niedziela, Grudzień 8, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "koszty"

koszty

Nadchodzący rok może okazać się korzystny dla MŚP i dużych przedsiębiorstw, starających się o fundusze unijne – do wydania wciąż pozostaje ponad 54 proc. z puli przeznaczonych środków. W ramach Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój zagospodarowano zaledwie 16 proc. dostępnych środków. Dotychczasowe konkursy charakteryzowały się niskim wskaźnikiem sukcesu. Jakie były najczęstsze przyczyny odrzucania wniosków w POIR i co planuje Ministerstwo Rozwoju, aby zwiększyć skuteczność wnioskodawców i przyspieszyć wydatkowanie?

W ramach unijnej polityki spójności i perspektywy finansowej na lata 2014-2020 Polska otrzymała do wykorzystania 82,5 mld euro. Tymczasem z danych Ministerstwa Rozwoju wynika, że po trzech latach wydatkowania, we wszystkich programach operacyjnych do rozdysponowania pozostaje ponad 54 proc. środków. Od 2014 r. uruchomiono 3,8 tys. konkursów, w których złożono ponad 68 tys. wniosków o dofinansowanie w łącznej wysokości ok. 421 mld zł. Do tej pory podpisano 25 tys. umów na ponad 225 mld zł, a średni poziom dofinansowania wszystkich projektów (realizowanych przez przedsiębiorców i instytucje publiczne) wyniósł 77 proc.

Największym zainteresowaniem wśród przedsiębiorców cieszy się Program Operacyjny Inteligentny Rozwój (POIR), którego celem jest wzrost innowacji i działań badawczych. W ramach POIR wykorzystanie alokacji wzrosło do poziomu 5 903,96 mld zł, co stanowi zaledwie ok. 16 proc. środków dostępnych w programie. Ministerstwo Rozwoju już zapowiedziało liczne uproszczenia proceduralne, zarówno na etapie oceny formalnej, jak i merytorycznej, co powinno przełożyć się na zwiększenie skuteczności wnioskodawców i przyspieszenie wydatkowania z POIR. Z doświadczenia Ayming Polska wynika, że dotychczas na etapie oceny merytorycznej wnioski najczęściej były odrzucane z pięciu powodów.

  1. Rozpoczęcie realizacji projektu przed złożeniem wniosku o dofinansowanie

Najczęstszym błędem popełnianym przez wnioskodawców POIR jest rozpoczęcie realizacji projektu przed złożeniem wniosku o dofinansowanie. Jest nim podpisanie umowy z wykonawcą lub dostawcą (np. maszyn, materiałów), czy dokonanie płatności (nawet w formie zaliczki) na poczet projektu.

Z założenia dotację powinny uzyskać firmy, które nie są w stanie samodzielnie przeprowadzić projektu w kształcie przedstawionym we wniosku. Jeśli więc przedsiębiorstwo rozpoczęło realizację projektu jeszcze przed złożeniem wniosku, jest to sygnał dla instytucji finansującej, że dysponuje ono zapleczem finansowym, a dotacja nie jest niezbędna do realizacji projektu. Przed złożeniem wniosku o dofinansowanie, przedsiębiorstwo potencjalnie może podpisać umowę warunkową zawierającą klauzulę, która zastrzega, że umowa wejdzie w życie dopiero po otrzymaniu przez firmę dofinansowania. Umowy takie nie mogą być wiążące – komentuje Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzająca w Ayming Polska.

  1. Brak stabilności finansowej przedsiębiorstwa

Fundusze unijne są przeznaczone dla rozwijających się podmiotów, które potrzebują wsparcia, by przyśpieszać rozwój. Przedsiębiorstwa starające się o dotacje muszą udowodnić, że są w stanie sfinansować tę część projektu, która nie jest objęta dofinansowaniem ze środków UE (minimum 20 proc. kosztów całej inwestycji). W związku z tym, na etapie oceny merytorycznej, weryfikowana jest sytuacja finansowa przedsiębiorstwa w okresie trzech ostatnich lat obrachunkowych. Przed złożeniem aplikacji o dofinansowanie należy przeanalizować, czy firma będzie w stanie ponieść koszty realizacji projektu w czasie jego trwania oraz w okresie trwałości, który wynosi od 3 do 5 lat. Warto także rozważyć złożenie wniosku w konsorcjum – w takim wypadku kluczowe jest prawidłowe sformułowanie zapisów umowy.

  1. Brak weryfikacji poziomu innowacyjności projektu

W przypadku projektów badawczo-rozwojowych zazwyczaj głównym kryterium oceny jest innowacyjność, rozumiana jako stopień zaawansowania technologicznego produktu lub technologii końcowej w projekcie, osiągany na drodze prac badawczo-rozwojowych. Prawidłowe określenie poziomu innowacyjności projektu przysparza firmom wiele trudności i często decyduje o odrzuceniu wniosku o dofinansowanie. Tymczasem poziom innowacyjności projektu najlepiej określić jeszcze przed podjęciem decyzji o złożeniu wniosku, w oparciu o bazy danych, np. patentową. Pozwoli to na uzyskanie informacji, czy rozwiązanie, które ma być wynikiem realizacji projektu, istnieje już na rynku lub ma na nim swój odpowiednik. W zależności od wyniku weryfikacji, kolejnym etapem może być uzyskanie opinii o innowacyjności projektu od wykwalifikowanej jednostki naukowej.

  1. Nieprawidłowe przyporządkowanie kosztów projektu

Dla wielu przedsiębiorstw starających się o dofinansowanie wyzwaniem jest prawidłowe przyporządkowanie kosztów projektu. Dotyczy to w szczególności projektów badawczo-rozwojowych i przypisywania kosztów do poszczególnych etapów prac B+R. W tym wypadku głównym problemem wnioskodawców jest rozróżnienie badań przemysłowych od prac rozwojowych. To istotna kwestia, ponieważ dla różnego rodzaju prac B+R przewidziany jest różny poziom dofinansowania.

Rozwiązaniem jest przyporządkowanie odpowiedniego poziomu TRL (Technology Readiness Level) dla poszczególnych etapów projektu. TRL to dziewięciostopniowa skala określająca poziom gotowości technologicznej danego rozwiązania. Można ją rozumieć jako etap rozwoju projektu badawczo-rozwojowego. Przykładowo, do poziomu TRL 6 występują wyłącznie badania przemysłowe. Najlepiej więc już na początku zdefiniować na jakim poziomie TRL będą kończyć się kolejne etapy projektu i dopiero na tej podstawie kategoryzować koszty – komentuje Beata Maczyszyn, Manager ds. Projektów Inwestycyjnych w Dziale Dotacji i Ulg B+R w Ayming Polska.

  1. Brak odpowiednich zasobów do realizacji projektu

Przedsiębiorstwa starające się o dofinansowanie muszą udowodnić, że posiadają kadrę i zasoby techniczne niezbędne do realizacji projektu. Jeśli w momencie składania wniosku, w przedsiębiorstwie nie ma odpowiednio wykwalifikowanego personelu, firma może wykazać umowy warunkowe podpisane z kadrą, która przystąpi do pracy po otrzymaniu dofinansowania na projekt. W przypadku zasobów technicznych, najlepiej gdy przedsiębiorstwo już fizycznie dysponuje sprzętem niezbędnym do przeprowadzenia projektu. W innym wypadku może starać się o zakup lub wynajem środków trwałych i dofinansować ich amortyzację lub wynajem. Istotne jest, aby określić środki trwałe potrzebne do realizacji projektu i taką informację zawrzeć we wniosku.

Od 2018 r. ułatwienie dla wnioskodawców POIR

We wrześniu, w ramach Ustawy o zasadach realizacji programów w zakresie polityki spójności finansowanych w perspektywie finansowej 2014-2020, Ministerstwo Rozwoju zatwierdziło korzystne dla przedsiębiorstw zmiany w procesie oceny wniosków. Będą one obowiązywać od 2018 r., a w przypadku konkursu 2.1 „Wsparcie inwestycji B+R” już od 20 listopada b.r. Ocena formalna wniosku będzie prostsza i szybsza. Do tej pory uzyskanie pozytywnej oceny formalnej wymagało spełnienia wszystkich kryteriów. Teraz komisja będzie weryfikować, czy wniosek został złożony we właściwym formularzu i terminie, jest wypełniony przynajmniej w dwóch trzecich punktów i posiada niezbędne załączniki. Nowością będzie także możliwość wniesienia poprawek do wniosku na etapie oceny merytorycznej. Wnioskodawca otrzyma od oceniających ekspertów kompleksowy zestaw uwag do wniosku, na podstawie których w ciągu 14 dni będzie mógł zaproponować zmiany w aplikacji o dofinansowanie. Poprawek nie będzie można wprowadzać jedynie w odniesieniu do oceny zdolności finansowej wnioskodawcy i zakwalifikowania projektu jako noszącego znamiona Centrum Badawczo-Rozwojowego. Inną pozytywną zmianą jest dopuszczenie udziału firm doradczych w panelu ekspertów oceniających składane aplikacje. Nowością będzie także wprowadzenie tzw. wizji lokalnej jeszcze przed podpisaniem umowy. Po opublikowaniu listy rankingowej, wnioskodawcy ubiegający się o dotacje dla projektów obarczonych dużym ryzykiem oraz  ci o mniejszej wiarygodności finansowej czy merytorycznej, będą podlegać kontroli ze strony jednostki przyznającej dofinansowanie.

 

Już 20 listopada 2017 r. ruszył prawdopodobnie ostatni nabór do wiodącego konkursu POIR: 2.1 „Wsparcie inwestycji B+R” (kolejny odbędzie się tylko, jeśli pozostaną środki do wykorzystania), a 15 lutego  2018 r. po raz ostatni odbędzie się konkurs w ramach 3.2.2 „Kredyt na innowacje technologiczne”. Teraz, gdy wydatkowanie środków unijnych nabiera rozpędu, szansa na uzyskanie środków jest jeszcze większa – warto więc ją wykorzystać.

 

Źródło; Ayming

Przedsiębiorcy nie będą wpłacać zaliczek na PIT, jeśli te nie przekroczą 1 tys. zł, nie będą też musieli amortyzować środka trwałego tańszego niż 10 tys. zł – m.in. takie uproszczenia wprowadza nowelizacja przepisów o podatku dochodowym, którą właśnie przyjął Sejm. To dobra wiadomość dla właścicieli najmniejszych firm.

Modyfikacje obowiązujących zasad rozliczania działalności gospodarczej to część dużej noweli zmieniającej ustawę o PIT, ustawę o CIT oraz ustawę o zryczałtowanym podatku dochodowym. Nowelizację przedstawił w lipcu br. resort rozwoju, a w zeszłym tygodniu została przegłosowa przez Sejm. Teraz zajmie się nią Senat. Przedsiębiorcy mają odczuć zmiany już od 1 stycznia 2018 r.

Mniej przelewów do fiskusa z tytułu PIT

Patrząc przez pryzmat mikroprzedsiębiorców, na uwagę zasługują dwie modyfikacje. Przede wszystkim właściciele firm mają być zwolnieni z obowiązku wpłacania zaliczek na podatek dochodowy w ciągu roku, jeśli należna fiskusowi zaliczka (lub suma zaliczek liczona narastająco od początku roku) nie przekroczy 1 tys. zł.

Załóżmy, że zobowiązanie przedsiębiorcy z tytułu PIT za styczeń 2018 r. wyniesie 600 zł. Według przepisów obowiązujących obecnie, przedsiębiorca musiałby wpłacić tę kwotę na konto fiskusa. Od nowego roku natomiast, zgodnie z nowelizacją przepisów, nie zapłaciłby nic.

Obliczanie zaliczek na PIT w kolejnych miesiącach ma wyglądać następująco. Jeśli zobowiązanie z tytułu PIT za luty 2018 r., wyniesie np. 100 zł, suma zaliczek liczona od początku roku będzie równa 700 zł. Przedsiębiorca nadal nie wpłacałby kwoty do urzędu skarbowego.

Natomiast, jeżeli zaliczka za luty 2018 r. wyniesie np. 600 zł, suma zaliczek liczona od początku roku wzrośnie do 1200 zł i dokładnie tyle przedsiębiorca będzie musiał przekazać fiskusowi.

Od strony technicznej limit 1 tys. zł należy odnosić do różnicy między zaliczkami należnymi, a wpłaconymi.

Powyższą zmianę należy oceniać pozytywnie, zwłaszcza z punktu widzenia przedsiębiorców o niższych dochodach. Termin płatności zaliczek na PIT będzie odroczony, więc w efekcie przedsiębiorcy po pierwsze wykonają mniej przelewów do urzędu skarbowego w ciągu roku, po drugie będą mogli przeznaczyć na inny cel zaliczki należne, ale nieprzelane na rachunek fiskusa.

Zaktualizowany limit braku amortyzacji

Drugim, ważnym doprecyzowaniem przepisów z punktu widzenia najdrobniejszych firm jest aktualizacja ulgi, która pozwala przedsiębiorcy nie amortyzować zakupionej na firmę rzeczy (środka trwałego czy wartości niematerialnej i prawnej), jeśli jej wartość nie przekracza 3,5 tys. zł. Taka rzecz trafia od razu i bezpośrednio do kosztów firmowych – z pominięciem trwającego kilka lat procesu rozpisywania jej wartości w czasie. Nic więc dziwnego, że właściciele firm często po nią sięgają.

Wraz z nowym rokiem wartość tej ulgi ma wzrosnąć z obecnych – nieaktualizowanych od kilkunastu lat – 3,5 tys. zł do 10 tys. zł. To podwyżka powyżej czynnika skumulowanej inflacji, która przez te kilkanaście lat wyniosła 42%. Zatem wszystko wskazuje na to, że przedsiębiorcy doczekają się wreszcie urealnienia bardzo popularnej ulgi. Kwota 10 tys. zł ma dotyczyć składników majątku przyjętych do używania po dniu 31 grudnia 2017 r.

Przyjęcie przez Sejm podwyżki cieszy podwójnie, bo to już trzecia w tym roku – tym razem udana – próba waloryzacji jednorazowego rozliczenia w kosztach rzeczy z pominięciem jej amortyzacji. W marcu br. bowiem Sejm odrzucił projekt poselski, który miał zaktualizować limit do 10 tys. zł. Z kolei jeszcze przed wakacjami rządzący nie przychylili się do stanowiska Stowarzyszenia Księgowych w Polsce, które również sugerowało podwyżkę limitu do 10 tys. (te kwestie były poruszane przez Tax Care w czerwcu br.).

Autorzy projektu przekonują, że „korzystny wpływ na warunki funkcjonowania i rozwoju mikroprzedsiębiorców” mają mieć także pozostałe przewidziane w nowelizacji zmiany, które to z kolei mają ograniczyć agresywną optymalizację podatkową stosowaną przez „dużych” podatników.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus.

Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.

W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).

Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.

Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani

Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.

W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.

Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.

Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów

Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).

Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Oszczędzaj i ucz oszczędzać” – dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą pamiętać to hasło ze szkoły, gdy odkładali pieniądze w Szkolnych Kasach Oszczędności. Kiedyś była to właściwie jedyna forma edukacji finansowej kierowana do dzieci. Dziś tych możliwości jest już znacznie więcej. Ale co właściwie nasze zieci wiedzą o finansach i czy rodzice są dla nich odpowiednim źródłem wiedzy? Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 63 proc. Polaków uważa swoją wiedzę finansową za wystarczającą, ale jednocześnie wielu z nas nie potrafi realnie oszacować kosztów wynikających z różnych sytuacji życiowych.

Co trzeci Polak (37 proc.) rozmawia z dziećmi o finansach, a 58 proc. zachęca je do oszczędzania. Jedna piąta nie robi jednak zupełnie nic w kwestii edukacji finansowej swoich pociech. Te wyniki nie napawają optymizmem, a piętnaście-dwadzieścia lat temu było jeszcze gorzej. Jedynie 18 proc. z nas pamięta, że rodzice rozmawiali z nami o finansach, a 41 proc. było przez nich zachęcanych do oszczędzania. Jedna czwarta w ogóle nie poruszała kwestii pieniędzy z rozmowach z rodzicami. – Te deklaracje pokazują, że zarówno w przeszłości, jak i obecnie rodzice chcieliby, by ich dzieci odkładały pieniądze, ale znacznie mniej osób zdobywa się na wysiłek, by edukować je w zakresie finansów. Wygląda więc na to, że oczekujemy od najmłodszych racjonalnych postaw, ale jednocześnie nie dajemy im chociażby teoretycznej podstawy – mówi Michał Nestorowicz, Dyrektor ds. Badań i Analiz w Nationale-Nederlanden.

Co ciekawe, rodzice w wieku 40-50 lat, z uwagi na to, że posiadają starsze dzieci, bardziej angażują je w sprawy finansowe, zachęcają do oszczędzania i regularnie dają im kieszonkowe. Z kolei rodzice z pokolenia trzydziestolatków nieco częściej niż w pozostałych grupach wiekowych rozmawiają z dziećmi na tematy związane z finansami i budżetem domowym.

Nie jest tak dobrze, jak myślimy

Ciekawe jest również to, jak Polacy oceniają swoją wiedzę finansową. Za wystarczającą uważa ją prawie dwie trzecie respondentów (63 proc.). Najlepiej w tym względzie postrzegają siebie trzydziesto- i czterdziestolatkowie, częściej mężczyźni niż kobiety. A jak wygląda rzeczywistość? W obejmującym trzydzieści krajów badaniu poziomu świadomości finansowej przygotowanym przez OECD Polacy znaleźli się na ostatnim miejscu. Tylko 32 proc. ustawia sobie długoterminowe cele finansowe i dąży do ich realizacji.

Potwierdza to badanie Nationale-Nederlanden. Jedna czwarta Polaków uważa, że ogólne koszty (wydatki na prywatną opiekę medyczną, koszty leków, rehabilitacja, ewentualne utracone dochody), jakie pociąga zachorowanie na raka mieszczą się w kwocie do tysiąca złotych. Tę samą sumę wskazało 15 proc. badanych pytanych o wydatki związane z wystąpieniem zawału serca. – Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Wizyta prywatna u specjalisty to koszt od 150 do 250 zł, nie wspominając o kosztach badań, jak chociażby tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny – mówi Michał Nestorowicz. Suma łącznych wydatków ponoszonych w przypadku zachorowania na nowotwór to według Polaków średnio 5 tys. zł. Jednocześnie koszty, które trzeba ponieść w przypadku uszkodzenia samochodu w wypadku samochodowym, wyceniają średnio na 10 tys. zł. Z kolei ich zdaniem start dziecka w dorosłość, bez kosztów edukacji, to wydatek rzędu średnio 15 tys. zł, a przeciętne wydatki na emeryturze zamykają się według Polaków w sumie 2 tys. zł miesięcznie.

Przykład idzie z góry

Polacy posługują się mitami w swoich opiniach o ubezpieczeniu. Pytani o to, jaką część budżetu domowego może pochłonąć indywidualne ubezpieczenie na życie, około 25 proc. respondentów odpowiedziało, że składka musi być droga i wynosić ponad 100 zł miesięcznie. Z kolei jedna trzecia ankietowanych w ogóle nie potrafi określić jej wysokości. – Polacy są wciąż przekonani, że takie ubezpieczenie jest drogie i się nie opłaca lub po prostu nie myślą o tym. Ich wiedza na temat ubezpieczeń jest ciągle bardzo mała. Nie wiemy więc nie tylko ile ubezpieczenia kosztują, ale też co można na nich zyskać – mówi Anna Hełka, Psycholog społeczna z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Przykład ubezpieczeń pokazuje, że z edukacją finansową Polaków nie jest więc najlepiej. Tymczasem pozwala nam ona nie tylko na co dzień w lepszy sposób gospodarować domowym budżetem, ale również zabezpieczyć się przed nieprzewidzianymi sytuacjami losowymi. Podnoszenie poziomu edukacji finansowej jest nie tylko w naszym interesie, ale również najmłodszych. Zdaniem specjalistów powielają one bowiem zazwyczaj w dorosłym życiu model, który znają z domu. – Gdy rodzice nadmiernie zadłużają się, wielce prawdopodobne jest, że dzieci będą robić to samo. Jeżeli jednak zadbamy o przyszłość najbliższych, chociażby poprzez oszczędzanie czy też wykupienie ubezpieczenia, które wesprze naszą rodzinę na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, to pokażemy dzieciom, że nasza edukacja finansowa to nie tylko deklaracje – podsumowuje Michał Nestorowicz.

Minimalne wynagrodzenie za pracę w 2018 r. będzie wynosiło 2100 zł. Oznacza to wzrost o 100 zł w stosunku do 2017 r.

Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie w sprawie wysokości minimalnego wynagrodzenia za pracę oraz minimalnej stawki godzinowej w 2018 r., przedłożone przez ministra rodziny, pracy i polityki społecznej.

Minimalne wynagrodzenie za pracę w 2018 r. będzie wynosiło 2100 zł, co oznacza wzrost o 100 zł (5 proc.) w stosunku do 2017 r. Kwota ta stanowi 47,3 proc. prognozowanego przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej na 2018 r. Minimalna stawka godzinowa w 2018 r. będzie wynosiła 13,70 zł.

Jak podkreślił resort pracy, uzasadniając rozporządzenie, w efekcie wzrostu płacy minimalnej dochody rozporządzalne gospodarstw domowych wzrosną o 1,13 mld zł netto. Ministerstwo założyło w wyliczeniach, że liczba pracowników otrzymujących wynagrodzenie w wysokości płacy minimalnej to ok. 1,4 mln osób. W związku z tym koszty wynikające ze zwiększenia płacy minimalnej dla instytucji publicznych oszacowano na ok. 501,4 mln zł, obciążenia przedsiębiorstw mają wzrosnąć o 1,66 mld zł.

Jak podało MRPiPS, w wyniku wzrostu płacy minimalnej zwiększą się wpływy do sektora finansów publicznych z tytułu podatku dochodowego oraz składek na ubezpieczenia społeczne, zdrowotne i fundusze (ok. 1,03 mld zł). Podkreślono, że w związku ze wzrostem wpływów z tytułu PIT, powiększą się zarówno dochody budżetu państwa jak i jednostek samorządu terytorialnego.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Rozpoczynający się rok szkolny 2017/2018 to przede wszystkim wchodząca w życie reforma edukacji. Jak bumerang powraca również temat bezpieczeństwa w szkołach. Ze statystyk Ministerstwa Edukacji wynika, że co roku dochodzi do tysięcy wypadków podczas szkolnych zajęć – najczęściej w podstawówkach i gimnazjach. Wizyty u lekarza czy leczenie nawet drobnych urazów mogą nadwyrężyć domowy budżet – aby się przed tym uchronić, rodzice sięgają po ubezpieczenie NNW. Jak wybrać właściwą polisę i czy zawsze ubezpieczenie kupowane przez szkołę to najlepsza opcja?

Początek roku szkolnego przynosi wiele wyzwań zarówno dla rozpoczynających naukę dzieci, jak i ich rodziców. Wrzesień to miesiąc, na który przypada większość wydatków związanych z edukacją – sam koszt wyprawki szkolnej to średnio kilkaset złotych. Zakup polisy może wydawać się niepotrzebnym obciążeniem, jednak w rzeczywistości takie ubezpieczenie chroni przed znacznie większymi kosztami.

Grupowa czy indywidualna – jaką polisę wybrać?

Największą popularnością wśród rodziców cieszą się ubezpieczenia grupowe, które zazwyczaj są proponowane przez szkołę na początku roku. Pod względem ekonomicznym takie polisy bywają najkorzystniejszym wyborem – duże podmioty, które wykupują jednocześnie kilkadziesiąt, czy nawet kilkaset polis są w stanie wynegocjować z towarzystwem ubezpieczeniowym niższe stawki.

– „Z jednej strony ubezpieczenie oferowane przez szkołę to wybór, który nie nadwyręży przesadnie domowego budżetu. Z drugiej jednak, rodzice mają niewielki wpływ na kształt umowy, co często okazuje się problematyczne – zwłaszcza w kontekście sumy ubezpieczenia. W przypadku polis grupowych bywa ona niewystarczająca, gdy zachodzi konieczność bardziej skomplikowanego leczenia. Z tego względu, niektórzy wybierają dla swoich pociech polisy indywidualne. Nadal jest to jednak niewielki odsetek wszystkich ubezpieczeń NNW – wielu rodziców nie wie, że aby skorzystać z ubezpieczenia nie trzeba decydować się na ofertę proponowaną przez szkołę, a można dobrać ją samodzielnie” – mówi Maciej Kuczwalski, ekspert CUK Ubezpieczenia.

Sprawdź, co obejmuje ubezpieczenie szkolne

Większość polis NNW dla dzieci i młodzieży szkolnej zabezpiecza przed finansowymi konsekwencjami chorób, które zostały zdiagnozowane podczas trwania ochrony ubezpieczeniowej oraz nieszczęśliwych wypadków, które miały miejsce nie tylko podczas zajęć szkolnych, lecz także w drodze do szkoły, na wycieczce, czy w domu. Poszczególne oferty różnią się między sobą ceną i zakresem ubezpieczenia.

– „Najbardziej podstawowy wariant polisy zawiera zazwyczaj odszkodowanie za uszczerbek na zdrowiu poniesiony w wyniku nieszczęśliwego wypadku, częściowy zwrot kosztów leczenia czy koszty nabycia wyrobów medycznych. Klienci często decydują się na rozszerzenie polisy – może ona wówczas objąć koszty domowych wizyt lekarskich, zakupu wózka inwalidzkiego w przypadku inwalidztwa, koszty leczenia stomatologicznego, czy nawet operacji plastycznych, które przeprowadzono w następstwie nieszczęśliwego wypadku. Większość towarzystw ma w swojej ofercie kilka wersji ubezpieczenia szkolnego, które niekiedy różnią się między sobą jedynie niuansami. Przed zdecydowaniem się na konkretną polisę warto zatem dokładnie porównać oferty bezpośrednio u doradcy” – dodaje Maciej Kuczwalski.

Na co może liczyć ubezpieczony, gdy dojdzie do wypadku?

Wysokość świadczenia zależy od stopnia poniesionego uszczerbku na zdrowiu. Ubezpieczyciel ustala go na podstawie zebranej od klienta dokumentacji medycznej, którą porównuje następnie z tabelą uszczerbków. – „Sposób wyliczania wysokości świadczenia często jest skomplikowany i pozostaje niezrozumiały dla klientów. Suma, którą otrzyma ubezpieczony, jest zależna od szeregu czynników – w niektórych polisach jest ona stała, w innych wyliczana odrębnie dla każdego rodzaju ryzyka ubezpieczeniowego. W przypadku niektórych rozszerzonych wariantów polis świadczenie może zostać powiększone o tzw. współczynnik progresji, czyli im wyższy uszczerbek, tym wyższe odszkodowanie. Przed podpisaniem umowy warto dokładnie zapoznać się z ogólnymi warunkami ubezpieczenia, żeby wybrać najkorzystniejszą wersję polisy” – radzi Maciej Kuczwalski.

O czym warto pamiętać – nawet najszerszy z możliwych wariantów ubezpieczenia nie obejmuje sytuacji zawinionych przez ubezpieczonego. Ubezpieczyciele zrzekają się odpowiedzialności np. za zdarzenia powstałe w wyniku przestępstwa czy prowadzenia pojazdu przez ubezpieczonego nieposiadającego uprawnień. – „Zwróćmy uwagę, że wyłączenia ubezpieczeniowe mogą dotyczyć także wypadku w wyniku jazdy rowerem po drodze publicznej przez dziecko do 10 roku życia, jeżeli nie było pod opieką osoby dorosłej. Także wyczynowe uprawianie sportu bardzo często bywa wyłączone spod ochrony ubezpieczeniowej” – dodaje ekspert.

Systemowa walka o bezpieczeństwo w szkołach

Co roku w polskich szkołach dochodzi do tysięcy wypadków. Ministerstwo Edukacji Narodowej podaje, że prawie połowa z nich ma miejsce w podstawówkach, a jedna trzecia w gimnazjach. Urazy najczęściej związane są z aktywnością fizyczną – miejsca, w których statystycznie dzieci są najbardziej narażone na wypadek, to sala gimnastyczna i boisko lub plac zabaw. Kwestia bezpieczeństwa dzieci w placówkach edukacyjnych i poza nimi, jest przedmiotem działań zarówno po stronie samorządów, pracowników oświaty, jak i Ministerstwa Edukacji. Obecnie realizowany jest program „Bezpieczna+”, który w czerwcu ubiegłego roku przyjęła Rada Ministrów. Postuluje on podniesienie kompetencji pracowników szkół oraz uczniów w zakresie rozpoznawania zagrożeń oraz zapobiegania sytuacjom kryzysowym.

– „Czas pokaże, czy te działania przyniosą pozytywne zmiany w zakresie zmniejszenia liczby wypadków z udziałem dzieci. Jedno wydaje się pewne – nieszczęśliwych zdarzeń nie da się całkowicie wyeliminować – dzieci pozostaną dziećmi – a więc będą ruchliwe i czasem trudne do upilnowania. Nie wszystkim wypadkom da się zapobiec, dlatego wielu przezornych rodziców decyduje się na zakup polisy szkolnej. Naprzeciw ich potrzebom wychodzą ubezpieczyciele. Co roku we wrześniu wielu z nich przygotowuje oferty specjalne i promocje ubezpieczeń szkolnych. Przykładem jest ubezpieczenie Edu Plus w InterRisk, które we wrześniowym produkcie miesiąca CUK można kupić z 20% rabatem” – mówi Maciej Kuczwalski.

 

Źródło: CUK

Ponad 1/4 Polaków zrezygnowała w ciągu ostatnich trzech lat z dochodzenia roszczeń w takich sytuacjach jak spór z urzędem czy walka o odszkodowanie. Dlaczego nie bronimy swoich interesów? Najczęściej z powodu zbyt wysokich kosztów prowadzenia sporów prawnych. Takie wnioski płyną z badania zrealizowanego przez ARC Rynek i Opinia dla D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

Aż 28% ankietowanych zadeklarowało, że w ciągu ostatnich trzech lat zdarzyła im się sytuacja, w wyniku której mogli dochodzić roszczeń, np. ubiegać się o odszkodowanie lub wejść w spór z urzędem, ale ostatecznie nie zdecydowali się walczyć o swoje. 57% respondentów wskazało, że nie miało takiego problemu, dalszych 15% nie było pewnych lub nie potrafiło przypomnieć sobie takiego zdarzenia.

Wolimy zrezygnować niż narażać się na koszty

Dlaczego tak duża grupa Polaków nie broni swoich interesów i nie dochodzi roszczeń? Największą barierą okazały się wysokie koszty. Niemal połowa (44%) takich osób zrezygnowała z walki o swoje, gdyż uznała, że prowadzenie sporów prawnych oraz usługi prawników są w Polsce zbyt drogie. Dla prawie 1/3 (31%) sprawa była po prostu błaha i nie warta zachodu. Blisko co piąty respondent (21%) nie miał czasu, by się nią zająć.

– Polacy doskonale wiedzą, że w gąszczu skomplikowanych polskich przepisów skuteczne dochodzenie swoich praw wymaga profesjonalnego wsparcia prawnego świadczonego przez adwokata lub radcę prawnego. Z drugiej strony, koszty prowadzenia sporów sądowych, w tym koszty usług prawnych, są powszechnie uznawane za wysokie. Dodatkowo dochodzi również ryzyko przegrania sprawy. Co do zasady wiąże się to z obowiązkiem zwrotu zasądzonych kosztów procesu na rzecz strony przeciwnej. Nierzadko perspektywa poniesienia takich nakładów finansowych sprawia, że wolimy zrezygnować z dochodzenia swoich roszczeń – komentuje Janusz Zemła, Dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód w D.A.S. – Istnieje jednak sposób, aby się przed tymi kosztami zawczasu zabezpieczyć i skutecznie chronić przysługujące nam prawa, kiedy zajdzie taka potrzeba. Taką rolę spełniają ubezpieczenia ochrony prawnej – podpowiada ekspert D.A.S.

Ubezpieczenie ochrony prawnej jest rozwiązaniem bardzo popularnym w Europie Zachodniej. Polisa zapewnia m. in. dostęp do telefonicznych porad prawnych oraz szeregu dodatkowych usług prawnych, np.: analiz umów czy dokumentacji prawnej. Takie wsparcie pomaga w uniknięciu błędów, które mogą mieć swoje konsekwencje w przyszłości. W razie potrzeby, ubezpieczyciel w ramach polisy zorganizuje i sfinansuje też pomoc adwokata lub radcy prawnego, nawet wtedy, gdy sprawa skończy się na sali sądowej.

– Nie da się ukryć, że w wielu sporach i problemach prawnych profesjonalna pomoc prawna jest bardzo przydatna, a czasem wręcz niezbędna. Tym bardziej warto zastanowić się nad  ubezpieczeniem ochrony prawnej. W zależności od wariantu, polisa może kosztować już od kilkudziesięciu złotych miesięcznie, a dzięki niej w wielu sprawach nie będziemy musieli rezygnować z obrony własnych interesów prawnych­, np. ze względu na związane z tym koszty – komentuje Janusz Zemła z D.A.S. Ponadto polisa może chronić ubezpieczonego nawet poza granicami Polski, w tym w większości krajów Europy Zachodniej, gdzie koszty procesu i honoraria adwokatów są zwykle znacznie wyższe niż w Polsce, podkreśla dodatkowo Dyrektor Departamentu Likwidacji Szkód D.A.S.

 

Źródło: D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej S.A.

 

Ponad 551 złotych miesięcznie – tyle przeciętna para wydaje na utrzymanie mieszkania i jego wyposażenie. Koszty te wróciły na drogę wzrostu już prawie rok temu – wynika z szacunków Open Finance opartych o dane GUS.

Powoli zapominamy już o tym, że ceny mogą spadać. Już ponad pół roku temu GUS po raz ostatni poinformował o deflacji. Jej miejsce na dobre zajęła inflacja, czyli wzrost ogólnego poziomu cen dóbr i usług. Póki co nie mamy do czynienia ze skokowymi podwyżkami, ale i tak nasze koszty życia z miesiąca na miesiąc rosną.

Wzrost cen nie powinien przyspieszać

Prognozy sugerują, że w najbliższym czasie presja inflacyjna będzie spadać. To znaczy, że wzrost cen powinien hamować. Potwierdzają to zarówno najnowszy odczyt wskaźnika przyszłej inflacji (autorstwa BIEC), jak i projekcja inflacji przygotowywana przez Narodowy Bank Polski. To dobre wieści dla kredytobiorców, którzy dłużej cieszyć będą się niskim oprocentowaniem. Z drugiej strony posiadacze bankowych lokat wciąż nie mają co liczyć na to, że bankowcy zaczną oferować im wyżej oprocentowane lokaty.

Opłaty z mieszkanie rosną od 11 miesięcy

W przypadku kosztów składających się na utrzymanie dachu nad głową urząd uwzględnia koszty ogrzewania i nośników energii (odpowiadają za 40% kosztów związanych z mieszkaniem), a ponadto m.in. wydatki na dostarczenie mediów, odprowadzenie nieczystości, zakup mebli, AGD, środków czystości czy remontów.

Efekt? Od 11 miesięcy przeciętny koszt związany z „dachem nad głową” znowu zaczął rosnąć. W tym czasie wydatki per capita podniosły się z poziomu 271,7 zł do 275,5 zł ustanawiając tym samym historyczny rekord. To znaczy, że dwuosobowa rodzina musi wydać na mieszkanie średnio trochę ponad 551 zł miesięcznie.

Tylko maju br. wyraźnie podrożały: urządzenia AGD (o 0,4%), woda (o 0,3%) i usługi kanalizacyjne (o 0,2%). Mniej niż miesiąc wcześniej trzeba za to było płacić za opał (o 0,4%) – wynika z najnowszej publikacji GUS.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Blisko co piąty aktywny pożyczkobiorca bierze kredyt, aby zapłacić rachunki. Z dodatkowego finansowania korzystamy także w przypadku codziennych i sezonowych wydatków – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Wonga. Dlaczego Polacy zapożyczają się na podstawowe potrzeby? Co zrobić, aby uporządkować swój budżet? Podpowiadają eksperci platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

Polacy nie są mistrzami oszczędzania. Co prawda z roku na rok rośnie liczba osób odkładających co miesiąc drobne kwoty, jednak nadal wielu z nas nie jest w stanie zapewnić sobie nawet minimalnego zabezpieczenia finansowego. Pokazują to m.in. wyniki badania Ipsos przeprowadzonego dla Wonga wśród osób, które w ciągu ostatnich dwóch lat wzięły pożyczkę do 10 tys. zł. Jak z nich wynika, wśród aktywnych pożyczkobiorców rośnie liczba respondentów zadłużających się na bieżące potrzeby, zapłatę rachunków, a także osób ratujących się kredytem w przypadku konieczności poniesienia nieprzewidzianych czy sezonowych kosztów.

W tegorocznej, marcowej edycji badania, co czwarty ankietowany wskazał, że zadłuża się na taki cel jak niespodziewana naprawa auta czy zepsutego sprzętu domowego. Co niepokojące, 12 proc. respondentów deklaruje, że pożycza pieniądze, aby udźwignąć sezonowe zakupy, takie jak wyprawka szkolna czy kupno ubrań. Kolejne 13 proc. pożycza, ponieważ nie starcza im na codzienne wydatki. Dodatkowo, z roku na rok rośnie skłonność Polaków do zadłużania się, aby zapłacić rachunki za prąd, gaz itp.  W marcu 2017 r. na ten cel wskazał co piąty badany (17 proc.), z kolei w analogicznym okresie 2015 r. było to 9 proc.

– Tych wyników nie da się w pełni wyjaśnić brakiem wystarczających dochodów czy wręcz ubóstwem. Te dane pokazują, że Polacy zdecydowanie nie są mistrzami panowania nad swoim budżetem. Wielu z nas nie potrafi skutecznie ograniczyć wydatków i nie umie szukać oszczędności. Tymczasem kontrola wydatków i systematyczne oszczędzanie nawet najmniejszych kwot to podstawowe przyzwyczajenia, jakie powinniśmy wypracować, jeśli chcemy mieć choć minimalne bezpieczeństwo finansowe i środki na potrzeby nagłych wypadków – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert platformy edukacyjnej Kapitalni.org.

Od czego zacząć plan naprawczy naszych finansów? Podpowiadają eksperci Kapitalni.org.

Krok pierwszy – zdiagnozuj problem

Stawianie diagnozy naszych finansów musimy zacząć od sprawdzenia, na co tak naprawdę wydajemy pieniądze. Aby znaleźć odpowiedź na to pytanie, powinniśmy przeprowadzać analizę budżetu domowego, czyli obliczyć naszą wartość netto. To wskaźnik pokazujący rzeczywistą wartość naszego majątku. Aby ją obliczyć, należy spisać w jednej kolumnie wszystkie swoje aktywa, czyli dostępne pieniądze i stałe przychody, a w drugiej – wydatki. W tej rubryce ujmujemy wszystkie miesięczne koszty, w tym obciążenia finansowe – raty kredytu mieszkaniowego, pożyczki gotówkowej, karty kredytowej itp. Ostatnim krokiem jest odjęcie kwoty zobowiązań od sumy naszego majątku. W ten sposób uzyskamy naszą aktualną wartość netto. Jeśli jest ona ujemna lub bliska zeru, to znak, że musimy szybko zacząć naprawę naszych finansów – zwiększać przychody i obniżać koszty.

Krok drugi – monitoruj wydatki

Jeśli znamy swoją wartość netto, czas na analizę wydatków. Dzięki niej wyłapiemy nasze słabe strony: niepotrzebne, spontaniczne zakupy, małe przyjemności, na które przeznaczamy najwięcej pieniędzy, zbyt wysoki rachunek za telefon itd. Przygotowanie takiego zestawienia pomoże nam kontrolować domowe finanse. Warto skrupulatnie zapisywać każde wydawane kwoty z oznaczeniem, na co je przeznaczyliśmy.

Dobrym pomysłem jest podzielenie naszej listy wydatków na 3 kategorie: elastyczne (np. wydatki na żywność, transport, lekarstwa, przyjemności itd.), raty kredytów i pożyczek oraz rachunki. Gdy największą część naszych wydatków będą stanowić te z kategorii elastyczne – jesteśmy w dość dobrej sytuacji, bo tu możemy spokojnie szukać oszczędności. Z kolei gdy większość budżetu stanowią raty pożyczek i kredytów oraz rachunki – czas jak najszybciej zająć się reperowaniem naszych finansów.

– Wielu ludzi w przypadku kłopotów finansowych chowa głowę w piasek i nie robi nic, żeby je rozwiązać. To najgorsza postawa z możliwych. Nie wolno uciekać od problemów, trzeba stawić im czoła. Warto rozmawiać z wierzycielem, ponieważ dzięki temu możemy uzgodnić np. nowy plan spłaty zadłużenia. Dodatkowo, aby pozbyć się problemów finansowych, należy przede wszystkim przestać zaciągać nowe zobowiązania – mówi Tomasz Jaroszek, ekspert portalu Kapitalni.org.

Krok trzeci – zabezpiecz się

Aby uniknąć sytuacji, w której w przypadku pojawienia się niespodziewanych wydatków, musimy posiłkować się kredytem, warto zadbać o swoją poduszkę finansową. W razie problemów takich jak utrata pracy czy choroba takie zabezpieczenie pozwoli nam na złapanie oddechu i zwiększy komfort psychiczny. Ile powinna wynosić nasza poduszka finansowa? Jest to zależne od sumy naszych wydatków. Aby ją obliczyć, należy zsumować raty kredytów, które posiadamy oraz koszty, których nie będziemy w stanie uniknąć – np. opłaty związane z mieszkaniem, transportem czy jedzeniem. W ten sposób otrzymamy informację, ile wynoszą nasze miesięczne wydatki w wersji minimum. Następnie uzyskaną kwotę należy przemnożyć przez 3, 6 lub 12 miesięcy. To pozwoli nam uzyskać wysokość poduszki finansowej w trzech wariantach – minimalnym, średnim i optymalnym.

– Warto co miesiąc odkładać choć drobne kwoty. Jeżeli jednorazowo trudno nam wysupłać z domowego budżetu 100 czy 200 zł, możemy zastosować Metodę Małych Liczb i każdego dnia odkładać np. po 5 zł. Nasz portfel nie odczuję tego aż tak bardzo, a nasza poduszka każdego dnia będzie coraz większa – mówi Tomasz Jaroszek z Kapitalni.org.
Zbadaj swoją osobowość finansową

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że to, czym kierujemy się, podejmując decyzje odnośnie pieniędzy, świadczy o naszej finansowej osobowości. Jej poznanie pozwala określić nasze silne i słabe strony w zarządzaniu finansami i sprawdzić, czy bliżej nam do „Króla życia”, który uwielbia wydawać pieniądze na przyjemności, czy „Guru zarządzania kryzysowego” – ceniącego poczucie bezpieczeństwa i unikającego ryzyka. Aby dowiedzieć się, do której grupy należymy, wystarczy rozwiązać krótki Test Osobowości Finansowej.

– Poznając naszą finansową osobowość dowiemy się jak lepiej zmotywować się do pozytywnych dla portfela zmian. Obok diagnozy, otrzymamy wskazówki, nad jakimi obszarami pracować, aby poprawić nasz stan majątkowy. Przyporządkowana zostanie nam również indywidualna ścieżka edukacyjna, która pozwoli zwiększyć wiedzę w obszarach, które tego wymagają – tłumaczy Agnieszka Szczepanik, kierownik projektu Kapitalni.org w Wonga w Polsce.

 

Źródło: Kapitalni.org

Koszty połączeń za granicą będą takie same jak w kraju? Zgodnie z rozporządzeniem Komisji Europejskiej, od 15 czerwca zniesione zostaną dodatkowe opłaty za roaming. Efekt? Konsumenci będą mogli korzystać z krajowych stawek na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jak oceniają eksperci EY to ogromna zmiana dla operatorów, która nie pozostanie bez wpływu na ich kondycję finansową. Czy my też zapłacimy za zmiany?

Od 15 czerwca 2017 roku ulegną zmianie warunki świadczenia usług roamingu na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego (EOG). „Ceny połączeń za granicą jak w domu” będą dużym wyzwaniem dla telekomów. Niektórzy operatorzy w Europie już ograniczają promocje, podnoszą opłaty czy nawet rezygnują z roamingu w wybranych taryfach wprowadzając do oferty abonament wyłącznie krajowy. Dla firm w Polsce przy braku działań, z uwagi na specyficzne uwarunkowania rynkowe, „darmowy” roaming może oznaczać dalszy spadek przychodów.

Tanio jak w domu

Idea Roam Like At Home (ang. ceny połączeń za granicą jak w domu) zaproponowana przez Komisję Europejską miała być drogą do tańszej i prostszej komunikacji w ramach europejskiego Jednolitego Rynku Cyfrowego oraz tworzenia trwałych miejsc pracy w cyfrowej gospodarce.

Pierwsze rozporządzenia dotyczące regulacji roamingu pojawiły się już w czerwcu 2007 roku. Od tego momentu ceny połączeń na rynku detalicznym w Unii Europejskiej spadły aż o 92%. – Największe różnice widać w stawkach za transmisję danych. Jeszcze kilka lat temu niewyłączenie funkcji transmisji danych na wakacjach groziło kilkusetzłotowym czy nawet kilkutysięcznym rachunkiem na koniec miesiąca. Teraz coraz popularniejsze są taryfy, w których korzystanie z GPS czy oglądanie filmów zagranicą jest w cenie abonamentu. Dzięki temu między 2008 a 2015 rokiem wolumen transmisji danych wzrósł stukrotnie. Mimo jednak tak dynamicznego wzrostu ruchu, przychody telekomów regularnie spadają, gdyż spadek stawek był w tym okresie po prostu dramatyczny – tłumaczy Piotr Mieczkowski, ekspert telekomunikacyjny w Dziale Doradztwa Biznesowego EY.

W czasie, kiedy stopniały ceny połączeń w Unii Europejskiej dla klientów detalicznych, operatorów telekomunikacyjnych nadal obowiązują opłaty na rynku hurtowym, czyli rozliczenia między telekomami, co generuje znaczne koszty. W konsekwencji, przy braku działań ze strony operatora i regulatora jest on zmuszony do świadczenia usługi roamingu poniżej kosztów.

Negatywne czynniki

Na przychody operatorów telekomunikacyjnych z roamingu poza topniejącymi cenami połączeń wpływa szereg czynników. – Kraje, które mają znaczący udział obywateli przebywających na emigracji oraz te, które mają ujemny bilans turystyczny automatycznie mają większy ruch w ramach roamingu. Podobnie, jeśli w gospodarce występują sektory, które znacząco wykorzystują usługi w roamingu, np. branża transportowa. To, co jeszcze może przekładać się na obniżenie wpływów telekomów, to relatywnie niskie ceny usług telekomunikacyjnych, popularyzacja ofert nielimitowanych w bazie klienckiej, wysokie pakiety gigabajtów czy znaczący ruch z operatorami z krajów o wyższych stawkach opłaty hurtowej (MTR). Nie bez znaczenia jest także nastawienie obywateli, które może prowadzić do nadmiernego wykorzystania przewag cenowych lokalnych operatorów – wylicza Piotr Mieczkowski.

Co kraj to obyczaj

Zgodnie z rozporządzeniem Komisji Europejskiej, od 15 czerwca 2017 r. zniesione zostaną dodatkowe opłaty za roaming i konsumenci będą mogli korzystać z krajowych stawek na terenie Europejskiego Obszaru Gospodarczego. To ogromna zmiana dla operatorów, która nie pozostanie bez wpływu na ich kondycję finansową. Dlatego firmy telekomunikacyjne podejmują różne decyzje strategiczne, które przekładają się na klientów. – Rozpiętość zakresu tych działań jest ogromna. Niektóre telekomy zamierzają wyłączyć usługi roamingu w wybranych taryfach. Inne chcą się złożyć wnioski do lokalnych regulatorów celem odstąpienia od RLAH na 12 miesięcy, by ograniczyć straty. Część podwyższa ceny dla wszystkich użytkowników albo rezygnuje z wielu atrakcyjnych krajowych promocji. Wielu dużych operatorów dokonało również modyfikacji taryf i np. pobiera teraz dodatkową opłatę za przekroczenie transmisji w kraju. Są też operatorzy, którzy wprowadzili abonament wyłącznie krajowy co oznacza, iż telefon działa właściwie tylko w kraju macierzystym klienta. Coraz wyraźniejszy jest też trend przesuwania klientów w stronę połączeń w oparciu o aplikacje i technologię wi-fi. Szczególnie promują to operatorzy wirtualni, dla których roaming, będzie czystym kosztem z racji braku ruchu przychodzącego od klientów zagranicznych – mówi Piotr Mieczkowski.

Topniejące zyski operatorów

Według analityków rynkowych, nowa regulacja Roam Like At Home (RLAH) może oznaczać spadek EBITDA europejskich telekomów działających w EOG nawet do 7% i spadek przychodów z roamingu o 65%. Najbardziej stracą operatorzy wirtualni MNVO, ponieważ nie mają oni własnej infrastruktury i nie mogą zatem zbilansować strat generowanych przez ich klientów w roamingu przychodami uzyskanymi od klientów sieci zagranicznych, którzy logują się w Polsce. Z kolei w najmniejszym stopniu zmiany dotkną duże międzynarodowe firmy telekomunikacyjne. – Realne straty odczują operatorzy z krajów o dużym udziale roamingu w przychodach (np. Luksemburg) i ci działający w krajach o dużej liczbie negatywnych czynników (np. Polska) – tłumaczy Piotr Mieczkowski. – W powszechnej świadomości telekomy funkcjonują jako przedsiębiorstwa, które wykorzystują swoją pozycję rynkową, żeby maksymalizować zysk kosztem klientów. W praktyce, jeśli popatrzymy na wykresy giełdowe spółek telekomunikacyjnych to pokazują one, że okres mitycznych „żniw” przeszedł już dawno do historii. Wystarczy też porównać notowania giełdowe operatorów europejskich z amerykańskimi by zobaczyć, iż operatorzy w Europie radzą sobie gorzej m.in. z powodu większego zakresu regulacji i braku powszechnej zgody na konsolidację. Doskonale wiedzą o tym również właściciele, np. Regionalnych Sieci Szerokopasmowych (tzw. RSS), których finanse cierpią m.in. z uwagi na wysokie daniny publiczne związane z zajęciem pasa drogowego – dodaje.

Wszędzie dobrze, ale najlepiej… za granicą

Polacy spędzają dużo czasu za granicą. W 2015 roku na emigracji pozostawało 2,4 mln Polaków, z czego 80% przebywało za granicą dłużej niż 12 miesięcy. Chętnie też spędzamy urlop poza krajem. Dynamiczny rozwój sektora transportu międzykrajowego przekłada się na duże wykorzystanie usług w roamingu. Według szacunków, liczba aktywnych zawodowo kierowców pojazdów ciężarowych i pasażerskich wynosi 600-650 tys. osób, ponad 40% ich pracy przypadało na transport międzynarodowy. Polski rynek jest jednym z najtańszych w Europie. Średni przychód na klienta detalicznego dla usług telefonii komórkowej świadczonych w Polsce wyniósł zaledwie 6 euro i jest niższy o blisko 60% od średniego przychodu na klienta uzyskiwanego przez operatorów w EOG. – W bazie abonenckiej statystycznie 80% stanowią już tzw. oferty nielimitowane niegenerujące dodatkowych przychodów w związku z większym użyciem. Dosłownie w cenie zwykłej pizzy można dzisiaj zakupić abonament nielimitowany, co pokazuje skalę przeceny, jaka miała miejsce w sektorze telekomunikacyjnym na przestrzeni ostatniej dekady – wyjaśnia Piotr Mieczkowski.

– Te wszystkie czynniki, jak również spadające zyski oraz inne obciążenia telekomów, np. najdroższa aukcja 800 MHz w Europie sprawiają, że wprowadzenie idei Roam Like At Home jest dla polskich firm telekomunikacyjnych bardzo dużym wyzwaniem. Ale nie są w tym odosobnione. Z podobnymi kwestiami muszą się zmierzyć wszyscy operatorzy funkcjonujący w EOG. Przeanalizowane przez nas przykłady pokazują, że za darmowy roaming ktoś jednak zapłaci i będą to zarówno telekomy jak i ich klienci, a zatem również i Ci, którzy wcale nie korzystają z roamingu. Brak jednolitego podejścia wśród operatorów w poszczególnych krajach doprowadził do dużego zróżnicowania i fragmentaryzacji oferowanych usług. Nawet duże grupy operatorów sieci komórkowych działające w kilku krajach nie są spójne w swoim podejściu. Dla końcowego użytkownika oznacza to najczęściej problem w dokonaniu właściwego wyboru między wzrostem cen, ograniczeniem promocji, modyfikacją taryf i wprowadzaniem mniej korzystnych warunków czy nawet wyłączeniem usług – podsumowuje Piotr Mieczkowski.

Wypowiedź: Piotr Mieczkowski, ekspert telekomunikacyjny w Dziale Doradztwa Biznesowego EY.

Grecja znów przestanie spłacać długi? Wiele na to wskazuje ocenia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl. Jak dowód wymienia niewystarczającą skalę reform, zbliżające się terminy spłaty pożyczek oraz spór pomiędzy wierzycielami.

– W przypadku Grecji chodzi o pieniądze. W tym roku Grecja musi wykupić dług i spłacić zobowiązania wysokości ok. 260 miliardów euro. Na te wszystkie zobowiązania państwo nie ma pieniędzy. Być może jeszcze przez najbliższe miesiące będzie miała, ale jeżeli chodzi o lato to potrzebuje kolejnych transz ze strony europejskich wierzycieli – mówi  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Głównym powodem powrotu Grecji na nagłówki mediów jest lutowy raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Jego lektura pokazuje, w jak trudnej sytuacji tkwi greckie państwo, mimo że dostało olbrzymią pomoc finansową. Według scenariusza bazowego, czyli zakładającego wprowadzenie reform, dług Grecji w 2060 r. osiągnie 275 proc. PKB, a roczne potrzeby pożyczkowe brutto (konieczność zapewnienia finansowania dla nowego i zapadającego w danym roku długu) sięgną 60 proc. PKB. To ok. sześć razy więcej niż bieżące roczne potrzeby pożyczkowe Polski w relacji do PKB.

MFW zwraca również uwagę, że połowa kredytów udzielonych przez sektor bankowy jest zagrożona (spłaty przeterminowane przynajmniej 90 dni). W raporcie czytamy też o olbrzymich nadużyciach podatkowych. Prawie połowa przychodów osób samozatrudnionych (lekarzy, księgowych, inżynierów, prawników) nie jest ewidencjonowana i nie są płacone podatki od ich wynagrodzeń.

Olbrzymie koszty generuje również system emerytalny, gdzie obniżka wypłat głównie dotyczyła nowych emerytów. Dla tych, którzy otrzymali świadczenie wcześniej, stosunek przeciętnej wypłaty do ostatniej pensji wynosi 80 proc. – przy średniej w strefie euro poniżej 50 proc.

W 2015 r. uzgodniono, że Grecja sprzeda majątek o wartości 50 mld euro. Do tej pory jednak, według danych MFW, podpisano umowy sprzedaży o wartości 1.5 mld euro. Fundusz prognozuje, że do 2018 r. kwota powinna wzrosnąć do 5 mld.

Ciekawostką mogą być także uwagi MFW dotyczące danych statystycznych przedstawianych przez Grecję. W latach 2001-2014 średnioroczny wzrost PKB był zrewidowany o 0.6 pkt proc. w dół w porównaniu ze wstępnymi danymi. W strefie euro przeciętna rewizja wynosiła 0.2 pkt proc. w górę. Z kolei rewizja pierwotnego deficytu sektora finansów publicznych (przed kosztami obsługi długu) w latach 2001-2015 wynosiła aż 2.4 proc. PKB rocznie, gdy średnia w strefie euro to 0.3 pkt proc.

Fundamentalny spór wierzycieli

W pomocy dla Grecji do tej pory brały udział kraje strefy euro oraz MFW. W trzecim programie finansującym Helladę nie uczestniczy już jednak Fundusz, uznając, że dług jest niestabilny, czyli po prostu niemożliwy do spłaty bez redukcji jego kapitałowej części.

Z kolei państwa obszaru wspólnej waluty uważają, że dług jest stabilny, o ile założenia dotyczące prognoz gospodarczych i pierwotnego deficytu zostaną utrzymane. Jednak to właśnie poważne dysproporcje w założeniach powodują olbrzymie różnice w finalnym odbiorze finansowych możliwości Grecji.

Europejskie instytucje zakładają, że dług Grecji będzie stopniowo spadał z obecnych 180 proc. PKB do 120 proc. PKB w 2030 r. i ok. 100 proc. w latach 2040-2060. Jak podkreśla MFW, powoduje to, że różnica w projekcjach Funduszu i krajów strefy euro wynosi więcej niż 170 pkt proc. PKB.

Z czego ona wynika? Jest przede wszystkim rezultatem olbrzymiego rozdźwięku w nadwyżce pierwotnej sektora finansów publicznych wg funduszu oraz wg europejskich instytucji. Eurogrupa ocenia, że do 2030 r. nadwyżka będzie na poziomie 3.2-3.5 proc., natomiast MFW zakłada 1.5 proc. PKB rocznie. W ubiegłym roku, który jest oceniany jako dobry, było to jednak tylko 0.9 proc., co pokazuje, jak duże ryzyko pomyłki występuje dla bardzo optymistycznych europejskich szacunków, ale także dla tych mniej optymistycznych, z Funduszu.

Eurogrupa przewiduje również, że nominalny wzrost PKB (z uwzględnieniem inflacji) w Grecji wyniesie 3.3 proc. rocznie, aż do 2060 r., czyli o 0.5 pkt proc. więcej niż szacują ekonomiści z MFW. Europejskie instytucje sądzą także, że do 2030 r. 15 miliardów euro napłynie z prywatyzacji, ale – jak podkreśla Fundusz – nie biorą pod uwagę kosztów rekapitalizacji banków w swoim scenariuszu bazowym.

Nieunikniona katastrofa

„Nie możemy przeprowadzić redukcji długu dla członka strefy euro, jest to wykluczone przez Traktat Lizboński” – powiedział Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, w telewizji ARD (wg doniesień agencji Bloomberg z 8 lutego). Niemcy z drugiej strony chcą, by Fundusz dołączył do bieżącego programu finansującego Grecję, sugerując, że w przeciwnym razie nie będą dalej finansować Aten, co zwiększa ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę.

Fundusz natomiast nie widzi możliwości utrzymania wysokiej nadwyżki pierwotnej greckiego sektora finansów publicznych przez kolejne dziesięciolecia bez redukcji kapitałowej części długu. Teoretycznie zawsze możliwe jest dalsze obniżenie części odsetkowej zadłużenia, choć – jak podkreśla MFW – gdyby deficyt pierwotny utrzymał się blisko obecnych poziomów, to roczne koszty finansowania z programów EFSF (Europejski Instrument Stabilności Finansowej) oraz ESM (Europejski Mechanizm Stabilności) musiałyby zostać zredukowane do 0.25 proc. w perspektywie kolejnych 30 lat.

W perspektywie najbliższych kilku tygodni można się spodziewać, że europejscy wierzyciele zdecydują się na obniżenie odsetek od długu, a Grecja może ogłosić dodatkowe reformy. Obecnie większy kryzys nie jest na rękę strefie euro, zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów i konieczności spłaty przez Ateny zadłużenia latem br. w wysokości ponad 6 mld euro.

Gdy jednak zakończy się okres wyborczy w kluczowych krajach strefy euro, temat prawdopodobnie znowu powróci w kolejnych kwartałach. Wtedy jednak kolejny przegląd sytuacji finansowej Grecji będzie pokazywał coraz mniejsze pole do obniżenia kosztów finansowania oraz coraz bardziej rosnącą konieczność redukcji części kapitałowej długu. To będzie moment, gdy ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro dramatycznie wzrośnie i nie zatrzymają tego już żadne obietnice reform.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Rząd chce zmienić PIT tak, aby urząd skarbowy rozliczał podatnika. Zmiana ma ograniczyć koszty, a projekt zmian wpisany jest do wykazu prac legislacyjnych.

Zgodnie z uzasadnieniem, jakie napisano w wykazie prac legislacyjnych, zmiany mają polegać na ograniczeniu kosztów związanych z poborem podatku dochodowego od osób fizycznych poprzez zmniejszenie: kosztów związanych z zaopatrzeniem urzędów skarbowych w papierowe wersje druków zeznań; kosztów związanych z obsługą deklaracji składanych papierowo; uwolnienie pracodawców od kosztownego utrzymywania dokumentacji papierowej.

Zmiana ma też na celu uwolnienie podatników podatku dochodowego od osób fizycznych, uzyskujących dochody wyłącznie od płatników lub organów rentowych, od samodzielnego sporządzania zeznań podatkowych.

„Wniosek o sporządzenie zeznania składany byłby wyłącznie elektronicznie za pośrednictwem portalu podatkowego lub banków. Rozliczenia podatku dochodowego za dany rok podatkowy – na podstawie złożonego wniosku oraz informacji o dochodach od płatnika lub organu rentowego – dokonywałby za podatnika urząd skarbowy. Tak przygotowane zeznanie udostępniane byłoby podatnikowi w systemie teleinformatycznym do akceptacji lub odrzucenia” – napisano.

Proponuje się, aby taką możliwością rocznego rozliczenia podatku dochodowego od osób fizycznych objąć podatników rozliczających się: indywidualnie, wspólnie z małżonkiem, w sposób przewidziany dla osób samotnie wychowujących dzieci.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Firma, która oddaje pracownikom użytkującym służbowe auta prywatnie wydatki na benzynę czy naprawę, wliczy sobie całość środków na ten cel do kosztów uzyskania przychodów. Bo zarówno użytkowanie prywatne służbowego samochodu, jak i zwrot za benzynę wypaloną w tym okresie są przychodem pracownika – wynika z analizy Tax Care.

Od 1 stycznia zmieniły się przepisy, dotyczące opodatkowania prywatnego użytku aut służbowych. Obecne, uproszczone w stosunku do poprzednich rozwiązania mówią, że przychód pracownika dysponującego samochodem prywatnym wynosi 250 zł miesięcznie, jeśli pojemność silnika nie przekracza 1600 cm3 albo 400 zł miesięcznie, jeśli pojemność jest większa niż 1600 cm3. Ewentualnie przychód wylicza się proporcjonalnie do liczby dni, przez które pracownik dysponował autem – wówczas odpowiednią kwotę mnoży się przez 1/30 powyższych kwot.

Nowe przepisy nie wszystko wyjaśniły

Ale to uproszczenie nie wszystko załatwiło. Mianowicie firmy nie wiedzą, co właściwie obejmuje ów zryczałtowany podatek – czy wyłącznie przychód, wynikający wyłącznie z dysponowaniem samochodem, czy też obejmują one koszty eksploatacji samochodu? I co z tych wydatków zalicza się do kosztów przedsiębiorstwa.

Do izby skarbowej w Katowicach w sprawie aut służbowych zwróciła się spółka. Ze względu na przepisy, jakie weszły w życie od początku roku, rozważa ona wprowadzenie wśród pracowników posiadających dostęp do aut służbowych systemu oświadczeń. W oświadczeniu pracownik będzie informował, ile dni używał auto służbowo w celach prywatnych, ile kilometrów w celach prywatnych przejechał oraz ile wydał w trakcie tych „prywatnych” dni. Spółka zamierza pracownikom zwracać wszystkie koszty, ustalane na podstawie faktur, a więc nie tylko wydatki na eksploatację w dni „służbowe”, ale także poniesione w dniach „prywatnych”.

Spółkę interesowało przede wszystkim, czy zryczałtowany podatek obejmuje całość wydatków (czyli również oddawane pracownikowi wydatki na eksploatację), czy też tez nie. Izba wydała wprawdzie interpretację w tej kwestii, ale nie opublikowała jej jeszcze.

Drugie pytanie dotyczyło tego, czy całość wydatków związanych z samochodami (a więc i zwrot wydatków np. na paliwo zakupione przez pracowników w dniach „prywatnych”) można uznać za koszt uzyskania przychodu. Zdaniem spółki, te wydatki powinny być uznane za koszt firmy, co Izba Skarbowa w Katowicach w interpretacji z 3 września 2015 r. (sygnatura IBPB-1-2/4510-169/15/MS) potwierdziła.

Wynagrodzenie jest kosztem firmy

Odpowiedź urzędników była zdecydowana – ustawa mówi, że każdy wydatek, który służy uzyskaniu, zachowaniu lub zabezpieczeniu źródła przychodów, stanowi koszt uzyskania przychodu. Jako że auta wykorzystywane służą pracownikom firmy przede wszystkim do celów służbowych (choćby do spotkań z klientami), więc w tej części mają związek z przychodem.

Jeśli zaś idzie o użytkowanie prywatne, to możliwość eksploatowania służbowego samochodu w celach prywatnych stanowi przychód pracownika, a więc faktycznie stanowią część ich wynagrodzenia – choć część niepieniężną. W tej sytuacji więc wydatki na umożliwienie tej eksploatacji można uznać za część kosztów uzyskania przychodów.

Zwrot za paliwo częścią pensji?

To stanowisko stanowi dla księgowych spółek udostępniających auta służbowe pracownikom spore ułatwienie. Mogą oni zaliczać do kosztów działalności wszystkie wydatki, związane z utrzymaniem aut służbowych.

Gorzej jednak, że ułatwienie nie jest całościowe, bo jak wynika z dostępnych informacji, fiskus nie chce uznać, że zryczałtowany podatek od używania aut obejmuje całość przychodów związanych z eksploatacją aut. Więc istnieje ryzyko, że księgowi będą musieli doliczać wydatki np. na zakup paliwa do pensji pracowników i od całości liczyć podatek.

autor: Marek Siudaj, Tax Care

Otrzymując pierwszy w roku przychód z wynajmu mieszkania właściciel ma minimum 20 dni, aby wybrać w jaki sposób rozliczać się będzie z tego tytułu z fiskusem. Do wyboru jest ryczałt (8,5%) oraz tzw. skala (18 i 32%). Pierwsze rozwiązanie jest popularne wśród osób mających co najwyżej 1-2 mieszkania na wynajem. Przeciętny podatnik, który wybrał ryczałt, osiąga przychód na poziomie 17,4 tys. zł – wynika z danych Ministerstwa Finansów za 2013 r.

Większość studentów znalazła już mieszkania, za których wynajem będą w najbliższych miesiącach płacić. Właściciele takich nieruchomości dochody z wynajmu muszą opodatkować. Jeśli osoba fizyczna w październiku otrzymała pierwszy w tym roku przychód, ma jeszcze czas, aby wybrać jak z tego tytułu chciałaby rozliczać się z fiskusem.

W październiku czas na wybór dla nowych inwestorów

Osoba fizyczna nieprowadząca działalności gospodarczej w zakresie wynajmu mieszkań ma do wyboru dwa sposoby rozliczeń:

1) za pomocą ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych (stawka 8,5%),

2) na zasadach ogólnych (stawki progresywne 18% od dochodu do kwoty 85 528 zł i 32% od każdej złotówki dochodu powyżej tej kwoty).

Domyślnym sposobem rozliczania z fiskusem jest w tym wypadku rozliczenie na zasadach ogólnych. Jeśli podatnik dopiero wynajął pierwsze mieszkanie, to o chęci skorzystania z ryczałtu musi poinformować urząd skarbowy do 20 dnia miesiąca następującego po tym, w który otrzymał pierwszy przychód z wynajmu. Jeśli właściciel nie zdąży w tym terminie, to kolejnym „okienkiem transferowym” jest dopiero styczeń (do 20 dnia). Wtedy można w urzędzie skarbowym zadeklarować chęć odmiennego niż dotychczas rozliczania się z fiskusem.

Nie powinno więc dziwić, że miesiącami, w których internauci są najbardziej zainteresowani kwestią podatków związanych z wynajmowaniem mieszkania są właśnie styczeń i październik. Potwierdzają to dane firmy Google, które przeanalizował Lion’s Bank. Od lat najczęściej fraza „podatek wynajem” wpisywana jest w wyszukiwarkę w styczniu. Drugim momentem sporego zainteresowania internautów tym tematem jest październik, kiedy to jednak ilość zapytań jest o 31% niższa niż w styczniu. Najmniej dylematów podatkowych nurtuje właścicieli mieszkań na wynajem w maju. Wtedy zainteresowanie tematem jest przeciętnie o połowę niższe niż w styczniu.

pazdziernik_miesiacem_wyboru1

Dochód to przychód minus koszty

Jak wybrać, aby możliwie ograniczyć wielkość płaconych podatków? Przede wszystkim należy zrozumieć różnicę w obu systemach rozliczeń. Na pierwszy rzut oka wydaje się bowiem, że najbardziej atrakcyjną formą rozliczeń dla podatnika byłoby płacenie podatku o stawce 8,5%. Diabeł jak zwykle tkwi jednak w szczegółach. Niższa stawka naliczana jest od przychodu, a więc po prostu od kwoty czynszu otrzymywanego przez właściciela. W przypadku rozliczenia na zasadach ogólnych (stawka 18% i 32%) podstawą do obliczenia podatku jest nie przychód, ale dochód, a więc przychód pomniejszony o koszty jego uzyskania. Jakie to mogą być koszty? Odsetki od kredytu zaciągniętego na zakup nieruchomości, amortyzacja, podatek od nieruchomości, opłata za użytkowanie wieczyste, opłaty eksploatacyjne płacone do wspólnoty lub spółdzielni, a nawet koszty związane z zawarciem umowy najmu (np. notarialne lub prowizja pośrednika) czy nakłady na odświeżenie i wyposażenie lokalu. W efekcie może się okazać, że podatek rozliczany na zasadach ogólnych będzie, pomimo wyższej stawki, faktycznie kwotowo niższy, niż w przypadku rozliczania ryczałtem ze stawką 8,5%. Możliwe jest nawet, że osiągając przychody nie będzie trzeba płacić w ogóle podatku – np. dzięki odpisom amortyzacyjnym.

Ryczałt lepszy przy mniejszej skali działania

W praktyce wydaje się, że ryczałt jest też rozwiązaniem częściej stosowany przez osoby, które mają jedno – dwa mieszkania, które wynajmują, a więc skala ich działania jest relatywnie niewielka. Potwierdzają to dane Ministerstwa Finansów, z których wynika, że przeciętny przychód z wynajmu, którzy otrzymały osoby rozliczające się ryczałtem w 2013 roku wyniósł 17,4 tys. zł (w przeliczeniu na miesiąc daje to przychód na poziomie 1450 zł).

Niekwestionowanym plusem tej formy rozliczeń jest prostota – wystarczy pomnożyć kwotę otrzymanego czynszu przez 8,5% i właściciel już otrzymuje wynik, który stanowi jego zobowiązanie podatkowe. Minusem jest natomiast niemal brak możliwości optymalizowania wysokości płaconych danin, która jest możliwa do przeprowadzenia w przypadku płacenia podatku od dochodu z wynajmu.

Warianty amortyzacji lokali mieszkalnych

Jednym z kosztów, który może obniżyć zobowiązanie podatkowe w przypadku wynajmu mieszkania jest amortyzacja. Jest to szczególnie lubiany prze właścicieli typ kosztu, bo nie powoduje w danym momencie wydatków, a jedynie ma obrazować zużycie środka trwałego jakim jest mieszkanie. Właściciele mieszkań mogą zastosować stawkę amortyzacji lokalu na poziomie 1,5% wartości prawa własności do lokalu rocznie. Dla porównania, gdy osobie przysługuje spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu, możliwe byłoby skorzystanie ze stawki 2,5%. Dzięki takiemu zabiegowi dochód do opodatkowania obniżyłby się rocznie dodatkowo o 3 tys. zł w przypadku mieszkania o wartości początkowej 300 tys. zł. Skutkowałoby to zmniejszeniem kwoty należnej fiskusowi, a nie miałoby żadnego bezpośredniego wpływu na faktycznie ponoszone w danym okresie koszty. W tym prostym przypadku nabycie spółdzielczego własnościowego prawa do mieszkania na wynajem jest więc dla właściciela korzystniejsze podatkowo niż zakup prawa własności. W jeszcze lepszej sytuacji są ci, którzy kupują co najmniej pięcioletnie mieszkania na rynku wtórnym. W tym przypadku stawka amortyzacji może wynieść nawet 10%. Takie rozwiązanie możliwe jest jednak jedynie w przypadku prawa własności do nieruchomości.

Przykład? Przyjmijmy, że na wynajem przeznaczono kupione na kredyt mieszkanie o wartości początkowej na poziomie 300 tys. zł. Może ono generować roczny przychód w kwocie 18 tys. zł. Właściciel w takim przypadku do kosztów może zaliczyć amortyzację (4 500 zł rocznie), podatek od nieruchomości (dla lokalu o powierzchni 50 m kw. z niewielkim udziałem w gruncie pod budynkiem można je oszacować na 55 zł w skali roku) oraz odsetki od kredytu. Uwaga! Kosztem uzyskania przychodu nie jest część kapitałowa raty obniżająca saldo kredytu. W przypadku mieszkania wartego 300 tys. zł zadłużenie na 30 lat w złotych z 10-proc. wkładem własnym, przy oprocentowaniu 4,5%, wymagać będzie opłacania odsetek w średniej wysokości 7 417zł rocznie (będą one znacznie wyższe na początku kredytowania i wyraźnie niższe pod koniec).

W nakreślonym przykładzie podatnik musiałby zapłacić ryczałt w kwocie 1 530 zł (8,5% przychodu). Podatek na zasadach ogólnych oszacować można natomiast na 1 085 zł w przypadku opłacania podatku 18-proc. na zasadach ogólnych i 1 929 zł, gdy podatnik wchodzi w drugi próg podatkowy. W efekcie, w założonym przypadku, opłacanie podatku według skali, a nie w formie ryczałtu, może się okazać rozwiązaniem optymalnym podatkowo (dla osób z rocznym dochodem mieszczącym się w pierwszej skali).

pazdziernik_miesiacem_wyboru2

Wymienione w przykładzie koszty nie zamykają oczywiście katalogu tych, które mogą obniżyć wysokość kwot wpłacanych na rachunek fiskusa. Do kosztów uzyskania przychodu można także zaliczyć wydatki na wyposażenie (np. meble) i remont mieszkania. Należy oczywiście pamiętać, że na potrzeby rozliczeń podatkowych trzeba posiadać dokumenty potwierdzające poniesienie kosztów np. remontu czy zakupu mebli. Najlepiej gdyby były to faktury, choć nie wykluczone jest dopuszczenie także np. paragonów – wynika z interpretacji indywidualnej z 4 marca 2013 r., sygn. IBPBII/2/415-1566/12/MW.

fota (300 DPI, 1024 PNG)

Bartosz Turek, Lion’s Bank

– Zarząd Jastrzębskiej Spółki Węglowej podjął decyzję o obniżeniu od 1 października o 10 procent wynagrodzeń wszystkim dyrektorom kopalni JSW, Zakładu Logistyki Materiałowej i dyrektorom biur zatrudnionym w Biurze Zarządu spółki. Decyzja została podjęta z powodu konieczności ograniczania kosztów osobowych – poinformował Jarosław Zagórowski, prezes Jastrzębskiej Spółki Węglowej S.A. podczas dzisiejszej (29 września) konferencji prasowej w siedzibie spółki.

Prezes Zagórowski poinformował dziennikarzy, że tegoroczny deputat węglowy emerytów i rencistów zostanie wypłacony jeszcze w październiku. Natomiast Zarząd JSW S.A rozważa  odstąpienie od wypłacenia emerytom i rencistom deputatu węglowego w  2015 roku. JSW razem z innymi spółkami węglowymi zwróciła się do rządu RP z propozycją przejęcia przez ZUS zobowiązań wobec emerytów i rencistów górniczych do bezpłatnego węgla, podobnie jak ma to miejsce w przypadku emerytowanych kolejarzy i pracowników likwidowanych kopalń. Odstąpienie od wypłaty ekwiwalentu za deputat węglowy emerytom i rencistom pozwoliłoby  spółce zaoszczędzić w 2015 roku ponad 64 mln złotych. Zarząd spółki uważa też za niezbędne wdrożenie w szybkim tempie programu dostosowawczego dla kopalni Krupiński w Suszcu, który zapobiegnie dalszemu pogarszaniu się  sytuacji ekonomicznej tego zakładu. Zarząd JSW zwrócił się do związków działających w kopalni o wyrażenie zgody na zmianę systemu czasu pracy. Miałaby ona polegać na wprowadzeniu w niej 6-dniowego tygodnia pracy, oczywiście przy zachowaniu 5-dniowego tygodnia pracy dla załogi – z poszanowaniem zasad kodeksu pracy. Zmiany te są jednym z warunków niezbędnych do poprawy sytuacji kopalni i zapewnienia jej  rentowności w perspektywie najbliższych lat.

Pracownicy i związki zawodowe kopalni Krupiński,  dostrzegając wagę problemu, wyraziły wolę wprowadzenia zmian w systemie organizacji czasu pracy, jednak Reprezentatywne Organizacje Związkowe działające w JSW  nie zaakceptowały  uzgodnień dokonanych pomiędzy dyrekcją kopalni a działającymi w niej związkami.

żródło: Jastrzębska Spółka Węglowa S.A.

W ramach cyklicznej akcji edukacyjnej serwisu Szybko.pl i agencji Metrohouse „Wynajmuj bezpiecznie”, już po raz piąty prezentowany jest ranking miast akademickich z punktu widzenia kosztów wynajmu mieszkań. W rankingu prezentowane są średnie ceny ofertowe dla poszczególnych dzielnic, obliczone na podstawie ofert zamieszczonych w serwisie Szybko.pl.

NEGOCJOWANIE CEN

Aktualnie ze względu na dużą liczbę ofert mieszkań na wynajem możliwe jest negocjowanie stawek. Według eksperta Metrohouse Marcina Jańczuka jednym z najskuteczniejszych argumentów w trakcie negocjacji z właścicielem jest długi okres wynajmu. – „Wielu właścicieli mieszkań jest gotowych na ustępstwa cenowe w zamian za pewność, że najemca będzie terminowym płatnikiem czynszu i podpisze umowę, która zagwarantuje wynajem na okres co najmniej dwunastu miesięcy” – stwierdza Marcin Jańczuk. Dodaje, że w przypadku studentów plusem może być również podpisanie umowy przez rodziców, którzy stają się właściwe gwarantem regularnych płatności czynszu. Możliwe jest również  obniżanie wielkości czynszu w zamian za niewielki remont mieszkania. Może więc warto zaproponować właścicielowi odmalowanie mieszkania w zamian za odpowiedni upust w najmie?

Ekspert  Metrohouse dodaje, że o wiele łatwiej jest negocjować czynsz najmu w przypadku dużych mieszkań 3 i 4-pokojowych. Mniejsze lokale są popularnym produktem na rynku i zwykle, o ile cena nie jest zbyt wygórowana, nie ma większych trudności ze znalezieniem najemcy. Nie oznacza to, że ceny mniejszych metrażowo mieszkań nie można negocjować. Kwota, którą jesteśmy w stanie wynegocjować zależy od wielu czynników, ale z doświadczeń pośredników wynika, że wynosi ona średnio od 5 nawet do 10 proc. ceny wywoławczej.

RANKING MIAST (od najtańszego do najdroższego)

Numer 1 ŁÓDŹ – najtańsze mieszkania

łódź

 

 

 

 

 

Czwarte miasto w rankingu największych polskich ośrodków akademickich (około 120 tys. studentów, 23 uczelnie wyższe uczelnie) zajmuje 1 miejsce w rankingu kosztów wynajmu. Łódzcy studenci zapłacą najmniej w kraju. Za kawalerkę na Bałutach czy Łodzi Górnej około 770 złotych. Mieszkanie 2-pokojowe to wszędzie poza Śródmieściem to koszt około 1200-1250 złotych, a za 3 pokoje trzeba zapłacić od 1360 na Bałutach do 2 tys. w Śródmieściu.

Numer 2 KATOWICE – niedrogo, ale wybór niewielki

katowice

 

 

 

 

 

Koszty wynajmu mieszkań w Katowicach nie należą do najwyższych w Polsce, ale oferta również nie jest zbyt bogata. Ogłoszeń wynajmu jest o 50% mniej niż w Gdańsku i ponad 4-krotnie mniej niż w Poznaniu. Najtańsze mieszkania do wynajęcia usytuowane są w dzielnicach Zawodzie i Załęże, a najdroższe w Śródmieściu i Brynowie.

Numer 3 GDAŃSK – duże zróżnicowanie cen

gdańsk (1)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W aglomeracji tak dużej jak Gdańsk duże zróżnicowanie cen w zasadzie nie powinno dziwić. W Gdańsku Brzeźno za wynajem kawalerki zapłacimy średnio 810 złotych, a w Centrum miasta będzie to kosztowało nawet o połowę więcej czyli 1290 na Starym Mieście czy 1200 w Śródmieściu. Najtańszymi gdańskimi dzielnicami są Brzeźno i Ujeścisko. Do najdroższych poza Śródmieściem i Starym Miastem należy również Oliwa i Wrzeszcz.

Numer 4 – POZNAŃ – porównywalne koszty we wszystkich dzielnicach

Poznań znajduje się na 4 pozycji wśród miast z największą liczbą studentów i taką samą pozycję zajmuje w rankingu kosztów wynajmu. Warto odnotować, że poziom cen wynajmu w dzielnicach Poznania jest bardzo wyrównany. Nawet na Starym Mieście wynajem mieszkanie nie kosztuje dużo więcej niż w pozostałych częściach miasta. Najtańsze, popularne wśród studentów duże mieszkania do wynajęcia, można znaleźć na poznańskich Winogradach  i Piątkowie. Natomiast najtańsze kawalerki do wynajęcia znajdują się na Łazarzu, Grunwaldzie, ale także Winogradach, które są najtańszą dzielnicą Poznania.

poznań

 

 

 

 

 

 

 

Numer 5 KRAKÓW – Wielu studentów i bogata oferta ofert na wynajem

Kraków jest drugim co do wielkości miastem akademickim w Polsce, ale w rankingu kosztów wynajmu wyprzedzają go Warszawa i Wrocław. Zarówno popyt jak i podaż utrzymują się tu na wysokim poziomie. Kraków jest również jednym z miast najczęściej odwiedzanych przez turystów, co wpływa na zróżnicowanie standardu i cen mieszkań przeznaczonych do wynajęcia. Najtańsze mieszkania do wynajęcia znajdują się w Nowej Hucie i dzielnicy Prokocim. Wynajęcie kawalerki w Nowej Hucie to koszt około 900 złotych miesięcznie, mieszkanie 3-pokojowe można wynająć za 1400, a na Prokocimiu za 1375. Ponad dwukrotnie drożej jest na Starym Mieście, Śródmieściu i Grzegórzkach.

kraków

 

 

 

 

 

 

 

 

Numer 6 – WROCŁAW – drożej tylko w stolicy

Wrocław jest trzecim co do wielkości ośrodkiem akademickim po Warszawie i Krakowie, ale koszty wynajmu wyższe są jedynie w Warszawie. Za kawalerkę trzeba zapłacić średnio od 1120 złotych w dzielnicy Fabryczna do 1300 na Starym Mieście. Ceny mieszkań dwupokojowych i trzypokojowych są zdecydowanie bardziej zróżnicowane. Najtaniej można wynająć na Psim Polu za około 1360 złotych,  podczas gdy Na Starym Mieście jest to już 1920 złotych. Najwięcej ogłoszeń wynajmu we Wrocławiu pochodzi z dzielnicy Krzyki – ponad 32%, ze Starego Miasta około 20%, 12% z Fabrycznej, 10% z Psiego Pola.

wrocław

 

 

 

 

Numer 7 – WARSZAWA – wysokie, ale bardzo zróżnicowane stawki wynajmu

warszawa

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Warszawa jest największym i najdroższym miastem akademickim w Polsce. Za wynajem mieszkania trzeba tu zapłacić kilkaset złotych miesięcznie więcej niż w innych miastach. Najtańszą kawalerkę studenci znajdą na Wawrze, Włochach i Targówku. Najwyższe ceny osiągają mieszkania jednopokojowe w Śródmieściu, Wilanowie i na Ursynowie. Mokotów tym razem znalazł się poza pierwszą trójką, mimo że cieszy się ogromną popularnością wśród studentów. Jest to efekt bardzo dużej liczby mieszkań przeznaczonych na wynajem w tej dzielnicy. Oferty z Mokotowa to ponad 17% wszystkich mieszkań do wynajęcia, podczas gdy np. z Ursynowa to około 8%.

Rozbieżności cenowe pomiędzy dzielnicami Warszawy są bardzo duże, co jednocześnie pozwala studentom na wybór miejsca zamieszkania, które jest dostosowane do ich możliwości finansowych. Mieszkanie 2 pokojowe można wynająć za 1580 na Białołęce, za 1700 złotych na Pradze Północ, za 2100 na Ursynowie lub za 2500 na Mokotowie lub Wilanowie.

źródło: Szybko.pl; Metrohouse

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Koniec folii na warzywach czyli „tatuaże” zamiast plastiku. Farma Świętokrzyska wyznacza tren

Rewolucja na rynku BIO żywności w Polsce Farma Świętokrzyska jako pierwsza polska firma wprowadziła ...

W tym roku w Polsce zadebiutowało 17 nowych marek

Sloggi, Monki, Weekday, Peserico, Under Armour, Hermes - to kilka z siedemnastu międzynarodowych mar...

Indywidualne rachunki podatkowe już od stycznia 2020 r.

Znane są już bardziej szczegółowe informacje dotyczące indywidualnych rachunków podatkowych (mikrora...

Od 2020 r. pliki JPK także na żądanie prezesa UOKiK

22 listopada 2019 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został opublikowany projekt rozporządze...

Kredyt gotówkowy na Święta, czyli co warto wiedzieć?

Jak wynika z szacunków firmy Deloitte, na tegoroczne Święta wydamy średnio 1521 zł – to aż o 350 zł ...