środa, Styczeń 22, 2020
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "HRE Investments"

HRE Investments

Mieszkania w starych betonowych blokach sprzedają się jak ciepłe bułeczki. W największych miastach ofert takich po prostu brakuje, a wszystko przez przystępną cenę, dobrą lokalizację i rozwiniętą infrastrukturę.

Ile jest wystawionych na sprzedaż mieszkań w blokach z wielkiej płyty w największych miastach? Za mało – wynika z danych portali ogłoszeniowych. Uśredniając dane dla miast wojewódzkich otrzymamy udział ofert mieszkań w betonowych blokach na poziomie niewiele ponad 6%. To znaczy, że na 15 ogłoszeń o chęci sprzedania używanego lokum znajdziemy jedynie jedno w PRL-owskim bloku.

Wiele bloków, mało mieszkań

Od razu warto zauważyć, że niewielka liczba wystawionych na sprzedaż mieszkań w betonowych blokach nie wynika z faktu, że tych budynków jest mało. W największych miastach zasób wielkiej płyty jest potężny. W tym zakresie prym wiodą Kielce, gdzie w betonowych blokach może być nawet 40% wszystkich lokali istniejących w tym mieście – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane GUS.

Na drugim biegunie znajdziemy miasta, na których terenie swoją działalność koncentrują deweloperzy, czyli przez ostatnie lata powstało relatywnie najwięcej nowych mieszkań. Nawet jednak tam mieszkania w wielkiej płycie to prawie jeden lokal na 4 istniejące. Czemu więc na sprzedaż jest dziś tak mało mieszkań w blokach z wielkiej płyty? Po prostu takie oferty bardzo szybko znajdują nabywców i znikają z portali ogłoszeniowych.

Brakuje płyty w największych miastach

Szczególnie mało ofert sprzedaży mieszkań w betonowych blokach znajdziemy w miastach, gdzie za lokale trzeba płacić relatywnie najwięcej. Chodzi tu szczególnie o Gdańsk, Poznań, Kraków, Wrocław czy Warszawę – w tych ogłoszenia o chęci sprzedaży mieszkania w bloku z wielkiej płyty stanowią co najwyżej kilka procent ogółu.

Zaskoczeniem w tym gronie jest Zielona Góra, gdzie tylko jedno ogłoszenie na 24 dotyczy lokalu w betonowym bloku. W tym wypadku jednak wynik może być obarczony relatywnie dużym błędem z bardzo prostego powodu – ofert sprzedaży mieszkań jest w tym mieście relatywnie niewiele.

Cena jest najważniejsza

Nie powinno jednak ulegać wątpliwości, że główną zaletą PRL-owskich bloków jest wcześniej wspomniana cena. Za przeciętny metr w betonowym bloku trzeba zapłacić około 10-20% mniej niż za statystyczny metr w danym mieście. Do tego dochodzi fakt, że dwupokojowe „M” ma też przeważnie o kilkanaście m kw. mniej niż lokal o takiej samej liczbie pokoi w nowym bloku lub kamienicy. Nie dość więc, że sam metr w wielkiej płycie jest tańszy, to tych metrów trzeba kupić mniej. Do tego dochodzą przeważnie przemyślany układ osiedli, dobra ich lokalizacja, dogodne połączenie z centrum czy rozwinięte zaplecze handlowe usługowe i oświatowe w najbliższej okolicy.

Jak pokazują dane z portali ogłoszeniowych, wspomniane plusy z powodzeniem przysłaniają Polakom minusy budownictwa wielkopłytowego, a więc skrajnie modernistyczną architekturę, niekiedy słabą akustykę, konieczność przeprowadzenia remontu, nierówne ściany czy niedomagające instalacje wentylacyjne i elektryczne.

Renesans wielkiej płyty

Jako ciekawostkę można dodać, że jesteśmy świadkami renesansu wielkiej płyty. Dzisiejsza prefabrykacja to jednak zupełnie inny typ budownictwa niż ten popularny 40-50 lat temu. Przez ten czas doszło w tej technologii do prawdziwej rewolucji i choć komuś, kto wielką płytę poznał na bazie budownictwa PRL-owskiego, trudno w to uwierzyć, to na Zachodzie wielka płyta jest określana mianem nowoczesnej, ekologicznej, dokładnej, efektywnej, szybkiej w realizacji, a przy tym dającej możliwość cięcia kosztów. Zalety te zauważyli rodzimi deweloperzy i w 2019 roku do użytkowania mogło zostać oddanych już nawet ponad 10 tysięcy mieszkań wzniesionych w technologii wielkopłytowej – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane GUS. Rok 2020 powinien być pod tym względem jeszcze lepszy.

Źródło: HRE Investments

obligacje

17,3 mld złotych – za taką kwotę Polacy kupili w 2019 roku detaliczne obligacje skarbowe. To rekord. Szczególną atencją cieszyły się obligacje indeksowane inflacją, w których Polacy upatrują jednego ze sposobów na utrzymanie wartości posiadanego majątku.

Minister Finansów pobił kolejny rekord sprzedaży obligacji skarbowych. Zgodnie z prognozami HRE Investments rządowi udało się sprzedać Polakom detaliczne papiery o wartości bez mała 17,3 mld złotych. To kolejny z rzędu historyczny rekord: o prawie 4,6 mld złotych wyższy niż ubiegłoroczny.

Inwestujemy na 4 lata

W 2019 roku najwięcej sprzedało się papierów indeksowanych inflacją. Ich popularność rosła wraz z przyspieszającym wzrostem cen w sklepach i punktach usługowych. Popyt skupił się na papierach 4-letnich. Tylko ten typ obligacji Polacy kupili w ubiegłym roku za kwotę prawie 6,2 mld złotych.

Zaletą tych papierów jest to, że po pierwszym roku oszczędzania z oprocentowaniem na poziomie 2,4% można dzięki nim zarobić 1,25 pkt. proc. ponad inflację. Realnie papiery te chronią więc wartość nabywczą oszczędności póki inflacja nie przekroczy poziomu 5,33% – wynika z szacunków HRE Investments. Chodzi o to, że w skrajnym przypadku – przy 5,33-proc. inflacji – oprocentowanie czteroletnich papierów wyniosłoby 6,58%. Dlatego odliczając podatek (19%) zostaje nam „na rękę” około 5,33%, czyli siła nabywcza naszych oszczędności zostaje zachowana. Jeśli więc inflacja jest niższa niż 5,33%, to na czteroletnich papierach realnie zarabiamy, a przy wyższym wzroście cen dóbr i usług realnie tracimy na inwestycji w „czterolatki”.

Podobny mechanizm indeksowania inflacją, dzięki któremu obligacje dają zarobić więcej przy szybszym wzroście cen, działa w przypadku obligacji sześcio-, dziesięcio- i dwunastoletnich. Nie należy mieć przy tym złudzeń – to właśnie inflacja w połączeniu z najniższym w historii oprocentowaniem lokat bankowych każe Polakom poszukiwać inwestycji, które uchronią posiadany kapitał przed utratą siły nabywczej. Zyskują na tym obligacje skarbowe, ale też np. rynek nieruchomości, dystrybutorzy złota inwestycyjnego czy emitenci obligacji.

Inflacja sprzyja rekordom

A jak to będzie w 2020 roku? Już dziś można spodziewać się, że przynajmniej początek bieżącego roku będzie dla Ministra Finansów bardzo udany. Wszystko przez spodziewany wzrost inflacji. Ta w pierwszym kwartale może osiągnąć taki poziom, że będzie pochłaniała siłę nabywczą oszczędności Polaków nawet 4-5 razy szybciej niż banki będą dopisywać odsetki do deponowanych u nich środków.

Przeczytaj także:

Minister pomoże w wyborze

Skala sprzedaży obligacji skarbowych może też zyskać na rozważanym przez ministerstwo pomyśle sprzedaży obligacji zerokuponowych czy loteryjnych. Chodzi o takie papiery, które mają być zupełnie nieoprocentowane, ale w zamian ich posiadacze będą mieli możliwość wygrania w loterii okrągłej sumy (np. miliona złotych). Bez wątpienia papiery takie cieszyłyby się sporą popularnością szczególnie, że łatwo można je skonstruować w taki sposób, aby prawdopodobieństwo zgarnięcia głównej wygranej było znacznie wyższe niż w popularnym lotto.  

Trzeba mieć świadomość, że renesans obligacji skarbowych jest mocno skorelowany z prowadzeniem przez RPP łagodnej polityki pieniężnej. Wraz ze spadkiem stóp procentowych malało bowiem oprocentowanie lokat. To powodowało, że więcej osób skłonnych było kupić detaliczne papiery skarbowe. Nie bez znaczenia była też poprawiająca się sytuacja finansowa gospodarstw domowych. W efekcie coraz więcej Polaków ma oszczędności i może je gdzieś ulokować na przykład kupując papiery skarbowe. Jak już wspomniano, w ostatnim czasie oliwy do ognia dodał wzrost inflacji, przed którą część obligacji potrafi chronić.

Źródło: Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

Prawie 5 lat w Brukseli i bez mała 44 lata w Monako – średnio tyle trzeba pracować i przy tym odkładać wszystkie zarobione pieniądze, aby zarobić tam na własne 50-metrowe „M” – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane portalu numbeo. Polska z wynikiem niższym niż 9 lat wypada na tle europejskim przyzwoicie. Średnia europejska jest o ponad 5 miesięcy dłuższa.

8 lat 10 miesięcy i 6 dni – aż tak długo należałoby w Warszawie odkładać każdą zarobioną złotówkę, aby kupić na własność 50-metrowe mieszkanie poza centrum stolicy – wynika z szacunków HRE Investments. Pod uwagę wzięliśmy przy tym przeciętne wynagrodzenia netto i średnie ceny płacone za metr kwadratowy mieszkania poza centrum miasta, które na bieżąco aktualizuje portal numbeo. Z jego wyliczeń wynika, że w Polsce za metr poza centrum stolicy trzeba już płacić prawie 9 tysięcy złotych, a przeciętna pensja netto wynosi w Warszawie ponad 4,2 tys. zł miesięcznie.

5 miesięcy krócej

Wynik nie jest mimo wszystko imponujący, choć porównując się do europejskiej średniej możemy mieć powody do zadowolenia. Statystycznie rzecz ujmując na starym kontynencie wartość 50-metrowego „M” poza centrum stolicy odpowiada bowiem równowartości ponad 9-letniej średniej pensji. Wynik ten jest o 5 miesięcy wyższy niż nadwiślański – wynika z szacunków HRE Investments.

W 15 krajach jest gorzej

Ponadto w zestawieniu znaleźć możemy aż 15 europejskich stolic, gdzie dojście do własności zajmuje dłużej niż w Polsce. I choć jest to nikłe pocieszenie, to spójrzmy na przypadek skrajny. Chcąc kupić na własność 50 metrów mieszkania poza ścisłym centrum Monako trzeba by pracować za monakijską średnią płacę aż 43 lata i 6 miesięcy. Wynik szokujący tak jak i szokująca jest tam cena metra kwadratowego własnego „M”. Jak bowiem szacuje portal numbeo za metr kwadratowy w ścisłym centrum trzeba zapłacić równowartość 234 tys. złotych. To tyle, co za kawalerkę w dużych polskich miastach. Poza ścisłym centrum za metr przyjdzie zapłacić co prawda o około 60 tysięcy mniej, ale wciąż mówimy o cenach skromnych nieruchomości idących w miliony złotych.

Są to potężne kwoty nawet dla osób pracujących w Monako i zarabiających tamtejszą średnią (równowartość 16,7 tys. zł netto). Dlaczego więc ceny nieruchomości są tam aż tak wysokie? Monako jest synonimem bogactwa i luksusu, a oliwy do ognia dodają bardzo ograniczona powierzchnia tego państwa oraz fakt, że jest to raj podatkowy przyciągający najbogatszych ludzi świata.

Ze względu na wysokie ceny dłużej niż w Polsce do własności przyjdzie także dochodzić w Wiedniu, Pradze, Londynie czy Paryżu. Sztuka ta zajmie w tych miastach od ponad 9 do nawet bez mała 16 lat.

Bruksela szokuje kosztami

Z drugiej strony nie brakuje też przykładów, w których dojście do własności powinno być łatwiejsze niż w Polsce. Co więcej, w tym gronie znajdziemy aż 24 stolice europejskie. Są to między innymi Rzym, Amsterdam, Oslo, Berlin, Ryga czy Zurych.

Ciekawym przykładem jest Kijów. Tam 50-metrowe mieszkanie poza centrum odpowiada równowartości 6,5-rocznej średniej kijowskiej pensji. W tym wypadku dobitnie widać jednak ułomność średniej jako miary statystycznej. O co chodzi? Trzeba pamiętać, że na Ukrainie mamy do czynienia z potężnym rozwarstwieniem społecznym. Chodzi o to że najlepiej zarabiający bardzo wyraźnie zawyżają przeciętną płacę. I tak podczas gdy minimalne wynagrodzenie na Ukrainie wynosi obecnie około 750 złotych brutto, to średnia kijowska netto jest około 3 razy wyższa, bo sięga wg numbeo kwoty 2,2 tys. złotych.

W Polsce nierówności płacowe są znacznie niższe. Płaca minimalna wynosi u nas 2,6 tys. zł brutto, a średnia warszawska netto nie jest nawet dwa razy wyższa (4,2 tys. zł). W efekcie łatwo można zaryzykować stwierdzenie, że relatywnie niewielki odsetek mieszkańców Ukrainy inkasuje co miesiąc równowartość tamtejszej średniej płacy, a przeważająca większość dysponuje niższym dochodem.

Bruksela odstrasza kosztami

Skrajnymi przykładami są ponadto Bruksela i Reykjavik. W miastach tych wynagrodzenia są znacznie wyższe niż w Warszawie, a ceny nieruchomości niekoniecznie. W efekcie cena 50-metrowego lokum poza centrum odpowiada sumie mniej niż 5-letnich zarobków.

Dlaczego jednak w Brukseli ceny mieszkań są relatywnie atrakcyjne? Możliwym wytłumaczeniem mogą być koszty transakcyjne. W Belgii, kupując mieszkanie na własność, trzeba się przygotować na wydatek rzędu od kilkunastu do ponad 20% wyższy niż sama cena mieszkania. Dodatkowe koszty transakcyjne są więc kilka razy wyższe niż w Polsce. To właśnie wysokie belgijskie podatki związane z nabyciem mogą zniechęcać do zakupu czy wręcz utrudniać zakup nieruchomości, co przekłada się wprost na ceny mieszkań.

Islandia zniechęca trudami życia

Na Islandii sytuacja wygląda inaczej. Nie tylko nie mamy do czynienia z nienaturalnie wysokimi kosztami przeprowadzenia transakcji, ale są one jednymi z najniższych w Europie. Do tego zarobki ludności są dość wysokie – przekraczają równowartość 12 tys. złotych miesięcznie. Mimo tego metr poza centrum Reykjaviku kosztuje równowartość 14 tys. zł. Jeśli do tego dodamy potężny napływ turystów, którzy w ostatnich latach odkryli uroki tej wulkanicznej wyspy, to fakt, że ceny nieruchomości położone na niej wciąż pozostają relatywnie niskie (w odniesieniu do zarobków) może być zaskakujący.

Tu wytłumaczenia możemy jednak szukać we wspomnianych urokach wyspy. Te co prawda bardzo przyjemnie się ogląda zwiedzając podczas krótkich wyjazdów, ale już dla lokalnych stałych mieszkańców codzienne życie może być mniej urokliwe za sprawą pogody, nierzadko nieprzejezdnych dróg, erupcji wulkanów, aktywności sejsmicznej czy zjawiska nocy i dnia polarnego. To bez wątpienia skutecznie ogranicza popyt na zakup nieruchomości na własność.

Źródło: Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

Niekorzystny układ kalendarza powoduje, że w bieżącym roku trudniej będzie odpocząć w trakcie długich weekendów. Szczególnie skąpa może okazać się majówka. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że i tak poza pracą spędzimy ponad jedną trzecią dni 2020 roku.

Nawet bez urlopu w 2020 roku Polacy nie będą musieli iść do pracy łącznie przez 113 dni. Tyle w kalendarzu znajdziemy bowiem sobót, niedziel i innych dni wolnych od pracy. Jeśli do tej liczby dodamy jeszcze 26 dni urlopu, to otrzymamy 139 dni bez pracy. Nawet w przestępnym roku daje to przyjemny parytet, w którym odpoczywać od pracy będziemy przez ponad jedną trzecią dni.

Krótsze długie weekendy

Czy jest więc powód do narzekania? Niestety tak. Bo choć teoretycznie dni wolnych od pracy jest w bieżącym roku tylko o jeden mniej niż w zeszłym, to niekorzystny układ kalendarza powoduje, że znacznie trudniej będzie zaplanować prawdziwie długi weekend. Pod tym względem z nostalgią będziemy mogli wspominać rok ubiegły, w trakcie którego niewielkim kosztem dni urlopowych aż dwa razy można było odpoczywać przez co najmniej 9 dni – przy okazji Świąt Bożego Narodzenia czy majówki.

Aby jednak nie było aż tak smutno, to wciąż odpowiednie rozplanowanie dni wolnych pozwoli w 2020 roku na kilka ciekawych weekendowych wyjazdów. Wystarczy zaplanować w bieżącym roku zaledwie 3 dni urlopowe, aby cieszyć się 7 przedłużanymi weekendami, które pozwolą odpocząć od pracy łącznie przez 25 dni. Dla porównania w zeszłym roku 8 dni urlopowych pozwalało wyjechać 7 razy na długie weekendy liczące w sumie aż 35 dni wolnych. Niemniej nawet kalendarz bieżącego roku daje przestrzeń do takiego rozplanowania dni wolnych, aby mieć dodatkowy czas na regenerację do dalszej wytężonej pracy.

Przy okazji uwaga – w wyliczeniach tych pomijamy Nowy Rok, który też jest okazją do zorganizowania długiego weekendu, ale z oczywistych względów nie sposób przypisać tę okazję tylko do jednego roku.

Dobry początek roku

Pierwsza okazja do weekendowego wypoczynku to 6 stycznia (Trzech Króli). Ten wypada w poniedziałek, co dodatkowo część osób połączyło jeszcze z witaniem Nowego Roku. Niestety po tej okazji do złapania oddechu kalendarz przestanie nas rozpieszczać. Aż do połowy kwietnia przyjdzie czekać na dłuższy weekend za sprawą wielkanocnego poniedziałku.

Majówka nie rozpieszcza

Dwa tygodnie później rozpocznie się majówka. Niestety 1 maja wypada w piątek, a 3 maja w niedziele. To powoduje, że majówka w tym roku będzie w mniejszym stopniu skłaniała do dłuższych wyjazdów. Rok temu dni wolne wypadały w środku tygodnia, przez co kosztem trzech dni wolnych można było odpoczywać od pracy przez 9 dni. W bieżącym roku sztuka ta wymagać to będzie wzięcia 4 dni wolnych.

Przeczytaj także:

Krótkie okazje do regeneracji

W czerwcu wypada natomiast Boże Ciało (11 czerwca – czwartek). Wystarczy wtedy wziąć wolne w piątek, aby odpoczywać 4 dni. Później dopiero w sierpniu znajdujemy w kalendarzu Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny łączone ze Świętem Wojska Polskiego (15 sierpnia). Wypada ono w sobotę, a więc pracodawcy powinni za ten dzień zaproponować jakiś inny wolny – najpewniej będzie to sąsiedni poniedziałek lub piątek, co pozwoli regenerować siły do dalszej wytężonej pracy przez 3 dni bez konieczności wykorzystywania dni urlopowych.

Potem aż do listopada jedynymi dniami wolnymi będą soboty i niedziele. I choć 1 listopada wypada w niedzielę, czyli dzień i tak wolny od pracy, to już 11 listopada będziemy świętować w środę. Wykorzystując dwa dni urlopowe możemy dzięki temu łącznie aż 5 dni spędzić poza zakładem pracy.

Minimum 4 dni Bożego Narodzenia

W bieżącym roku nawet grudzień będzie wyjątkowo sprzyjał pracy. 24 grudnia wypada w czwartek, ale najpewniej spora część pracodawców pozwoli nie przychodzić wtedy do pracy dając ten dzień wolny w zamian za drugi dzień świąt wypadający w sobotę. Jeśli ktoś chciałby przygotować się potem na sylwestrowe szaleństwo, to biorąc dodatkowe 4 dni wolne można zapomnieć o pracy łącznie przez 11 dni, by w pełni sił do biur i fabryk wrócić dopiero 2 stycznia 2021 roku.

Źródło: Bartosz Turek, HRE Investments

Jesteśmy świadkami renesansu technologii wielkopłytowej. Z kwartału na kwartał rośnie liczba mieszkań budowanych z betonowych elementów prefabrykowanych – wynika z danych urzędu statystycznego. Gonimy tym samym Zachód, gdzie budowanie z gotowych modułów pomaga w rozwiązaniu problemów rosnących kosztów budowy, ekologii czy długiego procesu budowlanego.

7,7 tysięcy – aż tyle mieszkań powstało w ciągu 9 miesięcy br. w technologii wielkopłytowej – wynika z danych GUS. To znaczy, że ta technologia odpowiada już w Polsce za oddanie do użytkowania co 19 nowego mieszkania. Wszystko wskazuje na to, że w całym 2019 roku w wielkiej płycie powstać może nawet ponad 10 tysięcy mieszkań – wynika z szacunków HRE Investments. Dla porządku warto uściślić, że chodzi tu o budowy, w których całe ściany przyjeżdżają na plac budowy jako gotowe elementy betonowe.

Gonimy Zachód

Na naszych oczach dokonuje się renesans tej niesłusznie zapomnianej przez lata technologii. Warto przypomnieć, że jeszcze w latach 2014-17 mieszkań w blokach z wielkiej płyty powstawało dosłownie po kilkaset sztuk. Przełomowy był rok 2018 z produkcją mieszkań w wielopłytowym budownictwie na poziomie prawie 4,7 tysięcy.

I choć wielu Polakom może się to wydawać zaskoczeniem, to na Zachodzie o budownictwie prefabrykowanym mówi się dziś w superlatywach. W Polsce mamy do czynienia z ugruntowanymi przez lata uprzedzeniami. Ich źródeł należy szukać w betonowych blokach budowanych w okresie PRL-u. Ich mankamenty można wymieniać długo – toporna architektura, współdzielona z sąsiadami wentylacja, niedomagające instalacje wodne i elektryczne czy chociażby akustyka i krzywe ściany i podłogi.

Nowoczesna technologia prefabrykowana ma się jednak tak do budownictwa wielkopłytowego z okresu PRL, jak czekolada do innego wynalazku czasów słusznie minionych, czyli wyrobu czekoladopodobnego.

Szybko, dokładnie i tanio

Technologia wielkopłytowa może ponadto rozwiązać kilka problemów, z którymi boryka się mieszkaniówka. Są to na przykład rosnące koszty i brak pracowników budowlanych. Przy budowie bloku z gotowych, wstępnie wykończonych elementów, prace postępują błyskawicznie, przez co zamiast kilkunastu czy kilkudziesięciu pracowników na budowie wystarczy, aby budynek wznosiło kilku. Do tego kupujący bardzo szybko po wbiciu pierwszej łopaty mogą nie tylko zobaczyć jak wyglądają gotowe mieszkania, ale też szybko mogą się do nich zacząć wprowadzać. W efekcie proces budowlany można skrócić z kilkunastu miesięcy do kilku. To oznacza możliwość szybszego dostarczania nowych mieszkań na rynek w odpowiedzi na zgłaszany popyt.

Raport firmy McKinsey sugeruje nawet, że dzięki prefabrykacji czas budowy może zostać ograniczony o od 20 do 50%. Do tego koszty budowy mogą być nawet o 20% niższe – sugeruje wspomniana firma doradcza. Od razu uzupełnia jednak, że wymaga to specjalizacji i optymalizacji, a więc dużej skali i powtarzalności inwestycji. W Polsce mówimy dopiero o odkrywaniu na nowo uroków tej technologii. Choć więc nowoczesna prefabrykacja niesie za sobą możliwość optymalizacji kosztów, to niestety nie daje gwarancji, że mieszkania wznoszone w tej technologii będą tańsze w budowie.

Popularność budownictwa prefabrykowanego

Atutem prefabrykacji jest też wcześniej wspomniana dokładność trudna do osiągnięcia przy tradycyjnych metodach wznoszenia budynków. Rozwiązuje to problem z tym, że obiecana w umowie powierzchnia mieszkania nie pokrywa się z rzeczywistością. Dzięki temu nie są konieczne z tego tytułu późniejsze rozliczenia pomiędzy deweloperem i nabywcami mieszkań. Mamy też mniejsze ryzyko popełnienia błędów przy budowie i szansę na uzyskanie lepszych parametrów energetycznych.

Nie powinno więc dziwić, że na Zachodzie budownictwo prefabrykowane jest popularne. Jak bowiem donosi portal Deluxe Modular 84% nowych budynków jednorodzinnych w Szwecji powstaje w technologii prefabrykowanej (króluje tam technologia oparta o elementy drewniane). W USA jest to 5%, w Niemczech 9%, w Holandii 20%, a w Japonii 28%.

Przeczytaj także:

Technologie budowy uwzględniane w statystykach GUS:

tradycyjna udoskonalona — to ta, w której powstaje wciąż większość budynków mieszkalnych w Polsce. W tym przypadku konstrukcją nośną są ściany wykonane z cegły, bloczków lub pustaków o ciężarze i wymiarach umożliwiających ich ręczne wbudowywanie,

wielkopłytowa ― konstrukcja nośna ścian składa się z montowanych na miejscu elementów prefabrykowanych betonowych lub żelbetonowych. Wymiary elementów ściennych odpowiadają wysokości całej kondygnacji i mają szerokość co najmniej 2,40m,

wielkoblokowa ― jak wyżej, ale elementy o szerokości mniejszej niż 2,40m. W potocznym rozumieniu technologia ta także nazywana byłaby wielkopłytową. Wciąż mówimy bowiem o budownictwie prefabrykowanym betonowym. Różnica jest tylko w wielkości elementów, z których montuje się budynek,

monolityczna ― o konstrukcji z betonu lub żelbetonu realizowanej na miejscu budowy, z zastosowaniem deskowań,

konstrukcja drewniana ― taka, w której konstrukcja budynku powstała z drewna posadowiona jest na fundamencie. W tej kategorii znajdujemy budynki drewniane szkieletowe, prefabrykowane lub z bali.

Źródło: HRE Investments

Rosnące wynagrodzenia i dobra sytuacja na rynku pracy to powody, przez które banki chętnie udzielają dziś kredytów hipotecznych. Choć banki stawiają kredytobiorcom coraz wyższe wymagania, to jednak pożyczają coraz więcej osobom, których pensje rosną.

Trzyosobowa rodzina, w której oboje rodzice pracują i każde z nich przynosi do domu po średniej krajowej, mogłaby pożyczyć na mieszkanie prawie 660 tys. złotych – wynika z grudniowej ankiety przeprowadzonej przez HRE Investments wśród banków. To o 7 tysięcy więcej niż przed miesiącem i około 47 tysiące więcej niż przed rokiem.

Pożyczysz kilkadziesiąt razy więcej niż zarabiasz

Nie powinno ulegać wątpliwości, że wynik jest wysoki. W naszym założeniu wynagrodzenie wspomnianej rodziny opiewa bowiem na niecałe 7,4 tys. złotych netto miesięcznie. To znaczy, że na mieszkanie taka familia mogłaby pożyczyć prawie 90 razy więcej niż zarabia.

Trzeba mieć jednak świadomość, że zdolność kredytowa szybko maleje wraz z obniżaniem się wynagrodzenia przyjętego do analizy kredytowej. Można to pokazać na konkretnym przykładzie. Gdyby bowiem obniżyć wynagrodzenie modelowej rodziny o 20% (do trochę ponad 5,9 tys. zł), to mediana zdolności kredytowej spadłaby do 407 tys. złotych, czyli o 38%. W tym wypadku familia mogłaby pożyczyć na zakup mieszkania 69 razy więcej niż zarabia.

Wymagania rosną, a wkład jest niezbędny

Warto przy tym zauważyć, że w naszym badaniu co miesiąc aktualizujemy wysokość wynagrodzenia rodziny – stosownie do zmian publikowanych przez GUS. Te sugerują wciąż szybki wzrost wynagrodzeń. I to właśnie rosnącym płacom zawdzięczamy rosnącą zdolność kredytową modelowej rodziny. Z szacunków HRE Investments wynika bowiem, że jeśli rodzina w ciągu ostatniego roku nie dostałaby żadnej podwyżki, to i jej zdolność kredytowa byłaby niższa niż przed rokiem – nawet o około 30-40 tysięcy.

Poza tym w naszym badaniu zakładany, że kredytobiorcy posiadają wkład własny. Warto przypomnieć, że dziś każdy, kto chce kupić mieszkanie z pomocą kredytu, musi minimum 10% wartości kupowanego lokum mieć w gotówce. Do tego dochodzą koszty transakcyjne (opłaty notarialne i sądowe, prowizje i opłaty bankowe czy wynagrodzenie pośrednika) oraz koszty wyposażenia, wykończenia lub przynajmniej odświeżenia lokum.

Najhojniejsi pożyczą nawet ponad dwa razy więcej

I choć jest to truizm, to każdy potencjalny kredytobiorca musi mieć świadomość, że oferty kredytowe banków potrafią się bardzo różnić. Dotyczy to stawianych wymagań, kosztów czy sposobu liczenia zdolności kredytowej. Co więcej, warunki kredytowe zmieniają się w bankach np. wraz z wprowadzaniem lub wygaszaniem promocji na hipoteki.

Przykład? W grudniu nasza trzyosobowa rodzina mogłaby liczyć na najmniejszy kredyt korzystając z oferty banku Millennium, który zadeklarował chęć pożyczenia rodzinie około 330 tys. złotych. Najwięcej zaproponowałby za to Credit Agricole – 782 tysięcy. Z deklaracji banków wynika ponadto, że na najtańszą ofertę (najniższe RRSO) modelowa rodzina mogłaby liczyć w BOŚ Banku, Citi Handlowym czy Credit Agricole.

Warto ponadto podkreślić, że w naszym badaniu zakładamy stan niemal idealny – rodzina nie ma żadnych zobowiązań, nie posiada kredytów, kart kredytowych, nie spłaca rat i ma niskie koszty utrzymania, a z drugiej strony posiada pozytywną historię kredytową. Rodzice pracują od 3 lat na pełen etat na umowie na czas nieokreślony i są skłonni przelewać wynagrodzenie na założone przy okazji zaciągania kredytu konto. Chcą też skorzystać z kart płatniczych lub kredytowych danej instytucji. Na pozostałe produkty dodatkowe patrzą bardzo sceptycznie np. regularne oszczędzanie, dodatkowe polisy ubezpieczeniowe i skorzystają z nich tylko jeśli będzie to bezwzględnie konieczne lub opłacalne.

Konkrety:

Małżeństwo z jednym dzieckiem. Obie dorosłe osoby pracują od 3 lat na pełen etat na umowie na czas nieokreślony. Dochód rodziny na poziomie 7378 zł netto miesięcznie. Modelowy kredytobiorca mieszka w mieście o 300 tys. mieszkańców i ma pozytywną historię kredytową. Na ten moment rodzina spłaciła wszystkie kredyty, nie posiada kart kredytowych czy limitów w kontach. Rodzina posiada samochód wart 15 tys. zł. Przeciętne deklarowane miesięczne koszty utrzymania na poziomie 2 tys. zł miesięcznie. Jeśli będzie miało to wpływ na wynik kalkulacji, rodzina skłonna jest skorzystać z dwóch produktów, chodzi o rachunek ROR z przelewem wynagrodzenia i kartę płatniczą lub kredytową. Kredytobiorca woli unikać ubezpieczeń typu: od utraty pracy, na życie itp. Raty równe.

Opracowanie HRE Investments na podstawie danych przesłanych przez banki (ankieta wysłana 4 grudnia 2019 r.)

Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HRE Investments. To równowartość 105 tysięcy mieszkań. Gdyby tego było mało, to przeciętny palacz, pozbywając się nałogu, mógłby za zaoszczędzone pieniądze kupić nawet dodatkowy pokój.

Wczoraj obchodzony był Światowy Dzień bez Tytoniu. Jest to idealna okazja, aby przyjrzeć się wydatkom palaczy i pokazać jak wiele tracą przez swój nałóg. Dane CBOS zaprezentowane w sierpniu 2019 roku pokazują, że 26% dorosłych Polaków pali papierosy. I choć odsetek ten w ostatnich latach maleje (w 2008 roku palił prawie co trzeci dorosły obywatel), to wciąż przychody koncernów tytoniowych są ogromne.

Ile Polacy wydają na wyroby tytoniowe? Szacunki firmy Nielsen, na które powołuje się portal hurt&detal sugerowały, że rynek ten wart był w 2017 roku 23,7 mld. W 2019 roku kwota ta powinna być wyraźnie wyższa. Można ją oszacować na podstawie dochodów budżetu z tytułu akcyzy. Powód jest prosty – akcyza stanowi największą część ceny przeciętnej paczki. Efekt? W 2019 roku wartość legalnego rynku wyrobów tytoniowych może wynieść około 25 mld złotych – wynika z szacunków HRE Investments. Do tego należałoby też dodać szarą strefę. Jej skala wg różnych szacunków opiewa na od 10 do 15% rynku. To znaczy, że Polacy na papierosy (różnego typu) wydają przynajmniej 28 miliardów złotych. Aby pokazać o jak dużej kwocie mówimy wypadałoby ją przeliczyć na coś bardziej namacalnego. I tak jest to równowartość prawie 105 tysięcy mieszkań czy ponad 20 milionów rocznych karnetów na siłownię. Za te pieniądze można by też przez cały rok wysyłać każdego Polaka co dwa tygodnie do kina – wynika z szacunków HRE Investments.

Powierzchnia mieszkania możliwa do kupienia za 49 tys. zł

Lokalizacja Średnia cena transakcyjna Metraż możliwy do kupienia za 49 tys. zł
Kielce 4 345 zł 11,3
Zielona Góra 4 354 zł 11,3
Łódź 4 708 zł 10,4
Katowice 4 749 zł 10,3
Opole 5 004 zł 9,8
Bydgoszcz 5 050 zł 9,7
Olsztyn 5 107 zł 9,6
Białystok 5 315 zł 9,2
Szczecin 5 409 zł 9,1
Lublin 5 565 zł 8,8
Rzeszów 5 708 zł 8,6
Poznań 6 230 zł 7,9
Wrocław 6 858 zł 7,1
Kraków 7 135 zł 6,9
Gdynia 7 299 zł 6,7
Gdańsk 7 687 zł 6,4
Warszawa 8 955 zł 5,5
Opracowanie HRE Investments na podstawie danych NBP za III kw. 2019

Zamień dymek na większy domek

Oczywiście przeważająca większość Polaków nie pali. Uwzględniając dane CBOS o skali nałogu, można oszacować, że przeciętny palacz wydaje na wyroby tytoniowe trochę ponad 2,8 tysięcy złotych rocznie. To ponad 230 złotych miesięcznie. Kwotę zaniżają palacze okazjonalni czy osoby korzystające z tańszych zamienników. Nie zmienia to jednak faktu, że gdyby pieniądze te zostały w domowym budżecie, oznaczałyby to wyraźny spadek kosztów – szczególnie, jeśli z nałogiem zmaga się więcej niż jeden domownik.

Na pierwszy rzut oka 230 złotych na rynku mieszkaniowym nie pozwoli nadmiernie poszaleć. Zastanówmy się jednak o ile wyższy kredyt mieszkaniowy można by obsługiwać wydając zaoszczędzone pieniądze na ratę. W przypadku kredytu w rodzimej walucie oprocentowanego na 4%  wzrost raty o 230 zł pozwala zwiększyć kwotę zadłużenia o około 49 tys. zł. Byłoby tak w przypadku długu zaciągniętego na 30 lat z ratą równą.

Sprawdziliśmy więc, ile dodatkowych metrów mieszkania można kupić dzięki większej kwocie kredytu. Biorąc pod uwagę ceny transakcyjne opublikowane przez bank centralny za 3 kwartał 2019 roku. Wynika z nich, że kwotę 49 tysięcy złotych moglibyśmy zamienić na od 5,5 do nawet 11,3 m kw. Najwyższe wyniki zanotowano w Katowicach, Kielcach, Zielonej Górze i Łodzi, gdzie poziom cen transakcyjnych nieruchomości używanych jest najniższy w gronie badanych miast. Metr przeciętnych „czterech kątów” znajdował tam nabywcę za od 4,3 do 4,7 tys. zł. W efekcie dodatkowa kwota może nawet wystarczyć na dodatkowy skromny pokój. Najmniej za 49 tys. zł można kupić w Krakowie, Gdyni, Gdańsku i Warszawie. W każdym z tych miast możliwości nabywcze nie przekraczają 7 metrów.

Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej wszystko wskazuje na to, że to jeszcze nie koniec wzrostów. Najnowsze dane sugerują, że na utrzymanie domu statystyczna polska rodzina wydaje przeciętnie 922,5 złotych – wynika z szacunków HRE Investments.

922,5 złotych – tyle wydawała na utrzymanie, wyposażenie i prowadzenie domu statystyczna 3-osobowa rodzina. To szacunki HRE Investments opartych o dane GUS. To o 1,6% więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem. W tym obszarze następuje więc wzrost wolniejszy niż ten szacowany dla wszystkich konsumowanych dóbr i usług, a który znamy pod pojęciem inflacji (w październiku 2,5%).

Powyższa kwota uwzględnia wydatki na ogrzewanie oraz nośniki energii, ale też inne media, czynsze płacone przez najemców, wywóz nieczystości, zakup AGD, mebli, oświetlenia, dekoracji ale też usług takich jak sprzątanie czy naprawy i remonty.

Z drugiej strony pomijamy koszty obsługi kredytów hipotecznych, które w przypadku zadłużonych rodzin pochłaniają przeważnie więcej pieniędzy niż wcześniej omawiane utrzymanie, wyposażenie i prowadzenie domu. Pomijamy też podatki i opłaty związane z posiadaniem nieruchomości.

Śmieci drożeją, ale mało ważą

Relatywnie wolny wzrost kosztu utrzymania i prowadzenia domu może o tyle zaskakiwać, że w tym obszarze mamy przecież też wywóz śmieci, a ten drożeje w zastraszającym tempie. Dane GUS mówią o przeciętnym wzroście stawek o 31,3% w przeciągu zaledwie roku. Gdyby tego było mało, to medialne doniesienia sugerują, że to wcale nie koniec podwyżek. Prawda jest jednak taka, że mimo wzrostu stawek za wywóz śmieci wciąż wydajemy na ten cel relatywnie niewiele. Dlatego śmieci niewiele ważą w przeciętnym koszyku wydatków i stąd wciąż niewielki wpływ tego czynnika na inflację.

Możemy to pokazać na konkretnych liczbach. Z danych GUS wynika, że na utrzymanie, prowadzenie i wyposażenie mieszkania przeciętny Polak wydaje prawie co czwartą złotówkę. Dla porównania wywóz śmieci pochłania średnio tylko 0,5% czyli 5 promili naszych comiesięcznych wydatków – wynika z szacunków Eurostatu.

Dotychczas w pełni podwyżki te amortyzował spadek kosztów energii elektrycznej. Ten GUS szacuje w październiku na 5,8% w skali roku. W związku z tym, że rachunki za prąd pochłaniają około 2,7% wydatków statystycznego obywatela, to rządowa interwencja na rynku energii elektrycznej powinna pokryć nam wzrost wydatków na wywóz śmieci – przynajmniej tak wynika ze statystyk.

Tym bardziej ciekawe jest czy preferencyjne stawki za energię elektryczną zostaną utrzymane w kolejnym roku. Jeśli nie, to już niebawem Polacy mogą mocno odczuć wzrost cen prądu. Może mieć on na początku 2020 roku wyraźny wpływ na koszty utrzymania.

Niewiele rzeczy tanieje

Wracając jednak do podsumowania zaprezentowanego przez GUS przy okazji najnowszej publikacji na temat październikowej inflacji warto zauważyć, że oprócz energii elektrycznej nie jest wcale łatwo znaleźć rzeczy, które w ciągu ostatniego roku taniały. W gronie kosztów związanych z mieszkaniem mamy jedynie AGD (tańsze o 1,3% r/r) i opał (tańszy o 0,2% r/r).

Pozostałe dobra i usługi składające się na koszty utrzymania i wyposażenia „czterech kątów” drożały. Oprócz wcześniej omówionego wywozu śmieci więcej trzeba też płacić za usługi związane z domem, a więc w górę poszły cenniki tzw. „złotych rączek” czy sprzątaczek. Podobnie zdrożały: czynsz za wynajem, koszty usług kanalizacyjnych, dostarczenia wody czy centralnego ogrzewania. W tym ostatnim przypadku jedynym pocieszeniem jest fakt, że w tym roku sezon grzewczy – przynajmniej póki co – obchodzi się z nami łagodnie.

Bartosz Turek, główny analityk HRE Investments

lokaty

Nie widać końca strat na lokatach. Już przeciętny roczny depozyt zakładany pod koniec 2015 roku nie pozwalał realnie zarobić. Od tego czasu sytuacja ta trwa z krótką przerwą na przełomie lat 2017/18. Niestety najnowsze prognozy sugerują, że nie ma co liczyć na realne zyski na lokatach przynajmniej do końca 2021 roku – wynika z najnowszych wyliczeń HRE Investments.

Najgorsza w historii oferta depozytowa powoduje, że Polacy coraz rzadziej mrożą pieniądze na lokatach. Z najnowszych statystyk banku centralnego wynika, że we wrześniu 2019 roku na depozytach terminowych Polacy trzymali 271,5 mld. To o 7,1  mld mniej niż w styczniu (pomijamy przy tym depozyty walutowe).

Lokaty to realne straty

Trudno się temu dziwić. W ostatnich miesiącach działają bowiem dwa mechanizmy niekorzystne dla oszczędzających. Z jednej strony spada oprocentowanie przeciętnej lokaty, a z drugiej obserwujemy też szybszy wzrost cen (inflację). W efekcie realne wyniki takich inwestycji są coraz gorsze.

Przykład? Założona we wrześniu 2019 roku roczna lokata była oprocentowana na 1,54% – wynika z danych NBP. To znaczy, że powierzając wtedy bankowi kwotę 10 tys. złotych można było liczyć na 154 złotych odsetek. Od tej kwoty należy jednak jeszcze odjąć podatek (19%). To znaczy, że faktycznie po roku na rachunku znajdziemy kwotę 10 124,74 złotych.

Problem w tym, że zgodnie z prognozą banku centralnego we wrześniu 2020 roku ceny dóbr i usług będą o prawie 2,5% wyższe niż w momencie zakładania wspomnianej lokaty. To znaczy, że za pieniądze wypłacone z banku po roku posiadacz lokaty będzie mógł kupić mniej rzeczy i usług niż w momencie zakładania lokaty i to pomimo naliczenia odsetek. Kapitał wraz z odsetkami pozwoli bowiem we wrześniu 2020 roku na takie zakupy jak kwota 9878 złotych rok wcześniej.

Straty zaczęły się w 2015 roku

Niestety sytuacja taka nie jest niczym nadzwyczajnym w ostatnich latach. Już depozyty zakładane w grudniu 2015 roku skazane były na to, że nie dadzą realnie zarobić swoim posiadaczom – wynika z szacunków HRE Investments. Gdyby tego było mało, to kontrakty terminowe na stopy procentowe oraz najnowsza projekcja inflacji przygotowana przez bank centralny pokazują, że podobnie powinno być też w przypadku lokat zakładanych przynajmniej do końca 2020 roku. Depozyty te będą oczywiście rozliczane pod koniec 2021 roku. Z dostępnych dziś prognoz wynika, że co najmniej do tego czasu Polacy muszą liczyć się z tym, że trzymanie pieniędzy na bankowych lokatach będzie się wiązało z ryzykiem ponoszenia realnych strat.

W sumie więc z taką sytuacją będziemy mieli do czynienia bardzo długo, bo przez co najmniej 6 lat z epizodyczną przerwą na przełomie lat 2017/18. Ten fenomen zawdzięczamy chwilowemu spadkowi inflacji i aferze KNF, która na pewien czas doprowadziła do wzrostu oprocentowania depozytów.

Z najnowszej prognozy HRE Investments wynika, że przeciętne roczne lokaty zakładane w roku bieżącym i przyszłym oznaczają dla deponentów realne straty na poziomie od 1 do 2% w skali roku. Oczywiście nie znaczy to, że pokonanie inflacji z wykorzystaniem bezpiecznych bankowych produktów nie jest możliwe, ale sztuka ta udać się może jedynie osobom dysponującym realtywnie niewielkim kapitałem. Do tego poszukiwanie najlepszych bankowych ofert należy ograniczyć do dosłownie kilku najlepszych promocji kierowanych często do nowych klientów lub przynajmniej dla ich nowych środków. Produkty te wymagają ponadto skorzystania z dodatkowych produktów bankowych, aktywnego z nich korzystania, a gdyby tego było mało, to najczęściej oznaczają możliwość zainwestowania środków na maksymalnie kilka miesięcy.

Nie ma runu na banki

Nie znaczy to jednak, że z polskich banków odpływają pieniądze. Coraz więcej środków spoczywa bowiem na rachunkach bieżących – tych, z których pieniądze mogą być wycofane niemal natychmiast. W efekcie część tej kwoty to potencjalny kapitał inwestycyjny, który tylko czeka na odpowiednią okazję.

Mówimy o niebagatelnych kwotach, bo na złotowych rachunkach bieżących Polacy trzymali we wrześniu br. 457,7 mld złotych – o 48,5 mld złotych więcej niż w analogicznym okresie przed rokiem (znowu bez depozytów walutowych).

Trudno o zysk bez ryzyka

Przedłużający się okres realnych strat na lokatach powoduje, że Polacy poszukują alternatywy dla swoich pieniędzy. Właśnie dlatego miliardy złotych płyną na rynek nieruchomości czy obligacji. To poszukiwanie relatywnie bezpiecznej inwestycji, która pozwala pokonać rozpędzającą się inflację powoduje, że Minister Finansów notuje historyczne rekordy sprzedaży obligacji skarbowych, a inwestorzy wciąż stanowią bardzo liczną grupę (nawet 30-40%) kupujących mieszkania.

Źródło: Bartosz Turek, HRE Investments

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku akademickiego to bardzo gorący okres na rynku najmu mieszkań. Jest to też czas, w którym szczególnie aktywni są pospolici oszuści. Jak ustrzec się przed utratą pieniędzy? HRE Investments podpowiada 5 rzeczy, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę.

Studenci, którzy nie załapali się na miejsce w akademiku mają już ostatnie dni na znalezienie lokum na czas kolejnego roku akademickiego. Wybór jest już mocno ograniczony, a oferty przebrane. Studenci muszą mieć świadomość, że w miastach akademickich za pokój w wynajętym wspólnie ze znajomymi mieszkaniu trzypokojowym trzeba zapłacić około 2-3 razy więcej niż wynosi stawka w uczelnianych domach studenckich. Gdyby tego było mało, to samodzielne wynajęcie kawalerki jest często nawet dwukrotnie droższe niż pojedynczy pokój – wynika z danych zebranych przez HRE Investments.

Koszt studenckiego zakwaterowania
Lokalizacja Średnia cena wynajmu pokoju wraz ze znajomymi w mieszkaniu trzypokojowym Średnia cena miejsca w dwuosobowym pokoju w uczelnianym akademiku
Warszawa 1 200 zł 450 zł
Kraków 1 030 zł 375 zł
Łódź 760 zł 365 zł
Poznań 850 zł 395 zł
Wrocław 1 040 zł 400 zł
Gdańsk/Trójmiasto 1 000 zł 380 zł
Lublin 750 zł 380 zł
Katowice 740 zł 410 zł
Białystok 700 zł 360 zł
Bydgoszcz/Toruń 670 zł 365 zł
Szczecin 770 zł 370 zł
Rzeszów 630 zł 350 zł
Dane zebrane przez HRE Investments w dniach 18-19 września 2019 r.

Gorący okres najmu, z którym mamy do czynienia w sierpniu i wrześniu nie sprzyja przemyślanym decyzjom. Te najemcy muszą bowiem podejmować pod presją czasu – ciekawe oferty znikają z rynku bardzo szybko. Jak w tym szaleństwie nie paść łupem pospolitych oszustów?

Pośrednik zarobi tylko za sukces

Przede wszystkim jak ognia wystrzegajmy się propozycji, w których ktoś obiecuje nam listę kontaktów do właścicieli atrakcyjnych mieszkań na wynajem w zamian za wydawałoby się niewygórowaną opłatę np. 200 – 300 złotych. Jest to o tyle kusząca propozycja, że pośrednicy za znalezienie mieszkania chcą przeważnie kilka razy więcej. Problem w tym, że oferta pseudoagencji handlującej numerami telefonów może okazać się zwykłym oszustwem, a pośrednik dostanie swoje honorarium tylko i wyłącznie w sytuacji, w której mieszkanie faktycznie nam znajdzie i doprowadzi do podpisania umowy najmu. Jeśli przy tym wszystkim popełniony zostanie jakiś błąd, to najemca może żądać od pośrednika odszkodowania.

Sprawdź wszystkie opłaty

Co roku jak mantrę powtarza się także zalecenie, aby z właścicielem spisać umowę. To w niej będą wypisane obowiązki obu stron i to ona stanowić będzie podstawę do dochodzenia wzajemnych roszczeń na wypadek konfliktu między najemcą i właścicielem. To w umowie musi się także znaleźć informacja o kosztach. Składać się na nie mogą:

  1. czynsz – kwota, którą właściciel otrzymuje w zamian za oddanie mieszkania,
  2. opłaty administracyjne – kwota, którą właściciel przekazuje dalej do spółdzielni lub wspólnoty z tytułu zaliczek na wodę, ogrzewanie, opłat za wywóz śmieci, zarządzanie nieruchomością czy oświetlenie części wspólnych,
  3. opłat za media – kwota za zużytą energię elektryczną czy wodę – ponad to co wynika z wcześniej wspomnianych zaliczek.

Właściciel powinien o tych wszystkich elementach otwarcie mówić, a przynajmniej wszystko dokładnie opisać w umowie. Jeśli tego nie robi, to najemca powinien o wszystko wypytać, aby potem nie było niedomówień. 

Kary umowne są niedozwolone

Skoro już jesteśmy w temacie podpisywanej umowy, to często w dokumentach tych można znaleźć zapis, że choć umowa jest podpisywana na czas określony (np. na rok), to jeśli najemca wyprowadzi się przed czasem, będzie musiał zapłacić tzw. karę umowną w kwocie odpowiadającej jednomiesięcznemu czynszowi. Takim zapisom może sprzeciwić się UOKiK, ale też z łatwością może je zakwestionować sąd.

Z drugiej strony nie znaczy to, że najemca podpisując umowę na rok nie może być pociągnięty do żadnej odpowiedzialności za opuszczenie lokalu np. po 6 miesiącach. Jeśli podpisujemy umowę na rok, ale pozwalamy w umowie na rozwiązanie stosunku najmu, warto zapisać np. miesięczny okres wypowiedzenia. To daje właścicielowi przynajmniej miesiąc na znalezienie najemcy. Można iść też dalej – aby obie strony rozstały się w pokoju warto też zapisać, że w trakcie tego miesiąca wypowiedzenia najemca – o ile znajdzie na swoje miejsce zastępstwo – dostanie zwrot kosztów najmu za niewykorzystany czas. Wtedy i właściciel będzie szczęśliwy i najemca zaoszczędzi.

Przeczytaj także:

Sprawdź z kim masz sprawę

Podstawową sprawą – o której jednak wielu najemców zapomina – jest też sprawdzenie czy osoba podająca się za właściciela faktycznie nim jest. Jak to sprawdzić? Wystarczy poprosić właściciela o numer księgi wieczystej lokalu i sprawdzić kto jest zapisany w dziale drugim KW. Można to sprawdzić przez internet na stronie ekw.ms.gov.pl. Podane tam dane w rubryce właściciel powinny się zgadzać z dokumentem tożsamości właściciela. Ten można też sprawdzić korzystając z poradnika opisującego zabezpieczenia dowodów osobistych zamieszczonego na stronach rządowych. Ostatecznie w internecie dostępne są też narzędzia do weryfikacji poprawności numerów PESEL oraz serii i numeru dowodu osobistego.

Po co aż tyle zachodu? Łatwo można wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś posługujący się fałszywym dokumentem tożsamości pospisuje umowę najmu z właścicielem mieszkania i po zapłaceniu kaucji odbiera od niego klucze. Potem już podając się za właściciela oszust może podpisywać umowy z nieświadomymi nic potencjalnymi najemcami inkasując od nich pieniądze i umawiając się na odbiór kluczy dopiero za kilka dni – podając za powód opóźnienia to, że lokal musi zostać odmalowany.

Przy okazji warto zauważyć, że w dobie coraz bardziej popularnych inwestycji w mieszkania na wynajem właściciele mogą działać przez pełnomocników. Teoretycznie do powierzenia komuś zadania wynajmu mieszkań właściciel może spisać pełnomocnictwo na kartce papieru. Warto jednak, aby zrobił to w formie aktu notarialnego. Czemu? Ta druga forma daje szanse potencjalnym najemcom na telefoniczną weryfikację czy przedstawiane przez pełnomocnika upoważnienie do podpisywania umów najmu faktycznie zostało przygotowane w danej kancelarii, a nie jest dokumentem sfałszowanym.

Protokół to podstawa

Nieodzownym elementem każdej umowy najmu powinien być też protokół zdawczo-odbiorczy. To w tym dokumencie zapisujemy stany liczników, ścian, podłóg i całego wyposażenia mieszkania w momencie oddawania kluczy najemcom. Wszystko podlega potem weryfikacji, gdy lokal jest z powrotem przekazywany właścicielowi. Jest to na tyle ważny dokument, że warto na jego przygotowanie przeznaczyć nawet godzinę czy dwie. Dzięki temu unikniemy stresu przy zakończeniu współpracy z właścicielem.

Źródło: HRE Investments

Trzyosobowa rodzina, w której dwie osoby zarabiają po 4 tysiące brutto miesięcznie mogłaby pożyczyć na mieszkanie 410 tys. złotych – wynika z badania przeprowadzonego przez HRE Investments. To pozwala myśleć o własnym mieszkaniu w każdym mieście wojewódzkim. Warunek? Posiadanie kilkudziesięciu tysięcy na wkład własny i koszty transakcyjne.

Temat planowanej podwyżki płacy minimalnej do 4 tys. złotych brutto budzi skrajne emocje. Bez wątpienia jednak realizacja tego scenariusza może mieć bardzo mocny wpływ na sytuację na rynku nieruchomości. Powód jest prosty – dziś zarabiając płacę minimalną nie ma co liczyć na kredyt hipoteczny wystarczający na zakup mieszkania w największych miastach. Dotyczy to także rodzin, gdzie na budżet domowy składają się dwie pensje minimalne. Banki spytane o maksymalną zdolność kredytową osób wychowujących jedno dziecko i inkasujących po najniższej krajowej odpowiadają, że taka rodzina może liczyć co najwyżej na kilkadziesiąt tysięcy złotych kredytu.

4 tysiące robią różnicę

A co się stanie jeśli przyjmiemy, że każdy z rodziców przynosi do domu po 4 tys. złotych brutto miesięcznie, czyli ponad 2,8 tys. zł „na rękę”? Wtedy z deklaracji banków wynika, że zdolność kredytowa rośnie do 410 tys. złotych. Jest to mediana, a więc znajdziemy zarówno banki chcące przykładowej rodzinie pożyczyć więcej, jak i takie, które pożyczą mniej. Do tej drugiej grupy można zaliczyć BOŚ Bank i Alior, gdzie zdolność kredytowa przykładowej rodziny nie przekracza 340 tysięcy. Na drugim biegunie znajdziemy Credit Agricole, ING i Pekao w których to wzięta pod uwagę rodzina mogłaby pożyczyć na mieszkanie ponad 430 tysięcy.

Ale uwaga! Zakładamy w naszych obliczeniach, że rodzina chce zadłużyć się na 30 lat. Familia nie posiada żadnych zobowiązań finansowych (kart kredytowych i nie spłaca rat), ale zdążyła już zbudować pozytywną zdolność kredytową korzystając w przeszłości z produktów kredytowych.

Warunki kredytowe dla rodziny, w której dwie osoby zarabiają po 4 tys. zł brutto miesięcznie
Nazwa banku Zdolność kredytowa RRSO*
BOŚ 336 027 zł 3,95%
Alior 338 346 zł 5,16%
PKO Bank Polski 403 100 zł 4,20%
PKO Bank Hipoteczny 403 100 zł 4,18%
Citi Handlowy 408 000 zł 3,67%
Santander 411 708 zł 4,28%
BNP Paribas 429 401 zł 3,37%
Credit Agricole 431 500 zł 4,36%
ING 432 683 zł 4,32%
Pekao 433 800 zł 5,13%
Przypadek: małżeństwo z dzieckiem. Rodzice pracują od lat na pełen etat na umowie o pracę. Dochód rodziny na poziomie 5,7 tys. zł netto miesięcznie. Kredytobiorca mieszka w mieście o 300 tys. mieszkańców. Pozytywna historia kredytowa. Na ten moment rodzina spłaciła wszystkie kredyty, nie posiada kart kredytowych czy limitów w kontach. Rodzina posiada za to samochód wart 15 tys. zł. Przeciętne deklarowane miesięczne koszty utrzymania na poziomie 2 tys. zł miesięcznie. Rodzina skłonna jest skorzystać z dwóch dodatkowych produktów bankowych – rachunku ROR z przelewem wynagrodzenia i karty płatniczej lub kredytowej. Kredytobiorca woli unikać ubezpieczeń typu: od utraty pracy, na życie itp. Może z nich skorzystać jeśli będzie to bezwzględnie konieczne albo oznaczać będzie wyraźnie niższe łączne koszty. Rodzina chce się zadłużyć na 30 lat. Raty równe.
*RRSO z uwzględnieniem dodatkowych kosztów okołokredytowych obliczona dla długu zaciąganego na zakup mieszkania wartego 200-250 tys. złotych
Opracowanie: HRE Investments
Wciąż bez wkładu ani rusz

Aby jednak tyle pożyczyć potrzeba też niemało wkładu własnego. Przypomnijmy, że chcąc zadłużyć się na zakup mieszkania trzeba dziś posiadać minimum 10%, a najlepiej 20% wartości kupowanego lokum w gotówce. To znaczy, że jeśli rodzina chciałaby kupić mieszkanie za 456 tys. złotych, to 410 tysięcy mogłaby pożyczyć (wspomniana wyżej mediana zdolności kredytowej), a prawie 46 tysięcy musiałaby mieć na koncie. To wyraźnie utrudnia możliwość zakupu własnych „czterech kątów” szczególnie przez osoby kupujące pierwsze mieszkanie.

Jakby tego było mało, dodatkowe 15-35 tysięcy trzeba mieć w omawianym przypadku, aby pokryć tzw. koszty transakcyjne (podatki, prowizje, opłaty notarialne czy sądowe). W sumie daje to już konieczność posiadania 60-80 tysięcy złotych gotówki, a ani słowem nie wspomnieliśmy dotychczas o konieczności wykończenia, odświeżenia czy wyposażenia lokalu, co nierzadko pochłania znaczne kwoty. I choć wymagana kwota gotówki jest i wciąż pozostanie poważną barierą w myśleniu o własnym „M”, to bez wątpienia podniesienie płacy minimalnej do zapowiadanych poziomów oznacza, że dla wielu osób zakup mieszkania przy pomocy kredytu hipotecznego stanie się wizją bardziej realną niż dziś.

HRE Investments

Na utrzymanie domu statystyczna polska rodzina wydaje już ponad 933 złote – wynika z szacunków HRE Investments. Za podwyżkami stoją galopujące stawki za wywóz śmieci, rosnące czynsze czy cena gazu. W ryzach koszty starają się trzymać obniżki cen prądu.

Za wywóz śmieci trzeba dziś płacić o 24% więcej niż przed rokiem, a wciąż najpewniej nie jest to kres podwyżek. Byłby to alarmujący wskaźnik, gdyby nie fakt, że opłaty te stanowią tylko niewielki ułamek (około 5 promili) kosztów ponoszonych przez statystyczne gospodarstwo domowe.

Energia jest najważniejsza

Z tego punktu widzenia dla przeciętnego domowego budżetu znacznie ważniejsze jest to co dzieje się z cenami nośników energii. Te odpowiadają w Polsce mniej więcej za połowę wszystkich kosztów utrzymania dachu nad głową. W praktyce oznacza to, że na nośniki energii przeciętny rodak wydaje co jedenastą złotówkę znajdującą się w portfelu.

Najważniejsza z tego punktu widzenia energia cieplna podrożała przez ostatnie 12 miesięcy o 1,8%. Chodzi tu o ciepło dostarczane do domów z sieci – na nie statystycznie wydajemy najwięcej w kategorii „nośniki energii”. Prawie tak samo dużo pieniędzy wydajemy na często stosowany w polskich domach opał. Za ten według GUS trzeba dziś płacić jedynie o 0,5% więcej niż przed rokiem. Dla porównania gaz, który w „statystycznym koszyku” waży dwa razy mniej niż energia cieplna jest dziś o 4,2% droższy niż przed rokiem.

Na drugim biegunie jest oczywiście energia elektryczna. Ta zużywana w domach odpowiada wg danych Eurostatu za co siódmą złotówkę wydawaną na utrzymanie własnych czterech kątów. Po rządowej interwencji jej cena jest dziś wg danych GUS o 5,8% niższa niż przed rokiem. W związku z tym, że Polacy znacznie więcej wydają na energię niż na wywóz śmieci, to ten jednocyfrowy spadek stawki za kilowatogodzinę póki co z nawiązką neutralizuje dotychczasowe dwucyfrowe wzrosty opłat za wywóz śmieci. Podobnie tańsza energia powoduje, że statystyczny obywatel wciąż mniej niż przed rokiem wydaje na nośniki energii.

Znacznie więcej niż przed rokiem trzeba też płacić za usługi zw. z domem (o 5%). Chodzi tu o takie usługi jak naprawy czy usługi sprzątania. W tym wypadku podwyżki nie są niczym zaskakującym w obliczu rosnących wynagrodzeń Polaków.

Wyraźnie w ostatnim roku wzrosły też czynsze płacone przez najemców właścicielom – o 4,8%. Słowem wyjaśnienia należy dodać, że w Polsce dominuje najem o stawkach nierynkowych (chodzi tu np. o mieszkania komunalne, zakładowe czy spółdzielcze lokatorskie). Raportowany przez urząd wzrost cen nie odnosi się więc wprost do stawek płaconych właścicielom, którzy kupili mieszkania na wynajem. Te wg danych płynących z najnowszego raportu AMRON – SARFiN w największych miastach raczej nie rosły aż tak szybko. Na przykład we Wrocławiu w 2 kwartale br. za najem przeciętnie trzeba było płacić o 1,6% mniej niż przed rokiem. W Katowicach, Poznaniu czy Gdańsku roczny wzrost był na poziomie 2-3%, a jedynie w Łodzi za najem trzeba płacić o 4,8% więcej niż w drugim kwartale 2018 roku.

Utrzymanie domu za 933 zł miesięcznie

W efekcie łączny koszt utrzymania i prowadzenia domu w czerwcu 2019 roku był o 1,8% wyższy niż rok wcześniej. To oznacza dynamikę wzrostu niższą niż inflacja, która w lipcu została przez urząd oszacowana na 2,9% w skali roku. To znaczy, że rządowa interwencja na rynku energii elektrycznej dała pewne efekty. Przeważnie bowiem koszty utrzymania domu rosły szybciej niż ogólny poziom cen mierzony inflacją. I choć wzrost kosztów utrzymania domu został spowolniony to nie doszło do jego zatrzymania.

Statystyczna trzyosobowa rodzina na utrzymanie i wyposażenie mieszkania wydała w lipcu ponad 933 złotych – wynika z szacunków HRE Investments opartych o dane GUS na temat inflacji i wydatków gospodarstw domowych. Kwota ta uwzględnia wydatki na ogrzewanie i nośniki energii (koło 40-50% łącznych kosztów związanych z mieszkaniem), ale też inne media, czynsze płacone przez najemców, wywóz nieczystości, zakup AGD, mebli, oświetlenia, dekoracji, usług takich jak sprzątanie czy remonty.

Z drugiej strony pomijane są koszty obsługi kredytów hipotecznych, które w przypadku zadłużonych rodzin pochłaniają przeważnie więcej pieniędzy niż wcześniej omawiane utrzymanie, wyposażenie i prowadzenie domu. Pomijamy też podatki i opłaty związane z posiadaniem nieruchomości. Co warto podkreślić mówimy ponadto o wartości uśrednionej dla całego kraju. Jasne jest więc, że rodzina posiadająca skromne mieszkanie wyda na „dach nad głową” nawet kilkukrotnie mniej niż familia mieszkająca w dużej rezydencji.

Wydajemy coraz więcej

Z szacunków HRE Investments wynika, że na utrzymanie i wyposażenie dachu nad głową statystyczna trzyosobowa rodzina wydaje o 17 złotych więcej niż rok temu. W praktyce wartość ta może się okazać jednak wyższa, gdy w drugiej połowie bieżącego roku poznamy dokładniejsze dane na temat wydatków gospodarstw domowych.

Dlaczego? W ostatnich latach urzędowe dane sugerowały, że przeciętne wydatki na utrzymanie i wyposażenie mieszkań rosły szybciej niż wynikało ze wzrostu cen. To oznacza, że wraz z poprawianiem się sytuacji finansowej gospodarstwa domowe konsumują coraz więcej. Coraz większą część domowego budżetu skłonni jesteśmy też przeznaczać na utrzymanie własnych „czterech kątów” np. poprzez podnoszenie standardu mieszkania. Trudno się temu dziwić skoro – jak wynika z danych GUS – w latach 2007-18 dochód rozporządzalny na osobę wzrósł nominalnie o 82%, a realnie, czyli po uwzględnieniu inflacji, o 47%.

Źródło: HRE Investments

Ponad połowę mieszkań deweloperzy budują już poza największymi miastami. Skłania ich do tego nie tylko zjawisko rozlewania się miast i popyt na tzw. „drugie domy”, ale też popyt na nowe mieszkania w mniejszych ośrodkach.

Wciąż pięć dużych miast wojewódzkich to miejsca pierwszego wyboru dla deweloperów. Chodzi o Warszawę, Wrocław, Kraków, Poznań i Gdańsk. Na ich terenie w 2018 roku oddano do użytkowania 50,9 tysięcy mieszkań z przeznaczeniem na sprzedaż lub wynajem. To 45,3% wszystkich mieszkań powstałych w Polsce w tym celu. I choć wciąż jest to bardzo wysoki wynik, to warto przypomnieć, że jeszcze w 2005-7 roku odsetek mieszkań deweloperskich przypadających na wspomniane miasta przekraczał 50%.

Kryzys mocniej uderzył w miasta

Potem okres ochłodzenia na rynku mieszkaniowym odcisnął wyraźne piętno na dokonaniach deweloperów w największych miastach. Kulminację tego efektu widać w statystykach na temat liczby oddawanych do użytkowania mieszkań w 2011 roku. Nie jest to przypadek. Statystycznie rzecz ujmując deweloperzy budują bloki mieszkalne dwa lata – stąd wstrzemięźliwość w rozpoczynaniu nowych inwestycji w 2009 roku skutkowała mniejszą liczbą oddań do użytkowania w 2011 roku. To wtedy na TOP 5 miast przypadało tylko 37,2% nowych mieszkań.

Deweloperzy odkrywają sielski urok

Dla porównania w tym samym czasie spowolnienie, które w największych miastach doprowadziło do spadku liczby budowanych mieszkań o kilkadziesiąt procent, w mniejszych miejscowościach było znacznie mniej dotkliwe, a na wsiach niemal niewidoczny. Też dlatego udział mieszkań oddawanych do użytkowania na terenach wiejskich w ostatnich latach wyraźnie rósł. Podczas gdy w 2005 roku tylko jedno mieszkanie na 20 zbudowano na wsi, to w 2008 roku było to już prawie jedno mieszkanie na 8. Jeszcze bardziej wynik ten jest imponujący jeśli weźmiemy pod uwagę liczby bezwzględne.

Na obszarach wiejskich w 2005 roku w skali całego kraju zbudowano tylko 1974 mieszkań na sprzedaż. Dla porównania rok 2018 zamknął się wynikiem na poziomie 13,3 tys. lokali – wynika z danych GUS.

Co stało za tak wyraźnym wzrostem? Z danych GUS wynika, że jest to przede wszystkim efekt rozlewania się miast. Najwięcej nowych mieszkań na sprzedaż na wsiach powstaje na terenach okalających największe miasta. Jest to w pełni uzasadnione jeśli uwzględnimy, że w przypadku większości gmin otaczających największe miasta wojewódzkie od lat rośnie liczba mieszkańców. Przeważnie wynika to z potrzeby posiadania większej nieruchomości lub poszukiwania bardziej przystępnych cen.

Trzeba mieć bowiem świadomość, że w większości przypadków wyjeżdżając poza obszar największych miast możemy liczyć na spadek ceny metra nawet o kilkadziesiąt procent. Do tego za cenę trzypokojowego mieszkania w największych miastach można często kupić lub zbudować skromny dom poza miastem. W ograniczony zakresie deweloperskie zamiłowanie do obszarów wiejskich może też wynikać z popytem na tzw. „drugie domy”.

Źródło: Bartosz Turek, HRE Investments

Prawie 4,3 miliardy złotych – aż tyle warte są nowe mieszkania kupione za gotówkę tylko przez trzy miesiące tego roku i tylko w 7 miastach Polski. Najnowsze szacunki Narodowego Banku Polskiego sugerują, że znowu więcej osób postanowiło kupić mieszkanie niż trzymać pieniądze na lokacie. Ta przeważnie nawet nie chroni dziś oszczędności przed inflacją.

Ponad 10 tysięcy mieszkań – tyle Polacy kupili za gotówkę w pierwszym kwartale 2019 roku – wynika z szacunków HRE Investments opartych o szacunki NBP i REAS JLL. Jest to imponujący wynik jeśli weźmiemy pod uwagę, że dane te dotyczą jedynie mieszkań deweloperskich sprzedanych w okresie trzech miesięcy na terenie 7 polskich miast.

Ceny rosną, ale inflacja też

Wynik zanotowany na początku roku jest gorszy niż w analogicznym okresie przed rokiem (spadek o 12%), ale z drugiej strony lepszy niż wyniki z pozostałych kwartałów ubiegłego roku. Warto przypomnieć, że jeszcze w wakacje 2018 roku gotówkowa sprzedaż mieszkań w badanych miastach spadła do poziomu 7 tysięcy lokali – wyniku nienotowanego od 2015 roku.

Nie wykluczone, że za wszystkim stoją trzy ważne czynniki: inflacja, słabe oprocentowanie lokat i ceny mieszkań. Podczas gdy w 2018 roku bardzo szybko rosnące ceny mieszkań i kosmetyczne wzrosty oprocentowania lokat zniechęcały do inwestycyjnego zakupu mieszkań, to dziś sytuacja zdaje się odwracać. Po pierwsze oprocentowanie lokat maleje, co przy przyspieszającej inflacji jest skuteczną receptą na to, aby trzymane na lokatach pieniądze z czasem traciły na wartości. Z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że ceny mieszkań przestały tak szybko rosnąć. Są to warunki, w których część inwestorów omijających rynek mieszkaniowy w 2018 roku rozważa powrót do inwestowania w nieruchomości.

61% transakcji to gotówka

Co warto podkreślić bank centralny zmodyfikował metodologię prowadzonych przez siebie szacunków. W raporcie możemy dzięki temu znaleźć informację o mieszkaniach kupionych wyłącznie za gotówkę – bez uwzględniania wkładów własnych osób kupujących mieszkania z pomocą kredytu hipotecznego. Według szacunków NBP opiewały one w pierwszym kwartale na prawie 4,3 miliardy złotych. Jest to wynik o 5% gorszy niż w analogicznym okresie rok wcześniej i o 6% lepszy niż w ostatnim kwartale 2018 roku. 

Najnowsze dane banku centralnego oznaczają w praktyce, że w pierwszym kwartale br. zakupy gotówkowe odpowiadały za ponad połowę (61%) kwoty wydanej przez Polaków na nowe mieszkania w 7 miastach (Warszawa, Wrocław, Kraków, Poznań, Łódź, Gdańsk i Gdynia).

Źródło: HRE Investments

Eksperci

Co czeka branżę Consumer Finance? Prognoza 2020

Początek nowej dekady będzie dla branży pożyczkowej pełen wyzwań. Katarzyna Jóźwik, Dyrektor General...

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

AKTUALNOŚCI

Prezydent RP Andrzej Duda oficjalnie otworzył Dom Polski zorganizowany przez PZU i Pekao

Prezydent Andrzej Duda otworzył dziś oficjalnie Dom Polski w Davos. PZU i Pekao już po raz drugi zor...

Miało być źle, będzie jeszcze gorzej – zmiany w rozliczeniach firm

Minimalna pensja jest jeszcze wyższa niż planowano w 2019 roku, dodatkowy roczny koszt poniesiony pr...

Gdzie spodziewać się cyberzagrożeń w 2020 roku?

Najnowszy „2020 Threat Report” ukazuje przewidywania dotyczące zagrożeń czekających w cyberprzestrze...

PIT-11: idą zmiany!

Do końca stycznia pracodawcy mają czas na dostarczenie w formie elektronicznej PIT-11 do urzędu skar...

Nowa Normalność – obowiązkowa lektura na Nowy Rok

"Konwergencja sił społeczno-demograficznych, technologicznych, gospodarczych i środowiskowych przeks...

Allegro uruchamia serwis społecznościowy dla klientów i sprzedawców

Allegro Gadane to serwis społecznościowy, w którym kupujący i sprzedający poszukujący porad czy opin...

W Polsce jest coraz więcej przedsiębiorczych kobiet

Aż 710 zgłoszeń w kategoriach otwartych, czyli o 126 więcej niż w ubiegłym roku i 25 zgłoszeń w kate...

Ekologicznie znaczy oszczędniej

Wytwarzamy coraz więcej śmieci. Tworzywa sztuczne, a w tym w znacznej mierze plastikowe torby, to 8 ...

Prezydent RP Andrzej Duda oficjalnie otworzył Dom Polski zorganizowany przez PZU i Pekao

Prezydent Andrzej Duda otworzył dziś oficjalnie Dom Polski w Davos. PZU i Pekao już po raz drugi zor...

Mama w pracy. Czyli powrót po urlopie macierzyńskim. Najlepej z asem w rękawie.

Z urlopu rodzicielskiego, który trwa od sześciu do dwunastu miesięcy, korzysta blisko połowa rodzicó...