wtorek, Grudzień 10, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "instytucje finansowe"

instytucje finansowe

Biuro Informacji Kredytowej szacuje, że liczba przypadków w sektorze bankowym, w których mogło dojść do wyłudzenia, to nawet 67 tys. rocznie na kwotę sięgającą nawet 600 mln zł., a w sektorze firm pożyczkowych – nawet do 38 tys. wyłudzeń na kwotę około 50 mln zł. To co jest poważną stratą dla sektora finansowego, budzi zarazem lęk wśród Polaków. Aż 62% ankietowanych dostrzega zagrożenia ze strony oszustów działających w cyberprzestrzeni, próbujących podszywać się pod skradzioną tożsamość.

Dzień Ochrony Danych Osobowych, ustanowiony przez Radę Europy na 28 stycznia, to dobry moment, by zwrócić uwagę na kwestie związane z ochroną danych, a tym samym doskonały pretekst do podniesienia poziomu wiedzy w obszarze przeciwdziałania wyłudzeniom.

Skala zjawiska

Każdego dnia banki i inne instytucje finansowe otrzymują do rozpatrzenia tysiące wniosków o pożyczkę lub kredyt. Niestety część wniosków z założenia składana jest z zamiarem niespłacenia zobowiązania przez oszustów kredytowych. W ostatnich 12 miesiącach udaremniono ponad 7 tys. prób wyłudzeń kredytów na łączną kwotę 421,9 mln zł. – zaraportował infoDOK w III kw. 2017 r.*

Z kolei, analiza Biura Informacji Kredytowej, przeprowadzona dla ponad 10 mln uruchomionych kredytów detalicznych pozwala szacować, iż liczba przypadków w sektorze bankowym, w których mogło dojść do wyłudzenia, to około 67 tys. rocznie, na kwotę sięgającą nawet 600 mln zł. Ponadto należy zwrócić uwagę, że poza segmentem bankowości detalicznej, zjawisko fraudów kredytowych występuje również w obszarze MŚP oraz sektorze leasingowym. Jeśli zatem uwzględni się wszystkie te elementy, szacowana skala wyłudzeń może być jeszcze wyższa.
Podobna weryfikacja została wykonana dla sektora firm pożyczkowych, gdzie według szacunków BIK rocznie dochodzi nawet do 38 tys. wyłudzeń na kwotę około 50 mln zł.

Wyłudzenia danych osobowych w opinii Polaków

Jak wynika z badania opinii, przeprowadzonego dla BIK przez ARC Rynek i Opinia w 2017 r., 41% badanych Polaków w wieku 15-65 lat doświadczyło różnych form zagrożeń bezpieczeństwa danych w trakcie swojego życia. Najczęściej spotykaną sytuacją z tego zakresu jest utrata (27%) dokumentu tożsamości (zagubienie bądź kradzież). W kolejności wskazywano zdarzenia kradzieży haseł do konta, skrzynki mailowej i portali społecznościowych (9%) oraz podszywania się w internecie (9%).

Największy lęk przed utratą pieniędzy kojarzony jest z nowymi technologiami. Aż 66% ankietowanych przyznało, że najpoważniejsze obawy wywołuje u nich możliwość użycia przez inne osoby złośliwego oprogramowania komputerowego w celu uzyskania ich danych. Największy stres z tego tytułu wyraziły osoby w wieku 56-65 lat (72%).
Aż 62% osób dostrzega zagrożenia ze strony oszustów w cyberprzestrzeni, próbujących podszywać się pod skradzioną tożsamość. Co ciekawe, zagrożenie to stanowi największą obawę w większości wśród kobiet (68%). 

Kompleksowe podejście BIK – w ochronie uczciwych klientów

W Polsce działa już system antyfraudowy. To opracowana przez BIK Platforma Antyfraudowa, która powstała, by chronić nie tylko interesy podmiotów finansowych, ale także by zapewnić bezpieczeństwo konsumentom. Platforma Antyfraudowa BIK ma dawać szeroko rozumianą ochronę przed wyłudzeniami i lepsze zabezpieczenie środków, które klienci powierzają bankom w depozyt, a jednocześnie – większe bezpieczeństwo klientów zaciągających zobowiązania, gdyż system pozwala na wykrywanie przypadków składania wniosków kredytowych na tzw. skradzioną tożsamość.

 

Jak instytucje finansowe powinny sobie radzić z pokoleniem Y? Jak donoszą media większość millenialsów za sukces finansowy uznaje brak zobowiązań. Wyniki badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Profi Credit, pokazują, że aż 35% osób między 18 a 39 rokiem życia zaciągnęło w ciągu ostatnich dwóch lat kredyt bądź pożyczkę. 

Millenialsi to osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem. Nie dają się łatwo sklasyfikować, a krążące o nich opinie są często sprzeczne. Jedną rzecz potwierdzają jednak wszystkie dostępne dane. Przedstawiciele pokolenia Y nie przywiązują wagi do pieniędzy – traktują je jako środek do realizacji celów i zdecydowanie większą wagę przykładają do tego, co mogą za nie kupić, niż do stanu konta. A jaki stosunek mają do pożyczek? Na pewno nie negatywny. Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Profi Credit przez ARC Rynek i Opinia niemal 35% millenialsów zaciągnęło w ciągu ostatnich dwóch lat zobowiązanie finansowe. Zdecydowanie częściej pożyczki brali ci między 25 a 39 rokiem życia, niż młodzi w wieku 18-24 (44% do 14%).

– Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Z jednej strony, osoby dopiero wkraczające w dorosłość zazwyczaj nie mają jeszcze historii kredytowej i stałego źródła dochodu – są dla banków i instytucji finansowych najbardziej ryzykowną grupą klientów. Młode osoby zwykle mogą też liczyć na pomoc finansową najbliższych – mówi Jarosław Czulak, Dyrektor Działu Marketingu Profi Credit Polska. – Z drugiej, osoby po studiach często potrzebują dodatkowego finansowania, aby wkroczyć w dorosłość. Jak wynika z naszego badania to właśnie kupno sprzętu RTV/AGD, własnego mieszkania czy samochodu, czyli rzeczy z jednej strony ułatwiających wchodzenie w „dorosłe” życie, a z drugiej powodujących rozwój kariery zawodowej, są głównymi powodami zaciągania przez millenialsów pożyczek bądź kredytów – dodaje.

Osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem jako pierwsze miały okazję wychować się „na technologiach”, często jednak pamiętają również czasy sprzed cyfrowej rewolucji – kolejki w sklepach i okienka w banku. To wpływa na ich zaufanie do poszczególnych kanałów – online i offline – oraz sposób komunikacji z instytucjami finansowymi. Liczne raporty wskazują, że millenialsi doceniają możliwości, jakie daje bankowość elektroniczna, jednak bardziej skomplikowane operacje finansowe wolą wykonywać w oddziale.  Do tych ostatnich z pewnością należy zaciągnięcie zobowiązania finansowego, chociaż, jak pokazują wyniki badania zwyczajów finansowych Polaków przeprowadzonego na zlecenie Profi Credit, przedstawiciele pokolenia Y i tak są bardziej pozytywnie nastawieni do zadłużania się online niż inne grupy wiekowe (39% do 29%).

Millenialsi podchodzą do zadłużania się niezwykle poważnie – dla większości z nich brak długów to wyznacznik finansowego sukcesu. Chcą mieć pewność, że wiedzą wszystko o warunkach kredytu bądź pożyczki zanim podpiszą umowę z instytucją finansową. Jak pokazuję wyniki badania zrealizowanego na zlecenie Profi Credit, pokolenie Y mniej niż inne grupy wiekowe ufają pracownikom banków (41% do 55%) i częściej niż inni przyznają, że czytają dokładnie umowę przed zaciągnięciem zobowiązania (16% do 11%). Takie podejście nie powinno nikogo dziwić – osoby urodzone między 1980 a 2000 rokiem były świadkami kryzysu finansowego w 2008 roku i na własne oczy widziały co się dzieje, gdy przeszacuje się swoją zdolność kredytową.

– Millenialsi to wymagający konsumenci, którzy żyją na styku dwóch światów – tego wirtualnego i realnego. Z jednej strony, niezależnie od pory dnia czy miejsca chcą mieć dostęp do potrzebnych informacji i usług, z drugiej, nadal bardziej ufają temu, co namacalne – komentuje Jarosław Czulak, Dyrektor Działu Marketingu Profi Credit Polska. – Banki i firmy pożyczkowe, stoją przed ogromnym wyzwaniem. Aby dotrzeć do przedstawicieli pokolenia Y powinny stawiać na nowoczesne rozwiązania nie zapominając jednak o tym, co tradycyjne – oddziałach i konsultantach. Potrzebna jest rozwaga i osiągnięcie złotego środka – zbyt duży skok w nowoczesność lub zbyt kurczowe trzymanie się tradycji sprawi, że instytucjom finansowym przejdzie koło nosa grupa konsumentów, która już niedługo stanowić będzie około 25% naszego społeczeństwa – podkreśla.

 

Co trzeci z nas w ciągu ostatnich dwóch lat wziął kredyt lub pożyczkę. Co niepokojące, jedynie co drugi badany przyznał, że dokładnie analizuje swoją sytuacje finansową przed zaciągnięciem zobowiązania.

Jak wynika z badania zwyczajów finansowych Polaków przeprowadzonego na zlecenie Profi Credit, ponad jedna trzecia z nas zaciągnęła w ciągu ostatnich dwóch lat pożyczkę bądź kredyt. Zdecydowanie najczęściej dodatkowe środki przeznaczamy na sprzęt RTV i AGD – tak zadeklarowało 4 na 10 ankietowanych. W dalszej kolejności pieniądze przeznaczane są na zakup samochodu (22%), zaspokojenie podstawowych potrzeb (19%), spłatę już zaciągniętych zobowiązań (18%), a także sfinansowanie zakupu nieruchomości (17%) czy wakacji (17%)

– Jak pokazują liczne dane, wśród sprzętów RTV/AGD, które kupujemy na raty od lat niezmiennie królują telefony i komputery. To urządzenia bez których obecnie ciężko funkcjonować, a które wymieniamy częściej niż samochód czy mieszkanie – stąd właśnie na nie najczęściej zaciągamy zobowiązanie finansowe – mówi Jarosław Czulak, dyrektor Działu Marketingu w Profi Credit Polska. – Warto pamiętać, że zakup na raty to doskonały sposób budowania pozytywnej historii kredytowej, która w przyszłości może być kartą przetargową w przypadku negocjowania z instytucją finansową warunków większego kredytu bądź pożyczki – dodaje Czulak.

Co ciekawe, kobiety i mężczyźni mają różne hierarchie potrzeb, na które przeznaczają środki z kredytu bądź pożyczki. Panie najczęściej oprócz sprzętu RTV i AGD dodatkowe finansowanie wydają na zaspokojenie podstawowych potrzeb (23%) oraz spłatę zaciągniętych wcześniej zobowiązań (22%). Z kolei panowie kupują samochód (22%) czy nieruchomość (19%) lub wyjazd wakacyjny (19%). Warto wspomnieć, że, jak wynika z badania, Panie pożyczały w ciągu ostatnich dwóch lat nieco rzadziej niż Panowie (32% do 39%).

– Takie wyniki wcale nie muszą świadczyć, o tym, że kobiety są bardziej odpowiedzialne od mężczyzn i lepiej zarządzają swoimi finansami – mówi Piotr Czyżewski, Dyrektor ds. Rozwoju z ARC Rynek i Opinia. – W gospodarstwach domowych to zwykle Panie zajmują się co miesięcznymi płatnościami, a Panowie przeważnie dokładają swoją „cegiełkę” przy okazji dużych wydatków. Stąd może wynikać ta różnica – dodaje Czyżewski.

Jedynie 53% badanych przez Profi Credit przed zaciągnięciem zobowiązania dokładnie analizuje swoje wydatki – kobiety deklarowały to nieco częściej niż mężczyźni (59% do 48%). Co ciekawe, im jesteśmy starsi, tym częściej kalkulujemy, czy stać nas na kredyt bądź pożyczkę. Aż 80% osób w wieku od 55 do 65 lat zaznaczyło, że gruntownie sprawdza swoje możliwości finansowe zanim zdecyduje się ubiegać o dodatkowe środki – w przypadku pozostałych grup wiekowych odsetek ten wynosił 47%.

– Mimo wysiłków banków i instytucji finansowych, które próbują nas wyedukować, większość z nas zamiast pomyśleć, działa – w ten sposób łatwo stracić kontrolę nad własnymi finansami i wpaść w długi! Pocieszające jest to, że im jesteśmy starsi, tym jesteśmy bardziej rozsądni w kwestiach finansowych – podsumowuje Jarosław Czulak z Profi Credit Polska. – Warto pamiętać, że jest wiele sposobów na to, by trzymać w ryzach swoje wydatki – najprostszy to konsultowanie jakichkolwiek decyzji finansowych z najbliższymi – dodaje Czulak.

 

Mogą przynieść zysk kilka razy wyższy niż lokata. Bez trudu można znaleźć na rynku takie, które gwarantują ochronę całości lub większości kapitału. Ich konstrukcja jest prosta. Można je nabywać w banku lub na rynku kapitałowym. A na dodatek oferują ekstra bonusy. Certyfikaty strukturyzowane mogą być doskonałym instrumentem dla inwestorów poszukujących szans na ponadprzeciętny zysk, ale unikających nadmiernego ryzyka.  

Mają niejedno imię. Nazywane są strukturami, lokatami inwestycyjnymi albo trackerami (dlatego, że naśladują zachowania instrumentu bazowego, od którego zależy wartość inwestycji). Taki punkt odniesienia może stanowić przykładowo indeks giełdowy (Nasdaq, DAX), określona grupa akcji (spółki technologiczne, biomedyczne), surowiec (złoto, kakao, soja), grupa surowców (metale szlachetne, surowce rolne) albo kurs waluty.

W wielkim uproszczeniu certyfikat strukturyzowany to rodzaj umowy – „zakładu” z jego emitentem.  Sprzedawca i nabywca umawiają się, że jeśli w danym czasie zostanie zrealizowany określony scenariusz (np. wzrost lub spadek instrumentu bazowego) posiadacz certyfikatu otrzyma określony zysk. Instrument ten ma dodatkowo dwie zalety. Inaczej niż w bezpośredniej inwestycji, niezrealizowanie bazowego scenariusza nie musi oznaczać straty wpłaconego kapitału. Na rynku znajdziemy produkty z pełną lub częściową, warunkową ochroną wpłaconego kapitału. W przypadku tych drugich ograniczona ochrona wiąże się z potencjalnie wyższym zyskiem.

Dodatkowym plusem (w stosunku np. do ETF) jest to, że certyfikat może przynieść dodatkowy ekstra zysk z tytułu bonusu wypłacanego po spełnieniu określonych warunków. Jest to doskonałe narzędzie inwestycyjne w czasie umiarkowanych wzrostów na giełdach. Jeśli oparty jest o dobrze rokujący, nieprzewartościowany instrument bazowy szanse na zysk stają się naprawdę spore.

Naśladowca

 Certyfikat strukturyzowany należy do grupy instrumentów finansowych o średnim poziomie ryzyka. Polega na tym, że daje inwestorowi możliwość czerpania zysków z inwestycji w instrumenty trudno dostępne dla indywidualnej osoby, np. w zagraniczne akcje lub surowce. Certyfikat odwzorowuje zachowanie instrumentu bazowego na zasadzie 1:1. Jeśli oparty jest o rynek złota, to gdy kruszec drożeje wartość certyfikatu również rośnie. Analogicznie: gdy instrumentem bazowym jest kurs indeksu giełdowego lub grupy akcji konkretnych spółek, a ich wartość rośnie, to na wartości zyskuje również certyfikat.

Analogicznie jak w przypadku akcji, do kupna i sprzedaży certyfikatów niezbędne jest posiadanie rachunki maklerskiego. Nie oznacza to, że broker może być jedynym dystrybutorem. Certyfikaty strukturyzowane można znaleźć w ofercie banków, istnieje też obrót publiczny certyfikatami w ramach rynku równoległego na giełdzie. W zależności od oferty od inwestora mogą, choć nie muszą, być pobierane prowizje. Trzeba się też liczyć z koniecznością poniesienia opłat z tytułu świadczenia usług maklerskich oraz podatku od zysków kapitałowych.

Bezpieczny papier

Certyfikaty zazwyczaj emitowane są przez duże, wyspecjalizowane instytucje finansowe, jak banki, co w istotny sposób ogranicza ryzyko niewypłacalności emitenta. Jest to instrument przygotowywany w oparciu o fachową wiedzę, skonstruowany w oparciu o ekspertyzę i doświadczenie zespołów analityków, którzy prognozują możliwe wzrosty określonej grupy aktywów.

Certyfikat może zostać wyemitowany na określony czas, po którym przedstawiany jest do wykupu albo na czas nieograniczony – inwestor sam decyduje kiedy zakończyć inwestycję. Może mieć różne cechy w zależności o rodzaju do jakiego należy, gdyż certyfikaty to cała rodzin instrumentów finansowych.

Najprostsze są trackery, certyfikaty odzwierciedlające zachowanie instrumentu bazowego. Short trackery umożliwiają grę na spadki. Certyfikaty dyskontowe sprzedawane są po niższej cenie, przy czym wysokość zysku z inwestycji jest organiczna tzw. capem, czyli górnym limitem ceny, jaki może osiągnąć instrument.

Scenariusz inwestycyjny

 W bankach certyfikaty strukturyzowane dostępne są w ramach subskrypcji na organizowane regularnie emisje. Klient z góry zna maksymalny okres inwestycji (zazwyczaj od minimum 12 miesięcy do 3 lat) oraz warunki na jakich kalkulowany będzie jego zysk. To ile zarobi na swojej inwestycji zależy od odczytów wartości bazowego indeksu w tzw. dniach obserwacji. Dla każdej emisji są one ustalane indywidualnie.

Odczyty uruchamiają też różne mechanizmy. Przykładowo dla jednego produktu zysk będzie wypłacony w przypadku gdy indeks będzie miał wartość inna niż bazowa we wszystkich dniach obserwacji, a dla innego wystarczy, że spełni ten warunek w kilku z nich. Może się też zdarzyć, że certyfikat zostanie automatycznie wykupiony i umorzony przed zakończeniem okresu inwestycji np. w pierwszym dniu obserwacji. Taką możliwość daje przykładowo certyfikat strukturyzowany „Postaw na Banki III” emitowany przez Bank BGŻ BNP Paribas, a dostępny m.in. w BGŻ Optima. Przed podjęciem decyzji o zakupie certyfikatu strukturyzowanego zawsze trzeba dokładnie zapoznać się z informacją o produkcie, aby zrozumieć mechanizm scenariusza wpływającego na wynik inwestycji.

Ekstra bonus

Specyficzną grupą certyfikatów są tzw. certyfikaty bonusowe. Taki papier podobnie jak tracker naśladuje zachowania indeksu bazowego, ale dodatkowo umożliwia wypracowanie ekstra zysku z tytułu bonusów wypłacanych w ścisłe określonych datach trwania inwestycji, po osiągnięciu określonych parametrów przez instrument.

Przykład: certyfikat oparty o indeks banków europejskich, dzień pomiaru co sześć miesięcy, dzień automatyczny wykup po osiągnięciu zakładanych parametrów, zakończenie inwestycji po 3 latach. Założenie: jeśli w dniu pomiaru indeks, który naśladuje certyfikat znajdzie się na poziomie początkowym lub powyżej niego, inwestor otrzymuje kapitał plus kupon. Bonus jest wypłacany w kolejnych dnach pomiaru jeśli instrument bazowy będzie powyżej początkowego poziomu.

Kilkanaście procent zysku

Certyfikat jest dobrym pomysłem dla inwestorów unikających dużego ryzyka inwestycyjnego. Na liście instrumentów szeregowanych według ryzyka lokuje się tuż poniżej tradycyjnych produktów oszczędnościowych, jak lokata i obligacje skarbowe i na równi z obligacjami korporacyjnymi. Ma nad nimi jednak tą przewagę, że ryzyko niewypłacalności emitenta, ze względu na rozmiary instytucji emitujących certyfikaty jest bardzo ograniczone. Certyfikat daje szansę uzyskana zysku kilkakrotnie wyższego niż zyski z lokaty, nawet rzędu kilkunastu procent. To więcej niż zysk z obligacji korporacyjnych czy funduszy obligacji.

 

 

 

 

 

Autor: Dorota Seń, ekspertka BGŻ Optima

 

Prawie 70% polskich przedsiębiorców z sektora MŚP nie otrzymuje płatności za wystawione faktury w terminie. Ponad 13% respondentów 14. fali badania Bibby MSP Index czeka na uregulowanie należności od 3 do 7 miesięcy. Problem tzw. zatorów płatniczych jest szczególnie dotkliwy dla  przedsiębiorców z sektora MŚP – to właśnie z myślą o nich ruszyła kampania „Płacę faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny”.

Jako firma faktoringowa na co dzień widzimy, jak dużym wyzwaniem dla wielu firm jest brak płatności na czas. A jego skalę można porównać do efektu domina – brak płynności finansowej u jednego przedsiębiorcy rzutuje na sytuację finansową współpracujących z nim firm.  „Płacę faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny” to kampania, która ma uświadomić przedsiębiorcom, jak duże znaczenie ma regulowanie swoich zależności w terminie dla całego ekosystemu gospodarczego, w ramach których dana firma funkcjonuje. Celem akcji jest promowanie dobrych praktyk, w tym opłacanie faktur na czas oraz edukacja, jak radzić sobie z brakiem płynności finansowej – komentuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services.

Według 14. fali badania Bibby MŚP Index co czwarty mały i średni przedsiębiorcy nie otrzymuje płatności na czas od 2 do 5 razy w miesiącu. W przypadku mikro firm nawet jedna nieopłacana faktura od kluczowego klienta może spowodować problemy z płynnością finansową.

Podmioty gospodarcze tworzą łańcuch wzajemnych zależności. Gdy jedna firma nie otrzyma środków w terminie, nie jest w stanie uregulować swoich płatności wobec partnerów finansowych
i podwykonawców, w konsekwencji powstają zatory płatnicze. Ich skutkiem są nie tylko problemy z regulowaniem własnych zobowiązań, dodatkowe koszty, jakie musi ponosić firma, ale również czynniki niewymierne takie jak czas, zwiększone ryzyko prowadzenia biznesu, ale również ograniczone możliwości rozwoju i nakłady na inwestycję.

– Płynność finansowa jest ważna w przedsiębiorstwach ze wszystkich branż na rynku, ponieważ zapewnia prawidłowe funkcjonowanie. Ważne są działania prewencyjne, jak sprawdzanie wiarygodności kontrahentów, ale również aktywne wychodzenie z tego typu kryzysów przy wsparciu partnera finansowego, jakim jest firma faktoringowa. Jednym z narzędzi umożliwiających faktoring jako regularny przepływ należności jest faktoring. Według Bibby MŚP Index prawie co 10 firma wskazuje jako sposób na zabezpieczenie się przed niewypłacalnymi kontrahentamidodaje Jerzy Dąbrowski.

– Dobre praktyki wszystkich stron zaangażowanych w rynek – przedsiębiorców, instytucji finansowych czy branżowych oraz gospodarcza odpowiedzialność są kluczem do poprawy sytuacji wszystkich firm działających na rynku – komentuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services. W działaniach prowadzonych w ramach kampanii „Płacę Faktury – jestem gospodarczo odpowiedzialny skupiamy się na edukacji przedsiębiorców. Zależy nam na tym, aby wypracowali dobre nawyki biznesowe w interesie nie tylko własnym, ale również innych podmiotów – dodaje Jerzy Dąbrowski.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Historia kredytowa wpływa nie tylko na to, czy będziemy mogli skorzystać z zewnętrznego finansowania, ale w niektórych przypadkach może zaważyć także na warunkach oferty. Jest więc jedną z kluczowych kwestii decydujących o przyznaniu kredytu lub pożyczki. Eksperci MEDFinance wskazują, jak sprawić, by działała na naszą korzyść.

Dlaczego dobrze mieć zobowiązania

Historia kredytowa to informacje dotyczące naszych dotychczasowych zobowiązań wobec instytucji finansowych i tego, jak nimi zarządzaliśmy. Podczas analizy wniosków kredytowych specjaliści oceniają, jak wnioskodawcy radzili sobie ze spłatą swoich zobowiązań. Jeśli raty były regulowane terminowo lub nawet przed czasem, jest to czytelny sygnał, że klient racjonalnie zarządza finansami i udzielenie pożyczki nie stanowi dla instytucji ryzyka.

– To zwiększa szansę uzyskania pozytywnej decyzji kredytowej. Co więcej, dzięki mniejszemu ryzyku istnieje możliwość uzyskania większej sumy, lepszych warunków oferty lub obniżenia niektórych opłat związanych z zabezpieczeniem pożyczki – wyjaśnia Krzysztof Rabe, analityk firmy MEDFinance.

Informacje na temat naszej historii kredytowej dostępne są w Biurze Informacji Kredytowej (BIK). Instytucje finansowe pozyskują w nim raporty na temat wnioskodawców, w których zawarte są wiadomości dotyczące wysokości dotychczasowych zobowiązań, terminowości ich spłat lub ewentualnych opóźnień. Im więcej jest pozytywnych informacji, tym wyższa jest punktowa ocena wniosku. Na ocenę punktową w BIK składają się 4 główne kategorie: jakość kredytów (terminowe regulowanie zobowiązań), aktywność kredytowa (ilość zaciągniętych kredytów), wykorzystanie limitów kredytowych, ubieganie się o kredyty. Zdecydowanie największa waga przypisana jest do kategorii jakości kredytów, jest to około 76% oceny punktowej. W BIK-u znajdują się dane dotyczące nie tylko zaciąganych kredytów, ale też np. korzystania z kart kredytowych, przyznanych limitów w koncie czy nawet zakupów ratalnych. Warto aktywnie korzystać z tych produktów i rozwiązań, nawet jeśli np. stać nas, aby sfinansować zakupy bez rozłożenia płatności na raty. W przeciwnym razie stanowimy dla instytucji finansowej niewiadomą.

 Carte Blanche, czyli brak historii

Jeśli do tej pory nie korzystaliśmy z kart kredytowych, kredytów czy pożyczek, nie mamy żadnej historii kredytowej. Wbrew pozorom nie jest to dla nas dobra sytuacja. Instytucja, do której zwracamy się z wnioskiem o finansowanie nie może sprawdzić, jak do tej pory radziliśmy sobie w zarządzaniu dostępnymi środkami.

– Oczywiście brak historii kredytowej nie przesądza jeszcze o odrzuceniu wniosku. Pod uwagę brane są też inne parametry, np. osiągane dochody, koszty utrzymania, wartość posiadanych zobowiązań takich jak alimenty, wysokość wkładu własnego itp. Istotne są też kwestie poza finansowe, np. liczba osób w gospodarstwie domowym, stan cywilny czy wykonywany zawód. Jeśli wpływy na konto wnioskodawcy są odpowiednio wysokie i teoretycznie spłata pożyczki nie jest zagrożona, wniosek może być rozpatrzony pozytywnie – stwierdza ekspert MEDFinance.

Zła historia kredytowa  

W sytuacji, kiedy w przeszłości np. zaciągnęliśmy już jakąś pożyczkę lub sfinansowaliśmy zakup przy użyciu karty kredytowej i pojawiły się zaległości w uregulowaniu zobowiązania, mogą one zaważyć na decyzji o przyznaniu finansowania.  Istotne jest to, jak dawno doszło do opóźnień oraz jak sobie z nimi poradziliśmy.

– Gdy w przeszłości np. w wyniku chwilowych problemów finansowych, nie uregulowaliśmy raty lub dwóch, ale później wybrnęliśmy z sytuacji i pozbyliśmy się zaległości, nie musi być to zła wiadomość. Świadczy, że umiemy zarządzać finansami. Gorzej, gdy takie opóźnienie znajdzie finał u windykatora. To znacząco pogorszy naszą opinię w oczach pożyczkodawcyzwraca uwagę Krzysztof Rabe z MEDfinance.  

Nie oznacza to, że osoby, które w przeszłości miały problemy finansowe, nie będą już mogły skorzystać z zewnętrznych źródeł finansowania. Zwykle bowiem przy ocenie wniosku najważniejsze są najświeższe informacje, sięgające na kilka lub kilkanaście miesięcy wstecz. Jeśli w ciągu ostatniego roku sumiennie spłacaliśmy nasze zobowiązania i nasza kondycja finansowa jest stabilna, szanse na pozytywne rozpatrzenie wniosku rosną, nawet jeśli w dalszej przeszłości zdarzały się pewne problemy.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Sejm skierował do dalszych prac w Komisji Finansów Publicznych prezydencką nowelizację ustawy o wsparciu kredytobiorców, którzy zaciągnęli kredyt mieszkaniowy i znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej. Oznacza to, że spłacający tzw. kredyty frankowe mogą zapomnieć o ustawie spreadowej i pełnym przewalutowaniu swoich zobowiązań na złotówki. Jednak mogą skutecznie bronić się przed wysokimi ratami i nadmiernym zadłużeniem. Podpowiadamy rozwiązania, które można zastosować.

Ustawa ma wejść w życie 1 stycznia 2018 roku, jeśli projekt prezydenta Andrzeja Dudy zostanie przyjęty przez posłów. Co to oznacza? Osoby mające kredyty mieszkaniowe otrzymają co miesiąc wsparcie w wysokości 1,5-2 tys. zł przez 3 lata. Nieoprocentowaną pomoc finansową będą mogli spłacać przez 12 lat, pod warunkiem, że koszt kredytu przekracza 50 proc. ich dochodów. Wielu kredytobiorców nie czekało jednak na prawne rozwiązania, obecnie sprowadzające się do rolowania zadłużenia, czyli de facto wydłużenia okresu spłaty (z np. 30 do 42 lat), i sami starają się o odzyskanie na drodze sądowej zawyżonych ich zdaniem rat lub o dokonanie całkowitego oddłużenia na drodze upadłości konsumenckiej. A sprawa jest niebagatelna, dotyczy 600 tys. umów i aż miliona osób, które spłacają kredyty frankowe.

  1. Negocjacje z bankiem

To najszybsza forma rozwiązania sporu i nie musi nic kosztować. Zaczynamy od złożenia reklamacji do banku, który udzielił kredytu frankowego. Można do tego zatrudnić prawnika lub zrobić to samemu. Jak radzi Rzecznik Praw Obywatelskich na swojej stronie internetowej, reklamacja nie musi być sformułowana prawniczym językiem. Możemy napisać ją tak, jakbyśmy reklamowali niedziałający komputer. W piśmie wymieniamy wszystkie niedozwolone klauzule, które znalazły się w naszej umowie z bankiem. Jeśli nie znasz klauzul abuzywnych – zajrzyj na stronę internetową Rzecznika Finansowego (www.rf.gov.pl). Znajdziesz tam szczegółowy raport na temat klauzul abuzywnych wraz z orzecznictwem na ten temat.

– Z mojego doświadczenia wynika, że aż 90 proc. umów na tzw. kredyty frankowe jest niezgodnych z prawem i zawiera niedozwolone klauzule – twierdzi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Najczęściej klienci skarżą się na umowne klauzule waloryzacyjne podwyższające saldo zadłużenia (nieuzasadniona waloryzacja kwoty kapitału), przeliczanie rat przy użyciu tabel kursów ustalanych jednostronnie przez banki, mało konkretne i niejasne klauzule dotyczące zmiany oprocentowania kredytów, nieprawidłowe stosowanie opłat związanych z ubezpieczeniem niskiego wkładu własnego (zabezpieczają wyłącznie interes banku). Kredytobiorcy żądają od banków zwrotu nadpłat, które ich zdaniem powstały wskutek stosowania przez instytucje finansowe niedozwolonych klauzul.

Dodatkowo założyciel strony Odfrankujkredyt.info zaleca, aby reklamację dotyczącą każdej klauzuli niedozwolonej składać osobno, a nie w jednym piśmie. Bank ma 30 dni na odpowiedź, więc jeśli nie zdąży zareagować na jedno z pism, oznacza to, że uznaje reklamację.

  1. Mediacje z Rzecznikiem Finansowym

Jeśli bank nie uznał reklamacji, kredytobiorca może zwrócić się o pomoc do Rzecznika Finansowego, który działa od 2015 roku i wspiera konsumentów w sporach z instytucjami finansowymi. Wystarczy złożyć do niego bezpłatny wniosek o postępowanie interwencyjne, dołączając kopię umowy z bankiem. Eksperci z biura rzecznika dokonają szczegółowej analizy umowy kredytowej i w formie pisemnej przedstawią argumenty za uznaniem niektórych postanowień umowy za niedozwolone. To może w sposób istotny ułatwić negocjacje z bankiem.

Rzecznik Finansowy może również wszcząć postępowanie polubowne, czyli mediacje z bankiem. Wniosek o takie postępowanie kosztuje 50 zł. To jedyne tego typu postępowanie, do którego instytucja finansowa musi przystąpić. Jeżeli to nie skutkuje i konieczna będzie sprawa sądową, można prosić Rzecznika Finansowego o wydanie tzw. istotnego poglądu w sprawie. To nic innego jak obszerna i wyczerpująca analiza wad prawnych umowy, która może być bardzo przydatna w sądzie. Dotyczy to zarówno pozwów indywidualnych, jak i zbiorowych.

  1. Zawiadomienie do prokuratury

Stowarzyszenie Stop Bankowemu Bezprawiu zainicjowało akcję zgłaszania umów o frankowe kredyty do Prokuratury Rejonowej w Szczecinie. Zawiadomienie o przestępstwie w sprawie oszustw kredytowych jako pierwsze złożyło stowarzyszenie. Jak twierdzi, już 200 osób uzyskało status poszkodowanego. Zdaniem stowarzyszenia, jeśli prokurator stwierdzi, że bank dokonał oszustwa, to przewalutowanie kredytu i zwrot pobranych przez bank zawyżonych rat będzie o wiele łatwiejsze. Jednakże do tego postępowania mogą przyłączyć się jedynie osoby potencjalnie poszkodowane przez konkretnego kredytodawcę.

  1. Sprawa sądowa nie musi być trudna

Jeśli reklamacje i mediacje z udziałem Rzecznika Finansowego nie odniosły skutku, trzeba rozważyć wystąpienie do sądu. Można przystąpić do któregoś z pozwów zbiorowych przeciwko konkretnemu bankowi (dane kontaktowe osób, które je przygotowują, znajdziemy na stronie Bankowebezprawie.pl). Są już pozwy zbiorowe m.in. przeciwko Deutsche Bankowi, Reiffeisen Polbankowi i Pekao SA.

– Grupowe roszczenia są tańszym rozwiązaniem, ale musimy liczyć się z tym, że postępowanie sądowe będzie trwało 2-3 razy dłużej niż w przypadku indywidualnego pozwu – informuje prezes Stop Bankowemu Bezprawiu. Składając samodzielnie pozew, musisz się liczyć z koniecznością zatrudnienia prawnika specjalizującego się w sporach z instytucjami finansowymi. – Plusem jest to, że zazwyczaj jeśli klient wygra w pierwszej instancji, wiele banków nie odwołuje się lub zaczyna się z nim dogadywać – twierdzi Arkadiusz Szcześniak.

Powstają już jednak firmy, które pomagają w odzyskaniu roszczeń od banków. Jedną z nich jest Votum SA, która kredytuje postępowanie sądowe swoim klientom. Jej przedstawicielem jest Robert Moskwa, znany i popularny aktor z serialu „M jak miłość”: – Wystarczy wysłać do nas kopię umowy, a my zajmujemy się resztą. Zwracamy się do banku o dodatkowe dokumenty i składamy reklamację w imieniu naszego klienta. Żądamy zwrotu nadpłaty, która powstała na skutek klauzul abuzywnych, a jeśli to nie pomaga, kierujemy sprawę do sądu.

  1. Bank wypowiada kredyt

Wielu frankowiczów nie stać na płacenie wysokich rat i przestają spłacać kredyty. Po dwóch miesiącach bank ma prawo wypowiedzieć umowę kredytową. Zazwyczaj jednak bank czeka dłużej, wysyłając wezwania do zapłaty. To zaproszenie do negocjacji i warto wtedy podjąć rozmowy, chociaż kosztują one dużo nerwów.

Jeśli jednak bank nie chce podjąć negocjacji, sprawa nie jest jeszcze przegrana. Historia sporu sądowego z (prawdopodobnie) Santander Consumer Bankiem SA z 2015 roku pokazuje, że bankowy tytuł egzekucyjny może być wystawiony wadliwie. Klienci złożyli wobec niego sprzeciw do Sądu Okręgowego we Włocławku, a sąd go uznał, stwierdzając, że nie doszło do skutecznego wypowiedzenia umowy. Bank wezwał klientów do uregulowania zadłużenia, stwierdzając jednocześnie, że jeśli żądanie nie zostanie spełnione, będzie to równoznaczne z wypowiedzeniem kredytu. Zdaniem sądu bank powinien najpierw wezwać do zapłaty, a dopiero w kolejnym piśmie wypowiedzieć umowę.

  1. Świadomie nie płacić rat?

Zachęca do tego Igor Kowalski, założyciel strony Odfrankujkredyt.info. Sam wyliczył nadpłatę, którą miał w stosunku do banku stosującego zakazane prawem klauzule w umowie frankowej. Sąd wystawił mu nakaz zapłaty, a kredytobiorca wniósł wobec niego sprzeciw do sądu i wygrał w pierwszej instancji. Prawomocny wyrok uzyskało 20 marca 2017 r. pewne małżeństwo. Wydał go Sąd Okręgowy w Warszawie, który w całości odrzucił nakaz zapłaty i obciążył bank kosztami postępowania procesowego. Część banków idzie po rozum do głowy i po pierwszych przegranych procesach składa klientom ofertę umorzenia części kredytu. Na walkę sądową z bankiem trzeba jednak iść z dobrym prawnikiem, podkreśla założyciel tej strony.

Innego zdania jest Robert Moskwa, przedstawiciel Votum SA. – To najgorsze z możliwych rozwiązań. Trzeba płacić raty, bo sytuacja procesowa klienta jest wtedy znacznie lepsza – twierdzi.

Nie zgadza się z nim prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu. – W mojej ocenie niepłacenie rat jest w tej chwili jedną ze strategii w sądzie. Jest to o tyle prostsze, że nie mamy już bankowego tytułu egzekucyjnego i to bank musi udowodnić, że wyliczona przez niego kwota jest podana poprawnie. Z naszej praktyki wynika, że żadna kwota wyliczona w oparciu o kurs ustalany przez bank nie jest zgodna z prawem – uważa Arkadiusz Szcześniak.

  1. Upadłość konsumencka

Rozwiązaniem kompleksowym przy nadmiernym zadłużeniu jest upadłość konsumencka z końcowym całkowitym oddłużeniem. Kiedy mamy na głowie kilka kredytów i nie jesteśmy w stanie ich spłacić, a zdarzenia losowe (choroba, wypadek) i związana z tym długotrwała utrata pracy czy choćby obniżenie dochodów nie dają szansy na poprawę sytuacji – warto ogłosić upadłość konsumencką. Czasem to jedyna szansa na wyjście ze spirali długów.

– Celem upadłości konsumenckiej jest oddłużenie konsumenta, a zaspokojenie wierzycieli przesunięte jest na drugi plan. To pozwala dłużnikom wyjść z szarej strefy i rozpocząć „drugie życie” – uważa Małgorzata Anisimowicz, prezes kancelarii PMR Restrukturyzacje SA. – To także dobre rozwiązanie dla tych, którzy wzięli kredyt we frankach szwajcarskich. Takie osoby nieraz bez szczególnych perturbacji życiowych, jak np. utrata pracy czy zdrowia, nie są w stanie regulować swoich zobowiązań – dodaje. Wbrew pozorom w takiej sytuacji banki są bardziej chętne do ugody w toku postępowania konsumenckiego.

– Kiedy kredytobiorcy ogłaszają upadłość konsumencką, wtedy bank zaczyna być skłonny do rozmów – mówi Arkadiusz Szcześniak, prezes stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu.

Zdaniem prezes PMR Restrukturyzacje SA należy też obalić mit o syndyku, który puszcza dłużnika w skarpetach. – Po otwarciu postępowania upadłościowego bardzo wiele rzeczy nie podlega zajęciu (m.in. wyposażenie użytkowe mieszkania, ubrania, pościel, rzeczy niezbędne do pracy). Ale także większość przychodów, bo część wynagrodzenia jest wolna od zajęcia – wyjaśnia Małgorzata Anisimowicz. – Z ceny sprzedaży mieszkania sąd wyłącza i przekazuje dłużnikowi kwotę potrzebną na zaspokojenie potrzeb mieszkaniowych rodziny na okres do 24 miesięcy. Dlatego upadłość konsumencka nie jest tak demonicznie uciążliwa, jak to niektórzy przedstawiają, a zakończona całkowitym oddłużeniem daje dłużnikowi i jego rodzinie prawdziwy nowy start – dodaje.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Sierpniowa pula środków w programie Mieszkanie dla Młodych spowodowała lekką obniżkę cen mieszkań. W ciągu miesiąca Indeks Cen Transakcyjnych spadł o 1,14 proc., rok do roku wskaźnik praktycznie nie zmienił się.

Ostatnie dane Głównego Urzędu Statystycznego ujawniły kolejne rekordy aktywności deweloperów, którzy robią wszystko, by zaspokoić popyt. W ostatnich 12 miesiącach rozpoczęli oni budowę prawie 102 tys. lokali, co jest najwyższym wynikiem w historii. Co znamienne, na najwyższym poziomie jest też liczba mieszkań oddanych do użytkowania (86 tys.) oraz pozwoleń na budowę (129,5 tys.).

Udostępniona kupującym w sierpniu dodatkowa pula środków w programie Mieszkanie dla Młodych rozeszła się w około sześć godzin, w tym czasie wniosek o dopłaty złożyło około 2,5 tys. kredytobiorców. Nie pozostało to bez wpływu na ceny, gdyż mieszkania sprzedawane w ramach MdM są zwykle tańsze. W zbiorze transakcji służącym do wyliczenia Indeksu Cen Transakcyjnych (powstaje on na podstawie cen mieszkań kupionych przez klientów Home Brokera i Open Finance) wzrosła więc liczba tańszych lokali, co przełożyło się na spadek indeksu. W sierpniu był on skromny (0,07 proc.), ale we wrześniu już zauważalny (1,14 proc.), co da się wytłumaczyć czasem trwania procesu kredytowego (w MdM liczy się data złożenia wniosku kredytowego). Spodziewamy się jednak, że jest to chwilowe zatrzymanie trendu wzrostowego, do powtórki dojdzie w styczniu i lutym 2018 r. kiedy to na rynku pojawi się kolejna pula środków w MdM.

Taniej w Warszawie, a drożej w Łodzi

We wrześniu przeciętna cena transakcyjna metra kwadratowego mieszkania w Warszawie spadła do 7206 zł. Rok do roku oznacza to obniżkę o 1,5, a miesiąc do miesiąca o 1,4 proc. Stolica pozostaje najważniejszym rynkiem nieruchomości w naszym kraju. Deweloperzy budują tu na potęgę, a inwestorzy na pniu wykupują najlepsze lokale. Sprzyja temu duże zróżnicowanie oferty, zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym.

W skali roku ceny nieznacznie spadły też w Białymstoku, Krakowie i Szczecinie, a do większej obniżki doszło w Gdyni (4,3 proc.). W większości badanych przez Home Brokera i Open Finance lokalizacji stawki za metr kwadratowy jednak rosły. Najbardziej w Łodzi, gdzie aktualna cena metra kwadratowego to prawie 4,3 tys. zł, podczas gdy w pierwszej połowie ubiegłego roku było to mniej niż 3,5 tys. zł. Kilkunastoprocentowy wzrost cen transakcyjnych nie musi jednak oznaczać, że podrożały konkretne lokale. Rzecz w tym, że zmienia się struktura sprzedawanych mieszkań. Łódzki rynek pierwotny przeżywa prawdziwy boom, a mieszkania nowe są droższe od tych z drugiej ręki. Z najnowszego raportu firmy REAS wynika, że w ostatnich 12 miesiącach sprzedano o ponad 40 proc. nowych mieszkań więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Deweloperzy wyczuli dobry czas i szybko rozpoczynają kolejne inwestycje. Liczba mieszkań wprowadzonych do sprzedaży w ostatnim kwartale wzrosła rok do roku ponad dwu i półkrotnie.

Coraz więcej kredytów

Co prawda pierwsze skrzypce na rynku niezmiennie grają nabywcy gotówkowi, ale też coraz tłumniej dołączają do nich osoby, które w celu zakupu „czterech kątów” udają się po finansowanie do banku. Popyt na kredyty mieszkaniowe wzrósł względem 2016 roku o ponad 20 proc. – wynika z danych Open Finance za trzy kwartały br. Podobne, choć trochę mniej optymistyczne wyliczenia, publikuje też BIK. Ta instytucja sugeruje, że przez dziewięć miesięcy br. Polacy złożyli wnioski kredytowe opiewające na kwotę o 13,5 proc. wyższą niż w analogicznym okresie przed rokiem. Najnowsze dane REAS mówią także o tym, że deweloperzy wyznaczyli kolejny rekord liczby sprzedanych mieszkań. W okresie od czwartego kwartału 2016 roku do trzeciego kwartału br. na sześciu największych rynkach sprzedano bez mała 72 tys. mieszkań. To dwa razy więcej niż u szczytu ostatniej hossy.

W oczekiwaniu na styczniowy MdM i Mieszkanie Plus

To co się dzieje na rynku mieszkaniowym w dużej mierze zależy od jego otoczenia. Wspomniano już o tym, jak kolejne środki w Mieszkaniu dla Młodych wpływają na statystykę. Od początku stycznia do wzięcia będzie 380 mln zł, co powinno wystarczyć dla 13-14 tys. kredytobiorców. Spodziewamy się, że środki rozejdą się w maksymalnie kilkanaście dni, taka siła nie może nie zostawić śladu na statystyce. Aby załapać się na pieniądze należy wybrać mieszkanie, podpisać umowę przedwstępną lub deweloperską i zebrać wszystkie dokumenty potrzebne do złożenia wniosku kredytowego. Tylko dokładne przygotowanie pozwoli na początku stycznia 2018 roku wysłać odpowiedni wniosek kredytowy rezerwując tym samym środki na dofinansowanie. Trzeba pamiętać, że liczy się tu kolejność zgłoszeń, a ostatni rok pokazał, że pieniądze znikają błyskawicznie.

Z drugiej strony coraz więcej dzieje się w temacie nowego programu – Mieszkanie Plus. Tu wprawdzie sens działania jest inny, bo nie chodzi o wspieranie kredytobiorców, ale o wprowadzenie tanich mieszkań na wynajem z opcją dojścia do własności. Wpływ tego pomysłu na rynek mieszkaniowy jest jednak trochę zagadkowy, gdyż nadal nie wiadomo dokładnie, w jaki sposób wybierani będą beneficjenci rozwiązania. Należy mieć się na baczności, bo tam gdzie pojawi się dużo nowych tanich mieszkań, zachwiania na lokalnych rynkach najmu są niemal pewne.

Kiedy ochłodzenie?

Jest kilka czynników, które mogą ostudzić zapędy kupujących. Przede wszystkim to wyższe stopy procentowe. Nie spodziewamy się podwyżki w najbliższych kilku kwartałach, ale w końcu do niej dojdzie, a wówczas z jednej strony pojawią się utrudnienia w dostępie do kredytów hipotecznych, a z drugiej wzrośnie atrakcyjność bankowych depozytów i kupujący nieruchomości za gotówkę zaczną się wykruszać. Warto też zwracać uwagę na podejście banków do akcji kredytowej, bo od nastawienia instytucji finansujących zależy bardzo wiele.

 

 

 

Źródło: Homebroker.pl

 24 listopada 2017 –  Bank Przyjazny dla Przedsiębiorców jest organizowany przez Fundację „Instytut Badań nad Demokracją i Przedsiębiorstwem Prywatnym”, działającą przy Krajowej Izbie Gospodarczej.

W konkursie mogą wziąć udział wszystkie banki, które świadczą usługi z zakresu obsługi finansowej małych i średnich przedsiębiorstw.

Główne cele konkursu:

  • wspieranie budowy wysokiej kultury współpracy pomiędzy instytucjami finansowymi a przedsiębiorcami,
  • tworzenie klimatu wzajemnego zaufania,
  • popularyzowanie innowacji wprowadzanych w instytucjach finansowych, zmierzających do lepszego zaspokojenia potrzeb finansowych małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) oraz uzyskanie synergicznego efektu rozwojowego banków, jak i sektora MŚP w Polsce,
  • wyróżnienie tych instytucji finansowych, które dokonały poważnego wysiłku w celu poszerzenia dostępności swoich usług dla małych i średnich przedsiębiorstw.

 

Zapraszamy do udziału w wydarzeniu.

www.bankprzyjazny.pl

To, że banki naliczają nam różnego rodzaju prowizje nie jest niczym niezwykłym. Niektóre z nich są jednak wyjątkowo denerwujące. Expander przedstawia subiektywny ranking tych, które mogą wywoływać w nas najwięcej negatywnych emocji.

#1 Za wypłatę z „darmowego” bankomatu

Według nas liderem w denerwowaniu klientów jest nietypowe obciążenie naliczane za wypłatę z bankomatu zbyt małej kwoty. Jeśli klient mBanku lub Alior Banku wypłaci z urządzenia Euronetu 100 zł lub więcej, to operacja będzie darmowa, ale jeśli będzie to mniejsza kwota – zapłaci prowizję. Wynosi ona 3 zł w przypadku mBanku i 5 zł w Aliorze. Opłaty nie są więc szczególnie wysokie, ale mogą bardzo irytować. Zapewne klienci najczęściej płacą je wtedy, gdy z pośpiechu zapomną, że nie opłaca się wypłacać małych kwot.

#2 Za wypłatę z konta oszczędnościowego

Drugie miejsce w naszym zestawieniu denerwujących opłat zajęła prowizja za wypłatę środków z konta oszczędnościowego. Jeśli jest ona naliczana to zwykle dopiero za drugą i każdą kolejną wypłatę w miesiącu kalendarzowym. Zwykle wynosi od 5 zł do 10 zł. Jest denerwująca, gdyż nierzadko przewyższa kwotę odsetek jaką uzyskamy w danym miesiącu. Dzieje się tak, ponieważ obecnie oprocentowanie takich kont jest bardzo niskie. Na przykład, przy kwocie poniżej 10 000 zł w Pekao wynosi zaledwie 0,2% w skali roku. Jeśli średnie saldo na rachunku wyniesie 3000 zł, to po 30 dniach otrzymamy jedynie 40 groszy odsetek. Tymczasem opłata za druga wypłatę z konta w miesiącu w tym banku to 8 zł. Nie powinno więc dziwić podirytowanie osób, które zostaną obciążone tą prowizją oraz fakt, że coraz więcej Polaków trzyma oszczędności na nieoprocentowanym koncie osobistym.

#3 Opłata warunkowa za kartę lub konto

Banki często stosują obecnie zasadę, że możemy korzystać z konta czy karty płatniczej za darmo, ale pod pewnym warunkiem. Najczęściej jest nim konieczność wykonania odpowiedniej liczby płatności lub zapewnienie wpływu określonej kwoty. Czasami zdarza się jednak tak, że  zapomnimy dokonać odpowiedniej liczby transakcji kartą lub z jakiegoś powodu pensja wpłynie z opóźnieniem i zostanie zaksięgowana dopiero w kolejnym miesiącu. Wtedy bank naliczy prowizję i jest to szczególnie bolesne w przypadku, gdy mamy bogaty pakiet konta lub prestiżową kartę. Na przykład posiadacz konta Citigold w Citi Banku może zapłacić za  jego miesięczne prowadzenie nawet 220 zł.

#4  Przewalutowanie transakcji w walutach obcych

Koszty przewalutowań w bankach są bardzo wysokie. Instytucje finansowe zdały już sobie sprawę z tego jak bardzo to drażni i zniechęca do nich klientów. Coraz więcej z nich wprowadza karty walutowe i wielowalutowe, które pozwalają obniżyć tego rodzaju opłaty. Jednak wysokie i bardzo denerwujące koszty przewalutowania można ponieść nawet posiadając taką specjalną kartę, są one bowiem powiązane z kontem walutowym. Jeśli przez pomyłkę przelejemy pieniądze z konta złotówkowego na walutowe lub odwrotnie, to kwota zostanie przeliczona po kursie bankowym. W nim jest jednak ukryta prowizja wynosząca ok. 3% przeliczanej sumy. Jeśli więc zamiast na konto oszczędnościowe przelejemy 10 000 zł na konto walutowe, to stracimy na takiej operacji ok. 300 zł. Jeśli będziemy chcieli przelać pieniądze ponownie na konto w złotych, znów nastąpi przewalutowanie i stracimy kolejne 300 zł. Może to naprawdę zdenerwować nieuważnego klienta banku.

 

 

Źródło: Expander

Rewolucja technologiczna w świecie finansów rozgościła się na dobre. Internet i nowe formy zdalnego dostępu do rachunku sprawiły, że klient nie odwiedza już placówki banku tak często jak kiedyś. Ten trend potwierdzają statystyki – według danych Komisji Nadzoru Bankowego liczba fizycznych placówek instytucji finansowych jest obecnie najniższa od 2012 roku. Co będzie dalej z oddziałami instytucji finansowych i dokąd zmierza bankowość? O tym opowiada Sławomir Pawlik, Dyrektor Wykonawczy Profi Credit, firmy będącej wiceliderem polskiego rynku pożyczkowego.

Z roku na rok jesteśmy coraz bardziej cyfrowi – to jednak nie znaczy, że przenieśliśmy się całkowicie do wirtualnej rzeczywistości, a oddziały instytucji finansowych przestają być potrzebne. Według danych NBP ponad jedna trzecia klientów woli bezpośredni kontakt z doradcą finansowym. Cenimy oczywiście szybkość i wygodę jaką daje korzystanie z usług finansowych online, jednak bankowość mobilna służy nam przede wszystkim do realizacji prostych spraw, jak sprawdzenie salda czy wykonanie przelewu. Bardziej skomplikowane operacje – otwarcie lub zamknięcie konta czy założenie lokaty – nadal wolimy wykonać w oddziale, który stanowi dla nas potwierdzenie wiarygodności danej instytucji.

Jak wynika z badania KPMG „Bankowanie i klikanie” odwiedzając przedstawicielstwo banku czy firmy pożyczkowej liczymy przede wszystkim na fachową poradę oraz ofertę skrojoną na miarę. I to właśnie dostajemy – instytucje finansowe „premiują” tych, którzy przychodzą do oddziałów. Takie osoby mogą na przykład liczyć na lepsze warunki pożyczki: wyższą kwotę czy dłuższy okres kredytowania. Dodatkowe finansowanie w wysokości 100 tys. dużo łatwiej uzyskać wybierając się do fizycznej placówki banku czy firmy pożyczkowej – dotyczy to zarówno osób prywatnych jak i przedsiębiorców. Dlaczego tak się dzieje? Bo bardziej ufamy tym, których znamy, a nasza wizyta w oddziale jest jednym z elementów potwierdzającym naszą wiarygodność.

Przy okazji rozważań na temat konieczności istnienia placówek instytucji finansowych nie można zapomnieć  o osobach, które z różnych powodów, nie mogą korzystać z nowych technologii. Tzw. wykluczenie cyfrowe jest według Kancelarii Senatu udziałem niemal jednej czwartej Polaków! Są to przeważnie osoby powyżej 65 roku życia. Nie sprawdzą one salda w aplikacji mobilnej i nie wykonają przelewu za pośrednictwem bankowości internetowej. Dla nich oddział to jedyna możliwość kontaktu z instytucją finansową!

Otaczający nas świat nijak przypomina ten z 1998 roku, gdy Powszechny Bank Gospodarczy udostępnił swoim klientom pierwsze w kraju konto dostępne za pośrednictwem internetu. Dziś Polska jest jednym z liderów w zaawansowanej bankowości. Pod względem korzystania z technologii, takich jak płatności zbliżeniowe, rozwiązania typu pay-by-link czy przelewy typu BLIK, jesteśmy w europejskiej czołówce. To właśnie dlatego Google zdecydował, że będziemy jednym z dwóch europejskich krajów testujących płatności mobilne Android Pay. Z tego również powodu Profi Credit kończy właśnie projekt związany z uruchomieniem nowoczesnej platformy online, dzięki której w prosty i wygodny sposób można będzie pozyskać dodatkowe finansowanie.

Wirtualna rzeczywistość odgrywa coraz większą rolę w świecie finansów, jednak miną dziesiątki lat nim online zastąpi offline. Czynnik ludzki jest nie do przeskoczenia, a zarówno klienci jak i banki czy firmy pożyczkowe większym zaufaniem darzą to, co namacalne.  Instytucje finansowe jak najlepiej starają się dostosować swoją ofertę do wymagań rynku – łączyć zalety obu kanałów sprzedaży. Jak wynika z badania The Digital Banking Expert Survey jedynie 5 procent planuje całkowitą rezygnację z tradycyjnych oddziałów. Większość w najbliższych latach postawi na placówki łączące tradycyjną obsługę z najnowszymi technologiami, które będą pełniły rolę centrów doradczych.

Wzrost ryzyka kredytowania małego biznesu

Z najnowszej ankiety Narodowego Banku Polskiego (NBP) wynika, że w drugim kwartale tego roku zaostrzeniu uległy warunki udzielania krótkoterminowych pożyczek dla małych i średnich przedsiębiorstw. Z jednej strony wzrosły pozaodsetkowe koszty kredytu, a z drugiej skróceniu uległ maksymalny możliwy czas kredytowania. Banki zaostrzenie wymagań tłumaczą wzrostem ryzyka związanego z kredytowaniem małego biznesu, w szczególności kilku branż. Tradycyjnie do tych szczególnie mocno prześwietlanych przez instytucje finansowe należą budowlanka, transport, ostatnio także IT. Zawieszanie działalności, księgowość prowadzona w formule ryczałtu, a przede wszystkim strata na koniec roku zazwyczaj dyskwalifikują w oczach bankowców przedsiębiorców starających się o finansowanie.

Gdzie bank nie może…

Z tej samej ankiety NBP wynika, że banki odczuły zwiększenie się popytu na kredyty dla firm. Korzystają na tym inne instytucje finansowe, do których przedsiębiorcy zwracają się po środki na bieżącą działalność lub inwestycje. Niepokoju wyrażonego przez banki w ankiecie nie odczuwa branża faktoringowa, również zajmująca się finansowaniem działalności MSP.

– Nie podzielam obaw banków, my aktualnie nie wprowadzamy żadnych zaostrzeń warunków finansowania przedsiębiorstw. Oczywiście spośród zgłaszających się do nas są firmy mniej i bardziej stabilne, ale przy rzetelnej ocenie można zminimalizować ryzyko i odpowiedzieć sobie na pytanie, czy finansowanie takiego podmiotu będzie rodziło problemy. Niezależnie od reakcji banków na bieżącą sytuację, firmy faktoringowe, takie jak nasza, zawsze w większym stopniu zwracają uwagę na kontrahentów naszego klienta i zawarte kontrakty, niż na bieżące zadłużenie w ZUS lub US, czy też krótki okres działalności przedsiębiorstwa – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Pieniądze pożyczone vs własne zarobione

Inny system oceny czy przedsiębiorca zasługuje na finansowanie i czy jego wsparcie nie niesie ryzyka, przynosi korzyści branży faktoringowej, która z roku na roku ma większy udział w finansowaniu firm. Jeszcze 10 lat temu udział był śladowy i niemal niezauważalny. Obecnie z takiej formy finansowania korzysta nawet 10% przedsiębiorców, a wzrost obrotów branży faktoringowej osiąga dwucyfrowe wskaźniki. Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku (dane Polski Związek Faktorów – PZF).

– Obawy banków przed finansowaniem MSP zmuszają przedsiębiorców do poszukiwania innych źródeł finansowania. Naturalnym wyborem stają się firmy faktoringowe, które są relatywnie tańsze od firm pożyczkowych, a jednocześnie bardziej elastyczne w analizie, oczekiwanych zabezpieczeniach, a także już na etapie wykonywania umowy (finansowania konkretnych faktur). Właśnie elastyczność na każdym etapie współpracy z klientem uważam za nasz największy atut. Jednocześnie ciągle pracujemy nad tym, aby nasza oferta była jeszcze lepiej dopasowana do potrzeb i możliwości MSP. Od kilku lat intensywnie rozwijamy również siły sprzedażowe i analityczne, żeby nadążyć za potrzebami przedsiębiorców z grupy MSP – Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

W przypadku finansowania za pomocą faktoringu wypłacane są środki, które przedsiębiorca już zarobił i wystawił na nie niekwestionowaną przez odbiorcę fakturę, jednak zmuszony jest długo czekać na przelew. Faktoring zmniejsza ten czas do kilkudziesięciu godzin.

Postrzeganie zaburzeń funkcjonowania instytucji to jeden z elementów, który posłużył do oceny moralności finansowej Polaków. Wyniki badania przedstawione w raporcie „Moralność finansowa Polaków”wykazały, że najsurowiej oceniamy wysokość prowizji w firmach finansowych, jasność przekazu proponowanych ofert oraz wysokość wypłat ubezpieczeń. Badanie ukazało także stosunek społeczeństwa do osób zadłużonych. Zatem, którym narzędziom rynku finansowego ufamy bardziej? Czy osoby unikające oddawania długów są w Polsce źle postrzegane w swoim środowisku?

Od dwóch lat Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce prowadzi badanie „Moralność Finansowa Polaków”. Jednym z partnerów publikacji w 2017 r. jest firma Lindorff SA. Badanie wykazało na ile Polacy są w stanie dostrzec anomie rynku finansowego oraz jak je postrzegają. Respondenci zostali poproszeni o określenie swojego stanowiska w kilku wymiarach, którymi są: poczucie rzetelności oferty przedstawianej przez instytucje finansowe; wysokość prowizji w firmach finansowych, poziom wypłat ubezpieczeń, ochrona prawna klienta na rynku finansowym, stopień zaufania do większości instytucji finansowych; ocena osób unikających oddawania długów (poziom skuteczności społecznych sankcji). Badani najbardziej „wyrozumiali” okazali się w przypadku trzech ostatnich płaszczyzn.

Bezpiecznie jak… w banku?

Badanie wykazało, jak ankietowani postrzegają płaszczyznę poczucia bezpieczeństwa gwarantowanego przez instytucje państwowe (w szczególności prawo). W tym celu zadano respondentom pytanie: „czy (prawna) ochrona klienta na rynku finansowym jest wystarczająca?”. Blisko ¼ respondentów wyraziła aprobatę tego twierdzenia, przy czym 3% z nich było pewnych swojego stanowiska. Prawie 76% badanych stwierdziło, że ochrona jest niewystarczająca, w tym ponad 26% respondentów było stuprocentowo o tym przekonana. Jak zauważa prof. Anna Lewicka-Strzałecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, autorka badania „Moralność finansowa Polaków”, wyższe poczucie bezpieczeństwa deklarują osoby w wieku 18-29 lat, żyjące z rolnictwa, mieszkające na wsi.

Nieufny konsument

Czy badani uważają, że większości instytucji finansowych można ufać? Okazało się, że ponad 1/3 ankietowanych darzy zaufaniem firmy finansowe, choć w większości to „niezdecydowane” głosy. Aż 2/3 ankietowanych nie ufa instytucjom finansowym, w 21% procentach szczególnie wyrażając swoją obawę.

Ważnym wyznacznikiem poziomu rynkowej anomii jest zaufanie do instytucji finansowych, które zostało zmierzone za pomocą pytania „czy większości instytucji finansowych można ufać?”. Odsetek pozytywnych odpowiedzi na to pytanie wyniósł 34% i odpowiednio negatywnych – 66%. Najmniej ufają instytucjom finansowym osoby mające problem ze spłatą zobowiązań finansowych, z wykształceniem zasadniczym zawodowym, gimnazjalnym lub podstawowym, prowadzące własny biznes, mieszkające w miastach do 10 tys. mieszkańców – uzupełnia prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Niekorzystny wizerunek dłużnika

Najwyżej ocenianym wymiarem instytucjonalnej regulacji okazało się poczucie skuteczności społecznych sankcji (wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie: „czy w Polsce, osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”). Blisko 60% ankietowanych stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze odbierane. Ponad 1/5 badanych była tego w zupełności pewna. Natomiast mniej niż 1 na 10 badanych zdecydowanie zaprzeczył temu stwierdzeniu.

Najmniej negatywnie ocenianym wymiarem instytucjonalnej deformacji okazało poczucie skuteczności społecznych sankcji, wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie „czy w Polsce osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”. Przekonanie o funkcjonowaniu społecznej instytucji, stojącej na straży przestrzegania tej normy wyraziło 58% badanych osób i odpowiednio negatywnej odpowiedzi na to pytanie, wskazującej na erozję społecznej normy nakazującej wywiązywanie się ze zobowiązań finansowych udzieliło 42%. Opinię o skuteczności społecznej presji na oddawanie długów częściej wyrażają mężczyźni, osoby w wieku 30-49 lat, z wykształceniem średnim lub policealnym, żyjący z rolnictwa, mieszkający na wsi lub w mieście poniżej 10 tys. mieszkańców. Ocena presji społecznej na oddawanie długów okazuje się bardziej pozytywna niż ocena funkcjonowania formalnych instytucji finansowych. Tym niemniej, ponad dwie piąte respondentów wyraziło przekonanie, że ludzie coraz mniej obawiają się napiętnowania ze strony dalszego czy bliższego otoczenia z powodu unikania spłacania długów i potencjalna dezaprobata, skłaniająca do wywiązywania się ze zobowiązań finansowych traci znaczenie – kończy prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Jak wielu z nas w swoim życiu wpadło w zadłużenie? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA, 41% respondentów przynajmniej raz w życiu było lub jest obecnie dłużnikiem. Jeśli podzielimy odpowiedzi ankietowanych ze względu na płeć, uzyskamy wyniki wskazujące na to, że powyższą statystykę tworzy 40% wszystkich badanych kobiet oraz 42% wszystkich ankietowanych mężczyzn. A czy Polak-dłużnik czuje się wyobcowany? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, 26% ankietowanych odpowiedziało „tak” lub „raczej tak”. W tym podział odpowiedzi na kobiece i męskie klaruje dużo wyraźniejsze dysproporcje, bowiem aż 35% badanych kobiet czuje się wyobcowanych z powodu posiadanego zadłużenia (z czego 25% wszystkich odpowiedzi stanowiło „zdecydowanie tak”) – w kontraście do 18% mężczyzn. Wskazuje to na fakt, że jednak częściej deklarujemy dezaprobatę wobec osób zadłużonych, niż faktycznie czujemy represje, gdy sami zaliczamy się do ich grona (62% wszystkich ankietowanych w badaniu zleconym przez Lindorff SA „raczej” lub „zdecydowanie” nie czuje się wyobcowana z powodu bycia dłużnikiem).

Biorąc pod uwagę powyższe odpowiedzi respondentów, można stwierdzić, że Polacy zdecydowanie surowiej oceniają zaburzenia funkcjonowania  instytucji finansowych w porównaniu z oceną nierzetelnych dłużników. 83% uważa, że informacje przedstawiane przez instytucje finansowe są niepełne i niezrozumiałe. Blisko 80% ocenia prowizje bankowe jako za wysokie, a odszkodowania za niskie. Przy czym zaledwie 6 na 10 Polaków stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze widziane.

 

Źródło: Lindorff SA

Z szacunków AllClear ID wynika, że europejskie banki mogą zapłacić nawet 4,7 miliarda euro kar
w ciągu pierwszych trzech lat od momentu obowiązywania nowej unijnej regulacji o ochronie danych (GDPR), czyli od maja 2018 r., jeżeli nie zastosują się do wprowadzonych zmian. W ciągu minionej dekady tylko największe europejskie banki padły ofiarą ataków co najmniej 27 razy, z czego niektóre więcej niż jednokrotnie. Z raportu Capgemini wynika, że naruszenia bezpieczeństwa dotyczą nawet 1 na 4 instytucje z sektora finansowego. Jednocześnie, tylko co drugi bank lub ubezpieczyciel posiada dziś adekwatną politykę bezpieczeństwa.

Jak pokazują badania, ataki, których celem są przechowywane przez instytucje finansowe dane osób fizycznych, stanowią realne zagrożenie biznesowe. Jeden na czterech przedstawicieli banków i firm ubezpieczeniowych, który brał udział w tegorocznym badaniu Capgemini przyznał, że jego instytucja padła ofiarą ataku hakerskiego.  Z kolei firma AllClear ID przeanalizowała średnią częstotliwość takich incydentów. Na jej podstawie obliczyła, że z momentem obowiązywania nowych przepisów, europejskie banki mogą się liczyć z koniecznością zapłacenia nawet 4,7 mld euro kar, jeśli nie spełnią wymogów stawianych przez nowe prawo.

Ważnym wyzwaniem jest nowy obowiązek poinformowania o naruszeniu bezpieczeństwa danych w ciągu 72 godzin od incydentu. Sankcjom podlega także m.in. użycie danych do innych celów niż te, na które użytkownik wyraził zgodę w momencie ich gromadzenia. Bowiem wedle nowego prawa, zakres wykorzystania danych zbieranych od użytkownika powinien zostać szczegółowo określony – instytucja finansowa, która pobiera dane od osoby wnioskującej o kredyt, nie może ich użyć do innych działań, np. do oceny wiarygodności klienta w innym obszarze. Ograniczeniom może podlegać także profilowanie i segmentowanie klientów i usług pod kątem wybranych danych, na wykorzystanie których nie została udzielona osobna zgoda.

Najpierw zmiana podejścia, potem inwestycje

Nowe regulacje w zakresie bezpieczeństwa danych osobowych wprowadzają na tyle rozległe zmiany, że instytucje finansowe obawiają się o nakłady finansowe potrzebne do ich wdrożenia.

Zanim instytucja zdecyduje się na inwestycje w konkretny produkt związany z nową infrastrukturą zarządzania danymi, powinna zacząć od zmiany swojego dotychczasowego podejścia do prowadzenia biznesu, w szczególności obrotu danymi osób fizycznych. Pierwszym krokiem powinien być audyt tego, w jaki sposób pozyskiwane i przechowywane są dane, do czego są później wykorzystywane, a także, jak zminimalizować ilość przetwarzanych informacji. Inwestycje w narzędzia IT, które pozwolą spełnić wymogi stawiane przez regulację, to dopiero kolejny etap przygotowań – komentuje Marek Najmajer, ekspert Linux Polska.

W świetle dotychczasowych przepisów instytucjom finansowym wystarczała ogólna zgoda na wykorzystanie danych osobowych pobieranych od klientów. Administrator tych danych pozostawał prawnie chroniony, jeśli wdrożył ogólne zasady bezpieczeństwa. Nowe regulacje oznaczają, że wiele systemów IT stosowanych w bankach i instytucjach od wielu lat i działających bez zarzutu, teraz przestanie spełniać swoje funkcje. Nawet dla dużego i dobrze prosperującego przedsiębiorstwa, kompletna zmiana dotychczas używanej infrastruktury IT i wymiana oprogramowania dbającego o bezpieczeństwo baz danych osobowych, byłaby niezmiernie kosztowna. Eksperci sugerują podejście minimalizujące koszty zmian w systemach, zapewniające szybkie korzyści ze wdrożenia. Takie rozwiązanie  polega na ograniczeniu zmian w istniejących już, trudnych do modyfikacji, aplikacjach i otoczeniu ich rozwiązaniami czuwającymi nad przepływem danych.

Zmiany regulacyjne wymagają uzupełnienia infrastruktury IT, która pozwoli na śledzenie nieupoważnionych prób pozyskania danych osobowych i rejestrację takich działań. Te systemy powinny z kolei współpracować
z rozwiązaniami takimi jak platformy SIEM (Security Information and Event Management), które służą do zaawansowanej analityki zdarzeń i powinny zostać poszerzone o analizę zachowań użytkownika. Takie rozwiązanie pozwala z jednej strony na ochronę przed incydentami złamania bezpieczeństwa, z drugiej dostarcza dodatkowych informacji o wszystkich udostępnieniach, odczytach, zapisach, przekazaniach danych. Pozwala też na zweryfikowanie, czy na każde z tych udostępnień, została udzielona zgoda właściciela danych. Dodatkowo umożliwia sprawdzenie, czy dane nie zostały nielegalnie pobrane
– wyjaśnia Marek Najmajer, Linux Polska.

Zdążyć na czas

Jednym z ważniejszych wyzwań związanych z przystosowaniem się przez instytucje finansowe do wprowadzenia GDPR jest krótki czas pozostały do momentu, kiedy zaczną obowiązywać regulacje (maj 2018), przy jednoczesnych wątpliwościach związanych z interpretacją przepisów.

Firmy, które do tego momentu nie rozpoczęły jakichkolwiek działań, już są spóźnione. Jeżeli chodzi o czekające je kary, jeszcze nie ma wykładni prawnej, więc nie ma pewności, jak będzie wyglądało w praktyce egzekwowanie nowego prawa. Dopiero pierwszy wyrok skazujący będzie wskazówką dla sądów, jak rozpatrywać takie sprawy. Wydaje się, że pomóc w uniknięciu lub ograniczeniu kar tym firmom, które jeszcze nie zaczęły przygotowań do wdrożenia nowych regulacji może rzetelna ocena ryzyka i analiza tych aplikacji i oprogramowania, którym dysponują obecnie oraz realny i wdrażany plan działań zmierzających do ograniczenia tego ryzyka – dodaje Marek Najmajer, Linux Polska.

 

 

Wypowiedź: Marek Najmajer, Linux Polska

 Emocje, które budzi ta dyscyplina, sprawiają, że na całym świecie przyciąga ona nie tylko kibiców, ale też firmy, które są gotowe inwestować w nią duże pieniądze. A jak jest w Polsce? Jak wynika z autorskiej analizy firmy doradczej Deloitte sponsoring piłki nożnej w Polsce, i to zarówno na poziomie lokalnym, jak i krajowym, jest wciąż na wstępnym etapie rozwoju, ale ma przed sobą obiecujące perspektywy. Wśród sponsorów najliczniej reprezentowaną grupą są firmy z branży budowlanej i transportowej. Za to, zupełnie inaczej niż w krajach zachodniej Europy, niemal zupełnie niewidoczne są instytucje finansowe, oraz firmy telekomunikacyjne.

Badanie Deloitte, mające na celu ocenę poziomu rozwoju sponsoringu piłki nożnej w Polsce, objęło kluby grające w rozgrywkach Ekstraklasy (sezon 2017/2018), spółkę Ekstraklasa, reprezentację Polski w piłce nożnej oraz Polski Związek Piłki Nożnej. Łącznie przeanalizowano 314 organizacji, które zdecydowały się zaangażować w sponsorowanie piłki nożnej.

Sponsorzy głównie prywatni i lokalni

– Piłka nożna, jest dyscypliną sportową, która pochłania największą część tortu sponsoringu sportowego. Zainteresowanie potencjalnych sponsorów nie dziwi, biorąc pod uwagę wysoki wskaźnik oglądalności meczów piłki nożnej i emocje wśród kibiców, które wzbudza ten sport – mówi Marcin Diakonowicz, Partner w Dziale Deloitte, Lider Sport Business Group w Deloitte.

Jak wynika z analizy Deloitte połowa spółek (50 proc.) będących sponsorami i/lub partnerami klubów oraz związków i organizacji piłkarskich w Polsce stanowią firmy prywatne o zasięgu lokalnym. Ponad jedna trzecia (37 proc.) to przedsiębiorstwa prywatne prowadzące działalność ogólnokrajową oraz zagraniczną, a pozostała część (13 proc.) przypada na spółki Skarbu Państwa, samorządy oraz jednostki samorządu terytorialnego.

Szeroka gama branż

– Wśród firm zaangażowanych w polską piłkę nożną występuje duże rozdrobnienie branżowe. Spółki z dziesięciu sektorów, w której jest najwięcej spółek inwestujących w piłkę nożną, stanowi 52 proc. wszystkich sponsorów i partnerów biznesowych – mówi Łukasz Lachowski, Menedżer w Deloitte. Najliczniejszą grupę, mającą 11 proc. udziału w rynku sponsoringu, stanowią spółki budowlane (34) oraz firmy transportowe (27) z 9 proc. udziałem. Oprócz tego są to firmy produkujące napoje bezalkoholowe (18), firmy motoryzacyjne oraz z sektora energii i zasobów naturalnych (po 14), spożywcze oraz z branży rozrywkowej (po 12).

Obraz sponsoringu piłki nożnej znacznie odbiega od tego, który obserwujemy w zachodnich ligach europejskich. Najliczniej są tam reprezentowane instytucje finansowe (banki i ubezpieczyciele), browary, zakłady bukmacherskie i gry losowe, telekomy oraz usługi budowlane i deweloperskie. Jeżeli chodzi o zaangażowanie pod względem wartości to zachodnie ligi europejskie są wspierane przede wszystkim przez branżę lotniczą, motoryzacyjną, telekomy oraz sektor finansowy. – Tymczasem w Polsce instytucje finansowe, branża paliwowa, odzieżowa, lotnicza oraz telekomy nie inwestują w polską piłkę nożną lub inwestują w nieznaczny sposób, nieproporcjonalny do swoich możliwości finansowych – mówi Łukasz Lachowski.

Profesjonalizacja piłki przyciągnie sponsorów

Zdaniem ekspertów Deloitte, problemem polskich klubów jest brak pomysłu na zwiększenie przychodów komercyjnych, które w klubach Ekstraklasy stanowią obecnie 42 proc. w ogólnej strukturze przychodów, podczas gdy w najlepszych europejskich klubach jest to nawet 50 proc. – Polskie i zagraniczne firmy zechcą sponsorować piłkę nożną, gdy w klubach wzrośnie poziom przejrzystości biznesowej i organizacyjnej. Bez tego kroku, będzie to niezwykle trudne. Sponsorzy zdają sobie sprawę, że umiejętnie prowadzony program sponsorski powoduje przeniesienie wizerunku klubu na postrzeganie ich samych – mówi Marcin Diakonowicz.

Sponsorom zależy na czerpaniu z emocji, które wyzwala rywalizacja sportowa. Radość z sukcesów sportowych przekłada się na upowszechnienie marki spółki i budowanie wokół niej pozytywnych skojarzeń, docelowo jednak sponsorom zależy na przełożeniu działań sponsoringowych na budowaniu relacji z klientami, a w efekcie na wzrost sprzedaży. Dlatego tak ważny jest dialog pomiędzy sponsorem a sponsorowanym podmiotem nie tylko na temat finansowania działań, ale także na temat kształtu programu sponsorskiego i jego egzekucji. Ścisła współpraca jest kluczem do dobrych efektów.

O ile w tzw. wielkim sporcie nie ma raczej trudności z pozyskaniem sponsorów, to na poziomie mniej głośnych lub lokalnych przedsięwzięć problem ten jest dostrzegalny. – Dobrym obszarem do podjęcia czy też rozwoju współpracy z potencjalnym sponsorem są działania z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu. Naszym zdaniem, zarówno związki sportowe, jaki i same kluby powinny dołożyć więcej starań aby wspólnie z biznesem wypracowywać programy, które służą im oraz społeczności lokalnej – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu Sustainability Consulting w Europie Środkowej, Deloitte.

 

Źródło: Deloitte Polska

Stopy procentowe mają być niezmienne w kolejnych kwartałach, zarówno w Polsce jak i w strefie euro. W związku z tym, oprocentowanie lokat klientów detalicznych nadal będzie spadać. Wkrótce może osiągnąć poziom 1% i dalej się obniżać. Według eksperta z NDM, banki mogłyby odwrócić ten proces, ale to im się nie opłaca. Od momentu wprowadzenia podatku bankowego, depozyty stały się dla nich bowiem zbyt dużym obciążeniem.

Wzmożona konkurencja pomiędzy bankami najmocniej wpłynęła na dynamiczny spadek oprocentowania lokat w ostatnich 3-4 latach. Wprowadzenie podatku bankowego tylko spotęgowało to zjawisko. Jak wyjaśnia Jan Żuralski, Prezes Zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego S.A., instytucjom finansowym realnie przestało się opłacać przyjmowanie nawet najniższych, 2% depozytów, więc je zniwelowały.

–  Depozyt inwestora czy klienta detalicznego od dłuższego czasu jest dla banków sporym kosztem. Dla każdego z nich – oczywiście innym. Nie chcą go ponosić, toteż obniżają oprocentowanie lokat. Ich poziom mógłby spaść nawet do 0,8%, w przypadku gdyby wzrosła skłonność do oszczędzania gospodarstw domowych oraz firm. To by znaczyło obniżenie wartości inwestycji aż o połowę, w stosunku do obecnego stanu – ostrzega Jan Żuralski.

Z wypowiedzi niektórych przedstawicieli Banku Centralnego w Polsce wynika, że stopy procentowe nie zmienią się jeszcze przez 12 miesięcy. Ponadto, wielu ekonomistów przewiduje, że w strefie euro również nie ulegną zmianie. Te dwa czynniki powodują, że oprocentowanie w polskich bankach będzie jeszcze systematycznie spadało. Wkrótce lokaty klientów detalicznych mogą zbliżyć się do krytycznego poziomu 1%.

– Tymczasem, banki uważają, że aktualne oprocentowanie lokat na poziomie 1,4% czy nawet 1,3% jest wciąż zbyt wysokie, aby były zainteresowane takimi depozytami. Powoduje to, że wypływają z nich pieniądze. Polacy inwestują np. w nieruchomości. Ale taka sytuacja nie powinna niepokoić żadnej grupy klientów. Te instytucje finansowe są w bardzo dobrej kondycji. Niskie oprocentowanie lokat Polaków, którzy będą zmuszeni z nich korzystać, spowoduje że banki będą mogły finansować swoją bieżącą działalność po bardzo niskich kosztach – zapowiada Prezes Żuralski.

Zdaniem eksperta, konsolidacja sektora bankowego również nie wspiera wyższego oprocentowania lokat. Tymczasem, już prawie połowa banków w Polsce jest w rękach jednego akcjonariusza, czyli Skarbu Państwa. Zdaniem Jana Żuralskiego, będzie on nadal kontynuował swoją politykę, mimo że dotychczas zdobył bardzo istotny udział w rynku. Duży gracz ma w swoich rękach dwa największe banki w kraju. Dla małych i średnich instytucji konkurencja jest coraz bardziej zaostrzona. Ich właściciele mają przed sobą dwie alternatywy – dalej walczyć o własną pozycję albo sprzedać swoje udziały.

 

Źródło: MondayNews

Zdolność kredytowa jest jednym z głównych czynników decydujących o przyznaniu kredytu. Nie ma uniwersalnego wzoru jej oceny, kredytodawcy dysponują bowiem własnymi algorytmami, pozwalającymi analizować sytuację finansową swoich klientów. Dlatego zdarza się, że starając się o przyznanie środków w kilku bankach, w jednym otrzymamy dofinansowanie, a inny może nam go odmówić. Jednak bez względu na to, w jaki sposób instytucje finansowe sprawdzają wypłacalność kredytobiorców, większość z nich bierze pod uwagę podobne elementy. Przede wszystkim istotna jest wysokość uzyskiwanych dochodów oraz ponoszonych wydatków np. kredytową rat spłacanych już kredytów. Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF) podpowiadają, co ma największy wpływ na ocenę naszej zdolności kredytowej.

Szacowanie zdolności kredytowej to próba odpowiedzi na pytanie, czy dana osoba poradzi sobie ze spłatą  kredytu na określona kwotę i w danym terminie spłaty, wraz z należnymi bankowi odsetkami.  Każda instytucja finansowa czynniki nieco inaczej dokonuje takiej  oceny. Dokładny sposób wyliczenia zdolności należy do wewnętrznych ustaleń banku, które tylko w pewnym stopniu są  podawane do wiadomości wnioskodawców. Istnieją jednak parametry, które brane są pod uwagę przez większość instytucji. Warto bliżej je poznać, by odpowiednio przygotować się do złożenia wniosku o kredyt i zwiększyć swoje szanse na uzyskanie finansowania.

1. Dochody

Otrzymywane dochody w dużym stopniu wpływają na naszą zdolność kredytową. Bank sprawdzi, jak wyglądały nasze zarobki na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy, a w przypadku ubiegania się o kredyt hipoteczny, nawet te uzyskiwane w ciągu ostatniego roku. Istotna jest nie tylko ich wysokość, ale też regularność wpływów na konto. Kredytodawca oczekuje bowiem, że przez cały okres kredytowania, będziemy w stanie terminowano spłacać zobowiązanie. Dlatego też przeważnie preferowani są wnioskodawcy zatrudnieni na umowach o pracę, najlepiej na czas nieokreślony. Ich dochody są bowiem bardzo stabilne, szczególnie jeśli pracują w sektorze państwowym. Nie oznacza to jednak, że osoby prowadzące własną działalność czy zatrudnione na podstawie umów cywilno-prawnych, nie mogą liczyć na pomoc banku. – Jeśli firma funkcjonuje od kilku lat i regularnie przynosi dochody, to nie powinno być problemu z uzyskaniem kredytu. Podobnie jest w przypadku umów o dzieło czy zleceń. Jeśli na takiej podstawie co miesiąc otrzymujemy wynagrodzenie, to bank nie będzie obawiał się pożyczyć nam pieniędzy.  – zaznacza Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

2. Wydatki i spłata aktualnych zobowiązań

Kolejnym elementem decydującym o zdolności kredytowej są nasze wydatki. Bank weźmie pod uwagę nie tylko koszty, które ponosimy w związku z utrzymaniem gospodarstwa domowego, ale także te związane ze spłacaniem aktualnych zobowiązań. Zaciągnięte kredyty, a także zakupy dokonane na raty, mogą obniżyć naszą zdolność kredytową.  –Szczególnie jeśli planujemy zaciągnąć duży kredyt, warto rozważyć rezygnację z posiadanego już limitu kredytowego w koncie czy karty kredytowej. Nawet jeżeli z nich  nie korzystamy, to i tak negatywnie spływną one na naszą zdolność kredytową, gdyż bank zakłada, że w każdej chwili możemy zacząć z nich korzystać. Trzeba jednak dodać, że nie zawsze taka rezygnacja jest konieczna. Najlepiej najpierw poprosić o wstępną ocenę zdolności przy założeniu, że pozostawimy dotychczasowe produkty kredytowe  – wyjaśnia Jarosław Sadowski, ZFPF.

3. Historia kredytowa, czyli co o nas piszą w BIK

Zaciągnięte kredyty czy spłacane raty, mogą obniżyć naszą zdolność kredytową, ale dla banku nie będziemy wiarygodnym kredytobiorcą również wtedy, jeżeli nie posiadamy udokumentowanej historii kredytowej, tzn. nigdy wcześniej nie spłacaliśmy kredytu czy pożyczki. Jednak tylko pozytywna historia kredytowa, czyli poświadczająca, że w przeszłości rzetelnie regulowaliśmy zaciągnięte długi, będzie przemawiać na naszą korzyść. W przeciwnym przypadku, bank może przyznać kredyt w niepełnej wysokości lub w ogóle odrzucić nasz wniosek. – Wierzyciel sprawdzi naszą historię w Biurze Informacji Kredytowej, w którym znajdują się informacje na temat naszych zobowiązań, zarówno tych spłacanych terminowo, jak i z opóźnieniem. Jeżeli zalegaliśmy z zapłatą za rachunek telefoniczny lub nie opłacaliśmy terminowo rat, bank także się o tym dowie. Przed wnioskowaniem o kredyt warto więc zrobić „rachunek sumienia” i przeanalizować, czy nasza historia kredytowa jest nienaganna. Pamiętajmy, że również obecność w Krajowym Rejestrze Długów prawdopodobnie uniemożliwi nam uzyskanie kredytu – wyjaśnia Sylwia Karoń, ekspert ZFPF, Alex T. Great

4. Rodzaj kredytu ma znaczenie

Sposób oceny naszej zdolności kredytowej w dużej mierze zależy również od tego, o jaki kredyt się ubiegamy, w jakiej wysokości, i na jak długi okres chcemy rozłożyć spłatę długu. Jeżeli chodzi o zobowiązania krótkoterminowe, które zaciągamy na niewielką kwotę, weryfikowanych jest mniej parametrów niż np. w przypadku kredytów hipotecznych – Zazwyczaj po przedstawieniu zaświadczenia o zarobkach czy też wyciągu z konta, bank udzieli nam pożyczki „od ręki”. Jeżeli jednak nasz rachunek w znacznym stopniu obciążają inne, obecnie spłacane zobowiązania, bank może odrzucić nasz wniosek, nawet jeżeli chcieliśmy pożyczyć niedużą kwotę, przypuszczając, że nie poradzimy sobie ze spłatą kolejnego zobowiązania – zaznacza Sylwia Karoń, ekspert ZFPF.

Znacznie bardziej szczegółową analizę bank przeprowadza wobec osób wnioskujących o kredyt hipoteczny. Jest to długoterminowe zobowiązanie, a kwoty takiego kredytu są znacznie wyższe niż krótkoterminowych pożyczek, dlatego kredytodawca sprawdzi nie tylko wysokość naszych dochodów, ale także ich źródło. Przyjrzy się naszym  wydatkom, wyliczając dokładnie, jakie koszty ponosimy w związku z utrzymaniem rodziny i dokładnie przeanalizuje historię kredytową, ale także np., czy posiadamy  oszczędności, które możemy przeznaczyć na wkład własny. Oceniając zdolność kredytową, bank weźmie również pod uwagę nasz wiek. – Spłacając ostatnią ratę kredytu, nie możemy mieć więcej niż 65-70 lat, choć niektóre banki przesuwają tę granicę nawet do 75 lat. Kredyt hipoteczny jest zobowiązaniem, które spłacamy przez długi okres, nawet 30 lat, w związku z tym, jeżeli przekroczyliśmy 50. rok życia, nawet gdy inne parametry naszej zdolności kredytowej zostaną ocenione pozytywnie, bank  może się nie zgodzić na udzielenie finansowania – podpowiada Sylwia Karoń, ZFPF. Pamiętajmy także, że jeżeli chcemy zaciągnąć kredyt hipoteczny ze współmałżonkiem lub z rodzicem, wierzyciel oceni zdolność kredytową każdego z wnioskodawców oddzielnie. Pozytywna ocena drugiego kredytobiorcy może pomóc nam w uzyskaniu środków, jeśli będzie zaś negatywna, może zadecydować o tym, że bank odmówi nam udzielenia kredytu.

Choć banki biorą pod uwagę podobne parametry przy ocenie zdolności kredytowej, to jednak w ostatecznej analizie wypłacalności swoich klientów, mogą przyjmować różne kryteria. Dlatego warto udać się do biura pośrednika finansowego, który udzielni nam niezbędnych informacji, na podstawie których łatwiej będzie nam porównać oferty większości banków działających na rynku, ale jednocześnie poinformuje nas o tym, na co poszczególny kredytodawca zwraca uwagę, analizując sytuację finansową osoby wnioskującej o kredyt.

Źródło: Związek Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF)

„Waluty” wirtualne nie są pieniądzem tzn. nie są prawnym środkiem płatniczym, a korzystanie z nich niesie duże ryzyko – alarmuje Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego. 

„Waluty” wirtualne to na przykład bitcoin, litecoin, ether.

Zgodnie z definicją zaproponowaną przez Europejski Urząd Nadzoru Bankowego, „waluty wirtualne są cyfrową reprezentacją wartości, nieemitowaną przez bank centralny ani organ publiczny, niekoniecznie powiązaną z walutą określonego kraju, która może być przenoszona, przechowywana albo podlegać handlowi elektronicznemu”. „Waluty” wirtualne nie są pieniądzem elektronicznym, nie mieszczą się w zakresie ustawy z dnia 19 sierpnia 2011 roku o usługach płatniczych oraz ustawy z dnia 29 lipca 2005 roku o obrocie instrumentami finansowymi.

W ostatnich latach banki centralne oraz organy nadzoru nad rynkami finansowymi, w tym Europejski Bank Centralny (EBC) i Europejski Urząd Nadzoru Bankowego (EBA), odnosiły się z zaniepokojeniem lub ostrożnością do kwestii „walut” wirtualnych, dostrzegając wiele zagrożeń w ich funkcjonowaniu i rozwoju. I chociaż obrót „walutami” wirtualnymi w Polsce nie narusza prawa krajowego ani unijnego, to jednak – zdaniem ekspertów NBP i KNF, „posiadanie „walut” wirtualnych wiąże się z wieloma rodzajami ryzyka, których użytkownicy powinni być świadomi, zanim zdecydują się zainwestować swoje środki finansowe”.

Uwaga na kradzież i oszustwa

„Waluty” wirtualne mogą być przedmiotem kradzieży, np. w wyniku cyberataku na podmiot prowadzący wymianę „walut” wirtualnych lub infrastrukturę użytkownika.

„Dla przykładu w październiku 2016 roku w niewyjaśnionych okolicznościach zakończył działalność jeden z największych w Polsce serwisów wymiany „walut” wirtualnych. Dochodzenie roszczeń i odzyskanie środków przez użytkowników może być w takiej sytuacji niemożliwe” – podkreślili eksperci w komunikacie w tej sprawie.

Środki utrzymywane w „walutach” wirtualnych nie są gwarantowane przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny, gdyż nie są one depozytami bankowymi.

Ponadto „waluty” wirtualne nie są powszechnie akceptowalne w punktach handlowo-usługowych. Nie są też prawnym środkiem płatniczym ani walutą. Oznacza to, że podmioty gospodarcze nie mają obowiązku akceptowania płatności w „walutach” wirtualnych, nawet jeżeli wcześniej je akceptowały.

Zdaniem ekspertów, „niektóre oferowane formy inwestowania w „waluty” wirtualne mogą mieć charakter piramidy finansowej, co – dodatkowo ze względu na opisane wyżej specyficzne rodzaje ryzyka – może w krótkim czasie doprowadzić do utraty środków finansowych inwestora”.

„Jeżeli tego typu sytuacja będzie miała miejsce w Polsce, jedyną formą ochrony będzie postępowanie karne, bowiem żadne polskie instytucje ochrony inwestorów czy konsumentów (Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Komisja Nadzoru Finansowego) nie mają prawnych możliwości pomocy” – zaznaczyli w specjalnym piśmie w tej sprawie przedstawiciele NBP i KNF.

Znacznym utrudnieniem w dochodzeniu roszczeń jest to, że podmioty obracające „walutami” wirtualnymi działają w różnych krajach, o różnym stopniu ochrony użytkowników.

Bank centralny i Komisja Nadzoru Finansowego ostrzegają przed zakupem „walut” wirtualnych i inwestowaniem w nie środków finansowych, co więcej uznają, że kupowanie, posiadanie i sprzedawanie „walut” wirtualnych przez podmioty nadzorowane przez Komisję Nadzoru Finansowego byłoby obarczone wysokim ryzykiem i nie zapewniałoby stabilnego i ostrożnego zarządzania instytucją finansową.

Narodowy Bank Polski i Komisja Nadzoru Finansowego wskazują również, że instytucje finansowe powinny zachować szczególną ostrożność w zakresie podejmowania i prowadzenia współpracy z podmiotami prowadzącymi obrót „walutami” wirtualnymi, w szczególności w odniesieniu do ryzyka wykorzystania tych podmiotów do prania pieniędzy oraz finansowania terroryzmu. Decyzja w tym zakresie powinna być poprzedzona wnikliwą analizą potencjalnych konsekwencji, w tym również ryzyka prawnego i ryzyka reputacji.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Zgodnie z projektem zgłoszonym przez Kancelarię Prezydenta RP, banki sfinansowałyby nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów. Raz na kwartał płaciłyby składki nie większe, niż 0,5% wartości swoich kredytów walutowych. Według eksperta, to podniosłoby koszty usług bankowych. Byłoby tak, jak w przypadku podatku bankowego, gdy widocznie wzrosły opłaty za prowadzenie konta i wydanie karty kredytowej. Z drugiej strony, szacowana suma 100 mln rocznie od wszystkich banków, które mają w swoich aktywach portfele kredytów frankowych, raczej nie rozwiąże problemu.

Prace nad tzw. ustawą frankową wciąż trwają. Ostateczny projekt powinien być poprzedzony konsultacjami z Komitetem Stabilności Finansowej i środowiskiem bankowym. Krzysztof Michrowski z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office uważa, że nowe przepisy najwcześniej wejdą w życie w przyszłym roku. Jak podkreśla analityk i makler papierów wartościowych, ich bezpośrednim skutkiem będzie podniesienie opłat i prowizji bankowych oraz marży od udzielanych kredytów. Ponadto, jeszcze mocniej obniży się oprocentowanie depozytów, które już dziś zbliża się do poziomu 1%. Tymi sposobami, banki będą chciały zrekompensować sobie wydatki związane ze składkami na nowy subfundusz pomocy dla frankowiczów.

– Oczywiście nie uważam tego za słuszne, żeby wszyscy klienci banków mieli ponosić ciężar zobowiązań frankowiczów. Ale przewiduję, że wszelkie koszty, związane z wejściem w życie nowej ustawy frankowej, instytucje finansowe i tak przeniosą na konsumentów. Dlatego, należy opracować optymalną wysokość składek płaconych przez banki. Oczywiście instytucje finansowe, mające największe portfele kredytów walutowych, powinny wpłacać do funduszu najwięcej. Natomiast, banki, które nominalnie udzieliły mniej kredytów we frankach, takie jak Alior Bank, ING Bank Śląski, BOŚ Bank czy Citi Bank, należy obciążyć niższymi zobowiązaniami – zwraca uwagę Krzysztof Michrowski.

Według danych NBP, niespłacane walutowe kredyty mieszkaniowe były warte na koniec maja tego roku ok. 5,1 mld zł. Zgodnie z projektem prezydenckim, przy 0,5% składce kwartalnej, do subfunduszu trafiałoby niewiele ponad 100 mln zł rocznie od wszystkich banków, które udzielały kredytów we frankach. Zdaniem eksperta, to nie jest wystarczająca kwota, żeby faktycznie i wydatnie im pomóc. Liczba kredytobiorców frankowych to przecież ok. 700 tys. Polaków. Natomiast, wartość zaciągniętych przez nich kredytów sięga blisko 150 mld złotych.

– Działający już Fundusz Wsparcia Kredytobiorców przy BGK nie jest w pełni wykorzystywany. Od lutego 2016 do lipca 2017 roku, czyli przez prawie półtora roku skorzystało z niego około 600 zadłużonych osób, nie tylko we frankach. W sumie wypłacono wszystkim niecałe 15 mln zł. W związku z tym, rezerwa wynosi ok. 600 mln zł. Te środki, które nie są wykorzystywane, BGK mógłby pomnażać. Zachowując najwyższą staranność, ma prawo inwestować w papiery gwarantowane bądź emitowane przez Skarb Państwa, NBP, względnie wpuszczane do obiegu przez rządy lub banki centralne państw należących do OECD. Ewentualnie, może kupować lokaty w bankach – zaznacza Krzysztof Michrowski.

Zdaniem eksperta, jeśli zmienią się warunki korzystania z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, zainteresowanie nim na pewno zwiększy się wśród frankowiczów. Obecnie zadłużony może otrzymać pomoc np. jeśli w dniu złożenia wniosku o wsparcie ma status bezrobotnego. W innej sytuacji, możliwe jest to, gdy ponosi miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego w wysokości przekraczającej 60% dochodów, jakie w miesiącu osiąga jego gospodarstwo domowe. Jak wyjaśnia analityk, chcąc obliczyć, czy spełniamy ten wymóg, należy podzielić kwotę miesięcznej raty kapitałowo-odsetkowej, z miesiąca poprzedzającego dzień złożenia wniosku o udzielenie wsparcia, przez dochód gospodarstwa domowego w rozumieniu ustawy o pomocy społecznej.

– Pomoc jest udzielana też wówczas, gdy miesięczny dochód gospodarstwa jednoosobowego, pomniejszony o miesięczne koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie przekracza zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 1 tej ustawy. Aktualnie wynosi ona 634 zł. Natomiast, w przypadku gospodarstwa wieloosobowego, miesięczny dochód pomniejszony o koszty obsługi kredytu mieszkaniowego, nie może być wyższy od iloczynu liczby członków gospodarstwa domowego kredytobiorcy i zwaloryzowanej, zgodnie z przepisami ustawy o pomocy społecznej, kwoty wskazanej w art. 8 ust. 1 pkt 2 tej ustawy. Ta kwota z kolei jest równa obecnie 514 zł – dodaje analityk z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Maksymalna wielkość pomocy, którą może uzyskać frankowicz z Funduszu Wsparcia Kredytobiorców, wynosi 1500 zł miesięcznie. Zadłużony ma prawo otrzymywać ją nie dłużej, niż przez półtora roku. Po upływie 24 miesięcy od momentu zakończenia przekazywania wsparcia, kredytobiorca zobowiązany jest do oddania otrzymanej kwoty w ciągu 8 lat. Zwrot dokonywany jest w nieoprocentowanych ratach miesięcznych. Kredytobiorca jest informowany listownie przez BGK o harmonogramie spłat, kwotach rat oraz numerze rachunku do zwrotu wsparcia.

– Oferowana suma powinna być większa i uzależniona od wysokości raty kredytu lub salda zadłużenia. 1500 zł nieoprocentowanej pożyczki nie rozwiązuje problemu osoby, która utraciła stałe źródło dochodu i spłaca kredyt z 2007 roku np. w kwocie 260 tys. złotych. W związku z tym, że rata tego zobowiązana wzrosła już o 60-70%, frankowicz może płacić miesięcznie np. 2500 zł. Ponadto, okres pomocy powinien zostać wydłużony z obecnych 18 miesięcy do minimum 2 lub 3 lat – podsumowuje Krzysztof Michrowski.

 

Źródło: mondaynews.pl

Nasz portfel jest cenny dla złodziei nie tylko ze względu na pieniądze. W ostatnich latach bardzo pożądanym przedmiotem jest też dowód osobisty. To dlatego, że nasze dane mogą być wykorzystane w nieuczciwy sposób, np. do wyłudzeń usług finansowych. Kradzież tożsamości to duży problem. Zwłaszcza że najczęściej dowiadujemy się o niej po długim czasie.

Tylko w IV kwartale 2016 r. Polacy zgłosili do systemu Dokumentów Zastrzeżonych utratę ponad 35 tys. dokumentów. Dzięki temu udało się udaremnić prawie 2 tys. prób wyłudzenia kredytów. Z danych Systemu wynika, że codzienne w Polsce próbuje się wyłudzić kredyty na ok. 1 mln zł. W 2016 roku doszło do ponad 6 tys. prób wyłudzeń na łączną kwotę prawie 300 mln zł.

Co zrobić, kiedy dowód znika?

Jak pokazują badania wykonane przez Ipsos dla firmy finansowej Wonga, Polacy w znakomitej większości wiedzą, co zrobić, aby uchronić się przed negatywnymi konsekwencjami utraty dokumentu tożsamości. Większość z nas (56 proc.) zgłosi utratę dokumentu na policję. Jednocześnie 53 proc. udałoby się natychmiast do banku, w którym ma konto. Badani wskazywali również zgłoszenie do urzędu gminy lub placówki konsularnej, a także zastrzeżenie dokumentu w systemie Dokumenty Zastrzeżone. Takie kroki zadeklarowało po 44 proc. ankietowanych.

– Zastrzeżenie dokumentu tożsamości to pierwszy i najważniejszy krok, który powinniśmy podjąć tuż po zorientowaniu się, że zaginął lub został skradziony. Osoba, której dowód skradziono, winna fakt ten niezwłocznie zgłosić na policję oraz powiadomić organ, który wydał dowód osobisty, w celu unieważnienia dokumentu. Ponadto osoba, która utraciła dowód osobisty, jest obowiązana wystąpić niezwłocznie o wydanie nowego dokumentu do właściwego organu gminy lub właściwą ze względu na miejsce pobytu polską placówkę konsularną – mówi Zuzanna Kopaczyńska-Grabiec, dyrektor Departamentu Prawnego i Regulacyjnego w Wonga w Polsce.

Starszy Polak bardziej przezorny?

Jak wynika z badania Ipsos dla Wonga, ankietowani w wieku 45-55 lat wykazali największą świadomość nt. postępowania w przypadku zgubienia dowodu osobistego. To właśnie starsze pokolenie najczęściej wskazywało, że poinformuje policję (62 proc.), bank (61 proc.), czy zastrzeże dokument w systemie Dokumenty Zastrzeżone (55 proc.).

Z kolei najmłodsi badani najczęściej wskazywali, że nie wiedzieliby, jak zachować się w przypadku utraty dowodu osobistego. Odpowiedziało tak 10 proc. ankietowanych z grupy wiekowej 20-24. Spośród wszystkich badanych to właśnie młode osoby najrzadziej wskazywały, że taki incydent zgłoszą policji – 41 proc. W tej grupie najczęściej deklarowaną reakcją byłoby odwiedzenie  najbliższego organu gminy lub placówki konsularnej (60 proc.).

– W starszym pokoleniu większa świadomość może wynikać z większej wiedzy, ale też być może z osobistych lub znanych z otoczenia przykrych doświadczeń związanych ze zjawiskiem kradzieży tożsamości – mówi Agnieszka Szczepanik, kierownik platformy edukacji finansowej Kapitalni.org.

Jak uchronić się przed wyłudzeniem?

Najskuteczniejszym sposobem na uniemożliwienie wykorzystania dowodu w instytucji finansowej przez osobę nieuprawnioną jest zgłoszenie go do systemu Dokumenty Zastrzeżone. Chęć zastrzeżenia dowodu można zgłosić w placówce dowolnego banku należącego do systemu Dokumenty Zastrzeżone. Tu trafiają też informacje o zaginionych lub skradzionych dowodach zgłaszane na policji.

Jeśli mamy konto w serwisie BIK, możemy zastrzec dowód online, poprzez zalogowanie się na stronie internetowej i wybranie odpowiedniej opcji. Informacja zostanie przesłana do banków, operatorów komórkowych i innych uczestników systemu. Do dziś zastrzeżono w systemie ponad 1,6 mln dokumentów.

 

Komentarz eksperta: mec. Zuzanna Kopaczyńska-Grabiec, Wonga w Polsce

W przyszłym roku w maju wejdzie w życie RODO (GDPR), czyli unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO). Wszystkie firmy, które gromadzą i wykorzystują dane dotyczące osób fizycznych czeka prawdziwa rewolucja, ponieważ nowe regulacje będą wiązały się z koniecznością aktualizacji lub tworzenia baz danych klientów firm od nowa. Przedsiębiorcy na dostosowanie się do nowego unijnego prawa mają jeszcze ponad 11 miesięcy, ale już dzisiaj warto sprawdzić, czy bazy danych spełniają nowe wymogi. Firmy korzystające z marketingu SMS nie mają się czego obawiać. W dalszym ciągu będzie można pozyskiwać numery telefoniczne od klientów, kluczowe będzie jednak uzyskanie od klientów wyraźnej zgody na kontakt.

General Data Protection Regulation (ang. skrót GDPR), czyli Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które ma dostosować regulację o ochronie danych osobowych do dynamicznie rozwijającego się świata nowych technologii oraz zminimalizować zagrożenia wynikające z nieustannie wzrastającej liczby ataków hakerskich na systemy informatyczne. W praktyce, oznaczać to będzie potrzebę utworzenia do 25 maja 2018 roku całkowicie nowych baz danych, włącznie z uzyskaniem zgód od osób fizycznych na przetwarzanie ich danych, o treści zgodnej z nowym prawem.

Według ustaleń z globalnego badania przeprowadzonego przez firmę Dell również w Polsce ponad 80 proc. przedstawicieli firm nic nie wie na temat nowego unijnego rozporządzenia lub ma o nim szczątkową wiedzę. Zaledwie 3 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że ich firma ma stosowny plan wprowadzenia RODO. Chcąc bez stresu i na czas przygotować firmę do nowego unijnego prawa, przedsiębiorcy powinni już dziś przyjrzeć się sposobom, zakresowi oraz podstawie prawnej, na której obecnie przetwarzane są dane osobowe klientów w firmie, aby w oparciu o wnioski, przygotować plan wdrożenia przepisów RODO.

„Nowe rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych wymusza na przedsiębiorcach aktualizację, a tak naprawdę, stworzenie od nowa baz danych osób fizycznych. Co prawda, do wejścia nowych regulacji jest jeszcze ponad 11 miesięcy, ale trzeba pamiętać, że proces przystosowania się do nowych porządków prawnych będzie długotrwały, dlatego już teraz warto zainteresować się tym tematem. Niezależnie od tego, czy będziemy jedynie weryfikować bazę danych naszych klientów czy też tworzyć ją od nowa, warto zminimalizować koszty tej operacji. Zwłaszcza w sytuacji, gdy dysponujemy dużymi bazami danych. W takim przypadku doskonale sprawdzi się np.; masowa wysyłka SMS-ów, za pomocą których dotrzemy z informacją do naszych klientów. SMS może zawierać indywidualny link przenoszący do formularza subskrypcji i aktualizacji danych. Tworzenie baz danych lub aktualizacja obecnych za pomocą SMS-ów, pozwoli w tej sytuacji nie tylko na zminimalizowanie kosztów, ale również nie będzie tak czasochłonne, jak w przypadku innych rozwiązań.” – mówi Aleksander Siczek, Business Development Manager w firmie Infobip.

Dyrektywy RODO wprowadzić będą musiały wszystkie firmy, które gromadzą i wykorzystują dane dotyczące osób fizycznych, zarówno duże korporacje jak np.; instytucje finansowe, agencje marketingowe czy też niewielkie firmy rodzinne takie jak salon fryzjerski lub sklep internetowy. Z dniem wejścia nowego rozporządzenia w życie, firmy by uniknąć wysokich kar powinny usunąć dane osób fizycznych, od których nie udało się uzyskać nowych zgód. W myśl nowych regulacji, aktualizacji bazy danych można dokonywać tak jak do tej pory, przy różnych okazjach typu: przeprowadzenia konkursu lub ankietowania klientów. Osoba udzielająca zgody musi mieć wybór i taką zgodę wyrażać świadomie.

 

Źródło: Biuroprasowe.pl

W przyszłym roku w maju wejdzie w życie RODO (GDPR), czyli unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO). Wszystkie firmy, które gromadzą i wykorzystują dane dotyczące osób fizycznych czeka prawdziwa rewolucja, ponieważ nowe regulacje będą wiązały się z koniecznością aktualizacji lub tworzenia baz danych klientów firm od nowa. Przedsiębiorcy na dostosowanie się do nowego unijnego prawa mają jeszcze ponad 11 miesięcy, ale już dzisiaj warto sprawdzić, czy bazy danych spełniają nowe wymogi. Firmy korzystające z marketingu SMS nie mają się czego obawiać. W dalszym ciągu będzie można pozyskiwać numery telefoniczne od klientów, kluczowe będzie jednak uzyskanie od klientów wyraźnej zgody na kontakt.

General Data Protection Regulation (ang. skrót GDPR), czyli Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które ma dostosować regulację o ochronie danych osobowych do dynamicznie rozwijającego się świata nowych technologii oraz zminimalizować zagrożenia wynikające z nieustannie wzrastającej liczby ataków hakerskich na systemy informatyczne. W praktyce, oznaczać to będzie potrzebę utworzenia do 25 maja 2018 roku całkowicie nowych baz danych, włącznie z uzyskaniem zgód od osób fizycznych na przetwarzanie ich danych, o treści zgodnej z nowym prawem.

Według ustaleń z globalnego badania przeprowadzonego przez firmę Dell również w Polsce ponad 80 proc. przedstawicieli firm nic nie wie na temat nowego unijnego rozporządzenia lub ma o nim szczątkową wiedzę. Zaledwie 3 proc. osób biorących udział w badaniu zadeklarowało, że ich firma ma stosowny plan wprowadzenia RODO. Chcąc bez stresu i na czas przygotować firmę do nowego unijnego prawa, przedsiębiorcy powinni już dziś przyjrzeć się sposobom, zakresowi oraz podstawie prawnej, na której obecnie przetwarzane są dane osobowe klientów w firmie, aby w oparciu o wnioski, przygotować plan wdrożenia przepisów RODO.

Nowe rozporządzenie dotyczące ochrony danych osobowych wymusza na przedsiębiorcach aktualizację, a tak naprawdę, stworzenie od nowa baz danych osób fizycznych. Co prawda, do wejścia nowych regulacji jest jeszcze ponad 11 miesięcy, ale trzeba pamiętać, że proces przystosowania się do nowych porządków prawnych będzie długotrwały, dlatego już teraz warto zainteresować się tym tematem. Niezależnie od tego, czy będziemy jedynie weryfikować bazę danych naszych klientów czy też tworzyć ją od nowa, warto zminimalizować koszty tej operacji. Zwłaszcza w sytuacji, gdy dysponujemy dużymi bazami danych. W takim przypadku doskonale sprawdzi się np.; masowa wysyłka SMS-ów, za pomocą których dotrzemy z informacją do naszych klientów. SMS może zawierać indywidualny link przenoszący do formularza subskrypcji i aktualizacji danych. Tworzenie baz danych lub aktualizacja obecnych za pomocą SMS-ów, pozwoli w tej sytuacji nie tylko na zminimalizowanie kosztów, ale również nie będzie tak czasochłonne, jak w przypadku innych rozwiązań. ” – mówi Aleksander Siczek, Business Development Manager w firmie Infobip.

Dyrektywy RODO wprowadzić będą musiały wszystkie firmy, które gromadzą i wykorzystują dane dotyczące osób fizycznych, zarówno duże korporacje jak np.; instytucje finansowe, agencje marketingowe czy też niewielkie firmy rodzinne takie jak salon fryzjerski lub sklep internetowy. Z dniem wejścia nowego rozporządzenia w życie, firmy by uniknąć wysokich kar powinny usunąć dane osób fizycznych, od których nie udało się uzyskać nowych zgód. W myśl nowych regulacji, aktualizacji bazy danych można dokonywać tak jak do tej pory, przy różnych okazjach typu: przeprowadzenia konkursu lub ankietowania klientów. Osoba udzielająca zgody musi mieć wybór i taką zgodę wyrażać świadomie.

 

Źródło: Infobip

Banki stopniowo likwidują stacjonarne punkty obsługi klientów i rozwijają digitalne kanały, nastawione na samoobsługę. W ten sposób, odpowiadają na obecne potrzeby konsumentów, wykreowane przez nowoczesne technologie. Optymalizują też swoje koszty. Fizyczne oddziały nadal są ważne w interakcji z zamożnymi odbiorcami.

Szef Biura Projektów Bankowości Klienta Zamożnego w Citi Handlowy, Tomasz Bąk, podaje, że obecnie 95% banków w Europie Środkowo-Wschodniej posiada własną strategię cyfrowej transformacji sieci oddziałów. Różnią się one miedzy sobą np. tempem i zakresem migracji transakcji do kanałów zdalnych, wysokością potrzebnych inwestycji i oczywiście punktem wyjściowym do wprowadzanych innowacji. Potrzeba likwidacji placówek bankowych wynika z tego, że zmienia się miejsce i sposób interakcji klientów z usługodawcami. Coraz częściej konsumenci oczekują zaawansowanych rozwiązań technicznych. Jednak przeniesienie całej obsługi do kanału internetowego, a co za tym idzie oparcie modelu operacyjnego na samoobsłudze, może nie wszystkim osobom odpowiadać.

– Są grupy klientów, które nadal potrzebują bezpośredniego kontaktu z pracownikiem placówki. Dlatego, w przypadku rozmów na temat zarządzania majątkiem kontakt osobisty z opiekunem jest wciąż preferowany. To samo dotyczy skomplikowanych produktów, np. inwestycji i ubezpieczeń. W części banków pewne kwestie wciąż można załatwić tylko w oddziałach. Jednak obecnie, tak naprawdę wszystkie transakcje możemy szybko i łatwo wykonać przez Internet. Uważam więc, że trend przenoszenia obsługi bankowej do świata cyfrowego będzie dynamicznie postępował. W perspektywie 3-5 lat zniknie aż kilkadziesiąt procent tradycyjnych placówek w Europie – mówi Tomasz Bąk.

Sposób, w jaki banki budują i utrzymują relacje z konsumentami, silnie zależy od specyfiki rynku docelowego i odbiorców usług. W segmencie klientów masowych, nawet jeżeli kontakt jest nawiązywany w placówce, to dalsza komunikacja przebiega głównie z wykorzystaniem kanałów zdalnych, telefonu i Internetu, oraz sieci bankomatów i wpłatomatów. Z kolei, instytucje finansowe, które najbardziej zabiegają o klientów zamożnych, skupiają się na budowaniu długoterminowych, bezpośrednich relacji. Dlatego, w tym przypadku, obok Internetu, oddział stanowi bardzo ważną przestrzeń do rozmów.

– Technologia wpływa na oczekiwania konsumentów w sposób, w jaki nie oddziaływała na nich przez ostatnich 10 lat. Biometryczna autentykacja klientów staje się już standardem. Za pomocą odcisku palca mogą w kilkanaście sekund zalogować się do swojego banku i zlecić przelew na swoim smartfonie. Postęp rośnie w szybkim tempie. W Polsce mamy już ponad 15 mln użytkowników bankowości internetowej. Rodacy spędzają średnio 90 minut dziennie na korzystaniu z aplikacji mobilnych. Aż 20-30 razy w miesiącu logują się do banku, poprzez system mobilny. Widzimy zatem, że ich potrzeby kreują trend zmniejszania ilości placówek bankowych i przeobrażenia ich roli – zapewnia Tomasz Bąk.

Jak wyjaśnia ekspert, oddziały zmieniają swój charakter i dotychczasową funkcję transakcyjną na doradczą lub czysto sprzedażową. Specjaliści nie siedzą za biurkami, ale towarzyszą klientom podczas ich wizyt w placówkach, tym samym skupiają się na budowaniu z nimi relacji. W wielu oddziałach nie ma już biurek ani ulotek. Są za to tablety i ekrany dotykowe, na których klienci samodzielnie realizują transakcje, które dotychczas odbywały się „przy okienku”. Nowe placówki tworzone są w miejscach, gdzie konsumenci realizują swoje potrzeby finansowe, czyli przede wszystkim w centrach handlowych. Równocześnie powstają formaty mobilne, które fizycznie podążają za potencjalnym nabywcą usług i zachęcają go do nawiązania pierwszego kontaktu.

– Takie zjawiska, jak cyfryzacja, globalizacja czy urbanizacja, najsilniej kształtują formy dystrybucji banków detalicznych. 10 lat temu niewielu z nas było w stanie wyobrazić sobie obecny kształt bankowości. Dlatego dokładne wskazanie granic jej transformacji w perspektywie następnej dekady jest raczej niemożliwe. Na pewno w dalszym ciągu będą rozwijały się nowe, bardziej digitalne i mobilne kanały komunikacji. Biorąc pod uwagę dotychczasowe statystki, należy oczekiwać dalszej, regularnej likwidacji stacjonarnych oddziałów bankowych – przewiduje Tomasz Bąk.

Ekspert podaje, że według danych Komisji Nadzoru Finansowego, od końca 2012 roku liczba placówek w Polsce zmniejszyła się o 7,5%. Rocznie ubywa zatem około 2% spośród ponad 14 tys. bankowych placówek. Z kolei, Raport Citi GPS: Global Perspectives & Solutions, Citibank Research, 2016, pokazuje, że banki europejskie znajdują się właśnie w ważnym punkcie zwrotnym. Analitycy Citibanku uważają, że redukcje placówek na całym kontynencie powinny wynieść 40%. Banki w Hiszpanii, czyli tam gdzie nasycenie rynku stacjonarnymi oddziałami jest największe, musiałyby zamknąć 70% takich punktów, aby osiągnąć poziom zagęszczenia podobny do krajów skandynawskich.

– Nasi analitycy zwracają uwagę na to, że restrukturyzacja europejskich placówek jest konieczna nie tylko ze względu na preferencje klientów, ale też z uwagi na wydatki. Utrzymanie stacjonarnych oddziałów i zatrudnionych w nich osób stanowi około 60-65% kosztów banku. Niezbędne będzie też dalsze zautomatyzowanie procesów obsługi klienta, bo dziś nadal w wielu bankach aż 60-70% zadań wykonywanych jest ręcznie przez pracowników – podsumowuje Tomasz Bąk.

 

Źródło: MondayNews.pl

Ministerstwo Rozwoju szacuje, że dzięki Brexitowi uda się stworzyć w Polsce kilkanaście-kilkadziesiąt tys. miejsc pracy.

„Szacujemy, że dzięki Brexitowi w Polsce uda się stworzyć kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy. Wartym zauważenia jest fakt, że przyciągane inwestycje charakteryzują się wyższym poziomem zaawansowania. Są to inwestycje, które tworzą produkty o wyższej wartości dodanej i zapewniają wysokopłatne miejsca pracy” – napisał resort w odpowiedzi na interpelację poselską.

MR podało, że w 2016 roku został wysłany list do najważniejszych instytucji finansowych, w którym zostały przedstawione atuty przemawiające za lokowaniem inwestycji w Polsce oraz zaoferowane zostało osobiste zaangażowanie się w rozmowy członków kierownictwa MR.

„W konsekwencji, odbyło się szereg spotkań z instytucjami finansowymi i firmami, które mogą być zainteresowane przeniesieniem działalności do Polski. Ponadto, członkowie kierownictwa MR odbyli szereg wyjazdów do Wielkiej Brytanii w celu udziału w konferencjach poświęconych inwestycjom w Polsce oraz spotkaniach z szefami międzynarodowych koncernów” – napisano.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Finanse w związku to często trudny i drażliwy temat. Według badania zrealizowanego na zlecenie Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor i Biura Informacji Kredytowej z 2016 r., co piąta polska para kłóci się o pieniądze, a jedna trzecia badanych z powodu takich konfliktów bierze pod uwagę rozstanie. Czy zatem istnieje przepis na udane zarządzanie wspólnym budżetem? Expander podpowiada, w jakich przypadkach warto zdecydować się na korzystanie ze wspólnego konta, a kiedy dysponowanie środkami ulokowanymi na oddzielnych rachunkach jest lepszym rozwiązaniem.

Decydując się na wspólne życie z drugą osobą, musimy podjąć wiele decyzji. Jedną z nich jest odpowiedź na pytanie, czy nasze finanse pozostaną nadal „osobiste”, czy też oszczędności i pieniądze, które zarabiamy, zasilą wspólną kasę, do której będzie miał dostęp nasz partner czy też partnerka. O wspólnym budżecie nie można mówić tylko w przypadku małżeństwa, które zdecydowało się na wspólnotę majątkową. Wystarczy, że para będąca w nieformalnym związku mieszka ze sobą przez krótki czas, aby pieniądze stały się jednym z ważniejszych tematów codziennych rozmów.

Wspólne konto przydatne nawet dla par o krótkim stażu

Zacznijmy od par, które mają dość krótki staż, ale zdecydowały się na zamieszkanie z partnerem czy partnerką. – W ich przypadku najlepszym rozwiązaniem wydaje się pozostawienie sobie oddzielnych kont, na które będzie wpływało wynagrodzenie, czy na których będą gromadzone oszczędności. Jednocześnie powinni jednak rozważyć otwarcie dodatkowego, wspólnego konta. Oboje będą wpłacali na nie pieniądze na wydatki, którymi chcieliby się podzielić np. comiesięczne rachunki za czynsz, wspólne wyjścia do kina czy restauracji. Z jednej strony pozwoli to uniknąć poważnych konfliktów o to kto w większym stopniu finansuje wspólne życie, czy pretensji o zbyt wysokie wydatki. Zapewnia jednak swobodę w wydawaniu swoich pieniędzy i bezpieczeństwo w przypadku rozpadu związku – nie ma ryzyka, że któraś strona przywłaszczy sobie oszczędności byłego partnera, czy partnerki. Podobne rozwiązanie (konto wspólne i indywidualne) mogą zastosować też pary, które są już w wieloletnim związku, ale chcą zachować pewną autonomię w kwestii finansów – podpowiada Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Problematyczne początki wspólnych finansów

Na pełne połączenie finansów zwykle decydują się małżeństwa. Co ciekawe, ten proces łączenia wcale nie jest taki prosty jak może się to wydawać na pierwszy rzut oka. Przed ślubem każde z małżonków zwykle korzystało z indywidualnego konta, nierzadko w zupełnie innym banku. Powstaje więc pytanie kto ma porzucić rachunek, do którego się przyzwyczaił i którego zmiana może być dość kłopotliwa. – Taka sytuacja może być zarzewiem konfliktu. Aby go uniknąć można zastosować dwa rozwiązania. Po pierwsze, można zachować stare konta przekształcając je we wspólne. Drugie rozwiązanie to zamknięcie obu i otwarcie nowego, wspólnego. Zaletą pierwszego rozwiązania jest to, że zachowujemy historie rachunków i nie musimy informować znajomych czy instytucji o zmianie numeru konta. Wadą mogą być natomiast wyższe koszty utrzymania dwóch kont i wydanych do nich kart. Decydując się na drugie rozwiązanie możemy uzyskać duże korzyści finansowe. Wiele banków oferuje bowiem atrakcyjne promocje dla nowych klientów. Poza tym stare pakiety kont nierzadko są znacznie droższe niż te oferowane obecnie. Wadą jest natomiast utrata historii starych rachunków oraz konieczność informowania o zmianie konta przez oboje małżonków tłumaczy Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Trudniej jest finanse połączyć niż oddzielić

Otwarcie wspólnego konta jest bardzo proste. Trudniej jednak połączyć oszczędności, zwłaszcza jeśli chcemy aby pracowały, a nie leżały bezczynnie na nieoprocentowanym rachunku. – Lokaty, rachunki maklerskie czy w funduszach inwestycyjnych często mogą być tylko indywidualne. Nawet, jeśli istnieje możliwość by były wspólne, to otwarcie ich wymaga od kupujących więcej czasu i zaangażowania – m.in. wizyty w oddziale instytucji finansowej obojga przyszłych współwłaścicieli. Z tego względu nierzadko nawet małżonkowie mający wspólnotę majątkową mają indywidualne produkty finansowe. To powoduje, że choć ulokowane w ten sposób pieniądze są wspólne to jeden z małżonków nie ma do nich dostępu. Nie ma w tym nic złego jeśli część oszczędności jest na produktach męża, a część żony. Nierzadko zdarza się jednak, że tylko jedno z małżonków zarządza oszczędnościami i ma do nich bezpośredni dostęp. To może spowodować kłopoty np. gdy mąż ulegnie poważnemu wypadkowi, co sprawi, że konieczne stanie się skorzystanie z oszczędności, a żona nie będzie miała do ich dostępu – podpowiada Jarosław Sadowski, ekspert Expandera.

Aby tego uniknąć warto zostawić współmałżonkowi hasła, aby w razie potrzeby mógł przez Internet zlecić wypłatę pieniędzy. Innym rozwiązaniem może być ustanowienie małżonka pełnomocnikiem. Na wszelki wypadek warto również złożyć tzw. dyspozycję na wypadek śmierci. Dzięki niemu bank będzie mógł wypłacić pieniądze małżonkowi zmarłego bez czekania na postanowienie sądu w sprawie przyznania spadku.

Źródło: Lightscape

Już w maju w Katowicach odbędzie się globalny hackathon 24H-CodING. To kolejna inicjatywa ING, której celem jest dotrzymanie kroku najbardziej innowacyjnym firmom na rynku. Na początku roku ING jako pierwszy bank w Polsce wdrożył na tak szeroką skalę metodę Agile – wykorzystywaną głównie w firmach technologicznych – łącząc w jednych zespołach ekspertów z biznesu i IT. Wspiera ją PACE – autorskie rozwiązanie ING wprowadzania na rynek nowych produktów.

Szybki rozwój technologii cyfrowych zmienia zachowania i oczekiwania klientów. Coraz silniejsze znaczenie nowych technologii sprawia, że ING pracując nad nowymi produktami coraz bardziej przypomina firmę softwarową. Choć metoda Agile nie jest nowością na rynku, do tej pory była ona kojarzona właśnie głównie z firmami IT. Wykorzystanie jej, w tak dużym stopniu, w instytucji finansowej, jest nowością.

Agile oznacza organizację pracy opartą na większej swobodzie i elastyczności w określaniu priorytetów oraz odchodzenie od sztywnych podziałów na IT i zespoły biznesowe. Pozwala na krótszy czas wprowadzenia produktu na rynek i szybszą reakcję na zmieniające się potrzeby klientów i rynku. Od stycznia zgodnie z tą metodą pracuje ok. 600 pracowników ING Banku Śląskiego – w jednym zespole są zarówno osoby odpowiadające za rozwój produktu, jaki i programiści. W oparciu o Agile powstawała także bankowość internetowa Moje ING. Nie jest to pierwsze zetknięcie ING z metodą Agile – Grupa ING wykorzystuje ją w obszarze nowych technologii od kilku lat. W taki sposób projekty realizuje ING Services Polska, globalna firma IT. Część firmy pracuje już w zespołach DevOps, skupiających specjalistów z różnych obszarów IT.

Ważnym elementem wspierającym ING we wprowadzaniu na rynek nowych produktów, jest autorska metodologia PACE. Opiera się ona na pracy w małych, niezależnych i międzydyscyplinarnych zespołach, które skupiają osoby z różnych dziedzin. PACE bazuje na bezpośredniej pracy z klientami, aby od początku wykluczać projekty, które nie odpowiadają na rzeczywiste potrzeby użytkowników. Metodologia pozwala eliminować błędne założenia na każdym etapie prac – od wizji do prototypów – i wprowadzać na rynek tylko właściwe rozwiązania.

12 i 13 maja po raz pierwszy w Polsce odbędzie się globalny hackathon Grupy ING. Podczas 24hCodING w Katowicach kilkuset programistów z całego świata będzie przez 24 godziny pracować nad innowacyjnymi usługami i narzędziami, które mają ułatwiać życie klientom ING. Hackathon będzie więc formą szybkiego tworzenia eksperymentów oraz prototypów. PACE i Agile promują podejście, w którym na pierwszym miejscu jest klient i właśnie takie rozwiązania mają największą szansę na zwycięstwo. Jeśli jakiś pomysł będzie miał wartość biznesową, ING będzie rozmawiać z twórcami na temat możliwości jego dalszego rozwoju na komercyjnych zasadach. Ponadto na autorów najlepszego prototypu czeka wycieczka do Doliny Krzemowej.

24H-CodING to międzynarodowa inicjatywa Grupy ING, współorganizowana w tym roku przez ING Bank Śląski oraz ING Services Polska.

Źródło: ING Bank Śląski

Polacy coraz chętniej sięgają po nowe rozwiązania dokonując codziennych płatności. Jak podaje NBP, częściej już płacimy zbliżeniowo (59% transakcji) niż poprzez tradycyjne włożenie karty do terminala. Według Mastercarda, pod względem zbliżeniowego płacenia za codzienne zakupy jesteśmy najlepsi w Europie. Nasza otwartość na nowe formy płatności sprawia, że bez obaw wprowadzane są kolejne nowinki – płatności za pomocą smartfonów. Choć wprowadzają jeszcze większą wygodę w zakresie płatności, sprawiają również, że coraz ważniejsza staje się kwestia bezpieczeństwa naszego smartfona. Eksperci Expandera i Linuxa podpowiadają, jak bezpiecznie poruszać się po świecie mobilnych płatności.

Jak korzystać z portfela nie zabierając go z domu

Na naszym rynku funkcjonuje już wiele rozwiązań, dzięki którym możemy dokonywać płatności przy użyciu telefonu. Jednym z nich jest BLIK, który pozwala szybko i wygodnie płacić pieniędzmi zgromadzonymi na rachunku bankowym bez użycia karty płatniczej. System jest już dostępny w siedmiu bankach i opiera się na ich aplikacjach mobilnych. Dzięki niemu nie tylko zapłacimy za produkty w sklepie (tradycyjnym lub internetowym). BLIK pozwala również wypłacić pieniądze z wybranych bankomatów. Dzięki niemu możemy też dokonywać natychmiastowych przelewów na numer telefonu innych użytkowników BLIKa. Nie trzeba więc już zapamiętywać długich numerów rachunków bankowych, gdy chcemy przesłać komuś pieniądze.

Drugim rozwiązaniem, które pozwala przemienić telefon w portfel, jest wykonywanie mobilnych płatności dzięki technologii NFC. Sprawia ona, że telefonem można płacić w taki sam sposób jakby był on kartą zbliżeniową. – Aby skorzystać z tej opcji po pierwsze trzeba posiadać model smartfona, który ma wbudowaną funkcję NFC. To jednak nie wszystko. Usługa musi pobierać pieniądze z jakiegoś rachunku. Trzeba więc również włączyć taką formę płatności w swoim banku lub poprzez Android Pay – mówi Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Warto też dodać, że podobnie jak w przypadku kart zbliżeniowych, płatności do 50 zł nie trzeba zatwierdzać PIN-em. System pozwala jednak na dokonanie płatności tylko jeśli włączona jest funkcja NFC i jeśli telefon został wybudzony (nie jest wyłączony ani uśpiony)

Zadbajmy o bezpieczeństwo

Podobnie, jak miało to miejsce najpierw w przypadku kart płatniczych, które zrewolucjonizowały dokonywanie płatności, również wprowadzenie smart-technologii w świecie finansów, może wywołać pytania dotyczące bezpieczeństwa. – Dane pokazują, że w 2015 r. ponad co piąte przestępstwo bankowe popełnione w Polsce miało związek właśnie z e-bankowością. Zapewnienie bezpieczeństwa transakcji online i mobilnych to dziś jedno z największych wyzwań stojących przed instytucjami finansowymi, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tempo rozwoju nowych technologii. Stawką dla banków jest ich własna reputacja, która ma bezpośredni wpływ na pozyskanie nowych i utrzymanie dotychczasowych klientów. Dlatego inwestycje w bezpieczeństwo są dla nich priorytetem. Według badań, to właśnie w tym obszarze instytucje finansowe lokują największą część budżetu przeznaczonego na inwestycje technologiczne – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator konferencji Open Source Day, największego w Europie wydarzenia poświęconego otwartemu oprogramowaniu.

Podstawowe zasady bezpieczeństwa

Instalując na telefonie aplikację bankową czy wykorzystując płatności NFC warto pamiętać o kilku zasadach bezpieczeństwa, które mogą uchronić nas przed kłopotami. – Przede wszystkim dbajmy o to, aby na naszym telefonie nie znalazły się wirusy. Warto więc zainstalować program antywirusowy, nie wchodzić na podejrzane strony internetowe ani nie instalować na telefonie aplikacji z niepewnych źródeł. – przypomina Jarosław Sadowski, ekspert Expandera. – Chrońmy także nasze dane, które są potrzebne do logowania się. PIN do telefonu czy hasło do aplikacji bankowej wprowadzajmy w taki sposób, aby nikt nie był w stanie ich podejrzeć. Poza tym powinny być one odpowiednio skomplikowane, aby nie można było w łatwy sposób ich odgadnąć. W aplikacji dedykowanej bankowości elektronicznej czy na wirtualnej karcie płatniczej zwykle możemy również wprowadzić limity, które ograniczą liczbę możliwych do przeprowadzenia transakcji czy ich wysokość.

Jeśli będziemy stosować się do tych zasad, transakcje wykonywane przy użyciu telefonu powinny być równe bezpieczne, jak te z wykorzystaniem kart płatniczych. Dzięki możliwości wykonywania mobilnych płatności, zyskujemy komfort w sytuacjach, kiedy np. zapomnimy zabrać z domu portfel.

Należy też dodać, że same systemy płatności też mają wbudowane pewne zabezpieczenia. Dla przykładu aby zaakceptować transakcję BLIK-iem musimy podać sześciocyfrowy kod prezentowany w aplikacji mobilnej banku. Jest on jednak aktualny tylko przez 2 minuty. W ten sposób, nawet jeśli ktoś podejrzy cyfry, będzie mu niezwykle trudno je wykorzystać. Sama znajomość kodu nie wystarczy bowiem do dokonania płatności. Po jego wpisaniu na terminalu trzeba jeszcze zaakceptować płatność w telefonie, który wyświetla  szczegóły dokonywanej transakcji: nazwa, kwota, a także punkt, w którym dokonujemy zakupów. Wtedy dopiero podejmujemy ostateczną decyzję o płatności. Jeżeli kwota transakcji będzie wyższa niż ustalony próg (np. 50 zł), w trakcie potwierdzania płatności będziemy proszeni o podanie kodu PIN. Taki proces zapewnia pełne bezpieczeństwo transakcji i ochronę danych klienta.

Źródło: Lightscape

Ponad połowa Polaków pozytywnie ocenia planowane przez rząd zmiany w kapitałowej części systemu emerytalnego. Dodatkowe oszczędzanie na emeryturę z dopłatą pracodawców popiera 57,4% z nich, a za transferem 75% aktywów OFE do IKE i przekształceniem ich w prywatną własność ubezpieczonych opowiada się 68,7% – wynika z badania CBOS.

Badanych zapytano o przeznaczenie środków zgromadzonych na rachunkach w OFE. Zdecydowana większość (68,7%) preferuje rozwiązanie, wg którego środki zgromadzone na ich rachunku w OFE stałyby się w 75% ich prywatną własnością i trafiły na Indywidualne Konto Emerytalne, a w 25% pozostały własnością publiczną i trafiły do ZUS. Z kolei przekazanie w całości środków zgromadzonych w OFE do ZUS nie cieszy się poparciem badanych – za taką opcją opowiada się tylko niespełna co ósmy z nich (13,3%).

Pogląd na tę kwestię nieco zmienia wykształcenie – im wyższy jego poziom, tym większe poparcie dla dywersyfikacji transferu środków zgromadzonych na rachunku w OFE, przy czym niezależnie od jego poziomu, w każdej z grup podział środków na część prywatną i publiczną cieszy się poparciem większości badanych. Biorąc pod uwagę zatrudnienie i jego formę, zwolennikami tego rozwiązania są częściej w porównaniu z innymi zatrudnieni w oparciu o umowę o pracę (75,7%) oraz samozatrudnieni (70,6%).

– Polacy mają poczucie, że środki zgromadzone na rachunkach w OFE należą do nich. Zapowiedziana w ubiegłym roku formalnoprawna zmiana statusu 75% tych środków na prywatny oraz przekazanie ich na nowoutworzone konta w III filarze wydają się być oczekiwane przez Polaków. Realizacja tej zapowiedzi może być działaniem odbudowującym społeczne zaufanie do systemu emerytalnego oraz dającym impuls do aktywnego, powszechnego uczestnictwa w dodatkowym oszczędzaniu na emeryturę – tłumaczy Małgorzata Rusewicz, prezes Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.

Ocenie badanych poddana została również następująca propozycja – jeśli pracownik regularnie oszczędzałby dodatkowo na emeryturę w wyspecjalizowanej instytucji finansowej objętej nadzorem państwa, to pracodawca byłby zobowiązany dopłacać pracownikowi do tych oszczędności pewną kwotę, np. drugie tyle.

Ponad połowa (57,4%) badanych oceniła tę propozycję pozytywnie. Taką koncepcję zdecydowanie źle ocenia jedynie 6,8% badanych, jednocześnie prawie co piąty respondent nie ma w tej kwestii zdania (18,9%).

Opinie badanych w omawianej kwestii różnią się w zależności od wymiaru zatrudnienia. Wszystkie grupy wyrażają poparcie dla proponowanego rozwiązania, przy czym wynosi ono od 54,8% dla pracujących dorywczo, do 62,5% dla pracujących w niepełnym wymiarze czasu. Jednocześnie zdecydowane poparcie dla proponowanego rozwiązania najczęściej w porównaniu z innymi wyrażają pracujący dorywczo, wśród których co trzeci (33,5%) uważa przedstawiony pomysł za zdecydowanie dobry.

Biorąc pod uwagę wykształcenie, koncepcja dopłacania przez pracodawcę do funduszu emerytalnego pracownika akceptowana jest w sposób zdecydowany przede wszystkim przez osoby posiadające wykształcenie zasadnicze zawodowe (22,9%), najszerszym poparciem cieszy się w grupie osób z wykształceniem podstawowym lub gimnazjalnym (63,2%).

– Przedsiębiorcy, aby osiągnąć sukces rynkowy, zawsze muszą starać się przyciągnąć oraz zatrzymać u siebie najlepszych pracowników. W okresie silnego ożywienia na rynku pracy, z jakim mamy do czynienia obecnie, wyzwanie to nabiera szczególnej wagi. Nowe rozwiązania w zakresie III filaru systemu emerytalnego dostarczają pracodawcom dodatkowy instrument, który mogą wykorzystać, konstruując atrakcyjny pakiet oferowanych przez siebie korzyści pozapłacowych, stanowiący źródło przewagi konkurencyjnej – komentuje Łukasz Kozłowski, ekspert ekonomiczny Pracodawców RP.

Blisko 2/3 badanych deklaruje, że słyszeli o planowanej przez rząd reformie emerytalnej. Jej założenia zna jednak tylko 17,1% respondentów – częściej w porównaniu z innymi są to osoby z wyższym wykształceniem (23,7%) i mieszkańcy największych miast (35,6%).

– Doświadczenie ostatnich kilkunastu lat wskazuje na bezwzględną konieczność rozwoju dodatkowych form oszczędzania na emeryturę. Każda inicjatywa, bez względu czy dotyczy rozwiązań indywidualnych, czy grupowego oszczędzania na emeryturę, jest warta poparcia oraz propagowania. Musimy podejmować takie działania oraz wdrażać takie inicjatywy, które nie tylko będą rozwijać wiedzę na temat konieczności dodatkowego oszczędzania, ale także rzeczywiście prowadzić do zwiększania oszczędności gromadzonych z myślą o emeryturze. Planowane rozwiązania powinny pozwolić osiągnąć powyższy priorytetowy cel – wyjaśnia dr Marcin Wojewódka, członek zarządu ZUS.

Badanym przedstawiono opis planowanej reformy prosząc o jej ocenę: „Rząd pracuje na reformą systemu emerytalnego, która ma wejść w życie z początkiem 2018 roku. W jej wyniku środki zgromadzone w OFE w 75% staną się prywatną własnością ubezpieczonych i trafią na utworzone dla nich IKE, a w 25% pozostaną własnością publiczną i trafią do ZUS. Jednocześnie dla pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach zostaną utworzone tzw. Pracownicze Programy Kapitałowe, w ramach których pracownicy będą mogli dodatkowo oszczędzać na emeryturę w wyspecjalizowanej instytucji finansowej objętej nadzorem państwa, a pracodawcy będą zobowiązani dopłacać do tych oszczędności drugie tyle, lub bardzo zbliżoną kwotę”.

Większość badanych (54%) planowaną reformę ocenia pozytywnie. Przeciwnicy przedstawionej koncepcji częściej wyrażają sprzeciw umiarkowany (15,0%) niż zdecydowany (5,3%), a aż co czwarty respondent nie umiał lub nie chciał dokonać oceny.

Opinie badanych o reformie emerytalnej w przedstawionym kształcie różnicuje przede wszystkim wykształcenie i miejsce zamieszkania. Pozytywnie nastawione są przede wszystkim osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym. Sceptycy, choć nieliczni, rekrutują się najczęściej spośród osób z wykształceniem wyższym i mieszkańców największych miast.

Planowane przez rząd zmiany w kapitałowej części systemu emerytalnego zostały ogłoszone w lipcu ubiegłego roku. Zgodnie z ogłoszoną wówczas deklaracją mają być sukcesywnie wprowadzane w życie już w przyszłym roku. Prace nad szczegółami reformy i konkretnymi rozwiązaniami są na ukończeniu.

– Wyniki badania pokazują, że założenia reformy dobrze wpisują się w oczekiwania społeczne, a ona sama ma ogromny potencjał sukcesu. To oznacza, że wszyscy interesariusze zmian powinni zaangażować się w jej realizację, gdyż średnio i długookresowe efekty zmian przyniosą znaczące korzyści nie tylko przyszłym emerytom, ale także całej gospodarce i finansom publicznym. Oczywiście taki scenariusz będzie możliwy przy odpowiedniej dbałości o szczegóły i szerokim działaniom informacyjno-edukacyjnym – podsumowuje Małgorzata Rusewicz, prezes IGTE

Badanie zostało wykonane przez CBOS metodą bezpośrednich wywiadów ankieterskich wspomaganych komputerowo (CAPI) na reprezentatywnej próbie dorosłych Polaków z wykluczeniem emerytów w dniach 2-10 lutego br. na zlecenie Izby Gospodarczej Towarzystw Emerytalnych.

Źródło: Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych

 

Zgodnie z wprowadzoną w lipcu 2016 roku ustawą antyterrorystyczną do 1 lutego br. właściciele kart pre-paid musieli dokonać obowiązkowej rejestracji kart SIM. Nie wszyscy jednak skorzystali z tej procedury i niezarejestrowane numery zostały zdezaktywowane. Taka sytuacja sprawiła, że instytucje finansowe, agencje marketingowe, centra obsługi telefonicznej, biura obsługi klienta i wiele innych instytucji, stanęły przed problemem aktualizacji swoich baz danych. Z pomocą może przyjść oparta na centralnej bazie zawierającej dane numerów usługa HLR (Home Location Register), która umożliwia sprawdzenie ważności dowolnego numeru telefonu komórkowego w sieci GSM, w tym ustalenie, czy numer nie istnieje, jest nieużywany bądź jest numerem telefonu stacjonarnego.

Coraz więcej firm i instytucji stawia na SMS marketing. Jego skuteczność jest bezpośrednio uzależniona od aktualności numerów telefonicznych znajdujących się w bazie, która wykorzystywana jest do realizacji masowej wysyłki SMS.  Wprowadzona w życie ustawa antyterrorystyczna nakładająca obowiązek rejestracji przedpłaconych kart SIM spowodowała, że z rynku zniknęło bardzo dużo numerów telefonicznych, zablokowanych przez operatorów z powodu braku rejestracji karty SIM. To z kolei sprawiło, że wiele baz danych numerów telefonów przestało być aktualnych i nie spełniają one swojej roli utrudniając firmom świadczącym usługi internetowe przeprowadzenie weryfikacji dostępu do usług. W konsekwencji może to powodować zawyżenie kosztów obsługi kampanii SMS oraz spadek ich skuteczności. Nie znamy jeszcze dokładnej liczby wszystkich wyłączonych kart przedpłaconych, lecz wirtualna sieć komórkowa Virgin Mobile Polska podała, że wyłączyła 59 tys. niezarejestrowanych numerów, a według danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej na rynku znajdowało się 18 mln aktywnych kart pre-paid.

Z pomocą w uaktualnieniu baz danych numerów może przyjść m.in. technologia HLR, która zapewnia automatyczne sprawdzenie ważności dowolnego numeru telefonu komórkowego w sieci GSM, w tym również ustalenie, czy numer nie istnieje, jest nieużywany bądź stanowi numer telefonu stacjonarnego, bez ujawniania jakichkolwiek informacji o kliencie telefonii komórkowej. Dzięki niej każdy usługodawca może usunąć nieprawidłowe wpisy ze swojej bazy danych, aby zawierała ona jedynie prawidłowe numery. Duże i średnie przedsiębiorstwa, dystrybutorzy i inne instytucje chcące zapewnić szybką i dokładną realizację swoich kampanii wysyłkowych, mogą więc bardzo łatwo i szybko sprawdzić swoją bazę danych.

„Skutki wprowadzenia ustawy antyterrorystycznej odczuwalne są nie tylko dla abonentów, ale również a może przede wszystkim, dla wielu firm wykorzystujących w swojej codziennej pracy bazy danych numerów telefonów. Komunikacja SMS jest przystępnym mechanizmem komunikacji z klientem pod warunkiem, że firmy i instytucje dysponują aktualną i zweryfikowaną bazą danych. Firmy oraz instytucje korzystające z masowej wysyłki SMS powinny więcej uwagi poświęcić analizie, czy numery telefonów w wykorzystywanych przez nich bazach są aktywne. Śledzenie tych wszystkich zmian może być jednak wymagające i prowadzić do zawyżenia kosztów obsługi kampanii SMS oraz zredukowanej stopy zwrotu z inwestycji. Dzięki wykorzystaniu usługi HLR proces ten można zautomatyzować, ograniczając koszty i zwiększając dokładność oraz skuteczność komunikacji. Przekłada się to m.in. na zwiększenie płynności sprzedaży usług online oraz jakość obsługi posprzedażowej. Posiadanie bazy aktualnych numerów telefonów pozwala również na zwiększenie bezpieczeństwa usług, ponieważ SMS-y dostarczane są jedynie na numery telefonów, które faktycznie zostały użyte podczas rejestracji konta lub zamówienia usługi.” – powiedział Marcin Papiński, Dyrektor ds. Rozwoju w firmie Infobip.

Technologia HLR sprawdza się również w branży finansowej i może służyć do ograniczenia ryzyka nieautoryzowanych wypłat z bankomatów. W tym zastosowaniu przy pobieraniu środków z karty bank sprawdza, do jakiej sieci zalogowany jest telefon klienta. Jeśli transakcja dokonywana jest w Afryce, a według informacji z sieci telefon jest w Polsce, to bank ma podstawę do wstrzymania takiej operacji.

O firmie Infobip

Rosnąca skokowo inflacja dobitnie przypomniała o swym istnieniu, skłaniając posiadaczy oszczędności do zwrócenia baczniejszej uwagi na to, co w takich warunkach dzieje się z ich pieniędzmi i w jaki sposób działać, by uchronić kapitał przed erozją. Pierwsze efekty widać już w styczniowych danych o sprzedaży obligacji skarbowych.

Wzrost inflacji, która w styczniu sięgnęła już 1,8 proc., a w kolejnych miesiącach podskoczy z pewnością powyżej 2 proc., powoduje że nawet nie uwzględniając podatku od dochodów kapitałowych, zdecydowana większość posiadaczy lokat bakowych poniesie realną stratę, wynikającą z erozji wartości kapitału. Średnie oprocentowanie lokat według wyliczeń NPB wynosi 1,5 proc., czyli tyle samo co stopa referencyjna banku centralnego, a najbardziej popularnych lokat na okres od 1 do 3 miesięcy sięga 1,7 proc. Dla porównania, 3-miesięcza stawka WIBOR, obowiązująca na rynku międzybankowym (według niej banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze na taki okres), wynosi 1,73 proc. W przypadku lokat średni poziom wynoszący 1,7 proc. oznacza, że na tę wartość składają się oferty bardziej i mniej atrakcyjne. Oprocentowanie tych pierwszych, zdecydowanie mniej licznych, oferowanych najczęściej przez niewielkie banki i obwarowanych licznymi ograniczeniami oraz związanych z obowiązkiem skorzystania z innych produktów banku, może w najlepszym wypadku zbliżać się do 3 proc. Nie brakuje za to tych zwykłych, „nieuprzywilejowanych”, które dominują w bankowej ofercie, szczególnie największych instytucji finansowych, mających dostęp do najliczniejszej grupy klientów. W tej grupie odsetki poniżej 1 proc. nie należą do rzadkości, a zdarzają się też często oferty sięgające 0,1-0,5 proc. Popularność lokat, jako najprostszej i najbardziej bezpiecznej formy oszczędzania powoduje, że mimo tak mało atrakcyjnych warunków, Polacy trzymają na nich ponad 710 mld zł, z czego połowę w formie w większości nieoprocentowanych depozytów bieżących.

W porównaniu z tymi imponującymi wartościami, zdecydowanie skromniej wygląda zainteresowanie obligacjami oszczędnościowymi, choć ich konstrukcja jest równie prosta, a oprocentowanie konkurencyjne wobec lokat bankowych. Polacy w swych portfelach posiadają obligacje skarbowe o wartości nieco ponad 11 mld zł. Ta kwota stanowi zaledwie 1,3 proc. całkowitego zadłużenia Skarbu Państwa z tytułu obligacji i rośnie w dość wolnym tempie. W ubiegłym roku powiększyła się o około 900 mln zł, mimo, że ministerstwo finansów sprzedało papiery o wartości 4,6 mld zł, czyli najwięcej od 2008 r. Trzeba bowiem pamiętać, że obligacje mają swój „czas życia” i po jego upływie podlegają wykupowi. Nie wszystkie uzyskane w ten sposób środki oszczędzający decydują się ponownie ulokować w obligacjach. W ubiegłym roku do Skarbu Państwa „wróciło” w ten sposób nieco ponad 2 mld zł, licząc transakcje zamiany obligacji na nowe. Pod względem napływu nowych środków bardzo dobrze prezentują się dane za styczeń obecnego roku. Oszczędzający kupili obligacje o wartości 486,6 mln zł, a więc najwyższej od października 2016 r., gdy wydali aż 870 mln zł. Jeśli jednak od obu tych wielkości odejmiemy wartość transakcji zamiany, okaże się że styczeń był najlepszym od dwóch lat miesiącem pod względem napływu nowych pieniędzy na rynek obligacji skarbowych.

Ten wzrost zainteresowania obligacjami ze strony oszczędzających może wynikać z kilku przyczyn. Po pierwsze, od grudnia ubiegłego roku resort finansów podwyższył oprocentowanie papierów o wszystkich terminach wykupu, poza najbardziej popularnymi obligacjami dwuletnimi. Od stycznia 2017 r. zdecydował się jednak i w ich przypadku zwiększyć wysokość odsetek z 2 do 2,1 proc. Szczegółowe dane o sprzedaży wskazują jednak na inny powód. Warto bowiem zwrócić uwagę, że bardzo wysoki dotąd udział w sprzedaży obligacji dwuletnich, sięgający w ubiegłym roku średnio aż 75 proc., w styczniu obniżył się do rekordowo niskiego poziomu niespełna 55 proc. Mimo podwyższenia oprocentowania tych papierów, popyt przeniósł się na obligacje czteroletnie. Ich udział w sprzedaży podskoczył do ponad 28 proc. W ciągu ostatnich dziesięciu lat tak dużym zainteresowaniem nabywców cieszyły się one jedynie w 2012 r. Ich oprocentowanie w pierwszym okresie odsetkowym sięga obecnie 2,4 proc., a więc jest wyraźnie wyższe niż w przypadku papierów dwuletnich, ale różnica na korzyść tych pierwszych utrzymuje się już od dawna. Mają one jednak bardzo istotną z punktu widzenia obecnych tendencji na rynku finansowym cechę, którą inwestorzy niewątpliwie dostrzegli. Ich oprocentowanie w kolejnych rocznych okresach odsetkowych zmienia się w zależności od wskaźnika inflacji, zaś w przypadku dwuletnich nie zmienia się w całym okresie ich życia. A skoro już wiadomo, że obecny rok będzie stał pod znakiem wysokiej inflacji, to nabywcy czteroletnich papierów mogą liczyć na bardziej atrakcyjne oprocentowanie, chroniące realną wartość ich kapitału. Zakładając, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy wskaźnik  inflacji wyniesie 2 proc., za przyszły rok otrzymają odsetki w wysokości 3,25 proc., dzięki dodatkowej, wynoszącej 1,25 punktu procentowego marży, podczas gdy właściciele dwulatek będą wciąż musieli zadowolić się oprocentowaniem wynoszącym 2,1 proc.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Polska Zielona Fabryka Roku jest w Żywcu

Famed Żywiec został wyróżniony w kategorii Zielona Fabryka w ósmej edycji konkursu Fabryka Roku. Dru...

Lekcja cyberbezpieczeństwa dla samorządów lokalnych – ransomware coraz groźniejsze

Amerykańska DHS CISA nazywa ransomware “największym cybernetycznym czynnikiem ryzyka” dla systemów i...

Kredyt dla „młodych” firm – jak uzyskać finansowanie na start biznesu?

O założeniu własnej firmy myśli coraz więcej Polaków. Są to zarówno osoby pracujące na etacie, które...

GETEC z prestiżową nagrodą Niemieckiej Agencji Energii

O firmie GETEC jest w naszym kraju coraz głośniej. Dzieje się tak nie tylko dzięki bardzo solidnie u...

Deloitte: Podczas tegorocznego Black Friday średnie obniżki cen sięgnęły 4%

Coroczna analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą...