poniedziałek, Grudzień 9, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "MM Prime TFI"

MM Prime TFI

Pomimo zimowej aury, na rynku walutowym panuje prawdziwy upał. Większość kluczowych wydarzeń ekonomicznych ma charakter globalny, co sprawia, że złoty pozostaje bezbronny wobec niesprzyjającego mu sentymentu rynkowego. Dlatego też w ostatnim czasie polska waluta wyraźnie traciła względem dolara, euro czy też franka szwajcarskiego. Mimo wszystko wiele wskazuje na to, że grudzień może okazać się nieco bardziej pomyślnym miesiącem dla złotego niż ostatnie tygodnie.

Wzmożone problemy złotego rozpoczęły się w październiku. Rosnąca niepewność związana z wyborami w Stanach Zjednoczonych zaczęła znacząco ciążyć polskiej walucie. Zwycięstwo Donalda Trumpa wpłynęło na wzrost globalnej awersji do ryzyka, co szczególnie uderzyło w waluty emerging markets, w tym w złotego. Poziom tej awersji jeszcze długo pozostanie na wysokim poziomie, bowiem kontrowersyjny miliarder dopiero w styczniu rozpocznie swoją prezydencką kadencję. Warto pamiętać, że odbudowa zaufania inwestorów jest znacznie dłuższym procesem niż jego utrata.

Ryzyko polityczne nie ogranicza się jedynie do wyników amerykańskich wyborów oraz jego potencjalnych następstw. W tym tygodniu w centrum uwagi znalazło się włoskie referendum. Niemniej, wszystko wskazuje na to, że Matteo Renzi (pomimo niekorzystnych dla niego wyników) pozostanie premierem do czasu uporządkowania sytuacji w państwie oraz powołania przez prezydenta rządu tymczasowego. Z jednej strony to dobra wiadomość dla rynku, bowiem wzrost niestabilności politycznej we Włoszech jest ostatnią rzeczą jaką potrzebują tamtejsze banki – ich trudna sytuacja stanowi zagrożenie dla europejskiego systemu bankowego. Z drugiej strony, temat prędzej czy później powróci. Póki co, to rozwiązanie nieco uspokaja nastroje rynkowe.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że polska gospodarka wyraźnie spowalnia, co potwierdzają wyraźnie słabsze od prognoz odczyty dynamiki PKB, sprzedaży detalicznej czy produkcji przemysłowej. Krajową piętą achillesową pozostają inwestycje, których poziom systematycznie się kurczy. Z kolei RPP pozostaje bierna i nie dokonuje żadnych zmian w polityce monetarnej. Kontrowersyjne decyzje polityków nie pozwalają też spoglądać w przyszłość z optymizmem, zwłaszcza gdy na przekór wszystkim trendom został obniżony wiek emerytalny. Dlatego też inwestorzy nie kryli swojego zaskoczenia, kiedy to agencja S&P podniosła perspektywę polskiego ratingu kredytowego z ,,negatywnej” na ,,stabilną”.

Tymczasem amerykańska gospodarka jest naprawdę solidna, co potwierdzają najnowsze dane makroekonomiczne m.in. dynamika PKB, payrollsy oraz indeksy PMI. W efekcie Fed najprawdopodobniej już 14 grudnia podniesie stopy procentowe. Z kolei w Europie najnowsze dane ekonomiczne wskazują na niski, lecz stabilny wzrost gospodarczy, kluczowym aspektem pozostaje dalszy kształt programu QE. Rynek wydaje się grać na EUR/USD pod decyzję o stopniowym wygaszaniu skupu europejskich aktywów. Tymczasem obecne czynniki geopolityczne oraz ekonomiczne nadal stanowią silny bodziec do kontynuacji QE. W związku z tym, bardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się decyzja o przedłużeniu programu skupu obligacji. Niewykluczone, że część inwestorów postanowiła wykorzystać okres oczekiwania pozostałych uczestników rynku na decyzję EBC, realizując swoje zyski – korekta po dynamicznych spadkach.

Reasumując, niesprzyjający polskiej walucie globalny sentyment rynkowy nie ulegnie rychłej poprawie. Istnieje kilka przesłanek intensyfikujących oczekiwania co do grudniowego wzmocnienia złotego, które pozwoli odrobić chociażby część strat. Po pierwsze, podwyżka stóp procentowych w Stanach została już zdyskontowana a co więcej wiele wskazuje na to, że proces zacieśniania polityki pieniężnej przez Fed będzie stopniowy. Po drugie, potencjalne wydłużenie programu QE przez EBC będzie czynnikiem ograniczającym siłę europejskiej waluty. Co więcej, druga połowa grudnia na rynku finansowym będzie okresem znacznie spokojniejszym, co może okazać się okolicznością sprzyjającą złotemu.

Potencjał korekty na EUR/PLN wydaje się relatywnie istotny, jednakże w gruncie rzeczy złoty nadal pozostanie słaby. Na koniec roku eurozłoty powinien znaleźć się poniżej granicy 4,40 – wsparcie znajduje się w okolicy 4,38. Przy założeniu stabilizacji eurodolara w rejonie 1,07 crossowy kurs USD/PLN powinien oscylować w okolicy 4,10. Frank szwajcarski, czyli bezpieczna przystań, wraz z nieco spokojniejszą atmosferą rynkową również powinien stracić na wartości – niewykluczone, że CHF/PLN zakończy bieżący rok w pobliżu psychologicznej granicy 4,0.

 

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Sezon publikacji wyników na warszawskim parkiecie powoli dobiega końca. Inwestorzy poznali już niemal wszystkie sprawozdania finansowe spółek. Zgodnie z prognozami, trzeci kwartał należał do małych i średnich spółek. Potwierdzają to nie tylko wyniki finansowe, ale także wzrosty indeksów mWIG40 (18,8%) oraz sWIG80 (9,1%). Znacznie gorzej zaprezentowały się blue chipy, jednak ich sytuacja była wynikiem nie tylko  uwarunkowań rynkowych, ale również – a może przede wszystkim –  decyzji politycznych.

Trzeci kwartał przyniósł dynamiczny wzrost ceny miedzi. Ta hossa automatycznie przełożyła się na wyraźną poprawę zysku netto KGHM, ale wartość przychodów była o 13% niższa niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Ciężarem nadal jest chilijska kopalnia Sierra Gorda, jednak sytuacja lubińskiego kombinatu jest znacznie lepsza niż na początku roku. Miniony kwartał to również stabilizacja cen ropy naftowej, która pozytywnie wpłynęła na wyniki PKN Orlen oraz Lotosu. Mimo wszystko obie spółki wygenerowały mniejsze przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. Co więcej, w obu przypadkach modelowe marże rafineryjne w dalszym ciągu były znacznie niższe niż w 2015 r. Spółki zapowiadają, że te wyraźnie wzrosną w czwartym kwartale. Widać też pozytywne efekty walki z paliwową szarą strefą.

Tegoroczny rajd był kontynuowany przez kurs akcji JSW. Dynamicznie rosnąca cena węgla pozytywnie wpłynęła na dynamikę przychodów. Mimo wszystko spółka po raz kolejny odnotowała stratę netto. Dalsza dobra koniunktura na rynku węgla wraz z postępującym procesem restrukturyzacyjnym z całą pewnością przyczyni się do normalizacji sytuacji finansowej tego przedsiębiorstwa. Z drugiej strony, rosnące ceny węgla na rynkach globalnych nie znalazły odzwierciedlenia w poprawie koniunktury na rynku krajowym, toteż Bogdanka (znajdująca się w dużo lepszej sytuacji finansowej niż JSW) odnotowała ujemną dynamikę przychodów oraz zysku operacyjnego.

„Piąte koło u wozu” w indeksie WIG20 nadal stanowią spółki energetyczne. Z jednej strony, Energa oraz PGNiG poprawiły swoje zyski netto. Z drugiej, podobnie jak Tauron i PGE wygenerowały równocześnie niższe rdr wartości EBITDA – pod tym względem na wyróżnienie zasługuje jedynie Enea, która może pochwalić się wzrostem tego przepływu. Perspektywy energetycznych gigantów nie wydają się obiecujące – istotne czynniki ryzyka to wysokie zapotrzebowanie na kapitałochłonne inwestycje oraz polityka. Na tle sektora w dalszym ciągu wyróżnia się ZE PAK – restrukturyzacja w zakresie redukcji kosztów przyniosła wzrost zysku netto o ponad 70 mln zł (niemal 1200% rdr).

Polityka niskich stóp procentowych, nowe obciążenie w postaci podatku bankowego, upadające SKOKI oraz wciąż aktywne, choć odroczone ryzyko związane z problemem kredytów frankowych, nie sprzyjają sektorowi bankowemu. Odzwierciedleniem tej sytuacji są nie najlepsze wyniki banków. Na wyróżnienie zasługują Pekao SA oraz ING Bank Śląski, które w tych trudnych warunkach radzą sobie zdecydowanie lepiej niż konkurencja.

Polityka historycznie niskich stóp procentowych jest ciężarem dla banków, ale równocześnie motorem napędzającym rozwój rynku nieruchomości. Dobra koniunktura w tym segmencie rynku trwa nieprzerwanie od 2015 r. i jest regularnie potwierdzana przez bardzo dobre wyniki spółek należących do tej branży. W trzecim kwartale całkiem przyzwoicie zaprezentowały się również spółki budowlane, co wynika m.in. z efektu sezonowości. Niemniej, opóźnienia w redystrybucji środków unijnych w dalszym ciągu ograniczają wykorzystanie potencjału tego sektora. Najmocniejszym ogniwem wydaje się Budimex, który przez trzy kwartały tego roku rozwijał się w tempie 10,8% rocznie, podczas gdy krajowa produkcja budowlano – montażowa skurczyła się o 15,4% rdr. Na uwagę zasługuje także Trakcja, która systematycznie poprawia swoje wyniki.

Z kolei telekomunikacja to branża mało perspektywiczna, bowiem rynek jest już nasycony, choć o pozytywnym zaskoczeniu można mówić w kontekście Netii, której zysk netto wzrósł o 100% rdr. Tymczasem należy podkreślić, że EBIT skurczył się o 75% rdr. Niniejsza rozbieżność jest efektem rozliczenia odroczonego podatku dochodowego. Ponadto, tym razem zawiedli deweloperzy gier. Rozczarowały przede wszystkim sprawozdania finansowe Vivid Games i 11 bit studios. Sytuacja CI Games wyraźnie się poprawia, jednak spółka jest wciąż daleka od osiągnięcia rentowności. Natomiast świetnie radzi sobie lider, czyli CD Projekt, który pokazał wyniki co prawda rdr gorsze, ale i tak kilkanaście procent lepsze od oczekiwań na każdym poziomie rachunku zysków i strat. Branża gier komputerowych to specyficzny sektor, w którym napływ dochodów ma charakter skokowy. CD Projekt jest najbliżej dostarczania bardziej stabilnego wyniku. Niewątpliwe ten segment rynku ma wielkie możliwości, jednak jego obecna wycena rynkowa może już być zbyt wymagająca.

Wzrost dochodu rozporządzalnego Polaków (dzięki hojnej polityce społecznej) nie wpłynął tak istotnie, jak prognozowano na sektor handlu detalicznego. Wyniki CCC były co prawda solidne, ale słabiej prezentowały się LPP i Eurocash. Wyniki poprawił Bytom. W ciągu trzech kwartałów tego roku sprzedaż detaliczna wzrosła o 18% rdr, co znalazło swoje odzwierciedlenie we wzroście zysku netto, ale na poziomie operacyjnym (czyli nawet ważniejszym) już tak różowo nie było – spółka zanotowała spadek o 6% rdr. Błędna strategia sprzedażowa i słaby złoty negatywnie przełożyły się na osiąganie założonych dynamik, toteż wyniki z programu motywacyjnego stały się praktycznie nierealne. Nie zawiódł za to AmRest, do czego zdążył już przyzwyczaić inwestorów. Zysk na poziomie EBITDA wzrósł o 30,4% rdr. Spółka konsekwentnie realizuje swoją ekspansywną strategię, która przynosi wymierne korzyści.

Ponadto, na szczególną uwagę po raz kolejny zasługują spółki przemysłowe i eksporterzy. Miniony kwartał był dla nich bardzo udany. Mimo wszystko w wielu przypadkach można było dostrzec pierwsze efekty spowalniającego tempa wzrostu polskiej gospodarki. Tym niemniej, mocnymi graczami w tym segmencie są m.in. Amica, Grupa Kęty, Forte, Uniwheels, czy też Boryszew.

Rok 2016 dobiega końca, a zaprezentowane wyniki finansowe za trzeci kwartał zostały już niemal w całości zdyskontowane. Rynek wycenia obecnie dalsze perspektywy. Wiele wskazuje na to, że czwarty kwartał może przynieść dalsze trudności polskiej gospodarki. To natomiast przełoży się na wyniki spółek, które inwestorzy poznają w pierwszych miesiącach nowego roku.

 

Łukasz Rozbicki
MM Prime TFI

Pierwsze emocje rynkowe związane z dość zaskakującą decyzją wyborczą Amerykanów zdążyły już opaść. Donald Trump przekonał swoich rodaków, że to on będzie lepszym prezydentem niż Hilary Clinton i z tą decyzją należy się pogodzić. Pomimo pierwszych protestów ulicznych, reakcja rynków finansowych była zgodna z powiedzeniem ,,z dużej chmury mały deszcz”. W rzeczywistości zwycięstwo kandydata Republikanów zostało zdyskontowane w ostatnich dniach kampanii wyborczej. Dodatkowym, kojącym nerwy balsamem okazało się pierwsze przemówienie prezydenta elekta, które w żaden sposób nie przypominało retoryki z kampanii wyborczej. Ponadto Republikanie utrzymają większość w Kongresie. Pozornie niezgodna z wolą Wall Street decyzja wyborcza Amerykanów najprawdopodobniej nie spowoduje diametralnej zmiany sentymentu rynkowego w krótkim i średnim terminie. Jednak o ile część punktów programu wyborczego Donalda Trumpa może być katalizatorem wzrostów amerykańskich indeksów, o tyle wiele jego pomysłów może okazać się również łyżką dziegciu w beczce miodu.

Rynek finansowy ma wysokie oczekiwania w związku z postulowaną obniżką podatków, która z całą pewnością przyczyni się do wzrostu poziomu amerykańskich oszczędności, inwestycji i  konsumpcji. Dodatkowo wzrost gospodarczy zostanie pobudzony przez wzmożone inwestycje strukturalne. Te części programu wyborczego mogą pozytywnie wpłynąć na wzrost największej gospodarki świata, na rynek pracy a przez to na koniunkturę na amerykańskiej giełdzie. Z drugiej strony, w nieco szerszej perspektywie działania te niekorzystnie wpłyną na budżet federalny, dla którego realizacja tych pomysłów jest najmniej opłacalnym scenariuszem. Donald Trump będzie musiał znaleźć oszczędności, ale póki co, nie wiadomo gdzie chce ich szukać. Mimo wszystko, niewielu wydaje się przejmować faktem, że Stany są najbardziej zadłużoną gospodarką na świecie (nominalnie) tj. ponad 19 bilionów dolarów, czyli około 105% PKB – liczby te nie robią wrażenia na Wall Street.

Powyższe reformy znajdą swoje odzwierciedlenie nie tylko w dynamice PKB, ale również we wzroście oczekiwań inflacyjnych a następnie w samej inflacji. To natomiast wpłynie na kolejne decyzje Rezerwy Federalnej, która do tej pory z Janet Yellen na czele była de facto gołębia. Oczywiście grudniowa podwyżka stóp procentowych nadal wchodzi w grę – prawdopodobieństwo szacowane przez FedWatch Tool wynosi obecnie 81%. Tym niemniej byłaby to dopiero pierwsza taka decyzja od grudnia 2015 r. – zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami Fed, w 2016 r. można było oczekiwać trzech, a nawet czterech podwyżek kosztu pieniądza. Tymczasem Donald Trump zapowiedział, że nie zdecyduje się na reelekcję Janet Yellen (jej kadencja kończy się w lutym 2018 r.). Według prezydenta elekta niskie stopy procentowe ,,podtrzymują fałszywą gospodarkę”. W rezultacie, w długim okresie można oczekiwać zdecydowanych jastrzębich zmian w amerykańskiej polityce monetarnej. To już nie jest dobra informacja dla Wall Street.

Wspomniana wcześniej „łyżka dziegciu” to mocno wyakcentowane postulaty wyborcze związane z protekcjonizmem państwowym. Postulaty, zwłaszcza te dotyczące polityki migracyjnej oraz handlowej okazały się argumentem przemawiającym do wyobraźni wielu Amerykanów. Z jednej strony coraz bardziej powszechna ksenofobia mocna nie tylko w Stanach, nie stanowi zaskoczenia. Wojna z terroryzmem, problemy migracyjne a w przypadku Amerykanów niechęć do imigrantów z Meksyku mają swoje uzasadnienie w kwestiach bezpieczeństwa, czy też w negatywnych skutkach ekonomicznych dla klasy średniej. Z drugiej strony warto pamiętać, że skokowy rozwój gospodarczy jest przede wszystkim efektem globalizacji, wolnego handlu, przepływu kapitału oraz siły roboczej. Tymczasem prezydent elekt w czasie kampanii wyborczej postulował renegocjację umów handlowych, zwłaszcza z Chinami oraz likwidację umowy NAFTA. Takie działania są krokiem wstecz i istotnie osłabią zarówno amerykańską, jak i tę  globalną gospodarkę.

Jeśli chodzi natomiast o bezpośredni wpływ polityki nowego prezydenta USA na sytuację gospodarczą Polski, ten wpływ powinien pozostać niewielki. Bilans zysków i strat można rozliczać w kontekście kosztów utraconych możliwości, bowiem niewykluczone, że przyszły prezydent USA będzie próbował zablokować negocjowaną umowę TAFTA (Trans – Atlantic Free Trade Agreement), której beneficjentem z całą pewnością byłaby m.in. Polska. Ponadto działania Donalda Trumpa będą oddziaływać na globalny sentyment rynkowy, a ten jest niezmiernie istotny dla polskiej giełdy – jeżeli nastroje na światowych giełdach są napięte, to perspektywy wzrostów na warszawskim parkiecie są znacznie ograniczone. Potwierdza to obecnie rynek walutowy – trwająca wyprzedaż na amerykańskim rynku długu zaraziła inne rynki, w tym polski i potęguje przecenę złotego. Sprawy polskie ograniczają się raczej do współpracy w ramach obronności, czy też długo oczekiwanym zniesieniu wiz. Tym niemniej, zarówno Hilary Clinton jak i Donald Trump w kampanii wyborczej rzadko odnosili się do polskich interesów, a co więcej, wypowiedzi te były tylko hasłami i sloganami.

Podsumowując, postulatów prezydenta elekta nie należy postrzegać tylko i wyłącznie w ciemnych barwach. Należy podkreślić, że wiele zależeć będzie od jego przyszłych współpracowników, których póki co nie znamy. Mimo wszystko część punktów programu wyborczego należy ocenić negatywnie, co w długim okresie generuje istotną niepewność. Mimo wszystko kluczową kwestią pozostaje pytanie: czy Donald Trump w ogóle zrealizuje swoje postulaty wyborcze, czy też zrezygnuje z wielu kontrowersyjnych rozwiązań, które pozwoliły mu zwyciężyć w wyścigu do Białego Domu? Jeżeli te faktycznie zostaną wcielone w życie, to zapewne nieprędko – tak gruntownych reform nie da się bowiem przeprowadzić natychmiastowo. Wynik wyborów nie wpływa na obecną sytuację gospodarczą USA, toteż Wall Street została zdominowana przez kolor zielony. Z kolei zachowanie inwestorów na rynku długu wydaje się nieco przesadne. Niewykluczone, że większość kluczowych decyzji, bądź ich skutków skumuluje się w drugim roku kadencji Donalda Trumpa. To oznacza, że po raz kolejny „złotym graalem” może okazać się strategia oparta o cykl prezydencki.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

Wydawało się, że na ten rok limit czarnych łabędzi został wyczerpany po wydarzeniach z końca czerwca, czyli niespodziewanym Brexicie. Tymczasem noc wyborcza w USA przyniosła kolejną dużą niespodziankę. Donald Trump wygrał wybory prezydenckie, chociaż wszelkie sondaże i symulacje wskazywały na wysokie prawdopodobieństwo wygranej Hilary Clinton.

Jeszcze na początku spływania wyników przewaga Clinton była znacząca, ale wraz z upływem czasu spadała, a później już rosła przewaga Trumpa. Zwyciężył on w większości kluczowych swing states – Florydzie i Ohio, a także bardzo niespodziewanie wygrał w tradycyjnie demokratycznych stanach Wisconsin i Pensylwanii. Otrzymał ponad 270 głosów elektorów i został wybrany na 45 prezydenta USA. Kolejny raz zawiodły badania sondażowe – w przypadku głosowania przeciw establishmentowi najwyraźniej sfera deklaratywna nie równa się sferze realnej.

Pierwsza wypowiedź nowego prezydenta nie wnosi jeszcze nic – są to kurtuazyjne gratulacje dla przeciwnika i zapewnienie o braku konfliktowości. Naprawdę coś więcej będzie można powiedzieć dopiero przy wyborze „ekipy” współpracowników. Trzeba też zauważyć, że najprostsze do wprowadzenia z postulatów Trumpa będzie obniżenie podatków dla najbogatszych i dla korporacji, a to nie byłoby źle odebrane przez Wall Street. Niemniej teraz króluje niepewność, stąd notowane są silne spadki na rynkach. Jednak na pewno nie można mówić o panice. W Azji spadki na giełdach były silniejsze, ale w Europie oscylują one wokół 2%, a na warszawskiej giełdzie deprecjacja niewiele przekracza 1%. W USA kontrakty były na 4-5% minusach, ale obecnie jest to ok. 2%. Nie ma więc tąpnięcia jak przy Brexicie. Co będzie dalej będzie zależeć oczywiście od kolejnych słów i decyzji Trumpa, aczkolwiek ulgę dla rynku finansowego przynosić może też prawdopodobne odroczenie decyzji o podwyżce stóp procentowych przez Fed. Wydaje się, że wcale nie jest przesądzone długotrwałe i mocne pogorszenie nastrojów inwestycyjnych.

 

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

fot.absfreepic.com

Niewątpliwie jednym z najważniejszych wydarzeń ekonomicznych na początku października było przyjęcie przez sejm uchwały ws. ratyfikacji umowy CETA między Unią Europejską a Kanadą. W mediach jednak ranga niniejszej kwestii wydaje się nieco marginalizowana. Niektórzy pozwolili sobie sformułować tezę, jakoby zamieszanie związane z ustawą aborcyjną miało na celu przygłuszyć sprawę nowego porozumienia handlowego, które de facto znalazło się w ogniu mocnej krytyki. Jednak w rzeczywistości zarówno argumentów za, jak i przeciw, jest niezmiernie wiele, toteż jednoznaczna ocena nowego układu wydaje się bardzo trudna.

Trendy w globalnej gospodarce od drugiej połowy XX wieku są nader wyraźne. Poszczególne gospodarki systematycznie zacieśniają swoją współpracę oraz z pomocą międzynarodowych instytucji podejmują liczne działania w celu zapewnienia m.in. wolnego przepływu towarów. W tym właśnie celu została stworzona Kompleksowa Umowa Gospodarczo – Handlowa pomiędzy UE a Kanadą tzw. CETA. Na mocy niniejszego porozumienia zostaną zlikwidowane dotychczasowe cła, a europejskie przedsiębiorstwa zostaną dopuszczone do rynku kanadyjskich zamówień publicznych. Dodatkowo dokument przewiduje zacieśnienie pracy w zakresie regulacji, liberalizację handlu usługami oraz zawiera szereg zapisów na rzecz wspierania wzajemnych inwestycji. Nowe uzgodnienia mają przynieść wymierne, a zarazem obustronne korzyści w postaci znaczących oszczędności eksporterów oraz z tytułu zacieśnienia współpracy gospodarczej między UE a Kanadą. Ponadto, w oczach autorów niezaprzeczalnym beneficjentem będzie rynek pracy.

Nowe porozumienie znalazło jednak wielu przeciwników, którzy zwracają uwagę na szereg czynników ryzyka oraz potencjalnych zagrożeń jakie niesie ze sobą CETA. Największe obawy skoncentrowane są na dwóch obszarach: rynku rolnym oraz rozwiązaniu prawnym ,,inwestor przeciw państwu”. Krytycy zarzucają, że umowa wpłynie na skokowy przyrost kanadyjskiej żywności GMO na rynku europejskim (Kanada jest jednym z największych na świecie producentów GMO). Ponadto, według oponentów pozycja rozdrobnionych polskich gospodarstw rolnych zdecydowanie osłabnie w obliczu napływu działalności wielkich korporacji. W ramach umowy zostanie uruchomiony także mechanizm ochrony inwestycji, który będzie chronić inwestorów przed niekorzystnymi zmianami prawa. Według krytyków system stanowi zagrożenie dla finansów publicznych. Każdego roku rządy krajów objętych tym systemem muszą wypłacać gigantyczne odszkodowania na rzecz korporacji.

Dodatkowo przeciwnicy porozumienia handlowego między UE a Kanadą podkreślają, że wolny rynek spowoduje wzrost importu wielu produktów i usług, co negatywnie wpłynie na rynek pracy. Jest to opinia zdecydowanie odmienna od tej, którą postulują autorzy umowy. Jako przykład często przywoływane jest również utworzenie organizacji NAFTA, które bardzo negatywnie wpłynęło na meksykańską gospodarkę, a zwłaszcza na rynek rolny. W ciągu pierwszych ośmiu lat udział importu żywności w PKB wzrósł z 13% do 42%.

Argumenty krytyków nie wydają się wpływać na opinie większości polityków, którzy są skłonni ratyfikować nową umowę. Trudno się dziwić skoro rząd, oprócz wcześniej wymienionych potencjalnych korzyści gospodarczych, liczy na możliwość importu kanadyjskiej ropy naftowej. To natomiast pomoże zdywersyfikować polski łańcuch dostaw tego surowca, który obecnie zdominowany jest przez rosyjskich kontrahentów. Ponadto, argumenty przedstawiane przez przeciwników porozumienia warto zestawić z rzeczywistością, gdyż wtedy okazuje się, że przedstawione czynniki ryzyka nie generują aż tak niebezpiecznych zagrożeń.

W nawiązaniu do systemu ,,inwestor przeciw państwu” należy podkreślić, że obecnie z mechanizmu ochrony inwestycji częściej korzystają firmy europejskie. Co więcej, 45% wyroków zapada na korzyść państw, podczas gdy 22% na korzyść firm. Ponadto, system ten w rzeczywistości dba o dobro rynku, toteż nie należy go negatywnie oceniać. Natomiast przywoływanie przykładu NAFTY i następstw wynikających z jej utworzenia można skonfrontować z innymi porozumieniami o podobnym charakterze, które okazały się trafionymi przedsięwzięciami np. umowa o wolnym handlu między UE a Koreą Południową. Co więcej, rynek pracy niekoniecznie padnie ofiarą niniejszego układu. Bliższa współpraca gospodarcza między UE a Kanadą przyniesie najprawdopodobniej obustronny napływ inwestycji bezpośrednich, co znajdzie swoje odzwierciedlenie we wzroście zapotrzebowania na nowych pracowników.

Obawy dotyczące napływu żywności GMO do Europy także nie powinny być nadmiernie intensyfikowane. Eksperci wskazują, że nowe porozumienie posiada zapisy regulujące tę kwestię, co zabezpiecza europejski rynek przed zalewem GMO. Ponadto, należy pamiętać o świadomości społeczeństwa – zarówno Polacy, jak i Europejczycy zaliczani są do społeczeństw, które raczej stronią od nadmiernie przetworzonej i genetycznie zmodyfikowanej żywności. Dodatkowo wolny handel będzie także okazją dla europejskich producentów żywności, aby mocniej zaangażować się na kanadyjskim rynku.

Na tym etapie trudno przewidzieć konkretny bilans zysków i strat porozumienia handlowego między UE a Kanadą. Mimo wszystko wiele wskazuje na to, że umowa może przynieść nieco więcej korzyści niż zagrożeń. Należy również pamiętać, że nowych rozwiązań ekonomicznych nie można wcześniej przetestować, a ich efektywna ocena następuje dopiero z perspektywy ex post. W efekcie każde tego rodzaju zmiany wzbudzają wiele obaw, co nie oznacza, że należy wstrzymywać się z zastosowaniem nowych konceptów. Wolny handel zapewnia największe korzyści wszystkim uczestnikom wymiany i w skali makroekonomicznej pozytywnie wpływa na gospodarkę, dlatego też do tego właśnie dążą poszczególne państwa. W związku z tym ratyfikacja umowy handlowej między UE a Kanadą wydaje się być decyzją racjonalną i zgodną z globalnymi trendami.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W ostatnich dniach rząd oficjalnie potwierdził swoją inicjatywę dotyczącą wprowadzenia jednolitego podatku, łączącego PIT oraz składki na ZUS i NFZ. Pomysł, który wcześniej został zaprezentowany przez Platformę Obywatelską i skrytykowany przez obecną partię rządzącą, najprawdopodobniej zostanie wprowadzony w życie wraz z początkiem 2018 roku. Sama idea na pierwszy rzut oka wydaje się słuszna. Jednak projekt nie rozwiązuje kilku zasadniczych kwestii, a jego realizacja może przynieść efekty odwrotne do haseł postulowanych przez ich autorów.

Zaproponowane zmiany zakładają, że jednolity podatek będzie podzielony na dwie części: podatkową i składkową. Zabieg ten ma na celu przede wszystkim uprościć system oraz zlikwidować jego niebezpośrednią degresywność. Co więcej, reforma zniesie także wymóg ubezpieczenia zdrowotnego, które do tej pory było obligatoryjne w przypadku umów o pracę, natomiast fakultatywne w odniesieniu do umów cywilnoprawnych. Ponadto, kwota wolna od podatku zostanie najprawdopodobniej zwiększona z obecnych 3091 zł do 8000 zł. Ta oczywiście będzie dotyczyć jedynie części podatkowej. Podobnie ulga na dzieci będzie odpisywana tylko i wyłącznie od PIT – u. Reforma nie wyklucza możliwości dotychczasowego wspólnego rozliczania przez małżonków. Wiele wskazuje na to, że zmianie ulegną również obecne progi podatkowe. Ich liczba może zostać zwiększona nawet do pięciu. Dodatkowo zmianie ulegną przepisy dotyczące maksymalnych składek na ubezpieczenia społeczne. Do tej pory nie mogły one przekroczyć trzydziestokrotności prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego w gospodarce narodowej na dany rok kalendarzowy. Reforma zakłada, że nadwyżka ponad tę kwotę zwiększy podstawę opodatkowania.

W efekcie wszystkich wymienionych zmian, jednolity podatek z pewnością wpłynie na obniżenie kosztów podatkowych najmniejszych podmiotów. Powstałą dziurę w budżecie sfinansują natomiast Ci najzamożniejsi. Beneficjentami tej reformy będą mali przedsiębiorcy oraz społeczeństwo. Spadek kosztu zatrudnienia pracownika pozytywnie wpłynie na rynek pracy oraz na redukcję szarej strefy. W oczach większości Polaków nowa forma systemu podatkowego będzie znacznie mniej skomplikowana oraz bardziej sprawiedliwa. Oczywiście, odmienne zdanie będą miały osoby najzamożniejsze, które będą musiały płacić więcej.

Może się wydawać, że rząd musi bardzo ostrożnie i dokładnie opracować nowy plan, aby pękający w szwach budżet mógł udźwignąć efekty tej reformy. Legislatorzy podkreślają, że proponowane zmiany będą obojętne dla Skarbu Państwa. Paradoksalnie nie można odrzucić scenariusza, w którym to nowe rozwiązanie wpłynie na budżet pozytywnie. Obecnie zaledwie 2,7% Polaków przekracza drugi próg podatkowy. Zapłacone przez nich daniny odpowiadają za 25,5% przychodów budżetu państwa z tytułu PIT. To oznacza, że odpowiednio przygotowana reforma może wpłynąć na wzrost dochodów państwa. Tutaj pojawia się kluczowe pytanie zadawane od wielu lat. Czy Ci najbardziej przedsiębiorczy muszą płacić tak wiele w ,,nagrodę” za ich znaczący wkład w rozwój gospodarki?

Kwestia reorganizacji podatkowej pozostaje w ścisłej korelacji z przyszłym kształtem systemu emerytalnego. Póki co, autorzy nowego rozwiązania nie podają odpowiedzi na pytania dotyczące roli składek do OFE. Ponadto, mankamentem pozostają liczne ulgi podatkowe. Na pewno pozostanie ulga na dzieci oraz możliwość wspólnego rozliczania podatku przez małżonków, a co z resztą? Pomysł nadal wydaje się niedopracowany, dlatego z jednoznaczną oceną należy wstrzymać się do prezentacji kompleksowego projektu.

Oceniając pomysł nowego podatku można już teraz sformułować kilka wstępnych wniosków. Trzeba podkreślić, że system podatkowy nigdy nie będzie sprawiedliwy, dlatego ocena każdej jego reformy, pod tym względem zawsze będzie nieodpowiednia. Podatki powinny być proste i przejrzyste, i w tym kontekście można pozytywnie ocenić proponowane zmiany. Z drugiej strony, czy aby na pewno głównym zamierzeniem nowej ustawy nie jest zwiększenie dochodów budżetu państwa kosztem najzamożniejszej klasy społeczeństwa? Pozostała część konceptu wydaje się dobrym pomysłem, jednak w mojej ocenie należy się bardzo dokładnie zastanowić przed podjęciem decyzji o tak skokowym wzroście progresji podatkowej.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Na początku roku niewielu inwestorów wierzyło w atrakcyjność sektora górniczego. Wzrosty cen węgla, a co się z tym wiąże kursów polskich spółek węglowych utożsamiane były z korektą. Tymczasem dobra passa trwała nadal, a z czasem przybierała nawet na sile. Ci, którzy postanowili zainwestować na początku roku w walory JSW oraz Bogdanki mogą teraz pochwalić się bardzo wysokimi stopami zwrotu. Warto jednak nieco ostudzić emocje. Niewykluczone, że mamy do czynienia z bańką spekulacyjną, po której jak to zazwyczaj bywa, rynek wejdzie w fazę korekty. Ponadto rozważając ewentualną inwestycję w ten sektor należy dokonać znacznie szerszej analizy, bo cena węgla jest tylko jednym z kilku  elementów, które będą wpływały na wycenę obu spółek.

Najjaśniejsza perła z branży surowcowej na warszawskim parkiecie od początku roku pozwoliła zarobić ponad 400%. Jastrzębska Spółka Węglowa, która została usunięta z indeksu WIG20, zasługuje obecnie na miano jednej z największych gwiazd polskiej giełdy. Motorem napędowym wzrostów kursu akcji jest cena węgla koksującego, która na rynku spot przełamała granicę 200 dol./t. Poziom ten zdecydowanie przewyższa wcześniejszy konsensus rynkowy ustalony na poziomie około 130 dolarów. Nieco mniej spektakularne wzrosty, aczkolwiek równie dynamiczne, odnotował kurs Bogdanki, który wzrósł w tym roku o ponad 80%. Podobnie jak w przypadku JSW, spółce sprzyja dobra koniunktura rynkowa. Cena węgla kamiennego na rynkach światowych znalazła swój dołek w okolicach 33 dol./t i wzrosła do obecnych 58 dol./t. Dobra sytuacja na rynku czarnego złota jest efektem systematycznego spadku produkcji tego surowca w Chinach, które są jego największym producentem, a zarazem konsumentem. Ponadto, dynamika importu węgla w Państwie Środka znacząco wzrosła, co wynika m.in. z bardzo dobrej koniunktury na rynku stali.

Jednak w przypadku JSW ważniejszym aspektem pozostaje benchmark, czyli cena węgla koksującego w kontraktach trzymiesięcznych. Ta w trzecim kwartale wynosi 93 dol./t. Oczekiwania rynku co do jej poziomu w czwartym kwartale są bardzo wysokie – 130 dol./t. Rynek aktualnie wydaje się wyceniać ten właśnie scenariusz. Tym niemniej, o ile Chiny nie zdecydują się na dalsze cięcia wydobycia, cena benchmarku węgla koksującego w 2017 roku powinna ustabilizować się w okolicach 120 dol./t. Osiągniecie progu rentowności przez JSW zapewnia poziom 106 dolarów, co generuje wysokie oczekiwania co do dynamiki wzrostu zysku operacyjnego. Jednak władze JSW zaznaczają, spółka wygeneruje zysk netto najwcześniej pod koniec 2017 roku.

Niespodziewane i gwałtowne wzrosty na rynkach finansowych niemal zawsze kończą się w ten sam sposób. Potencjał wzrostowy na rynku węgla kurczy się z każdym dniem. Niebawem ceny węgla osiągną swoje szczyty, a inwestorzy zaczną realizować zyski, co znajdzie swoje odzwierciedlenie w gwałtownej korekcie. Ta znacząco uderzy przede wszystkim w wycenę JSW, która wydaje się nieco napompowana za sprawą spekulantów. Co ciekawe, cena akcji Bogdanki już zniżkuje, pomimo dalszych wzrostów cen węgla kamiennego. Warto podkreślić, że realne ceny lubelskiej kopaliny są niższe niż aktualne ceny na światowym rynku. Niewykluczone, że Bogdanka swoje lokalne ekstrema ma już za sobą. W przypadku JSW nadal mamy wzrosty. Z technicznego punktu widzenia najbliższy solidny opór znajduje się w okolicach 70 zł.

W szerszej perspektywie wiele wskazuje na to, że sytuacja na rynku węgla w 2017 roku będzie stabilna i nie ulegnie pogorszeniu. Podczas gdy świat ogranicza wykorzystanie węgla, Polska nie zmienia swojej strategii i utrzymuje status quo. Rząd nie zamierza odchodzić od energetyki opartej na czarnym złocie. O ile sytuacja rynkowa prawdopodobnie będzie korzystna, o tyle górnictwo musi stawić czoła swoim wewnętrznym problemom. Dlatego też, w przypadku JSW nadrzędną sprawą pozostaje kwestia restrukturyzacji, która powoli nabiera tempa. Tylko sukcesywne zmiany organizacyjne i techniczne zapewnią trwałą rentowność spółki. Tymczasem rola Bogdanki w procesie restrukturyzacji branży może mieć nieco inny charakter. Niewykluczone, że to ona przeznaczy część środków na zakup KHW przez Grupę Enea, co może znacząco wpływać na jej giełdową wycenę. Nie należy także zapominać o związkach zawodowych. Te mogą spróbować wykorzystać dobrą koniunkturę na rynku węgla podejmując próbę wzmocnienia swojej pozycji.

Nadmierny optymizm inwestorów, bańka spekulacyjna na rynku węgla oraz niepewne fundamenty polskiego sektora górniczego i liczne czynniki ryzyka powodują, że inwestycja w ten segment rynku wiąże się z bardzo wysokim ryzykiem. Tym niemniej, posiłkując się aktualnymi prognozami oraz zakładając sukcesywny przebieg restrukturyzacji całej branży można prognozować, że w długim okresie walory JSW oraz Bogdanki w dalszym ciągu będą miały potencjał wzrostowy. Wcześniej jednak można oczekiwać korekty, która prawdopodobnie okaże się gwałtowna i dotkliwa.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

Na miano krajowego wydarzenia tygodnia zasłużyła sobie informacja, dotycząca powstania nowej spółki, której pierwotnym zadaniem miało być przywrócenie blasku rodzimemu przemysłowi motoryzacyjnemu. Największe polskie spółki energetyczne (PGE, Tauron, Energa i Enea) łączą swoje siły i tworzą nowy podmiot – ElektroMobilityPoland.

 

Początkowo na kartach wniosku do UOKiK – u można było przeczytać, że celem spółki będzie opracowanie prototypu oraz masowa produkcja osobowych samochodów elektrycznych. Tymczasem, po kilku godzinach media poinformowały, że wyżej wymienione fragmenty dokumentu zostały wykreślone. W efekcie, oficjalnym celem nowego podmiotu będzie stworzenie podstaw ekonomiczno – organizacyjnych, technologicznych i naukowych do kreacji i rozwoju elektromobilności w Polsce.

ElektroMobilityPoland będzie najprawdopodobniej spółką odpowiedzialną za realizację jednego z postulatów planu premiera Morawieckiego: milion aut elektrycznych za 10 lat. Nie da się ukryć, że pierwotne (błędne) zadanie powierzone polskim spółkom energetycznym nie należało do najłatwiejszych. Nowy podmiot musiałby niemal od zera stworzyć własną technologię i markę. W końcu, produkcji pojazdu Melex w czasach PRL – u nie można porównywać do konstruowania osobowych samochodów elektrycznych. Co więcej, istotnym utrudnieniem jest również brak rodzimego przemysłu motoryzacyjnego, który mógłby wesprzeć niedoświadczone w tej branży spółki energetyczne. Potem zapewne pojawiłoby się kolejne wyzwanie w postaci komercjalizacji polskiego samochodu elektrycznego. To wymagałoby bardzo ciężkiej pracy, gdyż na rynku jest już kilku mocnych graczy (są to motoryzacyjni giganci).

Musimy pamiętać, że elektryfikacja polskich dróg wymaga ich odpowiedniego przygotowania i stworzenia sieci punktów ładowania, których obecnie w Polsce jest bardzo niewiele. Jeszcze większym problemem jest stan polskiej energetyki. Możemy niebawem permanentnie odczuwać deficyt energii. Dlatego też konieczne są znaczące inwestycje strukturalne, które zapewnią bezpieczeństwo energetyczne w perspektywie długookresowej. Na razie trudno dostrzec znaczący postęp w tym obszarze. Skutek jest taki, że cena energii elektrycznej w Polsce jest bardzo wysoka. Trzeba sobie zadać pytanie: czy Polacy będą chcieli korzystać z elektrycznych samochodów, których ceny jak na razie są raczej wysokie?  Nie można też pominąć faktu, że Polacy zdecydowanie wolą kupować samochody używane, znacznie tańsze i zazwyczaj sprowadzone z zagranicy, co wynika m.in. ze stanu ich zamożności.

To trudne zadanie może przypominać wielu osobom historię FSO – historię polskiej myśli technologicznej, która po wielu lepszych i gorszych latach zakończyła się bolesną porażką. Wiele wskazuje na to, że wspomnienia nadal głęboko tkwią w głowach polityków, którzy nie zdecydowali się na rozwój lub wskrzeszenie rodzimego przemysłu motoryzacyjnego. Nie wiadomo tak naprawdę, jakie praktyczne zadanie stoi przed ElektroMobilityPoland. Wydaje się, że jej działalność przygotuje grunt pod zachodni kapitał i technologię. Motoryzacyjne koncerny, dodatkowo skuszone licznymi udogodnieniami ze strony rządu, chętnie wejdą na polski rynek. Taki sposób realizacji idei elektryfikacji polskich dróg z całą pewnością jest prostszy, szybszy i mniej ryzykowny niż konstruowanie nowego samochodu elektrycznego. Z drugiej strony, taka decyzja może oznaczać odrzucenie możliwości rozwoju polskiego przemysłu motoryzacyjnego. Pamiętać warto, że polskie firmy niejednokrotnie udowodniły, że ,,Polak potrafi”, np. Newag, Pesa, czy też Solaris.

Jeżeli za 10 lat po polskich drogach będzie jeździć milion elektrycznych samochodów, to będzie to najprawdopodobniej zasługa zachodnich koncernów motoryzacyjnych, a nie rodzimej myśli technologicznej. Osiągnięcie tak szczytnego celu nie wymaga jedynie wejścia na rynek zagranicznych podmiotów. Polska koniecznie musi uporać się ze swoimi wewnętrznymi problemami energetycznymi. Ponadto, nasze drogi muszą zostać przystosowane do skoku technologicznego. Działaniom tym powinien towarzyszyć proces wzrostu zamożności Polaków, bo obecnie nie wydaje się, by byli oni skłonni zamienić silniki spalinowe na ich elektryczne odpowiedniki. Sen o polskim samochodzie elektrycznym był bardzo krótki, wręcz kilkugodzinny. Natomiast wizja zelektryfikowanych polskich dróg wydaje się naprawdę odległa, niewykluczone, że jej spełnienie zajmie więcej niż 10 lat.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Najnowsze dane ze szwajcarskiej gospodarki okazały się lepsze od oczekiwań, co mogło zaniepokoić polskich kredytobiorców zadłużonych we frankach. W drugim kwartale tego roku szwajcarski PKB wzrósł o 0,6% kw/kw ( o 2% rdr) wobec prognoz na poziomie 0,4%. To wynik najlepszy od ostatniego kwartału 2014 roku. Motorem napędowym okazały się wydatki rządowe oraz handel zagraniczny (w drugim kwartale eksport wzrósł o 0,8%). Dodatkowo stopa bezrobocia pozostaje na bardzo niskim poziomie (3,3%). Niniejsze odczyty mogą oznaczać, że helwecka gospodarka powoli odzyskuje swój blask. Mimo wszystko dane nie wpłynęły znacząco na kurs CHF/PLN. Co więcej, początek września przyniósł umocnienie polskiej waluty względem franka szwajcarskiego.

Nie ma cienia wątpliwości, że dobre odczyty z gospodarki przemawiają za umocnieniem krajowej waluty. Jednak najnowsze osiągnięcia Szwajcarii nie wyróżniają się na tle Europy. Co więcej, wzrost helweckiej gospodarki nie jest w stanie konkurować z dynamiką polskiego PKB, która według szacunków w tym roku wyniesie 3,3% rdr. Co prawda stopa bezrobocia w Polsce (8,6%) jest znacznie wyższa niż w Szwajcarii, lecz pozostaje ona w wyraźnym trendzie spadkowym. Ponadto to wynik jest najniższy w historii. Najnowsze dane ze szwajcarskiej gospodarki nie stanowią mocnego argumentu na rzecz wzmacniania się franka szwajcarskiego. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że Szwajcarski Bank Narodowy prowadzi ultra ekspansywną politykę monetarną – aktualna stopa procentowa wynosi -0,75%. Narodowy Bank Polski także utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskich poziomach, lecz znacznie wyższych niż w Szwajcarii – ostatnio RPP nie dokonała żadnych zmian i pozostawiła stopę referencyjną na poziomie 1,5%. Ponadto Adam Glapiński podczas konferencji zasugerował, że jeżeli dojdzie do zmian w polityce monetarnej, to będą to raczej decyzje o charakterze jastrzębim. Polityka stóp procentowych przemawia na korzyść złotego tym bardziej, że SNB nie spieszy się z normalizacją polityki monetarnej, podobnie jak EBC, czy najbardziej jastrzębi Fed. Świadczyć o tym mogą słowa Thomasa Jordana prezesa SNB, który siedemnastego sierpnia stwierdził, że frank szwajcarski jest nadal znacząco przewartościowany.

Taka sytuacja nie jest niczym nowym, o czym świadczy kurs CHF/PLN. Ten od pamiętnego czarnego czwartku (15 stycznia 2015) pozostaje stabilny – na wykresie można zaobserwować wyraźny trend horyzontalny. Co więcej, widoczne w tym czasie okresy dynamicznego wzrostu helweckiej waluty były pochodną jednorazowych zdarzeń, czy też wzmożonych napięć w globalnej gospodarce (np. decyzja o Brexicie lub napięta sytuacja na rynkach finansowych na początku bieżącego roku). W takich momentach inwestorzy poszukują bezpiecznych przystani, do których zaliczany jest frank szwajcarski. Ta wyjątkowa funkcja może być utożsamiana z najgroźniejszym czynnikiem ryzyka dla złotego w dzisiejszych, pełnych zawirowań czasach.

Ewentualnych zagrożeń deprecjacji polskiej waluty można próbować doszukać się także w nieco innych aspektach. Po pierwsze należy zwrócić uwagę na agencje ratingowe, które w tym roku nie były zbyt łaskawe dla Polski a w dalszym ciągu pilnie obserwują sytuację nad Wisłą. W dalszym ciągu panuje u nas napięta sytuacja polityczna, która utożsamiana jest przede wszystkim ze sporem o Trybunał Konstytucyjny. Ponadto, rynek obawia się przekroczenia poziomu 3% dla wskaźnika deficyt budżetowy/PKB. Obawy przybierają na sile tym bardziej, że już teraz pojawiają się głosy o rzekomym braku środków na realizację programu ,,Rodzina 500+”. Tymczasem koszt tego projektu wyniesie w 2017 roku 23 mld zł, a rząd planuje jeszcze dodatkowo obniżyć wiek emerytalny. Pomysł ten jest sprzeczny z trendami demograficznymi i generuje znaczące ryzyko niewykonania budżetu. Te wiszące nad złotym czynniki ryzyka mogą skutecznie ograniczać siłę polskiej waluty.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki nie należy formułować zbyt negatywnych prognoz dla frankowiczów. Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie kurs CHF/PLN pozostanie stabilny. Obecnie kurs oscyluje w rejonach 3,95. Ważnym oporem jest poziom 4,02, natomiast wsparcie stanowią okolice 3,91. Nie wydaje się, aby w najbliższych tygodniach kurs był w stanie trwale wyłamać się z niniejszego kanału. Co więcej, w nieco szerszej perspektywie nie można wykluczyć stopniowego umacniania się złotego. Inwestorzy po ostatnich spadkach zrealizowali zyski, czego efektem była korekta. Obecnie CHF/PLN wydaje się powracać do trendu spadkowego. Bardzo solidną barierę stanowią okolice poziomu 3,80 (dolne ograniczenie długoterminowej konsolidacji). Oczywiście nadrzędnym warunkiem realizacji tego scenariusza jest względy spokój na światowych rynkach, który nie zachęci inwestorów do poszukiwania bezpiecznych przystani. W średnim terminie kurs CHF/PLN będzie prawdopodobnie kontynuował trwający od ponad półtora roku trend boczny.

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Co prawda realny Brexit dopiero przed nami, ale już samo podjęcie decyzji o rozwodzie Wielkiej Brytanii z UE wzbudziło w Europie sporo obaw i kontrowersji. Wśród wielu potencjalnych skutków tego rozstania można wymienić ryzyko utraty przez Londyn tytułu finansowego centrum Europy. Podczas gdy z jednej strony kwestia ta jest problematyczna dla Brytyjczyków – z drugiej stanowi szansę dla wielu innych europejskich miast, które mogą przejąć tytuł nadany kiedyś Londynowi. Minister rozwoju Mateusz Morawiecki zaraz po ogłoszeniu wyników referendum z dnia 23 czerwca zaprosił londyńskie City do stolicy Polski. Zaproszenie to zostało ponowione w ubiegłym tygodniu, gdy Mateusz Morawiecki udał się do Londynu, aby spotkać się ze środowiskiem biznesowym.

Po powrocie wicepremier nie ukrywał swojego zadowolenia. Odpowiadając na pytania dziennikarzy powiedział, że ,,wraca z workiem różnych propozycji i konkretów”. Według Mateusza Morawieckiego wiele międzynarodowych firm jest zainteresowanych przeniesieniem swojej działalności, bądź jej części do Warszawy oraz pozostałych dużych miast w Polsce. To natomiast może zaowocować powstaniem 7 – 10 tys. nowych miejsc pracy. Taki scenariusz z całą pewnością byłby niezmiernie korzystny dla polskiego biznesu, rynku kapitałowego i rynku pracy. Oczywiście w całym zamyśle można próbować dostrzec pewną dozę populizmu, czy też swego rodzaju ,,chwyt polityczny”, jednak ze względu na wyżej wymienione argumenty warto podejmować starania, które pomogą chociaż w części urealnić wizję warszawskiego City. Z drugiej strony warto pamiętać, że stolica Polski ma solidną konkurencję, co dodaje sporo sceptycyzmu idei Mateusza Morawieckiego.

Pod koniec czerwca New York Times opublikował listę dziewięciu miast, które mogą zastąpić londyńskie City. Na siódmym miejscu została uplasowana Warszawa, która w rankingu uzyskała 24 pkt na 60 pkt możliwych. Na podium znalazł się Amsterdam (55 pkt), Frankfurt (54 pkt) oraz Wiedeń (51 pkt). Na czwartym miejscu z niewielką stratą został sklasyfikowany Dublin, a następnie Paryż. Co prawda klasyfikacja jasno wskazuje, że Warszawa w wielu aspektach przegrywa z konkurencją, jednak samo umieszczenie stolicy Polski na liście przygotowanej przez znany i szanowany amerykański dziennik jest wyróżnieniem. W raporcie można przeczytać, że mocną stroną Warszawy jest elastyczne prawo pracy, wykształcona kadra pracownicza, niskie koszty życia, a także otwartość do przyjęcia nowych firm i pracowników z innych krajów. Z powyższymi argumentami trudno się nie zgodzić, lecz warto również spojrzeć na największe polskie miasto nieco krytycznym wzrokiem. Przede wszystkim zagraniczne firmy może zniechęcać niestabilność polityczna oraz problemy i stopień dojrzałości polskiego rynku kapitałowego. Miasto nie może pochwalić się tak wysokimi indeksami jakości życia jak jej konkurenci, co w przypadku napływu ,,białych kołnierzyków” odgrywa bardzo istotną rolę.

Firmy, które będą musiały niebawem zmierzyć się z wyprowadzką z Londynu nie zadecydowały jeszcze jaki kierunek obiorą. Większość miast, które zajmują czołowe miejsca w rankingu NYT, pomimo wielu zalet, nie jest zainteresowanych przyjęciem bankierów i finansistów. Nadal odczuwana jest tam silna niechęć po kryzysie finansowym z 2007 roku. Funkcję Londynu z całą pewnością bardzo chętnie przejąłby Frankfurt, w której mieszczą się siedziby EBC oraz niemieckiej giełdy. Jednak jak podkreślają finansiści, miasto jest małe i co ważne nie jest wystarczająco prestiżowe. Wiele wskazuje na to, że skoncentrowane w Londynie firmy będą wybierać różne lokalizacje, co spowoduje, że Europa zostanie pozbawiona swojego silnego centrum finansowego. Cały proces najprawdopodobniej będzie przebiegał stopniowo i zajmie kilka lat, podobnie jak mechanizm opuszczania UE przez Wielką Brytanię.

Nie można też wykluczyć scenariusza, choć mało prawdopodobnego, w którym Wielka Brytania po rozwodzie z UE nawiąże z nią jednak bliską współpracę. Ta natomiast może skutecznie ograniczyć gospodarcze skutki Brexitu i zachęcić międzynarodowe firmy do pozostania w Londynie. Jak widać, scenariuszy jest sporo, tym bardziej warto  podejmować konkretne działania na rzecz sprowadzania firm zakotwiczonych w Londynie do Polski, część z nich może chcieć zdecydować się na taki ruch.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

Sezon wyników za II kwartał powoli dobiega końca – kumulacja tych publikacji tradycyjnie  już nastąpi w ostatnim możliwym terminie czyli ostatnim dniu sierpnia. Na dokładne podsumowania rezultatów jeszcze przyjdzie czas ale już w oczy rzuca się bardzo duży rozdźwięk między szerokim rynkiem a indeksem największych spółek WIG20.

Tegoroczny dołek wypadł pod koniec czerwca i był związany oczywiście z niespodziewanym wynikiem referendum brytyjskiego ws. wyjścia tego kraju z UE. To wydarzenie  zwiększa oczekiwania na działania luzujące banków centralnych, w tym odraczanie podwyżek stóp procentowych przez Fed, a to daje paliwo do zwyżek na giełdach. Za Oceanem, gdzie europejskie problemy są ignorowane, notowane nawet są nowe historyczne rekordy Wall Street. W Warszawie także przeważają kupujący, ale WIG20 od dołka z czerwca zyskał jedynie niecałe 9%, a że waży dużo w szerokim indeksie WIG, ten indeks także nie wygląda dobrze na tle innych rynków. Wrażenie stagnacji znika za to, gdy patrzy się na małe i średnie spółki. Indeks sWIG80 od tegorocznego minimum wzrósł o ponad 17% a mWIG40 aż o prawie 21%. Można powiedzieć, że te indeksy wchodzą w fazę hossy.

Tak dobre wyniki małych i średnich spółek to zasługa połączenia popularności selektywnych strategii inwestycyjnych w funduszach z dobrymi wynikami spółek, szczególnie tych z indeksu mWIG40, które osiągają niezłą płynność i dzięki temu są w kręgu zainteresowań zarządzających. W tym kwartale bardzo dobre wyniki pokazały takie spółki jak CD Projekt, Kęty czy Uniwheels. Ulubieńcem funduszy pozostają akcje Kruka, mimo że wyników jeszcze nie opublikował. Jednak program 500+ powinien sprzyjać spłatom zobowiązań, a to winduje notowania Kruka na historyczne maksima. Na rosnących cenach węgla korzystała JSW, której cena akcji utrzymuje się blisko 30 zł, chociaż same wyniki za drugi kwartał były rozczarowujące. Nowa propozycja ustawy frankowej przyniosła ulgę bankom i to w dużej mierze przyczyna wzrostu WIG20, częściowo też pomocna we wzroście cen średnich spółek (przez wynik Millenium czy Getin Noble). Jednak można to uznać za zdarzenie jednorazowe. Wyniki banków w większości były nawet lepsze od oczekiwań, ale cały sektor w Europie jest źle postrzegany i to za mało, żeby mocniej ruszyć dużymi spółkami. Cały czas widoczny jest czynnik natury politycznej, a ostatnie słabe dane z polskiej gospodarki w zestawieniu z napiętym budżetem na przyszły rok generują ryzyko przekroczenia progu 3% deficytu PKB. Zatem WIG20 może odstawać od szerokiego rynku.

Sektorowo dobre wyniki prezentują spółki deweloperskie, na czele z dużymi podmiotami jak Dom Development czy Robyg. Środowisko niskich stóp procentowych, które będzie jeszcze trwało długo, sprzyja tej branży, podobnie jak znormalizowana sytuacja cenowa – mamy hossę, ale bez nadmiernego rozdmuchania, przez co nie grozi rynkowi nagłe załamanie. Któryś kwartał z rzędu dobrze radzą sobie też spółki związane z branżą motoryzacyjną. Na przeciwległym biegunie znajduje się segment dystrybucji IT. Słabe wyniki publikowały ABC Data oraz Action, , który rozpoczął niedawno postępowanie sanacyjne. Oprócz spadających marż spółki ze wspomnianego segmentu borykają się z kontrolami skarbowymi. Rynek z tego względu patrzy na cały sektor nieprzychylnie.

Wniosek po całym pierwszym półroczu jest taki, że na rynku giełdowym mamy do czynienia z podwyższoną zmiennością, ale wciąż nie ma wyklarowanego wyraźnego trendu. W przypadku długoterminowych inwestorów taka sytuacja może być niesprzyjająca. Szukając stabilnego rozwiązania, dającego też dużo większe bezpieczeństwo, warto wciąż zwracać się w stronę propozycji funduszy gotówkowo-pieniężnych. W tej grupie liderem według niezależnego portalu www.analizy.pl jest  jeden z funduszy MM Prime TFI – Depozytowy FIZ, którego stopa zwrotu za dwa lata działalności wynosi prawie 8,5% i co ważne, zyski rozkładają się równomiernie w czasie. Fundusz od początku swojego istnienia regularnie znajduje się w ścisłej czołówce w swojej grupie, będąc też liderem kategorii w wynikach za 12 miesięcy. W okresie niepewności na rynkach ten produkt wydaje się godny polecenia, tym bardziej, że dane za ostatnie 6 miesięcy i wzrost wartości funduszu o prawie 2 procent potwierdzają  trwałą tendencję.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W trakcie dokładniejszej analizy nowego projektu gospodarczego premiera Morawieckiego nasuwa się kilka kluczowych pytań: czy postawione cele są realne oraz czy źródła finansowania okażą się wystarczające? Wiele wskazuje na to, że nowy plan okaże się zbyt ambitnym zadaniem.

Mateusz Morawiecki przed przygotowaniem nowego projektu gospodarczego wraz ze swoimi ekspertami sporządził dokładną analizę, w której zwrócono uwagę na newralgiczne punkty polskiej gospodarki. Diagnoza wykazała, że dotychczasowy rozwój oparty był na zagranicznym kapitale przy równoczesnej marginalizacji krajowego potencjału. Ponadto, analiza uwidoczniła rosnące problemy związane ze stanem finansów publicznych oraz sytuacją demograficzną kraju. W efekcie, wzrost PKB nie przekłada się na proporcjonalną poprawę poziomu zamożności obywateli.

Lekarstwem ma być pięciofilarowy program oparty na: reindustrializacji, rozwoju innowacyjnych firm, kapitale na rozwój, ekspansji zagranicznej oraz rozwoju społecznym i regionalnym. Aby zapewnić realizację tych filarów, zostaną powołane do życia nowe podmioty: Narodowy Instytut Technologiczny, Polska Grupa Kapitałowa czy też Europejskie Laboratorium Badawcze Nowych Materiałów. Tylko do 2020 roku nowy program gospodarczy ma znaleźć swoje odzwierciedlenie we wzroście PKB per capita do 79% średniej UE. Dodatkowo, dynamika eksportu i produkcji przemysłowej ma przewyższyć tempo wzrostu PKB. W międzyczasie ma nastąpić zwiększenie nakładów na badania i rozwój do 2% PKB. Warto podkreślić, że plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju będzie obowiązywał do roku 2040.

Zdiagnozowane problemy polskiej gospodarki z całą pewnością zostały przez ministra Mateusza Morawieckiego trafnie zdefiniowane ale pamiętajmy, że były one przez ekspertów  wskazywane już wiele razy. Zaproponowane pomysły nie stanowią też żadnych przełomowych rozwiązań, jednak ich implementacja jest konieczna, by polska gospodarka nie utknęła w pułapce średniego rozwoju i stagnacji gospodarczej, przed którą ostrzegają czołowi ekonomiści. Mateusza Morawieckiego warto pochwalić za samo przygotowanie długoterminowego planu gospodarczego, którego w rzeczywistości nie mieliśmy od wielu lat.

Mimo wszystko, już dziś pojawia się szereg wątpliwości. Po pierwsze, czy długofalowy plan będzie kontynuowany przez kolejne rządy, które być może będą miały odmienne wizje gospodarcze? Ponadto, projekt nie zakłada żadnego planu B. Docelowo wszystkie założone działania mają zostać zrealizowane w 100%. Najważniejszą kwestią pozostają źródła finansowania. Kwota 1,5 bln zł w polskich realiach brzmi nieco astronomicznie. Można szacować, że rocznie program będzie kosztował około 65 mld zł. Środki te będą pochodzić z polskich firm, nadpłynnych banków, spółek Skarbu Państwa, Funduszy Rozwojowych, środków unijnych oraz instytucji międzynarodowych. Czy sektor prywatny, który charakteryzuje się brakiem zaufania do państwa zechce wesprzeć plan Morawieckiego? Czy banki w czasach europejskiego kryzysu tej branży będą zainteresowane uczestnictwem w nowym programie rozwojowym? Trzeba także pamiętać, że obecna perspektywa budżetowa jest nadzwyczaj korzystna dla Polski. Już od dawna wiadomo, że w kolejnych latach środki unijne przysługujące Polsce będą znacznie mniejsze, tym bardziej w obliczu realnie nadchodzącego Brexitu. Nasz kraj jest coraz bardziej zamożny i nie zalicza się do krajów najuboższych. W związku z tym, udział EBOR, EBI, AIIB oraz Banku Światowego w programie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju stoi pod sporym znakiem zapytania. Biorąc to wszystko pod uwagę, pozyskanie kwoty 1,5 bln zł jest zadaniem bardzo trudnym, wręcz mało prawdopodobnym.

Abstrahując od tych wątpliwości, warto zwrócić uwagę na pewien paradoks. Otóż rząd proklamując wielki program gospodarczy próbuje wyróżnić się na tle poprzedników i stara się być utożsamiany z ekipą wspierającą rozwój polskiej gospodarki. Tymczasem rządzący realizują bardzo hojną politykę społeczną, która nadmiernie obciąża budżet. Co więcej, już niebawem najprawdopodobniej rząd będzie próbował obniżyć wiek emerytalny, co przy obecnych problemach ZUS – u oraz niesprzyjających prognozach demograficznych pogrąży finanse publiczne. Niemniej jednak, rządzący permanentnie podkreślają, że utrzymają budżet w ryzach, a co więcej, poprawią jego kondycję. Jednak podejmowane działania nie są zbieżne i wydaje się, że nie doprowadzą do takiego rezultatu.

Osiągnięcie zaprezentowanych celów nie jest możliwe w wyznaczonym terminie. Zakładając, że program nabierze tempa w 2017 roku, to trudno oczekiwać wzrostu PKB per capita do poziomu 79% średniej UE już do roku 2020. W ciągu ostatnich 4 lat ten wskaźnik wzrósł zaledwie o 4 punkty procentowe. Konwergencja traci tempo nie tylko ze względu na uwarunkowania gospodarcze w Polsce oraz na świecie, ale także ze względu na to, że im wyższa jest zamożność państwa, tym trudniej utrzymać wysokie tempo wzrostu PKB. Oczywiście zadanie to jest wykonalne, ale nie w perspektywie kolejnych czterech lat. Podobnie jest z pozostałymi celami: wzrost eksportu o 70%, spadek wskaźnika zagrożenia ubóstwem relatywnym poniżej 15,5% itd. Do 2020 roku powstać ma również długofalowa strategia energetyczna kraju. Opracowanie strategii w przeciągu aż czterech lat z całą pewnością przybliży Polskę do prognozowanego deficytu energii elektrycznej. Natomiast problemy tej branży negatywnie odbiją się na całej gospodarce. Reformy w tym segmencie powinny mieć charakter priorytetowy.

Podsumowując, plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju rzetelnie i trafnie wykazuje słabe punkty polskiej gospodarki, zawiera też konkretne propozycje działań ale postawione cele na najbliższe cztery lata są zbyt ambitne. Niewykluczone, że nowy program odegra rolę głównie  populistyczną, by utrzymać elektorat wyborczy. Z drugiej strony, postulaty zaprezentowane w planie Morawieckiego powinny zostać realizowane, choć nie możemy oczekiwać cudu gospodarczego.

 

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Nowa wersja prezydenckiej ustawy zakłada zwrot spreadów, które były niesłusznie naliczane przez banki. Ustawa obejmuje kredyty udzielone od 1 lipca 2000 roku do 26 sierpnia 2011 roku. Projekt wprowadza także limit kwotowy. Zwroty będą obejmować kredyty do maksymalnej wysokości 350 tys. zł. Podmioty, które zaciągnęły wyższe zobowiązania mogą liczyć na zwrot spreadów do niniejszej kwoty kredytu. Rekompensata zostanie udzielona na wniosek kredytobiorcy. Nowe rozwiązanie będzie kosztować banki od 3,6 do 4 mld zł.

Przewalutowania kredytów denominowanych w walutach obcych na razie nie będzie, przynajmniej w wersji zaproponowanej przez sztab prezydenta. Takowa, jak podkreślił to prezes NBP Adam Glapiński, byłaby niebezpieczeństwem dla stabilności sektora bankowego, waluty i gospodarki. Przymusowa restrukturyzacja została wstrzymana na rok. Przewalutowanie kredytów będzie przeprowadzane stopniowo. Adam Glapiński dziesiątego sierpnia na posiedzeniu Komitetu Stabilności Finansowej powoła nowy podmiot, który będzie odpowiedzialny za przygotowanie działań nadzorczych, które skłonią banki do restrukturyzacji kredytów.

Nowa ustawa z całą pewnością jest znacznie bardziej łaskawa dla banków niż jej poprzednie wersje. Koszty zwrotu spreadów są zdecydowanie niższe od kosztów obowiązkowego przewalutowania kredytów zaproponowanego w pierwotnej wersji prezydenckiej ustawy. Szacunki opiewały na kwotę nawet 70 mld zł, co mogłoby pogrążyć polski sektor bankowy. Tymczasem restrukturyzacja będzie rozłożona w czasie. Co więcej, pierwszeństwo jej dokonania będą miały podmioty mające największe trudności ze spłatą kredytów. Wszystko to sprawia, że sektor bankowy może odetchnąć z ulgą, przynajmniej na rok. Ryzyko i niepewność zostały odłożone w czasie, co najprawdopodobniej znajdzie swoje odzwierciedlenie w notowaniach walorów banków w krótkim okresie. Następnie pojawią się zapewne kolejne obawy, dotyczące narzędzi nadzorczych oraz ,,dobrowolnej” restrukturyzacji kredytów. W ciągu niniejszego roku banki mają przedstawiać kredytobiorcom swoje własne oferty przewalutowania kredytów. Mimo wszystko, nie wydaje się, aby były do tego szczególnie chętne.

Niemniej jednak, w projekcie ustawy można odnaleźć kilka mankamentów. Po pierwsze, proponowane rozwiązanie nie reguluje kwestii ubezpieczenia wkładu własnego, które okazało się konieczne w przypadkach, gdy wysokość kredytu w wyniku wzrostu kursu franka szwajcarskiego przewyższyła wartość zabezpieczenia. Ustawodawca ma nadzieję, że banki same zaproponują rozliczenie tego kosztu. Pewne wątpliwości budzi także limit w wysokości 350 tys. zł: na jakiej podstawie został ustalony? Oznacza to, że kredytobiorcy nie są traktowani równo. Ponadto, proces przewalutowania kredytów będzie rozłożony w czasie, lecz nie wiadomo dokładnie w jakim. To oznacza, że banki nie będą się prawdopodobnie spieszyć z restrukturyzacją kredytów, o ile ograniczenia nadzorcze nie okażą się szczególnie restrykcyjne. W związku z tym, wielu kredytobiorców być może zdąży spłacić swoje zobowiązania i nie doczeka się przewalutowania kredytu. Jednak co najważniejsze, nowa ustawa nie spełnia prezydenckich obietnic wyborczych, toteż nie satysfakcjonuje frankowiczów, których oczekiwania co do formy rozwiązania problemu nie zostały spełnione.

Podsumowując, dobrze dla polskiego systemu bankowego oraz całej gospodarki, że Adam Glapiński przekonał prezydenta i jego zespół do porzucenia pierwotnych pomysłów. Z drugiej strony, o sporym rozczarowaniu mogą mówić sami kredytobiorcy. Jednak to nie koniec długiej historii o kredytach denominowanych w walutach obcych. Rozsądne rozwiązanie odsuwa w czasie finał tej opowieści. Mimo to, nowa ustawa pozytywnie wpłynie na notowania polskich banków w najbliższym czasie, toteż być może obudzi warszawski parkiet i wpłynie na lepsze zachowanie indeksu WIG20. Jednak problem powróci szybciej niż się może wydawać. Niektóre szacunki wskazują, że dobrowolne przewalutowanie kredytów z zastosowaniem zaostrzonych praktyk nadzorczych może kosztować branżę od 25 do 30 mld zł. To oznacza, że kredyty frankowe zdołają jeszcze odcisnąć swoje piętno w sektorze bankowym.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Obecny rok przejdzie do historii pod wieloma względami. W Polsce jednym z wydarzeń, które należy zaliczyć do kategorii ,,historycznych” jest obniżka krajowego ratingu kredytowego przez S&P. Od tego czasu kolejne agencje nie spoglądały na Polskę łaskawym wzrokiem i niejednokrotnie ostrzegały przed kolejnymi negatywnymi rewizjami. Dzisiaj w godzinach wieczornych poznamy przegląd ratingów kredytowych dla Polski, który zostanie opublikowany przez Fitch. Tym razem rynek jest spokojny i nie spodziewa się żadnych zmian. Jednak wiele wskazuje na to, że agencja nie powstrzyma się przed wystosowaniem kolejnego ostrzeżenia, które najprawdopodobniej na rynku pozostanie bez echa.

Pierwszego lipca S&P nie zmieniła oceny polskiej wiarygodności kredytowej. Niemniej jednak, po raz kolejny analitycy niniejszej instytucji wyrazili swoje obawy co do niezależności NBP i Trybunału Konstytucyjnego. Ponadto agencja zwróciła uwagę na liczne działania państwa, które przyczyniają się do wzrostu konsumpcji społeczeństwa, a nie do akumulacji oszczędności. S&P uważa także, że znaczącym obciążeniem dla Skarbu Państwa będzie zapowiedziane obniżenie wieku emerytalnego. Z drugiej strony, agencja docenia dobrą kondycję polskiej gospodarki. Z całą pewnością można stwierdzić, że Fitch w swoich analizach odniesie się do tych samych kwestii, co konkurencyjna S&P. W związku z tym, nie wydaje się, aby agencja zdecydowała się na dokonanie jakichkolwiek zmian polskiego ratingu. Oczywiście wyżej wymienione zagrożenia mogą zachwiać krajową zdolnością do regulowania zobowiązań długoterminowych, jednakże w tej chwili nie są one wystarczająco silnym argumentem na rzecz negatywnej rewizji ratingu. Taki właśnie scenariusz zakłada rynek, toteż jeżeli niniejsza prognoza się sprawdzi, to nie należy oczekiwać istotnej reakcji ze strony inwestorów. Złoty pozostanie słaby, a warszawski parkiet będzie kontynuował obronę tegorocznych minimów.

Z drugiej strony, rzeczywistość nierzadko zaskakuje: Brexit stał się faktem, Portugalia zwyciężyła w finale EURO 2016, a Donald Trump jest na dobrej drodze do prezydenckiego fotela w Białym Domu. Fitch obecnie ocenia polską zdolność kredytową na poziomie ,,A-‘’, podczas gdy S&P na poziomie ,,BBB+”, czyli ocena Fitch jest o stopień wyżej. W związku z tym, ewentualna obniżka ratingu teoretycznie miałaby swoje uzasadnienie. Zapewne takowa decyzja byłaby sporym zaskoczeniem i negatywnie wpłynęłaby na kwotowanie polskiej waluty oraz poniedziałkowe otwarcie na warszawskim parkiecie. Niemniej jednak, nerwowa reakcja inwestorów miałaby najprawdopodobniej charakter chwilowy. Rewizja przyniosłaby ,,zaledwie” zrównanie ocen wystawionych przez S&P oraz Fitch. Warto także zwrócić uwagę, że niespodziewana styczniowa obniżka polskiego ratingu przyniosła tylko krótkotrwałą deprecjację złotego. W kolejnych miesiącach złoty zyskiwał zarówno względem dolara, jak i euro. W tym samym czasie na Książęcej odnotowaliśmy ponad dwumiesięczną korektę wzrostową. Dlatego też nie wydaje się, aby ewentualna obniżka polskiej wiarygodności kredytowej przez Fitch okazała się kolejną łyżką dziegciu dla polskiej waluty oraz GPW w Warszawie. Ich słabość jest efektem wielu czynników o charakterze endogenicznym oraz egzogenicznym.

Ryzyko obniżenia polskiego ratingu prawdopodobnie będzie zyskiwać na znaczeniu w oczach inwestorów wraz z końcem roku. Najnowsze prognozy zakładają, że w obecnym roku wskaźnik deficyt publiczny/ PKB utrzyma się poniżej granicy 3%. Jednak eksperci i analitycy podkreślają, że ze względu na hojną politykę rządu, stan finansów publicznych pogorszy się już w 2017 roku, kiedy to zabraknie także dodatkowych wpływów do budżetu, jakie miały miejsce w bieżącym roku np. wpływy ze sprzedaży częstotliwości LTE. To natomiast może przykuć uwagę UE, która w przypadku przekroczenia przez Polskę poziomu 3% dla wskaźnika deficyt publiczny/PKB będzie miała prawo do uruchomienia procedury nadmiernego deficytu. To oczywiście w teorii, bo Unia nierzadko zwleka z podjęciem takiej decyzji. Niemniej jednak, niniejsze obawy mogą znaleźć swoje odzwierciedlenie w kolejnych obniżkach ratingu, bądź jego perspektyw. Ryzyko to będzie kolejnym obciążeniem dla złotego i warszawskiej giełdy. Z drugiej strony, potencjalne skutki nie powinny być nader dotkliwe, gdyż znacząca część zagranicznego kapitału zdążyła już odpłynąć z polskiego rynku.

 

Łukasz Rozbicki
MM Prime TFI

 

Wzrost niepewności na rynkach finansowych, osłabienie funta, spadki na giełdach, rezygnacja czołowych zwolenników Brexitu z życia politycznego, dymisja Davida Camerona. To tylko niektóre z pierwszych efektów brytyjskiego referendum. Niedługo musieliśmy czekać na kolejne skutki, które tym razem dotknęły brytyjski system finansowy. Kilka funduszy inwestujących w nieruchomości zawiesiło umarzanie swoich jednostek uczestnictwa. Zjawisko zaniepokoiło wielu analityków i obserwatorów rynku finansowego, gdyż ostatnia taka sytuacja poprzedziła wybuch kryzysu finansowego z lat 2007 – 2009.

Brytyjskie fundusze inwestujące w nieruchomości zawiesiły umarzanie swoich jednostek uczestnictwa, aby obronić się przed utratą płynności. Po decyzji Brytyjczyków o wyjściu z Unii, uczestnicy instytucji wspólnego inwestowania gwałtownie zgłosili chęć wycofania swoich środków. Płynność nieruchomości jest ograniczona, toteż fundusze inwestujące w ten segment rynku nie są w stanie szybko zamienić swoich aktywów na gotówkę, by spełnić żądania swoich uczestników.  Kluczową kwestią pozostaje pytanie: dlaczego pojawiła się panika? Przecież jeszcze przed referendum wielu ekspertów zwracało uwagę, że rozwód Wielkiej Brytanii z UE uderzy przede wszystkim w rynek nieruchomości. Warto podkreślić, że wśród funduszy, które zdecydowały się na zawieszenie umarzania jednostek uczestnictwa znalazły się te największe: UK Property Trust zarządzany przez Aviva Investments, czy też M&G.

Opuszczenie UE przez Wielką Brytanię wiąże się z wieloma poważnymi konsekwencjami, w tym ze znaczącymi ograniczeniami w wolnym przepływie towarów, kapitału i osób. Zjednoczone Królestwo najprawdopodobniej będzie próbowało wynegocjować z UE umowę, na mocy której zachowane zostaną dwa pierwsze udogodnienia. Newralgicznym punktem jest wolny przepływ osób, który dla Brytyjczyków był decydującym argumentem na rzecz opuszczenia UE. Tymczasem władze unijne zdecydowanie podkreślają, że taka umowa nie wchodzi w rachubę. Taki scenariusz wycenia obecnie rynek. W związku z tym, wiele firm oraz osób prywatnych zapewne opuści Wielką Brytanię, zrobią to zwłaszcza największe instytucje finansowe, których centrale znajdują się w Londynie – dotychczasowej europejskiej stolicy finansów. Londyn najprawdopodobniej zostanie zdetronizowany, co odbije się na znaczącym spadku cen nieruchomości. Analitycy UBS prognozują, że ceny nieruchomości komercyjnych mogą spaść nawet o 20%. To może przełożyć się na wyceny spółek deweloperskich notowanych na giełdzie, które mogą stracić od 25 do 30%. Jednak to nie koniec problemów. Dane Banku Anglii wykazują, że tylko w sektorze małych przedsiębiorstw, aż 75% podmiotów wykorzystuje nieruchomości jako zabezpieczenia swoich kredytów. Spadek wartości nieruchomości obniży wartość zabezpieczeń milionów kredytobiorców, co może zachwiać stabilnością sektora bankowego oraz sytuacją ekonomiczną wielu przedsiębiorstw i osób fizycznych.

Czy zatem wszystkie wyżej wymienione czynniki mogą spowodować nowy kryzys finansowy na wzór tego z lat 2007 – 2009? Brexit wydaje się znacznie mniej niebezpieczny. Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na różnice o podłożu fundamentalnym. Ostatni kryzys finansowy był efektem kredytów subprime, zaawansowanej inżynierii finansowej, braku uregulowań prawnych oraz chciwości. Natomiast obecna sytuacja jest całkowicie inna. Brytyjska gospodarka ma solidne fundamenty, a spadek cen nieruchomości będzie wynikiem wzrostu ich podaży, a nie pęknięcia nadmuchanej bańki. Ponadto oczekuje się, że deprecjacja funta zachęci inwestorów do inwestycji w Wielkiej Brytanii, co zneutralizuje efekty przecen nieruchomości. Należy także pamiętać, że proces Brexitu potrwa co najmniej dwa lata. Negatywne efekty nie będą gwałtowne, co korzystnie wpłynie na procesy dostosowawcze. Nie można również zapomnieć o roli Banku Anglii, który najprawdopodobniej będzie obniżał stopy procentowe. Oczywiście, prawdopodobieństwo krachu na brytyjskim rynku finansowym jest znaczące, lecz dalekie od prawdy jest założenie o kolejnym globalnym kryzysie gospodarczym, przed którym ostrzega wielu ekspertów. Inwestorzy powinni zachować szczególną ostrożność i przeanalizować wszystkie sektory gospodarki pod względem ich wrażliwości na Brexit. Wydaje się, że polscy inwestorzy nie muszą obawiać się zawirowań na brytyjskim rynku. Niemniej jednak, bolączką inwestorów z Książęcej są inne, wewnętrzne czynniki.

Skutki Brexitu uderzą w całą Wielką Brytanię, ale zwłaszcza w Londyn, który najprawdopodobniej istotnie straci na znaczeniu. Warto podkreślić, że proces ten będzie trwał latami. Jakie miasto może zostać nowym centrum finansowym? Najczęściej wskazuje się Paryż bądź Zurych i taki scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny. Być może chociaż niewielka część londyńskiego City może również wybrać Warszawę, do której serdecznie zaprosił minister Mateusz Morawiecki. Z całą pewnością byłby to wielki sukces oraz kolejny czynnik napędzający polski rozwój, jednakże klimat polityczny oraz obecna sytuacja polskiego rynku kapitałowego nie stanowią zachęty dla największych instytucji finansowych.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Brytyjczycy zadecydowali o wyjściu ich kraju z Unii Europejskiej. Taki scenariusz jeszcze w czwartek, przed zakończeniem głosowania, wydawał się zdecydowanie mniej realny szczególnie, że publikowane w tym tygodniu sondaże pokazywały rosnącą przewagę zwolenników UE. Wydawało się, że niezdecydowani opowiedzą się za status quo, a część z deklarujących poparcie dla Brexitu, na finiszu się z niego wycofa. Wynik głosowania w Wielkiej Brytanii jest jednak potwierdzeniem radykalizacji nastrojów społecznych w Europie Zachodniej i stawia pod znakiem zapytania bytność UE.

Szereg czynników, począwszy od kryzysu finansowego, poprzez kryzys zadłużenia w Europie, skończywszy na kryzysie imigranckim, przyczynił się do tak negatywnego sentymentu społecznego do idei dalszej europejskiej integracji. Konsekwencją polityczno-społeczną wczorajszego głosowania w Wielkiej Brytanii będzie najprawdopodobniej nasilenie się nastrojów antyeuropejskich w innych krajach Wspólnoty. Radykalne partie antyimigranckie i eurosceptyczne już chcą podobnego referendum we Francji i Holandii, a więc w krajach rdzenia UE. Obóz F. Hollande’a we Francji jest słaby, pozycja Angeli Merkel w Niemczech przez kryzys imigrancki także została mocno nadszarpnięta. Dalej nie do końca zażegnane są problemy związane z krajami południa Europy. Szereg istniejących i potencjalnych problemów w najbliższych dniach lub tygodniach będzie główną osią przykuwającą uwagę polityków, ale także inwestorów. Na drugi plan póki co zejdzie sposób wyjścia Wielkiej Brytanii z UE – po pierwsze będzie to z pewnością długoletni proces, po drugie scena polityczna w Zjednoczonym Królestwie jest teraz wielką niewiadomą, gdyż premier Cameron zapowiedział dymisję za 3 miesiące.

Konsekwencje Brexitu są już mocno odczuwalne na rynku finansowym. Silne spadki notuje funt, osłabia się euro do dolara (chociaż w mniejszym stopniu), tracą waluty rynków wschodzących, a z naszego regionu najmocniej złoty. Podobnie jest z giełdami – zyski z ostatnich dni zostały wymazane i to nie musi być koniec spadków, gdyż Brexit jest już pewny, a niepewny jest los całej UE. Wcześniej tylko scenariusz Brexitu był lekko przeważony. W tym momencie na rynkach kapitałowych panuje olbrzymia niepewność, a to generować będzie podwyższoną zmienność i taki scenariusz można zarysować na najbliższy tydzień, przy czym o powrót indeksów do poziomów sprzed decyzji Brytyjczyków będzie ciężko.

Ze względu na zawirowanie na rynku walutowym oraz niepewność w londyńskim City na cenzurowanym będzie sektor bankowy – szczególnie banki mające kłopoty z adekwatnością kapitałową i z dużą ekspozycją na franki. Pod znakiem zapytania stoi budżetowanie UE, a tym samym wydatki w nowej perspektywie. Ewentualne jej odroczenie czy zmniejszenie będzie wpływać negatywnie na wydatki publiczne i takie branże jak budowlanka czy sektor IT. Okres słabego złotego będzie przedłużony, co negatywnie wpłynie na importerów i tutaj można wskazać np. branżę odzieżową. Relatywnie mocne mogą być sektory defensywne – telekomunikacja czy energetyka, ale one borykają się z innymi problemami. Słaby złoty to z kolei dobra wiadomość dla eksporterów, a kilku mocnych reprezentantów mamy na GPW (np. CD Projekt, Forte, Amica, Alumetal). W dłuższej perspektywie być może warto wykorzystać przecenę związaną z paniką, aby kupić akcje spółek, których zyski mogą się, w związku z zaistniałymi warunkami, poprawiać.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W ostatnim czasie ceny miedzi zaczęły podnosić się z czteromiesięcznego dołka. Wielu inwestorów wierzy, że cena metalu w końcu zacznie poruszać się w kierunku północnym. Długoterminowy trend spadkowy na rynku miedzi z całą pewnością martwi tych, którzy już od dłuższego czasu oczekują odbicia i możliwości zarobku na wzrostach. Obecny układ techniczny wskazuje, że istnieje spora szansa na realizację niniejszego scenariusza, przynajmniej w krótkim terminie. Z drugiej strony, warto okiełznać sytuacją pod względem fundamentów, które de facto nie przemawiają za wzrostami cen miedzi.  

Ostatnie zwyżki można tłumaczyć najnowszymi danymi, które wykazały nieznaczny spadek zapasów miedzi na światowych giełdach. Ponadto, inwestorzy poznali  kolejną porcję danych z Chin,  czyli z gospodarki, która jest największym konsumentem niniejszego metalu. Zarówno dynamika produkcji przemysłowej, jak i sprzedaży detalicznej okazały się zgodne z oczekiwaniami rynku i wyniosły 6% rdr oraz 10% rdr. Nieco wcześniej poznaliśmy bilans handlowy Państwa Środka. Co prawda dynamika eksportu rozczarowała (-4,1% rdr), jednakże tempo wzrostu importu pozytywnie zaskoczyło rynek (spadek o zaledwie 0,4%). Co więcej, odczyt indeksu inflacji PPI był nieco wyższy od oczekiwań rynku (-2,8% wobec konsensusu na poziomie 3,1%), co mogło zostać zinterpretowane przez rynek jako wzrost popytu w sektorze przemysłowym. W efekcie nastroje rynkowe uległy poprawie, budząc nadzieje wielu inwestorów.

Na całą sytuację warto zwrócić uwagę z nieco szerszej perspektywy.  Otóż sytuacja w Chinach w dalszym ciągu nie ulega poprawie, zwłaszcza w sektorze przemysłowym, o czym świadczy niska wartość indeksu PMI dla sektora przemysłowego (49,2 pkt). Ponadto, gospodarka chińska odnotowała najniższy od 2000 roku wzrost inwestycji w dobra trwałe (9,6%). Wielu ekspertów podkreśla, że niniejsze tempo wzrostu jest zasługą dalszych działań stymulacyjnych rządu, który próbuje utrzymać gospodarkę w ryzach. Oczekuje się także dalszego, stopniowego spadku dynamiki wzrostu PKB fabryki świata. Niemniej jednak, kluczowym aspektem pozostaje kwestia popytu i podaży na miedź. Analizy należy dokonać z perspektywy szerszego horyzontu czasowego. Z jednej strony prawdą jest, że wielkość światowych zapasów tego metalu systematycznie spada, natomiast z drugiej odnotowano spadek konsumpcji miedzi. W efekcie zapasy przeliczone w tygodniach konsumpcji dynamicznie rosną. W związku z tym problem kryzysu na rynku miedzi jest tematem aktualnym, toteż trudno oczekiwać trwałego wzrostu cen niniejszego metalu. Co więcej, gospodarka Państwa Środka coraz bardziej opiera się na sektorze usług niż sektorze przemysłowym. Obecnie jesteśmy świadkami transformacji gospodarczej, co oznacza, że postrzeganie Chin jako fabryki świata może niebawem okazać się nieaktualne.

Z technicznego punktu widzenia na rynku miedzi mamy niezaprzeczalny trend spadkowy. Z perspektywy długoterminowej, cena metalu zdołała obronić kluczowe wsparcie na poziomie 4525 dolarów za tonę, które stanowi 76,4% zniesienia Fibonacciego (biorąc pod uwagę hossę z lat 2008 – 2009). Kolejną barierę stanowią okolice 5060 dolarów za tonę. W pobliżu tych poziomów odnotowaliśmy formację podwójnego szczytu na przełomie marca i kwietnia, która nie pozwoliła na kontynuację wzrostów. Ewentualne przełamanie niniejszej bariery byłoby prawdopodobnie zapowiedzią zmiany sentymentu rynkowego. Warto zwrócić uwagę, że średnie ruchome na wykresie tygodniowym utworzyły formację złotego krzyża, która jest mocnym sygnałem kupna. Ponadto, oscylator stochastyczny, którego skuteczność na rynku miedzi jest bardzo wysoka, dynamicznie zniżkuje. W efekcie wskaźnik może niebawem dać sygnał do realizacji zakupów. Wszystko wskazuje na to, że rynek znajdzie się prawdopodobnie w fazie korekty. Trudno jednak interpretować niniejsze sygnały jako zapowiedzi odwrócenia trendu. W tym miejscu warto nadmienić o równie ciekawej sytuacji technicznej notowań złota. Kurs przebił opór znajdujący się na poziomie 1300 dolarów i tym samym potwierdził siłę trendu. Czy dalsza droga na północ będzie kontynuowana? Niewykluczone, że tak.  Wzrosty tego cennego kruszcu wspierane są ciągłymi przesunięciami w procesie zacieśnienia polityki monetarnej w USA oraz coraz bardziej realną perspektywą Brexitu.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione czynniki należy podkreślić, że optymizm na rynku miedzi ma raczej charakter przejściowy. W krótkim terminie nie można wykluczyć korekty, jednakże w długim terminie cena miedzi pozostanie najprawdopodobniej w trendzie spadkowym. Fundamenty nie przemawiają za metalem, którego wartość zależy przede wszystkim od sytuacji gospodarczej Chin. Ta na dzień dzisiejszy wydaje się stabilna, ale z drugiej strony niepewność co do jej przyszłości nadal pozostaje wysoka. Ponadto, nie wydaje się, aby przechodząca transformację gospodarka Państwa Środka była w stanie utrzymać produkcję przemysłową na tak wysokim poziomie, jak podczas swoich złotych lat, toteż nie należy oczekiwać wzrostu konsumpcji miedzi. Niemniej jednak, inwestorzy mogą ulokować swoje środki na wiele sposobów. Ze względu na napiętą sytuację na rynku, dobór inwestycji musi być bardzo dokładnie przemyślany, co nie oznacza, że nie jest możliwym osiągnięcie ponadprzeciętnych zysków. Mimo wszystko, abstrahując od całej analizy przytoczę na koniec słowa Warrena Buffetta, które wydają się najbardziej stosowne do obecnej sytuacji ,,Należy być chciwym, gdy inni się boją, ale należy się bać, gdy inni robią się chciwi”.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Piątek dziesiątego czerwca był nie tylko dniem rozpoczęcia Mistrzostw Europy w piłce nożnej. Tegoż dnia polski sejm powołał na stanowisko prezesa Narodowego Banku Polski Adama Glapińskiego, który zastąpił Marka Belkę, dotychczasowego szefa polskiego banku centralnego. Akceptacja kandydatury profesora Szkoły Głównej Handlowej była oczywiście formalnością. Wzorowo przeprowadzona zmiana została pozytywnie oceniona przez ekonomistów, inwestorów, a nawet opozycję. Wszystko to spowodowało, że Adam Glapiński mógł spokojnie przygotowywać się do objęcia nowego, niezwykle odpowiedzialnego stanowiska. Otóż przed następcą Marka Belki stoi nie lada wyzwanie. Musi on stawić czoła wielu wymagającym zadaniom i narastającym problemom.

Od nowego prezesa należy przede wszystkim wymagać utrzymania niezależności Narodowego Banku Polski, która stanowi swoisty fundament obecnego systemu bankowego. W bieżącym roku pojawiło się wiele obaw dotyczących właśnie tej kwestii. W styczniu agencja S&P obniżyła rating kredytowy Polski, zwracając uwagę na osłabianie niezależności i efektywności kluczowych instytucji państwowych, w tym NBP. Tymczasem wielu obserwatorów wytyka Adamowi Glapińskiemu jego powiązania z obecną władzą, które mogą budzić obawy w kontekście zachowania niezależności polskiego banku centralnego. Dotychczasowe wypowiedzi nowego przewodniczącego RPP mogą jednak uspokajać. Wynika z nich bowiem, że profesor Glapiński na swoje własne, niezależne poglądy i pomysły, które nie wskazują na jakąkolwiek zależność jego osoby od władzy. Ponadto, nowy prezes podkreśla, że niezależność NBP jest najważniejszą rzeczą jaka została wypracowana w ciągu dwudziestu pięciu lat wolności. To wszystko jednak okaże się tak naprawdę podczas trwania kadencji i kolejnych posiedzeń Rady oraz w momentach podejmowania kluczowych decyzji. Utrata niezależności banku centralnego przyniosłaby bardzo dotkliwe konsekwencje dla całej gospodarki i zostałaby szczególnie źle odebrana przez zagranicę.

Podstawowym zadaniem NBP jest ustabilizowanie inflacji na poziomie 2,5% z dopuszczalnym odchyleniem +/- 1 punkt procentowy. Gdyby zatem ocenić, jak RPP w ostatnich latach wywiązywała się ze swojego głównego zadania, to należałoby wystawić ocenę mizerną. Co prawda gospodarce nie ciąży wysokie tempo wzrostu cen, jednakże deflacja w naszym kraju ma się całkiem dobrze (wskaźnik inflacji CPI w maju wyniósł -0,9% rdr). Ta oczywiście w tych wymiarach nie wpływa negatywnie na gospodarkę, ale jednocześnie nie mieści się również w przedziale celu inflacyjnego. Mimo wszystko, Marka Belkę chwali się za konserwatyzm -NBP nie wprowadził niekonwencjonalnych sposobów walki z deflacją (jak w Japonii, strefie euro, czy do niedawna w Stanach), których skuteczność okazuje się bardzo niska. Adam Glapiński chce kontynuować obrany przez poprzednika kierunek, co wydawać się może słuszną decyzją. Warto także zwrócić uwagę, że polski bank centralny odpowiada za stabilność złotego. W związku z tym, nowego prezesa NBP może czekać niebawem bardzo trudne zadanie. Wielka Brytania za niespełna 2 tygodnie może opuścić Unię Europejską. Byłoby to wydarzenie bezprecedensowe i z całą pewnością wywołałoby bardzo burzliwe fluktuacje na rynkach finansowych, zwłaszcza na rynku walutowym. Niewykluczone, że będzie to pierwszy sprawdzian Adama Glapińskiego, który będzie musiał odpowiednio ocenić sytuację, zachować spokój i podjąć wraz z RPP odpowiednie decyzje. Od nowego prezesa NBP wymaga się również poprawy komunikacji polskiego banku centralnego z rynkiem. Wielu ekspertów wskazuje, że jej jakość za kadencji Marka Belki zdecydowanie się obniżyła.

Po kryzysie finansowym z lat 2007 – 2008 środowisko ekonomiczne i bankowe zaczęło zastanawiać się nad usprawnieniem i poprawą efektywności nadzoru nad systemem bankowym. Obecnie kładzie się szczególny nacisk, aby to banki centralne podjęły się tego zadania, gdyż stabilność niniejszego sektora jest kluczowym aspektem w każdej gospodarce. W Polsce to wciąż Komisja Nadzoru Finansowego jest naczelną instytucją w sektorze. Adam Glapiński chce to zmienić poprzez przeniesienie ośrodka decyzyjnego do NBP. Ponadto, następca Marka Belki szczególną uwagę zwraca na kwestię repolonizacji banków. Według profesora Szkoły Głównej Handlowej udział polskich banków w całym sektorze wynosi około 40% i powinien zostać zwiększony do co najmniej 60%. Według niego kapitał zagraniczny może w każdym momencie niespodziewanie i gwałtownie odpłynąć, co doprowadziłoby do poważnego krachu w polskim systemie bankowym. Repolonizacja wymaga jednak zaangażowania największych polskich spółek (czytaj spółek Skarbu Państwa), które przejęłyby kontrolę nad poszczególnymi podmiotami. Obecne decyzje polityków sprawiają, że wiele polskich banków jest nisko wycenianych, co jest swoistą zachętą do realizacji polityki repolonizacji. Z drugiej strony, czy repolonizacja nie oznacza nacjonalizacji, która byłaby krokiem wstecz? To już całkiem inna kwestia, która ma tylu samu zwolenników, co przeciwników. Niemniej jednak, jeżeli Polska chce podążać nadal tą drogą, to rząd będzie potrzebował wsparcia, ale może przede wszystkim poparcia ze strony Narodowego Banku Polski, którego działania będą najprawdopodobniej coraz bardziej skupione na nadzorze nad systemem bankowym.

Ze stabilnością sektora bankowego wiąże się również problem kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich. Do tej pory NBP dość powściągliwie odnosił się do tej sprawy. Marek Belka podkreślał, że odnośnie niniejszych kwestii powinien wypowiadać się nowy prezes. Do tej pory poznaliśmy trzy propozycje rozwiązania problemu kredytów frankowych. Jedna opcja została zaprezentowana przez Związek Banków Polski, natomiast dwie pozostałe przez prezydenta. Mimo to, żadne z nich póki co nie przybliżyło nas do finału w długiej opowieści o frankowiczach. Co więcej, druga wersja prezydenckiej ustawy nie wydaje się lepsza od pierwszej i nadal zakłada, że system bankowy zostanie obciążony wszystkimi kosztami przewalutowania kredytów. Narodowy Bank Polski do tej pory nie chciał brać udziału w rozwiązywaniu niniejszego problemu, który ma niezmiernie polityczny charakter. Z drugiej strony, gdyby rządzący chcieli wprowadzić niebezpieczną dla całego systemu ustawę, to polski bank centralny będzie zmuszony do interwencji. Najważniejsze, aby w całym tym zamieszaniu NBP pozostał niezależny.

Podsumowując, przed nowym prezesem Narodowego Banku Polski stoi nie lada wyzwanie, którym jest stawienie czoła wielu wymagającym zadaniom. Z drugiej strony, warto podkreślić, że kompetencje oraz doświadczenie Adama Glapińskiego są niezaprzeczalne i powinny być gwarantem kolejnej bardzo dobrej kadencji w polskim banku centralnym. Kluczowym aspektem jest jednak kwestia niezależności NBP, która w ostatnim czasie została podkopana w oczach zagranicznych instytucji. Parafrazując słowa nowego prezesa: jeżeli najważniejsza rzecz, którą udało się uzyskać w ciągu 25 lat wolności odejdzie w niepamięć, to ulegną zniszczeniu fundamenty polskiej bankowości centralnej, a co gorsza, ich odbudowa będzie długotrwała i znacznie trudniejsza.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Jak pisze Puls Biznesu (PB), Związek Banków Polskich (ZBP) wraz z firmą konsultingową Ernst & Young (E&Y) zaprezentowali propozycję dotyczącą rozwiązania kwestii kredytów frankowych. Autorzy podkreślają, że ich idea stanowi swego rodzaju kompromis między bankami i kredytobiorcami, a co najważniejsze została zaakceptowana przez wszystkie banki, których bilanse obciążone są kredytami frankowymi. Co więcej, potencjalne rozwiązanie nie zachwieje stabilnością sektora bankowego. Czy zatem niniejsza inicjatywa jest światełkiem w długim i krętym tunelu?

Nowa propozycja umożliwia przewalutowanie kredytów frankowych po obecnym kursie szwajcarskiej waluty. Zaktualizowane oprocentowanie składałoby się ze stopy WIBOR powiększonej o marżę – identyczną jak w przypadku kredytów frankowych. Niemniej jednak, z takiej oferty mogłaby skorzystać tylko część zadłużonych podmiotów. Jednym z warunków uczestnictwa w programie jest przeznaczenie kredytu na zakup mieszkania o powierzchni nie większej niż 75 mkw. lub domu o maksymalnej powierzchni 150 mkw. Ponadto, dodatkowym wymogiem jest brak opóźnień w dotychczasowej spłacie kredytu. Najważniejsze kryterium dotyczy jednak wskaźnika DtI (debt to income). Projekt ustawy zakłada, że z przewalutowania mogą skorzystać tylko te podmioty, dla których wartość wskaźnika przekracza poziom 70%. W efekcie, wydłuży się okres spłaty kredytu, lecz maksymalnie o 5 lat. Natomiast kredytobiorcy, dla których wartość wskaźnika DtI nadal będzie przekraczać 70% zostaną wsparci przez bank, który pokryje niniejszą nadwyżkę.

Na pierwszy rzut oka projekt ustawy przygotowany przez ZBP oraz E&Y wydaje się rozsądną propozycją rozwiązania problemu. Niemniej jednak, nie jest on pozbawiony wad, które wyliczane są również na kartach PB – po konwersji wzrośnie kapitał pozostały do spłaty, a co gorsza, przedłuży się okres spłaty. Ponadto, projekt nie daje odpowiedzi, jak księgować umorzenie kredytu frankowego. Newralgicznym punktem jest jednak przyjęta wartość wskaźnika DtI (70%). Wraz z potencjalnym wzrostem stóp procentowych, kolejne podmioty mogą ponownie przekroczyć wyznaczony poziom wskaźnika. Kto zatem w takiej sytuacji pokryje niniejsze koszty? Z perspektywy frankowiczów bilans zysków i strat nie wydaje się oczywisty. Eliminacja ryzyka walutowego niekoniecznie może okazać się opłacalna. Co więcej, warto zwrócić szczególną uwagę na warunki uczestnictwa w programie. W rzeczywistości istotną barierą może okazać się wymóg dotyczący przekroczenia 70 – procentowego poziomu dla wskaźnika DtI. W efekcie, pojawia się pytanie: ilu kredytobiorców będzie mogło skorzystać z programu? Dalej natomiast można się zastanawiać:  ilu spośród tych, którzy spełniają warunki będzie skłonnych skorzystać z nowej możliwości?

Potencjalne odpowiedzi na powyższe pytania mogą zawierać bardzo niskie liczby. Według szacunków program może objąć zaledwie 5 – 10% podmiotów zadłużonych we frankach szwajcarskich, natomiast liczba zainteresowanych w rzeczywistości może okazać się znacznie niższa. Niniejszy czynnik może być koronnym argumentem, który spowoduje, że nowy pomysł nie znajdzie akceptacji rządu. Obecna władza nierzadko podkreśla, że państwo ma obowiązek chronić słabszych – w tym przypadku frankowiczów. Przedstawiona w lutym ustawa prezydencka zakładała pomoc wszystkim tym kredytobiorcom zadłużonym we frankach, którzy przekraczali 20 – procentową barierę wyznaczoną dla wskaźnika DtI. Warto zwrócić uwagę, że według KNF wartość wskaźnika powinna znajdować się w przedziale 30 – 40% tzw. bezpieczny poziom. To częściowo wyjaśnia, dlaczego obie propozycje rozwiązania problemu kredytów frankowych są wadliwe. Niemniej jednak, porównując oba projekty należy przyznać, że pomysł przedstawiony przez ZBP oraz E&Y w zdecydowanie mniejszym stopniu uderza w system bankowy. Szacunkowe koszty (przy założeniu wsparcia ze strony NBP) wynoszą maksymalnie 2,7 mld zł, podczas gdy rozwiązanie zaprezentowane przez prezydenta miałoby kosztować sektor bankowy około 60 mld zł (szacunki KNF).

Projekt ustawy zaproponowany przez banki najprawdopodobniej nie znajdzie akceptacji wśród polityków rządzącej partii nie tylko ze względu na wyżej przedstawione czynniki. Dla rządu ważne jest, aby to on rozwiązał problem frankowiczów, zwłaszcza po nie najlepszej propozycji przedstawionej przez prezydenta. Tymczasem banki próbują rozwiązać problem na swój sposób. Właściwie, lepszym określeniem byłoby słowo ,,bronią się”. Niebawem światło dzienne ujrzy poprawiony projekt ustawy prezydenckiej. Banki oraz rynek obawiają się, że kolejny pomysł okaże się de facto niewiele mniej kosztowny niż rozwiązania proponowane w pierwotnym projekcie. W efekcie, ryzyko dotyczące przewalutowania kredytów nadal uderza w banki, zwłaszcza te notowane na polskiej giełdzie. Banki zdają sobie sprawę, że poniosą istotne wydatki związane z przewalutowaniem kredytów, toteż już teraz w postaci nowego rozwiązania deklarują gotowość do poświęcenia kilku miliardów złotych, licząc na to, że zdołają w bardziej korzystny dla siebie sposób rozwiązać problem kredytów frankowych.

Podsumowując, nie wydaje się, aby projekt ustawy dotyczący przewalutowania kredytów frankowych zaproponowany przez ZBP oraz E&Y zdołał zdobyć poparcie rządzących, a także samych frankowiczów. Problem zapewne zostanie rozwiązany przez rząd bądź prezydenta, dla których kwestia ta jest jednym z priorytetów. Pytaniem jest jednak, czy tym rozwiązaniem okaże się niebawem przedstawiony projekt ustawy prezydenckiej? Jeżeli nie, to nie można wykluczyć, że z perspektywy kredytobiorców jedyną aktualną możliwością będzie dalsza walka na drodze sądowej. W odróżnieniu od jakości obecnych projektów ustaw, w tej kwestii byliśmy świadkami przełomu – jednemu z frankowiczów udało się wygrać w sądzie z bankiem (pierwszy taki przypadek). Rozwiązanie przygotowane przez banki nie satysfakcjonuje ani kredytobiorców, ani rządzących i rynku.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Szóstego maja prezydent Andrzej Duda wskazał jako kandydata na prezesa Narodowego Banku Polskiego (NBP) Adama Glapińskiego. Proces jego wyboru nie będzie zagrożony i z pewnością zostanie on szefem NBP. Informacja ta nie była zaskoczeniem dla rynku, ekonomistów oraz polityków. Od początku roku pojawiały się liczne spekulacje na temat niniejszej kandydatury. Co więcej, zarówno sam kandydat, jak i obecny prezes NBP w swoich wypowiedziach nie negowali powyższych doniesień. Eksperci pozytywnie oceniają wybór Adam Glapińskiego, mówiąc o dobrej, i o dziwo niekontrowersyjnej decyzji nowego obozu władzy.

Analizując kompetencje Adama Glapińskiego nie można mieć najmniejszych zastrzeżeń do jego kandydatury. Pretendent na prezesa NBP od wielu lat związany jest ze Szkołą Główną Handlową jako dydaktyk na stanowisku profesora zwyczajnego. Ma również liczne doświadczenia na arenie międzynarodowej. Był wykładowcą na amerykańskich uczelniach oraz współpracował z uczelniami we Francji oraz w Chorwacji. W latach 80. był działaczem Solidarności, następnie politykiem i senatorem. W wolnej Polsce pełnił urząd ministra budownictwa i gospodarki przestrzennej. Adam Glapiński zajmował również wysokie stanowiska w spółkach Skarbu Państwa np. w KGHM Polska Miedź oraz w Polkomtelu. Profesor Szkoły Główne Handlowej był także doradcą prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Od 2010 do 2016 roku był członkiem RPP, a obecnie zasiada w zarządzie NBP. Bogate doświadczenie, zwłaszcza w zakresie bankowości centralnej sprawia, że rynek przychylnym wzrokiem spogląda na kandydaturę Adama Glapińskiego.

Same kompetencje to jednak nie wszystko, aby zyskać zaufanie inwestorów i ekonomistów. Obserwatorzy uważnie analizują poglądy ekonomiczne Adama Glapińskiego. Kandydat na prezesa NBP podkreśla, że najważniejszym i najtrudniejszym zadaniem NBP jest rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Według niego, bankowego kataklizmu można uniknąć rozkładając w czasie potencjalne koszty związane z pomocą frankowiczom. Ponadto, były członek RPP jest zwolennikiem wejścia Polski do strefy euro, jednakże równocześnie podkreśla, że takowy ruch oznaczałby częściową utratę samodzielności kraju. Profesor popiera pozostawienie stóp procentowych na niezmienionym poziomie, lecz z drugiej strony podkreśla, że ,,stopy procentowe mogłyby być  niższe o 25 punktów bazowych, ale z punktu widzenia gospodarki nic by to nie zmieniło”. Najważniejszą kwestią pozostaje jednak całkowite poparcie profesora dla niezależności NBP, którą uważa za świętość.

Ostatnia kwestia ma szczególne znaczenie dla rynku. Przypomnijmy, że jedną z przyczyn styczniowej obniżki ratingu Polski przez S&P była obawa o niezależność kluczowych instytucji, zwłaszcza NBP. Co ciekawe, nie musieliśmy długo czekać, aby pojawiły się pierwsze wzmianki na temat potencjalnej nominacji Adama Glapińskiego na fotel prezesa NBP. Z drugiej strony, nie jest tajemnicą, że kandydat od dawna wyrażał poparcie dla PiS. Fakt ten niejednokrotnie był potwierdzany w licznych komentarzach profesora. Ponadto, Adam Glapiński jest zwolennikiem obecnego programu wyborczego PiS, zwłaszcza planu Morawieckiego. Niemniej jednak, powyższe czynniki nie budzą obaw rynku co do ewentualnego ,,zamachu” rządzących na niezależność NBP, który mógłby mieć formę w postaci sfinansowania hojnych obietnic wyborczych.

Środowisko ekonomiczne wierzy w kompetencje, profesjonalizm oraz budzącą zaufanie osobowość Adama Glapińskiego. Poparcie dla jego kandydatury od początku wyrażał Marek Belka, który wierzy w przestrzeń do kontynuacji obecnej, bardzo dobrej polityki pieniężnej. Wybór pochwalił także minister finansów, Paweł Szałamacha. Adam Glapiński ma również poparcie analityków i inwestorów, a nawet polityków opozycji. Niniejsza kandydatura nie przeszła bez echa za granicą. Attard Montalto, ekonomista Nomury, uważa, że Adam Glapiński jest gwarantem utrzymania niezależności NBP. Co więcej, wierzy, że dzięki niemu komunikacja polskiego banku centralnego z rynkiem będzie znacznie lepsza niż za kadencji Marka Belki.

Biorąc pod uwagę wszystkie te czynniki, kandydaturę Adama Glapińskiego na prezesa NBP można ocenić pozytywnie. Teraz oczekujemy głosowania w sejmie, który to musi zatwierdzić prezydencką nominację. Głosowanie jest tylko formalnością, gdyż większość parlamentarną posiadają przedstawiciele PiS, którzy zdeklarowali się poprzeć kandydata wybranego przez prezydenta Andrzeja Dudę. Warto zatem pochylić się nad najważniejszymi zadaniami i wyzwaniami, jakie czekają nowego prezesa NBP. Przede wszystkim z punktu widzenia celu inflacyjnego, RPP musi poprawić swoją skuteczność. Do tej pory tempo inflacji często rozmijało się z przyjętym celem. Co więcej, z całą pewnością nie lada trudnością będzie umiejętność podejmowania decyzji w czasach, których to czynniki globalne nierzadko mają kluczowe znaczenie dla gospodarki, w tym inflacji. Ponadto, ekonomiści podkreślają, że NBP musi poprawić jakość i wiarygodność swoich prognoz, bez których nie jest w stanie zapewnić przewidywalności i stabilności. Te natomiast są najważniejszymi kwestiami dla całej gospodarki i rynków finansowych. Niemniej jednak, najtrudniejszym wyzwaniem krótkoterminowym wydaje się  sporządzenie ustawy dotyczącej pomocy frankowiczom. W związku z tym NBP będzie musiał zwiększyć starania, aby zapewnić stabilność systemu bankowego.

Podsumowując, wybór Adama Glapińskiego na nowego prezesa NBP należy ocenić pozytywnie. Co więcej, sama zmiana następuje w należyty i profesjonalny sposób. Nowy szef NBP będzie miał przed sobą wiele trudnych zadań. Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy podoła i odniesie sukces. Niemniej jednak, jego kompetencje oraz doświadczenie są gwarantem, że jest on odpowiednią osobą, aby zasiąść w fotelu prezesa NBP i stawić czoła wszystkim wyzwaniom. Co więcej, Adam Glapiński ma poparcie najważniejszego interesariusza, czyli rynku.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W kwietniu został uruchomiony flagowy projekt obecnego rządu, czyli program ,,Rodzina 500+”. Proces legislacyjny był okresem wielu rozmów, kłótni i emocji. Wielu ekspertów, ekonomistów i analityków podkreślało, że niniejszy pomysł jest nienajlepszym lekarstwem na poprawę sytuacji demograficznej Polski. Co więcej, istotnie pogorszy on stan finansów publicznych. Tymczasem, nieco ponad miesiąc od wejścia ,,Rodziny 500+”w życie pojawiły się informacje, jakoby rząd planował rozszerzyć program poprzez podwyższenie górnej granicy wieku dzieci z 18 do 21 lat. Czy to tylko i wyłącznie marzenia rządzących? Bądź być może obietnice bez pokrycia, które są elementem gry politycznej?

Powyższa wiadomość została opublikowana w dniu drugiego maja przez gazetę ,,Fakt”. Według tabloidu w najbliższych miesiącach resort pracy i rodziny będzie uważnie analizował funkcjonowanie programu ,,Rodzina 500+”. Następnie rządzący będą rozważać możliwe zmiany, wśród których rzekomo ma znaleźć się zmiana dotycząca górnej granicy wieku dziecka. Gazeta podkreśla, że odpowiednie decyzje zostaną podjęte najwcześniej za rok. Niniejsze doniesienia skomentowała Elżbieta Witek, szefowa gabinetu politycznego premier Beaty Szydło. Z jednej strony wyraziła ona swoje zdziwienie, dotyczące ujawnionych informacji, natomiast z drugiej podkreśliła, że ,,w każdej plotce jest ziarno prawdy”. Szefowa gabinetu zwróciła także uwagę, że program ,,Rodzina 500+” okazał się wielkim sukcesem i cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa. W ciągu miesiąca, 2 mln rodzin spośród 2,7 mln uprawnionych do otrzymania świadczenia (szacunki) złożyło odpowiednie wnioski. W związku z tym, rząd nie wyklucza rozszerzenia programu. Niemniej jednak, Elżbieta Witek już zawczasu ostudziła nadzieje wielu rodzin podkreślając, że nieformalnie przedstawiony pomysł jest obecnie tylko marzeniem rządu. Mimo wszystko, faktem jest, że nie była to pierwsza wzmianka, dotycząca zmian w wiodącym projekcie PiS. Ponad dwa tygodnie temu, Henryk Kowalczyk, jeden z członków rady ministrów, wspomniał o wprowadzeniu zasady ,,złotówkę za złotówkę”, która umożliwiłaby rodzinom przekraczającym próg dochodowy uzyskać odpowiednio proporcjonalną część zasiłku.

Z całą pewnością potencjalne zmiany zostałyby pozytywnie przyjęte przez polskie rodziny. Po wprowadzeniu powyższych modyfikacji, program będzie wydawał się nieco bardziej sprawiedliwy. Po objęciu władzy przez PiS, wiele polskich rodzin i dzieci mogło czuć się oszukanych. W pierwszych debatach przedwyborczych politycy nie wspominali chociażby o kryterium dochodowym. Dlatego też, ewentualne modyfikacje mogą nieco ostudzić negatywne emocje wielu rodzin. Można zatem oczekiwać, że liczba beneficjentów wzrośnie, co oznacza również wzrost kosztów obsługi programu. Według szacunków przedstawionych przez rządzących, niniejsze wydatki wyniosą 17,2 mld zł w 2016 roku oraz około 21,5 mld zł w każdym kolejnym. Niemniej jednak, eksperci twierdzą, że w 2016 roku koszty mogą być znacznie wyższe i wyniosą 22 -23 mld zł. Natomiast według szacunków, na które powołuje się gazeta,,Fakt”, zmiana górnej granicy wieku dziecka spowoduje wzrost wydatków Skarbu Państwa z 23 mld zł do 40 mld zł. Do tego należy dodać ewentualne koszty związane z wprowadzeniem zasady ,,złotówka za złotówkę” tj. około 2 mld zł.

Na początku maja Komisja Europejska (KE) zrewidowała swoje projekcje ekonomiczne dla poszczególnych krajów członkowskich. Według organu UE, deficyt budżetowy w 2016 roku wyniesie 2,6% PKB oraz 3,1% PKB w 2017 roku. Wydaje się, że ewentualne zmiany w programie ,,Rodzina 500+” mogą istotnie zwiększyć zapotrzebowanie Skarbu Państwa na środki finansowe, tym samym pogarszając stosunek deficytu budżetowego do PKB. Fakt ten natomiast z całą pewnością przykułby uwagę UE. Co więcej, rząd podkreśla, że jednym z nadrzędnych celów jest utrzymanie wartości niniejszego wskaźnika poniżej 3 – procentowego progu wyznaczonego przez UE. Przekroczenie tej bariery spowodowałoby ponowne nałożenie na Polskę procedury nadmiernego deficytu. Warto również zaznaczyć, że rząd planuje obniżyć wiek emerytalny oraz zwiększyć kwotę wolną od podatku. Działania te znacząco obciążą budżet, dlatego też wprowadzenie ewentualnych zmian w programie Rodzina ,,500+”może okazać się kolejnym życzeniem rządzących, tym bardziej, że źródła finansowania kolejnych pomysłów są wątpliwe i nie wydają się gwarantować pokrycia planowanych wydatków oraz dodatkowych kosztów związanych z realizacją hojnych obietnic wyborczych.

Niewątpliwie, pojawiające się wzmianki, dotyczące modyfikacji programu, który stanowił najważniejszy punkt kampanii wyborczej PiS mogą okazać się w rzeczywistości marzeniem obecnej władzy. Niemniej jednak, program był solidnym atutem podczas kampanii wyborczej i oczkiem w głowach polityków PiS. Dlatego też, nie można wykluczyć, że ewentualne modyfikacje mogą zostać wprowadzone bez względu na fakt, czy będą one miały pokrycie finansowe, czy też nie. Warto zauważyć, że determinacja rządu jest naprawdę zdumiewająca, o czym może świadczyć tempo wprowadzania kolejnych reform. Co więcej, kolejne pomysły powodują, że obawy dotyczące stanu polskich finansów publicznych z każdym dniem narastają. Zmiany w programie ,,Rodzina 500+”mogą być elementem gry politycznej, której efektem może być utrzymanie obecnego poparcia, bądź jego zwiększenie. Kwestia ta wydaje się niezmiernie istotna, zwłaszcza w obliczu licznych protestów społecznych oraz zamieszania wokół nadal nierozwiązanego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Podsumowując, ewentualna decyzja rządu o rozszerzeniu górnej granicy wieku dziecka w programie ,,Rodzina 500+” najprawdopodobniej zostałaby pozytywnie odebrana przez polskie rodziny. Działania te mogą być swego rodzaju grą polityczną, skutecznym narzędziem w walce o poparcie obywateli. Niemniej jednak, rządzący muszą pamiętać o stanie finansów publicznych, który pozostawia wiele do życzenia. Proponowane zmiany spowodują znaczący wzrost kosztów obsługi programu. Warto pamiętać, że zrewidowane prognozy KE zakładają wzrost relacji deficyt publiczny/PKB w 2017 roku do 3,1%. To oznacza, że UE będzie miała prawo do nałożenia na Polskę procedury nadmiernego deficytu. Ponadto, modyfikacje programu ,,Rodzina 500+”, obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz pozostałe hojne obietnice wyborcze mogą spowodować, że definitywne pokonanie 3 – procentowej bariery (dla wskaźnika deficyt budżetowy/PKB) nie będzie istotnym wysiłkiem. Rząd opiniami europejskich urzędników specjalnie się nie przejmuje, ale można założyć, że do kwestii fiskalno-gospodarczych podejdzie bardziej rozważnie. Realizacja tych pomysłów stoi zatem pod dużym znakiem zapytania.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Trudna sytuacja polskiego górnictwa nie od dziś jest bolączką rządzących. W ostatnich latach tak naprawdę żaden z wcześniejszych rządów nie próbował dokonać reform nawet, gdy na rynku węgla panował okres prosperity. Nierzadko decyzje polityków stanowiły tylko i wyłącznie swego rodzaju kroplówkę. W ostatnich dniach byliśmy świadkami utworzenia Polskiej Grupy Górniczej (PGG), która będzie próbą restrukturyzacji nierentownej Kompanii Węglowej. Jeżeli jednak proponowane zmiany nie zostaną należycie przeprowadzone, to niniejszy pomysł może jedynie przedłużyć agonię polskiego górnictwa. Co więcej, nie można wykluczyć, że te okażą się niewystarczające, aby naprawić trudną sytuację spółki.

Na mocy podpisanego porozumienia, udziałowcami PGG zostały następujące podmioty: PGE GiEK, ENERGA Kogeneracja, PGNiG Termika, Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw, TF Silesia oraz Węglokoks. Inwestorzy dokapitalizują nową grupę kwotą 2 mld 417 mln zł, z czego 1,8 mld będzie stanowić gotówka. Pozostała część to konwersja wierzytelności Węglokoksu i TF Silesia. Dodatkowo, PGG wyemituje  obligacje o wartości nominalnej 1,37 mld zł. Ich nabywcami będą banki – Alior, BGŻ BNP Paribas, BGK, BZWBK oraz PKO BP, a także Węglokoks. Nowa spółka rozpocznie działalność na początku maja. W jej skład wejdzie 11 kopalń oraz 4 zakłady produkcyjne należące do Kompanii Węglowej. Porozumienie przewiduje, że dzięki zastrzykowi kapitału oraz reformom, które zostaną przeprowadzone na postawie ostatniego audytu, poszczególne jednostki PGG zaczną generować zyski w 2018 roku. W ubiegłym roku zaledwie trzy z jedenastu kopalń były rentowne, dwie działały w pobliżu progu rentowności, a pozostałe generowały straty.

W dniu 17 marca został zakończony kilkutygodniowy audyt, który wykazał szereg czynników, które negatywnie obciążały wyniki Kompani Węglowej. Przede wszystkim, grupa ekspertów zwróciła uwagę na niską cenę węgla. Ta przyczyna jednak ma charakter egzogeniczny. Polska nie jest w stanie zmienić globalnych trendów. Niemniej jednak, wiele można poprawić w działalności poszczególnych jednostek, które popełniły wiele istotnych błędów. Wśród czynników endogenicznych można wyszczególnić: złe wykorzystanie zasobów, zbyt dużą ilość kosztownych usług obcych, nadmierną liczbę stanowisk kierowniczych, przeprowadzenie nieprzemyślanych i nieodpowiednich inwestycji, a także wiele nieprawidłowości w kanale dystrybucji węgla. Wydaje się również, że do listy należałoby dodać następujące czynniki: wysoką stopę fiskalizmu oraz ogromne koszty pracownicze. Pierwsza kwestia nie jest przedmiotem obecnych rozmów i analiz. Skarb Państwa nie obniży podatków, tym bardziej, że stan finansów publicznych wymaga gruntownej naprawy. Natomiast definitywne cięcia wynagrodzeń, nagród i innych świadczeń pracowniczych mogłyby spowodować liczne napięcia oraz wzrost niepokojów społecznych wśród górników, czyli grupy, której politycy obawiają się od zawsze. Dlatego też swego rodzaju sukcesem jest zgoda związków zawodowych na 24 – miesięczne zamrożenie czternastej pensji. Oszczędności te jednak w szerszym horyzoncie są nadal niewielkie.

Posiłkując się wnioskami z przeprowadzonej kontroli, PGG ma przeprowadzić szereg reform. Przede wszystkim, aby zwiększyć wydajność pracy oraz jakość zarządzania, kolejne kopalnie zostaną ze sobą połączone. Ponadto, po cichu mówi się o zamknięciu dwóch kopalń. Ta kwestia, ze względu na prawdopodobny opór górników będzie jednak newralgicznym punktem. Wielu ekspertów wskazuje, że bez zamknięcia najbardziej nierentownych jednostek, pomysł utworzenia PGG jest kolejną kroplówką, która przesunie w czasie niewygodny dla rządzących problem. W porozumieniu można odnaleźć również punkty, dotyczące ograniczenia wykorzystywania usług obcych, które rocznie obniżały wynik finansowy spółki o ponad 700 mln zł. W umowie natomiast nie znajdziemy zapisów, dotyczących redukcji liczby stanowisk kierowniczych. W zamian, specjalną kontrolę nad PGG będzie sprawował zespół, składający się z przedstawicieli związków zawodowych. Rząd chce również, aby około czterech tysięcy górników, którym pozostały co najwyżej 4 lata do uzyskania praw emerytalnych, przeszło na urlop. W tym czasie otrzymają oni świadczenie o równowartości 75% średniego wynagrodzenia. Warto dodać, że przeprowadzony audyt wykazał, że w kopalniach pracuje ponad 600 osób, które posiadają uprawnienia emerytalne.

Rząd rozgłasza, że wywalczone porozumienie i kompromisy są wielkim sukcesem. Utworzenie PGG nie tylko uratuje ponad 30 tysięcy osób zatrudnionych w byłej Kompanii Węglowej, ale również 100 tysięcy innych pracowników. Ci bowiem pracują w firmach, którym Kompania Węglowa winna jest niemal 3,5 mld zł. Pod tym względem politycy mają rację. Niemniej jednak, o sukcesie należy myśleć w długim terminie. Do tej pory kolejne obozy polityczne kierowały się strategią krótkoterminową. To doprowadziło do tragicznej sytuacji finansowej całej branży. Jeżeli ten błąd zostanie po raz kolejny powielony, to problem powróci, zapewne szybciej niż można się tego spodziewać. Świadczyć o tym może nie tak odległa w czasie sprzedaż Kopalni Szczygłowice, za którą Kompania Węglowa otrzymała 1,5 mld zł od Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Gotówka ta wspomogła upadającą spółkę na okres sześciu miesięcy. Nie jest to zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że całe przedsiębiorstwo w ciągu pół roku było w stanie wygenerować stratę na poziomie 750 mln zł. To natomiast jest pochodną wielu czynników, których efektem jest, że koszt wydobycia jednej tony węgla to około 230 zł, podczas gdy cena rynkowa wynosi 180 zł – 190 zł.

Jeżeli PGG ma być sukcesem, który uratuje Śląsk przed kryzysem gospodarczo – społecznym, to przedstawione reformy muszą zostać zrealizowane natychmiastowo. To jednak nie będzie proste. Czy nowy kapitał będzie wystarczający, aby zrealizować zapowiedziane reformy? Ilu górników zdecyduje się na urlop? Czy najbardziej nierentowne kopalnie zostaną zamknięte? Próbując odpowiedzieć na powyższe pytania, pojawia się wiele sceptycyzmu i obaw. Ponadto, dodatkowym utrudnieniem jest wciąż zniżkująca cena węgla oraz niesprzyjający sentyment wokół tego surowca, który wynika z rosnących obaw o zmieniający się klimat. Mimo wszystko, nasi południowi sąsiedzi udowodnili, że wydobycie węgla może być opłacalne. Sprywatyzowana i przejęta przez czeską grupę energetyczną EPH Kopalnia Silesia w Czechowicach – Dziedzicach z roku na rok poprawia swoją sytuację finansową. Jednostka zarządzana jest znacznie efektywniej. Fakt ten jednak nie musi być odbierany ze zdziwieniem – koncepcja ta wyznawana jest przez autora transformacji systemowej – Leszka Balcerowicza. Być może zatem, prostszym i bardziej efektywnym rozwiązaniem wyjścia z trudnej sytuacji Kompanii Węglowej byłaby prywatyzacja połączona z wyższymi pakietami osłonowymi dla zwalnianych górników.

Z całą pewnością, utworzenie PGG jest pewnym sukcesem – w końcu został zawarty konsensus oraz opracowano konkretny plan. Jeżeli reformy obejmą newralgiczne punkty, wykazane przez audyt, to być może będziemy świadkami oczekiwanego powrotu opłacalności wydobycia węgla. Niemniej jednak, zmiany muszą zostać wykonane jak najszybciej, aby niniejsza idea nie zasłużyła na miano kolejnej kroplówki. Z drugiej strony, reformy mogą okazać się niewystarczające. W efekcie, nowa spółka będzie musiała zamknąć część nierentownych kopalń. Opór górników może jednak udaremnić cały plan. Rychłą poprawę sytuacji w całej branży może spowodować także wzrost ceny węgla, jednakże prawdopodobieństwo odwrócenia obecnego trendu jest niskie. Utrzymywanie wysokiego poziomu wydobycia w warunkach rynkowej nadpodaży surowca hamuje odbicie cen.

 

Seweryn MasalskiSeweryn Masalski, MM Prime TFI

 

Najnowsze dane z Chin pozytywnie wpłynęły na globalne nastroje rynkowe.  Odczyty zgodne z oczekiwaniami rynku, nieco osłabiły trwające od początku roku niepokoje dotyczące twardego lądowania gospodarki Państwa Środka. Wielu analityków i inwestorów podkreśla jednak, że obawy nie zniknęły. Wizja krachu drugiej największej światowej gospodarki być może przesuwa się w czasie.

W pierwszym kwartale 2016 roku chiński PKB wzrósł o 6,7% rdr. Dynamika produkcji przemysłowej wyniosła 6,8% rok do roku a tempo wzrostu sprzedaży detalicznej osiągnęło poziom 10,5%. Co więcej, eksport Fabryki Świata wzrósł w marcu o 11,5%. Natomiast wielkość importu skurczyła się o 7,6%, czyli znacznie mniej niż w poprzednim miesiącu. Nie zawiodły również odczyty, dotyczące rynku towarów, paliw, czy produkcji energii energetycznej. Na pierwszy rzut oka te liczby i informacje mogą zostać odebrane jako sygnał ożywienia gospodarczego. Pewnym paradoksem jest, że wzrost dochodu narodowego na poziomie 6,7% jest najniższym odczytem od 2009 roku. Niemniej jednak, tak dobrym wynikiem może pochwalić się tylko niewielkie grono państw, dlatego też jak na razie trudno mówić o twardym lądowaniu Fabryki Świata. Mimo wszystko na najnowsze dane z Chin warto spojrzeć z nieco innej perspektywy.

Przede wszystkim trzeba podkreślić, że dobre odczyty są spotęgowane przez efekty bazy. Oznacza to, że punktem odniesienia dla najnowszych publikacji były słabsze dane z poprzednich okresów, co automatycznie rzutuje na wyższą dynamikę wzrostu danych wielkości. Ten efekt został wzmocniony przez lutowe obchody Chińskiego Nowego Roku. Podczas tygodniowej przerwy Chińczycy odpoczywają i świętują ale potem przedsiębiorstwa zdecydowanie podwyższają swoje moce produkcyjne. W efekcie, dane za marzec są zazwyczaj znacznie lepsze. Co więcej, wielu analityków zwraca uwagę, że w pierwszej połowie ubiegłego roku dane wskazywały na stabilizację chińskiej gospodarki, natomiast w drugiej wyniki zdecydowanie się pogorszyły. Według specjalistów, historia może się powtórzyć.

Kolejnym newralgicznym punktem jest kwestia rzetelności danych sporządzanych  i prezentowanych przez chińskie instytucje statystyczne. Na rynku panuje przekonanie, że nie są one wiarygodne. Przeprowadzone badania wykazały, że metodyka obliczeń wykorzystywana przez statystyków Państwa Środka nie odbiega od ogólnie przyjętych na świecie norm. Z drugiej strony, analizy wskazują, że dane zdarzają się być przedmiotem politycznych manipulacji, dlatego też rynek często przygląda się im z przymrużeniem oka. Warto podkreślić, że na początku roku znany fundusz inwestycyjny Nevski Fund ogłosił zakończenie swojej działalności. W uzasadnieniu decyzji, zarządzający powoływali się również na niekompletne i niewiarygodne dane z Chin oraz Indii, które utrudniają podejmowanie racjonalnych, opartych na fundamentach decyzji inwestycyjnych. W związku tym, do najnowszych odczytów z Fabryki Świata być może warto podchodzić z dystansem.

Ostatnie lata przyniosły wiele zmian w chińskiej gospodarce. Wielu osobom kojarzy się ona wciąż z ciężkim przemysłem, dlatego też nie bez powodu potocznie określa się ją Fabryką Świata. Niemniej jednak, obecnie sektor usług tworzy 56% PKB, podczas gdy sektor przemysłowy już tylko 38%. Władze ludowe podkreślają, że transformacja gospodarki przebiega pomyślnie. Drugą stroną medalu jest fakt, że wciąż imponujące tempo wzrostu gospodarczego w pierwszym kwartale 2016 roku było oparte na inwestycjach strukturalnych, finansowanych przez rząd oraz na bardzo dobrej koniunkturze na rynku nieruchomości. Wydatki infrastrukturalne wzrosły niemal o 20% w skali roku, natomiast sprzedaż nowych mieszkań wzrosła o 71%. Niniejsze działania nie tylko sztucznie napompowują wzrost dochodu narodowego, ale również nie są katalizatorem procesu transformacji chińskiej gospodarki. Co więcej, efektem interwencjonizmu państwowego jest wzrost zadłużenia sektora publicznego, np. w marcu wydatki budżetu centralnego wzrosły o 20,1%, podczas gdy dochody zaledwie o 7,1%. Świadczyć o tym może również wskaźnik dług publiczny/PKB, który według szacunków wynosi 250% – 300%.

Dobra sytuacja na rynku nieruchomości jest pokłosiem wzmożonej akcji kredytowej. Ta natomiast wspierana jest przez coraz luźniejszą politykę monetarną Ludowego Banku Chin. Co ciekawe, w pierwszym kwartale 2016 roku 30% udzielonych kredytów trafiło do państwowych przedsiębiorstw, które nierzadko okazywały się nierentowne. Według chińskich agencji, zaledwie 1,7% wszystkich udzielonych kredytów można zaliczyć do zobowiązań niespłacanych od ponad 90 dni (non – performing loans). Natomiast analitycy szacują, że wartość ta może wynosić nawet 30%. Co więcej, dane z Chin wskazują, że51% kredytów udzielonych przedsiębiorstwom należy zaliczyć do grona zagrożonych (bad loans). Niniejsze dane potwierdzają tezę, że wybuch kryzysu zadłużeniowego wydaje się całkiem realny.

Przedstawione czynniki skłaniają do refleksji i próby rzetelnej oceny faktycznej sytuacji gospodarczej Państwa Środka. Wydaje się, że dobre dane z Fabryki Świata mogą być kombinacją trzech czynników: nierzetelności danych, efektem bazy oraz wzmożonego interwencjonizmu państwowego. Ostatni z nich ma szczególne znaczenie i należy go utożsamiać zarówno z działaniami rządu, jak i Ludowego Banku Chin. Sytuacja ta prawdopodobnie nie ulegnie zmianie, o czym świadczą kolejne komentarze polityków oraz niedawno zaprezentowany pięcioletni plan gospodarczy. W tym czasie PKB ma rosnąc średnio w tempie 6,5%. Analizując obecną sytuację globalnej oraz chińskiej gospodarki, zadanie to może okazać się bardzo trudne. Niemniej jednak, rządzący podkreślają, że podejmą wszelkie możliwe działania, aby zrealizować wyznaczone cele.

Dynamiczny wzrost znaczenia sektora usług, który świadczy o coraz bardziej nowoczesnej i zaawansowanej gospodarce oraz jej wielkość mogą spowodować, że niebawem stanie się ona największą na świecie. Co więcej, zgodnie z teorią konwergencji wzrost gospodarczy powinien systematycznie słabnąć, co również obserwujemy. W tym miejscu pojawia się jednak kilka pytań. Po pierwsze, jak długo władza jest w stanie podtrzymywać wzrost gospodarczy? Po drugie, czy działania te znajdą swoje odzwierciedlenie w kryzysie zadłużeniowym? Co więcej, ten prawdopodobnie  spowoduje kryzys bankowy, który jak uczy historia może okazać się bardzo dotkliwy dla globalnej gospodarki, tym bardziej, że chińskie banki zajmują większość czołowych miejsc w światowych rankingach pod względem wielkości.

Podsumowując, wyżej wymienione czynniki stawiają najnowsze dane z Chin w całkowicie innym świetle. Nie wydaje się, aby w przyszłości wzrost gospodarczy Państwa Środka przyśpieszył, za czym przemawiają obecne uwarunkowania gospodarcze oraz teoria ekonomii. Niemniej jednak, szczególne znaczenie będzie odgrywać dalszy kształt państwowej polityki gospodarczej. Z jednej strony, interwencjonizm państwowy może zapewnić nadal wysoki, nieosiągalny dla większości krajów poziom wzrostu PKB, natomiast z drugiej, może utrudniać proces transformacji gospodarczej. Ekspansywna polityka fiskalna zwiększa również prawdopodobieństwo wybuchu kryzysu zadłużeniowego, bądź nawet bankowego, których skutki byłyby odczuwalne nie tylko w Chinach. Niemniej jednak, luzowanie polityki monetarnej przesuwa niniejsze zagrożenie w czasie. Z drugiej strony, stopy procentowe w końcu zaczną ponownie rosnąć. Chińską gospodarkę najprawdopodobniej czeka twarde lądowanie, jednakże jeszcze nie teraz, ani w najbliższej przyszłości.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Najświeższy wyciek danych z Panamskiej kancelarii prawno – podatkowej Mossack Fonseca jest największym w historii tego rodzaju skandalem. Wielkość nielegalnie ujawnionych dokumentów jest zdecydowanie większa niż podczas znanych afer: Luxembourg Leaks, Swiss Leaks, czy też Wiki Leaks. Co więcej, dane te dotyczą wielu znanych firm, postaci, zwłaszcza polityków, co budzi szczególne kontrowersje. Ujawnione dane potwierdzają, jak powszechnym i wielkim zjawiskiem jest ucieczka do rajów podatkowych. Niemniej jednak, wielu rządzących bierze sprawy w swoje ręce i deklaruje wprowadzić szereg istotnych zmian, które wpłyną na zmniejszenie skali unikania opodatkowania i ucieczek do rajów podatkowych.

Przykładem mogą być nasi zachodni sąsiedzi. Niemiecki minister finansów niemal natychmiast po ujawnieniu danych z Panamy ogłosił rozpoczęcie prac nad 10 – punktowym planem walki z machinacjami podatkowymi. Nowy koncept zawiera stworzenie specjalnego rejestru firm, zwiększenie kontroli, ujednolicenie czarnych list, które zawierają kraje, niechcące zwalczać oszustw podatkowych, czy też likwidację okresu przedawnienia dla tego rodzaju przestępstw. Przedstawione pomysły są w znacznej mierze zbieżne z propozycjami organizacji Tax Justice Service, która zajmuje się badaniem i analizowaniem oszustw podatkowych.

Problem jednak nie wydaje się na tyle prosty, aby ot tak można było mu zaradzić. Świadczyć o tym mogą dotychczasowe efekty obecnych starań rządzących, albo raczej ich brak. Można odnieść wrażenie, że są oni bezsilni i nie wiedzą, jak można rozwiązać kwestie unikania opodatkowania, ucieczki do rajów podatkowych czy też oszustw podatkowych. Przykładem może być Luxemburg – raj podatkowy, należący do struktur UE, wobec którego Europa czuje się bezradna. Mając na uwadze złożoność i brak przejrzystości w wielu systemach prawnych zarówno w skali narodowej, jak i globalnej, nie lada wyzwaniem okazuje się rozwiązanie niniejszych problemów. Co więcej, w znacznej mierze należy mówić również o legalnych precedensach, które umożliwiają transfer zysków do rajów podatkowych. Wielu ekspertów jest zgodnych – obecne kierunki działań, podejmowanych przez rządzących nie przynoszą i nie przyniosą pożądanych efektów. Niemniej jednak, to nie oznacza, że nie ma sposobów, które mogłyby być znacznie bardziej skuteczne od obecnych.

Dzisiejsze metody opierają się na wzmożonej kontroli, karach, nowych przepisach prawnych, zakazach i nakazach. Warto jednak podejść do problemu z innej strony i zastanowić się nad przyczynami oszustw podatkowych. Te wydają się proste: wysoka stopa fiskalizmu, liczne kontrole organów państwowych, złożoność prawa, nadmierna biurokracja. Większość, o ile nie wszystkie proponowane rozwiązania nie likwidują przyczyn. Co gorsza, idee te nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Warto również podkreślić, że unikanie opodatkowania jest tylko jednym ze skutków wyżej wymienionych czynników. Należy zwrócić uwagę na skalę szarej strefy. W Polsce, jej wielkość szacowana jest w przedziale 12% – 20% PKB. Oznacza to, że Skarb Państwa traci ponad 40 mld zł rocznie. Władza podejmuje kolejne działania, aby ją zwalczyć. Warto zwrócić uwagę na słowo ,,zwalczyć”, które nie oznacza likwidacji przyczyn.

Czy zatem istnieje jakakolwiek recepta na sukces? Być może zamiast sięgać do obecnych form walki, należałoby najpierw skupić się na źródłach problemu. Powołując się na krzywą Laffera, dobrym pomysłem może okazać się obniżenie stopy opodatkowania, która w Europie i w Stanach jest naprawdę wysoka – średnio kilkadziesiąt procent. Interesującym rozwiązaniem wydaje się istotne obniżenie stopy podatku dochodowego, bądź jego likwidacja. Żadna z danin publicznych nie jest sprawiedliwa, ale szczególnie rażący wydaje się fakt, że w przypadku podatku dochodowego odbierana zostaje istotna część naszego wynagrodzenia/zysku – kara za przedsiębiorczość. Oczywiście rządy kontrargumentują, wskazując na możliwy spadek dochodów publicznych. Faktem jest jednak, że to podatek obrotowy (czy też podatek od wartości dodanej) zapewnia największe wpływy do budżetów centralnych. Zatem, gdyby przeciętny Kowalski miał więcej środków pieniężnych w portfelu, mógłby przeznaczyć je na dodatkową konsumpcję, która natomiast za pośrednictwem podatku obrotowego zwiększy dochody państwa. Z drugiej strony, owa nadwyżka może trafić również na lokatę bankową, rynek kapitałowy, gdzie uzyskane dochody często podlegają kolejnemu podatkowi – od zysków kapitałowych. Ponadto, warto pochylić się nad kwestią ograniczenia biurokracji, braku przejrzystości i skomplikowanych systemów prawnych. Należy także pamiętać, że zastosowanie powyższych wskazań przez jednostki niczego nie zmieni. Zgodnie z postulatami Tax Justice Service, walka z machinacjami podatkowymi powinna zostać podjęta w skali globalnej.

To wszystko nie są nieznane rozwiązania, a mimo to politycy zdają się nie dostrzegać głosów płynących ze środowiska akademickiego czy też ze świata biznesu. W efekcie zjawisko unikania opodatkowania, oszustw podatkowych i całej szarej strefy bardzo niekorzystnie wpływa na gospodarkę, zwłaszcza na finanse publiczne. Co więcej, niniejsze problemy pośrednio, poprzez nieodpowiednie metody ich zwalczania, powodują ograniczanie i utrudnianie swobody działalności gospodarczej, natomiast w obywatelach wzbudzają one liczne kontrowersje i poczucie niesprawiedliwości. Negatywne skutki nie zmieniają jednak niczego w postrzeganiu przez polityków wyżej przedstawionych kwestii. Dlatego też, Panama Papers najprawdopodobniej niebawem odejdzie w niepamięć, niczym wcześniejsze afery, nie zmieniając niczego, a gorliwe zapowiedzi polityków okażą się mrzonką, bądź będą kolejnymi nieskutecznymi reformami.

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W styczniu bieżącego roku agencja ratingowa S&P po raz pierwszy w historii obniżyła ocenę wiarygodności kredytowej Polski. Analitycy niniejszej instytucji argumentowali swoje stanowisko głównie czynnikami politycznymi, które mogły doprowadzić do osłabienia niezależności instytucji państwowych. W tym samym czasie, agencja ratingowa Fitch nie zmieniła swojej oceny, natomiast Moody’s, pomimo zaplanowanej w swoim kalendarium publikacji nie zaprezentowała swoich analiz. Niemniej jednak, na początku kwietnia ostatnia z wymienionych agencji ostrzegła Polskę przed ewentualnym obniżeniem oceny wiarygodności kredytowej.

To nie pierwsze ostrzeżenie agencji Moody’s wystosowane w kierunku Polski. W listopadzie instytucja zwróciła uwagę, że zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych może spowodować wzrost niestabilności politycznej, które znajdzie swoje odzwierciedlenie w obniżeniu ratingu. Natomiast w styczniu agencja krytycznie skomentowała stan polskich finansów publicznych, który może doprowadzić do powtórnego nałożenia na kraj przez UE procedury nadmiernego deficytu. Te same wnioski zostały również przedstawione w styczniowym komunikacie wydanym przez agencję Fitch. W kwietniowej przestrodze, analitycy Moody’s wyrazili swoje obawy, dotyczące nierozwiązanego sporu o Trybunał Konstytucyjny, który może negatywnie wpłynąć na atrakcyjność Polski dla inwestorów zagranicznych. Warto jednak podkreślić, że ostatnie ostrzeżenie nie wpłynęło istotnie na kwotowanie polskiej waluty, sentyment rynkowy na GPW w Warszawie, czy też na rentowność obligacji skarbowych.

Czy brak reakcji na rynkach finansowych oznacza, że inwestorzy spodziewają się obniżenia ratingu kredytowego Polski? Wiele czynników wskazuje na to, że niniejsze ryzyko zostało już zmaterializowane. Przede wszystkim mogą o tym świadczyć liczne ostrzeżenia. Agencje w swoim zwyczaju wystosowują takowe, aby ewentualna decyzja o obniżeniu ratingu nie spowodowała gwałtownych i znaczących fluktuacji na rynkach finansowych. Co więcej, dany podmiot ma również dodatkowy czas, aby podjąć decyzje, które pozwolą naprawić newralgiczny punkt. Dlatego też styczniowa negatywna rewizja ratingu przez S&P była mocno krytykowana przez Ministerstwo Finansów, które zarzucało agencji brak wcześniejszych ostrzeżeń oraz brak dialogu. Należy także dodać, że obecny rating wystawiony przez Moody’s (A2) jest najwyższym spośród wszystkich (Fitch i S&P oceniają polską zdolność kredytową na A- i BBB+). Nie można zatem wykluczyć, że Moody’s będzie próbowało ,,dostosować” się do swoich konkurentów.

Styczniowe obniżenie ratingu przez S&P spowodowało kilkugroszowe osłabienie złotego oraz gwałtowny wzrost rentowności polskich dziesięciolatek. Niemniej jednak, od tego momentu polska waluta solidnie aprecjonowała, a rentowność obligacji skarbowych systematycznie poruszała się w kierunku południowym. W pierwszym miesiącu bieżącego roku odnotowano również odpływ 13 mld zł z rynku długu publicznego. Ministerstwo Finansów uspokajało rynek, zwracając uwagę na fakt, że 90% niniejszej kwoty stanowił odkup obligacji o okresie zapadalności do jednego roku. W związku z tym powyższe zjawisko nie było następstwem negatywnej rewizji polskiej wiarygodności kredytowej. Co więcej, obniżenie ratingu nie wpłynęło również na zachowanie głównych indeksów giełdowych przy Książęcej, które od połowy stycznia sukcesywnie odrabiają straty z drugiej połowy 2015 roku. Wydaje się zatem, że to globalny sentyment na rynkach giełdowych, czy też na EUR/USD jest jednym z najważniejszych (o ile nie najważniejszym) czynników, który oddziałuje na sytuacją na krajowym rynku finansowym.

Warto także podkreślić, że zarówno styczniowa rewizja ratingu, jak i ostatnie ostrzeżenie Moody’s, były przede wszystkim argumentowane czynnikami politycznymi. Badanie wiarygodności kredytowej ma na celu zweryfikowanie oraz obiektywną ocenę zdolności danego kraju do regulowania swoich zobowiązań. Wydaje się zatem, że w procesie tym głównymi determinantami powinny być dane ekonomiczne. Te aktualnie są naprawdę dobre i nie wskazują na słabość polskiej gospodarki. Ponadto, najistotniejszą kwestią pozostają finanse publiczne. Faktem jest, że wymagają one zdecydowanych reform. O ile obecnie ich kondycję można ocenić na względnie stabilną, o tyle dalszy brak inicjatywy ze strony polityków do ich naprawy powoduje, że nie można spoglądać w przyszłość z optymizmem. Niemniej jednak, spór o Trybunał Konstytucyjny w obecnej formie jest zatargiem tylko i wyłącznie politycznym, który nie wpływa na wypłacalność kraju. Podobnie zarzut agencji S&P, dotyczący osłabiania niezależności kluczowym instytucji państwowych w żaden sposób nie rzutuje na zdolność regulowania zobowiązań państwa.

Biorąc pod uwagę wszystkie wyżej wymienione czynniki, można sformułować następujące wnioski. Po pierwsze, prawdopodobieństwo obniżenia ratingu Polski przez Moody’s jest wysokie. Niemniej jednak, wiele wskazuje na to, że rynek spodziewa się takowej decyzji. W związku z tym, nie można wykluczyć, że w dniu jej publikacji może dojść do krótkotrwałych fluktuacji na rynku finansowym. Nie będzie jednak zaskoczeniem, jeżeli rynek przyjmie niniejszą wiadomość bez echa. Natomiast w średnim terminie, negatywna rewizja ratingu najprawdopodobniej nie wpłynie ani na kwotowanie polskiej waluty, ani na atrakcyjność kraju dla inwestorów zagranicznych. Warto jednak pamiętać, że agencje ratingowe wywierają ogromny wpływ na zachowania inwestorów. Dlatego też, jeżeli w kolejnych latach nie dojdzie do naprawy polskich finansów publicznych, kolejne negatywne rewizje ratingów Polski mogą być znacznie bardziej dotkliwe w swych skutkach.

Zgodnie z zapowiedziami Moody’s, publikacja przeglądu ratingów dla Polski odbędzie się 13 maja. Kolejny termin to 9 września. Niemniej jednak, w związku z wysokim prawdopodobieństwem obniżenia ratingu nie należy spodziewać się zaniechania publikacji, tak jak to miało miejsce w styczniu. Dlatego też, stanowisko Moody’s najprawdopodobniej zostanie przedstawione w piątek 13 maja. Jednakże posiłkując się wcześniejszą analizą, wydaje się, że niniejszy dzień może okazać się nie tak straszny i pechowy, jakim czyni go powszechny przesąd.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ponad rok temu (15 stycznia 2015 roku – czarny czwartek) Szwajcarski Bank Narodowy (SNB) niespodziewanie podjął decyzję, dotyczącą uwolnienia kursu franka szwajcarskiego. Wiadomość ta początkowo wywołała burzliwe zawirowania na rynku walutowym. Efektem końcowym niniejszej decyzji była mocna aprecjacja szwajcarskiej waluty, co szczególnie martwiło polskich kredytobiorców, którzy zadłużyli się w niniejszej walucie tzw. ,,frankowiczów”. Problem stał się przedmiotem debat publicznych oraz kampanii wyborczych. Dziś jednak frank szwajcarski jest znacznie tańszy. Co więcej, w dalszej części roku polska waluta może się dalej umacniać.

Kurs CHF/PLN zależy zarówno od globalnych czynników ekonomicznych, jak i w ujęciu węższym, od sytuacji gospodarczej Szwajcarii i Polski. Do grona tych pierwszych należy zaliczyć przede wszystkim kursy głównych walut – USD/CHF i EUR/CHF. Na kurs niniejszych par wpływają decyzje banków centralnych, które są pochodną sytuacji gospodarczej danego kraju na tle uwarunkowań i tendencji światowej gospodarki. Początek roku przyniósł deprecjację franka. Niemniej jednak, wraz z narastającymi obawami dotyczącymi światowej gospodarki trend zmienił kierunek. Tymczasem SNB podkreśla, że szwajcarska waluta jest nadal zdecydowanie przewartościowana.

Marzec był miesiącem podejmowania decyzji przez banki centralne. Niniejsze postanowienia, bądź ich brak,istotnie zmieniły sentyment rynkowy. Fed po raz kolejny nie dotrzymał początkowej obietnicy, dotyczącej serii podwyżek stóp procentowych. Obecnie wydaje się, że grudniowa podwyżka była ostatnią. Rezerwa Federalna podkreśla, że światowa sytuacja gospodarcza zmusza do prowadzenia łagodnej polityki pieniężnej. W efekcie frank szwajcarski zaczął się wzmacniać względem dolara. Co więcej, tendencja ta może być kontynuowana. Kolejne gołębie decyzje podjął również ECB. Mario Draghi jednak sugerował, że to ostatnie tak doraźne działania. SNB tymczasem pozostawił stopy procentowe na niezmienionym poziomie (-0,75%). Co więcej, w związku ze zrewidowanymi prognozami, zakładającymi dalszą i mocniejszą deflację, SNB będzie prawdopodobnie kontynuował ekstremalnie luźną politykę pieniężną oraz w razie zaistnienia takiej potrzeby, będzie interweniował na rynku walutowym. Mocny frank osłabia szwajcarską gospodarkę, dlatego też tamtejszy bank centralny będzie usiłował osłabić swoją walutę. Wydaje się zatem, że na głównych parach walutowych panuje swego rodzaju marazm i duża niepewność. Trudno zatem uwierzyć, aby obecny rozkład sił pozwolił na istotną aprecjację europejskiej waluty względem franka. Obecnie EUR/CHF nieznacznie przełamał linię wsparcia, wyznaczającą długoterminowy trend wzrostowy. Natomiast na USD/CHF kierunek jest chyba przesądzony, a jest nim południe.

Niniejszą niepewność oraz marazm na głównych parach walutowych może wykorzystać polski złoty, który od początku roku aprecjonował względem szwajcarskiej waluty o 0,5%. Złotego wspierają solidne dane ekonomiczne z kraju oraz dalsze prognozy. Podczas gdy projekcja wzrostu gospodarczego na 2016 rok wynosi około 3,5% rdr, to w Szwajcarii jest to wielkość na poziomie 1 – 1,5%rdr. Ponadto, ekspansywna polityka fiskalna polskiego rządu jeszcze nie zdążyła zrujnować stanu finansów publicznych (w długim okresie może być jednak odwrotnie). Co więcej, NBP nie planuje dalszego cięcia stóp procentowych, natomiast SNB będzie prawdopodobnie kontynuował obecną politykę pieniężną, co wyraźnie przemawia na korzyść polskiej waluty. Na wykresie CHF/PLN można zaobserwować trend horyzontalny, trwający od zeszłorocznego czarnego czwartku. Na początku bieżącego roku kurs próbował przebić linię oporu na poziomie 4,06. Ta jednak okazała się zbyt mocna. Obecnie para systematycznie porusza się na południe. Linia wsparcia znajduje się na poziomie 3,80. Przełamanie może oznaczać ruch w kierunku 3,65, czyli rejonów sprzed 15 stycznia 2015 roku. Warto jednak podkreślić, że przebicie wsparcia 3,80 będzie trudnym zadaniem. Do tego konieczne jest utrzymanie w Polsce dotychczasowego, wysokiego wzrostu gospodarczego, bądź nawet jego przyśpieszenie. Złotego mogłaby wesprzeć także chociażby zapowiedź podwyżki stóp procentowych, ale szanse na to maleją ze względu na pogłębiającą się deflację.

Na wartość franka szwajcarskiego mogą wpłynąć również globalne napięcia gospodarcze. Szwajcarska waluta traktowana jest również jako forma bezpiecznej przystani. Świadczyć o tym może chociażby kryzys z 2007 roku, który spowodował gwałtowne umocnienie niniejszej waluty. O ile obawy dotyczące twardego lądowania gospodarki Państwa Środka, czy też kryzysu gospodarek wschodzących zdecydowanie osłabły, o tyle można wyodrębnić kilka innych, prawdopodobnych wydarzeń, które mogą spowodować gwałtowne fluktuacje gospodarcze. Do nich przede wszystkim należy zaliczyć Brexit, który zdecydowanie może osłabić europejską walutę oraz waluty pozostałych państw członkowskich UE. Nie można również wykluczyć najczarniejszego scenariusza, czyli rozłamu Wspólnoty Europejskiej. Szanse na wyjście Wielkiej Brytanii z UE są spore – obecnie, na podstawie sondaży, prawdopodobieństwo wynosi około 50%. Innym zagrożeniem są nasilające się ataki terrorystyczne. Ostatnie co prawda nie spowodowały trwałych zawirowań na rynku walutowym. Niemniej jednak, koleje akty terroru, a dalej prawdopodobne nasilenie konfliktu o charakterze międzynarodowym, mogą znacząco wpłynąć na kwotowania walut.

Podsumowując, kurs franka zależy przede wszystkim od działań kolejnych banków centralnych -Fed, ECB oraz SNB. Szwajcarski Bank Narodowy próbuje osłabić swoją walutę, odpowiadając na decyzje Mario Draghiego i Janet Yellen. Niemniej jednak, w przeciwieństwie do kursu USD/CHF, kurs EUR/CHF może powoli wzrastać. Sytuacja ta sprzyja polskiej walucie. Co więcej, złotego wspiera znacznie solidniejszy wzrost gospodarczy oraz bardziej restrykcyjna polityka pieniężna (chociaż bardzo ekspansywna) niż nie tylko w Szwajcarii czy strefie euro, ale nawet państwach regionu. Warto jednak podkreślić, że jeżeli widmo Brexitu stanie się rzeczywistością, bądź jeżeli dojdzie do zaostrzenia europejskich konfliktów geopolitycznych, czy nawet zbrojnych, to frank szwajcarski prawdopodobnie po raz kolejny może posłużyć inwestorom za bezpieczną przystań.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W kwietniu rusza flagowy projekt obecnej władzy tj. program 500+. Jego celem jest poprawa ekonomicznej sytuacji rodzin, która doprowadzi do zwiększenia dynamiki przyrostu naturalnego. Otrzymane środki w znacznej część zostaną przeznaczone na konsumpcje. Jednak ci, którzy nie będą zmuszeni do natychmiastowego wydatkowania uzyskanych od Skarbu Państwa środków mogą systematycznie je odkładać, aby zabezpieczyć przyszłość swoich pociech w momencie osiągnięcia pełnoletności.

Na początku warto krótko przypomnieć najważniejsze założenia projektu 500+. Zgodnie z przyjętą ustawą, rodzina posiadająca co najmniej dwójkę dzieci, otrzyma każdego miesiąca 500 zł na drugie i każde kolejne dziecko, aż do osiągnięcia przez nie pełnoletności. Natomiast rodzice z jednym dzieckiem mogą ubiegać się o udział w projekcie, jeżeli zostanie spełnione kryterium dochodowe – średni dochód przypadający na członka rodziny wyniesie mniej niż 800 zł, bądź mniej niż 1200 zł w przypadku dzieci z niepełnosprawnością. Program zatem okazuje się sporym zastrzykiem gotówki. Zakładając, że przez 18 lat rodzice będą otrzymywać 500 zł miesięcznie, ich budżet łącznie, nominalnie wzrośnie o 108 tysięcy zł. Środki te jednak mogą być inwestowane, co sprawi, że niniejszy kapitał może istotnie wzrosnąć.

Zanim jednak zostaną przedstawione możliwe scenariusze, warto podkreślić, że w celu przeprowadzenia poniższych szacunków przyjęto szereg założeń, związanych z charakterystyką programu oraz specyfikacją danej inwestycji. Zakładając, że dana rodzina ma dwoje dzieci i otrzyma dopłatę tylko na jedno dziecko, przyjęto przeciętny czas trwania inwestycji na poziomie 10 lat. Niemniej jednak, szacunki obejmą również okres 18 lat. Obliczenia zostały przeprowadzone dla kwoty 100 zł i 500 zł. Ponadto, szacunki w przypadku inwestycji w fundusze inwestycyjne zawierają założenie, że powyższe kwoty w całości będą przeznaczone na zakup jednostek uczestnictwa. Stopy procentowe są stałe i zostały oszacowane na podstawie danych historycznych i prognoz. W przypadku inwestycji w fundusze inwestycyjne, stopy procentowe dodatkowo zostały skorygowane o koszty zarządzania. Warto również podkreślić, że finalny wynik powinien być również skorygowany o inflację i zobowiązania podatkowe.

Przyjmijmy zatem, że rodzina Kowalskich charakteryzuje się wysoką awersją do ryzyka i postanawia systematycznie odkładać otrzymane środki na najprostszym rachunku oszczędnościowym, którego oprocentowanie wynosi 2,0% w skali roku. Wpłacając 100 zł przez 10 lat rodzina zaoszczędzi niemal 13 tysięcy złotych. Natomiast, gdyby wpłacała całą kwotę w wysokości 500 zł, wynik końcowy wyniósłby 66 tysięcy zł. Taka kwota mogłaby w znacznej części pokryć studia dziecka rodziny Kowalskich. Dla 18 – letniego okresu kwoty te wzrosłyby kolejno do ponad 26 tysięcy i do 130 tysięcy dla 100 zł i 500 zł.

Inna rodzina natomiast może odznaczać się większą skłonnością do ryzyka. W związku z tym, dobrym pomysłem jest rozważenie potencjalnej inwestycji w otwarte fundusze inwestycyjne. Rozważmy kilka możliwości o różnym stopniu ryzyka. Najbezpieczniejszym rozwiązaniem będzie fundusz obligacji skarbowych, którego roczna stopa zwrotu wyniesie 2,5%. Niemniej jednak, wyniki końcowe będą niewiele się różnić od tych na rachunku oszczędnościowym. Dlatego też, rodzina postanawia zainwestować w jednostki uczestnictwa funduszu obligacji korporacyjnych, którego roczna stopa zwrotu wynosi 3,5%. Dla miesięcznej składki w wysokości 100 zł dla okresów 10 i 18 lat dana rodzina zaoszczędzi kolejno 14 tysięcy zł i 30 tysięcy zł. Gdyby odkładana kwota wyniosłaby 500 zł, wynik końcowy wzrósłby do 71 tysięcy zł (okres inwestycji 10 lat) oraz do 150 tysięcy zł (okres inwestycyjny 18 lat).

Ostatnim rozwiązaniem, najbardziej ryzykownym, jest inwestycja w jednostki uczestnictwa funduszu akcyjnego. Przyjęta w obliczeniach roczna stopa zwrotu wynosi 6,5%. Niniejsza forma alokacji kapitału przyniesie zdecydowanie największe korzyści. Jeżeli miesięcznie przeznaczymy kwotę 100 zł na zakup jednostek uczestnictwa, w ciągu 10 lat zaoszczędzimy niespełna 16 tysięcy zł. Natomiast, jeżeli okres inwestycji zwiększymy do 18 lat, wynik końcowy wyniesie 38 tysięcy zł. Co się stanie, gdy każdego miesiąca postanowimy odkładać pełną kwotę (500 zł)? Dla kolejnych okresów nasz kapitał wyniesie 82 tysięcy zł i 193 tysięcy zł. Wydaje się, że są to kwoty, które nie tylko pozwolą sfinansować studia dziecka, ale również wystarczą na zakup pierwszego auta. W ostatnim przypadku, zaoszczędzone środki pozwolą nawet na zakup mieszkania. Warto jednak pamiętać o wysokim ryzyku związanym z rynkiem akcji, dlatego też można wybrać fundusz, inwestujący zarówno w akcje, jak i w obligacje. Jest to rozwiązanie pośrednie, którego stopa zwrotu będzie niższa od inwestycji w fundusz akcyjny, ale równocześnie powinna być wyższa od stopy zwrotu z inwestycji w fundusze obligacji.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Pierwsze miesiące 2016 roku przyniosły zdecydowane pogorszenie sentymentu rynkowego. Świat finansów zaczął wieścić nadejście nowego kryzysu. W efekcie inwestorzy zaczęli szukać bezpiecznej przystani, którą po raz kolejny okazało się złoto. W ciągu dwóch miesięcy złoty kruszec podrożał o 20%, tym samym przerywając trwający od czterech lat trend spadkowy. Wielu analityków w tak istotnym odbiciu widzi początek nowego, długoterminowego trendu. Sprawa nie wydaje się jednak tak oczywista, na rynku istnieje wciąż wiele czynników, które mogą przynieść dalsze spadki cen złota.

Analizując rynek złota nie można bagatelizować dwóch historycznych zależności. Po pierwsze, złoto wraca do łask inwestorów w czasie kryzysu gospodarczego. Tak było w latach siedemdziesiątych po kryzysach naftowych, czy też po wybuchu bańki internetowej na początku XXI wieku. Co więcej, kryzys z 2007 roku doprowadził do dalszych wzrostów, aż do roku 2012. Ważna też jest ujemna korelacja między kursem dolara, a ceną złotego kruszcu. Jeżeli amerykańska waluta taniała lub drożała, to cena złota poruszała się w kierunku odwrotnym. W związku z tym, każde dynamiczne zmiany trendów ceny złota są odbierane przez rynki finansowe jako zapowiedź istotnych zmian gospodarczych.

Wielu analityków i legendarnych inwestorów zapowiada rozpoczęcie nowego trendu wzrostowego na rynku złota, jednak, po drugiej stronie znaleźli się przedstawiciele banku Goldman Sachs, którzy prognozują dalsze spadki cen tego kruszcu. Czynniki fundamentalne wskazują, że to prognozy tych drugich mogą okazać się bardziej trafne. Obawy dotyczące rychłego wybuchu światowego kryzysu najprawdopodobniej okażą się tylko i wyłącznie mrzonką oraz noworocznym marazmem. Już teraz obserwujemy uspokojenie i poprawę nastrojów na rynkach finansowych. Co więcej, słabe dane ekonomiczne z Europy, widmo Brexitu oraz zapowiedziane zwiększenie luzowania ilościowego przez ECB nie wskazują, aby dolar mógł osłabić się względem drugiej najważniejszej waluty na świecie. Ponadto Rezerwa Federalna zapowiedziała stopniowe podwyżki stóp procentowych. O ile już wiadomo, że najprawdopodobniej cztery zaplanowane na ten rok podwyżki nie nastąpią, o tyle Fed będzie chociaż w najmniejszym stopniu próbował wywiązać się ze swoich zapowiedzi. W związku z tym, amerykańska waluta powinna zostać mocna, co zgodnie z historyczną zależnością, zapowiada dalszą przecenę złotego kruszcu.

Z perspektywy analizy technicznej, cena złota istotnie przełamała linię oporu, która wyznaczała długoterminowy trend spadkowy. Niemniej jednak, oscylatory wskazują, że rynek jest mocno wyprzedany. W związku z tym w najbliższych czasie nie można wykluczyć korekty, w trakcie której spadki mogą sprowadzić cenę złota do poziomu 1180 dolarów za uncję. Natomiast, jeżeli kurs będzie próbował w dalszym ciągu poruszać się w kierunku północnym, na drodze stanie solidny opór, którym jest psychologiczna granica 1300 dolarów. Wydaje się jednak, że poprawiający się sentyment rynkowy oraz mocny dolar nie pozwolą na przebicie niniejszego oporu. Ewentualne przełamanie byłoby niezaprzeczalnym sygnałem, potwierdzającym rynek byka. Warto również podkreślić, że zarówno początek roku 2014, jak i 2015, przyniósł mocne wzrosty na rynku tego cennego kruszcu. Następnie kurs powracał do trendu spadkowego i ustanawiał kolejne dołki. Historia ta może się powtórzyć.

Jeżeli prognoza dotycząca kontynuacji trendu spadkowego się potwierdzi, może to oznaczać, że złoto straci swoją atrakcyjność? Można przedstawić szereg czynników, które świadczą o tym, że najcenniejszy kruszec powróci w łaski inwestorów. Przede wszystkim warto zastanowić się dokąd zmierza globalna gospodarka. Obecna ekonomia jest swego rodzaju fenomenem, eksperymentem. Efekt finalny nie jest znany największym autorytetom z tej dziedziny. Granicą deficytów budżetowych wydaje się nieskończoność, a polityka niskich stóp procentowych (nierzadko ujemnych) oraz szerokie programy luzowania ilościowego nie spełniają swoich zadań. Jedynym efektem są narastające bańki spekulacyjne. W perspektywie kilku następnych lat istnieje wysokie prawdopodobieństwo nadejścia nowego kryzysu. Inwestorzy wtedy znów zaczną inwestować w złoto. Po drugie, warto zaznaczyć, że w ubiegłym roku po raz pierwszy w historii spadło wydobycie złotego kruszcu. Według najnowszych danych zasoby złota są niewielkie. W związku z tym, w perspektywie długoterminowej malejąca podaż spowoduje wzrost wartości złota.

Warto jednak pamiętać, że można wyodrębnić kilka innych możliwości, które zasługują na miano bezpiecznych inwestycji. Do nich zaliczają się szeroko pojęte inwestycje alternatywne. Jeżeli obawiamy się kryzysu, dobrą inwestycją okażą się surowce, zwłaszcza inne metale szlachetne. Warto zauważyć, że obecnie rynek surowców jest mocno wyprzedany, co stanowi dobrą okazję inwestycyjną. Na popularności zyskują inwestycje w alkohol. Podczas analizy tego segmentu rynkowego wielu z nas będzie zaskoczonych skalą dochodowości tego rodzaju inwestycji. Nie można oczywiście zapomnieć o możliwości alokacji swoich środków w sztukę. Minusem tych inwestycji jest wymóg posiadania szerokiej wiedzy na temat rynku wina czy malarstwa. Do tego dochodzą wysokie koszty inwestycji. Niemniej jednak, powyższe opcje są relatywnie bezpieczne, długoterminowe i niezwykle dochodowe, zwłaszcza w czasach kryzysu.

Podsumowując, po burzliwym początku roku na rynkach finansowych, wydaje się, że sytuacja powoli się stabilizuje. Ponadto, obecna kondycja globalnej gospodarki najprawdopodobniej nie spowoduje osłabienia dolara. W związku z tym, podobnie jak w latach ubiegłych, po początkowych wzrostach, cena złota może powrócić do trendu spadkowego. Nie oznacza to jednak, że złoty kruszec stracił swoją atrakcyjność. W perspektywie długoterminowej nadal stanowi dochodową inwestycję.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Analitycy, inwestorzy, bankierzy, politycy, niemal cały świat finansów obawia się kolejnego kryzysu finansowego. Niemniej jednak, nie są oni zgodni w kwestii bezpośredniej przyczyny, która mogłaby wywołać ewentualny krach. Jedni wskazują na twarde lądowanie chińskiej gospodarki, inni na kryzys surowcowy. Natomiast, w ostatnich dniach media i eksperci skupiają się na sektorze bankowym, zwłaszcza europejskim. Okazuje się, że europejskie banki walczą z wieloma problemami. Największe obawy jednak wywołuje trudna sytuacja, w jakiej znalazł się Deutsche Bank.

Szum medialny rozpoczął się za sprawą listu, jaki został wysłany przez prezesa Deutsche Banku do obligatariuszy, którzy niespełna miesiąc temu nabyli obligacje banku, opiewające na kwotę 5,4 mld dolarów. Inwestorzy czują się oszukani, gdyż po zakończeniu emisji bank opublikował wyniki finansowe za IV kwartał 2015 roku, według których strata osiągnęła poziom 2,1 mld euro. Co więcej, w całym ubiegłym roku bank zanotował stratę w wysokości 6,7 mld euro. W liście John Cryan, prezes spółki, uspokaja i podkreśla, że bank jest mocny niczym skała. Analizując jednak przebieg zdarzeń i najnowszą historię niemieckiego banku, trudno zgodzić się z powyższym stwierdzeniem.

Pierwsze syndromy pogarszającej się sytuacji Deutsche Banku miały miejsce już w 2014 roku, kiedy to bank był zmuszony do podniesienia kapitału zakładowego. Niespełna rok później spółka nie zaliczyła stres testów, które badają odporność banku na ewentualny kryzys. Warto podkreślić, że tegoroczne badania również zakończyły się oceną negatywną. W kwietniu 2015 roku, w związku z manipulacją stopą procentową Libor, na bank została nałożona kara w wysokości 2,5 mld dolarów. Co więcej, na spółkę zostały nałożone kolejne kary. Oskarżenia i wyroki dotyczyły prania brudnych pieniędzy oraz współpracy z podmiotami objętymi międzynarodowymi sankcjami. W międzyczasie dwóch prezesów zrezygnowało ze swoich funkcji. Warto również zwrócić uwagę, że sytuację uważnie śledziły agencje ratingowe. Wiarygodność kredytowa banku najpierw została obniżona przez agencję S&P (do poziomu BBB+). Po niej kolejnego cięcia ratingu dokonała agencja Moody’s (do poziomu Baa1). Okazuje się zatem, że teraźniejsze problemy Deutsche Banku nie są jednorazowym przypadkiem, a skutkiem kolejnych wydarzeń.

Warto jednak spojrzeć na bank z nieco bliższej perspektywy i określić, co tak naprawdę jest jego największym problemem. Okazuje się, że spółka w swoim portfelu posiada bardzo pokaźny pakiet skomplikowanych instrumentów pochodnych, których wartość kilkudziesięciokrotnie przekracza PKB Niemiec. Można zatem sformułować następujący wniosek – spółka wykorzystuje wysoki stopień dźwigni finansowej. W związku z tym na niewielkie straty banku działa mnożnik, który skutecznie generuje coraz to większe straty. Warto również podkreślić, że Deutsche Bank zabezpieczył ów portfel obligacjami skarbowymi. W tym miejscu pojawiają się kolejne przeszkody. Rentowności obligacji, które kształtowały się poniżej zera, najprawdopodobniej osiągnęły już swoje historyczne minima. Ostatnio obserwujemy ich wzrost, a zatem spadek cen obligacji, czego skutkiem jest systematyczne uszczuplanie się wartości zabezpieczenia. W związku z tym, dynamicznie wzrasta również ryzyko niewypłacalności. Sytuacja ta jest wyjątkowo niebezpieczna. Co więcej, jest ona dobrze znana całemu światu. W 2008 roku upadłość ogłosił amerykański bank inwestycyjny Lehman Brothers. Przyczyną bankructwa był bardzo agresywny portfel skomplikowanych i źle zabezpieczonych instrumentów pochodnych, które oparte były na kredytach subprime. Wydarzenia te zapoczątkowały jeden z największych kryzysów finansowych w historii.

Nasuwa się zatem pytanie, czy Deutsche Bank może spowodować kolejny krach. Nie można tego wykluczyć. Spółka faktycznie musi stawić czoło istotnym problemom, które mogą doprowadzić do efektu domina i kryzysu bankowego. Już teraz akcje europejskich banków mocno straciły na wartości. Niemniej jednak, należy zwrócić uwagę, że niemiecki bank może niebawem zostać zaliczony do grona ,,too big to fail”, a pomocna dłoń zostanie wyciągnięta przez rząd niemiecki, bądź ECB. Na koniec warto zaprezentować opinię pana Dominica Konstama, jednego z głównych analityków zagrożonej bankructwem instytucji finansowej. Zgodnie z ustaleniami portalu Bankier.pl, w notce do klientów napisał on, że banki centralne powinny kontynuować ekstremalne luzowanie ilościowe oraz pozostawić stopy procentowe na rekordowo niskich poziomach. Ponadto jest zwolennikiem ekspansywnej polityki fiskalnej oraz przeciwnikiem wymogów kapitałowych, zgodnych z regulacjami Basel III. Jedno jest pewne. Propozycje te mogą uratować upadający niemiecki bank. Z drugiej strony, w perspektywie długoterminowej, trudno wyobrazić sobie, jak te działania wpłyną na globalną gospodarkę. Komentarz ten może potwierdzać, w jak ciężkiej sytuacji obecnie znajduje się jeden z największych banków na świecie.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyżej wymienione czynniki, być może możliwych źródeł następnego kryzysu finansowego nie należy doszukiwać się w cenach surowców, czy też w chińskiej gospodarce. Zagrożenie jest bliżej, a dotyczy dużych europejskich banków. Nie jesteśmy jednak w 2008 r., a kłopoty Deutsche Banku ciągną się już od dłuższego czasu. Nie jest to niespodzianka dla EBC czy niemieckiego rządu, więc na pewno plan ratunkowy jest już gotowy bądź na finiszu. Zagrożenie oczywiście istnieje, ale przy założeniu jakichś ratunkowych działań, można przypuszczać, że straty indeksów giełdowych są już nawet zbyt duże.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ceny ropy naftowej oraz większości innych surowców ciągle szukają dna.  Dolar nadal jest mocny, a rynki giełdowe polubiły kolor czerwony. Wszystkiemu towarzyszy wzrost ceny złota. Czy obecna, napięta sytuacja może być przedsionkiem nowego kryzysu? Analitycy z Citigroup ostrzegają – nadchodzi oilmageddon.

Terminem tym zostało określone połączenie 4 zjawisk: silny dolar, spadek cen surowców, osłabienie handlu i przepływów kapitałowych. W powyższym scenariuszu ogniskiem zapalnym mają być rynki wschodzące, które doprowadzą do efektu domina i światowego kryzysu. Według analityków Citigroup, niskie ceny ropy naftowej, spowodują mniejszy przypływ środków pieniężnych do gospodarek wschodzących, których wzrost gospodarczy jest silnie uzależniony od eksportu czarnego złota. Co więcej, mocny dolar jak wskazują dane historyczne, doprowadzał niejednokrotnie do załamania handlu światowego, które to często towarzyszyło nowym kryzysom. Na rynkach już teraz rośnie napięcie, a najważniejsze giełdy zostały zdominowane przez niedźwiedzie. Wydaje się, że w oczach inwestorów i analityków widmo kryzysu staje się coraz bardziej realne. W ich mniemaniu sygnały płynące z globalnej gospodarki nie są bezpodstawne. Analitycy prognozują również, że stabilizacja ceny czarnego złota w okolicach 50 dolarów za baryłkę może uspokoić sytuację na rynkach finansowych. Niemniej jednak, zgodnie z najnowszymi danymi, w średnim okresie (niektórzy postulują, że nawet w długim) cenie czarnego złota nie grozi odbicie.

Powyższy czarny scenariusz można jednak przedstawić nieco w innych barwach. Otóż, tanie surowce wspierają również ich importerów. Co więcej, silny dolar poprawia konkurencyjność eksportu tych państw np. w Polsce po raz pierwszy od transformacji ustrojowej mamy do czynienia z nadwyżką bilansu handlowego. Niskie ceny surowców wspierają także a może przede wszystkim konsumentów oraz niemal wszystkie przedsiębiorstwa, które nie są związane z ich produkcją lub ich obróbką. Ponadto, obawy, dotyczące kondycji gospodarczej drugiej największej gospodarki świata mogą okazać się przesadzone. Chiny wciąż rozwijają się w tempie nieosiągalnym dla większości innych krajów, a ich gospodarka zmienia swą strukturę, w której to coraz większe znaczenie odgrywa sektor usług. Dodatkowo, należy wspomnieć o rekordowo niskich stopach procentowych, które pobudzają wzrost gospodarczy. Dobrym pytaniem wydaje się zatem, dlaczego rynki finansowe zdają się dostrzegać tylko ten pierwszy scenariusz.

Odpowiedzią na to pytanie może być nadmuchana bańka spekulacyjna, która w związku z wieloma zagrożeniami, zwłaszcza ze strony rynków wschodzących może pęknąć. Od kryzysu finansowego, banki centralne kolejno obniżały stopy procentowe oraz stosowały wręcz ekstremalne luzowanie ilościowe. W efekcie, kolejne indeksy giełdowe osiągały historyczne szczyty. Każda bańka jednak pęka. Obecne okoliczności mogą okazać się dobrymi katalizatorami, dzięki którym najważniejsze giełdy odreagują ostatnią hossę – recesja w Chinach oraz możliwy kryzys na tamtejszym rynku nieruchomości, problemy gospodarcze krajów eksportujących ropę, w Stanach natomiast przeceny spółek naftowych. Obawy ogarnęły również cały sektor bankowy. Ponadto, wciąż nakręca się spirala zadłużeniowa w sektorze  publicznym, ale nie tylko. Zarówno w USA jak i w Państwie Środka dynamicznie rośnie również dług w szeroko pojętym sektorze niefinansowym. Tak długa lista zagrożeń w połączeniu z nadmuchaną bańką spekulacyjną sprawia, że awersja do ryzyka rośnie, a sentyment rynkowy pogarsza się. W związku z tym, od początku nowego roku na rynkach przeważa kolor czerwony. Co więcej, cena złota zaczęła wzrastać. Najprawdopodobniej inwestorzy szukają bezpiecznych przystani. Ponadto obecnej sytuacji towarzyszy równocześnie relatywnie słaby i powolny wzrost globalnej gospodarki, który jest skutkiem ostatniego kryzysu finansowego. W związku z tym wydaje się, że istnieje wiele przesłanek na podstawie których można wieścić kolejne załamanie gospodarcze. Należy jednak pamiętać, że większość często się myli, a kryzysy przychodzą niespodziewanie. Na rynku istnieje zgoda, że gospodarka jest zagrożona. W latach poprzedzających minione kryzysy było całkowicie inaczej. Nie można zatem wykluczyć, że obecne czarne scenariusze okażą się tylko mrzonką.

Podsumowując, ostatni okres przyniósł wiele istotnych zagrożeń, które mogą zachwiać rynkami finansowymi oraz światową gospodarką. Niemniej jednak ciężko uwierzyć, aby nadszedł kryzys, którego od dłuższego już czasu wszyscy się spodziewają i oczekują. Skala problemów, jeśli nie zakładamy bankructwa Deutsche Banku (mało prawdopodobne, aby niemiecki rząd i EBC do takiej sytuacji dopuściły), nie jest raczej na tyle duża, aby wywołać dużo większą globalną przecenę akcji.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Kredyt dla „młodych” firm – jak uzyskać finansowanie na start biznesu?

O założeniu własnej firmy myśli coraz więcej Polaków. Są to zarówno osoby pracujące na etacie, które...

GETEC z prestiżową nagrodą Niemieckiej Agencji Energii

O firmie GETEC jest w naszym kraju coraz głośniej. Dzieje się tak nie tylko dzięki bardzo solidnie u...

Deloitte: Podczas tegorocznego Black Friday średnie obniżki cen sięgnęły 4%

Coroczna analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą...

700 tysięcy złotych! – nawet tyle odszkodowania można dostać za wypadek w pracy

5 miliardów na odszkodowania Z informajcji płynących z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że su...

Polski PKB rośnie najszybciej w Unii. Rynek pracy rozgrzany do czerwoności.

PKB za III kw. Zgodnie z danymi Eurostatu za trzeci kwartał 2019 roku największy wzrost w stosunku d...