wtorek, Październik 24, 2017
Home Archiwa 2017 Październik 11

Dzienne archiwaPaź 11, 2017

Tegoroczna siła blue chipów jest imponująca. Pomimo delikatnych spadków obserwowanych we wrześniu, WIG20 wciąż jest na solidnym plusie. Ostatnio zauważyliśmy jednak istotną zmianę jakościową. Inwestorzy stali się bardziej wybredni. Nie kupują już hurtem wszystkich spółek z WIG20 tylko dlatego, że charakteryzują się wysoką płynnością. Zaczynają coraz uważniej patrzeć na fundamenty – wyniki raportowane przez poszczególne blue chipy oraz perspektywy dla poszczególnych sektorów. Obrazują to notowania z ostatniego miesiąca. Podczas gdy rafinerie i spółki chemiczne były mocne, energetyka i banki już nie.

W najbliższym czasie trzeba się nastawić na bardziej selektywne podejście do inwestowania w WIG20, chociaż w dalszym ciągu przeważają argumenty za wzrostami. Gospodarka jest na fali wznoszącej, a akcje dużych spółek nie są jeszcze drogie. W USA osiągamy kolejne szczyty na giełdowych indeksach. Ostatnio poprawił się także sentyment na giełdach w Europie .

Wybrane „misie” pokażą pazur

Indeks WIG20 od początku roku wciąż prezentuje się znacznie lepiej niż indeksy grupujące średnie i małe spółki. Natomiast już w końcówce roku giełdowe „misie” mogą odzyskać nieco blasku. Sygnał do odbicia powinny dać lepsze wyniki finansowe za trzeci kwartał. Oczywiście ich poprawa będzie dla spółek sporym wyzwaniem – nie tak łatwo w ciągu zaledwie kilku miesięcy uporać się z rosnącymi kosztami pracy czy surowców i zwiększyć zyskowność biznesu. Z rozmów ze spółkami wiemy jednak, że w wielu z nich trwają intensywne prace, które mają dostosować ceny towarów i usług do nowych warunków. Na korzyść mniejszych firm przemawia też stabilizacja kursów walutowych. Z pewnością cieszy ona eksporterów i spółki osiągające przychody w innych walutach,

Odbicie w segmencie średnich i małych spółek powinna dodatkowo wesprzeć gra inwestorów pod tzw. efekt stycznia. W styczniu wielu inwestorów, szczególnie instytucjonalnych, wdraża w życie nowe strategie inwestycyjne i uzupełnia swoje portfele akcjami perspektywicznych spółek. Zwiększony popyt skumulowany w krótkim czasie potrafi wywołać dynamiczne wzrosty cen i giełdowych indeksów.

Jest jeden warunek – spółki będą musiały spełnić swoje obietnice dotyczące zysków i udowodnić, że potrafią się dostosować do trudniejszego otoczenia rynkowego. Trzeba mieć świadomość, że ta sztuka nie uda się wszystkim. Dlatego, podobnie jak w segmencie blue chipów, należy postawić na dokładną selekcję.

 

Autor: Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej.

Przedsiębiorstwa działające w Polsce, z wydatkami na inwestycje w prace badawczo-rozwojowe na poziomie 0,47 proc. PKB, plasują się na 20 miejscu w UE28. W 2015 r. nakłady firm na B+R w UE28 wyniosły 1,3 proc. PKB, czyli prawie 3 razy więcej niż w Polsce. Najmniej w UE na B+R wydawały firmy na Cyprze (0,08 proc. PKB) i firmy łotewskie (0,15 proc. PKB). Najwięcej – firmy szwedzkie (2,27 proc. PKB), austriackie (2,18 proc. PKB), niemieckie (1,95 proc. PKB) i fińskie (1,94 proc. PKB).

W porównaniu z liderami mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Ale i tak, od wejścia Polski do UE w 2004 r. nasze firmy co roku coraz więcej inwestują w B+R. W 2004 r. ich nakłady na B+R wyniosły 0,16 proc. PKB, dzisiaj jest to 3-krotnie więcej (0,47 proc. PKB). Większość tego wzrostu to zasługa funduszy unijnych, które wspierały firmy w ich decyzjach dotyczących inwestycji w działalność badawczo-rozwojową, a także inwestycji w B+R firm z kapitałem zagranicznym. Bez tych dwóch czynników zapewne nasze związki z innowacjami byłyby dużo słabsze niż są. Jednak fundusze unijne będą wspierać inwestycje firm w innowacje i B+R do 2020 r. (2022 r. uwzględniając okres ich rozliczania). Co do przyszłości (nowa perspektywa finansowa UE), można zakładać, że pieniędzy europejskich będzie mniej i na pewno będą znacznie trudniej dostępne. Dlatego tak ważne było stworzenie rozwiązań krajowych, które tworzyłyby środowisko sprzyjające inwestycjom w innowacje i B+R. Przyjęta przez Radę Ministrów ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej jest bardzo ważnym elementem tego środowiska. Rozwiązania w niej zawarte na pewno zwiększą zainteresowanie przedsiębiorstw inwestycjami w B+R. Przede wszystkim wzrosnąć mają bowiem odliczenia z tytułu ulgi na B+R do 100 proc. kosztów kwalifikowanych, niezależnie od wielkości firmy (dzisiaj obowiązuje ulga w wysokości 50% kosztów osobowych dla wszystkich firm oraz 50 proc. pozostałych kosztów kwalifikowanych dla MŚP, a 30 proc. dla dużych firm). Rozszerzeniu ma ulec także katalog kosztów kwalifikowanych, m.in. o należności z tytułu umów cywilno-prawnych, czy koszty nabycia sprzętu specjalistycznego. Prawo do ulgi na B+R będą miały także firmy działające w Specjalnych Strefach Ekonomicznych (ale od działalności B+R prowadzonej poza SSE). Projekt ustawy proponuje także zniesienie podwójnego opodatkowania funduszy kapitałowych w latach 2018-2023. Tu trochę dziegciu – szkoda, że projektodawcy nie zdecydowali się w tym przypadku na trwałe rozwiązanie problemu podwójnego opodatkowania inwestorów wspierających projekty B+R+I poprzez fundusze kapitałowe. Kiedyś trzeba będzie to zrobić, może warto było zacząć już przy tej ustawie. Przede wszystkim jednak bardzo brakuje w projekcie ustawy tzw. innovation box,  czyli obniżonej stawki podatku dochodowego albo zwolnienia podatkowego od dochodów ze sprzedaży praw własności intelektualnej (IP). Większość krajów UE takie rozwiązanie już ma (np. Węgry opodatkowują takie dochody stawką w wysokości 4,5 proc.). Bez tego trudno będzie zachęcać firmy do lokowania w Polsce na stałe działalności badawczo-rozwojowej. Szkoda. Tym bardziej, że cel, który postawiła sobie Polska, to 1,7 proc. wydatków na B+R w relacji do PKB do 2020 r. Zostało nam jeszcze 3 lata do jego realizacji. Gdyby nakłady na B+R rosły w Polsce w latach 2017-2020 w takim tempie jak w latach 2012-2015 (wzrost z 0,88 proc. PKB do 1 proc. PKB), to w 2020 r. osiągniemy poziom 1,15 proc. PKB, a nie 1,7 proc. Mało. Tym bardziej, że świat się cyfryzuje, robotyzuje, dzięki nowym technologiom informatycznym dynamicznie rozwija się gospodarka współdzielenia. Te zmiany nie pozostawiają pola manewru. Musimy inwestować w innowacje i B+R. Dlatego cieszy, że tak Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jak i Ministerstwo Finansów i Rozwoju świetnie to rozumieją, na co wskazuje przygotowany projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej. I prosimy o dalszą, jeszcze większą odwagę w otwieraniu się na B+R+I.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że deficyt sektora finansów publicznych w przyszłym roku nie wyniesie 2,7 proc. PKB tylko mniej – poinformował we wtorek podczas pierwszego czytania projektu budżetu na 2018 r. wiceminister finansów Leszek Skiba.

Przed zakończeniem trwającej około osiem godzin debaty na pytania posłów odpowiadał m.in. wiceminister finansów Leszek Skiba. Mówił, że w przyszłym roku poziom długu do PKB pozostanie na poziomie 51,7 proc., czyli takim samym, jak w roku 2017, a w kolejnych latach będzie się obniżał. „Jest to możliwe dzięki temu, że obniża się deficyt” – powiedział wiceminister.

Poinformował, że przewidziany w uzasadnieniu do budżetu szacunek deficytu sektora finansów publicznych w 2018 r. w wysokości 2,7 proc. PKB wynika z założenia, iż wszyscy wydadzą 100 procent tego, co jest zapisane w ustawie budżetowej.

„Naturalne oszczędności, które zawsze pojawiają się w wykonaniu (budżetu – PAP) oznaczają, że realnie ten deficyt można oceniać niżej. Czyli tak naprawdę, jeśli poziom naturalnych oszczędności wyniesie np. 6 mld zł, to ten deficyt sektora finansów publicznych może wynieść 2,4 proc. PKB. Czyli istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że deficyt sektora finansów publicznych w roku przyszłym nie wyniesie 2,7 proc. PKB tylko mniej” – powiedział Skiba.

„To jest możliwe dzięki rosnącym dochodom z podatku VAT i innym podatkom” – dodał. Przypomniał, że w 2015 r. dochody z VAT wynosiły 6,4 proc. PKB, w 2016 r. – 6,8 proc. PKB. „Szacujemy, że w roku 2017 mogą wynieść 7,9 proc. PKB, a w roku 2018 prawdopodobnie mogą przekroczyć 8 proc. PKB” – wyjaśnił. „Czyli tak naprawdę mamy do czynienia z istotnym wzrostem dochodów podatkowych nominalnie, realnie i także w odniesieniu do produktu krajowego brutto. To oznacza, że państwo polskie w coraz mniejszym stopniu potrzebuje dywidend” – mówił.

Według Skiby poziom dywidend jest w projekcie istotnie mniejszy niż w latach poprzednich, aby spółki skarbu państwa miały jak najwięcej środków na inwestycje. „Państwo nie drenuje spółek tak, jak miało to miejsce w czasach PO, zyski pozostają w firmach (…) dzięki temu mogą być przeznaczane na inwestycje” – wyjaśnił.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

W poniedziałek rozpoczął się w Brukseli XV Europejski Tydzień Regionów i Miast, który zgromadził ponad 5 tys. uczestników związanych z samorządem terytorialnym z całej UE.

Europejski Tydzień Regionów i Miast to coroczne wydarzenie, podczas którego przedstawiciele unijnych instytucji, europejskich samorządów, organizacji pozarządowych, a także eksperci i naukowcy mają okazję wymieniać się wiedzą na temat rozwoju gmin, miast i regionów.
Piętnastej edycji imprezy przyświeca hasło „Regiony i miasta na rzecz lepszej przyszłości”. Wydarzenie obejmuje ponad 130 warsztatów i debat, a także ceremonię wręczenia nagród w konkursie na „najbardziej inspirujące i innowacyjne” projekty unijne RegioStars. Wśród finalistów konkursu są trzy polskie projekty i jeden międzynarodowy z udziałem Polski.
 W spotkaniu ma wziąć udział przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.
W nadchodzącym tygodniu zainaugurowana zostanie również koalicja na rzecz silnej polityki spójności po 2020 r., której towarzyszyć będzie debata z udziałem komisarz UE ds. polityki regionalnej Coriny Cretu.

Organizatorami wydarzenia są m.in. Europejski Komitet Regionów i Dyrekcja Generalna Komisji Europejskiej ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej.

Sesje robocze koncentrować się będą wokół trzech tematów: „Budowanie odpornych miast i regionów”, „Regiony i miasta jako siła napędowa przemian” oraz „Wymiana wiedzy w celu uzyskania wyników”.
Poza Brukselą, w całej Europie od września do grudnia odbywają się lokalne imprezy towarzyszące w ramach inicjatywy Komitetu Regionów „Rozważania nad Europą”.
W zeszłym roku tytułem RegioStars w dwóch różnych kategoriach tematycznych nagrodzone zostały dwa polskie projekty: realizowana przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Krakowie Akademia Rozwoju Ekonomii Społecznej oraz Rewitalizacja Dolnego Miasta w Gdańsku.

Duże firmy od dawna wiedzą, jak ważne stało się profesjonalne zarządzanie pracownikami. Ta świadomość powoli przenika również do małych i średnich firm. Dla nich jednak, wewnętrzny dział HR to duże wyzwania. Z pomocą przychodzi usługa Mobilnego HR Managera.

Problemy z zasobami ludzkimi w MŚP mogą przybierać najróżniejsze formy jak np. brak motywacji w zespole, ciągła rotacja pracowników, brak zrozumiałych przepisów i regulaminów, nieskuteczna rekrutacja i wiele innych związanych zarówno z miękkimi, jak i twardymi kompetencjami.

Dyżurny ekspert, który błyskawicznie wypełni luki kompetencyjne

Małe i średnie firmy to często przedsiębiorstwa rodzinne, w których tradycja stanowi największą wartość. Gdy utarte zasady przestają się sprawdzać i pojawiają się problemy, niezastąpiona będzie pomoc eksperta.

Doświadczenie i ogromna wiedza eksperta HR dostarcza wielu perspektyw biznesowych, ale są one związane z dodatkowymi kosztami zatrudnienia nowego pracownika (podatki, ubezpieczenia, szkolenia czy benefity) – zauważa Ewelina Dworaczek, HR Product Manager z Impel Business Solutions.

Z pomocą dla sektora MŚP przychodzi Mobilny HR Manager. To osoba z zewnętrznej firmy specjalizująca się w zarządzaniu zasobami ludzkimi.

– Taki ekspert obecny jest w firmie raz, dwa razy w tygodniu, a przez resztę czasu jest dostępny zdalnie (telefonicznie, mailowo) prowadząc aktualne sprawy HR i rozwiązując pojawiające się problemy. Jest to profesjonalista z ogromną wiedzą, doświadczeniem i znajomością branży. Nawiązanie współpracy z Mobilnym HR Managerem to doskonały sposób na pozyskanie kompetencji, których nie ma w organizacji. Daje świeże spojrzenie na dotychczasowe działania oraz bodziec do wprowadzenia zmian – podkreśla Ewelina Dworaczek.

W czym może pomóc Mobilny HR Manager?

Ekspert IBS podaje przykład: – Jednym z naszych klientów było 30-letnie przedsiębiorstwo usługowe, zatrudniające 350 pracowników. Od lat bezskutecznie próbowało zwiększyć swoją konkurencyjność na rynku. Niekorzystną sytuację powodowała rozbudowana struktura organizacyjna i niechęć kadry zarządzającej do wprowadzania zmian. Mobilny HR Manager wystąpił tam w roli mediatora wewnątrz firmy. Zorganizował szkolenia dla załogi, podniósł jej kompetencje, dzięki czemu pracownicy i zarząd otworzyli się na nowe pomysły. Wprowadził zmiany w strukturze firmy. Pojawiły się stanowiska odpowiedzialne za monitoring konkurencji i zmian na rynku. To wystarczyło, by zdobyć przewagę konkurencyjną.

Mobilny HR Manager sprawdzi się także w średnich przedsiębiorstwach. – Niedawno z tego typu usługi skorzystało przedsiębiorstwo produkcyjne zatrudniające około 150 – mówi Ewelina Dworaczek.

– Sezonowo zatrudnienie w tej firmie zwiększało się o ok. 20 pracowników tymczasowych. Problemem dla zarządu było utrzymanie ciągłości produkcji w obliczu dużej rotacji pracowników. Strukturę kadrową firmy stanowiła zaledwie jedna osoba, która obsługiwała sprawy personalne, płacowe oraz rekrutacyjne. W wyniku współpracy z Mobilnym HR Managerem udało się wprowadzić duże zmiany: przeprowadzono restrukturyzację służb HR, przekazano procesy kadrowo-płacowe do outsourcera, a procesy rekrutacyjne zlecono zewnętrznym agencjom. Dzięki temu firma mogła w pełni skupić się na działaniach podnoszących jej efektywność oraz wypracowaniu polityki personalnej zgodnej ze strategią i wartościami firmy. Konsekwencją tych działań były nowe regulacje dotyczące zasad wynagradzania, systemów premiowania, rozwoju pracowników. Dodatkowo przeprowadzono badania opinii pracowników, w wyniku których udało się ustabilizować sytuację firmy oraz zwiększyć jej efektywność, uwzględniając przy tym potrzeby pracowników i zarządu – wspomina ekspert IBS.

Korzyści, bezpieczeństwo, zaufanie

Mobilny HR Manager zapewnia firmie podobne korzyści, jak outsourcing. Pierwszą z nich są oszczędności finansowe. Zamiast tworzyć nowe struktury zatrudnienia w firmie, można „wynająć” eksperta z bardzo wysokimi kwalifikacjami. Osoba, która na co dzień zajmuje się HR-em, zna najnowsze trendy, ma doświadczenie zdobyte w wielu firmach i bogatą wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną. Jest nieocenionym kapitałem przedsiębiorstwa i realną jego przewagą w stosunku do konkurencji, która z takich rozwiązań nie korzysta. Dzięki wydzieleniu procesów HR przedsiębiorca zyskuje jeszcze jedną korzyść – w pełni może skupić się na swojej strategicznej działalności.

Jak zyskać pewność, że Mobilny HR Manager sprawdzi się w swojej roli?

– Powinniśmy zwrócić uwagę, czy wsłuchuje się w nasze potrzeby. Każda firma jest inna i potrzebuje różnych, dostosowanych do własnych potrzeb, rozwiązań. Profesjonalizm, przedsiębiorczość, elastyczność, kreatywność i otwartość to niezbędne atrybuty HR Managera. Wysoko rozwinięte umiejętności komunikacji i nieszablonowego myślenia także są cenne – wymienia Ewelina Dworaczek z IBS i dodaje: – Równie ważna, co wymienione wyżej kompetencje jest umiejętność zrozumienia i szacunku dla kultury organizacyjnej panującej w firmie. Godny zaufania HR Manager nie robi w niej rewolucji, lecz etapami i w kontrolowany sposób wprowadza zmiany. Potrafi też nawiązać więź z pracownikami firmy i jest postrzegany jak członek zespołu, dzięki czemu buduje się wzajemne zaufanie.

 

Źródło: Infor

Szef mnie zwolni? Nie ma powodów do lęku – odpowiadają najczęściej Polacy. Ponad 3/4 ankietowanych nie boi się utraty pracy, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a jedynie 7% odczuwa duży lęk – pokazują wyniki badania „Monitor Rynku Pracy”.

Zaledwie 23% ankietowanych Polaków obawia się utraty dotychczasowego stanowiska. Jednocześnie rzadziej niż do niedawna respondenci mówią o zmianach zawodowych w ich życiu. Jeśli już się takie pojawiają, to z własnej inicjatywy i dlatego, że oferta nowego pracodawcy była lepsza. Już co drugi badany Polak podaje właśnie taki powód rotacji.

Co piąty badany zmienił w ostatnim kwartale pracę. Tak niskiego poziomu rotacji na rynku pracy nie notowaliśmy w badaniu od blisko 4 lat. W stosunku do poprzedniego kwartału ten odsetek zmniejszył się o 7 p.p. – był to największy spadek w historii Monitora Rynku Pracy.

Dotychczas Polska przodowała w Europie pod względem rotacji. W najnowszej edycji badania, po raz pierwszy od czterech lat, wskaźnik rotacji był niższy niż europejska średnia. Najczęściej pracę zmieniali w ostatnim czasie Francuzi (23%), Brytyjczycy (22%) i Szwajcarzy (22%), najrzadziej – mieszkańcy Luksemburga (8%), Austrii (13%) i Danii (16%).

Od czterech lat jako główny powód rotacji Polacy wskazują lepsze warunki pracy w nowym miejscu zatrudnienia. Od tego też czasu dynamicznie maleje odsetek osób, które pracę zmieniły ze względu na zmiany struktury firmy, co na ogół ma związek ze zwolnieniem.

W najnowszym badaniu co drugi pracownik deklarował, że o zmianie pracy zdecydowała lepsza oferta – jest to najwyższy wynik w historii. Jeszcze cztery lata temu deklarowało tak 30% respondentów. Na osobiste pragnienie zmiany w najnowszej edycji wskazało 29% ankietowanych, a zmiana struktury firmy była powodem rotacji dla 14% uczestników badania (dla porównania cztery lata temu, gdy był to dominujący czynnik, odsetek ten sięgał 30%).

– W wynikach badania widać najdobitniej odwrócenie ról. Pracownik coraz śmielej bierze swoją karierę we własne ręce i podejmuje świadome decyzje, kierując się swoim interesem. Jest coraz bardziej aktywnym uczestnikiem rynku pracy – negocjuje warunki, szuka miejsca pracy, w którym otrzyma coś więcej. Baczniej też obserwuje propozycje pracodawców, bo nie musi już korzystać z pierwszej lepszej. – wyjaśnia Monika Hryniszyn, Członek Zarządu i Dyrektor Personalna w Randstad Polska. Jak dodaje, efektem jest coraz większa liczba pracowników, którzy przekonali się o tym, że taka postawa procentuje. Potwierdza to też wyhamowanie rotacji na rynku pracy – wielu kandydatów już trafiło do firmy, która zaproponowała im dobre warunki.

Od trzech edycji badania maleje liczba respondentów, którzy poszukują nowego zatrudnienia. W tej kategorii notujemy najniższy wynik od wielu lat. Aktywnie nowej pracy szuka 9% ankietowanych, rozgląda się za nowym zajęciem 18% uczestników badania.

W siedmioletniej historii badania Monitor Rynku Pracy jeszcze nigdy Polacy tak rzadko nie przejawiali obaw o utratę pracy. Ponad 3/4 ankietowanych w ogóle nie dostrzega takiego ryzyka, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a 7% – odczuwa duży lęk. Grupą wiekową, która najbardziej boi się utraty pracy są ludzie w wieku od 18 do 24 lat (39%, w tym 13% czuje się silną obawę).

– Pracodawcy muszą przykładać większa troskę do jakości zatrudnienia, bo to chęć poprawy warunków pracy i płacy będzie dominującym powodem zmiany pracodawcy. Względna równowaga na rynku pracy wpływa ogólnie na większe poczucie bezpieczeństwa pracowników. Dzisiejsi pracownicy są bardziej świadomi swojej kariery zawodowej i lepiej ją planują, są nastawieni na podnoszenie kwalifikacji i rozwój zawodowy, a to dobrze wróży polskiemu rynkowi pracy na przyszłość – ocenia prof. dr hab. Jacek Męcina, dyrektor Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego i doradca Konfederacji Lewiatan.

Kolejny raz z rzędu z wynikiem 76% Polacy zajmują miejsce w europejskiej czołówce najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników. Tradycyjnie wyprzedzają nas kraje nordyckie – w tym kwartale Dania (83%) i Norwegia (78%). Co ważniejsze, wyniki w Polsce nie różnią się znacząco w zależności od płci czy wieku. Bardziej zadowoleni z pracy są mężczyźni (76%) niż kobiety (74%). Najczęściej satysfakcję zawodową deklarują osoby w wieku od 25 do 34 lat (79%), najrzadziej – respondenci w wieku od 45 do 54 lat (71%). Europejska średnia sięga 70%, a najmniej satysfakcji z pracy czerpią Włosi (65%), Grecy (63%) i Węgrzy (58%).

Wypowiedź: Katarzyna Gurszyńska, dyrektor Instytut Badawczego Randstad, Łukasz Komuda, ekspert Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, redaktor portalu Rynekpracy.org.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego są alarmujące. Spośród 39 polskich miast, w których mieszka ponad 100 tysięcy ludzi, do 2030 roku wzrost liczby ludności nastąpi tylko w sześciu. Paradoksalnie, tradycyjne firmy deweloperskie często przyczyniają się do przyspieszania procesów suburbanizacyjnych. Odpowiedzią na wyludnianie miast może być dywersyfikacja oferty.

Z raportu GUS wynika, że największym przyrostem ludności będą się  charakteryzować głównie gminy położone na obrzeżach dużych i części średniej wielkości miast. Ten proces to suburbanizacja. Nazwa pochodząca od angielskiego „suburb” (przedmieście) dotyczy jednej z faz rozwoju miasta – wyludniania dzielnic centralnych, połączonego z rozwojem terenów podmiejskich. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. To chęć życia z dala od zgiełku miasta, rosnące ceny nieruchomości w centrach, rozwój oferty mieszkaniowej nieadekwatny do potrzeb mieszkańców czy rozpowszechnianie pracy zdalnej.

Czy z suburbanizacją należy walczyć?

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. O ile zmiany demograficzne powodowane bardzo niskim (bądź ujemnym) przyrostem naturalnym są jednoznacznie negatywne ekonomicznie czy społecznie, wybór miejsca zamieszkania może wydawać się neutralny. Głębsza analiza pokazuje jednak, że przeprowadzka poza miasto, nawet jeśli nie wiąże się ze zmianą pracy czy nawyków zakupowych, ma znaczące, długoterminowe konsekwencje.

Część terenów podmiejskich nie posiada nawet podstawowej infrastruktury. Brak wyznaczonych dróg, odległość od przedszkola, szkoły, placówki medycznej, sklepu początkowo mogą być znoszone, jeśli zostały zrekompensowane wyjątkowo niską ceną działki. Po czasie wpływają jednak na wzrost frustracji, w szczególności kiedy okazuje się, że lokalne władze wbrew oczekiwaniom wcale nie zamierzają interesować się potrzebami jednej rodziny czy kilku – żyjących w dużym rozproszeniu.

Osiedlanie się w dużym rozproszeniu i niewielkich skupiskach ma również wielkie konsekwencje dla transportu. Wymaga zapewnienia mieszkańcom dróg oraz komunikacji publicznej. Mieszkańcy albo słyszą odmowę władz, podyktowaną zbyt wysokimi kosztami, albo muszą liczyć się z ułomną ofertą transportową, np. linią autobusową kursującą rzadko, wyłącznie w określonych godzinach i o trasie kończącej się nie w centrum miasta, a na najbliższym węźle przesiadkowym.

Konieczność rozbudowy sieci dróg, kanalizacji czy wodociągów ma skutki nie tylko ekonomiczne, ale również ekologiczne. Dochodzi do tego wzmożony ruch samochodowy – na skutek niewystarczającej oferty transportu publicznego. Większość mieszkańców podmiejskich miejscowości i wsi pracuje w mieście, więc korki nie dotyczą jedynie dróg dojazdowych, ale również dzielnic centralnych.

Czy to znaczy, że z marzenia o własnym domu pod miastem należy zrezygnować? Absolutnie nie! Zanim jednak zdecydujemy się na kupno parceli na „końcu świata”, warto rozważyć wszystkie możliwości – od segmentów po działki na terenach już dobrze przystosowanych do zamieszkania – z doprowadzonymi mediami, drogami i w pobliżu odpowiedniej infrastruktury. Czasem warto też rozważyć… pozostanie w mieście. Rynek mieszkań ewoluuje, powoli dostosowując się do nowych potrzeb konsumentów.

Jak skłonić ludzi do pozostania w miastach?

Zatrzymanie mieszkańców w miastach nie jest proste, a żeby okazało się skuteczne wymaga bardzo różnorodnych działań licznych podmiotów. Miasta muszą ewoluować na wielu płaszczyznach. Od kulturalnej po infrastrukturalną. Kluczowe wydaje się jednak zapewnienie oferty mieszkaniowej, która odpowiadałaby zmieniającym się potrzebom nabywców. Coraz zamożniejsi przedstawiciele klasy średniej zaczynają oczekiwać więcej niż dotychczas. Rośnie grupa klientów szukających mieszkania, z którym mogą się utożsamiać, wpisującego się w styl życia, wyróżniającego się.

– Niedopasowanie oferty dużych deweloperów do potrzeb części nabywców jest jednym z katalizatorów suburbanizacji – tłumaczy Kuba Karliński, członek zarządu firmy Magmillon i wymienia część „grzechów” branży. – Gros nowych mieszkań dostępnych na rynku to niemal identyczne lokale w bardzo podobnych do siebie blokach. Inwestycje w poszczególnych dzielnicach nie różnią się znacząco, nie harmonizują z otoczeniem i nie zachęcają designem. Problematyczna bywa również lokalizacja. Niedobór ciekawych gruntów w centrach nie tylko podwyższa ceny w tych rejonach, ale sprawia, że w poszukiwaniu miejsca na inwestycję duzi deweloperzy eksploatują coraz mniej atrakcyjne grunty, np. w otoczeniu zabudowań przemysłowych – komentuje ekspert.

Szukanie alternatywy bardzo często nie leży w obszarze zainteresowania czołowych deweloperów. Pierwszą przyczyną jest to, że takie podejście wymaga kreatywności i elastyczności. Drugi czynnik to skala.

– Projekty kierowane do wybranego grona odbiorców są zazwyczaj mniejsze. W Warszawie realizujemy m.in. projekt rewitalizacji przedwojennej kamienicy z 1914 roku przy ul. Brzeskiej i rozbudowy innej, przy Lubomira, również przedwojennej. Łącznie to ponad niż 100 mieszkań. Każde z nieco innych charakterem, mimo ogólnej spójności przedsięwzięć wpisujących się w praski koloryt – mówi Kuba Karliński z Magmillon.

Rynkowe przykłady wskazują, że znalezienie swojej niszy w sektorze jest opłacalne. Nie każdy oczekuje od swojego mieszkania oryginalności, a od okolicy – artystycznego klimatu. Jednak dla tych wszystkich, których nudzą minimalistyczne osiedla podobnych sześcio- i ośmiopiętrowych bloków, nie ma wielu alternatyw. Poszukując swojego miejsca, wyprowadzają się na przedmieścia, gdzie mogą wykreować swoją przestrzeń w zgodzie z oczekiwaniami. Najczęściej wiąże się to z rezygnacją z części wygód. Rynek już dostrzegł, że można zaoferować im coś więcej.

 

Źródło: Magmillon

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Źródło:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dr Łukasz Bernatowicz z BCC zauważa, że obecnie rośnie rywalizacja między deweloperami o to, kto kupi więcej i lepiej zlokalizowanych gruntów. Wygrają ci, którzy mają zgromadzone środki na nabycie dodatkowych terenów. Pozostali muszą się kredytować, żeby wykorzystać dobrą koniunkturę i nie wypaść z wyścigu o klienta. Warto też zaznaczyć, że umowy zawierane z bankami są dziś dużo bezpieczniejsze dla inwestorów, niż przed laty. To obniża ryzyko występowania spektakularnych upadłości na tym rynku. W ocenie eksperta Łukasza Sęktasa, branża bardzo dojrzała po fali bankructw. Nabywanie ziem powyżej cen rynkowych zdarza się już rzadko i dotyczy wyjątkowo zdesperowanych inwestorów.

Jak zauważa prezes zarządu TIARA Development, ostatnio wzrósł obrót działkami deweloperskimi. Wynika to m.in. z tego, że w czasie poprzedniego boomu mieszkaniowego wielu inwestorów zbudowało zbyt duże tzw. banki gruntów. W efekcie nie potrzebowali oni kupować kolejnych terenów przez ok. 8 lat. Zdaniem Łukasza Sęktasa, te zasoby w końcu się zmniejszyły i deweloperzy ponownie przystąpili do zwiększonych zakupów, ale tym razem robią to dużo ostrożniej, niż w poprzednich latach.

– Ci, którzy zgromadzili nadwyżki w środkach operacyjnych i teraz nabywają więcej gruntów za gotówkę, wygrają z konkurencją. Jest to szczególnie istotne w przypadku spółek notowanych na GPW, bo one muszą zadbać o interesy swoich akcjonariuszy. Firmy, nieprzygotowane do dobrej koniunktury, muszą się kredytować, co oczywiście wiąże się z dodatkowymi kosztami. Inaczej wypadną z wyścigu na rynku nieruchomości, który nabiera coraz większego tempa – mówi dr Łukasz Bernatowicz, ekspert ds. infrastruktury prawa budowlanego i zamówień publicznych z Business Centre Club.

Według prezesa Sęktasa, planowanie jest dość skomplikowane w branży deweloperskiej, ze względu na długi proces inwestycyjny, często sięgający 3-4 lat. Gromadzenie gruntów w czasach dekoniunktury nie jest łatwe, szczególnie w dużych firmach, np. giełdowych, gdzie kadrę zarządzającą ocenia się na podstawie rocznych wyników. Ciężko też jest przekonać inwestorów do zakupu dodatkowych terenów, gdy sprzedaż mieszkań jest niska. A kiedy następuje boom na rynku, trudno jest już o sensowne i tanie zakupy. Problemem jest przede wszystkim niewystarczająca ilość ziemi w dobrych lokalizacjach. Oczywiście najwięksi gracze najczęściej koncentrują się na wielu rynkach, a mniejsi budują na obrzeżach miast albo specjalizują się w drogich lokalizacjach, usytuowanych w centrach metropolii.

– Myślę, że tzw. kumulacja boomu deweloperskiego jest jeszcze ciągle przed nami. Powinna nastąpić w przyszłym roku, ale też nie urwie się raptownie. Będzie kończyła się łagodnie, bez żadnego tąpnięcia. Wynikać to będzie z tego, że deweloperzy działają bardziej przezornie, niż w latach 2008-2009, kiedy kilku dużych graczy zbankrutowało. Wnioski zostały wyciągnięte z tamtej nauki. To znaczy, inwestorzy nie wydają już tak pochopnie środków, jak wcześniej. I dokładnie planują swoje inwestycje – ocenia dr Bernatowicz.

Jak wyjaśnia Łukasz Sęktas, po ostatnim boomie mieszkaniowym deweloperzy nauczyli się, że nic nie trwa wiecznie. Wtedy spora część inwestorów, spodziewając się dalszego wzrostu cen mieszkań i poziomów sprzedaży, gromadziła ziemie „na zapas”. Grunty były kupowane bardzo drogo i po osłabieniu koniunktury okazało się, że na wielu z nich nie uda się wybudować nieruchomości i sprzedać ich z zyskiem. Wówczas nastąpił szereg bankructw. Niektórzy, chcąc zakończyć inwestycje, musieli dopłacać do sprzedawanych mieszkań. Podobne tendencje były widoczne również w innych krajach Europy, np. w Hiszpanii, a także w Stanach Zjednoczonych.

– Banki też są lepiej przygotowane na udzielanie kredytów deweloperom, ponieważ w dużo bezpieczniejszy sposób zawierają z nimi umowy. Inwestorzy muszą się wylegitymować znacznie bardziej szczegółowym raportem, niż kilka lat temu. Potem oczywiście są rozliczani z każdego etapu prowadzonej budowy. Jeżeli nie jest ona dociągnięta do określonego poziomu, nie wpływa kolejna transza pieniędzy. W związku z tym, deweloperzy bardzo dbają o to, żeby wszystko robić w terminie – wyjaśnia dr Bernatowicz.

Deweloperzy mogą intensyfikować swoje zyski, budując coraz więcej mieszkań, ale to jest bardzo trudne. Eksperci są zgodni co do tego, że łatwo można się przeliczyć. W związku z tym, trzeba postępować zgodnie z biznesplanem i nie podejmować pochopnych decyzji, mimo że okoliczności wydają się ku temu sprzyjające. Jak pokazują doświadczenia deweloperów z kilku ostatnich lat, trzymanie się dyscypliny budżetowej jest najważniejsze w tym biznesie. Wielu przedstawicieli branży zakłada, że zyski przyjdą same, przy rozsądnym podejściu. Bardzo korzystna koniunktura mieszkaniowa będzie bowiem sprzyjać powiększaniu dochodów.

– 10 lat temu, podczas boomu mieszkaniowego, deweloperzy przelicytowywali się między sobą, podbijając ceny gruntów, czasami nawet kilkukrotnie. Obecnie już nie widać na rynku tak agresywnych zachowań, choć czasem zdarzają się też zakupy powyżej cen rynkowych. Dokonują ich zdesperowani inwestorzy, którym brakuje gruntów pod inwestycje. Niemniej, branża jest dziś dużo dojrzalsza i mądrzejsza. Sytuacja jest tylko trudniejsza dla nowych graczy, bo ceny transakcyjne gruntów w ostatnich 2-3 latach wzrosły o kilkadziesiąt procent, ale też wynagrodzenia wykonawców poszybowały w górę – komentuje Łukasz Sęktas.

Natomiast dr Bernatowicz dodaje, że zyski deweloperów, wbrew pozorom, nie są ogromne. Wynoszą 8-12% w skali roku. I to już jest naprawdę dobrym wynikiem. Boom mieszkaniowy przyniesie korzyści nie tylko tej branży, ale wielu innym dziedzinom gospodarki. W ślad za inwestorami pójdą firmy budowlane i wykończeniowe. Dobra passa czeka także architektów wnętrz i projektantów zieleni oraz tych wszystkich specjalistów, którzy w różnym zakresie zagospodarowują nowoczesne osiedla mieszkaniowe. Oczywiście zyskają również producenci mebli i sprzętu RTV i AGD. Ekspert z BCC przewiduje, że ww. sektory m.in. dlatego będą prężnie się rozwijały w najbliższych latach.

– Przede wszystkim rozwiną się ci deweloperzy, którzy będą w stanie zaoferować to, czego oczekują klienci, w rozsądnych cenach. Z kolei najwięcej mogą stracić niedoświadczeni inwestorzy. Jeżeli niezdecydowany, świeży na rynku gracz spóźni się z zakupem gruntu i czasem budowy, to w skrajnym przypadku nawet nie odzyska zainwestowanych pieniędzy. Nastąpiłoby to, gdyby ceny mieszkań lekko spadły za 3-4 lata, co nie jest mało prawdopodobne – podsumowuje Łukasz Sęktas.

 

Źródło; MondayNews

Każdemu przedsiębiorcy przyświeca jeden cel. Jest nim generowanie przychodów, by móc realizować misję i wizję prowadzonej firmy. Niestety polskie przedsiębiorstwa coraz częściej dosięga problem braku płynności finansowej. Jak zatem zadbać o firmowe finanse?

Z Europejskiego Raportu Płatności 2017, przeprowadzonego przez Intrum Justitia, wynika, że 52 proc. polskich firm zostało zmuszonych do akceptacji dłuższych terminów płatności. Konsekwencją takich sytuacji jest zachwianie firmowego budżetu. Podpowiadamy, jak odpowiednio zarządzać finansami w przedsiębiorstwie oraz w jaki sposób uchronić się przed niewypłacalnością kontrahentów.

Dokumentacja i archiwizacja

Podstawą zarządzania firmowymi finansami jest odpowiednie udokumentowanie nawet najmniejszego wydatku lub przychodu. To pozwala na odpowiednie przygotowanie zestawienia zysków i strat. Istotne jest również odpowiednie zarchiwizowanie tych dokumentów. Szczegółowe opisanie i skatalogowanie wszelkich faktur to podstawa dobrze funkcjonującego biznesu. Dzięki temu nie będziemy mieć problemu z odnalezieniem odpowiednich dokumentów w przypadku kontroli czy tworzenia np. rocznych bilansów. Ułatwia to również sprawdzenie, ile na danym projekcie zarobiliśmy. To z kolei pozwala określić rentowność podobnych zleceń, które możemy otrzymać w przyszłości.

Analiza, analiza, analiza…

Prowadząc własną działalność nie możemy zapomnieć o wyciąganiu wniosków ze spływających do nas raportów. – Prezes choćby nawet najmniejszego przedsiębiorstwa nie może skupiać się jedynie na stanie firmowego konta. Przede wszystkim powinien zwrócić uwagę na raporty dotyczące sprzedaży. To na ich podstawie możemy określić dynamikę finansową firmy, która jasno określa czy nasz biznes przynosi zyski, czy zaczyna generować straty – radzi Agnieszka Surowiec, ekspert z firmy Intrum Justitia, specjalizującej się w dostarczaniu usług poprawiających płynność finansową przedsiębiorstwa. Warto również poddać analizie rentowność naszej firmy. Przyjrzyjmy się więc po kolei – rentowności danego projektu, poszczególnych działów oraz całej spółki. To najłatwiejszy sposób na ochronę przed finansowym kryzysem.

Zabezpieczenie finansów gwarancją sukcesu

Przedsiębiorcy mogą chronić finanse firmy na wiele sposobów. Jednym z podstawowych zabezpieczeń jest stosowanie przedpłaty. Takie rozwiązanie pozwala na znaczne ograniczenie strat związanych z nieotrzymaniem na czas zapłaty za wykonaną usługę czy wysłany produkt. Wśród innych zabezpieczeń można wymienić takie środki, jak: faktoring, gwarancje bankowe czy ubezpieczenie wierzytelności. Przydatne jest również wdrożenie systemu monitoringu faktur. Polega to na stałej kontroli stanu należności, jak również na przypominaniu klientom o zbliżającym się terminie zapłaty za fakturę. – Bez względu na stosowane zabezpieczenia każdy przedsiębiorca powinien pamiętać, że podstawą jest określenie jasnych zasad dotyczących płatności i egzekwowania należności. Przed podpisaniem umowy porozmawiajmy z naszym klientem. W przypadku, gdy będzie deklarował, że podany termin płatności jest dla niego zbyt krótki zastanówmy się nad jego wydłużeniem – wyjaśnia Agnieszka Surowiec. W przypadku, gdy mimo takich działań prewencyjnych nie otrzymamy na czas należnej zapłaty nie warto zwlekać z rozpoczęciem procesu windykacji. Szybka reakcja pozwala na skuteczne odzyskanie należności.

Zwrot kosztów dochodzenia należności

Zgodnie z obowiązującą dyrektywą Unii Europejskiej w sprawie nieterminowych płatności możemy ubiegać się o zwrot kosztów dochodzenia należności. – Według unijnej dyrektywy wierzyciel ma prawo do naliczenia tzw. rekompensaty za koszty odzyskiwania należności. Rekompensata jest to ryczałtowa kwota, która stanowi równowartość 40 euro. W celu dochodzenia rekompensaty, wierzyciel nie musi wykazywać, że poniósł faktycznie jakiekolwiek koszty dochodzenia należności – wyjaśnia ekspert Intrum Justitia. Należy również podkreślić, że możemy starać się o wyższą rekompensatę. – W przypadku, gdy koszty odzyskania należności przekroczą kwotę stałej rekompensaty, wierzyciel ma możliwość uzyskania na drodze sądowej zwrotu wydatków. Musi jedynie przedstawić odpowiednie dokumenty, które potwierdzą, że proces odzyskania należności przewyższył wysokość ustalonej rekompensaty – dodaje Agnieszka Surowiec.

Dbając o odpowiedni przepływ funduszy w naszej firmie powinniśmy przede wszystkim poddać szczegółowej analizie wszelkie spływające do nas raporty finansowe. Nie możemy również zapomnieć o odpowiednim udokumentowaniu wszelkich wpływów i wydatków. W przypadku, gdy kontrahenci zalegają z płatnością za wystawioną fakturę, należy jak najszybciej podjąć odpowiednie kroki. Pamiętajmy, że zbyt długie oczekiwanie na dokonanie płatności znacząco zmniejsza szanse na otrzymanie całej należnej nam kwoty.

 

Źródło; Intrum Justitia,

Eksperci

Bugajski: „Problematyczny” wzrost gospodarczy

Przez kilka ostatnich pokryzysowych lat wiele ekonomistów narzekało na stan globalnej koniunktury i ...

Grejner: Znów wzrosły płace w Polsce. A kiedy dogonimy Niemców?

4473 zł - tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pen...

Kalata: Część firm straci prawo do udzielania ulg

Zmiana ustawy z dnia 29 września 2017 roku o zmianie ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej o...

Gontarek: Pracodawcy coraz częściej zatrudniają starszych pracowników

We wrześniu br. przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe o 4,5% r/r. Natomiast...

Przasnyski: Żywność drożeje najmocniej od pięciu lat

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięc...

AKTUALNOŚCI

Zadłużone e-sklepy

Aż o jedną trzecią wzrosło w ciągu roku zadłużenie sprzedawców internetowych działających na polskim...

Wybieramy płatności elektroniczne zamiast gotówki

Większość Polaków wybiera płatności elektroniczne zamiast gotówki. Cenione są za innowacyjność, wygo...

Spotkanie MŚP rozpoczęte

35 tys. m2 – właśnie tyle przestrzeni potrzeba, aby ponad 6 tys. uczestników z ponad 30 krajów mogło...

Emigrujemy do Norwegii – mieszka tam już 85 tys. Polaków

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebyw...

Najszybciej rozwijającym się regionem w UE jest Mazowsze

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Eur...