wtorek, Październik 24, 2017
Home Archiwa 2017 Październik 12

Dzienne archiwaPaź 12, 2017

W związku ze stale rosnącą liczbą firm w internecie wydawać by się mogło, że prowadzenie biznesu online to przyjemny i stabilny sposób na zarabianie pieniędzy. Jedynie ten, kto ma praktycznie doświadczenie w tym temacie i sam próbował „rozkręcić” firmę s internecie wie, ile pułapek kryje w sobie takie myślenie. Prowadzenie działalności online to nie tylko założenie strony internetowej. To przede wszystkim  marketing  w sieci, dbanie o widoczność witryny i pozyskiwanie nowych klientów, jednak  w gąszczu wielu spraw, które spoczywają na właścicielu firmy, nie trudno jest o tym zapomnieć i  popełnić błąd. O błędach w marketingu internetowym, jakie czyhają na właścicieli firm opowiemy w dzisiejszym artykule.

Brak zdefiniowanych celów działania

Brak jasno postawionych celów to jeden z podstawowych i największych błędów marketingu internetowego. Zanim rozpoczniesz promocję swojej firmy w sieci, musisz ustalić jakie są Twoje cele i dobrać zestaw wymiernych wskaźników, które pomogą Ci w śledzeniu postępów w ich realizacji. Bez tego nigdy nie będziesz w stanie zmierzyć osiąganych wyników i określić obszarów, w których Twoje kampanie marketingowe wymagają wsparcia lub zmiany strategii.

Brak zdefiniowanej grupy docelowej

Nawet jeśli stworzysz wartościową treść, nie zwiększysz zaangażowania ani świadomości marki wśród użytkowników, nie mówiąc już o pozyskaniu klientów, jeśli nie wypromujesz jej wśród właściwych odbiorców. Aby dotrzeć do właściwej grupy docelowej, musisz ją najpierw zdefiniować. Nie opieraj się tylko na swoich przekonaniach, ale na realnych zachowaniach Twoich odbiorców. Śledź użytkowników, którzy odwiedzili Twoją stronę i zbieraj informacje o ich zachowaniach. Możesz również wykorzystać narzędzia na portalach społecznościowych, które dostarczają informacji demograficznych o Twoich odbiorcach, dzięki czemu możesz kierować reklamy według wieku, płci i zainteresowań.

Brak personalizacji w działaniach marketingowych

Brak personalizacji lub niewłaściwa personalizacja to błąd, którego marketing nie wybacza. Obecny sposób konsumowania treści w internecie przez użytkowników zwyczajnie wymaga od nas personalizacji. Dzięki zastosowaniu jej w swoich komunikatach, sprawiasz, że użytkownik w czasach, gdy liczba docierających do niego treści rośnie, ma poczucie, że te są  stworzone z myślą o nim i zgodne z jego zainteresowaniami. Pomagasz mu w ten sposób podjąć decyzję i wybrać spośród wielu napływających działań właśnie Twoje. Według badań marketerzy odnotowują około 20% wzrost dzięki personalizacji.

Brak aktualizacji strony

Brak aktualizacji strony wpływa nie tylko na brak zainteresowania nią użytkowników, ale także na spadek jej pozycji w wynikach wyszukiwania.  Podstawą jeśli chodzi o pozycjonowanie stron jest aktualizacja treści na stronie jak i podążanie za wszelkimi innowacjami technicznymi, czyniącymi strony szybszymi i bardziej przyjaznymi użytkownikowi. Wyobraź sobie, że wchodzisz na stronę sklepu, w którym na stronie głównej widnieje informacja o zeszłorocznej kolekcji czy promocji aktywnej trzy miesiące temu. Dam sobie rękę uciąć, że wzbudzi to Twoją podejrzliwość i spowoduje brak zaufania.

Ignorowanie SEO

Wielu właścicieli szczególnie małych firm ignoruje SEO wychodząc z błędnego założenia, że pozycjonowanie działa tylko w przypadku dużych firm i ogromnych nakładów finansowych. Tymczasem jedna z najpopularniejszych wyszukiwarek na świecie – Google, cały czas dostarcza nowe narzędzia do promowania i pozycjonowania firm lokalnych. Wysoka widoczność w wyszukiwarce to skuteczny sposób na wzrost ruchu na Twojej stronie i pozyskanie klientów.  Niektóre działania SEO jesteś w stanie z powodzeniem przeprowadzić sam, jednak całościowe pozycjonowanie to proces wymagający regularnych działań, monitorowania i analizy wyników, dlatego najlepszym rozwiązaniem jest powierzenie tego doświadczonej agencji marketingu internetowego.

Niedocenianie znaczenia mobile

Kiedy dookoła każdy ekspert z dziedziny marketingu krzyczy, że dostosowanie działań pod użytkowników urządzeń przenośnych to obowiązek, aż trudno uwierzyć, że są jeszcze firmy, które to ignorują. Nadal się jednak tak zdarza i jest to olbrzymi błąd. Przede wszystkim dlatego, że są branże, w których ruch na stronę z urządzeń przenośnych wynosi nawet 50%. Nieprzystosowanie do tego typu urządzeń oznacza wykluczenie wielu potencjalnych klientów.

Bycie antyspołecznym w mediach społecznościowych

Bardzo często zdarza się, że marketingowcy zapominają o tym, że social media to miejsce na dialog i interakcję, a nie jedynie emitowanie komunikatów. Media społecznościowe jak sama nazwa wskazuje to dynamiczne platformy do socjalizowania. Jeśli jednak firma wykorzystuje je tylko do publikowania treści, to nie ma szans na osiągnięcie celów, do których social media zostały stworzone. Wchodząc w interakcję ze swoją społecznością, angażujesz ich i zachęcasz do powrotu na Twój profil i przede wszystkim możesz dowiedzieć się więcej o ich oczekiwaniach. Social media są doskonałym sposobem na pogłębienie relacji z potencjalnymi i obecnymi klientami i wzbudzenie w nich zaufania oraz zbudowanie lojalności wobec Twojej marki.

Niemierzenie efektów

Chcąc prowadzić skutecznie działania, sformułowanie „niemierzenie efektów” nie istnieje. Wszelkie prowadzone kampanie i akcje wymagają regularnej kontroli i mierzenia efektów. Tylko na tej podstawie jesteśmy w stanie zweryfikować, co przyniosło oczekiwane rezultaty i dzięki temu planować skuteczne kampanie w przyszłości.

 

 

materiał partnera

Bieżący rok w branży budowlanej to prawdziwa huśtawka nastrojów. W styczniu rynek zmroziły fatalne dane za 2016 rok z dużym spadkami wartości produkcji budowlanej i ogólną wartością najniższą od dziewięciu lat. W lipcu, dla odmiany wzrost produkcji budowlano-montażowej, rok do roku, wyniósł niemal 20 proc. Paliwo do takich wyników dały inwestycje samorządowe i ożywienie na rynku dużych inwestycji infrastrukturalnych. Fachowcy, którzy wieszczyli, że szykuje się trwała poprawa sytuacji w budowlance i dobra koniunktura na kilka lat musieli zweryfikować prognozy, bo opublikowane aktualnie dane dotyczące zadłużenia branży podnoszą temperaturę wczesną jesienią. Zaległości branży wobec instytucji finansowych wynoszą już 4,06 mld zł, a w pierwszym półroczu tego roku zwiększyły się o 259 mln zł czyli 6,8 proc.* Chodzi tu m.in. o niespłacone w terminie kredyty oraz zobowiązania za usługi czy zakupiony towar, dla których opóźnienie wynosiło minimum 60 dni, na kwotę co najmniej 500 zł.

W opublikowanych danych zwraca uwagę też fakt, że zadłużonych jest aż ponad 25 tys. podmiotów budowlanych funkcjonujących jako działalność gospodarcza. Choć to nieco mniej niż w poprzednim okresie liczba i tak robi wrażenie. To właśnie te, średniej wielkości lub małe przedsiębiorstwa mają największy problem z płynnością i pozyskiwaniem kapitału na rozwój i inwestycje.

…i na czarnej liście w bankach.

Huśtawka nastrojów, w nie mniejszym stopniu niż złe dane, ogranicza zaufanie instytucji finansowych do branży budowlanej. Nic dziwnego, bo budowlanka od dłuższego czasu znajduje się na czarnej liście ryzykownych działalności w bankach. Udzielanie im kredytów uważane jest za obarczone dużym ryzykiem.

– Banki solidność branży czy ryzyko związane z kredytowaniem konkretnego przedsiębiorstwa rozpatrują w dłuższej perspektywie czasowej. Niemniej wahania nastrojów w budowlance trwają od dłuższego już czasu, co bardzo utrudnia firmom budowlanym przekonanie banków do udzielenia im finansowania. Łatwiej im przekonać do siebie instytucje, które oceniają aktualnych kontrahentów budowlańców, jak to ma miejsce w faktoringu – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A., firmy zajmującej się finansowaniem przedsiębiorstw.

Obecności budowlanki na nieformalnej czarnej liście trudno się dziwić, skoro dane pokazują, że opóźnione płatności ma na koncie niemal co siódme działające na większą skalę, jako spółka prawa handlowego, przedsiębiorstwo budowlane. Wśród tych firm problemy kontrahentom i bankom sprawia 15 proc.

Według BIG stosunkowo najwięcej niesolidnych płatników znajduje się wśród firm budowlanych zajmujących się robotami inżynieryjnymi, czyli reprezentującymi najmniejszą część produkcji budowlanej (24 proc.).

Lepiej szukać finansowania zanim sytuacja stanie się krytyczna

Nie znaczy to jednak, że budowlańcy są zupełnie bez szans na wsparcie finansowaniem zewnętrznym, muszą go jednak po pierwsze zazwyczaj szukać poza bankami, a po drugie zanim ich długi wzrosną na tyle, aby negatywnie wpłynąć na ocenę zdolności finansowych.

– Większe szanse na pieniądze budowlańcy mają u faktorów, którzy mniej patrzą wstecz, a bardziej do przodu. Przed podjęciem decyzji o finansowaniu analizują to, z kim przedsiębiorca kooperuje, komu wystawia faktury i czy realizowane przez niego zlecenia mają dobre perspektywy. Niemniej także wśród faktorów są firmy mające wykluczenia branżowe, wśród których niemal zawsze jest budowlanka. My takiego ograniczenia nie wprowadziliśmy i choć wymaga to od nas większej ostrożności w ich ocenie, cały czas udzielamy finansowania firmom budowlanym – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Oczywiście sięgając po finansowanie zewnętrzne przedsiębiorca musi sprawdzić i przeanalizować koszty takiej usługi. Pożyczki pozabankowe są dość drogie, natomiast konkurencja na rynku faktoringowym czyni tę usługę coraz bardziej dostępną.

 

 

Według badań NBP, dwie trzecie Polaków uważa, że płatności kartą i smartfonem są wygodniejsze niż gotówką. Głównie ze względu na szybkość i bezpieczeństwo. Transakcja bezgotówkowa zajmuje zaledwie kilka sekund. Kto na zakupach w pierwszej kolejności sięga po banknoty i monety, powinien dokładnie przeczytać ten artykuł. Na jednej transakcji zbliżeniowej można zaoszczędzić 22 sekundy w porównaniu z płaceniem gotówką. Przy 1000 transakcji oszczędność czasu to zatem już 6 godzin – wyliczają eksperci kampanii społecznej „Warto bezgotówkowo”.    

Na zakupach Polacy coraz częściej korzystają z kart płatniczych i smartfonów. Według danych NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności bezgotówkowe jest wygodniejsze od gotówki, przeciwnego zdania jest 27 proc. badanych.

Płacenie kartą jest przede wszystkim szybsze niż inne formy płatności. Jak wynika z danych Barcleycard, brytyjskiego wydawcy kart, przeciętny czas trwania transakcji gotówkowej to 34 sekundy. Tymczasem zapłata np. kartą z wprowadzeniem kodu PIN trwa 27 sekund, a płatność zbliżeniowa to tylko 12,5 sekundy. Wydaje się, że to nieznaczne różnice, ale każdy, kto stał w kolejce do kasy, doceni tę oszczędność czasu.

– Z badań wynika, że aż 79 proc. Polaków reaguje pozytywnie na osoby płacące kartą. Regulując swoje wydatki bezgotówkowo redukujemy kolejki, gdyż takie transakcje są po prostu szybsze niż gotówkowe. Zdarza nam się też oddawać nietrafione zakupy i tu także zwrot na kartę odbywa się sprawniej niż wypłata gotówki. Ponadto, dla przedsiębiorcy koszt obsługi gotówki jest wyższy niż ten wynikający z przyjmowania transakcji bezgotówkowych – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR.

Zakupy bez portfela

Bezgotówkowe formy płatności nie wymagają też wcześniejszego planowania, ile dokładnie chcemy wydać. Aby mieć ze sobą odpowiednią kwotę gotówki, trzeba się przygotować, zabierając ją z domu lub wypłacić z bankomatu. Płacąc kartą lub telefonem, mamy dostęp do pełnego stanu naszego konta. Gdy więc zdecydujemy się kupić coś droższego niż początkowo planowaliśmy, albo trafi nam się super okazja na zakup kilku rzeczy zamiast jednej, nie musimy marnować czasu na szukanie bankomatu.

– Wiele osób płacących gotówką uważa, że dzięki temu wydaje mniej i ma większą kontrolę nad swoimi finansami. Jednak płacąc bezgotówkowo, wiemy znacznie więcej o swoich nawykach i tym, gdzie wydajemy pieniądze. Wszystkie informacje o wydatkach znajdziemy w aplikacji mobilnej banku lub w historii rachunku w bankowości internetowej. Płacąc kartą lub smartfonem, możemy ustalić sobie limity wydatków, aby kontrolować i ograniczać wydatki – mówi Włodzimierz Kiciński, Przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Na zakupach nie tylko gotówki staje się zbędna, ale nawet portfel z kartami płatniczymi. Obecnie aż 4,5 mln Polaków korzysta z systemu BLIK, który pozwala na płacenie za zakupy smartfonem. Prawie 500 tys. osób korzysta też z technologii HCE oraz Android Pay, w przypadku której dane karty przechowywane w systemie płatniczym, a zapłata nią następuje poprzez zbliżenie telefonu do terminala.

Bezpieczniej bez gotówki

Brak gotówki oznacza także większe bezpieczeństwo zakupów. Szczególnie kiedy chcemy wydać większą kwotę. Zgubiony portfel prawie w każdym wypadku równa się utracie wszystkich zgromadzonych w nim pieniędzy. W przypadku korzystania z kart czy smartfona strata jakichkolwiek pieniędzy z konta to sytuacja zupełnie wyjątkowa. Jeśli zgłosimy do banku utratę karty, to od tego momentu nie ponosimy odpowiedzialności za ewentualne transakcje wykonane przez inne osoby. Gdyby okazało się, że ktoś zrealizował transakcję przed zastrzeżeniem karty, wtedy odpowiedzialność posiadacza ogranicza się do równowartości 150 euro (ok. 640 zł) dla transakcji tradycyjnych i 50 euro (ok. 210 zł) dla transakcji zbliżeniowych.

– Niedawno Sąd Najwyższy uznał, że użycie karty zbliżeniowej przez osobę trzecią wbrew woli właściciela wypełnia znamiona przestępstwa kradzieży z włamaniem. A to oznacza wyższe, niż w wypadku zwykłej kradzieży, zagrożenie karą dla przestępcy. Zatem można stwierdzić, że karta płatnicza przez prawo karne jest lepiej chroniona niż gotówka w portfelu – mówi dr Przemysław Barbrich, ekspert kampanii „Warto bezgotówkowo”.

Coraz częściej robimy także zakupy w internecie. Według danych Izby Gospodarki Elektronicznej bezgotówkowe formy płatności wybiera 56 proc. polskich e-konsumentów. Są to w 28 proc. transakcje kartą, 19 proc. przelewem i 10 proc. BLIKIEM. Zapłatę gotówką przy odbiorze wybiera mniejszość – 27 proc. kupujących – i wynika to zwykle z braku zaufania do e-sklepu, w którym klient kupuje pierwszy raz.

 

Źródło: NBP

Odpowiednie zachowanie na drodze ratuje ludzkie życie i zdrowie, a kulturalne prowadzenie pojazdu chroni nasz portfel przed niezaplanowanymi wydatkami. Jak pokazuje badanie Santander Consumer Banku „Polak w drodze 2.0 – wydatki kierowców”* – 33 proc. mandatów zmotoryzowani płacą właśnie za niestosowne zachowania, m.in. nieprawidłowe manewry, niewłaściwe parkowanie, czy nieustępowanie pierwszeństwa. Poniżej prezentujemy podstawowe zasady drogowej etykiety, które powinien znać każdy kulturalny kierowca.

  1. Nie myśl tylko o sobie

Jak wynika z raportu Komendy Głównej Policji, w minionym roku na polskich drogach doszło do ponad 33 tys. wypadków i ponad 400 tys. kolizji. Ich głównymi przyczynami było niedostosowanie prędkości do warunków, nieudzielenie pierwszeństwa i  nieprawidłowe zachowanie wobec pieszego. Część z tych zdarzeń udałoby się uniknąć, gdyby uczestnicy ruchu drogowego myśleli o sobie nawzajem – sygnalizowali zamiary, przewidywali zachowania innych, ustępowali pierwszeństwa. Widzisz korek? Użyj świateł awaryjnych, aby dać znać jadącym za tobą. Jedziesz autostradą? Przy wjazdach zajmuj lewy pas, aby umożliwić innym bezpieczne włączenie się do jazdy. Zauważyłeś stojący przy bocznej uliczce samochód, który próbuje włączyć się do ruchu? Bądź tym, który mu to umożliwi. Podczas wymieniania drogowych uprzejmości, pamiętaj, jednak o tym, aby zawsze kierować się zasadą ograniczonego zaufania.

  1. Nie pozwól, aby prowadziły emocje

Złe emocje i kierownica to śmiertelni wrogowie. Według danych TNS OBOP r., co czwarty kierowca przyznaje, że przynajmniej raz w tygodniu spotyka się z  sytuacją użycia klaksonu w celu przyspieszenia wykonania manewru. Co trzeci badany za to deklaruje, że jego reakcją na niekulturalnego lub agresywnego kierowcę jest przeklinanie (31 proc.) lub wykonywanie obraźliwych gestów (27 proc.). Nadużywanie sygnałów dźwiękowych, wysiadanie z auta, złośliwe hamowanie, czy zajeżdżanie drogi to nie tylko przejawy braku kultury, ale zachowania, które są niebezpieczne. Dobre maniery na drodze powinny być normą, ale warto doceniać je także u innych kierowców. Wdzięczność można wyrazić podnosząc dłoń do góry lub używając naprzemiennie sygnalizatorów świetlnych, np. kierunkowskazów.

  1. Nie wstrzymuj ruchu

Próba spopularyzowania w naszym kraju „jazdy na suwak” nie odniosła takiego sukcesu jak na zachodzie Europy. Nie wszyscy kierowcy zdają sobie sprawę z tego, że w miejscu, gdzie droga dwujezdniowa zwęża się do jednego pasa, najszybszą metodą jazdy jest naprzemienne zjeżdżanie aut. Zajęcie odpowiedniego pasa na kilkaset metrów przed zwężeniem wcale nie upłynnia ruchu. Z kolei wciskanie się na siłę w ostatniej chwili po prostu go wstrzymuje. Pamiętaj – czasem ułatwienie przejazdu jednemu samochodowi może usprawnić podróż pozostałym kierującym. Pilnuj również tego, aby samemu nie opóźniać jazdy. Przykładowo, stojąc na czerwonym, bądź gotowy do ruszenia. W końcu płynny start spod świateł pozwoli przejechać maksymalnej liczbie kierowców. Dobrym nawykiem jest także czytelne sygnalizowanie drogowych planów. Kieruj się przy tym zasadą, że kierunkowskaz pokazuje zamiar, nie fakt. Dlatego stosuj go wystarczająco wcześnie. Dzięki temu manewr nie będzie zaskoczeniem dla innych. Pamiętaj również o tym, że niektórzy potrzebują kilka sekund więcej na reakcję. Kulturalni kierowcy nie wywierają presji klaksonem i nie pospieszają kierującego.

  1. Jedź spokojnie i oszczędzaj

Santander Consumer Bank, wydawca karty Visa TurboKARTA, zbadał wydatki polskich kierowców. Okazuje się, że najwięcej wydajemy na paliwo. Kierowców dużo kosztują także naprawy (przyznało tak 64 proc. ankietowanych) oraz serwis opon (43 proc. wskazań). Niemal co czwarty zmotoryzowany przyznał, że finansowo odczuwa również zakup materiałów eksploatacyjnych. Spokojna i płynna jazda jest nie tylko bezpieczniejsza, ale również bardziej opłacalna. Jak oceniają eksperci, stosując zasadę „ekodrivingu” rocznie można zaoszczędzić nawet do 20 proc. kosztów samego tankowania. Ponadto, ekonomiczne prowadzenie auta obniża również koszty związane z jego eksploatacją. Dodatkowe oszczędności można także wygenerować płacąc za zakupy kartami z funkcją moneyback.

Dobry kierowca nie tylko odpowiednio zachowuje się na drodze i przestrzega przepisów. Potrafi również kulturalnie prowadzić samochód i szanować pozostałych uczestników ruchu. W każdej sytuacji warto traktować innych w należyty sposób, jednak przestrzeganie savoir vivre na drodze opłaca się podwójnie – oszczędza nie tylko emocje, ale również pieniądze.

Nota metodologiczna:

*Badanie „Polak w drodze 2.0 – wydatki kierowców” zostało zrealizowane na zlecenie Santander Consumer Banku z siedzibą we Wrocławiu, ul. Strzegomska 42c, oferującego Visa TurboKARTA. W ankiecie telefonicznej, przeprowadzonej przez Instytut IBRIS w dniach 23-24 września 2016 r. wzięło udział 628 aktywnych kierowców z całej Polski.

 

O ile w ubiegłym tygodniu spekulacje o przyszłej obsadzie fotela prezesa Fed pomagały dolarowi, to w ostatnich dniach polityczne pogłoski są już zdecydowanie mniej korzystne. Pozytywny dla dolara trend wyraźnie wytracił impet. EUR/USD wyszedł w okolice 1,1850, USD/JPY cofa się w kierunku 112,00 a waluty gospodarek wschodzących w środowisku bardzo niskiej awersji do ryzyka (rekordy na globalnych giełdach akcji) ruszyły do odrabiania strat EUR/PLN cofnął się z 4,33 do 4,28. Sprawia to, że USD/PLN jest dziś około osiem groszy poniżej piątkowych maksimów z piątkowej sesji.

Prodolarowy kandydat w odwrocie

Na początku miesiąca kandydatem numer jeden do zastąpienia w przyszłym roku Janet Yellen w fotelu prezesa Fed stał się Kevin Warsh. Byłby on najkorzystniejszym wyborem dla dolara, ponieważ postrzegany jest jako zacięty krytyk polityki ilościowego luzowania i osoba zaniepokojona nadmiernie luźnymi warunkami finansowymi w gospodarce. Zdaniem bukmacherów obecnie zdecydowanie wyższe szanse ma jednak Jerome Powell (z Rady Gubernatorów Fed). Iluzoryczne prawdopodobieństwo przypisuje się kandydaturom Janet Yellen oraz Gary’ego Cohna. Swój werdykt Trump ma zakomunikować już w najbliższy piątek.

Prawda jest taka, że każdy z grona przewijających się w mediach kandydatów (poza Kashkarim) będzie mniej gołębi od Yellen. Należy przy tym zastrzec, że Powell jest postrzegany jako osoba o neutralnych poglądach na politykę monetarną. Co więcej, zainteresowania decydenta koncentrują się raczej na regulacji sektora finansowego – o optymalnej jego zdaniem polityce pieniężnej wypowiada się dość rzadko.

Przesłanką, która uprawdopodabnia jego wybór jest odwołanie uprzednio zaplanowanego na piątek wystąpienia publicznego. Interpretacja tego kroku jest dwojaka. Część uczestników rynku uważa, że jego temat, czyli „Are Rules Made to be Broken? Discretion and Monetary Policy” może prowokować do formułowania tez sprzecznych z poglądami Trumpa. Innymi słowy: Powell może nie chcieć narażać się na ostatniej prostej. Inna interpretacja jest taka, że w świetle informacji
o piątkowym ogłoszeniu nominacji, Powell po prostu „czyści sobie” kalendarz by po ogłoszeniu jego wyboru nie mieć innych zobowiązań.

Paul znów blokuje Trumpa

Drugi cios dolarowi ponownie zadaje Senator Rand Paul. Ponownie, gdyż jego sprzeciw nie pozwolił na demontaż systemu Obamacare na wiosnę, co wyrządziło administracji Trumpa wielką wizerunkową krzywdę i zachwiało rynkową wiarę w możliwość wdrożenia zapowiadanych w kampanii reform. Politico donosi, że obecnie w Senacie może zabraknąć jednego głosu do zatwierdzenia proponowanych cięć podatków. Tym brakującym Senatorem znów być ma – jakżeby inaczej – Rand Paul. Trump zapowiedział już, że w celu zapewnienia szerszego poparcia zaproponuje korekty swojego planu, co oczywiście odsunąć może termin wejścia w życie nowych regulacji.

Trump w wiecznym konfikcie

Jakby tego było mało Prezydent USA najpierw wycofał poparcie dla Boba Corkera niegdysiejszego sprzymierzeńca (a nawet kandydata do objęcia najwyższych stanowisk – sekretarza stanu i wiceprezydenta). Następnie wdał się na Twitterze w pyskówkę z tym wpływowym republikańskim senatorem. Kolejne podziały i kłótnie w obozie republikańskim na pewno nie pomagają
w umocnieniu kruchego poparcia dla pomysłów administracji Trumpa. Na razie najważniejsza źródła w Waszyngtonie mówią, że w partii dominuje pogląd, że priorytetem jest realizacja programu reform i ten spór należy jak najszybciej wygasić.

To nie koniec silniejszego dolara

Naszym zdaniem wyhamowanie pozytywnego dla dolara trendu ma charakter przejściowy – rynek pod nieobecność kluczowych danych makroekonomicznych skupił się na czynnikach istotnych, ale nie najważniejszych dla odbicia wartości amerykańskiej waluty. Tymi są i będą: wyraźnie bardziej jastrzębi do oczekiwań Fed zmierzający (abstrahując od personaliów jego prezesa) do kolejnych podwyżek i wyraźne odbicie inflacji, które powinno znaleźć potwierdzenie w piątkowych odczytach danych za wrzesień. Eurodolar powinien osuwać się w kierunku naszego szacunku krótkoterminowej wartości godziwej bazującego na relatywnej wycenie obligacji, oznacza to spadek o około 2 proc. względem bieżących pułapów i zniżkę w kierunku 1,16. W przypadku EUR/PLN pomimo pozytywnych tendencji po stronie czynników lokalnych nie widzimy potencjału do zejścia głębszego niż w okolice 4,26.

 

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS

Wiele firm deklaruje, że klient jest najważniejszy. Poznańskie Hekko.pl, będące częścią holdingu R22 S.A., postanowiło przeprowadzić eksperyment, oddając użytkownikom realną władzę nad własną ofertą. Wyniki są zdumiewające. Czy wytyczą nowy trend w komunikacji marketingowej?

W klasycznym ujęciu marketingu, gdy firmy mówią o wsłuchiwaniu się w głos klientów, ich działania skupiają się głównie na badaniach, ankietach, wywiadach czy rozmowach bezpośrednich. Klienci stają się zatem doradcami, których głos może być brany pod uwagę, zwłaszcza kiedy głosują swoimi portfelem.

Czy jednak można przesunąć granicę rozdzielającą firmę od klienta, oddając mu realną władzę nad własną ofertą? Skutki takiej decyzji postanowiła sprawdzić firma Hekko.pl. Uruchomiła narzędzie za pośrednictwem którego klient samodzielnie i w czasie rzeczywistym kreuje własne akcje marketingowe, wykorzystując do tego ofertę operatora.

Przeprowadziliśmy ten eksperyment, ponieważ wierzymy, że kluczem do skutecznej komunikacji jest personalizacja kontaktu z odbiorcami. Od dawna staramy się mieć w zanadrzu co najmniej kilkadziesiąt nietypowych akcji promocyjnych, wyznaczających nowe trendy w marketingu w internecie. Generator Promocji, o którym dziś mowa, to z całą pewnością coś niespotykanego. Nie znamy żadnej innej firmy w Polsce, która oddawałaby klientom realną władzę nad funkcjonowaniem marketingu w tak bezpośredni sposób – tłumaczy dr inż. Artur Pajkert, pomysłodawca Generatora Promocji z Hekko.pl.

Pierwsze takie narzędzie na rynku

Na czym polega fenomen Generatora Promocji? W skrócie narzędzie pozwala użytkownikowi wygenerować promocję na dowolny pakiet hostingowy oferowany przez Hekko.pl i udostępnić ją w ramach własnych działań marketingowych. Generator Promocji pojawił się w sieci na początku października br. i tylko w ciągu pierwszych 5 dni internauci, w tym przede wszystkim firmy webmasterskie oraz blogerzy, użyli go do stworzenia ok. 100 własnych promocji. To sporo, bo mało który dział marketingu byłby w stanie „wypuszczać” 20 promocji dziennie. Tymczasem włączenie klientów do współdziałania okazało się być nie tylko skutecznym sposobem na zacieśnianie więzi pomiędzy marką a użytkownikami, ale dodatkowo pozwoliło firmie na budowanie relacji z zupełnie nowymi odbiorcami.

Dodajmy, że Generator Promocji to intuicyjne i proste narzędzie, które nie wiąże się z żadnymi kosztami dla autora danej promocji. Wystarczy, aby wymyślił tytuł i slogan akcji, a następnie ustalił, jaki rabat mają otrzymać odbiorcy – 10, 20 czy 30 proc. na usługę hostingową. Każda utworzona promocja działa przez 14 dni.

Po co klient miałby robić taką promocję?

Przede wszystkim, żeby dodatkowo zarobić, bo nic nie stoi na przeszkodzie, aby umieścić w linku identyfikator polecającego i zarabiać na pozyskanych klientach. Ale nie tylko w taki bezpośredni sposób można wykorzystać generator, bo największe pole popisu jest w tym, aby promocjami hostingowymi wspierać atrakcyjność swojego towaru lub usługi.

Przykładowo: bloger, którego „towarem” jest dostarczana treść, łatwo i szybko zorganizuje konkurs dla czytelników, w którym nagrodą będą kupony rabatowe wygenerowane specjalnie na tą okazję. Z kolei samodzielny specjalista tworzący strony www może podnieść atrakcyjność swojej oferty, proponując klientom specjalne warunki hostingu – to lepsze, niż gdyby ten hosting kupowali samodzielnie.

A gdzie haczyk?

Haczyka nie ma. Firma hostingowa daje gwarancję realizacji wszystkich kuponów promocyjnych, a twórca promocji może stworzyć dowolną liczbę akcji, nie ponosząc żadnych kosztów z tytułu ich generowania czy udostępniania kodów. – Wygrywa każdy. Firma webmasterska, bloger czy każdy inny użytkownik internetu, który tworzy akcję marketingową dla swoich czytelników, fanów czy klientów, jak i operator hostingu, który ma szansę dotrzeć do zupełnie nowej bazy klientów i zbudować z nią relacje dzięki wysoce spersonalizowanej ofercie – podsumowuje Jakub Dwernicki, prezes Hekko.pl.

Komunikacja, przechodzi w ostatnich latach transformację polegająca na zmianie jej formy z słowa na obraz. Następstwem tej transformacji jest forma ekspresji wiedzy, jak również sposób jej odbioru i przyswajania. To właśnie obrazy (grafiki, gify i emoji) wiodą prym w komunikacji internetowej, skutecznie ułatwiając przekaz i wpływając pozytywnie na efektywność prowadzonych działań.

Pierwsze wrażenie klienta na temat newslettera kształtuje się już po 50 milisekundach – to mniej więcej tyle, co pół mrugnięcia okiem. Obrazy przyciągają wzrok natychmiastowo, bo mózg przetwarza je zdecydowanie szybciej, niż inne informacje. Warto to wykorzystać! Eryk Bocheński, Solution Consultant w Optivo, an Episerver Company podpowiada, jak dobrać odpowiednie grafiki w newsletterze i skierować uwagę subskrybentów na właściwe tory.

Zaintryguj od pierwszego wejrzenia

Każdy newsletter ma w pierwszej kolejności jeden zasadniczy cel: zostać otwarty przez odbiorcę. Jednym z elementów, który może spełnić to zadanie, jest temat wiadomości. Tytuł newslettera nie może jednak składać się ze zdjęcia lub video. Elementem graficznym, który można wykorzystać do zainteresowania odbiorcy już w pierwszych sekundach kontaktu, są emotikony. Komunikujemy się za ich pośrednictwem w mediach społecznościowych, coraz bardziej powszechne staje się nawet zastępowanie słów emotikonami, nie zaś traktowanie ich jako uzupełnienie wiadomości. Emotikony, takie jak: ❤☀☆☂, dodawane jako znaki specjalne w tytułach newsletterów, to doskonały sposób na ożywienie mailingu oraz zaintrygowanie odbiorców. Warto je dopasować tematycznie do wysłanego newslettera i sprawdzić, czy dzięki temu wskaźnik otwarć poszybuje do góry.

Na przysłowiowy drugi ogień w przyciąganiu uwagi odbiorcy idzie grafika w nagłówku wiadomości, czyli header. Musi się on więc nienagannie prezentować, niezależnie od tego, na jakim urządzeniu zostanie otwarty e-mail. Umieszczone grafiki, najlepiej w wysokiej jakości, powinny być zatem zoptymalizowane pod kątem urządzeń mobilnych, na których coraz częściej otwierane są newslettery.

Jak przygotować grafiki do newslettera?

Klasyczny newsletter, dzięki swojemu układowi, daje wiele możliwości wkomponowania w niego elementów wizualnych. Wyróżniamy w tym przypadku logo, header, zdjęcie produktów czy przycisk Call-to-action (CTA). Co ciekawe, umieszczane w newsletterach obrazy mogą zostać personalizowane – dopasowując się do konkretnego odbiorcy, dzięki czemu zapozna się on z komunikatem chętniej i uważniej. Należy pamiętać, by zdjęcie załadowane do CMS miało odpowiedni format. Z pomocą przychodzą programy graficzne, takie jak GIMP, PicMonkey czy Adobe Photoshop Elements, dzięki którym zoptymalizujesz obrazy lub dodasz do nich różne efekty.

Popularne formaty grafik, które stosuje się w e-mailach HTML to GIF, JPG i PNG. Format JPG jest jednym z najbardziej odpowiednich formatów ze względu na swoje możliwości kompresji fotografii, dzięki czemu zdjęcia w wielu kolorach – nawet w małym rozmiarze – wyglądają ładnie. Jego wadą jest brak możliwości tworzenie przeźroczystego tła, stosowanego na przykład w projektach logo lub przycisków CTA. Format GIF jest zalecany w szczególności do logo lub obrazów z ostrymi krawędziami, kolorowych brył lub o ograniczonej ilości kolorów. Ponadto GIF umożliwia tworzenie animacji. Format PNG z kolei działa podobnie jak GIF. Jest lepiej skompresowany, a logo oraz przycisk można umieścić na przeźroczystym tle.

Newsletter w ruchu

W ostatnim czasie, obok emotikonek, bardzo modne są animowane GIF-y, wykorzystywane także w newsletterach. Gotowe animacje można pobrać, pamiętając oczywiście o przestrzeganiu praw autorskich. Można również stworzyć je samodzielnie. Jest wiele portali, które umożliwiają ich tworzenie za pomocą plików wideo lub zdjęć. Do najpopularniejszych należą:

  1. GIPHY – jedno z najpopularniejszych źródeł w sieci, udostępniające m.in. narzędzie do tworzenia GIF-ów generowanych z wykorzystaniem adresu URL YouTube lub własnych plików wideo.
  2. imgflip – oprócz olbrzymiej liczby memów, GIF-ów i zabawnych obrazków, oferuje również generator, dzięki któremu można tworzyć GIF-y z plików wideo czy zdjęć oraz wykresy kołowe i demotywatory.
  3. makeagif – umożliwia dostęp do olbrzymiej ilości memów oraz generatora, za pomocą którego pliki wideo, obrazy i zdjęcia z kamery internetowej można zmienić w GIF-y.

Odpowiednie grafiki – wysokiej jakości zdjęcia, ruchome gify oraz emotikony w tytule wiadomości są w stanie zdziałać więcej niż nawet najlepiej skrojony slogan czy tekst. Zapadają w pamięć, angażują do działania, a także przekazują konkretne informacje. Nie zapominaj więc o nich konstruując komunikaty skierowanie do odbiorców. Zwłaszcza, jeśli są nimi newslettery, będące jednym z najskuteczniejszych kanałów dotarcia do klientów.

 

Autor: Eryk Bocheński – Solution Consultant, Optivo an Episerver Company

Według Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, kurs EUR/PLN powinien w najbliższych miesiącach znajdować się w okolicach poziomu 4,2. Z kolei za dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego będziemy musieli zapłacić więcej niż obecnie.

Od początku roku złoty doświadczył znacznego umocnienia, zwłaszcza w relacji do dolara amerykańskiego. A jakie są najnowsze prognozy dla krajowej waluty? Zdaniem ekspertów Ebury, firmy oferującej rozliczanie transakcji walutowych, czynniki wewnętrzne, sprzyjające sile złotego powinny zostać utrzymane. Autorzy raportu “Polski złoty” – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk – ostrzegają jednak, że złoty może negatywnie reagować na zmiany globalnego otoczenia monetarnego.

To wszystko powoduje, że na koniec bieżącego roku specjaliści Ebury oczekują: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,7 oraz GBP/PLN 4,9. W dłuższej perspektywie, czyli na koniec 2018 r., według przewidywań, złoty w relacji do kluczowych walut powinien prezentować się następująco: EUR/PLN 4,2, USD/PLN 3,8 oraz GBP/PLN 5,2.

Argumentacja ekspertów

Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan oraz Roman Ziruk podkreślają, że krajowa gospodarka ma się znacznie lepiej niż jeszcze w ubiegłym roku. Świadczy o tym m.in. dynamika PKB, która w I kwartale wyniosła 4 proc. w ujęciu rocznym, w II kwartale – 3,9 proc.

“Motorem napędowym PKB pozostaje konsumpcja, której obecna dynamika jest najwyższa od 2012 r. Dynamika inwestycji jest dodatnia, nadal jednak rozczarowuje. (…) W ostatnim okresie pomiarów wzrostowi gospodarczemu nie sprzyjał również bilans handlowy”.

“W kontekście bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy, która zaczyna przekładać się na presję płacową, utrzymanie wysokiego poziomu konsumpcji nie powinno budzić zdziwienia. Potwierdzają to ostatnie dane dotyczące sprzedaży detalicznej – w sierpniu jej dynamika wyniosła 6,7 proc. w ujęciu rocznym. Zwracając uwagę na strukturę wzrostu gospodarczego ostatnich kwartałów oraz perspektywy zmian jej głównych komponentów, a w szczególności utrzymania wysokiego poziomu konsumpcji oraz wyczekiwanego wzrostu nakładów na środki trwałe, wzrost gospodarczy w 2017 r. w naszej opinii powinien zawierać się w widełkach 4-4,5 proc.”, prognozują eksperci.

I dodają, że dobra koniunktura w Europie Zachodniej sprzyja polskiemu przemysłowi. Pomimo tego, iż odczyty indeksów PMI dla tego sektora w pierwszym półroczu znajdowały się w trendzie spadkowym, nadal są lepsze niż zeszłoroczne i potwierdzają ekspansję sektora.

Na co jeszcze zwrócili uwagę eksperci Ebury? “Sytuacja fiskalna kraju budzi umiarkowany optymizm. Dane z Ministerstwa Finansów pokazują, że kasa państwa po sierpniu ma jeszcze 4,9 mld nadwyżki. Osiem miesięcy bez deficytu jest wypadkową kilku czynników, z których nie wszystkie można ocenić pozytywnie, jednak ich skumulowanym efektem w bieżącym roku powinno być utrzymanie niższego deficytu w relacji do PKB, czemu w niewielkim stopniu powinien sprzyjać wyższy od oczekiwanego wzrost gospodarczy”.

Z kolei polityka monetarna jest jednym z niewielu elementów polskiego krajobrazu ekonomicznego, który w bieżącym roku nie ulegał istotnym zmianom. W Radzie Polityki Pieniężnej (RPP) nadal przeważa stronnictwo gołębi. Rynek zwraca uwagę na retorykę RPP i odkłada w czasie oczekiwania w kwestii podwyżek stóp procentowych. Według Ebury, do podwyżki stóp może dojść pod koniec 2018 r. lub na początku 2019 r.

“Inflacja w Polsce jest dość niska i obecnie wynosi 2,2 proc. w ujęciu rocznym. Co istotne – inflacja bazowa (która nie uwzględnia zmian cen najbardziej zmiennych komponentów takich jak żywność czy energia) od kilku miesięcy jest praktycznie płaska i wskazuje na niską presję cenową. W sierpniu dodatkowo spadła o 0,1 p.p. i wyniosła 0,7 proc. w ujęciu rocznym. Jest to jeden z głównych argumentów za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie”.

Ryzyka poza granicami Polski

Specjaliści Ebury zaznaczają, że większość wewnętrznych czynników ryzyka dla złotego z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich dwóch latach uległa dematerializacji. Zarówno sytuacja krajowa, jak i zewnętrzna, jest dobra i sprzyja lepszej kondycji polskiej gospodarki i sile złotego. Jednym z największych czynników ryzyka dla polskiej waluty wydaje się być obecnie środowisko monetarne.

“Globalna zmiana nastawienia banków centralnych do kwestii normalizacji polityki monetarnej jest już widoczna i objawia się w ostatnich decyzjach niektórych z nich (za przykład mogą posłużyć Kanada lub Czechy) oraz złagodzeniu gołębiej retoryki w tym kontekście. Zmianę widać wyraźnie jeśli przyjrzymy się ostatniej retoryce banków centralnych Skandynawii, czy nawet Europejskiego Banku Centralnego”, wskazują eksperci.

“W ciągu najbliższych kilku miesięcy powinno dojść do podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, co jest w pełni zgodne z naszymi oczekiwaniami i stanowi solidny argument za aprecjacją funta brytyjskiego i dolara amerykańskiego. Jednocześnie, naszym zdaniem rynek przeszacowuje chęci i możliwości Europejskiego Banku Centralnego do normalizacji polityki monetarnej, zwłaszcza w kontekście nadal niskiej presji cenowej. W naszej opinii droga do normalizacji w strefie euro będzie powolna i długa”, oceniają.
Biorąc pod uwagę czynniki wewnętrzne i zewnętrzne, Ebury spodziewa się stopniowej aprecjacji dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego w relacji do polskiej waluty oraz utrzymywania się kursu euro w relacji do złotego na poziomie nieco niższym od obecnego.

 

Źródło: Ebury

Gdzie nie chcemy mieszkać w stolicy? Już ósmy raz z rzędu sieciowa agencja nieruchomości Metrohouse przygotowała zestawienie najmniej pożądanych lokalizacji rozpatrywanych przez klientów biura.

Jak powstaje Antyranking?

W stolicy działa ponad stu agentów Metrohouse. Jak co roku otrzymali oni do wypełnienia ankietę, która miała wskazać obszary miasta cieszące się najmniejszym zainteresowaniem klientów. – Należy pamiętać, że świadoma odmowa klientów z otrzymywania ofert z konkretnej dzielnicy nie oznacza wcale, że nie kupią tam mieszkania, ponieważ wskutek coraz lepszego poznawania uwarunkowań rynkowych z czasem zmieniają swoje pierwotne decyzje i lubią zaskakiwać, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. Agenci Metrohouse mogli wskazać więcej niż jedną dzielnicę. Wysoka frekwencja występowania danej dzielnicy w odpowiedziach oznacza, że jest to miejsce bardzo często wymieniane w ankietach, podczas gdy brak wskazania oznacza wysoką atrakcyjność dzielnicy w oczach nabywców.

Białołęka „na nie”

Po dwóch „wygranych” z rzędu dzielnicy Rembertów, na mało zaszczytne miejsce powróciła Białołęka. 74 proc. ankietowanych agentów Metrohouse twierdzi, że klienci nie są zainteresowani zakupem mieszkania w tej dzielnicy. – Pokutuje ciągle przekonanie, że to miejsce zakorkowane, położone w bliskości oczyszczalni ścieków Czajka. Mimo upływu czasu klienci nie zakonotowali znacznej poprawy komunikacji, czyli rozwoju sieci tramwajów, wygodnego dojazdu do metra dzięki nowemu mostowi. Wygrywają stereotypy, mówi Adam Pszczółkowski, ekspert Metrohouse. Gdyby przygotować zestawienie argumentów, za którymi stoi niechęć do Białołęki są to zwykle te same powody: „zbyt daleko”, słaba komunikacja z Centrum”, „zbyt długie dojazdy do pracy”. – Należy jednak podkreślić, że w ankietach zaczyna kształtować się podział na Tarchomin i Nowodwory oraz tzw. Zieloną Białołękę, która z racji dalszej odległości jest częściej pomijana w poszukiwaniach przez klientów, dodaje Marcin Jańczuk.

Zeszłoroczny lider – Rembertów – tym razem zajął drugie miejsce uzyskując 67 proc. negatywnych wskazań. Klienci nie kojarzą zupełnie dzielnicy z budownictwem wielorodzinnym. Mają rację, ponieważ dominuje tu zabudowa jednorodzinna, a lokalizacja jest dość popularna wśród osób, które szukają miejsca pod budowę własnego domu. Jednocześnie wiele wskazań dotyczy znacznej odległości od Centrum Warszawy. – To jednak mit. Szybka Kolej Miejska dojeżdża z Centrum Warszawy do Rembertowa w 15 minut – szybciej niż transport metrem na Kabaty (21 minut). Podobne skojarzenia ma Wesoła, która podobnie jak rok temu zajęła w Antyrankingu 3 miejsce (50 proc.). Niezależnie od cen, czy trendów rynkowych dość znacząca grupa klientów odrzuca prawobrzeżną część Warszawy skupiając się w swoich poszukiwaniach tylko na lewej stronie Wisły.

Mimo, iż z 48 do 41 proc. spadł odsetek negatywnych odpowiedzi na temat Ursusa, dzielnica ta zajęła wysokie 4-te miejsce wśród najmniej popularnych wśród klientów dzielnic. Zestawienie TOP 5 uzupełnia Wawer, który także poprawił swój ubiegłoroczny wynik, ale to nie pozwoliło mu opuścić niechlubnej czołówki. Tylko 1 pkt. proc. za nim jest Praga Północ, która również znajduje się wśród dzielnic o wyraźnie wysokim wskaźniku odrzuceń.

Dzielnice marzeń

O ile istnieją dzielnice, które w świadomości nabywców mieszkań mają niezbyt dobre notowania, to z drugiej strony mamy do czynienia z dzielnicami na topie, które zawsze cieszą się zainteresowaniem klientów. Wśród dzielnic, które nie zostały wskazane przez agentów Metrohouse jako „niechciane” przez klientów znalazły się w tym roku Mokotów, Ochota, Ursynów, Wola i Żoliborz. W porównaniu do zeszłego roku z zestawienia wypadły Śródmieście i Praga Południe, które nie utrzymały czystego konta bez negatywnych wskazań.

Gdzie naprawdę kupujemy mieszkania?

Jak pokazuje doświadczenie, deklaracje kupujących mieszkania często mają niewiele wspólnego z rzeczywistymi zakupami. Dzieje się tak dlatego, że podczas poznawania rynku mieszkaniowego odkrywamy też potencjał nieznanych nam dotąd osiedli, czy dzielnic. Często decydują kwestie finansowe – choć początkowo jesteśmy zainteresowani konkretną lokalizacją, okazuje się, że możliwości finansowe uniemożliwiają zakup lokalu na upatrzonym osiedlu. W ślad za aspektami finansowymi idą też powody stricte praktyczne. Klienci wychodzą z założenia, że może kosztem dłuższego dojazdu wybrać dzielnicę położoną nieco dalej, ale taką, gdzie możemy sobie pozwolić na 1 pokój więcej.

W 2017 r., podobnie jak przed rokiem, największym powodzeniem wśród klientów Metrohouse cieszy się Mokotów. Dzielnica jest wybierana przez 14 proc. nabywców. Prawdziwym zaskoczeniem jest drugie miejsce. Zajęła je Praga Południe (13 proc.), która odnotowała znaczny wzrost popularności w stosunku do ubiegłego roku. Zróżnicowane cenowo mieszkania, rozwijający się rynek nowych mieszkań i co najważniejsze, dobra komunikacja z Centrum to niewątpliwe atuty tej lokalizacji. Trzecie miejsce zajęła Białołęka, gdzie kupuje mieszkanie co dziesiąty klient stołecznych oddziałów Metrohouse. Jak zwykle mamy tu do czynienia z paradoksem. Mimo, że deklarujemy brak zainteresowania Białołęką, ostatecznie kupujemy tu mieszkania. Co ciekawe, odsetek nabywców jest nawet wyższy niż rok temu. Dość duże zainteresowanie zakupem Metrohouse odnotowało na Woli, Bielanach i Bemowie. Największym zaskoczeniem jest wyraźny spadek zainteresowania transakcjami na Ursynowie. Przed rokiem dzielnica miała 8 proc. udziału w transakcjach, podczas gdy obecnie jest to zaledwie 5 proc. Najmniej transakcji ma miejsce w Wawrze, Rembertowie i Wesołej.

 

Źródło; Metrohouse

31 maja weszły w życie zaostrzone przepisy Kodeksu Karnego przewidujące surowsze kary dla dłużników alimentacyjnych. Po 4 miesiącach obowiązywania znowelizowanych przepisów wyraźnie zmniejszyła się liczba niepłacących rodziców, którzy trafiają do Krajowego Rejestru Długów. O ile np. w marcu wpisano do rejestru blisko 2,5 tysiąca nowych dłużników, to we wrześniu niespełna 600. Zmalała też kwota dopisywanego długu.

Od 31 maja w Kodeksie Karnym nie znajdziemy już zapisu o „uporczywym” uchylaniu się od płacenie alimentów. Do tej pory pozwalał on na unikanie odpowiedzialności karnej za niełożenie na dzieci. Wystarczyło bowiem wpłacić symboliczną kwotę na rzecz potomka, aby wybronić się od kary. Teraz rodzic, który nie płaci na dziecko przez trzy miesiące, trafia przed oblicze prokuratora. Jeśli po takim spotkaniu w ciągu miesiąca nie ureguluje długu, do sądu wpływa akt oskarżenia w jego sprawie. Z kolei ten może ukarać dłużnika alimentacyjnego karą więzienia lub dozorem elektronicznym.

A, jak pokazują dane Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej, w Polsce zasądzonych alimentów nie płaci 324 tys. opiekunów. W sumie długi alimentacyjne wynoszą ponad 11,7 mld złotych. Średnio niesolidny rodzic zalega ze spłatą przeszło 36,3 tys. złotych. Najczęściej jest nim mężczyzna – 95 proc. wszystkich dłużników alimentacyjnych to panowie. Tym niesumiennym ojcom uzbierał się dług w wysokości 11, 35 mld złotych, co stanowi 96 proc. łącznego zadłużenia wszystkich dłużników alimentacyjnych, którzy trafili do KRD.

Nie wiemy, ilu niepłacących rodziców dostało wezwania do prokuratury, ale od 3 miesięcy obserwujemy wyraźny spadek liczby nowych wpisów z tego tytułu. O ile jeszcze w pierwszej połowie roku do Krajowego Rejestru Długów trafiało miesięcznie do 1,5 do 2,5 tys. nowych dłużników alimentacyjnych z długiem sięgającym od 150 do 180 mln złotych, to w ostatnim kwartale mamy 450-650 nowych wpisów miesięcznie na kwotę 90-106 mln złotych. Jeśli ten trend się utrzyma, to pod koniec roku możemy się spodziewać, że długi alimentacyjne zaczną w końcu spadać – komentuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Jak podkreśla prezes KRD BIG, ważne jest, aby wobec dłużników alimentacyjnych stosować jednocześnie wszelkie przewidziane prawem środki dyscyplinujące, a nie tylko wybiórczo pojedyncze, co jest niestety powszechną praktyką. Jeśli alimenciarz w krótkim czasie dostanie wezwanie do prokuratora, gmina skieruje go na roboty publiczne, wydział komunikacji odbierze prawo jazdy, a bank odmówi kredytu z powodu wpisu do Krajowego Rejestru Długów, wówczas skuteczność takich skumulowanych działań będzie większa.

Ostrożną optymistką jest także Dorota Herman ze Stowarzyszenia „Dla naszych dzieci”.

Jak na razie nie możemy mówić o spektakularnych efektach, jakie przyniosła nowelizacja Kodeksu Karnego. Nie mniej jednak, zaczynają do nas docierać sygnały od samotnych matek, które mówią o ojcach spłacających drobne kwoty. Zapewne wynika to z tego, że ci panowie, w obawie przed grzywną, opaską elektroniczną lub więzieniem, nie chcą dopuścić do „uzbierania się” zaległości wobec dzieci, których równowartość mogłyby wynieść co najmniej trzech świadczeń okresowych. Pomimo, że te sygnały są sporadyczne, to i każda taka wiadomość jest dla nas krzepiąca. W końcu do dzieci trafiają należne im środki na życie, nawet jeśli są to drobne kwoty – tłumaczy Dorota Herman.

Na mapie Polski w trzech województwach zadłużenie niesolidnych rodziców przekracza miliard złotych. Niechlubną trójkę regionów z największym długiem alimentacyjnym otwiera Mazowsze, gdzie 38,7 tys. opiekunów ma do oddania swoim dzieciom 1,53 mld złotych. Na drugim miejscu są rodzice z województwa śląskiego. Ich zadłużenie wynosi 1,32 mld złotych, a na tę kwotę uzbierało się 38,9 tys. dłużników. Podium zamykają nierzetelni opiekunowie z Dolnego Śląska, których dług przekracza 1,10 mld złotych. W tym regionie 32,6 tys. osób wymiguje się od łożenia na swoje dzieci. Z kolei najlepiej w regulowaniu alimentów wypadają rodzice z województwa opolskiego. W bazie danych KRD widnieje 7 778 niesolidnych opiekunów z tego regionu, a ich dług wynosi 1,53 mln złotych.

Z kolei najbardziej zadłużony rodzic, który nie wywiązuje się z obowiązku alimentacyjnego, to 50-letni mężczyzna z powiatu legionowskiego na Mazowszu. Rekordziście uzbierał się dług przekraczający 585 tys. złotych. Mimo, że ta kwota wydaje się być wręcz nierealna, jest efektem długoletniego uchylania się od płacenia na kilkoro dzieci. Jak łatwo się domyślić, to nieuregulowane alimenty z co najmniej kilkunastu lat – dodaje Adam Łącki.

 

Źródło; Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA

Eksperci

Bugajski: „Problematyczny” wzrost gospodarczy

Przez kilka ostatnich pokryzysowych lat wiele ekonomistów narzekało na stan globalnej koniunktury i ...

Grejner: Znów wzrosły płace w Polsce. A kiedy dogonimy Niemców?

4473 zł - tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pen...

Kalata: Część firm straci prawo do udzielania ulg

Zmiana ustawy z dnia 29 września 2017 roku o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej o...

Gontarek: Pracodawcy coraz częściej zatrudniają starszych pracowników

We wrześniu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 4,5% r/r. Natomiast...

Przasnyski: Żywność drożeje najmocniej od pięciu lat

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięc...

AKTUALNOŚCI

Zadłużone e-sklepy

Aż o jedną trzecią wzrosło w ciągu roku zadłużenie sprzedawców internetowych działających na polskim...

Wybieramy płatności elektroniczne zamiast gotówki

Większość Polaków wybiera płatności elektroniczne zamiast gotówki. Cenione są za innowacyjność, wygo...

Spotkanie MŚP rozpoczęte

35 tys. m2 – właśnie tyle przestrzeni potrzeba, aby ponad 6 tys. uczestników z ponad 30 krajów mogło...

Emigrujemy do Norwegii – mieszka tam już 85 tys. Polaków

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebyw...

Najszybciej rozwijającym się regionem w UE jest Mazowsze

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Eur...