piątek, Styczeń 24, 2020
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "MM Prime TFI"

MM Prime TFI

Ubiegły rok nie był dobrym okresem dla warszawskiej giełdy. Silna bessa skutecznie uprzykrzała życie inwestorom, uderzając w ich portfele. Niemniej jednak, można wymienić cały szereg spółek, które pozwoliły zarobić. Do tych z całą pewnością należy zaliczyć deweloperów gier, których ceny akcji sukcesywnie pięły się do góry tj. CI Games, czy też CD Projekt Red. W ostatnich latach rynek gier w Polsce stał się naprawdę atrakcyjny, ale to nie oznacza, że potencjał należy tylko i wyłącznie do spółek notowanych na GPW. W tym segmencie rynku większość stanowią małe i dynamicznie rozwijające się podmioty, które mogą wydawać się bardzo dobrą okazją inwestycyjną.

Według najnowszych danych, rynek gier w Polsce skupia ponad 150 deweloperów. Ponadto, firma doradcza PwC w swoich raportach wskazuje, że polski rynek stanowi około 0,5% rynku globalnego i będzie rozwijał się w tempie 6% rocznie, czyli o 1 punkt procentowy szybciej niż rynek światowy. Jego wartość w 2019 roku prawdopodobnie przekroczy 2 miliardy złotych. Co więcej, zgodnie z badaniami przeprowadzonymi przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego sektor ten każdego roku staje się bardziej stabilny – coraz to więcej nowych firm jest w stanie utrzymać się na rynku, a liczba osób zatrudnionych w tym sektorze ciągle wzrasta. Ponadto, rynek gier niemalże w całości należy do Polaków. Inaczej sytuacja wygląda na rynku wydawniczym – tutaj znaczny udział mają firmy zagraniczne. Warto również zaznaczyć, że polski rynek gier jest młody – to za sprawą przemian politycznych z końca XX wieku oraz luki technologicznej. O rozwoju tego rynku w Polsce można zacząć mówić dopiero od pierwszych lat XXI wieku. Wszystkie te czynniki sprawiają, że segment ten najprawdopodobniej będzie jednym z najbardziej rozwijających się, co odzwierciedli się w jego atrakcyjności.

Warto jednak pamiętać, że zgodnie z przysłowiem ,,nie wszystko złoto, co się świeci” przed podjęciem decyzji inwestycyjnej należy przyjrzeć się każdej spółce z osobna, nawet jeżeli dany sektor wydaje się być żyłą złota. W związku z faktem, że tylko kilka spółek z tej branży jest notowanych na warszawskiej giełdzie, a tylko nieco więcej na rynku NewConnect, segment ten może odznaczać się również wysokim ryzykiem. Oczywiście, można wyróżnić także spółki, których walory nie są przedmiotem obrotu zorganizowanego, a osiągnęły spore sukcesy np. Techland, czy Astronauts. Niemniej jednak, większość podmiotów to małe firmy, które dopiero rozpoczynają swój rozwój. To, co sprawia, że dana firma osiąga sukces to jej produkt. W tym przypadku jest to gra. Dlatego też w czasie podejmowania decyzji inwestycyjnej nasza analiza powinna skupić się przede wszystkim na nowych produktach danej firmy. Te natomiast muszą spełniać wymagania końcowych użytkowników. Warto zatem przyjrzeć się potencjalnej grze oraz analizom, dotyczącym wizerunku polskiego gracza. Ponadto, wielu twórców gier próbuje swoich sił na rynku globalnym. W związku z tym, należy dokładnie przeanalizować strategię danego dewelopera, zwłaszcza jeśli chodzi o rynek zagraniczny. Do najbardziej atrakcyjnych można zaliczyć rynek azjatycki oraz amerykański. Nie można oczywiście zapomnieć o analizie finansowej danego podmiotu, która jest absolutną podstawą w procesie podejmowania decyzji inwestycyjnej. Kolejną istotną kwestią jest pytanie, na jakie cele dana spółka przeznaczy nasze środki. Preferowana odpowiedź to: na nowy produkt, bądź nowe technologie. Warto również dokładnie przyjrzeć się planom spółki, gdyż zazwyczaj ,,wiele obiecują”. Przyglądając się atrakcyjności rynku mają do tego pełne prawo, ale należy zachować zdrowy rozsądek. Dużym atutem dla młodej spółki jest również kompetentna kadra. Nierzadko zdarza się, że firmy te zakładane są przez byłych pracowników największych na polskim rynku studiów gier. Wszystkie te czynniki sprawiają, że analiza danej spółki musi być nadzwyczaj dokładna i ostrożna, co zresztą charakteryzuje każdą inwestycję, zwłaszcza na tak młodym i dynamicznym rynku.

Gdyby jednak wszystko było tak idealne, inwestorzy ustawialiby się w kolejce, aby alokować swoje środki właśnie w tych firmach. Inwestując jednak na rynku gier należy zwrócić szczególną uwagę na dwa istotne aspekty. Pierwszy z nich dotyczy polityki dywidendowej. Deweloperzy gier nie należą do grona, które lubi dzielić się swoimi zyskami. Często firmy te przeznaczają zysk na rozwój i kolejne produkcje. Oczywiście, dobrze zainwestowany pieniądz przyniesie wymierne korzyści w długim terminie. Z drugiej strony jednak, jeżeli inwestor liczy na sutą dywidendę, powinien wybrać inny segment rynku. Po drugie, bardzo istotnym faktem jest, że większość podmiotów działających na rynku gier finansuje się źródłami wewnętrznymi. Według raportu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego grupa ta stanowi aż 76% wszystkich podmiotów. Ponadto, z pozostałych 24% zaledwie kilka firm finansuje się poprzez emisję akcji. Dane te potwierdzają, że obecnie inwestycja na rynku gier tak naprawdę ogranicza się zaledwie do niewielu deweloperów, bądź jeśli posiadamy znaczny kapitał, który mógłby zainteresować dany podmiot, to do inwestycji na rynku prywatnym.

Podsumowując, rynek gier w Polsce jest bardzo atrakcyjnym sektorem z punktu widzenia potencjalnego inwestora. Niemniej jednak, fakt, że jest to młody i dynamicznie zmieniający się rynek sprawia, że inwestycja ta wymaga dokładnej i kompletnej analizy. Z drugiej strony, należy zwrócić uwagę na ograniczone możliwości, co do korzyści z dochodu pasywnego, jakim jest dywidenda. Ponadto, wybór jest ograniczony – zdecydowana większość deweloperów gier finansuje się środkami własnymi, dlatego też niewykluczone, że największe możliwości mają inwestorzy posiadający większy kapitał, który może zostać zainwestowany na rynku prywatnym. Niemniej jednak, wszystkie te czynniki sprawiają, że w długim terminie inwestycja ta może okazać się bardzo atrakcyjna.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Na rynku dostępna jest szeroka oferta różnych funduszy inwestycyjnych. Wybór zależy od wielu czynników – od rodzaju inwestora, jego wieku, wielkości dostępnych środków pieniężnych, czy też stosunku do ryzyka. W Polsce największą popularnością cieszą się fundusze otwarte, zarządzane aktywnie (zwłaszcza pieniężne) oraz  aktywnie zarządzane fundusze zamknięte. Niemniej jednak, na rynku można również wyodrębnić fundusze pasywne. Nowością są natomiast wciąż fundusze algorytmiczne. Oba wyżej wymienione rodzaje są jednak w Polsce mało popularne, a zarazem mało znane. Warto zatem przybliżyć specyfikę ich działalności.

Fundusze pasywne, zgodnie z definicją, kierują się strategią kupuj i trzymaj. W praktyce oznacza to, że fundusze te najczęściej odzwierciedlają zachowanie danego indeksu. W Polsce są one mało popularne, a sam rynek swoją ofertą nie zachwyca. Na GPW w Warszawie notowane są jednostki uczestnictwa, które odzwierciedlają zachowania indeksów: WIG20, DAX oraz S&P500. Również na rynku niepublicznym fundusze pasywne nie zdołały znaleźć swojego przyczółka.  Oczywiście, nieco inaczej sytuacja wygląda na Zachodzie i w Stanach. Ponadto, ich obecność na rynku, wbrew opinii wielu przedstawicieli z sektora finansowego, nie pogorszyła konkurencyjności innych, alternatywnych funduszy. Niemniej jednak, warto zastanowić się jakie są korzyści i wady takiej formy alokacji środków pieniężnych, a w związku z tym dla kogo taka oferta może być atrakcyjna. Po pierwsze, inwestor powierzając swoje oszczędności funduszowi pasywnemu zyskuje na mniejszych opłatach za zarządzanie. Z drugiej jednak strony, portfel, który odzwierciedla zachowanie danego indeksu, nie jest w stanie wygenerować ponadprzeciętnego zysku/straty, ponad wzrost/spadek indeksu. Warto jednak zauważyć, że w przypadku bessy, fundusz pasywny może okazać się albo najlepszą decyzją z możliwych, albo gwoździem do trumny. W tym ostatnim przypadku, jednostki uczestnictwa będą tracić, tak jak indeksy, podczas gdy fundusze aktywne mogą zniwelować straty. W bardziej optymistycznej wersji, może być również odwrotnie. Natomiast w czasie, gdy na rynku panuje hossa, w przeciwieństwie do funduszy pasywnych, aktywnie zarządzane portfele często są w stanie wygenerować ponadprzeciętne zyski. W związku z tym, fundusz pasywny wydaje się relatywnie bezpieczniejszy, gdyż eksponowani jesteśmy przede wszystkim na ruchy indeksów giełdowych, a nie dodatkowo na odpowiednie umiejętności alokacji i selekcji zarządzających funduszem.

Fundusze algorytmiczne, podobnie jak fundusze pasywne, nie należą w Polsce do najbardziej popularnych. W tym przypadku jednak, powód jest nieco inny. Fundusze algorytmiczne są nadal swego rodzaju nowością, związaną z postępem technologicznym. Opierają się one na algorytmach, stworzonych przez analityków, na podstawie których komputer samodzielnie podejmuje decyzję inwestycyjną i składa zlecenie. Przedmiotem transakcji najczęściej są kontrakty terminowe, surowce lub waluty. Oczywiście, komputery są pod stałym nadzorem analityków. Główną zaletą takiego rozwiązania, jest pozbycie się czynnika emocjonalnego w procesie zarządzania portfelem, który niejednokrotnie okazuje się kluczowym aspektem. Ponadto, system zapewnia niemal doskonale zdywersyfikowany portfel. Z drugiej strony, komputer nie zawsze jest bezbłędny. Dla przykładu warto przybliżyć algorytmy, jakimi kierowali się analitycy ryzyka w największych instytucjach finansowych Stanów Zjednoczonych przed kryzysem finansowym w 2007 roku.  Specjaliści polegali na systemach, które kierowały się tylko i wyłącznie liczbami. Podczas gdy, przesłanki fundamentalne wskazywały na toksyczność wielu instrumentów finansowych, komputery wskazywały względnie niskie ryzyko i wysoką opłacalność inwestycji. Jak skończyła się ta historia to już wszyscy wiemy. W związku z tym, fundusz przeznaczony jest dla wszystkich inwestorów, którzy cenią sobie szeroką dywersyfikację, a zarazem mają wystarczającą ufność w bezpieczeństwo systemów komputerowych. W przypadku zaistnienia jakichś skrajnych warunków rynkowych, te fundusze mogą mieć najmniejszą szansę na uniknięcie dużej straty.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyżej wymienione argumenty, należy stwierdzić, że zarówno rynku funduszy pasywnych, jak i algorytmicznych nie można zaliczyć do grona rozwiniętych w naszym kraju. Oba rozwiązania mają swoje zalety i wady. Dlatego też potencjalni inwestorzy muszą dokładnie przeanalizować ich specyfikację pod kątem swoich celów oraz uwarunkowań personalnych. Niewątpliwym faktem jest jednak, że mały rynek tworzy obecnie atrakcyjną przestrzeń dla nowych podmiotów, które mogą przyczynić się do rozpowszechnienia tego rodzaju funduszy w Polsce.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Pierwszy tydzień lutego i pierwsze negatywne dane ekonomiczne w miesiącu. Po raz kolejny gospodarka chińska wysyła niepokojące sygnały. W poniedziałek, biuro statystyczne Chin opublikowało indeks PMI w sektorze przemysłowym za miesiąc styczeń. Wskaźnik wyniósł 49,4 pkt. wobec 49,7 pkt. w grudniu 2015 roku. Analitycy spodziewali się odczytu na poziomie 49,6 pkt. Indeks PMI został opublikowany również przez agencje Caixin Media i Markit Economics. Według nich, wskaźnik aktywności przemysłowej wzrósł do 48,4 pkt. w styczniu wobec 48,2 pkt. w grudniu 2015 roku. Analitycy natomiast oczekiwali spadku do poziomu 48,1 pkt. Pomimo braku nerwowych sygnałów na rynku, inwestorzy z całą pewnością byli zaskoczeni.

Wskaźniki PMI opierają się na badaniach ankietowych, które sprawdzają realne możliwości rozwoju danego sektora gospodarczego. Wartość indeksu powyżej 50 pkt. oznacza pozytywne nastroje, a więc wysokie prawdopodobieństwo rozwoju gospodarczego. W związku  z tym nie można dziwić się, że w Chinach mamy do czynienia ze spowolnieniem wzrostu. Obawy te potwierdzane są również przez inne dane ekonomiczne oraz chińską giełdę, która znajduje się w trendzie spadkowym. Dynamika PKB Państwa Środka również wyhamowuje (7,3% w 2014 r. oraz 6,9% w 2015 r.). Warto także zwrócić uwagę na chińską walutę, juana, który wcześniej był osłabiany przez Ludowy Bank Chin, celem wzmocnienia konkurencyjności eksportowej chińskich towarów. Obecnie jednak zmienia się ta polityka i Chiny na obronę juana wydały już 300 mld USD rezerw walutowych w ciągu minionych kilku miesięcy. Wszystkie te czynniki powodują, że oczy wszystkich inwestorów zwrócone są na fabrykę świata, która według niektórych jest tykającą bombą gospodarczą. Niemniej jednak, poniedziałkowe odczyty wskaźników PMI przyniosły trochę optymizmu.

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę, że inwestorzy darzą większym zaufaniem niezależne instytucje, przygotowujące dane ekonomiczne, aniżeli ludowym organom. W związku z tym to PMI obliczony przez Caixin Media i MarkitEconomics był w centrum uwagi. Ten natomiast nieoczekiwanie wzrósł. Wydaje się natomiast, że na inwestorach nie zrobił większego wrażenia indeks PMI, obliczony przez chińskie biuro statystyczne. Jego wartość spadła najmocniej od 3 lat. Niemniej jednak, pomimo lekkiego optymizmu, należy pamiętać, że oba wskaźniki znajdują się poniżej granicy 50 pkt. Dzisiaj poznamy wskaźnik PMI dla sektora usług. Jest on nie mniej ważny, gdyż z najnowszych danych wynika, że usługi stanowią już ponad 50% PKB Chin. W ostatnich trzech miesiącach indeks ten sukcesywnie zmniejszał swoją wartość. Jeżeli w styczniu dynamika nie zmieni się, można oczekiwać, że wartość wskaźnika znajdzie się poniżej granicy 50 pkt. Ta informacja może negatywnie wpłynąć na rynki finansowe. Ponadto, wielu ekspertów wskazuje, że obecnie Państwo Środka nie znajduje się w kryzysie, lecz zmienia strukturę gospodarczą, która oparta będzie na sektorze usług oraz konsumpcji. Na szczęście najnowszy odczyt indeksu PMI dla sektora usług okazał się zadziwiająco dobry – wzrósł z 50,2 do 52,4 pkt i to może krótkoterminowo poprawić nastroje.

Tykająca bomba wciąż jednak nie wybucha. Co może spowodować jej zapłon? Wydaje się, że ze względu na wciąż bardzo zły sentyment rynkowy, mogą to być każde dane ekonomiczne, które negatywnie zaskoczą. Można jednak wymienić kilka innych wydarzeń. Po pierwsze, siłą, która do  tej pory nie pozwalała spowolnić gospodarce jest władza ludowa. To właśnie chiński rząd nie pozwolił, aby pękła bańka spekulacyjna na giełdzie w Szanghaju. Ponadto, Ludowy Bank Chin ciągle broni swojej waluty, doprowadzając do dynamicznego spadku rezerw walutowych. W obliczu spowalniającej gospodarki, pojawia się pytanie, jak długo władza będzie w stanie stymulować wzrost, czy też bronić gospodarkę przed kryzysem. Z całą pewnością istnieje pewna granica, gdyż gospodarka Państwa Środka nie może być w nieskończoność fenomenem ekonomicznym, jakim jest ,,centralnie zarządzana gospodarka wolnorynkowa”. Dlatego też każda informacja dotycząca ograniczania stymulacji gospodarki przez rząd może spowodować ucieczkę kapitału. Ponadto, nie można wykluczyć ataku walutowego na juana, przed którym ostrzega sam George Soros. Interwencje walutowe są bardzo kosztowne, ze względu na konieczne działania sterylizujące. W związku z tym Ludowy Bank Chin nie będzie w stanie długotrwale bronić wartości juana. Inną kwestią, często pomijaną, jest wzrost całkowitego zadłużenia. Szacuje się, że od 2007 roku wartość długu w Chinach wzrosła z 7 do 28 bilionów dolarów. Wartość ta stanowi niespełna 300% wartości całej gospodarki. Co więcej, około 50% zadłużenia dotyczy rynku nieruchomości. Może się zatem wydawać, że spośród wszystkich wymienionych zagrożeń, to właśnie kryzys hipoteczny może okazać się gwoździem do trumny.

Podsumowując, gospodarka chińska boryka się z wieloma problemami. Niemniej jednak, dzięki interwencjom rządu, ich skala nie jest tak wielka, jak można byłoby oczekiwać. Należy jednak pamiętać, że każde negatywne i niespodziewane dane ekonomiczne mogą pogorszyć sentyment rynkowy. Szczególną uwagę należy zwrócić na chińskie władze oraz Ludowy Bank Chin, które w końcu mogą przestać wspomagać gospodarkę i walutę, przyspieszając w ten sposób wiszące nad rynkiem widmo kryzysu. W gruncie rzeczy jednak, to zawsze niespodziewane czynniki powodują najbardziej bolesne kryzysy. Niewykluczone, że do nich być może należy zaliczyć problem zadłużenia gospodarki chińskiej. Z drugiej strony, jeżeli widmo kryzysu ma się ziścić, to niewątpliwie fakt ten w większości nas zaskoczy. Dlatego też wszystkie obecne lampki alarmowe mogą odznaczać tylko, lub aż spowolnienie, a nie recesję gospodarczą Chin, niekoniecznie wieszcząc globalny kryzys. Tym bardziej, że wzrost PKB Państwa Środka wciąż pozostaje na wysokim poziomie, nieosiągalnym dla większości krajów rozwiniętych.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

Ropa naftowa, jeden z najważniejszych surowców na świecie, w ciągu niespełna dwóch lat potaniała o około 70%. Bezpośrednią przyczyną tak znacznej obniżki jest nie tylko słabnąca dynamika globalnego popytu, ale przede wszystkim rewolucja łupkowa w Stanach, która pozwoliła na skokowy wzrost jej wydobycia za oceanem. Ponadto, kartel naftowy OPEC również zwiększył swoje moce wydobywcze, aby nie stracić swojej pozycji na rynku. W związku z tym, cena czarnego złota w ostatnim czasie dynamicznie poruszała się na południe, spadając do poziomu 30 dolarów za baryłkę. Przecena ta przyniosła wiele skutków, które można rozpatrywać zarówno w skali mikro,  jak i makro. Co więcej, przypadła ona w czasie, w którym to globalnie połączone ze sobą gospodarki znalazły się w trudnej sytuacji.

W skali mikro nie ma żadnych wątpliwości, że przeciętny Kowalski jest głównym beneficjentem taniejącej ropy. Jeszcze 2 lata temu ceny benzyny i ropy na polskich stacjach  zbliżały się do granicy 6 zł. Obecnie oscylują na poziomie 4 zł, bądź poniżej. Podobnie zyskują gospodarstwa domowe, które ogrzewają swój dobytek ropą (w Polsce bardzo rzadko). Ponadto zyskują przedsiębiorstwa, zwłaszcza te, których znaczna część kosztów generowana jest przez transport. W związku z tym obniżają się również ceny w sklepach. Obywatele natomiast nie mają powodów do narzekania, gdyż uzyskują dodatkowe wolne środki, które mogą przeznaczyć na konsumpcję lub oszczędności, które to także wspomagają wzrost dochodu narodowego. Z drugiej strony, ofiarami tej sytuacji są spółki wydobywcze. W Stanach wiele z nich funkcjonuje obecnie na progu rentowności. Natomiast dla większości tych spółek z krajów Bliskiego Wschodu wydobycie jest już nieopłacalne.

Znacznie ciekawiej prezentuje się sytuacja makroekonomiczna. Faktem jest, że niska cena czarnego złota jest katalizatorem wzrostu gospodarczego. W związku z tym sytuacja ta z całą pewnością wspomaga niemal wszystkie gospodarki, zwłaszcza te, które są importerami ropy naftowej: europejskie, które po kryzysie bankowym i zadłużeniowym powoli zaczynają się ożywiać oraz azjatyckie, zwłaszcza gospodarkę chińską, która znajduje się w recesji. Zyskuje także gospodarka amerykańska, która nadal jest jednym z największych importerów tego surowca. Z drugiej strony, niskie ceny ropy naftowej oraz innych surowców powodują, że większość gospodarek na świecie boryka się z problemem niskiej inflacji, bądź jak w Polsce deflacji. Wzrost gospodarczy w Stanach i Europie natomiast nie jest na tyle mocny, aby ją pobudzić. Problem ten widoczny jest zwłaszcza za Oceanem – Fed, który rozpoczął zaostrzanie polityki pieniężnej stanął przed nie lada dylematem, gdyż niska inflacja nadal nie odpuszcza, a kolejne podwyżki stóp procentowych w takiej sytuacji nie są dobrym rozwiązaniem. Niemniej jednak, na tle pokryzysowej światowej gospodarki, która wciąż nie jest wystarczająco mocna, niska cena czarnego złota pozytywnie wpływa na jej wzrost. Inaczej sytuacja jednak wygląda w gospodarkach wschodzących, bądź słabo rozwiniętych, których potencjał opiera się na eksporcie ropy. Przykładem mogą być kraje Bliskiego Wschodu, czy też Rosja, gdzie niemal 25% PKB stanowi eksport ropy czy gazu. Jeszcze gorsze skutki odnotowują eksporterzy z Afryki, których 60% PKB uzależnione jest od sprzedaży czarnego złota.

W związku z powyższym, warto przeanalizować, jak może kształtować się przyszła cena ropy. Najnowsze raporty wskazują, że na rynku nadal mamy do czynienia z wysoką nadpodażą przy słabnącej dynamice wzrostu popytu. Oznacza to, że cena czarnego złota może ustabilizować się na obecnym poziomie tj. 30 dolarów za baryłkę. Niemniej jednak, nie można wykluczyć również, że spadnie do 20 dolarów. W takim wypadku, oczywistym faktem jest, że zarówno zyski importerów, jak i straty eksporterów powiększą się. Można jednak zastanawiać się, co w takiej sytuacji mogłoby się wydarzyć na rynku – czy tak niska cena ropy mogłaby doprowadzić do spadku jej wydobycia. Istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że większość członków OPEC może postulować takie rozwiązanie, czego skutkiem byłby spadek podaży i wzrost jej ceny. Niektórzy z tych, którzy lubią czarne scenariusze, mogliby zasugerować nawet, że czołowy eksporter, jakim jest Arabia Saudyjska, w przeciwieństwie do pozostałych członków kartelu nie pozwoli obniżyć wydobycia, co mogłoby doprowadzić do rozłamu. Taki bieg zdarzeń wydaje się być mało prawdopodobny, ale z drugiej strony, wydarzenie to mogłoby znaleźć się na ewentualnej liście czarnych łabędzi w 2016 roku.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione skutki, jakie niesie ze sobą tania ropa, można stwierdzić, że pobudza ona wciąż słabe gospodarki europejskie, azjatyckie oraz gospodarkę amerykańską, ale równocześnie utrzymuje inflację na niskim poziomie, bądź zwiększa oczekiwania deflacyjne. Z drugiej jednak strony, sytuacja ta negatywnie wpływa na gospodarki, które oparte są na eksporcie ropy. Być może efekty te będą spotęgowane, jeżeli cena czarnego złota nadal będzie kierować się na południe. Przy takim obrocie zdarzeń można się również spodziewać, że OPEC może zmienić swoją strategię, co spowoduje wzrost ceny ropy.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Jeszcze nie tak dawno, bo 15 stycznia w Polsce wrzała gorąca dyskusja, dotycząca najnowszych ocen wiarygodności kredytowej Polski. Ogniskiem zapalnym była agencja ratingowa S&P, która obniżyła rating Polski z „A-” do ,,BBB+” z perspektywą negatywną, podczas gdy Fitch nie zmieniła swojej oceny, pozostawiając ,,A” z perspektywą stabilną. Moody’s nie opublikowała swojej noty. Nasz rząd nie zgodził się z werdyktem S&P. Tymczasem, minęły niespełna 2 tygodnie, a agencja Moody’s opublikowała swoją analizę, w której negatywnie ocenia stan polskich finansów publicznych, podnosząc prognozę relacji deficytu budżetowego do PKB z 2,7% do 3,2% w 2015 roku  oraz z 2,3% do 3,1% w 2016 roku.

Rynek finansowy obie złe informacje zdyskontował błyskawicznie, polski złoty dynamicznie się osłabił, a rentowność polskich dziesięciolatek skarbowych zanotowała skokowy ruch w górę. Dla naszej gospodarki zmiany te będą miały dwojakie skutki. Po pierwsze, wzrost rentowności obligacji spowoduje wzrost kosztów obsługi długu  zaciągniętego w 2016 roku przez Skarb Państwa. Słaba waluta z jednej strony wpłynie na wzrost kosztów obsługi zadłużenia zagranicznego a z drugiej zwiększy wpływy z eksportu. Potwierdza to dodatni wynik bilansu handlowego, choć niestety rosną ceny dóbr importowanych. Co oznaczają negatywne oceny i analizy agencji ratingowych w długim terminie? Kluczem wydaje się zrozumienie, czym kierowały się agencje ratingowe w swoich analizach oraz na jakie zagrożenia zwróciły uwagę.

S&P uzasadniła swoją decyzję polityką, która prowadzi do osłabienia niezależności kluczowych instytucji w kraju, zwłaszcza NBP. Krytyka tego werdyktu opierała się na wskazaniach, że brak jest ekonomicznych przesłanek, które powinny być przecież podstawowym kryterium w ocenie wiarogodności kredytowej państwa. Niemniej jednak, o ile trudno pogodzić się z obniżeniem ratingu, o tyle ciężko nie zgodzić się z obawami analityków S&P.

We wtorek Moody’s odniósł się do sfery ekonomicznej i zwrócił uwagę, na wysokie ryzyko wzrostu deficytu budżetowego powyżej 3% w stosunku do PKB. Agencja podjęła taką decyzję na podstawie ekspansywnej polityki fiskalnej rządu. Ponadto, Moody’s podkreśliła, że w kolejnych latach nierównowaga budżetowa może być coraz większa. Również i w tej kwestii nie można się nie zgodzić, tym bardziej, że agencja zaprezentowała wyłącznie prognozę, pozostawiając rating na poziomie ,,A2” z perspektywą stabilną – jest to swego rodzaju ostrzeżenie dla polskiego rządu, który w gruncie rzeczy powinien brać pod uwagę oceny agencji ratingowych, gdyż odgrywają one bardzo istotną rolę na rynku finansowym.

Zarówno negatywna ocena S&P, jak i gorsze prognozy Moody’s,w najbliższym czasie mogą zniechęcić inwestorów do aktywności w Polsce. Niemniej jednak, nie powinny one spowodować istotnych fluktuacji. O tym może świadczyć wtorkowa, niemal natychmiastowa korekta osłabienia polskiej waluty oraz spadek rentowności obligacji, które potwierdzają, że inwestorzy podejmują obecnie decyzje pod wpływem globalnych nastrojów, a nie ostrzeżeń agencji ratingowych. Faktem jest jednak, że ich oceny nie są bezpodstawne a wielu ekspertów potwierdza i wskazuje, że stan finansów publicznych w Polsce pogarsza się. Nie ma zatem żadnych wątpliwości, że w długiej perspektywie inwestorzy będą coraz bardziej  przyglądać się kolejnym ratingom Polski, które po ostatnich ostrzeżeniach mogą zostać obniżone, być może nawet przez całą ,,wielką trójkę”. To mógłby być prawdziwy cios zarówno dla państwa polskiego, naszej waluty jak i warszawskiej giełdy, która już teraz boryka się ze sporymi problemami.

Podsumowując, wydaje się, że agencje ratingowe wysyłają ostrzeżenia wobec Polski, zwracając uwagę na napiętą sytuację polityczną, która prowadzi do osłabienia niezależności instytucji. Agencje wskazują też na pogarszający się stan finansów publicznych. Póki co nie ma żadnych przesłanek, aby snuć czarne scenariusze i panikować. Niemniej jednak, o ile niespodziewana obniżka ratingu przez S&P wydawała się niesprawiedliwa, o tyle negatywna prognoza Moody’s potwierdza, że ostrzeżenia wysyłane przez agencje nie są tak do końca wzięte z sufitu. Dlatego też nie można ich bagatelizować i powinno się powziąć działania, które poprawią wizerunek polskiej wiarygodności kredytowej w oczach agencji ratingowych.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

 

 

Polski indeks największych spółek giełdowych od maja 2015 roku systematycznie ustanawia nowe dołki. Od tego czasu, pogłębiająca się bessa zdołała skutecznie obniżyć ceny akcji polskich gigantów. Do tych zaliczają się walory spółki KGHM Polska Miedź S.A., które od rozpoczęcia trendu spadkowego straciły ponad 50%. Niestety, źródłem dominacji niedźwiedzi są nie tylko problemy wewnętrzne spółki, ale także niekorzystna sytuacja makroekonomiczna oraz wysokie ryzyko polityczne.  

Przede wszystkim należy zwrócić uwagę na trwający kryzys surowcowy, który przyniósł ogromne przeceny na rynku metali. Od maja 2015 roku miedź została przeceniona o ponad 30%. Cena srebra natomiast obniżyła się o ponad 22%. Źródłem kryzysu są Chiny (największy importer tych metali), których to gospodarka zdecydowanie spowalnia, co przekłada się na znaczne obniżenie popytu na globalnym rynku surowcowym. Sytuacja ta bardzo niekorzystnie wpłynęła na wyniki finansowe spółki z Lubina, która jest jednym z czołowych producentów miedzi i srebra na świecie. Sytuację tą potwierdzają wyniki okresowe spółki (EBIT za III kwartał 2015 r. był o ponad 50% niższy w stosunku do uzyskanego w analogicznym okresie w2014 r.). Dodatkowo, na kurs akcji lubińskiego kombinatu niekorzystnie wpływają komentarze polityków, dotyczące podatku od kopalin, którego jedynym płatnikiem jest KGHM. Rządzący w swoich wypowiedziach nie potrafią się określić, czy danina ta zostanie zlikwidowana, obniżona, czy też zniesiona. W najbliższym czasie nowy rząd planuje również przeprowadzenie audytu oraz zmiany w radzie nadzorczej. Ewentualne negatywne wyniki kontroli mogą dać kolejne przesłanki do wyprzedaży akcji spółki. Z drugiej strony, mogą one doprowadzić do szerszych zmian personalnych, które prawdopodobnie zostaną pozytywnie odebrane przez rynek. Ponadto, spółka jest krytykowana za przeprowadzone inwestycje, zwłaszcza za budowę kopalni Sierra Gorda w Chile, która ze względu na wysokie koszty operacyjne nie jest w stanie osiągnąć potencjalnego wydobycia, co przekłada się na ujemny wynik finansowy kopalni.

Najnowsze prognozy wskazują, że średnia cena miedzi w 2016 roku utrzyma się na poziomie 4 350 USD za tonę (obecnie cena oscyluje wokół poziomu 4 390 USD). Ponadto, pierwsza połowa roku prawdopodobnie przyniesie dalsze przeceny surowców, ze względu na słabe dane z chińskiej gospodarki. Dopiero druga połowa roku według analityków może odznaczyć się stabilizacją cen, czy też korektą wzrostową. Oznacza to, cena akcji KGHM, która jest silnie skorelowana z ceną miedzi, prawdopodobnie będzie nadal zniżkować, lecz w średnim terminie powinna się ustabilizować. Niemniej jednak, ewentualne zniesienie podatku od kopalin może pomóc spółce. Pytanie tylko, czy Skarb Państwa nie zechce sobie odebrać tej kwoty ze spółki w inny sposób, np. angażując ją w projekty górnicze. Warto również zwrócić uwagę na zapowiedzi zarządu spółki, które wskazują na dywersyfikację działalności przedsiębiorstwa w obliczu kryzysu surowcowego. Prawdopodobnie mowa tutaj o powrocie na rynek telekomunikacji. Również planowane inwestycje w kopalni Sierra Gorda mogą poprawić wyniki miedziowego kombinatu. To, czego jednak KGHM-owi potrzeba najbardziej to zastopowanie bessy na rynku surowcowym.

Podsumowując, problemy miedziowego giganta z Polski wynikają nie tylko z problemów wewnętrznych spółki, ale przede wszystkim ze spowolnienia gospodarczego Chin, a w związku z tym kryzysu surowcowego. W najbliższym czasie zarówno analiza fundamentalna, jak i techniczna sygnalizują kontynuację trendu spadkowego. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że zmiany strukturalne działalności spółki oraz możliwa likwidacja podatku od kopalin poprawią sytuację finansową i ograniczą spadki cen akcji. Niemniej jednak, to dopiero druga połowa roku powinna przynieść stabilizację, czy też bardziej znaczną korektę wzrostową.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

 

 

Nowa partia rządząca po objęciu władzy szybko wzięła się do pracy, która ma zapewnić spełnienie obietnic wyborczych. Trzeba przyznać, że widać zdeterminowanie i chęci. Politycy do tej pory głównie ciężko pracują nad obsadzeniem najważniejszych stanowisk swoimi ludźmi. Wprowadzano także 70% podatek dla tracących pracę menedżerów spółek Skarbu Państwa. Rząd również podzielił Polaków poprzez spór o Trybunał Konstytucyjny, a swoimi nieodpowiedzialnymi wypowiedziami i hojnymi obietnicami pogrążył polską giełdę, zwłaszcza największe polskie spółki. Obecnie trwają prace w sejmie nad nowym podatkiem od banków, który przyniesie bardzo wiele skutków gospodarczych.

Podstawą nowego podatku mają być aktywa banków krajowych, zagranicznych oddziałów instytucji kredytowych i spółdzielczych kas oszczędnościowo kredytowych. Stawka podatkowa wyniesie 0,0325% miesięcznie tj. 0,39% rocznie. Nowa danina publiczna obowiązywać ma również ubezpieczycieli w wysokości 0,05% miesięcznie, czyli 0,6% rocznie. Z podatku zwolnione zostaną instytucje, których aktywa nie przekraczają 4 mld złotych. To rozwiązanie, jak szacują eksperci, może przynieść około 6-7 mld złotych wpływów do budżetu Skarbu Państwa. Nie da się więc ukryć, co potwierdza także rząd, że pieniądze te będą miały pokryć dziurę budżetową, która powstanie po wprowadzeniu bardzo hojnych rozwiązań, głównie programu 500 zł na dziecko.

Nowy podatek uderzy w sektor bankowy, który już mocno ucierpiał z powodu ciągle burzliwej dyskusji na temat pomocy frankowiczom oraz upadku SK Banku w Wołominie. Już teraz KNF szacuje, że wiele banków w 2016 roku będzie miało problemy z wypłatą dywidend, co spowodowane jest nienajlepszą sytuacją finansową. Tą potwierdzają również znaczne spadki cen akcji banków. Trzeba jednak podkreślić, że instytucje finansowe nie pozwolą sobie na zabieranie im pieniędzy. Można oczekiwać, że podejmą konkretne kroki w celu minimalizacji skutków nowego podatku. Do nich można zaliczyć przede wszystkim wzrost marż (niektóre banki już tego dokonały), a przez to wzrost ceny kredytów i usług bankowych. Eksperci przewidują również dalsze konsekwencje, które spowodują zmniejszenie akcji kredytowej. Ta natomiast niezbędna jest w każdej gospodarce, aby pobudzić konsumpcję, inwestycje, a zatem wzrost gospodarczy. Efektem końcowym takiego rozwiązania, będzie przeniesienie obciążenia podatkowego banków na przeciętnego Kowalskiego. Skutki podatku bankowego dotkną wszystkich: obywatela, banki i gospodarkę.

Rząd jednak kontrargumentuje i przytacza przykłady wielu krajów w Europie, które wprowadziły podatek bankowy. Eksperci jednak podkreślają kilka różnic. Po pierwsze państwami tymi kierował całkiem inny motyw – bezpieczeństwo sektora banku, w szczególności na rynku pieniężnym, a nie pozyskanie nowych środków do budżetu na finansowanie obietnic wyborczych. Co więcej, polska stawka podatku będzie zaliczana do jednych z najwyższych w Europie. Po trzecie, eksperci porównują nasze rozwiązanie do węgierskiego, które przyniosło spadek akcji kredytowej o 30% i osłabienie wzrostu gospodarczego. Ze względu na negatywne skutki tego rozwiązania, rząd węgierski obniżył jednak stawkę tego podatku. Niemniej jednak, polski rząd uparcie trzyma się swojej propozycji nie zważając na możliwe skutki ekonomiczne, pogarszającą się ciągle sytuację banków, a co gorsze, nie ucząc się na błędach innych krajów.

Podsumowując, podatek bankowy, który ze względu na determinację i pełną władzę jednego obozu politycznego najprawdopodobniej niebawem zostanie uchwalony. Rozwiązanie to, porównywane do tego na Węgrzech, raczej nie pomoże sektorowi bankowemu, gospodarce i obywatelom. Jedynym skutkiem będą zwiększone wpływy do budżetu, które mają zostać przeznaczone na realizację obietnic wyborczych.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

Święta Bożego Narodzenie to okres, w którym Ludzie kupują i obdarzają się prezentami, ale również na rynkach giełdowych, jak uczy historia, występuje tzw. rajd świętego Mikołaja, który obdarza giełdy wzrostami. Czym jest ten efekt? Jest to hossa związana z chęcią poprawiania przez fundusze inwestycyjne swoich wyników, w celu osiągnięcia lepszych premii przez zarządzających tzw. strojenie okien. Jak się okazuje, nie jest to tylko przesąd, czy też przypadek. Efekt rajdu św. Mikołaja na polskim parkiecie wystąpił 13 razy w ciągu 19 lat. Przeciętne wzrosty wynoszą 2,68%. Podobna prawidłowość występuje także na giełdzie amerykańskiej. Czy grudzień 2015 przyniesie po raz kolejny przewagę byków na rynku kapitałowym w Polsce?

Po dwóch tygodniach grudnia można stwierdzić, że św. Mikołaj zamiast prezentów przynosi rózgę. WIG20 traci ponad 8%, a indeksy małych i średnich spółek zniżkują w granicach 4%. GPW znajduje się w bessie, która przede wszystkim jest związana ze zmianą władzy państwowej i ryzykiem politycznym, które jest generowane przez ugrupowanie pełniące władzę. Ich nieprawdopodobnie wysoka motywacja realizacji hojnych obietnic wyborczych, przekłada się na działania, które szkodzą polskiej giełdzie, szczególnie największym spółkom z indeksu WIG20. Nowe rozwiązania zagrażają wynikom finansowym tych firm. Co więcej, właśnie na ostatni miesiąc roku, przypadła dobrze nam znana po każdej zmianie władzy, karuzela na stanowiskach zarządczych spółek Skarbu Państwa. Wszystkie te czynniki negatywnie wpływają na rynek. W rezultacie, podczas gdy giełdy amerykańskie i europejskie ustanawiają swoje historyczne szczyty, GPW w Warszawie dynamicznie pokonuje kolejne poziomy wsparcia.

Gdyby św. Mikołaj zmienił zdanie i raczył przynieść grudniową hossę na polskiej giełdzie, musiałby naprawdę szybko działać. W obliczu tak wielkiej niepewności politycznej, która od wyborów parlamentarnych przyniosła spadek indeksu WIG20 o 14%, zadanie to wydaje się nie lada wyzwaniem. Najbliższy czas musiałby przynieść diametralną zmianę kierunku polityki nowego rządu. Ceny akcji wydaje się zdyskontowały już nowe podatki, ekspansywną politykę fiskalną, zamieszanie związane z Trybunałem Konstytucyjnym. Jednak obecnie rozpoczęła się karuzela na stanowiskach zarządczych w spółkach Skarbu Państwa, a na horyzoncie jest wymiana składu RPP, czyli organu ustalającego politykę pieniężną w Polsce. Wielkim znakiem zapytania jest, jakie nowe pomysły przyjdą jeszcze na myśl rządowi. Jedno jest pewne, póki sytuacja polityczna się nie ustabilizuje i rząd nie zaskoczy kolejnymi obciążeniami, które będą dotyczyć największych polskich przedsiębiorstw, giełda nie będzie w stanie odreagować spadków. Nadzieja pozostaje w mniejszych spółkach, które na tle blue chipów radzą sobie całkiem dobrze i w tym roku znajdują się wciąż w trendzie wzrostowym. Same jednak, bez pomocy największych firm, nie są w stanie zmienić obrazu polskiej giełdy. Również ostatnia decyzja ECB, która rozczarowała inwestorów i zbliżająca się podwyżka stóp procentowych w USA (zapewne nie ostatnia) niekorzystnie wpływa na możliwości zmiany trendu.  W związku z takimi fluktuacjami, ciężko też dokonać wyceny ryzyka i ciężko oczekiwać nowych wzrostów, gdyż faktycznie na horyzoncie brakuje solidnych impulsów do odbicia.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione zagrożenia, które właściwie skupiają się na tle politycznym, ciężko wierzyć w tegoroczny rajd świętego Mikołaja. Potrzeba czasu, aż gorliwość nowych polityków trochę się ostudzi, a parkiet będzie miał czas na odreagowanie. W związku z tym w grudniu najprawdopodobniej przeważać będą niedźwiedzie. Inwestorom pozostaje czekać na styczeń, którego to efekt również statystycznie przynosi wzrosty na rynkach finansowych.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Od wyborów parlamentarnych minął już ponad miesiąc. Obietnic wyborczych było bardzo dużo. Rozbuchane nadzieje na zbawczą rolę państwa jakoś trzeba zaspokoić, dlatego też priorytetem jest znalezienie środków na programy wsparcia rodzin oraz górnictwo. Potrzebne do tego są także zmiany w zarządach spółek Skarbu Państwa, co zresztą jest nieformalną zasadą przy zmianie partii rządzącej. Działo się tak za czasów objęcia władzy przez Leszka Millera. Później, do 2007 roku za kadencji Prawa i Sprawiedliwości. Podobnie było za czasów koalicji PO-PSL. Okazuje się zatem, że karuzela stanowisk jest nieodzownym elementem związanym z objęciem władzy przez dane ugrupowanie.

Według portalu BigData, z wyżej wymienionych rządów, liderem w ilości zmian dokonanych w zarządach spółek państwowych było PiS na początku swoich rządów. Ostatnie dni wskazują na to, że miotła znowu ruszyła, a żaden zarząd spółki nadzorowanej przez SP nie może spać spokojnie.

W ostatnich dniach byliśmy świadkami pierwszych roszad. Rada nadzorcza ENEI odwołała prezesa Krzysztofa Zamasza oraz członka zarządu ds. korporacyjnych Wiesława Piosika. Natomiast zarząd Energi poinformował o odwołaniu z funkcji prezesa i wiceprezesa Andrzeja Tersę oraz Jolantę Szydłowską. Można jednak przyjąć inną strategię i nie czekać na zwolnienie. W ten sposób postąpił prezes GPW S.A. w Warszawie Paweł Tamborski oraz Jakub Karnowski, prezes zarządu PKP S.A., którzy sami zrezygnowali z pełnienia swoich funkcji. Z powodu braku komunikacji ze Skarbem Państwa zrezygnował także prezes PZU Andrzej Klesyk. Do końca roku we wszystkich wymienionych spółkach funkcje te mają być pełnione tymczasowo przez wyznaczone osoby. Obecnie nie wiadomo, kto może zająć wolne stanowiska, ale im bliżej nowego roku, tym więcej pojawi się prawdopodobnych kandydatów. Długo na stanowisku nie utrzymał się też nowy zarząd Tauronu, na czele z Jerzym Kurellą, powołany w końcówce rządów PO, i to mimo faktu, że nowy prezes pozytywnie wypowiadał się o łączeniu energetyki z górnictwem.

Warto zastanowić się nad argumentacją i zrozumieniem takich działań, które jak uczy historia, stają się normalnością po każdych wyborach. Z całą pewnością, kolejne rządy mają swoje wyjątkowe plany i programy gospodarcze. Nie dziwi więc, że rządzący chcą mieć swoich ludzi na czele spółek Skarbu Państwa, które zaliczają się do tych największych i najbardziej kluczowych w danych sektorach dla gospodarki. W ten sposób rząd ma pewność, że spółki będą pod ich kontrolą. Oczywiście, przeciętny Kowalski usłyszy w mediach, że spółka była źle zarządzana, dlatego też konieczne są zmiany. Z tego by wynikało, że prawie wszystkie spółki państwowe były źle kierowane niemal od początku kapitalizmu w Polsce, co oczywiście nie jest prawdą. Skoro jednak musimy zaakceptować taką kolej rzeczy, ważne jest, aby nowi zarządzający byli wybierani w odpowiednim czasie i z odpowiednimi kwalifikacjami. Zmiany stanowisk powinny być dokonywane na walnych zgromadzeniach. Często jednak są one dokonywane podczas nadzwyczajnych WZA zwołanych w trybie pilnym. Pośpiech jednak w tak ważnych kwestiach nie jest wskazany. Dobrym rozwiązaniem wykonania ,,koniecznych” zmian jest także zaczekanie z nimi do zakończenia roku obrotowego. Innym racjonalnym momentem roszad jest koniec kadencji, ale w tym przypadku ten pewnie dla ekipy rządzącej może trwać zbyt długo. Drugą kwestią są kompetencje nowo wybranych menedżerów. Oczekuje się, aby byli to ludzie niezwiązani z frakcjami politycznymi, niezależni. Co więcej, nowi zarządzający powinni posiadać bardzo bogate doświadczenia w danej branży. Od ich umiejętności i zdolności będą zależeć losy spółek. Szybkie roszady, które przyniosą nieodpowiednich ludzi na stanowiskach zarządczych, zostaną negatywnie odebrane przez inwestorów. Natomiast jeśli będą to ludzie mocno utożsamiani z daną frakcją polityczną, rynek tym bardziej będzie uzależniony od polityki. Warto zaznaczyć, że obecna sytuacja polskiej giełdy nie wygląda najlepiej i nie warto jej pogarszać karuzelą zmian w zarządach spółek, doprowadzając do negatywnych skutków dla samych przedsiębiorstw i inwestorów.

Podsumowując, należy pogodzić się z faktem, że nowa władza na szczeblu krajowym jest równoznaczna z nową władzą w spółkach Skarbu Państwa. Działania te są w pewnym stopniu zrozumiałe, aby osiągnąć cele wyborcze nowego rządu. Władza jednak powinna pamiętać, że zmiany te powinny zachodzić w sposób spokojny, gwarantując spółkom najlepszych i niezależnych menedżerów, którzy rozumieją dany biznes, są świadomi znaczenia rynku kapitałowego i roli inwestorów w procesie rozwoju przedsiębiorstwa.

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Jednym z najważniejszych wydarzeń krajowych tego roku były wybory prezydenckie i parlamentarne, które przyniosły wielką zmianę na polskiej scenie politycznej. Zostały one zakończone sukcesem (jeszcze do niedawna) głównej partii opozycyjnej. Prawo i Sprawiedliwość, nie tylko osiągnęło samodzielną większość w sejmie i senacie ale także uzyskało ,,swojego” prezydenta. Powierzona im przez wyborców odpowiedzialność za kraj została osiągnięta między innymi dzięki bardzo hojnym obietnicom wyborczym, które zmuszają rządzących do prowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej.

Do najbardziej kosztownych obietnic można zaliczyć obniżenie wieku emerytalnego oraz program 500 zł na dziecko, który to według ekspertów mogą kosztować budżet ponad 20 mld zł rocznie. Aby znaleźć środki potrzebne na spełnienie choćby najważniejszych obietnic, dotyczących uboższej części społeczeństwa, PiS uderza w konkretne grupy społeczne. Najpierw w banki, chcąc opodatkować ich aktywa, następnie w cały sektor finansowy poprzez podatek od transakcji finansowych aż po podatek od sklepów wielkopowierzchniowych.

Najnowszym pomysłem, już zaakceptowanym przez sejm i podpisanym przez prezydenta w odróżnieniu od wcześniej wymienionych, jest podatek od odpraw i odszkodowań z tytułu zakazu konkurencji dla zarządzających spółkami Skarbu Państwa.

Biorąc pod lupę potencjalne wpływy do budżetu wynikające z nowego podatku, pomysł ten nie wydaje się efektywny. Podatek od odpraw i odszkodowań zakazu konkurencji, którego stopa wynosi 70%, pomimo tak wysokiej skali nie przyniesie takich wpływów do budżetu, które pomogłyby w sfinansowaniu obietnic wyborczych. Może natomiast przynieść negatywne skutki w zarządzaniu spółkami Skarbu Państwa. Najlepsi managerowie mogą już nie tak chętnie zgadzać się na przyjęcie stanowiska w przedsiębiorstwach kontrolowanych przez państwo. Do tej pory takiego problemu nie było (może z wyjątkiem sektora górniczego) ze względu na relatywnie wysokie wynagrodzenia, odprawy i prestiż zarządzania wielkimi przedsiębiorstwami. Wprowadzenie nowego podatku może to zmienić, a na najważniejszych stanowiskach zarządzających w spółkach Skarbu Państwa zasiądą mniej kompetentni specjaliści. Najlepsi specjaliści będą szukać zatrudnienia w przedsiębiorstwach prywatnych. To one są teraz bardzo atrakcyjne finansowo ( zgodnie z raportem płacowym ZPP zawsze takie były, więc obecna różnica jeszcze bardziej się powiększy). Słabszy zespół zarządzający może spowodować trudności w zarządzaniu spółkami a co za tym idzie słabsze wyniki finansowe. Co więcej, ze względu na charakterystykę i sektory, w jakich funkcjonują spółki Skarbu Państwa, może to przynieść negatywne efekty dla całej gospodarki.

Z drugiej strony trzeba przyznać, że jest to dobre rozwiązanie pod względem szeroko rozumianej etyki w biznesie. Nierzadko zdarzały się sytuacje, gdzie po kilku miesiącach pracy prezesi spółek otrzymywali nieadekwatnie wysokie odprawy. Z całą pewnością nowa danina publiczna zapobiegnie takim sytuacjom, jednak wydaje się, że istnieją lepsze, alternatywne rozwiązania tego problemu. Można na przykład uzależnić odprawy od stażu pracy, czy też osiągniętych wyników finansowych. Innym rozwiązaniem może być zależność wysokości odpraw od osiągniętych celów np. statutowych spółki lub wynikających z obecnej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa. Rozwiązania te ograniczyłby dotychczasowe patologie i równocześnie nie wpłynęłyby na spadek atrakcyjności pracy na stanowiskach managerskich w spółkach Skarbu Państwa.

Z pewnością nowy podatek od odpraw dla zarządzających spółkami SP wyeliminuje nieakceptowane społecznie wady tego systemu. Rozwiązanie to jednak może wpłynąć także na spadek efektywności zarządzania, co niekorzystnie odbije się na całej gospodarce.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

O ciężkiej sytuacji w polskim sektorze górniczym wiadomo nie od dziś. Słabnący wzrost gospodarczy w Chinach przyczynia się do zmniejszenia importu węgla. To z kolei uderza w ceny czarnego złota. Cena surowca znajduje się na najniższych poziomach od kilku lat, natomiast prognozy na najbliższe lata nie wskazują na poprawę sytuacji na rynku węgla.

Niskie ceny surowca uderzają w największe polskie spółki węglowe. Przez niższe przychody ze sprzedaży spółki te popadły w poważne problemy finansowe. Cała branża przez pierwsze półrocze odniosła straty wynoszące niemal 1,5 mld zł. Obserwatorzy twierdzą, że w drugim półroczu wysokość strat może wynieść drugie tyle.

We wrześniu w sporych tarapatach znalazła się Jastrzębska Spółka Węglowa (JSW), od której ING Bank Śląski zażądał wcześniejszego wykupu posiadanych obligacji spółki. Łączna wartość wykupu miała wynieść 26,3 mln zł i 12,95 mln USD. Ostatecznie po długich rozmowach zarząd JSW zdołał porozumieć się z ING Bankiem Śląskim, a także pozostałymi obligatariuszami, którymi są m.in. Bank Gospodarstwa Krajowego (BGK) oraz PKO BP. Zawarta umowa o wspólnej współpracy obowiązywać ma do 30 listopada, chyba że jedna ze stron wypowie ją wcześniej, bądź zawarta zostanie umowa restrukturyzacyjna. Umowa ta daje gwarancję, że w trakcie jej trwania obligatariusze nie będą żądać wcześniejszego wykupu obligacji.

Dodatkowym czynnikiem łagodzącym problematyczną sytuację nie tylko w JSW, ale także w pozostałych spółkach węglowych tj. Katowickiego Holdingu Węglowego i Kompanii Węglowej jest działanie ze strony BGK, który zaangażował sięw rozmowy z instytucjami finansowymi na temat finansowania sektora. Rozmowy te dotyczą wszystkich trzech wyżej wymienionych spółek i mają na celu ustabilizowanie sytuacji pomiędzy nimi a ich wierzycielami. Działanie ze strony BGK może być bardzo pomocne, bowiem powinno zapobiec ewentualnemu zerwaniu umowy o współpracy przez instytucje finansowe. Dzięki temu spółki węglowe zyskają na czasie, który w tym momencie ma bardzo duże znaczenie. Członkowie zwycięskiej partii w wyborach – Prawa i Sprawiedliwości zaznaczają, że górnictwo będzie jedną z priorytetowych spraw. Jednak na działania ze strony nowego rządu będzie trzeba jeszcze poczekać, ponieważ najpierw musi dokładnie przyjrzeć się bieżącej sytuacji sektora. Dlatego bardzo ważny jest dodatkowy czas względnego spokoju pomiędzy spółkami węglowymi a obligatariuszami.

BGK rozmawia również z potencjalnymi instytucjami finansowymi, które miałyby udzielić finansowania spółkom górniczym. Kwestia ta od dłuższego czasu jest poważnym problemem spółek z tego sektora.Grupy szukały wsparcia finansowego nawet za granicą, gdzie chciały wyemitować obligacje. Wystarczy przypomnieć zagraniczny road show przeprowadzony pod koniec ubiegłego roku przez JSW, który zakończył się fiaskiem. Podobnie było w przypadku Katowickiego Holdingu Węglowego i Kompanii Węglowej. W obecnej, jeszcze gorszej sytuacji niż ta, w której spółki węglowe znajdowały się w 2014 roku z pozyskaniem finansowania będą mieć niemały problem. Ich władze doskonale zdają sobie z tego sprawę, dlatego robią co mogą, aby stworzyć podstawę do negocjacji z instytucjami finansowymi. JSW i związki zawodowe podpisały porozumienie ws. ograniczenia części świadczeń pracowniczych. Wszystkie porozumienia ze związkami zawarte w tym roku mają dać spółce oszczędności rzędu 2 mld zł w latach 2016-2018. W Katowickim Holdingu Węglowym dzięki programowi naprawczemu w 2016 roku redukcja kosztów w porównaniu do 2014 roku ma wynieść 460 mln zł netto. Dodatkowo Ministerstwo Skarbu Państwa dostało zgodę na wniesienie 100 proc. akcji holdingu do jednoosobowej spółki Ministerstwa. Takie działanie w przyszłości może być pomocne dla potencjalnych inwestorów. Z kolei jeśli chodzi o Kompanię Węglową, rząd zgodził się na wniesienie do Towarzystwa Finansowego Silesia do 100 proc. akcji spółki, wcześniej natomiast, aby wzmocnić finansową pozycjęSilesii dokapitalizował ją akcjami PGNiG, PGE oraz PZU o łącznej wartości 1,4 mld zł.

Spółki węglowe czekają na działania ze strony nowego rządu, który zobowiązał się do naprawy sektora. Oczywistym jest, że sektor górniczy potrzebuje restrukturyzacji. Jednak na uformowanie nowej władzy będzie trzeba poczekać, tak samo jak na konkretne działania z jej strony. Jeśli do tego czasu nie pojawią się nowe problemy na drodze węglowych spółek, czemu zapobiec ma zaangażowanie ze strony Banku Gospodarstwa Krajowego, to uratowanie ważnej gałęzi polskiej gospodarki będzie wciąż realne.

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Wybory parlamentarne zbliżają się wielkimi krokami. Już w najbliższy weekend Polacy pójdą do urn wyborczych. Będzie to ważne wydarzenie nie tylko dla polskiej sceny politycznej, ale również dla rynków finansowych, którym od dobrych kilku miesięcy ciąży ryzyko polityczne.

Liderem przedwyborczych sondaży jest Prawo i Sprawiedliwość, na drugim miejscu Platforma Obywatelska. Populistyczne obietnice wyborcze PiSu takie jak wprowadzenie podatku bankowego czy przewalutowanie kredytów walutowych, jeśli zostaną wprowadzone, mocno obciążą polski sektor finansowy, a to z kolei odbije się negatywnie na rynku kapitałowym. Inwestorzy doskonale zdają sobie z tego sprawę. Dlatego już po wiosennych wyborach prezydenckich, które dość niespodziewanie wygrał wywodzący się z PiSu Andrzej Duda w efekcie czego hegemonia PO została zachwiana, zaczęli dyskontować to ryzyko. Z biegiem czasu podobne obietnice dołożyła Platforma. W efekcie od momentu zakończenia wyborów prezydenckich, czyli 24. maja WIG20 stracił niemal 20 proc., a sentyment do polskiego rynku kapitałowego nie jest zbyt pozytywny, nie tylko wśród rodzimych inwestorów, ale również tych zagranicznych. Indeksowi polskich blue chipów ciążył również sektor energetyczny, bowiem nad spółkami z tej branży wisi widmo konsolidacji z kopalniami. Zwróćmy uwagę, że spółki energetyczne wraz z bankami stanowią ponad 40 proc. udziału w WIG20, co tłumaczy jego słabą postawę w ostatnim czasie. Oczywiście kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jest to jedyna przyczyna słabości warszawskiego parkietu, bowiem nie pomaga mu również mało lepsza sytuacja na rynkach bazowych spowodowana rosnącymi obawami o globalny wzrost gospodarczy.

W tygodniu wyborczym na warszawskiej GPW zauważalna jest niska aktywność inwestorów, o czym świadczy mniejszy niż zwykle obrót i nieduża zmienność instrumentów finansowych. Więksi gracze cierpliwie czekają już na wyjaśnienie sytuacji politycznej. Zażegnanie niepewności związanej z wyborami skutkować będzie powrotem inwestorów na warszawski parkiet. Zakładając, że ewentualne zwycięstwo PiSu oraz wprowadzenie w życie proponowanych obietnic wyborczych jest już w uwzględnione w cenach po wyborach nie należy się już raczej spodziewać dalszych spadków. Powrót kapitału na warszawski parkiet oraz wzmożona aktywność graczy owocować mogą pojawieniem się nowych okazji inwestycyjnych. Warto zatem przyjrzeć się najbardziej przecenionym sektorom i spółkom, szczególnie tym, które w efekcie propozycji i obietnic polityków potaniały najbardziej.

Pamiętajmy, że obietnice wyborcze to jedno, a ich realizacja to drugie. Po wyborach presja na wprowadzenie zapowiadanych projektów będzie o wiele mniejsza. Możliwe jest również, że propozycje te owszem, zostaną wprowadzone, ale w nieco innych formach. Warto również zastanowić się, które pomysły są rzeczywiście możliwe do spełnienia, a które nie. Jednoczesne opodatkowanie aktywów instytucji finansowych oraz przewalutowanie kredytów walutowych może doprowadzić do załamania polskiego sektora finansowego. Ciężko wyobrazić sobie, aby politycy nie zdawali sobie z tego sprawy.

Wyłonienie zwycięzcy w wyborach powinno rozwiać niepewność wiszącą nad GPW. Dla polskiego rynku kapitałowego nie będzie miało większego znaczenia, które partie utworzą nowy rząd. Rynek dyskontuje przyszłość z wyprzedzeniem i negatywne scenariusze dla poszczególnych spółek są już uwzględnione w ich cenach. Zakończenie okresu wyborczego, który w Polsce tak naprawdę trwał dobrych kilka miesięcy, powinno nieco ograniczyć wpływ wypowiedzi polityków na notowania, który jak wiemy był szczególnie wysoki w ostatnim czasie. Wtedy również należałoby spodziewać się również napływu kapitału zagranicznego. Polska ze stabilnym wzrostem gospodarczym przez zagranicznych inwestorów postrzegana jest jako atrakcyjny rynek. Przecenione walory swoja atrakcyjną ceną mogą dodatkowo kusić inwestorów do ich kupna. Niemniej do większych wzrostów na GPW przyda się również poprawa na rynkach bazowych. Bez niej warszawskiemu parkietowi może być ciężko wyjść przed szereg. Nie można jednak wykluczyć scenariusza, że po ustabilizowaniu się polskiej sceny politycznej na rynki powróci duży optymizm, który pod koniec roku wywołać może rajd świętego Mikołaja, który ucieszyłby niejednego inwestora.

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W poniedziałek rano poznaliśmy najnowsze dane z chińskiej gospodarki. Okazało się, że urosła ona w trzecim kwartale 2015 r. o 6,9% w porównaniu z zeszłym rokiem. Jest to wartość najniższa od globalnego kryzysu finansowego 2009 roku. Wynik ten stawia także pod znakiem zapytania osiągnięcie w tym roku 7-procentowego wzrostu PKB, postawionego za cel przez chińskie władze. Jednocześnie wzrost gospodarczy okazał się wyższy niż średnia prognoz analityków z instytucji finansowych na całym świecie, która ustaliła się na poziomie 6,8%. Obawiano się, że lipcowo-sierpniowy krach na giełdzie w Szanghaju odciśnie się mocniej na sektorze usług.

Inwestorzy i ekonomiści z innych krajów uważnie się przyglądają Chinom, gdyż jest to druga co do wielkości gospodarka na świecie, zaraz po amerykańskiej. W bardzo dużym stopniu przyczynia się ona do wzrostu globalnego PKB. Pod wieloma względami jest ona ważniejsza niż Japonia, trzecia na liście dolarowej siły ekonomiki. Jej znaczenie uwidacznia się np. w ruchach cen akcji na giełdach w Nowym Jorku i Frankfurcie, gdzie ostatnie spadki sięgające dwudziestu kilku procent były spowodowane przede wszystkim obawami o kondycję Chin. Amerykański bank centralny powinien już podwyższać stopy procentowe, gdyż rynek pracy w USA osiągnął poziomy wskazywane wcześniej jako cel. Janet Yellen, prezes FED, wstrzymuje się jednak z zaostrzaniem polityki monetarnej właśnie przez negatywny wpływ informacji gospodarczych z Chin. Także w Polsce widzimy efekty procesów zachodzących w Azji – niższy popyt na surowce obniża ich ceny na światowych rynkach, co uderza w polskie kopalnie węgla i miedzi. Co prawda nie eksportujemy dużo na Daleki Wschód, ale nasz główny partner handlowy, Niemcy, kieruje znaczną część swojej produkcji w te rejony.

Niepewność wzmacnia dodatkowo wątpliwa jakość informacji o chińskiej gospodarce. Dane ekonomiczne w pewnym stopniu są prawdopodobnie poprawiane, by odwzorować oczekiwania rządu w Pekinie. Fetyszyzowany jest szczególnie wskaźnik tempa wzrostu PKB. Efektem jest na przykład paradoksalnie zaniżenie wielkości chińskiej gospodarki, co wynika z raportu amerykańskich analityków z Centrum Badań Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS). Wskutek używania przestarzałych standardów statystycznych z 1993 r. zaniżana jest wartość sektora usług, nieruchomości i sektorów innowacyjnych. Gdyby wzrost gospodarczy był liczony na podstawie nowszej metodologii, w wyniku efektu wysokiej bazy okazałby się niższy niż oficjalny.

Analitycy próbują określić prawdziwszy obraz chińskiej gospodarki na podstawie innych wskaźników, którymi trudniej manipulować władzom. Szczególnie popularne w tym zakresie są zużycie energii elektrycznej oraz dane o wielkości przewozów kolejowych. Mają one jednak swoje wady – dużą zmienność i niedoskonałe odwzorowanie stanu gospodarki.

Chiny zmieniają się bowiem silnie. Jeszcze do niedawna głównym motorem wzrostu był eksport dóbr konsumpcyjnych oparty na taniej sile roboczej, inwestycje publiczne w infrastrukturę i inwestycje prywatne w nieruchomości. Taki model był jednak nie do utrzymania na dłuższą metę. Powstały ogromne, niezamieszkane miasta widma lub sieć szybkich kolei większa niż w jakimkolwiek innym kraju. Problemy te zostały zauważone przez władze, które starają się ostrożnie przekierować chińską gospodarkę na model oparty o popyt wewnętrzny i konsumpcję prywatną. Jednym słowem chcą upodobnić ją do krajów rozwiniętych, takich jak Japonia czy USA. Efektem są rosnące płace i niższe zużycie surowców, takich jak węgiel, ropa naftowa czy miedź.

Poniedziałkowe dane dobrze obrazują ten proces. Usługi i konsumpcja w III kw. urosły dużo bardziej niż produkcja i eksport. Chińskie Biuro Statystyczne podało też dane za wrzesień na temat produkcji przemysłowej, która wzrosła o 5,7%, najmniej od 6 miesięcy i mniej niż prognozy na poziomie 6,0% r/r. Jednocześnie sprzedaż detaliczna wzrosła w stosunku do poprzedniego roku o 10,9%, najmocniej od 8 miesięcy. Sektor usługowy zużywa stosunkowo mniej energii elektrycznej, zaś malejące ceny paliw obniżają względną atrakcyjność przewozów kolejowych. Zjawiska te obniżają trafność szacowania chińskiego PKB na bazie nieoficjalnych danych.

Niejednorodność struktury wzrostu gospodarczego powoduje, że odpowiedź na pytanie o wpływ Chin na resztę świata nie jest jedna. Ci, którzy zainwestowali w chiński przemysł eksportowy albo producenci surowców będą tracić. Jednocześnie koncerny wysyłające do Azji towary kupowane przez klasę średnią, takie jak Apple czy Daimler, powinny zyskiwać.

Nie możemy też zapominać, że ta transformacja Chin może jeszcze zmieniać swoją dynamikę i zaskakiwać. Chińska gospodarka szuka nowej równowagi. Równocześnie z transformacją następuje też liberalizacja, władze dopuszczają coraz więcej sił rynkowych, co może zwiększać niepewność. Rząd w Pekinie nie rezygnuje jednak z tradycyjnych metod stymulacji gospodarki, żeby nie dopuścić do niekontrolowanych zmian. Obniżane są podatki od sprzedaży samochodów, zmniejszone zostały wymagania związane z pożyczkami hipotecznymi. Władze w repertuarze mają jeszcze wiele narzędzi pobudzenia wzrostu ekonomicznego.

W tym momencie nastroje wśród inwestorów na świecie są raczej pozytywne. Złe informacje z Chin przyjmowane są dużo spokojniej niż jeszcze miesiąc temu. Giełdom udaje się utrzymywać od początku października trend wzrostowy. Ta nowa równowaga jest jednak dosyć chwiejna.

Seweryn Masalskiautor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

PKN Orlen konsekwentnie realizuje strategię założoną na najbliższe lata, której jednym z głównych celów jest zwiększenie zaangażowania w aktywa poszukiwawczo-wydobywcze. We wtorek polski koncern poinformował, że planuje przejęcie dwóch zagranicznych firm wydobywczych – kanadyjskiej KickingHorse Energy oraz amerykańskiej FX Energy. Łączna wartość obydwu transakcji wynieść ma blisko 1,5 mld zł.

Orlen Upstream Canada, spółka zależna PKN Orlen, zawarł umowę kupna wszystkich akcji firmy KickingHorse Energy. Wartość zakupu uzgodniono na poziomie około 842 mln zł, a po uwzględnieniu zadłużenia i kapitału pracującego wyniesie ona około 1,023 mld zł. KickingHorse Energy, to kanadyjska spółka notowana na giełdzie w Toronto zajmująca się poszukiwaniem i wydobyciem ropy naftowej i gazu. Posiada mało ryzykowne aktywa w zachodniej Kanadzie z wysokim potencjałem produkcyjnym. Będzie to trzecia akwizycja Orlenu w Kraju Klonowego Liścia, która dodatkowo wzmocni pozycję polskiego koncernu. Przy obecnej sytuacji na rynku węglowodorów cena, którą zapłaci płocki koncern (32 proc. wyższa od ceny zamknięcia notowań KickingHorse Energy dzień przed wydaniem komunikatu) nie jest zbyt okazyjna. Zakończenie transakcji planowane jest na czwarty kwartał bieżącego roku i dojdzie skutku pod warunkiem uzyskania co najmniej 2/3 głosów na WZA. Władze spółki poinformowały już, że są przychylne tej transakcji, zatem z uzbieraniem wymaganej liczby głosów nie powinno być problemu. Po sfinalizowaniu transakcji KickingHorse Energy zostanie wycofany z kanadyjskiej giełdy.

Za pośrednictwem zależnego Orlen Upstream płocki koncern nabędzie 100 proc. udziałów w FX Energy, spółce notowanej na nowojorskiej giełdzie NASDAQ. Transakcja ta będzie zdecydowanie mniejsza w porównaniu do akwizycji kanadyjskiej spółki, a jej wartość ma wynieść 308 mln zł. Po uwzględnieniu długu netto będą to 442 mln zł.Amerykańska spółka posiada konwencjonalne złoża w Stanach Zjednoczonych, ale jej główne aktywa znajdują się w Polsce, gdzie posiada dwa obszary koncesyjne i wspólnie z PGNIG prowadzi wydobycie gazu. Dzięki akwizycji Orlen oczekuje na uzyskanie efektu synergii przy pracach poszukiwawczo-wydobywczych realizowanych w Polsce przez Orlen Upstream. Spółka planuje sfinalizować transakcję pod koniec bieżącego roku lub w pierwszym kwartale 2016 roku w zależności od tego, czy konieczne będzie zwołanie nadzwyczajnego zgromadzenia akcjonariuszy amerykańskiej spółki. Z chwilą przejęcia FX Energy zostanie wycofany z giełdy NASDAQ.

Dzięki obu akwizycjom PKN Orlen rozszerzy i zdywersyfikuje portfel posiadanych już aktywów. Zwiększeniu ulegnie potencjał zasobowy i produkcyjny płockiego koncernu. Orlen oczekuje, że dzięki transakcji wydobycie surowców ze złóż wzrośnie z obecnych 7 tys. baryłek ekwiwalentu ropy (boe) dziennie do ponad 11 tys. boe dziennie. Natomiast zasoby pewne i prawdopodobne (2P) wzrosną z obecnego poziomu wynoszącego około 50 mln boe do około 90 mln boe. Strategia Orlenu zakłada osiągnięcie rocznego wydobycia na poziomie 6 mln boe w 2017 roku. Po zakończeniu akwizycji PKN Orlen osiągnie roczny potencjał wydobycia na poziomie ponad 4 mln boe rocznie.

Jednak na zwrot z powyższych inwestycji PKN Orlen będzie musiał trochę poczekać. Dodatkowe nakłady inwestycyjne do końca 2016 roku mają wynieść 450 mln zł. Władze Orlenu zapewniły, że przejęcia te nie wpływają na założenia dotyczące polityki dywidendowej, ani na fundamenty spółki. Kapitał na akwizycje pochodzi ze środków własnych koncernu oraz dostępnych linii kredytowych. Przedstawiciele płockiego koncernu poinformowali również, że najbliższym czasie nie są planowane kolejne akwizycje.

W krótkim terminie przejęcia te mogą być oceniane negatywnie. Przede wszystkim ze względu na odpływ gotówki, a w konsekwencji niższą oczekiwaną dywidendę. Dodatkowo obecna globalna sytuacja makroekonomiczna wpływa niekorzystnie na potencjał obydwu przejęć. Plany spółki nie spodobały się również akcjonariuszom. W dniu wydania komunikatu akcje płockiego koncernu na warszawskiej GPW potaniały o 3,8 proc. Jednak w dłuższej perspektywie akwizycje te mogą umocnić pozycję Orlenu w segmencie upstream. Dodatkowo eksperci oczekują, że sytuacja na globalnym rynku ropy ulegnie poprawie. Również w pozytywnym tonie wypowiadają się na temat prognoz dla rynku gazu i ropy w Ameryce Północnej, gdzie ceny tych surowców mają wzrosnąć. Nieco słabsze predykcje dotyczą natomiast europejskiego rynku gazu, gdzie konkurencja pomiędzy głównymi dostawcami gazu może doprowadzić do jeszcze niższych cen błękitnego paliwa. To z kolei może zredukować opłacalność przejęcia spółki FX Energy. Mimo wszystko powtórka z rafinerii w Możejkach Orlenowi raczej nie grozi.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

Coraz bardziej widoczne spowolnienie w Państwie Środka stawia pod znakiem zapytania realizację zakładanego na ten rok 7-procentowego wzrostu PKB. Chiński rząd podejmuje kolejne kroki, mające na celu ożywienie drugiej gospodarki świata. Tym razem Pekin na cel obrał sektory motoryzacyjny oraz rynek nieruchomości.

W pierwszych 8 miesiącach bieżącego roku największy motoryzacyjny rynek świata znajdował się w stagnacji. Ekonomiści przewidują, że sektor osiągnie w tym roku zaledwie symboliczny wzrost. Jeszcze słabiej sytuację ocenia Chińskie Stowarzyszenie Producentów Samochodów (CAMA), które twierdzi, że po raz pierwszy od 1999 roku sprzedaż aut w Państwie Środka w ujęciu rocznym może spaść. By temu zapobiec Pekin postanowił wzmocnić krajowy rynek motoryzacyjny obniżając o połowę podatek od sprzedaży dla małych samochodów z silnikami do 1,6 litra pojemności. Ulga ta obowiązuje od 1 października do końca 2016 roku. Warto dodać, że auta o pojemności do 1,6 litra stanowią 70 proc. aut sprzedawanych w Państwie Środka. Analitycy oceniają, że takie działania spotkają się ze zwiększeniem popytu, ale raczej niezbyt dużym. Eksperci z banku Sanford Bernstein twierdzą, że winą za słabą sprzedaż samochodów w czasie gdy ceny spadają należy obarczyć słabe nastroje i niepewność dotyczącą gospodarki wśród kupujących, a nie ceny i dostępność aut.

Chiński rząd chce ożywić wzrost gospodarczy stymulując również sektor nieruchomości. Obniżone zostały wymagania związane z pożyczkami hipotecznymi. Wkład własny dla pierwszego mieszkania, który do tej pory wynosił 30 proc. został obniżony do 25 proc. Według analityków UBS Group branża ta stanowi ponad 25 proc. całkowitego popytu w gospodarce Państwa Środka. Eksperci spodziewają się, że działanie to spotka się z pozytywną reakcją popytu przede wszystkim w mniejszych miastach.

Ostatnie działania ze strony Ludowego Banku Chin są kolejnymi po wsparciu akcji notowanych na chińskich giełdach oraz obniżeniu stóp procentowych, których celem jest pobudzenie popytu wewnętrznego oraz wsparcie wzrostu gospodarczego w Państwie Środka. Dzięki nim zakładany na ten rok 7-procentowy wzrost PKB ma zostać osiągnięty. Tymczasem według Bloomberga analitycy prognozują, że chińska gospodarka wzrośnie w tym roku o 6,8 proc., czyli wolniej niż zakłada rząd z Pekinu. Czy dotychczasowe działania rządu z Pekinu i Ludowego Banku Chin wystarczą, aby gospodarka Państwa Środka osiągnęła w tym roku zakładane tempo wzrostu? To się jeszcze okaże. Na pewno należy się spodziewać, że chiński rząd zrobi wszystko, aby tamtejsza gospodarka rozwijała się w zakładanym tempie. Warto również pamiętać, że rząd z Pekinu ma bardzo duże możliwości oddziaływania na gospodarkę i jeśli nadejdzie taka potrzeba, to podjęte zostaną kolejne daleko idące kroki. Dodatkowo ostatnie próby pobudzania gospodarki ze strony Ludowego Banku Chin spotkały się już z pozytywną reakcją inwestorów. Tak samo było w przypadku poprzednich działań ze strony chińskich władz. Każde polepszenie sentymentu inwestorów w Chinach skutkować może większym napływem kapitałów do rynków wschodzących, na czym skorzysta również warszawska GPW.

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

W połowie września za sprawą amerykańskiej Agencji Ochrony Środowiska (EPA) wyszło na jaw, że Volkswagen manipulował przy pomiarach spalin z silników Diesla w samochodach sprzedawanych na terenie Stanów Zjednoczonych celowo zaniżając wartości ich emisji. Niemiecki koncern przyznając się do oszustwa ujawnił dodatkowo, że fałszował nie tylko w Ameryce, lecz na całym globie. W wyniku afery reputacja VW została poważnie nadszarpnięta, a koncern musi dodatkowo liczyć się z ogromnymi karami finansowymi. Ucierpi na tym również cała niemiecka gospodarka, której jednym z filarów jest właśnie branża motoryzacyjna. Czy Polska również może ucierpieć na skutek afery VW?

Proceder polegał na tym, że w poszczególnych samochodach z silnikami Diesla wyprodukowanych w latach 2009-2014 montowane było oprogramowanie, które podczas testów automatycznie zaniżało wartości emisji, dzięki czemu spełnione były wszystkie obowiązujące normy. Natomiast podczas zwykłej jazdy oprogramowanie było nieaktywne, a silniki emitowały dużo większą ilość spalin, w niektórych przypadkach przekraczającą dozwolone normy nawet 40-krotnie. Afera dotyczy 11 mln samochodów na całym świecie.

VW to największa niemiecka firma i jednocześnie największy koncern motoryzacyjny świata. Mimo to producent z pewnością odczuje skutki ogromnych kar, które grożą mu za oszustwo. W samych Stanach mogą one sięgnąć nawet 18 mld dolarów. Do tego należy doliczyć koszty związane z naprawą sprzedanych już samochodów w celu zmniejszenia emisji spalin, do której VW się zobowiązał. Credit Suisse oszacował, że całkowite koszty, które może ponieść koncern mogą sięgać nawet 78 mld euro. Warto dodać, że w 2014 roku VW przy przychodach wynoszących 200 mld euro osiągnął zysk netto w wysokości 10 mld euro.  Niemiecki koncern straci nie tylko finansowo, lecz również wizerunkowo, a to poskutkuje zapewne mniejszym popytem na samochody spod szyldu VW, czyli mniejszymi przychodami w przyszłości.

Problem ten może rozlać się na całą niemiecką gospodarkę, jednak negatywne konsekwencje afery może ponieść także Polska. VW posiada swoje zakłady w Poznaniu oraz w Polkowicach, gdzie zatrudnia w sumie ponad 7 tys. pracowników. Zdecydowana większość aut i części produkowanych w fabrykach VW w Polsce trafia za granicę, a niektóre modele samochodów są produkowane wyłącznie w naszym kraju. Ponadto niedaleko Wrześni pod Poznaniem powstaje kolejny zakład produkcyjny niemieckiego koncernu za ponad 800 mln euro, gdzie docelowo ma powstać 2,3 tys. nowych miejsc pracy. Jednak kryzys, przez który przechodzi obecnie VW może wszystko zmienić. Jeśli koncernowi z Wolfsburga mocno spadnie sprzedaż nowych aut, to czy będzie on potrzebował nowej fabryki? Natomiast problemy finansowe i mniejsze zyski ze sprzedaży w najbliższym czasie poskutkować mogą masową redukcją zatrudnienia.

Na aferze VW mogą stracić nie tylko bezpośredni pracownicy koncernu, ale również jego kooperanci. Mniejszy popyt na auta niemieckiego producenta będzie wiązał się ze zmniejszeniem produkcji pojazdów, a tym samym zapotrzebowaniem na podzespoły samochodowe. Wśród podmiotów, które na aferze VW mogą ucierpieć najbardziej znajdują się również te z Polski. Koncern z Wolfsburga jest największym klientem Boryszewa, który z tworzyw sztucznych produkuje poszczególne części motoryzacyjne. Dość dużą ekspozycję na VW ma czwarty największy w Europie producent wtórnych aluminiowych stopów odlewniczych oraz stopów wstępnych – Alumetal, który około jedną czwartą całkowitej sprzedaży kieruje właśnie do niemieckiego koncernu. Umowy z niemieckim koncernem opiewające na 100 mln euro ma zawarte jeden z największych producentów poszyć i akcesoriów samochodowych w Europie – Groclin. Warto dodać, że umowy te dotyczą m.in. samochodu marki VW Crafter, którego produkcja ma ruszyć w 2016 roku we wspomnianej wcześniej fabryce koło Wrześni.

Produkcja w polskich fabrykach motoryzacyjnych w znacznym stopniu zależy od popytu na zagranicznych rynkach. Nie powinniśmy jednak mieć powodów do szczególnych obaw odnośnie wpływu na polska gospodarkę, gdyż w całej produkcji sprzedanej polskiego przemysłu sektor ten stanowi 10 proc. To mało, gdy weźmiemy pod uwagę, że na Słowacji jest to aż 30 proc. Bank of America oszacował natomiast, że wpływ afery VW na polski wzrost gospodarczy może być mniejszy niż 0,5 pkt. proc.

Niemniej jednak to, jak mocno skutki afery odczują polskie firmy i Polska gospodarka przede wszystkim zależy od sprzedaży pojazdów VW w najbliższym czasie. Zszarganą reputację niemieckiemu koncernowi będzie bardzo trudno odbudować. Nie zapominajmy jednak, że mamy do czynienia ze światowym gigantem, a tacy nierzadko podnosili się po skandalach o podobnej skali. Nie można też wykluczyć scenariusza, w którym VW znajdzie kompromis z poszczególnymi rządami i skończy się na znacznie mniejszych karach finansowych niż te, o których mówi się obecnie.

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Polscy producenci gier komputerowych cieszą się coraz większą popularnością zarówno wśród graczy, jak i inwestorów giełdowych. Poszczególne produkcje osiągają coraz większe sukcesy na arenie międzynarodowej, a na akcjach kilku spółek z tego sektora w ostatnim czasie można było całkiem nieźle zarobić. I nie chodzi tu tylko o CD Projekt –producenta kultowego już „Wiedźmina”. Dodatkowo część deweloperów gier komputerowych notowanych na NewConnect planuje przenieść się na główny parkiet GPW. Czy inwestorzy giełdowi mają jeszcze czego szukać wśród spółek z tej branży, czy może ich najlepszy czas już bezpowrotnie minął?

Polscy producenci gier komputerowych poczynają sobie coraz śmielej i to nie tylko na naszym rodzimym podwórku, ale również na arenie międzynarodowej. Według szacunków firmy analitycznej Newzoo w 2014 roku przychody tej branży w Polsce wyniosły 389 mln dolarów. Co prawda jest to bardzo mało w porównaniu do przychodów liderujących w rankingu Stanów Zjednoczonych wynoszących 21 mld dolarów. Jednak jeśli chodzi o Europę Środkowo-Wschodnią, to Polska jest tutaj prawdziwą potęgą. Niestety póki co najbardziej znanym polskim producentem gier o zasięgu globalnym jest jedynie CD Projekt. Pozostałym producentom jeszcze daleko do tak dużej popularności po za granicami Polski.

Z pewnością nie jest to łatwy biznes. Po pierwsze występuje kłopot z pracownikami – nie ma ich dużo, a ci najzdolniejsi są mocno kuszeni przez duże podmioty zagraniczne. Po drugie wśród polskich producentów na próżno szukać takich, którzy mogą pochwalić się wieloma znanymi tytułami regularnie osiągającymi sukces jak na przykład kanadyjski EA Sports. W połączeniu z ogromną kapitałochłonnością projektów, a także dość częstymi przesunięciami premier nowych gier stwarza to zagrożenie dla tych mniejszych spółek z niedużym zapleczem finansowym. Warto jednak dodać, że problemy miały nawet duże globalne studia, czego przykładem jest chociażby LucasArts, który został zamknięty w 2013 roku. Aby osiągnąć sukces na rynku gier komputerowych i trafić w serca graczy nie zawsze potrzebny jest duży budżet, czasem wystarczy jakiś nowy, ciekawy pomysł.

Doskonałym przykładem może tu być polski deweloper gier 11 bit studios i jego „This War of Mine”. Niespodziewanie duży sukces gry zawdzięcza się przedstawieniu wojny z zupełnie innej strony niż w dotychczasowych produkcjach traktujących o tej tematyce. Koszty produkcji zwróciły się już po dwóch dniach od wydania, a kurs notowanej na NewConnect spółki w ciągu zaledwie miesiąca wzrósł niemal 8-krotnie. Co ważne, cena ustabilizowała się na poziomach ponad 6-krotnie wyższych od tych sprzed premiery gry. Produkcja zaowocowała zwiększeniem zaplecza finansowego, co może przynieść kolejne udane projekty dewelopera. Jednak póki co dobra passa hitowej gry może być kontynuowana, gdyż pod koniec stycznia doczeka się ona wersji na konsole. Warto dodać, że 11 bit studios jeszcze w 2015 roku chce wejść na rynek główny GPW. Spółka nie planuje jednak emisji nowych akcji, gdyż, jak zapewnia sam prezes, obecny budżet w pełni zaspokaja potrzeby związane z rozwojem studia.

Przenosiny z NewConnect na rynek główny GPW przegłosowali w sierpniu akcjonariusze innego dewelopera – Vivid Games zajmującego się produkcją gier na smartfony i przenośne konsole. Najbardziej znanym dziełem studia jest „Real Boxing” wydany w 2012 roku. W grudniu natomiast zadebiutować ma jej druga część. Gra „Real Boxing 2” udostępniona ma być w modelu Free2Play, który polega na tym, że użytkownicy nie płacą za samą grę, a jedynie za dodatki i rozszerzenia. Deweloper zarabia dodatkowo na reklamach wyświetlanych w czasie gry. Model ten sprawdził się w przypadku pierwszej części, która w tym roku, pomimo dość długiej jak na ten biznes obecności na rynku, przyniosła spółce duże przychody przez co spółka odnotowała dobre wyniki finansowe za pierwsze półrocze. Sam Vivid Games liczy, że po premierze „Real Boxing 2” wzrost przychodów będzie jeszcze większy.

Do dużego uderzenia w przyszłym roku szykuje się deweloper znany z głównego parkietu GPW – CI Games. Akcje spółki od początku roku podrożały o ponad 130 procent, choć wzrost ten w pewnym stopniu można powiązać z ogólną poprawą sentymentu do sektora spowodowaną sukcesem jaki osiągnęła trzecia część „Wiedźmina”. Prawdziwym testem dla spółki będzie jednak przyszły rok, kiedy na rynek trafi „Sniper: Ghost Warrior 3”. Na dotychczasowych prezentacjach gra zbierała pozytywne opinie, ale warto mieć na uwadze, że każde negatywne zaskoczenie graczy po premierze skutkować może przeceną walorów. Ewentualne przesunięcia terminu wydania gry, z jakimi mieliśmy do czynienia chociażby w przypadku poprzedniej części „Snipera”, mimo że w tej branży zdarzają się dość często i mogą świadczą o tym, że studio nie chce wypuszczać produkcji pełnej błędów czy niedociągnięć i woli je jeszcze dopracować, również mogą skutkować korektą notowań. Czasem jednak taka sytuacja może okazać się okazją do kupienia przecenionych akcji, które w przypadku sukcesu po premierze gry mogą poszybować w górą, jak miało to miejsce w przypadku CD Projektu.

Na przełomie 2014 i 2015 roku inwestorzy mogli zarobić na walorach innych dwóch deweloperów gier, których akcje notowane są na NewConnect – The Farm 51 Group, a także Bloober Team. W ciągu najbliższych miesięcy notowania obu spółek również mogą pozytywnie zaskoczyć. The Farm 51 Groupchce zaskoczyć innowacyjnością. „Get Even” produkcja planowana na 2016 rok ma osiągnąć sukces dzięki technologii Reality 51, polegającej na tym, że grafika gry opierać się ma na skanach 3D prawdziwych miejsc i postaci. Natomiast jeśli chodzi oBloober Team, spółka pokazała dobre wyniki za drugi kwartał, ale jeszcze lepszy ma być trzeci kwartał, który będzie zawierał sprzedaż kilku ważnych produkcji studia, których premiery miały miejsce w ostatnich trzech miesiącach.

Na sam koniec lider wśród polskich producentów gier komputerowych – CD Projekt. Deweloper wydając w maju trzecią część „Wiedźmina” osiągnął duży sukces, chociaż trochę rozczarował ilością sprzedanych kopii. Mimo to trzyletnie nakłady na produkcję gry zwróciły się już w dniu premiery. Wpływ na ten wynik miały ogromne oczekiwania wobec zakończenia trylogii (które zostały całkowicie zaspokojone), ale również sukces poprzednich dwóch części przygód Geralta z Rivii, dzięki którym o CD Projekt RED Studio zrobiło się głośno na całym świecie. Powstaje jednak pytanie – co dalej? CD Projekt stoi teraz przed trudnym wyzwaniem – czy jest w stanie zaskoczyć czymś nowym, czymś, co odniesie sukces na podobną skalę jak „Wiedźmin”? Tą nowością ma być gra pod tytułem „Cyberpunk 2077”, o której sam prezes CD Projektu twierdzi, że ma nawet większy potencjał niż trzecia część „Wiedźmina”. Wygląda jednak na to, że na potwierdzenie tej tezy będzie trzeba jeszcze poczekać, bowiem premiera „Cyberpunka” ma nastąpić nie szybciej niż w 2017 roku, a do tego czasu studio nie zamierza wypowiadać się na jego temat. Czas ten ma być zarezerwowany tylko i wyłącznie dla „Wiedźmina 3” i jego dalszych usprawnień i rozszerzeń. Bądź co bądź wysoki budżet projektowy może w przyszłości przyczynić się do kolejnych sukcesów CD Projektu. Należy jednak pamiętać, że kurs akcji odzwierciedla już dobre wyniki spółki w przyszłości, więc jeśli nowy projekt się nie powiedzie należy być przygotowanym na przecenę walorów dewelopera.

Jak widać pomysłów i planów na przyszłość polskim deweloperom gier póki co nie brakuje. Trzeba również przyznać, że polska branża producentów gier poczyna sobie coraz śmielej, jednak do światowych potentatów wciąż nam daleko, a tak naprawdę jeden prawdziwy światowy hit to wciąż za mało by liczyć się na tym bardzo konkurencyjnym rynku. Kto wie być może innowacyjność, na którą stawiają kolejne polskie studia okaże się kluczem do sukcesu? Spoglądając na notowania spółek deweloperów gier inwestorzy mają względem nich duże oczekiwania. Czy zostaną one spełnione? Czas pokaże.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

 

 

Kampania wyborcza przed październikowymi wyborami parlamentarnymi powoli przyspiesza. Poszczególne partie polityczne i ich przedstawiciele prezentują kolejne propozycje i pomysły, które chcą zrealizować w najbliższych latach. Dodatkowo w miniony weekend część z nich podczas swoich konwencji programowych przedstawiły szereg kolejnych propozycji i obietnic. Czy pomysły proponowane przez polityków rzeczywiście są możliwe do zrealizowania, czy może są to jedynie obietnice mające na celu zjednanie sobie przychylność wyborców? Jakie skutki będzie za sobą niosło ewentualne wprowadzenie tych propozycji w życie?

Najważniejsze propozycje obecnie rządzącej partii – Platformy Obywatelskiej zakładają przede wszystkim uproszczenie systemu podatkowego. Zamiast oddzielnych składek na ZUS i NFZ mają być one włączone w zmieniony jednolity podatek PIT. Jego wysokość ma wynosić w zależności od dochodów od 10 do 39,5 proc. W zamian koncepcja PO zakłada zniesienie wszelkich ulg w podatku dochodowym od osób fizycznych, a także zlikwidowanie kwoty wolnej od podatku. Pomysły te niewątpliwie uprościłyby administrację oraz ograniczyły koszty poboru podatków, a 10-procentowy podatek dla najuboższych mógłby zachęcić część osób do wyjścia z szarej strefy. Koszt takiego rozwiązania Platforma szacuje na 10 mld złotych. Kategorycznie nie zgadzają się z tym ekonomiści zaznaczając, że całkowitego kosztu przesunięcia składek na ZUS i NFZ do budżetu nie da się pokryć jedynie wzrostem wpływów ze zmienionego podatku PIT, ponieważ potrzeba na to w sumie około 200 mld złotych rocznie. Wprowadzenie ewentualnych zmian w systemie podatkowym miałoby nastąpić dopiero w 2018 roku. To dość odległa perspektywa. Ekonomiści zwracają uwagę, że dopóki nie będą znane konkretne stawki podatkowe i progi dochodowe trudno będzie dokładnie oszacować koszty i korzyści w odniesieniu do poszczególnych grup podatników. Mimo wszystko z tego co przedstawiła Platforma wynika, że najbardziej skorzystać powinni na tym najbiedniejsi, a stracić najbogatsi.

Według koncepcji PO przedstawionej w miniony weekend uproszczeniu ma również ulec rynek pracy. Wprowadzony ma zostać jednolity kontrakt, który zastąpi wszystkie formy zatrudnienia. Dzięki temu zabiegowi różnice pomiędzy warunkami poszczególnych umów i kontraktów mają się zmniejszyć. Ekonomiści zaznaczają, że w tym wypadku potrzebna jest jednak pewna elastyczność, a nie biurokratyczne pozbywanie się poszczególnych form umów czy kontraktów, ponieważ w pewnych sytuacjach mogą być one lepszym rozwiązaniem dla pracownika niż umowa o pracę.

Propozycje liderującego w przedwyborczych sondażach Prawa i Sprawiedliwości przedstawione w miniony weekend ekonomiści oceniają jako „mniej groźne” niż te sprzed paru miesięcy. Jednak mimo wszystko są one dość kosztowne dla budżetu państwa.

Część propozycji PiSu, podobnie jak w przypadku PO, również dotyczy systemu podatkowego. Beata Szydło – kandydatka PiS na premiera zapowiedziała to, o czym mówiło się już od dłuższego czasu – wprowadzenie podatku bankowego oraz podatku dla sieci wielkopowierzchniowych. W przypadku tego pierwszego przedstawiciele partii mówią, że rozważane są jego dwa warianty. Według pierwszego podatek naliczany byłby od sumy aktywów posiadanych przez instytucje finansowe. Najgłośniej mówi się o wysokości 0,39 proc. od aktywów, co dałoby rocznie około 5 mld złotych wpływów do Skarbu Państwa, ale stanowiłoby tym samym dość duże obciążenie sektora bankowego, który musiałby liczyć się z dość dużymi stratami. Drugi wariant zakłada nałożenie na wszystkie transakcje instrumentami finansowymi dokonywane przez instytucje finansowe podatku w wysokości 0,14 proc. oraz 0,07 proc. jeśli chodzi o obrót instrumentami pochodnymi. W tym przypadku wstępnie szacuje się, że Skarb Państwa mógłby pozyskać około 1,7 mld złotych. PiS zaznacza, że decyzja który z wyżej wymienionych wariantów podatku bankowego miałby zostać wprowadzony jeszcze nie zapadła.

Innym rozwiązaniem, które dodatkowo zasiliłoby budżet państwa miałoby być uszczelnienie systemu poboru VAT. Potencjalne wpływy z wyżej wymienionych projektów ekonomiści szacują na maksymalnie 20 mld złotych, natomiast przedstawiciele PiSu nawet na 50 mld złotych. Jak widać rozstrzał jest dość duży, ale tak naprawdę wiele zależy od jakości ściągalności podatku VAT, co jest dość trudne do oszacowania.

Pomysły PiSu nie ograniczają się jednak jedynie do generowania wpływów do budżetu. Partia proponuje między innymi comiesięczny zasiłek w wysokości 500 zł na drugie i każde następne dziecko w rodzinie, a dla tych najbiedniejszych rodzin nawet na pierwsze dziecko. Koszt tylko w 2016 roku szacuje się na około 19 mld złotych. Ze strony przedstawicieli PiSu padła również zapowiedź 15-procentowego podatku CIT dla małych firm. Zmniejszenie obciążeń podatkowych małych firm byłoby dla tego sektora pozytywnym bodźcem, co mogłoby poskutkować jego szybszym rozwojem. Innym pomysłem PiSu jest minimalna godzinowa stawka wynagrodzenia w wysokości 12 złotych brutto. Warto dodać, że z taki sam pomysł przedstawiła w sobotę premier Ewa Kopacz. Propozycja ta ma w społeczeństwie wielu zwolenników. Tym bardziej, że zarobkom Polaków jeszcze daleko do przeciętnych zarobków unijnych. Jednak z drugiej strony minimalna stawka godzinowa mogłaby poskutkować powiększeniem się szarej strefy bądź nawet wzrostem bezrobocia.

Zastanawiające jest to, że podczas sobotniej konwencji programowej PiSu zabrakło postulatów, które jeszcze przed wyborami prezydenckimi głosił Andrzej Duda – podniesienia kwoty wolnej od podatku do 8 tys. złotych, a także obniżenia wieku emerytalnego. Obie propozycje, jak wiadomo, byłyby bardzo kosztowne dla Skarbu Państwa. Były one również dość mocno krytykowane przez ekonomistów, przede wszystkim ze względu na to, że generowałyby one duże koszty dla państwa, ale również dlatego, że obniżenie wieku emerytalnego skutkowałoby obniżeniem wysokości przyszłych emerytur.

Polskie Stronnictwo Ludowe nie pozostaje w tyle i również posiada własne propozycje, które chciałoby wprowadzić w życie. Jest to między innymi pomysł dofinansowania inwestycji w rolnictwie. Kwota ta miałaby wynosić 150 mld złotych. Partia jednak nie podaje jak zamierza pozyskać tak pokaźną kwotę. A obciążenie nią Skarbu Państwa nie wydaje się być możliwe. Innym pomysłem jest stworzenie 500 tys. nowych miejsc pracy. Taka zapowiedź jest raczej ciężka do zrealizowania dla jakiejkolwiek partii politycznej, bowiem w rzeczywistości to nie one tworzą miejsca pracy. Mogą jedynie stworzyć dogodne warunki dla przedsiębiorstw, aby to one te miejsca pracy stworzyły. Wśród najważniejszych propozycji PSL pojawia się również pomysł minimalnej emerytury w wysokości 1200 złotych oraz minimalnej płacy w wysokości 1900 złotych. Ten pierwszy postulat również budzi zastrzeżenia dotyczące budżetu państwa, który zostałby tym rozwiązaniem znacząco obciążony.

Pomysły Zjednoczonej Lewicy, czyli komitetu koalicji wyborczej SLD, Twojego Ruchu, PPS, Unii Pracy i Zielonych są dość podobne do wyżej już wspomnianych propozycji pozostałych partii. Wśród tych najważniejszych pojawia się podwyższenie płacy minimalnej do 2500 złotych miesięcznie oraz obniżenie wieku emerytalnego. Liderzy połączonych sił lewicy proponują, aby kobiety miały prawo do przechodzenia na emeryturę po 35 latach pracy, natomiast mężczyźni po 40 przepracowanych latach. Takie rozwiązanie kwestii emerytur wydaje się być dość ciekawe, a podobne rozwiązanie istnieje obecnie w Niemczech. Choć jeśli miałoby to dotyczyć 40 lat składkowych (a o takich mowa), to propozycja ta mogłaby być niekorzystna dla młodych pracowników, którzy nierzadko pracują na podstawie tzw. umów śmieciowych. Przepracowane lata na podstawie takich umów nie byłyby wliczane. Warto dodać, że taki pomysł zaproponowała już jakiś czas temu koalicja PO-PSL. Do powyższych można dodać pomysł utworzenia 150 tys. nowych miejsc pracy oraz przywrócenie 40-procentowej stawki PIT dla najbogatszych. Podczas weekendowej konwencji Zjednoczona Lewica zapowiedziała również wprowadzenie podatku od transakcji finansowych (podobny pomysł posiada PiS). Propozycją, na której ucierpiałby Skarb Państwa jest obniżka podatku VAT do 21 proc., ponieważ wiązałoby się to z mniejszymi wpływami do budżetu.

Z kolei chyba najgłośniejszym pomysłem SLD w ostatnim czasie były poprawki nałożone na ustawę dotyczącą restrukturyzacji walutowych kredytów hipotecznych, czyli tzw. ustawę frankową. Projekt ustawy, który w pierwotnej wersji przygotowanej przez PO zakładał równy podział kosztów przewalutowania kredytów pomiędzy bank a klienta. Tymczasem na początku sierpnia SLD nałożyło na ustawę swoją poprawkę stanowiącą, że bank pokryje aż 90 proc. kosztów przewalutowania. Ostatecznie, jak wiadomo, pomysł ten nie został zrealizowany, ale warto dodać, że jeśli wszedłby on w życie, to sektor bankowy zostałby obciążony ogromnymi kosztami, co w skrajnym przypadku mogłoby grozić destabilizacją systemu.

Przedstawione wyżej propozycje stanowią te najważniejsze pomysły poszczególnych ugrupowań politycznych. Jak widać mają one zarówno swoje dobre jak i złe strony. Część z nich znacząco obciążyłaby budżet państwa, a część zwiększyłaby wpływy do Skarbu Państwa. W kilku przypadkach należy zadać pytanie, czy obietnice te znalazłyby pokrycie w budżecie. Część propozycji już na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz nierealna do wprowadzenia w życie i ewidentnie mają one na celu jedynie zjednanie sobie przychylności wyborców.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Poniedziałek był najgorszym od lat dniem dla giełdowych inwestorów. Indeks Shanghai Composite tąpnął o 8,5%, co było największym dziennym spadkiem tego indeksu od 2007 r. We wtorek dołożył jeszcze kolejne 7,5% spadku i w efekcie jest już na poziomie poniżej 3000 pkt. Po hossie, która wywindowała ceny akcje tak wysoko nie ma już śladu. Bessa w Chinach przełożyła się na bardzo słabą sesję także w Europie czy USA, gdzie spadki nie były aż tak spektakularne, ale jednak koniec końców indeksy traciły po 4-5%, a rynki wschodzące jeszcze mocniej. WIG, zaliczany do parkietów wschodzących, zniżkował o 5,7%. Towarzyszyła temu silna przecena na rynku surowców przemysłowych. Bloomberg Commodity spadł do poziomu najniższego od 10 lat, a cena ropy Brent zbliżyła się do 40 USD/brk.

Sytuacja poniedziałkowa może kojarzyć się z najgorszymi wspomnieniami z okresu kryzysu finansowego z 2008 r. lub późniejszego kryzysu zadłużenia państw Europy Południowej. Jest jednak pewna różnica – ciężko znaleźć tak bezpośrednią przyczynę lawinowych spadków na giełdach. Sytuacja w Chinach jest trudna już od miesięcy, a mimo to słabsze dane nie przeszkadzały w anormalnej hossie na tamtejszej giełdzie. Od czerwca jednak następuje tam realizacja zysków, a w ogóle sygnały o słabnącej chińskiej gospodarce docierają od dawna. Falę spadkową wywołał najsłabszy odczyt indeksu PMI dla chińskiego przemysłu od 77 miesięcy, ale można go uznać za jedynie punkt kulminacyjny całej serii danych poniżej oczekiwań (produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej czy bilansu handlu zagranicznego) Każą one w wątpliwość poddawać oficjalne dane o PKB publikowane przez chiński urząd statystyczny. Po piątkowej publikacji indeksu PMI inwestorzy z pewnością spodziewali się, że chińskie władze zareagują działaniami już w weekend. Tymczasem takowych nie było i możliwe, że stąd reakcja była tak silna.

Jednak już we wtorek Ludowy Bank Chin obciął stopy procentowe o 25 punktów bazowych oraz obniżył o 50 punktów bazowych stopę rezerw obowiązkowych dla chińskich banków. Jest to już piąta obniżka kosztu pieniądza w aktualnym cyklu, aczkolwiek póki co ich efekty były tylko doraźne. Taki mamy też i teraz, ale na mocno przecenione indeksy to jak na razie wystarcza. Jednak wcale nie jest powiedziane, że to koniec działań Chin. Dalsza dewaluacja juana mogłaby być kosztowna, ale w grę wchodzić może jakiś większy pakiet fiskalny. Słabsza koniunktura w Chinach ma też swoje pozytywne oblicze w niższych cenach surowców, co dla gospodarek takich jak polska czy niemiecka jest zjawiskiem korzystnym (importerzy netto ropy czy gazu). Jest jeszcze kwestia tego, co zrobi FOMC na wrześniowym posiedzeniu – biorąc pod uwagę aktualny wzrost awersji do ryzyka i ostatni protokół ze spotkania FOMC (gołębi wydźwięk) należy się spodziewać prowadzenia dalej akomodacyjnej polityki pieniężnej i odraczania podwyżek stóp co najmniej do grudnia.

Nie ma na ten moment tak dużego zagrożenia jak w 2008 r. (Lehman Brothers i rynek nieruchomości w USA) czy w 2010 r. (początek kryzysu zadłużenia w krajach Europy Południowej). Wyceny spółek przez mocny spadek stały się atrakcyjniejsze, a w USA podwyżka stóp prawie na pewno będzie odroczona co najmniej do grudnia. Zatem w najbliższym okresie warto patrzeć na sytuację na giełdach przez pryzmat okazji inwestycyjnych w długim horyzoncie czasowym, a nie przez pryzmat strachu.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Przeprowadzając największą w ostatnich latach dewaluację juana Chiny zaskoczyły w tym tygodniu globalne rynki finansowe. Jest to największe osłabienie renminbi od 20 lat. Przedstawiciele Ludowego Banku Chin tłumaczą, że jest to efekt przyjęcia nowego sposobu ustalania kursu. Część obserwatorów uważa jednak zupełnie inaczej.

Kurs juana nasztywno powiązany z amerykańskim dolarem sterowany jest przez Ludowy Bank Chin, który codziennie ogłasza kurs referencyjny, a dopuszczalne pasmo wahań notowań wynosi plus/minus 2 punkty procentowe. Jednak nieoczekiwana decyzja Banku zaskoczyła inwestorów na całym świecie. Zaczęło się we wtorek, kiedy chiński bank centralny niespodziewanie obniżył kurs juana o 1,9 proc. W konsekwencji jeden dolar warty był 6,2298 juanów (dzień wcześniej kurs wynosił 6,1162). Mimo że wg zapowiedzi miała to być jednorazowa interwencja, to w kolejnych dniach Ludowy Bank Chin ponownie interweniował obniżając kurs renminbi. Wywołało to niemałe poruszenie na globalnych rynkach, bowiem inwestorzy obawiają się, że działania banku mogą mieć poważne konsekwencje dla globalnej gospodarki.

Przede wszystkim, osłabianie juana ma pozytywny wpływ na chiński eksport. Dzięki obniżeniu cen towarów z Państwa Środka staje się on bardziej konkurencyjny względem innych azjatyckich producentów. Jednak na tym nie koniec. Niższe ceny towarów wyrażonych w dolarze mogą mieć wpływ na spadek oczekiwań inflacyjnych w Stanach Zjednoczonych, które najwięcej towarów importują właśnie z Chin. Taki bieg wydarzeń może mieć wpływ na decyzję Fedu dotyczącą podwyżek stóp procentowych, a dokładniej, może to skutkować opóźnieniem terminu rozpoczęcia zaciskania polityki monetarnej.

Słaby juan może z kolei odbić się negatywnie na chińskim imporcie. Dla światowej gospodarki szczególnie ważny jest tu import surowców, których Chiny sprowadzają bardzo duże ilości. Stąd też negatywna reakcja na rynkach towarowych. Spadki dotknęły notowania takich surowców jak miedź, czy ropa naftowa, które, warto dodać i tak były już bardzo nisko wyceniane. Miedź i ropa WTI są w tym momencie najtańsze od 6 lat, a cena ropy Brent ponownie zeszła poniżej poziomu 50 dolarów za baryłkę. Jednak niektórzy eksperci widzą w tym również możliwość odwrotnej sytuacji. Bardziej opłacalny chiński eksport np. aluminium, czy stali może przełożyć się na zwiększenie importu surowców potrzebnych do ich wytworzenia, co w długim terminie skutkować będzie wzrostem ich notowań.

Dewaluacja juana może być jednak kolejnym zabiegiem Chin mającym na celu pobudzenie do wzrostu krajowej gospodarki, która ewidentnie zwalnia. Zwiększenie konkurencyjności chińskich towarów przełożyć się może na większy wzrost PKB. Do tej pory mówiło się, że Chiny mogą mieć problem z osiągnięciem zakładanego na ten rok 7 proc. tempa wzrostu. Do myślenia daje tu okres, w którym Ludowy Bank Chin zdecydował się na tak zaskakujący krok. W ostatnich dniach z gospodarki Państwa Środka dostaliśmy szereg negatywnych danych makroekonomicznych. Opublikowane podczas ostatniego weekendu słabe dane dotyczące dynamiki eksportu i importu oraz bilansu handlu zagranicznego, czy też słabsze od oczekiwań produkcja przemysłowa i sprzedaż detaliczna za lipiec.

Konsekwencją nieoczekiwanej decyzji Pekinu pierwotnie były spadki na wielu rynkach finansowych. Inwestorzy obawiają się, że działania Chin mogą przyczynić się do osłabienia globalnego wzrostu gospodarczego. Jednak już w czwartek giełdy odreagowały i zaczęły nadrabiać spadki z poprzednich sesji. Stało się to za sprawą specjalnej konferencji prasowej, która miała miejsce w nocy ze środy na czwartek. Podczas jej trwania przedstawiciele Ludowego Banku Chin zapowiedzieli, że nie widzą potrzeby dalszego osłabiania juana, a bank będzie reagować jedynie wtedy, gdy zmienność na rynku będzie zbyt duża. Powtórzyli również to, o czym bank informował już od wtorku, czyli od razu po pierwszej interwencji. A mianowicie, że działania te nie mają na celu zwiększenia konkurencyjności chińskiego eksportu, a jest to jedynie konsekwencja nowego systemu ustalania kursu renminbi. Od wtorku dodatkowo uwzględniany jest poziom zamknięcia z poprzedniej sesji. Taki sposób ustalania kursu referencyjnego zwiększa udział czystych sił rynkowych, przez co nieco bardziej odzwierciedla on grę popytu i podaży. Dzięki takiemu zabiegowi kurs juana będzie bardziej elastyczny i płynny niż dotychczas.

Część obserwatorów w interwencjach banku centralnego Chin widzi nic innego jak tylko rozpoczęcie tzw. wojny walutowej, co może być bardzo groźne dla światowej gospodarki. Niemniej jednak warto dodać, że Chiny już od dłuższego czasu chcą, aby renminbi stał się tzw. walutą rezerwową obok dolara, euro, funta i jena. Byłoby to niewątpliwie duże uznanie dla Pekinu. Warto dodać, że nowy sposób ustalania kursu juana spotkał się już z pochwałą ze strony Międzynarodowego Funduszu Walutowego, do którego w dużej mierze należy decyzja. Oficjalne uznanie juana za walutę rezerwową warunkowane jest m.in. zwiększeniem jego płynności, co Ludowy Bank Chin właśnie uczynił w tym tygodniu.

autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Spór między Islamską Republiką Iranu a krajami Zachodu trwający 12 lat nareszcie dobiega końca. Niemal 2 lata negocjacji zwieńczone zostały zawarciem porozumienia. Wyjście Iranu z izolacji niewątpliwie będzie miało wpływ na światową gospodarkę, ale również otworzy nowe możliwości przed Zachodem, a w tym również przed Polską.

Sankcje nałożone na Iran są wynikiem podejrzeń państw Zachodu, które twierdziły, że Teheran prowadzi prace zmierzające do budowy broni jądrowej. Najostrzejsze, a zarazem najbardziej dotkliwe dla Iranu zostały nałożone w 2012 roku. Były one wymierzone w eksport irańskiej ropy naftowej. Konsekwencją izolacji na arenie międzynarodowej była stagflacja oraz kryzys gospodarczy kraju znad Zatoki Perskiej. Umowa między Iranem a sześcioma mocarstwami (USA, Wielka Brytania, Francja, Rosja, Chiny i Niemcy) zakłada, że sankcje te będą stopniowo znoszone. W zamian Teheran wyraził zgodę na długoterminową obecność inspektorów Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, co ma spowodować ograniczenie irańskiego programu nuklearnego i zagwarantować, że będzie on miał charakter cywilny.

Przedstawiciele irańskich władz nie ukrywają, że po zniesieniu sankcji będą dążyć do zwiększenia produkcji i eksportu ropy naftowej. Tym samym Iran będzie mógł ponownie stać się drugim po Arabii Saudyjskiej największym producentem ropy naftowej w OPEC. Przed zaostrzeniem sankcji Iran mógł produkować nawet 4 mln baryłek dziennie, z czego ponad połowa była eksportowana. Obecnie liczba ta wynosi niecałe 3 mln, z czego na eksport przeznaczane jest ok. 1,5 mln baryłek dziennie.  Warto zaznaczyć, że Iran posiada trzecie co do wielkości złoża ropy naftowej na świecie, a także drugie co do wielkości złoża gazu ziemnego. Zwiększenie wydobycia ropy przez Iran oczywiście będzie tworzyć dużą presję na ceny ropy naftowej, która i tak już jest ogromna. Z jednej strony Stany Zjednoczone produkują największe ilości czarnego złota od kilkudziesięciu lat, z drugiej kraje zrzeszone w OPEC (szczególnie Arabia Saudyjska) również produkują ogromne ilości ropy, największe od kilku lat, nie chcąc oddać Amerykanom swojego udziału w rynku. Efektem tych działań jest globalna nadpodaż surowca i spadające ceny na giełdach towarowych. Mimo że Iran należy do kartelu OPEC, to Arabia Saudyjska na pewno nie odda swojego udziału w rynku na rzecz Persów, bowiem oba te kraje konkurują ze sobą zarówno politycznie jak i ekonomicznie. Oczywistym jest, że Iran nie zdoła zwiększyć produkcji z dnia na dzień, tym bardziej, że duża część dawniej funkcjonujących rafinerii została wygaszona. Szacuje się, że odbudowa wydobycia surowca na pełną skalę może potrwać nawet rok, a niektóre źródła mówią wręcz o kilku latach. Wpływ Iranu na światową podaż ropy naftowej może być jednak szybszy ze względu na posiadane przez Irańczyków dość duże zapasy tego surowca, które szacuje się na 40-50 mln baryłek. Mogą one trafić na rynek niemal od razu po zniesieniu sankcji. Niższe ceny ropy uderzą bezpośrednio w rosyjską gospodarkę i rubla. Jak wiadomo eksport surowców jest dla niej głównym źródłem dochodu. Podobnie odczuje to Norwegia i tamtejsza korona, której gospodarka w dużej mierze opiera się właśnie na wydobyciu i eksporcie ropy naftowej. Tym bardziej, że Iran chce odzyskać utracony udział na rynku europejskim, który posiadał jeszcze przed nałożeniem sankcji, czyli ok. 40 proc. W szybkim powrocie Iranu na międzynarodowy rynek ropy dzięki współpracy i udostępnieniu najnowszych technologii pomóc mogą zachodnie koncerny, w tym również te z Polski jak np. PKN Orlen, czy też PGNiG.

Jednak nie tylko w irańskim przemyśle naftowym jest szansa na biznes. W efekcie sankcji i międzynarodowej izolacji Iran w wielu sektorach jest niedoinwestowany oraz zacofany technologicznie. Dzięki zniesieniu sankcji gospodarka Iranu będzie mogła stanąć na nogi i nadrobić zaległości. A do nadrabiania jest bardzo dużo m.in. w przestarzałym sektorze rolniczym oraz lotniczym, ale również we wspomnianym sektorze wydobywczym, który oparty jest na przestarzałej technologii.

Przed europejskimi koncernami otwiera się liczący niemal 80 mln konsumentów rynek. Wykorzystać to mogą, a nawet powinny, Polska i nasze rodzime firmy. Nasz kraj niegdyś był ważnym partnerem Iranu. Z czasem jednak współpraca osłabła. W ostatnich latachwymiana handlowa między Iranem a Polską miała ujemną dynamikę. Jednak teraz jest szansa, aby to zmienić. Ogromne szanse leżą przed polskim przemysłem ciężkim. Irański sektor rolniczy jest mocno niedoinwestowany, w związku z czym duże powodzenie mogłyby odnieść polskie ciągniki oraz nowoczesne maszyny rolnicze. Szanse na dużą sprzedaż będą miały również polskie firmy produkujące pociągi, tramwaje, wagony oraz pojazdy do metra. Już w zeszłym roku podczas wizyty w Polsce irański minister Mohammad Reza Mematzadeh zwracał uwagę na to, że jego kraj zainteresowany jest właśnie tymi dobrami. Do tej pory polski eksport do Iranu stanowił przede wszystkim sprzęt AGD oraz ciągniki, zatem nic nie stoi na przeszkodzie, aby po zniesieniu sankcji polscy producenci pralek, zmywarek, czy chłodziarko-zamrażarek zwiększyli swoje zaangażowanie na rynku znad Zatoki Perskiej.

Warto zaznaczyć, że Iran importuje aż 85 proc. żywności. To kolejne pole do działania dla polskich przedsiębiorców, a przede wszystkim tych, którzy produkują nabiał, drób oraz mięso wołowe. Na szansę polskiego sektora rolno-żywnościowego na irańskim rynku po zawarciu porozumienia słusznie zwracał uwagę minister gospodarki Janusz Piechociński. Do Iranu już teraz eksportowane są polskie słodycze i napoje.

Polscy przedsiębiorcy, jeśli chcą zawojować irański rynek, nie powinni zwlekać, bowiem wiele zagranicznych koncernów już od dłuższego czasu przygotowywało się na ewentualność zniesienia sankcji, w związku z czym trzymały rękę na pulsie i prowadziły wstępne rozmowy z Persami. Podobną drogą podążają już niektóre polskie firmy. Przedstawiciele PGNiG oraz PKN Orlen odbyli spotkania w sprawie inwestycji w irańskie złoża, Newag – producent taboru kolejowego, od dłuższego czasu prowadzi rozmowy z irańskimi partnerami. Do nawiązania kontaktów szykuje się również Mlekovita. Szansa jest bardzo duża, jednak wszystko zależy od tego jak Polska i polscy producenci będą postrzegani przez Persów. Niezbędna jest promocja polskich marek i towarów. Pomóc temu ma rządowy program Go Iran mający na celu promocję skierowaną właśnie na ten kraj.

Niewątpliwie powrót Iranu na sceną międzynarodową będzie miał duży wpływ nie tylko na rynek surowców (szczególnie w dłuższym terminie, choć inwestorzy już dyskontują jeszcze większą podaż ropy), ale może również pomóc rozwinąć skrzydła wielu zagranicznym przedsiębiorcom. Zdejmowanie sankcji ma rozpocząć się w 2016 roku, umowa przewiduje jednak, że jeśli w ciągu 65 dni od ich złagodzenia pojawią się jakiekolwiek niejasne działania Iranu, to sankcje te mogą zostać przywrócone. Do tego czasu Polska nie może zostawać w tyle i powinna na równi z Zachodem walczyć o udział w perspektywicznym irańskim rynku.

 Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W ostatnich dniach jesteśmy świadkami największych spadków cen ropy na światowych rynkach od kwietnia bieżącego roku, kiedy to ceny były najniższe od 6 lat. Po względnie stabilnym maju i pierwszej połowie czerwca ceny ropy West Texas Intermediate (WTI) w dostawach na sierpień notowanej na giełdzie paliw NYMEX w Nowym Jorku zeszły do poziomów z końcówki kwietnia. Podobne zachowanie widzimy na notowaniach ropy Brent w dostawach na sierpień na giełdzie paliw ICE Futures Europe w Londynie, która konsekwentnie tanieje i zbliża się do trzymiesięcznych minimów.

Ceny ropy znajdują się przede wszystkim pod presją globalnej nadpodaży. W ostatnim miesiącu wydobycie tego surowca przez kraje zrzeszone w OPEC, a szczególnie przez Irak i Arabię Saudyjską zwiększyło się do najwyższych poziomów od sierpnia 2012 roku. Organizacja kontrolująca około 40% światowej podaży czarnego złotazacięcie walczy o udział w rynku z konkurentami, dla których koszty wydobycia ropy są wyższe. Jednak ci drudzy również nie ustępują. Produkcja ropy naftowej w kwietniu w Stanach Zjednoczonych była najwyższa od 1971 roku. Co więcej, wg. danych firmy Baker Hughes Inc. liczba aktywnych szybów naftowych w USA w tym tygodniu wzrosła po raz pierwszy od 29 tygodni (z 628 do 640). Czyli podaż będzie jeszcze większa. Dodatkowo ostatnie informacje z Wiednia, gdzie w efekcie rozmów pomiędzy Iranem a światowymi mocarstwami sankcje gospodarcze nałożone na tych pierwszych mogą zostać złagodzone, bądź nawet zniesione,wskazują, że nadpodaż na rynku może się utrzymywać przez dłuższy czas. Wynika to z faktu, iż Iran może obecnie eksportować jedynie 1 mln baryłek ropy dziennie, a w przypadku dojścia do porozumienia dotyczącego programu nuklearnego Teheranu ilość ta z pewnością uległaby zwiększeniu. Jeszcze w 2008 roku, przed zaostrzeniem sankcji, mógł on eksportować nawet 4 mln baryłek dziennie. Termin zakończenia owych rozmów został przełożony z 30 czerwca na 7 lipca, jednak strony są bliskie porozumienia. Kolejnym czynnikiem wpływającym na spadek cen ropy na światowych rynkach jest unikanie aktywów postrzeganych przez inwestorów jako ryzykowne w obliczu niepewnej sytuacji Grecji, a jakim z pewnością jest ropa. Umocnienie dolara w stosunku do euro w wyniku problemów Hellady również notowaniom ropy nie sprzyja. Wydobycie ropy zdecydowanie przewyższa zapotrzebowanie na nią. W środę Departament Energii Stanów Zjednoczonych (DOE) w swoim cotygodniowym komunikacie podał, że zapasy ropy naftowej w ubiegłym tygodniu wzrosły o 0,5% do 465,4 mln baryłek. Był to pierwszy wzrost od kwietnia. To kolejna informacja, która nie pomogła w tym tygodniucenom czarnego złota.

W piątek kursbaryłki ropy WTI w dostawie na sierpień testuje dolne ograniczenie dwumiesięcznej konsolidacji przy cenie około 56,50 USD. W Londynie baryłka ropy Brent w sierpniowej dostawie wyceniana jest na około 61,8 USD i utrzymuje się tuż nad trzymiesięcznym minimum. Biorąc pod uwagę stale rosnącą podaż ze strony Stanów Zjednoczonych oraz krajów zrzeszonych w OPEC i brak wzmożonego popytu, a także głosy dotyczące możliwego zniesienia sankcji na Iran i niepewność związaną z sytuacja Grecji, spodziewać się można dalszej nadpodaży tego surowca na rynku. W związku z tym ceny na giełdach towarowych dalej będą znajdować się pod presją. Zyskać na tym mogą spółki rafineryjne i transportowe notowane na GPW w Warszawie. Przez wzrost marży rafineryjnej lepsze wyniki będzie mógł osiągnąć PKN Orlen, który już jest rekordowo wyceniany, ale również chociażby Lotos. A na tanim paliwie z pewnością skorzysta giełdowy Rainbow Tours, chociaż czkawką tej spółce odbija się sytuacja w Grecji, a przynajmniej postrzeganie jej przez rynek jako źródła ryzyka.

 

Lukasz Rozbicki_1autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

21 maja 2015 roku odbyło się w Warszawie coroczne posiedzenie Rady Krajowej KIG, na którym oprócz przyjęcia sprawozdania z działalności KIG oraz ubiegłorocznego sprawozdania finansowego, przedsiębiorcy spotkali się z Wicepremierem i Ministrem Gospodarki – Januszem Piechocińskim. W części poświęconej wystąpieniom specjalnym, oprócz Minister Edyty Bielak, głównego Inspektora Ochrony Danych Osobowych oraz Wiceprezesa Agencji Rozwoju Przemysłu, Marka Szczepańskiego, Wiceprezes MM Prime TFI, Maciej Michalski zaprezentował przedsiębiorcom możliwości jakie dają nowatorskie sposoby zarządzania finansami firm.

Rynki finansowe i instytucje z nimi związane, rzadko są zainteresowane edukowaniem swoich klientów oraz odkrywaniem „kuchni” swojej działalności. Stąd widzimy duże możliwości edukowania polskich przedsiębiorców i wskazywania im odpowiednich i „szytych na miarę” rozwiązań i propozycji inwestycyjnych. Wierzę, że taka edukacja da przedsiębiorcom dużo wymiernych korzyści i pomoże rozumieć bardzo dynamicznie zmieniające się światowe rynki finansowe ” – powiedział Maciej Michalski, wiceprezes MM Prime TFI S.A.

Specjalnością MM Prime TFI jest tworzenie i zarządzanie funduszami inwestycyjnymi, przygotowywanie i zarządzanie procesami sukcesji majątkowej oraz opracowywanie strategii inwestycyjnych funduszy kapitałowych. MM Prime TFI zajmuje się tworzeniem funduszy zamkniętych dedykowanych zamożnym przedsiębiorcom oraz funduszy zamkniętych zarządzających gotówką.

„Wśród przedsiębiorców zrzeszonych w KIG widzę dużą potrzebę edukacji na temat zarządzania wolnymi środkami oraz inwestowania. Nasi członkowie są otwarci na poznawanie mechanizmów działania rynków finansowych czy zgłębiania wiedzy na temat instrumentów inwestycyjnych. Doceniają, jak ważny i dynamiczny to rynek. Jestem przekonana, że takie spotkania jak dzisiejsze, przyniosą już wkrótce wymierne efekty w postaci współpracy.” – powiedziała Agnieszka Durlik – Khouri , rzeczniczka Krajowej Izby Gospodarczej.

MM Prime TFI S.A. został założony w grudniu 2011 roku przez dwóch specjalistów z branży finansowej – Macieja Michalskiego (obecnie Wiceprezesa Zarządu) oraz Pawła Lacha (obecnie Wiceprzewodniczący Rady Nadzorczej). Ponadto Zarząd tworzą: Piotr Krysztofczyk (Prezes) i Monika Pogorzelska (Członek Zarządu). Kadra zarządzająca MM Prime TFI przez wiele lat była zaangażowana w budowę od podstaw wielu instytucji finansowych w Polsce. Posiada bogate doświadczenie w zarządzaniu funduszami w Polsce i za granicą min. w J.P Morgan czy Anima Asset Management.

źródło: MM Prime TFI

W tym tygodniu euro ponownie przeżywa ciężkie chwile. Z poziomów ponad 1,28 kurs eurodolara zjechał do okolic 1,26, w głównej mierze za sprawą spekulacji, że EBC mógłby jeszcze w grudniu rozpocząć skup obligacji komercyjnych. Dlatego mimo braku dużej ilości danych, wysoka zmienność gościła na rynku walutowym. Czwartek jednak jest dniem, w którym danych jest bardzo dużo. Azjatyckie indeksy PMI dla przemysłu (Chiny, Japonia) były nieco lepsze od oczekiwań, ale dla kursu EUR/USD najważniejsze odczyty to te z dwóch największych gospodarek strefy euro – Niemiec i Francji. O ile w tym przypadku z Niemiec mamy nieco gorszy (54,8 wobec 55 pkt oczekiwanych) indeks PMI dla sektora usług, to już w przemyśle powróciła koniunktura, a indeks PMI dla tego sektora odbił z 49,9 do aż 51,8 pkt. Tymczasem oczekiwano pogłębienia regresu do 49,5 pkt. Za to negatywnie zaskoczył francuski przemysł. Spodziewano się tylko delikatnego spadku z 48,8 do 48,5 pkt, tymczasem faktyczna wartość PMI to 47,3 pkt. O ile zatem w Niemczech możemy cały czas mieć nadzieję, że mamy do czynienia jedynie z krótkim spowolnieniem, tak Francja coraz bardziej pogrąża się w gospodarczej otchłani.

Tendencja na eurodolarze jest w krótkim terminie spadkowa, ale pierwsza reakcja na dane z Niemiec jest pozytywna i pokrywa spadki po francuskich odczytach. Jeśli uda się eurodolarowi na koniec dnia obronić poziom 1,26, byłby to jakiś argument za zatrzymaniem spadków kursu. Z kolei przebicie 1,26 otwiera drogę do testowania lokalnego minimum z 3 października na poziomie 1,25.

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI S.A.

 

 

Eksperci

Co czeka branżę Consumer Finance? Prognoza 2020

Początek nowej dekady będzie dla branży pożyczkowej pełen wyzwań. Katarzyna Jóźwik, Dyrektor General...

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

AKTUALNOŚCI

Prezydent RP Andrzej Duda oficjalnie otworzył Dom Polski zorganizowany przez PZU i Pekao

Prezydent Andrzej Duda otworzył dziś oficjalnie Dom Polski w Davos. PZU i Pekao już po raz drugi zor...

Miało być źle, będzie jeszcze gorzej – zmiany w rozliczeniach firm

Minimalna pensja jest jeszcze wyższa niż planowano w 2019 roku, dodatkowy roczny koszt poniesiony pr...

Gdzie spodziewać się cyberzagrożeń w 2020 roku?

Najnowszy „2020 Threat Report” ukazuje przewidywania dotyczące zagrożeń czekających w cyberprzestrze...

PIT-11: idą zmiany!

Do końca stycznia pracodawcy mają czas na dostarczenie w formie elektronicznej PIT-11 do urzędu skar...

Nowa Normalność – obowiązkowa lektura na Nowy Rok

"Konwergencja sił społeczno-demograficznych, technologicznych, gospodarczych i środowiskowych przeks...

Biodegradowalny plastik z fusów po kawie? Wymyśliła go polska firma

W obliczu zmian klimatycznych gospodarka obiegu zamkniętego stanowi jedno z największych wyzwań...

Mizerne zyski z lokat. Tylko 5 daje nadzieję na zarobek. Pokazujemy które i w jakich bankach.

Lokaty to obecnie licha tarcza przed inflacją. Prognozy sugerują, że tylko 5 bankowych depozytów daj...

Wydajemy coraz więcej, wymieniamy coraz częściej – Polacy i ich smartfony

Często posiadamy już więcej niż jednego smartfona, a w naszych szufladach leży nawet kilka urządzeń....

4 wyzwania, z którymi muszą się zmierzyć polskie MŚP w 2020 r.

Rok 2020 może przynieść wiele zmian dla polskiego sektora MŚP. Firmy powinny odpowiednio przygotować...

Ile zarabia senior na emeryturze? Podajemy konkretne kwoty. W Polsce na rynku pracy jest ponad mili

Ok. 1,37 mln Polaków w wieku emerytalnym jest aktywnych zawodowo – wynika z danych Głównego Urz...