sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "polski rynek pracy"

polski rynek pracy

Po sukcesie pierwszej części książki Polish Your HR English. Angielski (nie tylko) dla HR-owca prezentujemy Państwu część drugą, która zawiera nowe tematy związane z zarządzaniem pracownikami w firmie. Nie koncentruje się tylko na perspektywie HR-owca, lecz także specjalisty (obcokrajowca) poszukującego zatrudnienia i obserwującego nasz rynek pracy.

Książka została podzielona na trzy części:

  • A Year in the Life of an HR Manager – Rok w życiu menedżera HR,
  • HypochondRiac at an HRologist’s – HypohondRyk u HRologa,
  • HR Emergency – Pogotowie HR.

W pierwszej części George Sandford, na podstawie wieloletniego doświadczenia nabytego podczas pracy w dziale HR w międzynarodowych firmach w Wielkiej Brytanii, Francji i Portugalii, opisuje swoje przemyślenia na temat praktyk stosowanych w Polsce. Wspomina, w jaki sposób był wprowadzany na nowe stanowisko pracy i wymienia kilka ciekawych metod na wdrażanie nowych pracowników. George porusza także temat kultury organizacyjnej w firmie – co możemy przez nią rozumieć, jak ją tworzyć, a czego starać się unikać. Dotyka także bardzo ważnego w obecnych czasach równouprawnienia w miejscu pracy.

Bohaterem części drugiej jest Mr. HypochondRiac, który cierpi na rozmaite dolegliwości związane z wykonywaną pracą. Radą i pomocą służy mu doświadczony i cierpliwy doktor.

Dzięki jego radom poznajemy skuteczne rozwiązania HRM w zakresie: zarządzania zasobami ludzkimi, polityki płacowej, rekrutacji, szkoleń, motywowania i wspomagania rozwoju pracowników, a także wykorzystywania nowoczesnych narzędzi HR. Pomimo poruszania tematów poważnych, cały cykl jest utrzymany w tonie humorystycznym.

Trzecia część książki stanowi zbiór porad dotyczących HRM, gdzie Pogotowie HR czeka, by pomóc. Próbuje ono odpowiedzieć m.in. na pytania, co może zrobić pracownik działu kadr, którego życie stawia w obliczu pytań bez jednoznacznej odpowiedzi, a także gdzie może szukać wsparcia i rady. Pogotowie HR zmierzy się m.in. z nieuczciwą konkurencją w zespole, przemocą w pracy czy bezproduktywnymi spotkaniami w sali konferencyjnej. Ponadto „pomoże” pracownikowi uporządkować jego biurko i spróbuje wpłynąć na jego kreatywność.

Każda z trzech części zawiera 12 lekcji, które pomogą w nauce zwrotów z dziedziny HR w języku angielskim. Książkę Polish your HR English 2 wyróżniają mind mapy zawierające specjalistyczne słownictwo, rozbudowany słowniczek przy każdej lekcji, liczne ćwiczenia i krzyżówki, ciekawe komiksy i grafiki ilustrujące poszczególne lekcje.

Miłośnicy innych języków także znajdą coś dla siebie – ciekawe idiomy w czterech językach obcych.

Więcej

Pozycja rekomendowana przez: Polskie Stowarzyszenie HR Business Partner HRstandard.pl, BiznesTuba.pl

Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków. W 2050 roku liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy osobami w wieku mobilnym i poprodukcyjnym potrzeba 10,6 mln osób. Jednym z rozwiązań, które może zapobiec kryzysowi demograficznemu na rynku pracy jest jego szersze otwarcie na cudzoziemców. Przepisy wchodzące w życie od przyszłego roku dotyczące zatrudniania cudzoziemców nie zmienią znacząco sytuacji na rynku pracy. Wprowadzą za to więcej wymogów formalnych dla pracodawców z sektora rolnego, ogrodniczego i turystycznego.

Polskiemu rynkowi pracy grozi kryzys

W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych zjawisk w polskim życiu społecznym jest migracja Polaków, w tym szczególnie młodego pokolenia. Z danych GUS wynika, że w 2016 roku poza granicami Polski przebywało ponad 2,5 mln Polaków. W 2080 roku Polska może być krajem, który będzie miał niespełna 30 mln mieszkańców. Czy sytuację demograficzną Polski mogą zmienić obcokrajowcy? Bardziej intensywna imigracja do Polski była do tej pory przewidywana przez demografów dopiero po 2030 roku. Imigranci mają sprawić, że w 2080 roku populacja Polski będzie większa o 1,2 mln osób. Kryzys demograficzny pozostaje nie bez wpływu na rynek pracy. Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków, w 2050 r. liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln osób. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy Polakami w wieku poprodukcyjnym i mobilnym potrzeba 10,6 mln osób.

– Nawet jeżeli w najbliższych latach w Polsce utrzyma się stały napływ imigrantów z Ukrainy, to i tak nie wystarczy to, aby zatrzymać negatywne tendencje demograficzne. Potrzebujemy przynajmniej 4,5 mln osób w wieku produkcyjnym. Do naszego kraju musieliby przyjechać wszyscy Ukraińcy deklarujący chęć wyjazdu do Polski, czyli ponad 4 mln osób – mówi Piotr Arak, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych Deloitte.

W Polsce pracują głównie Ukraińcy

W Polsce od 2014 roku widoczny jest znaczny wzrost liczby zezwoleń na pracę wydanych firmom zatrudniającym obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. W 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego wyniósł on 93 proc. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę przekroczył 100 proc. (w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 r.). W tym czasie takie zezwolenia otrzymało ponad 108 tys. osób.

– W ogólnej liczbie wydanych zezwoleń dominują obywatele Ukrainy. W 2016 roku otrzymali około 83 proc. z nich. Pozostały odsetek przypada na obywateli Białorusi, Mołdawii, Indii, Chin oraz innych krajów trzecich – mówi Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W przepisach polskiego prawa istnieje uproszczona forma zatrudniania cudzoziemców (dotycząca cudzoziemców pochodzących z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy) pozwalająca na ich angażowanie bez konieczności uzyskiwania zezwolenia na pracę na okres sześciu miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Również w tym przypadku zdecydowana większość oświadczeń dotyczyła obywateli Ukrainy – aż 96 proc. z ponad 1,3 mln oświadczeń zarejestrowanych w 2016 r. przypadało na Ukraińców (95 proc. w pierwszym półroczu 2017 r.). Pracowników z Ukrainy zatrudnia bądź zatrudniało 16 proc. polskich firm. W tej grupie prym wiodą duże podmioty, wśród których współpracę z kadrą ze Wschodu zadeklarowało 44 proc. W przypadku średnich firm odsetek ten wyniósł 21 proc., a w małych 13 proc.

Nowe zasady dla rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki

Na początku sierpnia 2017 roku Prezydent podpisał nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która wprowadza szereg zmian w zakresie legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2018 roku. Nowa ustawa implementuje, m.in. postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/36/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego.

Co się zmieni? Przede wszystkim pojawi się nowy rodzaj zezwolenia na pracę – zezwolenie na pracę sezonową. Będą się mogli o nie ubiegać obywatele wszystkich państw spoza UE. Zezwolenia będą wydawane dla trzech sektorów: rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki. Warunkiem zatrudnienia cudzoziemca będzie przeprowadzenie przez pracodawcę tzw. testu lokalnego rynku pracy, który powinien wykazać, że na dane miejsce pracy nie ma chętnych wśród Polaków (z obowiązku przeprowadzenia testu rynku pracy będą zwolnieni obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy). Zezwolenie będzie wydawane na nie dłużej niż dziewięć miesięcy w roku kalendarzowym.

Zmieniona ustawa utrzymuje  w dalszym ciągu możliwość wykonywania pracy na podstawie uproszczonej procedury dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy, podejmujących zatrudnienie w podmiotach  spoza wymienionych wyżej sektorów. Okres wykonywania pracy na podstawie oświadczenia nadal nie będzie mógł być dłuższy niż sześć miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi będzie jednak od nowego roku odpłatne. Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców w Polsce powinni więc przygotować się na nadchodzące zmiany przepisów imigracyjnych w zależności od sektora, w którym prowadzą działalność.

Większe wymogi mają ograniczyć szarą strefę

Co ważne, nowe przepisy zakładają zaostrzenie kar dla podmiotów zatrudniających cudzoziemców nielegalnie – górny limit grzywny za wykroczenia pracodawców związane z nielegalnym zatrudnieniem zostanie od przyszłego roku podniesiony do poziomu 30 tys. zł. (obecnie limit grzywny wynosi 5 tys. zł). Jednocześnie zezwolenia na pracę oraz oświadczenia wydane w procedurze uproszczonej będą rejestrowane w systemach teleinformatycznych, do których dostęp będą miały m.in. służby kontrolujące legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców.

– Groźba dotkliwszych sankcji związanych z niezgodnym z prawem zatrudnieniem cudzoziemców może ograniczyć szarą strefę i tym samym przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania legalnymi formami zatrudnienia cudzoziemców spoza UE w Polsce, zwłaszcza tymi bardziej długoterminowymi– mówi Marcin Grzesiak.

Zdaniem ekspertów Deloitte zapowiedziane zmiany komplikują obecnie obowiązujące procedury legalizacji pracy cudzoziemców, podczas gdy zapotrzebowanie rynku na nowych pracowników rośnie i będzie nadal rosło.

– Imigracja do Polski znajdzie się pod większą kontrolą państwa i urzędów, a pracodawcy, którzy korzystają z zatrudnienia cudzoziemców muszą liczyć się z częstszymi niż dotychczas kontrolami służb sprawdzających legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców – mówi Marcin Grzesiak.

Jednocześnie, jak zaznaczają eksperci, mechanizm kontrolowania pracodawców jest w interesie samych cudzoziemców.

– Wprowadzane zmiany przy zezwoleniach na pracę sezonową wymagają chociażby wskazania, gdzie pracownicy spoza Polski będą mieszkać. Dotychczas zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki wykorzystywania obywateli zza wschodniej granicy Polski. Nowe przepisy mają zmniejszyć szarą strefę i wpłynąć na poprawę jakości życia i pracy przyjeżdżających do Polski osób – mówi Piotr Arak.

Obecnie w polskim parlamencie trwają również prace nad nowelizacją ustawy o cudzoziemcach. Projekt ustawy ma przede wszystkim na celu dostosowanie polskiego porządku prawnego do dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/66/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w ramach przeniesienia wewnątrz przedsiębiorstwa. Dotyczy ona przede wszystkim pracowników o wyższych kwalifikacjach (kadra kierownicza, specjaliści oraz stażyści) i ma wspierać ich mobilność w ramach Unii Europejskiej. Cudzoziemiec, który będzie oddelegowany do pracy w ramach podmiotów powiązanych w kilku krajach UE, będzie musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę i pobyt tylko w jednym z nich. Pozostałe kraje unijne, w zależności od długości pobytu na ich terytorium, mają obowiązek je honorować. Co ważne, część krajów UE przyjęła już te rozwiązania. W Polsce implementacja dyrektywy do polskiego porządku prawnego nadal trwa.

 

 

Autor: Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Jakich miesięcznych dochodów oczekują milenialsi? Jaki poziom zarobków chcieliby osiągnąć podczas rozwoju zawodowego? Blisko połowa z nich prognozuje, że realnym celem jest miesięczne wynagrodzenie przekraczające 3000 zł. Podobne aspiracje posiadają przedstawiciele starszej grupy badanych – respondenci w wieku 45-60 lat.

Ile zarabiają Polacy?

Do udziału w badaniu zostały zaproszone dwie grupy ankietowanych: przedstawiciele pokolenia Y (21-35 lat) oraz generacji X (45-60 lat). Respondenci zostali poproszeni o udzielenie odpowiedzi na pytanie: „W jakich granicach mieszczą się Twoje łączne dochody netto, uzyskiwane ze wszystkich źródeł?”. Uzyskane wyniki obrazują duże rozbieżności w wysokości wynagrodzenia w obu grupach wiekowych. ¼ młodszych ankietowanych przyznała, że ich miesięczne przychody znajdują się w przedziale 2001-3000 zł. Dla 18% badanych całkowity dochód netto wynosi od 1501 do 2000 zł, a 10% wskazało odpowiedź „3001-4000 zł”. 15% respondentów oświadczyło, że zarabia mniej niż wynosi najniższa krajowa (poniżej 1500 zł), a blisko 1/5 otrzymuje ponad 4000 zł netto.

Jakich odpowiedzi udzielali starsi respondenci? Najliczniejsza grupa przedstawicieli tej grupy badawczej (21%) wskazała, że ich wynagrodzenie nie przekracza 2000 zł. Dwie odpowiedzi „2000-3000 zł” oraz „3000-4000 zł” uzyskały po 19% wskazań, podobnie jak „4000-5000 zł” oraz „powyżej 5000 zł”, z których każda określa wysokość zarobków 1 na 10 ankietowanych.

Powyższe badanie wykazało, że większe wynagrodzenie otrzymują osoby w wieku 45-60 lat. Wynika to z faktu, że przedstawiciele generacji X dłużej funkcjonują na rynku pracy, prawdopodobnie rzadziej decydują się na zmianę pracodawcy, dzięki czemu ugruntowali swoją pozycję zawodową. Natomiast młodzi ludzie, którzy stawiają pierwsze kroki na rynku pracy, często decydują się na zmianę miejsca zatrudnienia, a ponieważ rozpoczynają dopiero swoją karierę, mogą liczyć na zdecydowanie mniejszy miesięczny dochód.

Jakiego wynagrodzenia oczekują Polacy?

Respondenci zostali również poproszeni o określenie swoich preferencji dotyczących miesięcznego wynagrodzenia netto, a wyniki badania ponownie sklasyfikowano według kryterium wieku. Które odpowiedzi wskazali ankietowani, odpowiadający na pytanie: „Jaki pułap wynagrodzenia chciałbyś osiągnąć na drodze Twojej kariery zawodowej i równocześnie uznajesz go za realny do osiągnięcia”? Największa grupa badanych milenialsów, czyli reprezentantów pokolenia Y (17%), zadeklarowała, że chciałaby uzyskać wynagrodzenie na poziomie 2000-2500 zł, 14% badanych usatysfakcjonuje dochód w granicach 3000-3500 zł, natomiast 12% respondentów wybrało przedział 4000-5000 zł. Pozostałe odpowiedzi uzyskały poniżej 10% wskazań.

Wśród pokolenia X obserwujemy duże rozbieżności dotyczące oczekiwanej wysokości wynagrodzenia. 16% badanych wskazało, że w toku rozwoju zawodowego i poszerzania własnych umiejętności chciałoby osiągnąć dochód w przedziale 2500-3000 zł, a 14% oczekuje wynagrodzenia na poziomie 3000-3500 zł. 12% respondentów uzyska satysfakcję zawodową otrzymując pensję w wysokości 5000-6000 zł, 11% wierzy w dochód oscylujący wokół 3500-4000 zł, a co 10 ankietowany wskazał zakres od 4000 do 5000 zł. Pozostałe odpowiedzi wybrało od 3 do 9% badanych.

Według powyższego raportu stała praca stanowi priorytet w życiu respondentów, którzy przy wyborze miejsca zatrudnienia zwracają szczególną uwagę na satysfakcjonujące wynagrodzenie (47% ankietowanych myśli w ten sposób). Wśród milenialsów istotny element stanowi również jasno określony i atrakcyjny system premiowy, który wskazało 17% ankietowanych z tej grupy wiekowej (powyższą odpowiedź wybrało jedynie 4% reprezentantów generacji X). Możliwość otrzymania dodatkowych benefitów finansowych nie stanowi najważniejszego warunku podjęcia zatrudnienia wśród Polaków, warto jednak zwrócić uwagę na rekordową dysproporcję w obu grupach. Powyższy raport wykazał również, że jedynie 53% milenialsów i 40% osób w wieku 45-60 lat jest zadowolona z otrzymywanej pensji. Dlatego oczekują oni zwiększenia wynagrodzenia, które stanowi podstawowy wyznacznik poziomu akceptacji miejsca pracy.

Jak skutecznie oszczędzać?

Nie zawsze możemy liczyć na szybki awans zawodowy i satysfakcjonującą pensję. Jeżeli wysokość wynagrodzenia nie pozwala w pełni realizować codziennych lub dodatkowych potrzeb, a wydatki przewyższają miesięczne dochody, warto gruntownie przeanalizować swoje decyzje zakupowe. Wystarczy kilka prostych kroków, które zapewnią skuteczną kontrolę codziennych wydatków i odpowiednie planowanie budżetu. Jak to zrobić?

  • Korzystaj z możliwości bankowości elektronicznej– rozwój technologii sprawił, że posługiwanie się pieniędzmi jest dziś zdecydowanie łatwiejsze. Jeżeli często korzystasz z płatności kartą, możesz w łatwy sposób rozpocząć codzienne oszczędzanie. Banki pozwalają na odłożenie określonej sumy pieniędzy za każdym razem, kiedy dokonujemy bezgotówkowej płatności, oferując m. in. możliwość zaokrąglania sumy każdej transakcji. Jeżeli dokonaliśmy płatności za 17 zł, na osobny rachunek bankowy trafią 3 złote. Obecnie płatność kartą zdecydowanie wypiera tradycyjne formy uiszczenia należności, dlatego kiedy zdecydujemy się na takie rozwiązanie, szybko zauważymy rosnące oszczędności.
  • Oszczędzaj na lokatach – planowanie budżetu nie powinno ograniczać się do krótkiego okresu. Jeżeli wiesz, że w najbliższym czasie będziesz potrzebował większej gotówki, która np. zostanie przeznaczona na zakup prezentów z okazji rodzinnych uroczystości, zdecyduj się na tymczasowe zamrożenie pieniędzy. Z pomocą przychodzą lokaty i konta oszczędnościowe. Przy wyborze najlepszej oferty należy zwrócić uwagę na wysokość oprocentowania, czas trwania umowy oraz okres kapitalizacji odsetek.
  • Skorzystaj z pomocy specjalistów – jeżeli uważasz, że samodzielnie nie potrafisz poradzić sobie z racjonalnym konstruowaniem miesięcznego budżetu, skorzystaj z pomocy ekspertów. Na polskim rynku funkcjonuje wiele agencji i firm konsultingowych, które nie pobierają prowizji za doradztwo finansowe. Analizując twoje codzienne wydatki, specjalista wskaże płaszczyzny i sposoby, które pozwolą w łatwy sposób oszczędzać pieniądze, a ty w krótkim czasie zauważysz przypływ dodatkowych funduszy, które dotychczas przeznaczałeś na nieprzemyślane decyzje zakupowe.

Budzący kontrowersje rządowy plan obniżenia wieku emerytalnego wszedł w życie. Od 1 października kobiety, które ukończyły 60 lat oraz mężczyźni po 65. roku życia mogą ubiegać się o świadczenie emerytalne. Szacuje się, że z rynku pracy może odejść nawet dodatkowe 330 tys. osób, co spowoduje, że w 2017 przybędzie ponad pół miliona nowych emerytów. Przejście na emeryturę jest dobrowolne, jednak tylko 42 proc. kobiet i 39 proc. mężczyzn planuje kontynuować pracę. Kto i w jaki sposób może ubiegać się o emeryturę? Czy warto decydować się na odejście z rynku pracy? Jak emeryt może poprawić swoją sytuację na emeryturze?

W tej chwili 17 proc. seniorów, którzy są uprawnieni do przejścia na emeryturę, decyduje się pozostać na rynku pracy. Jak wygląda sytuacja osób, które możliwość wyboru osiągnęły po pierwszym października? Wszystko zależy od zarobków seniora. Osobom, których pensja jest wyższa, opłaca się zostać na etacie. Zazwyczaj są to osoby wykształcone, wykonujące pracę niefizyczną. W tym przypadku aż 40 proc. seniorów planuje pracować na wyższą emeryturę. Drugą grupą są seniorzy mający niższe dochody, którzy zdają sobie sprawę z niewielkich możliwości wzrostu świadczenia. Możliwe, że oni zdecydują się przejść na emeryturę od razu.
– Odejście z rynku pracy to dla seniorów trudna decyzja. Z jednej strony zdają sobie sprawę, że przysługujące im świadczenia są zdecydowanie niższe niż ich dotychczasowe zarobki, z drugiej wiedzą, że dodatkowe kilka lat pracy nie zmieni – w znaczący sposób – wysokości emerytury. Duży wpływ na decyzję mają również kwestie zdrowotne, zwłaszcza w przypadku osób wykonujących prace fizyczne. Niestety koszty leczenia pochłaniają dużą część budżetu polskich emerytów. Trudno podjąć decyzję, czy lepiej odpocząć na emeryturze, ale wydawać większość świadczeń na leczenie, czy pracować dłużej mimo problemów ze zdrowiem – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Czy kampania pomoże?

Już dziś niż demograficzny zaczyna dotykać polski rynek pracy. Jeśli będzie się pogłębiał, istnieje niebezpieczeństwo, że zacznie brakować pracowników, a to z kolei wpłynie na wysokość świadczeń emerytalnych. Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej zdecydowało, że we współpracy z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, przeprowadzi kampanię społeczną „Godny wybór. Przywrócenie Wieku Emerytalnego”. Ma ona pomóc seniorom w podjęciu świadomej decyzji dotyczącej przejścia na emeryturę i pośrednio nakłonić ich do pozostania jeszcze przez jakiś czas na rynku pracy. Resort szacuje, że dzięki temu ilość osób odkładających w czasie swoją emeryturę może wzrosnąć do 20 – 25 proc.

– Wszelkie działania edukacyjne związane z systemem emerytalnym mają sens, szczególnie te prowadzone na szeroką skalę. ZUS w ramach kampanii powołał specjalnych doradców emerytalnych, z porad których można skorzystać w każdym oddziale. Takie akcje są bardzo ważne, ale konieczne jest stałe edukowanie i kontynuacja poradnictwa emerytalnego. Podobne programy działają od lat w innych krajach Unii Europejskiej, np. w Wielkiej Brytanii od kilku lat działa Pension Wise. Zakres porad obejmuje tam nie tylko informację o systemie państwowym, ale również porady jak zwiększyć swój dochód, czy jak zarządzać posiadanym majątkiem korzystając np. z rent dożywotnich czy hipoteki odwróconej – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Ile wydaje ZUS?

Warto przypomnieć, że Polska jest jednym z krajów, który boryka się z problemem starzejącego się społeczeństwa. Wg danych GUS liczba emerytów w 2001 roku oscylowała wokół 4,5 mln osób, tymczasem w pierwszym półroczu 2016 zaczęła zbliżać się do 9 mln i wciąż rośnie. Z nową falą emerytów wzrosły również wydatki ZUS. W styczniu 2014 roku ZUS wydawał na emerytury 9,88 mld zł miesięcznie. Rok później już 10,26 mld zł, dziś jeszcze więcej. – Gwałtownie rosnąca liczba emerytów powoduje, że prowadzenie polityki społecznej jest dla Państwa coraz trudniejsze. Młodym coraz trudniej „utrzymać” starszych, a wzrost bezrobocia wśród młodzieży oraz ich zatrudnianie w oparciu o tzw. „umowy śmieciowe” stale pogarsza sytuację. Braki w kasie ZUS widać coraz wyraźniej – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Ile dziś dostają seniorzy?

Z danych GUS-u wynika, że w czerwcu 2016 przeciętna miesięczna emerytura brutto kształtowała się na poziomie 2082,47 zł (ok. 1727 netto). W 2017 roku zanotowano niewielką podwyżkę emerytur, w 2018 rok planowana jest kolejna – tym razem nie mniej niż o 2,4 proc. Oznacza to, że emeryt, który otrzymuje świadczenie w wysokości 1000 zł brutto, dostanie 1024 zł, czyli 872 zł netto. Aby poprawić jakość życia emerytów Państwo planuje wprowadzenie programu „500+ dla Seniora”. Miałby on polegać na wypłacie 500 złotych (raz do roku) emerytom, których świadczenie nie przekroczy określonej ustawowo kwoty. Jednoznaczne warunki nie są jeszcze znane, praca nad projektem w MRPiPS toczy się we współpracy z Ministerstwem Finansów Czy 500+ to dobry pomysł? – Niekoniecznie. Zamiast drenować budżet państwa i zadłużać go na kolejne 2,5 mld złotych, może warto zastanowić się jak stworzyć mechanizmy poprawiające sytuację seniorów, ale bez niesprawiedliwego rozdawnictwa. Seniorzy powinni otrzymywać 500+ (a nawet i więcej) ale nie z państwowej kasy. Warto tu dodać, że osoby starsze są właścicielami nieruchomości, których wartość rynkowa przekracza w Polsce 1 bilion złotych, a blisko 90 proc. emerytów mieszka w nieruchomościach, które są ich własnością. Źródłem dodatkowego dochodu na emeryturze mogłaby być zatem renta dożywotnia z nieruchomości – podkreśla Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Jak emeryt może zasilić swój budżet?

Jakie opcje ma senior, który chce poprawić swoją sytuację materialną? Oczywiście, może iść do pracy dorywczej, zwłaszcza po osiągnięciu powszechnego wieku emerytalnego, nie spowoduje to bowiem obniżenia świadczeń. Jednak jeśli senior zdecydował się na odejście z rynku pracy, możemy założyć, że na dalszą aktywność nie pozwala mu albo sytuacja życiowa albo stan zdrowia. Kolejnym sposobem może być wynajęcie pokoju w swoim mieszkaniu – zasili to budżet, jednak kosztem niezależności i przestrzeni życiowej. Wciąż mało popularnym sposobem na podwyższenie swoich miesięcznych wpływów jest renta dożywotnia. Rozpowszechniony w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej system comiesięcznych świadczeń wypłacanych w zamian za przekazanie prawa własności do nieruchomości w Polsce dopiero raczkuje. – Z danych KPF wynika, że dotychczas z renty dożywotniej skorzystało w Polsce ponad pół tysiąca osób. Z naszych statystyk wynika, że są to mieszkańcy różnych rejonów Polski. Największą liczbę klientów zanotowaliśmy z województwa mazowieckiego, dolnośląskiego i pomorskiego – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM. – Wysokość zależy od wieku i płci seniora oraz od wartości nieruchomości. Renta dożywotnia jest wyliczana indywidualnie, choć średnie świadczenie pieniężne to ok. 1000 zł miesięcznie. Zdarzają się i klienci, którzy otrzymują ponad 3000 zł – dodaje Robert Majkowski.

 

Źródło; Fundusz Hipoteczny DOM

Wynagrodzenie w maju br. wzrosło o  5,4% r/r. – podał GUS. Niższy od oczekiwanego wzrost zatrudnienia o 4,5% r/r potwierdza nadchodzący rynek pracownika, szczególnie w kontekście nadal niskiej aktywności zawodowej Polaków.

Dużym wyzwaniem, z którym będą musieli zmierzyć się pracodawcy w nadchodzących miesiącach będzie znalezienie wystarczającej liczby pracowników sezonowych, których już teraz zaczyna brakować. Obawy są tym bardziej zasadne, że ostatnio Unia Europejska  zniosła wizy dla obywateli Ukrainy. Obecnie wiele firm decyduje się na zatrudnianie naszych wschodnich sąsiadów, szczególnie w sektorach, gdzie brakuje pracowników średniego i niskiego szczebla, czyli w handlu i produkcji. W Polsce zgodnie z szacunkami przebywa ponad 1 milion Ukraińców i są oni znaczącym wsparciem dla polskich firm.  Większość z nich niestety pracuje nielegalnie, a to oznacza nieuczciwą konkurencję na rynku pracy. Dlatego niezwykle ważne są  działania, których skutkiem będzie wzrost transparentności i sprawiedliwe traktowanie wszystkich pracowników. Jest to istotne szczególnie w kontekście możliwości pracy Ukraińców u zachodnich sąsiadów, która na pewno jest atrakcyjną alternatywą. Dlatego zapewnienie równych i przejrzystych warunków zatrudniania obcokrajowców jest szansą dla polskiego rynku pracy, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał się zmierzyć z brakiem pracowników.

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Polak po pięćdziesiątce natrudzi się w poszukiwaniu posady o wiele bardziej niż jego rówieśnik z Niemiec. Szanse na zatrudnienie w Polsce istotnie ogranicza nie tylko wiek pracownika, ale także niskie wykształcenie – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Polski rynek pracy w kategorii osób, które przekroczyły 50. rok życia, dorównał do unijnej średniej jeśli chodzi o zatrudnienie dla ludzi po studiach. Pozostajemy jednak na samym końcu rankingu państw Unii Europejskiej pod względem etatów dla pracowników z najniższym wykształceniem.

Poniżej przeciętnej, ale tempo poprawy obiecujące

W całej Unii Europejskiej odsetek zatrudnionych w wieku 50-64 lata wynosił 63,9 proc. (Eurostat, IV kwartał ub.r.), podczas gdy w Polsce zaledwie 55,3 proc. Czołówkę rankingu tworzą m.in.: Niemcy – 75,3 proc. i Wielka Brytania – 70,9 proc.

Pozytywny aspekt jest taki, że odsetek zatrudnionych w tym przedziale wiekowym wzrastał w Polsce przez ostatnie 10 lat nieco szybciej niż w całej Unii Europejskiej. Różnica na korzyść naszego kraju wynosiła niemal 4 pkt proc., choć już w porównaniu do Niemiec tempo było wolniejsze o ok. 3,5 pkt proc.

Poprawę sytuacji na polskim rynku pracy potwierdzają badania Głównego Urzędu Statystycznego i dane z marca 2017 r. GUS wskazuje w nich na większą aktywność zawodową ludzi w wieku 50-64 lat. Jest to jednak również konsekwencją starzenia się społeczeństwa i w efekcie większego popytu na pracowników powyżej 50. roku życia.

Przyszłość należy do 60-latków?

W 2015 r. najliczniejszą grupę ludności Polski stanowiły osoby w wieku 30-34 lat. GUS zapowiada, że w 2050 r. najliczniejszą grupę stanowić będą Polacy w wieku 65-69 lat. Postępujące starzenie się ludzi zawodowo aktywnych już spowodowało większy popyt na pracujących 50-latków i 60-latków.

W latach 2010-2015 udział aktywnych zawodowo kobiet w wieku powyżej 50 lat zwiększył się o 13,1 proc. (245 tys.), podczas gdy mężczyzn o 8,1 proc. (200 tys.). Więcej przybyło osób aktywnych zawodowo po pięćdziesiątce na wsiach – 14,8 proc. (224 tys.) niż w miastach – 7,8 proc. (221 tys.).

Brak wykształcenia powoduje różnicę

W przypadku osób z wyższym wykształceniem odsetek 50-latków zatrudnionych w Polsce był zbliżony do unijnej średniej i wynosił 76,6 proc., wobec 78,8 proc. w UE. Jednak daleko nam np. do Niemiec – 85,9 proc. (dane Eurostatu).

Nieco gorzej Polska wypada w zestawieniu uwzględniającym zatrudnienie osób z wykształceniem średnim – 11,2 pkt proc. poniżej unijnej średniej (66,3 proc.) oraz 19,8 pkt proc. mniej niż w Niemczech.

Na unijnym rynku pracy statystycznie najgorzej wygląda sytuacja ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia z najniższym wykształceniem. Średni odsetek zatrudnionych dla wszystkich 28 krajów UE wynosił 47,5 proc., w Niemczech – 56,1 proc., a w Polsce – 31,2 proc. i był to najniższy wskaźnik w Unii.

Starzejąc się, nie dogonimy unijnej czołówki

Dodatkowo może niepokoić fakt, że odsetek zatrudnionych z najniższym wykształceniem w wieku 50-64 lata nie wzrasta w Polsce i nie zbliża się do unijnej średniej. W 2000 r. (II kw.) pracowało 31,8 proc. Polaków z najniższym wykształceniem, osiem lat później – 32,9 proc., a po kolejnych ośmiu latach – 31,2 proc.

Dane GUS wskazują, że wśród Polaków powyżej 50. roku życia najliczniejszą grupę stanowią osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym. Udział tej grupy w kategorii ludności powyżej 15. roku życia wzrastał – w latach 2010-2015 – z 45,2 proc. do 53 proc.
Starzenie się społeczeństwa może negatywnie wpływać na kondycję polskiego rynku pracy. Niski poziom stopy zatrudnienia osób powyżej 50. roku życia oraz praktycznie niezmieniający się odsetek zatrudnionych z podstawowym wykształceniem mogą sprawić, że Polska nie tylko nie dogoni krajów najbardziej rozwiniętych w UE, ale także pozostanie poniżej unijnej średniej.

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Polski rynek pracy wymaga reformy; przeciętny Polak po stracie pracy szuka zatrudnienia ponad rok, podczas gdy w Holandii czy Danii proces ten trwa 2-3 tygodnie – przekonuje Joanna Tyrowicz, doradca w Instytucie Ekonomicznym NBP, konsultantka Banku Światowego.

Według Tyrowicz nasz rynek pracy jest nieprzyjazny dla pracowników. „Przeciętny Polak czeka na podwyżkę 2,5 roku, a gdy straci pracę szuka jej ponad rok. W większości krajów unijnych jest to poniżej kilku miesięcy. Są państwa, gdzie czas poszukiwania pracy przez osobę bezrobotną to 2-3 tygodnie, jak np. w Danii, Holandii czy Szwecji” – powiedziała Tyrowicz .

Jak mówiła, relatywnie niski odsetek polskich pracodawców tworzy miejsca pracy bądź poszukuje pracowników. Ponad 40 proc. firm tworzy znikomą liczbę miejsc pracy w każdym roku tzn. jedno, dwa; przy większych przedsiębiorstwach – kilka – wskazała Tyrowicz. Podkreśliła, że pracodawcy mają słabe doświadczenie w poszukiwaniu pracowników.

„Często szukają pracowników 3-6 miesięcy. Co oznacza, że jest to proces długotrwały, często zakończony porażką” – powiedziała. Według niej samo poszukiwanie pracowników ze strony pracodawców pochłania 0,1 proc. PKB. „To są pieniądze, które idą tylko na to, żebyśmy się znaleźli, nie tworzą żadnej konkretnej wartości” – wskazała Tyrowicz.

Jak podkreśliła, Polska jest również krajem o niemal najniższym w Europie wskaźniku aktywności zawodowej. Bierze się to z niskiej aktywności zawodowej osób młodych i ludzi starszych. „Niska aktywność oznacza m.in. niezdolność dopasowania pracy do indywidualnych wymogów, np. studentów czy osób starszych realizujących funkcje opiekuńcze” – wyjaśniła.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Przez 13 lat Polska dostała ponad 90 mld euro bezzwrotnej pomocy z Unii Europejskiej. W tym czasie istotnie wzrosły zarobki Polaków, powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy, eksport zwiększył się czterokrotnie… W pełni wykorzystana szansa? Niekoniecznie. Są państwa, które razem z Polską wchodziły do UE i w pewnych dziedzinach nas przegoniły – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W tym tygodniu Unia Europejska świętuje 60-lecie podpisania Traktatów Rzymskich. W maju minie natomiast 13 lat od przystąpienia Polski do UE. Rocznice skłaniają do analizy: które elementy naszej integracji gospodarczej stawiają Polskę na podium, a w jakich kwestiach lepiej wypadły inne kraje z Europy Środkowo-Wschodniej?

Polska gospodarka często bywa przedstawiana jako przykład bardzo udanej integracji ze strukturami unijnymi. Czasami jednak wynika to z faktu, że jesteśmy największym krajem w regionie i poszczególne liczby wyglądają bardziej spektakularnie niż w przypadku innych państw, które ponad dekadę temu dołączyły do Wspólnoty.

Czasami również pozycja w gronie statystycznych liderów jest rezultatem startu z bardzo niskiego poziomu, ułatwiającego tym samym gwałtowną poprawę sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza rynku pracy, który na początku ubiegłej dekady w Polsce charakteryzował się fatalną kondycją.

Środki unijne? Nie jesteśmy liderem

Według ostatnich danych Ministerstwa Finansów od maja 2004 r. do stycznia 2017 r. Polska dostała z unijnego budżetu niemal 135 mld euro. W tym samym okresie nasza składka członkowska wyniosła niemal 44 mld euro. To oznacza, że nad Wisłę napłynęło w ciągu 13 lat ponad 90 mld euro netto bezzwrotnej pomocy, czyli blisko 400 mld zł.

Ta olbrzymia kwota, przekraczająca całość tegorocznego budżetu Polski, pokazuje, że jesteśmy największym beneficjentem środków unijnych w regionie. Jednak w relacji do Dochodu Narodowego Brutto (DNB) nasza pozycja już zauważalnie spada. Według danych Eurostatu w latach 2004-2015 otrzymaliśmy środki równe 25,6 proc. DNB, co stawia nas dopiero na piątym miejscu wśród dziewięciu krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., Polskę wyprzedziły m.in.: Węgry (34,7 proc. DNB), Estonia (31,6 proc. DNB) czy Litwa (42,7 proc. DNB).

W handlu zagranicznym karty rozdaje zagranica

Otwarcie unijnych granic i wprowadzenie czterech podstawowych swobód rynku wewnętrznego (przepływ towarów, osób, usług i kapitału) dały dostęp polskim przedsiębiorcom do wspólnotowego rynku. Pozytywnie wypada także bilans napływu kapitału do Polski, chociaż prócz transferu szeroko pojętej wiedzy czy technologii oraz włączenia nas do globalnego łańcucha dostaw, niektóre negatywne trendy się utrzymały.

Według danych OECD w 2003 r. eksport Polski wynosił jedynie 54 mld dol. Natomiast w 2016 r. było to już 204 mld dol., czyli prawie cztery razy więcej. Nie mniej ważną zmianą okazała się w ostatnich latach stopniowa redukcja deficytu obrotów towarowych. 13 lat temu wynosił on ponad 14 mld dol. (25 proc. eksportu i 6 proc. PKB). Teraz nad Wisłą notujemy nadwyżkę handlową w wysokości 5 mld dol.

W porównaniu do innych krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., skala wzrostu polskiego eksportu i zmian w bilansie wygląda najbardziej spektakularnie. Po części jednak wynika to z dość słabej pozycji startowej. Czechy tuż przed wejściem do wspólnoty miały stosunkowo niewielki deficyt (2,5 mld dol.; 2,5 proc. PKB), a teraz nadwyżka wynosi prawie 20 mld dol., czyli 10 proc. PKB.

Większe otwarcie się na rynek zewnętrzny tylko w niewielkim stopniu zwiększyło udział polskich podmiotów w wymianie towarowej. Według danych GUS przedstawionych w raporcie „Działalność gospodarcza podmiotów z kapitałem zagranicznym w 2015 r.”, wartość eksportu zrealizowanego przez zagraniczne przedsiębiorstwa wynosiła 429 mld zł (bez usług około 360 mld). To prawie połowa wartości wysyłanych za granicę towarów w 2015 r. Dekadę wcześniej, według analogicznego raportu GUS, udział ten wynosił niespełna 60 proc.

2,5 miliona nowych etatów

Trudno znaleźć inne słowo, opisujące sytuację na polskim rynku pracy w 2003 r., niż katastrofa. Według Eurostatu bezrobocie wynosiło wtedy 19,8 proc. i było najwyższe zarówno wśród krajów kandydujących do UE, jak i jej członków. Na Węgrzech ten wskaźnik wynosił tylko 5,8 proc., a w Czechach – 7,8 proc.

Warto także zauważyć, że 13 lat temu indeks zatrudnienia dla populacji w wieku 20-64 lata był w Polsce najniższy wśród 28 krajów przedstawianych przez Eurostat. Wynosił on zaledwie 57,3 proc., podczas gdy na Węgrzech miał wartość 62,8 proc., a w Czechach – 70,4 proc. Ekstremalnie niskie było również zatrudnienie wśród osób w wieku 20-24 lata. Wynosiło ono w drugim kwartale 2004 r. tylko 35 proc. przy średniej w 15 unijnych krajach na poziomie 56,1 proc.

Poprawa sytuacji na rynku pracy od momentu wejścia do UE jest bezdyskusyjna. Dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w styczniu wynosiło w Polsce 5,4 proc. przy średniej unijnej na poziomie 8,1 proc. Co ciekawe jednak i tak jest ono wyższe niż w Czechach (3,4 proc.) i na Węgrzech (4,3 proc. – ostatnie dane za grudzień 2016 r.), choć oczywiście skala zmian w Polsce była najbardziej pozytywna w porównaniu do momentu wstąpienia do UE.

Znacznie mniej optymistycznie w ujęciu procentowym zachowuje się wskaźnik zatrudnienia. W III kw. 2016 r. wynosił on dla przedziału wiekowego 20-64 lata 69,7 proc., co jest 20. rezultatem w Unii. Średnia we Wspólnocie to 71,5 proc., podczas gdy na Węgrzech miała wartość 72,1 proc., a w Czechach – 77 proc.

Na pewno wyzwaniem na kolejne lata będzie poprawa aktywności zawodowej osób starszych. Ponad połowa Polaków w przedziale wiekowym 55-64 lata jest bierna zawodowo (nie ma pracy i jej nie szuka), podczas gdy średnia w Unii to 40 proc. Ogólnie jednak na rynku pracy nastąpiły pozytywne zmiany. Przez 13 lat polska gospodarka wykreowała ponad 2,5 miliona nowych etatów.

Wynagrodzenia – zaskakujący awans

Zestawienie wynagrodzeń w krajach o różnych walutach, systemach podatkowych czy poziomach inflacji może generować sporo problemów i zaburzać ogólny przekaz badania. M.in. dlatego Eurostat stosuje standard siły nabywczej (PPS euro), co pozwala porównać, jakie są możliwości zakupowe konsumenta danego państwa, biorąc pod uwagę statystyczny koszyk dóbr i usług.

W 2003 r. 12-miesięczne wynagrodzenie netto singla zarabiającego 80 proc. krajowej średniej (zwykle jest to także mediana) wynosiło 6,4 tys. euro PPS w Polsce, 6,1 tys. euro PPS na Węgrzech i nieco ponad 7 tys. euro PPS w Czechach. Dla szerszego porównania osoby z powyższej kategorii zarabiały w Niemczech 16,8 tys. euro PPS, a we Francji – 15,3 tys. euro PPS. Różnica w finansowym standardzie życia pomiędzy wiodącymi członkami UE a krajami spodziewającymi się akcesji była więc olbrzymia.

Według ostatnich dostępnych danych Eurostatu (za rok 2015) siła nabywcza singla otrzymującego netto 80 proc. przeciętnej pensji wynosi w Czechach 11,6 tys. euro PPS, na Węgrzech 9,4 tys. euro PPS, a w Polsce – 12,2 tys. euro. W największych krajach starej Unii, czyli w Niemczech i we Francji, te wartości wynoszą odpowiednio 20,7 tys. euro oraz 23,8 tys. euro.

Dane pokazują, że prawdziwym sukcesem Polski po przystąpieniu do UE jest wzrost wynagrodzeń. Nie dość, że w ujęciu PPS zwiększyły się one o 90 proc., to jeszcze udało się nam przegonić Czechy. Dodatkowo stosunek siły nabywczej Polaka do Niemca wzrósł z 38 proc. do 51 proc., co należy uznać za bardzo dobry wynik – wszak gospodarka naszego zachodniego sąsiada należy do światowej czołówki.

Ogólny sukces

Ostatnie 13 lat było gospodarczym sukcesem dla Polski. Nie jesteśmy co prawda liderem w wykorzystaniu środków unijnych w relacji do DNB i nasz eksport pozostał w znacznym stopniu zdominowany przez kapitał zagraniczny, ale fundamentalna poprawa sytuacja na rynku pracy i względnie silny wzrost wynagrodzeń sprawiają, że Polacy powinni być usatysfakcjonowani gospodarczymi wynikami unijnej integracji.
Źródło: Cinkciarz.pl

 

Zdaniem ekonomistów, czwartkowe dane GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. Aby równowaga makroekonomiczna została zachowana, muszą zostać zdynamizowane inwestycje, a rząd musi przyjść z pomocą polskim przedsiębiorcom – oceniają eksperci.

Według GUS w końcu stycznia w budownictwie było 727,8 tys. mieszkań – o 1,9 proc. więcej niż przed rokiem. Sprzedaż usług w transporcie wzrosła w lutym rok do roku o 10,1 proc. Sprzedaż hurtowa przedsiębiorstw handlowych zaś wzrosła o 11,5 proc. Podobnie rok do roku zwiększyły się o 4,1 proc. nowe zamówienia w przemyśle. Stopa bezrobocia w lutym wyniosła natomiast 8,5 proc. wobec 8,6 proc. w styczniu

„Dane są całkiem niezłe w ujęciu rok do roku. Głównie dlatego, że okres, do którego się odnosimy był relatywnie słaby. Dlatego na tym tle dzisiejsze wyniki wyglądają przyzwoicie” – ocenił ekonomista z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, Bartłomiej Biga.

Ekspert zauważył, że dla koniunktury w budownictwie mają znaczenie zamówienia publiczne. Rząd może na ten sektor stosunkowo łatwo oddziaływać. „Dlatego możemy się tutaj spodziewać dalszych wzrostów. Zwracam też uwagę, że ważnym wskaźnikiem jest – sumujący się stopniowy od 2013 roku – procent wykorzystywania mocy produkcyjnych w budownictwie. W tej chwili jest to 72,6 proc. Świadczy to o coraz lepszym dostosowaniu podaży tych usług do popytu na nie. A to z całą pewnością jest pozytywne – zauważył Biga. Dodał, że jeśli zestawimy te dość optymistyczne dane z GUS z informacją o skuteczniejszym ściąganiu podatku, to daje nam to szanse na lepsze zbilansowanie budżetu państwa. „Nie będzie on tak napięty, jak jeszcze kilka miesięcy temu twierdziliśmy” – powiedział.

Zdaniem ekonomisty, byłego wiceministra finansów Cezarego Mecha, dane GUS dotyczące pierwszych dwóch miesięcy 2017 roku z jednej strony są zadawalające, ale z drugiej – niewystarczające. „Z jednej strony ukazują pewien przyrost dotyczący produkcji przemysłowej, jak też zwiększenia zamówień, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Niemniej, ukazują jednocześnie dalsze trwanie w pewnej stagnacji, gdy chodzi o kwestię dotyczącą budownictwa, gdzie były największe oczekiwania” – zauważył w rozmowie z PAP. Dodał, że wskazuje to również na to, że aktywność jest nadal „w pewien sposób hamowana w oczekiwaniu na napływ środków unijnych, których akceptacja ze strony Komisji Europejskiej przedłuża się”.

„Niezależnie od tych pozytywnych sygnałów te wzrosty ukazują też jednocześnie, że procesy konwergencji między Polską a Niemcami nie przyspieszają, co najprawdopodobniej jest efektem trwającej ukrainizacji polskiego rynku pracy, co oddziałuje na wyhamowywanie inwestycji i działań w kierunku przenoszenia produkcji w stronę obszaru o wyższej wartości dodanej” – ocenił Mech.

Ekonomista Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula uważa, że informacje z GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. „Dane o produkcji przemysłowej w pierwszych miesiącach tego roku, prognozy dotyczące wzrostu PKB na cały pierwszy, trwający jeszcze kwartał, które przekraczają 3 proc., a także informacje o nastrojach wśród dyrektorów przedsiębiorstw, a więc wskaźnik wyprzedzający, który pozwala nam prognozować najbliższe miesiące, pokazują, że gospodarka polska ma się dobrze, a nawet coraz lepiej” – powiedział.

Jego zdaniem, ten pozytywny obraz uzupełnia zwłaszcza informacja o zmniejszającej się, mimo sezonu zimowego, stopie bezrobocia, która spadła z 8,6 proc. do 8,5 proc. „Można by powiedzieć niewiele, ale jeśli wziąć po uwagę, że chodzi o luty to jest informacja jednoznacznie pozytywna” – ocenił. Według GUS w końcu stycznia w budownictwie było 727,8 tys. mieszkań – o 1,9 proc. więcej niż przed rokiem. Sprzedaż usług w transporcie wzrosła w lutym rok do roku o 10,1 proc. Sprzedaż hurtowa przedsiębiorstw handlowych zaś wzrosła o 11,5 proc. Podobnie rok do roku zwiększyły się o 4,1 proc. nowe zamówienia w przemyśle. Stopa bezrobocia w lutym wyniosła natomiast 8,5 proc. wobec 8,6 proc. w styczniu

„Dane są całkiem niezłe w ujęciu rok do roku. Głównie dlatego, że okres, do którego się odnosimy był relatywnie słaby. Dlatego na tym tle dzisiejsze wyniki wyglądają przyzwoicie” – ocenił w rozmowie z PAP ekonomista z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, Bartłomiej Biga.

Ekspert zauważył, że dla koniunktury w budownictwie mają znaczenie zamówienia publiczne. Rząd może na ten sektor stosunkowo łatwo oddziaływać. „Dlatego możemy się tutaj spodziewać dalszych wzrostów. Zwracam też uwagę, że ważnym wskaźnikiem jest – sumujący się stopniowy od 2013 roku – procent wykorzystywania mocy produkcyjnych w budownictwie. W tej chwili jest to 72,6 proc. Świadczy to o coraz lepszym dostosowaniu podaży tych usług do popytu na nie. A to z całą pewnością jest pozytywne – zauważył Biga. Dodał, że jeśli zestawimy te dość optymistyczne dane z GUS z informacją o skuteczniejszym ściąganiu podatku, to daje nam to szanse na lepsze zbilansowanie budżetu państwa. „Nie będzie on tak napięty, jak jeszcze kilka miesięcy temu twierdziliśmy” – powiedział.

Zdaniem ekonomisty, byłego wiceministra finansów Cezarego Mecha, dane GUS dotyczące pierwszych dwóch miesięcy 2017 roku z jednej strony są zadawalające, ale z drugiej – niewystarczające. „Z jednej strony ukazują pewien przyrost dotyczący produkcji przemysłowej, jak też zwiększenia zamówień, co jest dobrym prognostykiem na przyszłość. Niemniej, ukazują jednocześnie dalsze trwanie w pewnej stagnacji, gdy chodzi o kwestię dotyczącą budownictwa, gdzie były największe oczekiwania” – zauważył . Dodał, że wskazuje to również na to, że aktywność jest nadal „w pewien sposób hamowana w oczekiwaniu na napływ środków unijnych, których akceptacja ze strony Komisji Europejskiej przedłuża się”.

„Niezależnie od tych pozytywnych sygnałów te wzrosty ukazują też jednocześnie, że procesy konwergencji między Polską a Niemcami nie przyspieszają, co najprawdopodobniej jest efektem trwającej ukrainizacji polskiego rynku pracy, co oddziałuje na wyhamowywanie inwestycji i działań w kierunku przenoszenia produkcji w stronę obszaru o wyższej wartości dodanej” – ocenił Mech.

Ekonomista Marian Szołucha z Akademii Finansów i Biznesu Vistula uważa, że informacje z GUS są kolejnymi pozytywnymi, świadczącymi o poprawiającej się sytuacji ogólnej w polskiej gospodarce. „Dane o produkcji przemysłowej w pierwszych miesiącach tego roku, prognozy dotyczące wzrostu PKB na cały pierwszy, trwający jeszcze kwartał, które przekraczają 3 proc., a także informacje o nastrojach wśród dyrektorów przedsiębiorstw, a więc wskaźnik wyprzedzający, który pozwala nam prognozować najbliższe miesiące, pokazują, że gospodarka polska ma się dobrze, a nawet coraz lepiej” – powiedział.

Jego zdaniem, ten pozytywny obraz uzupełnia zwłaszcza informacja o zmniejszającej się, mimo sezonu zimowego, stopie bezrobocia, która spadła z 8,6 proc. do 8,5 proc. „Można by powiedzieć niewiele, ale jeśli wziąć po uwagę, że chodzi o luty to jest informacja jednoznacznie pozytywna” – ocenił.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Problemy polskiego rynku pracy od czasu transformacji ustrojowej były jednymi z głównych bolączek rządzących, a przede wszystkim zwykłych obywateli. Dwucyfrowy poziom bezrobocia, który osiągnął swój szczyt na początku dwudziestego pierwszego wieku (20%), wydaje się odchodzić w niepamięć. Według najnowszych danych, styczniowa stopa bezrobocia wzrosła z 8,3% do 8,6%. Ze względu na sezonowość owa zwyżka nie stanowi zaskoczenia. Niemniej, niniejsza wielkość to najniższy styczniowy odczyt od 26 lat. Co więcej, trend jest wyraźnie spadkowy, a rynek pracodawcy zmienia się w rynek pracownika. To niewątpliwie bardzo dobra wiadomość dla większości Polaków. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę najnowsze czynniki gospodarcze i polityczne, w długim terminie można dostrzec kilka istotnych zagrożeń z perspektywy makroekonomicznej.

Wieloletni i stabilny wzrost gospodarczy niewątpliwie znalazł swoje odzwierciedlenie w poprawie sytuacji na polskim rynku pracy. Mimo wszystko nie można zapomnieć o ogromnej rzeszy Polaków, którzy znajdują się na dorobku za granicą tj. około 2,1 mln osób. Reemigracja tak znacznej liczby rodaków zapewne przyczyniłaby się do powrotu dwucyfrowej stopy bezrobocia. Dodatkowo, obecne trendy demograficzne m.in. coraz bardziej starzejące się społeczeństwo, sprawiają, że dzisiaj młodzi ludzie mogą znacznie łatwiej znaleźć swoje miejsce na rynku pracy aniżeli ich rodzice. Prognozy nie zakładają zmian dotychczasowych tendencji demograficznych. Ich materializacja znajdzie swoje negatywne odzwierciedlenie na rynku pracy. Jednak tym razem to nie bezrobocie będzie problemem, a brak rąk do pracy.

Powyższe oczekiwania są potęgowane przez przeprowadzone niedawno reformy. Coraz bardziej hojna polityka społeczna wpływa na spadek chęci do pracy. Z jednej strony efektem tychże decyzji jest poprawa bytu ekonomicznego Polaków, natomiast z drugiej rezygnacja z pracy przez wielu obywateli. Niniejsze zjawisko, już po niespełna roku funkcjonowania programu ,,Rodzina 500 Plus”, jest dostrzegane przez pracodawców. Ponadto, reforma emerytalna również nie pozostanie bez wpływu na rynek pracy. Możliwość wcześniejszego przejścia na emeryturę prawdopodobnie spowoduje, że mimo wszystko większość Polaków nie będzie chciało kontynuować swojej kariery zawodowej do późnych lat. To z kolei zintensyfikuje narastające problemy demograficzne. Oczywiście efektem hojnej polityki społecznej może być wzrost liczby urodzeń dzieci, jednakże póki co, nic nie wskazuje na to, aby ta miała być w rzeczywistości receptą na zachodzące zmiany demograficzne.

Na zaprezentowane problemy rynku pracy istnieje kilka lekarstw. Pierwszym z nich jest odwrócenie obecnych trendów demograficznych. Niemniej, to wydaje się być zadaniem niezmiernie trudnym, o czym świadczą dotychczasowe mizerne efekty działań krajów zachodnich. Dlatego też znacznie bardziej realnym rozwiązaniem może okazać się napływ imigrantów, który de facto jest zauważalny już teraz. Według szacunków, w Polsce przebywa i pracuje ponad milion Ukraińców, którzy trudnią się przede wszystkim mniej wykwalifikowanymi pracami, których Polacy nie chcą się podejmować. Szersze otwarcie drzwi dla obcokrajowców, zwłaszcza dla tych ze Wschodu, bo to oni przede wszystkim są zainteresowani pracą w Polsce, może rozwiązać niniejszy problem.

Istnieje także trzecie rozwiązanie – powrót Polaków z emigracji. Jednak ta opcja obarczona jest istotną niepewnością. Rządzący liczą na to, że Brexit przyczyni się do powrotu od 100 do 200 tys. Polaków mieszkających na Wyspach. Niewykluczone, że takie oczekiwania nie są bezpodstawne. Niemniej, w Wielkiej Brytanii żyje ponad 900 tys. Polaków, w tym około 100 tys. zostało urodzonych na emigracji. Urzeczywistnienie rządowych prognoz nie będzie miało istotnego wpływu w długim terminie, bowiem skala problemu jest znacznie większa. Z kolei namówienie innych emigrantów do powrotu może zakończyć się miernymi efektami, ponieważ Ci w większości planują kontynuować swoje życie poza granicami kraju. Świadczą o tym wyniki ankiet przeprowadzanych przez NBP oraz coraz większe zakupy zagranicznych nieruchomości przez polskich emigrantów.

Podsumowując, obecne trendy demograficzne oraz reformy nie wspierają polskiego rynku pracy w perspektywie długoterminowej. W efekcie ten może z jednej skrajności popaść w drugą – bardzo wysoka stopa bezrobocia na przestrzeni lat zostanie przekształcona w zjawisko braku rąk do pracy. Co więcej, wiele wskazuje na to, że możliwości rozwiązania tegoż problemu są dość ograniczone. Najbardziej efektywną receptą może okazać się napływ imigrantów, bowiem prawdopodobieństwo reemigracji Polaków wydaje się nikłe, a ewentualny wpływ Brexitu będzie zdecydowanie niewystarczający. Najlepszym sposobem na wyjście z tej trudnej sytuacji jest odwrócenie niekorzystnych tendencji demograficznych, lecz póki co, jeszcze nikt nie znalazł na to skutecznej metody. Tymczasem problem powinien zostać rozwiązany, gdyż zjawisko braku rąk do pracy dotkliwie uderzy w polską gospodarkę. Rząd wydaje się dostrzegać przyszłe potencjalne problemy rynku pracy. Inną kwestią pozostaje to, w jaki sposób zamierza się z nimi zmierzyć. Póki co, dotychczasowe działania polityków wydają się sprzeczne z obecnymi trendami oraz z prognozami.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W 4. kwartale 2016 r. liczba pracowników najemnych wzrosła o 109 tys. w stosunku do 4. kwartału 2015 r., spadła natomiast – o 63 tys. liczba pracodawców i pracujących na własny rachunek oraz pomagających im członków rodzin – wynika z danych GUS.

W ciągu ostatniego roku (4. kwartał 2016 r. do 4. kwartału 2015 r.) liczba osób zatrudnionych na umowy o pracę (na czas nieokreślony i czas określony) wzrosła o 109 tys., tj. o 0,8 proc. W tym samym czasie liczba pracujących wzrosła jedynie o 0,3 proc.

Taką tendencję – do szybszego wzrostu liczby pracowników zatrudnianych na umowy kodeksowe niż wzrostu liczby osób pracujących widać co najmniej od 2010 r. (uwaga: taki okres przeanalizowałam). W 4. kwartale 2016 r. pracowników zatrudnionych na umowy o pracę było więcej o prawie 1 mln, czyli o ponad 8 proc. niż w 4. kwartale 2010 r. Jednocześnie w ciągu tych 6 lat liczba pracujących wzrosła „jedynie” o 5 proc.

Widać zatem wyraźnie, że przedsiębiorstwa są coraz bardziej nastawione na budowanie trwałych relacji z pracownikami. Potwierdzają to także dane dotyczące zatrudnienia na czas nieokreślony i czas określony. W ciągu ostatnich 6 lat zatrudnienie na czas nieokreślony wzrosło o ponad 9,5 proc., a zatrudnienie na czas określony – o 4,2 proc., czyli w mniejszym stopniu. Przy czym od 2014 r. liczba zatrudnionych na czas określony maleje (spadła o ponad 180 tys.).

Pracowników i związki zawodowe powinna ucieszyć ta tendencja. A ponieważ jest ona efektem decyzji przedsiębiorców, to zapewne także im służy. Oczywiście zmniejsza to elastyczność na rynku pracy, ale widocznie przedsiębiorcy widzą większe ryzyko w braku pracowników niż w obniżeniu elastyczności zatrudnienia.

Dane GUS pozwalają także na obserwację innej tendencji – malejącej liczby pracodawców i pracujących na własny rachunek. W 4. kwartale 2016 r. była ona niższa niż w 4. kwartale 2015 r. o 24 tys., a w stosunku do 2010 r. – o 35 tys. Jednocześnie maleje liczba członków rodzin, którzy pomagają przedsiębiorcom. W tym przypadku spadek jest znaczący, bo w ciągu 6 lat o 166 tys. osób. Łącznie zatem liczba przedsiębiorców i pracujących z nimi członków rodzin spadła w ciągu 6 lat o ponad 200 tys.

Trudno oceniać tę tendencję. Zapewne poprawa sytuacji  w polskiej gospodarce powoduje, że część osób prowadzących samodzielną działalność gospodarczą rezygnuje z niej i znajduje pracę najemną. Podobnie jest z członkami rodzin przedsiębiorców, którzy znajdują płatną pracę u innych przedsiębiorców (praca na rzecz przedsiębiorcy z którym jest się powiązanym rodzinnie jest w przypadku firm osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą pracą bez wynagrodzenia). Jeśli przyczyną tych zmian są atrakcyjne oferty na rynku pracy, które zachęcają przedsiębiorców do decyzji o zmianie „pracy”, to z jednej strony szkoda ich wiedzy i doświadczenia, ale z drugiej strony pozwala to może na wzrost efektywności w naszej gospodarce. Jeśli spadek liczby przedsiębiorców jest efektem ograniczania „sztucznej” przedsiębiorczości wynikającej z konieczności czy chęci ograniczenia kosztów pracy i „wypychania” pracowników do samodzielnej działalności gospodarczej, to taką zmianę należy przyjąć pozytywnie.

Widać wyraźnie, że polski rynek pracy zmienia się. Pytanie jak sobie on poradzi ze zmianami, które wynikają z robotyzacji i cyfryzacji, która coraz bardziej przyspiesza na świecie, pozostaje na razie bez odpowiedzi.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek,  główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

51 proc. ankietowanych wraz z nowym rokiem oczekiwałoby podwyżki wynagrodzenia, 56 proc. spodziewa się premii – wynika z sondażu Instytutu Badawczego Randstad pt. „Monitor Rynku Pracy”. To kolejne dowody na to, że rynek pracy ma się dobrze – podkreślono w badaniu.

W ubiegłym roku 49 proc. Polaków spodziewało się podwyżek wynagrodzenia, a 54 proc. liczyło na premię.

Randstad zwrócił uwagę, że wśród krajów starego kontynentu tylko Węgrzy oczekiwali premii części niż Polacy (57 proc.). Najrzadziej wspominali o niej respondenci z Grecji 10 proc. W Europie częściej od polskich pracowników na podwyżki liczyli jedynie Szwedzi (65 proc.) i Brytyjczycy (59 proc.).

W sondażu zwrócono uwagę, że w ostatnich trzech miesiącach pracę zmieniło 24 proc. badanych. W porównaniu z poprzednim kwartałem to spadek o 2 pkt. proc. 39 proc. respondentów zmieniło zatrudnienie z powodu lepszych warunków pracy. 22 proc. ankietowanych wskazało, że zmieniło pracę z powodu osobistego pragnienia zmiany. 21 proc. uzasadniało to zmianami w strukturze firmy.

Zdaniem eksperta ds. rynku pracy w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych Łukasza Komudy, spadek odsetka osób, które zmieniły pracę, może dobrze świadczyć o sytuacji na rynku pracy. „To znaczy, że może większa część pracowników znalazła takie miejsce pracy, które ich satysfakcjonuje i nie zmusza do skakania z miejsca na miejsce” – powiedział.

Satysfakcję z wykonywanej pracy zadeklarowało 71 proc. badanych (o 2 pkt. proc. mniej niż kwartał wcześniej).

Z badania wynika, że 76 proc. ankietowanych jest przekonanych, że w ciągu półrocza są w stanie znaleźć podobną do wykonywanej pracę (wzrost o 1 pkt. proc. w porównaniu do poprzedniego kwartału). 83 proc. respondentów uważa, że jest stanie znaleźć jakąkolwiek pracę (wzrost o 4 pkt. proc.).

Randstad zbadał także indeks mobilności (która jest w badaniu definiowana według przewidywań pracowników o prawdopodobieństwie zatrudnienia u innego pracodawcy w kolejnych 6 miesiącach). W sondażu zwrócono uwagę, że jest wyraźny spadek otwartości Polaków na zmianę pracy. W ostatnim kwartalne indeks mobilności wyniósł 105 pkt. (spadek w porównaniu z poprzednim badaniem o 5 pkt.). Polska na tle krajów starego kontynentu zajęła trzecie miejsce, ustępując jedynie Wielkiej Brytanii (112 pkt) i Portugalii (106 pkt).

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Obie waluty z Antypodów są silniejsze po nocy, ale jesteśmy optymistycznie nastawieni tylko do AUD, gdyż znad NZD nie znika widmo cięcia stóp przez RBNZ. Na szerszym ryku USD jest w korekcie, choć widać pierwsze oznaki szukania okazji do kupna. Dziś inflacja z Wielkiej Brytanii i USA oraz rynek pracy z Polski.

Byłoby zbyt mocnym stwierdzenie, że słabość USD z nocy to wynik rozczarowujących danych z USA w poniedziałek. Gorszy od prognoz odczyt indeksu NY Empire State jest dyskredytowany za swoją nadmierną zmienność, z kolei ślamazarny wzrost produkcji przemysłowej to wina spadku produkcji w sektorze użyteczności publicznej, tj. mniej zużycia energii przez wyższe temperatury we wrześniu. Pomimo to rynek czeka na ciekawsze wydarzenia w dalszej części tygodnia (debata prezydencka USA, PKB Chin, decyzja ECB), więc techniczne odreagowanie ostatniej aprecjacji dolara jest normalną sprawą. Jednocześnie widać pierwsze próby odnowienia pozycji na EUR/USD i USD/JPY.

Zdecydowanie więcej atrakcji jest na rynku walut z Antypodów z AUD i NZD na topie walut G10. W III kw. inflacja CPI w Nowej Zelandii wyniosła 0,2 proc. k/k i 0,2 proc. r/r (prog. odpowiednio 0 proc. i 0,1 proc.). Wynik roczny był zgodny z prognoza RBNZ, a kwartalny lepszy o 0,1 pkt proc. Rynek (ale też i autor) nastawiał się słabszy odczyt po tym, jak w zeszłym tygodniu wiceprezes RBNZ McDermott zasygnalizował pesymistyczne nastawienie banku do wskaźnika. Lepszy od konsensusu odczyt zapewnił pożywkę dla krótkoterminowego rajdu kiwi. Jednak jeśli trendy inflacyjne pozostają blisko oczekiwań gołębio nastawionego RBNZ, to bynajmniej taki wynik nie stanie bankowi na drodze od obniżki stopy OCR w listopadzie. Pozostaję negatywnie nastawiony do NZD, ale chwilowo trzeba rynkowi „dać się wyszumieć” szczególnie, że pęd aprecjacyjny USD także na moment wyhamował.

W przypadku AUD prezes RBA Phillip Lowe miał swoje pierwsze oficjalne wystąpienie i wydźwięk był mniej gołębi. Brakowało bezpośredniego odniesienia do przyszłych decyzji na polu stóp procentowych, ale stanowisko w odniesieniu do inflacji pokazało, że w RBA nie ma silnych obaw o jej przyszła ścieżkę. Bazą dla oczekiwań, że inflacja z czasem powróci do celu jest powrót do wzrostów cen niektórych surowców, hamowanie spadku inwestycji w sektorze wydobywczym, wysokie wskaźniki zaufania konsumentów i biznesu oraz słabnięcie presji na spadki płac. Lowe widzi też malejące korzyści z dalszego luzowania, co łącznie ustawia wysoko poprzeczkę dla kolejnej obniżki stóp procentowych. Naturalnie przyszłotygodniowy odczyt CPI za III kwartał może odwrócić sytuację o 180 stopni, ale lepsze wyniki z Nowej Zelandii dziś w nocy umniejszają szanse rozczarowania w Australii. Dalej widzimy relatywną przewagę AUD względem pozostałych walut surowcowych.

W Wielkiej Brytanii inflacja CPI ma wzrosnąć we wrześniu do 0,9 proc. r/r z 0,6 proc. w sierpniu i silniejszy odczyt obudzi spekulacje, czy deprecjacja funta nie przywiedzie spirali inflacyjnej i jastrzębi zwrot Banku Anglii nie nastąpi szybciej. Mimo to byłby to impuls do chwilowego umocnienia funta niż odwrócenia trendu, gdyż to czynniki polityczne zapewniają czarne chmury nad GBP. W USA CPI ma przyspieszyć do 1,5 proc. r/r z 1,1 proc. Wzrost CPI wynika z wyższej bazy cen paliw sprzed roku, stąd inflacja bazowa ma się utrzymać na 2,3 proc. Potwierdzenie odbicia inflacji jest ważne pod kątem osłabienia niechęci gołębi w Fed do podwyżki stóp procentowych. Ponadto mamy dane z rynku pracy z Polski, ale złoty tradycyjnie przyjmie je neutralnie. W nocy trzeba pamiętać o odczycie PKB z Chin za III kw. Konsensus zakłada 6,7 proc. r/r w trzecim kwartale po takich samych wynikach w pierwszym i drugim kwartale. Słabe dane o wrześniowym bilansie handlowym podnoszą ryzyko gorszego odczytu wzrostu gospodarczego, które może wzniecić wątpliwości o siłę ożywienia. Może to być cios dla apetytu na ryzyko i aktywów rynków wschodzących.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Tylko 1,5% pracowników zadeklarowało, że rozważa rezygnację z pracy ze względu na otrzymywanie świadczenia z programu 500+ – wynika z badania zrealizowanego przez Millward Brown na zlecenie Work Service S.A. Oznacza to, że odejście z pracy dopuszcza ok. 240 tysięcy osób. Jednak pracodawcy mają większe obawy, bo niemal 1/3 uważa, że program 500+ będzie miał negatywny wpływ na dostępność pracowników. Eksperci Work Service zwracają uwagę, że choć wprowadzenie zmian nie powinno odbić się na rynku pracy, mogą się pojawić branże i regiony, które zostaną dotknięte wzmożonymi trudnościami rekrutacyjnymi.

– Od momentu wprowadzenia rządowego programu 500+ w przestrzeni publicznej pojawiło się wiele komentarzy, dotyczących jego wpływu na rynek pracy. Jednak do tej pory nikt nie przeprowadził wiążących analiz w tej materii, dlatego jako największa firm HR w Polsce, postanowiliśmy to zjawisko zbadać. I jak się okazuje jedynie 1,5% pracowników rozważa rezygnację z pracy w związku z otrzymywaniem 500+. Na poziomie procentowym jest to bardzo niskie wskazanie, ale w przeliczeniu na liczbę pracowników, daje ponad 240 tysięcy osób, co może być odczuwalne w poszczególnych regionach kraju – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A. – Nie można jednak całkowicie pomijać nastrojów pracodawców. 32,8% obawia się negatywnego wpływu świadczenia na dostępność pracowników. To natomiast może oznaczać, że część osób po prostu nie przyznała się w badaniu, że dodatkowe pieniądze są impulsem do rezygnacji z pracy. Natomiast pracodawcy, którzy są najbliżej pracowników, dostrzegają inną skalę zjawiska ­– dodaje Maciej Witucki.

work-service_grafika-1

 

Kogo 500+ skłoni do rezygnacji pracy?  

Z danych Work Service wynika, że zaledwie 1,5% pracujących Polaków rozważa rezygnację z pracy w związku z otrzymywaniem świadczenia 500+. Uwzględniając, że na koniec I kwartału br. w Polsce było ponad 16 mln aktywnych zawodowo osób, rezygnację z pracy dopuszcza ponad 240 tysięcy pracowników. Biorąc natomiast pod uwagę, rozłożenie terytorialne pracujących oraz zróżnicowanie branżowe nie powinno to mieć większego znaczenia dla żadnej z gałęzi gospodarki.

Wśród beneficjentów programu 500+, aż 3 na 4 mówi, że w ogóle nie zastanawiał się nad rezygnacją z pracy w związku z otrzymywaniem świadczenia, natomiast co piąty deklaruje, że to zbyt mała kwota, by zachęcała do porzucania pracodawcy. Rezygnację z pracy, wśród beneficjentów, rozważa tylko 4,3% osób. Wśród nich dominują młodzi pracownicy – 9,9% osób w wieku od 18 do 34 roku życia w porównaniu do zaledwie 1,1% osób od 35-44 lat oraz zarabiający 2-3 tys. zł (21,3% rozważających rezygnację pracy).

Pracodawcy z obawami

Już co trzeci pracodawca obawia się, że program 500+ wpłynie negatywnie na dostępność pracowników. Największe obawy występują w firmach średnich (39% obawiających się) oraz w produkcji i handlu – odpowiednio 42% i 41% obawiających się. – Warto zwrócić uwagę, że istnieje związek między odsetkiem pracowników deklarujących chęć odejścia z pracy w związku z programem 500+ zarabiających 2-3 tys. zł, a niepewnością pracodawców w branży produkcyjnej i handlu. To właśnie w tych sektorach mediana zarobków kształtuje się na tym poziomie, co może uzasadniać obawy pracodawców. Co więcej, właśnie w tych branżach widoczne są dziś wzmożone trudności z pozyskaniem kandydatów mówi Krzysztof Inglot, pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

work-service_grafika-2

Work Service

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...