzielnie nabywały ziemie lub gotowe nieruchomości, budowały i zarządzały. Członkowie spółdzielni wspólnym wysiłkiem tworzyli dla siebie przestrzeń do życia.

– Dzisiaj budują o wiele rzadziej, a ich funkcja sprowadza się przede wszystkim do zarządzania nieruchomościami, głównie blokami mieszkalnymi. Spółdzielnie z różnych względów nie wytrzymują konkurencji na nowoczesnym rynku nieruchomości, ale idea wspólnego budowania pozostała żywa. W pewnej mierze, to właśnie na niej opiera się inwestowanie pośrednie w nieruchomości, które jest głównym obszarem działalności Magmillon – tłumaczy Kuba Karliński, członek zarządu Magmillon.

Dzisiaj spółdzielnie mieszkaniowe działają na podstawie ustawy Prawo spółdzielcze liczącej już 35 lat oraz ustawy o spółdzielniach mieszkaniowych z 15 grudnia 2000 r. To właśnie ona, już od lat, wzbudzała wiele emocji.

O tym, że ustawa musi zostać znowelizowana zadecydował Trybunał Konstytucyjny. W ostatnich kilku latach trybunał wydał kilka wyroków jasno wskazujących, że część przepisów jest niezgodna z ustawą zasadniczą. Wśród polityków i ekspertów panowała zgoda – ustawę należy zmienić. Kontrowersje wywołał jednak zakres i kierunek tych zmian.

Najwięcej wątpliwości wzbudza zapis, który pozwala zostać członkiem spółdzielni każdemu, kto „(…) ubiega się o ustanowienie spółdzielczego lokatorskiego prawa do lokalu mieszkalnego lub odrębnej własności lokalu (…)”. Co to oznacza w praktyce? Zdaniem krytyków nowelizacji, członkiem spółdzielni będzie mógł zostać każdy. Wystarczy złożyć wniosek o przyznanie lokalu.

– Zapis mówiący, że nie trzeba być posiadaczem mieszkania, by móc decydować o sprawach kluczowych dla spółdzielni, tworzy niestety przestrzeń do nadużyć. W relatywnie prosty sposób zarząd spółdzielni może nadać prawo głosu niemal każdemu. Nowelizacja, która miała ucywilizować spółdzielnie, zostawia furtkę nieuczciwym prezesom traktującym dobro wspólne jak własny folwark. Nawet, jeśli tacy ludzie stanowią margines, będą wpływać na postrzeganie spółdzielni jako archaicznego i mało efektywnego sposobu zarządzania nieruchomościami – mówi Kuba Karliński.

Drugim istotnym punktem nowelizacji jest kwestia pełnomocnictw. Obecnie wiele spółdzielni zabrania udziału pełnomocnika w walnym zgromadzeniu, bez względu na przyczynę nieobecności członka spółdzielni. Pierwsze pomysły rządzących zakładały wpisanie możliwości udzielenia pełnomocnictwa w treść ustawy. Co więcej, taka osoba mogłaby reprezentować więcej niż jednego członka spółdzielni. Finalna propozycja ogranicza tę możliwość. Jeden przedstawiciel ma mieć tylko jeden głos.

– Analizując ten pomysł trzeba mieć na uwadze tryb funkcjonowania spółdzielni i ich otoczenie prawne. Nie ma żadnych narzędzi, które zmuszałyby pełnomocnika do działania w zgodzie z interesem wspólnoty, a nawet tych członków, którzy dali mu upoważnienie. To oznacza, że jedna osoba z wieloma pełnomocnictwami mogłaby zdominować walne zgromadzenie i za ich pomocą realizować własne cele. Uważam, że ograniczenie tej możliwości do reprezentowania jednej osoby jest najlepszym wyjściem – komentuje Kuba Karliński.

Co jeszcze zakłada nowelizacja? Pozostałe zmiany w ustawie nie budzą aż takich wątpliwości. To realizacja wskazań Trybunału Konstytucyjnego i wyjście naprzeciw zapotrzebowaniu mieszkańców lokali spółdzielczych.

Najbardziej znaczącym postanowieniem jest uregulowanie kwestii finansowych, które powstają,  kiedy mieszkańcy decydują się zrezygnować ze spółdzielni jako formy zarządzania nieruchomością. Dotychczas w takich przypadkach bardzo często rodził się spór o to, czyje są pieniądze zgromadzone na kontach spółdzielni. Teraz już oficjalnie to jej władze będą musiały w ciągu 12 miesięcy od zakończenia roku obrachunkowego, w którym powstała wspólnota mieszkaniowa, rozliczyć się ze wszystkich przychodów i kosztów.

Inną ze zmian jest  ułatwienie wykupu mieszkań zakładowych. Zgodnie z nowym zapisem, każdy kto jeszcze jest najemcą takiego lokalu, będzie mógł go wykupić po spłacie spółdzielni proporcjonalnej części nakładów koniecznych, których wymagał cały budynek.

Bardzo istotne z punktu widzenia członków zadłużonych spółdzielni jest wyjęcie opłat za media spod ewentualnych egzekucji komorniczych. Dziś długi spółdzielni mogą nieść konsekwencje finansowe dla wszystkich jej członków. Komornik ma prawo zająć pieniądze wpłacone przez mieszkańców, np. jako opłaty za wodę. Po nowelizacji ustawa będzie chroniła mieszkańców przed skutkami zaniedbań, którym najczęściej nie są winni.

 

Źródło:  Magmillon

Dane publikowane na Portalu Statystycznym ZUS pokazują, że w 2016 r. liczba wystawianych w IV kwartale zwolnień lekarskich wzrosła o 24% w porównaniu z okresem lipiec-wrzesień i wyniosła ponad 5,2 mln dokumentów. O 10% zwiększyła się również łączna suma dni absencji chorobowej. Średni czas nieobecności wyniósł z kolei 12 dni. Wśród całkowitej liczby osób przebywających w tym czasie na zwolnieniu lekarskim 55% stanowiły kobiety.

Bezpośredni wpływ na finanse firmy

Absencja chorobowa może mieć znaczący wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstwa. Nie tylko w wymiarze organizacyjnym, ale również kosztowym. Dotyczy to w szczególności przedstawicieli sektora MSP, gdzie nieobecność nawet jednego pracownika może nieść za sobą spore konsekwencje dla firmy. Może zaburzyć pracę całego zespołu oraz spowodować wzrost kosztów wynikających z konieczności zatrudnienia zastępstwa lub przekazania realizacji najpilniejszych zadań podmiotom zewnętrznym. Skala problemu wzrasta równomiernie z zakresem kompetencji i wiedzy specjalistycznej zatrudnionego. Sposobem na zminimalizowanie ilości i długości absencji chorobowej pracowników jest zapewnienie im prywatnej opieki medycznej w postaci, np. grupowej polisy zdrowotnej.

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne oferowane przez pracodawców są w znacznej mierze postrzegane jako element budowania wizerunku przyjaznego przedsiębiorstwa. Nie należy jednak zapominać, że zapewnienie pracownikom sprawnej pomocy lekarskiej ma duży wpływ na finanse firmy. Podkreślają to pracownicy działów HR, z którymi mieliśmy okazję rozmawiać. Jednoznacznie wskazywali, że korzystanie z niepublicznej opieki zdrowotnej skraca czas otrzymania pomocy i ma wpływ na krótszą nieobecność pracownika w firmie, co przekłada się na wysokość dodatkowych kosztów. Jedną z przyczyn jest możliwość lepszego dopasowania terminu wizyty do potrzeb pracownika, w szczególności w zakresie wizyt specjalistycznych, na które w ramach NFZ trzeba czekać nawet kilka tygodni, a w ramach ubezpieczenia tylko kilka dni – wskazuje Małgorzata Jackiewicz, Dyrektor Sprzedaży Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Pomocne ubezpieczenie

O rosnącej popularności grupowych ubezpieczeń zdrowotnych świadczą również statystyki prezentowane przez Polską Izbę Ubezpieczeń. Według ostatnich danych z ubezpieczeń zdrowotnych korzysta ponad 2 mln Polaków, przy czym polisami grupowymi objętych jest 77% z nich. W związku z tym sprostanie oczekiwaniom firm i pracowników stanowi istotny element strategii firm ubezpieczeniowych oferujących te produkty. Starają się dostosować ofertę do oczekiwań firm, m.in. poprzez rozwijanie sieci placówek, w których ubezpieczeni mogą skorzystać z pomocy czy narzędzi zdalnych pomagających umówić wizytę.

Przedsiębiorcy, analizując oferty poszczególnych towarzystw ubezpieczeniowych dużo uwagi poświęcają, nie tylko zakresowi konsultacji lekarskich i badań diagnostycznych dostępnych w ramach polisy, ale równie wnikliwie sprawdzają listę placówek, w których pracownicy będą mogli skorzystać z pomocy. Ważnymi dla nich są renoma poszczególnych przychodni, a także ich lokalizacja. Oczekują możliwości skorzystania z najwyższej jakości pomocy w pobliżu siedziby firmy oraz miejsca zamieszkania pracowników – dodaje Małgorzata Jackiewicz z SALTUS Ubezpieczenia.

Wpływ na ocenę jakości usług oferowanych przez ubezpieczyciela ma również sprawny kontakt z rejestracją badań i wizyt lekarskich. Pracownicy oczekują, że konsultanci infolinii będą w stanie doradzić w wyborze odpowiedniego specjalisty oraz placówki. Doceniają również możliwość korzystania z narzędzi zdalnych, jak platforma internetowa czy aplikacja mobilna. Dodatkowym atutem jest możliwość odbycia konsultacji lekarskich bez wychodzenia z domu czy pracy – za pośrednictwem telefonu czy komunikatorów internetowych.

 

Źródło: Brandscope

Projekt ustawy o związkach zawodowych nie uwzględnia zasadniczych zastrzeżeń  pracodawców dotyczących m.in. bardzo rozbudowanych uprawnień przyznanych osobom wykonującym pracę zarobkową, takich jakie przysługują obecnie działaczom związkowym i zrzeszonym w związkach, przyznania organizacjom związkowym złożonym tylko z osób wykonujących pracę zarobkową prawa do zawierania układów zbiorowych pracy, czy zmian w ustawie o organizacjach pracodawców – napisali we wspólnym stanowisku Konfederacja Lewiatan, BCC, Pracodawcy RP i Związek Rzemiosła Polskiego.

Organizacje pracodawców reprezentowane w Radzie Dialogu Społecznego negatywnie oceniają projekt ustawy o związkach zawodowych. Ich zdaniem zaproponowany sposób wprowadzenia zmian i ich zakres zarówno w ustawie o związkach, jak też w innych przepisach, budzi obawy co do praktycznych skutków  ich wejścia w życie. Zmiany legislacyjne nie ograniczają się wszak do rozszerzenia prawa do koalicji, lecz będą skutkować systemowymi zmianami w zbiorowym prawie pracy, oznaczającymi wprowadzenie zbiorowego prawa zatrudnienia. Nie tylko utrudnią osiągnięcie zakładanych celów (rozszerzenie prawa koalicji), ale mogą przyczynić się do zwiększenia liczby sporów, pogorszenia stanu dialogu zakładowego i ponadzakładowego.

Zmiany o tak zasadniczym charakterze, również dotyczące funkcjonowania organizacji pracodawców, nie powinny być przedmiotem arbitralnych rozstrzygnięć. Prace w ramach Rady Dialogu Społecznego miały miejsce jeszcze w 2016 r. W okresie od września 2016 r. prace nad projektem ustawy prowadzono wyłącznie w ramach rządu.

Uwzględniając wymogi procesu legislacyjnego i zmiany  wprowadzone przez stronę rządową, uważamy za uzasadnione skierowanie projektu z  23 czerwca 2017 r. do ponownych konsultacji z partnerami społecznymi – napisali pracodawcy.

Projekt ustawy nie uwzględnia zasadniczych zastrzeżeń strony pracodawców w zakresie:

  1. bardzo rozbudowanego zakresu uprawnień przyznanych osobom wykonującym pracę zarobkową, w zakresie, jaki przysługuje obecnie działaczom związkowym i zrzeszonym w związkach zawodowych (w tym prawo do szczególnej ochrony przed zwolnieniem, zwolnień od pracy w celu prowadzenia działalności związkowej),
  2. pojęcia zakładowej organizacji związkowej (liczebność, zasady uwzględniania osób wykonujących pracę zarobkową),
  3. przyznania organizacjom związkowym złożonym tylko z osób wykonujących pracę zarobkową prawa do zawierania układów zbiorowych pracy,
  4. zmiany w ustawie o organizacjach pracodawców.

Zaproponowana w projekcie nowa definicja  osoby wykonującej pracę zarobkową ma na celu uwzględnienie konieczności rozróżnienia osób fizycznych rzeczywiście wykonujących pracę zarobkową od przedsiębiorców. Aspekt ten był podnoszony przez stronę pracodawców. Niestety w nowej definicji posłużono się pojęciami nieostrymi, które stwarzają zbyt szeroki zakres uznaniowości. Art. 11 ust. 1 projektu stanowi, że warunkiem uznania za osobę wykonującą pracę zarobkową jest to, aby osoba ta „nie zatrudniała do tego rodzaju pracy innych osób”, „nie ponosiła ryzyka gospodarczego związanego z wykonywaniem pracy” oraz miała „takie interesy zawodowe związane z wykonywaniem pracy, które mogą być grupowo chronione”. Wspomniane trzy warunki zostały opisane w bardzo enigmatyczny sposób, a przepisy ustawy nie zawierają w tym zakresie żadnego wyjaśnienia. Taka redakcja przepisu prowadzi do niepewności i sporów sądowych, ponieważ pracodawca będzie musiał w każdym przypadku ocenić, czy zatrudniony (zleceniobiorca, wykonawca, samozatrudniony) spełnia warunki ustawowe.

Nowe przepisy rodzą wątpliwości interpretacyjne, co oznacza, że ich stosowanie będzie utrudnione. Oczywistą konsekwencją ich wejścia w życie będzie także zwiększenie obowiązków i kosztów po stronie pracodawców (przedsiębiorców), a tym samym ograniczenie  w jeszcze większym stopniu zainteresowania poszczególnych pracodawców prowadzeniem dialogu i zawieraniem układów zbiorowych.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 Emocje, które budzi ta dyscyplina, sprawiają, że na całym świecie przyciąga ona nie tylko kibiców, ale też firmy, które są gotowe inwestować w nią duże pieniądze. A jak jest w Polsce? Jak wynika z autorskiej analizy firmy doradczej Deloitte sponsoring piłki nożnej w Polsce, i to zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym, jest wciąż na wstępnym etapie rozwoju, ale ma przed sobą obiecujące perspektywy. Wśród sponsorów najliczniej reprezentowaną grupą są firmy z branży budowlanej i transportowej. Za to, zupełnie inaczej niż w krajach zachodniej Europy, niemal zupełnie niewidoczne są instytucje finansowe, oraz firmy telekomunikacyjne.

Badanie Deloitte, mające na celu ocenę poziomu rozwoju sponsoringu piłki nożnej w Polsce, objęło kluby grające w rozgrywkach Ekstraklasy (sezon 2017/2018), spółkę Ekstraklasa, reprezentację Polski w piłce nożnej oraz Polski Związek Piłki Nożnej. Łącznie przeanalizowano 314 organizacji, które zdecydowały się zaangażować w sponsorowanie piłki nożnej.

Sponsorzy głównie prywatni i lokalni

– Piłka nożna, jest dyscypliną sportową, która pochłania największą część tortu sponsoringu sportowego. Zainteresowanie potencjalnych sponsorów nie dziwi, biorąc pod uwagę wysoki wskaźnik oglądalności meczów piłki nożnej i emocje wśród kibiców, które wzbudza ten sport – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Deloitte, Lider Sport Business Group w Deloitte.

Jak wynika z analizy Deloitte połowa spółek (50 proc.) będących sponsorami i/lub partnerami klubów oraz związków i organizacji piłkarskich w Polsce stanowią firmy prywatne o zasięgu lokalnym. Ponad jedna trzecia (37 proc.) to przedsiębiorstwa prywatne prowadzące działalność ogólnokrajową oraz zagraniczną, a pozostała część (13 proc.) przypada na spółki Skarbu Państwa, samorządy oraz jednostki samorządu terytorialnego.

Szeroka gama branż

– Wśród firm zaangażowanych w polską piłkę nożną występuje duże rozdrobnienie branżowe. Spółki z dziesięciu sektorów, w której jest najwięcej spółek inwestujących w piłkę nożną, stanowi 52 proc. wszystkich sponsorów i partnerów biznesowych – mówi Łukasz Lachowski, Menedżer w Deloitte. Najliczniejszą grupę, mającą 11 proc. udziału w rynku sponsoringu, stanowią spółki budowlane (34) oraz firmy transportowe (27) z 9 proc. udziałem. Oprócz tego są to firmy produkujące napoje bezalkoholowe (18), firmy motoryzacyjne oraz z sektora energii i zasobów naturalnych (po 14), spożywcze oraz z branży rozrywkowej (po 12).

Obraz sponsoringu piłki nożnej znacznie odbiega od tego, który obserwujemy w zachodnich ligach europejskich. Najliczniej są tam reprezentowane instytucje finansowe (banki i ubezpieczyciele), browary, zakłady bukmacherskie i gry losowe, telekomy oraz usługi budowlane i deweloperskie. Jeżeli chodzi o zaangażowanie pod względem wartości to zachodnie ligi europejskie są wspierane przede wszystkim przez branżę lotniczą, motoryzacyjną, telekomy oraz sektor finansowy. – Tymczasem w Polsce instytucje finansowe, branża paliwowa, odzieżowa, lotnicza oraz telekomy nie inwestują w polską piłkę nożną lub inwestują w nieznaczny sposób, nieproporcjonalny do swoich możliwości finansowych – mówi Łukasz Lachowski.

Profesjonalizacja piłki przyciągnie sponsorów

Zdaniem ekspertów Deloitte, problemem polskich klubów jest brak pomysłu na zwiększenie przychodów komercyjnych, które w klubach Ekstraklasy stanowią obecnie 42 proc. w ogólnej strukturze przychodów, podczas gdy w najlepszych europejskich klubach jest to nawet 50 proc. – Polskie i zagraniczne firmy zechcą sponsorować piłkę nożną, gdy w klubach wzrośnie poziom przejrzystości biznesowej i organizacyjnej. Bez tego kroku, będzie to niezwykle trudne. Sponsorzy zdają sobie sprawę, że umiejętnie prowadzony program sponsorski powoduje przeniesienie wizerunku klubu na postrzeganie ich samych – mówi Marcin Diakonowicz.

Sponsorom zależy na czerpaniu z emocji, które wyzwala rywalizacja sportowa. Radość z sukcesów sportowych przekłada się na upowszechnienie marki spółki i budowanie wokół niej pozytywnych skojarzeń, docelowo jednak sponsorom zależy na przełożeniu działań sponsoringowych na budowaniu relacji z klientami, a w efekcie na wzrost sprzedaży. Dlatego tak ważny jest dialog pomiędzy sponsorem a sponsorowanym podmiotem nie tylko na temat finansowania działań, ale także na temat kształtu programu sponsorskiego i jego egzekucji. Ścisła współpraca jest kluczem do dobrych efektów.

O ile w tzw. wielkim sporcie nie ma raczej trudności z pozyskaniem sponsorów, to na poziomie mniej głośnych lub lokalnych przedsięwzięć problem ten jest dostrzegalny. – Dobrym obszarem do podjęcia czy też rozwoju współpracy z potencjalnym sponsorem są działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Naszym zdaniem, zarówno związki sportowe, jaki i same kluby powinny dołożyć więcej starań aby wspólnie z biznesem wypracowywać programy, które służą im oraz społeczności lokalnej – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu Sustainability Consulting w Europie Środkowej, Deloitte.

 

Źródło: Deloitte Polska

Mimo, że temat bezpieczeństwa rozwiązań teleinformatycznych coraz częściej podnoszony jest w mediach w tej materii niewiele się zmienia. Masowe wykorzystanie rozwiązań udostępnianych użytkownikom urządzeń mobilnych służących do zbierania, przetwarzania i udostępniania danych, jak Facebook czy Instagram, bije rekordy popularności. Korzystanie z aplikacji mobilnych staje się nawykiem podobnym do czytania gazet przez starsze pokolenia. Jest to efekt transformacji społeczeństwa informacyjnego. Niski stopień skomplikowania oraz przystępne koszty urządzeń do tworzenia produktów cyfrowych w postaci zdjęć i filmów zachęcają rzesze twórców do dzielenia się efektem.

Cyfryzujemy ważne, interesujące i zabawne zdarzenia z naszego życia. Dokumentujemy prace oraz korzystamy z aparatu jak z notatnika – zamiast zapisać, wykonać szkic czy narysować schemat konstrukcji lub urządzenia. Ilość danych wytwarzanych cyfrowo lawinowo wzrasta. Takie podejście wymaga istotnych zmian w sposobie wykorzystania rozwiązań IT. Jest to istotne ze względu na migrację procesów biznesowych i rozwoju działalności gospodarczych w cyberprzestrzeni. Szeroka gama używanych technologii w istotny sposób komplikuje projektowanie, budowę i zarządzanie systemami zapewnienia bezpieczeństwa w cyfrowym świecie. Przykładem może być szeroko komentowany atak na serwis Instagram, gdzie doszło do kradzieży danych uwierzytelniających w serwisie. Cyberprzestępcy wykorzystali błąd w starszej wersji aplikacji mobilnej Instagrama.

Z systemu korzysta 700 milionów osób na całym świecie, przy czym codziennie aktywnych jest od 150 do 200 milionów, co obrazuje skalę zagrożenia. Materiały udostępniane w portalu służą do promocji, kontaktu z fanami, wykorzystywane są przez grupy o wspólnych zainteresowaniach, jak również jako substytut klasycznego albumu ze zdjęciami.

W związku z tym kwestie bezpieczeństwa danych są kluczowe dla milionów użytkowników wierzących w bezpieczeństwo danych osobowych, jak i gromadzonych multimediów, przetwarzanych i udostępnianych przez portal. Oprócz funkcji gromadzenia danych ważne jest kreowanie wizerunku. Odbywa się to niezależnie od tego czy jesteśmy osobą prywatną czy też powszechnie znaną. W ostatnich miesiącach nie tylko profile gwiazd światowego show–biznesu – np. Seleny Gomez, Adriany Grande, ale i popularnego sportowca Wojciecha Szczęsnego – zostały zhakowane na portalu Instagram. W poprzednich latach zostały przejęte konta m.in. blogerki Sary Boruc (2016). Nie wszystkie z gromadzonych zdjęć użytkownicy udostępniają publicznie. Niektóre z nich przechowują w prywatnych kolekcjach. Takie pikantne zdjęcia z komentarzem pojawiły się na profilach Seleny Gomez i Wojciecha Szczęsnego.

Luka występuje w aplikacji mobilnej Instagrama w wersji 8.5.1 opublikowanej w 2016 r. (bieżąca wersja to 12.0.0. ), lecz wielu użytkowników nie przykłada wagi do aktualizacji oprogramowania. O problemach z bezpieczeństwem systemu Instagram pisał portal defence24 w maju 2016 r. Zgłoszone do właściciela portalu – Facebooka – błędy zostały usunięte, ale nie były to wszystkie usterki w kodzie systemu. Atak w 2016 r. dotyczył 7 mln kont zawierających zdjęcia, wideo i inne pliki.

Inne incydenty, które miały miejsce w 2016 r. dotyczyły użytkowników portalu mail.ru, gdzie skradziono dane 64 milionów kont, około 40 milionów wykradzionych haseł to konta klientów Yahoo, 33 mln – Hotmail, 24 mln – Gmail. Sumarycznie zagrożonych było około 272,3 mln kont e-mail. Musimy mieć świadomość, że wiele z luk w bezpieczeństwie systemów i aplikacji jeszcze nie zostało opublikowanych. Mogą być one wykorzystywane przez grupy przestępcze do czasu ich ujawnienia i narażać na straty użytkowników.

W takiej sytuacji skuteczną ochroną wrażliwych danych jest szyfrowanie. W przypadku nieuprawnionego dostępu do danych, które przechowane są w formie zaszyfrowanej, nie ma możliwości wglądu do nich. Pozostają bezpieczne mimo ich przejęcia.

Propozycję pozwalającą na rozwiązanie problemów związanych z bezpieczeństwem danych przesyłanych pomiędzy interesariuszami możemy znaleźć w ofercie rodzimej firmy, jest to UseCrypt, czyli rozwiązanie oparte o algorytm HVKM, który – dzięki zastosowaniu podziału klucza szyfrującego – uniemożliwia usługodawcy wgląd do danych klientów, wpływa bezpośrednio na zapewnienie pełnej poufności tych danych. Wykorzystuje on UST (UseCrypt Secure Tunel), czyli własny szyfrowany kanał transmisji danych pomiędzy użytkownikami. Ten polski system pozwala na bezpieczne przekazywanie danych wrażliwych. Każdy dokument składowany lub udostępniany w systemie zaszyfrowany jest bezpieczny. Stosowanie systemu gwarantuje, że poufne informacje zostaną udostępnione tylko upoważnionym osobom w postaci zaszyfrowanej. Poza wspomnianym szyfrowaniem, a następnie przechowywaniem danych w zaszyfrowanej na serwerze usługodawcy lub w infrastrukturze prywatnej, aplikacja zabezpiecza stacje robocze dzięki możliwości szyfrowania plików na dysku urządzenia.

Nie bez znaczenia jest fakt, że UseCrypt przeszedł pozytywnie testy penetracyjne przeprowadzone przez zespół Red Team firmy Delloite oraz uzyskał pozytywną opinię Wojskowej Akademii Technicznej i Instytutu Łączności – Państwowego Instytutu Badawczego.

Źródło: Artur Szachno, CISA, ekspert ds. systemów bezpieczeństwa informatycznego i ochrony danych, UseCrypt

Krata, zamsz, aksamit i power dressing z lat 90. W tym sezonie moda oznacza prawdziwą podróż w czasie. Jesienią i zimą królują motywy kojarzone ze stylowymi okresami w historii kultury oraz głębokie, stonowane kolory. Solar interpretuje te kluczowe trendy, prezentując spójną jesienno-zimową kolekcję.

Razem z projektantami marki Solar udajemy się w niezwykłą podróż po świecie. W kolekcji jesień-zima 2017/18 znajdziemy elementy nawiązujące do stylu boho i kultury Azteków: frędzle, patchwork i paski rodem z Peru. Dalej szlak wiedzie na Dziki Zachód. Tutaj dominują tkaniny imitujące zamsz. Wracając, zahaczamy o Kraj Kwitnącej Wiśni, japońskie printy i szara koronka nawiązują do drzeworytów i tamtejszej estetyki. Ten eklektyczny styl łączy w sobie elegancję i wygodę.
Na styku boho i orientalnych motywów znajduje się aksamit – materiał, który triumfuje w tym sezonie. Kojarzone ze sztuką baroku aksamitne tkaniny w kolorach bordo, butelkowej zieleni i granatu nadają szyku prostym wieczorowym sukienkom. Ten akcent pojawia się w kolekcji wizytowej Solar. W chłodniejszych porach roku to właśnie welur będzie bardziej dostojny i dedykowany specjalnym okazjom.
Kolekcja Solar na sezon F/W 2017/18 to także stonowana kolorystyka – ciemne, głębokie barwy obok jasnych naturalnych odcieni – beżu, khaki i ziele. Do natury zbliżają nas też proponowane przez markę motywy roślinne i zwierzęce – w tym elegancki wzór ocelota, który zdobi mięsiste wełniane swetry.
Wśród kojarzonych z marką wzorów pojawia się także charakterystyczny żakard w stylu Coco Chanel. Słynny wzór kojarzony z projektantką przywodzi na myśl postać silnej i świadomej swego stylu kobiety pracującej. Z myślą o niej Solar przygotował współczesną wersję mundurku do pracy, który nawiązuje do trendu power dressing z lat 90. Podobne zabiegi pojawiły się na pokazach takich marek, jak – Calvin Klein, Victoria Beckham, Céline i Alexander McQueen. Dzisiejsza kobieta biznesu inspiruje się modą francuską i nosi garnitury w nowej odsłonie – umiejętnie łączy styl klasyczny z nutą romantyzmu.
Kobieta ceniąca klasykę polubi także kratę – motyw powracający co sezon, a tym razem pojawiający się w różnych odsłonach kolorystycznych. Kraciaste modele mają charakter klasyczny, jak kojarzona z collegem granatowo-zielona odsłona albo bardziej zawadiacki, jak rockowy motyw inspirowany estetyką zespołu Guns N’ Roses. Ponadczasowa krata pojawia się na ciepłych swetrach, luźnych koszulach, a nawet – eleganckim kombinezonie.
Zwieńczeniem jesienno-zimowych stylizacji są akcesoria. W kolekcji pojawia się wyrazista biżuteria w dwóch charakterystycznych formach. Pierwsza to geometryczne ozdoby: kolczyki z elementem metalowych kuli, przestrzenne bransolety i naszyjniki z motywem okręgów. Druga to ozdoby nawiązujące do akcentowanego w tym sezonie stylu etnicznego.
Źródło: Aliganza

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Natychmiastowe zawieszenie prawa jazdy za korzystanie z telefonu i tabletu za kierownicą to nowy przepis, jaki ma się znaleźć we włoskim kodeksie drogowym. U nas za takie wykroczenie grozi 5 punktów karnych i 200 zł mandatu. Sprawca musi więc być na tym przyłapany 5 razy, by stracił uprawnienie do prowadzenia pojazdu. Kara jest niska na tle innych krajów europejskich, np. Anglii, gdzie sankcja finansowa jest kilkukrotnie wyższa, niż w Polsce. Zdaniem Bartłomieja Morzyckiego, Prezesa Zarządu Partnerstwa dla Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, żadna polska partia raczej nie zdecyduje się jej podnieść, z obawy o utratę swojej popularności.

W Izbie Deputowanych w Rzymie trwają prace legislacyjne. O szybkie wprowadzenie nowej kary dla kierowców, którzy w czasie jazdy korzystają ze smartfonów czy tabletów, zaapelował wiceminister infrastruktury i transportu Riccardo Nencini. To znaczy, że Włosi zdiagnozowali już problem i wkrótce mogą ostatecznie uznać, że zabranie prawa jazdy jest adekwatną sankcją do stwarzanego zagrożenia. W Polsce nie brakuje kierowców skupionych na telefonach, ze słuchawką lub z mikrofonem w ręku. W sumie liczba mandatów karnych za popełnienie tego wykroczenia oraz wniosków złożonych do sądu wyniosła  blisko 120 tys. w 2015 roku, prawie 92 tys. w 2016 roku i ok. 50 tys. w pierwszym półroczu br.

– Telefony komórkowe miały mocno ograniczone funkcje, gdy wprowadzano pierwsze zakazy używania ich w trakcie prowadzenia samochodu. Dziś są to właściwie przenośne komputery, a ich ilość z roku na rok gwałtownie rośnie. Za nowoczesną technologią od dawna nie nadąża legislacja. Tymczasem, ludzie przyzwyczaili się już do posiadania mulifunkcjonalnych smartfonów. Część użytkowników nie umie wytrzymać bez ciągłego czytania powiadomień, typu SMS, podobnie jak palacze bez papierosów. Jedni i drudzy nie zważają na śmiertelne konsekwencje – mówi Bartłomiej Morzycki.

Ekspert podaje przykład pojazdu jadącego z prędkością 80 km/h. Jeżeli jego kierowca zatrzyma wzrok na telefonie tylko na 3 sekundy, to przejedzie kilkadziesiąt metrów bez kontroli nad samochodem. W tym czasie wszystko może się zdarzyć, m.in. wybiec dziecko na ulicę i zginąć pod kołami auta. Nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Dlatego, trzeba uświadamiać kierowców, że muszą być absolutnie skupieni na drodze, nie tylko nie korzystając z komórek, ale też nie regulując nawigacji, nie wyjmując płyt ze schowka, a nawet nie jedząc kanapek. Każda z tych czynności może bowiem odwrócić ich uwagę w decydującym momencie.

– Zazwyczaj podnoszenie sankcji powoduje, że część osób rezygnuje z podejmowania ryzyka. Natomiast, oczywiście jest grupa kierowców, która niezależnie od wysokości kar łamie przepisy. Za przekroczenie prędkości o więcej niż 50 km/h, na terenie zabudowanym, zatrzymuje się prawo jazdy, ale ludzie wciąż to robią. Za prowadzenie po alkoholu grozi więzienie, lecz są tacy, którzy wsiadają za kierownicę po spożyciu mocnego trunku. Dlatego, obawiam się, że niezależnie od dotkliwości kary, niektórzy użytkownicy smartfonów nadal będą korzystali ze swoich urządzeń w czasie prowadzenia samochodu. Ale, dzięki zaostrzeniu sankcji, większość z tych osób stanie się bardziej świadoma niebezpieczeństwa – stwierdza Bartłomiej Morzycki.

Jak podsumowuje ekspert, w Polsce generalnie mamy dosyć niskie mandaty. Tymczasem, w Wielkiej Brytanii od marca br. za rozmowę przez komórkę za kierownicą grozi do 200 funtów i do 6 punktów karnych. To jest niecałe 1000 zł. Zdaniem Bartłomieja Morzyckiego, politycy różnych opcji boją się zaostrzenia przepisów drogowych, bo takie decyzje zazwyczaj są źle przyjmowane przez społeczeństwo i dość niepopularne. Jednak kary za drastyczne przewinienia drogowe powinny być wysokie. A używanie telefonów i tabletów jest jednym z tych przewinień, które z całą stanowczością należy ostro i ciągle piętnować.

 

Źródło; MondayNews.pl

Nationale-Nederlanden od lat wspiera Polaków w trosce o ich życie, zdrowie oraz bezpieczeństwo najbliższych. To zaangażowanie w edukację zdrowotną, ale również finansową zyskało obecnie nowy wymiar. Nationale-Nederlanden zostało Mecenasem Zdrowia programu „36,6 °C” w TVN, który w przystępny i kompleksowy sposób przybliża Polakom kwestie związane ze zdrowiem. Emisja programu odbywać się będzie w każdą sobotę o godzinie 18. Firma po raz pierwszy zdecydowała się na tego typu współpracę przy tworzeniu programu telewizyjnego.

Jednym z elementów jesiennej edycji programu prowadzonego przez Ewę Drzyzgę będzie omówienie innowacyjnych i skutecznych metod walki z nowotworami oraz profilaktyka, która może uchronić przed tą chorobą.

– Od kilku lat Nationale-Nederlanden włącza się w szeroką debatę na temat wyzwań związanych z onkologią, zarówno w sferze propagowania regularnych badań profilaktycznych, jak również budowania świadomości na temat zabezpieczenia finansowego na wypadek poważnej choroby. Patronujemy takim wydarzeniom jak Światowy Dzień Walki z Rakiem, czy też ogólnopolskiej kampanii profilaktyki nowotworów męskich Movember Polska – mówi Marta Pokutycka-Mądrala, rzecznik prasowy Nationale-Nederlanden. – Misją firmy jest nie tylko oferowanie wysokiej jakości ubezpieczeń, ale także edukacja społeczeństwa w zakresie profilaktyki zdrowotnej oraz finansowej. Naturalnym było więc dla nas zaangażowanie się w program „36,6 °C”, który w otwarty i angażujący sposób mówi o kluczowych wyzwaniach zdrowotnych oraz buduje świadomość Polaków w tym temacie – dodaje.

– Tej jesieni w programie „36,6 °C” podejmiemy tematykę onkologiczną. Skupimy się na profilaktyce i leczeniu nowotworów piersi, narządów kobiecych oraz typowo męskich – raka prostaty i jąder. Zdecydowaliśmy się na współpracę z Nationale-Nederlanden, liderem w produktach ubezpieczeniowych służących ochronie zdrowia Polaków, by wspólnie zwiększać świadomość tych chorób w społeczeństwie – mówi Jolanta Hofer, producent programu „36 i 6 °C”.

Widzowie będą mogli skonsultować się z ekspertami Nationale-Nederlanden w zakresie zabezpieczenia finansowego dzięki czatom on-line, które będą realizowane po emisji programu na stronie www.36i6.tvn.pl.

Oprócz porad ekspertów na antenie zaprezentowane zostaną również dane z raportu Nationale-Nederlanden „Miej Serce do Zdrowia”, który pokazuje podejście Polaków do kwestii regularnych badań profilaktycznych, zdrowego żywienia i aktywności fizycznej.

Źródło: Nationale-Nederlanden

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...