piątek, Listopad 22, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "zarobki"

zarobki

Rok temu Ukraińcy pracowali w co piątej firmie w Polsce. Czy teraz więcej firm zatrudnia kadrę ze Wschodu? Dowiemy się 6 listopada.

Barometr Imigracji Zarobkowej

Z ubiegłorocznego „Barometru Imigracji Zarobkowej – II półrocze 2018” wynikało, że Ukraińców zatrudnia 21% firm w Polsce. Tak duże zainteresowanie było efektem pogłębiających się trudności ze znalezieniem pracowników na lokalnym rynku pracy, co więcej eksperci zwracali wtedy uwagę na konieczność wprowadzenia zmian w polityce migracyjnej.

Co się zmieniło w zakresie zatrudniania pracowników z Ukrainy, co więcej – czy firmy nadal tak bardzo ich potrzebują? A może przedsiębiorcy dostrzegają rosnące trudności z zatrudnianiem kadry ze Wschodu? Już 6 listopada Personnel Service opublikuje najnowsze wyniki „Barometru Imigracji Zarobkowej”.

Przypomnijmy wyniki ostatniej edycji „Barometru Imigracji Zarobkowej”:

ZATRUDNIANIE

  • Zatrudnianie pracowników z Ukrainy deklarowało 21% firm.
  • Najczęściej kadrę ze Wschodu zatrudniały duże firmy (40%), również średnie (29%), najmniej małe (18%).
  • Poszukiwanie Ukraińców planowało także 17% przedsiębiorstw.

ZAROBKI

  • Aż 39% pracodawców płaciło pracownikom z Ukrainy od 13,7 do 15 zł brutto za godzinę pracy.
  • 16% firm płaciło od 16 do 20 zł brutto, co więcej co dziesiąty pracodawca oferował stawkę powyżej 20 zł.

ZASADY ZATRUDNIENIA

  • Po pierwsze aż 3 na 4 Ukraińców chciało pracować w Polsce dłużej niż tylko pół roku, na które pozwala uproszczona procedura zatrudniania.
  • Co więcej, wydłużenia okresu legalnej pracy dla Ukraińców oczekiwało aż 66% pracodawców.
  • Ponadto firmy liczyły na wydłużenie okresu przebywania w Polsce w oparciu o zezwolenie na pracę z 3 do 5 lat (38% wskazań) oraz na ułatwienie formalności pozwalających ubiegać się o dłuższy pobyt pracownika z Ukrainy w Polsce (38% wskazań).
  • I wreszcie co czwarty pracodawca był przekonany, że powinna powstać lista zweryfikowanych firm. Mogłyby one zatrudniać pracowników z Ukrainy w ramach uproszczonej procedury.

Personnel Service

To firma specjalizująca się w rekrutacji i zatrudnianiu pracowników z Ukrainy, dlatego współpracuje z przedsiębiorstwami m.in. z sektorów automotive, RTV/AGD i przemysłu ciężkiego. Dzięki Personnel Service zatrudnienie w Polsce znalazło już 50 tys obywateli Ukrainy dlatego Personnel Service znalazł się w pierwszej trójce przedsiębiorstw wyspecjalizowanych w tym zakresie.

Mówi się, że najtrudniej jest zacząć. Choć obecnie mamy do czynienia z rynkiem pracownika, tylko w wybranych branżach osoby na stanowiskach juniorskich mogą liczyć na satysfakcjonujące wynagrodzenie. W czym warto się wyspecjalizować, by najlepiej zarobić na starcie?

Zarobek na miarę potrzeb?

Obecnie młodzi na rynku pracy mogą liczyć na znacznie wyższy zarobek niż ich poprzednicy z ubiegłej dekady. Jak podaje GUS w raporcie ,,Polska w liczbach 2019” przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w 2018 wynosiło 4 585 zł i było o ok. 300 zł wyższe niż w roku poprzednim. Dla porównania, w 2010 roku średnia pensja wynosiła 3 224 zł brutto, czyli aż o 1 361 zł więcej niż 8 lat później. Obok rosnących płac, rosną także ceny. Zgodnie z raportem GUSu dziś za 1 kg chleba musimy zapłacić średnio 4,80 zł zamiast 3,80 zł. Kilogram kawy kosztuje już nie ok. 25 zł a całe 30 zł. O prawie ¼ wzrosły także ceny jabłek czy 1m3 wody. To pokazuje, że większa pensja wcale nie oznacza, że pracownikowi zostaje więcej środków na realizację pasji czy np. podróże. Duża jej część jest przeznaczana na wydatki bieżące. 

Zobacz też:

W jakiej branży zarobimy najwięcej

Nie bez powodu młodzi ludzie szukają branży, która zapewni im odpowiednie warunki życia, wcześniej niż po kilkunastu latach pracy. Jak wynika z badania Pracuj.pl z 2018 roku na zarobek w wysokości ok. 5 000 zł brutto w ciągu pierwszych 3 lat pracy mogą liczyć absolwenci kierunków związanych z elektroniką i telekomunikacją. Niewiele mniej – 4 700 zł brutto zarobią absolwenci automatyki i robotyki oraz lotnictwa i kosmonautyki. W dalszej kolejności są początkujący farmaceuci oraz osoby wykształcone w zakresie zarządzania i marketingu (ok. 4 500 zł). Na najwięcej liczyć mogą początkujący programiści. Jak podaje raport firmy Sedlak&Sedlak z 2018 roku, na stanowisku Junior Developera można oczekiwać wynagrodzenia rzędu 5 527 zł brutto. 

Zobacz też:

Na polskim rynku zapotrzebowanie na programistów wciąż jest bardzo wysokie. Jak podaje GUS, luka cyfrowa wynosi 50 tysięcy wakatów. Rekruterzy i managerowie firm technologicznych kuszą więc atrakcyjnymi zarobkami, by pozyskać odpowiedniego kandydata. Choć najtrudniej znaleźć doświadczonego, wyspecjalizowanego Senior Developera, również juniorzy mogą liczyć na satysfakcjonujące wynagrodzenie. Jak podaje raport No Fluff Jobs „Rynek pracy w IT 2018”, zarobki początkujących programistów wzrosły aż o 9% względem roku ubiegłego, a liczba ofert na stanowiska juniorskie wzrosła aż o 22%. Najbardziej poszukiwani są programiści JavaScript (27% wszystkich ogłoszeń), Java (24%) i Angular (10%). 

Jak wejść na ,,start”?

Rynek obfituje nie tylko w oferty pracy dla programistów, ale w również daje możliwość nauki. Nie trzeba już kończyć 5-letnich studiów związanych z informatyką, by zdobyć wymarzoną posadę w branży IT. Programowania można uczyć się choćby ,,na własną rękę”, korzystając z książek i podręczników, tutoriali, a także for internetowych czy zagranicznych materiałów. Tego typu nauka wiąże się jednak z ryzykiem, że przyswajana wiedza jest nieaktualna, lub internetowy mentor zwyczajnie wprowadza w błąd, co prowadzi do utrwalania złych nawyków. Branża technologiczna poszukuje osób, które potrafią pracować zespołowo, czego nie da  nauczyć się z książek czy Internetu. Alternatywą dla samodzielnej nauki mogą być bootcampy programistyczne, czyli krótkie kursy programowania, zarówno weekendowe, jak i intensywne, trwające ok. 2 miesiące. Szkoły te decydują się uczyć kursantów jednego czy dwóch języków programowania, by w krótkim czasie zdobyli wiedzę w konkretnej dziedzinie. Absolwenci bootcampów mają zatem ograniczony wybór ofert pracy przeznaczonych dla programistów. Na rynku obecne są także szkoły IT, takie jak Codoecool, które przez rok szkolą Full Stack Developerów, gotowych by podjąć pracę na stanowisku juniorskim.

,,W naszej szkole symulujemy realne środowisko pracy i stawiamy na naukę nie tylko popularnych języków programowania, ale także wskazujemy, jak uczyć się właściwie. Dzięki temu nasi absolwenci odnajdują się w każdej nowej technologii oraz potrafią samodzielnie dochodzić do prawidłowych rozwiązań problemów pojawiających się na ich drodze. Oprócz tzw. twardych umiejętności, uczymy też jak współpracować, komunikować się w zespole czy prezentować swoje pomysły. Wykształceni przez nas Junior Developerzy z pewnością spełnią wymagania, jakie stawia środowisko pracy w branży IT” – komentuje Konrad Gadzina, mentor szkoły programowania Codecool.

Zapotrzebowanie na programistów jest i będzie ogromne, nie tylko w Polsce. Jak podaje raport firmy IDC przygotowany na zlecenie Cisco ,,20 Most Significant IT Roles You Should Consider” z marca 2018, do 2027 roku na światowym rynku IT pojawi się 4 miliony dobrze płatnych stanowisk, dlatego inwestycja czasu i pieniędzy w naukę programowania wydaję się być dobrą decyzją.

Ile zarabiają wolni strzelcy w Polsce? Jakie usługi najlepiej świadczyć, aby uzyskiwać najwyższe wynagrodzenia? Jakim doświadczeniem i stażem trzeba dysponować, aby skutecznie pozyskiwać klientów? Ile można mieć urlopu, a ile trzeba pracować, żeby zarabiać kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie jako freelancer?

W Polsce wolni strzelcy świadczący elektroniczne usługi dla biznesu to już ponad 220 tysięczna armia, z czego 115 tysięcy utrzymuje się tylko i wyłącznie w  ten sposób. Ich wynagrodzenie w dużej mierze, zależy od branży, w której pracują. W przypadku copywriterów najczęściej trafia się dużo zleceń o niewielkiej wartości. Z kolei graficy zazwyczaj pracują przy kompleksowych projektach, których budżety są wyższe. Prym wiodą jednak programiści, których zarobki jako „wolnych strzelców” są najwyższe. Kto i ile zarabia w polskiej branży freelancingu? Najpopularniejsza w Polsce platforma dedykowana freelancerom – Useme.eu – przebadała ich w 2019 roku i przedstawia raport na temat zarobków polskich wolnych strzelców.

Zobacz też:

Z roku na rok więcej

Wynagrodzenia freelancerów, którzy świadczą elektroniczne usługi dla biznesu, tj. przede wszystkim prace związane z tworzeniem szeroko rozumianego contentu, w tym fotografii, wideo, animacji czy tłumaczenie tekstów (47% badanych), grafiki (24% respondentów) oraz usług IT i programowania (22% badanych osób), stopniową rosną przez ostatnie lata.

Liczba osób zarabiających powyżej 5 tys. zł na rękę urosła w 2019 r. w stosunku do roku ubiegłego o 5,3%, uzyskując wynik na poziomie 8,53%. Wśród nich jest wielu wolnych strzelców, których zarobki przekraczają 15 tys. zł netto miesięcznie. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu platformy Useme.eu.

Co miesiąc między 3 a 5 tys. zł na rękę otrzymuje wynagrodzenie blisko 13% respondentów, a 14,1% zarabia między 2 a 3 tys. zł. Dorabiając do etatu 21,9% wolnych strzelców otrzymuje od 1 do 2 tys. zł, a 42,2% do 1 tys. zł.

Oczywiście, najwięcej zarabiają freelancerzy oferujący usługi programistyczne i IT. W tej grupie powyżej 5 tys. zł co miesiąc zarabia aż 33% badanych, a pomiędzy 3 a 5 tys. zł 20%. Druga najlepiej zarabiającą „kastą” wśród wolnych strzelców są graficy. Powyżej 5 tys. zł otrzymuje miesięcznie 19% badanych, a w przedziale 3-5 tys. zł aż 43%.

W jaki sposób pozyskują i ilu klientów obsługują?

Większość wolnych strzelców bazuje przede wszystkich na trzech podstawowych metodach pozyskania klientów. Najwięcej (60,7%) współpracuje ze stałymi klientami, 58,3% respondentów korzysta z poleceń i rekomendacji, a blisko połowa (48,6%) korzysta także z portali ogłoszeniowych takich jak Useme.eu.

W celu uzyskania comiesięcznego wynagrodzenia, co trzeci badany (36%) podejmuje się realizacji od 1 do 3 zleceń w miesiącu, 22,3% od trzech do pięciu, a 13,6% od pięciu do dziesięciu. Co siódmy respondent (13,6%) podejmuje się powyżej 10 zleceń miesięcznie.

Jak rozliczają zlecenia?

Freelancerzy w Polsce korzystają przede wszystkim z czterech metod rozliczania się z klientami, z czego dwie pierwsze są tymi głównymi. Blisko co drugi z badanych wykorzystuje do tego celu platformę Useme.eu, a 46,2% pracuje na umowę o dzieło. Co czwarty wystawia fakturę VAT, a 17,7% pracuje na umowę zlecenie.

Wolni strzelcy, ale jednak dużo pracujący profesjonaliści

Typowy polski freelancer, to osoba która wiele godzin poświecą na pracę, a relatywnie mało odpoczywa. Ponad połowa badanych (58,15%) bierze w ciągu roku urlop, który trwa krócej niż tydzień (34,29%), odpoczywa tylko w weekendy lub deklaruje, że nie bierze urlopu w ogóle (23,86%). Nieco ponad 40% respondentów dysponuje 2 tygodniowym lub dłuższym wypoczynkiem. Oznacza to, że liczba freelancerów, którzy mogą sobie pozwolić na dłuższym urlop zwiększyła się w ciągu ostatniego roku o blisko 2%.

Coraz dłużej w branży

Większość, tj. 3/4 respondentów, to osoby pracujące jako wolni strzelcy krócej niż 5 lat. Jedynie co szósty (15,01%) zajmuje się tym fachem przez okres 5-10 lat. Blisko co dziesiąty (9,05%) badany pracuje dłużej niż 10 lat. Na uwagę zasługuje fakt, że w porównaniu z rokiem 2018, zmniejszyła się o blisko 4% liczba nowicjuszy w tej branży, tzn. osób które pracują w niej krócej niż rok. Wzrosła natomiast liczba wolnych strzelców, którzy pracują dłużej niż 1-2 lat o ponad 2% i 3-5 lat o ponad 3%. Widać zatem, że osoby które spróbowały tej formy zatrudnienia, jak i zupełnie nowego stylu życia – niezależności – praktykują ją dalej. 

Największy przyrost freelancerów następuje w branży programistycznej i szeroko pojętych usługach IT, w tym tworzeniu stron internetowych i aplikacji mobilnych. –  mówi Przemysław Głośny  z Useme.eu. – Tu jednak następuje też największy odpływ wolnych strzelców, którzy są kuszeni bardzo dobrymi zarobkami na stałych posadach w firmach – coraz częściej na zdalnych stanowiskach pracy, jako mobilni specjaliści. Ogólny podział kategorii prac freelancerskich w Polsce nie odbiega od światowych trendów – ok. 80% wszystkich wolnych strzelców to programiści, graficy i osoby zajmujące się tekstami, np. copywriting, tłumaczenia, etc. – dodaje Głośny z Useme.eu.

W badaniu wzięło udział 1242 freelancerów i zostało ono przeprowadzone w okresie I–III 2019 roku metodą CAWI. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia (51,5%), pochodzące z dużych (38,0%) i średnich miast (21,7%). W bieżącym roku odpowiedzi udzieliło niemal tyle samo kobiet co mężczyzn (50,4% do 49,6%).

Niezależność, autonomia i wolność to główne przyczyny dla tysięcy Polaków, którzy zdecydowali się na pracę w charakterze wolnych strzelców. Najlepsi, działający w ramach elektronicznych usług dla biznesu, zarabiają zdecydowanie ponad 10 tysięcy netto miesięcznie. Ile godzin dziennie pracują, jak często jeżdżą na urlopy, jakie branże najczęściej obsługują i za jakie pieniądze? 

Możliwość bycia kapitanem sterem i okrętem, czyli kształtowania rzeczywistości według własnej wizji i potrzeb, jest atrakcyjna dla coraz większej rzeszy rodaków. W Polsce liczba freelancerów rośnie z roku na rok. Aktualnie takich, którzy utrzymują się tylko i wyłącznie z bycia wolnym strzelcem jest około 100 tysięcy.

Zarobki polskich freelancerów, świadczących elektroniczne usługi dla biznesu – wykonujących prace związane przede wszystkim z tworzeniem contentu, programowaniem i grafiką – zależą od kilku czynników, takich jak branża, referencje, doświadczenie czy ilość czasu poświęconego na wykonywaną pracę.

Aktualnie najwięcej osób, bo blisko 2/3 badanych zarabia do 2 tys. zł miesięcznie netto, a 14,5 proc. freelancerów pomiędzy 2 a 3 tys. zł. Co piąty (21,2 proc.) respondent otrzymuje na rękę ponad 3 tys. zł miesięcznie, w tym blisko co dziesiąty (8,1 proc.) zarabia ponad 5 tys. zł miesięcznie netto. Wśród nich jest coraz więcej osób, których zarobki przekraczają ponad 10 tys. zł w ciągu miesiąca.

Zapracowani jak freelancerzy

Myli się ten, który uważa, że praca jako freelancer jest lekka, łatwa, przyjemna i nieabsorbująca. Tylko osoby pracujące dorywczo (40,7%) pracują do 4h dziennie. Znaczna większość badanych (59,3%) poświęca pracy od 4 do 10 i więcej godzin w ciągu dnia. Tym niemniej, dla zdecydowanej większości (94,9%) godziny pracy są elastyczne. Tylko 5,1% ankietowanych odpowiedziało, że pracuje zawsze w określonych godzinach.

Na urlop by się szło

Aż 42% badanych wolnych strzelców zadeklarowało, że są w stanie wyjechać na dwutygodniowy urlop. 23,7% jednak przyznaje, że udaje im się zorganizować co najwyżej weekendowe wypady lub nigdzie nie wyjeżdżają. Pozostali respondenci zadeklarowali, że wyjeżdżają na tydzień lub krócej.

 

 

Badanie zostało przeprowadzone w styczniu 2018 roku metodą CAWI i wzięło w nim udział 1002 freelancerów. Najliczniejszą grupę respondentów stanowią osoby między 25 a 34 rokiem życia, pochodzące z dużych miast (40,4%). W grupie badanych nieznacznie przeważają mężczyźni (56,7%).

 

 

Planowana w najbliższym czasie nowelizacja kodeksu pracy ma znacząco zmienić zapisy dotyczące urlopów wypoczynkowych w celu uzdrowienia rynku pracy. Eksperci zarządzania absencją chorobową wskazują, że mogą one jednak wywołać efekt odwrotny do zakładanego i spowodować, że pracownicy częściej będą korzystali ze zwolnień lekarskich.

W myśl zapowiadanych zmian w kodeksie pracy, urlop ustawowo będzie się składał z 26 dni. Realnie będzie miał on jednak charakter umowy i może zostać skrócony do 20 albo wydłużony do 30 dni. Ograniczone zostaną także uznaniowe składniki pensji, co ma zapobiec patologiom w różnicach wypłat. Ponadto, nowe zapisy w prawie pracy mają zagwarantować, że urlop wypoczynkowy będzie wykorzystywany przez pracowników w trakcie przysługującego na niego roku.

Przedłużanie urlopów i łączenie świąt

Od kilku lat, nasila się zjawisko nagminnego wykorzystywania zwolnień chorobowych  do zwiększenia puli urlopu. – Furtka w postaci umożliwienia pracodawcom skrócenia liczby dni urlopowych do 20 spowoduje, że dla pracowników zwolnienia lekarskie będą jeszcze cenniejsze, dlatego chętniej będą dokonywali tzw. mostkowania świąt poprzez branie nieuzasadnionych L4. Pracownicy zrobią to po to, aby zaoszczędzić okrojony urlop. Żeby uchronić się przed falą absencji pracowniczej w okresie długich weekendów i świąt, wiele przedsiębiorstw wprowadziło planowany postój w pracy. Niestety w jego trakcie również notorycznie wykorzystywane są zwolnienia w celu „zachowania” urlopu na inne okazje – komentuje Mikołaj Zając z firmy Conperio specjalizującej się w zarządzaniu pracowniczą absencją chorobową.

Zmiany w strukturze premiowania

Komisja Kodyfikacyjna Prawa Pracy zajmie się także zmianami w przyznawaniu premii uznaniowych. W planach jest ograniczenie uznaniowych składek pensji, a nowy Kodeks Pracy ma uregulować jaki procent części wynagrodzenia może stanowić premię dla pracownika. Mikołaj Zając, ekspert firmy Conperio zauważa, że: Część pracodawców wyrównuje za pomocą premii dysproporcje zarobkowe, które wynikają ze zmian na rynku pracy i rosnących oczekiwań pracowników – ze względu na program „500+” oczekiwana premia minimalna wynosi obecnie 500 zł. Nowi pracownicy są zachęcani do podejmowania pracy dzięki konkurencyjnym zarobkom, z kolei pracownicy z dłuższym stażem mają to wyrównane za pomocą premii. Dodatkowo za pomocą premii nowi pracownicy zyskują perspektywę czasową na wzrost dochodów. Wprowadzenie ograniczeń w systemie premii spowoduje spadek średniej zarobków przy rosnących obciążeniach dla pracodawców, co wpłynie na poszerzenie szarej strefy. Zmiany te mogą również spowodować zamknięcie rynku pracowników dla małych i bardzo małych przedsiębiorców, którzy nie będą w stanie zagwarantować swoim pracownikom podstawy wynagrodzenia na poziomie dużych korporacji.

Koniec z odkładaniem urlopu?

Niedoskonałości w zapowiadanych zmianach jest więcej. Wątpliwości ekspertów zajmujących się zarządzaniem absencją chorobową wzbudza również przymus wykorzystania przysługującego pracownikom urlopu w trakcie jednego roku, bez możliwości przenoszenia go na rok następny. Pracownicy, którym przysługuje zaległy urlop nie muszą wcale zdecydować się na skorzystanie z niego, ponieważ mogą woleć wypłacenie ekwiwalentu finansowego. Trzeba przy tym zauważyć, że w trakcie trwania zwolnienia chorobowego przyrasta wartość urlopu, co tym bardziej może skłaniać pracowników do zachowywania się w ten, a nie inny sposób.

Jak można poprawić sytuację na rynku pracy?

Na polepszenie sytuacji na rynku pracy mogłoby wpłynąć złagodzenie polityki związanej z nadgodzinami poprzez umożliwienie zatrudnionym pracy w ramach wyższego wynagrodzenia po godzinach. Istnieje duży odsetek pracowników, którzy chcą pracować 6 lub 7 dni w tygodniu, żeby zarobić więcej, jednak nie mogą tego robić, ponieważ nie pozwalają na to obecne przepisy kodeksu pracy (Art. 131. § 1. Tygodniowy czas pracy łącznie z godzinami nadliczbowymi nie może przekraczać przeciętnie 48 godzin w przyjętym okresie rozliczeniowym).

 Powoduje to sytuację, w której liczba zatrudnionych wzrasta, a wytwarzamy mniej albo tyle samo, czyli przy zwiększonych kosztach pracy jesteśmy mniej efektywni. Zjawiska patologiczne wiązane ze zwolnieniami chorobowymi mogłaby natomiast ograniczyć zmiana polegająca na tym, że w trakcie L4 nie przyrastałaby podstawa urlopu. W obecnej sytuacji, jeśli pracownik nie wykorzysta urlopu i dodatkowo pójdzie na chorobowe, to i tak dostanie więcej urlopu. Taki stan rzeczy powoduje nasilenie zjawiska nieuzasadnionego wykorzystywania zwolnień lekarskich – podsumowuje Mikołaj Zając z Conperio.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

 

 

 

Czego tak naprawdę szukają u pracodawcy milenialsi? Dla ponad połowy najważniejsze są zarobki. W dużej mierze oczekiwania pokolenia Y (czyli milenialsów) są zbieżne z oczekiwaniami ich rodziców. Więcej informacji na temat potrzeb milenialsów zdradza raport „Sytuacja materialna Polaków”, zrealizowany na zlecenie Lindorff SA.

Przede wszystkim wynagrodzenie

Respondenci w badaniu zostali podzieleni na dwie grupy: milenialsów, czyli ludzi którzy w chwili badania mieli od 21 do 36 lat, a także starsze pokolenie w wieku 45-60 lat – w domyśle  generację X, która reprezentuje pokolenie rodziców pierwszej grupy badawczej. Wszystkim respondentom zadano pytanie: „co jest dla ciebie najważniejsze w wykonywanej obecnie pracy?”. Dla ponad połowy milenialsów priorytetem okazały się zarobki (53% wskazań). 41% z nich zasugerowało także, że istotna jest atmosfera w pracy, a podium najczęstszych odpowiedzi zamknęła odpowiedź „stabilne/bezpieczne stanowisko” z 38% wskazań. Co ciekawe, pozostałe aspekty popularnie przypisywane oczekiwaniom pokolenia Y, zajęły w badaniu zdecydowanie niższe wyniki, np. elastyczność pracy – 18%; rozwój zawodowy – 13%; autonomia wykonywania zadań – 5%.

Jakie odpowiedzi wskazało „starsze” pokolenie? Na pierwszym miejscu również znajdują się zarobki, choć z niższym niż w przypadku milenialsów poziomem wskazań – 40%. Mniejszą różnicę we wskazaniach widać przy drugiej najpopularniejszej odpowiedzi, czyli „atmosfera w pracy” z 43% deklaracji. Również trzecia najpopularniejsza odpowiedź pokrywa się procentem wskazań niemal identycznie – w przypadku grupy wiekowej 45-60 lat „stabilne/bezpieczne stanowisko” uzyskało 35%.

Jak wykazuje fachowa literatura, pokoleniu Y przypisuje się: dobrą znajomość nowych technologii, umiejętność radzenia sobie w czasach gospodarki globalnej i wielokulturowego środowiska, nastawienie na rozwój osobisty, wielozadaniowość, niezależność oraz umiejętność pracy zespołowej. Tymi czynnikami odróżnia się je od wcześniejszego pokolenia. Jednak jak pokazują wyniki badania „Sytuacja materialna Polaków”, większość ankietowanych na płaszczyźnie zatrudnienia deklaruje oczekiwania niemal zbieżne z oczekiwaniami „swoich rodziców”, choć faktycznie największe różnicę we wskazaniach można zauważyć przy odpowiedzi „zarobki” – to aż 13 punktów procentowych. Z kolei druga „największa różnica” rysuje się przy odpowiedzi „system premiowy”, który jest ważny dla 17% badanych przedstawicieli pokolenia Y i tylko 8% starszej grupy porównawczej – dysproporcja wyniosła aż 9 punktów procentowych. Wyraźną różnicę widać także przy wskazaniu „autonomia wykonywania zadań” (5 punktów procentowych), jednak znikoma ilość wskazań obu grup tej odpowiedzi pozwala sugerować, że to czynnik marginalny dla wszystkich badanych. Różnice przy innych odpowiedziach oscylują w okolicach 3 punktów procentowych.

Czy pensja nas satysfakcjonuje?

Jednocześnie badani zostali zapytani, czy są zadowoleni ze swojej obecnej pensji. Przy odpowiedziach na to pytanie różnice wydają się bardziej wyraźne: to pokolenie Y jest bardziej usatysfakcjonowane z zarobków, gdy tymczasem pokolenie X dużo częściej deklaruje zdecydowane niezadowolenie ze swojej pensji.

„Zdecydowanie tak” to odpowiedź, która uzyskała najmniej wskazań obu grup. Milenialsi odpowiedzieli w ten sposób w 7%, druga grupa tylko w 5%. „Raczej tak” to wskazanie 46% badanych przedstawicieli pokolenia Y, a jedynie 35% grupy porównawczej. Obie grupy zadeklarowały identyczny poziom wskazań przy odpowiedzi „raczej nie” – 34%. Natomiast dużo więcej dojrzałych respondentów zdecydowanie nie jest zadowolonych ze swojej pensji (26%) w porównaniu do milenialsów (13%).

Można zatem wnioskować, że obecna wysokość wynagrodzeń pokolenia Y jest zbieżna z ich oczekiwaniami finansowymi bardziej niż w przypadku generacji X. Milenialsi to w dużej mierze osoby wychowane w nowym systemie gospodarczym, mocniej bazującym na sile pieniądza. Być może dzięki temu pokolenie Y wydaje się bardziej zaradne już w pierwszym etapie kariery zawodowej. Z drugiej strony starsi badani mają przed sobą mniej perspektyw na rozwój zawodowy, zatem swoje wynagrodzenie mogą oceniać bardziej surowo, zwłaszcza jeśli jego wysokość odbiega od oczekiwanej.

Jak analizować wydatki?

Jeśli twoje bieżące wydatki przewyższają aktualną wysokość wynagrodzenia i nie czujesz satysfakcji z osiąganego przez siebie pułapu finansowego, przeanalizuj swoje potrzeby. Dzięki temu możesz wywnioskować, czy na pewno wszystkie z twoich decyzji zakupowych są niezbędne, a także pozwoli to wyprofilować, na których płaszczyznach realnie brak ci środków do realizowania swoich potrzeb. Pomoże w tym kilka wskazówek:

  • Korzystaj z miesięcznych zestawień wydatków – obecnie większość serwisów internetowych banków posiada funkcje podsumowania miesięcznych wydatków z podziałem na kategorie. Dzięki nim możesz sprawdzić, które z twoich decyzji zakupowych i na jakich płaszczyznach pochłaniają najwięcej funduszy.
  • Porównuj – jeśli w danym miesiącu wydałeś daną kwotę np. na jedzenie, sprawdź czy w każdym miesiącu ta suma jest podobna. Jeśli nie – przeanalizuj, dlaczego czasami wydajesz więcej, a niekiedy mniej. Być może okaże się, że zrezygnowanie z dań w punktach gastronomicznych na rzecz domowych posiłków znacząco zasili twój domowy budżet.
  • Planuj – jeśli wiesz, że duża część twoich miesięcznych wydatków jest absorbowana przez codzienne płatności, których dokonujesz tzw. „lekką ręką”, spróbuj planować swoje wydatki z wyprzedzeniem. Kupowanie napoju w kiosku czy szybkiej przekąski w sklepie franczyzowym może sumować się do nawet kilkuset złotych miesięcznie! Planując wcześniej wszystkie zakupy na dany dzień, tydzień lub nawet miesiąc, będziesz mógł zaopatrzyć się w produkty (zwłaszcza z kategorii FMCG) w miejscu oferującym niższe ceny.

Źródło: Grupa Lindorff

Zaciągnięcie pożyczki czy kredytu gotówkowego jest obecnie bardzo łatwe. Jeśli dysponujemy dokumentami potwierdzającymi nasze zarobki oraz dane osobowe, uzyskanie dodatkowej gotówki bywa bardzo szybkie. Niestety nadmierny pośpiech czasem sprawia, że zapomnimy o szczegółach, które w późniejszym czasie mogą okazać się kłopotliwe. Eksperci MEDFinance wskazują, na co warto zwrócić uwagę przy podpisywaniu umowy.

Zajrzyj do tabeli opłat

Zarówno podczas poszukiwania ofert pożyczki, jak i przy samej finalizacji umowy warto dokładnie przeanalizować tabelę opłat i prowizji. Znajdziemy w niej informacje nie tylko dotyczące oprocentowania czy marży, ale również prowizji związanych z obsługą zobowiązania. Są w niej także opisane koszty, które będziemy musieli ponieść, jeśli dojdzie do opóźnienia w spłacie zobowiązania.
– Warto zwrócić uwagę na to, czy koszty te mają postać konkretnej sumy czy procentu od pewnej wartości, jak ma to miejsce np. przy nadpłacie pożyczki –
wskazuje Krzysztof Rabe, analityk firmy MEDFinance. – Jeśli dodatkowo zauważymy w tabeli lub całej umowie jakieś zapisy, których rozumienia nie jesteśmy pewni, warto jeszcze raz poprosić o ich wyjaśnienie, tak aby uniknąć nieporozumień. Takie wątpliwości powinniśmy rozwiać przed podpisaniem umowy, w przeciwny razie narażamy się bowiem na nadmierne koszty. Możemy również spróbować negocjować wysokość niektórych stawek.

Elastyczność oferty

Przedsiębiorcy, w tym również lekarze, prowadzący własną działalność gospodarczą wiedzą, że popyt na ich usługi zmienia się w czasie. Miesiące, w których osiągają oni ponadprzeciętne zarobki przeplatają się z tymi mniej zyskownymi. Nierzadko pojawiają się też niespodziewane wydatki, które dodatkowo odbiją się na kondycji finansowej. W związku z tym, decydując się na zaciągnięcie pożyczki warto zwrócić uwagę na rozwiązania, dzięki którym łatwiej poradzimy sobie ze spłatą. Z jednej strony chodzi o możliwość wcześniejszej spłaty czy nadpłaty pożyczki. Dzięki niej szybciej pozbędziemy się zobowiązania, choć zwykle będzie to też oznaczało konieczność poniesienia pewnym dodatkowych kosztów. Z drugiej strony przydatną opcją są też tzw. wakacje kredytowe. W tym przypadku mamy możliwość zawieszenia spłaty rat lub ich części na pewien czas, co pozwala poradzić sobie np. z przejściowymi problemami finansowymi bez konieczności zaciągania kolejnej pożyczki.
Okres, na jaki spłata zostaje zawieszona bywa różny, w zależności od warunków oferty i sytuacji klienta – wyjaśnia Krzysztof Rabe. – W tym czasie klient może być zwolniony z całej raty lub np. tylko z części kapitałowej, co oznacza, że regularnie trzeba będzie opłacać jedynie odsetki.  

Dwa razy sprawdźmy swoje dane

Kolejną bardzo ważną czynnością, którą powinniśmy wykonać przed podpisaniem umowy, jest sprawdzenie poprawności zawartych w niej danych. Chodzi nie tylko o te, dotyczące naszej tożsamości, ale też np. adresu do korespondencji. To właśnie za jego pośrednictwem pożyczkodawcy kontaktują się z nami, jeśli np. dojdzie do opóźnienia w spłacie rat lub gdy pojawią się jakieś nieścisłości. – Gdy np. wysłaliśmy przelew z ratą, który z jakiegoś powodu utknął w systemie i nie dotarł do odbiorcy, ten będzie szukał kontaktu właśnie pod wskazanym w umowie adresem. Jeśli będzie błędny, wyjaśnienie sytuacji zajmie więcej czasu i będzie trudniejsze – mówi ekspert MEDFinance.

Z tego samego powodu powinniśmy informować pożyczkodawcę o każdej zmianie adresu, numeru telefonu czy adresu mailowego, poprzez które może się on z nami kontaktować. Nie zajmuje to wiele czasu, a może pozwolić nam uniknąć problemów.

Zapoznajmy się także z harmonogramem spłat, a zwłaszcza terminami opłacenia kolejnych rat. O ile kilkudniowe opóźnienie wiąże się tylko z naliczeniem niewielkich odsetek karnych, o tyle dłuższa zwłoka może już skutkować np. wezwaniem do zapłaty. – Gdybyśmy nie płacili dłużej, umowa pożyczki może zostać wypowiedziana, co prowadzi do obowiązku całkowitej spłaty, na co nie zawsze możemy sobie pozwolić. W takim wypadku sprawa może trafić na drogę sądową. Aby uniknąć takich przykrych konsekwencji niektóre instytucje stosują rozwiązania przypominające o obowiązku zapłaty. Przykładowo dzień przed upłynięciem terminu opłacenia raty wysyłany jest sms z odpowiednią informacją – wyjaśnia analityk firmy MEDFinance.

Jeśli mimo takich ułatwień, nadal mamy problem z terminowym regulowaniem zobowiązań, możemy skorzystać z rozwiązań oferowanych przez banki, takich jak polecenie przelewu. W określony dzień instytucja automatycznie wykona przelew na wskazane konto. My musimy zadbać jedynie o to, żeby na rachunku znajdywała się odpowiednia suma.

 

Źródło: Medfinance

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Źródło:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Ponad 218 tysięcy tegorocznych maturzystów może z początkiem października pójść na studia. Wielu z nich będzie chciało połączyć naukę z aktywnością zawodową. Jak wynika z danych zebranych przez Work Service studenci mogą znaleźć pracę np. jako barmani, hostessy albo pracownicy call center. Zarobki wahają się od 13 do 20 zł za godzinę brutto. Co jednak niepokojące to fakt, że aż co szósty młody człowiek w wieku 20-24 lata ani się nie uczy ani nie pracuje. Ich aktywizacja to dziś duże wyzwanie dla rynku pracy.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że wśród Polaków w wieku 20-24 lata, aktywnych zawodowo jest 59% osób. To nie powinno dziwić, bo studia to nie tylko czas poświęcony na naukę. Młodzi ludzie bardzo często łączą edukację ze stawianiem pierwszych kroków na swojej drodze zawodowej. Praca ma nie tylko pomóc zdobyć doświadczenie, które przydaje się w przyszłości. Niejednokrotnie jest bowiem koniecznością, zwłaszcza dla osób przyjezdnych lub takich, które wybierają płatną uczelnię. Są i tacy, którzy decydują się na studia zaoczne bądź wieczorowe, aby już od samego początku móc pracować i zwiększać swoje szanse na lepszą pozycję w przyszłości.

Spadające bezrobocie i dobra koniunktura na pracę może cieszyć wielu młodych, którzy dopiero będą rozpoczynać swoją ścieżkę zawodową. Obecnie największe niedobory kadrowe występują w handlu i produkcji, a najłatwiej o pracę jest w sektorze usługowym. Biorąc pod uwagę obecne oferty zatrudnienia, studenci mogą liczyć np. na zatrudnienie jako barmani i hostessy, gdzie średnie zarobki to 17 złotych brutto za godzinę pracy. Złotówkę więcej dostanie pracownik biurowy. Aktywnie poszukiwani są również magazynierzy, pracownicy produkcji i call center. Bardzo często osoby, które zdecydują się na podjęcie zatrudnienia mogą liczyć chociażby na kartę sportową albo prywatną opieką medyczną. To na pewno atrakcyjne benefity dla studentów – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

1 na 6 młodych nie uczy się i nie pracuje

Młodzi ludzie od zawsze byli grupą, którą najbardziej dotykały problemy na rynku pracy. Jednocześnie stopa bezrobocia była wśród tych osób największa. Nie inaczej jest teraz. Dane Głównego Urzędu Statystycznego (według metodologii BAEL) pokazują, że w grupie wiekowej 20-24 bez pracy jest aż 13,9% Polaków. Dla porównania wśród ludzi pomiędzy 55 a 64 rokiem życia odsetek ten wynosi tylko 4%. Co dodatkowo niepokoi to fakt, że 16,8% osób w wieku 20-24 lata nie pracuje i nie uczy się – tak wynika z danych Eurostatu. Oznacza to, że co szósta młoda osoba w Polsce nie podejmuje żadnej aktywności.

Problemy demograficzne już teraz mocno dają się we znaki pracodawcom, z których połowa miała w ostatnim czasie kłopoty z pozyskaniem kandydatów. Z prognoz GUS wynika, że w ciągu najbliższych 10 lat populacja osób w wieku 19-25 zmniejszy się o pół miliona. To ogromny cios dla rynku pracy, bo właśnie ludzie młodzi są naturalną grupą, która powinna go zasilać. Bierność edukacyjna i zawodowa nie jest niczym nowym w Europie Zachodniej. W całej Unii Europejskiej 5 mln młodych nie uczy się i nie pracuje. W Polsce do tej pory nie mieliśmy z tym kłopotów na taką skalę, teraz i my musimy się z nimi zmierzyć. Znalezienie skutecznego sposobu będzie jednym z największych wyzwań dla rynku pracy, który bez dopływu dodatkowych rąk może wkrótce dojść do ściany – dodaje Andrzej Kubisiak.

Zdolność kredytowa jest jednym z głównych czynników decydujących o przyznaniu kredytu. Nie ma uniwersalnego wzoru jej oceny, kredytodawcy dysponują bowiem własnymi algorytmami, pozwalającymi analizować sytuację finansową swoich klientów. Dlatego zdarza się, że starając się o przyznanie środków w kilku bankach, w jednym otrzymamy dofinansowanie, a inny może nam go odmówić. Jednak bez względu na to, w jaki sposób instytucje finansowe sprawdzają wypłacalność kredytobiorców, większość z nich bierze pod uwagę podobne elementy. Przede wszystkim istotna jest wysokość uzyskiwanych dochodów oraz ponoszonych wydatków np. kredytową rat spłacanych już kredytów. Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF) podpowiadają, co ma największy wpływ na ocenę naszej zdolności kredytowej.

Szacowanie zdolności kredytowej to próba odpowiedzi na pytanie, czy dana osoba poradzi sobie ze spłatą  kredytu na określona kwotę i w danym terminie spłaty, wraz z należnymi bankowi odsetkami.  Każda instytucja finansowa czynniki nieco inaczej dokonuje takiej  oceny. Dokładny sposób wyliczenia zdolności należy do wewnętrznych ustaleń banku, które tylko w pewnym stopniu są  podawane do wiadomości wnioskodawców. Istnieją jednak parametry, które brane są pod uwagę przez większość instytucji. Warto bliżej je poznać, by odpowiednio przygotować się do złożenia wniosku o kredyt i zwiększyć swoje szanse na uzyskanie finansowania.

1. Dochody

Otrzymywane dochody w dużym stopniu wpływają na naszą zdolność kredytową. Bank sprawdzi, jak wyglądały nasze zarobki na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy, a w przypadku ubiegania się o kredyt hipoteczny, nawet te uzyskiwane w ciągu ostatniego roku. Istotna jest nie tylko ich wysokość, ale też regularność wpływów na konto. Kredytodawca oczekuje bowiem, że przez cały okres kredytowania, będziemy w stanie terminowano spłacać zobowiązanie. Dlatego też przeważnie preferowani są wnioskodawcy zatrudnieni na umowach o pracę, najlepiej na czas nieokreślony. Ich dochody są bowiem bardzo stabilne, szczególnie jeśli pracują w sektorze państwowym. Nie oznacza to jednak, że osoby prowadzące własną działalność czy zatrudnione na podstawie umów cywilno-prawnych, nie mogą liczyć na pomoc banku. – Jeśli firma funkcjonuje od kilku lat i regularnie przynosi dochody, to nie powinno być problemu z uzyskaniem kredytu. Podobnie jest w przypadku umów o dzieło czy zleceń. Jeśli na takiej podstawie co miesiąc otrzymujemy wynagrodzenie, to bank nie będzie obawiał się pożyczyć nam pieniędzy.  – zaznacza Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

2. Wydatki i spłata aktualnych zobowiązań

Kolejnym elementem decydującym o zdolności kredytowej są nasze wydatki. Bank weźmie pod uwagę nie tylko koszty, które ponosimy w związku z utrzymaniem gospodarstwa domowego, ale także te związane ze spłacaniem aktualnych zobowiązań. Zaciągnięte kredyty, a także zakupy dokonane na raty, mogą obniżyć naszą zdolność kredytową.  –Szczególnie jeśli planujemy zaciągnąć duży kredyt, warto rozważyć rezygnację z posiadanego już limitu kredytowego w koncie czy karty kredytowej. Nawet jeżeli z nich  nie korzystamy, to i tak negatywnie spływną one na naszą zdolność kredytową, gdyż bank zakłada, że w każdej chwili możemy zacząć z nich korzystać. Trzeba jednak dodać, że nie zawsze taka rezygnacja jest konieczna. Najlepiej najpierw poprosić o wstępną ocenę zdolności przy założeniu, że pozostawimy dotychczasowe produkty kredytowe  – wyjaśnia Jarosław Sadowski, ZFPF.

3. Historia kredytowa, czyli co o nas piszą w BIK

Zaciągnięte kredyty czy spłacane raty, mogą obniżyć naszą zdolność kredytową, ale dla banku nie będziemy wiarygodnym kredytobiorcą również wtedy, jeżeli nie posiadamy udokumentowanej historii kredytowej, tzn. nigdy wcześniej nie spłacaliśmy kredytu czy pożyczki. Jednak tylko pozytywna historia kredytowa, czyli poświadczająca, że w przeszłości rzetelnie regulowaliśmy zaciągnięte długi, będzie przemawiać na naszą korzyść. W przeciwnym przypadku, bank może przyznać kredyt w niepełnej wysokości lub w ogóle odrzucić nasz wniosek. – Wierzyciel sprawdzi naszą historię w Biurze Informacji Kredytowej, w którym znajdują się informacje na temat naszych zobowiązań, zarówno tych spłacanych terminowo, jak i z opóźnieniem. Jeżeli zalegaliśmy z zapłatą za rachunek telefoniczny lub nie opłacaliśmy terminowo rat, bank także się o tym dowie. Przed wnioskowaniem o kredyt warto więc zrobić „rachunek sumienia” i przeanalizować, czy nasza historia kredytowa jest nienaganna. Pamiętajmy, że również obecność w Krajowym Rejestrze Długów prawdopodobnie uniemożliwi nam uzyskanie kredytu – wyjaśnia Sylwia Karoń, ekspert ZFPF, Alex T. Great

4. Rodzaj kredytu ma znaczenie

Sposób oceny naszej zdolności kredytowej w dużej mierze zależy również od tego, o jaki kredyt się ubiegamy, w jakiej wysokości, i na jak długi okres chcemy rozłożyć spłatę długu. Jeżeli chodzi o zobowiązania krótkoterminowe, które zaciągamy na niewielką kwotę, weryfikowanych jest mniej parametrów niż np. w przypadku kredytów hipotecznych – Zazwyczaj po przedstawieniu zaświadczenia o zarobkach czy też wyciągu z konta, bank udzieli nam pożyczki „od ręki”. Jeżeli jednak nasz rachunek w znacznym stopniu obciążają inne, obecnie spłacane zobowiązania, bank może odrzucić nasz wniosek, nawet jeżeli chcieliśmy pożyczyć niedużą kwotę, przypuszczając, że nie poradzimy sobie ze spłatą kolejnego zobowiązania – zaznacza Sylwia Karoń, ekspert ZFPF.

Znacznie bardziej szczegółową analizę bank przeprowadza wobec osób wnioskujących o kredyt hipoteczny. Jest to długoterminowe zobowiązanie, a kwoty takiego kredytu są znacznie wyższe niż krótkoterminowych pożyczek, dlatego kredytodawca sprawdzi nie tylko wysokość naszych dochodów, ale także ich źródło. Przyjrzy się naszym  wydatkom, wyliczając dokładnie, jakie koszty ponosimy w związku z utrzymaniem rodziny i dokładnie przeanalizuje historię kredytową, ale także np., czy posiadamy  oszczędności, które możemy przeznaczyć na wkład własny. Oceniając zdolność kredytową, bank weźmie również pod uwagę nasz wiek. – Spłacając ostatnią ratę kredytu, nie możemy mieć więcej niż 65-70 lat, choć niektóre banki przesuwają tę granicę nawet do 75 lat. Kredyt hipoteczny jest zobowiązaniem, które spłacamy przez długi okres, nawet 30 lat, w związku z tym, jeżeli przekroczyliśmy 50. rok życia, nawet gdy inne parametry naszej zdolności kredytowej zostaną ocenione pozytywnie, bank  może się nie zgodzić na udzielenie finansowania – podpowiada Sylwia Karoń, ZFPF. Pamiętajmy także, że jeżeli chcemy zaciągnąć kredyt hipoteczny ze współmałżonkiem lub z rodzicem, wierzyciel oceni zdolność kredytową każdego z wnioskodawców oddzielnie. Pozytywna ocena drugiego kredytobiorcy może pomóc nam w uzyskaniu środków, jeśli będzie zaś negatywna, może zadecydować o tym, że bank odmówi nam udzielenia kredytu.

Choć banki biorą pod uwagę podobne parametry przy ocenie zdolności kredytowej, to jednak w ostatecznej analizie wypłacalności swoich klientów, mogą przyjmować różne kryteria. Dlatego warto udać się do biura pośrednika finansowego, który udzielni nam niezbędnych informacji, na podstawie których łatwiej będzie nam porównać oferty większości banków działających na rynku, ale jednocześnie poinformuje nas o tym, na co poszczególny kredytodawca zwraca uwagę, analizując sytuację finansową osoby wnioskującej o kredyt.

Źródło: Związek Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF)

Rośnie liczba osób, które możemy określić jako klasę średnią, czyli filar gospodarki każdego wysoko rozwiniętego kraju. Dla banków, grupa zamożnych Polaków, tzw. klientów  premium, czyli takich, których zarobki plasują się powyżej średniej, staje się coraz bardziej istotna. Zaczynają doceniać tego atrakcyjnego klienta. Jeśli należysz do tej grupy, warto sprawdzić, co możesz zyskać.

Nasza gospodarka się rozwija, a grupa osób osiągających wyższe niż średnia zarobki cały czas się powiększa. Z danych Eurostatu wynika, że kiedy przystępowaliśmy do Unii Europejskiej, średnia siła nabywcza netto Polaków miała wartość 8 tys. euro, podczas gdy w Portugalii wynosiła ona 12,1 tys., w Niemczech 21 tys., a w Wielkiej Brytanii 29 tys. euro . Tymczasem już w 2015 r. siła nabywcza polskiego singla, zarabiającego przeciętną krajową wynosiła netto ponad 15,14 tys. euro. To wzrost niemal dwukrotny!

Konsumpcja rośnie

Poprawiają się też nastroje społeczne – z badania CBOS przeprowadzonego w maju br. wynika, że są one obecnie najlepsze w historii. – Pod względem materialnym żyje się nam coraz lepiej, co przekłada się wprost na nasze codziennie zachowania konsumpcyjne – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank. – Znacznie częściej niż kiedyś stać nas na rzeczy zarezerwowane wcześniej dla wąskiej grupy najbogatszych, jak np. nowy, dobrej klasy samochód, egzotyczne wakacje czy nowocześnie wyposażone mieszkanie w dobrej dzielnicy – wylicza. – Nic dziwnego, że zamożni Polacy chcą czerpać korzyści ze swojej dobrej sytuacji finansowej.

Banki w krajach rozwiniętych już wiele lat temu zauważyły, że tzw. klasa średnia, określana także jako „affluent” albo „premium” ma odmienne potrzeby niż pozostali klienci. Dla instytucji finansowych za granicą jest to wręcz jedna z kluczowych grup. W Polsce – stosunkowo nowy fenomen. podobnie jak innych krajach naszego regionu. Zapewnienie oferty i standardu obsługi, które przekonają klienta zamożnego do długofalowej współpracy, to wciąż duże wyzwanie dla banków w Polsce

Kim jest klient premium

– Warto podkreślić, że klientem zamożnym niekoniecznie musi być milioner korzystający ze skrojonej na miarę oferty bankowości prywatnej, tzw. private banking. Do grupy tej zaliczają się już osoby, których średnie miesięczne zarobki oscylują w okolicach 5-7tys. zł netto – tłumaczy Monika Szlosek. – Jak wynika z naszych doświadczeń ze współpracy z klientami premium, szczególnie cenią oni sobie spójną, przekrojową, optymalnie dostosowaną do ich potrzeb, ofertę. Dotyczy to najważniejszych dla nich kwestii, czyli atrakcyjnych rozwiązań transakcyjnych, korzystnych warunków przy zaciąganiu kredytów oraz ciekawej oferty inwestycyjnej, ułatwiającej budowanie kapitału na przyszłość – dodaje.

Potwierdzeniem tych wniosków jest przeprowadzone niedawno przez Deutsche Bank badanie w tej właśnie grupie zamożnych Polaków. – Sondaż, na którego podstawie powstał raport „Portret zamożnego Polaka – Klienta Premium”, wyraźnie pokazuje, że są to osoby o większej niż przeciętna świadomości ekonomicznej, a także wiedzy o mechanizmach gospodarki rynko­wej – ocenia Monika Szlosek. – Z drugiej strony widać, że niektóre oczekiwania wobec banków są spójne z tymi wyrażanymi przez ogół Polaków.

Przyzwyczajenie do braku opłat

Przykładowo – podobnie jak przeciętny Kowalski, zamożny klient nie chce płacić za konto. Brak opłat to najważniejsze kryterium oceny rachunku bankowego (wskazało na nie dwie trzecie osób badanych przez Deutsche Bank). Podobnie z możliwością darmowego korzystania z krajowych bankoma­tów (58 proc.). Co drugi zamożny klient bierze pod uwagę oprocentowanie środków na rachunku (50 proc.), a 45 proc. sprawdza, czy w ramach rachunku bank oferuje bezpłatne wypłaty z bankomatów za granicą. Oczekiwania zamożnych klientów wobec banków w zakresie najbardziej pożądanych cech kart płatniczych mają w tej chwili podobny wydźwięk.

Brak opłaty za wydanie i korzystanie z karty płatniczej do konta jest ważną cechą dla ponad połowy badanych (52 proc.), 58 proc. oczekuje darmowych wypłat z bankomatów w Polsce, a 59 proc. z zagranicznych bankomatów.

– Przez ostatnie lata większość klientów przyzwyczaiła się do tego, że podstawowe czynności bankowe są bezpłatne. Wciąż jest to kluczowa kwestia, również dla osób osiągających wysokie zarobki – mówi Monika Szlosek, ekspertka Deutsche Bank. – Jednak brak opłat nie wystarczy, żeby zamożny Polak poczuł się rzeczywiście doceniony przez bank. Klient premium może oczekiwać dodatkowych korzyści, np. możliwie wysokiego oprocentowania rachunku, dołączonej do niego lokaty, czy opcji korzystnego limitu w koncie – wylicza.

Bank na wyciągnięcie ręki

Atrakcyjna oferta jest oczywiście kluczowym czynnikiem wyboru. Dla wielu klientów sposób kontaktu z bankiem jest kwestią niezwykle istotną. Obecnie większość instytucji finansowych skupia się na rozwijaniu kanałów online, w tym mobilnych, starając się ograniczać bezpośrednie wizyty klientów w oddziałach.

– W przypadku klientów premium, jak pokazuje nasze badanie, trzeba zachować pewną równowagę w tej kwestii, ponieważ duża ich część docenia w większym stopniu kontakt z pracownikiem banku. Możliwość takiej rozmowy traktuje jako kluczowy czynnik wyboru partnera bankowego, dający poczucie bezpieczeństwa – mówi Monika Szlosek.

Preferencje w tym zakresie są najczęściej uwarunkowane wiekiem klienta. Najstarsi doceniają przede wszystkim kon­takt z pracownikiem banku. Natomiast ci, którzy nie ukończyli jeszcze 34. roku życia, są dużo bardziej otwarci na wykorzystywanie internetu w kontakcie z bankiem.

– Trend ten będzie w najbliższych latach przybierał na sile, wraz z wchodzeniem w dorosłość kolejnych „cyfrowych” pokoleń. Wymagania tej kategorii klientów w zakresie dotarcia do banku poprzez kanał online będą rosły – mówi Monika Szlosek.- Nasze badanie pokazuje, że znaczenie nowych technologii ułatwiających korzystanie z usług bankowych jest istotne dla większości z nich. Dotyczy to zarówno strony czysto transakcyjnej, jak i w coraz większym stopniu zdalnego inwestowania z wykorzystaniem online’owych platform, takich jak np. nasz dbNavi do porównywania i zakupu jednostek funduszy inwestycyjnych.

 

Źródło:  Deutsche Bank

Według danych GUS-u, na koniec zeszłego roku liczba zarejestrowanych jednoosobowych działalności gospodarczych w Polsce wyniosła blisko 3 mln. Prowadzenie własnej firmy może być bardziej opłacalne niż praca na czyjś rachunek i dawać niezależność, ale ma także swoje wady.  Przedstawiciele tzw. wolnych zawodów, czyli freelancerzy, którzy zrezygnowali z pracy na etacie marząc o własnym biznesie, nie zawsze mogą liczyć na regularny przypływ zleceń, a tym samym na stały dopływ gotówki. Gdy taka sytuacja powtarza się wielokrotnie, z czasem mogą pojawić się trudności z zachowaniem płynności finansowej. Expander podpowiada świeżo upieczonym freelancerom, jak zaplanować budżet, by przygotować się na przejściowe problemy z gotówką.

Praca na etacie przeważnie oznacza, że danego dnia w miesiącu na nasze konto wpływa pensja. Gdy zmieniamy formę zatrudnienia i stajemy się freelancerami, nie zawsze będziemy mogli liczyć na regularne przypływy gotówki. Zarobki osób, które wykonują tzw. wolne zawody uzależnione są bowiem m.in. od koniunktury na rynku, na którym działają, a także od popytu na usługi czy produkty, które oferują. Zdarza się więc, że w jednym okresie, z braku czasu, muszą rezygnować z niektórych propozycji, a kiedy indziej zmuszeni są aktywnie szukać nowych zleceń i klientów oraz redukować koszty. W czasie przejściowych problemów finansowych ułożenie budżetu, który pozwoli pokryć wszystkie niezbędne wydatki, może być więc trudnym, jednak wykonalnym zadaniem. Wystarczy, że będziemy pamiętać o kilku prostych zasadach.

1. Sprawdź, z jakimi stałymi kosztami będziesz musiał się liczyć

Układanie budżetu zacznijmy od ustalenia, jak duże wydatki będziemy ponosić w związku z prowadzeniem firmy. W ten sposób zdobędziemy punkt odniesienia, dzięki któremu łatwiej będzie nam ustalić plan finansowy na cały rok.

Wydatki, które ponosimy w związku z prowadzeniem jednoosobowej działalności gospodarczej można podzielić na dwie grupy. Do pierwszej zaliczymy stałe opłaty administracyjno-skarbowe. Należą do nich m.in. regularnie odprowadzane składki na ubezpieczenia społeczne. Pamiętajmy, że jako początkujących przedsiębiorców obowiązują nas zasady „małego ZUSu”, czyli przez okres 2 lat po rozpoczęciu działalności płacimy obniżone składki. Łącznie wyniosą one 487,90 zł, zamiast 1 172,56 zł, które płacą pozostali przedsiębiorcy. Drugą grupę kosztów stanowią bieżące wydatki związane z funkcjonowaniem firmy, np. rachunki za media, koszt korzystania z pomocy firmy księgowej czy ewentualna wartość czynszu za wynajmowaną przestrzeń biurową. – Rozpoczynając biznes i ustalając cenę za swoje produkty czy usługi należy bardzo dokładnie oszacować wszystkie koszty, a także z góry ustalić jaki zysk chcemy uzyskać. Pieniędzy powinno wystarczyć także na zakup zużywanego materiału i sprzętu oraz na dalszy rozwój firmy. – dodaje Jarosław Sadowski, Expander

Przy prowadzeniu własnej działalności niezwykle ważne jest również rozdzielenie finansów osobistych od firmowych, co nie stawiło problemu, gdy pracowaliśmy na etacie, a pensję wypłacał nam pracodawca. Posiadanie dwóch oddzielnych kont bankowych: prywatnego i firmowego, pomoże nam efektywniej zarządzać przedsiębiorstwem i zachować przejrzystość finansową, zarówno w sferze domowej, jak i zawodowej.

2. Przygotuj plan awaryjny

Ważnym krokiem jest także przygotowanie awaryjnego planu finansowego, który warto mieć po ręką, gdy dotkną nas przejściowe problemy budżetowe. Jest to szczególnie ważne, jeśli popyt na nasze usługi nie jest stały i zdarzają się okresy kiedy nie mamy zamówień. –  Rozpoczynając prowadzenie własnego biznesu zwykle ponosimy wysokie koszty, natomiast dochody na początku często są dość niskie i dopiero po pewnym czasie rosną do poziomu, który pozwoli nam płynnie funkcjonować. Jednak wraz z pojawieniem się zysków lepiej od razu nie zwiększać wydatków. W przyszłości może się bowiem okazać, że zapotrzebowanie na nasze produkty czy usługi spadnie. Być może będziemy zmuszeni przetrwać bez dochodów przez kilka miesięcy. Dlatego dobrze jest zgromadzić sobie poduszkę finansową, która w razie pojawiania się tego typu problemów pozwoli nam przeczekać taki trudny okres. – podpowiada ekspert Expandera.

Oprócz trudnych okresów zapewne zdarzą się również takie, kiedy zamówień będzie dużo dzięki czemu dochody firmy będą wysokie. Wtedy warto pomyśleć o inwestycjach, które sprawią, że firma będzie mogła jeszcze szybciej się rozwijać.  – Idealnie byłoby gdyby inwestycje udało się sfinansować ze zgromadzonych oszczędności. Nie zawsze jest to jednak możliwe. Czasami jest to wręcz niebezpieczne, gdyż jeśli wydamy wszystkie lub większość oszczędności, to nie będziemy już mieli poduszki bezpieczeństwa na trudniejsze okresy. Dlatego w wielu przypadkach firmy finansują inwestycje z pomocą kredytu. Co prawda jego zaciągnięcie wiąże się z kosztami. Jeśli jednak inwestycja daje duże szanse na uzyskanie znacznych przychodów, to nierzadko kierownictwo decyduje się na finansowanie kredytem niż czekanie miesiącami aż uda się zgromadzić potrzebne oszczędności. Oczywiście zawsze warto porównać oferty i wybrać taką, która najlepiej będzie odpowiadała naszym potrzebom oraz uważnie dobrać kwotę – podpowiada główny analityk Expandera.

3. Przygotuj się na „niespodziewane”

Zostając przedsiębiorcą trzeba przygotować się na nieodłączny element ryzyka, które może nam towarzyszyć nawet gdy firma dobrze prosperuje np. problemy z płynnością finansową. Niekiedy zapłata za wykonaną już usługę czy sprzedany towar wpływa z dużym opóźnieniem. Tymczasem regularnie pojawiają się różnego rodzaju koszty. – Istnieje kilka sposobów na uniknięcie kłopotów w sytuacji problemów z płynnością finansową. Jednym z nich jest kredyt obrotowy. Może on działać np. tak jak debet na koncie. Korzystamy z niego dopiero wtedy, gdy zabraknie nam własnych środków. Innym rozwiązaniem jest faktoring. Firma świadcząca takie usługi przekazuje nam od razu ok. 90% kwoty z wystawionej faktury. Nie musimy więc czekać aż nasz klient przeleje nam pieniądze. Poza tym pozbywamy się ryzyka, że kontrahent w ogóle nam nie zapłaci. W takiej sytuacji strata obciąży faktora, czyli firmę, z którą podpisaliśmy umowę na usługę. – dodaje Sadowski, Expander.

 

Źródło: lightscape.pl

 

Coraz częściej dochodzi do sytuacji, w której to kandydaci przebierają w ofertach, a nie firmy w kandydaturach. Oznacza to, że dzisiaj to firmy stoją przed największym wyzwaniem, czyli pozyskaniem odpowiednich pracowników, utrzymaniem obecnych i podtrzymaniem statusu firmy atrakcyjnej dla pracownika w kontekście warunków pracy i rozwoju.

Według danych Mobile Institute, który przeprowadził badanie we wrześniu 2016, najistotniejsze cechy pracy, według osób w wieku 15-35 lat, to elastyczność pracy jest najbardziej pożądaną cechą przez kandydata. Dopiero później wymieniane są zarobki, rozwój osobisty czy możliwości pracy zdalnej. Największym wyzwaniem dla rynku jest jednak zachęcić kandydata do pracy w danym miejscu.

W przypadku gdy firma ma trudność z obsadzeniem swoich stanowisk, naturalnym ruchem jest zwrócenie się o pomoc do specjalisty HR, czyli popularnego headhuntera. Rynek doradztwa personalnego przeżywa w Polsce rozkwit i nie jest zaskoczeniem, że coraz więcej firm korzysta z usług doradców w tej dziedzinie. Outsourcing usług HR to coraz częstsza praktyka, która w przyszłości może nawet zastąpić tradycyjne działy kadr.

Jednak nawet posiadając bardzo poprawnie zorganizowany proces rekrutacyjny, nie ma pewności, że wyłoni on najlepszego pracownika – Dziś wiele ofert pracy jest podobnych: praca dla wielkich marek, szkolenia, stałe wyzwania. Niektórzy kandydaci nie są zainteresowani wzięciem udziału w procesie rekrutacji bo firma jest dla nich za mała czy mniej znana – chcą pracować tylko z najlepszymi. – dodaje Żaneta Glinka, założycielka platformy 360 Digital Natives, która oferuje m.in. usługi headhuntingu.

Rozwiązanie? Elastyczność i wybór – tego, wg danych firmy, szukają młodzi i aktywni na rynku pracy. W sytuacji, w której to kandydaci zaczynają dyktować warunki, firmom zatrudniającym pozostaje dostosować się do warunków panujących na rynku i te coraz częściej zatrudniają freelancerów. – Praca projektowa to nic nowego, ale zmienia się do niej podejście zarówno po stronie pracownika, jak i pracodawcy. W dynamicznym świecie młodzi specjaliści coraz częściej zmieniają pracę. Firmy zabezpieczają się przed tym podpisując umowy z agencjami outsourcingowymi dostarczającymi pracowników na bieżąco – dodaje Glinka.

Kolejną zmiana na rynku pracy jest fakt, że firmy z branży HR często uczestniczą też w procesie zwolnienia pracownika. Firma zwalniająca pracownika podejmuje współpracę z taką agencją doradztwa personalnego, a oni wspierają zwalnianego pracownika w przygotowaniach do podjęcia poszukiwań nowych wyzwań zawodowych. Podpowiadają jak wrócić na rynek pracy, jak przygotować odpowiednie CV na konkretne stanowisko i przygotowują ich do rozmów kwalifikacyjnych.

 

Źródło: www.360digitalnatives.pl

W ciągu niespełna dekady miliony miejsc pracy zastąpi automat. To nieodwracalnie zmieni rynek pracy. Programowanie będzie jedną z tych umiejętności, która nie zaniknie. Co nie oznacza, że praca programistów nie ulegnie zmianom. 

W związku z popularyzacją automatyki i systemów działających w oparciu o sztuczną inteligencję niektóre zawody, zwłaszcza nie wymagające specjalistycznej wiedzy i kwalifikacji, będą zanikać. Do 2025 r. co czwarte zadanie wykonywane przez pracowników sektora produkcyjnego, budowlanego, konserwacyjnego czy rolniczego ma zostać zautomatyzowane – przewiduje opublikowany w 2013 roku raport McKinsey Global Institute.

Wśród zawodów, którym nie grozi całkowita automatyzacja znajdują się programiści. Z ubiegłorocznego raportu firmy analitycznej Burning Glass wynika, że w samym 2015 r. ponad 7 milionów ogłoszeń o pracę w Stanach Zjednoczonych wymagało od kandydatów przynajmniej podstawowych umiejętności kodowania. Oszacowali oni również, że liczba stanowisk pracy powiązanych z programowaniem rośnie o 50 proc. szybciej niż cały rynek pracy. W ciągu najbliższych 10 lat żaden inny zawód nie będzie rozwijał się szybciej.

Niemniej postępująca automatyzacja i robotyzacja pracy bez wątpienia wpłyną także na pracę programistów. – Należy się spodziewać powstania nowych zawodów, związanych z obsługą systemów opartych np. na uczeniu maszynowym. Jednym z nich jest data scientist. W jego kompetencjach będzie m.in. przygotowywanie danych wejściowych do przetworzenia przez system, jak i tworzenie stosownych algorytmów, na których system będzie pracował. Profesja ta będzie wymagać łączenia umiejętności programistycznych i analityczno-statystycznych – wyjaśnia Leszek Wolany ze szkoły programowania Coders Lab, którą ukończyło już ponad 600 początkujących programistów.

To właśnie zawód data scientist kilka tygodni temu wygrał coroczny ranking „Best Jobs in America”, przygotowywany przez Glassdoor. Większość zawodów, jakie znalazły się w pierwszej dziesiątce, wymagała umiejętności kodowania. Raport powstał w oparciu o trzy czynniki: liczbę ogłoszeń o pracę, średnie zarobki oraz poziom zadowolenia deklarowany przez wykonujących dany zawód.

W dłuższej perspektywie na znaczeniu zyskiwać będę także zupełnie nowe profesje, łączące ludzi z maszynami. Skoro roboty i zautomatyzowane maszyny coraz mocniej wpływają na naszą pracę oraz codzienne życie, coraz więcej ludzi będzie potrzebnych do ich zaprogramowania czy konserwowania (tech robot programmer).

– Data scientist czy tech robot programmer to profesje wymagające zaawansowanych umiejętności programistycznych oraz dodatkowych kwalifikacji, których nabycie zajmuje dużo czasu. Rynek pracy będzie jednak potrzebował milionów programistów, także w branżach, dotąd nie powiązanych bezpośrednio z nowymi technologiami, takich jak finanse, medycyna czy produkcja – wylicza Leszek Wolany.

Prestiżowy magazyn „Wired” opublikował na początku tego roku bardzo głośny artykuł o tym, że programiści to nowe „niebieskie kołnierzyki”, w którym pada m.in. zdanie „code could raplace coal” (kod może zastąpić węgiel), gdy mowa o górnikach, którzy przekwalifikowują się w koderów. – Oczywiście zawód programisty wymaga kilku umiejętności charakterystycznych dla pracowników na wysokich, dobrze płatnych stanowiskach: umiejętności logicznego myślenia, jednoczesnej syntezy i analizy danych, sporej dawki kreatywności w rozwiązywaniu problemów. To dlatego w tym zawodzie płace są jednymi z najwyższych, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Choć osoby o takim profilu nigdy nie będą stanowiły większości, to faktem jest, że ze względu na postępującą deindustrializację i automatyzacje wielu procesów, w perspektywie kilkunastu lat to właśnie w kodowaniu coraz więcej osób będzie szukało ucieczki przed rosnącym bezrobociem. W efekcie umiejętności programowania będą się stawać coraz bardziej masowe. Powiedziałbym, że staną się jak znajomość języka angielskiego – oczekiwane w pracy na różnorodnych stanowiskach i w wielu branżach – dodaje Leszek Wolany, ekspert Coders Lab.

Wypowiedź: Leszek Wolany, Coders Lab.

Znajomość języków obcych jest dziś właściwie warunkiem koniecznym na rynku pracy i w każdej branży. Posługiwanie się płynne językami nie tylko zwiększa szanse na lepsze zatrudnienie, ale również wpływa realnie na zarobki. Osoby deklarujące poziom zaawansowany z języka niemieckiego, francuskiego czy angielskiego średnio zarabiają od 1,5 tysiąca do 2,5 tysiąca zł więcej niż osoby z podstawową znajomością tych języków.

Dobra znajomość języków obcych nie jest jedynym warunkiem przyznania wysokiego wynagrodzenia. Jest to jednak czynnik, który w połączeniu z innymi umiejętnościami czy kwalifikacjami może pomóc w osiągnięciu wyższych przychodów i lepszego stanowiska. Jak wykazał Raport EF English Proficiency Index 2016, biegłość języka angielskiego faktycznie łączy się z lepszym poziomem życia, większą mocą zarobkową oraz innowacjami. Polska w tym zestawieniu biegłości języka angielskiego zajęła 10 miejsce. Pierwsze dwa miejsca zajęły: Holandia oraz Dania.

Angielski bez niego nic nie zdziałasz

Język angielski, minimum na poziomie B2, to najczęściej podstawa w CV – jego znajomość to „must have” na liście cech pracownika idealnego. Swobodne i komunikatywne posługiwanie się tym językiem jest konieczne na wielu stanowiskach: od stażystów po managerów i dyrektorów. Dobra znajomość angielskiego jest wymagana nie tylko w zawodach, których praca opiera się na kontaktach biznesowych z zagranicznymi klientami, ale również chociażby w zawodzie sekretarki, księgowego, pracownika restauracji i hotelu, a także sprzedawcy w sklepie.

W ostatnich latach widzimy ponad 20% wzrost zainteresowania kursami za granicą dla osób powyżej 25 roku życia – komentuje Sylwia Rogalska, Country Manager EF Education First, firmy, która od 51 lat organizuje wyjazdy językowe za granicę. Są to osoby wkraczające albo będące już na rynku pracy, uczące się od lat angielskiego w kraju bez zadowalających rezultatów. Popularnym miejscem wśród tych kursantów jest Malta. Połowa tych osób wybiera kurs biznesowy, aby poznać język branżowy, który pozwoli im na lepszą pracę i zarobki.

Jak wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń, przeprowadzonego w 2016 roku przez Sedlak & Sedlak, pracownicy oceniający swoją znajomość języka angielskiego jako zaawansowaną zarabiali średnio 5800 zł brutto miesięcznie, natomiast zatrudnieni z podstawową znajomością języka angielskiego uzyskiwali przeciętnie 3450 PLN. Różnica płacowa pomiędzy tymi samymi stanowiskami, ale różną znajomością języka angielskiego, wynosi nawet od 1300 czy 1700 zł.

Dodatkowy język gwarancją podwyżki

Na rynku nieustannie pojawiają się również oferty dotyczące zapotrzebowania na mniej popularne języki, takie jak włoski, francuski czy japoński, a nawet duński czy szwedzki. Znajomość języka innego niż angielski, w stopniu zaawansowanym, pozwala wyróżnić się na rynku pracy. Według Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń deklarujący poziom zaawansowany z języka niemieckiego średnio zarabiają 5500 zł, z języka francuskiego – 6000 zł. Jeśli nie mamy więc smykałki do angielskiego – warto wykorzystać taką niszę, żeby zabłysnąć u potencjalnego pracodawcy.

Na dzisiejszym rynku pracy brak umiejętności posługiwania się przynajmniej jednym językiem obcym w stopniu umożliwiającym swobodną komunikację, zwyczajnie się nie opłaca – komentuje Paulina Młodzianka, Koordynator ds. Rekrutacji z firmy QiBit. – Idealnym połączeniem jest znajomość przynajmniej dwóch języków oraz wysoko rozwinięte kompetencje techniczne. Taka osoba ma duże szanse na znalezienie pracy nie tylko ciekawej, ale także dobrze opłacanej.

Badania Wharton and LECG Europe wykazały, że dobra znajomość chociażby jedynego języka obcego może podnieść nasz roczny dochód od 1,5% do 4%. Różnica zależy od języka: 1,5% dla języka hiszpańskiego, 2,3% dla języka francuskiego i 3,8% dla języka niemieckiego. Kumulowane przez lata sumy mogą w znacznym stopniu wpłynąć na naszą przyszłość. Wyliczono, że mieszkańcy USA mogą w ten sposób odłożyć całkiem pokaźną sumę na emeryturę. W przypadku znajomości języka hiszpańskiego odłożona kwota wyniosła $51 tys., języka francuskiego – $77 tys., a języka niemieckiego – $128 tys. Warto więc poświęcić swój czas na naukę języków obcych i potraktować to jako inwestycję na przyszłość.

 

Education First

„Co piąty Polak nadal nie posiada konta w banku” – wynika z najnowszego badania Narodowego Banku Polskiego.

W dniu 12 grudnia 2016 r. odbyło się osiemnaste plenarne posiedzenie Koalicji na rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Podczas konferencji zostały zaprezentowane wybrane wyniki badania Polaków nt. korzystania z usług bankowych i płatności w 2016 r. Prezentację przygotował Tomasz Koźliński z Departamentu Systemu Płatniczego z Narodowego Banku Polskiego.

Z badań wynika, że 21 proc. Polaków nadal nie posiada konta osobistego w banku, a 6 proc. jest współwłaścicielem  rachunku bankowego. Oznacza to, iż mimo powszechnej dostępności banków, prawie  1/5 ankietowanych nie korzysta z podstawowej usługi bankowej.

Jednocześnie okazuje się, że najczęściej konta osobistego nie posiadają najmłodsi i najstarsi. Jedynie 58 proc. Polaków w wieku 18 – 24 lat oraz 57 proc. osób powyżej 59 roku życia jest właścicielem konta w banku. usługi bankowej.
Posiadanie rachunku bankowego jest zależne także od dochodów w gospodarstwie domowym. Im wyższe zarobki tym częściej mamy  rachunek bankowy.

Badanie NBP skupiło się również na miesięcznych kosztach za posiadanie konta osobistego/ROR. Nieco ponad połowa właścicieli rachunków bankowych (52 proc.) nie ponosiła z tego tytułu miesięcznej opłaty, a 25 proc. ankietowanych płaciło od 6 zł do 10 zł. Najmniej za prowadzenie konta płaciły osoby do 39. roku życia, zamieszkujący miasta powyżej 200 tys. mieszkańców.

Z analizy NBP wynika też, że aż 82 proc. Polaków, którzy mają rachunek bankowy, korzysta z karty debetowej. Najczęściej mają ją osoby do 24. roku życia (93 proc.), a najrzadziej w wieku powyżej 59 lat (61 proc.).

Jedną z części prezentacji poświęcono bankowości internetowej. Okazało się, że z tej formy usług korzysta 73 proc. ankietowanych, którzy mają rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy. Najczęściej są to osoby w przedziale wiekowym 25-39 lat. Niemal równie często ze wspomnianej usługi korzystają Polacy w wieku od 18 do 24 roku życia. Jednocześnie tylko 29 proc. osób  z najstarszej grupy wiekowej używa bankowości internetowej.

Korzystanie z bankowych usług przez internet jest zależne również od zamożności gospodarstwa domowego. W gospodarstwach, w których dochód przekracza 5 tys. zł netto miesięcznie z bankowości internetowej korzysta 90 proc. osób. Z kolei tylko 31 proc. najuboższych rodzin deklaruje, że używa ją.

Z badania wynika również, że w co czwartym gospodarstwie domowym opłaca się miesięcznie średnio 6-7 rachunków, a w 15 proc. Rodzin opłaca do 3 rachunków. Najwięcej rachunków płacą najbogatsze gospodarstwa domowe.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Programista stron internetowych, robotyk, projektant interfejsów, project manager, serwisant sprzętu elektronicznego i trener personalny to zawody, w których można zrobić największą karierę – nie za 3 czy 10 lat, ale jeszcze w tym roku. Jak wyglądają zarobki w tych branżach i ile czasu potrzeba, by nabyć kwalifikacje niezbędne do zdobycia tego typu pracy?

1.Programista stron internetowych

Już od kilku lat mówi się o ogromnym potencjale tkwiącym w branży IT, która dziś jest jedną z najlepiej rozwijających się w Polsce i na świecie. Potwierdzają to dane – tylko zgodnie z raportem Komisji Europejskiej, do 2020 roku na informatyków z UE będzie czekać 825 tys. wakatów. I choć w tym czasie uczelnie ukończy 400 tys. informatyków, nadal nie nasycą oni rynku pracy, szczególnie że w Polsce nadal brakuje specjalistów IT (ok. 50 tys., zgodnie z danymi Sedlak&Sedlak z końca 2015 roku). To dlatego zamiast (lub pomimo) 5- czy 6-letnich studiów, coraz więcej osób decyduje się także na kursy, pozwalające w kilka tygodni zostać junior front-end developerem.

Pamiętajmy, że podstawy do starania się o pracę w zawodzie front-end developera można nabyć w ciągu kilku tygodni. Zarobki, jakie jest się w stanie osiągnąć, zaczynają się od ok. 3 tys. zł brutto/m-c, przy czym pensja bardzo szybko zwiększa się wraz ze zdobywanym doświadczeniem. Na istotne podwyżki można liczyć nawet co kilka miesięcy, a mediana wynagrodzeń to 5,2 tys. zł brutto/m-c. Jak podaje agencja doradztwa personalnego Experis, po pięciu latach pracy 80 proc. programistów zarabia powyżej 10 tys. zł miesięcznie.

2. Robotyk

To kolejna, specjalistyczna profesja, polegająca na kompleksowym programowaniu robotów przemysłowych. Mimo takiej definicji, robotyk wcale nie jest zawodem z filmu science fiction. Już teraz w fabrykach na całym świecie każdego dnia pojawia się blisko tysiąc nowych robotów (za International Federation of Robotics), generując tym samym potrzebę zatrudniania specjalistów w zakresie ich programowania.

3.Projektant interfejsów

To zawód, który obok programisty często wymieniany jako równie przyszłościowy, choć i w tym przypadku branża ulega dynamicznym zmianom. Dziś od „grafika” projektującego strony i aplikacje wymaga się już nie tylko samych zdolności artystycznych, ale także podstaw programowania oraz znajomości projektowania pod określone urządzenia, takie jak np.: smartfony, smartwatche, tablety czy okulary do poszerzonej rzeczywistości.

Czy opłaca się pracować w tym zawodzie? Zdecydowanie tak, bo zgodnie z danymi udostępnionymi w styczniu 2017 roku przez Wynagrodzenia.pl, osoba na takim stanowisku może liczyć na miesięczną pensję na średnim poziomie ok. 3,3 tys. zł brutto.

4. Project manager

Project manager jest zawodem, który kilka lat temu był bardzo popularny w Polsce. Dziś, wraz z powstawaniem kolejnych zespołów programistycznych, obserwuje się ewolucję tej specjalności. Obecnie, aby objąć tego typu stanowisko, nie wystarczy już tylko ukończenie studiów na kierunku zarządzanie i marketing.

Dlaczego? Ponieważ dobry project manager, aby doskonale zarządzał zespołem pracowników, musi orientować się w branży, w której oni pracują. Czyli, jeżeli startuje do sektora IT, powinien mieć nie tylko umiejętności kierownicze, ale i znać podstawy programowania. Patrząc na te obowiązki, nic dziwnego, że projekt manager zarabia średnio ok. 7,2 tys. brutto/m-c (dane Wynagrodzenia.pl).

5. Serwisant sprzętu elektronicznego

Coraz mniej jest osób specjalizujących się w diagnozowaniu usterek i naprawach sprzętu elektronicznego. Tymczasem bardzo szybki postęp technologiczny powoduje, że urządzeń jest coraz więcej. Stan ten zauważył m.in. rząd Szwecji, który w 2016 roku zapowiedział ulgi podatkowe za reperację sprzętu. Głównym celem takiego działania ma być ochrona klimatu i dbanie o ekologię.

Wszystko wskazuje też na to, że będzie to trend ogólnoświatowy, szczególnie że osoba zajmująca się naprawą i serwisowaniem sprzętu elektronicznego wcale nie zarabia mało – zgodnie z danymi z Raportu Płacowego z wiosny 2016 roku, to ok. 3,5 tys. zł brutto.

6. Trener personalny

Jeszcze kilka lat temu wiele osób nie zapłaciłoby komuś za mówienie, co ma robić. Jednak trener personalny szturmem zdobył rynek pracy. Dlatego dziś to bardzo dobry pomysł na przebranżowienie się, szczególnie jeżeli zainteresowany lubi sport i aktywność fizyczną.

Kursy, które obejmują instruktora siłowni, podstawy treningu personalnego, żywienia i suplementacji, kończące się certyfikatem trenera personalnego, kosztują już od ok. 1,5-2 tys. zł za tygodniowe szkolenie. Wystarczy kilka takich szkoleń, żeby z powodzeniem szukać pracy na siłowni. Studia na AWF nie są konieczne, chociaż oczywiście mile widziane. Trener personalny zarabia powyżej 3 tys. zł brutto/m-c.

Wystarczy wyobrazić sobie, w jakim miejscu moglibyśmy być teraz, gdybyśmy decyzję o zmianie zawodu podjęli rok temu. Dlatego nie warto jej odwlekać, bo zawodową przyszłość naprawdę można zmienić, nawet w ciągu zaledwie kilku miesięcy.

 

Źródło: www.pr-imo.pl

 

Polska wpadła w pułapkę średniego dochodu. Co to oznacza? Czy możemy z niej wyjść? A jeśli tak – to w jaki sposób? Na te pytania starali się znaleźć odpowiedź autorzy raportu „Kierunki 2016. Polska w pułapce średniego dochodu” – Bank DNB Polska i firma doradcza Deloitte.

W pułapce średniego dochodu

Jak wynika z raportu – Polska spełniła wszystkie warunki wejścia w pułapkę średniego dochodu. W praktyce oznacza to wyhamowanie wzrostu gospodarczego i trwałe „utknięcie” pomiędzy krajami wysokorozwiniętymi, a krajami o niskim poziomie rozwoju, które targane są cyklicznymi kryzysami finansowymi i gdzie PKB na mieszkańca nie przekracza 15 tys. USD rocznie, a w wielu przypadkach jest znacznie niższe.

– Z perspektywy 25 lat, jakie minęły od rozpoczęcia transformacji polskiej gospodarki, skumulowany wzrost gospodarczy Polski był największy wśród wszystkich krajów byłego „bloku wschodniego”. Jednak różnice w rozwoju są nadal znaczące, a Polska – z poziomem 40 proc. unijnej średniej PKB na mieszkańca w wyrażeniu nominalnym – plasuje się pośrodku krajów transformacji, gdzie z jednej strony Słowenia zbliżyła się już do 70 proc., a z drugiej Rumunia i Bułgaria znajdują się na poziomie 25 proc. unijnej średniej PKB na mieszkańca – mówi Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte Consulting.

Zdaniem autorów raportu, problem tkwi w wyczerpywaniu się potencjału wzrostowego czynników produkcji i strukturze polskiej gospodarki.

– W sektorze przemysłowym, którego udział w tworzeniu wartości dodanej w Polsce jest zbliżony procentowo do Niemiec, polski pracownik wytwarza 19 tys. euro, a niemiecki 64 tys. euro rocznie, czyli przeszło trzy razy więcej i takie są też różnice w płacach netto. Gdy Polak zarabia rocznie średnio 7 tys. EUR, to Niemiec już niemal 27 tys. EUR. Wzrost w krajach rozwiniętych nie bierze się przy tym z pracy cięższej, ale „mądrzejszej”, co oznacza korzystanie z lepszych technologii i technik produkcji w celu wytwarzania większej wartości dodanej na pracownika – bez zwiększania zasobów pracy i kapitału, które z natury są ograniczone – mówi Artur Tomaszewski, Prezes Zarządu DNB Bank Polska.

W tym kontekście kluczowe staje się więc pytanie, czy Polska ma szansę wydostać się z pułapki średniego dochodu w perspektywie jednego pokolenia. Według autorów raportu, potrzebne są do tego odpowiednie zasoby pracy, kapitału i umiejętne ich wykorzystywanie – co wpłynie na poprawę efektywności wielu nieefektywnych dziś sektorów gospodarki, a co za tym idzie – szybszy wzrost gospodarczy.

Problem z demografią i kapitałem

Prognoza demograficzna GUS do 2050 r. wskazuje, że z polskiego rynku pracy będzie wychodzić coraz więcej osób, natomiast liczba osób wchodzących będzie coraz mniejsza. W efekcie istnieje ryzyko powstania ogromnego deficytu na rynku pracy. Zdaniem autorów raportu, brakujących zasobów siły roboczej należy szukać zarówno w kraju, jak i za granicą.

– Umiejętnie prowadzona przez polski rząd polityka imigracyjna, w połączeniu z efektywnym wykorzystaniem istniejących w Polsce zasobów siły roboczej, w tym przeniesieniem pracowników z sektora publicznego do sektora prywatnego, a także podniesieniem jakości kształcenia może sprawić, że zasoby siły roboczej nie muszą stanowić krytycznej bariery dla długoterminowego rozwoju gospodarczego, choć niewątpliwie w najbliższych 15 – 20 latach istnieje ryzyko pozostania w pułapce średniego rozwoju z przyczyn demograficznych mówi Rafał Antczak.

Podobnie sytuacja wygląda, jeśli chodzi o zasoby kapitału. Przy realistycznych założeniach dotyczących możliwości podążania przez Polskę ścieżką analogiczną do Hiszpanii i osiągnięcia poziomu konwergencji 75 proc. PKB Niemiec na mieszkańca około 2050 r., średnie realne tempo wzrostu PKB musi wynieść w Polsce 2,4 proc., co implikuje średnią stopę inwestycji w polskiej gospodarce na poziomie około 22 proc. Przy średniej stopie oszczędności w latach 1995-2015 na poziomie 18 proc. oznaczałoby to lukę inwestycji i oszczędności na poziomie 4 proc. PKB rocznie. Jest to wciąż wysoki deficyt kapitału, który może zachwiać równowagę makroekonomiczną Polski. Sytuacja wymaga więc zwiększenia oszczędności po stronie sektora publicznego i prywatnego.

Według autorów raportu brakującego zasobu kapitału, podobnie jak w przypadku zasobu pracy, należy szukać zarówno w kraju, jak i za granicą.

– Wzrost oszczędności krajowych można osiągać po stronie sektora rządowego, jak i prywatnego. W pierwszym przypadku oznacza to konieczność permanentnego zmniejszania deficytu sektora publicznego. Cięcie o 1 proc. PKB dałoby rocznie 15 mld PLN oszczędności – jest to dokładnie tyle, ile przyniosłaby redukcja zatrudnienia w administracji centralnej i lokalnej łącznie o ok. 150 tys. pracowników mówi Rafał Antczak.

– W przypadku sektora prywatnego należałoby oczekiwać wzrostu średniej stopy oszczędności o 2 proc. PKB. Dla firm oznacza to konieczność zwiększenia zysków o około 1/3 z obecnego poziomu – w wyniku ekspansji na rynki krajów UE i przejmowania zachodnich firm, z których część produkcji byłaby przenoszona do Polski, a pozyskiwana technologia pozwalałaby podnosić efektywność i produktywność. Część polskich firm już prowadzi taką politykę, chodzi więc o to, aby trend ten wzmocnić i podtrzymać  w długim okresie – podkreśla Artur Tomaszewski.

Co z efektywnością sektorów i firm?

Spowolnienie wzrostu gospodarczego w Polsce wynika z coraz gorszej dynamiki produktywności czynników produkcji (ang. Total Factor Productivity – TFP), a taki trend zawsze jest wskaźnikiem fundamentalnych problemów gospodarczych. Autorzy raportu dokonali oceny efektywności 19 głównych sektorów polskiej gospodarki (wg. kodów PKD), a wyniki pogrupowali w cztery zbiory.

  • W pierwszym (najbardziej pożądanym) zbiorze znalazły się sektory, gdzie TFP rośnie i tendencja jest rosnąca. Do tej grupy należą takie branże jak zakwaterowanie i gastronomia, zdrowie, rolnictwo i tzw. usługi pozostałe. Niestety stanowią one łącznie tylko ok. 10 proc. wartości dodanej brutto w gospodarce.
  • Do drugiej grupy sektorów charakteryzujących się wzrostem TFP stabilnym ale z tendencją słabnącą należy przemysł przetwórczy, informacja i komunikacja, działalność finansowa i ubezpieczeniowa oraz administrowanie i działalność wspierająca – łącznie ponad 29 proc. wartości dodanej brutto.
  • Trzecią grupę tworzą: sektor wodny, budownictwo, transport i magazynowanie oraz obsługa rynku nieruchomości (łącznie ok. 20 proc. wartości dodanej brutto), w której w ostatnich latach wzrost produktywności jest bliski zeru.
  • Ostatnia, najgorsza i najliczniejsza grupa z udziałem w wartości dodanej brutto na poziomie aż 40 proc., to sektory z malejącym TFP i to w coraz większym tempie. Do grupy tej należy m.in. handel, edukacja, sektor energetyczny, sektor publiczny, w tym administracja publiczna.

Wyniki naszej analizy na poziomie sektorów gospodarki jednoznacznie wskazują na silną dychotomię – część sektorów ciągnie polską gospodarkę w górę, a część – niestety zdecydowanie w dół. Szczegółowy bilans kosztów i korzyści dla polskiej gospodarki sektorów charakteryzujących się niekorzystnymi wskaźnikami ekonomicznymi powinien być wstępem do rozsądnej strategii ich restrukturyzacji, która będzie kluczem do wyrwania się Polski z pułapki średniego dochodu. Tak właśnie postępowały kraje, którym to się udało podsumowują zgodnie Artur Tomaszewski i Rafał Antczak.

 

  • Polska gospodarka wpadła w pułapkę średniego dochodu na co wskazują dane makroekonomiczne i zachowanie TFP.
  • Zasoby pracy nie muszą być barierą dla rozwoju Polski, jeśli zostaną wykorzystane wszystkie rezerwy krajowe i będzie prowadzona rozsądna polityki imigracyjna, zwłaszcza wobec obywateli Ukrainy.
  • Zasoby kapitału krajowego są problemem dla rozwoju, który można rozwiązać poprzez oszczędności w sektorze publicznym i wzrost zysku i oszczędności w sektorze prywatnym – tego pierwszego nie próbowaliśmy, ale to drugie miało już miejsce.
  • Produktywność czynników produkcji jest silnie dychotomiczna po sektorach gospodarki i jest to największy problem dla rozwoju Polski.
  • Kluczem do podniesienia ogólnej dynamiki TFP w gospodarce i wyrwania się Polski z pułapki średniego dochodu jest usunięcie dychotomii w produktywności na poziomie sektorów. Tak właśnie postępowały kraje, którym to się udało.

 

 

Bank DNB Polska;  firma doradcza Deloitte

Osoby wracające do Polski z dyplomem amerykańskiej uczelni już na starcie dostają bardziej atrakcyjne oferty pracy, na wyższych i lepiej płatnych stanowiskach, z większym zakresem odpowiedzialnych zadań i obowiązków. To fakty, które potwierdzają nie tylko badania rynku, ale także absolwenci uniwersytetów zza oceanu. Poznaj ich historię.

 Inwestycja z wysoką stopą zwrotu

77 proc. – tyle średnio więcej zarabia osoba z międzynarodowym wykształceniem i certyfikatami (badanie Goldman Recruitment Salary Survey). Dyplom zagranicznej uczelni to także dwukrotnie niższe ryzyko długotrwałego bezrobocia, co przyznała unijna komisarz ds. edukacji, kultury, wielojęzyczności i młodzieży, Androulla Vassiliou.

Czy rzeczywiście wykształcenie zdobyte za granicą aż tak zwiększa szansę na znalezienie lukratywnej pracy, i to od razu po studiach? Czy dzięki uzyskanemu doświadczeniu, taki absolwent może szybciej osiągnąć wyższe zarobki niż gdyby ukończył krajowy uniwersytet? Tezę tę potwierdzają sami absolwenci, którzy z dyplomem zagranicznej uczelni wrócili do Polski i zaczęli pracę – w korporacjach i na własny rachunek. Dowodem są też badania, jak choćby to przeprowadzone przez ekspertów z The Boston Consulting Group. Z raportu „Zarządzanie po polsku” jasno wynika, że firmy chętniej zatrudniają kandydatów posiadających dylom zagranicznej uczelni czy międzynarodowe doświadczenie zawodowe.

Kompetencje „na papierze”

Z jednej strony, dla 70 proc. pracodawców liczą się kompetencje potwierdzone „na papierze” (dane Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych). Taki pracownik szybciej awansuje, szczególnie w ramach globalnej korporacji. Z drugiej strony, ważne są odpowiednie kompetencje merytoryczne, zdolności praktyczne i umiejętności interpersonalne – tak zadeklarowało 99 proc. przedsiębiorców zrzeszonych w programie Rzetelna Firma (badanie na grupie 500 firm). Tymczasem zagraniczne studia to z jednej strony prestiżowy dyplom, przyciągający uwagę rekrutera, a z drugiej – sygnał dla pracodawcy, że ma do czynienia z kandydatem o dużym potencjale intelektualnym i pożądanych umiejętnościach. Potwierdzają to Anna Korzeniewska oraz Aleksandra Kozielska, absolwentki zagranicznych uczelni pracujące w Polsce.

Porozmawiajmy o pieniądzach

Po ukończeniu studiów w Stanach Zjednoczonych i powrocie do Polski w 2005 roku bez trudu znalazłam pracę w dużej korporacji z branży AGD. Zaoferowano mi stanowisko młodszego menadżera z pensją dwukrotnie przekraczającą wynagrodzenie, jakie w tamtym czasie otrzymywali moi rówieśnicy, będący jednocześnie na niższych niż moje stanowiskach. Szybko też zostałam włączona przez pracodawcę do tzw. grupy talentów, dzięki czemu mogłam korzystać z dodatkowych szkoleń i uczestniczyć w projektach zagranicznych. Otrzymywałam do realizacji wymagające zadania, nierzadko pracując bezpośrednio z osobami z zarządu firmy. Po niecałym roku zostałam awansowana na stanowisko w pełni menedżerskie, przejmując zarządzanie największą i najbardziej wymagającą kategorią produktową w asortymencie – opowiada swoją historię Anna Korzeniewska, absolwentka City University of New York (CUNY) oraz New York University (NYU).

Jak przyznaje Anna Korzeniewska, studiowanie za granicą to nie tylko szkoła, ale także możliwość podjęcia pracy, pozwalającej zdobyć praktyczną wiedzę i umiejętności, a nierzadko – zarobić na studia. Takie szanse daje amerykański system kształcenia, oferujący ambitnym studentom zajęcia w różnych godzinach, dopasowanych do grafiku pracy.

Obecnie Anna Korzeniewska prowadzi Fundację Rozwoju Talentów oraz firmę GlobalEdu. – Dłuższy pobyt w Stanach wzmocnił we mnie poczucie własnej wartości. Dał odwagę i przekonanie, że wszystko, czego się podejmę, jeśli tylko poświęcę temu wystarczająco dużo czasu i zaangażowania, po prostu się uda. Wiele osób dało mi w życiu szanse i myślę, że dobrze je wykorzystałam. Teraz sama chcę pomagać, ułatwiając młodemu pokoleniu start w lepszą przyszłość. Właśnie z taką myślą podjęłam decyzję o założeniu fundacji i własnej firmy – tłumaczy.

Do Polski z dyplomem międzynarodowej uczelni wróciła także Aleksandra Kozielska. Jak tłumaczy, studia za granicą dały jej niewyobrażalne możliwości, promując indywidualny rozwój, także poza uczelnią. – Już od pierwszych dni, studentom oferuje się udział w licznych stowarzyszeniach i klubach, m.in. naukowych, dyskusyjnych, charytatywnych, sportowych czy rozrywkowych. Otrzymują też kontakt do osób, których zadaniem jest pomoc w znalezieniu pracy i zaplanowaniu ścieżki kariery. Osobiście wykorzystałam wiele z tych możliwości, by móc przekonać się, w czym jestem dobra i co chciałabym robić w przyszłości. Angażowałam się więc w klubach sportowych, a także programach wdrażających inicjatywy studenckie. Prowadziłam projekty rozwojowe dla młodzieży niepełnosprawnej umysłowo, a w czasie wakacji w Polsce odbywałam także praktykę na wydziale psychiatrii w jednym z łódzkich szpitali oraz staż w koncernie FMCG w dziale ds. zachowań konsumenckich. Zapytana o ścieżkę zawodową po ukończeniu studiów, odpowiada: – Otrzymałam kilka lukratywnych ofert pracy, w miejscach i na stanowiskach, które były moim celem. Wybrałam pozycję w Warszawie, gdzie zaczęłam od stanowiska Shopper Insight Management Trainee, już po 10 miesiącach awansując na pozycję Shopper Insights Manager.

Jak przyznaje Aleksandra Kozielska, studia zagraniczne rozwijają w studentach ważne kompetencje, którymi mogą się wyróżnić i które są bardzo cenne dla pracodawców. Dzięki elastycznemu systemowi kształcenia i możliwościom podjęcia pracy bez uszczerbku na nauce, zagraniczny student motywuje się do rozwijania kluczowych kompetencji, takich jak: odpowiedzialność, organizacja czasu i pracy, proaktywność w szukaniu rozwiązań i krytyczna analiza będąca motywatorem do zdobywania wiedzy. – Jeśli ktokolwiek wykaże się takim podejściem w życiu zawodowym, każdy rozsądny pracodawca będzie chciał w niego inwestować, dawać możliwości rozwoju i bardziej wymagające zadania wiedząc, że im sprosta – podsumowuje Aleksandra Kozielska.

Po zagraniczne wykształcenie co roku wyjeżdża kilka tysięcy młodych Polaków. Ilu? Tego dokładnie nie wiadomo, bo statystyki nie uwzględniają tych, którzy jadą „na własną rękę”. Kierunkiem wielu są Stany Zjednoczone. Nie bez powodu. W końcu 16 na 20 najlepszych uniwersytetów na świecie to szkoły wyższe z USA (The 2014 Academic Ranking of World Universities).

materiały prasowe

Osoby w wieku powyżej 50 roku życia to blisko 36% populacji w Polsce. Co trzecia z nich nie utrzymuje się samodzielnie – wynika z badania „Sytuacja finansowa Polaków 50+” zrealizowanego przez instytut badawczy Millward Brown dla Krajowego Rejestru Długów. Dochód 40% osób w tej grupie wiekowej nie przekracza 2 tys. zł miesięcznie. Choć niechętnie pożyczają pieniądze, ich zadłużenie notowane w Krajowym Rejestrze Długów przekroczyło 7 miliardów zł.

Źródłem dochodów ponad połowy Polaków w tym wieku jest emerytura, a co czwartego utrzymuje partner lub rodzina. 13% pobiera rentę, a 4% jest na zasiłku. Jedynie co trzeci Polak utrzymuje się z pracy zarobkowej, a najczęściej zatrudniany jest na umowę o pracę (24%). 12% prowadzi własną działalność gospodarczą, najmniej zatrudnionych jest na umowę zlecenie lub o dzieło (6%).

– W Polsce notowany jest jeden z najniższych wskaźników zatrudnienia osób w wieku 50+ w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej. To przekłada się na ich poziom zamożności, a w konsekwencji także zadłużenia. Niestety statystyki nie są tu zadowalające i duży przyrost długów tej części populacji budzi niepokój. Ale pokazuje też, jak ważną sprawą powinna być aktywizacja zawodowa tej grupy wiekowej. Według prognoz za 25 lat co trzeci Polak będzie w wieku poprodukcyjnym – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biur Informacji Gospodarczej.

Z badania przeprowadzonego przez Millward Brown wynika, że bardziej aktywni zawodowo są mężczyźni, niż kobiety – te częściej pobierają natomiast świadczenia emerytalne. Własną działalność gospodarczą również prowadzi znacznie więcej panów (19%), niż pań, gdzie odsetek ten wynosi 6 punktów procentowych. O aktywności zawodowej decyduje także wykształcenie. Blisko połowa osób, które ukończyły studia, wciąż pracuje. Inaczej wygląda to w przypadku tych, którzy mają wykształcenie podstawowe – z pracy utrzymuje się tylko 14%.

Nasze społeczeństwo starzeje się najszybciej w Europie, zamykamy wszystkie rankingi dotyczące aktywizacji osób starszych. Nasi przedsiębiorcy już teraz narzekają, że mają problem ze znalezieniem pracowników. Gdybyśmy nauczyli się, jak wykorzystać potencjał tej grupy wiekowej, korzyści odniosłaby cała gospodarka – mówi Maciej Ameljan, wiceprezes Rzetelnej Firmy.

W badaniu zapytano również o wysokość dochodu, jakim miesięcznie dysponują osoby w grupie wiekowej 50+. Co czwarte gospodarstwo domowe zarabia powyżej 3 tys. zł. Tyle samo otrzymuje 1,2 – 2 tys. zł. Co piąte ma do dyspozycji od 2 do 3 tys. zł. Mniej, niż 1,2 tys. zł musi wystarczyć 14% osób. Tak niskie dochody mają najczęściej kobiety, osoby z wykształceniem podstawowym i te, mieszkające na wsi.

 Jak wydają, to na bieżące potrzeby

Osoby w wieku powyżej 50 roku życia najwięcej pieniędzy wydają na jedzenie – miesięcznie to aż 900 zł. Podczas gdy 18% badanych przeznacza na ten cel ponad 1 tys. zł, nieznacznie mniej, bo 15%, znajduje się na drugim biegunie i ma do dyspozycji zaledwie 400 zł. W drugiej kolejności są wydatki na bieżące rachunki związane z mieszkaniem i zużyciem mediów, które pochłaniają blisko 600 zł miesięcznie. Po ok. 200 zł miesięcznie Polacy po 50. płacą za komunikację i koszty leczenia.

Osiągane dochody Polaków po 50. są na tyle niskie, że do wydatków 59% badanych – najczęściej jedzenia i rachunków – dokładają się inne osoby, przeważnie to małżonkowie lub partnerzy. Najrzadziej rodzina lub bliscy współfinansują spłacanie zaciągniętych pożyczek i kredytów. Średnia kwota wsparcia, jakie otrzymują od bliskich, to 347 zł.

Za mało, by odłożyć

Połowa Polaków w wieku powyżej 50 lat deklaruje, że nie posiada oszczędności. 15%  ma odłożone nie więcej niż 5 tys. zł.

Biorąc pod uwagę, że dochód 40% osób w badanej grupie wiekowej nie przekracza 2 tys. zł, nie można się dziwić, że tak mało z nich ma oszczędności. Najczęściej na czarną godzinę odkładają osoby bardziej zamożne – dobrze wykształcone i mieszkające w dużych miastach. Również częściej stać na to mężczyzn, ale dysponują oni też wyższymi dochodami – mówi Łącki.

Najbardziej oszczędni w tej grupie wiekowej są mieszkańcy północnej i zachodniej Polski (województw wielkopolskiego, zachodniopomorskiego, lubuskiego, pomorskiego i kujawsko-pomorskiego). Na drugim biegunie są mieszkańcy Małopolski, Opolszczyzny i Podkarpacia. W tych województwach oszczędności ma mniej niż 40% Polaków w wieku powyżej 50 lat.

Gdy ich nie stać, rezygnują z zakupów

Aż czterem na dziesięciu Polakom 50+ zdarzyła się ostatnio sytuacja, w której nie było ich stać na zakup za gotówkę rzeczy, której potrzebowali. 48% z nich w tej sytuacji zrezygnowało po prostu z zakupów. 16% odkładała pieniądze na taki zakup aż do momentu uzbierania wystarczającej kwoty. Tylko 15% zdecydowała się na zakup na raty, a 8% wzięła kredyt gotówkowy w banku. W efekcie niemal co trzecia osoba w tym wieku deklaruje, że nigdy nie wzięła kredytu lub pożyczki. Ponad połowie zdarza się z nich korzystać, ale robią to sporadycznie. Często pożycza jedynie co piąty badany.

– 58% Polaków mających więcej niż 50 lat nie posiada obecnie żadnej zaciągniętej pożyczki lub kredytu, a 29% nigdy po taką nie sięgnęła. To pokazuje, jak to pokolenia jest bardzo ostrożne w pożyczaniu pieniędzy. Większość z nich wychodzi z założenia, że żeby pieniądze wydawać, trzeba je po prostu mieć – mówi Adam Łącki.

Nie pożyczają, bo nie lubią i nie muszą

37% ankietowanych z grupy 50+ nie pożycza, bo nie ma takiej potrzeby, prawie tyle samo nie lubi mieć takich zobowiązań, a 14% deklaruje, że nie stać ich na ich spłatę kredytu. Przeszkodą dla co dziesiątego Polaka po 50. w sięgnięciu po kredyt jest brak zdolności kredytowej. Zdarzają się też osoby, które zwyczajnie nie wiedzą, jak zaciągnąć pożyczkę lub kredyt.

Jeśli osoby w tej grupie wiekowej już decydują się na pożyczenie pieniędzy, najczęściej przeznaczają je na zakup sprzętu AGD lub RTV (43%). Niewiele mniej, bo 40%, pożycza, by wyremontować mieszkanie lub dom. Co czwarta osoba zapożycza się, by kupić środek transportu – samochód, motocykl lub skuter, a co piąta inwestuje w nieruchomość lub ziemię. Do często wymienianych powodów zaciągania kredytów lub pożyczek, należą też te związane z bieżącymi potrzebami – wydatki konsumpcyjne, leczenie czy spłata wcześniejszych długów.

Polacy w tym wieku wydają się unikać pożyczania pieniędzy, a jeśli już to robią, to po to, by zaspokoić swoje bieżące potrzeby, niż dla przyjemności. Raczej nie ulegają pokusom i z rozsądkiem gospodarują pieniędzmi. Jeśli wyjeżdżają na wakacje, to za zgromadzone oszczędności. Na taki cel pożycza bowiem bardzo niewielki odsetek badanych. Jeszcze mniej osób pożycza na realizację swojego hobby – zauważa Łącki.

Okazuje się, że kobiety częściej zaciągają pożyczki na zakupy do domu sprzętów typu AGD i RTV, remont domu lub mieszkania, czy usługi medyczne. Mężczyźni częściej zaciągają kredyty na zakup pojazdu lub nieruchomości.

Po pieniądze najchętniej do banku

Najczęstszy powód zaciągania pożyczki lub kredytu jest oczywisty – brak gotówki, by sfinansować potrzebny zakup. Tak deklaruje 61% osób z tych, którzy zdecydowali się na skorzystanie z oferty banku lub firmy pożyczkowej. Co piąta jednak zdecydowała się pożyczyć, ponieważ było to bardziej opłacalne, niż płatność gotówką. Prawie co drugi Polak w wieku 50+ pożyczał ponieważ zabrakło mu pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb, miał chwilowe problemy finansowe lub nieprzewidziane wydatki. Tu dominują osoby najstarsze oraz te z wykształceniem podstawowym.

Polacy w wieku powyżej 50 roku życia zdecydowanie najchętniej (82%) korzystają z ofert banków. Alternatywnie, 12% zakupy rozkłada na raty w sklepach, 8% pożycza u najbliższych – rodziny bądź znajomych, 7% korzysta z ofert SKOK-ów, 4% pożycza w zakładzie pracy. Najmniej osób deklaruje, że korzysta z firm pożyczkowych (2%).

Zadłużenie rośnie lawinowo

Choć ta grupa wiekowa stara się racjonalnie gospodarować pieniędzmi, najwyraźniej za niskie dochody powodują, że jej zadłużenie notowane w Krajowym Rejestrze Długów w ciągu trzech lat wzrosło trzykrotnie i wynosi obecnie 7,2 mld zł. Ponad połowa tej sumy, bo ponad 3,7 mld zł przypada na długi wobec banków i firm pożyczkowych oraz wtórnych wierzycieli. 1,36 mld zł to długi alimentacyjne, a na niezapłacony czynsz, rachunki za prąd, gaz i wodę przypada 1,12 mld zł. Ponad 0,5 miliarda złotych to zaległe opłaty za telefon, telewizję i Internet. Średni dług przypadający na jednego dłużnika po 50. to 11,5 tys. zł.

Długi osób po 50. coraz częściej trafiają do windykacji. Kiedy kontaktuje się z nimi windykator podają mnóstwo powodów, którymi tłumaczą brak zapłaty – od zwykłego zapominalstwa, poprzez brak środków, aż po zwyczajny brak chęci zapłaty. Część tych osób spłaca zadłużenie po pierwszym telefonie, ale w wielu przypadkach jesteśmy zmuszeni uruchamiać kolejne etapy postępowania windykacyjnego – tłumaczy Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji Kaczmarski Inkasso.

Polska nie jest dobrym krajem do starzenia się

W tym roku Komisja Europejska opublikowała raport, w którym przedstawiono indeks aktywnego starzenia się. Na 28 państw europejskich, Polska zajęła drugie miejsce od końca. Za nami jest tylko Grecja. Choć od ubiegłego roku przeskoczyliśmy o jedno oczko do góry, nie jest to żaden powód do zadowolenia – sytuacja w Polsce się nie polepszyła, ale w Grecji uległa znacznemu pogorszeniu. Podstawowe kryteria objęte badaniem to poziom zatrudnienia, uczestnictwo osób starszych w życiu społecznym, samodzielność, a w końcu możliwości i warunki sprzyjające aktywnemu starzeniu się.

Problemem tej grupy wiekowej, a w szczególności tych najstarszych osób, nie jest brak chęci rozwoju czy uczestnictwa w życiu społecznym, ale raczej brak środków i możliwości. W najgorszej sytuacji są osoby mniej wykształcone oraz te, zamieszkujące tereny wiejskie – mówi Łącki. – Biorąc pod uwagę, że społeczeństwo się starzeje, młodsi nie będą w stanie zapracować na emerytury seniorów, trzeba zastanowić się, jak przygotować starszych do tego, by na taką pomoc nie musieli liczyć – dodaje.

źródło: KRD

Trybunał Konstytucyjny uznał, że zapisy dotyczące kwoty wolnej są niezgodne z ustawą zasadniczą. Chodzi o to, że w ustawie nie ma zapisów, nakazujących utrzymywanie kwoty zwolnionej na takiej wysokości, aby obejmowała przynajmniej tzw. minimum egzystencji. TK stwierdził, że z ustawy podatkowej zapisy o kwocie wolnej znikną 30 listopada 2016 r.

Dzisiejszy wyrok to epilog rozprawy, która odbyła się w ubiegłym tygodniu. Sprawę wniósł Rzecznik Praw Obywatelskich, który chciał się dowiedzieć, czy zgodne z konstytucją jest, że kwota niższa jest wyższa niż minimum egzystencji.

Podatnik nie je, bo płaci podatek

Przypomnijmy, że minimum egzystencji w roku 2014 szacowane było przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych – w zależności od liczby osób w gospodarstwie domowym, wieku i sytuacji zawodowej – na od 428,16 zł (dla 2-osobowego gospodarstwa pracowniczego) do 544,09 zł (w przypadku 1-osobowego gospodarstwa pracowniczego). A więc aby opędzić podstawowe potrzeby, konieczna była kwota od 5138 zł do 6530 zł.

Tymczasem kwota wolna wynosi 3089 zł, a więc jest znacznie niższa. Innymi słowy okazuje się, że osoba uzyskująca dochody na poziomie, który umożliwiałby zaspokojenie podstaw egzystencjalnych, nie jest w stanie tego zrobić, bo musi zapłacić państwu podatek.

Wprawdzie wcześniej wysokość kwoty wolnej była waloryzowana, aby utrzymywać związek między nią a minimum socjalnym, lecz ostatnia waloryzacja miała miejsce w 2006 r. Od tego czasu kwota wolna się nie zmienia i obecnie jest jedną z najniższych na świecie.

Rzecznik Praw Obywatelskich uznał, że przy takim sposobie kształtowania kwoty wolnej „osiągane korzyści w postaci wpływów podatkowych nie pozostają w odpowiedniej proporcji do nakładanych ciężarów, co nie sprzyja samodzielnemu zaspokajaniu potrzeb człowieka funkcjonującego we współczesnym społeczeństwie”.

Związek być powinien

Trybunał Konstytucyjny przychylił się do stanowiska RPO i uznał, że art. 27 ust. 1 ustawy z dnia 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych „w zakresie, w jakim nie przewiduje mechanizmu korygowania kwoty zmniejszającej podatek, gwarantującego co najmniej minimum egzystencji, jest niezgodny z art. 2 i art. 84 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej”. I w tym zakresie traci moc z dniem 30 listopada 2016 r.

Innymi słowy jest nieco ponad rok, aby nowy parlament i nowy rząd uchwaliły takie przepisy o kwocie wolnej, aby automatycznie dostosowywały się one do aktualnego poziomu minimum egzystencji. Tyle że do końca nie jest jasne, jak należy dokonać tej waloryzacji (bo minimum egzystencji nie jest równe dla wszystkich) oraz nie wiadomo, co się stanie, jeśli prawo nie zostanie zmienione.

Kiedy podwyżka kwoty wolnej?

Tyle że zarówno prezydent Andrzej Duda w swojej kampanii, jak i Prawo i Sprawiedliwość w swojej podnosiły kwestię kwoty wolnej i zapowiadały jej podwyższenie do kwoty 8 tys. zł. Tyle że z zapowiedzi wynikało, że będzie się to odbywać sukcesywnie, tymczasem teraz ruch musi być jednorazowy – aby przynajmniej osiągnąć ów poziom minimum egzystencjalnego. Bo wprawdzie z wyroku wynika, że zakwestionowane zostały przepisy w zakresie, w którym nie łączą kwoty wolnej z minimum egzystencji, lecz w efekcie konieczna będzie podwyżka podatku.

Dobra wiadomość jest taka, że ten ruch może zostać dokonany jeszcze w tym roku – o ile oczywiście PiS znajdzie na to pieniądze. Zasada niedokonywania zmian w trakcie roku podatkowego nie dotyczy tych rozwiązań, które są korzystne dla podatników.

Jeśli nie uda się dokonać takiej zmiany, to na pewno nowa kwota wolna będzie obowiązywać już dla dochodów za rok 2016. Data zmiany przepisów została ustalona tak, że zakwestionowane przepisy nie będą miały mocy w czasie, kiedy podatnicy będą składać zeznania podatkowe za rok przyszły.

autor: Marek Siudaj, Tax Care

 

Życie w ciepłych krajach bez szefa nad głową? Dlaczego nie! Setki Polaków zdecydowały się na zastąpienie kiepsko płatnego etatu małym biznesem internetowym. I świetnie na tym wychodzą.

Paweł i Monika poznali się podczas stażu w dużej hurtowni budowlanej. Ona pracowała w dziale księgowości, on w zaopatrzeniu. Mimo młodego wieku, szybko stwierdzili, że pracując dla kogoś, zawsze będą zależni od „widzimisię” szefa. Postanowili wykorzystać staż, by dowiedzieć się jak najwięcej o handlu – Nierzadko przychodziliśmy nawet 2 godziny przed pracą, byleby tylko złapać koleżanki i kolegów z działu, którzy podpowiadali – np. jak obliczyć cło czy wypełnić dany dokument  – mówi Monika. Zaangażowanie i poświęcony czas opłaciły, bo jeszcze w czasie stażu Monika i Paweł wspólnie otworzyli internetowy sklep z odzieżą.

Koszty otwarcia sklepu były marginalne. W końcu dziś zarówno za zrobienie sklepu w sieci, jak i jego promocję płaci się abonamentem, a nie jednorazowo. Największym problemem wydawało się być zatowarowanie, dlatego na początek postawiliśmy wyłącznie na ubrania, które u konkurencji sprzedawały się najlepiej i pozwalały na osiągnięcie największej marży. Z kilkunastu tysięcy złotych pożyczonych od rodziców kupiliśmy pierwsze ubrania, sami zrobiliśmy zdjęcia (z Moniką jako modelką) i zaczęliśmy sprzedaż – wspomina Paweł. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Jeszcze przed pierwszym Bożym Narodzeniem – w szczycie sezonu – mieli tyle zamówień, że konieczne było zatrudnienie pomocy na dodatkowy etat, a i tak każda wysłana paczka oznaczała od kilkudziesięciu do nawet ponad 200 złotych zysku. Było to więcej niż wcześniej zarabiali wspólnie przez cały dzień.

Dotarli do odbiorców, których ignorowali ich szefowie

Historie, takie jak Moniki i Pawła, słyszę każdego tygodnia – mówi Marcin Kosedowski, autor kursu Profit Sites Academy, który pokazuje jak krok po kroku założyć i wypromować własny, internetowy biznes. – Setki firm przegapiają szansę, jaką jest sprzedaż internetowa. To normalne, że pracownicy widzący skostniałe podejście szefa, biorą sprawy w swoje ręce, zaczynają działać samodzielnie i – co najważniejsze – doskonale na tym wychodzą – dodaje. Z perspektywy fotela prezesa nie widać bowiem niuansów, które codziennie zauważa pracownik mający kontakt z klientami czy dostawcami. Tymczasem nierzadko wystarczy drobna zmiana, np. możliwość złożenia zamówienia e-mailem czy zmniejszenie kwoty minimalnego zamówienia, aby dotrzeć do zupełnie nowej grupy odbiorców.

Właśnie kwota minimalnego zamówienia stała za pomysłem Piotra. Piotr całymi miesiącami musiał odmawiać przyjęcia zamówień od potencjalnych klientów firmy sprzedającej materiały dentystyczne, w której pracował. Problemem była minimalna wielkość zamówienia. – Większość dentystów nie potrzebowała tak dużych opakowań, jakie oferowaliśmy lub wyrzucała znaczną część przeterminowanych materiałów. Wystarczyło otworzyć pudełka i sprzedawać materiały w mniejszych porcjach, jednak szef z niezrozumiałych dla mnie powodów nie chciał tego zrobić – mówi Piotr. – Po kilkunastu próbach dałem sobie spokój z przekonywaniem go do tego pomysłu. Sam, po godzinach, otworzyłem sklep z nową ofertą i – za zgodą szefa – skontaktowałem się z mniejszymi klientami. Zyskali na tym wszyscy. Klienci w końcu mogli złożyć zamówienie zgodne z potrzebami, firma zyskała nowy rynek, a Piotr – sowite premie miesięczne za powiększenie sprzedaży.

Ciepłe kraje zamiast nudnego biura? „Teraz nikt mi nie zabroni!”

Mimo oczywistych skojarzeń, zarabianie przez Internet nie musi wiązać się z handlem. Istnieje wiele prawie darmowych sposobów na wykorzystanie sieci do wypromowania nawet niszowych usług, na które nie dałoby się pozyskać klientów w żaden inny sposób. Często wystarczy wiedza co zrobić, by prostą stronę WWW z ofertą zmienić w prywatnego przedstawiciela handlowego e-biznesmenów, dzielnie pracującego na trzy zmiany – tłumaczy Marcin Kosedowski.

Pamiętajmy, że z Internetu korzysta około 20 milionów Polaków. Przy takiej liczbie internautów, zyskujemy szanse na znalezienie klienta nawet na najbardziej niszową usługę. Jeśli dodatkowo postanowimy wyjść na rynek zagraniczny, dostajemy niewyobrażalną liczbę ponad dwóch miliardów osób, które mogą chcieć skorzystać z naszych usług, często płacąc za to zachodnie stawki.

Przez 10 lat pracowałem jako administrator baz danych i mimo zarobków kilkukrotnie wyższych od średniej krajowej, byłem już pewien, że to nie to. Monotonna, męcząca praca, zarząd podejmujący absurdalne decyzje, ciągłe życie pod telefonem i – co najbardziej irytujące – konieczność pojawiania się w firmie, chociaż to samo mógłbym robić z domu. Teraz nikt mi nie zabroni pracować z miejsca, w którym mam ochotę przebywać! – 34-letni Adam jednym tchem wymienia powody, dla których zrezygnował z pracy etatowej i zajął się prowadzeniem konsultacji przez Internet.

Pierwszy krok jest łatwiejszy niż się wydaje

Zaczynałem powoli, udzielając po pracy płatnych porad przez Skype. Następnie przygotowałem stronę www z ofertą, korzystając z darmowego narzędzia i rozesłałem adres do znajomych z branży. Większość z nich po kilku tygodniach lub miesiącach natknęła się w swojej pracy na problem, którego nie potrafili rozwiązać. Skorzystanie z moich porad okazało się dla ich firm wybawieniem, więc chętnie płacili tyle, ile wcześniej zarabiałem przez tydzień – mówi Adam. Później poszło szybko – klienci zaczęli wracać do Adama i polecać go znajomym. Po roku mógł wreszcie rzucić pracę, mając takie zapotrzebowanie na konsultacje, że jego zarobki przekroczyły wynagrodzenie z etatu. – I najważniejsze: w końcu mogłem przenieść się do Tajlandii na czas jesieni i zimy – kwituje Adam.

źródło: materiały prasowe

 

Przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w ujęciu rocznym, w sierpniu wzrosło o 3,4 proc., zaś zatrudnienie zwiększyło się o 1 proc. – podał Główny Urząd Statystyczny (GUS).

Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw w lipcu wyniosło 5588,4 tys. osób i było zaledwie o 5 tys.  większe niż w lipcu. Przyrost liczby miejsc pracy w firmach zatrudniających co najmniej 10 pracowników wyniósł zatem zaledwie 0,1%,w stosunku do poprzedniego miesiąca i ok. 1 % w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku. Można zatem założyć, że w tej części rynku pracy mamy do czynienia ze stabilizacją zatrudnienia, z niewielkim wzrostem liczby pracujących, wynikającym z oddziaływania czynników sezonowych. W obu miesiącach wakacyjnych (lipiec, sierpień) zatrudnienie wzrastało o ok. 5 tys. osób, co było wynikiem zwiększonego zapotrzebowania na prace sezonowe np. w handlu, gastronomii i hotelarstwie, turystyce, budownictwie, ogrodnictwie i rolnictwie oraz przetwórstwie. W ujęciu rok do roku, tempo wzrostu zatrudnienia jednak wyraźnie zwolniło od maja i trzeci miesiąc z rzędu jest to 0,9%, zamiast 1,2-1,3%. Dalsze wzrosty zatrudnienia mogą jeszcze ulegać wpływowi czynników sezonowych we wrześniu, ale nie należy spodziewać się bardzo gwałtownych skoków. Będziemy mieli raczej do czynienia z utrzymaniem dotychczasowego poziomu lub bardzo wolnym wzrostem. Firmy wstrzymują się ze zwiększaniem zatrudnienia oceniając, że takie decyzje byłyby obecnie obarczone dużym ryzykiem. Od przyszłego roku wchodzi w życie kilka niekorzystnych dla firm zmian na rynku pracy: pogorszenie warunków zawierania umów o pracę na czas określony, rozszerzenie oskładkowania umów zleceń i podniesienie płacy minimalnej aż o 100 zł, do 1850 zł miesięcznie. Ponadto niepewne są wyniki wyborów parlamentarnych oraz ich konsekwencji dla dalszych zmian warunków zatrudnienia. W większości programów wyborczych pojawiają się zapowiedzi dalszego podnoszenia płacy minimalnej, wprowadzenia minimalnych stawek godzinowych, likwidacji umów cywilnych,  czy pogorszenia warunków zawierania umów o pracę. Dlatego wiele decyzji o tworzeniu nowych miejsc pracy jest obecnie w zawieszeniu.

Przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4024,95 zł, czyli o 1,7% mniej niż przed miesiącem, ale o 3,4% więcej niż w sierpniu zeszłego roku. Takie obniżenie wynagrodzenia jest zwykle obserwowane w sierpniu. Niemniej w ujęciu rocznym utrzymuje się relatywnie szybkie tempo wzrostu wynagrodzeń.  Zatem w kolejnych miesiącach można spodziewać się dalszego wzrostu przeciętnego poziomu wynagrodzenia w ujęciu rok do roku w tempie nieco wyższym od 3%.

Grzegorz Baczewski
autor: dr Grzegorz Baczewski, Konfederacja Lewiatan

25 miliardów dolarów – taką fortunę zgromadził Lee Shau Kee, najbogatszy spośród osób, które majątek zbudowały na rynku nieruchomości. Co ciekawe, miliarderów powiązanych z rynkiem nieruchomości jest aż 11-krotnie więcej niż tych związanych z wydobyciem gazu i ropy.

Nieruchomości są nie tylko preferowaną formą lokowania kapitału przez najbogatszych ludzi na świecie, ale też sporo fortun stworzonych zostało dzięki działalności deweloperskiej, zakupom ziemi czy budynków. Taki wniosek płynie z analizy listy najbogatszych ludzi na świecie, którą przygotował Forbes. Z tego zestawienia wynika bowiem, że nieruchomości były głównym źródłem majątku dla aż 157 z listy 1828 miliarderów z całego globu.

Światowi miliarderzy w podziale na branże, w których budowali swe majątki
Główna branża Suma majątków miliarderów (w mld dolarów) Średni majątek (w miliardach dolarów) Liczba osób Przeciętny wiek
Moda i handel 921 4,9 186 66,2
Inwestycje 698 4,3 161 64,3
Nieruchomości 526 3,4 157 65,4
Produkcja spożywcza 542 3,6 149 64,7
Technologie 800 5,4 148 53,9
Produkcja 411 2,8 148 63,9
Różne źródła 539 3,8 142 64,5
Finanse 252 2,4 103 63,7
Ochorna zdrowia 260 2,9 89 63,8
Energia 363 4,8 76 62,4
Media 355 4,7 75 67,7
Usługi 174 2,7 64 64,2
Budownictwo i inżynieria 140 2,7 52 65,4
Surowce i wydobycie 235 4,8 49 57,2
Handel 180 3,7 49 61,1
Rynek samochodowy 150 3,8 40 67,8
Telekomy 188 6,5 29 58,1
Logistyka 84 3,5 24 68,7
Hazard 102 4,3 24 62,5
Sport 46 2,3 20 67,7
Ropa i gaz 25 1,8 14 63,2
Opracowanie Lion’s Bank na podstawie danych forbes.com    

 

Nieruchomości na trzecim miejscu

Dane przeanalizowane przez Lion’s Bank pokazują, że najwięcej fortun zbudował szeroko pojęty sektor inwestycji. Jemu to aż 186 osób zawdzięcza majątki o wartości przynajmniej miliard dolarów. Niezmienne od lat w gronie osób, które miliardy zarobiły właśnie dzięki inwestycjom znaleźć można takich znanych inwestorów jak: Warren Buffet, George Soros czy John Paulson. Wiele fortun miliarderzy zawdzięczają też handlowi i branży modowej. Dzięki nim właśnie 64,5 mld dolarów zgromadził Amancio Ortega, po ponad 40 mld dolarów mają na koncie Christy i Jim Waltonowie (jedni ze spadkobierców twórcy sieci sklepów Wal-Mart). Podobny majątek zgromadziła też Liliane Bettencourt z rodziną (L’Oreal), a ponad 30 mld dolarów ma Bernard Arnaulf z rodziną (LVMH, czyli koncern Louis Vuitton Moët Hennessy).

Na trzecim miejscu pod względem liczebności miliarderów uplasowała się branża nieruchomości. Zbudowała ona majątki 157 miliarderów na całym świecie. To ponad 11-krotnie lepszy wynik niż zanotowany przez branżę związaną z ropą i gazem – powszechnie kojarzoną ze sporym bogactwem. Paradoksalnie jednak branża paliwowa zbudowała majątki tylko 14 światowych krezusów – wynika z danych Forbes za 2015 r. Co ciekawe, jest to niewielki wynik nawet na tle osób związanych ze sportem lub hazardem – z tych branży pochodzi odpowiednio 20 i 24 światowych miliarderów.

Tysiąc, milion, miliard… i co dalej?

Na świecie obowiązują dwa główne systemy liczebników. Krótki system wykorzystywany jest w większości krajów anglojęzycznych (np. USA, Hongkong, Irlandia, Australia). W tym wypadku nie występują takie liczebniki jak miliard, biliard czy tryliard. Natomiast w krajach europejskich (w tym i w Polsce) przeważnie stosuje się skalę długą, w której liczebniki takie jak miliard, biliard czy tryliard są formą obowiązującą. W efekcie skoro w krótkiej skali co drugi liczebnik nie istnieje, to jeśli Amerykanin mówi „billionaire”, Polak powinien przez to rozumieć miliardera, a jeśli zza oceanu dochodzą co nas informacje o długu publicznym USA idącemu w tryliony dolarów, to chodzi tu tak naprawdę o biliony dolarów. Mechanizm prezentuje poniższa tabela.

2015 07 02 tabela 2

Są też kraje, które stosują inne systemy liczebników. Dotyczy to na przykład Bułgarii, Iranu czy Izraela. W Wielkiej Brytanii natomiast stosowana bywa zarówno skala krótka, jak i długa, choć ta pierwsza jest na Wyspach rozwiązaniem popularniejszym.

Źródło: pl.wikipedia.org

Najdłużej na miliard każą czekać samochody, media, sport i logistyka

Co nadmiernie nie dziwi, najszybciej swoje fortuny zbudowali krezusi z branży technologicznej. Statystyczny miliarder z tego grona (liczącego 148 osób) na swój majątek pracował niecałe 54 lata. Na czele w tym gronie znajduje się oczywiście Bill Gates właściciel Microsoftu i najbogatszy człowiek na świecie z majątkiem wycenianym na prawie 80 mld dolarów. Najmłodszymi „technologicznymi” miliarderami są twórcy aplikacji Snapchat pozwalającej na szybkie udostępnianie zdjęć i filmów. Dzięki niej właśnie 25-letni Evan Spiegel i o rok starszy Bobby Murphy mają już na kontach łącznie 3 mld dolarów. Starszy od nich 31-letni Mark Zucherberg (twórca portalu Facebook) jest już właścicielem majątku wycenionego na ponad 33 mld dolarów, co daje mu 16 miejsce wśród najbogatszych ludzi świata.

Relatywnie szybko wzbogacali się też inwestujący w surowce i wydobycie oraz telekomy. W tych grupach przeciętny wiek miliardera to odpowiednio 57 i 58 lat. Najbogatszy człowiek, który zajął się metalurgią – Vladmir Potanin – ma 54 lata i ponad 15 mld dolarów. Jego rówieśnik Patrick Drahi, który zajął się telekomunikacją zdążył w tym samym czasie zgromadzić 16 miliardów, a starszy od niego o 14 lat Carlos Slim Helu ma zbudowany w branży telekomunikacyjnej majątek wart ponad 77 mld dolarów, czyli niewiele mniej niż numer jeden – Bill Gates.

Statystycznie rzecz biorąc wyraźnie starsi są krezusi, którzy swoje pieniądze czerpią z branży sportowej, logistycznej, samochodowej lub mediów. Najbogatsi z tych grup mają przeciętnie 67 – 69 lat.

Najgrubsze portfele w telekomach i IT

Nie mniej ciekawe jest jak duże majątki udało się zgromadzić miliarderom z poszczególnych branż. Właścicielami największych fortun są miliarderzy z branży telekomunikacyjnej. W tej grupie średni majątek to 6,5 mld dolarów. Na drugim miejscu są najbogatsi, którzy zbudowali swoje majątki inwestując w technologie (średnio po 5,4 mld dolarów). W przypadku mody i handlu średnia to 4,9 mld. Dla porównania najniższe majątki mają osoby, których główną branżą jest wydobycie ropy i gazu (średnio 1,8 mld dolarów). Na drugim miejscu uplasowali się miliarderzy, którzy zbudowali swoje majątki w branży sportowej (średnio po 2,3 mld dolarów na osobę). Na tym tle krezusi z branży nieruchomości plasują się trochę poniżej średniej dla wszystkich miliarderów. Przeciętny majątek szacowany jest w tym przypadku na 3,4 mld dolarów na głowę.

Najwięcej fortun powstało na nieruchomościach z USA, Chin i Hongkongu

Na liście krezusów, którzy swoje majątki zbudowali na nieruchomościach najwięcej jest mieszkańców Azji. Na 157 miliarderów z tej grupy aż 30 pochodzi z Chin, a kolejnych 24 z Hongkongu i po 9 z Indii i Singapuru.

Listę najbogatszych dzięki nieruchomościom otwierają: Lee Shau Kee z Hongkongu, Wang Jianlin z Chin i Donald Bren z USA. Według Forbes są oni właścicielami fortun o wartości odpowiednio 24,8 mld dolarów, 24,2 mld dolarów i 15,2 mld dolarów.

Pomimo dynamicznie rosnącej w ostatnim czasie liczby azjatyckich miliarderów, wciąż najwięcej nieruchomościowych bogaczy znaleźć można w USA. Jest ich tam bowiem 33 (na 157). Z przeciętnym majątkiem na poziomie 3,5 mld dolarów na osobę wyprzedzają wciąż graczy z rynku chińskiego legitymujących się średnim majątkiem na poziomie 3 mld dolarów. To wyraźnie mniej niż wynik najbogatszych z Hongkongu, którzy jednak często swe majątki budowali dłużej niż Chińczycy. W efekcie 24 miliarderów z Hongkongu może się pochwalić średnim majątkiem w kwocie 5,5 mld dolarów.

Amerykański sen w praktyce

Ciekawy jest też fakt, że w gronie 10 najbogatszych osób, których majątki budowane były na rynku nieruchomości, 6 osób zawdzięcza majątek swoim własnym dokonaniom. Ich często nieszablonowe historie pokazują, że zdobycie fortun wymagało często niemałej odwagi i determinacji. Na przykład 89-letni Cheng Yu-tung, którego majątek szacowany jest na 14,4 mld dolarów, urodził się w biednej rodzinie, a jego ojciec był pracownikiem sklepu z jedwabiem. Cheng Yu-tung jako 15-latek opuścił rodzinne miasto i w trakcie wojny chińsko-japońskiej zamieszkał w Makau, zarabiając na życie pracując w sklepie z biżuterią. Kilka lat później wziął ślub z córką właściciela sklepu. Małżeństwo to zostało zaaranżowane przez ojców wiele lat przed narodzinami Cheng Yu-tunga i jego żony. W wieku 31 lat odziedziczył biznes związany z handlem złotem. Wtedy też zaangażował się na rynku nieruchomości, a w latach 60-tych, gdy rynek nieruchomości dotknęło spowolnienie, Cheng Yu-tung skupił ogromne połacie ziemi. W ten sposób stworzył podwaliny pod biznes deweloperski, dzięki któremu jest dziś jednym z najbogatszych ludzi na świecie.

Długą drogę na szczyt odbył też Sheldon Solow, którego majątek jest szacowany na 3,6 mld dolarów. Urodził się w 1929 r. w Brooklynie, a jego ojciec był murarzem. Sheldon edukację zakończył na liceum, bo nowojorskiego uniwersytetu nie udało mu się ukończyć. W 1972 r. był jedynie właścicielem skromnej firmy budowlanej. Mimo to postawił wszystko na jedną kartę i zaczął budowę 50-piętrowego biura na Manhattanie. Dziś jest to wciąż jeden z najbardziej pożądanych budynków biurowych w Nowym Jorku, co zawdzięcza między innymi pięknemu widokowi na Central Park. W marcu 2015 r. za wynajem stopy kwadratowej w tym budynku zapłacono 200 dolarów. To odpowiada kwocie prawie 2153 dolarów za metr kwadratowy rocznie, czyli przy dzisiejszym kursie – kwocie 8104 zł za wynajem metra kwadratowego biura rocznie.

autorzy: Bartosz Turek, Lion’s Bank; Klaudia Klimkowska, Idea Bank

Najnowszy raport Profi Credit stworzony przy współpracy z ośrodkiem badawczym IPSOS pokazuje, iż w dwóch trzecich polskich gospodarstw mężczyźni mają wyższe dochody niż kobiety. Jednocześnie Polki zarabiają więcej niż Czeszki i Słowaczki. Czesi otrzymują wyższą pensje w 74% gospodarstw domowych, na Słowacji w 71%, a w Bułgarii w 66%. Mimo to, to kobiety podejmują ostateczne decyzje w trakcie zakupów.

W Polsce, znacznie częściej niż w innych krajach objętych badaniem, kobiety mają wyższe pensje – dzieje się tak w 1/4 gospodarstw, za to w Bułgarii zarobki są najczęściej na tym samym poziomie – w co siódmym gospodarstwie, obie osoby zarabiają tyle samo.

Podczas gdy mężczyźni zazwyczaj mają wyższe zarobki, to rzadko podejmują decyzje zakupowe bez konsultacji z żoną. To kobiety decydują o zakupie ubrań, produktów dziecięcych i jedzenia. Mężczyźni mają jednak więcej do powiedzenia w przypadku wydatków na dom czy hobby – komentuje Jarosław Czulak, Dyrektor Działu Marketingu, Profi Credit.

Odzież należy do kobiet, hobby do mężczyzn

Pomimo, że we wszystkich krajach pary zgodnie deklarowały, że o około połowie pieniędzy decydują wspólnie, badanie udowadnia, że mężczyźni mają znacznie mniej do powiedzenia przynajmniej w trzech kategoriach.

W Polsce i w Czechach, o wydatkach ponoszonych na ubrania decyduje jedynie co 20 mężczyzna, a w Bułgarii i na Słowacji jedynie co 13. W przypadku ponad połowy zakupów ubraniowych i obuwniczych kobiety podejmują decyzję niezależnie od mężczyzn. Podobnie wygląda sytuacja w takich kategoriach, jak artykuły dziecięce i jedzenie – tłumaczy Jarosław Czulak. Większość mężczyzn decyduje za to o wydatkach na dom i hobby.

W Polsce o wydatkach na produkty związane z hobby decyduje niezależnie aż 1/3 mężczyzn.

Kobiety częściej podejmują decyzje na temat wydatków, ale to mężczyźni dokonują zakupu

Płatności są często tak samo podzielone w gospodarstwach domowych, ale to mężczyźni pokrywają zazwyczaj większe wydatki. W Bułgarii, w Czechach i na Słowacji co trzeci mężczyzna odpowiada za wydatki na dom, wyposażenie gospodarstwa oraz wakacje.
W Polsce podział wydatków jest porównywalny w każdej kategorii.

źródło: PROFI CREDIT Polska S.A.

 

Aż 53% Polaków myśli o zmianie pracy z powodu zbyt niskiego poziomu swojego wynagrodzenia. Co trzeci pracownik zamierza szukać nowego pracodawcy, bo obecny nie daje mu możliwości samorealizacji, a 22% nie widzi szans na awans – wynika z badania przeprowadzonego przez Millward Brown na zlecenie Work Service S.A. Podobnie jak rok temu, przy poszukiwaniu nowego miejsca zatrudnienia Polacy najczęściej liczą na znajomości (60%), będą przeglądać ogłoszenia (59%) oraz samodzielnie wysyłać aplikacje do firm (57%).          

Polski rynek pracy jest obecnie jednym z najstabilniejszych w całej Europie, a z miesiąca na miesiąc jest coraz lepiej. Potwierdzają to najnowsze dane GUS dot. sektora przedsiębiorstw – w marcu wzrosło rok do roku zarówno zatrudnienie jak i wynagrodzenia. Lepsze nastroje udzielają się także statystycznemu Polakowi, który ma coraz większe oczekiwania związane ze swoim stanowiskiem pracy. I w odróżnieniu od ubiegłorocznej fali naszego badania, te najważniejsze dotyczą jego wynagrodzenia – mówi Tomasz Hanczarek, prezes zarządu Work Service S.A.

Rośnie presja płacowa

Z badania Work Service wynika, że co piaty Polak planuje w tym roku zmienić pracę. Czemu? Głównym powodem, na jaki wskazała ponad połowa zapytanych przez firmę pracowników, jest zbyt niski poziom płac (53% wskazań, sierpień 2014 r. – 49%). Na drugim miejscu, respondenci wskazali chęć samorealizacji (32%, sierpień 2014 r. – 52%), a jako trzeci powód wymienili brak perspektywy awansu (22%, sierpień 2014 r. – 59%). Skąd tak silna presja płacowa ze strony pracowników? W wielu branżach mamy już do czynienia z rynkiem pracownika i to oni zaczynają dyktować warunki a nie pracodawcy. Z jednej strony jest to następstwo rosnącej liczby rekrutacji prowadzonych przez firmy w Polsce, i to zarówno na pracowników wykształconych jak i tych najsłabiej wykwalifikowanych. Coraz większa liczba ogłoszeń sygnalizuje polskiemu pracownikowi, że jest lepiej. Z drugiej strony, oczekiwania pracowników rosną proporcjonalnie do wzrostu minimalnej płacy czy przeciętnego wynagrodzenia – podkreśla Krzysztof Inglot, Pełnomocnik Zarządu Work Service S.A.

56

Liczą się znajomości

Podobnie jak w ubiegłym roku, przy poszukiwaniu pracy najczęściej liczymy na znajomych – 60% zapytanych respondentów myślących o zmianie pracy zamierza skorzystać z ich pomocy (sierpień 2014 r. – 73%). 59% pracowników planuje przeglądać ogłoszenia w prasie i Internecie, a 57% stawia na proaktywność i zamierza samodzielnie wysłać aplikacje do wybranych przez siebie firm. Przy poszukiwaniu nowego pracodawcy wciąż najchętniej korzystamy z pomocy naszych znajomych, choć już nie tak często jak rok temu. Jednak w coraz większym stopniu mamy do czynienia z automatyzacją procesów rekrutacyjnych i wkraczania w ten obszar nowych technologii. Dziś to Internet staje się głównym źródłem informacji, a jednocześnie kanałem komunikacji kandydata z potencjalnym pracodawcą – mówi Krzysztof Inglot i dodaje: Jednocześnie istotne stają się najnowsze narzędzia aktywnego zarządzania wizerunkiem przez pracodawców. Prawdziwym hitem stają się employer branding oraz projektowe wspieranie pionów zasobów ludzkich w realizacji trudnych projektów zarządczych.

Warto podkreślić, że osoby w wieku powyżej 34 roku życia częściej liczą na znajomych niż ich młodsi koledzy na rynku pracy – odpowiednio 68% i 50% wskazań. Ponadto, kobiety częściej przeglądają ogłoszenia w prasie i w Internecie (59%) niż mężczyźni (52%).

Metodologia badania:

Dane zaprezentowane w materiale prasowym są częścią Barometru Rynku Pracy 3 i zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut Millward Brown S.A. Badanie zrealizowano na próbie osób pracujących (N=522) dobranej z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1004 (dobranych zgodnie ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby pracujących to +/-4,4%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych CATI w styczniu 2015 r.

źródło: Work Service

Co piąty Polak myśli o wyjeździe do pracy za granicę. Wśród młodych jest to nawet co trzecia osoba. Największą popularnością cieszą się Niemcy, gdzie chce wyjechać nawet 27 proc. naszych obywateli planujących emigrację zarobkową. Jak zmiany w zakresie płacy minimalnej wpłyną na warunki zatrudniania tam Polaków?

Według najnowszego badania CBOS, aż 21 proc. polskich obywateli chce w tym roku wyjechać do pracy za granicę. Najwięcej, 27 proc. badanych, jako preferowany kraj emigracji zarobkowej wskazuje Niemcy. Jednak z początkiem 2015 roku kraj ten wprowadził wynagrodzenie minimalne w wysokości 8,5 euro za godzinę. Czy może to spowodować rozszerzenie szarej strefy, w której spory udział będą mieli również nasi obywatele?

Coraz więcej polskich firm za granicą

Czym zajmują się Polacy za granicą? W Wielkiej Brytanii mężczyźni najczęściej specjalizują się w pracach budowlanych, kobiety sprzątają lub pracują w szeroko rozumianej branży gastronomicznej. Holandia daje szerokie możliwości związane z rolnictwem, natomiast w Norwegii Polacy swoją emigracyjną przygodę zaczynają zazwyczaj od prostych prac remontowych. Nasi rodacy nie boją się też zakładać własnych firm. Szacuje się, że na samych Wyspach jest ich już ponad 40 tys. Jeszcze więcej powstaje ich u naszego zachodniego sąsiada. O ile 3 lata temu ich ilość szacowano na niecałe 100 tys., to ostatnie dane udostępnione przez niemiecki Państwowy Bank Rozwoju (KfW) pokazują, że ta liczba w ostatnim czasie prawie się podwoiła.

Duże potrzeby rynku opieki

Za Odrą nadal bardzo poszukiwane są osoby do opieki nad osobami starszymi. Starzejące się społeczeństwo chętnie korzysta z tego rodzaju usług. Szacuje się, że stałej opieki wymaga tam aż 2,7 mln seniorów. Spośród prawie pół miliona Polaków przebywających w Niemczech, niemal połowa pracuje jako opiekunowie osób chorych i starszych. Z tego tylko 5 do 10 proc. jest legalnie zatrudniona. Wprowadzenie płacy minimalnej może jeszcze bardziej zmniejszyć odsetek osób pracujących legalnie. Dziś średnie zarobki w tej branży wynoszą od 950 do 1050 euro. Podniesienie minimalnego wynagrodzenia może zniechęcić niemieckie rodziny do korzystania z legalnej pracy opiekunów. Ich usługi mogą się okazać dla wielu zbyt drogie, będzie więc istniała jeszcze silniejsza pokusa, by zatrudniać na czarno, z pominięciem procedur.

Firma polska, szyld niemiecki

Alternatywą dla „szarej strefy” może być własna działalność gospodarcza. W ostatnim czasie coraz popularniejszym modelem działania jest prowadzenie jej na zasadzie franczyzy, czyli pod marką niemieckiej firmy. – Franczyzodawca, oprócz zapewnienia franczyzobiorcy klientów, odpowiada dodatkowo m.in. za obsługę księgową, rejestrację w odpowiednich urzędach i korespondencję z nimi, rozliczanie podatkowe, ubezpieczenie OC i zdrowotne, a także opiekę prawną. Dodatkowo franczyzobiorca może liczyć na specjalistyczne szkolenia, także językowe, pomoc doradcy, a nawet dowóz do miejsca pracy – mówi Simon Wenz, dyrektor generalny spółki Hausengel, największego franczyzodawcy w usługach opieki całodobowej w Niemczech. Niewątpliwym atutem takiego modelu jest działanie pod znaną już na rynku marką oraz pewność otrzymania zleceń pracy. – W modelu franczyzowym średnie zarobki wynoszą 1200 EUR netto, i zależą od  zakresu i ilości obowiązków – dodaje Simon Wenz.

Niemcy pozostaną najczęściej wybieranym kierunkiem emigracji zarobkowej. Głównie ze względu na zarobki i odległość od Polski. Wprowadzenie płacy minimalnej może jednak paradoksalnie pogorszyć warunki pracy i płacy dla naszych rodaków w tym kraju. Warto więc już dziś poszukać dogodnych alternatyw, aby praca na czarno nie była tam koniecznością.

źródło: informacja prasowa Hausengel GmbH

Bogacimy się jak nikt inny w Europie, ale różnice w dochodach są u nas wciąż mniejsze niż we Francji. Chociaż zamożny Polak ledwo dorównuje europejskiemu średniakowi, może sobie pozwolić na dobra luksusowe, inwestuje oraz oszczędza. Prawie milion osób płacących najwyższą stawkę PIT ma duże znaczenie dla stabilności gospodarki.

Zamożnych Polaków jest coraz więcej. Jeszcze sześć lat temu zarabiających co najmniej 85,5 tys. złotych brutto rocznie i płacących najwyższą stawkę podatku dochodowego było pół miliona. Ministerstwo Finansów szacuje, że do 2016 liczba ta zbliży się do miliona. Ich łączny dochód już teraz przekracza 130 miliardów złotych.

Powszechnie bogaci

Mowa tu nie o najbogatszych, bo takich w Polsce jest wciąż niewielu, lecz o grupie, którą określa się angielskim terminem „mass affluent”, czyli w wolnym tłumaczeniu „powszechnie zamożnymi”. Według „Global Wealth Databook 2014” w Polsce mieszka już ponad 50 tysięcy dolarowych milionerów, co daje jej 15. miejsce wśród wszystkich krajów świata.  Jeszcze bardziej imponujące jest prognozowane tempo wzrostu ich liczby. Według szacunków Credit Suisse, już za pięć lat ma ich być w Polsce prawie 90 tysięcy. Więcej dolarowych milionerów pojawi się w tym czasie jedynie w Chinach, gdzie żyje ponad 1,3 miliarda ludzi.

1W Stanach Zjednoczonych za „mass affluent” uznaje się osoby, które posiadają co najmniej milion dolarów płynnych aktywów. W Polsce zarabiających ponad 7 tys. złotych brutto miesięcznie. To mniej niż średnia płaca w krajach Europy Zachodniej. – Większe znaczenie niż nominalna kwota ma siła nabywcza zarobków. W Polsce jest taniej, więc osoby te mogą sobie pozwolić na luksusowe towary i usługi, a nadwyżki finansowe odkładają lub inwestują – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank.

2Mimo szybkiego tempa, w jakim Polacy się bogacą, zróżnicowanie dochodów nad Wisłą jest nadal mniejsze niż we Francji, Włoszech, Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii, czyli w krajach rozwiniętych, które od lat większą wagę przywiązują do niwelowania różnic społecznych niż maksymalizacji wzrostu gospodarczego.

3Jedną z przyczyn jest stabilny wzrost przeciętnego dochodu rozporządzalnego przypadającego na każdego Polaka. W ubiegłym roku wyniósł 1,3 tys. zł i był dwukrotnie wyższy niż dziesięć lat wcześniej, wynika z najnowszych danych GUS. W tym roku Polacy mają też więcej pieniędzy w portfelach, dzięki rosyjskiemu embargu na rodzime produkty rolne, które przyczyniło się do spadku cen żywności.

Rozsądny luksus

W przeciwieństwie do najbogatszych, dla których wysoka cena albo nie gra roli, albo jest dodatkową motywacją do zakupu, zamożni Polacy starają się kupować rozsądnie. Dlatego w poszukiwaniu okazji chętnie korzystają ze sklepów internetowych zarówno polskich, jak i zagranicznych. Aż 47 procent Polaków zarabiających co najmniej 5 tys. zł netto miesięcznie szukając okazji sprawdza ceny w internetowych porównywarkach, a 24 proc. korzysta z serwisów aukcyjnych, jak Allegro czy e-Bay, wynika z badania przeprowadzonego przez Deutsche Bank. Dzięki temu mają dostęp do wszystkich globalnych marek luksusowych. Prawie co czwarty ankietowany z tej grupy robi zakupy na wyprzedażach w tradycyjnych sklepach czy salonach samochodowych.

– Polscy konsumenci z grupy „mass affluent” chętnie korzystają z programów lojalnościowych powiązanych np. z kartami płatniczymi – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank. – Chociaż są w stanie odłożyć znaczną część pensji każdego miesiąca, starają się uważnie kontrolować swoje finanse i ograniczać zbędne wydatki – dodaje.

Jak pokazują badania Deutsche Bank, osoby z tej grupy zarobkowej są najbardziej skłonne do oszczędzania, także długoterminowego, z myślą o przyszłej emeryturze. – Wynika to zarówno z większej świadomości problemów publicznego systemu ubezpieczeń społecznych, jak i zwyczajnie z większych możliwości finansowych – mówi Monika Szlosek.

Bezpiecznik gospodarki

Narodziny grupy „powszechnie zamożnych” zmieniają na naszych oczach polską gospodarkę. Firma doradcza KPMG przewiduje w raporcie „Rynek dóbr luksusowych w Polsce”, że w 2016 roku jego wartość wyniesie 13 miliardów złotych. Najbardziej dynamicznie będzie rósł rynek luksusowych nieruchomości oraz usług hotelarskich i SPA. Nieprzerwanie od 17 miesięcy rośnie też sprzedaż nowych samochodów osobowych.

Zakupy te mają nie tylko pozytywny wpływ na wyniki finansowe producentów i dystrybutorów. – Wzrost liczby zamożnych Polaków ma duże znaczenie dla całej gospodarki – mówi Arkadiusz Krześniak, główny ekonomista Deutsche Bank. – Grupa ta, choć stosunkowo niewielka, jest jednym z motorów popytu wewnętrznego, dzięki któremu mimo silnego spowolnienia w Europie Zachodniej, dynamika polskiego PKB prawdopodobnie wzrośnie w 2014 r. do 3,3 proc. z 1,7 proc. w 2013 r. , a w 2015 r. wyniesie 3,2 proc. – dodaje.

Dochody osób rozliczających się wg najwyższej stawki PIT okazały się bardziej odporne na spowolnienie gospodarcze niż te przedsiębiorców i osób samozatrudnionych. – Osoby te bezpośrednio lub częściej za pośrednictwem funduszy inwestują na GPW. Ich sytuacja finansowa stabilizuje płynność spółek na warszawskiej giełdzie i jest w pewnym stopniu antidotum na gwałtowne, nerwowe ruchy międzynarodowego kapitału – dodaje.

Warto też zaznaczyć, że w przeciwieństwie do wielu najbogatszych, którzy często majątek czerpią ze spółek zarejestrowanych zagranicą, 800 tys. zamożnych Polaków rozlicza się z rodzimym fiskusem. Duża część z grupy „mass affluent” pracuje w międzynarodowych firmach, jednak ich prywatne zarobki zostają w kraju.

źródło: Deutsche Bank

 

Tylko miesiąc mają małe firmy, zatrudniające nie więcej niż 5 osób, na przesłanie do urzędu skarbowego papierowych formularzy o przychodach uzyskanych przez pracowników. Ci, którzy zrobią to drogą elektroniczną, będą mieli o miesiąc więcej na dostarczenie tych informacji fiskusowi – przypomina Tax Care.

Ministerstwo Finansów zmieniło zasady komunikowania się firm z organami skarbowymi. Od początku tego roku głównym kanałem przekazywania formularzy dotyczących podatków ma być internet. Od tej reguły są jednak wyjątki, jako że małe firmy nadal mogą posługiwać się formularzami papierowymi.

Formularze tylko elektronicznie

Od stycznia 2015 r. firmy mają obowiązek przesyłania droga elektroniczną – i z użyciem kwalifikowanego podpisu elektronicznego – formularzy PIT-4R, PIT-8AR, PIT-8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz IFT-3, a także rocznego obliczenia podatku PIT-40, zeznania CIT-8 oraz informacji IFT-2. To oznacza, że dokumenty o tych numerach, mimo że odnoszące się do dochodów uzyskanych w roku 2014, przedsiębiorcy będą musieli przesyłać drogą elektroniczną.

To rozwiązanie ma stanowić ułatwienie dla przedsiębiorców. I tak bowiem większość firm dane dotyczące podatków oraz inne informacje, wymagane przez fiskusa, gromadzi w programach księgowych. Obecnie więc, zamiast drukować wypełnione elektronicznie formularze, firmy będą mogły przesyłać je za pośrednictwem sieci.

Głównym problemem dla części przedsiębiorców może być konieczność posiadania kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Ci, którzy jeszcze go nie mają a spełniają wymagania narzucone przez fiskusa, powinni jak najszybciej w taki podpis się zaopatrzyć.

Mali mogą zostać przy papierze

Obowiązek przesyłania danych drogą elektroniczną nie dotyczy tylko małych firm, zatrudniających nie więcej niż 5 osób. Te podmioty nadal będą mogły przesyłać do urzędów skarbowych formularze w wersji papierowej. Jednak powinny przyspieszyć prace nad sporządzeniem tych dokumentów, bo druki PIT 8C, PIT-11, PIT-R, IFT-1 oraz PIT-40 będą musiały trafić do urzędu skarbowego do końca stycznia. Nie ulega zmianie termin, w jakim te dokumenty należy przekazać podatnikowi, nadal trzeba będzie to zrobić do końca lutego.

Zapewne część małych przedsiębiorców wolałaby również komunikować się z fiskusem drogą elektroniczną, choćby ze względu na fakt, że formularze przesłane tym kanałem można składać do końca lutego. Ale obecnie warunkiem skorzystania z komunikacji przez internet jest posiadanie kwalifikowanego podpisu elektronicznego. Co, którzy go nie mają i z różnych powodów mieć nie mogą czy nie chcą, muszą więc używać papieru.

Wprawdzie w przyszłości pojawi się możliwość, aby małe firmy, zatrudniające nie więcej niż 5 osób, komunikowały się z organami skarbowymi, potwierdzając formularze tzw. danymi autoryzacyjnymi (takimi, jakich obecnie używa się przy składaniu prywatnych PIT-ów drogą elektroniczną), ale na razie systemy resortu finansów nie dają takiej możliwości.

Biura rachunkowe tylko drogą elektroniczną

Spieszyć się nie muszą ci przedsiębiorcy, którzy prowadzenie swoich spraw księgowych i rachunkowych zlecili biurom księgowym. One bowiem mają obowiązek komunikować się wyłącznie drogą elektroniczną. To oznacza, że na przygotowanie potrzebnych formularzy mają czas do końca lutego.

autor: Marek Siudaj, Tax Care

• Polski sędzia w sądzie rejonowym, czyli w początkach swojej kariery, zarabia przeciętnie 10410,33 zł, a w sądzie apelacyjnym, posiadając już odpowiednie doświadczenie i staż pracy, 15503,11 zł.

• Od wynagrodzenia sędziów nie odprowadza się składek na ubezpieczenie społeczne, co powoduje, że ich rzeczywista wypłata jest wyższa od  wypłaty innego pracownika zarabiającego brutto tę samą kwotę.

• Oprócz wynagrodzenia zasadniczego sędziowie otrzymują dodatki funkcyjne i za długoletnią pracę, które stanowią istotną część ich wynagrodzeń.  Co ciekawe, dodatki funkcyjne w polskich sądach otrzymuje aż 40 proc. sędziów, więc nie jest to wyjątkowy przywilej.

• Sędzia zarabia zdecydowanie więcej od „przeciętnego Kowalskiego”, także w Warszawie. Zgodnie z danymi Urzędu Statystycznego w Warszawie różnica między przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem brutto a przeciętnym wynagrodzeniem sędziów wyniosła we wrześniu 2014 roku, odpowiednio dla sędziów sądów rejonowych, okręgowych i apelacyjnych, 5416,67 zł, 8191,93 zł i 10509,45 zł.

• Nawet porównanie z zarobkami najwyższych organów samorządowych lub rządowych władz wykonawczych nie potwierdza tezy, że zarobki sędziów są w Polsce wyjątkowo niskie. Minister może maksymalnie zarabiać 14520,31 miesięcznie, a więc mniej niż przeciętny sędzia sądu apelacyjnego.

• Zarobki polskich sędziów nie odstają też od zarobków sędziów w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej, co obrazuje porównanie średniej krajowej pensji brutto do pensji rozpoczynającego pracę sędziego. Według tego wskaźnika polski sędzia proporcjonalnie zarabia tyle, co przykładowo sędzia w Chorwacji czy w Danii, a także prawie dwukrotnie więcej niż sędzia francuski czy szwedzki.

• Wysokość sędziowskich zarobków ustalona jest ustawowo. Sędzia w przeciwieństwie do wielu osób działających na rynku, w tym do adwokatów, nie musi się więc bać, że z uwagi na  czynniki zewnętrzne jego zarobki w następnym miesiącu będą zdecydowanie niższe.

• Sędziowie nie są objęci powszechnym systemem emerytalnym. Po przejściu w stan spoczynku mają prawo do uposażenia w wysokości 75 proc. wynagrodzenia zasadniczego i dodatku za wysługę lat, pobieranych na ostatnio zajmowanym stanowisku. Takie minimalne uposażenie to dzisiaj 5554,24 zł, a maksymalne 10501,58 zł.

źródło: Forum Obywatelskiego Rozwoju

 

Eksperci

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

AKTUALNOŚCI

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...