wtorek, Listopad 12, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "długi"

długi

41% przedsiębiorców z sektora MŚP uważa, że to właśnie podmioty ze sfery publicznej są rzetelne – wynika z badania „Rzetelność branżowa” przeprowadzonego przez Keralla Research dla Rzetelnej Firmy, czyli programu działającego pod patronatem Krajowego Rejestru Długów. Polscy przedsiębiorcy zwracają także uwagę, że rzetelność ich kontrahentów zmienia się w czasie.

Rzetelny czyli jaki?

            Większość (91,3%) właścicieli polskich firm przyznaje, że rzetelny kontrahent to taki, który terminowo wywiązuje się ze swoich zobowiązań co więcej trzyma się ustaleń. Dla pozostałych badanych, rzetelny to ten, który w ogóle płaci, nawet, jeśli przekracza terminy płatności (3,3%) czy informuje o swoich problemach – nie unika kontaktu (2,7%).

Blisko co trzeci przedsiębiorca w odpowiedzi na pytanie, co trzeba zrobić, aby zasłużyć na miano rzetelnego, odpowiada „wystarczy płacić terminowo”. Takim sektorem gospodarczym w opinii właścicieli polskich firm są właśnie państwowe jednostki budżetowe – mówi Andrzej Kulik, ekspert Rzetelnej Firmy.

Fot. Pexels.com

W ocenie przedsiębiorców na miano rzetelnego kontrahenta zasługuje także ten, który nie unika kontaktu w razie trudności finansowych (25,3%), a także uprzedza o problemach (11,7%), jest lojalny wobec kontrahentów (6%) czy wywiązuje się z umowy (5,4%).

Rzetelność nie trwa wiecznie

Ponad siedmiu na dziesięciu przedsiębiorców uważa, że rzetelność kontrahenta zmienia się w czasie. Ponadto uważają, że kontrahent, który był dobrym płatnikiem, może przestać regulować zobowiązania przez to, że ktoś inny mu nie zapłacił.

Badania KRD pokazują, że ponad połowa (56,1 procent) przedsiębiorców przyznaje, że na ich zdolność do regulowania zobowiązań wpływa brak płatności. – przyznaje Andrzej Kulik.

Blisko połowa badanych mówi, że często na zmianę rzetelności danej firmy wpływa sam rynek a także zachowania innych. Kiedy właściciele firm zauważają, że inni kredytują swoją działalność ich kosztem – sami też zaczynają to robić. 46% przedsiębiorców uważa, że na zmianę postawy rzetelności wpływa sezonowość danej firmy, zmiany przepisów czy konkurencja.

Fot. Pixabay

Poznasz nierzetelnego po czynach jego

            Wiele firm (89%) uważa, że nierzetelny kontrahent jest trudny w kontaktach. Prawie jedna trzecia ankietowanych mówi, że nierzetelny kontrahent unika zobowiązań pisemnych. Zachowania, jakie według przedsiębiorców świadczą o tym, że kontrahent nie działa fair, to także niechęć do dostarczenia dokumentów finansowych (23,3%). Również są to zmiana ustaleń w trakcie kontraktu (22%) czy naleganie na zaliczkę przed rozpoczęciem współpracy (11%). Przedsiębiorcy uznają także, że nierzetelny płatnik to taki, który zalega z zapłatą należności od 15 do 30 dni (39%).

Co czwarty Polak jest w trudnej sytuacji finansowej, a co dziesiątemu nie wystarcza na bieżące potrzeby. Równocześnie ¼ z nas deklaruje, że dochody wystarczają na wszystko i nie musimy ograniczać wydatków. Krajowy Rejestr Długów już po raz drugi sprawdził, jak wyglądają portfele Polaków.

Choć znaczący odsetek osób żyje na skraju finansowych tarapatów, to większość z nas, bo aż 68%, pozytywnie ocenia swoją sytuację finansową, nawet mimo rosnących kosztów życia. Takie wieści płyną z pierwszej części raportu „Portfel statystycznego Polaka” Krajowego Rejestru Długów, przygotowanego na podstawie badania przeprowadzonego przez Kantar Millward Brown. Jest to już druga edycja badania. Pierwszą zrealizowano w 2015 r.

Liczba dłużników w bazie Krajowego Rejestru Długów w ciągu trzech ostatnich lat wzrosła o 19%, a od ostatniego roku o 5%. Postanowiliśmy skonfrontować to z opiniami Polaków na temat ich sytuacji finansowej. Po raz kolejny okazało się, że nie zawsze pozytywne opinie na ten temat przekładają się na zachowania Polaków i ich realne działania czy zachowania. Mówiąc w skrócie: Polacy na ogół oceniają swoją sytuację finansową dobrze, ale liczba dłużników, czyli tych, którym wiedzie się gorzej, rośnie – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Jak wyglądają dziś portfele Polaków?

Aż 30% Polaków przyznaje, że ich sytuacja finansowa w porównaniu do ubiegłego roku jest lepsza, podczas gdy tych, którym wiedzie się gorzej, jest o 10 pp. mniej. Na poprawę sytuacji finansowej największy wpływ miał wzrost dochodów gospodarstwa domowego (w aż 67% przypadków), a zdecydowanie rzadziej (27% wskazań) ograniczenie wydatków i możliwość zaoszczędzenia. Z kolei 15% Polaków przyznało, że ma więcej pieniędzy do dyspozycji, bo udało im się spłacić zaległe zobowiązania w postaci kredytów lub pożyczek. Równocześnie 9% ankietowanych poprawę sytuacji przypisuje Programowi 500+.

Z drugiej strony przyczyn pogorszenia się sytuacji Polacy upatrują we wzroście wydatków spowodowanych zwiększeniem się kosztów życia w kraju. Wskazało na to aż 61% Polaków, których sytuacja finansowa pogorszyła się. Z kolei, 22% przyznało, że ma gorszą sytuację finansową, bo ich dochody zmalały w porównaniu z ubiegłym rokiem.

Komu w Polsce żyje się lepiej?

W porównaniu do pierwszej edycji badania „Portfel statystycznego Polaka” z 7% do 25% wzrósł odsetek osób, które deklarują, że w ogóle nie muszą ograniczać swoich wydatków. To głównie osoby młode lub w średnim wieku o wyższym lub średnim wykształceniu, mieszkańcy wielkich miast, których dochody gospodarstwa domowego przekraczają 6 tys. zł.

To budujące, ale warto jednak zauważyć, że wysokie dochody nie zawsze świadczą o dobrej sytuacji finansowej. Także w grupie najlepiej zarabiających pojawiło się 7% deklaracji o poważnych trudnościach finansowych.

Podawane przez respondentów dochody to dochody gospodarstwa domowego. Być może to duże rodziny, w których taka kwota nie wystarcza na wszystkie potrzeby. Tym bardziej, że im więcej zarabiamy, tym więcej oczekujemy od życia: piękne mieszkanie, nowszy samochód, drogie ubrania itp. To wszystko kosztuje, a jak wskazują nasi respondenci: koszty życia w Polsce rosną. Z pewnością osoby, które mają duże dochody, ale deklarują, że „nie wystarcza im na bieżące potrzeby” albo „muszą ograniczać wydatki”, nie do końca przemyślały swoją strategię finansową, zaciągając zbyt wiele zobowiązań, na które zwyczajnie dziś nie mają odpowiednich zarobków. Dlatego zawsze powtarzamy, niezależnie od dochodów warto mieć finansowy bufor, aby nie popaść w tarapaty. Długi to nie tylko domena najgorzej zarabiających oraz żyjących na granicy ubóstwa, jak może się wydawać, ale w dużej mierze problem klasy średniej, której wiedzie się całkiem dobrze. Często to właśnie osoby zamożne, dobrze sytuowane, trafiają do rejestru dłużników przez brak roztropności, rozrzutność czy zwyczajne zapominalstwo – mówi Adam Łącki.

Kto wpada w finansowe tarapaty?

Mimo że udział Polaków, którzy są w trudnej sytuacji finansowej, dzisiaj, jak i przed trzema laty jest podobny, to znacząco wzrósł odsetek osób, które oceniają swoją sytuację finansową skrajnie źle. Obecnie aż 9% osób przyznało, że „nie wystarcza im nawet na bieżące potrzeby”, podczas gdy 3 lata temu było to 4% ankietowanych.

Zdecydowanie najgorzej jest wśród osób o najniższych dochodach (u zarabiających do 2 tys. zł netto takich wskazań było aż 24%) i w gronie osób z wykształceniem podstawowym (23%). Także sytuacja finansowa emerytów i rencistów jest trudna. 19% z nich przyznało, że nie wystarcza im na życie, a kolejne 30% musi bardzo ograniczać swoje wydatki.

Finansowi optymiści kontra realiści

Badanie Krajowego Rejestru Długów pokazało, że ci, którzy radzą sobie dobrze i pozytywnie oceniają swoją sytuację finansową, widzą swoją przyszłość w jasnych barwach. Co trzeci Polak spodziewa się wzrostu zarobków w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Co ciekawe, w porównaniu z I edycją badania „Portfel statystycznego Polaka” odsetek osób, które pozytywnie patrzą na wzrost zarobków, wzrósł z 12% w 2015 roku do 35% aktualnie.

Finansowymi optymistami częściej są mężczyźni (47% w stosunku do 27%) oraz osoby młode. Im młodsze, tym częściej spodziewają się wzrostu wynagrodzenia. Największe szanse na podwyżkę widzą najlepiej sytuowani (dochód gosp. domowego powyżej 6 000 złotych) – niemal połowa z nich spodziewa się wzrostu dochodów. Mniejsze szanse widzą zarabiający najmniej: do 2 000 złotych – 26% i do 3 000 złotych – 24%.

Równocześnie niemal połowa z nas liczy się z tym, że w nadchodzących miesiącach wyda więcej niż w latach poprzednich (47%). Większych wydatków, zarówno spowodowanych większymi potrzebami, jak i wzrostem cen, spodziewają się osoby od 25. do 34. roku życia (61%), oraz osoby z wykształceniem średnim (50%) i wyższym (49%). Z pewnością w dużej mierze ma to związek z rozpoczęciem życia na własny rachunek czy pojawieniem się dzieci. Zauważalna jest także tendencja, że im wyższe zarobki i większa miejscowość – tym odsetek spodziewających się większych wydatków jest większy. Podczas gdy na wsi osób, które przewidują, że wydadzą więcej, jest 43%, w miastach powyżej 499 tys. mieszkańców jest to już 55%. Z kolei jedynie 10% Polaków ma nadzieję, że wyda mniej w nadchodzącym roku.

Częściej planujemy oszczędności niż pożyczki, ale uważać trzeba

Polacy w jasnych barwach widzą swoją finansową przyszłość. Odpowiadając na pytanie o przewidywania odnośnie oszczędności, spłatę zadłużenia czy ewentualne długi i nowe zobowiązania finansowe, zdecydowanie częściej wskazują na pojawienie się oszczędności (42%) i spłatę zadłużenia (15%) niż pojawienie się nowego zadłużenia (13%) i zaciągnięcie kolejnych zobowiązań finansowych w postaci kredytu lub pożyczki (7%).

Mimo to, autorzy raportu zwracają uwagę na tę drugą grupę.

7% Polaków planuje w nadchodzących miesiącach zaciągnięcie kredytu lub pożyczki. To nic złego. Przy mądrym gospodarowaniu pieniędzmi rata kredytu czy pożyczki nie jest niczym złym. Pozwala na polepszenie standardu życia – zmianę mieszkania, bezpieczniejszy samochód czy chociażby pozyskanie finansowania na otwarcie działalności gospodarczej. Niepokojący jest jednak duży odsetek osób bezrobotnych, które planują zaciągnięcie nowych zobowiązań finansowych. Brak stałego zatrudnienia, a co za tym idzie zdolności kredytowej może świadczyć, że te osoby będą korzystać z chwilówek, nie do końca myśląc, czy stać ich będzie na spłatę. Takie działanie to krok od wpadnięcia w spiralę zadłużenia i trafienia do rejestru dłużników – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Według deklaracji Polaków w badaniu Kantar Millward Brown, Polacy po 60. roku życia najczęściej spodziewają się ewentualnego zadłużenia. W dużej mierze ma to związek z problemami wielu emerytów, by utrzymać się na wystarczającym poziomie przy niższej emeryturze, niż wcześniejszych zarobkach. Jednak także wśród trzydziesto- i czterdziestolatków zauważamy wyższy niż w ogóle populacji odsetek osób obawiających się zadłużenia. To właśnie osoby w tym wieku najczęściej trafiają do rejestru dłużników – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA.

Dane zawarte w informacji prasowej pochodzą z I części II edycji raportu „Portfel statystycznego Polaka” dotyczącego oceny sytuacji finansowej naszych rodaków. Raport został przygotowany na podstawie wyników badań przeprowadzonych przez Kantar Millward Brown na reprezentatywnej grupie Polaków. Prócz danych pochodzących z badania opinii znajdują się tutaj także twarde dane pochodzące z bazy Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA. Zapraszamy do pełnej wersji raportu, dostępnej na stronie: https://krd.pl/Centrum-prasowe/Raporty.

 

Źródło: Krajowy Rejestr Długów

Sejm skierował do dalszych prac w Komisji Finansów Publicznych prezydencką nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy i znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Oznacza to, że spłacający tzw. kredyty frankowe mogą zapomnieć o ustawie spreadowej i pełnym przewalutowaniu swoich zobowiązań na złotówki. Jednak mogą skutecznie bronić się przed wysokimi ratami i nadmiernym zadłużeniem. Podpowiadamy rozwiązania, które można zastosować.

Ustawa ma wejść w życie 1 stycznia 2018 roku, jeśli projekt prezydenta Andrzeja Dudy zostanie przyjęty przez posłów. Co to oznacza? Osoby mające kredyty mieszkaniowe otrzymają co miesiąc wsparcie w wysokości 1,5-2 tys. zł przez 3 lata. Nieoprocentowaną pomoc finansową będą mogli spłacać przez 12 lat, pod warunkiem, że koszt kredytu przekracza 50 proc. ich dochodów. Wielu kredytobiorców nie czekało jednak na prawne rozwiązania, obecnie sprowadzające się do rolowania zadłużenia, czyli de facto wydłużenia okresu spłaty (z np. 30 do 42 lat), i sami starają się o odzyskanie na drodze sądowej zawyżonych ich zdaniem rat lub o dokonanie całkowitego oddłużenia na drodze upadłości konsumenckiej. A sprawa jest niebagatelna, dotyczy 600 tys. umów i aż miliona osób, które spłacają kredyty frankowe.

  1. Negocjacje z bankiem

To najszybsza forma rozwiązania sporu i nie musi nic kosztować. Zaczynamy od złożenia reklamacji do banku, który udzielił kredytu frankowego. Można do tego zatrudnić prawnika lub zrobić to samemu. Jak radzi Rzecznik Praw Obywatelskich na swojej stronie internetowej, reklamacja nie musi być sformułowana prawniczym językiem. Możemy napisać ją tak, jakbyśmy reklamowali niedziałający komputer. W piśmie wymieniamy wszystkie niedozwolone klauzule, które znalazły się w naszej umowie z bankiem. Jeśli nie znasz klauzul abuzywnych – zajrzyj na stronę internetową Rzecznika Finansowego (www.rf.gov.pl). Znajdziesz tam szczegółowy raport na temat klauzul abuzywnych wraz z orzecznictwem na ten temat.

– Z mojego doświadczenia wynika, że aż 90 proc. umów na tzw. kredyty frankowe jest niezgodnych z prawem i zawiera niedozwolone klauzule – twierdzi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Najczęściej klienci skarżą się na umowne klauzule waloryzacyjne podwyższające saldo zadłużenia (nieuzasadniona waloryzacja kwoty kapitału), przeliczanie rat przy użyciu tabel kursów ustalanych jednostronnie przez banki, mało konkretne i niejasne klauzule dotyczące zmiany oprocentowania kredytów, nieprawidłowe stosowanie opłat związanych z ubezpieczeniem niskiego wkładu własnego (zabezpieczają wyłącznie interes banku). Kredytobiorcy żądają od banków zwrotu nadpłat, które ich zdaniem powstały wskutek stosowania przez instytucje finansowe niedozwolonych klauzul.

Dodatkowo założyciel strony Odfrankujkredyt.info zaleca, aby reklamację dotyczącą każdej klauzuli niedozwolonej składać osobno, a nie w jednym piśmie. Bank ma 30 dni na odpowiedź, więc jeśli nie zdąży zareagować na jedno z pism, oznacza to, że uznaje reklamację.

  1. Mediacje z Rzecznikiem Finansowym

Jeśli bank nie uznał reklamacji, kredytobiorca może zwrócić się o pomoc do Rzecznika Finansowego, który działa od 2015 roku i wspiera konsumentów w sporach z instytucjami finansowymi. Wystarczy złożyć do niego bezpłatny wniosek o postępowanie interwencyjne, dołączając kopię umowy z bankiem. Eksperci z biura rzecznika dokonają szczegółowej analizy umowy kredytowej i w formie pisemnej przedstawią argumenty za uznaniem niektórych postanowień umowy za niedozwolone. To może w sposób istotny ułatwić negocjacje z bankiem.

Rzecznik Finansowy może również wszcząć postępowanie polubowne, czyli mediacje z bankiem. Wniosek o takie postępowanie kosztuje 50 zł. To jedyne tego typu postępowanie, do którego instytucja finansowa musi przystąpić. Jeżeli to nie skutkuje i konieczna będzie sprawa sądową, można prosić Rzecznika Finansowego o wydanie tzw. istotnego poglądu w sprawie. To nic innego jak obszerna i wyczerpująca analiza wad prawnych umowy, która może być bardzo przydatna w sądzie. Dotyczy to zarówno pozwów indywidualnych, jak i zbiorowych.

  1. Zawiadomienie do prokuratury

Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu zainicjowało akcję zgłaszania umów o frankowe kredyty do Prokuratury Rejonowej w Szczecinie. Zawiadomienie o przestępstwie w sprawie oszustw kredytowych jako pierwsze złożyło stowarzyszenie. Jak twierdzi, już 200 osób uzyskało status poszkodowanego. Zdaniem stowarzyszenia, jeśli prokurator stwierdzi, że bank dokonał oszustwa, to przewalutowanie kredytu i zwrot pobranych przez bank zawyżonych rat będzie o wiele łatwiejsze. Jednakże do tego postępowania mogą przyłączyć się jedynie osoby potencjalnie poszkodowane przez konkretnego kredytodawcę.

  1. Sprawa sądowa nie musi być trudna

Jeśli reklamacje i mediacje z udziałem Rzecznika Finansowego nie odniosły skutku, trzeba rozważyć wystąpienie do sądu. Można przystąpić do któregoś z pozwów zbiorowych przeciwko konkretnemu bankowi (dane kontaktowe osób, które je przygotowują, znajdziemy na stronie Bankowebezprawie.pl). Są już pozwy zbiorowe m.in. przeciwko Deutsche Bankowi, Reiffeisen Polbankowi i Pekao SA.

– Grupowe roszczenia są tańszym rozwiązaniem, ale musimy liczyć się z tym, że postępowanie sądowe będzie trwało 2-3 razy dłużej niż w przypadku indywidualnego pozwu – informuje prezes Stop Bankowemu Bezprawiu. Składając samodzielnie pozew, musisz się liczyć z koniecznością zatrudnienia prawnika specjalizującego się w sporach z instytucjami finansowymi. – Plusem jest to, że zazwyczaj jeśli klient wygra w pierwszej instancji, wiele banków nie odwołuje się lub zaczyna się z nim dogadywać – twierdzi Arkadiusz Szcześniak.

Powstają już jednak firmy, które pomagają w odzyskaniu roszczeń od banków. Jedną z nich jest Votum SA, która kredytuje postępowanie sądowe swoim klientom. Jej przedstawicielem jest Robert Moskwa, znany i popularny aktor z serialu „M jak miłość”: – Wystarczy wysłać do nas kopię umowy, a my zajmujemy się resztą. Zwracamy się do banku o dodatkowe dokumenty i składamy reklamację w imieniu naszego klienta. Żądamy zwrotu nadpłaty, która powstała na skutek klauzul abuzywnych, a jeśli to nie pomaga, kierujemy sprawę do sądu.

  1. Bank wypowiada kredyt

Wielu frankowiczów nie stać na płacenie wysokich rat i przestają spłacać kredyty. Po dwóch miesiącach bank ma prawo wypowiedzieć umowę kredytową. Zazwyczaj jednak bank czeka dłużej, wysyłając wezwania do zapłaty. To zaproszenie do negocjacji i warto wtedy podjąć rozmowy, chociaż kosztują one dużo nerwów.

Jeśli jednak bank nie chce podjąć negocjacji, sprawa nie jest jeszcze przegrana. Historia sporu sądowego z (prawdopodobnie) Santander Consumer Bankiem SA z 2015 roku pokazuje, że bankowy tytuł egzekucyjny może być wystawiony wadliwie. Klienci złożyli wobec niego sprzeciw do Sądu Okręgowego we Włocławku, a sąd go uznał, stwierdzając, że nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy. Bank wezwał klientów do uregulowania zadłużenia, stwierdzając jednocześnie, że jeśli żądanie nie zostanie spełnione, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem kredytu. Zdaniem sądu bank powinien najpierw wezwać do zapłaty, a dopiero w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę.

  1. Świadomie nie płacić rat?

Zachęca do tego Igor Kowalski, założyciel strony Odfrankujkredyt.info. Sam wyliczył nadpłatę, którą miał w stosunku do banku stosującego zakazane prawem klauzule w umowie frankowej. Sąd wystawił mu nakaz zapłaty, a kredytobiorca wniósł wobec niego sprzeciw do sądu i wygrał w pierwszej instancji. Prawomocny wyrok uzyskało 20 marca 2017 r. pewne małżeństwo. Wydał go Sąd Okręgowy w Warszawie, który w całości odrzucił nakaz zapłaty i obciążył bank kosztami postępowania procesowego. Część banków idzie po rozum do głowy i po pierwszych przegranych procesach składa klientom ofertę umorzenia części kredytu. Na walkę sądową z bankiem trzeba jednak iść z dobrym prawnikiem, podkreśla założyciel tej strony.

Innego zdania jest Robert Moskwa, przedstawiciel Votum SA. – To najgorsze z możliwych rozwiązań. Trzeba płacić raty, bo sytuacja procesowa klienta jest wtedy znacznie lepsza – twierdzi.

Nie zgadza się z nim prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. – W mojej ocenie niepłacenie rat jest w tej chwili jedną ze strategii w sądzie. Jest to o tyle prostsze, że nie mamy już bankowego tytułu egzekucyjnego i to bank musi udowodnić, że wyliczona przez niego kwota jest podana poprawnie. Z naszej praktyki wynika, że żadna kwota wyliczona w oparciu o kurs ustalany przez bank nie jest zgodna z prawem – uważa Arkadiusz Szcześniak.

  1. Upadłość konsumencka

Rozwiązaniem kompleksowym przy nadmiernym zadłużeniu jest upadłość konsumencka z końcowym całkowitym oddłużeniem. Kiedy mamy na głowie kilka kredytów i nie jesteśmy w stanie ich spłacić, a zdarzenia losowe (choroba, wypadek) i związana z tym długotrwała utrata pracy czy choćby obniżenie dochodów nie dają szansy na poprawę sytuacji – warto ogłosić upadłość konsumencką. Czasem to jedyna szansa na wyjście ze spirali długów.

– Celem upadłości konsumenckiej jest oddłużenie konsumenta, a zaspokojenie wierzycieli przesunięte jest na drugi plan. To pozwala dłużnikom wyjść z szarej strefy i rozpocząć „drugie życie” – uważa Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – To także dobre rozwiązanie dla tych, którzy wzięli kredyt we frankach szwajcarskich. Takie osoby nieraz bez szczególnych perturbacji życiowych, jak np. utrata pracy czy zdrowia, nie są w stanie regulować swoich zobowiązań – dodaje. Wbrew pozorom w takiej sytuacji banki są bardziej chętne do ugody w toku postępowania konsumenckiego.

– Kiedy kredytobiorcy ogłaszają upadłość konsumencką, wtedy bank zaczyna być skłonny do rozmów – mówi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Zdaniem prezes PMR Restrukturyzacje SA należy też obalić mit o syndyku, który puszcza dłużnika w skarpetach. – Po otwarciu postępowania upadłościowego bardzo wiele rzeczy nie podlega zajęciu (m.in. wyposażenie użytkowe mieszkania, ubrania, pościel, rzeczy niezbędne do pracy). Ale także większość przychodów, bo część wynagrodzenia jest wolna od zajęcia – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. – Z ceny sprzedaży mieszkania sąd wyłącza i przekazuje dłużnikowi kwotę potrzebną na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych rodziny na okres do 24 miesięcy. Dlatego upadłość konsumencka nie jest tak demonicznie uciążliwa, jak to niektórzy przedstawiają, a zakończona całkowitym oddłużeniem daje dłużnikowi i jego rodzinie prawdziwy nowy start – dodaje.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Do końca rządowego programu „Mieszkanie dla Młodych” pozostało 70 dni. Początek 2018 r. to bowiem ostatni moment, w którym będzie można wnioskować o dofinansowanie wkładu własnego przy zakupie nieruchomości na kredyt. Prawdopodobnie środki wyczerpią się w zaledwie kilka dni, w ubiegłych miesiącach, zainteresowanie MdM było bardzo duże. Wszystkim tym, którym nie uda się skorzystać z rządowego wsparcia, pozostanie przygotować się do „tradycyjnych wymagań” przy złożeniu wniosku o kredyt hipoteczny. Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF) podpowiadają, o czym powinny pamiętać osoby planujące zakup nowego lokum na kredyt bez programowego wsparcia.

Przygotuj się na minimum 10% wkładu własnego

Program MdM umożliwił wielu osobom otrzymanie kredytu na zakup mieszkania, mimo braku posiadania własnych środków stanowiących wkład własny. Gdy ostatnia pula dopłat zostanie rozdysponowana, kredytobiorcy, będą musieli jednak samodzielnie zadbać o zebranie odpowiedniej sumy. Co prawda większość banków zgadza się na obniżony wkład własny, w wysokości 10 proc. wartości nieruchomości. Należy jednak pamiętać, że wedle rekomendacji KNF, standardowy udział w zakupie lokum wnoszony przez kredytobiorcę powinien wynosić 20 proc. Oznacza to, że jeżeli będziemy chcieli uzyskać kredyt
w wysokości 200 tys. zł, wnioskodawca będzie musiał dysponować sumą od 20 do 40 tys. zł. Może być to więc warunkiem nie do spełnienia dla osób od niedawna posiadających stałe dochody lub dla młodych rodzin z dzieckiem.

– Jeżeli będziemy chcieli złożyć wniosek o kredyt z wkładem własnym na poziomie 10 proc, bank będzie wymagał od nas zabezpieczenia brakującej kwoty, w związku z ryzykiem oferowania finansowania przy obniżonym wkładzie. Może zdarzyć się, że kredytodawca przedstawi szereg warunków, które musi spełnić nabywana przez nas nieruchomość. Niektóre banki bowiem patrzą nieprzychylnym okiem na zaciąganie kredytu na tzw. dziurę w ziemi, czyli na lokum dopiero w powstającej inwestycji mieszkaniowej. Inną formą zabezpieczenia jest blokada środków kredytobiorcy zdeponowanych na koncie osobistym, bądź ulokowanych na IKE lub IKZE – zaznacza Michał Krajkowski, ekspert ZFPF, Notus Finanse.

Starając się o przyznanie środków z kredytu na zakup domu lub mieszkania, warto wiedzieć, że wkładem własnym nie musi być wyłącznie wolna gotówka. W przypadku niektórych banków jego rolę może pełnić inna nieruchomość, którą posiadamy lub odpowiednio udokumentowane koszty, które ponieśliśmy w związku z budową domu.

– Przed złożeniem wniosku kredytowego warto przeanalizować posiadany przez nas majątek i ocenić, które z jego elementów będą mogły zostać zabezpieczeniem naszego kredytu. Oceńmy również inne, posiadane przez nas składniki finansowe, takie jak np. obligacje, udziały w przedsiębiorstwach czy polisy oszczędnościowe, które mogą zostać uznane za część wkładu własnego w inwestycję. Nie mogą nim być jednak środki trwałe, takie jak samochód, ze względu na potencjalnie szybką utratę swojej wartości – wyjaśnia Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinance.

Pozbądź się innych długów

W przypadku młodych osób, przeszkodą w uzyskaniu kredytu hipotecznego może być również brak odpowiedniej zdolności kredytowej. Wpływa bowiem na nią kilka czynników, m.in. uzyskiwane dochody czy posiadane zobowiązania kredytowe. Choć na wysokość wynagrodzenia nie zawsze mamy aż tak duży wkład, możemy postarać się zredukować nasze długi.

– Nawet drobne zobowiązania, takie jak zakup laptopa czy pralki na raty mogą skutecznie obniżyć naszą zdolność kredytową, tak samo jak karta z aktywnym limitem kredytowym, nawet jeżeli nie planujemy z niej skorzystać.  Jeżeli wynosi on np. 20 tys. zł, to bank zakłada, że nasze konto jest obciążone taką właśnie sumą, ponieważ kredyt w każdym momencie może zostać uruchomiony. Dlatego jako miesięczne obciążenie przyjmowane jest około 5% limitu, gdyż w przypadku skorzystania z limitu taką minimalną kwotę z reguły musimy spłacać. –  radzi Michał Krajkowski, ekspert ZFPF, Notus Finanse.

Warto więc odpowiednio się przygotować, spłacając posiadane zobowiązania. Innym rozwiązaniem może być również poproszenie o wsparcie rodziny, u której pożyczymy potrzebne nam środki na uregulowanie zaległości.

Jak poprawić swoją szansę na kredyt: uważaj na długi nawet te najdrobniejsze.

Zanim zdecydujemy się na zaciągnięcie zobowiązania, prześledźmy również naszą historię kredytową. Zacznijmy od upewnienia się, czy naszej wiarygodności finansowej nie obciążają długi, o których spłacie zapomnieliśmy, np. może być to zaległy rachunek telefoniczny czy rata za zakupy. Z drugiej strony, jeżeli w ogóle nie posiadamy udokumentowanej historii kredytowej, to w oczach wierzyciela możemy być niewiarygodnym kredytobiorcą, ponieważ bank nie ma możliwości sprawdzenia, jak radziliśmy sobie ze spłatą długów w przeszłości. Dlatego czasami warto odłożyć zakup nieruchomości w czasie, aby zbudować pozytywną historię kredytową. Przykładowo, może być to zakup sprzętu AGD/RTV na raty, które spłacimy bez żadnych przeszkód do czasu złożenia wniosku o kredyt mieszkaniowy. Należy jednak podkreślić, że brak historii kredytowej nie oznacza, że kredytu mieszkaniowego na pewno nie otrzymamy. Może to utrudnić uzyskanie środków, ale nie przekreśla całkowicie szans.

Wspólne zobowiązanie

Innym sposobem na zwiększenie zdolności kredytowej jest złożenie wniosku wspólnie z  partnerem, rodzicami czy rodzeństwem. W takim przypadku pod uwagę zostaną wzięte dochody, ale także zobowiązania wszystkich kredytobiorców. Często także w takim przypadku zostaną policzone wyższe koszty związane z utrzymaniem dwóch gospodarstw domowych.

– Staranie się o kredyt wspólnie z partnerem, z którym prowadzimy gospodarstwo domowe, posiada jednak tą przewagę, że koszty utrzymania i wydatki, które są brane pod uwagę przez bank przy ocenie zdolności, będą liczone tylko raz. Może się więc okazać, że ten element pomoże nam w uzyskaniu środkówmówi Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinance.

 

 

 

Źródło: Materiały prasowe firmy

Na początku października 2017 r. 1,8 mln Polaków posiadało 3 mln długów o łącznej wartości niemal 25 mld zł – wynika z danych ERIF Biura Informacji Gospodarczej S.A. To prawie o 1,4 mld więcej niż na początku tego roku. Jak pokazał raport ERIF BIG S.A., zdecydowanie częściej i na większe kwoty, zadłużają się mężczyźni (19 mld zł zaległych zobowiązań) niż kobiety (5,5 mld zł). Tak duże kwoty to wynik przeterminowanych zobowiązań alimentacyjnych, niespłaconych pożyczek, ale również zasądzonych grzywien.

Najczęstszym powodem zadłużania się Polek są pożyczki, umowy telekomunikacyjne i kredyty. Długi z tytułu tych pierwszych, to domena 42% pań wpisanych do rejestru. Co ciekawe, z danych ERIF BIG S.A. wynika, że Panie mają częściej kłopot z terminowym spłacaniem rat pożyczek niż rat kredytów (42% vs. 15%). Choć najczęściej zadłużają się kobiety w wieku 31-46 lat, to rekordzistką jest 60-letnia Polka. Jej prawie 6-milionowy dług wynika z zasądzonych grzywien. Z takiego samego powodu zadłużony jest rekordzista – mężczyzna.

Zdarza się, że kobiety mają również zadłużenie alimentacyjne. W bazie ERIF BIG S.A. znajdują się sprawy dotyczące 17 tys. Polek, z których każda ma średnio 24,6 tys. złotych zaległych alimentów do spłacenia.

Nie mniej pod kątem zadłużenia alimentacyjnego większość spraw znajdujących się w bazie ERIF BIG S.A. dotyczy mężczyzn. Jest ich ponad 304 tys., a każdy z Panów zalega średnio z zapłatą alimentów na kwotę 36 tys. zł. To aż 25% mężczyzn wpisanych z zadłużeniem do rejestru.

Podobna liczba mężczyzn ma kłopoty z terminowym opłacaniem usług telekomunikacyjnych. To głównie rachunki za telefon. Spłata rat pożyczek to problem dla 24% mężczyzn. Oznacza to, że główne powody zadłużenia rozkładają się wśród panów mniej więcej po równo. Najbardziej zadłużonym w całej bazie ERIF jest 40-latek, który posiada zadłużenie w wysokości 46 mln złotych. Z danych ERIF BIG S.A. również wynika, że najczęściej zadłużają się mężczyźni pomiędzy 31 a 46 rokiem życia.

– Tak duża skala zadłużenia Polaków i Polek pokazuje, że warto zacząć kontrolować swoje wydatki i zaległe płatności. Im wcześniej dowiemy się, jaki jest stan faktyczny naszego zadłużenia, tym prędzej będziemy mogli uporządkować swoją sytuację finansową. Zdarza się, że często zapominamy o terminowych płatnościach, dlatego pomocny może się okazać dostęp do danych gospodarczych na swój temat.  Może w tym pomóc serwis infoKonsument.pl. Dowiemy się z niego nie tylko, czy w biurze informacji gospodarczej ERIF znajdują się informacje o naszym zadłużeniu, ale sprawdzimy też, czy jakaś firma nie pobierała z rejestru ERIF danych na nasz temat. Jeśli okaże się, że banki lub inne instytucje chciały dowiedzieć się, jaka jest nasza rzetelność płatnicza w BIG, a my tymczasem nie ubiegaliśmy się nigdzie o kredyt lub nową usługę w danej firmie, może być to sygnał o próbie wyłudzenia pożyczki czy kredytu na nasze dane mówi Edyta Szymczak, prezes zarządu ERIF BIG S.A.

Dlaczego tak ważne jest posiadanie kompletnej wiedzy na temat własnej sytuacji finansowej? Z informacji, jakie zawiera baza ERIF BIG S.A. korzystają na co dzień instytucje takie jak: banki, firmy pożyczkowe i udzielające kredytów ratalnych, a także szereg usługodawców, w tym dostawcy telewizji, internetu czy usług telefonicznych. Sprawdzają oni w BIG, czy potencjalny klient terminowo reguluje swoje zobowiązania. Jeżeli uzyskają informację o zaleganiu z opłatami, mogą zaproponować mniej korzystne warunki współpracy, a w najgorszym wypadku odmówić zawarcia umowy.

Do 19 listopada w serwisie infoKonsument.pl będzie można za darmo pobrać pakiet raportów, które umożliwią nam nadzór nad naszą sytuacją finansową i zagwarantują wiedzę o tym  kto pobiera informacje na nasz temat. Wśród nich są: raport o sobie, raport z rejestru zapytań oraz raport o dokumencie. Akcja ta została zorganizowana w ramach tegorocznych obchodów „Ogólnopolskiego Dnia bez Długów”, który 9 lat temu zainicjowała Grupa KRUK

 

Źródło: ERIF Biuro Informacji Gospodarczej S.A.

Jeśli nie mamy oszczędności, to jednym z pierwszych etapów powinno być stworzenie tzw. poduszki finansowej. To podstawa – uważają eksperci od finansów.

Analizując i planując budżet domowy, warto zastanowić się na początek nad celami finansowymi. Jeśli nie mamy jeszcze oszczędności, to jednym z pierwszych etapów powinno być stworzenie tzw. poduszki finansowej – środków, które odłożymy na nieprzewidziane sytuacje życiowe. Taka poduszka finansowa to podstawa – uważają eksperci od finansów.

Polacy nie często pozwalają sobie na taką poduszkę. Z badań Fundacji Kronenberga wynika, że w 2015 r. tylko 16 proc. Polaków deklarowało systematyczne oszczędzanie, a sporadycznie oszczędzających było 43 proc. – wynika z raportu NBP „Rozwój systemu finansowego w Polsce w 2015 r.

Tymczasem „zdrowa kondycja finansowa” to stan, w którym gospodarstwo domowe efektywnie zarządza przychodami i wydatkami, jest przygotowane na niespodziewane wydatki oraz długoterminowo planuje swoje bezpieczeństwo finansowe.

Eksperci od zarządzania domowymi finansami radzą, aby przed jakimkolwiek inwestowaniem, spłacić najpierw wszelkie długi, zbudować fundusz awaryjny i właśnie poduszkę bezpieczeństwa. Dopiero później możemy mówić o oszczędzaniu np. na dzieci, czy o inwestowaniu pieniędzy. Ich zdaniem, fundusz awaryjny powinien wynosić co najmniej 1000-2000 zł, natomiast „poduszka bezpieczeństwa” – ekwiwalent co najmniej 3-6 miesięcznych kosztów (średnia miesięczna kwota wydatków – zarówno regularnych, jak i nieregularnych).

Autorzy Diagnozy społecznej 2015 r. „za najlepiej przygotowanie na niespodziewane wydatki gospodarstwo uznali takie, którego oszczędności przekraczały wartość sześciomiesięcznych dochodów, łączne raty kredytów nie przekraczały 40 proc. dochodów, dom/mieszkanie było ubezpieczone oraz głowa rodziny posiadała ubezpieczenie na życie”.

Po co właściwie poduszka finansowa? Właśnie po to, aby w przypadku nieprzewidzianych sytuacji posiadać finansową ochronę. Tak jak w przypadku wypadku samochodowego – chroni nas poduszka powietrzna, tak w sytuacji nieprzewidzianej utraty pracy, choroby, czy innych okoliczności, np. śmierci bliskiej osoby – poduszka finansowa zabezpiecza naszą finansową sytuację.

Stan finansów – zdaniem psychologów – ma też wpływ na nasze psychiczne funkcjonowanie. A brak finansów może nawet objawiać się somatycznie, np. bólem w ciele. Badania prowadzone przez Eileen Chou, Bidhan Parmar z Uniwersytetu Virginia oraz Adama Galinsky z Uniwersytetu Columbia pokazują, że wzrost niepewności gospodarczej jest powiązany ze zwiększenie skarg na ból fizyczny u badanych (dane opublikowane przez Psychological Science).

Okazuje się więc, że warto zadbać o swoją sytuację finansową także ze względów zdrowotnych. „Poczucie braku bezpieczeństwa finansowego (także zupełnie subiektywne) prowadzi do poczucia braku kontroli nad własnym życiem, a to z kolei wywołuje reakcje stresowe i lękowe. U podstaw tych procesów psychologicznych leżą podobne mechanizmy jak w przypadku reakcji bólowych” – zauważyli naukowcy.

Gospodarstwa domowe, w których obie dorosłe osoby były bezrobotne, wydawały na środki przeciwbólowe o 20 proc. więcej w porównaniu z gospodarstwami, w których przynajmniej jedna dorosła osoba pracowała (badania przeprowadzono w 2008 roku i wzięło w nich udział ponad 33,7 tys. osób).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Problemy finansowe,  długi, których nie jesteśmy w stanie spłacać a w konsekwencji wierzyciele pukający do drzwi. Czy można temu zaradzić? Zdaniem prawników, w takiej sytuacji należy rozważyć możliwość ogłoszenia upadłości konsumenckiej.

Upadłość konsumencka to przede wszystkim ogromna szansa dla wielu niewypłacalnych dłużników. Jednym słowem, to prawna możliwość, aby rozliczyć wszelkie dotychczasowe zobowiązania finansowe. W efekcie dłużnik  może w praktyce zacząć życie od nowa, z czystą kartą. Kto może starać się o ogłoszenie upadłości?

– Każda osoba fizyczna, która wedle ustawy nazwana jest konsumentem. Jest osobą fizyczną, która nie prowadzi działalności gospodarczej, a co za tym idzie posiada zdolność upadłościową w zakresie tzw. upadłości konsumenckiej. EX-przedsiębiorca może zgłosić wniosek o upadłość konsumencką od razu po zamknięciu firmy. Dłużnik, który stał się niewypłacalny do tego stopnia, że nie jest w stanie na bieżąco regulować swoich zobowiązań, bo te przerastają jego możliwości, powinien zastanowić się nad takim rozwiązaniem. Te trudne, życiowe sytuacje zazwyczaj nie dzieją z winy konsumenta. Najlepszym przykładem są dzisiejsi „frankowicze”, czyli osoby, które zdecydowały się zaciągnąć kredyty we frankach szwajcarskich – wyjaśnia radca prawny Mariusz Szałański współpracujący z Kancelarią Fenix specjalizującej się w problematyce upadłości konsumenckiej.

Zdecydowany wzrost kursu franka szwajcarskiego w stosunkowo krótkim okresie spowodował, że zmiana ta pociągnęła za sobą wzrost wysokości rat kredytów. W efekcie, wartość kredytu zaczęła przewyższać wartość zakupionych nieruchomości.

– Stało się tak, bo możliwości finansowe tych osób były analizowane w momencie, kiedy kurs był zdecydowanie niższy, a zatem i niższa była też miesięczna rata. Zatem te same przychody, wtedy wystarczające do terminowych spłat rat kredytu, dziś już nie pozwalają im na obsługiwanie zadłużenia – podkreśla mecenas Mariusz Szałański.

Inną sytuacją, kiedy warto zastanowić się nad ogłoszeniem upadłości konsumenckiej może być na przykład tragiczny wypadek, czy ciężka choroba. W tym przypadku kredytobiorca, dłużnik staje się niezdolny do pracy i siłą rzeczy nie jest w stanie spłacić swoich zobowiązań.

Co w praktyce oznacza upadłość konsumencka?

– To mówiąc najprościej umorzenie wszelkich dotychczasowych zobowiązań i rozpoczęcie bytu gospodarczego od nowa. Złożenie do sądu wniosku o upadłość konsumencką a następnie jego pozytywne zaopiniowanie oznacza, że kredyty oraz inne zobowiązania finansowe ulegają umorzeniu. To całkowite oddłużenie, dzięki czemu wierzyciele nie mogą mieć już żadnych roszczeń ani prawa do jakiejkolwiek egzekucji – zapewnia przedstawiciel Kancelarii Fenix.

Starając się o upadłość konsumencką trzeba wziąć pod uwagę fakt, że wszystkie składniki majątku dłużnika trafiają pod zarząd syndyka, które następnie stają się tzw. masą upadłościową. Dobytek podlegający zajęciu to domy, mieszkania, działki rekreacyjne, samochody, sprzęty AGD i RTV, ale też biżuteria czy inne wartościowe przedmioty. Syndyk masy upadłościowej musi doprowadzić do ich sprzedaży, a uzyskanie pieniądze są przeznaczone na proporcjonalną spłatę wierzytelności.

– Co ciekawe, jeżeli przedmiotem licytacji jest nieruchomość – mieszkanie lub dom –  dłużnik może otrzymać od syndyka środki finansowe pochodzące z jego sprzedaży pozwalające na wynajem lokalu przez okres maksymalnie dwóch lat.  Pozostałą sumę uzyskaną ze spieniężenia masy upadłościowej syndyk rozdziela pomiędzy wierzycieli. To zupełnie inna sytuacja niż bezwzględna licytacja komornicza i z pewnością przy tym bardziej korzystna dla konsumenta– dodaje ekspert Kancelarii Prawnej Fenix.

Często jednak dzieje się tak, że pieniądze uzyskane ze sprzedaży poszczególnych składników majątku nie pokrywają zadłużenia i nie zaspokajają wierzycieli. Co wtedy?

– W takim wypadku sąd może ustalić dodatkowo plan spłat. Nie oznacza to jednak, że jeżeli do spłaty pozostanie na przykład 100 tysięcy złotych, to dłużnik musi taką właśnie kwotę oddać. Plan spłat jest wyznaczany na podstawie aktualnych zdolności zarobkowych. Pracujący dłużnik, który otrzymuje wynagrodzenie np. 2 tysiące złotych, a na utrzymaniu ma dziecko, musi też zabezpieczyć środki na opłaty stałe, to z tej pensji na spłatę zadłużenia może przeznaczyć np. maksymalnie 100 – 150 złotych miesięcznie. I taką właśnie kwotę może wyznaczyć  sąd. Plan spłaty zadłużenia nie może przy tym przekraczać 36 miesięcy  – mówi mecenas Mariusz Szałański.

Po rzetelnym stosowaniu się do obowiązków wynikających z harmonogramu spłat –  nieuregulowane w toku postępowania długi z mocy prawa po prostu przestają istnieć.

Wniosek o ogłoszenie upadłości składa się na specjalnym formularzu. Jest on dostępny w internecie.

– Dokument można wypełnić samodzielnie, ale bezpieczniej jest zwrócić się z prośbą o pomoc do specjalistów, którzy mają w tym zakresie doświadczenie. Potrafią odpowiednio doradzić i opracować uzasadnienie na podstawie którego sąd wyda decyzję – radzi specjalista. – Warto pamiętać, że oddalenie przez sąd wniosku o ogłoszenie upadłości skutkuje możliwością ponownego wnioskowania dopiero po upływie 10 lat.

Od początku 2016 roku sądy pozytywnie rozpatrzył około pięciu tysięcy wniosków o upadłość konsumencką. Jak twierdzą adwokaci, ten rodzaj wychodzenia z długów z roku na rok staje się coraz bardziej popularny. Wpływ na to miała też zmiana ustawy, która zaczęła obowiązywać właśnie w ubiegłym roku.

 

Komentarz: Mariusz Szałański współpracujący z Kancelarią Fenix

Nie wierzcie bankowcom, gdy przynoszą dary! Czyli: uważaj na bankowe sztuczki przy restrukturyzacji.

 W każdym banku od zawsze istniał i po wszech czasy będzie funkcjonował  departament restrukturyzacji. Jakie funkcje z założenia ma spełniać ten dział banku? Mówiąc po polsku jest to taki serwis naprawy kredytów: jeśli klient banku ma problem ze spłatą zobowiązania, wówczas temat trafia właśnie do restrukturyzacji. W jakim celu? Chodzi o to, aby uratować kapitał z udzielonego kredytu (wszak nadrzędnym obowiązkiem banku jest dbałość  o bezpieczeństwo depozytów!), ale także nie pogrzebać dłużnika.  Jak więc powinna wyglądać fachowo przeprowadzona restrukturyzacja?

Jeśli nie chcesz mojej zguby, kalkulatora użyj luby!

Oto najprostsza definicja restrukturyzacji, która jednocześnie wskazuje metodę jej przeprowadzenia:

Restrukturyzacja jest to zmiana warunków spłaty kredytu, polegająca na dostosowaniu wysokości rat do bieżących możliwości kredytobiorcy.

Do przeprowadzenia restrukturyzacji absolutnie niezbędna jest umiejętność dodawania i odejmowania (chyba, że ktoś ma pod ręką kalkulator). No i tu dotknęliśmy piekielnie poważnego problemu, gdyż bankowcy nie radzą sobie zupełnie z matematyką. I chyba też stoją kiepsko z sprzętem do dokonywania tych nieskomplikowanych wyliczeń…

Weźmy przykład pierwszy z brzegu. Kredyt hipoteczny spłacany jest przez małżonków, którzy łącznie zarabiają 5000 zł netto, przy racie na poziomie 2000 zł. Da się wyżyć z 3000 zł miesięcznie, ale małżonkowie nie dorobili się oszczędności. Jedno z nich traci pracę przez co do dyspozycji kredytobiorców zostaje np. kwota 2700 zł netto miesięcznie. Za 700 zł nie da się przeżyć całego miesiąca, szczególnie, że właśnie tyle trzeba zapłacić na mieszkanie (czynsz plus media). Idziemy więc do banku i prosimy o czasowe obniżenie rat. Jak to zrobić? Piszemy podanie wraz z informacją o kosztach bieżących, oczywiście tych minimalnych, które trzeba ponieść, aby wystarczyło do pierwszego. Będą to właśnie koszty mieszkania, jakaś kwota przeznaczona na jedzenie, dojazdy do pracy, itp. Niech będzie to łącznie około 2000 zł.

Jak widać z tej prostej kalkulacji, którą może skutecznie przeprowadzić nawet średnio rozgarnięty ośmiolatek – na spłatę kredytu nasi bohaterowie mogą przeznaczyć nie więcej niż 700 zł miesięcznie.

Pewni tego, że sprawa jest banalnie prosta, składamy stosowne podanie do banku z prośbą o czasowe obniżenie raty (na 6 do 12 miesięcy) do 700 zł,  a tu klops! Bank odmawia dokonania tej czynności, tłumacząc się w znany wszystkim sposób:

Bo takie mamy procedury!

To tyle wstępu. Dlaczego więc tak często nie możemy dogadać się z bankiem odnośnie przeprowadzenia restrukturyzacji, nawet w tak oczywistych przypadkach jak wyżej opisany? Otóż bankowcy – oprawcy ani myślą, aby wykonywać swoją robotę zgodnie z wiedzą i sztuką bankową. W miejsce ratowania kapitału kredytu oraz nie doprowadzania klienta do bankructwa (tak często kończy się „siłowa” windykacja należności, czyli egzekucja przy udziale komornika), restrukturyzacja służy bankowcom do dwóch zupełnie odmiennych celów. Poniżej więcej na ten temat – jest to jednocześnie przestroga dla Ciebie, dłużniku, jeśli przymierzasz się do zmiany warunków umowy kredytowej, ze względu na problemy w płynności finansowej.

Restrukturyzacja jako sposób na dodatkowy dochód banku

Jeśli wpadniemy w dołek finansowy, co zmusza nas do renegocjacji z bankiem umowy kredytowej: jesteśmy w sytuacji przymusowej. Tę wiedzę oczywiście posiada także kredytodawca. Skoro tak, to czemu na tej sytuacji chciwi bankowcy mają nie zarobić? W jaki sposób? Na przykład przez znaczące podniesienie marży kredytu. Powyższe bardzo często ma miejsce w przypadku kredytów dla przedsiębiorców. Jest to więc podanie tonącemu brzytwy zamiast koła ratunkowego.

Aneks restrukturyzacyjny z pistoletem przy skroni

Pozycja dominująca w tego typu sytuacjach była nader często nadużywana przez banki w okresie, kiedy posiadały one w swoim arsenale bankowy tytuł egzekucyjny (BTE), zwany czasem przez bankowców pieszczotliwie mianem „batonik”. Na temat BTE, które stanowiło śmiertelne narzędzie do szybkiej pacyfikacji niesubordynowanych kredytobiorców, będę pisał w następnym odcinku Poradnika.

Widząc widmo śmierci, kredytobiorca podpisywał aneks restrukturyzacyjny niemal na każdych warunkach: a jest to przeogromny błąd!  Jeśli bowiem klient ten nie wywiązywał się ze spłaty zobowiązania – często przekraczającej jego możliwości – bank i tak wypowiadał umowę kredytową, na dodatek dysponując argumentem w sądzie (gdyby tam klient próbował szukać ratunku), że przecież bank dał kredytobiorcy szansę, a ten po raz kolejny zawiódł zaufanie kredytodawcy.

 Odmowa restrukturyzacji – kiedy bank ma bardzo dobre zabezpieczenie

Kolejna ciężka patologia, dość często przez banki stosowana – na szczęście nie przez wszystkie – to wykorzystanie sytuacji, kiedy bardzo dobrze zabezpieczony kredyt można wypowiedzieć, lub nie przedłużyć umowy przy kredycie obrotowym.  Przypomnę tu kryminalną (to moja subiektywna ocena) „sztuczkę” bankowych oprawców, którą opisywałem w Odcinku 15:

 ”Za czasów, kiedy bankowi temu prezesował Pan (….), bank ten wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach”

Jest to fragment felietonu Pana Macieja Samcika, redaktora Gazety Wyborczej. Po co bank wykonuje taki numer? Kasa Misiu, Kasa! Po pierwsze od wypowiedzianego kredytu może naliczać znacząco wyższe odsetki (niż te, które wynikają z umowy), po drugie może  za niską cenę przejąć od klienta nieruchomość i sprzedać ją potem z zyskiem.

Na szczęście mniej więcej rok temu weszły do prawa bankowego bardzo korzystne dla kredytobiorców zmiany. Obecnie, tj. dzięki ustawie z dnia 25 września 2015 roku (ustawa ta m.in. zdelegalizowała BTE), przed  wypowiedzeniem umowy: „bank informuje kredytobiorcę o możliwości złożenia (…) wniosku o restrukturyzację zadłużenia” (cytat z ustawy).

Nie dość na tym, czytamy dalej w treści ustawy:

„Bank w przypadku odrzucenia wniosku kredytobiorcy o restrukturyzację zadłużenia, przekazuje kredytobiorcy, bez zbędnej zwłoki, szczegółowe wyjaśnienia w formie pisemnej, dotyczące przyczyny odrzucenia wniosku o restrukturyzację.”

Uwaga na bankowe cyrografy!

Krótko mówiąc: obecnie kredytobiorca nie jest narażony na użycie przez bank paralizatora (w postaci BTE), na dodatek może w sądzie się bronić, stwierdzając, że kredytodawca nie wyjaśnił w sposób dostateczny powodów odmowy restrukturyzacji, która została przedstawiona we wniosku dłużnika.

Dzięki temu kredytobiorca może – a dokładniej musi! –  odrzucić propozycję zawarcia aneksu restrukturyzacyjnego złożoną przez bank, o ile warunki spłaty zobowiązania będą dla zainteresowanego zdecydowanie niekorzystne.

Aneks restrukturyzacyjny niczym … koń trojański

W ostatnim okresie zauważam jeszcze jedną patologię w „propozycjach” bankowców przy ewentualnej restrukturyzacji. Otóż umowy kredytów niby-frankowych, które powstały w okresie boomu, czyli przed wrześniem 2008,  to w dużym stopniu efekt radosnej twórczości bankowych prawników.

Jak było dobrze i toksyczne kredyty schodziły jak ciepłe bułeczki, to nikomu poszczególne zapisy w treści umowy nie przeszkadzały. Jednakowoż, kiedy kurs franka skoczył ponad dwukrotnie w stosunku do kursu z czerwca 2008 roku, kredytobiorcy zaczęli szukać pomocy prawnej u specjalistów z najwyższej półki. Co się okazało – wiemy doskonale. W umowach tych aż roi się od klauzul abuzywnych, także nie jest możliwe udowodnienie zasadności indeksacji kredytu; o ile oczywiście sąd weźmie pod uwagę nie tylko pisma pełnomocników frankowicza, ale także znane powszechnie opinie Rzecznika Finansowego i UOKiK-u.

„Dziewicza” umowa frankowicza sprzed ośmiu czy dziesięciu lat, z dużą dozą prawdopodobieństwa nie wybroni się w sądzie, jeśli tam trafi spór pomiędzy stronami umowy. Wiedzą o tym doskonale także i bankowcy. Jak więc próbują wzmocnić swoją pozycję w przypadku postępowania sądowego? Otóż, kiedy zgłaszasz się do banku z prośbą o obniżenie rat, kredytodawca może Ci podsunąć bardzo „korzystny” aneksik, który pozwala na 6-cio, czy 12-to miesięczny oddech. Czyli zgodzi się na niskie raty w tym okresie. Ty się koncentrujesz na wysokości kwoty do spłaty, a zapominasz, aby przeczytać i przeanalizować ze specjalistą pełną treść tego dokumentu.

Jestem przekonany, że najczęściej znajdzie się tam zapis, że uznajesz dług w CHF jako bezsporny, czyli: akceptujesz indeksację. Dodatkowo będziesz musiał podpisać stosowny weksel in blanco lub poddanie się egzekucji w trybie  art. 777 K.p.c., co znacząco przyspieszy egzekucję należności, jeśli kiedyś  w przyszłości będziesz zalegał w spłacie zobowiązania. Na przykład kilka lat po zakończeniu okresu spłaty z niskim ratami.

To raczej na pewno nie jest szpital w Leśnej Górze….

W tradycyjnej bankowości, na której ideałach się wychowałem, często się mawiało, że departament restrukturyzacji, to taki szpital dla kredytobiorców.

Tu ciekawa historia z moich osobistych doświadczeń i sądowej walki z jednym z banków, na ten temat pisałem w jednej z publikacji (spór ten dotyczy odmowy banku X na mój wniosek o restrukturyzację w okresie 60 miesięcy). Otóż podczas rozprawy, pracownica pozwanego banku stwierdziła w swoich zeznaniach  z rozbrajającą szczerością:

 „Nasze procedury przy restrukturyzacji zakładają możliwość rozłożenia spłaty na maksimum 24 miesiące i nie jest w tym wypadku badana sytuacja finansowa kredytobiorcy.”

Moja odpowiedź na powyższe, która znalazła się w aktach sprawy:

„Skoro uznaje się, że departament restrukturyzacji, pełni rolę „szpitala dla kredytobiorców”, to w „szpitalu” banku X podaje się wszystkim pacjentom identyczne lekarstwo, nie badając chorego.”

Co mi takie „leczenie kredytu” przypomina? Osoby z mojego pokolenia być może pamiętają jedną historyjek z filmu o Pippi Langstrumpf. Otóż Pippi, która miała nieograniczone środki finansowe (po tacie – piracie) kupiła kiedyś aptekę i wszystkie medykamenty ze sobą zmieszała. Po co? Bo w ten sposób chciała uzyskać „likarstwo”, czyli lek na wszystkie choroby…

Zachodzi pytanie: dlaczego nasze prawo w żaden sposób nie przewiduje odpowiedzialności za błędy zawodowe? Czy nie uważasz – podobnie jak ja –  że bankowcom powinna grozić, tak jak lekarzom, odpowiedzialność karna za działanie sprzeczne z wiedzą i sztuką bankową?

 

Zachęcamy do zadawania pytań dotyczących: upadłości konsumenckiej, problemów z kredytami niby-frankowymi, nadmiernego zadłużenia oraz restrukturyzacji zobowiązań. Pytania prosimy kierować na adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Upadłość konsumencka. Pytania i odpowiedzi – część 1.

Dzisiejszy odcinek powstał jako odpowiedź na konkretne zapotrzebowanie czytelników mojego Poradnika. Otrzymuję drogą mailową wiele pytań, często dotyczących podobnych zagadnień i dotykających wydawało by się spraw podstawowych.

W niniejszej odsłonie Poradnika odpowiadamy na 5 pytań dotyczących upadłości konsumenckiej, powtarzających się w mailach klientów Kancelarii.

Ile wniosków o upadłość konsumencką składają małżonkowie?

W każdej sytuacji 1 osoba składa 1 wniosek, czyli w przypadku małżeństw planujących ogłosić upadłość konsumencką konieczne będą dwa wnioski.

Warto tu przeanalizować kilka sytuacji. Otóż może tak się zdarzyć, że małżonkowie nie mają jednego zdania w tej kwestii. Jest wówczas możliwe, że tylko jeden z małżonków występuje do sądu z wnioskiem o upadłość konsumencką.

Są też sytuacje, kiedy decyzja taka została podjęta przez obojga małżonków, ale tylko jedno z nich w danym momencie spełnia warunki. Może mieć to miejsce w sytuacji, kiedy np. małżonek prowadzi działalność gospodarczą i nie może jej zamknąć przez okres najbliższych kilku miesięcy.

Najtrudniejszym elementem dla sądu jest ewentualny podział majątku wnioskodawców,  kiedy tylko jeden z małżonków występuje z wnioskiem o upadłość konsumencką. To co dla sądu jest nie lada problemem (np. sprzedaż ½ udziału w domu należącego do wnioskodawcy) może przynieść określone korzyści małżonkom planującym ogłoszenie upadłości.

Właśnie tego typu przypadki i dopasowanie optymalnego działania do określonej sytuacji powinny być w arsenale kancelarii zajmujących się pomocą w skutecznym wnioskowaniu o ogłoszenie upadłości konsumenckiej.

Jakie są koszty związane z upadłością konsumencką, w tym koszty kancelarii, która opracowuje wniosek?

Koszty sądowe, które ponosi w sądzie wnioskodawca są symboliczne: jest to kwota 30 zł. Jeśli dana osoba nie ma żadnego majątku, kwota ta nie wzrośnie, będzie ona pokryta czasowo przez Skarb Państwa. Jeśli zaś wnioskodawca pozostawia w masie upadłości jakiś majątek (np. mieszkanie, samochód), wówczas koszty postępowania upadłościowego będą pokryte ze sprzedaży majątku, jest to zadanie syndyka wyznaczonego do danej sprawy.

Jeśli chodzi o koszty opracowania wniosku przez wyspecjalizowane w tym kancelarie: każdy usługodawca ma prawo do ustalania obowiązujących cen za taką pomoc. W mojej opinii koszt ten nie powinien przekraczać 3 tys. zł  od jednego wniosku, najbardziej uczciwy sposób rozliczenia to według mnie kwota pomiędzy 2 a 3 tysiące złotych za 1 wniosek.

Jednak może dojść jeszcze jeden koszt, oczywiście mówimy tu o pomocy w działaniu przemyślanym i profesjonalnej usłudze, a nie tylko o napisaniu wniosku i złożeniu tegoż do sądu. Z mojego doświadczenia wynika, że część osób, które zgłaszają się do mojej Kancelarii, w  danym momencie nie kwalifikuje się do uzyskania statusu upadłego. Czyli istnieje duże ryzyko oddalenia wniosku przez sąd. Co wtedy? Po prostu trzeba się do tego działania odpowiednio przygotować.  Okres „przygotowawczy” może trwać od 2-3 miesięcy do nawet kilku lat. Są to pewne określone działania, które powinny być dokładnie zaplanowane przez doradcę od upadłości konsumenckiej. W takiej sytuacji cena usługi może wzrosnąć, nie ma tu określonych stawek. Wszystko zależy od tego, jak dużo czynności trzeba wykonać, aby zmniejszyć do minimum ryzyko oddalenia wniosku.

Czy przedsiębiorca może się oddłużyć przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej?

I tak, i – nie. „Czynny” przedsiębiorca takiej możliwości nie ma – upadłość konsumencka jest skierowana wyłącznie do osób, które działalności gospodarczej nie prowadzą. Jednak dzięki nowelizacji ustawy, która weszła w życie od 1 stycznia 2016 roku, byli przedsiębiorcy nie mają okresu karencji przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.

Czyli dziś zamykam działalność gospodarczą, jutro składam wniosek o upadłość, co teoretycznie  jest możliwe. Osobiście taki pośpiech odradzam, może to być uznane  przez sąd jako działanie w złej wierze, czyli jako próba „ucieczki w upadłość” przed wierzycielami.

Jeśli chodzi o stopień trudności: są to zazwyczaj najtrudniejsze sprawy. Bowiem istnieje inna droga do ogłoszenia upadłości przez przedsiębiorców;

działania te są opisane w ustawie Prawo restrukturyzacyjne, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2016 roku.  W związku z tym, że poprzeczka dla upadających firm jest bardzo wysoko zawieszona, sądy dość łagodnie podchodzą do byłych przedsiębiorców, którzy wnioskują o upadłość konsumencką.

Zdecydowana większość podmiotów gospodarczych, która wpadnie w tarapaty finansowe niewiele może zdziałać, jeśli będzie próbować ratować się lub ogłaszać upadłość w formach przewidzianych w ustawie Prawo restrukturyzacyjne. A w takiej właśnie sytuacji – przedsiębiorca może ubiegać się o upadłość konsumencką. Pod dodatkowym warunkiem, że wcześniej definitywnie zamknie działalność gospodarczą.

Upadłość konsumencka, a działalność gospodarcza c.d.

 Pojawia się dość często opinia, iż były przedsiębiorca, który nie dopełnił formalności i nie złożył – w stosownym czasie –  do sądu wniosku dotyczącego upadłości swojej firmy, nie może skutecznie ubiegać się o upadłość konsumencką. Nie do końca jest to prawda. Aby mieć szansę na przeprowadzenie skutecznie upadłości przedsiębiorstwa, trzeba przede wszystkim mieć na to środki. Na początek nie mniej niż 40-50 tys. zł.

Różnica jest bowiem zasadnicza: przy upadłości konsumenckiej koszty postępowania są pokrywane przez Skarb Państwa, ma to miejsce także w sytuacji, kiedy wnioskodawca nie ma żadnego majątku. Powyższe jednak nie obowiązuje przy upadłości podmiotów gospodarczych, w tym wypadku całość kosztów (w tym wynagrodzenie syndyka i jego pracowników, wyznaczonych do tej sprawy) musi pokryć wnioskodawca z własnych środków.

Najczęściej więc, kiedy dana firma traci płynność finansową, jej właściciel ani myśli o tym, żeby ostatni grosz przeznaczyć na gażę dla syndyka. Prawdą jest też, że w ten sposób działa ów przedsiębiorca wbrew obowiązującemu prawu. Działanie takie – czyli zaniechanie złożenia wniosku o upadłość firmy w odpowiednim czasie – jest obecnie w Polsce prawie powszechne: na tyle, że weszło już do kanonu działania podmiotów gospodarczych będących w tarapatach finansowych. Praktyka wyparła więc teorię.

Powstał zwyczaj, który po części został zaaprobowany przez sądy, jako nie objęty surowymi sankcjami. We wnioskach o upadłość konsumencką takich osób zawieramy po prostu stosowną adnotację, z jakiego powodu ów przedsiębiorca nie wykonał swego obowiązku. Czyli: dlaczego we właściwym czasie nie złożył wniosku o upadłość przedsiębiorstwa. Do tej pory nie mieliśmy z tego powodu, ani jednego oddalenia przez sąd wniosku eks-przedsiębiorcy. Trzeba jednak wykazać, że nie działało się w ten sposób na szkodę wierzycieli.

Czy jeśli zamierzam złożyć wniosek o upadłość konsumencką, mogę zaprzestać spłaty kredytów?

 Jak najbardziej, jest to wręcz konieczne. Przekonała się o tym jedna z osób, która zgłosiła się nas z takim tematem. Otóż sąd oddalił wniosek tej osoby o upadłość konsumencką, chociaż widać było, że wnioskująca pani nie będzie w żaden sposób mogła spłacać swoich zobowiązań.

Co się okazało? Ta pani była tak porządna, że przed złożeniem wniosku do sądu, wzięła jeszcze jakąś pożyczkę, aby na bieżąco uregulować wszystkie raty. W tym układzie we wniosku wpisała zgodnie z prawda, że … nie ma żadnych zaległości w spłacie kilku pożyczek i kredytów. Sędzia stwierdził więc, że nie nastąpiła trwała niemożność do regulowania zobowiązań i wniosek ten oddalił.

Powyższa historia przy okazji pokazuje jak łatwo zrobić błąd przy składaniu wniosku o upadłość konsumencką.  Dlatego przed złożeniem wniosku zawsze należy rozpoznać, czy jest to właściwy moment, tj. czy aktualna sytuacja wnioskodawcy nie stwarza ryzyka negatywnej decyzji sądu.

Zachęcamy do zadawania pytań dotyczących: upadłości konsumenckiej, problemów z kredytami niby-frankowymi, nadmiernego zadłużenia oraz restrukturyzacji zobowiązań. Pytania prosimy kierować na adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

Frankowiczu,  masz problem ze spłatą kredytu? Możesz tylko na tym skorzystać!

Banki mające w swoim portfelu w kredyty niby-frankowe, same się proszą o to, aby nie spłacać tych zobowiązań. Poniżej opisuję nową akcję banków, którą ostatnio dość często spotykam w swojej praktyce. Akcję tę poznałem z relacji wielu frankowiczów, którzy zwracają się do mnie po pomoc, gdyż bank odmówił im restrukturyzacji. Cytuję fragmenty jednej z odpowiedzi kredytodawcy na wniosek klienta o obniżenie rat:

„Przykro nam, Pana prośba została rozpatrzona negatywnie. Możemy zaproponować złożenie wniosku o udzielenie wsparcia dla kredytobiorcy z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców”.

Niedźwiedzia ustawa?

W ten oto sposób, ustawa z dnia 9 października 2015 r. o wsparciu kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji finansowej, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy, okazała się dla frankowiczów klasyczną niedźwiedzią przysługą. Jak brakuje Ci do raty, idź po ustawową pomoc i powiększ swoje zadłużenie. Takie to mądre rady otrzymują dziś ze strony niektórych banków, klienci mający problem z obsługą wciąż rosnących kosztów spłaty toksycznego kredytu.

 Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło…

 Wbrew pozorom odmowa restrukturyzacji kredytu w CHF, może wyjść jedynie na dobre części klientom. Szczególnie w sytuacji, kiedy wartość nieruchomości jest niższa od kwoty zobowiązania, co zgodnie z trzeźwą oceną sytuacji przeczy sensowi dalszej spłaty takiego kredytu. Bowiem to tak jakbyśmy kupowali od banku nasze mieszkanie (lub dom) za kwotę znacznie powyżej jego ceny rynkowej i jeszcze płacili z tego tytułu odsetki. Jeśli  frankowicz znalazł się pod ścianą, a bank nie wyraził zgody na obniżenie rat, mamy wtedy dwa wyjścia.

Wyjście nr 1: Siedzę i płaczę, kredytu nie płacę

 Czyli: poddaję się bez walki. Próbuję pisać do banku kolejne, błagalne pisma,  wpłacam wszystko co mam na poczet kredytu, zwykle mniej niż wynosi rata.  W końcu zaprzestaję spłaty, bowiem nie mam już na to środków. Co dalej? Czekam biernie z przerażeniem na kolejne ruchy (czytaj: ciosy) banku  (czytaj: oprawcy). Będą to: wypowiedzenie umowy, pozew o zapłatę, skierowanie sprawy do komornika, licytacja nieruchomości, eksmisja.

Możemy trochę sytuację swoją poprawić przez ogłoszenie upadłości konsumenckiej, ale także w tym wypadku mamy pełne poczucie przegranej.

Czyż nie lepiej wygląda druga metoda działania? Frankowiczom polecam

Wyjście nr 2: Walczę i nie płaczę, kredytu nie płacę

Bank nie chce od Ciebie pieniędzy? Nie to – nie! Masz więc świetną wymówkę, aby nie zapłacić bank-dytom ani złotówki. Drogę działania kredytobiorcy opisywałem po części także w poprzednich odcinkach Poradnika, dziś krótkie przypomnienie jakie rodzą się możliwości obrony.

Sposób działania zależy także od bieżącej sytuacji finansowej frankowicza.

Albo stać Cię będzie na prowadzenie walki w sądzie, albo nie będziesz posiadał na to odpowiednich środków. Ale nawet w tym drugim wariancie istnieją szanse na wygraną. Poniżej przedstawiam ten wariant.

Wariant 1. Nie mam środków na opłacenie kosztów procesu

Tu istnieje możliwość oddania sprawy w ręce prawników, którzy wezmą na siebie ryzyko prowadzenia procesu na własny koszt. Taką właśnie drogę wybiera część moich klientów.  Jak to działa?  W uzgodnieniu z kancelarią należy w stosownym momencie przenieść własność nieruchomości na wskazany podmiot i czekamy na pozew. Liczymy oczywiście na pełną wygraną (trudno jest z góry ocenić szanse) czyli, że uda się kancelarii udowodnić bezzasadność pozwu. Co oznacza, że dług znika.  Jeśli tak, nieruchomość zostaje „odzyskana” bez żadnych obciążeń, po czym zostaje sprzedana. Zwykle kredytobiorca może uzyskać z kwoty sprzedaży 15% ceny, to już kwestia ustaleń z kancelarią. Ale osoba ta jednocześnie pozbywa się długu! Przypomnę, że przed wejściem w spór z bankiem, wartość nieruchomości była ujemna: mówimy bowiem o sytuacji, kiedy kwota kredytu była wyższa od ceny ewentualnej sprzedaży przedmiotu zabezpieczenia.

Wariant 2. Podważamy w sądzie indeksację kredytu

W tej dziedzinie specjalizuje się już kilka kancelarii. Coraz więcej wygranych pozwów przez frankowiczów w tego typu sprawach daje nadzieję, że i Twój proces zakończy się porażką banku. Jakie będą tego efekty? Kredytodawca musi raz jeszcze dokonać przeliczenia kredytu, przy założeniu, że nigdy nie istniała w rozliczeniach z bankiem inna waluta niż złotówka. Czyli wszystkie wpłaty, które dokonywałeś na spłatę kredytu niby-frankowego, będą traktowane podobnie, jakbyś od początku miał kredyt w krajowej walucie. Sądzę, że każdorazowo będą to mocno skomplikowane wyliczenia, ale per saldo Twoje zadłużenie wobec banku może zmniejszyć się o 50, 60, czy nawet  o 70%. Wszystko zależy kiedy uzyskałeś kredyt, jakich do tej pory dokonałeś wpłat na poczet spłaty zadłużenia oraz jaki system rozliczenia kredytu zostanie uznany przez sąd za prawidłowy.  Jakie mogą być koszty takiego postępowania? W zależności od tego, czy będzie to jedna, czy dwie instancje, koszty po stronie kredytobiorcy będą się wahać od 10 do około 20 tysięcy złotych. W wielu przypadkach pewnie dojdzie jeszcze wynagrodzenie kancelarii za sukces, ale oczywiście premia ta będzie należna wyłącznie w przypadku wygranej sprawy.

Wariant 3. Podważamy w sądzie … istnienie długu

To najciekawszy sposób obrony i oczywiście – najbardziej optymistyczny dla ucha frankowicza. Pod warunkiem, że faktycznie pozew banku o zapłatę zostanie całkowicie oddalony. Jest to całkiem „świeży” wynalazek, nie jest wiadome jak sądy będą reagować na prowadzenie sprawy w tenże sposób. Powyższa metoda działania doskonale się sprawdza przy walce z nakazami zapłaty, które do sądu składają firmy windykacyjne, tj. po nabyciu danej wierzytelności od banku. Takie pozwy, specjaliści, z którymi pracuję wygrywają w 8 na 10 przypadków.  Podobna forma walki w sądzie kontra pozwom dotyczącym kredytów frankowych, jeszcze na dziś nie jest dokładnie rozpoznana. Ale są już pierwsze sukcesy, oto fragment niedawno otrzymanego maila od naszych speców od „znikających długów”:

„Wygraliśmy z bankiem pierwszą sprawę hipoteki w CHF – powództwo oddalone w całości. Sąd tak pięknie uzasadnił oddalenie pozwu, że nawet   się apelacji nie spodziewamy. A jak będzie apelacja – to sobie z nią poradzimy z dużym prawdopodobieństwem.”  

Dodam, że sprawa ta dotyczy kredytu w kwocie blisko 300 tys. zł. Pewnie zapytasz dłużniku, jakie są koszty takiej formy obrony? Wyjściowa stawka  za pozew  to nie mniej niż 15 tys. zł. Ale im wyższa kwota kredytu oraz im bardziej skomplikowany przypadek – kwota ta może znacząco wzrosnąć.  Jest to jednak zawsze kwestią uzgodnień stron. Gdyby jednak okazało się,  że uznasz taką drogę walki za zbyt kosztowną (w szczególności, że wyroki sądów są niezbadane), możesz wybrać tańszy Wariant 2. Lub też walczyć bezkosztowo, czyli skorzystać z Wariantu 1.

 Pora na „darmowe obiadki”

Podjęcie walki z bankiem z udziałem profesjonalistów ma też inny wielki plus. Otóż podczas całego okresu postępowania, nie płacisz na poczet spłaty kredytu nic a nic, a czerpiesz korzyści z nieruchomości. Czyli: albo w niej mieszkasz, albo wynajmujesz. Ostatnio trafiły do mnie dwie podobne sprawy, gdzie nieruchomość jest wynajęta i daje to przychód w kwocie na poziomie 4 tys. zł. miesięcznie, przy czym rata kredytu przekracza 5 tys. zł. Bilans roczny zaprzestania spłaty takiego zobowiązania to 60 tys. zł! Tych kredytobiorców nie musiałem długo namawiać, aby sobie odpuścili spłatę; zresztą jak do mnie trafili, de facto – już nie mieli z czego dokładać do kolejnych rat.

Przegrana w sądzie: czy to koniec walki?

Z przykrością muszę stwierdzić, że nie każda sprawa w sądzie zakończy się wygraną frankowicza. Także w sytuacji, kiedy do walki z bankiem wynajmiemy najlepszych specjalistów. I co wtedy? Czy przegrana oznacza sromotną porażkę kredytobiorcy? Nic z tych rzeczy! Dochodzi wtedy jeszcze jedna możliwość (poza ewentualnością ubiegania się o upadłość konsumencką). Jest to metoda działania, w której się specjalizuję.

Wariant 4. „Kontrolowana” sprzedaż wierzytelności przez bank

 Jak to działa? Opiszę to na przykładzie sprawy, którą zamknąłem we wrześniu br.  Bank posiadał wierzytelność (wypowiedziany kredyt hipoteczny, także w CHF) na kwotę ok. 1,1 mln zł.  Zabezpieczeniem było mieszkanie o wartości ok. 700 tys. zł.  Szans na odzyskanie długu w inny sposób niż egzekucja komornicza nie było, więc udało mi się przekonać bank, aby sprzedał wierzytelność – wskazanemu przeze mnie podmiotowi – za  kwotę  450 tys. zł. I jednocześnie zwolnił nieruchomość z zabezpieczenia kredytu.

Niby proste, ale takie transakcje zwykle trwają nie mniej niż kilka miesięcy. Finalnie kredytobiorca zostaje w tym wariancie bez długu. Dodatkowo, zanim nastąpi zamknięcie całej transakcji – może to trwać nawet kilka lat – może ów dłużnik korzystać z darmowych obiadków.

Uciemiężeni przez banki: szable w dłoń!

Jak widzisz frankowiczu, Twoje możliwości działania przeciwko bankowym oprawcom są naprawdę szerokie. Pod warunkiem, że do tej walki mężnie staniesz. Ale, my Polacy, wszak walkę z teoretycznie silniejszym wrogiem mamy we krwi. Patrz: liczne zrywy narodowe. Z tą jednak różnicą, że niemal we wszystkich powstaniach ponosiliśmy zwykle sromotną porażkę, a w tej walce możemy wroga pokonać!

Szanowni Internauci. Następne odcinki Poradnika będą efektem Państwa licznych pytań, które dostajemy drogą mailową. Najbliższa odsłona będzie poświęcona zagadnieniu upadłości konsumenckiej. I Ty, Czytelniku możesz zadać pytanie w interesującej Cię kwestii. Jeśli jesteś tym zainteresowany, wyślij treść pytania na poniższy adres:

pytanie@krzysztofoppenheim.pl

 

Krzysztof OPPENHEIM

7 błędów, jakich nie możesz popełnić przy problemach ze spłatą kredytu.

 Na początek tej odsłony Poradnika – przestroga. Otóż, jeśli masz dłużniku problemy ze spłatą kredytu, najgorszymi działaniami są tzw. bezrefleksyjne odruchy naturalne. Co przez to rozumiem? Nie mam środków na spłatę raty, więc je organizuję w najprostszy sposób. Bo przecież tyle mam możliwości… Oczywiście do czasu. I właśnie między innymi o tym będzie dzisiejszy odcinek.

  1. Nie sięgaj po „łatwe pieniądze”: od rodziny i przyjaciół

Dopóki posiadamy wiarygodność płatniczą w swoim otoczeniu oraz w instytucjach finansowych, bez najmniejszego problemu pozyskamy środki, których zabraknie nam do raty. Często najłatwiej zwrócić się do członka rodziny, czy do przyjaciela. Zwykle nikt z bliskich osób nie odmówi pożyczki na kwotę tysiąca, czy dwóch tysięcy złotych, jeśli oczywiście osoba ta nie posiada problemów finansowych. Powyższe działanie może okazać sensowne jedynie w sytuacji, kiedy Twój problem ze spłatą kredytu jest chwilowy, a nie trwały. W tym drugim przypadku – zajmij się problemem w jego początkowej fazie,  tj. kiedy zorientujesz się, że twój budżet domowy się nie dopina i nie widać szans na szybką poprawę tej sytuacji. I nie mieszaj najbliższych ci osób do Twojej umowy z bankiem – masz ten problem rozwiązać wspólnie z kredytodawcą. Choć pewne jest, że tenże uzna, że jest to wyłącznie Twój kłopot. Nigdy takiego stanowiska nie akceptuj –  w treści umowy są zawsze dwie strony.

  1. Nie spłacaj rat przez zwiększanie zadłużenia

Bardzo częsty błąd popełniany przez kredytobiorców (nie tylko tych hipotecznych), to poprawianie bieżącej płynności finansowej przez zaciąganie pożyczek w  bankach oraz w firmach pożyczkowych. Jest to przykład typowego, automatycznego działania. Czyli wejście w życie „od raty do raty”. W kolejnym miesiącu sytuacja się powtarza, po pewnym czasie jesteśmy w kleszczach typowej pułapki kredytowej. Ta droga działania musi skończyć się prędzej czy później tragedią dla dłużnika.

  1. Nie ratuj na siłę kredytu hipotecznego kosztem innych zobowiązań

Znowu – klasyk, jeśli chodzi o błąd w działaniu kredytobiorcy. Na ratę za mieszkanie środki muszą się znaleźć, ale za to zalegamy z czynszem za ten lokal, a przedsiębiorcy najczęściej „zapominają” o składkach na ZUS, czy opłatach należnych Urzędowi Skarbowemu. Zaczyna się od małych zaległości, ale jeśli mamy stały deficyt w budżecie – po jakimś czasie są to już dziesiątki tysięcy złotych zaległości. Taka taktyka prędzej czy później rozłoży nas na łopatki.

  1. Jeśli nie starcza Ci na ratę „hipoteki”, nie wyprzedawaj składników majątku

Jeśli źródłem Twoich problemów jest kredyt hipoteczny, jeśli masz coś sprzedać, to sprzedaj nieruchomość, która jest zabezpieczeniem tego kredytu. Oczywiście będzie z tym problem, jeśli dług jest większy niż cena sprzedaży, którą możesz uzyskać. Ale skoro tak jest – musisz mocno zastanowić się nad sensownością spłaty tego kredytu, na temat wypowiadałem się razy kilka w poprzednich odcinkach Poradnika. Błędem natomiast jest np. sprzedaż innej nieruchomości (lub ruchomości), aby co miesiąc uzupełniać niedobór środków w budżecie z ceny sprzedaży. Bowiem kiedyś te środki się skończą, a problem wciąż nie będzie rozwiązany. Zatem odpowiednią kalkulację zrób na początku zdiagnozowania sytuacji niedoboru, a nie kiedy już wszystko co mogłeś wyprzedasz i dalej nie będziesz miał możliwości spłaty rat z bieżących dochodów.

  1. Strzeż się sztuczek banków z aneksami restrukturyzacyjnymi

To jest bardzo ważny temat, szczególnie w zakresie problemów frankowiczów. Otóż, jak już powszechnie wiadomo, umowy na kredyty niby-frankowe, które powstały w okresie przed kryzysem z 2008 roku, to często efekt radosnej twórczości bankowych prawników. Większość tych umów zawiera klauzule abuzywne, bardzo naciągana jest też forma indeksacji rat i zadłużenia, tj. przeliczania niby-franków na złotówki. Te „dziewicze” umowy z 2007, czy 2008 roku raczej się w sądzie nie wybronią, jeśli oczywiście przekażemy sprawę w ręce wyspecjalizowanej kancelarii prawnej.

Słabości zapisów zawartych przed laty umów banki mogą mocno zniwelować, poprzez podłożenie ci do podpisu aneksu restrukturyzacyjnego odpowiedniej treści. Po pierwsze będziesz musiał uznać dług jako bezsporny, po drugie bank znacząco wzmocni swoją pozycję przy ewentualnej egzekucji należności. Czyli – jeśli taki dokument podpiszesz, nie tylko tracisz najmocniejsze argumenty przy ewentualnym sporze sądowym, ale na dodatek ułatwisz bankowi szybszą pacyfikację Twojej osoby.

Pamiętaj więc: restrukturyzacja ma sens jedynie w przypadku, kiedy Twoje problemy ze spłatą kredytu są chwilowe.

Jeśli wiesz o tym, że spłata kredytu przerosła Twoje możliwości w dłuższym dystansie – nawet nie myśl, aby ubiegać się o restrukturyzację!

  1. Nie daj się zmanipulować przez telefonicznych windykatorów

W przypadku braku spłaty zobowiązania (w części lub całości raty) banki zwykle stosują m.in. windykację telefoniczną. Prowadzą ją wyszkoleni pracownicy banku – zwykle najniżej stojący w hierarchii w tej instytucji – ich wyłącznym zadaniem jest wyciągnięcie od Ciebie dwóch informacji: kiedy dokonasz spłaty i w jakiej kwocie. Osób tych kompletnie nie interesują przyczyny braku spłaty, ani też, czy jesteś w stanie te środki w jakikolwiek sposób zdobyć. Wchodzenie w rozmowy z windykatorami telefonicznymi mija się więc z celem, szczególnie, że są to osoby mocno wyszkolone w kwestii jak skutecznie wywierać presję psychiczną na dłużnika.  Jeśli więc zdecydowałeś się na podjęcie rozmowy z windykatorem – powiedz prawdę. Czyli: nie mam środków na ratę i nie wiem kiedy będę je posiadał.

Jeśli jednak dasz się wkręcić takiej osobie i złożysz odnośnie przyszłej spłaty obietnicę bez pokrycia, możesz spodziewać się kolejnych telefonów w tonie bardzo napastliwym, wbijającym Cię w poczucie winy. Mało, że jesteś niesolidnym kredytobiorcą, to na dodatek jesteś oszustem – tak to będą przedstawiać Twoi rozmówcy.

Generalnie – wcale nie musisz takich rozmów prowadzić. Jeśli jednak zamierzasz uzgodnić z bankiem zmianę harmonogramu, czy też poinformować o problemach ze spłatą rat – zrób to na piśmie. Skierowanie do banku korespondencji pisemnej zwalnia Cię z obowiązku prowadzenia rozmów telefonicznych z windykatorami. Wtedy po prostu mówisz takiej osobie:

– „Dziękuję za telefon, jestem w stałym kontakcie z bankiem. Do widzenia.”

  1. Nie korzystaj z pomocy przypadkowych „doradców”

Mam tu na uwadze zarówno pomoc prawną, jak również doradców od restrukturyzacji. Tacy pseudo-fachowcy nie dość, że wyciągną od Ciebie ostatni grosz, to na dodatek – zwykle tylko skonfliktują Cię z wierzycielem, lub w inny sposób pogorszą Twoją pozycję przy ewentualnych negocjacjach.

Tu posłużę się przykładem, oto fragment korespondencji jednej z moich obecnych klientek:

„ Kiedy wszelkie moje próby i wysiłki dojścia do porozumienia z bankami (propozycja niższych rat) spełzły na niczym,  zaangażowałam do tej walki jedną z kancelarii zajmujących się  niby – restrukturyzacją. Umówiliśmy się  na obsługę stałą, mieli zająć się moimi sprawami, bo nie miałam już siły do walki. Po uiszczeniu opłaty wstępnej i po płaceniu co miesiąc wcale nie małych kwot za tę obsługę, dziś efektem naszej zakończonej już współpracy jest komornik z jednego z banków (zdobyli BTE rzutem na taśmę – pod koniec ub. roku) i żadnego postępu w pozostałych sprawach….”

Tak niestety niemal zawsze kończy się „przypadkowe doradztwo”. Osiągniesz skutek dokładnie odwrotny do zamierzonego.

Podsumowanie

W przypadku, kiedy dociera do nas komunikat, że z bieżących dochodów nie jesteśmy w stanie spłacać zobowiązań oraz, że sytuacja ta ma charakter trwały – nie można tego problemu odkładać „na później”. Każdy miesiąc generuje dodatkowe koszty, deficyt w budżecie domowym rośnie. Dochodzą bowiem pozyskane na ratę „łatwe pieniądze” lub nowe pożyczki do spłaty, co w konsekwencji spowoduje, że kiedyś dojdziemy „do ściany”. I tacy klienci właśnie do mnie często trafiają, czasem także tacy – na których ściana ta już się zawaliła i są ścigani przez rzesze komorników. Zatem im szybciej zmierzymy  się z problemem braku płynności finansowej, tym mniejsze odniesiemy straty. Często też, przyszłych strat uda się uniknąć.

I tradycyjnie na koniec: sonda dla Czytelników. Zaglądam zawsze do komentarzy po każdej z części Poradnika, w ubiegłym tygodniu wywiązała się tamże ciekawa dyskusja. Przedstawiam najpierw komentarz „kredycika”:

~kredycik – 28.10 (15:18)

trochę to przypomina poradnik dla złodzieja, no bo jak rozumieć poradnik by nie oddawać długu, który się zaciągnęło. Nie słyszałem nigdy by kogoś zmuszano do wzięcia kredytu – ja wziąłem w złotówkach i płaciłem nawet w pewnym momencie 6,5%, ale franków nie chciałem, bo nie chciałem ryzyka. Rozumiem, że ktoś może ryzykować, jego decyzja ale konsekwencje też jego. Głupota i chciwość to cechy jakie doprowadziły te osoby do miejsca gdzie są a nie banki czy ktoś inny.

A oto jak na powyższy wpis „kredycika” odpowiedział „Zibi”:

~Zibi – 29.10  (07:25)

Nie rozumiesz istoty problemu. Do zakupu VW też nikt nie zmuszał, ale owszem zachęcał. I teraz VW zapłaci w USA 16 mld $ odszkodowań. Normalne, nie? Żadna inna branża, poza bankową nie ma tyle buty chamstwa i bezczelności co branża banksterska, żeby całą winę zwalać na klientów. Jakoś nie słyszałem prezesa VW i lobbystów motoryzacji żeby pyskowali w każdej stacji TV i gazetach „widziały gały co brały”.

Szanowny Czytelniku, a według Ciebie kto ma rację w powyższej dyskusji?

 

 Krzysztof OPPENHEIM

fot. absfreepic.com

Nie warto być grzecznym kredytobiorcą. Poczytaj, co wyrabia bankowa „śmietanka”…

Dzięki temu, że kolejne odcinki Poradnika ukazują się na kilku portalach, tworzony przez mnie przewodnik po meandrach i ciemnych zaułkach bankowości, może mieć charakter interaktywny.

Dowodem na to jest odcinek niniejszy, którego treść powstała wyłącznie na bazie komentarzy Internautów.

Wsadziłem kij w bankowisko…

Prawdziwą burzę w komentarzach czytelników Poradnika wzbudził poprzedni odcinek. W tej odsłonie przedstawiłem – i udowodniłem – kontrowersyjną tezę, że nikt nie straci na tym, kiedy nie spłacisz swojego zobowiązania wobec banku. Posypały się na mnie, właśnie w wypowiedziach Internautów, bardzo ciężkie gromy. Na niektóre zarzuty dziś postaram się odpowiedzieć. Konkretnie – na te zarzuty, które zawierają choć cień krytyki merytorycznej.

Oto pierwszy z komentarzy, w którym niejaki „MB” podważa moje kompetencje:

MB – 14.10 (11:53)

Panie Oppenheim, nie masz pan ani wykształcenia ani wiedzy faktycznej aby wypowiadać się w kwestiach finansów.

Szanowny Panie/Pani MB,

Wbrew Pana/Pani opinii posiadam wykształcenie. Nawet wyższe. Kilka lat studiowałem matematykę teoretyczną na Uniwersytecie Warszawskim, potem – nieco przypadkiem – trafiłem na Wydział Pedagogiki UW, gdzie uzyskałem tytuł magistra. Jak się ma bankowość do matematyki teoretycznej? Podobnie jak poziom gry piłkarskiej drużyny „ligi szóstek” do Realu Madryt.  Otóż ta dziedzina bankowości, w której się specjalizuję – działalność kredytowa – opiera się wyłącznie na trzech działaniach matematycznych.

Bankowiec to ma trudne życie…

Przy udzielaniu kredytu sumujemy najpierw dochody netto wnioskodawcy, musimy zatem nieźle opanować umiejętność dodawania. Potem odejmujemy od tychże wszystkie zobowiązania kredytobiorcy (uwaga – potrzeba tu wiedzy w zakresie odejmowania!). Najtrudniejsze jednak przed nami: wolna kwota, czyli wynik, który uzyskamy z powyższych wyliczeń – tak zwana „różnica” – nie może przekroczyć określonej części naszych dochodów. A więc bez biegłej znajomości dzielenia – ani rusz!

Na szczęście znacznie „mniej pod górkę” mają bankowcy przy ewentualnej restrukturyzacji kredytu. Jak klientowi nie starcza na ratę, wystarczy tylko dodać jego dochody i odjąć od tego zobowiązania (poza tym, które wynika z restrukturyzowanego kredytu). Jeśli wynik wskazuje, że klient może co miesiąc wysupłać dwa tysiące na ratę, nie możemy ustawić miesięcznej spłaty na poziomie czterech tysięcy. Jak pokazuje życie – i to w bardzo wielu przypadkach – z tak arcytrudnym zadaniem bankowcy poradzić sobie nie mogą!

Nie bez kozery wspomniałem także o moim wykształceniu humanistycznym. To co przerabiam na co dzień z klientami, a także poradnikowy temat pod hasłem „psyche dłużnika”, to nic innego jak tylko psychologia społeczna. Przedmiot ten musiałem poznać i  zaliczyć jako student pedagogiki.

Jednakowoż bankowość jako taka, to przede wszystkim życie. To co dzieje się w tej dziedzinie, to co opisuję m.in. w kolejnych odcinkach Poradnika, nigdy nie znajdzie się w podręcznikach do bankowości. A bez tej wiedzy poruszasz się w instytucjach finansowych jak wielki słoń na bardzo kruchym lodzie. Przypomnę, że w bankowości siedzę nieprzerwanie od 1993 roku, kiedy to rozpocząłem pracę na etacie w ówczesnym Banku Przemysłowo-Handlowym.

A oto i kolejny, niezbyt przychylny dla mnie, komentarz:

~dłużnik – 14.10 (07:51)

Przestańcie drukować te idiotyzmy bo będziecie mieć kogoś na sumieniu, ktoś uwierzy w te bzdury i wyląduje pod mostem, albo się powiesi jak przyjdzie komornik, nie róbcie ludziom wody z mózgu, kredyt trzeba spłacać. Jakie szanse ma szary Kowalski przeciwko bankowi z całą kancelarią prawniczą no jakie? Niech redaktor napisze jak się sądzić z bankiem nie płacąc za adwokatów to byłoby ciekawe.

Szanowny Panie „dłużniku”,

Odpowiadam najpierw na ostatnie zdanie i poruszony tu problem. Otóż nie da się wygrać z bankiem „nie płacąc za adwokatów”. Tak się dziwnie złożyło, że przedstawiciele palestry nie tak często zostają wolontariuszami.

Zadajmy sobie więc pytanie:

Skąd wziąć kasę na „papugę”?

Zróbmy więc projekcję finansową przykładowej sprawy. Załóżmy, że Pan Janusz – frankowicz, może przeznaczyć na ratę 2 tysiące złotych. Tyle bowiem zostaje z pensji po zapłacie niezbędnych rachunków. Bank się upiera do spłaty w wysokości 4 tysięcy złotych. Pan Janusz – nie w ciemię bity! – idzie do „adwokata” i robi analizę umowy o kredyt. A tu aż się roi od klauzul abuzywnych! „Adwokat” aż mlaska z zadowolenia… Ale za pozew trzeba zapłacić 10 tysięcy złotych, których kredytobiorca nie posiada. Myśli sobie więc nasz bohater: jakoś dam radę, pożyczę to tu, to tam – i miesiąc zleci.  Co dalej?

Minęło sześć miesięcy…

Pan Janusz doszedł właśnie do ściany. I nie ma skąd „dopożyczyć” kolejnych dwóch tysięcy, których co miesiąc brakuje do raty. Ani mama – emerytka,  już nie ma oszczędności, kolega z pracy też nie bardzo chce się dorzucać do bieżącej raty, chociaż wcześniej nie odmawiał pomocy. Pan Janusz idzie do banku z prośbą o zmianę harmonogramu i po raz kolejny słyszy, że nie ma takiej możliwości. Liczy jednak, że bank się nad nim ulituje i spłaca dalej po dwa tysiące miesięcznie – a nie cztery – co upoważnia kredytodawcę do wypowiedzenia umowy.

Bank, aby odzyskać kwotę kredytu (oczywiście nie odzyska całości tylko część – przecież to kredyt w CHF), składa pozew do sądu. Pan Janusz idzie z pozwem do „adwokata”, u którego się już radził w poprzednim akapicie.

 Dwie wiadomości: dobra i bardzo zła

„Dobra nasza, ale się podłożyli!” – ucieszył się ów adwokat. To była to dobra wiadomość. A oto druga. Jak się Czytelniku domyślasz – to także do Ciebie „dłużniku”, autorze cytowanego komentarza – nasz bohater nie znalazł kasy, aby zapłacić „adwokatowi”. A sam sprawy poprowadzić nie umiał. I stało się tak, jak prorokował „dłużnik” – najpierw przyszedł komornik, zlicytował chałupę, a Pan Janusz wylądował pod mostem…

Dwie wiadomości: dobra i bardzo dobra!

A teraz scenariusz, który ja układam z moimi klientami. Mówię mniej więcej tak:

„Panie Januszu, jeśli zaprzestanie Pan spłaty od dziś, to po okresie sześciu miesięcy zaoszczędzi Pan dwanaście tysięcy złotych. Starczy nie tylko na wynagrodzenie prawnika, ale także np. na sfinansowanie pilnych potrzeb potomstwa.  Pan Janusz tak właśnie uczynił, w sądzie wygrał – bo bank  popełnił w pozwie istotne błędy, a nasz bohater miał kasę na „adwokata”. Pozew udało się oddalić, a Pan Janusz żył potem długo i szczęśliwie – bo bez długu. I we własnym mieszkanku, a nie pod mostem.

I na koniec, jeszcze jeden komentarz. Oto jak się wypowiada niejaki „PiotrEkonomista”:

~PiotrEkonomista – 14.10 (21:16)

Po raz kolejny nie ma Pan pojęcia do czego Pan namawia. Co znaczy zabezpieczenie tyłów przed komornikiem? Czy to nie aby nawoływanie do przestępstwa? Proszę zapoznać się z Art 300 – 303 kk.

Trafiony – niezatopiony!

I tu Pan „PiotrEkonomista” trafił mnie w mój czuły punkt. Konkretnie chodzi o zapisy Art. 300 – 302 Kodeksu karnego, które przewidują odpowiedzialność karną (nawet do 8 lat pozbawienia wolności – Art. 300 kk) za świadome działanie dłużnika na szkodę wierzycieli. Gwoli ścisłości – „PiotrEkonomista” ma trochę racji. Nieumiejętna obrona egzystencji kredytobiorcy przed bankowym oprawcą, może zostać podciągnięta pod odpowiedni artykuł kodeksu karnego. Dlatego każdy ruch, którego celem jest np. odpowiednie zabezpieczenie nieruchomości, czy posiadanych przez dłużnika ruchomości przed egzekucją komorniczą – musi zostać dokonany niemal z chirurgiczną precyzją. Czyli: zgodnie z prawem, tak aby się nie podłożyć.

Jeśli jednak odpowiednio przygotujemy się do ochrony majątku, nic takiego nam nie grozi. Jesteśmy wtedy w stanie udowodnić w sądzie, że działaliśmy „w obronie własnego życia”. W takiej sytuacji nawet mocno kontrowersyjne działania, powinny zostać uznane za nie podlegające sankcjom. Przykład: w okresie II Wojny Światowej akt dywersji przeciwko okupantowi, był często oceniany jako czyn bohaterski. Nieprzypadkowo tu odnoszę się do czasów tej strasznej wojny. To co dziś obserwujemy w relacjach banki – kredytobiorcy, posiada wszelkie znamiona okupacji, czemu poświęcę odrębny odcinek Poradnika.

Ale to co mnie najbardziej boli w kwestii odpowiedzialności karnej dłużnika za działanie na szkodę wierzyciela – to brak symetrii. Załóżmy bowiem, że faktycznie żyjemy w kraju tzw. sprawiedliwości społecznej, w związku z powyższym wprowadzamy odpowiedzialność karną także wobec wierzycieli. W tym wypadku wobec banków, jeśli działają one świadomie na szkodę swoich klientów – kredytobiorców.

Niecne „sztuczki”  bankowych oprawców

Jakiś przykład? Kredyt udzielony firmie ma lekkie opóźnienia, ale nie jest zagrożony i bardzo dobrze zabezpieczony. A Bank X i tak wypowiada umowę, potem odmawia restrukturyzacji. Finał? Firma ogłasza upadłość, jej pracownicy – dziesiątki, czy setki osób – tracą zatrudnienie, podmiot ten pozostawia masę niezapłaconych faktur i zobowiązań, także wobec innych banków. A negatywny bohater – Bank X –  poprzez egzekucję z zabezpieczeń odzyskuje całość kapitału z kredytu wraz z niebotycznymi odsetkami: bo od dnia wypowiedzenia umowa nalicza odsetki karne, a są one znacząco wyższe od tych, które zostały ustalone w umowie kredytowej.

Myślisz czytelniku, że to fikcja literacka? Zacytuję tu fragmenty publikacji bardzo wiarygodnego dziennikarza Gazety Wyborczej – Macieja Samcika.

Oto jak opisuje Pan redaktor jednego z prezesów banków. W tekście utajniłem nazwiska „bohaterów” oraz nazwy banków, które są wymienione.

„Prezes X  powoli wyrasta na enfant terrible polskiej branży bankowej. A właściwie na króla bezdusznych biurokratów, którzy dla zwiększenia rentowności banku o promil są gotowi na wszystko – wypowiedzieć kredyt ratujący firmie życie, wyrzucić tysiące ludzi na bruk, wywołać upadłość przedsiębiorstwa ważnego dla całej gospodarki”

„Dziś prezes X pracuje na podobną opinię, jaką legitymował się kiedyś wśród firm bank (…). Za czasów, kiedy bankowi temu prezesował Y, bank ten wykonał kilka kontrowersyjnych posunięć, polegających na wypowiadaniu kredytów firmom mającym kłopoty finansowe, ale i atrakcyjne nieruchomości. Firmy odcięte od finansowania składały się jak domki z kart, a bank kładł łapę na atrakcyjnych zabezpieczeniach”

 Czy zasłużył na nagrodę?

Dodam tylko, że Prezes X nie jest Polakiem. Gdyby faktycznie wprowadzono do kodeksu karnego odpowiednie sankcje za działanie – z premedytacją – wierzyciela na szkodę jego dłużników, Prezes X pewnie dostałby wielokrotny wyrok dożywocia. Czy faktycznie ktokolwiek postawił jakiś zarzut tej osobie, za tak bezwzględne działanie wobec polskich przedsiębiorców? Nic z tych rzeczy! Prezes X jest jednym z najlepiej opłacanych w Polsce managerów, jego zarobki sięgają czasem kwoty 10 mln zł rocznie.

Bandyckie działania banków to nie polski wynalazek, ani też żadna nowość. Oto fragmenty publikacji, która ukazała się 11 października br. na gazeta.pl. Mocny tytuł:

„Wielka afera w Wielkiej Brytanii. Bankierzy specjalnie niszczyli biznesy swoich klientów”

 I mocna treść, oto kilka wybranych cytatów:

 „Royal Bank of Scotland w czasie kryzysu finansowego zniszczył tysiące firm po to, żeby podpompować swoje zyski.”

 „Bank rujnował biznesy swoich klientów włączając je do tzw. Global Restructuring Group. Teoretycznie – to jednostka, której zadaniem było „uzdrawianie” spółek z problemami finansowymi. Praktyka była jednak zgoła odwrotna.”

 „W GRG kredyty klientów były wyżej oprocentowane, a opłaty wprost wyniszczające. Właściciele firm byli zmuszani do wyprzedaży aktywów i oddawania bankowi udziału w spółkach. Bank nabywał aktywa spółek po bardzo niskich cenach, często następnie sprzedając je z zyskiem. Jednym z regularnych nabywców nieruchomości od osób zmuszonych do ich sprzedaży była spółka West Register, powiązana z RBS.”

 „Dzięki praktyce „wpychania” firm do Global Restructuring Group, Royal Bank of Scotland zarobił tylko w 2011 r. 1,2 mld funtów.”

 Szanowny Czytelniku, oto pytanie do Ciebie. Czy w naszym kraju, za wyżej opisane działania bankowych „managerów” powinni oni trafiać za swoje grzechy na dłuższą odsiadkę? To oczywiście wymaga dokonania stosownych zmian w Kodeksie karnym. Czy też uważasz, że tak musi być? Bo nie ma sensu kopać się z koniem…

 

Krzysztof OPPENHEIM

Nie jesteś w stanie spłacać kredytu? Zdarza się, podejdź do tego bez nadmiernych emocji.

Szkoda, że nie ma oficjalnych danych na temat tzw. dyscypliny obsługi zadłużenia bankowego i porównania zachowań klientów z poszczególnych krajów. Jestem przekonany, że Polacy byliby niemal na samej górze takiej klasyfikacji. Na podstawie własnych, bogatych w tym względzie doświadczeń, oceniam, że do spłaty kredytów podchodzimy nader poważnie. Czasem nawet zbyt poważnie, co opisywałem w poprzednim odcinku (patrz: syndrom genewski).

Warto rozmawiać …

A może Ty, Czytelniku, jesteś w tej trudnej sytuacji? Masz kredyt, ale obecnie nie jesteś w stanie terminowo obsługiwać zobowiązania?  I może, czytając tenże Poradnik, nie zgadzasz się ze mną, kiedy tłumaczę, żebyś się nie przejmował interesem banku? Jeśli tak jest – porozmawiajmy na ten temat. Spróbuję Cię przekonać, abyś przede wszystkim skoncentrował się na swoim losie i przyszłości Twojej rodziny.

No więc, posłuchaj mój drogi. Kiedy brałeś kredyt stać było cię na spłatę? Tak? I przez kilka lat, jak widzę, raty spłacałeś terminowo, jak w zegarku. Brawo!  I co się potem wydarzyło? Straciłeś pracę i przez parę miesięcy żyłeś z oszczędności. Kredyt widzę też spłacałeś. I co? Zaskórniaki się skończyły?

 Nigdy, ale przenigdy tak nie rób!

No i co, teraz masz problem? Nie masz środków nawet na jedzenie. Wiadomo, rodzina pomoże w takiej sytuacji. Ale chcesz też od najbliższych pożyczać na spłatę rat??? I pytasz mnie o zdanie, czy to dobry pomysł?  Najgorszy z możliwych! To Ty brałeś kredyt, a nie Twoja mama, czy brat. Umowa została zawarta pomiędzy Tobą a bankiem, przy czym większa odpowiedzialność jest w tym wypadku po stronie banku, bo jest w tym układzie profesjonalistą.

Upierasz się, że przecież trzeba zobowiązana spłacać. Bo jesteś dorosły i odpowiedzialny. Mówisz, że spłata kredytu to Twój obowiązek. To nie tak działa. Bank także mógł to przewidzieć, niech teraz zaproponuje ci sensowną restrukturyzację. Pytałeś o to? I co, nie zgodzili się? Ot, i cały bank! Wierzyciel nie chce z powrotem zwrotu kasy! Sam widzisz z kim masz do czynienia po drugiej stronie!

Chcesz się pobawić w bankowca?

Nie rozumiesz? Wyobraź sobie, że dostałeś spadek w kwocie jednego miliona złotych. To byś zaraz spłacił ten kredyt? Nie o tym, chciałem. Wyobraź sobie, że przychodzi do Ciebie znajomy i proponuje ci deal. Kolega właśnie rozkręca biznes i potrzebuje kasy na rozwój. Ponieważ ten biznes to miodzio, może ci wypłacić nawet 20 procent rocznie zysku! Dostaniesz wtedy – nic nie robiąc – 200 tysięcy złotych po 12 miesiącach! No super, wchodzisz w ten interes. Jednak nie do końca tak wyszło, jak opowiadał kolega, jego firma splajtowała i z miliona został ci guzik z pętelką.

Wczułeś się w rolę? No to teraz mam do Ciebie pytanie: do kogo masz pretensję z powodu poniesionej straty? A widzisz, jednak do siebie! Od kolegi nie ściągniesz ani złotówki, bo to golas. A poza tym załamał się chłopina zupełnie i teraz nawet roboty żadnej nie ma.

Że to nie to samo? Oczywiście, Ty nie jesteś bankowcem. A tam są profesjonaliści. Wiesz ile zarabia prezes Twojego banku? Nie milion, tylko pięć milionów rocznie! To chyba za coś bierze tę kasę. Strata na twoim kredycie musiała być wliczona w koszta; wiadomo, że  nie wszystkie kredyty zostaną spłacone.

Teraz mi powiedz:

kto na tym straci, kiedy Ty zaprzestaniesz spłaty kredytu?

Bank? A co to jest „bank”? To ten potężny budynek, gdzie jest centrala? Myślisz, że ten drapacz chmur się zaraz popłacze? Śmiejesz się. No to kto, w takim razie, według Ciebie straci? Musisz się zastanowić. No to będę podpowiadał. Może prezes banku obniży sobie pensję? Znowu się śmiejesz. No to może pan Grzegorz, który  pomógł ci jako doradca w załatwieniu kredytu? Już nie pracuje w banku? No to kto? Może sąsiad, który ma tu lokatę na 20 tysięcy zł? Też nie? Kto więc może ponieść stratę i w jaki sposób, przez Twój niespłacony kredyt?

Eureka, wiem!

Oj widzę błysk w Twoim oku. Masz rację, teoretycznie może na tym stracić właściciel banku. No dobra, a wiesz kto nim jest? Nie bardzo? To coś ci na ten temat powiem. Otóż nawet w  przypadku średniej wielkości banku, właściciele tych instytucji to obrzydliwie bogaci ludzie.  Ale, podobnie jest z ich charakterem – często są to ludzie obrzydliwie niemoralni. Chcesz przykłady? No dobra, przytoczę ci kawałek mojej publikacji sprzed kilku miesięcy, pt. „Niewygodne fakty z życia banków i bankowców”. Oto fragmenty:

„Ciekawostka nr 1. Czy wiesz, że jeden z największych banków w Europie to firma rodzinna? Bank ten, działający w ponad 40 krajach na całym świecie, jest pod pełną kontrolą rodziny B. (to obywatele jednego z krajów Zachodniej Europy). Ten międzynarodowy gigant w swojej grupie finansowej posiada także bank działający w Polsce. Rodzina B.  – jak się domyślasz – to nieprzytomnie bogaci ludzie. Co wcale nie przeszkodziło w tym, że zdobyli oni złą sławę jako niechlubni uczestnicy kilku głośnych afer finansowych, w tym afery Falcianiego.”

„O co chodziło w tej aferze? Szwajcarski oddział banku HSBC doradzał możnym tego świata, jak ukryć pieniądze, aby uniknąć opodatkowania we własnym kraju. Na liście klientów ujawnionej przez Herve Falcianiego (informatyka pracującego w HSBC, który udostępnił w 2008 roku dokumenty bankowe w tej sprawie) znajdowali się m.in. liczni członkowie rodziny B.”

„Wśród klientów banku HSBC, zamieszanych w aferę Falcianiego nie brakowało tzw. „typów spod ciemnej gwiazdy”. W tym doborowym gronie znaleźli się m.in. handlarze narkotyków, dyktatorzy, udziałowcy biznesu związanego z handlem „krwawymi diamentami”, handlarze bronią, w tym także dostawcy broni dla dzieci-żołnierzy w Afryce.”

„Ciekawostka nr 2. Czy wiesz, że właściciel jednego z polskich banków to korporacja, która finansowała dojście Hitlera do władzy, dotując fundusz wyborczy nazistów milionami marek? Ta sama korporacja finansowała także „niemiecki cud gospodarczy”, dzięki czemu Niemcy stały się potęgą militarną i mogły rozpocząć II wojnę światową.”

Nie widziałeś o tym? No to teraz już wiesz! Dalej się tak przejmujesz, że nie możesz oddać bankowi tych „drobnych” stu tysięcy? Dla ciebie nie są to drobne? Ale dla banku – to kwota na poziomie poniżej błędu statystycznego.

Mówisz, że nie mam racji? Że na pewno bankowi zależy, żeby każdy kredyt został spłacony? Ależ gadasz farmazony! A kiedy ostatnio analizowałeś raport o sytuacji banków, który cyklicznie opracowuje i wydaje Komisja Nadzoru Finansowego? Nigdy? A widzisz,  ja regularnie tam zaglądam. Ale pewnie oglądasz telewizję i widzisz co najbardziej reklamują banki? Tak, pożyczki gotówkowe. Więc, jakbyś czytał – tak jak ja – raporty, o których wspominałem, doszedłbyś do takiego wniosku:

Obecna polityka kredytowa banków to rabunek w biały dzień!

Dlaczego? To spójrz na te liczby. O tu – to dane na koniec 2015 roku. Szkodowość na portfelu kredytów konsumpcyjnych wynosi 12 proc, masz to na stronie 65. Tak, chodzi o „Raport o sytuacji banków w 2015 r.” Tu jeszcze spójrz na stronie 48: w spłacie jest 140,2 mld zł takich kredytów, czyli zagrożonych jest 16,8 mld zł – właśnie to jest te 12 procent. Ale zobacz tu jeszcze, na stronie 9. Widzisz:

w 2015 r. banki sprzedały „złe kredyty” o łącznej wartości 4,8 mld zł.

I tak jest każdego roku: przez ostatnie 5 lat banki pozbyły się trefnych produktów konsumpcyjnych na łączną kwotę ok. 25 mld zł.  Jak więc uwzględnimy w naszych rachunkach te 25 mld zł straconych kredytów konsumpcyjnych, które zostały wyksięgowane z bilansu banków, zobacz co wychodzi:

165 mld zł – wolumen kredytów konsumpcyjnych, z tego 41.8 mld zł to kredyty zagrożone, co daje szkodowość na poziomie 25 procent!

A teraz poczytaj tu, na stronie 8: „banki udzieliły 9,8 mln kredytów o łącznej wartości 78.6 mld zł”.

Wiesz co to znaczy? Że około 25% tej kwoty pewnie nie wróci do banków, a to jest prawie 20 mld zł! I powyższe dotyczy tylko 2015 roku! A Ty się przejmujesz drobnymi 100 tysiącami złotych!

Tak się robi biznes!

Ale jak mówimy o wielkiej kasie i wielkich zyskach banków, to coś ci jeszcze opowiem: jak to wygląda w liczbach. Otóż, w ramach prywatyzacji, za rządów Buzka, jeden z banków udało się w 1999 r. świetnie sprzedać. To jest za kwotę 4.3 mld zł. W ciągu 16 lat bank ten zarobił ponad 30 mld zł, a ostatnio za sprzedaż 10 proc. akcji tego banku zagraniczny właściciel zgarnął drobne 3,3 mld zł.

Czy zatem dalej tak mocno bolejesz nad losem banku z powodu Twojego nietrafionego kredytu?

 

Krzysztof OPPENHEIM

Syndrom genewski: częsta przypadłość kredytobiorców.

Dziś opiszę bardzo dziwny – ale dość często powtarzający się – przypadek, kiedy osoby zadłużonej po uszy nie mogę uratować, bowiem … dłużnik ten odmawia przyjęcia pomocy.  W tym miejscu przypomnę fragment odcinka nr 2. Oto jaką wówczas złożyłem deklarację:

„….do arcytrudnego tematu pod hasłem „psychika dłużnika” będę na pewno w Poradniku powracał. Bowiem z moich doświadczeń w pracy z klientami wynika jasno, że największy problem w uwolnieniu się od długów tkwi… w głowie dłużnika. Jeśli się poddasz, wpadniesz w apatię, potem – w depresję, czekając na to, co los przyniesie – zamienisz się w zombie. A przy ogromnym stresie związanym z przekredytowaniem, o taki stan bardzo łatwo.”

Psychika dłużnika, a psyche alkoholika

Otóż, aby moje Poradnikowe recepty jak uwolnić się od długów, okazały się skuteczne, musi być na to przyzwolenie  dłużnika – poparte stosownym działaniem. Podobnie jest z leczeniem osoby uzależnionej od alkoholu: lekarz daje odpowiednie zalecenia i medykamenty, a alkoholik czasem … robi swoje. Pomimo faktu, że w pełni przekaz lekarza jest dlań zrozumiały.

Mając kontakt m.in. z dziesiątkami frankowiczów, którym stosunkowo łatwo można było pomóc w ich problemach (pisałem o tym w poprzednich odcinkach Poradnika), często okazywało się, że – pomimo oczywistych argumentów –  nie umieli oni zmienić sposobu myślenia i swoich dotychczasowych działań. Czyli dalej spłacali oni kolejne raty kredytu, zwykle nadludzkim wysiłkiem; także w sytuacji, kiedy w pełni zdawali sobie sprawę, że takie postępowanie zaprowadzi ich w bliskiej przyszłości do samozagłady. Doszedłem do konkluzji, że

takie działanie bardzo przypomina  … syndrom sztokholmski

Dwa zdania wyjaśnienia (z Wikipedii) jak objawia się syndrom sztokholmski:

 „Syndrom sztokholmski – to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi.”

„Syndrom ten jest skutkiem psychologicznych reakcji na silny stres oraz rezultatem podejmowanych przez porwanych prób zwrócenia się do prześladowców i wywołania u nich współczucia.”

W tym właśnie miejscu wchodzimy w wyjaśnienie zagadkowego tytułu tej części Poradnika.

 Co to takiego ten „syndrom genewski”?

Kredytobiorca „porażony” ciężkim stresem, związanym z niemożnością spłaty zobowiązania, zaczyna się tegoż kredytu coraz bardziej przywiązywać. Nie przyjmuje jasnych komunikatów, że koncentracja na wywiązywaniu się ze spłaty kolejnych rat (na co dłużnikowi nie starcza środków) jest odroczonym społecznym samobójstwem. Osoba taka zamiast z wrogiem walczyć, broni się rękami i nogami przez wypowiedzeniem umowy. Także w sytuacji, kiedy kładzie na szali swoje zdrowie, dobro rodziny i najbliższych.

Ameryki nie odkryłem, ale…

Nie spotkałem nigdy wcześniej rozpoznania takiej formy uzależnienia  dłużnika od kredytu, dlatego też mogę uznać się za jej odkrywcę. Skoro tak, mam prawo do nazwania opisanego stanu psyche.

Pewnie zapytasz czytelniku, dlaczego wybrałem taką właśnie nazwę, w oczywisty sposób nawiązującą do syndromu sztokholmskiego.

To proste. Otóż z moich obserwacji wynika wprost, że ta dolegliwość najczęściej dopada frankowiczów,  musi być tu odniesienie do wybranego miasta w Szwajcarii:  bo w tym właśnie kraju ktoś wymyślił tę straszną walutę. Zresztą  – obowiązuje ona tam do dziś! (biedni ci Szwajcarzy – przyp. aut.).  Mając do wyboru – alternatywnie –  m.in. Zurych, Bazyleę, Berno, zdecydowałem się jednak na Genewę. Sam zobacz jak dostojnie to brzmi: „syndrom genewski”.

Syndrom genewski nie jest następstwem porwania. Ale posiadanie kredytu frankowego bardzo często powoduje podobne odczucie pełnego zniewolenia – wbrew własnej woli. Ma to miejsce wtedy, kiedy kwota kredytu przeliczona na złotówki znacząco przekracza wartość nieruchomości, a dłużnika nie stać na spłatę rat. Wtedy stajesz się jakby zakładnikiem kredytu w CHF: nie masz bowiem żadnej szansy, aby się z tych więzów wyzwolić w sposób zgodny z oczekiwaniami banku i z treścią zawartej umowy. Często z tej pułapki można się wyzwolić – znają Państwo różne metody działania choćby z lektury Poradnika – jednakowoż osoba cierpiąca na tę przypadłość, nie dopuszcza możliwości, aby się z matni uwolnić.

Narzucające się rozwiązanie – zaprzestanie spłaty, aby nie pogrążać się bardziej – jest z niewiadomych przyczyn często odrzucane przez ofiarę toksycznego produktu.

Pułapka: tym razem nie szklana, tylko frankowa

Kredytobiorca, który wpadł w sidła tej strasznej przypadłości, nie jest w stanie samodzielnie podjąć decyzji o ratowaniu własnej osoby z frankowego potrzasku. Zwykle, jak już do mnie trafia, stracił rodzinę (rozpadła się), kontakt ze znajomymi prawie mu się urwał, żyje od raty do raty. Zwykle na kolejną coś dopożycza od rodziny.

Czy można z tej „choroby” wyjść? Z mojego doświadczenia wynika, że nie jest to łatwe zadanie. Jakie argumenty mogą trafić do tak uzależnionej osoby? Tym tematem zajmę się szerzej w następnym odcinku Poradnika.

Dziś omówię tylko jeden, ale bardzo zasadniczy argument. Dłużnik w żadnym przypadku nie powinien się obwiniać. Na uzasadnienie słuszności tego argumentu, podam pewien bardzo wymowny przykład.

Przekręt na duża skalę, czy zwyczajna ludzka pomyłka?

Poprzedni odcinek Poradnika zakończyłem krótkim wspomnieniem niedawnej, potężnej wpadki kredytobiorcy. Ówczesny zarządca spółki, która broniła się przed upadłością, stwierdził, że uratować ją może zastrzyk finansowy w kwocie 500 mln zł. Spółka zatem złożyła stosowne dokumenty do banku i w sierpniu ubiegłego roku kredyt taki został udzielony. Pech chciał, że spółki tej i tak nie dało się ocalić. W listopadzie 2015 roku ogłoszona została jej upadłość.

Co się zatem wydarzyło w okresie tych trzech miesięcy, czego zarząd bankruta nie mógł przewidzieć? Działania wojenne zniszczyły fabrykę, gdzie prowadzona była produkcja? Załamanie się – nagle – koniunktury? Katastrofa budowlana? Nic z tych rzeczy się nie miało miejsca. Nie było tu też nieprzewidzianych strat związanych z ryzykiem kursowym, bowiem kredyt został udzielony w krajowej walucie.

Czyja culpa?

Pewnie Czytelniku, łapiesz się za głowę, zarzucając kredytobiorcy działanie niezgodne z prawem, czyli wyłudzenie. Oczywiście trudno w tej sytuacji uwolnić z winy kredytodawcę – kredyt w takiej wysokości musi być przecież oglądany po stokroć z każdej strony, zanim bank wyrazi zgodę na wypłatę 500 mln zł. W tym wypadku nie ma mowy o przekręcie. Z całą pewnością była to zwykła ludzka pomyłka!

Dlatego nikt nie poniósł żadnych konsekwencji. Ani osoby zarządzające upadłą spółką, ani zarząd kredytodawcy.

Myślisz, że sobie to wymyśliłem? To poczytaj sobie publikację z portalu gazetaprawna.pl z dnia 23 listopada 2015 roku, pt. „Szałamacha: Zbadamy,     czy działania KNF były adekwatne do sytuacji SK Banku”

 A więc – wszystko jasne!

Chodzi o głośny przypadek upadłości wołomińskiego SK Banku. Oto kilka wybranych cytatów wymienionej publikacji:

„Według resortu finansów SK Bank od lat podlegał nadzorowi KNF, która posiadała wszelkie uprawnienia do weryfikacji dokumentów dostarczonych przez bank zgodnie z obowiązującymi przepisami. W sierpniu 2015 r. bank uzyskał wsparcie finansowe w postaci kredytu w wysokości 500 mln zł, udzielonego przez Narodowy Bank Polski, który został częściowo poręczony przez Ministra Finansów.” (…)

 „Zdaniem Komisji Nadzoru Finansowego resort finansów miał pełną wiedzę o działaniach Komisji w sprawie SK Banku.”  (…)

 „KNF zawiesiła z dniem 21 listopada 2015 r. działalność Spółdzielczego Banku Rzemiosła i Rolnictwa z siedzibą w Wołominie (posługującego się nazwą handlową „SK Bank”) decyzją z 20 listopada.”

 Andrzej Jakubiak, Marek Belka, Mateusz Szczurek

Wymieniona powyżej Wielka Trójka to osoby, które wspólnie, na skutek nietrafionej decyzji biznesowej, doprowadziły do tak dużej straty. Poniósł ją Skarb Państwa. Wnioskującym o kredyt był bowiem sam Andrzej Jakubiak – Przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego, a wniosek o kredyt został zaakceptowany zarówno przez Marka Belkę – ówczesnego Prezesa NBP, oraz przez Ministra Finansów – Mateusza Szczurka.

Żadna z tych osób nie poniosła żadnych konsekwencji. Wcale mnie to nie dziwi, bo każdy może się przecież pomylić. Mając powyższe na względzie

Szanowny Dłużniku  udzielam ci rozgrzeszenia jeśli także twoje decyzje finansowe przy zaciąganiu zobowiązań okazały się nietrafione.

 

KrzysztofOppenheim-FOTO-dobreKrzysztof OPPENHEIM

Nie stać Cię na spłatę kredytu? Nie daj sobie wmówić, że to wyłącznie Twoja wina.

Rad jestem wielce, że kolejne odcinki Poradnika cieszą się niemalejącym zainteresowaniem Internautów. Tym bardziej tworzenie kolejnych części sprawia mi satysfakcję, że w 8 na 10 przypadków osób trafiających do Kancelarii po poradę – jesteśmy w stanie skutecznie pomóc. Lub też, przynajmniej wskazać właściwy kierunek zagubionemu kredytobiorcy.

Dla tych osób, które znają niektóre poprzednie odcinki Poradnika, nie będzie tajemnicą, że w sytuacjach spornych pomiędzy bankiem a dłużnikiem optuję niemal w każdym przypadku za podjęciem walki. Zazwyczaj będzie to forma walki partyzanckiej, a nie zaś otwartej wojny. Jeśli więc z bankiem nie idzie się dogadać w kwestii obsługi kredytu, zaczynamy od prostego NIE.

Pierwszym krokiem, kiedy bank wymusza spłatę przekraczającą Twoje bieżące możliwości, będzie nauczenie się bezwzględnego stosowania wobec kredytodawcy poniższej zasady:

Postaw się, a nie zastaw się!

Bowiem jedną z najgorszych metod ratowania kredytu, jest pożyczanie kasy na spłatę kolejnych rat gdzie popadnie. To jest u bliższej lub dalszej rodziny, znajomych, czy też biorąc „chwilówkę”  w jednej z lichwiarskich firm.

Oczywiste jest dla mnie, że rada pod hasłem „nie spłacaj kredytu, jeśli nie jesteś w stanie tego robić z bieżących dochodów” budzi wiele kontrowersji.

Głównie jest to spowodowane przepotężnym wpływem lobby bankowego na wszelkie treści ukazujące się w mediach. Ale nie tylko.

 Afro to widzę…

To także efekty chorego i bardzo często absurdalnego wymuszania na nas dostosowania się do tzw. politycznej poprawności, która to np. na każdego spotkanego Murzyna, każe nam mówić „Afroamerykanin”. Nie zawsze to się sprawdza,  bo ponoć przed laty, jeden „Afroamerykanin”  (widzicie jaki jestem porządny, nie napisałem Murzyn! przyp. aut.) pałętał się z niewiadomych przyczyn po Afryce, a w Ameryce nigdy nie był, przez co piekielnie utrudnił swoją identyfikację.

Moralność Pana Autora

Wróćmy jednak do mej poradnikowej „tfurczości”. Niechybnie mojemu działaniu, czyli namawianiu klientów do zaprzestania spłaty zobowiązań – oczywiście nie w każdym przypadku takich rad udzielam – łatwo zarzucić można amoralność. Wszak jest to czynienie szkody po stronie wierzycieli.

Szanowny Czytelniku, jeśli i Ty tak uważasz, to powiem Ci jedną ważną rzecz. Otóż miałem w swoich rękach dziesiątki tysięcy umów, zawartych przez klientów z instytucjami finansowymi. Biorę tu pod uwagę nie tylko banki, ale także parabanki (czytaj: lichwiarze – przyp. aut.) oraz firmy leasingowe.  Okazuje się, że wszystkie te umowy miały jedną wspólną cechę. Nie wiesz jaką? No to Cię pewnie bardzo zaskoczę:

każda umowa zawierana jest przez dwie strony.

Co, wiedziałeś o tym? Zarzucasz mi, że robię sobie żarty? Że każdy to wie?

Zgadza się. No więc dlaczego, szanowny Czytelniku, akceptujesz narzucony przez lobbystów bankowych pogląd, ze całą odpowiedzialność za problemy ze spłatą zobowiązania ponosi tylko jedna ze stron? Konkretnie: nabywca danego produktu. A nie –  sprzedawca, będący wszak profesjonalistą!

Ale zostawmy na boku suche dyskusje. Zamiast przekonywać się nawzajem, kto ma rację, opowiem Wam dziś o sprawach, które do mnie trafiły. Wiele z nich to pokłosie lektury Poradnika, czyli tematy z ostatnich dni lub miesięcy. Wybrałem do tej krótkiej prezentacji przypadki, jakie spotykam niejednokroć w działaniach Kancelarii, a więc – powtarzalne.

Starsi ludzie vs. bezwzględni lichwiarze

Takich sytuacji znam dziesiątki. Jedną z nich opisywałem w Odcinku 10. To historia schorowanej, 60-letniej kobiety, której sąd w Białymstoku oddalił wniosek o upadłość konsumencką. To przykład, jak firmy pożyczkowe, w pełni zgodnie z prawem doprowadzają życie takich ludzi do ruiny. Pierwsza część pracy lichwiarzy to szukanie ofiar, którym można wcisnąć chwilówkę z kosztami czasem ponad 30 proc. miesięcznie (od marca tego roku, nieco mniej – do 27.5 proc. miesięcznie – przyp. aut.).

Starszy Pan (Pani) widzi pieniądze, nie czyta umowy i nie jest w stanie ocenić jakie stwarza ona zagrożenia dla egzystencji pożyczkobiorcy. Jak przychodzi termin spłaty – często szuka następnej pożyczki, potem następnej, itd. Aż uzbiera się tak wiele (na przykład ponad 50 – miałem takie przypadki), że osoba biorąca te pożyczki zupełnie traci kontrolę: nie tylko nad ich spłatą, ale także nad swoim życiem. Pojawiają się wtedy – niczym drapieżne sępy –  bezwzględni windykatorzy, którzy wręcz terroryzują biedaka, aby wycisnąć od niego każdy grosz. Oczywiście bardzo często łamią przy tym prawo. Ale kto wziąłby w naszym kraju pod ochronę schorowanego dziadka, zadłużonego po uszy?

Niezorientowani w przepisach prawnych vs. windykacyjne hieny

Wyobraź sobie, że miałeś kiedyś – grubo ponad 10 lat temu – jakiś dług. Już dawno o nim zapomniałeś. Bo … być może przed laty został on spłacony! A może jednak coś tam zostało do spłaty (np. kilka tysięcy złotych), ale nikt się o tę kwotę przez lata nie upominał. Nagle pojawia się jakiś nieznany ci „Fundusz Sekurytyzacyjny”  z niezbyt dobrą informacją, że jesteś firmie tej winny … prawie 100 tys. zł. Takich spraw prowadzę wiele. Fundusz taki ma w ręku tytuł wykonawczy, bo pisma z sądu przychodziły na adres, pod którym od dawna nie mieszkasz. W takiej sytuacji sąd orzekł (wobec braku sprzeciwu strony pozwanej), że faktycznie jesteś dłużnikiem tegoż Funduszu. Jeśli nie masz tej kwoty pod ręką, Twój wierzyciel nie zostawia Cię w potrzebie samego, gwarantując towarzystwo komornika. Na najbliższe 20 lat…

Młoda rodzina vs. bankowe bezmózgowce

To sprawa sprzed miesiąca, którą prowadzę. Napisał do Kancelarii, w bardzo „ciepłym” tonie Pan Janusz P.  Jest posiadaczem kredytu frankowego, ma też inne zadłużenia, są to niezabezpieczone pożyczki (w kilku bankach). Poprosił, abyśmy spotkali się – wraz z nim i jego Żoną – w kawiarni, ze względu, że jest tam placyk zabaw i będzie można spokojnie porozmawiać (Państwo P. nie mieli zostawić z kim dzieci).  Pan Janusz przedstawia mi swoją żonę – to urocza, pewnie góra 22- lub 23-letnia kobieta, obecnie nie pracująca. Jedno dziecko ma kilka miesięcy i słodko  śpi w stojącym obok wózku. Drugie dziecko to na oko 3-letni chłopczyk, który z zaangażowaniem coś „gotuje” – placyk zabaw to niby kuchnia, w której właśnie urzęduje mały Piotruś. Pan Janusz zaczyna rozmowę tymi słowy:  „Panie Krzysztofie, mamy kredyty na blisko 3 mln zł, na szczęście są tylko na mnie.”

Pytam ile jest warte mieszkanie,  na którym jest kredyt frankowy. „Pewnie z 700 lub 800 tysięcy złotych, kupowałem znacznie drożej, ale ceny spadły.   A kredyt to obecnie, w złotówkach licząc, sporo ponad 2 mln zł”.  „Dużo Pan zarabia?” – pytam dalej. „Kiedyś – tak, ale ostatnio – nie bardzo” – słyszę w odpowiedzi.

Czytelniku – uważaj, za chwilę będziesz testowany!

Jeśli w opisanej sytuacji, przychodzi ci do głowy refleksja „jak był głupi, to niech spłaca” to prosiłbym Cię, abyś nie psuł mi nastroju i nie czytał dalej  tej publikacji. Ani kolejnych odcinków Poradnika. Przypomnę tylko, że większość Polaków to katolicy, dlatego też, tak często wraca dyskusja nad koniecznością ochrony życia nienarodzonych. Ja z kolei, zawsze w swoich działaniach i publikacjach, będę bronił godnego życia naszych rodaków – już tych narodzonych; nie ma znaczenia, czy są  to dzieci, czy dorosłe osoby. W tym wypadku jest to obrona tej rodziny przed czekającą ich pacyfikacją (przez komorników – na zlecenie banków) oraz życiem do ostatnich dni w skrajnym ubóstwie.

Żadna praca nie hańbi? Wierutna bzdura!

Jak więc widzę tak przerażający efekt „pracy” bankowców, którzy zowią się „doradcami” klienta, to zawsze wzbiera we mnie wściekłość. Jak do tak koszmarnego zadłużenia, tak młodego człowieka, może dojść? „Doradca” ma plan, więc musi go wykonać – bo inaczej mało zarobi, albo straci robotę, a klient „mieści się w procedurach” i może pożyczkę na daną kwotę uzyskać. Nie ma przy tym znaczenia, że ów klient ma już sporo ponad 2,5 mln zł innych zobowiązań, więc niemal pewne jest, że udzielonej pożyczki nie spłaci.  Zadajmy sobie pytanie: kto w tym gronie ewidentnie działa na szkodę banku?

Dlaczego takich „doradców” zaliczam do gatunku o wiele mówiącej nazwie „bankowych bezmózgowców”?  Tak  bowiem zarządy wielu banków kierują swoimi podwładnymi. Pracowniku: czytaj procedury, wykonuj je nie zadając zbędnych pytań, a nade wszystko – masz zrobić plan! Niestety, podobne – i jeszcze bardziej niebezpieczne dla kredytobiorców zasady – obowiązują przy ewentualnej restrukturyzacji. Pracownik banku, prowadzący dany temat zamienia się często w bezdusznego kata kredytobiorcy i jego rodziny. Ma to miejsce także w sytuacji, kiedy sugerowana przez klienta zmiana harmonogramu może nie tylko uratować kredytobiorcę, ale również spłatę kredytu.

Czy znając obecną sytuację finansową Janusza P. i jego rodziny, można im pomóc? Czy można wyzwolić ich z tak gigantycznych długów? Oczywiście! I zrobię to z największą przyjemnością.

Kto chce być więźniem? A kto strażnikiem?

To tylko niektóre przypadki, w których staję murem po stronie klientów,  jeśli tylko taka jest ich wola. Ze zgrozą obserwuję coraz większą patologizację sektora bankowego. Następuje to przy niemal pełnej akceptacji, lub braku reakcji, zarówno naszych władz, jak i odpowiednich instytucji, których celem jest ochrona praw konsumenta, lub nadzór nad sektorem finansowym.

Przypatruję się, także z przerażeniem, relacjom na linii pracownik działu windykacji – kredytobiorca. Ci pierwsi coraz częściej wczuwają się z lubością w rolę ciemiężcy wobec słabszej strony, co kropka w kropkę przypomina mi efekty eksperymentu więziennego z 1971 roku, przeprowadzonego pod przewodnictwem prof. Philipa Zimbardo. Zacytuję tu, za Wikipedią, główny wniosek z tych niezwykle ciekawych (i równie niebezpiecznych) badań:

 „Amerykański psycholog udowodnił, że ludzie zdrowi psychicznie, w specyficznych warunkach wcielają się w role oprawców i ofiar.

Jaka jest najlepsza strategia obrony, jeśli znajdziesz się w takiej sytuacji? Pamiętaj: za nic na świecie nie możesz wejść w rolę więźnia!  Bo wtedy zostaniesz spacyfikowany. Na dodatek dasz satysfakcję swojemu oprawcy.

I na koniec tego akapitu jeszcze jeden cytat z Wikipedii, w którym mowa o przedwczesnym zakończeniu eksperymentu Zimbardo:

„Zaplanowany na dwa tygodnie eksperyment przerwany został już po sześciu dniach ze względu na brutalne zachowania osób, które przyjęły role strażników.”

Mylić się, ludzka rzecz!

I Ciebie to czeka kredytobiorco, jeśli poddasz się bez walki i nie zrzucisz z siebie jarzma winy za niespłacony kredyt. Każdy może się omylić i czegoś tam nie przewidzieć. Przecież nie jesteś żadnym oszustem! A`propos pomyłki: już za tydzień opiszę, jak jeden Pan, w ubiegłym roku, mocno się omylił przy ratowaniu spółki przed bankructwem.  Uważał, że podmiot ten da się uchronić i dostał na ten cel drobne … 500 mln zł. Akcja się nie powiodła, niecałe 3 miesiące po uzyskaniu kredytu, spółka ta ogłosiła upadłość.

Obecnie zarówno osoby kierujące upadłą spółką, jak i te, które wydały zgodę na kredyt, nie czując do siebie urazy – świetnie sobie żyją i wcale się nie przejmują tą drobną wpadką. Czego i tobie życzę! Szczególnie, że pewnie twój kredyt to trochę mniej niż pięćset baniek…

 Krzysztof OPPENHEIM

fot. absfreepic.com

Przez ostatnie 2,5 roku w Polsce ogłoszono upadłość 2 tysięcy firm. To dramat nie tylko dla wielu z nich, ale także dla ich pracowników, dostawców, czy kontrahentów. Sporej części problemów można było jednak uniknąć. Bankructwo nigdy nie przychodzi nagle. Niemal połowa upadających firm na pół roku przed ogłoszeniem upadłości była notowana w Krajowym Rejestrze Długów z długiem w wysokości 119 milionów złotych.

Od początku 2014 do połowy 2016 roku w Polsce ogłoszono bankructwo 2016 firm. Jak wynika ze wspólnego badania KRD BIG oraz Rzetelnej Firmy, aż 909 z nich pół roku przed terminem ogłoszenia upadłości znajdowało się w bazie danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Miały one wówczas w sumie 9603 zobowiązania na łączną kwotę ponad 119 milionów złotych.

– Opinia publiczna traktuje bankructwo jako coś nagłego, niespodziewanego. Tymczasem zazwyczaj tak nie jest. To proces, który trwa nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt miesięcy, więc symptomy choroby pojawiają się znacznie wcześniej. Ważne, żeby je rozpoznać, uniknie się wtedy wielu kłopotów. Upadłość firmy to bowiem nie tylko problem dla jej właścicieli. To często również olbrzymie kłopoty dla jej pracowników, dostawców, czy kontrahentów. Postanowiliśmy więc przestudiować listę upadłych firm i sprawdzić, w ilu przypadkach można było uniknąć wielu potencjalnych problemów – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Bankructwo nigdy nie przychodzi nagle. Już na 12 miesięcy przed ogłoszeniem upadłości w Krajowym Rejestrze Długów było notowanych aż 34% przyszłych bankrutów, 6 miesięcy później ten odsetek wyniósł już 45%, a 3 miesiące przed ogłoszeniem decyzji sądu przekraczał 50%. Wraz ze skracaniem „czasu do upadłości” gwałtownie rosło też ich zadłużenie. W wymienionych okresach wynosiło odpowiednio 77, 119 oraz 151 milionów złotych. Średnie zadłużenie w tym czasie wzrosło ze 111 tysięcy złotych do blisko 150 tysięcy złotych.

– Firmy bankrutują ponieważ nie są zdolne do regulowania swoich zobowiązań. Ten problem często wynika z tego, że ktoś inny nie zapłacił im w terminie. Na opóźnienia w płatnościach, nieraz wielomiesięczne, uskarża się 71% przedsiębiorców z sektora MSP. Właśnie dlatego wiedza o rzetelności płatniczej swoich partnerów biznesowych jest tak istotna. Nawiązywanie relacji biznesowych bez weryfikacji potencjalnego kontrahenta bądź ze świadomością, że partner wcześniej nie regulował swoich zobowiązań w terminie można porównać do wjeżdżania na skrzyżowanie na czerwonym świetle. Być może się uda – uważa Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Prezes Rzetelnej Firmy zwraca uwagę także na to, że spora rzesza firm wciąż lekceważy problem opóźnionych płatności i nie dopisuje swoich nierzetelnych partnerów do rejestrów dłużników.

– Często rozmawiając z przedsiębiorcami słyszę, że nie dopisują, bo liczą, że kontrahent jednak zapłaci. To trochę myślenie życzeniowe. Czas leci, a pieniędzy na koncie firmy nie ma. Kiedy nagle robi się głośno o problemach finansowych kontrahenta, zaczyna szybko przybywać wpisów o jego długach. Wówczas często jest już za późno, aby ustrzec firmę przed potencjalnymi kłopotami finansowymi. Bankrut jest jak tonący, ciągnie na dno też innych – wyjaśnia Mirosław Sędłak.

Największa liczba firm, które przed ogłoszeniem upadłości były notowane jako dłużnicy w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej była zarejestrowana w województwie dolnośląskim (103), śląskim (114) oraz mazowieckim (159). Najmniej było ich natomiast w województwie lubuskim (15), podlaskim (11) oraz opolskim (9). W tym gronie najwięcej było firm przemysłowych (239), budowlanych (227) oraz handel hurtowy i detaliczny (202).

Badanie Krajowego Rejestru Długów oraz Rzetelnej Firmy zostało przeprowadzone we wrześniu 2016 roku na 2016 firmach, których upadłość została ogłoszona w 2014, 2015 i pierwszej połowie 2016 roku. Łączna liczba zobowiązań i kwota zadłużenia jest sumą zobowiązań i długów firm, jakie były notowane w KRD na 12, 6 i 3 miesiące przed ogłoszeniem upadłości poszczególnych firm.

bankrut-tonac-ciagnie-tez-na-dno-innychKrajowy Rejestr Długów

fot. absfreepic.com

Jak dużo można zyskać poprzez ogłoszenie upadłości konsumenckiej?

Bardzo rzadko chwalę pracę naszych parlamentarzystów. Zwykle tworzone z ich udziałem akty prawne zawierają poważne mankamenty, lub okazują się totalnymi porażkami. Powyższa, niełaskawa opinia nie dotyczy ustawy z 29 sierpnia 2014 r., która wprowadziła zasadnicze zmiany w przepisach regulujących warunki uzyskania upadłości konsumenckiej.

Upadłym być! I więcej nic!

W dzisiejszym odcinku Poradnika przedstawię jak wiele można zyskać poprzez ogłoszenie upadłości. Dla osób, które znalazły się w pętli kredytowej, z absolutną niemożnością uwolnienia się od długów, to jakby rozpocząć „Życie 2”.  Oto trzy przykłady „z życia wzięte”, są to autentyczne historie naszych klientów, którym skutecznie pomogliśmy w uzyskaniu statusu upadłego. Zmieniłem jedynie imiona i nazwiska bohaterów.

Historia 1.  Frankowicz stracił pracę

W pewnym sensie – to „klasyk”. Dobra praca na państwowym etacie, na kierowniczym stanowisku, przyzwoite zarobki, zakup atrakcyjnego, niewielkiego mieszkania od dewelopera, przy metrze. Niestety, zakup ten był w 2008 roku, a więc na górce cenowej, a kredyt oczywiście w szwajcarskiej walucie. Wówczas była to równowartość 250 tys. zł. Bohater tego epizodu, nazwijmy go Pan Tomasz, został zwolniony z pracy w 2010 roku, powód – redukcja etatów. A ponieważ był wówczas 50-latkiem, niespecjalnie nową pracę udało mu się znaleźć. Odniósł co prawda zwycięstwo w sądzie pracy – po 3 latach od dnia złożenia pozwu – dostając jakieś tam odszkodowanie, niemniej jednak do pracy go nie przywrócono. Kiedy oszczędności się wyczerpały, a pracy wciąż nie było, chciał sprzedać mieszkanie (akt notarialny został podpisany z deweloperem w 2011 roku). Ale co z tego, kiedy nieruchomość ta była warta o ok. 100 tys. zł. mniej od kwoty zobowiązania, de facto nawet ten lokal nie został wykończony – bo na to Pan Tomasz nie miał już środków.  Bank wypowiedział umowę kredytową na początku 2014 roku, doszły zaległości z tytułu nie płaconego czynszu za kupione na kredyt mieszkanie. Lada dzień miał się pojawić komornik.

Pan Tomasz, za naszym pośrednictwem sprzedał mieszkanie w 2014 roku. Oczywiście został jeszcze do spłacenia dług wobec banku, który wynosił sporo ponad 100 tys. zł.

Ze złożeniem wniosku o upadłość musieliśmy poczekać do wejścia w życie ustawy, była to jedna z naszych pierwszych spraw.  Sędzia uznał w swoim postanowieniu zasadność ogłoszenia upadłości konsumenckiej Pana Tomasza, co ciekawe – na decyzję sądu w tej sprawie czekaliśmy…3 dni.

We wniosku wpisaliśmy zobowiązania naszego klienta na kwotę łącznie ponad 200 tys. zł.  Parę miesięcy temu sprawa Pana Tomasza została definitywnie zamknięta. Sąd orzekając o wymaganej spłacie tej osoby wobec wierzycieli, wyznaczył kwotę 200 zł przez okres 24 miesięcy. Łącznie więc Pan Tomasz na poczet swoich zobowiązań będzie musiał zapłacić ledwie 4 800 zł. W korzystnych, niewielkich ratach.

Historia 2.  Zapętleni po uszy, oczy i nos…

Kiedy po raz pierwszy do mojego biura przyszli Państwo Kozłowscy – a było  to marcu 2015 roku – byli w gorzej niż tragicznym stanie psychicznym. Pan Zenon Kozłowski lat 70, od kilku lat emeryt, całe życie przepracował w budżetówce.  Jego Żona –  Pani Halina, lat 60, aktywna zawodowo, była (i jest do tej pory) pracownikiem jednego z urzędów. To co spędzało im sen z powiek to gigantyczna ilość zobowiązań finansowych, łącznie mieli tego coś około 50 sztuk, oczywiście większość długów to chwilówki. Tylko 3 kredyty były zaciągnięte w bankach, w tym 1 hipoteczny.

Kiedy w roku 2011 zdecydowali się na zakup niewielkiego mieszkania poza Warszawą, mając dochody ponad 5000 zł/netto, nic nie zapowiadało jeszcze nieszczęścia. Pierwszy cios to ciężka choroba ich syna (w 2012 roku), ogromne wydatki na leki oraz na prywatne wizyty u kardiologów, nefrologów  i hepatologów. Państwo Kozłowscy zrobili wszystko co było możliwe, syna jednak nie udało się uratować – zmarł w 2014 roku. Na zdrowiu zapadł także, bardzo poważnie Pan Zenon, a po śmierci syna – także Pani Halina.

Na koszty leczenia Państwo Kozłowscy bez problemu uzyskiwali kolejne pożyczki, ale jak się ich już trochę za dużo uzbierało – nie starczało im dochodów na spłatę zobowiązań. Ale przecież mamy jeszcze – niemal pod ręką – kilkadziesiąt chwilówek do wyboru. Chcąc wywiązywać się z wcześniej pozyskanych kredytów i pożyczek, Państwo Kozłowscy zadłużali się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej.  Kiedy do nas trafili ze swoimi problemami, nie byli w stanie spłacać większości zobowiązań, czego efektem było nieustanne nękanie ich przez sforę wierzycieli. Zacytuję tu fragment wniosku o upadłość Pana Zenona:

„Mam 70 lat. Przez całe życie uczciwie pracowałem. Wszystko układało się do momentu choroby syna. Ta i kolejne sytuacje losowe zapędziły mnie i żonę w ślepy zaułek. Mój stan zdrowia z dnia na dzień ulega pogorszeniu.  Nie jestem w stanie spać spokojnie z myślą o tym, że wkrótce grozi mi życie na ulicy. Nie chcę być do końca swoich dni ścigany przez bezwzględnych windykatorów, którzy nie szanują cudzego życia. Telefony z pogróżkami i wizyty domowe mamy niemal nieustannie, bez względu na porę dnia i dzień tygodnia. Nie mogę tak dalej żyć. Przecież nie jestem żadnym przestępcą, tylko uczciwym, bardzo schorowanym człowiekiem. Po prostu zagubiłem się w sprawach finansowych, na których się nie znam, a wszystko spowodowane było nieszczęściami, jakie nas dotknęły (…).”

Bardzo bałem się o los tych wniosków, wszak bez trudu można tu zarzucić Państwu Kozłowskim, że ich działanie cechowało rażące niedbalstwo. I to w bardzo wysokim stopniu, pewnie już po pożyczce nr 5 było wiadome, że nie stać ich na spłatę kolejnych, a oni uzbierali ich łącznie około 50-ciu…

Temat ten zakończył się pełnym sukcesem, obie osoby uzyskały status upadłego. Nie dość na tym, sąd ze sprzedaży mieszkania przyznał im po 900 zł miesięcznie (czyli łącznie 1800 zł!) na wynajem mieszkanie – i to na okres pełnych 2 lat.  Nie wiemy jeszcze jaką kwotę co miesiąc będą musieli spłacać na poczet swoich zobowiązań, z pewnością nie będą to kwoty wysokie. No i plan spłaty wierzycieli może być ustalony na okres maksimum 36 miesięcy, tako rzecze ustawa.

Dawno nie widziałem tak szczęśliwych ludzi, jakimi byli Państwo Kozłowscy, kiedy sąd pozytywnie odniósł się do ich wniosków o upadłość konsumencką. Może trochę to i znak czasu: największym szczęściem człowieka jest nie zawarcie małżeństwa, narodzenie potomka, czy awans w pracy na wymarzone stanowisko, tylko dzień kiedy … uzyskamy status upadłego. Brawo ten kraj!

Historia 3.  Bankrut z przypadku: był w złym miejscu, w złym czasie

Ostatnia historia to bolesna „przygoda” Pana Janusza w roli prezesa zarządu prywatnej spółki. Pan Janusz to obecnie 65-latek, w całkiem dobrej formie. Od stycznia br., kiedy sąd powiedział TAK na jego wniosek o upadłość – w jeszcze lepszej… Przez wiele lat pracował w urzędzie, piastując poważne funkcje, w ostatnich kilku latach swojej pracy tamże – na stanowisku dyrektora departamentu. Wiatr historii przepędził Pana Janusza z tej pracy; stracił ją w wyniku zmiany opcji politycznej, która wygrała wybory. Zatrudnił się w firmie prywatnej, został tam nawet prezesem zarządu. Finansami jednak zajmował się kto inny. Firma się pięknie rozwijała, a wiadomo, że w takiej sytuacji trzeba inwestować!  Podmiot ten uzyskał w 2006 roku kredyt w BGK, co nie było trudno, bo wyniki finansowe wówczas były wspaniałe.  Kwota kredytu – 2,5 mln zł, Pan Janusz, zgodnie z umową kredytową musiał kredyt ten poręczyć z racji pełnionej funkcji. 2 lata później karta się odwróciła, a kredyt się – wywrócił.  Bank nie bardzo miał z czego się zaspokoić (zabezpieczenie było liche), więc sięgnął po majątek poręczyciela. Pan Janusz był zmuszony zbyć swoje mieszkanie, a to co uzyskał ze sprzedaży – pokryło ledwie kilka procent zadłużenia. Kiedy do nas trafił, dług wraz z odsetkami wynosił blisko 4 mln zł.  Ścigający Pana Janusza, niczym pies gończy, komornik, zawsze pojawiał się niemal natychmiast w miejscu pracy, jak tylko nasz bohater jakąś robotę podłapał.

W przypadku Pana Janusza sąd nie miał wątpliwości odnośnie decyzji. Czekamy teraz na końcowe postanowienie w kwestii jaką kwotę na poczet długu będzie musiał co miesiąc wpłacać Pan Janusz. W mojej opinii jest duża szansa na całkowite umorzenie: ze względu na wiek naszego bohatera oraz jego smutną historię wpadnięcia w niedostatek.

Szanowny Czytelniku. Jeśli i ty nie możesz poradzić sobie ze swoimi długami, te historie pokazują, jak świetnym rozwiązaniem, może okazać się dla ciebie upadłość konsumencka. Ale to nie jest tak, że upadłość jest dobra na wszystko, ani też, że uzyskanie statusu upadłego to formalność. Tę tematykę będę zgłębiał w następnym odcinku Poradnika.

 

 Krzysztof OPPENHEIM

Czy w każdej sytuacji musimy spłacać swoje zobowiązania wobec banków? Zdecydowanie nie!

 W Polsce bardzo poważnie podchodzimy do zobowiązań finansowych. „Bo kredyty trzeba spłacać” – takie hasło wbija się nam do głowy niemal od urodzenia. Po części zgadzam się z powyższym. Ale pod warunkiem, że nie zaistniało żadne zdarzenie losowe, które by Ci to uniemożliwiło.

Bank udzielając nam kredytu przeprowadził przecież stosowne analizy. Wszak pracują tam specjaliści najwyższej klasy. Po czym to poznać? Choćby po zarobkach członków zarządu: tylko w bankowości są to tak wysokie gaże.

Jeśli więc zdarzyło Ci się, że straciłeś pracę – czego nie zakładałeś biorąc kredyt lub pożyczkę – i w konsekwencji nie masz środków na spłatę rat, współodpowiedzialnym za ten stan rzeczy jest także kredytodawca. Jako profesjonalista mógł to przewiedzieć! I przygotować stosowne procedury.

 Komu kredyt? Komu? Bo idę do domu…

Powyższy wstęp jest istotny dla oceny relacji bank – kredytobiorca oraz uznania odpowiedzialności stron ze ewentualny brak spłaty zobowiązania. Otóż, bankowcy skutecznie wmówili nam, że w sytuacji problemów z regulowaniem rat, cała wina leży wyłącznie po stronie dłużnika. Tak, jakby bank  nie brał udziału w podejmowaniu decyzji w sprawie udzielenia kredytu. Czyli: przychodzi klient do banku, informuje o zapotrzebowaniu na określoną kwotę, podpisuje potem umowę kredytową, a kasjer wypłaca te środki. Jak wiemy – nie tak to działa.

Jako doradca finansowy, którego zadaniem jest pomoc osobom mającym problemy w regulowaniu swoich zobowiązań finansowych,  części klientom zdecydowanie odradzam spłatę kredytu, czy pożyczki. Dziś przedstawię, w jakich sytuacjach nie opłaca się być grzecznym kredytobiorcą  i zanosić wszystkie pieniążki do banku. Własne lub pożyczone „po rodzinie”.

 

Sytuacja nr 1. Kiedy spłata kredytu zagraża Twojej egzystencji.

Tu odwołam się do nauki. Słyszałeś coś o piramidzie potrzeb Maslowa?  Pewnie słyszałeś. Wiedza ta jednak nie dotarła do większości bankowców. Zaraz to udowodnię.

 

Przypomnijmy wersję klasyczną Piramidy Maslowa.

12

A teraz sytuacja, z którą dość często się spotykam w swojej pracy zawodowej. Przykładowo: małżonkowie spłacają kredyt hipoteczny, którego rata wynosi np. 2000 zł.  Jedno z nich traci pracę, po czym ich dochody spadają z 5000 zł netto/mies. do 2000 zł. Proszą więc kredytodawcę o znaczące zmniejszenie rat, informując skąd biorą się ich problemy w spłacie. Bank odmawia. Wnioskują jeszcze raz. Bank konsekwentnie mówi – NIE.

Niechaj przemówi nauka!

Co na ten temat powiedziałby Abraham Maslow? Otóż, jeśli rodzina ta przeznaczy wszystkie posiadane środki na spłatę kredytu (no bo kto ze zwykłych zjadaczy chleba posiada w tych czasach oszczędności?), to nie będą w stanie zaspokoić nawet potrzeb fizjologicznych.  No i wtedy mamy problem!

Oddajmy głos nauce, cytuję za Wikipedią.

Potrzeby fizjologiczne: są to wymagania fizyczne niezbędne do przetrwania człowieka. Jeżeli te potrzeby nie są zaspokojone, ludzki organizm nie może prawidłowo funkcjonować i ostatecznie nie będzie w stanie przetrwać. Potrzeby fizjologiczne są uważane za najważniejsze; dlatego powinny być spełnione w pierwszej kolejności. Dotyczy to również rodziny kredytobiorcy.

Piramida potrzeb według BANKO

Widać z powyższego, że bankowcy zlekceważyli osiągnięcia naukowe Maslowa i stworzyli własną, znacznie prostszą wersję piramidy potrzeb. Prezentuję ją poniżej.

13

Piramida potrzeb kredytobiorcy opracowana przez bankowców.

Można więc uznać, że opisany powyżej dylemat moralny kredytobiorców „spłacać, czy nie spłacać?” jest w istocie tożsamy z hamletowskim „być, czy nie być?”. Grzecznie spłacać – znaczy podążać w kierunku niebytu: bowiem nie będziemy w stanie zaspokoić potrzeb fizjologicznych.  W szczególności, jeśli kredytobiorca wszystkie posiadane pieniążki zaniesie do banku, to nie będzie miał za co kupić jedzonka i po pewnym czasie umrze z głodu. A kto wtedy spłaci kredycik? Pomyślałeś o tym BANKO? Ach, zapomniałem, że ty nie myślisz. Ty „działasz zgodnie z procedurami”.

Sytuacja nr 2. Kiedy kwota kredytu znacząco przekracza wartość nieruchomości, stanowiącej zabezpieczenie.

Pomijam w tym akapicie wartość emocjonalną posiadanej nieruchomości, którą zwykle jest nasz dom rodzinny. To znacznie więcej niż  „zabezpieczenie kredytu”. Niemniej jednak, jeśli nie stać Cię na spłatę rat, a z bankiem nie możesz się dogadać – jakiekolwiek wpłaty na rzecz kredytodawcy to środki wyrzucone w błoto. Jeśli bowiem będą one w kwotach niewystarczających, umowa prędzej czy później będzie wypowiedziana. A wpłacona kasa – i tak przepadła.

Ekonomia, głupcze!

Spójrzmy jeszcze na ten sam problem z perspektyw prostej ekonomii. Może za przykład niech posłuży sytuacja jednego z moich klientów. Segment pod Warszawą o wartości ok. 500 tys. zł, kredyt oczywiście w CHF, obecna kwota zadłużenia – 1,2 mln zł. Rata prawie 5 tys. zł. Kredytobiorca wyciąga co miesiąc 7 tys. zł na rękę, harując po 7 dni w tygodniu. A ja się pytam – po co? Bo to jest tak, jakbyśmy kupowali od banku tę nieruchomość za 1.2 mln zł, której wartość to ledwie 500 tys. zł. I jeszcze bankowi płacili odsetki!  Gdyby, na przykład, tenże kredytobiorca chciał podobną nieruchomość wynająć na wolnym rynku, koszt czynszu nie przekroczyłby kwoty 2,5 tys. zł.

Najkorzystniejszy finansowo wariant dla kredytobiorcy to zaprzestanie spłaty zobowiązania. Wtedy koszty mieszkania – we własnym domu – spadają do zera (poza opłatą za media), a zanim bank zdobędzie tytuł egzekucyjny w sądzie, minie nie mniej niż 2 lata. Zobacz ile w tym czasie możesz odłożyć kasy!

Z tych prostych wyliczeń widać jak wielkim bezsensem jest dalsza spłata  tego zobowiązania. Ale powyższe trzeba sobie uświadomić. Musimy także zaakceptować fakt, że nie będziemy porządnymi kredytobiorcami, jak do tej pory, tylko wchodzimy z bankiem w spór. Jak pokazuje moja praktyka – to nie takie proste. W opisanej sytuacji, klient nie skorzystał z mojej rady i kontynuuje spłatę zobowiązania. Ku chwale sektora finansowego!

Sytuacja nr 3. Kiedy Twoje zobowiązania są tak duże, że na pewno nie spłacisz ich do końca życia.

Wbrew pozorom, w obecnych czasach to dość częsty przypadek. Grubo ponad milion Polaków zachłysnęło się wizją posiadania własnego mieszkania, czy domu. Uwierzyliśmy premierowi Tuskowi w zieloną wyspę Europy, którą w ciągu 8 lat sprawowania władzy, rząd zamienił w czerwoną latarnię.

Doszły nie tylko problemy z utrzymaniem stałego zatrudnienia, ale także ukochany przez Polaków frank pokazał jak potrafi być wredny.

Poza tym od początku 2012 roku

Polska stała się rajem dla lichwiarzy

To konsekwencja ustawy o kredycie konsumenckim z maja 2011 r., która zniosła wszelkie ograniczenia w kosztach pożyczek. Pomimo znaczącej recesji w naszej gospodarce, bankowcy na prawo i lewo sprzedają niezabezpieczone produkty kredytowe, których szkodowość dochodzi do 25 proc. Potem – jak jest problem ze spłatą – bezwzględnie egzekwują należność, nasyłając na kredytobiorcę komornika. A ten pacyfikuje dłużnika. I pozamiatane.

Nie dziwi więc, że coraz większa populacja naszych rodaków wpada w totalną pętlę zadłużenia, bez szans na spłatę posiadanych zobowiązań. Poza sytuacją wygranej w grze losowej, ale nie wszystkim się to jednak udaje. W tego typu przypadkach – zapętlenia długami – każda złotówka przeznaczona na spłatę zobowiązań wobec banków, to tak, jakbyśmy te środki wrzucali do studni.

Na szczęście od stycznia 2015 roku w Polsce obowiązuje bardzo korzystna ustawa dotycząca upadłości konsumenckiej. Temu tematowi poświęcony będzie kolejny odcinek Poradnika.

Jeśli nie chcesz swojej zguby, przestań spłacać kredyt luby!

Nie są to wszystkie sytuacje, kiedy odradzam moim klientom spłatę zobowiązania. Wbrew pozorom, wcale nie musi powyższe zakończyć się tragedią dla kredytobiorcy. Jest dokładnie odwrotnie: właśnie postępowanie „poprawne politycznie”, czyli spłata kredytu w opisanych sytuacjach do wyczerpania gotówkowych zapasów (własnych i rodziny) nieuchronnie prowadzi dłużnika do zguby. Im wcześniej sobie to uświadomimy – tym mamy większe szanse na uwolnienie się od długów i obrony przed niechybną katastrofą finansową.

Bankowcy, zaś, muszą w końcu przyjąć do wiadomości,  że wypłacalny dłużnik to taki, który żyje, jest zdolny do pracy i ma do spłaty takie raty, jakie jest w stanie podźwignąć: nie narażając siebie i swojej rodziny na unicestwienie.

 

Krzysztof OPPENHEIM

Największe bankowe przekręty: to dlatego bank odmawia Ci restrukturyzacji kredytu!

 Dzisiejszy odcinek Poradnika pozwoli Ci zrozumieć, Czytelniku, dlaczego zazwyczaj tak trudno porozumieć się z bankiem w kwestii ewentualnej restrukturyzacji kredytu. Na początek przypomnijmy definicję:

Restrukturyzacja zobowiązania: to zmiana warunków spłaty kredytu, której celem jest dostosowanie wysokości kolejnych rat, do bieżących możliwości kredytobiorcy.

Restrukturyzację stosujemy w sytuacji, kiedy dłużnik nie jest w stanie spłacać kredytu, zgodnie z przewidzianym w umowie harmonogramem. Działanie to ma nie tylko pomóc kredytobiorcy w wyjściu na prostą przy ewentualnych problemach z płynnością finansową. Głównym bowiem celem restrukturyzacji jest odzyskanie przez bank kapitału z udzielonego kredytu, w sytuacji, kiedy spłata tego zobowiązania jest zagrożona.

Nie, bo nie: takie mamy procedury

Jeśli bowiem klient nie wykaraska się ze swoich problemów finansowych, może zostać bankrutem, czy też ogłosić upadłość konsumencką i wtedy bank poniesie na tej transakcji stratę. Niby proste jak drut, a jednak najczęściej z bankiem nie idzie się dogadać w tej kwestii, tj. kredytodawca niespecjalnie analizuje sytuację kredytobiorcy, narzucając sposób spłaty długu według własnych procedur.

Jest to działanie po stronie banku nie tylko nieetyczne, ale także wręcz absurdalne. Bowiem skutkiem niefachowo przeprowadzonej restrukturyzacji, stratę poniesie także bank, co jest niemal pewne w sytuacji, kiedy kredyt nie jest odpowiednio zabezpieczony. A takich dziś jest pewnie ponad 80 procent.

O cóż więc tu chodzi? Otóż, sprawdza się tu znane, staropolskie porzekadło:

jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze

Szanowny Czytelniku, wytłumaczę tę kwestię w nietypowy sposób. Ubierz się elegancko, zapraszam Cię bowiem na uroczystą galę. Na tej uroczystości będą rozdawane nagrody bankowcom – dlatego gala będzie „na bogato” – za wybitne osiągnięcia ostatnich 10 lat. Konkretnie: będą dziś przyznawane tzw. Bankstery (to takie bankowe oskary – przyp.aut.).Najważniejsza kategoria to:

Bankster za największy przekręt 10-lecia

Konkurencja w tej dziedzinie, jak zwykle, jest piekielnie zacięta. Tak jest zresztą na całym świecie, gdzie przyznaje się tego typu nagrody bankowcom.

Bookmacherzy zdecydowanie stawiali na kredyty niby-frankowe, na które dało się nabrać łącznie coś około 700 tysięcy kredytobiorców. Przyznają Państwo – to rewelacyjny wynik! Dużo gorsze notowania u bookmacherów mają opcje walutowe. Ci, którzy stawiali na właśnie na ten przekręt, upierali się jednak, że co prawda nie były to transakcje powszechne, ale za to, jak już jakiś podmiot się wpakował w opcje – to zazwyczaj nie było co zbierać. Nawet jeśli nabywcą tego tak trefnego produktu była bardzo potężna firma!

Jakie działania banków działających w Polsce uznać należy za największy przekręt 10-lecia? O, jest już na scenie prowadzący dzisiejszy konkurs. Wyciąga kartkę z zalakowanej koperty i za chwilę wszystko będzie jasne!

Panie i Panowie,

The winner is … MSR 39!

Oj, widzę tu konsternację na twarzach tysięcy widzów. Co to za dziwna nazwa? Czy to tajny szyfr? A może jakiś bardzo złośliwy wirus komputerowy? O, chwileczkę, wstaje właśnie ktoś z widowni. Oddajmy mu głos.

Szanowni Państwo. Zupełnie nie rozumiem o co chodzi, to chyba jakaś pomyłka! Jestem biegłym rewidentem. MSR 39 to skrót od stosowanego w całej Europie systemu w księgowości, chodzi o Międzynarodowe Standardy Rachunkowości. Faktem jest, że w Polsce system ten stosowany jest od ponad 10-ciu lat przez banki. Ale co to ma wspólnego z przekrętem? Chyba, że się mylę odnośnie rozpoznania skrótu.

Oj, nie myli się mistrz taki!

No właśnie, często najbardziej niebezpiecznym zagrożeniem jest ktoś, kogo znamy od dawna i nie podejrzewamy  o jakieś zbrodnicze plany. Tak właśnie jest z systemem MSR 39. Rozpoznajmy więc dokładniej, na czym ten system polega.

Przepraszam! Czy jest na sali tłumacz?

Szanowny Czytelniku, pozwolę sobie w tym, miejscu zacytować słowa jednego z najwybitniejszych polskich bankowców, doktora Krzysztofa Czerkasa, byłego członka zarządu BRE Banku Hipotecznego S.A. Oto fragmenty wypowiedzi tegoż eksperta dla jednego z portali ekonomicznych:

„MSR 39 –  jest to system księgowania, który obowiązuje w polskich bankach od stycznia 2005 roku. Zgodnie z MSR 39 odsetki od ekspozycji nieregularnych naliczane  przez banki od wartości ekspozycji netto, są ujmowane w rachunku zysków i strat.

Tłumacząc powyższe na język potoczny: MSR 39 daje możliwość zaliczania  do przychodów odsetek od kredytów nieregularnych. Wpisujemy więc w pozycji „przychód” także wirtualne odsetki, w sytuacji kiedy klient nie spłaca zobowiązania. Jest to niezwykle ryzykowny mechanizm. Bank z takiej ekspozycji wykazuje zysk w wyniku finansowym, pomimo oczywistego faktu, że na tym kredycie zostanie poniesiona strata.”

I jeszcze kilka cytatów z wypowiedzi doktora Czerkasa na temat MSR 39:

„Stosowanie MSR 39 przez banki – w obecnej formule – otwiera szerokie pole do „kręcenia” wynikiem finansowym.

Szczegóły zastosowania w Polsce MSR 39 reguluje Rekomendacja R, opracowana przez KNF. Rekomendacja R daje bankom swobodę w tworzeniu modeli ryzyka kredytowego w oparciu o które są tworzone odpisy aktualizacyjne  i wspomnianą swobodę w wyznaczaniu parametrów ryzyka kredytowego.

 „Poza tym, z punktu widzenia wyniku finansowego: jeśli bank odmówi klientowi restrukturyzacji zobowiązania, może naliczać od tej ekspozycji odsetki karne lub ustawowe. A te są zwykle znacząco wyższe od odsetek wynikających z umowy kredytowej, szczególnie ma to miejsce przy kredytach hipotecznych.

Dlatego, tak jak wspominałem: stosowanie MSR 39 to niezwykle ryzykowny mechanizm. Zarówno dla banku, jak i dla jego klientów – kredytobiorców.”

Zdaję sobie sprawę, że język bankowy nie dla każdego czytelnika moich publikacji – które z założenia mają trafić pod strzechy – jest zrozumiały. Wyjaśniam więc o co chodzi w MSR-ach, tłumacząc powyższe, cytowane wypowiedzi eksperta, na język polski.

Bankowe sztuczki na miarę Pana Ząbka!

Jezus potrafił zamieniać wodę w wino. Bankowcy poszli znacznie dalej:  straty z prowadzonej akcji kredytowej potrafią zamienić w zyski. Oczywiście wyłącznie w wykazywanych oficjalnie wynikach finansowych. Powyższe umożliwia właśnie księgowanie wg standardów MSR 39. Jeśli dany klient zaprzestanie spłaty kredytu, bank nalicza dalej odsetki od tego zobowiązania i wpisuje je w pozycji „przychody”, tak jakby faktycznie te środki wpłynęły do banku. Tworzy się więc w ten sposób całkowicie wirtualny dochód.

Pamiętajmy jeszcze o efekcie skali – wypaczenie wyników finansowych, podawanych przez banki może być gigantyczne. Im większa jest bowiem szkodowość na akcji kredytowej, tym większa wystąpi skala rozbieżności pomiędzy wynikiem faktycznym, a wykreowanym sztucznie przez MSR-y.

Wujek Sam nas tego nauczył!

Między innymi w ten sposób doszło do kryzysu finansowego w USA w 2007 roku. Amerykańskie banki stosowały przy księgowaniu kredytów nieregularnych system GAAP, który nie tylko umożliwiał podobne sztuczki z niespłacanymi kredytami (ze straty wychodził zysk), ale również pozwalał skrzętnie ukrywać przed opinią publiczną faktyczny stan własnych finansów.

Rekomendacja R: I tu jest pies pogrzebany!

To nie wszystko. W wypowiedzi doktora Czerkasa pojawia się jeszcze tajemnicza Rekomendacja R. Cóż to takiego? Rekomendacja R, którą opracował nie kto inny, tylko Komisja Nadzoru Finansowego (niby nadzorca banków – przyp. aut.) pozwala bankom na swobodną ocenę przyszłych strat z kredytów nieregularnych i zagrożonych. Przykład: w sytuacji, kiedy na danym kredycie bank straci pewnie 60 procent kapitału (np. frankowicz całkowicie zaprzestał spłaty i wyjechał za granicę), kredytodawca może optymistycznie założyć stratę na poziomie 10 procent kapitału.

Doskonale mechanizm tego przekrętu pokazany jest w filmie BIG SHORT.  W jednej ze scen beneficjenci szaleństwa hipotecznego w USA, przed kryzysem finansowym z 2007 roku, „zakładali” szkodowość na tym portfelu na poziomie ok. 5 procent, chociaż faktycznie przekraczała ona 50 procent!

Najprostszy „zarobek” banków:  kreatywna księgowość

MSR 39 pozwala więc bankom w sposób absolutnie legalny zawyżać znacząco zyski (w stosunku do stanu faktycznego) i jednocześnie zaniżać straty, niemal w dowolny sposób. Konkretnie – te straty, które są lub będą efektem niespłacanych kredytów.

Uważny Czytelnik pewnie zwróci uwagę na pozorną absurdalność takiego działania. Skoro bank wykazuje dochody, których nie osiągnął, więc musi zapłacić horrendalne podatki od …wirtualnych zysków.

Kto zyskuje, kto traci?

Działając w ten sposób, bank ponosi w konsekwencji jedynie realne straty. No bo kto o zdrowych zmysłach, chciałby płacić podatki od nie osiągniętych dochodów? Pewnie masz problem, Czytelniku, w zrozumieniu celu takiego działania. Okej, podpowiadam: Bank traci, ale zyskuje jego właściciel!

Jak? W najprostszy możliwy sposób: od pokaźnego zysku wypłaca sobie sowitą dywidendę! Jeśli jest to zagraniczny bank – a takie dominują na polskim rynku – kasa ta płynie strumieniami zagranicę. Jak duża jest to kasa? Wyliczenia te przedstawia Damian Słomski, analityk portalu money.pl, w jednej ze swoich publikacji. Oto wnioski:

W 2014 roku banki komercyjne „na czysto” zarobiły prawie 15 mld zł, z czego 4,5 mld zł trafiło do akcjonariuszy. Kwotowo większość zasiliła konta zagraniczne.” (…) „Jednocześnie trzeba pamiętać, że w okresie ostatnich 15 lat do podziału między właścicieli poszło 60 mld zł.”

I to jest właśnie, szanowny Czytelniku, powód dlaczego banki są tak niechętne restrukturyzacjom kredytów. Bo to im się nie opłaca: w wyniku finansowym bank najlepiej wychodzi na zobowiązaniach niespłacanych!

Z kolei dywidenda jest wypłacana od wykazywanych dochodów, a nie faktycznie zrealizowanych. Jeśli, w ogóle, banki osiągają obecnie zyski…  Ta kwestia jest o tyle drażliwa, że skoro dochody te są urojone, to zarówno dywidenda, jak i podatki od niby-dochodów, pokrywane są przez w znaczącej części ze środków, które w bankach pozostawiamy. Są to nasze oszczędności.

I tym, mało optymistycznym wnioskiem, pozwolę sobie zakończyć kolejny wykład na temat patologii w „naszej” bankowości.

Czy dalej uważasz, Czytelniku, że moja pomoc osobom, którym bank odmówił restrukturyzacji, jest działaniem niemoralnym? Bo takie właśnie opinie pojawiły się w Internecie po trzech pierwszych odcinkach Poradnika.

 

 Krzysztof OPPENHEIM

Odcinek 2. Zbankrutowałeś? To nie koniec świata. Pozbądź się długów i rozpocznij „Życie II”.

Jeśli Czytelniku, jest to właśnie Twój problem: jesteś bankrutem, lub wkrótce możesz nim zostać, zacznę od dobrej wiadomości – uwolnienie się  od długów jest znacznie prostsze niż myślisz! Co więcej, jest na to kilka sprawdzonych sposobów, które dziś pokrótce opiszę. Ale mam też dla Ciebie złą wiadomość: skuteczna ucieczka od długów nie rozwiąże do końca Twoich problemów. Żeby zacząć „Życie II” po ciężkim upadku finansowym, musisz zmierzyć się aż z trzema wrogami.

Wróg nr 1. Długi, których nigdy nie będziesz w stanie spłacić.

Sądzisz pewnie,  że jest to sytuacja bez wyjścia. Bardzo się mylisz. Jeśli tylko będziesz tego mocno pragnął – uwolnisz  się od długów. O jednym ze sposobów ucieczki od wierzycieli i komorników pewnie słyszałeś: jest to ogłoszenie upadłości konsumenckiej. Gdyby udało Ci się uzyskać status upadłego, sąd określi przystępną ratę na poczet zadłużenia na okres maksimum 36 miesięcy. Może to być np. 200 zł lub  500 zł miesięcznie.

Nie ma w tym wypadku znaczenia łączna wysokość zadłużenia, także w sytuacji kiedy przekroczyło ono kwotę kilku milionów złotych – rata spłaty będzie dostosowana do Twoich możliwości. Po trzech latach jest wolny jak ptak. To jest: wolny od długów.

Temat upadłości konsumenckiej jeszcze nie raz zagości na łamach Poradnika. Nie jest to jednak rozwiązanie uniwersalne. I nie zawsze będzie to metoda dla Ciebie korzystna. Ale są też inne możliwości.

Słyszałeś coś na temat „znikających długów”? Był dług i … długu nie ma. Wyparował. Kusząca perspektywa, nieprawdaż? Jeśli Twoim problemem     jest jeden lub dwa duże kredyty, które wraz z odsetkami urosły do kwot niebotycznych – może właśnie tym sposobem się ich pozbędziesz? Jak to się robi? Wierzyciel musi udowodnić istnienie i wysokość długu. Może to zrobić wyłącznie poprzez sąd. Jeśli w dokumentacji procesowej bank lub firma windykacyjna popełni błąd – a o to nietrudno – ekspert od „znikających długów” podważy pozew i sąd oddali powództwo. Wierzyciel musi spisać ten dług w straty, nie może bowiem wystąpić do sądu ponownie z tym samym pozwem.

Nie zawsze można skutecznie zastosować jedną z dwóch opisanych metod. Pozostaje wtedy sposób numer 3 – musisz stać się … niewidzialny. Nie tak zupełnie niewidzialny jak na filmach science – fiction. Nie musisz także – wzorem Saddama Husajna – chować się podziemnego bunkra. Jeśli dorobiłeś się niemożliwego do spłaty zadłużenia, jedyną osobą, która może ci zatruć życie jest komornik. Jeden, kilku, lub cała ich gromada… Twoim zadaniem będzie więc stać się niewidzialnym dla przedstawicieli tej grupy zawodowej. Dodam, że to wcale nie takie trudne. Komornik to nie Sherlock Holmes, daleko mu nawet do dociekliwości poczciwego doktora Watsona. Wybacz Czytelniku, że nie będę tego tematu rozwijał, ale pewnie wrócę do kwestii stawania się niewidzialnym w jednym z kolejnych odcinków Poradnika. Muszę się zająć teraz Twoim Wrogiem nr 2. Znacznie groźniejszym od Wroga nr 1.

Wróg nr 2.  Degradacja pozycji zawodowej i społecznej.

No dobra, uwolniłeś się od długów. I co dalej? Być może oglądałeś film „Skazani na Shawshank”. Jeśli nie – musisz koniecznie obejrzeć. Historia Andy`ego Dufresne, który znalazł się w znacząco gorszej sytuacji od Twojej, jest wyjątkowo krzepiąca. Jednak nie wszystkie wątki tego świetnego filmu kończą się happy endem. Przypomnę smutny koniec żywota bibliotekarza Brooksa. Po wielu latach odsiadki wychodzi na wolność. Nikt na niego nie czeka. Dostaje nędzną pracę przy pakowaniu zakupów. Mieszka w podłym hoteliku.

W więzieniu był kimś, miał swoją pozycję. Brooks odzyskał wolność, ale nie potrafił żyć na wolności. Podobnie może być w Twoim przypadku: być może pracę dawno już straciłeś i tam już nie jesteś potrzebny? Być może byłeś przedsiębiorcą, ale bankructwo zniszczyło Twoją reputację? Czyż nie jest to wypisz wymaluj sytuacja Brooksa?  Ten niezwykle trudny powrót do świata „żywych” nazywam dlatego „syndromem więźnia odzyskującego wolność”.

Brooks nie umiał tak żyć, choć był znowu wolnym człowiekiem. Kończy żywot, wieszając się w swoim pokoju hotelowym.

Jeśli myślisz, że chcę Cię zniechęcić do walki o uwolnienie się od długów, jesteś w ogromnym błędzie. Pragnę Ci tylko uświadomić, że poza skutecznym oddłużeniem, musisz pokonać jeszcze dwóch potężnych wrogów. Inaczej nie wrócisz do świata „żywych”. Czekając, że od razu będzie super i nic od siebie nie wymagając  – zostaniesz przez otoczenie odrzucony. Jak filmowy Brooks.

A przecież pozostał jeszcze Wróg nr 3…

Wróg nr 3. Depresja.

 Nie jestem ani psychiatrą, ani też psychologiem. Pomimo to, do arcytrudnego tematu pod hasłem „psychika dłużnika” będę na pewno w Poradniku powracał. Bowiem z moich doświadczeń w pracy z klientami wynika jasno,  że największy problem w uwolnieniu się od długów tkwi …w głowie dłużnika. Jeśli się poddasz, wpadniesz  w apatię, potem – w depresję, czekając na to co los przyniesie – zamienisz się w zombie. A przy ogromnym stresie związanym  z przekredytowaniem, o taki stan bardzo łatwo.

Wspominałem nieco wcześniej głównego bohatera filmu „Skazani na Shawshank”. Andy, w absolutnie beznadziejnej sytuacji, kiedy to odbywał karę podwójnego dożywocia w więzieniu o zaostrzonym rygorze – nie poddał się. Nie utracił wiary. Nie pozbył się swoich marzeń. I udało mu się je zrealizować – na wolności!

Pamiętaj więc: z tym potwornie niebezpiecznym Wrogiem nr 3 musisz podjąć walkę samodzielnie! Bo on się zagnieździł w Twojej głowie. I tylko Ty możesz go stamtąd wyrzucić. Wiem, że nie będzie to łatwe zadanie.

Pozostając w narracji filmowej, przypomnę Ci jak dodawał sobie sił przed trudną walką,  znany Ci na pewno – Rocky Balboa. Przed pojedynkiem, którego zdecydowanym faworytem był jego przeciwnik, Rocky powiedział sobie tak:

 

Nieważne ile razy będziesz leżał deskach.

Ważne, żebyś po każdym upadku umiał się szybko podnieść!

 Rocky dostawał lanie, ale dał radę. A Ty? Będziesz walczył do końca?

 

———————————————————————————————-

 * – Krzysztof OPPENHEIM:  ekspert finansowy od kredytów hipotecznych,   restrukturyzacji i konsolidacji zobowiązań, związany z bankowością od 1993 r.  Specjalizuje  się także w upadłości konsumenckiej oraz  w doradztwie przy oddłużaniu. Założyciel  Fundacji Praw Dłużnika „Dłużnik też Człowiek”.  Obecnie także Prezes Zarządu „Nieruchomości Boża Krówka”

Samodzielne odzyskiwanie długów kończy się sukcesem tylko w co drugiej firmie z sektora MSP. 44 proc. przedsiębiorstw w ciągu miesiąca udaje się na własną rękę zwindykować zaległe pieniądze. Ale co czwarta mikro, mała i średnia firma na efekty musi czekać znacznie dłużej. Czasami mija nawet rok, zanim samodzielnie odzyskają swoje należności – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Kaczmarski Inkasso.

Aż 71 proc. firm na co dzień nie otrzymuje zapłaty w terminie. Te mało optymistyczne wnioski płyną z badania przeprowadzonego na zlecenie Rzetelnej Firmy przez Keralla Research. Co ciekawe, w dwóch z trzech przedsiębiorstw z płatnościami spóźniają się zarówno nowi, jak i stali klienci.

Zatory płatnicze powodują spore utrudnienia w prowadzeniu biznesu. Większość przedsiębiorców rezygnuje z inwestycji, część musi ograniczyć zatrudnienie. Kiedy w firmie pojawiają się opóźnienia w płatnościach, przedsiębiorcy stają przed trudną decyzją. Nie chcąc popsuć dobrych relacji z partnerami biznesowymi, często rezygnują z odzyskiwania należności. Takie podejście z pewnością nie rozwiąże problemu. Nie można załamywać rąk i biernie czekać, aż kontrahent sam przypomni sobie o uregulowaniu długu – radzi Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy, która skupia przedsiębiorstwa z sektora MSP.

Spośród firm, które na własną rękę domagają się spłaty długu, najwięcej – bo 44 proc. – deklaruje, że pieniądze z nieopłaconych faktur trafiają do nich w ciągu miesiąca od rozpoczęcia samodzielnej windykacji. Znacznie gorzej jest w 18 proc. przedsiębiorstw – tam spóźnione należności zaczynają spływać do firmowej kiesy dopiero po 2-3 miesiącach. Zdarzają się firmy, gdzie wystarczy tylko tydzień, by samodzielnie zwindykować zaległe opłaty – ale udaje się to tylko 14 proc. przedsiębiorstw. Z kolei co dwunasta firma musi sporo natrudzić się, by zmotywować opornego płatnika do uregulowania przeterminowanych faktur. Zanim otrzymają oni należności, mija co najmniej pół roku, a w niektórych przypadkach nawet ponad rok.

Jeśli w firmie pojawi się problem z odzyskaniem długów, należy niezwłocznie upominać się o swoje pieniądze. Im szybciej przedsiębiorcy zaczną działać, tym lepiej. Największe szanse na sukces są wtedy, kiedy od upływu terminu płatności nie minęło więcej niż 3 miesiące. Wtedy spłacalność takich zobowiązań sięga 72 proc. Z kolei spłacalność długów z ponad 12-miesięcznym okresem przeterminowania wynosi zaledwie 26 proc. Wierzyciel, który upomina się o swoje płatności, daje wyraźny sygnał, że swoje finanse ma pod kontrolą. Zdarza się również, że raz windykowany kontrahent, następnym razem nie doprowadza już do opóźnienia – zauważa Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w Kaczmarski Inkasso.

Co druga firma nie odzyskuje swoich należności

W przypadku przedsiębiorstw, w których zdecydowano się na samodzielne odzyskanie należności, 51 proc. firm udało się zwindykować całość długów z minionego roku. Otrzymania wszystkich pieniędzy nie doczekało się natomiast 49 proc. przedsiębiorców, mimo iż postanowili oni na własną rękę zmotywować klientów do uregulowania zobowiązań.

Wiele firm samodzielnie stara się odzyskać przeterminowane płatności. Blisko połowa przedsiębiorców, którzy windykują na własną rękę, nie otrzymuje wszystkich pieniędzy. Gdyby zlecili to profesjonalistom, udałoby się odzyskać większą część długów. To właśnie windykatorzy mają odpowiednią wiedzę, jak zmotywować niezdyscyplinowanych kontrahentów do spłaty należności. Zlecenie windykacji na zewnątrz ma tym większy sens, że nic nie kosztuje. Profesjonalne firmy windykacyjne pobierają prowizję dopiero wtedy, gdy odzyskują pieniądze. Te koszty można też przerzucić na dłużnika­­. Poza tym przedsiębiorcy oszczędzają swój czas i nie muszą angażować pracowników do samodzielnej windykacji – radzi Koński.

Za koszty windykacji zapłaci dłużnik

Co prawda, prawie połowa przedsiębiorców nie ponosi żadnych kosztów z tytułu domagania się spłaty długów na własną rękę. Jednak za monitoring i ściąganie należności przyszło zapłacić co trzeciej firmie, która wpisuje działania windykacyjne w stałe wydatki. 20 proc. podaje, że czasami taki koszt rzeczywiście musi ponieść. Wciąż zbyt mało firm jest świadomych, że koszty odzyskiwania należności można przenieść na dłużnika. Pozwalają na to zapisy Ustawy o terminach zapłaty w transakcjach handlowych.

Jednak nie korzysta z nich aż 76 proc. firm. Wśród głównych powodów, dla których przedsiębiorcy rezygnują z przerzucenia kosztów na dłużnika są obawy o popsucie relacji biznesowych lub utratę kontrahenta. Zupełnie niesłusznie, bowiem w ten sposób wierzyciel pokazuje, że jest przygotowany na wypadek braku płatności, a w odzyskaniu pieniędzy pomogą mu odpowiedni eksperci. Poza tym wydzwanianie i ponaglanie swojego klienta jest gorzej odbierane niż spokojna rozmowa z negocjatorem, który poszuka odpowiedniego rozwiązania, korzystnego dla obu stron – dodaje Radosław Koński.

Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA

 

– rozmowa z ekspertem finansowym – Krzysztofem Oppenheim, na temat sytuacji frankowiczów oraz  o szansach na przeprowadzenie przez sejm stosownej ustawy w zakresie przewalutowania kredytów z CHF

Jest Pan niemal etatowym obrońcą frankowiczów. Dlaczego, w Pana opinii, to właśnie oni mają rację w sporze z kredytodawcami?

 Z bankowością jestem związany nieprzerwanie od 1993 roku, a od 1998 roku specjalizuję się także w kredytach denominowanych. Podstawowa, absolutnie nadrzędna zasada obowiązująca przy planowanym zadłużeniu  się w obcej walucie:  nie bierz kredytu walutowego, jeśli złotówka jest bardzo mocna. Tak było w okresie 2007  – VIII 2008 r., a szczególnie  pod koniec tego okresu, kiedy to frank momentami był tańszy niż 2 złote. To nie jest wiedza tajemna, tylko  elementarz dla każdego bankowca i to na poziomie początku nauki tej dziedziny. Porównując tę wiedzę np. do nauczania czytania w klasach wczesnoszkolnych: to jak nauka literek.

 Czyli, w Pana opinii, skok kursu franka do złotówki, który miał miejsce jesienią 2008 roku można było przewidzieć?

 W pewnym sensie – tak. Co prawda, nie było możliwe do przewidzenia, kiedy frank zacznie drożeć i w jakim tempie. Gdyby jednak wiedza bankowców na ten temat przekładała się na działanie i uczciwe doradztwo, to banki w okresie 2007-VIII 2008 namawiałyby swoich klientów „frankowych” na zmianę waluty, czyli na przejście z franka na złotówki.  Oczywiście, dodatkowo, akcja udzielania kredytów hipotecznych w tej walucie powinna być wtedy zastopowana.

Jednak było zupełnie inaczej. Banki, nawet w okresie, kiedy kurs franka wobec złotówki spadł poniżej 2 zł, nastawiały się przede wszystkim na sprzedaż kredytów w tej walucie.

 Zgadza się. To chciwość Panie redaktorze. Chciwość ponad rozsądek, co nie może mieć miejsca w przypadku „instytucji publicznego zaufania”, której naczelnym zadaniem jest dbałość o bezpieczeństwo depozytów, a nie zysk.

W okresie przed pierwszym skokowym wzrostem kursu franka (jesień 2008), na kredytach w CHF zarabiało się znacznie więcej niż na kredytach złotówkowych. W jaki sposób? Po pierwsze kredyty frankowe miały zawsze wyższe marże, po drugie banki osiągały znaczący dochód także na spreadzie, był to zysk od 5 do 13 procent!

Sprzedawanie  – i to na wielką skalę –  kredytów frankowych w okresie tak mocnej złotówki było więc ze strony banków działaniem bardzo ryzykownym oraz  skrajnie nieodpowiedzialnym . Ale kto by się tym przejmował. Przecież bankowcy nie bawili się w „gry walutowe” własnymi środkami, tylko swoich klientów.

W zaistniałej sytuacji obronę frankowiczów uznaję za swój moralny obowiązek. Wszak, nie tylko bardzo dobrze poruszam się w dziedzinie „hipotek” i kredytów walutowych, ale także jestem Polakiem. Nie mogę zaakceptować faktu, że w tym sporze, w którym po jednej stronie jest blisko 1,5 mln poszkodowanych moich rodaków, a po drugiej – kilka chciwych, nieodpowiedzialnych banków, opinie Polaków są tak bardzo podzielone.

Sprawa frankowiczów wdarła się bardzo mocno także do polityki. Czy ten problem powinien być uregulowany odgórnie, tj. poprzez stosowną ustawę?

 Nie ulega to najmniejszej wątpliwości. Tu w pełni zgadzam się z Profesorem Witoldem Modzelewskim, który kiedyś wypowiedział te słowa: „rozwiązanie problemu z kredytami w CHF to swego rodzaju test dla państwa”.  Innymi słowy, jeśli obecny rząd nie poradzi sobie ze skutecznym rozwiązaniem tego frankowego węzła gordyjskiego, za słuszne uznać należy słowa innego klasyka: „państwo polskie istnieje tylko teoretycznie”. Albo rząd reprezentuje interesy wyborców, albo zagranicznych banków, które poprzez własną, skrajną  nieodpowiedzialność wywołały tę sytuację. A teraz umywają rączki.

Poprzedni rząd zlekceważył zupełnie problemy frankowiczów. Natomiast Andrzej Duda,  w swojej kampanii wyborczej, obiecywał pechowym posiadaczom kredytów w CHF,  przewalutowanie tychże po kursie z dnia uruchomienia. I to pewnie zaważyło na wynikach wyborów.

Zarówno Bronisław Komorowski, jak i jego ugrupowanie ponieśli zasłużoną karę za zlekceważenie tragedii – bo tak można nazwać bankructwa wielu praworządnych i uczciwych polskich rodzin –  tak znaczącej ilości grupy naszych rodaków.

Sprawę frankowiczów wykorzystał w doskonałym momencie kandydujący na prezydenta RP Andrzej Duda, co z pewnością znacząco wpłynęło na wynik wyborów.  Niemniej jednak, słowo się rzekło, frankowicze czekają na realizację tej tak ważnej dla nich obietnicy wyborczej.

Jak Pan ocenia przebieg działań w tej kwestii? Czy prace zespołu ekspertów, który tworzy na zlecenie Kancelarii Prezydenta stosowny projekt ustawy, mogą przynieść oczekiwane przez frankowiczów rozwiązanie?

 Kierunek jest niby dobry: dążenie do przewalutowania toksycznych kredytów na złotówki wraz z poszukiwaniem właściwego, czyli sprawiedliwego kursu. Problem jest jednak w tym, że nazywany w pierwszej wersji projektu ustawy kurs zmiany waluty jako „kurs sprawiedliwy” jest jedynie nazwą własną. Z punktu widzenia kredytobiorców: bardziej właściwym określeniem jest nazwanie tego kursu jako „przypadkowy”. Bowiem w bardzo dziwny sposób kalkulator wylicza „kurs sprawiedliwy”. W konsekwencji część frankowiczów byłaby bardzo wygrana na tej propozycji przewalutowania, ale dla innych kredytobiorców taka zmiana wcale nie poprawi sytuacji. A przecież wszyscy pechowi nabywcy toksycznych kredytów zostali w taki sam sposób oszukani przez bankowców. Pomoc należy się więc każdemu kredytobiorcy, a nie tylko wybranej części.

W ostatnim okresie pojawił się też inny pomysł w kwestii frankowiczów, pod którym podpisało się m.in. wielu senatorów. Mam na  myśli delegalizację umów kredytowych w CHF, jako niezgodnych z prawem. Powód: abuzywność zapisów tychże umów, które można znaleźć w każdej umowie. Podążamy tu tropem głośnej opinii w tej sprawie, wydanej przez Rzecznika Finansowego. Co Pan na to?

Powiem tak: rozwiązanie to wydaje się jak najbardziej sensowne i sprawiedliwe. Albo jesteśmy państwem prawa, albo – państwem prawa banków, dającym instytucjom finansowym przywilej bycia ponad prawem.

Niemniej jednak, jest to działanie nad wyraz radykalne i nie bardzo wierzę, że uda się w ten sposób przeprowadzić przewalutowanie. To jest: przez unieważnienie wszystkich umów kredytowych w CHF.

Skąd moje obawy? Sądzę bowiem, że siła lobby bankowego oraz lament płynący z całego świata – wszak niemal wszystkie banki umoczone w toksyczne kredyty, poza PKO BP, mają właścicieli za granicą – nie pozwolą na przeprowadzenie takiej operacji.

Od początku wybuchu frankowego tsunami, czyli od „czarnego czwartku” postulowałem kompromis. Czyli przewalutowanie wszystkich kredytów w CHF na złotowe, przy zastosowaniu kursu o 20 proc. wyższego od tego, który obowiązywał w dniu uruchomienia kredytu.

Skąd wynika tak ustalony sposób przewalutowania?

Wprost z Rekomendacji S obowiązującej od 1 lipca 2006 r., autorstwa Komisji Nadzoru Finansowego. Otóż, zgodnie z treścią Rekomendacji, KNF założyła maksymalny wzrost kursu CHF do poziomu 120 proc. w stosunku do dnia uruchomienia. I o takim ryzyku kursowym został kredytobiorca poinformowany przed podjęciem decyzji o wyborze waluty zadłużenia. Identyczne założenia przyjęły także banki, przy badaniu zdolności kredytowej osób wnioskujących o kredyt we frankach. W treści opracowanego przeze mnie projektu w tym zakresie, który nazwałem „Frankopiryna 2016”,  przytoczyłem w sumie pięć oczywistych argumentów, dlaczego kredyty frankowe powinny być przewalutowane. Wszystkie, bez wyjątku.

Czy brak odpowiedniej ustawy anty-frankowej może negatywnie odbić się na notowaniach obecnego rządu?

 Moim zdaniem porażka prezydenckiego projektu dotyczącego rozwiązania problemu z kredytami frankowymi, bardzo niekorzystnie wpłynie nie tylko na wizerunek Andrzeja Dudy, ale także rządzącego ugrupowania. Skorzystać z tego może na przykład PO,  które to ugrupowanie już raz sprawę frankowiczów nie uznało za godną zainteresowania.  Zyskać głosy może wówczas także Nowoczesna, której lider z pewnością nigdy bankom nie zaszkodzi.  W tym miejscu warto przypomnieć kompromitującą wypowiedź Pana Petru, która pochodzi z wywiadu udzielonego Gazecie Wyborczej w 2014 roku. W wywiadzie tym Lider Nowoczesnej zrównał zakup kredytu frankowego, z działaniem hochsztaplera rozsławionego na całym świecie przez film Scorsese – Wilka z Wall Street. Tym samym, wprost określił nabywców toksycznych kredytów w CHF jako przestępców.

Moim zdaniem, szansę na skuteczne i sensowne rozwiązanie frankowego problemu, gnębiącego około 1,5 mln naszych rodaków, daje wyłącznie Prawo i Sprawiedliwość.  Oby to miało miejsce – oznaczać to będzie pierwszy wielki sukces w wojnie polskiego społeczeństwa przeciwko zagranicznym bankom, którą od kilkunastu miesięcy obserwujemy w mediach i w życiu publicznym.

A jak się ma do tego Brexit? Kurs franka znowu podskoczył.

 To kolejny dowód, że musimy jak najszybciej rozbroić frankową bombę. Znowu rynek walutowy będzie szaleć, nie wiemy jaka będzie relacja franka do złotówki za tydzień lub dwa, tym bardziej w perspektywie kilku lat.  W tak niepewnych czasach zamiatanie przez polityków tej sprawy pod  dywan i udawanie, że problemu z toksycznymi kredytami nie ma, świadczy o ich niekompetencji i braku odpowiedzialności.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

 

Krzysztof OPPENHEIM, Prezes Zarządu „Nieruchomości Boża Krówka”, ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji zobowiązań, specjalizujący się także w oddłużaniu i upadłości konsumenckiej. Założyciel Fundacji Praw Dłużnika „Dłużnik też Człowiek”.

Ponad 76 mln złotych wynosi łączne zadłużenie firm z branży noclegowej w Krajowym Rejestrze Długów. W ciągu minionego roku wzrosło aż o 141 procent. Najczęściej na pieniądze od właścicieli obiektów noclegowych czekają przedsiębiorcy z branży budowlanej i finansowej. Rekordzistą jest zarządzający jednym z warszawskich hoteli – ma do oddania ponad 20 mln złotych.

Branża noclegowa w Polsce cieszy się coraz większą popularnością. Główny Urząd Statystyczny podaje, że w ciągu I kwartału 2016 roku z noclegów skorzystało prawie 5,2 mln turystów. To o ponad 300 tysięcy gości więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Równolegle ze wzrostem zakwaterowanych osób rośną długi obiektów noclegowych. Z danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej wynika, że problemy z zadłużeniem ma co szósty właściciel hotelu, pensjonatu czy pola kempingowego.

Sezon turystyczny za pasem. Obłożenie obiektów noclegowych i ceny za zakwaterowanie gwałtownie wzrastają. Dla właścicieli hoteli, pensjonatów czy pól kempingowych położonych nad morzem czy w okolicach jezior, to często jedyna okazja na odrobienie strat, które nagromadziły się przez cały rok. A jak widać, jest co odrabiać, ponieważ zadłużenie branży noclegowej w ciągu dziesięciu miesięcy wzrosło o 141 procent, osiągając kwotę 76,11 mln złotych – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Ponad połowa dłużników z branży noclegowej to właściciele hoteli. Swoim kontrahentom mają do oddania prawie 54 mln złotych. Średni dług wynosi 63,7 tys. złotych. Z kolei właściciele moteli i pensjonatów zalegają wierzycielom ponad 20 mln złotych. Pozostałą kwotę muszą spłacić zarządzający polami kempingowymi, domami studenckimi czy bursami.

W ciągu zaledwie roku liczba zadłużonych firm z branży noclegowej zwiększyła się blisko o połowę. W 2015 roku w bazie KRD widniało 1 091 przedsiębiorców oferujących noclegi. Obecnie ze spłatą należności wobec kontrahentów zwleka 1 576 właścicieli hoteli, pensjonatów czy pól kempingowych. Mają oni ponad 6 tysięcy niezapłaconych zobowiązań. Średnie zadłużenie przypadające na jednego dłużnika wynosi prawie 48,3 tysiące złotych.

Problemy finansowe właścicieli obiektów noclegowych są często wynikiem m.in. złego zarządzania pieniędzmi, nieefektywnego marketingu czy zbyt dużych kosztów utrzymania obiektu przy minimalnym zainteresowaniu klientów. Źródłem problemów jest również brak płatności od gości­ – wylicza Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Nie płacą za wybudowane hotele

Najczęściej na pieniądze od przedsiębiorców z branży noclegowej czekają firmy budowlane, które mają do odzyskania 22,3 mln złotych.

To oznacza, że hotelarze wybierają firmę, która wybuduje obiekt, ale ostatecznie nie płacą za wykonane zlecenie. Tak może być w przypadku rekordowo zadłużonego hotelu w Polsce, który mieści się w Warszawie. Jego właściciel jest winien firmie budowlanej aż 20,2 mln złotych – mówi Mirosław Sędłak.

Poza budowlanką, właściciele hoteli, pensjonatów czy pól kempingowych mają spore długi wobec branży finansowej. Firmom z tego sektora zalegają 13,7 mln złotych. 3,8 mln złotych to wynik nieregulowanych rachunków za prąd, wodę i gaz. Na niewiele mniejszą kwotę (1,2 mln złotych) opiewają niezapłacone faktury za wykupione abonamenty telewizyjne i usługi telefoniczne.

Z danych KRD wynika, że branża noclegowa sama ma problem z nierzetelnymi płatnikami. Przedsiębiorcy z tego sektora mają do odzyskania zaległe 41 mln złotych, z czego 40 mln złotych to nieregulowane faktury wobec hotelarzy. Najczęściej ich dłużnikami są firmy z różnych branż, które nie zapłaciły m.in. za organizowane szkolenia, konferencje czy wyjazdy integracyjne. Średnia kwota zaległego zobowiązania to blisko 13,5 tys. złotych.

Zapowiada się dobra prognoza, nie tylko za oknem

Podczas tegorocznego lata szykuje się wielka okazja na zarobek. Właściciele obiektów noclegów liczą nie tylko na turystów wypoczywających na urlopach. W tym roku Polska jest gospodarzem wielu międzynarodowych wydarzeń, które w większości przypadków odbędą się w wakacje. W niektórych miastach szykuje się oblężenie.

W Warszawie zostanie zorganizowany kolejny szczyt NATO. Do Krakowa zjadą się pielgrzymi z całego świata, którzy będą chcieli uczestniczyć w Światowych Dniach Młodzieży. Wrocław jest Europejską Stolicą Kultury 2016. Na czas tych wydarzeń hotelarze spodziewają się pełnego obłożenia. Powszechnym zjawiskiem jest podnoszenie cen za nocleg o 100 procent, a nawet i więcej. W stolicy Małopolski od dawna brakuje wolnych noclegów na końcówkę lipca, kiedy przypada wizyta papieża Franciszka. Takie wydarzenia to idealna okazja dla przedsiębiorców z branży noclegowej na zarobienie jak najwięcej. Wyższe obroty mogą przyczynić się do odrobienia zaległości finansowych – tłumaczy Adam Łącki.

 

KRD

 

Z grona 430 krajowych spółek notowanych na głównym rynku GPW w Warszawie aż 65 zostało wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Ich łączny dług przekracza 22 miliony złotych. Tym samym jest on o ponad 150 procent wyższy niż przed 6 miesiącami, podczas inauguracyjnego badania KRD. Za tak potężny wzrost odpowiada jedna spółka, która w ubiegłym roku pojawiła się na warszawskiej giełdzie.

65 przedsiębiorstw notowanych w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej spośród 430 krajowych spółek znajdujących się na początku maja na głównym parkiecie Giełdy Papierów Wartościowych oznacza, że zadłużona jest mniej więcej co siódma giełdowa spółka. W sumie mają one 148 wierzycieli oraz 413 zobowiązań. Ich łączne zadłużenie sięga 22,3 miliona złotych. Średni dług przekracza więc 343 tysiące złotych.

– Przeterminowane zobowiązania nie idą w parze z prestiżem. Część spółek giełdowych wyciągnęła wnioski z naszego poprzedniego badania, czego efektem jest spadek zarówno liczy wierzycieli, jak i zobowiązań. W ich miejsce pojawiły się jednak nowe. Mocny wzrost średniego zadłużenia to już natomiast zasługa jednego z ubiegłorocznych debiutantów, którego przeterminowane zobowiązania przekraczają 15 milionów złotych – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Przedsiębiorstwo, które odpowiada za ponad 70 procent długów wszystkich spółek giełdowych notowanych w KRD ma siedem niezapłaconych w terminie zobowiązań na łączną kwotę 15,67 miliona złotych. Kolejne dwie spółki są daleko w tyle. Niechlubny lider poprzedniego badania – przedstawiciel branży budowlanej – spadł na pozycję numer dwa. Jego łączne zadłużenie wciąż lekko przekracza 2 miliony złotych. Na trzecie miejsce „wskoczyła” spółka z branży informatycznej, której dług sięga 1,1 miliona złotych. Co ciekawe, jeszcze pół roku temu nie znajdowała się ona na liście dłużników KRD.

Budowlanka wciąż branżowym „liderem”

Podobnie, jak w poprzednim badaniu, w gronie giełdowych spółek-dłużników najwięcej jest przedstawicieli sektora budowlanego. Aż 14 z 65 przedsiębiorstw z GPW notowanych w rejestrze dłużników to firmy właśnie z tej branży. To jedna więcej niż przed sześcioma miesiącami. Ich łączne zadłużenie sięga 3,25 miliona złotych, czyli spadło o niespełna 800 tysięcy złotych. Kolejne „zadłużone” branże to handel (7 przedstawicieli) oraz finanse i informatyka (po 6 spółek-dłużników).

Na liście giełdowych dłużników znajdują się głównie mniejsze, ewentualnie średnie firmy. Są jednak wyjątki. Pół roku temu w Krajowym Rejestrze Długów notowany był także rynkowy gigant, spółka z pierwszej dziesiątki pod względem kapitalizacji. W obecnej edycji badania, dołączyła do niej kolejna. Dwie spółki z niespłaconymi w terminie zobowiązaniami w WIG20, najbardziej prestiżowym indeksie warszawskiej giełdy, nie robią mu najlepszej reklamy.

Część spółek spłaciło długi, niektóre zniknęły z giełdy

Eksperci Krajowego Rejestru Długów tym razem przeanalizowali również, jak zmieniła się sytuacja 61 spółek-dłużników sprzed sześciu miesięcy. Największą – bo liczącą aż 46 przedstawicieli – grupę stanowią spółki, które w dalszym ciągu widnieją w rejestrze dłużników. W tym gronie 11 firm zanotowało wzrost zadłużenia, w przypadku 14 kwota długów się nie zmieniła, a aż 21 może pochwalić się spadkiem łącznej kwoty przeterminowanych zobowiązań. Z kolei 11 spółek poszło krok dalej i zadbało o to, żeby całkowicie „zniknąć” z listy dłużników.

– Wydłużająca się lista i rosnąca wartość niezapłaconych w terminie zobowiązań dopisanych do Krajowego Rejestru Długów nie świadczy najlepiej o wiarygodności płatniczej firmy. Na szczęście, powyższe liczby pokazują, że jest spora grupa giełdowych spółek, którym zależy na tym, aby być postrzeganym na rynku, jako uczciwi kontrahenci i rzetelni płatnicy – uważa Adam Łącki.

Prezes Krajowego Rejestru Długów przestrzega jednocześnie przed bagatelizowaniem problemu: – Choć kwoty łącznego zadłużenia giełdowych spółek notowanego w KRD w stosunku do ich wielkości są relatywnie małe, to problemy finansowe zazwyczaj zaczynają się właśnie od niewielkich kwot. Dlatego poza jednorazową weryfikacją, tak istotny jest stały monitoring kontrahentów. 4 z 61 spółek z GPW notowanych w KRD przed 6 miesiącami, nie ma już na polskiej giełdzie.

Badanie „Długi spółek giełdowych” Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej zostało przeprowadzone na 430 krajowych spółkach, które 4 maja 2016 roku były notowane na głównym rynku Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie. To jego druga edycja. Pierwszego przeglądu zadłużenia giełdowych spółek KRD BIG dokonał w listopadzie 2015 roku.

 

Krajowy Rejestr Długów

Dłużnikiem często bywa także stały  klient. Przekonało się o tym aż 68% firm, które sprawdziły w ostatnim czasie swoich kontrahentów w Krajowym Rejestrze Długów. Tak liczna grupa natrafiła wśród współpracujących ze sobą przedsiębiorstw na takie, które nie płacą innym. Celem uruchomionej właśnie 12. edycji społecznej kampanii Wielkie Wiosenne Sprzątanie Długów jest uświadomienie przedsiębiorcom na jakie ryzyko narażają się, nie sprawdzając własnych kontrahentów.

Jak wynika z badania „Audyt windykacyjny” przeprowadzonego na zlecenie firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso, aż 44% przedsiębiorstw z sektora MSP nie sprawdza, z kim rozpoczyna współpracę. Co gorsze, zaledwie co 11. biznesmen stara się poznać historię płatniczą kontrahenta jedynie wtedy, gdy wartość kontraktu jest wysoka.

Rozpoczynanie współpracy z firmą bez poznania jej historii płatniczej, to nie tylko ryzykowne, ale również bardzo nierozsądne podejście. Wielokrotnie zdarzają się nam sytuacje, gdy windykujemy długi, które są wynikiem podjęcia przez naszych klientów współpracy z firmą… notowaną jaką dłużnik. Podpisując umowę z niesprawdzonym kontrahentem, sami sprowadzają na siebie kłopoty – wyjaśnia Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w Kaczmarski Inkasso.

Średnia wartość niezapłaconej faktury, jaką mają do odzyskania przedsiębiorcy, przekroczyła już 6 tysięcy złotych. To całkiem sporo, biorąc pod uwagę fakt, że dochodzenie należności dotyczy często więcej niż tylko jednego niezapłaconego rachunku. Dodatkowo, jak pokazują ostatnie badania przeprowadzone na zlecenie Rzetelnej Firmy przez Keralla Research, aż 67% firm z sektora MSP spotyka się z opóźnieniami ze strony zarówno nowych, jak i stałych kontrahentów. O tym, w jaki sposób ustrzec się przed niepłacącymi partnerami biznesowymi, edukować będzie Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA.

Wielkie Wiosenne Sprzątanie Długów to ogólnopolska kampania społeczna, której skierowana jest przede wszystkim do małych i średnich przedsiębiorstw. Jej 12. edycja rozszerza nieco zakres narzędzi udostępnianych bezpłatnie przedsiębiorcom.

Przez 12 lat, od kiedy prowadzona jest nasza akcja, zmieniły się nieco realia, w jakich działają polscy przedsiębiorcy. Kiedyś możliwość dopisania dłużnika traktowana była jako ostateczny straszak względem dłużnika. Potem współpraca z nami służyła jako mocny argument w negocjacjach z dłużnikiem. Teraz chcemy uświadamiać polski biznes, że firmy są w stanie całkowicie ustrzec się nieprzyjemności, jaką jest współpraca z dłużnikiem. Dlatego w ramach 12. edycji WWSD każdy zainteresowany przedsiębiorca, otrzyma możliwość sprawdzenia 12 swoich dotychczasowych lub potencjalnych kontrahentów – wyjaśnia Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Do tej pory firmy, które skorzystały z akcji Wielkie Wiosenne Sprzątanie Długów odzyskały 1 747,23 mln złotych, przekazując do KRD informacje o 577 144 dłużnikach. Patrząc na statystyki prowadzone przez Krajowy Rejestr Długów, można by założyć, że aż 68% tych długów dałoby się uniknąć, gdyby firmy sprawdzały swoich przyszłych partnerów biznesowych.

 

Kaczmarski Inkasso

2015 był trudnym rokiem dla branży turystycznej. Zamachy terrorystyczne, obawy wyjeżdżających przed uchodźcami oraz strajki w Grecji to powody, dla których nie wszystkie firmy obsługujące zagraniczne wyjazdy turystyczne zamknęły rok na plusie. Kłopoty, z jakimi radzić musiały sobie biura podróży i agencje turystyczne odzwierciedlają również dane z Krajowego Rejestru Długów – w ciągu zaledwie pół roku notowane tu zadłużenie biur i agencji turystycznych wzrosło o ponad 3 miliony złotych.

W kraju trwają właśnie ferie, więc wiele osób wyjeżdża na organizowane wyjazdy w poszukiwaniu ciepła. Polacy powoli zaczynają też myśleć o wakacyjnych wojażach. Jak się jednak okazuje, jesteśmy o wiele mniej optymistyczni i dużo bardziej ostrożni w naszych wakacyjnych wyborach. Jak pokazują dane Polskiego Związku Organizatorów Turystyki tylko w pierwszym tygodniu 2016 r. liczba klientów biur podróży była aż o 27% niższa niż w analogicznym okresie rok wcześniej.

Wpływ na obserwowaną aktualnie sytuację mieć może mieć osłabienie złotówki, co spowodowało wzrost kosztów wyjazdu. Zwłaszcza, że zmieniły się też kierunki wybierane przez polskich turystów – w tym momencie chętniej jeździmy do Hiszpanii i Portugalii – komentuje Maciej Ameljan, wiceprezes Rzetelnej Firmy.

Ta ostrożność to również wynik doświadczeń ubiegłego roku, a także ostrzeżeń płynących z mediów. Niestabilna sytuacja z poprzedniego roku na pewno nie pozostała bez wpływu na finanse samych operatorów turystycznych. Ci mniejsi, których głównymi kierunkami obsługiwanych wyjazdów był głównie Egipt i Tunezja, na własnej skórze odczuły zawirowania sytuacji politycznej w tych krajach.

W ciągu zaledwie kilku miesięcy, od sierpnia 2015 r. zauważyliśmy znaczny wzrost liczby zadłużonych biur podróży i agencji turystycznych, których dane zostały przekazane do Krajowego Rejestru Długów. W tym momencie jest ich 458. Oznacza to, że od ubiegłorocznych wakacji przybyło aż 99 nowych dłużników z tej branży – zauważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Równie mocno zwiększyło się zadłużenie branży turystycznej notowane w KRD. O ile po ubiegłorocznych wakacjach wynosiło ono 9,6 mln złotych, o tyle już w styczniu wysokość zadłużenia przekroczyła 12,8 mln złotych. Kwota ta jest wyższa niż wartość zadłużenia notowana w Krajowym Rejestrze Długów, gdy branża przeżywała największe problemy. W najgorszym okresie, w bazie danych KRD wpisanych było 493 biur i agencji, a z rynku zniknęło wtedy kilkanaście biur podróży.

Przez ostatnie dwa lata branża turystyczna odpracowywała straty i wydawało się, że tendencja ta będzie się utrzymywać. Jednymi z najpopularniejszych kierunków były Egipt i Tunezja i Turcja – wiele biur organizowało wycieczki wyłącznie tam. Po zamachach zainteresowanie tymi wyjazdami spadło prawie całkowicie, pogrążając finanse wielu organizatorów – komentuje Maciej Ameljan.

Problemów z wypłacalnością spodziewać możemy się wśród spółek, które nie wprowadziły zróżnicowanej oferty wyjazdowej po ubiegłorocznych wydarzeniach i nadal oferują tylko te kierunki, które powoli tracą na atrakcyjności wśród turystów. Jakiekolwiek nieprzewidziane wypadki w nadchodzącym sezonie mogą zachwiać ich stabilnością finansową. Do spłacenia będą bowiem nie tylko opłaty za rezerwacje miejsc noclegowych, ale również koszty podróży, czy ubezpieczenia.

Jak pokazują statystyki Krajowego Rejestru Długów, głównymi wierzycielami branży turystycznej są głównie instytucje finansowe i firmy ubezpieczeniowe. Same banki czekają średnio na 117 tysięcy złotych, jakie powinien zwrócić im statystyczny dłużnik z tej branży. Jednak najwięcej pieniędzy organizatorzy wyjazdów turystycznych są winni właścicielom pensjonatów i hoteli, którym zalegają już na ponad 3 miliony złotych. Najwięcej zadłużonych touroperatorów ma swoje siedziby w województwie mazowieckim (aż 120 spółek) i na Śląsku (prawie 90 spółek). Rejonami, gdzie do KRD zostało dopisanych najmniej operatorów turystycznych są z kolei województwo lubuskie, podlaskie świętokrzyskie.

 

KRD

Krzysztof OPPENHEIM, Prezes Zarządu „Nieruchomości Boża Krówka”  (dalej KO), ekspert finansowy od kredytów hipotecznych, restrukturyzacji, oddłużania  i upadłości konsumenckiej, związany z bankowością od 1993 roku.

Biznes Tuba (BT):  Coraz więcej naszych rodaków wpada w pętlę zadłużenia. Obecnie w Polsce mamy około 2,5 mln przekredytowanych osób. Czy ta sytuacja może ulec poprawie?

Krzysztof Oppenheim (KO): W tej kwestii jestem zdecydowanie pesymistą. Obecnie media promują wyłącznie jeden model szczęśliwego życia: posiadaj jak najwięcej. Własne mieszkanie, drogi samochód, szalej po świecie na ekskluzywnych wojażach. A jak masz mniejsze dochody, to kupuj sobie markowe ubrania, zmieniaj co kilka lat telewizor, oczywiście musisz mieć najnowszego iPhona. Parafrazując stare polskie powiedzenie: zakredytuj się, a pokaż się! Tylko w ten sposób możesz liczyć na szacunek otoczenia!

BT: Jest w tym dużo prawdy. Rozumiem, że za tego typu nonszalanckie podejście do wydatków, często jesteśmy ukarani:  kiedy coś w finansach poszło nie tak i mamy problem ze spłatą zobowiązań.

KO: Właśnie tak to bardzo często działa. Aczkolwiek – nie zawsze. Trudno obwiniać młodych małżonków o niezbyt wysokich dochodach, którzy w 2008 roku zdecydowali się na kredyt frankowy przy zakupie mieszkania, a teraz grozi im bankructwo, ze względu na wzrost raty o 100 procent.

BT: Specjalizuje się Pan między innymi w oddłużaniu. Czy faktycznie można od długów uciec?

KO: Ucieczka to w tym kontekście niewłaściwe słowo. Możemy raczej mówić o działaniach zmierzających do uwolnienia się od długów. Wracając do tak zadanego pytania: tak, możemy się od długów uwolnić. Lub przynajmniej – zapanować nad sytuacją, poprzez restrukturyzację zobowiązań.

BT: Czyli idziemy do banku i prosimy o dostosowanie rat do naszych obecnych możliwości spłaty kredytu?

 KO: Nie byłoby tylu tragedii – łącznie z próbami samobójczymi z powodów finansowych – gdyby było to takie proste. Banki bardzo starają się nam pokazywać od jak najlepszej strony, niemal każda instytucja chwali się na swojej stronie www informacją, że „jesteśmy bankiem przyjaznym dla klienta”. Rzeczywistość jest jednak brutalna, bardzo sprawdza się bowiem przysłowie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie”.

BT: Sugeruje Pan, że banki nas lubią jak bierzemy kredyty, a przestają darzyć sympatią, jak mamy problemy z ich spłatą?

KO: Bardzo często tak to wygląda. Czyli nasze podanie o restrukturyzację wcale nie musi zostać rozpoznane pozytywnie. Może też bank zgodzić się na zmianę warunków spłaty, ale tak postawi nam poprzeczkę w spłacie rat, że i tak utracimy płynność finansową. Krótko mówiąc: szukając pomocy w banku, przy ewentualnej restrukturyzacji musimy być przygotowani na najgorsze.

BT: Co wtedy? Czy jest przed tym jakaś obrona?

KO: Tak, ale wymaga to sporej wiedzy. Między innymi: czego możemy się spodziewać po danym kredytodawcy. To nie jest tak, że w każdym banku siedzą aroganccy i niekompetentni pracownicy, którzy nie bacząc na straty pracodawcy, odmówią nam poprawnej restrukturyzacji. Obecnie na krajowym rynku banki „dobre” i „złe” to mniej więcej 50 na 50 procent. Jak się można domyśleć: jeśli mamy kredyt w „dobrym” banku, zmiana umowy pójdzie gładko, a w „złym” – nie możemy liczyć na pomoc i współczucie ze strony kredytodawcy.

BT: Jak więc się bronić przed nieprofesjonalnym działaniem „złego” banku?

KO: Pozytywny skutek mogą przynieść jedynie argumenty merytoryczne. Nie liczmy, że bank weźmiemy na litość, że stracimy mieszkanie, że mamy chore dziecko, które wymaga kosztownego leczenia, itp. Musimy wykazać – poprzez korespondencję w formie pisemnej – że bank działa niezgodnie z wiedzą i sztuką bankową. Dlatego też, jak mówiłem wcześniej – do skutecznej obrony w tego typu sytuacjach potrzeba odpowiedniej wiedzy.

BT: A jeśli bank zlekceważy naszą korespondencję i utrzyma w mocy negatywną dla nas decyzję?

 KO: To bardzo prawdopodobne. Ratuje nas nieco ustawa z dnia 25 września 2015 roku, która wprowadziła istotne zmiany do Prawa bankowego. Ustawa ta przede wszystkim zniosła możliwość stosowania przez banki śmiertelnej broni wobec kredytobiorców – BTE, czyli bankowego tytułu egzekucyjnego. Ale także wymusza na kredytodawcy próbę dokonania restrukturyzacji niespłacanego zobowiązania, zanim nastąpi wypowiedzenie umowy. I to po stronie kredytobiorcy należy zaproponowanie zmiany w harmonogramie spłaty kredytu, bank natomiast – jeśli na powyższe nie wyrazi zgody – musi swoją decyzję uzasadnić.

BT: Czy powyższe ratuje kredytobiorcę przed odmową restrukturyzacji, także w sytuacji, kiedy ta odmowa nie ma sensownego uzasadnienia?

 KO: Znowu zła wiadomość: nie ratuje. Pozostaje wtedy droga sądowa. Bank, celem odzyskania należności, musi skierować pozew do sądu i nie jest to już „sąd kapturowy”, jak to miało miejsce w przypadku BTE. I tu właśnie nieoceniona będzie nasza korespondencja z bankiem. Dlatego – raz jeszcze powtarzam – wszystko, co ustalamy z bankiem, musi mieć formę pisemną. Jakiekolwiek rozmowy nie mają w sądzie żadnego znaczenia, pracownik banku wszystkiego się wyprze, lub powie na zeznaniach, że nie pamięta co było ustalone w tej sprawie.

BT: Mówiliśmy o sytuacji, kiedy kredytobiorca ma szansę uratowania się przed windykacją, czyli osiąga określone dochody. A co w sytuacji, kiedy wiadome jest, że kredytu nie da się uratować?

 KO: Wtedy musimy minimalizować straty.  Potrzebna jest tu chłodna ocena, co da się uratować, a co musimy poświęcić. W przypadku, kiedy stajemy przed problemem niemożności spłaty kredytu hipotecznego – trzeba pogodzić się ze sprzedażą mieszkania. Jeśli zrobimy to dobrowolnie, przy dokonaniu stosowych uzgodnień z bankiem – możemy jako tako wyjść z tej sytuacji. Jeśli będziemy próbować na siłę obronić się przed tą koniecznością – nasze ukochane M sprzeda komornik na licytacji, na dodatek zostaniemy brutalnie wyrzuceni z mieszkania; możemy także stracić wszystko co w mieszkaniu znajdzie ów egzekutor. Stracimy więc przy okazji godność osobistą, a na dodatek – będziemy musieli za te barbarzyńskie działania zapłacić. Komornik pobiera za skutecznie przeprowadzoną egzekucję 15 procent odzyskanej kwoty.

BT: Dość często mamy także sytuację, kiedy mieszkanie ma wartość mniejszą od kwoty kredytu. Na przykład przy kredytach frankowych.    Co wtedy?

KO: Nie stoi to w opozycji do sprzedaży mieszkania: za zgodą banku.  Wymaga to pewnych działań, ale nie jest to wiedza tajemna. Oczywiście – po sprzedaży zostaniemy z długiem; tu ratunkiem może okazać się upadłość konsumencka. Obecnie, tj. od stycznia 2015 roku, można na bardzo korzystnych warunkach uzyskać status upadłego, co pozwoli od razu, albo      w okresie maksimum 36 miesięcy, całkowicie uwolnić się od długów.  Inna forma rozwiązania problemu z kredytem frankowym to złożenie wniosku o upadłość konsumencką przed sprzedażą mieszkania. Który wariant wybrać? To zależy od sytuacji kredytobiorcy.

BT: Jakie błędy najczęściej popełniają osoby nadmiernie zadłużone?

KO: Na ogół – sporo. Klasyczny błąd to ratowanie budżetu chwilówkami. Zamiast zmniejszać zadłużenie – zwiększamy je, a wkrótce problem do nas wróci, ale ze zdwojoną siłą. Jeszcze inna, fatalna w skutkach taktyka kredytobiorcy to mechanizm ucieczkowy. Czyli: nie odbieramy korespondencji, unikamy wszelkich kontaktów z bankiem, czy też obiecujemy spłatę zaległości w danym dniu, choć wiemy, że to niemożliwe. Prędzej czy później zapuka do nas komornik – a z nim najczęściej nie ma żartów… Wielkim błędem jest też okazywanie zaufania do banku, w którym mamy kredyt. Bo przecież jesteśmy tam VIP-em, bo znamy tam dobrze dyrektora i na pewno się za nami wstawi. Takie założenie może uśpić naszą czujność, bo wydaje nam się, że przy problemach ze spłatą kredytu mamy po drugiej stronie partnera. Prawda jest zupełnie inna – większość banków należy do zagranicznych inwestorów, których kompletnie nie obchodzą nasze problemy. Procedury ustawione są tak, aby bank wykazywał jak największe dochody, dotyczy to także procedur w zakresie restrukturyzacji. Problem w tym, że dziś banki najlepiej „zarabiają” … na niespłacanych kredytach. Po co więc dług restrukturyzować? Tę kwestię, jako jeden z największych absurdów i także zagrożeń dla sektora finansowego poruszałem już w innych publikacjach: chodzi to o mechanizm księgowania kredytów nieregularnych, który działa pod nazwą MSR 39.

BT: Bank to przyjaciel, czy – bardziej – wróg kredytobiorcy? Czego możemy się spodziewać?

KO: Jeśli mamy poważne problemy ze spłatą zobowiązania, musimy nastawić się na to, że bank będzie działał wobec nas bezwzględnie, stanie się naszym śmiertelnym wrogiem. Ta wiedza pozwoli na przyjęcie odpowiedniej taktyki: co robić, aby kredytobiorca nie został spacyfikowany. Znam to z autopsji…

 

Aż 61 firm z grona ponad 420 krajowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie zostało wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. W rejestrze dłużników znalazły się także takie spółki, które przed kilkoma miesiącami wypłaciły swoim akcjonariuszom dywidendę.

Na warszawskiej giełdzie notowanych jest ponad 420 krajowych spółek. 61 firm z tego grona zostało wpisanych jako dłużnicy do Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej. Firmy te mają łącznie 187 wierzycieli i 551 niezapłaconych zobowiązań o wartości 8 714 315,73 złotych. Średnie zadłużenie wynosi więc niemal 143 tysiące złotych.

Nie płacą nie tylko „upadający”

Co ciekawe, swoich zobowiązań nie regulują na czas nie tylko spółki, których raporty finansowe pokazują bardzo złą kondycję przedsiębiorstwa. Wśród 61 firm wpisanych do Krajowego Rejestru Długów tylko 9 znajduje się w upadłości układowej bądź likwidacyjnej.

Sytuacja robi się jeszcze ciekawsza, jeśli podzielimy notowane w KRD spółki na te, które w ostatnich czterech kwartałach mogą pochwalić się zyskiem i te, które w tym czasie zanotowały stratę netto. Ponad połowa, bo 31 z 61 giełdowych dłużników należy bowiem do pierwszej grupy spółek.

– Choć zysk to jedynie wielkość księgowa i jeszcze nie świadczy o tym, że spółka generuje pieniądze, to niewątpliwe dane te nie pokazują najlepszego obrazu mentalności płatniczej części giełdowych spółek – podsumowuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Warto też dodać, że 8 z 61 zadłużonych spółek notowanych na GPW w tym roku wypłaciło dywidendę. – Spółki, dzieląc się zyskami ze swoimi akcjonariuszami, często chcą pokazać swoją ugruntowaną pozycję rynkową i finansową. Zdarza się jednak, że zapominają o kontrahentach – mówi Adam Łącki.

Łatwiejsza windykacja

Dopisanie firmy do Krajowego Rejestru Długów to nie jest powód do chluby, a niezapłacone w terminie zobowiązania mogą doprowadzić nie tylko do straty kontrahenta, któremu firma nie zapłaciła na czas. Negatywnym skutkiem może być także pogorszenie wizerunku i co za tym idzie gorsze warunki, na których będą zawierane umowy w przyszłości.

– Spółki publiczne, czyli takie, których akcje są przedmiotem obrotu na giełdzie, mają do stracenia znacznie więcej. Tutaj zarządy firm muszą walczyć także o korzystny kurs akcji, a temu z pewnością nie sprzyjają informacje o niezapłaconych na czas zobowiązaniach. Z tego też powodu windykacja spółek publicznych jest zazwyczaj łatwiejsza – twierdzi Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w firmie Kaczmarski Inkasso. – Oczywiście wyłączając spółki będące w upadłości – dodaje Koński.

„Przegląd długów” spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie w bazie danych KRD został przeprowadzony 24 listopada 2015 roku. Wszystkie informacje dotyczące wskaźników zadłużonych spółek pochodzą natomiast ze strony internetowej GPW.

źródło: KRD

Z ponad czterystu krajowych spółek notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, aż 61 zostało wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Ich łączne zadłużenie sięga niemal 9 milionów złotych. Co piąta giełdowa firma notowana w rejestrze dłużników działa w branży budowlanej.

24 listopada, według informacji znajdujących się na stronie internetowej warszawskiej giełdy, na głównym rynku GPW notowanych było 479 spółek. Z tego 426 to przedsiębiorstwa krajowe, a 53 to spółki zagraniczne.

Z  grona spółek krajowych, aż 61 jest notowanych jako dłużnicy w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej. Firmy te mają łącznie 187 wierzycieli i 551 niezapłaconych zobowiązań o wartości 8 714 315,73 złotych. Średnie zadłużenie wynosi więc niemal 143 tysiące złotych.

– W stosunku do wartości spółek notowanych na giełdzie, są to dość małe kwoty. Łączne zadłużenie również nie jest szokujące. Zdecydowanie zaskakiwać może już natomiast liczba dłużników. Dane pokazują, że swoich zobowiązań w terminie nie reguluje co siódma notowana na GPW polska firma – zwraca uwagę Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Co ciekawe, spośród 61 spółek giełdowych, które są notowane w Krajowym Rejestrze Długów tylko 9 to spółki będące obecnie w upadłości układowej bądź likwidacyjnej. Pozostałe przedsiębiorstwa, przynajmniej w teorii, są wypłacalne. Skąd zatem ich obecność w KRD?

Początki problemów finansowych?

W gronie giełdowych dłużników notowanych w KRD można znaleźć spółki z pojedynczymi zobowiązaniami, aczkolwiek zdecydowanie więcej jest firm, które mają zobowiązania wobec przynajmniej kilku kontrahentów. To może oznaczać, że przedsiębiorstwo ma, lub zaczyna mieć kłopoty finansowe.

– Każda informacja o zadłużeniu powinna budzić czujność kontrahentów dłużnika, nawet jeśli jest niewielka. Przypomnę sytuację sprzed kilku lat, kiedy bankrutowały biura podróży czy przedsiębiorstwa budowlane zaangażowane w inwestycje na Euro 2012 oraz budowę autostrad. Początkowo każda z tych firm miała wpisane do KRD niewielkie zaległości, które narastały wraz z ich rosnącymi kłopotami z utrzymaniem płynności finansowej. Ci, którzy zlekceważyli te pierwsze sygnały ponieśli później dotkliwe straty. To, że spółka jest notowana na giełdzie, nie oznacza że nie może zbankrutować – ostrzega Adam Łącki.

Czasem brak płatności jest wynikiem celowego działania. Firma może na przykład nie zapłacić, bo jej zdaniem umowa nie została wykonana należycie, bądź w ustalonym terminie. Zdarza się więc, że problem musi rozstrzygnąć sąd. Bywa jednak również tak, że firmy próbują finansować swoją działalność poprzez opóźnianie płatności kontrahentom.

Nie tylko małe spółki

W terminie najczęściej nie płacą mniejsze firmy. Mniej więcej połowa zadłużonych spółek z GPW to przedsiębiorstwa, których wartość rynkowa nie przekracza 30 milionów złotych. Są jednak wyjątki. Na liście dłużników KRD znalazł się także rynkowy gigant, spółka z pierwszej dziesiątki pod względem kapitalizacji. Jego zadłużenie wynosi… nieco ponad 8 tysięcy złotych. Kwota wręcz symboliczna, ale nie robi spółce najlepszej reklamy.

Największym dłużnikiem z grona spółek notowanych na GPW jest przedstawiciel branży budowlanej. W terminie nie zapłacił on 6 swoich zobowiązań na łączną kwotę ponad 2 milionów złotych. Najwięcej, bo aż 64 niezapłacone zobowiązania ma natomiast spółka z branży handlowej. Wszystkie dotyczą jednego wierzyciela, a ich łączna kwota to 35 tysięcy złotych.

Kłopoty branży budowlanej

W gronie zadłużonych giełdowych spółek prym wiedzie budowlanka, w której działa aż 13 z 61 przedsiębiorstw wpisanych do KRD. Ich łączne niespłacone długi wynoszą 4,03 miliona złotych. To oznacza, że branża odpowiada za 46 procent łącznego zadłużenia wszystkich firm giełdowych. Średni dług jest więc wyższy i wynosi około 310 tysięcy złotych.

– Branża budowlana może wyglądać na nieskomplikowaną. W rzeczywistości jest jednak zupełnie inaczej. Szereg powiązań pomiędzy zleceniodawcami, a podwykonawcami, nieterminowi kontrahenci, trudności z oszacowaniem wszystkich kosztów, czy nawet dokładnym ustaleniem przedmiotu umowy sprawiają, że bardzo wiele faktur nie jest płaconych w terminie i trafia do windykacji – wyjaśnia Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w firmie windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Poza branżą budowlaną, która jest zdecydowanym liderem zarówno pod względem liczby spółek, jak i łącznego zadłużenia, negatywnie wyróżniają się jeszcze trzy sektory gospodarki – finanse (wyłączając banki) oraz handel (zarówno detaliczny, jak i hurtowy). Obie branże „mają” po siedem spółek wpisanych do Krajowego Rejestru Długów. Swoich pięciu przedstawicieli ma natomiast branża informatyczna.

Łatwiejsza windykacja

Dopisanie firmy do Krajowego Rejestru Długów to nie jest powód do chluby, a niezapłacone w terminie zobowiązania mogą doprowadzić nie tylko do straty kontrahenta, któremu firma nie zapłaciła na czas. Negatywnym skutkiem może być także pogorszenie wizerunku i co za tym idzie gorsze warunki, na których będą zawierane umowy w przyszłości.

– Spółki publiczne, czyli takie, których akcje są przedmiotem obrotu na giełdzie, mają do stracenia znacznie więcej. Tutaj zarządy firm muszą walczyć także o korzystny kurs akcji, a temu z pewnością nie sprzyjają informacje o niezapłaconych na czas zobowiązaniach. Z tego też powodu windykacja spółek publicznych jest zazwyczaj łatwiejsza – twierdzi Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji w firmie Kaczmarski Inkasso. – Oczywiście wyłączając spółki będące w upadłości – dodaje Koński.

 

Krajowy Rejestr Długów

Osoby w wieku powyżej 50 roku życia to blisko 36% populacji w Polsce. Co trzecia z nich nie utrzymuje się samodzielnie – wynika z badania „Sytuacja finansowa Polaków 50+” zrealizowanego przez instytut badawczy Millward Brown dla Krajowego Rejestru Długów. Dochód 40% osób w tej grupie wiekowej nie przekracza 2 tys. zł miesięcznie. Choć niechętnie pożyczają pieniądze, ich zadłużenie notowane w Krajowym Rejestrze Długów przekroczyło 7 miliardów zł.

Źródłem dochodów ponad połowy Polaków w tym wieku jest emerytura, a co czwartego utrzymuje partner lub rodzina. 13% pobiera rentę, a 4% jest na zasiłku. Jedynie co trzeci Polak utrzymuje się z pracy zarobkowej, a najczęściej zatrudniany jest na umowę o pracę (24%). 12% prowadzi własną działalność gospodarczą, najmniej zatrudnionych jest na umowę zlecenie lub o dzieło (6%).

– W Polsce notowany jest jeden z najniższych wskaźników zatrudnienia osób w wieku 50+ w porównaniu do innych krajów Unii Europejskiej. To przekłada się na ich poziom zamożności, a w konsekwencji także zadłużenia. Niestety statystyki nie są tu zadowalające i duży przyrost długów tej części populacji budzi niepokój. Ale pokazuje też, jak ważną sprawą powinna być aktywizacja zawodowa tej grupy wiekowej. Według prognoz za 25 lat co trzeci Polak będzie w wieku poprodukcyjnym – mówi Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biur Informacji Gospodarczej.

Z badania przeprowadzonego przez Millward Brown wynika, że bardziej aktywni zawodowo są mężczyźni, niż kobiety – te częściej pobierają natomiast świadczenia emerytalne. Własną działalność gospodarczą również prowadzi znacznie więcej panów (19%), niż pań, gdzie odsetek ten wynosi 6 punktów procentowych. O aktywności zawodowej decyduje także wykształcenie. Blisko połowa osób, które ukończyły studia, wciąż pracuje. Inaczej wygląda to w przypadku tych, którzy mają wykształcenie podstawowe – z pracy utrzymuje się tylko 14%.

Nasze społeczeństwo starzeje się najszybciej w Europie, zamykamy wszystkie rankingi dotyczące aktywizacji osób starszych. Nasi przedsiębiorcy już teraz narzekają, że mają problem ze znalezieniem pracowników. Gdybyśmy nauczyli się, jak wykorzystać potencjał tej grupy wiekowej, korzyści odniosłaby cała gospodarka – mówi Maciej Ameljan, wiceprezes Rzetelnej Firmy.

W badaniu zapytano również o wysokość dochodu, jakim miesięcznie dysponują osoby w grupie wiekowej 50+. Co czwarte gospodarstwo domowe zarabia powyżej 3 tys. zł. Tyle samo otrzymuje 1,2 – 2 tys. zł. Co piąte ma do dyspozycji od 2 do 3 tys. zł. Mniej, niż 1,2 tys. zł musi wystarczyć 14% osób. Tak niskie dochody mają najczęściej kobiety, osoby z wykształceniem podstawowym i te, mieszkające na wsi.

 Jak wydają, to na bieżące potrzeby

Osoby w wieku powyżej 50 roku życia najwięcej pieniędzy wydają na jedzenie – miesięcznie to aż 900 zł. Podczas gdy 18% badanych przeznacza na ten cel ponad 1 tys. zł, nieznacznie mniej, bo 15%, znajduje się na drugim biegunie i ma do dyspozycji zaledwie 400 zł. W drugiej kolejności są wydatki na bieżące rachunki związane z mieszkaniem i zużyciem mediów, które pochłaniają blisko 600 zł miesięcznie. Po ok. 200 zł miesięcznie Polacy po 50. płacą za komunikację i koszty leczenia.

Osiągane dochody Polaków po 50. są na tyle niskie, że do wydatków 59% badanych – najczęściej jedzenia i rachunków – dokładają się inne osoby, przeważnie to małżonkowie lub partnerzy. Najrzadziej rodzina lub bliscy współfinansują spłacanie zaciągniętych pożyczek i kredytów. Średnia kwota wsparcia, jakie otrzymują od bliskich, to 347 zł.

Za mało, by odłożyć

Połowa Polaków w wieku powyżej 50 lat deklaruje, że nie posiada oszczędności. 15%  ma odłożone nie więcej niż 5 tys. zł.

Biorąc pod uwagę, że dochód 40% osób w badanej grupie wiekowej nie przekracza 2 tys. zł, nie można się dziwić, że tak mało z nich ma oszczędności. Najczęściej na czarną godzinę odkładają osoby bardziej zamożne – dobrze wykształcone i mieszkające w dużych miastach. Również częściej stać na to mężczyzn, ale dysponują oni też wyższymi dochodami – mówi Łącki.

Najbardziej oszczędni w tej grupie wiekowej są mieszkańcy północnej i zachodniej Polski (województw wielkopolskiego, zachodniopomorskiego, lubuskiego, pomorskiego i kujawsko-pomorskiego). Na drugim biegunie są mieszkańcy Małopolski, Opolszczyzny i Podkarpacia. W tych województwach oszczędności ma mniej niż 40% Polaków w wieku powyżej 50 lat.

Gdy ich nie stać, rezygnują z zakupów

Aż czterem na dziesięciu Polakom 50+ zdarzyła się ostatnio sytuacja, w której nie było ich stać na zakup za gotówkę rzeczy, której potrzebowali. 48% z nich w tej sytuacji zrezygnowało po prostu z zakupów. 16% odkładała pieniądze na taki zakup aż do momentu uzbierania wystarczającej kwoty. Tylko 15% zdecydowała się na zakup na raty, a 8% wzięła kredyt gotówkowy w banku. W efekcie niemal co trzecia osoba w tym wieku deklaruje, że nigdy nie wzięła kredytu lub pożyczki. Ponad połowie zdarza się z nich korzystać, ale robią to sporadycznie. Często pożycza jedynie co piąty badany.

– 58% Polaków mających więcej niż 50 lat nie posiada obecnie żadnej zaciągniętej pożyczki lub kredytu, a 29% nigdy po taką nie sięgnęła. To pokazuje, jak to pokolenia jest bardzo ostrożne w pożyczaniu pieniędzy. Większość z nich wychodzi z założenia, że żeby pieniądze wydawać, trzeba je po prostu mieć – mówi Adam Łącki.

Nie pożyczają, bo nie lubią i nie muszą

37% ankietowanych z grupy 50+ nie pożycza, bo nie ma takiej potrzeby, prawie tyle samo nie lubi mieć takich zobowiązań, a 14% deklaruje, że nie stać ich na ich spłatę kredytu. Przeszkodą dla co dziesiątego Polaka po 50. w sięgnięciu po kredyt jest brak zdolności kredytowej. Zdarzają się też osoby, które zwyczajnie nie wiedzą, jak zaciągnąć pożyczkę lub kredyt.

Jeśli osoby w tej grupie wiekowej już decydują się na pożyczenie pieniędzy, najczęściej przeznaczają je na zakup sprzętu AGD lub RTV (43%). Niewiele mniej, bo 40%, pożycza, by wyremontować mieszkanie lub dom. Co czwarta osoba zapożycza się, by kupić środek transportu – samochód, motocykl lub skuter, a co piąta inwestuje w nieruchomość lub ziemię. Do często wymienianych powodów zaciągania kredytów lub pożyczek, należą też te związane z bieżącymi potrzebami – wydatki konsumpcyjne, leczenie czy spłata wcześniejszych długów.

Polacy w tym wieku wydają się unikać pożyczania pieniędzy, a jeśli już to robią, to po to, by zaspokoić swoje bieżące potrzeby, niż dla przyjemności. Raczej nie ulegają pokusom i z rozsądkiem gospodarują pieniędzmi. Jeśli wyjeżdżają na wakacje, to za zgromadzone oszczędności. Na taki cel pożycza bowiem bardzo niewielki odsetek badanych. Jeszcze mniej osób pożycza na realizację swojego hobby – zauważa Łącki.

Okazuje się, że kobiety częściej zaciągają pożyczki na zakupy do domu sprzętów typu AGD i RTV, remont domu lub mieszkania, czy usługi medyczne. Mężczyźni częściej zaciągają kredyty na zakup pojazdu lub nieruchomości.

Po pieniądze najchętniej do banku

Najczęstszy powód zaciągania pożyczki lub kredytu jest oczywisty – brak gotówki, by sfinansować potrzebny zakup. Tak deklaruje 61% osób z tych, którzy zdecydowali się na skorzystanie z oferty banku lub firmy pożyczkowej. Co piąta jednak zdecydowała się pożyczyć, ponieważ było to bardziej opłacalne, niż płatność gotówką. Prawie co drugi Polak w wieku 50+ pożyczał ponieważ zabrakło mu pieniędzy na zaspokojenie podstawowych potrzeb, miał chwilowe problemy finansowe lub nieprzewidziane wydatki. Tu dominują osoby najstarsze oraz te z wykształceniem podstawowym.

Polacy w wieku powyżej 50 roku życia zdecydowanie najchętniej (82%) korzystają z ofert banków. Alternatywnie, 12% zakupy rozkłada na raty w sklepach, 8% pożycza u najbliższych – rodziny bądź znajomych, 7% korzysta z ofert SKOK-ów, 4% pożycza w zakładzie pracy. Najmniej osób deklaruje, że korzysta z firm pożyczkowych (2%).

Zadłużenie rośnie lawinowo

Choć ta grupa wiekowa stara się racjonalnie gospodarować pieniędzmi, najwyraźniej za niskie dochody powodują, że jej zadłużenie notowane w Krajowym Rejestrze Długów w ciągu trzech lat wzrosło trzykrotnie i wynosi obecnie 7,2 mld zł. Ponad połowa tej sumy, bo ponad 3,7 mld zł przypada na długi wobec banków i firm pożyczkowych oraz wtórnych wierzycieli. 1,36 mld zł to długi alimentacyjne, a na niezapłacony czynsz, rachunki za prąd, gaz i wodę przypada 1,12 mld zł. Ponad 0,5 miliarda złotych to zaległe opłaty za telefon, telewizję i Internet. Średni dług przypadający na jednego dłużnika po 50. to 11,5 tys. zł.

Długi osób po 50. coraz częściej trafiają do windykacji. Kiedy kontaktuje się z nimi windykator podają mnóstwo powodów, którymi tłumaczą brak zapłaty – od zwykłego zapominalstwa, poprzez brak środków, aż po zwyczajny brak chęci zapłaty. Część tych osób spłaca zadłużenie po pierwszym telefonie, ale w wielu przypadkach jesteśmy zmuszeni uruchamiać kolejne etapy postępowania windykacyjnego – tłumaczy Radosław Koński, dyrektor Departamentu Windykacji Kaczmarski Inkasso.

Polska nie jest dobrym krajem do starzenia się

W tym roku Komisja Europejska opublikowała raport, w którym przedstawiono indeks aktywnego starzenia się. Na 28 państw europejskich, Polska zajęła drugie miejsce od końca. Za nami jest tylko Grecja. Choć od ubiegłego roku przeskoczyliśmy o jedno oczko do góry, nie jest to żaden powód do zadowolenia – sytuacja w Polsce się nie polepszyła, ale w Grecji uległa znacznemu pogorszeniu. Podstawowe kryteria objęte badaniem to poziom zatrudnienia, uczestnictwo osób starszych w życiu społecznym, samodzielność, a w końcu możliwości i warunki sprzyjające aktywnemu starzeniu się.

Problemem tej grupy wiekowej, a w szczególności tych najstarszych osób, nie jest brak chęci rozwoju czy uczestnictwa w życiu społecznym, ale raczej brak środków i możliwości. W najgorszej sytuacji są osoby mniej wykształcone oraz te, zamieszkujące tereny wiejskie – mówi Łącki. – Biorąc pod uwagę, że społeczeństwo się starzeje, młodsi nie będą w stanie zapracować na emerytury seniorów, trzeba zastanowić się, jak przygotować starszych do tego, by na taką pomoc nie musieli liczyć – dodaje.

źródło: KRD

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...