piątek, Grudzień 20, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "rozwój gospodarczy"

rozwój gospodarczy

Wschodnie Forum Firm Rodzinnych odbędzie się 17 listopada 2017 r. w Lubelskim Parku Naukowo Technologicznym, pod hasłem „Rozwój i współpraca szansą dla firm rodzinnych”.

Jest to już druga edycja Forum, która dzięki zeszłorocznemu sukcesowi cieszy się olbrzymim zainteresowaniem wśród przedsiębiorców. Jego celem jest stworzenie dla przedsiębiorców platformy wymiany doświadczeń oraz zachęcanie właścicieli firm rodzinnych do zdobywania wiedzy  i umiejętności, a także stałego poszerzania obszaru działalności. Organizatorom zależy  na realnym oddziaływaniu  na rozwój lokalnych przedsiębiorstw oraz podtrzymywaniu wartości i tradycji, o jakie opierają swą działalność firmy rodzinne. Udział w wydarzeniu ma  ponadto motywować do tworzenia innowacji oraz korzystania  z nowatorskich rozwiązań w zakresie promocji i budowania firmy.

Dzięki współpracy z licznymi firmami rodzinnymi oraz ich otwartości na dzielenie się posiadaną wiedzą i doświadczeniem, ponownie, ponad 150 uczestników Forum zdobędzie informacje na temat optymalnych rozwiązań dla rozwoju prowadzonych działalności gospodarczych.

Zapraszamy do udziału w wydarzeniu.

Patronat medialny nad wydarzeniem:  biznestuba.pl

Dynamicznie zwiększający się PKB, rosnące płace i malejące bezrobocie zawdzięczamy poprawie koniunktury w strefie euro oraz na świecie. Niestety, z dużym prawdopodobieństwem to krótkotrwały stan. Nikłe są perspektywy, by ok. 4-procentowy wzrost utrzymał się w Polsce dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów – pisze Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl.

Napływające dane ekonomiczne sugerują, że rok 2017 w europejskiej gospodarce zapisze się jako najlepszy w ciągu ostatniej dekady. Dobra kondycja strefy euro wynika z rosnącego zatrudnienia na obszarze wspólnej waluty, zwiększenia się inwestycji prywatnych oraz wyższej konsumpcji.

Ustąpiły również problemy, które od kilku lat gnębiły Unię Europejską. Mniej niepokojące wydają się dziś obawy o rozpad strefy euro. Zmalał też strach przed widmem gwałtownego kryzysu bankowego czy zadłużeniowego, co miało miejsce w 2012 r.

Gospodarkę dodatkowo stymuluje łagodna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego, skutkująca bardzo niskimi kosztami finansowania długu, i to zarówno skarbowego, jak i prywatnego. Zniknęła również większość obaw związanych z kondycją światowej gospodarki. Chiny utrzymują wzrost PKB powyżej granicy 6 proc. Rozwój gospodarczy przyspieszył również w USA. Dla otwartej na rynki zagraniczne eurozony są to znakomite informacje.

Przypływ podnosi wszystkie łódki…

Z poprawy koniunktury w całej UE w sposób szczególny korzystają kraje rozwijające się. Odzwierciedlenie tej tezy widać w rachubach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W październiku MFW podniósł szacunki wzrostu PKB na bieżący rok dla: Turcji – z 2,5 do 5,1 proc., Rumunii – z 4,2 do 5,5 proc., Czech – z 2,8 proc. do 3,5 proc. PKB dla Polski Fundusz zrewidował z 0,5 pkt proc. na 3,8 proc., ale napływające dane dają dużą szansę na osiągnięcie granicy 4 proc.

W większości krajów naszego regionu tempo wzrostu PKB wspiera przede wszystkim prywatna konsumpcja, którą z kolei napędza wzrost zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Ogólnie gospodarce sprzyja sytuacja, gdy ludzie w wieku produkcyjnym pracują. Jednak np. w kontekście Czech, gdzie bezrobocie jest najniższe w całej UE – 2,9 proc., a stopa zatrudnienia dla osób w wieku 20-64 lata należy do najwyższych we wspólnocie i wynosi 78,2 proc. (w Polsce 71,1 proc.), dalsza wyraźna poprawa parametrów rynku pracy wydaje się mało prawdopodobna.

… Odpływ sprawia, że praktycznie wszystkie opadają

Ciasnota na rynku pracy, czyli trudności przedsiębiorstw w pozyskiwaniu kolejnych pracowników, przekłada się natomiast na bardzo silny wzrost wynagrodzeń. W drugim kwartale br. płace w Czechach rosły o 11,5 proc. – według danych Eurostatu. Zwiększające się wypłaty w krótkim terminie podtrzymują dobrą koniunkturę. Jednak długoterminowo, np. nieprzerwanie przez kilka lat, duże tempo podwyżek wynagrodzeń bywa bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza wtedy, gdy nie nadąża za tym tempo poprawy produktywności. Sprawa dotyczy nie tylko Czech, nienaturalnie szybko płace rosną również w Rumunii – o 18,5 proc. oraz w Bułgarii – o 10,7 proc. W Polsce wzrost stawki godzinowej wyniósł nominalnie 8,3 proc.

Rozgrzane do czerwoności gospodarki naszego regionu operują obecnie wyraźnie powyżej swojego potencjału. Pokazują to prognozy MFW na kolejne lata. W 2020 r. rozwój Rumunii spowolni do 3,3 proc. z 5,5 proc. obecnie. Według szacunków Funduszu wzrost PKB Czech obniży się w ciągu najbliższych trzech lat z 3,5 proc. do 2,3 proc.

Wyższy od potencjalnego rozwój dotyczy dziś całej strefy euro, która – wg szacunków MFW – urośnie w tym roku o 2,1 proc., lecz w 2020 r. spowolni do 1,6 proc. Poza Europą znaczne obniżenie tempa przyrostu PKB widać w przypadku Japonii. Jeżeli zapowiedzi się ziszczą, rozwój w Kraju Kwitnącej Wiśni wyhamuje z obecnych 1,5 proc. do 0,2 proc.

S&P dostrzega w Polsce wiele problemów

W Polsce też będzie niezwykle trudno utrzymać bardzo dobrą koniunkturę dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów. MFW szacuje, że w naszym kraju wzrost gospodarczy spowolni z 3,8 do 2,8 proc. w 2020 r.

Zdecydowanie bardziej pesymistyczny obraz przedstawia w ostatnim raporcie S&P Global Ratings. Mimo że agencja podwyższyła perspektywę wzrostu PKB dla naszego kraju do 4,2 proc. w br., to według jej analityków potencjalny rozwój wynosi jedynie 1,5-2 proc. rocznie głównie ze względu na malejącą i starzejącą się populację w wieku produkcyjnym. Za blisko połowę obecnego tempa rozwoju odpowiadają natomiast transfery unijne. W raporcie podniesiona została także kwestią ryzyka „przestymulowania” gospodarki zbyt łagodną polityką monetarną oraz fiskalną.

S&P przedstawiło również bardzo negatywne prognozy dotyczące salda rachunku obrotów bieżących (C/A). Deficyt, który obecnie zamyka się w kilku miliardach złotych i wynosi poniżej 0,5 proc. PKB, ma zwiększyć się w 2019 r. do 3,8 proc. PKB (83 mld zł) przede wszystkim ze względu na pogorszenie się bilansu zagranicznej wymiany handlowej (z bieżącej nadwyżki przejdziemy w 70 mld zł deficytu). Agencja oczekuje również wzrostu inflacji do poziomu 3,5 proc. za dwa lata.

Przy takiej koniunkturze warto rozprawić się z deficytem

Prawdopodobnie S&P przedstawia najbardziej pesymistyczne prognozy dla Polski spośród wszystkich wiodących ośrodków analitycznych na świecie. Ryzyko spełnienia się tych szacunków należy obecnie uznać za  ograniczone. Mniej dyskusyjny wydaje się natomiast pogląd, podnoszony również przez S&P, że nasz kraj nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wyraźnej redukcji deficytu oraz długu publicznego. Według ostatnich projekcji Komisji Europejskiej. deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie w przyszłym roku 2,9 proc. PKB. Byłby to trzeci najgorszy wynik w UE po Francji oraz Rumunii, nawet jeżeli faktyczny rezultat będzie nieco lepszy niż szacunki KE. Średni unijny poziom deficytu ma wynieść 1,5 proc. PKB, a Niemcy, Czechy czy Szwecja mają osiągnąć nadwyżkę.

Dobry czas, by wypełnić poduszkę

Wiele wskazuje na to, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach z naszego regionu mamy do czynienia z krótkoterminowym przyspieszeniem wzrostu PKB. Rozwój przekraczający potencjał gospodarczy oraz wzrost wynagrodzeń sięgający w niektórych przypadkach 10 proc. nie będzie trwać wiecznie.

Gospodarstwa domowe mogą jednak starać się przygotować na hipotetyczne pogorszenie koniunktury poprzez ograniczenie konsumpcji i gromadzenie oszczędności. Prawdopodobnie nie będzie już lepszego momentu, by rozpocząć ten proces. W skali ogólnokrajowej wyższe oszczędności nie tylko pozwolą wypełnić poduszkę finansową i przygotować się na okres gorszej koniunktury, ale także ułatwią inwestycje polskim przedsiębiorstwom, które zamiast posiłkować się kapitałem zagranicznym skorzystają z krajowych zasobów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Europejskiej pod względem PKB na głowę mieszkańca – podał Eurostat.

Regionalny rocznik statystyczny Eurostatu, z którego pochodzą dane, zaprezentowano przy okazji organizowanego przez Komisję Europejską i Komitet Regionów UE XV Europejskiego Tygodnia Miast i Regionów w Brukseli, który zakończył się w czwartek.

Analizie poddano jednostki statystyczne na poziomie tzw. NUTS 2, które w Polsce odpowiadają województwom. Jak wynika z wyliczeń Eurostatu, w 2015 r. PKB per capita, według standardów siły nabywczej (PPS), w województwie mazowieckim osiągnął 109 proc. średniej unijnej, podczas gdy osiem lat wcześniej – 82 proc. (wzrost o 27,2 pkt proc.).

Dało to Mazowszu czwartą pozycję w tempie rozwoju gospodarczego wśród 276 regionów UE, po regionie wydzielonym z części Londynu obejmującej tamtejsze City oraz regionach stołecznych Rumunii i Słowacji.

Jak podkreślono w raporcie, chociaż różnice między wschodem i zachodem w tworzeniu dobrobytu pozostały, to wzór nie jest już tak oczywisty jak przed rozszerzeniem w 2004 r., a także w latach 2007 i 2013. „Sugeruje to, że polityka członkostwa w UE i polityka spójności były skuteczne, przynajmniej w części, przy rozwiązywaniu problemu dysproporcji krajowych i regionalnych” – napisano w analizie.

Dane Eurostatu pokazują, że wszystkie polskie województwa rozwijały się szybciej niż średnia dla 28 państw UE. Wielkopolska w odniesieniu do średniej unijnej przesunęła się o 19 pkt. proc. do góry, woj. dolnośląskie – o 18 pkt proc., a woj. łódzkie, małopolskie i śląskie – o 15 pkt. proc. Relatywnie najwolniej dystans nadrabiało w tym czasie woj. świętokrzyskie (8 pkt proc.).

Jak wynika z danych, mimo wyraźnej tendencji wzrostowej Polski, jedynie trzy województwa w 2015 roku przekroczyły próg 75 proc. średniej unijnej – mazowieckie, dolnośląskie i wielkopolskie.

Ponadto z 19 regionów, w których poziom PKB per capita był mniejszy niż połowa średniej unijnej, cztery leżą w Polsce. Są to woj.: lubelskie, podkarpackie, warmińsko-mazurskie oraz podlaskie.

Najbiedniejszy region w UE to Sewerozapaden w północno-zachodniej Bułgarii (30 proc. średniej UE), w którym PKB per capita był 20 razy niższy niż w najbogatszym w 2015 r. regionie statystycznym, czyli części Londynu obejmującej tamtejsze City (580 proc. średniej unijnej).

Wyniki ekonomiczne regionów są podstawą przydziału środków w ramach unijnej polityki spójności. Objęte są nią wszystkie regiony Unii Europejskiej, jednak większość funduszy unijnych (a dokładniej strukturalnych) kierowana jest do regionów, w których PKB na mieszkańca nie przekracza 75 proc. średniej dla 28 państw UE.

W perspektywie unijnej 2014-2020 przydział funduszy odbywa się na podstawie średniego PKB per capita w trzyletnim okresie między 2007 a 2009 r. Od przyszłego roku 17. polskim regionem NUTS 2 będzie Warszawa, wydzielona statystycznie z obszaru Mazowsza.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Ponad 13 mln Polaków powyżej 15. roku życia nie pracuje i nie szuka pracy. W tej grupie aż 7,6 mln to ludzie w wieku produkcyjnym (16-64 lata). Aktywizacja tej części społeczeństwa będzie w najbliższych latach kluczowa, by podtrzymać bieżące tempo gospodarczego wzrostu Polski – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcowe dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w Polsce wynosi 5,3 proc. W strefie euro ten wskaźnik ma wartość 9,5 proc., a tylko sześć unijnych krajów osiąga wynik niższy niż Polska.

Zadowolenie z tego faktu ustępuje, gdy popatrzmy na zdecydowanie ważniejsze parametry rynku pracy. Kondycja gospodarki nie zależy tylko od tego, jaki odsetek populacji szuka pracy. Istotniejsze jest to, ile osób pracuje i jaka część zatrudnionych musi utrzymać bezrobotnych oraz biernych zawodowo, czyli ludzi, którzy nie tylko nie mają płatnego zajęcia, ale nawet nie próbują znaleźć żadnej posady. W tych zestawieniach Polska wypada poniżej przeciętnej UE oraz wyraźnie gorzej niż kraje starej Unii. Ze względu na postępujące starzenie się polskiego społeczeństwa sytuacja będzie się dalej pogarszać i jedynym ratunkiem stanie się aktywizacja biernych zawodowo.

Odsetek biernych zawodowo wyższy niż w Grecji

Powody do niepokoju wzbudzają już dane o zatrudnieniu osób w wieku 25-54 lata, czyli najwyższej aktywności zawodowej („prime age”). Na koniec roku odsetek dla Polski wynosił według Eurostatu 80,6 proc., co przekładało się na dopiero 15. rezultat w Unii. W tym zestawieniu wyprzedza nas m.in. Szwecja (86 proc.) i Słowenia (84,4 proc). Warto także zauważyć, że w tych krajach bezrobocie wynosi odpowiednio 6,8 oraz 7,8 proc., czyli zdecydowanie więcej niż w Polsce.

Względnie niewielkie zainteresowanie płatnym zajęciem potwierdzają statystki bierności zawodowej. Aż 15,3 proc. Polaków w wieku 25-54 lata (2,34 mln osób) nie ma pracy i jej nie szuka. To nie tylko zdecydowanie więcej niż w Słowenii (8,7 proc.) czy Szwecji (9,1 proc.), ale nawet wśród Greków liczba biernych zawodowo w „prime age” jest mniejsza (15,2 proc.).

Negatywny wpływ wywiera też trend, który zaczyna być widoczny w statystykach braku zawodowej aktywności kobiet. Na koniec 2014 r. odsetek Polek biernych zawodowo w wieku 25-54 lata wynosił 19,9 proc., a dwa lata później zwiększył się do 21,5 proc. Tylko w czwartym kwartale 2016 r. nastąpił przyrost aż o 0,5 pkt proc. Przez dwa lata ich liczba wzrosła więc o 100 tys., chociaż ogólny poziom bezrobocia spadał. Chęć do podjęcia pracy  zmalała przede wszystkim wśród kobiet w wieku 30-44 lata (ponad 95 tys.).

Młodzi i starsi pracy nie szukają

W Polsce, w przeciwieństwie do bogatych krajów rozwiniętych, osoby poniżej 20. roku życia praktycznie w ogóle nie pracują, ani nie szukają płatnego zajęcia. Wskaźnik zatrudnienia młodzieży w wieku 15-19 lat wynosi u nas jedynie 4,3 proc., podczas gdy w  Szwajcarii –  54,6 proc., w Holandii – 52,3 proc., a w Danii – 49,4 proc. Odsetek biernych zawodowo młodych Polaków ma wartość aż 93,9 proc. W całej Unii “wyprzedzają” nas tylko Grecja i Bułgaria.

Cały czas, mimo poprawy w ostatnich latach, niezadowalająco wygląda poziom zatrudnienia wśród Polaków w przedziale wieku 55-64 lata, osiągając wartość 46,7 proc. W krajach strefy euro jest to przeciętnie 55,8 proc. Połowa populacji w tym przedziale wiekowym nie szuka jednak pracy w ogóle, natomiast stopa bezrobocia waha się wokół 4 proc. To idealnie pokazuje, że w niektórych przypadkach poziom bezrobocia jest zupełnie nieprzydatną miarą.

Za brak zmian zapłacimy wszyscy

Od wejścia do Unii Europejskiej w Polsce udało się praktycznie zlikwidować bezrobocie, które z ok. 20 proc. spadło do nieco ponad 5 proc. Oznacza to, że praktycznie każdy, kto chce pracować, ma duże szanse na znalezienie płatnego zajęcia. I to można uznać za sukces. Niestety, tylko w niewielkim stopniu udało się zmniejszyć odsetek biernych zawodowo, który dla populacji powyżej 15. roku życia spadł z 45,3 proc. (14 mln osób) do 43,7 proc. (13,4 mln osób).
Na najbliższe lata największym wyzwaniem będzie zatem zbudowanie takiej polityki, która spowoduje rzeczywisty proces aktywizacji zawodowej. Jeżeli nie zostanie on przeprowadzony skutecznie, wtedy wraz ze starzeniem się społeczeństwa, zacznie szybko ubywać pracujących, a wzrośnie odsetek ludzi, na których będzie trzeba zapracować. Konsekwencją tych procesów będzie niższe tempo rozwoju gospodarczego połączone albo z podwyżką podatków, albo z wyższym zadłużeniem sektora finansów publicznych.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Oszczędzanie nie jest łatwe. Tymczasem odkładanie choćby małej sumy pieniędzy daje nie tylko wzrastające oszczędności, ale dodatkowo satysfakcję. Może poprawiać nasz nastrój i zwiększyć poziom odczuwanego bezpieczeństwa.

Jak zatem zmotywować się do odkładania pieniędzy? Podobno nie ważne jest, ile odkładamy, ale że w ogóle podejmujemy takie działanie. Na różnych blogach finansowych aż roi się od porad jak zaoszczędzić 200 zł miesięcznie, na czym zaoszczędzić i jak później inwestować.

Osoby pracujące z anonimowymi dłużnikami przekonują, że nawet w sytuacji niskich dochodów, czy długu warto zacząć oszczędzać. To wpływa na poczucie bezpieczeństwa, które sami sobie budujemy.

„Zacznij od niewielkich kwot – 1-2 proc. swoich dochodów, potem zwiększaj oszczędności aż do co najmniej 10 proc. swoich dochodów” – radzi Roman, jeden z anonimowych dłużników, Wspólnoty 12-krokowej, która pomaga osobom zadłużonym, ale także jej członkowie pracują nad zmianą schematów myślenia dotyczących pieniędzy.

Bo tak naprawdę oszczędzanie to sposób podejścia do naszych finansów i sposób myślenia. Warto podejść do oszczędności z hasłem „Najpierw płacę sobie” i potraktować ten kapitał jako swoje własne wynagrodzenie, które nie jest przeznaczane na bieżące potrzeby. Warto też określić sobie cel oszczędności: podróż, kupno nowego samochodu czy inwestycja w edukację dziecka.

Oszczędzać można na różne sposoby, np. w „skarbonce”, na specjalnym rachunku oszczędnościowym, w postaci innych aktywów. Całkiem konkretnie wygląda usługa niektórych banków, które oferują tzw. usługę zaokrąglania sumy w przypadku zakupów. Po jakimś czasie może się uzbierać całkiem pokaźna kwota.

Oszczędzając „aktywnie” czyli składając nasze pieniądze np. na rachunku w banku, ten może potem część naszych zgromadzonych środków pożyczyć inwestorom. Dzięki temu możemy się przyczynić do rozwoju gospodarczego. Oszczędzają „biernie” – do skarbonki, sejfu – nie powiększamy oszczędności w gospodarce.

„To musi stać się nawykiem” – uważają specjaliści w dziedzinie finansów. Kiedy naprawdę zauważymy, jak oszczędności wpływają na nasze samopoczucie i budują „portfel przyszłości”, możemy znaleźć w sobie dodatkową motywację do oszczędzania.

A jak wygląda zdrowe finansowo gospodarstwo domowe? Próbowali to zbadać badacze w Diagnozie Społecznej w 2015 r. Zastosowali metodę, zgodnie z którą ocenili, że dobrze zarządzane gospodarstwo domowe posiada nadwyżki dochodu przekraczające 30 proc., bez opóźnień opłaca rachunki i raty kredytów oraz deklaruje, że starcza pieniędzy na wszystko.

W perspektywie średniookresowej warto przygotować gospodarstwo domowe na niespodziewane wydatki. „Zdrowe finansowo gospodarstwo domowe powinno mieć oszczędności stanowiące `poduszkę` bezpieczeństwa oraz powinno być ubezpieczone”– czytamy w diagnozie.

Za najlepiej przygotowanie na niespodziewane wydatki gospodarstwo badacze uznali takie, którego oszczędności przekraczały wartość sześciomiesięcznych dochodów, łączne raty kredytów nie przekraczały 40 proc. dochodów, dom/mieszkanie było ubezpieczone oraz głowa rodziny posiadała ubezpieczenie na życie.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

W sobotę przywódcy 27 państw i instytucji UE podpisali Deklarację Rzymską. Podczas wystąpień zgodnie podkreślali determinację do utrzymania jedności Unii.

Ceremonia na rzymskim Kapitolu upamiętniła 60. rocznicę podpisania Traktatów Rzymskich, które dały początek integracji europejskiej. Udział w obchodach wzięli przywódcy 27 państw członkowskich, bez Wielkiej Brytanii, która przygotowuje się do opuszczenia Wspólnoty.

Wspólny dokument wyznacza kierunki rozwoju Unii i podkreśla dotychczasowe osiągnięcia integracji. Pod dokumentem, oprócz szefów państw i rządów, podpisali się także szef Rady Europejskiej Donald Tusk, przewodniczący Komisji Europejskiej Jean Claude Juncker, lider Parlamentu Europejskiego Antonio Tajani.

Jak mówił gospodarz szczytu premier Włoch Paolo Gentiloni, ojcami założycielami Wspólnot kierowała „przepiękna obsesja: nie dzielić, ale łączyć”, a po tym, gdy w czasie dwóch wojen światowych dokonano wyboru zła, „Europejczycy wybrali dobro”. „Świętujemy wytrwałość i inteligencję ojców założycieli – zauważył. – Przeżyliśmy 60 lat w pokoju i wolności i to zawdzięczamy także ich odwadze”.

Przyznał on również, że UE niewystarczająco szybko zareagowała na aktualne wyzwania, jak kryzys migracyjny i gospodarczy.

Donald Tusk zaczął swe wystąpienie od osobistej refleksji, wspominając o historii rodzinnego Gdańska, Solidarności i przełomu w 1989 r. Przypomniał, że połowę życia spędził za żelazną kurtyną, gdzie nie wolno było nawet marzyć o takich wartościach, jak godność ludzka, wolność i demokracja.

„Tak, wówczas naprawdę była to Europa +dwóch prędkości+. Dlatego dziś mam prawo głośno powtarzać tę prostą prawdę, że nic w naszym życiu nie jest dane na zawsze i że budowanie wolnego świata wymaga czasu, wielkiego wysiłku i poświęcenia. I dlatego udało się to w tak niewielu miejscach na ziemi. Udało się to nam. Jest bardzo łatwo zniszczyć ten świat. Wystarczy chwila. Już raz to się stało, w moim Gdańsku” – mówił Tusk. „Dlaczego dziś mamy utracić wiarę w jedność. Czy dlatego, że stała się naszą rzeczywistością? Czy też dlatego, że znudziliśmy albo zmęczyliśmy się nią?” – pytał.

Jean-Claude Juncker apelował, by odczuwać większą dumę z osiągnięć integracji europejskiej. „Dziś my odnawiamy tamte przyrzeczenia i potwierdzamy zobowiązanie na rzecz niepodzielnej i niepodzielonej Unii” – dodał Juncker.

Premier pełniącej przewodnictwo UE Malty Joseph Muscat wykorzystał swe wystąpienie, by zaapelować o solidarność. Wskazał, że obecnie Wspólnota stoi na rozdrożu, gdzie każdy krok w lewo lub prawo, do przodu lub do tyłu będzie mieć konsekwencje na lata. „Ale rozwiązaniem nie może być stanie w miejscu” – podkreślił Muscat.

Premier Beata Szydło po podpisaniu Deklaracji oceniła, że jest to początek drogi zmian, które muszą nastąpić w UE. „Dla Polski najważniejsze jest, że jest potwierdzona jedność Unii Europejskiej, że jest potwierdzona wola wśród wszystkich państw członkowskich, do tego, abyśmy razem, wspólnie budowali naszą przyszłość” – powiedziała dziennikarzom szefowa rządu.

Zdaniem premier teraz jest czas, aby przygotować dobre projekty, które „będą kolejnym krokiem, abyśmy mogli mówić o rozwijającej się, jednej i szczęśliwej Europie”.

Szefowie państw i rządów zobowiązali się w deklaracji do podjęcia pracy na rzecz czterech celów: zwiększania bezpieczeństwa w oparciu o ochronę granic zewnętrznych i walkę z terroryzmem, zapewniania rozwoju gospodarczego, podejmowania działań prospołecznych takich jak walka z bezrobociem i wykluczeniem, wzmacniania Unii na arenie międzynarodowej.

Według unijnych liderów UE jest najlepszym narzędziem służącym realizacji tych celów. „Zobowiązujemy się wsłuchiwać w obawy wyrażane przez naszych obywateli i reagować na nie; będziemy także współpracować z naszymi parlamentami narodowymi” – zapowiedzieli.

Projekt Deklaracji Rzymskiej zamyka to samo zdanie, które kończy przyjętą 10 lat temu, w 50-lecie podpisania Traktatów Rzymskich, Deklarację Berlińską: „Europa jest naszą wspólną przyszłością”.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Znane hasło wyborcze z pierwszej kampanii Billa Clintona „Gospodarka, głupcze!” wydaje się wracać niczym bumerang we wszystkich dziedzinach życia. To bowiem bieżąca koniunktura gospodarcza przekłada się na nastroje społeczne, które później kształtują polityczną przyszłość krajów. Również rynek kapitałowy pozostaje jednym z lepszych barometrów mierzących stan gospodarki. Ten z kolei wydaje się być obecnie bardzo dobry. Tak przynajmniej sugerują wszelkie pojawiające się dane ankietowe, które z uwagi na swój charakter publikowane są jako pierwsze i najszybciej wskazują kierunek, ku jakiemu zmierzać ma najbardziej rozpowszechniony miernik stanu gospodarki, jakim jest zmiana PKB. W tym kontekście pojawił się ostatnio jeden, chyba nie do końca rozpowszechniony problem. Otóż zaczynamy obserwować pewne rozwarstwienie pomiędzy „miękkimi” danymi gospodarczymi a tymi o charakterze „twardym”. Pierwsze, będąc opartymi na ankietach, co do zasady mierzą sentyment panujący wśród przedsiębiorców. Mowa o takich wskaźnikach jak PMI, amerykański ISM czy niemiecki indeks Instytutu Ifo. Tutaj dominuje wręcz niepoprawny optymizm, który wiązać można z powrotem inflacyjnego środowiska oraz pojawieniem się „zwierzęcych instynktów”, o których pisał niedany ekonomiczny noblista Robert J. Shiller. Można nawet powiedzieć, że pojawiła się nadzieja na koniec strukturalnej stagnacji gospodarczej, która trapi większą część globu od pamiętnego roku 2008. Jednocześnie jednak tak optymistyczne wnioski niespecjalnie potwierdzają „twarde” dane, czyli mierzące typowo ekonomiczne wartości, jak produkcja czy sprzedaż. Przykładów nie trzeba daleko szukać. We wtorek pewne zaniepokojenie sprawiły dane o zamówieniach w niemieckim przemyśle, które w styczniu spadły aż o 7,4% względem poprzedniego miesiąca. Po udanym grudniu pewne ochłodzenie było powszechnie oczekiwane, ale nie w najsilniejszej skali od stycznia 2009 roku! Przenosząc się z kolei za ocean warto zwrócić uwagę na dane publikowane przez oddział Rezerwy Federalnej w Atlancie, który opracował model wyliczający tempo zmiany PKB w oparciu o najnowsze dostępne dane. Jeszcze w 27 lutego wskazywał on na wzrost PKB w I kw. o 2,5%, ale w środę ten szacunek spadł do 1,2%. Oczywiście do końca kwartału pozostało jeszcze trochę czasu, ale informacja ta dość dobrze pokazuje, że obserwujemy sporą rozbieżność pomiędzy optymistycznymi oczekiwaniami a twardymi realiami gospodarczymi. Te na świecie wcale się tak diametralnie nie zmieniły. Owszem, obserwujemy cykliczny wzrost tempa rozwoju gospodarczego, ale nie o skali usprawiedliwiającej kreślenie bardzo optymistycznych prognoz na przyszłość.

 Autor: Łukasz Bugaj, CFA

W dniu 10 lutym FUNDACJA CENTRUM BADAŃ POLSKA – UKRAINA zorganizowała na Zamku w Dubiecku kolejną konferencję w ramach Polsko-Ukraińskiego Forum Strategicznego. Składała się ona z dwóch głównych paneli. Pierwszy poświęcony był reformie decentralizacyjnej i samorządowej na Ukrainie. W drugim polscy i ukraińscy dziennikarze przedstawiali wizję roli mediów w kształtowaniu współczesnych stosunków polsko- ukraińskich. Ciekawym elementem uzupełniającym spotkanie była prezentacji opisującej badania wzajemnych relacji młodzieży mieszkającej w obu naszych krajach – pisze Agnieszka Roma Bojanowicz, współpracownik BiznesAlert.pl.

Drugie Polsko-Ukraińskie Forum Strategiczne jakie odbyło się w Dubiecku wpisuje się w misję Fundacji Centrum Badań Polska-Ukraina. Jej działania nakierowane są na rzecz rozwoju współpracy i pozytywnych relacji polsko – ukraińskich w wymiarze politycznym, społecznym i gospodarczym. Pokrewieństwo języków, kultur i mentalności, wspólna niełatwa historia, zbieżność interesów gospodarczych i politycznych powodują, że wielu kwestiach stosunki między obu krajami są wyjątkowe. Szczególnie mocno widać to na terenach przygranicznych, w takich miastach jak Przemyśl, czy Lwów mających za sobą wielowiekową tradycję współistnienia i współpracy. Zdaniem organizatorów wybranie Zamku w Dubiecku na miejsce konferencji stworzyło szczególny klimat dla dyskusji o relacjach polsko – ukraińskich w wymiarze historycznym i współczesnym, ale także – a może nawet przede wszystkim – dla rozmów o przyszłości.

Słowo wstępu wygłosił wiceprezydent Przemyśla Janusz Hamryszczak. W swoim wystąpieniu położył on szczególny nacisk na dwie kwestie: wsparcia reform samorządowych na Ukrainie oraz przeciwdziałaniu dezinformacji medialnej wpływającej negatywnie na obraz stosunków między naszymi narodami.

Polskie samorządy w tym roku będą obchodziły 27 – lecie istnienia. W tym czasie wiele zmieniło w relacjach państwo – obywatel. Zdecentralizowano administrację, położono nacisk na większą partycypację mieszkańców w bieżących działaniach lokalnych władz. Zdaniem wiceprezydenta Hamryszczaka: „Reforma powinna koncentrować się w okół człowieka. Ludzie powinni mieć poczucie, że mają wpływ na swoje sprawy poprzez samorząd. Przesunięcie kompetencji na poziom lokalny jest niezwykle ważne – niedobrze jest gdy władza oddala się od obywateli.” Taką wiedzą przedstawiciele polskich samorządów chcieliby podzielić się z samorządowcami z Ukrainy. Mogłoby się to stać w ramach specjalnej platformy do wymiany doświadczeń i informacji pomiędzy nimi. W związku z tym w Państwowej Wyższej Szkole Wschodnioeropejskiej w Przemyślu powstał specjalny projekt stworzenia kursów samorządności terytorialnej dedykowany właśnie włodarzom miast obu krajów.

W swoim wystąpieniu wiceprezydent Hamryszczak odniósł się również do szeroko nagłaśnianych ostatnio wydarzeń sugerujących zaognienie przygranicznych stosunków polsko- ukraińskich. W tym miejscu wiceprezydent Przemyśla zaapelował o niewyolbrzymianie incydentów jakie miały miejsce, tak aby nie zakłóciły one obustronnej współpracy między Przemyślem, a pięcioma innymi miastami Ukrainy.

Na kolejnym etapie konferencji odbyła się dyskusja moderowana przez Agnieszkę Piasecką. W całości została ona poświęcona obecnemu stanowi reformy ukraińskiej samorządowej oraz polskiego wsparcia. Do udziału w panelu zostali zaproszeni analitycy i praktycy na co dzień pracujący na Ukrainie. Przekazali oni najnowsze informacje dotyczące sukcesów, jaki problemów jakie napotykają na swojej drodze reformatorzy.  Trafnie przedstawiła tę sytuację Kristina Avramchenko z Instytutu Badań Społeczno – Ekonomicznych. Jej zdaniem ogromnym wyzwaniem przed jakim stoi tworzący się na Ukrainie system samorządowy jest bardzo słaba współpraca pomiędzy lokalnymi społecznościami. Kolejna prelegentka Tetiana Tyshchyuk z Vox Ukraine zwróciła uwagę na zmniejszające się stale od 2015 roku tempo reform przeprowadzanych przez rząd w Kijowie. Z badań jakie przedstawiła jasno wynika, że największą dynamikę zmian zanotowano w sferze walki z korupcją, systemie bankowym i deregulacyjnym. Przełożyło się to między innymi na wyraźny spadek dochodów z podatków lokalnych, a co za tym idzie ograniczenie znaczenia wielkich miast na rzecz mniejszych ośrodków.

O zmianach jakie następują na styku mieszkańcy władze lokalne z kolei opowiedział profesor Serhiy Loboyko z Centrum Innowacji Akademii Mohylańskiej. Tematem tej części prelekcji była historia tworzenie budżetu partycypacyjnego dla Kijowa. Przy tej okazji stworzono bardzo ciekawe narzędzie – system elektronicznych petycji tworzący mechanizm nieco zbliżony do referendum. To narzędzie jest z powodzeniem wykorzystywany przez władze Kijowa w zarządzaniu miastem i nawiązaniu bliższych relacji z jego mieszkańcami. Stało się ono skutecznym mechanizmem partycypacji obywateli w procesach decyzyjnych aglomeracji. Jest to rozwiązanie, które mogłoby znaleźć zastosowanie również w Polsce.

Jako ostatni w tej części zabrał głos Artur Grossman z Fundacji Solidarności Międzynarodowej. Podzielił się on z uczestnikami wnioskami z Polsko – Kanadyjskiego Programy Wsparcia Demokracji. Mimo ograniczonych możliwości finansowego wsparcia Ukrainy w jej działaniach na rzecz reform, jak zauważył prelegent: „ (…) nasi partnerzy na Ukrainie darzą Polskę i Polaków zaufaniem. Przykład Polski jest dla Ukrainy motywującym, widać to zwłaszcza po efektach wizyt studyjnych.”

Po krótkiej przerwie omówiona została prezentacja autorstwa dr Małgorzaty Kuźbidy i dr Piotra Długosza pt: „Pokolenie odwróconych pleców? O wzajemnych relacjach maturzystów na pograniczu polsko- ukraińskim.” Z przedstawionych informacji jasno wynika, że młodzież żyjąca po obu stronach granicy jest do siebie przyjaźnie nastawiona, niezależna od wszelkich trudnych kwestii historycznych czy medialnie podsycanych konfliktów.

Drugi panel moderowany przez Dariusza Materniaka poświęcony został roli mediów w czasach dezinformacji. Jak zauważył Marek Cynkar z Polskiego Radia Rzeszów bolesna historia jaka miała miejsce między naszymi narodami jest ostatnio wykorzystywana dla psucia relacji polsko – ukraińskich. Jego zdaniem większość przedstawicieli polskich środowisk prawicowych mimo występowania różnych incydentów na tle narodowościowym nie chce konfliktów z Ukrainą. Natomiast Jurij Banakhevych z Agencji Informacyjnej UKRINFORM zauważył, że dziennikarze powinni starannie obserwować sytuację i starać się „rozbrajać” medialne bomby, gdyż stereotypy sprzyjają negatywnemu nastawieniu się wobec innych, obcych. Tak więc media nie powinny ich bezrefleksyjnie powielać.

Adam Lelonek z Fundacji Centrum badań Polska – Ukraina zwrócił uwagę na polityczny aspekt relacji polsko ukraińskich: „Politycy nie chcą niczego wyjaśniać – interesują ich tylko bieżące problemy. Ani w Polsce ani na Ukrainie nie ma fachowców od relacji wzajemnych. Polski Rząd nie korzysta z kompetencji organizacji pozarządowych.” Zdaniem dr Lelonka rolą mediów jest  informowanie, a nie dezinformowanie. Obecna sytuacja panująca w mediach zmienia model pracy dziennikarza. Z tą tezą zgodził się kolejny prelegent, Michał Potocki z Dziennika Gazeta Prawna. Uznał on, że: „być może konieczne będzie wyodrębnienie dwóch nurtów: dziennikarstwa ogólnego i analitycznego. Zawsze będzie popyt na informację sprawdzoną, analityczną. Popyt ten jednak będzie też zawsze mniejszy, gdyż tworzą go elity, a te nie maja charakteru masowego.”

Jak kwestia historyczna jest postrzegana przez ukraińskich polityków i rosyjskie media opisała Halina Tereszczuk z Radia Swoboda: „Większość ukraińskich polityków nie spekuluje tematami historycznym. Tak zwana wojna wokół pomników niezwykle cieszy media rosyjskie, gdyż jest dla nich wygodnym tematem. Możliwości kontaktu między dziennikarzami z Polski i Ukrainy pozwala na wyjaśnianie wielu wątpliwości.” Ostatni panelista, Wasyl Rasewycz z portalu Zaxid.net, podniósł kwestię braku profesjonalizmu wielu zwłaszcza ukraińskich dziennikarzy:” Ten niski poziom kompetencji przeszkadza w pracy wielu dziennikarzom. Dziennikarz nie jest badaczem historii, dlatego powinien mieć dostęp do ekspertów, do których ma zaufanie. Korzystać z ich wiedzy, zamiast stawiać się samemu w roli eksperta. Nadmierne upraszczanie przekazu – to także broń rosyjskiej wojny informacyjnej.”

Konferencja w Dubiecku stała się polem do wymiany różnych doświadczeń. Jako pierwszy temat nasuwa się kwestia realizacji reform decentralizacyjnych na Ukrainie. Polska może wesprzeć Ukrainę na jej drodze ku decentralizacji, budowaniu nowych wspólnot w oparciu o samorządy. Przedstawiciele polskich władz lokalnych nastawionych na współpracę transgraniczną chcą podzielić się swoją wiedzą z przedstawicielami ukraińskich samorządów lokalnych i regionalnych. Powodzenie wprowadzanych obecnie reform wpłynie nie tylko na przyszłość Ukrainy, ale wprost przełoży się na stabilny rozwój gospodarczy zarówno wschodnich terenów przygranicznych jak i całej Polski. My jako kraj również możemy garściami czerpać z doświadczeń naszego wschodniego sąsiada. Ukraina wprowadziła niedawno nowoczesne metody zarządzania funduszami partycypacyjnymi, na których mogą wzorować się samorządy dużych polskich miast.

W trakcie Dubieckiej Konferencji udało się wypracować zbiór rekomendacji dla polskich i ukraińskich przedstawicieli mediów. Propagowanie rzetelnej wiedzy na temat trudnych momentów historii polsko – ukraińskiej, dbanie o jakość przekazu, odpowiedzialność za słowo to najważniejsze wnioski jakie wypływają z dyskusji dotyczącej medialnych aspektów współczesnych relacji między naszymi państwami. Wprowadzenie w życie powyższych konkluzji pozwoliłoby na poszerzenie wiedzy każdego odbiorcy, dzięki czemu zbudowany zostanie pozytywny i realny obraz relacji polsko- ukraińskich, a problem dezinformacji i podsycania wzajemnej nienawiści przestanie być tak istotny. Słabość stanowi jednak m.in. niewielkie zaangażowanie w tego typu działania czynników rządowych. Przy tym wiedza o problemach i możliwościach w tym zakresie pozostaje jednak domeną wąskiej grupy ekspertów, a co za tym idzie z trudem przekłada się na poprawę sytuacji.

Spotkania robocze, na których eksperci z różnych dziedzin mogą podzielić się swoją wiedzą, wskazać obszary zapalne oraz sposoby zapobieżenia potencjalnym konfliktom, są niezwykle cenne, jednak bez wprowadzenia ich wniosków w życie nie dają szans na osiągnięcie zamierzonych efektów.

Źródło: biznesalert.pl

21 grudnia 2016 r. w siedzibie Forum Obywatelskiego Rozwoju odbyła się konferencja prasowa z udziałem profesora Leszka Balcerowicza oraz dr Wiktora Wojciechowskiego, głównego ekonomisty Plus Banku, eksperta FOR.
Tematem konferencji była analiza reform gospodarczych na Węgrzech i w Polsce. Zdaniem ekspertów FOR, PiS powiela złe decyzje Fideszu, które szkodzą długofalowemu wzrostowi gospodarki.

Po wygranych wyborach w 2010 r. premier V. Orban zakwestionował dotychczasowy model społeczno-ekonomiczny Węgier, w którym centralne miejsce zajmował demokratyczny system sprawowania władzy politycznej oraz gospodarka wolnorynkowa z dominującą rolą własności prywatnej. W 2014 r. stwierdził wprost, że wzorcowymi modelami do naśladowania dla Węgier są Rosja, Turcja czy Chiny, czyli kraje autorytarne z wysokim udziałem przedsiębiorstw kontrolowanych przez władze centralne.

Rząd V. Orbana wprowadził w życie wiele działań, które w świetle badań i doświadczeń międzynarodowych są szkodliwe dla długofalowego tempa wzrostu gospodarki. Wśród nich można wymienić przede wszystkim nałożenie nowych podatków na wybrane sektory gospodarki, głównie zdominowane przez firmy z udziałem kapitału zagranicznego, zwiększenie własności państwowej w przedsiębiorstwach, demontaż kapitałowego systemu emerytalnego, ograniczenie konkurencji rynkowej oraz przewidywalności i egzekwowania prawa. Zmianom tym od początku przyświecało przekonanie kierownictwa Fideszu o tym, że silna władza państwowa nadzorująca wybrane działy gospodarki (np. banki, sektor energetyczny) i stwarzająca preferencje dla wybranych, krajowych przedsiębiorstw, najlepiej sympatyzujących z obozem władzy, sprzyja szybkiemu wzrostowi gospodarki. Źródłem tego przekonania była wyłącznie ideologia. Wyniki licznych badań i doświadczenia innych krajów wskazują, że kraje z dominującym sektorem prywatnym, w których panują przejrzyste i stabilne warunki dla rozwoju konkurencji rynkowej dotyczące wszystkich podmiotów niezależnie od kraju pochodzenia ich właścicieli oraz stabilne i przewidywalne reguły prawne rozwijają się przeciętnie szybciej niż te, w których te reguły są ograniczane. W okresie rządów V. Orbana Węgry zanotowały zatrważający spadek ocen jakości instytucji wpływających na konkurencyjność gospodarki, takich jak ochrona prawa własności, zakres konkurencji na rynku krajowym, niezależność wymiaru sprawiedliwości czy faworyzowanie przez władze wybranych podmiotów gospodarczych.

Obok wielu szkodliwych decyzji gospodarczych, rząd V. Orbana dbał o utrzymanie ograniczonego deficytu finansów publicznych, a w efekcie o stopniowy spadek długu publicznego w relacji do PKB. Osiągnięta redukcja deficytu nie byłaby jednak możliwa bez reform wprowadzonych przez poprzednika, czyli rząd G. Bajnaia. Mimo ostrej krytyki pod jego adresem, V. Orban po wygranych wyborach podtrzymał i kontynuował jego najważniejsze reformy (np. wydłużanie wieku emerytalnego dla obu płci do 65 lat, likwidacja 13-tych emerytur czy 13-tych pensji w sektorze publicznym). Co więcej, choć polityka gospodarcza Fideszu jest często określana jako niekonwencjonalna, głównie z powodu wprowadzenia nowych podatków sektorowych, to jednak w wielu aspektach nie odbiega ona od typowych rekomendacji dla polityki gospodarczej formułowanych przez instytucje międzynarodowe.

Przykładem może być chociażby obniżenie podatków bezpośrednich (PIT i CIT) rekompensowane wyższymi dochodami z podatków nakładanych na konsumpcję (VAT). Choć zasadnicze zmiany w strukturze dochodów podatkowych na Węgrzech zostały wprowadzone w życie przez rząd G. Bajnaia (wzrost stawki VAT z 20% do 25% oraz obniżenie pozapłacowych kosztów pracy z 43,9% do 36,7% dla rodzin z dziećmi otrzymujących przeciętne wynagrodzenie w gospodarce), to jednak Fidesz kontynuował ten kierunek reform. W 2011 r. stawka VAT została podniesiona z 25% do 27%,
a jednocześnie klin podatkowy dla rodzin z dziećmi obniżono z 36,7% do 33,0%. Ten spadek pozapłacowych kosztów pracy był skutkiem wprowadzenia w 2011 r. kwoty wolnej od podatku uzależnionej od liczby dzieci. W jej efekcie dochody netto z tytułu posiadania pierwszego i drugiego dziecka wzrosły na Węgrzech o ok. 140 zł miesięcznie, z kolei z tytułu trzeciego dziecka i następnych o ok. 470 zł miesięcznie. Polityka prorodzinna na Węgrzech wzmacnia zatem bodźce do legalnej pracy, bo tylko oficjalnie uzyskane dochody pozwalają na skorzystanie z preferencyjnej kwoty wolnej od podatku. W przeciwieństwie do Węgier, świadczenia prorodzinne wypłacane w ramach programu 500+ osłabiają bodźce do pracy zawodowej.

Reformy podatkowe rządu Bajnaia, kontynuowane i uzupełnione potem przez V. Orbana, przyczyniły się do obniżenia deficytu i długu publicznego. W 2012 r. deficyt finansów publicznych spadł do 2,3% PKB wobec 5,5% PKB w 2011 r., co pozwoliło Komisji Europejskiej na zdjęcie z Węgier unijnej procedury nadmiernego deficytu. Według ostatnich prognoz KE (listopad 2016 r.) do 2017 r. deficyt finansów publicznych ma utrzymywać się tam na poziomie ok. 2,0% PKB. Dla porównania, w Polsce deficyt finansów publicznych w latach 2017-2018 – pomimo prognozowanej dobrej koniunktury gospodarczej – ma wzrosnąć do ok. 3% PKB.

W latach 2010-2015 dług publiczny Węgier obniżył się z 80,0% do 75,8% PKB, przy czym znaczący wpływ na ten spadek miało przejęcie w 2011 r. prywatnych oszczędności z kapitałowych funduszy emerytalnych. O ile jednak Fidesz wpisał do konstytucji regułę długu, która zobowiązuje parlament do uchwalania budżetów, których realizacja będzie obniżać dług publiczny do 50% PKB, to PiS tuż po wygranych wyborach rozmontował regułę wydatkową, która miała ograniczać wydatki w okresie dobrej koniunktury.

Pomimo wskazanych powyżej korzystnych zmian w strukturze dochodów podatkowych i dbania o dyscyplinę fiskalną na Węgrzech, w 2016 roku, czyli po ponad 6 latach sprawowania władzy, nie ma podstaw, aby uznać, że polityka gospodarcza rządu V. Orbana jest sukcesem.

Po pierwsze, od 2008 r. (ostatni rok przed wybuchem globalnego kryzysu finansowego) do 2015 r. poziom PKB na Węgrzech wzrósł realnie jedynie o 3,2% i był to najniższy przyrost produktu wśród krajów grupy Wyszehradzkiej. Dla porównania, w Polsce w tym samym okresie PKB zwiększył się realnie o 23,7%, na Słowacji o 12,2%, a w Czechach o 5,3%. Wprawdzie w latach 2013-2015 gospodarka węgierska rosła w tempie średnio 3,0% rocznie, ale zasadniczy wpływ na to ożywienie miały inwestycje publiczne współfinansowane ze środków unijnych. W tym okresie inwestycje sektora publicznego rosły w tempie ok. 25% rocznie, a ich wartość w 2015 r. była przeszło dwukrotnie wyższa niż w 2008 r. Wraz z zakończeniem projektów unijnych w 2016 r. tempo wzrostu inwestycji ogółem na Węgrzech silnie wyhamowało: w okresie I-III kw. 2016 r. nakłady brutto na środki trwałe spadły średnio o 12%.

Po drugie, wartość inwestycji sektora prywatnego w 2015 r. była aż o 24% niższa niż w 2008 r. i także był to najgłębszy spadek wśród krajów grupy Wyszehradzkiej. W Polsce w tym okresie inwestycje sektora prywatnego wzrosły łącznie o 19,7%, z kolei na Słowacji spadły o 12,8%, a w Czechach o 8,6%.

Po trzecie, choć Węgry w okresie rządów V. Orbana odnotowały silną poprawę sytuacji na rynku pracy (wzrost stopy zatrudnienia z 60% do 69% wśród osób w wieku 20-64 lata), to była ona głównie skutkiem obniżenia pozapłacowych kosztów pracy wprowadzonych przez rząd G. Bajnaia, jak i silnego wzrostu zatrudnienia w ramach robót publicznych, które są bardzo mało efektywne w trwałym zwiększaniu szans na podjęcie pracy. Odliczając zatrudnienie subsydiowane w 2015 r. stopa zatrudnienia na Węgrzech dla osób w wieku 20-64 lata wynosiłaby 65,6%, czyli byłaby o ponad 3 pkt proc. niższa niż według oficjalnych statystyk.

Rozczarowująco niskie tempo wzrostu węgierskiej gospodarki po objęciu władzy przez V. Orbana, w szczególności głęboka zapaść w inwestycjach sektora prywatnego i jedynie krótkotrwałe ożywienie gospodarcze w latach 2013-2015 napędzane środkami unijnymi, powinny być mocnym sygnałem ostrzegawczym dla PiS, aby nie powtórzyć błędów popełnionych przez Fidesz. Niestety, jak dotychczas rząd PiS powiela szkodliwe decyzje Fideszu (np. zwiększa nadzór polityków nad przedsiębiorstwami, osłabia jakość instytucji kluczowych dla stabilności warunków prowadzenia działalności gospodarczej, a w efekcie dla wzrostu inwestycji), a jednocześnie nie naśladuje rozwiązań, które są korzystne dla wzrostu gospodarki (np. wydłużanie wieku emerytalnego).

Autor: Wiktor Wojciechowski – Główny Ekonomista Plus Banku, ekspert FOR

Funkcjonowanie specjalnych stref ekonomicznych to ważna forma wsparcia gospodarki, zwłaszcza w krajach rozwijających się. Preferencyjne warunki prowadzenia działalności gospodarczej stanowią zachętę nie tylko dla rodzimych przedsiębiorstw, ale także – a raczej przede wszystkim – dla nierezydentów. W Europie Środkowo – Wschodniej to narzędzie wsparcia biznesu zyskało na znaczeniu zwłaszcza w Polsce oraz na Ukrainie. Obecnie nad Wisłą znajduje się 14 specjalnych stref ekonomicznych o powierzchni około 20 tys. hektarów, na terenie których zatrudnienie znalazło ponad 300 tys. osób. W 2015 r. rząd zwiększył limit powierzchni tych obszarów do 25 tys. hektarów, co oznacza ich potencjalną dalszą ekspansję. W tę strategię wkomponowuje się najnowsza inwestycja spółki Xeos, która zbuduje w Środzie Śląskiej centrum serwisowania silników lotniczych. Wydawać by się mogło, że dla polskiej gospodarki są to dobre infromacje, jednak coraz więcej osób zadaje pytanie: czy Polska nadal potrzebuje specjalnych stref ekonomicznych?
Niewątpliwie jednym z największych mankamentów gospodarek wschodzących jest brak kapitału, który przekłada się na niską dynamikę inwestycji oraz problemy na rynku pracy. Dlatego młode gospodarki skazane są na napływ kapitału zagranicznego. Ten często potrzebuje zachęty, bowiem w przypadku krajów rozwijających się, uwarunkowania polityczne i ekonomiczne nie zawsze okazują się wsparciem. Jedną z takich form zachęty są specjalne strefy ekonomiczne, dzięki którym dany podmiot najczęściej zostaje zwolniony z płacenia podatku dochodowego na czas określony, bądź korzysta z istotnej ulgi. Na tym etapie rozwoju gospodarczego zyskują obie strony – inwestorzy prężnie rozwijają swoje biznesy, natomiast podmiot goszczący zyskuje kapitał, inwestycje, nowe miejsca pracy oraz know – how.
Jednak czy można jeszcze nazwać nasz kraj gospodarką wschodzącą? Niewątpliwie tak, ale coraz częściej używa się określenia ,,converging economy” tzn. gospodarka rozwijająca się, lecz nieco bliższa miana gospodarki rozwiniętej. Dlatego też niejednokrotnie stawiany jest zarzut nadmiernego napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych kosztem niewykorzystania krajowego potencjału. Należy podkreślić, że to nierezydenci są podmiotami najczęściej korzystającymi ze specjalnych stref ekonomicznych (około 80% wszystkich inwestycji). To według krytyków oznacza, że ci nie tylko transferują zyski za granicę, ale również nie płacą podatków i zajmują bardziej uprzywilejowaną pozycję w stosunku do większości rodzimych firm.
Oczywiście przeciwnikom specjalnych stref ekonomicznych nie można zarzucić braku dobrych argumentów, bowiem to narzędzie ma zarówno wiele wad, jak i zalet. W kontekście tych ostatnich warto zwrócić uwagę, że polska gospodarka faktycznie wyróżnia się na tle innych krajów Europy Środkowo – Wschodniej, jednak jeszcze wiele jej elementów wymaga poprawy. Z całą pewnością Polsce brakuje innowacji i zaawansowanych technologii, co nie wynika tylko i wyłącznie z braku wykwalifikowanego zaplecza pracowników, ale raczej z niedostatku kapitału, odpowiednich warunków, a czasem po prostu chęci. Dlatego też w tych nadal nierozwiniętych segmentach warto postawić na kapitał zagraniczny, który oprócz wyżej wymienionych korzyści wzmocni również krajowy rynek pracy.
W związku z tym, zapowiedziana inwestycja spółki Xeos (należąca do GE oraz Lufthansy) nie wydaje się złym pomysłem. Opiewające na ponad miliard złotych przedsięwzięcie dotyczące serwisowania silników lotniczych wzmocni ten słabo rozwinięty w naszym kraju sektor gospodarki. Nowy podmiot zatrudni około 600 pracowników. Ponadto, spółka nawiąże ścisłą współpracę z Politechniką Wrocławską. Póki co największym mankamentem wydają się obawy lokalnych władz oraz mieszkańców co do zachowania norm środowiskowych. Mimo wszystko, jak zapewniają inwestorzy, serwisowanie silników nie wpłynie ani na wzrost hałasu, ani na wzmożoną emisję spalin.
Podsumowując, inwestycja w Środzie Śląskiej wydaje się trafnym posunięciem rządu. Tym niemniej, polska gospodarka jest coraz bardziej rozwinięta, toteż skala oraz zakres organizacji specjalnych stref ekonomicznych powinien być szczególnie weryfikowany oraz limitowany. Niewątpliwie te powinny być skierowane do przedsiębiorców, którzy wzmocnią słabiej rozwinięte sektory gospodarki np. polską branżę motoryzacyjną (o ile o takiej w ogóle można mówić) oraz segmenty związane z technologią i innowacjami, które nadal cierpią na brak kapitału oraz know – how.

Już od ponad dwóch miesięcy sygnalizujemy, że rozwój gospodarczy w tym roku może wynieść tylko 2 proc. Jednak najnowsze dane GUS pokazują rosnące ryzyko, że nie uda się osiągnąć nawet tej stosunkowo niskiej wartości.

Wczoraj GUS podał, że w październiku produkcja budowlano-montażowa spadła o 20.1 proc. r/r. To kolejny miesiąc bardzo słabej kondycji budowlanki. I choć w znacznej części wynika ona z mniejszych inwestycji infrastrukturalnych, to jednak warto zauważyć, że inne odczyty makroekonomiczne z Polski są także wyraźnie gorsze od prognoz.

Produkcja przemysłowa w minionym miesiącu spadała o 1.3 proc. r/r, natomiast sprzedaż detaliczna była poniżej konsensusu ekonomistów (4.2 proc. r/r) i wyniosła 3.7 proc. r/r. Pesymistyczne wnioski płyną ze wskaźników wyprzedzających. Indeks PMI dla Polski przygotowywany przez Markit IHS obniżył się w październiku do najniższego poziomu od września 2014 r. Wskazuje on także najniższe od ponad dwóch lat tempo wzrostu zatrudnienia w przemyśle.

Poważne powody do niepokoju powinno także wywoływać opublikowane w poniedziałek opracowanie GUS dotyczące przedsiębiorstw niefinansowych w okresie od stycznia do września 2016 r.  Wynika z niego, że nakłady inwestycyjne w pierwszych trzech kwartałach br. spadły o 9.1 proc., podczas gdy w analogicznym okresie ub.r. notowano wzrost na poziomie 12.3 proc.

Warto także zauważyć, że zmniejszyły się nie tylko inwestycje w “budynki i budowle” (o 17.8 proc.), ale skurczyły się również nakłady na urządzenia techniczne oraz narzędzia (o 4.3 proc.). Stosunkowo słabo wyglądają także inwestycje w przetwórstwie przemysłowym, gdzie nastąpił wzrost o 6.1 proc., podczas gdy w 2014 i 2015 r. było to odpowiednio 17.8 proc. oraz 14.4 proc.

Przyczyny słabych wyników gospodarki

Za znaczną część mniejszych inwestycji opowiadają niższe wydatki jednostek samorządu terytorialnego. Według danych Ministerstwa Finansów cytowanych przez PAP, po trzech kwartałach spadły one z 19.5 do 10.5 mld zł. Ponieważ dane o produkcji budowlano-montażowej za październik są bardzo słabe, można oczekiwać, że na koniec roku nakłady samorządów będą prawie o połowę niższe niż w 2015 r.

Wydatki na środki trwałe zmniejszają się jednak również w części sektora prywatnego. Według danych z wrześniowego Biuletynu Statystycznego GUS, inwestycje w hotele spadły przez pierwsze trzy kwartały o ponad 22 proc. Zmniejszyły się także nakłady na budynki biurowe (o 12.5 proc.) oraz budynki przemysłowe i magazynowe (o 14.6 proc).

Narodowy Bank Polski (NBP) zwraca uwagę, że istotnym elementem wpływającym na inwestycje jest niepewność. W opracowaniu „Szybki Monitoring”, opublikowanym przez NBP pod koniec października br. czytamy, że „rosnąca niepewność nadal jest problemem w przedsiębiorstwach publicznych, przetwórstwie przemysłowym, energetyce oraz górnictwie”.

Jedną z przyczyn ostatniego spowolnienia wzrostu PKB może być fakt, że zarówno sektor publiczny, jak i prywatny silnie zwiększały inwestycje w latach 2014-2015. Obecnie więc, prócz efektu przechodzenia z jednej do drugiej perspektywy unijnej, następuje po prostu ograniczanie nakładów inwestycyjnych po ich silnych wzrostach w przeszłości, które dodatkowo jest potęgowane opisaną wcześniej niepewnością.

PKB poniżej 2 proc. w 2016 r.?

W kalkulacji PKB wyróżniamy trzy podstawowe składowe: konsumpcję generowaną przez gospodarstwa domowe, konsumpcję generowaną przez sektor publiczny oraz inwestycje. Pierwsze dwa komponenty odpowiadają za blisko 80 proc. wzrostu gospodarczego, a trzeci za ok. 20 proc. Wyliczenia mogą być zaburzone przez zmianę zapasów oraz eksportu netto. Jednak, biorąc pod uwagę szacunki Ministerstwa Finansów (MF) i Komisji Europejskiej (KE) oraz ostatnie dane o handlu zagranicznym, te składowe w br. powinny mieć ograniczony wpływ na finalny wynik.

Na podstawie dostępnych danych, można oszacować że spożycie krajowe (publiczne oraz prywatne) prawdopodobnie wzrosną w tym roku ok. 3.6 proc. Oznacza to, że będzie ono miało wkład na poziomie bliskim 2.9 pkt proc.

Ponad dwa miesiące temu liczyliśmy natomiast, że inwestycje skurczą się w tym roku o ok. 4-5 proc. Jednak, biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia GUS, ten spadek może być głębszy i zakończyć się w przedziale minus 5-6 proc.

Oznacza to, że wkład inwestycji do PKB może wynieść minus 1.1 pkt proc. W rezultacie więc istnieje poważne ryzyko, że finalny odczyt za 2016 r. będzie w okolicach 1.8 proc.

 

Marcin_Lipka (1)Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

 Rozwój gospodarczy państw jest uzależniony od dostępu do energii, dlatego bezpieczeństwo energetyczne jest kwestią kluczową, determinującą sprawne funkcjonowanie polskiej gospodarki– podkreśla wicepremier, minister gospodarki Janusz Piechociński.

Zdaniem szefa resortu gospodarki niezbędne jest podejmowanie działań, mających na celu zmniejszenie uzależnienia Polski od zewnętrznych dostawców. Równie ważna jest aktywność w zakresie ochrony środowiska i klimatu. – Konieczność dostosowania polskiej gospodarki do wymogów ochrony środowiska w zakresie redukcji emisji gazów cieplarnianych oraz emisji przemysłowych wiąże się z koniecznością inwestowania w nowe, mniej emisyjne technologie – zaznacza. – W ten sposób mamy szansę unowocześnić zaplecze technologiczne, zwiększyć innowacyjność, poprawić bezpieczeństwo energetyczne, a także stworzyć wiele miejsc pracy w tzw. zazielenianiu gospodarki – dodaje.

Wicepremier Piechociński podkreśla, że Polska w ciągu kilku ostatnich lat zrealizowała szereg znaczących i ambitnych działań, które wychodzą naprzeciw polityce klimatyczno-energetycznej UE. – Emisja gazów cieplarnianych została zredukowana o 30 proc. w porównaniu z 1988 r. Poprawia się także efektywność energetyczna, a udział OZE w miksie energetycznym Polski w 2014 r. wyniósł 11,5 proc. – wymienia.

Wicepremier Piechociński zapewnia, że finalizowana obecnie „Polityka energetyczna Polski do 2050 r.” będzie zawierała rozwiązania zapewniające utrzymanie długoterminowego wzrostu gospodarczego kraju, z jednoczesną realizacją celów klimatycznych. – Wraz ze wzrostem połączeń transgranicznych handel energią elektryczną i gazem między państwami członkowskimi UE będzie istotnie wzrastał, w wyniku czego korzyści będą czerpały przede wszystkim najbardziej konkurencyjne firmy. Polska gospodarka, w tym przemysł i energetyka, mają potencjał, aby być w gronie beneficjentów unijnego wspólnego rynku i polityki innowacyjności – podkreśla.

źródło: Ministerstwo Gospodarki

W nocy z środy na czwartek grecki parlament przegłosował bolesne reformy, by uniknąć bankructwa. Będzie więc dalsza pomoc dla Grecji.

 

Z uznaniem przyjęliśmy wyniki głosowania w greckim parlamencie poświęconego przyjęciu pakietu reform strukturalnych, od uruchomienia których uzależniona jest wypłata finansowania pomostowego i dalsze negocjacje z eurogrupą w sprawie spłaty zadłużenia. Pomimo ogromnych perturbacji politycznych i protestów społecznych należy docenić wysiłek premiera, który pomimo sprzeciwu własnej partii zdecydował się na przyjęcie warunków wymaganych przez wierzycieli. Stawia to jego przyszłość polityczną pod znakiem zapytania. Ale warto podkreślić, że pomimo wyników referendum sprzed tygodnia, obecnie prawie 70 proc. Greków popiera porozumienia ze strefą euro. Decyzja Grecji zapewnia tak ważną dla przedsiębiorców stabilizację strefy euro, pozwala uniknąć testowania dalszej cierpliwości państw członkowskich strefy euro, ale przede wszystkim pozwala po raz pierwszy od wielu lat rozpocząć reformy, które w dalszej perspektywie wpłyną na odzyskanie tempa wzrostu gospodarczego, ograniczą wydatki i umożliwią redukcję zadłużenia. Podniesienie podatków i zmiany w systemie emerytalnym to ważne kroki dla uzyskania kolejnej transzy finansowania – prawie 90 mld euro.

Dla polskich przedsiębiorców oznacza to stabilniejszą w najbliższych tygodniach sytuację w eksporcie, przy jednoczesnej stabilizacji kursów walut.

Autor: Jakub Wojnarowski, Konfederacja Lewiatan

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Trendy 2020: Elastyczny styl pracy kusi coraz więcej Polaków

Z najnowszej edycji badania Antal „Aktywność specjalistów i menedżerów na rynku pracy” wynika, że el...

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Zawody przyszłości, o których marzą polscy licealiści

Biotechnolog, specjalista IT, lekarz to zawody, które zdaniem nastolatków w ciągu najbliższych 10 la...

Koniec ery garażowych e-biznesów?

Sklep internetowy łatwo uruchomić, więc na rynku dominują nowe mikrobiznesy pomyślane jako dodatkowe...

Wyszukiwarka prawdę Ci powie. Co Google wie o naszych świątecznych zwyczajach?

Polak przed świętami szuka w internecie oryginalnego pomysłu na życzenia, świerka i kalendarza adwen...

Sztuczna inteligencja w pierwszym w Polsce sądzie arbitrażowym on-line

Ultima Ratio, pierwszy w Polsce elektroniczny sąd arbitrażowy przy Stowarzyszeniu Notariuszy RP, pod...

Praca sezonowa: Mikołaj jest dyskryminowany, w tym roku Śnieżynka zarobi więcej

Boom na przedświąteczne prace sezonowe trwa w najlepsze. Już niedługo w galeriach handlowych zaczną ...