środa, Grudzień 11, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Polacy"

Polacy

Już w 2025 r. 4 na 10 Polaków będzie miało ponad 50 lat. Z kolei w 2050 r. 1/3 społeczeństwa będzie mieć więcej niż 65 lat. W dobie starzenia się populacji, seniorzy, nazywani także pokoleniem Silver będą stanowić ważną grupę zawodową. Wymusza to na pracodawcach obowiązek zadbania o potrzeby starszej generacji pracowników, a te nie są mniejsze niż potrzeby Millenialsów czy Zetek. Zachowanie work-life balance, by móc łączyć pracę z rozwijaniem nowych zainteresowań, podnoszeniem kompetencji, opieką nad wnukami czy chęć pracy według elastycznego grafiku to coraz częściej wymieniane przez pracowników 50+ potrzeby.

 Senior znaczy aktywny

Polacy nie tylko coraz dłużej żyją, ale także znacznie dłużej pozostają aktywni zawodowo i prywatnie. Jak podaje GUS, bezrobocie w grupie wiekowej 55-64 lat na koniec 2016 roku wynosiło tylko 4,3 proc. Każde następujące po sobie pokolenie seniorów będzie się starzeć w zupełnie inny sposób, znacznie dłużej pozostając aktywnym zawodowo, a co za tym idzie – będzie miało inne potrzeby i wymagania związane między innymi z wykonywaną pracą.

Jak szacują eksperci NBP, w nadchodzących latach polski rynek pracy będzie borykał się z luką kadrową, którą mogą zapełnić m.in. seniorzy. Już teraz pracodawcy widzą potrzebę zatrudniania osób starszych. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez Work Service, na początku 2016 r. 76 proc. firm zatrudniało pracowników w wieku 50+. Obecnie jest to już aż 86 proc. i wiele wskazuje na to, że ta liczba będzie wzrastać. 27 proc. firm zapowiada, że na przestrzeni 12 miesięcy będzie zwiększać zatrudnienie w tej grupie wiekowej. Co więcej, jak podaje Eurostat, w ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w naszym kraju z 28,5 proc. do 47,4 proc. Pod względem dynamiki wzrostu daje to Polsce 2. miejsce wśród innych państw Unii Europejskiej.

 Powyższe statystyki motywują coraz większą grupę pracodawców do przyjrzenia się potrzebom pracowników z grupy wiekowej 50+.

– Wiele się mówi o wymaganiach i potrzebach pracowników z pokolenia Y. Tymczasem, jak pokazują najnowsze analizy na temat demografii, firmy nie powinny zapominać o potrzebach starszego pokolenia. Osoby w wieku 50+ już teraz są ważną grupą pracujących, a za dziesięć, dwadzieścia lat ich rola dodatkowo wzrośnie. Dlatego też, przy współpracy z ABSL przygotowujemy raport na temat potrzeb i wymagań pracowników biurowych 50+, który pozwoli lepiej przygotować miejsce pracy do oczekiwań tej grupy zawodowej – mówi Filip Szklarz, Smart Workplace Consultant, Mikomax Smart Office.

Praca na elastycznych warunkach

Wśród wielu rozwiązań, z których mogą skorzystać pracodawcy, by nadążyć za zmianami na rynku pracy jest smart working, czyli model pracy, który dopasowuje się do potrzeb pracowników różnych generacji. Zakłada m.in. ewaluację zatrudnionego nie przez pryzmat godzin spędzonych w biurze, ale osiągniętych efektów. To z kolei otwiera drogę do umożliwienia pracownikom wykonywania części obowiązków poza biurem, np. w zaciszu domowym. Pracy zdalnej sprzyja obecnie rozwój nowoczesnych technologii, a także takie miejsca jak przestrzenie co-workingowe, które mogą stanowić alternatywę dla biur bardziej tradycyjnych.

Założenia smart workingu doskonale wpisują się w wymagania osób po 50. roku życia, które są gotowe pozostać dłużej na rynku pracy, ale na własnych warunkach. Z danych Hays Poland wynika, że wśród dodatkowych korzyści, którą chcę zyskać pracownicy w wieku 50+ w zamian za przesunięcie w czasie momentu przejścia na emeryturę, na pierwszym miejscu pojawia się praca elastyczna, czyli taka, która nie zakłada konieczności spędzania całego dnia pracy za biurkiem.

­­– Mimo że o zaletach płynących z większej elastyczności w miejscu pracy najwięcej mówi się zazwyczaj w kontekście młodszej generacji pracowników, to smart working daje także wiele korzyści pokoleniu Silver. Najważniejsza z nich to zachowanie równowagi między pracą a sferą prywatną. To, że osoby po 50. roku życia zazwyczaj nie są już ograniczone obowiązkami domowymi w takim stopniu jak 30-latkowie, nie znaczy, że chcą poświęcić swój wolny czas obowiązkom zawodowym. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich to pierwszy moment w życiu, kiedy mogą zająć się w pełni rozwijaniem własnych pasji, czy nauką nowych rzeczy. Smart working daje pracownikom większą autonomię w zakresie organizacji pracy. Z doświadczenia firm, z którymi współpracował Mikomax Smart Office wynika, że taką samodzielność bardzo cenią sobie także osoby z pokolenia Silver. Co więcej, jak pokazują wyniki naszego raportu ‘Smart Working Guidebook for Poland’, na wdrożeniu smart workingu korzysta także druga strona, czyli pracodawcy. Ci, którzy postawili na takie rozwiązanie, zaobserwowali wzrost zaangażowania pracowników w wykonywanie obowiązków, co przyczyniło się do ogólnego wzrostu ich efektywności oraz kreatywności – zaznacza Zuzanna Mikołajczyk, Dyrektor ds. Handlu i Marketingu, Członek Zarządu Mikomax Smart Office.

 

Jak pokazuje dwudziesta edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2017”  (Deloitte), w tym roku wśród Polaków zwycięży rozsądek. Na prezenty, jedzenie oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy wydać średnio 882 zł, czyli tylko o 2 proc. więcej niż wydaliśmy rok temu.

Najbardziej spodziewanym prezentem są kosmetyki i perfumy, natomiast najchętniej obdarowywać bliskich będziemy książkami. Aż 42 proc. pieniędzy przeznaczonych na prezenty pozostawimy w sklepach internetowych. Z roku na rok rośnie również udział kupowanych prezentów w kanałach mobilnych.

Polacy deklarują, że na tegoroczne wydatki związane z Bożym Narodzeniem przeznaczą o 2 proc. więcej niż rok temu. W 2017 roku suma, którą planują wydać na bożonarodzeniowe prezenty, jedzenie oraz spotkania z najbliższymi wyniesie średnio 882 zł (209 euro). Jednocześnie jest to mniej niż deklarowali w 2016 roku, kiedy zamierzali wydać średnio 1 121 zł.

– Spośród wszystkich ankietowanych krajów Polacy przewidują, że wydadzą najmniej. Oprócz nas równie oszczędni będą Holendrzy, którzy chcą wydać średnio niespełna 240 euro. Na drugim biegunie znajdują się Hiszpanie i Brytyjczycy, którzy zadeklarowali, że wydadzą odpowiednio 526 i 550 euro. W tym porównaniu trzeba brać jednak pod uwagę poziom PKB danego kraju, średnie dochody, siłę nabywczą, ale też tradycję świąteczną – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Średnia dla wszystkich ankietowanych krajów wyniosła 368 euro. W tym roku Polacy deklarują, że na prezenty przeznaczą więcej niż na jedzenie. Pierwsza kategoria pochłonie ok. 51 proc. bożonarodzeniowego budżetu (451 zł), a druga około 39 proc. (342 zł). Na spotkania towarzyskie planują natomiast wydać 89 zł.

Polacy, po raz pierwszy od dwóch lat, pozytywnie oceniają obecną sytuację gospodarczą. Odsetek zadowolonych z niej ankietowanych wzrósł z 15,6 proc. w 2016 r. do 32,7 proc. w 2017 r. Również mieszkańcy Europy wyrażają mniejszy pesymizm w porównaniu z rokiem poprzednim. Spośród nich obecną sytuację gospodarczą najbardziej pozytywnie postrzegają Niemcy i Portugalczycy. Polacy równie optymistycznie myślą o sytuacji gospodarczej w przyszłości.

Europejczycy nie chcą już pod choinką gotówki

Jaki prezent chcielibyśmy i spodziewamy się zobaczyć pod choinką? W tym roku, podobnie jak rok wcześniej, są to przede wszystkim kosmetyki i perfumy. Na podium znalazły się również książki i słodycze. Wśród mieszkańców badanych krajów nastąpiła zmiana oczekiwań, jeśli chodzi o wymarzone prezenty. Jako spełnienie marzeń coraz rzadziej wskazywane są pieniądze. W tym roku gotówka na pierwszym miejscu znalazła się tylko w Belgii, podczas gdy rok temu królowała w czterech z dziewięciu badanych krajów.

A jakimi prezentami zamierzamy obdarować naszych najbliższych? Przede wszystkim książkami, które powróciły na pozycję lidera. Tuż za nimi znalazły się kosmetyki i perfumy (ubiegłoroczny zwycięzca) oraz słodycze. Książki królują w sześciu z dziesięciu badanych krajów. W pierwszej dziesiątce prezentów, którymi zamierzamy obdarować najbliższych po raz pierwszy znalazły się suplementy diety. Wśród prezentów kupowanych nastolatkom dominują słodycze, gry komputerowe oraz książki. Z kolei najmłodszym w tym roku najchętniej kupimy zabawki kreatywne i artystyczne, które z pierwszego miejsca zepchnęły dotychczasowego lidera, czyli klocki. Na drugim miejscu znalazły się książki.

– Z roku na rok Polacy coraz wcześniej zaczynają przygotowania do świąt. I tak 23 proc. badanych deklaruje, że prezenty kupi już w listopadzie, a 39 proc. wybierze się na zakupy w pierwszej połowie grudnia. To o kilka punktów procentowych więcej niż rok wcześniej. Do ostatnich dni przed świętami z zakupem prezentów zamierza czekać 21 proc. Polaków, czyli o 6 pp. mniej niż w 2016 roku. Jest to już stała tendencja, że z roku na rok liczba takich osób systematycznie spada – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w dziale Konsultingu, członek Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich Deloitte.

 Prezentów szukamy w sieci

Prezenty Polacy w tym roku kupią przede wszystkim w tradycyjnych lokalnych sklepach. Gdy jednak rozważamy zakup multimediów, to stawiamy na sklepy internetowe. Z roku na rok udział e-commerce w handlu rośnie. Nie omija to również zakupów robionych z myślą o Bożym Narodzeniu. Analiza Deloitte pokazała, że aż 42 proc. budżetu przeznaczonego na prezenty zostawimy w tym roku w sklepach internetowych.

– To o 5 p.p. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie Polska znajduje się w czołówce krajów, w których konsumenci będą kupować prezenty w Internecie. Wyższy odsetek uzyskały Holandia, Niemcy i Wielka Brytania. W tym ostatnim kraju klienci wydadzą ponad 50 proc. budżetu na prezenty w kanałach online – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor w dziale Konsultingu, Lider obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych Deloitte.

Według danych NBP w II kwartale liczba bankomatów w Polsce spadła o 223 maszyny. Expander zwraca uwagę, że jest to o tyle niezwykłe, że od wielu lat ich liczba rosła. Przestało ich przybywać zapewne dlatego, że coraz rzadziej z nich korzystamy – już od 2014 r. spada liczby dokonywanych z nich wypłat. Jednocześnie, gwałtownie rośnie liczba sklepów akceptujących płatności kartami i dokonywanych kartami transakcji. Bankomaty będą więc  cieszyły się coraz mniejszą popularnością i będzie ich zapewne coraz mniej.

Z bankomatów najchętniej korzystaliśmy w 2013 r. kiedy wykonaliśmy w nich aż 778 mln operacji.  Od tego czasu zainteresowanie systematycznie spada.  Mimo tego, ilość  takich urządzeń dotychczas rosła o 1-2 tysiące rocznie. Najnowsze dane NBP pokazują jednak, że w II kwartale w Polsce zainstalowane były 23 528 bankomaty, czyli o 223 mniej niż w I kwartale. Spadek jest więc niewielki, ale w połączeniu z innymi informacjami sugeruje, że właśnie obserwujemy początek istotnych zmianami na naszym rynku.

Bankomat coraz częściej jest też wpłatomatem

W najbliższych kilku latach na korzyść bankomatów będzie działało wprowadzanie nowoczesnych maszyn, które potrafią nie tylko wypłacać pieniądze, ale także przyjmować wpłaty.  Ta druga funkcja szybko zyskuje na popularności. Jeszcze w 2014 r. wartość wpłat stanowiła zaledwie 3,5% wszystkich operacji. W pierwszej połowie tego roku było to już 19%, co oznacza że Polacy zdeponowali w bankach za pośrednictwem bankomatów aż 105 mld zł.

Bankomatów będzie coraz mniej

Mimo upowszechniania się nowej funkcji bankomatów, w dłuższej perspektywie ich liczba będzie spadała. Gotówka, w coraz większym stopniu jest bowiem zastępowana przez płatności bezgotówkowe. Łączna wartość wypłat z bankomatów w pierwszym półroczu 2017 r. to 156 mld zł, a płatności kartą wykonaliśmy w tym okresie na kwotę 122 mld zł. Wciąż króluje więc fizyczna waluta, ale to już nie potrwa długo.  Wartość płatności kartą przyrasta bowiem w tempie około 20% rocznie. Wartość wypłat również rośnie, ale znacznie wolniej – o ok. 7% rocznie. Jeśli taki stan się utrzyma, to w 2021 r. wartość dokonanych płatności kartą przewyższy wypłaty gotówki. Później gotówka będzie systematycznie traciła na znaczeniu. W rezultacie bankomaty, nawet te z funkcją wpłat, będą coraz rzadziej wykorzystywane i duża ich część będzie musiało zniknąć  z naszych ulic.

 

 

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

Co piąty konsument w Europie płaci faktury po terminie, a 3 proc. – nie płaci wcale. W Polsce, w ponad połowie przypadków, powodem opóźnienia jest po prostu zapominanie o terminie płatności. 

Aż 41 proc. Polaków ma zobowiązania do spłacenia (rachunki czy raty różnych kredytów). Jednocześnie aż 2,3 mln naszych rodaków ma kłopoty z ich terminowym regulowaniem. Z badania „Europejskie Praktyki Płatnicze”, przeprowadzonego w 2017 r. przez Kantar TNS dla firmy EOS Group wynika, że w połowie przypadków powodem opóźnień jest po prostu przeoczenie terminu spłaty.

Jednakże roztargnienie to nie jedyna przyczyna – niemal 3/4 polskich konsumentów zdarzają się chwilowe problemy finansowe, powodujące zaległości w spłacaniu zobowiązań.

Niemniej zdecydowana większość Polaków – aż 97 proc. – jest zdania, że swoje długi należy spłacać. Nietrudno jest przejść od deklaracji do czynów, wystarczy zadbać o porządek w rachunkach i nieco dokładniej zaplanować domowy budżet.

Problem z terminowym regulowaniem należności to nie tylko nasza domena, choć zajmujemy niechlubne trzecie miejsce na europejskiej liście nierzetelnych dłużników. Na kiepską pamięć swoich klientów najrzadziej żalą się firmy z Chorwacji (38 proc.), a najczęściej te z Rumunii (61 proc.). Polska jest w najgorszej trójce wśród dziewięciu krajów Europy Wschodniej. Aż 52 proc. polskich przedsiębiorców deklaruje, że ich klientom zdarza się po prostu zapomnieć o uregulowaniu płatności.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

3/4 Polaków chce wolnych niedziel dla pracowników, bez wprowadzania zakazu handlu. Tyko 36 proc. chciałoby wprowadzenia zakazu handlu we wszystkie niedziele – wynika z badania Kantar TNS.

W dniach 20 – 23 października Kantar TNS zapytał reprezentatywną próbę mieszkańców Polski, która z proponowanych obecnie opcji dotyczących zakazu handlu w niedziele jest ich zdaniem najlepsza. Największe poparcie – 76 proc. ankietowanych – uzyskała propozycja zagwarantowania co najmniej dwóch wolnych niedziel w miesiącu pracownikom, bez konieczności wprowadzania zakazu handlu w niedziele. Zakaz handlu we wszystkie niedziele poparło jedynie 36 proc. badanych.

– Polacy popierają kompromisowe rozwiązanie, czyli propozycję polegającą na zagwarantowaniu pracownikom handlu co najmniej dwóch wolnych niedziel w miesiącu. Taka regulacja pozwala osiągnąć ten sam cel, co wprowadzenie zakazu handlu w dwie niedziele w miesiącu bez potrzeby zamykania sklepów i wprowadzania skomplikowanych oraz trudnych do wyegzekwowania regulacji prawnych, które negatywnie odbiją się przede wszystkim na konsumentach. Co ważne gwarancja dwóch wolnych niedziel dotyczy zarówno pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, jak i osób wykonujących zadania na podstawie umowy prawa cywilnego – mówi Krzysztof Kajda, dyrektor departamentu prawnego Konfederacji Lewiatan.

Co ciekawe, propozycja wprowadzenia minimum dwóch wolnych niedziel w miesiącu, bez konieczności zamykania sklepów, cieszy się większym poparciem wśród kobiet niż mężczyzn (80 proc. vs. 72 proc.).

Propozycją, która ma najmniejsze poparcie społeczne, jest zagwarantowanie pracownikom wolnych niedziel, poprzez wprowadzenie zakazu handlu we wszystkie niedziele w miesiącu – na takie rozwiązanie zgadza się jedynie 36 proc. badanych.

Rozwiązanie w postaci wprowadzenia zakazu handlu w co drugą niedzielę w miesiącu, ma więcej przeciwników niż zwolenników (50 proc. vs. 48 proc.), natomiast różnice nie są tak skrajne jak w przypadku opcji wolnych niedziel dla pracowników bez konieczności zamykania sklepów i opcji zupełnego zakazu handlu w niedziele.

 

 

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

 

88% Polaków uważa, że dobre wynagrodzenie pomaga w byciu szczęśliwym, 47% twierdzi, że miejsce wykonywania pracy ma równie duże znaczenie jak praca, którą się w nim wykonuje, a aż 63% deklaruje chęć zmiany miejsca zamieszkania na rzecz lepszej pracy. Jednak swoją pracę zdecydowanie poleciłoby znajomym tylko 29% badanych – tak wynika z badań „Szczęście w pracy Polaków” przeprowadzonych na zlecenie agencji rekrutacyjnej Jobhouse.

Praca jest ważną częścią naszego życia, spędzamy w niej przeciętnie 40 godzin tygodniowo, doskonalimy swoje umiejętności, by awansować i piąć się po szczeblach kariery, a korzyści finansowe, które dzięki niej uzyskujemy, określają nasz poziom dobrobytu. Pojawia się jednak pytanie, czy praca, którą wykonujemy daje nam szczęście?

Dobre wynagrodzenie, współpracownicy, na których można liczyć, możliwości rozwoju, zachowanie równowagi pomiędzy pracą, a życiem prywatnym oraz czas dojazdu do pracy – to najważniejsze czynniki, które sprawiają, że ludzie czują się szczęśliwi w pracy. I choć z badania wynika, iż Polacy są w swoich miejscach pracy umiarkowanie szczęśliwi (6,3 w skali od 1 do 10), zdecydowanie bardziej zadowoleni są Ci, którzy w tej chwili nie planują jej zmienić.

– Wysokość wynagrodzenia od lat utrzymuje się jako główny czynnik wpływający na satysfakcję z wykonywanej pracy. Natomiast warto zauważyć, iż możliwości rozwoju oraz realizacji pasji w pracy odgrywają coraz większą rolę. Podnoszenie swoich kompetencji pośrednio wpływa na lepsze wynagrodzenie, czego pracownicy są świadomi. Firmy, które umożliwiają pracownikom rozwój, zdobywają przewagę konkurencyjną. – komentuje wyniki Marcin Potkański, ekspert ds. Employer Brandingu.

Na poczucie szczęścia w pracy wpływa nie tylko sama praca, ale też miejsce pracy – miasto, miejscowość i dzielnica, w których się tę pracę wykonuje. Uważa tak prawie co drugi badany. Tylko 11% badanych twierdzi, iż najpierw wybiera miejsce zamieszkania, a dopiero potem pracę, którą chce wykonywać. 42% ankietowanych za najważniejszą uważa samą pracę, a miejsce, gdzie ją wykonują, nie ma dla nich tak dużego znaczenia. Aż 63% badanych rozważyłoby zmianę miejsca zamieszkania w poszukiwaniu lepszej pracy.

– Zależało nam, by zachęcić uczestników badania oraz osoby, które zapoznają się z wynikami do zastanowienia się, czy praca, którą aktualnie wykonują daje im satysfakcję i czy świadomie budują swoją karierę zawodową. Na podstawie wyników, chcieliśmy także przekazać pracodawcom wskazówki, jak tworzyć zadowolony, a dzięki temu efektywny zespół. – podsumowuje Natalia Bogdan, prezes Jobhouse.

Marta Pawlak-Dobrzańska z Great Digital, odpowiedzialna za przygotowanie badania, dodaje: Mam nadzieję, że wyniki badania sprawią, że pracodawcy zaczną zastanawiać się, na ile szczęśliwi w pracy są ich pracownicy. Szczęśliwi pracownicy są zdecydowanie mniej skłonni rozważać odejście do innego pracodawcy, warto zadbać o ich poczucie szczęścia.

 

Wypowiedź: Natalia Bogdan, prezes zarządu Jobhouse.

19 października b.r. po raz pierwszy obchodziliśmy Dzień Płatności Bezgotówkowych, mający na celu upowszechnianie obrotu bezgotówkowego w Polsce. Według ekspertów Polskich ePłatności i Ingenico, Polacy coraz chętniej korzystają z płatności kartą, choć jednocześnie całkowity udział transakcji gotówkowych w obrocie gospodarczym nadal pozostaje na relatywnie wysokim poziomie.  

Najnowszy raport Narodowego Banku Polskiego podaje, że w czerwcu 2017 r. na rynku znajdowało się już niemal 38 mln kart płatniczych, co stanowi wzrost o 5,6 proc. w stosunku do roku poprzedniego.
O tym, że Polacy coraz chętniej sięgają po wygodne i bezpieczne sposoby płatności, świadczą również dane udostępnione w ramach Dnia Płatności Bezgotówkowych, przez jednego z czołowych agentów rozliczeniowych – Polskie ePłatności S.A. Z tej okazji zestawiono ze sobą liczbę transakcji wykonanych w dniach 16-20 października, a więc w tygodniu w którym wypada tegoroczne święto, z analogicznymi okresami w poprzednich latach.

Według danych Polskich ePłatności S.A., w 2014 r. liczba transakcji wykonywanych na terminalach obsługiwanych przez agenta rozliczeniowego wynosiła 1 694 503, w 2015 – 2 196 388, w 2016 – 2 581 524, natomiast w 2017 aż 3 201 388. Oznacza to, że tylko na przestrzeni trzech lat klienci Polskich ePłatności S.A. zintensyfikowali częstotliwość korzystania z karty niemal dwukrotnie. Zdaniem ekspertów PeP i Ingenico, rosnąca popularność transakcji bezgotówkowych związana jest z coraz większą dostępnością nowoczesnych terminali, ułatwiających bezproblemowe płatności. Z informacji opublikowanych przez NBP w lipcu b.r. wynika, że ich ogólna liczba w pierwszym kwartale 2017 r. to 563 374.

„Rosnąca liczba terminali to dla nas sygnał, że Polacy oczekują szybkich oraz bezproblemowych płatności kartą. Ingenico od lat wspiera ich w tej dziedzinie, udostępniając najnowocześniejsze i jednocześnie bezpieczne rozwiązania technologiczne.” – mówi Piotr Waś, Dyrektor Zarządzający na Europę Wschodnią z Ingenico, lidera na rynku terminali płatniczych w dziedzinie bezproblemowych płatności.

Główną ideą Dnia Płatności Bezgotówkowych jest przede wszystkim ugruntowanie pozytywnego nastawienia społeczeństwa do obrotu bezgotówkowego. Według raportu NBP z lutego 2017, co piąty Polak nadal nie ma konta w banku, a 28 proc. respondentów wybiera płatność gotówką jako preferencyjną. Tymczasem wybór karty płatniczej lub coraz popularniejszych płatności mobilnych, pozwala nie tylko na skrócenie czasu, ale także na maksymalne uproszczenie całego procesu transakcji.

„Polskie ePłatności od lat przyczyniają się do dynamicznego rozwoju obrotu bezgotówkowego w kraju. Aby sprostać oczekiwaniom zarówno przedsiębiorców, jak i ich klientów, dbamy o innowacyjność oraz niezawodność naszych usług. Korzyści, jakie płyną z wykorzystania ich potencjału, to dowód na to, że zdecydowanie warto otworzyć się na nowe technologie w zakresie transakcji bezgotówkowych.” – dodaje Janusz Diemko, Prezes Zarządu CRE Polskie ePłatności S.A.

Dzień Płatności Bezgotówkowych zainicjowany został przez Koalicję na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności. Po raz pierwszy obchodzony był 19 października b.r.

 

Źródło: Grupa  Ingenico

Ponad połowa Polaków (51,3 proc.) deklaruje wysoki lub bardzo wysoki poziom zaufania do rodzinnych firm. To ponad dwa razy więcej niż wobec księdza (25,2 proc.), czy bankiera (23,6 proc.) – wynika z raportu firmy doradczej Grant Thornton.

Raport „Polacy o firmach rodzinnych IV. Firmy zbudowane na zaufaniu” przygotowała Fundacja Firmy Rodzinne, której partnerem jest Grant Thornton. W zestawieniu zawodów zaprezentowanych w badaniu respondentom przedsiębiorca zebrał najwięcej odpowiedzi pozytywnych. Łącznie wysoki i bardzo wysoki poziom zaufania do rodzinnego przedsiębiorcy zadeklarowało 51,3 proc. ankietowanych Polaków.

„Wyjątkowo zaskakujące jest to, że więcej Polaków ufa przedsiębiorcom niż urzędnikom państwowym, bankierom, czy nawet księżom i dziennikarzom. Widzimy więc, że prawdziwie uczciwa postawa przedsiębiorców, a także ich działalność społeczna w regionach przekłada się na otwartą postawę społeczeństwa wobec nich” – komentuje cytowana w raporcie prezes Fundacji Firmy Rodzinne Katarzyna Gierczak Grupińska.

„To, z kolei wiąże się z rekomendacjami, jakich udzielamy zarówno produktom i usługom, jak i samym firmom, w tym również sklepom prowadzonym przez rodziny. Polacy zwracają już uwagę nie tylko na to, co kupują, ale także od kogo kupują. Rodzinny charakter producenta lub sklepu jest ważnym argumentem przy rekomendacjach dla ponad połowy Polaków” – dodała.

Zgodnie z raportem, „rodzinność” firmy jest ważnym argumentem branym pod uwagę przy rekomendacjach zakupowych. Ponad 97 proc. Polaków poleca swoim znajomym produkty i usługi, z których są zadowoleni. W tym połowa twierdzi, że robi to zawsze. Dodatkowe znaczenie przy poleceniach ma „rodzinny” charakter producenta – to zdanie przeważającej części rekomendujących. Zauważono, że choć to kobiety częściej wydają rekomendacje, to dla mężczyzn rodzinny charakter producenta ma większe znaczenie.

„Fakt, że sklep jest prowadzony przez rodzinę jest istotną zachętą do częstszych zakupów w takim miejscu. Z takim stwierdzeniem zgadza się bezwarunkowo 47,9 proc. Polaków, a negatywnie odnosi się do niego zaledwie 13 proc. Jest to dodatkowa zachęta bardziej dla młodych osób niż starszych” – napisano w raporcie.

Według raportu, jesteśmy skłonni kupić droższy z dwóch produktów, jeśli będzie on pochodził z firmy rodzinnej. To opinia prawie 38 proc. Polaków. Niemal połowa z tej grupy (49,7 proc.) deklaruje możliwość dopłaty w kwocie 5-10 proc. Jednocześnie powiększa się grono osób zdecydowanych na dopłatę ponad 10 proc. do ceny porównywalnego produktu w przypadku zakupu produktu z firmy rodzinnej.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Podwyżki cen opału to główny powód wrześniowych podwyżek kosztu utrzymania mieszkania i jego wyposażenia. Statystyczna para wydaje na ten cel średnio 568 złotych, a do tego często doliczyć trzeba jeszcze czynsz najmu lub ratę kredytu– wynika z szacunków Open Finance opartych o dane GUS.

Deflację pożegnaliśmy już prawię rok temu i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miała wrócić. Jej miejsce na dobre zajęła inflacja, czyli wzrost ogólnego poziomu cen dóbr i usług. Póki co nie mamy do czynienia ze skokowymi podwyżkami, ale i tak nasze koszty życia z miesiąca na miesiąc rosną.

Inflację napędzamy sami

Prognozy NBP sugerują, że w najbliższym czasie presja inflacyjna odrobinę spadnie, a w perspektywie 2019 roku zbliżymy się do poziomu 2,5%. Gwałtownych zmian nie sugeruje też wskaźnik przyszłej inflacji (autorstwa BIEC). We wrześniu zanotował on wzrost głównie za sprawą rosnących wynagrodzeń i zatrudnienia, a więc obaw o presję popytową. Póki co sytuacja rozwija się powoli. Kredytobiorcy powinni przygotować się na ewentualne zmiany i okres niskiego oprocentowania długu wykorzystać do nadpłacania swoich zobowiązań lub tworzenia funduszy na przyszłość. Z drugiej posiadacze kapitału powoli odczuwają już, że banki zaczynają bardziej dbać o ich względy. Co prawda podwyżki oprocentowania lokat są skromne, ale od lipca br. na rynku pojawiają się coraz lepsze oferty.

Za mieszkanie płacimy coraz więcej

W przypadku kosztów składających się na utrzymanie dachu nad głową urząd uwzględnia koszty ogrzewania i nośników energii (odpowiadają za 40% kosztów związanych z mieszkaniem), a ponadto m.in. wydatki na dostarczenie mediów, odprowadzenie nieczystości, zakup mebli, AGD, środków czystości czy remontów. We wrześniu najmocniej zdrożał opał – przeciętnie o 2,5%, choć dynamika wzrostu cen niektórych sortymentów węgla była nawet kilkukrotnie wyższa.

Od połowy 2016 roku przeciętny koszt związany z „dachem nad głową” znowu zaczął rosnąć. W tym czasie wydatki per capita podniosły się z poziomu 271,7 zł do 284,2 zł ustanawiając tym samym historyczny rekord. To znaczy, że dwuosobowa rodzina musi wydać na mieszkanie średnio trochę ponad 568 zł miesięcznie. Warto przy tym dodać, że gwałtowny wzrost tych szacunków w połowie 2016 roku wynika z aktualizacji danych na podstawie badania GUS „Warunki Życia”. Wynika z niego, że przeciętne wydatki na utrzymanie mieszkania wynosiły w 2016 roku 221,35 zł (per capita), a na wyposażenie i prowadzenie domu Polacy wydawali przeciętnie po 57,73 zł miesięcznie. Dla porównania w 2015 roku było to odpowiednio 219,48 zł i 54,47 zł.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Według badań NBP, dwie trzecie Polaków uważa, że płatności kartą i smartfonem są wygodniejsze niż gotówką. Głównie ze względu na szybkość i bezpieczeństwo. Transakcja bezgotówkowa zajmuje zaledwie kilka sekund. Kto na zakupach w pierwszej kolejności sięga po banknoty i monety, powinien dokładnie przeczytać ten artykuł. Na jednej transakcji zbliżeniowej można zaoszczędzić 22 sekundy w porównaniu z płaceniem gotówką. Przy 1000 transakcji oszczędność czasu to zatem już 6 godzin – wyliczają eksperci kampanii społecznej „Warto bezgotówkowo”.    

Na zakupach Polacy coraz częściej korzystają z kart płatniczych i smartfonów. Według danych NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności bezgotówkowe jest wygodniejsze od gotówki, przeciwnego zdania jest 27 proc. badanych.

Płacenie kartą jest przede wszystkim szybsze niż inne formy płatności. Jak wynika z danych Barcleycard, brytyjskiego wydawcy kart, przeciętny czas trwania transakcji gotówkowej to 34 sekundy. Tymczasem zapłata np. kartą z wprowadzeniem kodu PIN trwa 27 sekund, a płatność zbliżeniowa to tylko 12,5 sekundy. Wydaje się, że to nieznaczne różnice, ale każdy, kto stał w kolejce do kasy, doceni tę oszczędność czasu.

– Z badań wynika, że aż 79 proc. Polaków reaguje pozytywnie na osoby płacące kartą. Regulując swoje wydatki bezgotówkowo redukujemy kolejki, gdyż takie transakcje są po prostu szybsze niż gotówkowe. Zdarza nam się też oddawać nietrafione zakupy i tu także zwrot na kartę odbywa się sprawniej niż wypłata gotówki. Ponadto, dla przedsiębiorcy koszt obsługi gotówki jest wyższy niż ten wynikający z przyjmowania transakcji bezgotówkowych – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR.

Zakupy bez portfela

Bezgotówkowe formy płatności nie wymagają też wcześniejszego planowania, ile dokładnie chcemy wydać. Aby mieć ze sobą odpowiednią kwotę gotówki, trzeba się przygotować, zabierając ją z domu lub wypłacić z bankomatu. Płacąc kartą lub telefonem, mamy dostęp do pełnego stanu naszego konta. Gdy więc zdecydujemy się kupić coś droższego niż początkowo planowaliśmy, albo trafi nam się super okazja na zakup kilku rzeczy zamiast jednej, nie musimy marnować czasu na szukanie bankomatu.

– Wiele osób płacących gotówką uważa, że dzięki temu wydaje mniej i ma większą kontrolę nad swoimi finansami. Jednak płacąc bezgotówkowo, wiemy znacznie więcej o swoich nawykach i tym, gdzie wydajemy pieniądze. Wszystkie informacje o wydatkach znajdziemy w aplikacji mobilnej banku lub w historii rachunku w bankowości internetowej. Płacąc kartą lub smartfonem, możemy ustalić sobie limity wydatków, aby kontrolować i ograniczać wydatki – mówi Włodzimierz Kiciński, Przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Na zakupach nie tylko gotówki staje się zbędna, ale nawet portfel z kartami płatniczymi. Obecnie aż 4,5 mln Polaków korzysta z systemu BLIK, który pozwala na płacenie za zakupy smartfonem. Prawie 500 tys. osób korzysta też z technologii HCE oraz Android Pay, w przypadku której dane karty przechowywane w systemie płatniczym, a zapłata nią następuje poprzez zbliżenie telefonu do terminala.

Bezpieczniej bez gotówki

Brak gotówki oznacza także większe bezpieczeństwo zakupów. Szczególnie kiedy chcemy wydać większą kwotę. Zgubiony portfel prawie w każdym wypadku równa się utracie wszystkich zgromadzonych w nim pieniędzy. W przypadku korzystania z kart czy smartfona strata jakichkolwiek pieniędzy z konta to sytuacja zupełnie wyjątkowa. Jeśli zgłosimy do banku utratę karty, to od tego momentu nie ponosimy odpowiedzialności za ewentualne transakcje wykonane przez inne osoby. Gdyby okazało się, że ktoś zrealizował transakcję przed zastrzeżeniem karty, wtedy odpowiedzialność posiadacza ogranicza się do równowartości 150 euro (ok. 640 zł) dla transakcji tradycyjnych i 50 euro (ok. 210 zł) dla transakcji zbliżeniowych.

– Niedawno Sąd Najwyższy uznał, że użycie karty zbliżeniowej przez osobę trzecią wbrew woli właściciela wypełnia znamiona przestępstwa kradzieży z włamaniem. A to oznacza wyższe, niż w wypadku zwykłej kradzieży, zagrożenie karą dla przestępcy. Zatem można stwierdzić, że karta płatnicza przez prawo karne jest lepiej chroniona niż gotówka w portfelu – mówi dr Przemysław Barbrich, ekspert kampanii „Warto bezgotówkowo”.

Coraz częściej robimy także zakupy w internecie. Według danych Izby Gospodarki Elektronicznej bezgotówkowe formy płatności wybiera 56 proc. polskich e-konsumentów. Są to w 28 proc. transakcje kartą, 19 proc. przelewem i 10 proc. BLIKIEM. Zapłatę gotówką przy odbiorze wybiera mniejszość – 27 proc. kupujących – i wynika to zwykle z braku zaufania do e-sklepu, w którym klient kupuje pierwszy raz.

 

Źródło: NBP

Szef mnie zwolni? Nie ma powodów do lęku – odpowiadają najczęściej Polacy. Ponad 3/4 ankietowanych nie boi się utraty pracy, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a jedynie 7% odczuwa duży lęk – pokazują wyniki badania „Monitor Rynku Pracy”.

Zaledwie 23% ankietowanych Polaków obawia się utraty dotychczasowego stanowiska. Jednocześnie rzadziej niż do niedawna respondenci mówią o zmianach zawodowych w ich życiu. Jeśli już się takie pojawiają, to z własnej inicjatywy i dlatego, że oferta nowego pracodawcy była lepsza. Już co drugi badany Polak podaje właśnie taki powód rotacji.

Co piąty badany zmienił w ostatnim kwartale pracę. Tak niskiego poziomu rotacji na rynku pracy nie notowaliśmy w badaniu od blisko 4 lat. W stosunku do poprzedniego kwartału ten odsetek zmniejszył się o 7 p.p. – był to największy spadek w historii Monitora Rynku Pracy.

Dotychczas Polska przodowała w Europie pod względem rotacji. W najnowszej edycji badania, po raz pierwszy od czterech lat, wskaźnik rotacji był niższy niż europejska średnia. Najczęściej pracę zmieniali w ostatnim czasie Francuzi (23%), Brytyjczycy (22%) i Szwajcarzy (22%), najrzadziej – mieszkańcy Luksemburga (8%), Austrii (13%) i Danii (16%).

Od czterech lat jako główny powód rotacji Polacy wskazują lepsze warunki pracy w nowym miejscu zatrudnienia. Od tego też czasu dynamicznie maleje odsetek osób, które pracę zmieniły ze względu na zmiany struktury firmy, co na ogół ma związek ze zwolnieniem.

W najnowszym badaniu co drugi pracownik deklarował, że o zmianie pracy zdecydowała lepsza oferta – jest to najwyższy wynik w historii. Jeszcze cztery lata temu deklarowało tak 30% respondentów. Na osobiste pragnienie zmiany w najnowszej edycji wskazało 29% ankietowanych, a zmiana struktury firmy była powodem rotacji dla 14% uczestników badania (dla porównania cztery lata temu, gdy był to dominujący czynnik, odsetek ten sięgał 30%).

– W wynikach badania widać najdobitniej odwrócenie ról. Pracownik coraz śmielej bierze swoją karierę we własne ręce i podejmuje świadome decyzje, kierując się swoim interesem. Jest coraz bardziej aktywnym uczestnikiem rynku pracy – negocjuje warunki, szuka miejsca pracy, w którym otrzyma coś więcej. Baczniej też obserwuje propozycje pracodawców, bo nie musi już korzystać z pierwszej lepszej. – wyjaśnia Monika Hryniszyn, Członek Zarządu i Dyrektor Personalna w Randstad Polska. Jak dodaje, efektem jest coraz większa liczba pracowników, którzy przekonali się o tym, że taka postawa procentuje. Potwierdza to też wyhamowanie rotacji na rynku pracy – wielu kandydatów już trafiło do firmy, która zaproponowała im dobre warunki.

Od trzech edycji badania maleje liczba respondentów, którzy poszukują nowego zatrudnienia. W tej kategorii notujemy najniższy wynik od wielu lat. Aktywnie nowej pracy szuka 9% ankietowanych, rozgląda się za nowym zajęciem 18% uczestników badania.

W siedmioletniej historii badania Monitor Rynku Pracy jeszcze nigdy Polacy tak rzadko nie przejawiali obaw o utratę pracy. Ponad 3/4 ankietowanych w ogóle nie dostrzega takiego ryzyka, 16% deklaruje umiarkowaną obawę, a 7% – odczuwa duży lęk. Grupą wiekową, która najbardziej boi się utraty pracy są ludzie w wieku od 18 do 24 lat (39%, w tym 13% czuje się silną obawę).

– Pracodawcy muszą przykładać większa troskę do jakości zatrudnienia, bo to chęć poprawy warunków pracy i płacy będzie dominującym powodem zmiany pracodawcy. Względna równowaga na rynku pracy wpływa ogólnie na większe poczucie bezpieczeństwa pracowników. Dzisiejsi pracownicy są bardziej świadomi swojej kariery zawodowej i lepiej ją planują, są nastawieni na podnoszenie kwalifikacji i rozwój zawodowy, a to dobrze wróży polskiemu rynkowi pracy na przyszłość – ocenia prof. dr hab. Jacek Męcina, dyrektor Instytutu Polityki Społecznej Uniwersytetu Warszawskiego i doradca Konfederacji Lewiatan.

Kolejny raz z rzędu z wynikiem 76% Polacy zajmują miejsce w europejskiej czołówce najbardziej usatysfakcjonowanych pracowników. Tradycyjnie wyprzedzają nas kraje nordyckie – w tym kwartale Dania (83%) i Norwegia (78%). Co ważniejsze, wyniki w Polsce nie różnią się znacząco w zależności od płci czy wieku. Bardziej zadowoleni z pracy są mężczyźni (76%) niż kobiety (74%). Najczęściej satysfakcję zawodową deklarują osoby w wieku od 25 do 34 lat (79%), najrzadziej – respondenci w wieku od 45 do 54 lat (71%). Europejska średnia sięga 70%, a najmniej satysfakcji z pracy czerpią Włosi (65%), Grecy (63%) i Węgrzy (58%).

Wypowiedź: Katarzyna Gurszyńska, dyrektor Instytut Badawczego Randstad, Łukasz Komuda, ekspert Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, redaktor portalu Rynekpracy.org.

Według części ekspertów, za 5-10 lat znikną z rynku sklepy, które nie zdołają dostarczyć klientom żywności w ciągu 1-2 godzin. Polacy będą zamawiać produkty w drodze do pracy i odbierać je po powrocie do domu, tak jak robią to już Amerykanie. Realizację masowych, szybkich i tanich dostaw umożliwi ekonomia współpracy. Dzięki rozładowaniu tzw. peaków sprzedażowych, sieci handlowe obniżą koszty dystrybucji. E-klienci otrzymają swoje artykuły na czas, a odwiedzający placówki zarobią dodatkowe pieniądze.   

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, prezesa platformy TakeTask i współautora raportu „Ekonomia Współpracy w Polsce 2016”, w tzw. uberyzacji handlu kluczowe jest wykorzystanie tego, że większość klientów przychodzi do sklepu po pracy. Właśnie wtedy jest największe zapotrzebowanie na dostawy zakupów z e-commerce. Zatem popyt i niewykorzystane dotąd możliwości logistyczne bardzo dobrze się uzupełnią. Oczywiście ekonomia współpracy nie zastąpi całkowicie tradycyjnych usług kurierskich, które wciąż będą potrzebne. Natomiast, na nowym rozwiązaniu skorzystają zarówno zamawiający, jak i klienci w sklepach stacjonarnych, którzy zyskają dodatkowe źródło dochodu, przy okazji własnych zakupów. Taka możliwość zapewne przyciągnie do marketów sporo młodych, przedsiębiorczych osób, np. studentów.

– Współcześni konsumenci rzeczywiście oczekują dostaw w dogodnym dla siebie czasie. Dostęp do towaru stał się ważniejszy, niż samo jego posiadanie. Kiedyś dzielenie się lub wspólne korzystanie z produktu było ryzykowne. Obecnie, dzięki technologiom mobilnym i digitalizacji zaufania, jest to dużo prostsze. Opracowane systemy reputacji i zabezpieczenia płatności podniosły poziom łatwości porozumiewania się stron uczestniczących w ekonomii współpracy, czyli dostarczycieli i klientów – mówi Michał Malanowski, Dyrektor Działu Informatyki w Carrefour Polska.

– Amazon wprowadził m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Japonii usługę Prime, tzn. dostawy w 2 godziny, a w samym USA – także Amazon Prime Now, realizację zamówień w 60 minut. Gdy potentat e-handlu wejdzie z takimi ofertami do Polski, inni gracze będą musieli mu dorównać. Sklepy, które nie zaczną dostarczać zakupów spożywczych w ciągu 1-2 godzin, upadną za 5-10 lat. Amazon Prime działa już w Niemczech, a więc blisko nas. Warto też dodać, że kilka miesięcy temu gigant kupił Whole Foods Market, amerykańskie supermarkety ze zdrową żywnością. Tym samym zainwestował w fizyczne sklepy prawie 14 mld dolarów. A teraz, jak podejrzewa francuski biznes, Amazon stara się przejąć sieć Carrefour, aby zwiększyć swoje wpływy na naszym kontynencie – informuje Sebastian Starzyński.

– Uberyzacja to nowomodny slogan, który nie określa żadnego nowego trendu. Znana od dawna usługa click and collect, czyli zamów i odbierz, nie musi być przecież realizowana przez zamawiającego, lecz przez jego znajomych czy sąsiadów. Warunkiem tego jest dobrze zorganizowana społeczność lokalna. Inna forma zaangażowania konsumentów to zrodzony w USA ruch prosumencki. Polega on na tym, że konsument staje się również producentem, handlowcem czy nawet współwłaścicielem sieci handlowej. Dzięki temu, korzysta z tańszych zakupów – dodaje Andrzej Wojciechowicz.

Jak zmieni się handel?

Natomiast Sebastian Starzyński podkreśla, że ekonomia współpracy zwiastuje początek transformacji handlu. Poprzez tzw. systemy mikropracy, klienci sklepów zaczynają doręczać innym konsumentom zakupy. W przyszłości dostawy pod dom, będą realizować autonomiczne pojazdy – paczkomaty mobilne. Po dokonanej autoryzacji, klient otworzy jedną ze skrytek i odbierze swoje zakupy. Wtedy udział ludzi zapewne ograniczy się do wnoszenia zakupów po schodach, do mieszkań. W opinii eksperta, powstanie zupełnie nowa rzeczywistość, czego wiele osób jeszcze nie rozumie. Z uwagi na szybki rozwój technologii, pierwsze rozwiązania oparte na inteligentnych pojazdach mogą pojawić się nawet w perspektywie 3-5 lat. Jednak trudno jest przewidzieć tempo zmian legislacyjnych, koniecznych do dopuszczenia takich maszyn do ruchu drogowego.

– Świat postępuje tak szybko, że trudno prognozować, jak ekonomia współpracy zmieni oblicze handlu w perspektywie 5 czy 10 lat. Wiadomo, że dziś Polacy żyją szybko, pracują dużo i są mocno zdigitalizowani. Dlatego, boom na rynku e-commerce wybuchnie, wzmocniony nowymi formami biznesu i konsumowania. E-rynek szybko wzrośnie, a w związku z tym sklepy zyskają nieklasyczne funkcje. Wśród nich będą m.in. platformy dostarczania i odbierania towarów czy też przechowalnie zamówionych zakupów. Szykuje się na tym tle jakościowa zmiana. I handel o tym wie, nie tylko firma Amazon –­ podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński.

Według badań aż 55 proc. Polaków deklaruje, otwartość na nowinki technologiczne w zakresie płatności i aktywnie z nich korzysta. Potwierdzaniem tego jest duża popularność płatności zbliżeniowych w naszym kraju. Zawsze byliśmy w tym zakresie pionierem, a dziś już 64,4 proc. transakcji kartami to płatności zbliżeniowe. Nie byłoby to możliwe, gdyby Polacy nie uznawali płatności bezgotówkowych nie tylko za wygodniejsze, ale i za bezpieczniejsze niż gotówkowe – uważają eksperci akcji „Warto bezgotówkowo”.

Karty zbliżeniowe pojawiły się w Polsce, jako w jednym z pierwszych krajów na świecie, w 2008 roku. Dziś mamy ich już 29,4 mln., a płatności nimi stanowią aż 64,4 proc. wszystkich transakcji kartami. W tym zakresie wyprzedziliśmy inne nacje – również te z większymi niż nasz sektorami bankowymi –  które dopiero teraz nadrabiają do nas dystans. Na przykład w Wielkiej Brytanii która stanowi jeden z najważniejszych rynków kartowych w Europie płatności zbliżeniowe w czerwcu br. stanowiły tylko 34 proc. wszystkich płatności kartami, choć karty takie zadebiutowały tam rok wcześniej niż w Polsce.

– 46 proc. Polaków uważa, że gdyby od jutra nie było możliwości płacenia gotówką, a jedynie kartą zbliżeniową, to byłoby to dla nich wygodne. Karty zbliżeniowe osiągnęły w naszym kraju ogromny sukces, co przyczyniło się do zmiany przyzwyczajeń i szybkiego wzrostu segmentu płatności bezgotówkowych. A to jeszcze nie koniec wzrostu, bo wciąż spora liczba Polaków nie ma konta w banku lub karty z funkcja zbliżeniową – mówi Włodzimierz Kiciński, Przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Jesteśmy gotowi na nowoczesność

W badaniu przeprowadzonym przez ING, aż 40 proc. Polaków zadeklarowało, że gdyby to zależało od nich, to już dziś płaciliby tylko bezgotówkowo. Okazuje się, że w Europie jesteśmy na trzecim miejscu, a więc w czołówce jeśli chodzi o rezygnację z gotówki. Jeszcze bardziej  nastawieni na bezgotówkowe płatności są tylko Włosi i Turcy. Mniejszą od nas chęć na zmiany w tym kierunku przejawiają Brytyjczycy, Niemcy, Czesi, Hiszpanie, a nawet mieszkańcy Stanów Zjednoczonych.

– Na razie tylko 8 proc. Polaków stwierdza, że chciałoby, aby już dziś z gotówka została wycofana z obrotu. Dla wielu z nas jest to jeszcze trudne do wyobrażenia. Jednak kolejne lata przyniosą ekspansje płatności bezgotówkowych w obszarach, gdzie wcześniej był z tym problem. Szerokie wprowadzenie takich płatności,  na przykład w urzędach i administracji spowoduje, że scenariusz rezygnacji z gotówki stanie się bardziej realny – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR.

Po bezgotówkowej stronie mocy

Ostatnie lata upłynęły pod znakiem popularyzacji wszystkich bezgotówkowych form rozliczeń. Jeszcze w 2009 roku aż 64 proc. Polaków jako ulubiony sposób płatności wskazywało gotówkę, płatność kartą wybierało 36 proc. 7 lat później tendencja się odwróciła i płatność kartą preferuje 61 proc. badanych, a gotówką już tylko 39 proc. Podobne zmiany dotknęły sposobu płacenia za rachunki. W roku 2009 opłacało je gotówką 72 proc. badanych, podczas gdy bezgotówkowo robiło to 28 proc. Obecnie 57 proc. wybiera formy bezgotówkowe, a 43 proc. gotówkę.

Jednym z elementów który wpłynęły na te zmiany, jest mocne poczucie Polaków, że rozliczenia bezgotówkowe są bardziej bezpiecznie – za takie uważa je 65 proc. z nas, podczas gdy płatności gotówkowe 55 proc. W Europie trend jest odwrotny i większym zaufaniem cieszy się gotówka (59 proc. vs 55 proc.).

– Ogromnym sukcesem banków i instytucji finansowych jest to, że odsetek Polaków określających płatności bezgotówkowe jako bezpieczne jest wyższy niż w przypadku gotówki. Dowodzi to, że bezgotówkową gospodarkę budujemy na bardzo mocnym fundamencie jakim jest zaufanie. W Europie tylko Hiszpanie mają większe zaufanie do płatności bezgotówkowych – podkreśla dr Przemysław Barbrich ze Związku Banków Polskich, ekspert akcji „Warto Bezgotówkowo”.

 

W ciągu ostatnich dziesięciu lat odsetek Polaków mieszkających w domach wzrósł z 49,7 do 57,4 proc. Więcej osób przenosi się do domów wolnostojących niż do szeregowców lub bliźniaków.

42,5 proc. Polaków mieszka w domach wielorodzinnych – wynika z danych Eurostatu przeanalizowanych przez Home Brokera. Zdecydowana większość z nich, bo niemal ośmiu na dziesięciu, zamieszkuje w budynku z 10 lub więcej lokalami mieszkalnymi. Na przestrzeni lat można jednak zaobserwować tendencję do przenosin z mieszkań do domów, w blokach mieszka coraz mniej ludzi. Jeszcze dziesięć lat temu było to ponad 50 procent.

Mniej ludzi w polskich miastach

W ostatnich latach liczba miast liczących powyżej 100 tys. mieszkańców spadła w Polsce z 41 do 39, jednocześnie zmniejsza się odsetek ludności żyjącej w miastach. Wg Eurostatu, od 2005 do 2016 r. obniżył się on z 40,9 do 32,6 proc. Co ciekawe, odsetek ludzi żyjących na wsi również spadł (z 46,2 do 42,6 proc.). Dwukrotnie za to wzrosła liczba osób, które mieszkają w małych miastach i na przedmieściach. W 2005 było to 12,9 proc., a w 2016 – 24,9 proc.

Wiele osób rezygnuje z życia w dużym mieście i przeprowadza się poza jego granice, za cenę mieszkania kupując dom. Mimo że deweloperzy budują w ostatnich latach w Polsce sporo osiedli szeregowców i bliźniaków, to odsetek osób mieszkających w domach wolnostojących rośnie szybciej. Od 2005 do 2016 r. zwiększył się z 44,4 do 51,9 proc., podczas gdy w przypadku szeregowców i bliźniaków zmiana była kosmetyczna (wzrost z 5,1 do 5,4 proc.). Te liczby oznaczają, że dziewięciu na dziesięciu Polaków mieszkających w domu, mieszka w domu wolnostojącym.

Z danych Eurostatu można tez wyciągnąć wnioski o strukturze zabudowy wielorodzinnej. Spośród Polaków mieszkających w tego typu nieruchomościach (42,5 proc.), prawie 80 proc. mieszka w budynku, w którym jest 10 lub więcej lokali. Wartość ta od lat utrzymuje się na podobnym poziomie.

Polska na tle innych krajów UE

Łączny odsetek osób mieszkających w domach w Polsce (57,4 proc.) jest podobny jak w całej Unii (57,3 proc.), acz zróżnicowanie jest spore. W domach mieszka 34 proc. Hiszpanów i 92,5 proc. Irlandczyków.

Także podział pomiędzy domy wolnostojące i segmenty jest wewnątrz Unii bardzo różny. Najwięcej wolnostojących domów jest na Bałkanach, mieszka w nich ponad 70 proc. Chorwatów i 65 proc. Serbów i Słoweńców. Z kolei jak na lekarstwo budynków tego typu znajdziemy na Malcie (ok. 5 proc.), niewiele jest też w Hiszpanii (12 proc.). Szeregowce i bliźniaki to zaś domena Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii. W budynkach tego typu mieszka 50-60 proc. obywateli. Prawie nie występują one za to w Rumunii i na Słowacji (poniżej 2 proc.).

W całej Unii w budynkach wielorodzinnych mieszka ok. 42 proc. ludzi. Najwięcej, bo ponad 60 proc. w Hiszpanii, Łotwie, Estonii i Szwajcarii, najmniej zaś w Irlandii, zaledwie 7,4 proc. 15-20 proc. ludzi mieszka w budynkach wielorodzinnych w Holandii, Chorwacji, Norwegii i Wielkiej Brytanii. Na Malcie dziewięciu na dziesięciu mieszkańców budynku wielorodzinnego mieszka w budynku niewielkim (do 10 lokali). Odwrotna sytuacja jest w Finlandii, gdzie ponad 95 proc. mieszkańców bloków mieszka w budynkach z 10 lub więcej lokalami.

Zaobserwowany w Polsce trend przenoszenia się do małych miast i na przedmieścia aglomeracji jest widoczny w całej Unii. Odsetek osób, które żyją w takich miejscach rośnie m.in. w Wielkiej Brytanii, Skandynawii, Czechach czy Niemczech, a największy (prawie 50 proc. lub więcej) jest we Włoszech, Belgii i Szwajcarii.

 

Źródło; Home Broker

Obecnie jesteśmy bardziej skłonni do poszukiwania nowej pracy. Sprzyja temu nie tylko niskie bezrobocie, ale także zmiana mentalności pracowników, którzy nie przywiązują się do jednego pracodawcy. Jakimi czynnikami poza wynagrodzeniem kierują się Polacy przy poszukiwaniu nowej posady? Atmosfera w firmie, a także możliwości rozwoju i benefity – to trzy główne czynniki, na które zwracają uwagę – wynika z badania Ipsos wykonanego dla firmy finansowej Wonga.

Prawie 80 proc. Polaków deklaruje, że jest usatysfakcjonowana wykonywaniem obecnej pracy. Z kolei 27 proc. zmieniło miejsce zatrudnienia bądź stanowisko w ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku. To najwyższy wynik spośród innych krajów europejskich biorących udział w badaniu „Monitor Rynku Pracy” firmy Randstad.  Zmianie miejsca zatrudnienia sprzyja sytuacja na polskim rynku – stopa bezrobocia w naszym kraju jest na rekordowo niskim poziomie. Jej szacunkowa wartość w sierpniu br. wyniosła 7,1 proc. Niskie bezrobocie sprawia, że pracownicy mogą wybierać spośród wielu ofert pracy. Ta sytuacja jest dla firm nie lada problemem. Dlatego prześcigają się w pomysłach, jak przyciągnąć lub zatrzymać u siebie najlepszych specjalistów. W obecnych czasach konkurencyjne wynagrodzenie już nie wystarczy. Na co poza aspektem finansowym zwracają uwagę Polacy podczas poszukiwania nowego miejsca pracy? Ipsos na zlecenie firmy finansowej Wonga zapytał o to Polaków.

To jest ważne

Jak wynika z badania, ponad 60 proc. respondentów zwracałoby uwagę na atmosferę, jaka panuje w firmie. To czynnik najczęściej wskazywany przez ankietowanych. Z kolei dla 41 proc. Polaków ma znaczenie to, czy firma troszczy się o rozwój pracowników. Kursy, szkolenia czy udział w konferencjach i seminariach to podstawowe środki stosowane przez pracodawców w celu podniesienia kwalifikacji swojej kadry. Natomiast, jak wynika z badania Wonga, 35 proc. ankietowanych przy zmianie miejsca pracy, poza finansami, uwzględni także to, czy firma oferuje benefity dla swoich pracowników, takie jak opieka medyczna czy karnety na siłownię lub basen.

– W dzisiejszych czasach nie da się konkurować o pracownika jedynie atrakcyjnym wynagrodzeniem. Atmosfera, możliwość rozwoju, a także benefity – to trzy najważniejsze czynniki brane pod uwagę przez Polaków przy zmianie pracy.  Zapewnienie opieki medycznej i inne liczne korzyści to w większości firm standard. Jednak kluczowym elementem staje się atmosfera. Obecnie pracownicy poszukują przedsiębiorstw, w których nie tylko mogą liczyć na godziwe wynagrodzenia, ale także, gdzie pracuje się dobrze, gdzie panuje przyjacielska atmosfera. Wiemy, jak jest to istotne. Dlatego stworzyliśmy firmę, w której każdy jest ważny i do której chce się przychodzić – wskazuje Anna Fiejko, dyrektor ds. Personalnych Wonga w Polsce.

Poza aspektami dotyczącymi ściśle samego pracownika, Polacy przy zmianie zatrudnienia zwracają uwagę także na renomę firmy. Co piąty ankietowany patrzy na markę przedsiębiorstwa lub opinie na jego temat w kanałach social media. Prestiżowa pozycja potencjalnego pracodawcy, a także sposób komunikowania się ze społeczeństwem to czynniki, coraz częściej rozważane przy poszukiwaniu pracy. Są one istotne zwłaszcza dla młodego pokolenia, tzw. generacji Y. Ponad 25 proc. młodych deklaruje, że jest to dla nich ważna kwestia. Jednocześnie w gronie osób w wieku 35-44 zdanie to podziela tylko 12 proc. Jedynie 18 proc. badanych uważa, że historia firmy oraz jej ugruntowana pozycja na rynku to element istotny przy wyborze nowego zatrudnienia. Z kolei 14 proc. respondentów będzie kierować się reputacją potencjalnego przełożonego.

Kobieta i mężczyzna szukają pracy

Praca zawodowa kobiet i mężczyzn różni się na wielu płaszczyznach – m.in. w sposobie myślenia i podejmowania decyzji. Zróżnicowanie możemy również zauważyć, jeżeli chodzi o czynniki brane pod uwagę przy wyborze nowego miejsca pracy.

Jak wynika z badania Wonga, na atmosferę w pracy wskazywały najczęściej kobiety (63 proc. vs. 60 proc. ). To, czy firma dba o rozwój swojej kadry, jest ważne dla 44 proc. pań, w porównaniu do 38 proc. panów.  Podobnie sytuacja wygląda, jeżeli chodzi o ofertę dodatkowych benefitów. Jest to istotny element dla 38 proc. kobiet oraz 33 proc. mężczyzn. Jak pokazują badania, dla pań nieznacznie bardziej liczy się nie tylko pozycja firmy, ale przede wszystkim to, co może dodatkowo zaoferować pracownikom prócz oczywistych elementów, takich jak wynagrodzenie.

Co ciekawe, Polacy częściej niż Polki wskazują na takie aspekty, jak marka firmy (25 proc. vs. 13 proc.). Możemy zauważyć, że dla mężczyzn ważna jest nie tylko atmosfera w pracy, ale także prestiż oraz konkurencyjność na rynku w porównaniu do innych firm.

 Źródło; Wonga

Ich pomysł na biznes upraszcza do minimum procesy związane z wysyłaniem paczek. Aplikacja Mitto+, którą stworzyli samodzielnie od podstaw, to pierwsze tego typu rozwiązanie na rynku KEP. Teraz chcą zdobywać klientów w Polsce i zagranicą, argumentując, że ich narzędzie pozwoli firmom uzyskiwać najbardziej konkurencyjne ceny za usługi przewozowe.

Z raportu PWC wynika, że Polacy wysyłają 300 mln paczek rocznie. W 2018 roku liczba ta ma wynieść 440 mln, a wartość rynku osiągnąć zawrotne 6,4 mld zł. Jednocześnie przedsiębiorcy oczekują od firm kurierskich szybkiej obsługi, jakości i wygody dostaw. Odpowiedzą ma być Mitto+, aplikacja służąca do wysyłania przesyłek kurierskich, ekspresowych i paczkowych, która pozwala na optymalizowanie procesów logistycznych w firmie. W skrócie polega to na tym, że użytkownik – przedsiębiorca, logistyk czy każda inna osoba, także prywatna, za darmo instaluje aplikację, za pośrednictwem której zleca wysyłkę przesyłek – detalicznych (paczki, palety i listy) oraz masowych. Po wpisaniu podstawowych danych dotyczących zlecenia lub zaimportowaniu listy, może wybrać jedną lub kilka firm kurierskich, bez konieczności podpisywania umów z przewoźnikami. Minimalizuje w ten sposób formalności oraz oszczędza czas i pieniądze, ponieważ dzięki algorytmom Mitto+ podpowiada, które firmy mają najwyższe wskaźniki doręczeń i jak kształtują się ceny za usługę u wszystkich kurierów.

Czym Mitto+ różni się od innych rozwiązań na rynku

Oczywiście, rozwiązania służące do porównywania cen za usługi przewozowe i nadawania paczek są już na rynku. Czym różni się od nich Mitto+? Tym, że aplikacja daje nie tylko informacje o cenach, ale przede wszystkim dostarcza za darmo profesjonalne doradztwo oraz algorytmy sztucznej inteligencji. Jak tłumaczy Łukasz Konopacki, współtwórca Mitto+: – Badając zapotrzebowanie na rynku KEP zauważyliśmy, że brakuje łatwego w obsłudze, a przy tym kompleksowego narzędzia, które pozwoli poprawiać i ulepszać łańcuchy dostaw oraz procesy dystrybucji. Wszystkie dostępne rozwiązania okazywały się być dedykowanymi klientom konkretnego przewoźnika, a nie ogółowi klientów korzystających z usług kurierskich lub oferowały jedynie możliwość nadania przesyłki, bez profesjonalnego doradztwa i audytów.

Jak dodaje Rafał Kasprzak, współzałożyciel Mitto+: – Poza tym aplikacja jest tak skonstruowana, aby rozwiać się razem z biznesem użytkownika. Im więcej paczek jest wysyłanych, tym koszty za przesyłki są niższe.

Ruszają na podbój Europy

O sukcesie Mitto+ może zaważyć specyfika działania rynku KEP. Każdy przewoźnik oferuje jakąś topową usługę: jeden gwarantuje dostawy w 24 godziny, drugi daje konkurencyjne ceny na duże gabaryty, jeszcze inny specjalizuje się w wysyłce produktów wymagających szczególnych warunków w czasie transportu. Przy tak szerokiej ofercie potrzebne jest profesjonalne doradztwo, aby móc optymalizować koszty przy współpracy z różnymi kurierami. Właśnie takie usługi oferuje zespół Mitto+. Każdy użytkownik po zainstalowaniu aplikacji otrzymuje dostęp do indywidualnego opiekuna, który przeprowadza w pełni bezpłatny audyt transportu, aby znaleźć optymalne rozwiązanie na wysyłkę przesyłek. Samo narzędzie Mitto+, opierając się na algorytmach sztucznej inteligencji, sugeruje odpowiedniego przewoźnika dla wprowadzonej w systemie przesyłki. To ważne, ponieważ dla różnych firm znaczenie mają inne aspekty – dla przykładu przedsiębiorstwa produkcyjne wymagają terminowości dostaw, a sklepom internetowym zależy na uzyskiwaniu możliwie najniższych kosztów wysyłki.

Mitto+ ruszyło na początku września 2017 roku. W ciągu czterech tygodni od wystartowania, przy nakładzie 100 zł na reklamę, pozyskało pięciu dużych klientów, a łączna suma przesyłek wyniosła 10 tys. To bardzo dobry wynik, szczególnie że wersja webowa dedykowana klientowi indywidualnemu ruszy dopiero z początkiem października. W kolejnych planach zespół Mitto+ uruchomi aplikację na platformy mobilne, która umożliwi dostarczanie przesyłki w miejsce aktualnego pobytu odbiorcy, co będzie rewolucją w przesyłkach indywidualnych. – Od samego początku stawiamy na rozwój. Dlatego na tę chwilę opieramy się już nie tylko na rynku krajowym, ale rozszerzamy działalność także na całą Europę – podsumowuje Łukasz Konopacki.

 

Źródło: www.mittoplus.pl

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Eko-żywność, produkty rzemieślnicze, wsparcie młodych artystów… Na co Polacy coraz chętniej wydają swoje oszczędności? Zdecydowanie częściej przy zakupach biorą pod uwagę dobro środowiska i swoje zdrowie oraz szukają produktów dobrych jakościowo. Sprawdź, na co nie szkoda nam gotówki – niektóre wybory mogą okazać się zaskoczeniem!

Poniżej prezentujemy listę 5 grup produktów i usług, na które nasi rodacy nie żałują pieniędzy.

Domowe przetwórstwo

Domowe przetwory z owoców i warzyw znów stały się modne. Polacy coraz chętniej decydują się na wekowanie czy pasteryzację owoców, warzyw oraz gotowych potraw. W tym celu zaopatrują się w sezonowe produkty, z których później przygotowują kompoty, dżemy czy sałatki. Wszystko to po to, aby móc cieszyć się smakiem rodzimych przetworów przez cały rok.

Żywność ekologiczna

Polacy coraz większą wagę przykładają do jakości żywności. Zależy im, aby warzywa, owoce czy produkty odzwierzęce pochodziły ze sprawdzonego źródła, a ich produkcja przebiegała naturalnie i ekologicznie. Dlatego też coraz chętniej sięgają po żywność organiczną – produkty bez dodatków chemicznych, czyli pestycydów i nawozów sztucznych.

Produkty regionalne i dzieła rzemieślników

Na fali ekologii, fair trade, ruchów zero waste i powrotu do tradycji Polacy doceniają także polskie, rzemieślnicze produkty. Ubrania od projektantów w całości wyprodukowane w Polsce, meble i sprzęty wykonane na zamówienie przez regionalnych rzemieślników są unikatowe, wytrzymałe i dobrej jakości, a ich zakup wspiera krajową gospodarkę i pomaga w rozwoju rodzimego designu.

Crowdfunding

Wspieranie projektów młodych artystów, wynalazców czy inżynierów pozwala odkryć nowatorskie rozwiązania oraz rozpowszechnić unikatowe dzieła sztuki. Wszystko to za sprawą działań crowdfundingowych – czyli finansowego wsparcia danego pomysłu przez internautów w zamian za określone korzyści. Polacy chętnie pomagają artystom (coraz częściej także blogerom) w realizacji ich projektów, a dzięki temu sami stają się współtwórcami danej inicjatywy.

Akcje charytatywne

Wspieranie akcji charytatywnych staje się coraz bardziej powszechne wśród Polaków. Mowa tutaj nie tylko o wpłatach finansowych, ale również udziale w maratonach, wolontariatach, zbiórkach czy organizowaniu własnych inicjatyw. Polacy dbają o promowanie takich akcji i aktywnie zachęcają znajomych i rodzinę do pomocy.

 

Źródło; HRS

Powrót do wieku emerytalnego w postaci 60 i 65 lat stało się faktem. Nie oznacza to jednak, że wszyscy, którzy nabyli i w przyszłości nabędą uprawnienia do świadczeń zrezygnują z aktywności zawodowej. Z danych Kantar Millward Brown dla Work Service wynika, że blisko 54% Polaków planuje po przejściu na emeryturę dalej pracować. Powody? Przeważają te finansowe. Polacy pozostając na rynku pracy chcą albo otrzymać wyższe świadczenie albo dorobić do już otrzymywanego. Blisko 18% kieruje się jednak innymi przesłankami niż pieniądze. To dobra informacja dla pracodawców, bo masowy odpływ pracowników mógłby mocno odbić się na ich bieżącej działalności.

Od 1 października wszyscy mężczyźni, którzy mają 65 lat i kobiety, które osiągnęły wiek 60 mogą przejść na emeryturę. To efekt obniżenia wieku emerytalnego z 67 lat dla obu płci. Z szacunków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że po zmianach prawo do świadczeń uzyska dodatkowo ponad 330 tys. osób. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że część tych osób pozostanie na rynku pracy. Podobnie będzie w przyszłości, kiedy uprawnienia będą nabywać kolejne roczniki. Potwierdzają to dane Work Service, z których wynika, że 53,7% Polaków planuje pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Nasze dane pokazują, że 36% osób pracujących kieruje się względami finansowymi. Chodzi o wyższe świadczenie i dorobienie do emerytury. W obu przypadkach dłuższa aktywność zawodowa ma się przełożyć na lepszy poziom życia. Dzisiejsze świadczenie, które wynosi średnio ok. 1780 zł netto wielokrotnie nie zaspokaja potrzeb osób starszych. Tym bardziej, że mediana jest o blisko 200 zł niższa. Jednocześnie to, że Polacy chcą pracować na emeryturze jest dobrą informacją dla pracodawców. Tym bardziej, że wobec rosnących niedoborów kadrowych, każdy odpływ pracowników to dla firm ogromny kłopot – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Najbardziej chętni do pracy są seniorzy

Patrząc na kategorie wiekowe to największy odsetek deklarujących aktywność zawodową po przejściu na emeryturę znajduje się wśród osób powyżej 60 roku życia i wynosi 60,2%. W tej grupie 15,4% badanych uznaje potrzebę dalszej pracy, aby opóźnić pobieranie świadczenia emerytalnego i tym samym zwiększyć jego wartość. Z kolei niemal co trzecia osoba (30,3%) kieruje się dorobieniem do otrzymywanego świadczenia. Natomiast wśród Polaków między 18 a 24 rokiem życia chęć do pracy po wejściu w wiek emerytalny jest jedna z najmniejszych i wynosi 49,8%. Jest to spowodowane m.in. oddaloną perspektywą emerytury, która może nie być poważnie brana pod uwagę przez osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z rynkiem pracy.

W kontekście wchodzących w życie zmian wieku emerytalnego powinna cieszyć informacja, że w grupie 60+ występuje tak duża chęć pozostania na rynku pracy. Bliska perspektywa emerytury i świadomość wysokości świadczeń na pewno działa mobilizująco, ale jest z pewnością skorelowana z większą dostępnością miejsc zatrudnienia – dodaje Maciej Witucki.

Etat i niskie zarobki zachęcają do emerytury

Polacy pracujący na pełny etat (49,3%) rzadziej myślą o aktywności zawodowej na emeryturze niż osoby, które mają inne formy zatrudnienia (60,7%). Co ciekawe jeśli przeanalizuje się deklaracje badanych pod względem płac, to najrzadziej aktywność zawodową deklarują ci, którzy zarabiają co miesiąc poniżej 2000 zł (49,3%). W ich przypadku różnica w miesięcznych dochodach z pracy i emerytury byłaby niewielka. Inaczej jest w grupach lepiej zarabiających, w których skłonność do pozostania na rynku pracy jest wyraźnie większa. W przypadku osób otrzymujących co miesiąc między 2000 a 2999 zł odsetek ten wynosi 60,3%, a wśród ludzi, których pensja przekracza 3000 zł 60,5%.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Zainteresowanie promocjami wśród Polaków utrzymuje się na stałym poziomie, chociaż konsumenci dostrzegają też ciemne strony akcji promocyjnych, jak zawyżanie cen sprzed promocji czy niską atrakcyjność gadżetów. Mimo to Polacy deklarują, że w kolejnych miesiącach będą częściej korzystać z promocji niż dotychczas. Nadal to obniżki cen produktów czy usług są najbardziej atrakcyjnym typem promocji, jednak ich atrakcyjność spadła w porównaniu z ubiegłym rokiem o 10 punktów procentowych. Z kolei na atrakcyjności najbardziej zyskuje testowanie produktów i usług – wynika z Monitora Promocji 2017 ARC Rynek i Opinia.

Wzrasta znajomość różnych form promocji – więcej osób niż jeszcze przed rokiem zna promocje polegające na zaproszeniach na imprezy, jak również wydarzenia sponsorowane, konkursy czy loterie.  Największy wzrost znajomości wspomaganej odnotowany został przy degustacjach, z którymi spotkało się 2/3 badanych, a także przy zwrocie pieniędzy w przypadku braku efektów oraz testowaniu produktów, na które wskazała połowa respondentów.

Zdecydowanie najbardziej atrakcyjną promocją w opinii Polek i Polaków są obniżki cenowe. Niemniej odsetek klientów uznających je za najbardziej atrakcyjne jest niższy niż w roku ubiegłym. Konsumenci deklarują też rzadsze korzystanie z tego typu promocji (83% w 2016 roku versus 79% w 2017 roku).

Tegoroczny wzrost znajomości większości typów promocji może z jednej strony świadczyć o wysokiej intensywności działań promocyjnych producentów, dystrybutorów, sieci handlowych czy usługodawców, z drugiej zaś o coraz większej świadomości konsumenckiej w tym zakresie. To powoduje, że konsumenci są bardziej ostrożni w stosunku do promocji i mają narzędzia, aby sprawdzić, czy dana promocja jest rzeczywiście opłacalna. Wielu z nich, będąc jeszcze w sklepie, sprawdza na smartfonie, czy oferowana atrakcyjna cena rzeczywiście jest najniższa na rynku. Ponadto, konsumenci wymieniają się w mediach społecznościowych oraz na różnych forach bieżącymi informacjami na temat aktualnych promocji. Tak więc wymiana informacji jest błyskawiczna. – komentuje dr Adam Czarnecki z ARC Rynek i Opinia

W 2017 roku niemal co ósmy respondent zrezygnował z korzystania promocji polegającej na obniżce ceny produktu lub usługi, a co dziesiąty z degustacji produktów i loterii.

Respondenci jako powody rezygnacji z różnych typów promocji twierdzili, że ich zdaniem ceny są zawyżane przed promocją, a na przykład gratisy są mało atrakcyjne lub nieprzydatne. Ponadto, konsumenci wskazywali, że wydawali pieniądze na rzeczy, których nie potrzebują, tylko dlatego, że mieli do wykorzystania kupon.

  • Najczęściej wskazywane problemy związane z promocjami:
    • Zawyżanie ceny przed wprowadzeniem promocji – kupiony produkt kosztuje
      w efekcie więcej lub tyle samo co tuż przed wprowadzeniem promocji.
    • Niejasne zasady promocji – np. skomplikowane regulaminy konkursów albo brak jednoznacznej informacji, które produkty danej marki są objęte promocją.
    • Niedostępność produktów objętych promocją – dotyczy  to zwłaszcza produktów FMCG, ograniczonej ofercie czasowej czy geograficznej.
    • Niewywiązywanie się organizatorów promocji ze zobowiązań – zwłaszcza w kontekście konkursów i loterii, ale także sytuacji, kiedy rabat naliczany jest przy kasie.

Promocje, mimo iż pozytywnie odbierane przez zdecydowaną większość społeczeństwa, mają swoje ciemne strony. Jest grupa klientów, którzy mają poczucie, że są oszukiwani poprzez zawyżanie cen sprzed promocji czy też naciągani na rzeczy, których nie potrzebują. Na razie jest to niski odsetek, który w porównaniu z ubiegłymi latami nie rośnie. Dlatego tak ważne jest, aby producenci, handlowcy i usługodawcy organizowali promocje tak, by ich uczciwość nie budziła wątpliwości. Polski konsument, mający duży wybór, coraz baczniej przygląda się miejscom, w których wydaje pieniądze – dodaje dr Adam Czarnecki z ARC Rynek i Opinia.

 

Źródło: ARC Rynek i Opinia

W ostatnich latach za sprawą płatności zbliżeniowych i ekspansji gospodarki bezgotówkowej coraz bardziej uniezależniamy się od banknotów i monet. Choć już 40 proc. Polaków wyobraża sobie życie bez gotówki, to 17 proc. wciąż nie ma konta bankowego. Eksperci akcji „Warto bezgotówkowo” wskazują, że wymiana gotówki na kartę czy płatności mobilne smartfonem przynosi nie tylko wygodę i bezpieczeństwo, ale także jest mniej kosztowna.

Polacy powoli odzwyczajają się od gotówki. W ciągu ostatnich siedmiu lat odsetek Polaków, którzy preferują płatności kartą wzrósł z 36 do 61 proc. Do prawie 65 proc. wzrósł także udział transakcji zbliżeniowych w ogólnej liczbie transakcji kartą. Aż 40 proc. z nas deklaruje, że już dziś – gdyby było to możliwe – chętnie funkcjonowałoby w pełni bezgotówkowo. Te dane pokazują, że rozwój gospodarki bezgotówkowej następuje w Polsce bardzo szybko. Wciąż także istnieje ogromne pole do dalszych wzrostów, związane z rozwojem nowych technologii i rynku finansowego.

– Wkrótce proste rezerwy wzrostu gospodarki bezgotówkowej mogą się wyczerpać. Aby dalej rosnąć, trzeba będzie dotrzeć do osób dotychczas wykluczonych z tych zmian. Dziś nadal 17 proc. Polaków wciąż nie ma konta w banku. Wśród posiadaczy kont bankowych aż 31 proc. nie korzysta z bankowości elektronicznej. Do takich osób trzeba dotrzeć i pokazać im, ile mogą zyskać na bezgotówkowych rozliczeniach. Tak, aby wzrost był zrównoważony i nie powodował finansowego wykluczenia – wskazuje Włodzimierz Kiciński, przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Jak budować nową gospodarkę

Jak pokazują badania fundamentem gospodarki elektronicznej jest zaufanie, które Polacy mają do bezgotówkowych form płatności. Dziś cieszą się one zaufaniem większym niż gotówka. Najważniejszy udział w budowaniu gospodarki bezgotówkowej mają instytucje związane z płatnościami: banki, instytucje płatnicze, organizacje wydające karty, akceptanci, a także telekomy czy nawet producenci smartfonów, które coraz częściej służą do płatności. Kluczową rolę odgrywa także wsparcie administracji publicznej, która bardzo intensywnie wspiera obrót bezgotówkowy. – Aby skutecznie propagować obrót bezgotówkowy, państwa powinny budować sojusze z sektorem prywatnym, który oferuje rozwiązania umożliwiające płatności bezgotówkowe – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR, odpowiedzialny za Obszar Usług Kartowych i Internetowych. – W Polsce takim sojusznikiem są banki oraz podmioty infrastrukturalne sektora, takie jak KIR. Przykładem inicjatywy, która ma duże znaczenie dla popularyzacji płatności bezgotówkowych jest umożliwienie powszechnego płacenia kartami lub smartfonami w instytucjach publicznych. Od kwietnia tego roku wspólnie z Min. Rozwoju realizujemy ogólnopolski Program upowszechniania płatności bezgotówkowych, skierowany urzędów wojewódzkich, marszałkowskich, urzędów miast i gmin oraz starostw powiatowych. Wkrótce objęta nim zostanie także Policja drogowa – dodaje Dariusz Marcjasz.

Karta pomaga przedsiębiorcy

Firmy są ważnym uczestnikiem bezgotówkowej gospodarki. Obecnie 210 tys. firm oferuje swoim klientom płatności kartą. Jednak zestawiając to z liczbą 1,8 mln. aktywnych przedsiębiorstw w Polsce, widzimy, że wciąż zaledwie 1 na 9 udostępnia taką możliwość. Dziś akceptacja kart staje się koniecznością i w najbliższych latach będą musiały się na to zdecydować wszystkie firmy o profilu handlowo-usługowym. Także wiele działających w innych branżach postawi na rozliczenia bezgotówkowe.

Celem niedawno powołanej Fundacji Polska Bezgotówkowa jest realizacja Programu Wsparcia Obrotu Bezgotówkowego, przygotowanego przez sektor finansowy przy współpracy z Ministerstwem Rozwoju. Inicjatywa ta wpisuje się w realizację założeń rządowej Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju (SOR), a jej głównym celem jest podniesienie poziomu akceptacji płatności bezgotówkowych w Polsce.  Pozostałe działania Fundacji  są skoncentrowane między innymi na poszerzeniu infrastruktury akceptacji płatności bezgotówkowych i  instalacji nawet 600 tys. terminali w ciągu 3 lat, dzięki czemu ich liczba w Polsce podwoi się a to z kolei będzie miało przełożenie na zwiększenie udziału płatności bezgotówkowych w Polskiej gospodarce nawet do 80 proc. (taki poziom notowany jest obecnie w Szwecji). Przedsięwzięcie jest w całości finansowane przez sektor prywatny.

– Na upowszechnienie rozwiązań bezgotówkowych będzie też wpływać sytuacja na rynku pracy. Coraz większe trudności z zatrudnieniem nowych pracowników zmuszą firmy do stosowania rozwiązań samoobsługowych. Będą one korzystać głownie z płatności bezgotówkowych, bo jest to tańsze i wygodniejsze dla przedsiębiorcy. Już dziś mamy tego przykłady w handlu, gdzie część kas samoobsługowych przyjmuje tylko płatności mobilne i kartowe – wskazuje Włodzimierz Kiciński.

Płacąc bezgotówkowo, korzystamy z rozwiązań, które w opinii większości Polaków są szybkie i wygodne. Są także postrzegane jako bezpieczniejsze niż zapłata gotówką. Nikt nie powiem mieć zatem obaw by włączyć się w budowanie bezgotówkowego społeczeństwa. Konsumentów uwolni to od dźwigania portfeli, a przedsiębiorcom pozwoli zmniejszyć koszty obsługi gotówkowej. W ten sposób ograniczymy ogromy – wynoszący aż 18,5 mld zł – koszt korzystania z gotówki w naszej gospodarce (czyli 1 proc. PKB).

466 tys. zł – tyle może pożyczyć na mieszkanie trzyosobowa rodzina. Aż 3 instytucje chciałyby familii dać przynajmniej pół miliona złotych na zakup „czterech kątów”.

Rosnące wynagrodzenia i zatrudnienie powodują, że Polacy coraz chętniej się zadłużają. Dane BIK sugerują, że dotychczas popyt na kredyty mieszkaniowe był w bieżącym roku prawie o 15% wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Banki zaczęły więc dolewać oliwy do ognia na rynku mieszkaniowym, który i tak jest obecnie w fazie niewidzianego nigdy wcześniej ożywienia. Było ono dotychczas napędzane przez kupujących szukających alternatywy dla rachitycznie oprocentowanych lokat bankowych.

Jest to o tyle zaskakujące, że przecież od stycznia obowiązują wyższe wymagania odnośnie wkładu własnego. Dziś trzeba mieć już nawet 20% ceny lokalu w gotówce, a przed rokiem było to o jedną czwartą mniej. Gdyby tego było mało, banki podniosły też w ostatnich miesiącach marże kredytowe. Mogło mieć to związek z ustawą o kredycie hipotecznym, która nałożyła na banki dodatkowe obowiązki. W efekcie podczas gdy w marcu przeciętna marża kredytowa, którą banki skłonne byłyby zaproponować modelowej rodzinie z jednym dzieckiem, w której oboje rodzice pracują, opiewała na 2%, to dziś jest to 2,13%.

Pożyczysz 80 razy więcej niż zarabiasz

Efekt jest taki, że trzyosobowa rodzina, w której rodzice pracują, powinna móc zadłużyć się na zakup mieszkania na kwotę ponad 466 tys. zł – wynika z najświeższych danych zebranych przez Open Finance (mogą one jeszcze podlegać aktualizacji). Wartość ta jest medianą, a więc połowa banków chciałaby modelowej rodzinie pożyczyć więcej, a połowa zaoferowałaby niższą kwotę. To o prawie 5 tysięcy mniej niż przed miesiącem, ale wciąż o 44 tys. zł więcej niż przed rokiem. Co więcej, kwota deklarowana przez banki pozwoliłaby rodzinie kupić nawet w Warszawie mieszkanie trzypokojowe. Problem w tym, że aby zadłużyć się na taką kwotę należy posiadać gotówkę w kwocie około 100-150 tysięcy złotych.

Do obliczeń przyjęto, że dwie osoby powinny otrzymywać „na rękę” kwotę 5772,06 zł (każdy z rodziców zarabia po średniej krajowej). Do tego szacunki zakładają, że modelowi kredytobiorcy mają dobrą historię kredytową i obecnie nie są zadłużeni. Rodzina skłonna jest też skorzystać z dwóch dodatkowych produktów – rachunku bankowego, na który będzie przelewane wynagrodzenie oraz karty płatniczej lub kredytowej. Kredytobiorcy wolą unikać ubezpieczeń czy programów regularnego oszczędzania. Zgodzą się na nie jedynie jeśli będzie to bezwzględnie opłacalne.

Trzy razy po pół miliona

Efekt? Modelowa rodzina może udać się aż do trzech banków po ponad pół miliona na zakup własnych „czterech kątów”. O ile familia dysponuje wymaganym wkładem własnym, taką kwotę zaoferują jej Citi Handlowy, ING Bank Śląski i Euro Bank. Niewiele mniej chcą pożyczyć: Raiffeisen Polbank. Najskromniejszy kredyt skłonne byłby udzielić PKO BP i Bank Pocztowy.

 

Źródło: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Korzyści oferowane przez dostawców usług cyfrowych sprawiają, że często automatycznie podajemy dane osobowe, przymykając oko na zagrożenia jakie na nas czekają. Na szczęście, w ostatnich latach nie mieliśmy do czynienia ze spektakularnymi przykładami naruszenia naszych praw. Jednak czy oznacza to, że nie musimy się niczego obawiać?

Według najnowszego raportu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo pt. „Co wiemy o ochronie danych” Polacy najbardziej obawiają się, że padną ofiarą przestępczości internetowej lub ich dane trafią do niekompetentnej firmy czy instytucji, która nie będzie należycie ich przetwarzać.   Co ciekawe, o ile kradzieży danych, np. za sprawą wirusa czy ataku hakera, obawia się największa liczba badanych (41 proc. osób nieaktywnych zawodowo, 31 proc.  pracowników proc., 36 proc. kadry zarządzającej), to specjaliści zawodowo zajmujący się ochroną danych, szczególne zagrożenie widzą właśnie po stronie firm (52 proc.) .

Wiele organizacji przetwarzających dane wciąż nie przykłada należytej uwagi do ich ochrony. Potwierdza to fakt, że znakomita większość ankietowanych Administratorów Bezpieczeństwa Informacji (ABI) w swoich miejscach pracy wykonuje także inne zadania. Tak naprawdę ABI może zostać każdy pracownik posiadający odpowiednią wiedzę. Bardzo często funkcję tę pełnią sekretarki, pracownicy działu HR lub księgowości – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Kolejnym istotnym problemem dostrzeganym przez Polaków jest wykorzystywanie danych osobowych, bez ich wcześniejszej zgody.

Firm z różnych branż świadomie przetwarzają nasze dane osobowe niezgodnie z celami, dla których je pozyskały oraz bez wiedzy i zgody osób, których one dotyczą. Podczas naszego badania ankietowani zostali zapytani o dwa rodzaje zagrożeń – utratę swoich danych oraz uzyskanie do nich dostępu przez osoby niepowołane. Zebrane opinie pokazują, że mimo obowiązujących regulacji prawnych, nadal mamy do czynienia z niewłaściwym wykorzystywaniem danych osobowych. Najczęściej przez podmioty, które świadczą rozmaite usługi. Wynikiem tego są np. częste telefony z ofertami różnych produktów z firm których nie znamy – dodaje Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Mniejszym zagrożeniem dla danych osobowych jest brak wiedzy współpracowników i znajomych z danego zakresu oraz organizacje chcące zwiększać oszczędności kosztem ochrony danych osobowych – wynika z odpowiedzi respondentów badania Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Niestety tylko mała cześć ankietowanych wskazała, że niebezpieczna może być własna niewiedza w obszarze bezpieczeństwa danych.

Zdecydowana większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem danych osobowych dotyczy tych przetwarzanych w systemach teleinformatycznych.  Systemy te ułatwiają gromadzenie  i dokonywanie innych czynności przetwarzania na dużych zbiorach danych, często w sposób zautomatyzowany. Ponadto zazwyczaj umożliwiają one dostęp za pośrednictwem Internetu – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady.

Brak odpowiednich zabezpieczeń w takich systemach może prowadzić np. do nieautoryzowanego dostępu przez osoby trzecie, wycieku danych osobowych pracowników lub cennych strategicznych informacji firmy.

 

Źródło: Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo

Postrzeganie zaburzeń funkcjonowania instytucji to jeden z elementów, który posłużył do oceny moralności finansowej Polaków. Wyniki badania przedstawione w raporcie „Moralność finansowa Polaków”wykazały, że najsurowiej oceniamy wysokość prowizji w firmach finansowych, jasność przekazu proponowanych ofert oraz wysokość wypłat ubezpieczeń. Badanie ukazało także stosunek społeczeństwa do osób zadłużonych. Zatem, którym narzędziom rynku finansowego ufamy bardziej? Czy osoby unikające oddawania długów są w Polsce źle postrzegane w swoim środowisku?

Od dwóch lat Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce prowadzi badanie „Moralność Finansowa Polaków”. Jednym z partnerów publikacji w 2017 r. jest firma Lindorff SA. Badanie wykazało na ile Polacy są w stanie dostrzec anomie rynku finansowego oraz jak je postrzegają. Respondenci zostali poproszeni o określenie swojego stanowiska w kilku wymiarach, którymi są: poczucie rzetelności oferty przedstawianej przez instytucje finansowe; wysokość prowizji w firmach finansowych, poziom wypłat ubezpieczeń, ochrona prawna klienta na rynku finansowym, stopień zaufania do większości instytucji finansowych; ocena osób unikających oddawania długów (poziom skuteczności społecznych sankcji). Badani najbardziej „wyrozumiali” okazali się w przypadku trzech ostatnich płaszczyzn.

Bezpiecznie jak… w banku?

Badanie wykazało, jak ankietowani postrzegają płaszczyznę poczucia bezpieczeństwa gwarantowanego przez instytucje państwowe (w szczególności prawo). W tym celu zadano respondentom pytanie: „czy (prawna) ochrona klienta na rynku finansowym jest wystarczająca?”. Blisko ¼ respondentów wyraziła aprobatę tego twierdzenia, przy czym 3% z nich było pewnych swojego stanowiska. Prawie 76% badanych stwierdziło, że ochrona jest niewystarczająca, w tym ponad 26% respondentów było stuprocentowo o tym przekonana. Jak zauważa prof. Anna Lewicka-Strzałecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, autorka badania „Moralność finansowa Polaków”, wyższe poczucie bezpieczeństwa deklarują osoby w wieku 18-29 lat, żyjące z rolnictwa, mieszkające na wsi.

Nieufny konsument

Czy badani uważają, że większości instytucji finansowych można ufać? Okazało się, że ponad 1/3 ankietowanych darzy zaufaniem firmy finansowe, choć w większości to „niezdecydowane” głosy. Aż 2/3 ankietowanych nie ufa instytucjom finansowym, w 21% procentach szczególnie wyrażając swoją obawę.

Ważnym wyznacznikiem poziomu rynkowej anomii jest zaufanie do instytucji finansowych, które zostało zmierzone za pomocą pytania „czy większości instytucji finansowych można ufać?”. Odsetek pozytywnych odpowiedzi na to pytanie wyniósł 34% i odpowiednio negatywnych – 66%. Najmniej ufają instytucjom finansowym osoby mające problem ze spłatą zobowiązań finansowych, z wykształceniem zasadniczym zawodowym, gimnazjalnym lub podstawowym, prowadzące własny biznes, mieszkające w miastach do 10 tys. mieszkańców – uzupełnia prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Niekorzystny wizerunek dłużnika

Najwyżej ocenianym wymiarem instytucjonalnej regulacji okazało się poczucie skuteczności społecznych sankcji (wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie: „czy w Polsce, osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”). Blisko 60% ankietowanych stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze odbierane. Ponad 1/5 badanych była tego w zupełności pewna. Natomiast mniej niż 1 na 10 badanych zdecydowanie zaprzeczył temu stwierdzeniu.

Najmniej negatywnie ocenianym wymiarem instytucjonalnej deformacji okazało poczucie skuteczności społecznych sankcji, wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie „czy w Polsce osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”. Przekonanie o funkcjonowaniu społecznej instytucji, stojącej na straży przestrzegania tej normy wyraziło 58% badanych osób i odpowiednio negatywnej odpowiedzi na to pytanie, wskazującej na erozję społecznej normy nakazującej wywiązywanie się ze zobowiązań finansowych udzieliło 42%. Opinię o skuteczności społecznej presji na oddawanie długów częściej wyrażają mężczyźni, osoby w wieku 30-49 lat, z wykształceniem średnim lub policealnym, żyjący z rolnictwa, mieszkający na wsi lub w mieście poniżej 10 tys. mieszkańców. Ocena presji społecznej na oddawanie długów okazuje się bardziej pozytywna niż ocena funkcjonowania formalnych instytucji finansowych. Tym niemniej, ponad dwie piąte respondentów wyraziło przekonanie, że ludzie coraz mniej obawiają się napiętnowania ze strony dalszego czy bliższego otoczenia z powodu unikania spłacania długów i potencjalna dezaprobata, skłaniająca do wywiązywania się ze zobowiązań finansowych traci znaczenie – kończy prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Jak wielu z nas w swoim życiu wpadło w zadłużenie? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA, 41% respondentów przynajmniej raz w życiu było lub jest obecnie dłużnikiem. Jeśli podzielimy odpowiedzi ankietowanych ze względu na płeć, uzyskamy wyniki wskazujące na to, że powyższą statystykę tworzy 40% wszystkich badanych kobiet oraz 42% wszystkich ankietowanych mężczyzn. A czy Polak-dłużnik czuje się wyobcowany? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, 26% ankietowanych odpowiedziało „tak” lub „raczej tak”. W tym podział odpowiedzi na kobiece i męskie klaruje dużo wyraźniejsze dysproporcje, bowiem aż 35% badanych kobiet czuje się wyobcowanych z powodu posiadanego zadłużenia (z czego 25% wszystkich odpowiedzi stanowiło „zdecydowanie tak”) – w kontraście do 18% mężczyzn. Wskazuje to na fakt, że jednak częściej deklarujemy dezaprobatę wobec osób zadłużonych, niż faktycznie czujemy represje, gdy sami zaliczamy się do ich grona (62% wszystkich ankietowanych w badaniu zleconym przez Lindorff SA „raczej” lub „zdecydowanie” nie czuje się wyobcowana z powodu bycia dłużnikiem).

Biorąc pod uwagę powyższe odpowiedzi respondentów, można stwierdzić, że Polacy zdecydowanie surowiej oceniają zaburzenia funkcjonowania  instytucji finansowych w porównaniu z oceną nierzetelnych dłużników. 83% uważa, że informacje przedstawiane przez instytucje finansowe są niepełne i niezrozumiałe. Blisko 80% ocenia prowizje bankowe jako za wysokie, a odszkodowania za niskie. Przy czym zaledwie 6 na 10 Polaków stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze widziane.

 

Źródło: Lindorff SA

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Ponad połowa Polaków, którzy są w związkach, uważnie analizuje swoje wydatki. Jak pokazało badanie przeprowadzone na zlecenie Grupy KRUK „Budżet domowy polskich par”, prawie 60 proc. badanych uwzględnia przy wydatkach potrzeby swoich partnerów.

Analiza badania przeprowadzonego przez SW Research pokazuje, że Polacy w ponad 55 proc. przypadków analizują swoje wydatki. Oznacza to, że połowa z nas robi zakupy w sposób przemyślany. Jednak 32 proc. osób odczuwa niepokój w związku z wydatkami, szczególnie tymi większymi lub nieprzewidzianymi.

Oczywiście są wśród nas pary, dla których spontaniczne zakupy nie stanowią problemu, ale są one w zdecydowanej mniejszości. I tak na przykład w województwie zachodniopomorskim tylko 11 proc. badanych przyznało się, że robi zakupy spontanicznie. Z kolei 70 proc. mieszkańców Lubelszczyzny uważnie analizuje każdą wydaną złotówkę. Wśród bardziej ostrożnych konsumentów znajdują się mieszkańcy wsi. Może to wynikać z różnic zarobków, jakie są między mieszkańcami wsi i miast, ale też z ograniczonego dostępu do miejsc, gdzie można wydawać pieniądze.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z bieżącego roku, mieszkaniec województwa lubelskiego zarabia średnio 3878 zł brutto. Jest to jeden z niższych wyników w Polsce. To z kolei może się przekładać na ich obawy co do nieprzemyślanego wydawania pieniędzy. Ponad 62 proc. badanych z tego regionu uważa, że nagła utrata pieniędzy będzie dla nich zła w skutkach i może negatywnie wpłynąć na ich zdrowie psychiczne. W porównaniu do mieszkańców innych regionów Polski, ankietowani z Lubelszczyzny odczuwają również największy stres w związku z wydatkami.

Jeśli chodzi o uwzględnianie partnera w wydatkach danego gospodarstwa domowego, to można śmiało powiedzieć, że zależy ono od pokolenia. Najczęściej osoby w wieku 60+ dbają o komfort i zaspokojenie potrzeb finansowych swoich partnerów życiowych (odpowiedziało tak aż 70 proc. respondentów w tym wieku).

Jak się okazuje, skłonność do wydawania pieniędzy zależy również od płci. Zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn uwzględnia przy wydawaniu pieniędzy swoich partnerów. W tym przypadku różnica wynosi 6 punktów procentowych. Panie również bardziej analizują swoje wydatki. Na tzw. „czarną godzinę” oszczędza ponad 60 proc. Polek i około 53 proc. Polaków.

Mniej spontanicznie podchodzą do wydatków osoby będące w związkach małżeńskich (60 proc. wobec 50 proc.). Polacy będący w związkach formalnych także częściej analizują swoje zakupy (70 proc. wobec 53 proc.).

Co ciekawe, najciężej jest rozstać się z pieniędzmi osobom do 24 roku życia. Prawie 40 proc. młodych niechętnie wydaje pieniądze. Dla przykładu wśród osób w wieku 50-59, około 25 proc. nie chce rozstawać się z gotówką.

– Jak pokazało badanie „Budżet domowy polskich par”, kobiety są bardziej odpowiedzialne w związku pod kątem wydawania pieniędzy. Odkładają pieniądze częściej niż mężczyźni. Kontrola finansowa to też domena małżeństw. To one częściej dbają o swoje wspólne fundusze niż osoby, które są w związkach nieformalnych. Ciekawe jest również to, że zachowania finansowe zależą również od pokolenia. Na przykład seniorzy dużą wagę przywiązują do ustalania wspólnych wydatków. Z kolei najmłodsi, którzy być może mają nieregularne przychody, wnikliwie analizują swoje wydatki, nim się na nie zdecydują  – mówi Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Komentarz psychoterapeuty, Mateusza Ostrowskiego

Badanie pokazuje, że osoby w związkach małżeńskich podchodzą poważniej do swoich wspólnych finansów. To zapewne efekt tego, że część związków nieformalnych ma raczej status „chłopaka i dziewczyny”, czyli są to nieco luźniejsze więzi. Niewykluczone, że część tych osób jeszcze ze sobą nie mieszka. Małżeństwo jest m.in. deklaracją, że to, co się dzieje między dwojgiem ludzi, jest „na poważnie”. W naszej kulturze jest też swego rodzaju inicjacją w dorosłość. Co oczywiście nie oznacza, że wśród par żyjących w nieformalnych związkach nie ma takich, które odpowiedzialnie i rozsądnie prowadzą wspólne gospodarstwo domowe. Jednak na całkowity efekt statystyczny będą miały wpływ te luźniejsze relacje w początkowym stadium.

Jeśli chodzi o to, że kobiety częściej uwzględniają partnera przy wydawaniu pieniędzy, jest to zapewne wynikiem ich lepszych umiejętności czy kompetencji. Można dyskutować czy to efekt czynników biologicznych, czy ról społecznych, ale widać, że paniom jakoś łatwiej pomyśleć o tym, jak ich decyzje wpływają na drugą osobę. Są one również bardziej otwarte na rozmowę o swoich potrzebach czy problemach. To, że częściej analizują swoje wydatki może być pokłosiem tradycyjnych ról społecznych.  Jeszcze jedną generację temu mężczyzna przynosił wypłatę do domu, przekazywał mniejszą lub większą jej część żonie i to na jej głowie zostawiał problem wiązania końca z końcem. Te role oczywiście mocno się zmieniają, ale stare wzorce zachowań zaskakująco długo potrafią wpływać na nasze postawy
i działania.

 

Źródło: Firma KRUK S.A.

Już za niecały miesiąc w życie wejdzie ustawa obniżająca wiek emerytalny. Od 1 października świadczenie mogą otrzymać kobiety, które ukończyły 60 lat oraz mężczyźni po 65 roku życia – łącznie około 330 tys. kolejnych uprawnionych osób. Tymczasem, tylko w lipcu blisko 160 tys. przyszłych emerytów zgłosiło się do doradców ZUS–u z prośbą o wyliczenie świadczenia przysługującego im od październik. Dodatkowo, coroczne listy z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych „Informacje o stanie konta ubezpieczonego” wysłane do 19 mln Polaków przedstawiały nieaktualnie wyliczone kwoty. Jak poradzić sobie w czasie intensywnych przemian w systemie emerytalnym? Na co zwracać uwagę i jak interpretować język w korespondencji ZUS–u?

Ministerstwo Finansów, we współpracy z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej planują wprowadzić rozwiązania, które zachęcą osoby w wieku emerytalnym do pozostania na rynku pracy. Jak wynika z szacunkowych danych, rok dodatkowej pracy zwiększa świadczenie o średnio 8 proc. Najbardziej skłonne ku temu są osoby z wyższymi zarobkami – w ich przypadku dodatkowy wysiłek zwiększy emeryturę nawet o kilkaset złotych. Jednak w przypadku osób pobierających niższe wynagrodzenie, świadczenie przedemerytalne lub kompensacyjne czy bezrobotnych różnica będzie na tyle niewielka, że dalsza praca po prostu nie będzie się opłacać. Według danych przedstawianych przez MPiPS, jedynie 30 proc. zgłaszających się po poradę, planuje nadal pracować, połowa deklaruje przejście na emeryturę, 20 proc. nadal nie podjęło decyzji. – System emerytalny jest w Polsce zmieniany, co kilka lub kilkanaście lat. Jednak wprowadzane modyfikacje nie są kompleksowe, brak spójnego rozwiązania, które uleczy ZUS i ustabilizuje przyszłość emerytur Polaków. Osoby, które osiągnęły już wiek emerytalny mogą gubić się w niezrozumiałym, urzędowym żargonie. Dlatego tak ważne jest, by wiedzieć, w jaki sposób naliczana jest nasza emerytura oraz zastanowić się w jak możemy poprawić swój poziom życia – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Korespondencja Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – pytania i odpowiedzi

Kapitał początkowy

Jest to element obowiązujący osoby, które rozpoczęły pracę przed 1999 r., czyli wszystkich, którzy obecnie osiągają wiek emerytalny. Nie istniał wówczas III filar, czyli tzw. IKE (Indywidualne Konta Emerytalne) ani IKZE (Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego), na których Polacy mogli odkładać swoje składki, czy to w formie IKO, funduszy inwestycyjnych czy ubezpieczeniowych. Dlatego Zakład Ubezpieczeń Społecznych zobowiązany jest wyliczyć hipotetyczną emeryturę, za lata składkowe i nieskładkowe do 1 stycznia 1999 roku. Wysokość kapitału początkowego zależy m.in. od długości obydwu tych okresów: lata składkowe liczone są razy 1,3 proc. podstawy wymiaru każdego roku, nieskładkowe – razy 0,7 proc. Istotny jest również fakt, że z biegiem czasu kapitał początkowy powiększa się, w wyniku corocznej waloryzacji. Co zrobić w przypadku, kiedy na naszym liście nie jest podana kwota kapitału początkowego? Należy zgłosić się do oddziału ZUS w celu złożenia pisemnej prośby o jego wyliczenie.

Konto i subkonto

Konto w ZUS posiada każdy odprowadzający składki.  Na nim liczone są oszczędności emerytalne oraz cała historia przebiegu ubezpieczenia. Subkonto jest to indywidualne konto ubezpieczonego w ZUS–ie, który jest członkiem OFE. A także, w sytuacji zmian w systemie – do końca stycznia 2014 roku nie podjął decyzji o przystąpieniu do OFE. Generalizując: zarówno na koncie jak i subkoncie odkładana jest nasza emerytura, obliczana na podstawie przemnożenia naszych składek przez wskaźnik waloryzacji, który zależny jest od dwóch czynników: poziomu inflacji oraz poziomu wzrostu płac w roku poprzedzającym aktualne wyliczenia. Wchodząc jednak w szczegóły warto zaznaczyć, że osobno przeliczane są środki w I filarze (objęte waloryzacją), a inaczej środki w II filarze, gdzie pod uwagę brana jest zmiana wartości jednostek rozrachunkowych OFE.

Wysokość hipotetycznej emerytury

W tym punkcie, w Wariancie 1 możemy zapoznać się z kwotą, która stanowi naszą hipotetyczną emeryturę w dniu osiągnięcia wieku emerytalnego – w przypadku zakończenia pracy i tym samym zaprzestali płacenia składek. W Wariancie 2 przedstawiona jest hipotetyczna emerytura, jaką otrzymamy w dniu osiągnięcia wieku emerytalnego przy dalszym opłacaniu składek w dotychczasowej wysokości. Oczywiście, świadczenie możemy otrzymać dopiero po osiągnięciu minimalnego wieku i decyzji o przejściu na emeryturę. – Wysokość hipotetycznego świadczenia, które będziemy otrzymywać na emeryturze często jest dla Polaków brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Dla młodszych jest to trudne do wyobrażenia, że odłożyli dotychczas tak małą kwotę. Niestety dla osób, które zbliżają się lub już osiągnęły wiek emerytalny, jest to często smutna rzeczywistość. Oczywiście, z biegiem czasu odłożona kwota rośnie. Jednak znamy polskie realia – często nadal są to kwoty dramatycznie niskie – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Jak obliczana jest nasza emerytura?

W momencie, kiedy podejmujemy decyzję o przejściu na emeryturę, ZUS dzieli wszystkie środki (składki plus ewentualny kapitał początkowy) przez ilość miesięcy, które zwane są statystyczną długością życia. Zakładana jest oczywiście dalsza waloryzacja świadczeń, czyli środki na koncie ZUS nie powinny tracić siły nabywczej. Według GUS 60 – latek będzie żył jeszcze 19,3 lat, natomiast 60 – latka 24,5 lat. Uśredniając kobieta i mężczyzna będą żyli jeszcze 259, 5 miesiąca. Czyli około 21 lat.

Jak pomóc sobie na emeryturze?

Wobec powyższych faktów oraz powszechnej wiedzy odnośnie polskiego systemu emerytalnego warto, aby senior zastanowił się jak może zapewnić sobie przypływ dodatkowej gotówki. Oczywiście, dodatkowa praca na emeryturze jest możliwa, z tym, że nie każdy emeryt może sobie na nią pozwolić. Główną przeszkodą mogą być problemy zdrowotne, zwłaszcza, że wiele dorywczych ofert wymaga pewnej sprawności fizycznej. – W sytuacji zadłużenia lub nagłego wydatku seniorzy starają się ratować pożyczką lub kredytem, którego główną wadą jest to, że z czasem zaczyna stanowić kolejny wydatek, że kiedyś każdy kredyt trzeba spłacić wraz z odsetkami – tłumaczy Majkowski. Rozwiązaniem, do którego Polacy nadal podchodzą sceptycznie, jest renta dożywotnia. Tzw. hipoteka odwrócona stanowi źródło dodatkowej gotówki na emeryturze. W ramach podpisanej umowy senior, powyżej 60. roku życia, posiadający na własność mieszkanie lub dom może przekazać prawo do pośmiertnego gospodarowania swoją nieruchomością. W zamian otrzymuje comiesięczne świadczenie, którego wysokość obliczana jest indywidualnie. – Wysokość renty wyliczamy każdemu klientowi z osobna, w zależności od płci, wieku oraz wartości nieruchomości, na którą wpływają lokalizacji, powierzchni czy jej stan. Taka rozwiązanie pomoże zasilić portfel seniora bez dodatkowych zobowiązań finansowych – dodaje

Źródło: Fundusz Hipoteczny DOM

 

Sytuacja ekonomiczna w Polsce utrzymuje się na wyrównanym poziomie. Obserwujemy poprawiające się warunki pracy i wzrost płac. Co za tym idzie? Coraz więcej osób decyduje się na zakup mieszkania na własność. Jakie lokale cieszą się największym powodzeniem?

Polacy przy kupnie lokum zwracają największą uwagę na takie czynniki jak: cena, lokalizacja, rozkład, piętro i udogodnienia takie jak komórka lokatorska, garaż czy winda. Najchętniej wybieramy lokale zlokalizowane na czwartym lub piątym piętrze.

– Większość klientów deweloperów to osoby biorące kredyty hipoteczne. Popyt na nie jest aż o 20% wyższy niż rok wcześniej (w 2016 roku sprzedano 266 tys. mieszkań). Jednak nie każdy złożony wniosek jest akceptowany przez bank, szczególnie jeśli dotyczy on wysokich sum. Dlatego spory odsetek Polaków decyduje się na mniejsze kredyty, a co za tym idzie kompaktowe lokale, czyli zaprojektowane w taki sposób, aby dawały maksymalną funkcjonalność – przyznaje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Na start

Single i młode małżeństwa zazwyczaj szukają kawalerki lub mieszkania dwupokojowego. Przed podjęciem decyzji największą uwagę zwracają na cenę i lokalizację. Nie bez znaczenia jest także odległość od punktów handlowych, komunikacji miejskiej i centrum miasta. Najlepiej sprzedają się mieszkania w śródmieściu, ponieważ większość młodych osób chce mieć wszędzie blisko i być w centrum wydarzeń.

Rodzinne dylematy  

Małżeństwa z dziećmi mają większe wymagania mieszkaniowe. Najczęściej decydują się na lokum trzypokojowe (mające ponad 50 mkw.) z aneksem kuchennym i balkonem lub prywatnym ogródkiem. Rodziny zwracają większą uwagę na odległość od parków, placów zabaw, a także przedszkoli i szkół.

Polacy coraz częściej decydują się na mieszkanie wykończone i urządzone, ponieważ nie mają czasu kupować wyposażenia, zajmować się malowaniem czy aranżacją wnętrz samodzielnie. Wolą kupić lokal gotowy do zamieszkania.

Nowe wymagania

Osoby dojrzałe coraz częściej myślą o rozwiązaniach ekologicznych, zapewniających najwyższy komfort życia. Dlatego popularne stają się technologie typu smart home. Poprawiają one bezpieczeństwo mieszkańców przez możliwość zdalnego sterowania i całodobowej kontroli lokalu. Inteligentne urządzenia są estetyczne, bezawaryjne i wymagają minimum obsługi przez co kuszą coraz większą liczbę osób. Z roku na rok większym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania ekologiczne. Nowoczesne mieszkania mają doskonały mikroklimat, są wolne od alergenów i przyjazne środowisku (emitują mniej CO2).

– W ofercie Wawel Service już wkrótce pojawi się dom, który spłaci za siebie ratę kredytu (będzie nazywał się Freedom). Wszystko dzięki zastosowaniu nowoczesnych systemów energooszczędnych. Pierwszy pokazowy budynek zobaczymy wiosną 2018 roku. Do tego czasu nasi klienci mogą poznać najnowsze rozwiązania technologiczne dzięki inwestycjom takim jak Osada Czorsztyn czy Domy w Michałowicach – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Z badań TNS Polska wynika, że mieszkania marzeń szukamy przez internet. 45% Polaków przegląda strony deweloperów, a 32% ufa portalom ogłoszeniowym. W ostatnich latach można zaobserwować znaczny wzrost świadomości wśród nabywców. Są oni znacznie lepiej przygotowani do transakcji, wiedzą o co pytać, jak szukać i czego unikać. Tym samym są bardziej zadowoleni z kupowanych przez siebie nieruchomości.

 

Źródło: Wawel Service

Polacy z roku na rok wymieniają coraz więcej walut. Mogłoby się wydawać, że największe kwoty wymieniamy w okresie wiosenno – letnim z powodu zbliżających się wakacji. Okazuje się jednak, że kantory, zarówno te stacjonarne, jak i internetowe mają najwięcej pracy w grudniu. Dlaczego? KantorBox.pl przyjrzał się poniżej tematowi.

Kto i jak wymienia waluty w Polsce?

Zanim ustalimy, dlaczego w grudniu przeprowadzamy najwięcej transakcji, zwróćmy uwagę na to, kto i dlaczego wymienia waluty w Polsce. Część z nas wyjeżdża na wakacje, spłaca kredyty czy robi zakupy w sieci. Cały czas największy odsetek osób wymieniających waluty są ci, których bliscy pracują za granicą. Jak wskazują statystyki, wielu emigrantów regularnie przesyła swoim bliskim pieniądze. Ci natomiast najchętniej wymieniają obcą walutę na złotówki w grudniu. W szale przygotowań do świąt oraz bożonarodzeniowych prezentów zawsze przydaje się większa ilość pieniędzy, więc waluty wymieniamy wtedy znacznie częściej.

Osoby pracujące poza granicami kraju przesyłają do Polski od 500 do nawet 2000 złotych miesięcznie. Niezależnie od tego, w jaki sposób przekazywane są pieniądze, czy za pośrednictwem, transferów, np. Western Union czy za pośrednictwem systemów przesyłania pieniędzy takich jak PayPal, zawsze ponosimy dodatkowe koszty przekazu. Najczęściej wysokość prowizji uzależniona jest od wartości transakcji. Nie dziwi więc fakt, że emigranci coraz częściej przesyłają pieniądze za pośrednictwem kantorów internetowych. Czas realizacji jest podobny, natomiast całkowite koszty przewalutowania znacznie są znacznie niższe niż np. prowizje bankowe.

Tańsze zakupy w Polsce

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pracując na zachodzie Europy, bardzo często możemy pozwolić sobie na znacznie lepszą jakość życia niż w Polsce. Jeśli jednak przyjrzymy się cenom konkretnych produktów to bardzo szybko zauważymy, że sprzęt RTV, książki, kosmetyki czy np. płyty są w Polsce znacznie tańsze. Oczywiście za wiele produktów musimy zapłacić nieco więcej (np. perfumy lub ubrania). Pamiętajmy jednak, że kupując je na miejscu nie musimy martwić się o sposób ich przewiezienia, czy opłaty za dodatkowy bagaż. Jest to kolejny czynnik wpływający na dużą ilość transakcji wymiany walut w grudniu. Osoby pracujące za granicą przyjeżdżają na święta i wymieniają pieniądze, aby móc kupić prezenty dla bliskich.

Grudzień – czas częstych i wysokich transakcji

Koniec roku to również czas, w którym firmy zamykają swoje budżety i finalizują większość rozpoczętych transakcji. To okres, w którym więcej eksportujemy oraz znacznie więcej importujemy, a co za tym idzie częściej wymieniamy waluty. Ponadto firmy zamykają okresy rozliczeniowe, spłacają zadłużenia i rozliczają się ze swoimi kontrahentami. Jest to okres bardzo intensywnej pracy dla wszystkich branż. Szybka i tania wymiana walut jest w tym czasie szczególnie istotna. Z początkiem roku stan ten znacznie się uspokaja. Wiele firm decyduje się na przerwę noworoczną, wstrzymywane są produkcje a nowe rozmowy handlowe dopiero się rozpoczną. W związku z tym początek roku to również spokój i stabilizacja na rynku wymiany walut.

Czy w grudniu za wymianę walut płacimy więcej?

Można spodziewać się, że każdy, kto przeczytał powyższy artykuł, szuka odpowiedzi na to pytanie. Zwiększone zapotrzebowanie na wymianę walut oczywiście może mieć znaczny wpływ na koszty transakcji. Pamiętajmy jednak, że na wysokość danego kursu wpływa wiele czynników, a nie tylko ilość przeprowadzanych transakcji. Zarówno w grudniu, jak również przez cały rok musimy regularnie obserwować rynki i porównywać kursy. Dzięki temu będziemy pewni, że zawsze za wymianę walut ponosimy najmniejsze możliwe koszty.

Upatrzona w niemieckim sklepie konsola do gier, która miał być prezentem urodzinowym, nie dotarła na czas. Perfumy z Francji nie przypominają z wyglądu tych wystawionych na stronie. A w sprowadzonym z Włoch rowerze szwankują przerzutki. Jak powinien zareagować klient z Polski, gdy internetowe zakupy w jednym z państw UE skończyły się fiaskiem?

Większy wybór towarów, szybszy dostęp do nowości, modele nieosiągalne w Polsce, przekonanie o wyższej jakości produktów, czasami także niższe ceny – chociaż różnią się motywy kupujących, to układają się w zbieżny trend: coraz więcej Polaków korzysta z usług zagranicznych sklepów internetowych. Nie zniechęca nas wyższy koszt przesyłki ani dłuższy okres oczekiwania na realizację zamówienia. Z raportu pt. “E-commerce in Europe” wynika, że w ub.r. na całym Starym Kontynencie liczba amatorów e-zakupów poza granicami kraju najdynamiczniej zwiększyła się (r/r) właśnie w Polsce.

Wolne od cła

Kupując przez internet, w teorii nie trzeba zwracać uwagi na granice. Jednak w praktyce sytuacja wygląda inaczej. E-zakupy w unijnych państwach są o tyle przejrzyste, że tu w ogóle nie występuje kwestia opłat celnych. Tymczasem okazyjne oferty z azjatyckich lub amerykańskich sklepów mogą dotrzeć do Polski już w nieco mniej atrakcyjnych cenach. I nie chodzi tu o droższy transport, tylko o cło.

W ogóle nie trzeba się tym przejmować, o ile wartość towaru nie przekracza 22 euro. Wówczas przesyłki nie podlegają dodatkowym opłatom. Przy droższej zawartości paczki sprawa robi się bardziej skomplikowana. Rolę odgrywa nie tylko cena zamówionych przedmiotów, lecz także ich przeznaczenie. Np. smartfony, konsole do gier i aparaty fotograficzne obejmuje zerowa stawka cła. To nie koniec zasad. Przesyłki warte mniej niż 150 euro nie podlegają ocleniu, lecz mogą zostać objęte 23-procentowym VAT-em. Kiedy zaś wartość nie przekracza 45 euro, można także uniknąć opodatkowania.

Maksymalnie 30 dni

Sprzedawcy w każdym z unijnych krajów zobowiązują się do zachowania 30-dniowego terminu na wywiązanie się z zamówienia. W takim limicie czasowym paczka powinna dotrzeć do klienta. Wyjątek od tej reguły następuje tylko po indywidualnym ustaleniu z klientem, że doręczenie wybranego towaru potrwa dłużej.

Co jeśli handlowiec nie dotrzyma słowa? Wówczas zamawiającemu przysługuje prawo do odstąpienia od umowy. Tzn. może nie przyjmować zamówionego produktu, żądając zwrotu przelanych pieniędzy. Podobny przywilej przysługuje każdemu, kto zostałby zaskoczony finalną kwotą transakcji. Prawo zobowiązuje bowiem sprzedających, by klarownie informowali o cenach artykułów i kosztach dostawy. Kupujący, o ile wyrażą taką wolę, akceptują wszelkie ew. dodatkowe opłaty (np. za ekspresową wysyłkę lub dodatkowe opakowanie), zanim odbiorą towar. Jeśli tego nie zrobią, powinni domagać się zwrotu pieniędzy za tzw. ukryte składowe części kosztów zamówienia.

Kto zapłaci za zwrot?

Klient musi się liczyć z drobnymi konsekwencjami, jeśli nie odbierze zamówionego towaru, który dotarł w określonym terminie. Firma handlowa najprawdopodobniej obciąży kupującego stawką za przesyłkę zwrotną.

Jednak każdą zakupioną przez internet rzecz na terenie UE można odesłać do sprzedawcy bez zagłębiania się w przyczyny, tyle że wtedy kupujący także na ogół bierze na siebie koszt wysyłki zwrotnej. “Na ogół” – ponieważ czasami oferty handlowe zawierają opcje darmowego odesłania towaru. Taki zapis staje się oczywiście wiążący, a przy tym bardzo korzystny dla klienta.

Wymagana zgodność koloru, modelu, wyglądu

Nie tylko cena, lecz także opis, jakość wykonania, rodzaj użytych materiałów, kolor, wygląd, rozmiar, ew. typ, model, parametry techniczne itp. – po prostu wszelkie podane na stronie internetowej informacje zobowiązują sprzedawców, aby wysłali klientom produkty tożsame z charakterystyką zawartą w ofercie. Kiedy zaś dojdzie do pomyłki sprzedawcy, klientowi przysługuje tytuł, by żądać wymiany lub naprawy zamówionego towaru. Sprzedający nie tylko musi dostarczyć to, co zaoferował, lecz także odpowiada za ew. wadliwość produktów aż do chwili, w której doręczy zamówienie. Jeżeli wymiana lub naprawa – z różnych przyczyn – nie wchodzi w grę, wówczas nabywcy przysługuje zwrot pieniędzy.

Gdyby do uszkodzenia towaru doszło w transporcie, konsekwencje znów spadają na handlowca, jednak nie w każdym wypadku. Wyjątek może stanowić sytuacja, w której klient zdecydował się na usługi innego przewoźnika niż zalecanego w ofercie. Roszczenia za zniszczenia w trakcie dostawy kupujący musi wtedy kierować do wybranej przez siebie firmy.

Liderzy rynku

Europejczykom trudno równać się z azjatyckimi i amerykańskimi gigantami pokroju: alibaba.com, aliexpress.com czy amazon.com. Tym niemniej każdy rynek ma swoich liderów i potentatów. Na Starym Kontynencie mnóstwo klientów korzysta z usług amazon.co.uk, amazon.de, eBay.co.uk, eBay.de – czyli brytyjskich i niemieckich kuzynów wywodzących się z USA kolosów. Należy przy tym odróżnić sklepy od serwisów aukcyjnych, a na tych drugich można napotkać zarówno oferty sklepów, jak i aukcje np. używanych rzeczy od ich prywatnych właścicieli. Ludzi, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej i sprzedają swoje używane np. ubrania, telefony czy rowery też obowiązuje odpowiedzialność za jakość towaru i dostarczanie produktów zgodnych z opisem, bez ukrytych wad. Sytuacja kupującego zmienia się jednak o tyle, że traci prawo do bezpodstawnego zwrotu zakupionej rzeczy.

Daleko za Brytyjczykami, ale grubo przed Rumunią i Bułgarią

Czy Polacy robią zakupy w sieci? – Można zażartować, że w naszym kraju taka forma nabywania towarów jest w niemal w połowie powszechna – odpowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Wg Eurostatu w ub.r. 42 proc. naszych rodaków zdecydowało się na jakikolwiek e-zakup – dodaje analityk Cinkciarz.pl. – To ponad dwa razy więcej niż w 2008 r., kiedy ten odsetek wynosił 18 proc.

W Unii Europejskiej nie należymy jednak do liderów internetowego kupowania, dla równowagi nie ma nas także wśród autsajderów. – Według tych samych statystyk, jesteśmy poniżej unijnej średniej, która wynosi 55 proc. Największy odsetek kupujących przez internet jest w Wielkiej Brytanii, w 2016 r. wynosił on 83 proc., czyli prawie dwa razy więcej niż w Polsce. Nieco mniejszy odsetek zanotowano w Danii – 82 proc., Luksemburgu czy Norwegii – po 78 proc. – wymienia analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Na drugim biegunie z kolei znajdowała się Rumunia z 12 proc. ludności, która dokonała zakupu przez internet w 2016 r. To dokładnie taki sam odsetek, jaki odnotowano w Polsce, ale w 2006 r. W ub.r. tylko nieco lepiej pod tym względem wyglądała w UE Bułgaria, która charakteryzowała się 15-procentowym odsetkiem kupujących przez internet – dodaje Bartosz Grejner z Cinkciarz.pl.

 

 

Źródło: Cinkciarz.pl

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Firmy muszą być bardziej ekologiczne

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emo...

5 trendów w branży płatności na 2020 rok

- W ciągu ostatnich pięciu lat zachowania i oczekiwania konsumentów radykalnie zmieniły sposób, w ja...

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dl...

Już co czwarty internauta w Polsce słucha podcastów

Już 27% internautów w Polsce słucha podcastów. Większość włącza je co najmniej raz w miesiącu, korzy...

Rośnie popularność inwestycji budowlanych typu mixed-use, czyli obiektów łączących w sobie r

Ograniczona przestrzeń w największych światowych ośrodkach miejskich sprawia, że architekci coraz od...