środa, Grudzień 11, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Deloitte"

Deloitte

Black Friday

Coroczna analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała, że promowany przez sprzedawców Black Friday w większości nie ograniczał się do jednego dnia, ale trwał nawet cały tydzień. Nie oznacza to jednak zbyt wielu atrakcyjnych ofert dla klientów. Ze „Świątecznego barometru cenowego” wynika, że w tym dniu w porównaniu do piątku 22 listopada obniżki cen sięgnęły średnio 4 proc.

Pierwsze komunikaty marketingowe promujące obniżki w Black Friday pojawiły się w Polsce po 1 listopada. Co ciekawe, w wielu wypadkach Black Friday zamienił się w Black Week lub nawet Black Weeks.

– Ta coroczna ofensywa marketingowa sprawia, że Polacy doskonale wiedzą, co oznacza ten dzień w handlowym kalendarzu. Osobną sprawą jest to, czy mogą liczyć na naprawdę atrakcyjne promocje – mówi Agnieszka Szapiel, menedżer w dziale strategii Deloitte.

Dzięki badaniu Deloitte „Świąteczne zakupy 2019” znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Do analizy wybrano najpopularniejsze produkty z poniższych kategorii: drobne AGD, czekolady, DIY, gry, konsole, kosmetyki, książki, laptopy, muzyka, okulary VR, perfumy, planszówki, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, wearables, zabawki oraz zegarki.

Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices konkretne oferty tych produktów zostały wyszukane oraz podłączone do codziennego monitoringu. Łącznie przebadano ponad 400 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 1000 sklepów online. 205 produktów znalazło się na monitorowanej liście zarówno w ubiegłym, jak i tym roku. Pozwoliło to porównać ceny w Black Friday w 2018 i 2019 r.

Obniżki widoczne przede wszystkim w reklamach

Podobnie jak w ubiegłym roku „Świąteczny barometr cenowy” Deloitte pokazuje, że obniżki w Black Friday miały raczej charakter symboliczny.

Pomiędzy piątkiem 22 listopada a piątkiem 29 listopada, czyli Black Friday, różnica w obniżonych cenach analizowanych kategorii produktów wynosiła średnio 4 proc. W ubiegłym roku było to 3,5 proc., a dwa lata temu 1,3 proc. W tym samym czasie średni wzrost cen wyniósł 3 proc., możemy więc mówić, że de facto w Black Friday wartość badanego koszyka produktów zmalała jedynie o 1 proc.

Jak kształtowały się ceny w tym dniu? Spośród 400 przeanalizowanych produktów średnia cena 51 proc. spadła w porównaniu do 22 listopada.

– Co ciekawe, rok temu było to 55 proc. Z kolei w przypadku 41 proc. produktów cena poszła w górę, a 8 proc. nie zmieniła się. Zauważyliśmy również, że ruchy cenowe w sklepach internetowych zaczęły się już w poniedziałek 25 listopada i trwały do końca tygodnia – mówi Jakub Kot, prezes Dealavo.

Podobnie jak rok temu, w Black Friday znacznie taniej można było kupić przede wszystkim gry komputerowe. Największa obniżka dotyczyła jednej z gier, której cena spadła o 45 proc. Dwa kolejne miejsca na podium produktów z obniżonymi cenami należą również do gier (obniżki odpowiednio o 28 i 26 proc.).

Eksperci Deloitte łącznie przeanalizowali 9,3 tys. cen produktów, które wybieramy na prezenty dla najbliższych. W Black Friday 67 proc. z nich w nie różniło się ceną w porównaniu do piątku 22 listopada. Z kolei dla 18 proc. cen zanotowano spadek, a dla 15 proc. wzrost.

Łatwo przepłacić, trudno zaoszczędzić

Tak jak ubiegłoroczna, również najnowsza analiza pokazała, że różnica pomiędzy cenami w poszczególnych sklepach potrafi być naprawdę duża. Największe rozbieżności dało się zaobserwować w kategorii gier. Różnice podczas Black Friday pomiędzy ceną maksymalną a minimalną sięgały tu 172 proc.

Tego samego dnia (29 listopada) gra „Call Of Duty: Black Ops” (PS4) w jednym ze sklepów internetowych kosztowała 63 zł, a w innym 342,67 zł. Różnica wynosiła więc 444 proc. Podobnie było z perfumami, gdzie różnice sięgały średnio 136 proc. Wodę perfumowaną Christian Dior Miss Dior (100 ml) w jednym ze sklepów można było kupić za 338,9 zł, a w innym za 659 zł, a to oznacza różnicę sięgającą prawie 100 proc.

– Perfumy oraz kosmetyki należą do tych kategorii produktów, dla których obniżki były widoczne często dopiero wtedy, gdy klient wpisał specjalnie wygenerowane hasło w podsumowaniu koszyka zakupowego. Sprzedawcy kusili również klientów darmową przesyłką lub obniżkami przy dokonaniu kolejnych zakupów – wyjaśnia Mateusz Mańkowski, konsultant w dziale strategii Deloitte.

Klienci równie uważnie powinni sprawdzać ceny akcesoriów elektronicznych (różnice średnio do 150 proc.), zabawek konstrukcyjnych (średnio 107 proc.) oraz planszówek (106 proc.). Najmniejsze różnice pomiędzy minimalną a maksymalną ceną w Black Friday eksperci Deloitte odnotowali w kategorii laptopów (18 proc.), artykułów sportowych (20 proc.) oraz czekoladek (24 proc.).

Przeczytaj także:

Black Friday rok do roku

Eksperci Deloitte sprawdzili, czy ceny tych samych 205 produktów kształtowały się podobnie w czasie tegorocznego i ubiegłorocznego Black Friday. Okazuje się, że w wypadku 59 proc. z nich ceny spadły, a w 41 proc. wzrosły. Najbardziej spadły ceny gier (o prawie 23 proc.), smartfonów (średnio o 16 proc.) oraz tabletów (średnio o 15,9 proc.).

– Nie jest to jednak zaskakujące, ponieważ w tym roku ich miejsce zajęły nowsze modele, które zawsze są lokomotywami sprzedażowymi. Z kolei wzrosty cen dotknęły perfumy oraz zabawki kreatywne i artystyczne, które, jak pokazuje nasze badanie, znajdują się na czele najchętniej wybieranych przez Polaków prezentów. Wzrosty cen w tych najbardziej rozchwytywanych kategoriach równoważyły obniżki w tych mniej popularnych – mówi Mateusz Mańkowski.

Przedłużeniem promocyjnych ofert Black Friday jest tzw. Cyber Monday, który przypadł w tym roku na 2 grudnia. Ceny tego dnia w porównaniu do ostatniego piątku nie zmieniły się znacząco. Średni spadek cen w Cyber Monday wyniósł 2 proc. Dokładnie tyle samo, co średni wzrost cen. Największe różnice widoczne były w kategoriach: zabawki kreatywne i artystyczne (średnio wzrost o 4,7 proc.) oraz gry (średnio wzrost o 2,7 proc.).

– Nasze analizy z ubiegłych lat pokazały, że ceny aż do świąt będą raczej rosnąć, niż spadać. Dotyczy to szczególnie najpopularniejszych kategorii prezentowych, do których zaliczają się zarówno kosmetyki i perfumy, jak i zabawki. Kto jeszcze nie kupił prezentów, nie ma raczej co liczyć na atrakcyjne oferty promocyjne. Tych możemy spodziewać się dopiero w momencie rozpoczęcia wyprzedaży noworocznych – podsumowuje Agnieszka Szapiel.

Źródło: Marketing przy kawie

Jak wynika z szacunków firmy Deloitte, na tegoroczne Święta wydamy średnio 1521 zł – to aż o 350 zł więcej niż przed rokiem. Pomimo tego, iż wielu Polaków deklaruje, że finansuje świąteczne wydatki z bieżących wpływów i oszczędności, to jednak niemała grupa będzie musiała sięgnąć po dodatkowe źródło finansowania. Co 5. konsument w naszym kraju deklaruje, że musi pożyczać pieniądze lub skorzystać z limitu na karcie kredytowej, aby kupić, chociażby prezenty najbliższym. W okresie przedświątecznym szczególnie dużą popularnością cieszą się kredyty gotówkowe.

W IV kwartale zeszłego roku łączna wartość kredytów konsumpcyjnych zaciągniętych przez konsumentów wyniosła ponad 775 mln zł – mowa tu tylko o finansowaniu udzielonym przy wsparciu ekspertów finansowych należących do Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF). Chociaż często sięgamy po to rozwiązanie, kiedy brakuje nam gotówki, to czy wiemy na pewno, jak bezpiecznie pożyczyć pieniądze, by kredyt nie stał się zbytnim obciążeniem dla naszego budżetu domowego i jak wybrać najlepszą ofertę, żeby nie żałować?

Jak pożyczyć szybko i bezpiecznie?

Gdy przed Świętami potrzebujemy dodatkowej gotówki, by np. kupić najbliższym prezenty lub, gdy mieliśmy niespodziewane wydatki i nasz portfel w grudniu świeci pustkami, rozglądamy się za dostępnymi opcjami. Rozwiązaniem naszego problemu może być kredyt konsumpcyjny, który możemy spożytkować na dowolny cel. A pomysłów, na co przeznaczyć dodatkowe pieniądze przed Świętami nie brakuje. W tym roku na same prezenty wydamy średnio 547 zł, niewiele mniej, bo 524 zł przeznaczymy na jedzenie. Podróże i organizacja spotkań towarzyskich w tym okresie pochłonie w sumie nawet 450 zł.

Każdy bank obecny na polskim rynku w swojej ofercie posiada kredyty gotówkowe, a większość z nich przed Świętami przygotowuje dla konsumentów oferty specjalne. Mogą one znacznie różnić się między sobą, dlatego szukając takiego finansowania, powinniśmy dokładnie przeanalizować propozycje, które zwróciły naszą uwagę. Przed zaciągnięciem kredytu, powinniśmy przede wszystkim dokładnie przyjrzeć się warunkom umowy i całkowitym kosztom kredytu, które są zawarte w tabeli opłat. Obecnie większość banków proponuje swoim klientom kredyty konsumpcyjne o korzystnym oprocentowaniu – poniżej 10 proc. w skali roku, na kwotę sięgającą nawet kilkudziesięciu tys. zł. Jeżeli spełniamy warunki, np. posiadamy pozytywną historię kredytową i odpowiednią zdolność finansową, takie finansowanie możemy uzyskać szybko, ale spłatę kredytu rozłożyć dowolnie w czasie – spłacić w ciągu kilku miesięcy lub nawet w kilkunastu ratach. Kto i na jakich zasadach może więc ubiegać się o kredyt gotówkowy?

W praktyce, dodatkowe środki może otrzymać każda pełnoletnia osoba posiadająca odpowiednią zdolność kredytową. Określa ona, czy wysokość naszych dochodów i wszystkie wydatki, które ponosimy co miesiąc, będą nam pozwalać na terminowe regulowanie rat zaciągniętego kredytu. Poza ustaleniem zdolności kredytowej bank sprawdzi również, jak do tej pory wywiązywaliśmy się ze spłaty innych zaciągniętych w przeszłości kredytów (pod uwagę także brane są zakupy ratalne) czy pożyczek, co ostatecznie zweryfikuje naszą wiarygodność jako kredytobiorcy. Kredyt gotówkowy to także minimum formalności. W wielu bankach często wystarczy potwierdzenie wpływów na rachunek lub zaświadczenie o dochodach, aby uzyskać finansowanie. Warto również wiedzieć, że jeżeli staramy się o kredyt w banku, w którym posiadamy konto, lub którego z innych produktów korzystamy, będziemy mogli zazwyczaj liczyć na pożyczenie pieniędzy na nieco bardziej preferencyjnych warunkach – wyjaśnia, Michał Krajkowski, ekspert ZFPF, Notus.

Wybierz odpowiedni okres kredytowania

Obecnie banki dają sporo swobody konsumentom starającym się o kredyt gotówkowy. Zachęcają do wnioskowania o kredyt online poprzez ich strony internetowe, a podczas tego procesu można dowolnie wskazać sumę, jaką chcemy pożyczyć i okres, w jakim planujemy spłatę zobowiązania.

Decydując się na kredyt gotówkowy na Święta, należy rozważnie wybrać okres kredytowania. Im będzie on dłuższy, tym niższa będzie comiesięczna rata. Trzeba jednak wiedzieć, że wydłużony czas spłaty, może wiązać się również ze zwiększonymi kosztami obsługi kredytu, co przekłada się na to, że ostatecznie oddamy większą sumę. Jeżeli niedługo po Nowym Roku spodziewamy się dodatkowej gotówki, przy zaciąganiu kredytu warto od razu zdecydować się na krótszy okres spłaty – co oczywiście wiąże się w wyższą kwotą pojedynczej raty – ale szybciej pozbędziemy się zobowiązania, co z pewnością będzie mieć znaczenie dla naszego domowego budżetu. Minimalny okres kredytowania, na jaki zazwyczaj pozwalają banki, wynosi 3 miesiące – podpowiada Michał Krajkowski, ekspert ZFPF, Notus.

Okres, w którym będziemy chcieli spłacać kredyt gotówkowy, warto wcześniej określić także z innego powodu. Chociaż większość banków nie pobiera dodatkowych opłat za wcześniejszą spłatę kredytu, jednak warto zapoznać się z dokładnymi warunkami wybranej przez nas oferty i sprawdzić, czy taki warunek będzie widniał w naszej umowie kredytowej. 

Oprocentowanie to nie wszystko, czyli zwróć uwagę na RRSO

Wybierając najlepszą opcję kredytu konsumpcyjnego, warto zwrócić uwagę na kilka czynników. Jednym z nich jest oczywiście, oprocentowanie. Wyznacza ono kwotę odsetek, które musimy zwrócić wraz z pożyczoną kwotą. Jest podstawowym kosztem związanym ze spłatą zobowiązania wobec banku, ale nie jedynym. Wiedząc, ile wynosi oprocentowanie, nie wiemy jednak, ile będzie ostatecznie kosztować nas kredyt.

O tym dopiero mówi RRSO, czyli Rzeczywista Roczna Stopa Oprocentowania. Jest to wskaźnik, który określa całkowity koszt kredytu, uwzględniając przy tym wszystkie „dodatkowe” w pojęciu konsumenta opłaty związane z zaciągnięciem zobowiązania. Poza odsetkami związanymi z wysokością oprocentowania nominalnego jest to prowizja dla banku za udzielenie finansowania, składki na ubezpieczenie kredytu i ewentualne inne opłaty związane z zaciągnięciem kredytu. Zaciągając kredyt gotówkowy, powinniśmy pamiętać o jednej zasadzie. Im mniej wynosi RRSO, tym kredyt jest tańszy i mniej pieniędzy oddamy do banku – zaznacza Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Samodzielnie czy z pomocą pośrednika?

Wydaje się, że sięgnięcie po kredyt gotówkowy nigdy wcześniej nie było aż tak proste. W sieci możemy znaleźć wiele pomocnych porównywarek kredytowych. To internetowe platformy, które skupiają aktualne oferty banków. Po wpisaniu kilku podstawowych informacji, takich jak np. wysokość sumy, którą chcemy pożyczyć, okres kredytowania czy kwotę miesięcznych dochodów, system „dobierze” najbardziej atrakcyjną dla nas ofertę kredytu gotówkowego. Poda podstawowe warunki udzielenia finansowania przez dany bank. Jest to rozwiązanie z pewnością wygodne, ale czy rzeczywiście niezawodne?

– Po pierwsze, każdą informację, którą poda nam internetowy kalkulator kredytowy, zawsze warto sprawdzić u źródła. Oznacza to, że jeżeli chcemy rzeczywiście sprawdzić, wszelkie parametry oferty, która nas zainteresowała, musimy odwiedzić stronę internetową albo placówkę banku. Zdarza się bowiem, że serwisy online – porównywarki czasami podają niekompletne lub nie do końca rzetelne i aktualne informacje. Następnie kredytobiorca przekonany o tym, jakie są warunki finansowania, udaje się do banku po kredyt i przeżywa rozczarowanie. Jeżeli dodatkowo nie zapoznał się do końca z umową kredytową, może wpędzić się w poważne kłopoty finansowe. Dlatego warto na własną rękę poszukać najlepszej oferty. Droga przez internetowy kalkulator nie zawsze jest najlepszym rozwiązaniem. Oczywiście, takie podejście jest czasochłonne. Wymaga posiadania pewnego zakresu wiedzy z obszaru finansów, aby samodzielnie ocenić, czy dana oferta będzie dla nas najlepsza. Jednak nie musimy brać tego zadania na siebie, możemy skorzystać z pomocy pośrednika finansowego. – Podpowiada Leszek Zięba, ekspert ZFPF, mFinanse.

Przeczytaj także:

Udając się do biura pośrednika kredytowego, otrzymamy fachową i bezpłatną pomoc w wyborze najbardziej atrakcyjnej oferty kredytu gotówkowego. Ale to nie wszystko. Ekspert finansowy pomoże nam zrozumieć znaczenie poszczególnych parametrów kredytu i ich wpływ na późniejszą spłatę. Kompetentny pośrednik będzie także zawsze posiadał najbardziej aktualne i sprawdzone informacje na temat oferty kredytów większości banków. Ta wiedza nam, jako przyszłym kredytobiorcom, jest potrzebna.

Kredyt gotówkowy ma niewątpliwe zalety. Prosty sposób obliczania kosztów zobowiązania, łatwy proces wnioskowania, możliwość wybrania długiego okresu spłaty czy ubiegania się o wysokie kwoty. Aby jednak był on wsparciem przed Świętami, zaciągajmy go zawsze z głową.

Źródło: Związek Firm Pośrednictwa Finansowego

Odsetek kobiet w zarządach firm na całym świecie rośnie, lecz problem parytetu płci w biznesie nadal nie został rozwiązany. Z szóstej edycji raportu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte wynika, że kobiety zajmują o 1,9 proc. więcej stanowisk w zarządach niż w 2017 roku. Wzrost ten jest jednak wciąż zbyt powolny. W Polsce kobiety stoją na czele 6 proc. spółek giełdowych, stanowią również 13 proc. członków zarządów. Tymczasem według autorów raportu wzrost różnorodności w organizacji przekłada się nie tylko na jej wyniki finansowe, lecz także na poprawę poziomu innowacyjności.

Wyniki raportu Deloitte

Analiza Deloitte przedstawia wysiłki i postępy 66 krajów, w tym Polski, podjęte w celu zwiększenia udziału kobiet na stanowiskach kierowniczych. Z badania wynika, że tempo zachodzących zmian w poszczególnych państwach jest bardzo zróżnicowane, a kraje, które chwalą się wzrostem udziału kobiet w zarządach firm, osiągnęły to przy użyciu różnych metod.

W Norwegii i Francji zostały przyjęte kwoty gwarantujące kobietom 40 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek publicznych. W Belgii zaś wymagany jest udział każdej płci w zarządach firm na poziomie co najmniej jednej trzeciej. Obowiązek wprowadzenia polityki różnorodności dotyczącej składu organów nadzorujących i zarządzających wynika także z „Dobrych praktyk spółek notowanych na GPW” wprowadzonych w 2016 roku. W Polsce jednak zastosowała ją zaledwie jedna czwarta spółek giełdowych

– mówi Dorota Snarska-Kuman, partner Deloitte, liderka Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.

Równość niezależnie od płci

W czternastu krajach Unii Europejskiej kobiety stanowią średnio co najmniej 25 proc. członków kadry zarządczej. Są to Austria, Belgia, Dania, Niemcy, Finlandia, Francja, Islandia, Włochy, Łotwa, Holandia, Słowenia, Szwecja, Wielka Brytania i Norwegia, która jest liderem w obszarze różnorodności, a kobiety stanowią tam aż 41 proc. członków zarządów. Z kolei w Kanadzie odsetek przedstawicielek zasiadających w zarządach wyniósł 21,4 proc., co oznacza wzrost o 3,7 proc. w stosunku do 2017 r. Najsłabiej pod tym względem wypadły firmy południowoamerykańskie i azjatyckie, w których kobiety stanowią odpowiednio 7,9 i 9,3 proc. członków zarządu.

Jak zaobserwowali eksperci Deloitte, najwięcej kobiet należy do kadry kierowniczej w europejskich firmach reprezentujących sektor medyczny i farmaceutyczny (28,2 proc.), dóbr konsumenckich (27,7 proc) oraz branżę finansową (26 proc.).

Cel: osiągnięcie globalnego parytetu

Choć pocieszający jest fakt, że liczba kobiet na kierowniczych stanowiskach zwiększa się, zdaniem ekspertów Deloitte, jeżeli globalny trend nie ulegnie przyspieszeniu, czyli wzrost udziału kobiet nie przekroczy ok. 1 proc. rocznie, osiągnięcie odpowiedniego parytetu w skali światowej zajmie nawet 30 lat. W niektórych krajach, zwłaszcza europejskich oraz w Australii widać realny postęp. Choć jednak średnia globalna nieznacznie wzrosła, tylko sześć krajów na świecie może pochwalić się średnią powyżej 30 proc.

– Nasze badanie potwierdza, że bariery utrudniające osiągnięcie różnorodności w organizacjach nie zniknęły. Schematy kulturowe, podświadome uprzedzenia, brak traktowania różnorodności jako celu  biznesowego, to kilka z podstawowych z tematów wymagających konkretnych działań.  To oznacza  potrzebę traktowania różnorodności jako celu strategicznego, wpisania do zadań zarządów i wpływu na ich ocenę

– mówi Iva Georgijew, partner w Deloitte, liderka Diversity&Inclusion w Deloitte w Europie Środkowej, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.

Przed Polską wciąż długa droga

Globalnie 17 proc. stanowisk w zarządach przedsiębiorstw zajmują kobiety. To wzrost od 2017 roku o niemal dwa proc. Odwilż widać także w kraju. W Polsce kobiety stoją na czele 6 proc. firm i stanowią 13 proc. członków zarządów wszystkich spółek giełdowych. Zajmują też 15,8 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek giełdowych z rynku głównego. W fotelu przewodniczącego rady nadzorczej zasiadają w 8,7 proc. analizowanych firm, jest to wzrost o 0,9 proc. w stosunku do 2017 roku.  

Na różnorodność pracowników pod względem płci stawiają dziś przede wszystkim duże korporacje. To one pierwsze dostrzegły, że zatrudnianie kobiet pozytywnie przekłada się zarówno na styl zarządzania, jak i wewnętrzne relacje w firmie. Dodatkowo, większych graczy – lepiej widać. Przyciągają uwagę nie tylko interesariuszy, ale też organizacji nadzorujących, co rodzi obawy o ryzyko utraty reputacji. Faktem też jest, że w dobie rosnącej popularności idei odpowiedzialnego biznesu firmy zwracają większą uwagę na swoich pracowników, klientów i otoczenie społeczne, w którym działają

mówi Dorota Snarska-Kuman.

Siła tkwi w różnorodności

Równość płci w firmie oznacza także tworzenie produktów i usług lepszej jakości. Dzieje się tak m.in. dzięki zderzeniu ze sobą różnych perspektyw. Takie podejście pomaga w tworzeniu strategii, wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań czy też w zarządzaniu firmą. Uwzględniając więcej czynników zarządy dochodzą do trafniejszych decyzji, a sam proces staje się znacznie ciekawszy w urozmaiconym środowisku. Męsko-damskie zespoły pozwalają patrzeć na biznes z różnych perspektyw, skuteczniej służąc coraz bardziej zróżnicowanej grupie klientów. Jak zauważają eksperci Deloitte, za sprawą kobiet, które znalazły się w organach zarządzających spółek, możliwa jest skuteczna walka ze stereotypami, wyrównywanie poziomu wynagrodzeń, a inne kobiety dostają zachętę do podejmowania ryzyka i wybierania ścieżek kariery tradycyjnie stanowiących domenę mężczyzn.

– Promowanie równości płci i budowanie kultury włączającej nie tylko zwiększa możliwości ekonomiczne kobiet. Jest też uzasadnione z biznesowego punktu widzenia – w Deloitte wierzymy, że różnorodność sprzyja innowacyjności oraz zwiększa skuteczność obsługi coraz bardziej zróżnicowanych grup klientów. Aby wnieść swój wkład w promowanie równości płci, między innymi współtworzymy program cross-mentoringowy LeadersIN, który okazał się być znakomitym narzędziem świadomego kształtowania kariery zawodowej kobiet w biznesie

– mówi Iva Georgijew.

Przeczytaj także:

Kobieca solidarność

Firmy, w których kobiety zajmują stanowisko prezesa mają prawie dwa razy więcej członkiń zarządów niż te, które są kierowane przez mężczyzn (odpowiednio 29,3 proc. i 16,5 proc.). W przypadku Europy jest to odpowiednio 34,8 i 25,4 proc., podobnie jest w przypadku stanowiska prezesa. W firmach, w których zajmuje je kobieta, 28,3 proc. członków zarządu to również panie, a gdy prezesem jest mężczyzna, liczba członkiń zarządów spada do 17,1 proc. W firmach na Starym Kontynencie jest to odpowiednio 31,8 i 25,4 proc.

– Analiza ta jeszcze raz potwierdza, jak bardzo obecność kobiety w zarządzie wpływa na wzrost liczby liderek na stanowiskach kierowniczych w danej firmie. Kobiety w zarządzie są wzorem do naśladowania dla innych liderek w firmie. Wysoki udział kobiet na stanowiskach kierowniczych przyczynia się z kolei do zwiększenia efektywności i poprawy wizerunku spółki

mówi Dorota Snarska-Kuman.

Źródło: Deloitte

Dzięki inwestycjom bezpośrednim firm z Wielkiej Brytanii w 2017 roku PKB Polski było wyższe o 15 mld zł – tak wynika z analizy Deloitte. Stało się to za sprawą napływu wiedzy, technologii oraz zwiększenia zasobu kapitału. Stopniowe zacieśnianie związków między tymi  państwami obserwuje się od 30 lat, a na ich zintensyfikowanie wpłynęły zmiany ustrojowe i wejście Polski do Unii Europejskiej. Eksperci firmy doradczej Deloitte w raporcie „Relacje gospodarcze pomiędzy Polską i Wielką Brytanią – wyjątkowe i trwałe partnerstwo” zauważają, że łączne zatrudnienie w brytyjskich firmach działających w Polsce wynosi blisko 115 tys. osób, a malejąca dysproporcja w poziomie rozwoju gospodarczego wpływa na zmianę w strukturze handlu między krajami. Od 1995 roku wymiana handlowa między Polską a Wielką Brytanią wzrosła ponad 500 proc., a w jej strukturze znajduje się coraz więcej dóbr i usług o wysokim stopniu zaawansowania.

W rankingu Banku Światowego Doing Business, czyli gospodarek z najbardziej przyjaznymi biznesowi przepisami Wielka Brytania i Polska zajmują odpowiednio 9. i 33. miejsce wśród 190 państw, wyprzedzając tym samym Czechy (35. miejsce) czy Węgry (53. miejsce.). – Znaczący odsetek przedsiębiorców, którzy inwestują nad Wisłą, pochodzi z Wielkiej Brytanii. Tym samym firmy brytyjskie, które w latach 90. XX w. pomagały tworzyć sektor prywatny w Polsce, dziś wspierają jego rozwój, a przez to innowacyjność naszej gospodarki. Polacy zaś są najliczniejszą mniejszością narodową w Wielkiej Brytanii – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Do 2017 r. Wielka Brytania ulokowała w naszym kraju ponad 48 miliardów zł, dzięki czemu polskie PKB w 2017 r. było o 15 mld zł wyższe.

Eksport, import, usługi

Udział Wielkiej Brytanii w eksporcie Polski wynosił 6,6 proc. w pierwszym kwartale 2019 r., a kraj ten, poza naszym głównym partnerem handlowym – Niemcami (27 proc.) – pozostaje w czołówce partnerów eksportowych Polski, z podobnym udziałem w eksporcie co Czechy (6,1 proc.).

Choć Polskę i Wielką Brytanię dzieli znaczna odległość geograficzna, kwestie importu i eksportu zbliżają te kraje regularnie od 30 lat. Podczas gdy w 1995 r. wartość wywozu produktów do Wielkiej Brytanii wyniosła niespełna miliard dolarów, to w 2018 r. było to już 16,6 miliardów w ujęciu nominalnym. Co ważne, ten wzrost został odnotowany we wszystkich głównych kategoriach produktów, a więc od elektroniki i maszyn, przez chemię i metale po minerały, produkcję tekstylną i spożywczą. Ta ostatnia zresztą może się pochwalić najbardziej spektakularną, bo ponad dwudziestokrotną zwyżką – mówi Damian Olko, Menedżer w zespole analiz ekonomicznych, Deloitte.

Eksport w tym sektorze wzrósł ze 143 milionów dolarów w 1995 r. do 3,21 miliardów w 2017 r. Najczęściej sprzedajemy do Wielkiej Brytanii produkty spożywcze, takie jak drób i czekolada.

W przypadku importu towarów brytyjskich do Polski również można mówić o znaczącym wzroście z około 1,5 miliarda dolarów w 1995 r. do 6,5 miliarda w 2018 r. Najchętniej przywozimy z Wielkiej Brytanii produkty chemiczne (ok. 25 proc. całego importu), takie jak na przykład leki oraz maszyny (ok. 19 proc. importu), w tym wyposażenie biurowe i komputery.

Po Niemczech i Szwajcarii, Wielka Brytania jest też ważnym odbiorcą usług z Polski (udział 7,3 proc.) i drugim eksporterem usług dla Polaków (udział 8,4 proc.).

 – Według ostatnich dostępnych danych z 2016 r. podmioty z siedzibą w Wielkiej Brytanii były najważniejszym partnerem handlowym Polski w międzynarodowej wymianie usług prawnych, księgowych oraz doradztwa w zakresie zarządzania i PR. Bilans kategorii usług z perspektywy Polski był dodatni. Udział Wielkiej Brytanii wynosił 19,9 proc. w odniesieniu do usług dostarczonych i 21,4 proc. w odniesieniu do usług nabytych przed podmioty działające w Polsce. Największą wartość usług dostarczonych do Wielkiej Brytanii wypracował sektor telekomunikacyjny i informatyczny, co miało związek z szybko rozwijającymi się centrami usług wspólnych w Polsce – mówi Irena Pichola.

Brytyjski wkład w polski wzrost

W 2016 r. nad Wisłą działało 387 brytyjskich przedsiębiorstw niefinansowych (czyli takich, których główną działalnością jest produkcja i obrót dobrami lub świadczenie usług niefinansowych) zatrudniających ponad 10 pracowników. Łącznie pracowało w nich ponad 110 tys. osób. Natomiast brytyjskie przedsiębiorstwa finansowe zatrudniają w Polsce ponad 4 tys. osób, a więc łącznie zatrudnienie w brytyjskich firmach sięga ok. 115 tys. osób.

–  Mimo zmieniającego się otoczenia międzynarodowego, relacje między Polską a Wielką Brytanią można określić mianem wyjątkowego i trwałego partnerstwa. Ostatnie stulecie, zwłaszcza okres po upadku komunizmu, to epoka rozkwitu naszych stosunków handlowych, których szybki rozwój przynosi korzyści obu krajom. Najlepszym dowodem rozwoju dwustronnej współpracy gospodarczej jest dynamicznie rosnąca wymiana handlowa, której wartość w latach 1995-2018 wzrosła ponad pięciokrotnie – mówi Ambasador Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej, Jonathan Knott.

Najwięcej, bo aż 127 firm z brytyjskim kapitałem działa w przetwórstwie przemysłowym (38 tys. pracowników). Drugi w kolejności sektor to handel z 69 brytyjskimi firmami zatrudniającymi w sumie 43,7 tysiące pracowników. Bardzo liczne są też wyspecjalizowane firmy zajmujące się działalnością profesjonalną, naukową i techniczną – w 2016 r. było ich 74, ale ze względu na ich mniejsze rozmiary zatrudniały łącznie 13 tys. pracowników.  

Polska jest postrzegana pozytywnie ze względu na wielkość gospodarki i jej rosnącą integrację z gospodarką światową i rynkiem unijnym, a także dostępność krajowych dostawców dóbr i usług. Bardzo cieszy mnie fakt, że firmy z brytyjskim kapitałem planują dalszy rozwój na polskim rynku: statystycznie 3 na 4 firmy chcą zwiększać zatrudnienie i nakłady inwestycyjne. Z optymizmem patrzę w przyszłość brytyjskich firm w Polsce – mówi Antoni F. Reczek, Prezes Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej

Różnica, która najbardziej rzuca się w oczy to wyższa wydajność pracy firm z brytyjskim kapitałem. Na pewno w jakimś stopniu jest to związane z większą skalą działalności i zatrudnienia, które przeciętnie jest prawie 5 razy większe niż rodzimych firm. Warto zwrócić uwagę na fakt, że – poza przetwórstwem przemysłowym – wyższa wydajność nie jest jednoznacznie związana z inwestycjami w aktywa materialne – mówi Damian Olko. We wszystkich analizowanych branżach wydatki na koszty osobowe firm brytyjskich są wyższe niż w przedsiębiorstwach polskich. W 2016 r. wydawały one przeciętnie na jednego pracownika o 36 proc. więcej (75 tys. zł wobec 56 tys. zł), na czym korzystali nie tylko pracownicy, ale także fiskus. Aż 63 proc. badanych przez Deloitte dużych brytyjskich przedsiębiorstw spodziewa się, że zatrudnienie w najbliższych 5 latach będą większe niż w analogicznym okresie wstecz, taką samą opinię odnośnie inwestycji ma 73 proc. ankietowanych.

Przeczytaj także:

Polacy na Wyspach

Od 2010 roku Wielka Brytania pozostaje najczęściej wybieranym przez obywateli Polski kierunkiem migracji. W 2018 roku na Wyspach mieszkało 905 tys. Polaków. O skali migracji i podróży między Polską a Wielką Brytanią świadczy liczba pasażerów obsłużonych w polskich portach lotniczych – w 2018 r. niemal 22 proc. (7,8 mln) z nich leciało do Wielkiej Brytanii. Dla Brytyjczyków wzrost zatrudnienia imigrantów z Polski oznacza intensywniejszy rozwój gospodarki oraz sprzyja wzrostowi przychodów do budżetu państwa. To także szansa ekspansji dla polskich firm, zwłaszcza z branży spożywczej. Wyliczenia za 2016 rok wskazują, że prawie 35 proc. emigrantów przekazywało część swoich zarobków do Polski. W 2017 roku wartość przekazów z Wielkiej Brytanii do Polski była drugą najwyższą – po Niemczech – i wyniosła 1,15 miliarda dolarów, co stanowiło 0,22 proc. PKB Polski wobec 1,3 proc. PKB przekazów ogółem.

Potencjał dalszej współpracy – zrównoważony rozwój

Działalność operacyjna i inwestycyjna brytyjskich firm przyczynia się także do realizacji zasad zrównoważonego rozwoju. Jednym z wielu przykładów wymiany doświadczeń i obiecującym obszarem jest transformacja energetyczna, ze szczególnym uwzględnieniem morskiej energetyki wiatrowej, której potencjał w Polsce szacowany jest na 10,3 GW. Wielka Brytania jest największym w Europie producentem energii z wiatru na morzu (8 GW rocznie), a do 2030 r. planuje wytwarzać w ten sposób nawet 30 GW. Innymi perspektywicznymi obszarami są zagadnienia elektromobilności, nowoczesnej infrastruktury transportowej oraz szeroko rozumianych technologii cyfrowych.

Globalne wyzwania związane np. ze zmianami klimatu, odpowiedzialną produkcją i konsumpcją czy czystą energią to jednocześnie ogromne szanse biznesowe, które mogą napędzać rozwój współpracy między Polską a Wielką Brytanią w nadchodzących latach.

Źródło: Deloitte

30 proc. pracujących milenialsów z Polski uważa, że przemysł 4.0 będzie dla nich barierą na rynku pracy. Na świecie obawia się tego prawie połowa przedstawicieli pokolenia Y. Jak zauważają autorzy badania Deloitte „Global Millennial Survey 2019”, pesymizm wśród milenialsów jeszcze nigdy nie był na tak wysokim poziomie. Zdaniem ekspertów przyczyna tkwi w czasach, w których przyszło im dorastać. Wchodzenie w dorosłość w okresie szybkiej transformacji pozostawiło poczucie niepewności jutra i pesymistyczne nastawienie do postępu gospodarczego i społecznego.

Deloitte zapytał o opinię prawie 13 500 osób z 42 krajów, z czego 300 ankietowanych pochodzi z Polski. Respondenci to osoby urodzone między styczniem 1983 roku a grudniem 1994 roku. W celu wygenerowania bardziej kompleksowej perspektywy całego pokolenia tegoroczne badanie zostało rozszerzone i objęło bardziej zróżnicowaną grupę uczestników, w tym 31 proc. (globalnie) osób, które nie były zatrudnione na pełen etat oraz 34 proc. osób, które nie posiadały wyższego wykształcenia.

Lista ambicji

Milenialsi nie są mniej ambitni od przedstawicieli innych pokoleń, jednak ich priorytety uległy zmianie lub zweryfikowała je rzeczywistość, np. ograniczenia finansowe. I to właśnie finanse są na szczycie listy ambicji polskich przedstawicieli pokolenia Y. To cel 59 proc. z nich. Co ciekawe, aż 67 proc. milenialsów uważa, że to możliwe do osiągnięcia. Na drugim miejscu są podróże – cel 58 proc. ankietowanych. – Te dwa pierwsze wyniki budzą moje zainteresowanie, gdyż są dokładnie odwrotne od globalnych. Dla 57 proc. ankietowanych na świecie priorytetem jest zwiedzanie świata. Co ciekawe bardziej są tym zainteresowane kobiety (62 proc.) niż mężczyźni (51 proc.). Dopiero 52 proc. marzy o zamożnym życiu. Co ważne, to co do tej pory uznawaliśmy za swego rodzaju oznakę dorosłości, czyli kupno domu lub założenie rodziny, nie znajduje się na szczycie listy priorytetów – mówi Anna Łukawska, Menedżer w zespole employer brandingu w Deloitte.

O zakupie domu myśli jedynie 54 proc. (49 proc. globalnie) ankietowanych, a założenie rodziny planuje  47 proc. (39 proc. globalnie).

Czego obawiają się najbardziej

Wyniki z Polski różnią się także od globalnych odpowiedzi dotyczących obaw pokolenia Y. Polscy milenialsi najbardziej obawiają się terroryzmu. Takiej odpowiedzi udzieliło aż 34 proc. ankietowanych. Globalnie tak odpowiedziało jedynie 19 proc. badanych. Na drugim miejscu jest brak stabilności politycznej, wojny i konflikty – 29 proc. (globalnie 18 proc.), za nimi natomiast zmiany klimatyczne i ochrona środowiska – 27 proc. – które z kolei otwierają globalną listę obaw (29 proc.).

Terroryzm jako obawa nr 1 w Polsce, czyli kraju, który przecież nie doświadczył zamachów takich jak te w Londynie czy Madrycie, może oznaczać, że Polacy są zapobiegliwi. Niemniej, także w globalnych wynikach terroryzm, wojny i konflikty są wysoko, w pierwszej siódemce, co sugeruje, że bezpieczeństwo jest dla naszych ankietowanych najważniejsze. Warto też odnotować, że podobne obawy częściej miały osoby z wyższym wykształceniem. Absolwenci szkół średnich bardziej obawiają się bezrobocia czy złej opieki zdrowotnej – mówi Anna Łukawska.

Pewnego rodzaju trudna miłość łączy milenialsów z social mediami. Doceniają fakt, że strony internetowe i aplikacje społecznościowe pozwalają ludziom pozostać w kontakcie i uzyskiwać dostęp do informacji, ale też zauważają, że mogą być one narzędziem nadużyć. Z tym wiążą swoje największe obawy dotyczące social mediów – aż 79 proc. milenialsów w Polsce i na świecie obawia się, że padnie ofiarą oszustwa internetowego. Kolejne 78 proc. (76 proc. globalnie) nie ufa sposobom, w jaki organizacje uzyskują informacje na ich temat w kanałach społecznościowych. Przedstawiciele pokolenia Y zauważają tu znacznie więcej wad. 57 proc. polskich milenialsów (64 proc. globalnie) uważa, że ograniczenie czasu spędzanego w mediach społecznościowych pozytywnie wpływa na zdrowie fizyczne, a aż 62 proc. (60 proc. globalnie) jest zdania, że przekłada się na ich poczucie szczęścia.

Milenialsi pozbawieni złudzeń co do sytuacji polityczno-gospodarczej

Wśród milenialsów w Polsce o 17 p. proc spadła rok do roku liczba tych, którzy wierzą, że w ciągu 12 miesięcy poprawi się sytuacja społeczno-polityczna (25 proc.) w kraju, a o 4 p. proc. tych, którzy mają takie przekonania odnośnie sytuacji gospodarczej (26 proc.). Także globalnie widać ogromny spadek tych nastrojów. Tylko 26 proc. respondentów oczekuje poprawy sytuacji gospodarczej w ich krajach w nadchodzącym roku.

Ta liczba do tej pory nie spadła poniżej 40 proc., a w ostatnich dwóch latach wyniosła nawet 45 proc. Podobnie z ocenami sytuacji społeczno-politycznej. W tym roku mniej niż jedna czwarta (22 proc.) przedstawicieli pokolenia Y zadeklarowała, że spodziewa się poprawy w swoich krajach w ciągu 12 miesięcy. Jeszcze rok temu uważało tak 33 proc. badanych.

Tegoroczne badanie pokazuje, że ubiegłoroczny spadek opinii nt. pozytywnego wpływu biznesu na społeczeństwo nie był odchyleniem od normy. Rok do roku liczba takich opinii spadła wśród polskich milenialsów z 58 do 51 proc. Spadek – i to spory – jest też widoczny w globalnych wynikach. Przez 4 lata z rzędu wynik ten kształtował się na poziomie 70 proc., w 2018 roku spadł do 61 proc., a w tym roku liczba respondentów, którzy powiedzieli, że biznes ma pozytywny wpływ na społeczeństwo spadła do zaledwie 55 proc. Według ekspertów Deloitte na globalne wyniki szczególnie wpłynęły odpowiedzi ankietowanych z krajów wschodzących, które spadły z 85 proc. dwa lata temu do 61 proc. obecnie. W tym samym okresie dojrzałe rynki, odnotowały spadek o 16 p. proc. Po części to także efekt coraz powszechniejszej opinii, że firmy koncentrują się na swoich własnych celach, a nie problemach społeczeństwa. Z tą opinią zgadza się 76 proc. badanych na świecie (wzrost rok do roku o 1 p. proc.). Co ciekawe, milenialsi w Polsce mają inne zdanie. Liczba osób, które uważają, że biznes skupia się wyłącznie na sobie spadła z 77 proc. w ubiegłym roku do 54 proc. obecnie.

Przeczytaj także:

Wpływ przemysłu 4.0

Na tle globalnych wyników Polacy okazują się być jednak nie aż takimi pesymistami w postrzeganiu własnych szans w erze przemysłu 4.0. Jedynie 28 proc. ankietowanych z Polski, pracujących w pełnym lub niepełnym wymiarze godzin i 27 proc. niepracujących uważa, że przemysł 4.0 utrudni im znalezienie lub zmianę pracy, podczas gdy globalnie odpowiedziało tak odpowiednio 46 proc. i 45 proc. ankietowanych.

Większe obawy Polacy mają jeśli chodzi o posiadane odpowiednich umiejętności. Podczas gdy globalnie 81 proc. zatrudnionych i 65 proc. bezrobotnych uważa, że ma umiejętności wymagane w środowisku pracy kształtowanym przez przemysł 4.0, w Polsce odpowiedziało tak odpowiednio 79 i 62 proc. badanych.

Z całą pewnością – i to przyznają nasi ankietowani – siły przemysłu 4.0 wpłynęły na rynek pracy. Technologie cyfrowe zmieniły w ciągu ostatnich dziesięciu lat wiele stanowisk pracy. Milenialsi uczyli się korzystać z technologii, które nawet nie istniały, gdy wchodzili na rynek pracy. Można więc powiedzieć, że ustawiczne kształcenie jest nie tyle warunkiem awansu, co przetrwania w miejscu pracy. Jednocześnie zapotrzebowanie na kształcenie rośnie, gdyż każde stanowisko podlega zmianom – mówi Sylwia Dębińska, Lider zarządzania talentami w Deloitte.

Burzenie norm, ale nie nad Wisłą

Radykalne zmiany, jak wzrost nierówności ekonomicznych, rozwój mediów społecznościowych czy technologie przemysłu 4.0, nałożyły na pokolenie Y na świecie i młodsze generacje trudności ekonomiczne, społeczne i być może psychologiczne. Milenialsi bywają nazywani „pokoleniem zaburzonym”, ale ich zachowania i wybory, jak choćby późniejsze zakładanie rodziny czy posiadanie mniejszej liczby dzieci – również zakłócają gospodarkę i społeczeństwo. Więcej niż kiedykolwiek – 49 proc. badanych –  gdyby mogło, zrezygnowałoby z obecnej pracy w ciągu najbliższych dwóch lat. Ta liczba wzrosła rok do roku o 11 p. proc. Nie są to tylko deklaracje – mniej więcej jedna czwarta osób, które tak odpowiedziały zwolniła się z pracy w ciągu ostatniego roku. W Polsce ten trend jest odwrotny, a liczba osób, które zwolniłyby się z pracy w ciągu najbliższych dwóch lat spadła rok do roku z 51 proc. do 41 proc. Na czele listy przyczyn skłaniających do odejścia z firmy w tak krótkim czasie są niezadowolenie z wynagrodzenia oraz brak możliwości awansu i rozwoju zawodowego.

Z 20 proc. do 35 proc. wzrosła natomiast liczba polskich milenialsów, którzy spodziewają się zostać w obecnej firmie przez pięć lub więcej lat. Globalnie ten wynik pozostał na poziomie 28 proc.

– Zauważyliśmy silne korelacje pomiędzy tymi, którzy nie chcą zmieniać pracy, a tymi, którzy twierdzą, że ich firmy osiągają najlepsze wyniki finansowe, wpływ na społeczność, rozwój talentów oraz różnorodność i integrację społeczną. To znajduje odzwierciedlenie w raporcie Deloitte „Global Human Capital Trends”, gdzie prawie połowa liderów biznesu i HR stwierdziła, że kwestie związane z przedsiębiorstwami działającymi według modelu biznesu odpowiedzialnego 4.0 są ważniejsze dla ich organizacji niż trzy lata temu – mówi Sylwia Dębińska. – Przełomowe zmiany stanowią siłę napędową wzrostu i oferują nowe możliwości, lecz stanowią także źródło niepewności dla młodszych pracowników. Każde pokolenie znajduje się pod wpływem okoliczności, w których funkcjonuje i pokolenie Y nie jest tu wyjątkiem – dodaje ekspertka Deloitte.

Źródło: Deloitte

W Polsce w 2018 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wynosiła 1 935 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża wynosi ponad 12,9 tys. euro, a w Londynie – 11,2 tys. euro. Jak wynika z ósmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Where does residential price growth end?”, pomimo że w Polsce buduje się najwięcej spośród krajów Europy Środkowej, mieszkań wciąż brakuje. W ubiegłym roku do użytku oddano ich blisko 185 tys.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w piętnastu krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii. – Analizując sytuację od 2015 roku w 15 z 16 krajów ceny mieszkań rosły. Wyjątkiem były Włochy, gdzie ceny nieruchomości spadają od początku kryzysu finansowego. W ciągu ostatnich trzech lat średni wzrost cen mieszkań w Unii Europejskiej wynosi 5 proc. Jednym z czynników napędzających ten wzrost są rosnące ceny w regionie Europy Środkowej – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Sektora Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowej. – Oczywistym jest, że wzrost cen nieruchomości nie będzie trwał wiecznie. Wiele zależy od polityki Europejskiego Banku Centralnego. Jeśli jednak obecny kurs zostanie utrzymany, ceny nieruchomości w Europie mogą sięgnąć poziomu sprzed kryzysu finansowego – dodaje.

Ceny mieszkań w Warszawie wciąż rosną

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Paryżem (12,9 tys. euro za m2) i Londynem (11,2 tys. euro), podobnie jak rok temu znalazło się Monachium z ceną 7,8 tys. euro za m2. Nie ma też zmian, jeżeli chodzi o miasta z najtańszymi mieszkaniami. Dwa pierwsze miejsca należą do węgierskiego Debreczyna (1,1 euro za m2) i Győr (1,2 euro za m2).

Spośród stolic w naszym regionie najtaniej jest w Zagrzebiu (1 720 euro za m2), Rydze (1 744 euro za m2), Budapeszcie (1 853 euro za m2) i w Warszawie (1 935 euro za m2). Dla porównania w Pradze koszt ten wzrasta już do 3 162 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 607 euro za m2), Wrocławia (1 559 euro za m2) oraz Łodzi (1 237 euro za m2).

Największy wzrost, bo aż o 30,3 proc. odnotowała czeska Ostrava i hiszpańska Barcelona (29,7 proc.). Z kolei na przeciwległym biegunie znalazło się Birmingham, gdzie ceny w ciągu roku spadły średnio o 13,4 proc.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Na wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Paryża należy przeznaczyć 27,8 euro miesięcznie. Dwa kolejne miejsca zajmują Oslo i Trondheim (odpowiednio 25,3 i 21,3 euro za metr), ale w przypadku Norwegii brano pod uwagę jedynie wynajem domów. Warszawa z 14,6 euro za metr kwadratowy znalazła się na 13. miejscu spośród analizowanych miast. We Wrocławiu i Krakowie jest to 10,8 euro, a Łodzi 8,4 euro. Najmniejsze obciążenie dla kieszeni stanowi wynajęcie mieszkania w Debreczynie (6,4 euro).

Szybujące ceny mieszkań w Europie Środkowej

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 370 euro, czyli o 3,8 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech i w Portugalii. Najdrożej jest za to we Francji, Niemczech i Wielkiej Brytanii. Najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Czechach (16,8 proc.) i na Węgrzech (13,7 proc.).
Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o 14,7 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta. – W 2018 roku w Polsce sprzedano nieco mniej mieszkań niż w 2017 roku, ale liczba 64,8 tys. jest porównywalna do tej z 2016 roku. Ceny nadal rosną, w tym przede wszystkim w dużych miastach. Biorąc pod uwagę rynek pierwotny, to największe wzrosty zanotowano w Gdańsku o 12,8 proc. oraz w Warszawie o 8 proc. Dobra koniunktura na rynku mieszkaniowym podtrzymywana jest przez niskie stopy procentowe. Sytuacji nie sprzyjają jednak wzrastające koszty działalności firm budowlanych oraz zmniejszająca się liczba gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach – mówi Dominik Stojek, Partner Associate w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Przeczytaj także:

Polska w budowie

W roku 2018 największymi zasobami mieszkaniowymi może pochwalić się Portugalia (579,8). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, w której wskaźnik ten wynosi 380,7 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Polacy dysponują liczbą 14,6 mln mieszkań.

Zapotrzebowanie na własne lokum jest u nas nadal bardzo duże, ale ograniczony dostęp do kredytowania związany choćby z zakończeniem rządowego programu Mieszkanie dla Młodych, znajduje swoje odbicie w ogólnym spadku poziomu transakcji kupna o 11 proc. w ciągu roku. Największy, bo aż 16 procentowy, odnotowało Trójmiasto – komentuje Marta Jurek, Menedżer w dziale Doradztwa Nieruchomościowego Deloitte.

Średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wynosiła w 2018 roku 3,2 dla analizowanych w raporcie krajów. Miejscem, gdzie w 2018 oddano do użytku najwięcej jest podobnie jak w poprzedniej edycji raportu Francja (6,86 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano w Portugalii (1,2 mieszkań na tysiąc mieszkańców). W Polsce wynik ten wynosi 4,81, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 184,8 tys. nowych mieszkań. Jest to rekord dla regionu Europy Środkowej.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,8 (rok wcześniej 5,4). Daje nam to trzecie miejsce. W tej kategorii przoduje Francja (6,3 budowanych mieszkań na tysiąc mieszkańców), a najniższy wskaźnik zanotowała Łotwa (1,1).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Portugalczycy i Belgowie, których już po odpowiednio 3,8 i 4 latach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Czesi muszą swoją pensję brutto odkładać w całości przez ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do dochodu rozporządzalnego. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (20 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc., z tymże w przypadku Polski jest to poziom 33,8 proc.

Najwyższe zadłużenie – blisko 200 proc. – zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

Mieszkańcy, których krajów mogą liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2018 roku byli to Portugalczycy, których kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polaków było to średnio 3,8 proc. Z najwyższym, bo w wysokości 4,5 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

Źródło: Deloitte

Zmieniająca się rzeczywistość rynkowa, kształtowana przez cyberataki, niepewność geopolityczna i napięte stosunki handlowe, wymagają od szefów prywatnych firm ostrożności, przemyślanych decyzji i długoterminowego myślenia. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Globalne perspektywy firm prywatnych” wynika, że mimo tych trudności, liderzy takich przedsiębiorstw są pewni swojej pozycji na rynku, a 50 proc. z nich przewiduje nawet, że w ciągu najbliższego roku przychody ich organizacji zwiększą się o jedną czwartą. Choć respondenci są świadomi potencjalnych zagrożeń, nie tracą pewności siebie. W kontekście zmian rynkowych słowo, które najlepiej opisuje prywatne firmy to „elastyczność”.

To drugie globalne badanie firm prywatnych przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte. Wzięło w nim udział ponad 2 500 prezesów i członków zarządów firm, których roczny przychód mieści się w przedziale od 10 mln do miliarda dolarów.

Bez obaw o przyszłość

Jak wynika z globalnej ankiety Deloitte, gospodarcze spowolnienie w poszczególnych regionach, znaczące osłabienie rynków finansowych i niepewna polityka handlowa nie osłabiły pewności szefów prywatnych firm. Uważają oni, że nawet w tak trudnej rzeczywistości są zdolni zarządzać firmami i zapewniać im dalszy rozwój. 49 proc. liderów planuje w ciągu najbliższych 12 miesięcy zwiększenie liczby pracowników pełnoetatowych, a aż 65 proc. respondentów spodziewa się wzrostu przychodów, z czego ponad jedna czwarta uważa, że wzrosną one co najmniej o połowę w porównaniu z 2017 rokiem, natomiast połowa spodziewa się przychodów firmy większych o co najmniej 26 proc.

To nie tak, że respondenci nie mają żadnych obaw i nie zauważają ryzyk. Są ich świadomi, ale mimo  tego, że widzą ryzyka i mają obawy, optymizm poprawił się rok do roku. Tylko 38 proc. uważa, że poziom niepewności w ich ojczystym kraju jest wyższy niż rok wcześniej. W 2017 roku takiego zdania była ponad połowa naszych respondentów. Niektórzy wyrażają nawet przekonanie, że będzie to najlepszy lub prawie najlepszy rok w historii ich firmy. Za tą pewnością stoi fakt, że firmy prywatne, z uwagi na strukturę właścicielską, mają łatwiejszy i szybszy proces decyzyjny – mówi Seweryn Dąbrowski, Partner w dziale doradztwa podatkowego Deloitte.  

Niespełna jedna czwarta zapytanych przez Deloitte (24 proc.) obawia się barier handlowych, tyle samo potencjalnych cyberataków, a 23 proc. szefów prywatnych firm przyznaje, że problemem mogą być dla nich rosnące koszty surowców i produkcji.

Inwestycje w bezpieczeństwo

Pytani przez Deloitte liderzy przyznają, że mają się na baczności przed cyberprzestępcami, tym bardziej, że ci wciąż zmieniają i rozwijają swoje metody. Dlatego też to cyberbezpieczeństwo jest na szczycie listy inwestycji planowanych przez prywatne przedsiębiorstwa. Największe zaniepokojenie wzrostem liczby ataków wykazują respondenci z regionu Azji i Pacyfiku.

Wiele z firm prywatnych w czasie dynamicznego rozwoju, często pomijało inwestycje w cyberbezpieczeństwo. W ocenie właścicieli profil ryzyka organizacji wynikający z prowadzonej działalności biznesowej nie wymagał budowania struktur cyberbezpieczeństwa lub firmy te nie działały w wymagającym takich inwestycji reżimie prawnym lub regulacyjnym. Obecnie właściciele firm prywatnych coraz bardziej rozumieją, że skutki cyberataków mogą mieć realny wpływ na funkcjonowanie procesów biznesowych w ich organizacjach i nie trzeba do tego przetwarzać wrażliwych danych – mówi Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider ds. cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Ekspert dodaje, że skutki zakłócenia produkcji, dystrybucji towarów, niedostępności systemów ERP i CRM mogą mieć nie tylko negatywny wpływ na klientów, ale również na wizerunek firmy czy jej przychody. Właściciele firm zaczynają podchodzić do tego tematu strategicznie, łącząc cyberbezpieczeństwo długoterminowo z celami biznesowymi . Do większego zainteresowania cyberbezpieczeństwem przyczyniają się również cyfrowe transformacje biznesowe, w tym korzystanie z tzw. chmury, ekspansja poza rynki krajowe i wymogi partnerów zagranicznych wprowadzanie nowych produktów oraz przejęcia. Inwestycje w cyberbezpieczeństwo w ciągu najbliższego roku planuje 34 proc. szefów prywatnych firm z obu Ameryk i 30 proc. z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Przeczytaj także:

Konkurencyjność przede wszystkim

Zapytani przez Deloitte respondenci jako dwa główne źródła przewagi konkurencyjnej wskazywali opracowywanie nowych produktów i usług (14 proc.) oraz zwiększenie wydajności (13 proc.). W ujęciu regionalnym prywatni przedsiębiorcy z obszaru Azji i Pacyfiku niemal dwa razy częściej wskazywali nowe produkty i usługi niż reprezentujący obie Ameryki, którzy stawiają przede wszystkim na wzrost wydajności. Z kolei uczestnicy badania z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki wyżej niż pozostali ocenili możliwość wejścia na nowe rynki zagraniczne. Respondenci, którzy najlepszy sposób zachowania przewagi konkurencyjnej lub zdobycia nowych pozycji na rynku widzą w najnowszych technologiach, jako obszar, który będzie najważniejszy w nadchodzącym roku wskazywali przede wszystkim opracowywanie nowych produktów (43 proc.) . Ten cel przewyższał popularność kwestii operacyjnych (38 proc.), marketingu i sprzedaży (36 proc.).

– Konkurencja to jedno z większych zmartwień szefów prywatnych firm. Połowa naszych respondentów uważa działania rywali za ryzyko co najmniej średnie, a niemal jedna piąta – za wysokie. Także w tym przypadku szczególnie wyczuleni są szefowie prywatnych firm z regionu Azji i Pacyfiku, ale we wszystkich badanych przez nas regionach liderzy zapewniali, że nie są bierni i przygotowują firmę na działania konkurencji. Najwięcej, bo 40 proc. naszych ankietowanych zabezpiecza się zmieniając model biznesowy – mówi Seweryn Dąbrowski. Ekspert dodaje, że aż ponad jedna piąta szefów firm odpowiedziała, że ich organizacja nie skupia się przesadnie na tego typu rozwiązaniach lub nie podejmuje żadnych działań, by je wykorzystać.

Wśród ambitnych planów na nadchodzący rok firmy wymieniają też fuzje i przejęcia. Odpowiedziało tak aż 40 proc. ankietowanych.

Stałe wartości

To, co wyróżnia firmy prywatne na globalnym rynku to dbałość o kulturę organizacyjną, która jest jednym z podstawowych aspektów zarządzania tego rodzaju firmą i która nie powinna zmieniać się w zależności od warunków rynkowych. W ankiecie Deloitte aż 77 proc. szefów prywatnych firm określiło kulturę organizacyjną jako istotny element strategii.

Tylko 14 proc. z nich odpowiedziało, że przewiduje w najbliższych miesiącach redukcję etatów. Ponad jedna trzecia (36 proc.) nie przewiduje zmian w zatrudnieniu, a aż 49 proc. planuje zatrudnienie dodatkowych pracowników pełnoetatowych.

To typowe dla prywatnych przedsiębiorstw. Inwestują w pracowników, zarówno w okresach prosperity, jak i w cięższych czasach. Weźmy na przykład Stany Zjednoczone, gdzie ponad 80 proc. średniej wielkości firm, głównie prywatnych, w wyjątkowo chudych latach 2007-2010 stworzyło ponad 2 mln nowych miejsc pracy. To jednak nie koniec. Rynek pracy w większości rozwiniętych krajów świata nadal jest trudny, dlatego firmy prywatne inwestują więc w szkolenia i rozwój, zapewniając pracownikom dostęp do niezbędnych kwalifikacji – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych w Deloitte.

W badaniu firmy doradczej Deloitte liderzy prywatnych firm twierdzili, że w nadchodzącym roku będą inwestować w pracowników na różne sposoby. Najczęstszą odpowiedzią (43 proc.) były szkolenia, ale także wspomniane już zatrudnienie w pełnym wymiarze czasu pracy oraz kształcenie kadry kierowniczej i rekrutacja. Ankietowani planują też opracowanie nowych strategii pozyskania talentów (41 proc), również po to, by zbudować i utrzymać wśród pracowników poczucie przynależności.

Charakterystyczna dla firm prywatnych odpowiedzialność społeczna nabiera jeszcze większej wagi. Ta koncepcja znalazła oddźwięk w większości firm we wszystkich trzech regionach. Według 18 proc. liderów prywatnych firm to na niej opiera się strategia firmy, a dla aż 47 proc. jest ona wysoko na liście priorytetów. 29 proc. przyznało natomiast, że co prawda posiadają programy społeczne, ale nie są one ani dobrze rozwinięte ani odpowiednio wspierane.

Źródło: Deloitte

Grupa Pracuj.pl nagrodziła Deloitte główną nagrodą w konkursie HR Dream Team. W tym roku wpłynęło aż 101 zgłoszeń z 66 organizacji, a kategoria „Kultura organizacyjna i zaangażowanie pracowników”, w której zwyciężyła firma doradcza, cieszyła się największą popularnością. Program Deloitte Employee Well-being został także wyróżniony w konkursie Employer Branding Excellence Awards 2019 w kategorii „Wewnętrzna kampania wizerunkowa 2019”. Od ośmiu lat konkurs organizuje HRM Institute.

Jurorzy konkursu HR Dream Team, po raz piąty zorganizowanego przez Pracuj.pl, wybierali najbardziej efektywne zespoły HR, które dzięki nieszablonowemu podejściu do zasobów ludzkich, wnoszą dodatkową wartość do firm, a ich zaangażowanie pozytywnie wpływa na pracowników.

Działy HR dbają o zatrudnianie, motywowanie, utrzymywanie talentów i rozwijanie pracowników, współpracując z kadrą menedżerską, dbając o samopoczucie pracowników i to, by czyli się ważni i docenieni, zapominając czasem o uznaniu dla… własnej pracy. Kapituła tegorocznej edycji nie miała łatwego zadania, bowiem poziom zgłaszanych projektów jest z roku na rok coraz wyższy. Kluczowe jednak były takie kryteria, jak mierzalność, innowacyjne i kreatywne podejście do projektu, efektywność działań, a także wykorzystane narzędzia. Miano HR Dream Team to ważne wyróżnienie – nie tylko potwierdza uznanie branży, ale też wskazuje, że w tym zespole marzeń cząstka HUMAN jest najważniejsza – mówi Iga Pazio, Menedżer Zespołu Produktu i Komunikacji Marketingowej, odpowiedzialnego w Grupie Pracuj m.in. za konkurs HR Dream Team.

Ponad połowa wszystkich zgłoszeń do konkursu dotyczyła obszaru, w którym Deloitte został nagrodzony. Żadna inna kategoria nie cieszyła się taką popularnością jak „Kultura organizacyjna i zaangażowanie pracowników”. – Jesteśmy bardzo dumni z tej nagrody. Dobrze mieć świadomość, że praca w Deloitte daje satysfakcję naszym pracownikom, odpowiadając nie tylko na ich zawodowe potrzeby. W świecie, który tak pędzi powinno się pamiętać o człowieku, jego wartościach, zainteresowaniach oraz samopoczuciu – mówi Sylwia Dębińska, Lider Zarządzania Talentami w Deloitte. Wręczając nagrodę dla Deloitte, jury podkreśliło, że doceniło „dojrzałość organizacyjną, która wspiera produktywność w miejscu pracy, radzenie sobie ze stresem, zapobieganie wypaleniu zawodowemu i wywieranie pozytywnego wpływu na środowisko i najbliższe otoczenie”. Z ponad stu zgłoszeń jurorzy wybrali 6 laureatów w 3 kategoriach.

To nie jedyne wyróżnienie

Deloitte może również pochwalić się wyróżnieniem w konkursie Employer Branding Excellence Awards 2019 w kategorii „Wewnętrzna kampania wizerunkowa 2019”. Uwagę jurorów zwrócił projekt „Good Company Matters”, także realizowany w ramach komunikacji Employee Well-being. Co roku, od ośmiu lat, jurorzy nagradzają firmy, które skutecznie budują swoją markę jako pracodawcy, potrafiąc pozyskiwać i przede wszystkim zatrzymać pracowników, będących inspiracją dla innych. – Także w HR potrzebna jest kreatywność. W czasach, gdy to częściej praca szuka człowieka niż człowiek pracy, by przyciągnąć najlepszych kandydatów firma musi być dla nich atrakcyjna pod wieloma względami. Dlatego dla dobrego HR-owca ważne jest poszukiwanie trendów i odwaga, bo aby zainteresować pracownika, czasem trzeba go zaskoczyć – mówi Anna Łukawska, Employer Branding Manager w Deloitte.

Cel, ciało i umysł

Deloitte dba o to, by holistycznie odpowiadać na potrzeby pracowników. W ramach wewnętrznej kampanii wizerunkowej firma z sukcesem proponowała pracownikom działania w trzech obszarach: poczucie celu, pełne energii ciało i zaangażowany umysł. Podział ten pomaga holistycznie odpowiadać na różnorodne potrzeby pracowników. Pierwsza grupa działań wychodzi naprzeciw potrzebom społecznego zaangażowania i dobroczynności. W ramach prowadzonych inicjatyw 110 osób wzięło udział w szkoleniach z udzielania pierwszej pomocy FirstAid@Deloitte. Dużą popularnością cieszył się także charytatywny bieg „Every Step Matters”. Udział w nim wzięło 290 biegaczy, którzy razem przebiegli 8257 km w 32 różnych zawodach biegowych, a każdy przebiegnięty kilometr oznaczał powiększanie puli dofinansowania dla organizacji charytatywnej.

Employee Well-being w Deloitte to także szereg działań sportowych i prozdrowotnych. W piknikach sportowych organizowanych przez Deloitte wzięło udział 380 osób. Dla dodatkowego zmotywowania do aktywności fizycznej pracowników wprowadzono także wewnętrzną platformę grywalizacyjną, która zachęca pracowników do działań sportowych. Ponadto pracownicy rozwijają swoje możliwości sportowe w różnych drużynach m.in. siatkarskiej, strzelectwa sportowego i sekcji kolarskiej. Z kolei z działań prowadzonych w ramach Dnia Zdrowia skorzystało około 600 osób.

Ostatni obszar, czyli zaangażowany umysł to oferta spotkań tematycznych i grup zainteresowań. W czasie kampanii wizerunkowej odbyło się 12 spotkań People@Deloitte, w których wzięło udział w sumie 768 osób. Sami pracownicy zgłosili chęć zorganizowania spotkań planszówkowych BoardGames@Deloitte. W zorganizowanych dotąd 8 spotkaniach zagrało 143 fanów gier. – Zadowolony, doceniony pracownik to nie tylko sukces zespołu HR, to priorytet dla nowoczesnych firm – mówi Sylwia Dębińska.

Źródło: Deloitte

Owocowe piątki, Xbox, kolejna sportowa karta, wyjścia integracyjne – to jedne z najczęściej wybieranych przez pracodawców rozwiązań PR-u wewnętrznego. Czy jednak rzeczywiście działają motywująco na zespół? W jaki sposób skutecznie zadbać o poziom zadowolenia pracowników? I wreszcie – czy jest to możliwe poprzez wykorzystanie sztucznej inteligencji?

Wyniki tegorocznego raportu[1] Deloitte  o trendach w HR nie pozostawiają złudzeń – rynek pracownika to nie tylko zgrabne hasło. Pracodawcy, którzy chcą mieć zmotywowany, zgrany i zadowolony zespół, muszą na niego zapracować. Oczywiście nie sposób ocenić efektywności działań bez feedbacku, który będzie odzwierciedlał rzeczywiste (a nie deklarowane) nastroje pracowników.

Zobacz też:

Ankiety czy rozmowy nie są idealnymi rozwiązaniami. Do pierwszej pracownicy podchodzą niechętnie, w drugiej nie mogą sobie pozwolić na szczerość. W konsekwencji informacje zwrotne nie przynoszą oczekiwanych efektów. Zrodziła się więc potrzeba narzędzia, które dostarczy obiektywny feedback, w momencie kiedy pracownik wykaże się ponadprzeciętnym zaangażowaniem i pozytywnym nastawieniem – a takim właśnie narzędziem jest Flairs.ai – mówi o swoim projekcie Zbigniew Czarnecki, CEO Apptension, kreatywnego software house’u, który stworzył Flairs.ai.

Poprzez połączenie z systemami typu Slack czy Jira, Flairs.ai analizuje częstotliwość oraz ton wypowiedzi na dany temat oraz wskazuje najbardziej zaangażowanych i pozytywnych pracowników. „Nagradza” ich specjalnie przygotowanymi graficznymi wyróżnieniami, równocześnie generuje raporty i dostarcza je kierownictwu oraz działowi HR. Dzięki temu najlepsi pracownicy zostają szybciej zauważeni i wynagrodzeni za ponadprzeciętną pracę. W efekcie poziom satysfakcji w zespole rośnie, co przekłada się na lojalizację. – Nasz projekt oparliśmy na pozytywnych emocjach, ponieważ to właśnie one sprzyjają poprawie jakości pracy i motywacji pracowników – dodaje Czarnecki.

Zobacz też:

Rozwiązanie to dedykowane jest dużym firmom, ze szczególnym naciskiem na te, które obecnie usprawniają lub informatyzują zarządzanie wiedzą i procesami HR. To właśnie w przedsiębiorstwach liczących ponad 100 osób trudno jest rozpoznać kompetencje pracowników w trakcie codziennej współpracy. Według badań[2], w ciągu kolejnych kilku lat, ograniczona zostanie tradycyjna komunikacja wewnątrz firm, jak np. bezpośrednie spotkania, czy rozmowy telefoniczne. Wzrośnie natomiast znaczenie platform do współpracy on-line, np. Slack oraz mediów społecznościowych. Wraz z nimi niezbędne będzie uzupełnienie ich podstawowych funkcjonalności o aplikacje i narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję. Takim właśnie narzędziem jest Flairs.ai.

Technologia Flairs.ai to nowa marka w portfelu anioła biznesu, Dawida Ubrana. Przedsiębiorca dał się już poznać nie tylko jako inwestor, ale również doradca w kwestiach biznesowych. Do Flairs.ai dołożył wiedzę wyniesioną z handlu na temat tworzenia sieci sprzedaży. Na jej bazie twórca narzędzia, Apptension, buduje dla swojego produktu Sieć Partnerską HR, w którą zaangażowani są najlepsi specjaliści na rynku.

Dawid Urban dał nam spory kredyt zaufania i jednocześnie szybki feedback w sprawie inwestycji w projekt. Na pewno pomogło w tym wypracowane zaufanie z dwóch poprzednich inwestycji Dawida, które realizowaliśmy jako partner technologiczny: Adquesto i LESS_. W Apptension od razu powołaliśmy zespół, który pracuje nad strategią produktu i zakresem tzw. MDP (Minimum Delightful Product). Mamy za sobą pierwsze testy prototypów, a pełna gotowość wdrożeniowa jest planowana na 3 kwartał 2019. Już teraz jesteśmy otwarci na rozmowy i współpracę z przedsiębiorstwami – dodaje Zbigniew Czarnecki.

Za Flairs.ai stoi Apptension – kreatywny software house, współpracujący z inwestorami, startupami i agencjami przy tworzeniu innowacji cyfrowych. Na swoim koncie ma kooperację z takimi markami jak Netflix, Bloomberg, Universal, Uber, UNICEF, Google i takie nagrody jak Cannes Lions, Awwwards, FWA. Filarem Apptension jest kompetentny zespół, który opiera swoje działania na transparentności, dobrych relacjach między współpracownikami oraz częstym feedbacku, co zrodziło ideę powstania Flairs.ai


[1] Raport „Trendy HR 2019. Zmiana w zarządzaniu – człowiek w centrum uwagi. Analiza polskich wyników badania Global Human Capital Trends 2019”, Deloitte Development LLC, 2019

[2] Tamże

Mimo osłabienia budzących obawy czynników ekonomicznych oraz gospodarczych, przedsiębiorcy zachowują czujność i z mniejszym zaufaniem podchodzą do globalnej sytuacji gospodarczej. W Polsce CFO częściej spodziewają się spadku przychodów niż ich wzrostu, a – jak wynika z najnowszego badania firmy doradczej Deloitte „European CFO Survey Eyes on demand” – skłonność firm do inwestowania i powiększania zespołów pracowników jest najniższa w całej historii badania.

Deloitte zapytał o opinię 1 473 dyrektorów finansowych z 20 krajów Europy, w tym z Austrii, Belgii, Danii, Finlandii, Niemiec, Grecji, Islandii, Irlandii, Włoch, Luksemburga, Holandii, Norwegii, Portugalii, Rosji, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Turcji, Wielkiej Brytanii i Polski.

Z badania wynika, że 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce patrzy na prognozy finansowe spółki z optymizmem większym niż jeszcze w poprzedniej edycji badania. Tyle samo respondentów deklaruje jednak, że poziom optymizmu się obniżył. Globalnie to odpowiednio 24 proc. i 26 proc. Optymizm netto, rozumiany jako odsetek osób wskazujących, że perspektywy finansowe ich firm są optymistyczne pomniejszony o odsetek wskazujących na pogorszenie sytuacji, wyniósł więc -2 proc. W tej edycji badania widać, że nastroje pogorszyły się znacznie bardziej w strefie euro niż poza nią. Także tu szczególnie zwiększyła się liczba dyrektorów finansowych, którzy uważają za prawdopodobny i niebezpieczny kolejny kryzys w strefie euro.

Zobacz też:

Niepewność wciąż wysoka

Zdecydowana większość dyrektorów finansowych, bo aż 63 proc., nadal uważa obecny poziom niepewności finansowej i gospodarczej za wysoki lub bardzo wysoki. To niewielki wzrost w porównaniu z sytuacją sprzed pół roku. W Polsce wysoką niepewność deklaruje 35 proc. zapytanych CFO, u 10 proc. ta niepewność jest na niskim poziomie. – Należy zwrócić uwagę na ciekawy trend. Odwróciły się proporcje, które utrzymywały się od końca 2017 r. między postrzeganiem CFO w strefie euro i poza nią. Największy wpływ na tę zmianę mają dyrektorzy finansowi z Turcji i znaczący spadek postrzeganej niepewności wśród nich. Odsetek CFO z tego kraju, którzy uważają, że niepewność jest wysoka, jest o połowę mniejszy niż w poprzednim badaniu. Inflacja co prawda nadal pozostaje wysoka, a kurs liry tureckiej niepewny, ale tamtejsi dyrektorzy finansowi najwidoczniej uważają, że najgorsze już za nimi – mówi Piotr Świętochowski, Partner w Dziale Audit & Assurance, Deloitte. Dyrektorzy finansowi zdecydowanie ostrożniej podchodzą do kwestii ryzyka. Jedynie 20 proc. CFO w Europie uważa, że to dobry moment na podejmowanie ryzyka. W Polsce taką opinię ma 35 proc. badanych, podczas gdy aż 65 proc. jest przeciwnego zdania.

Polscy CFO nie liczą na większy zysk

60 proc. dyrektorów finansowych spodziewa się, że w ciągu najbliższego roku przychody spółki wzrosną. W podziale na poszczególne kraje Polska wypada tu najsłabiej. Nadzieję na wzrost przychodów ma jedynie 25 proc. CFO znad Wisły. Najwięcej – w Irlandii, aż 84 proc. Globalnie spadku przychodów spodziewa się 21 proc. ankietowanych dyrektorów. W Polsce aż 35 proc. Prześciga nas tylko Wielka Brytania, gdzie spadków spodziewa się połowa badanych CFO.

Perspektywy CFO na najbliższe 12 miesięcy w zakresie ewolucji przychodów i marż operacyjnych w ich spółkach są gorsze niż sześć miesięcy temu. Saldo netto w przypadku obu wskaźników jest na historycznie niskim poziomie. Przy spodziewanej stagnacji lub spadku przychodów, wzroście cen ropy naftowej oraz niemożności łatwego obniżenia kosztów pracy przez przedsiębiorstwa w Europie, nie jest zaskoczeniem, że perspektywy zysku wyglądają ponuro – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

Wzrost kosztów i brak wykwalifikowanej kadry

Ponad połowa (55 proc.) ankietowanych w Polsce wskazała na rosnące koszty i niedobór doświadczonych pracowników, jako na największe ryzyka przed jakimi stoi Polska. Globalnie jedynie 9 proc. zapytanych przez Deloitte dyrektorów finansowych optymistycznie ocenia przyszłe inwestycje kapitałowe. W porównaniu z sytuacją sprzed sześciu miesięcy, perspektywy dotyczące zarówno wydatków kapitałowych, jak i zatrudnienia uległy pogorszeniu. Odsetek dyrektorów finansowych spodziewających się spadku wydatków inwestycyjnych wzrósł z 12 proc. jesienią 2018 r. do 19 proc. W przypadku planów zatrudnienia wzrost ten wynosi 23 proc (z 15 proc). Poza Wielką Brytanią, również w Islandii i w Polsce znacznie spadły wydatki inwestycyjne i plany zatrudnienia. Obecnie 35 proc. dyrektorów finansowych w Polsce spodziewa się, że w ciągu najbliższych 12 miesięcy nakłady inwestycyjne wzrosną (w poprzedniej edycji badania podobnie przewidywało 42 proc respondentów), zaś 30 proc. oczekuje, że spadną (poprzednio 20 proc). Jedna czwarta dyrektorów finansowych uważa, że w ciągu najbliższego roku liczba pracowników firmy wzrośnie, co w porównaniu z ubiegłym badaniem stanowi spadek o 7 p.p. Natomiast 20 proc. oczekuje, że zmaleje ona (poprzednio 11 proc.).

Wśród ryzyk polscy CFO bardzo często wskazują też na spadek popytu krajowego lub recesję (40 proc.) oraz wzmożone kontrole (40 proc.) i zwiększające się obowiązki sprawozdawcze w zakresie podatków (35 proc.).

Zobacz też:

Strategia ekspansji przede wszystkim

Dyrektorzy finansowi są nadal nastawieni na strategie zorientowane na wzrost. W większości krajów wśród trzech najważniejszych priorytetów umieszczali właśnie ekspansję. – Nie da się jednak nie zauważyć, że od ostatniego badania dwukrotnie wzrosła liczba krajów, gdzie redukcja kosztów była najważniejszą strategią na najbliższy rok – mówi Piotr Świętochowski.

Polscy CFO częściej niż ci z innych krajów Europy stawiają na strategię ekspansji, głównie w obszarze fuzji i przejęć, wzrostu inwestycji kapitałowych czy inwestycje B+R oraz digitalizację. Znaczenie digitalizacji jako najwyższego priorytetu strategicznego w ostatnich czterech edycjach badania stale wzrasta. – Wydaje się więc, że pomimo rosnącej niepewności w skali makro przedsiębiorstwa europejskie nadal koncentrują się na transformacji cyfrowej, by w ten sposób dostosować się do szybko zmieniających się warunków rynkowych i podnosić efektywność swojej działalności – dodaje Julia Patorska.

Raport do pobrania znajduje się tutaj.

Prawie połowa konsumentów deklaruje, że urządzenia elektroniczne ułatwiają im zakupy w sklepach stacjonarnych. Uważają tak głównie klienci w wieku 18-45 lat, a jak przewidują autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” ich liczba będzie wzrastać w kolejnych latach.

Eksperci Deloitte prześledzili ścieżkę zakupową Polaków i wskaźnik wpływu cyfrowego, czyli to w jaki sposób i jak często na jej poszczególnych etapach wykorzystujemy narzędzia cyfrowe. Handel 4.0, dzięki temu, że umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz tworzyć atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb.

Klienci cenią w urządzeniach mobilnych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównania ich cen jeszcze przed wizytą w sklepie. Najczęstszym (48 proc.) źródłem wiedzy są dla nich strony internetowe poszczególnych sklepów. – Widzimy, że istotną rolę w dostarczaniu informacji o produkcie odgrywają narzędzia cyfrowe. Inspiracji, opinii i rad coraz częściej szukamy także w mediach społecznościowych. W przeprowadzonym przez nas badaniu 51 proc. osób powiedziało, że nie korzysta z pomocy asystentów w sklepie. Oznacza to, że klient jest bardziej świadomy i często sam najlepiej wie jaki produkt odpowiada jego potrzebom – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich w Deloitte. Średni wskaźnik wpływu cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów. Dla najstarszych klientów, czyli tych powyżej 55 roku życia jest on ponad dwukrotnie niższy niż dla najmłodszej grupy.

Nowy klient w sklepie

Z badania Deloitte, które było tematem jednego z paneli podczas ostatniego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, wynika, że poza porównaniem produktów i cen (26 proc.) oraz szukaniem wiedzy o konkretnym produkcie (25 proc.), konsument 4.0 poszukuje także informacji o jego dostępności w danym sklepie stacjonarnym lub internetowym (16 proc.). Kolejne 6 proc. ogląda filmy instruktażowe dotyczące produktu i sposobów jego użytkowania. To oznacza, że klient, który pojawia się w sklepie przeważnie jest zdecydowany na konkretny zakup i ma rozległą wiedzę na temat interesującego go produktu. Handel 4.0 staje się więc szansą dla branży i koniecznym kierunkiem zmian.  – Dzisiejszy konsument wyraźnie różni się od tego sprzed 10 lat temu. Teraz klient ma coraz mniejszą potrzebę, by pytać. Widać to szczególnie w branży obuwniczej czy odzieżowej, ale ten trend wkracza już także do branży spożywczej. Spodziewam się, że 4.0 pomoże wypracować sprzedaż niszowych produktów. Ludzie chcą takie produkty kupować, ale nie wiedzą, jak je odróżnić czy znaleźć – mówi Jacek Sadowski, Prezes Demo Effective Launching.

Handel 4.0 nie tylko dla dużych

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, klienci wykorzystują różne źródła w zależności od kategorii produktów, o których szukają informacji. Przykładowo, dla kategorii takich jak żywność, odzież, zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt najczęściej przeglądamy stronę internetową bądź aplikację w smartfonie. Z kolei dla elektroniki, rozrywki oraz motoryzacji częściej wykorzystujemy komputer stacjonarny bądź laptopa. Przed zakupami zdecydowanie najwięcej klientów wykorzystuje technologie cyfrowe w odniesieniu do odzieży i motoryzacji (po 79 proc.). W trakcie zakupów nacisk przesuwa się na zdrowie (40 proc.), natomiast już po zakupach zdecydowanie największy odsetek klientów wykorzystuje technologie w odniesieniu do zakupów dla dzieci i niemowląt (21 proc). – Technologia może służyć nie tylko dużym sieciom, ale także małym sklepom, które rywalizują z dyskontami wielkością oferty asortymentowej. Najgorsze co może im się przytrafić to nietrafiony towar, to ryzyko, którego obawiają się najbardziej, ponieważ towar, który nie rotuje to zamrożony kapitał. Technologia i big data pozwalają to ryzyko ograniczać i optymalizować zamówienia w oparciu o dane analityczne dostępne dla każdego właściciela sklepu, między innym przez aplikacje, które dostarcza franczyzodawca – mówi Maciej Ptaszyński, Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu. Aż średnio 49 proc. klientów zapytanych przez Deloitte deklaruje, że wsparcie urządzeń elektronicznych ułatwiło im dokonanie zakupu.

Przeczytaj także:

Godny odnotowania jest także fakt, że klientów, którzy dokonują zakupów jest znacznie więcej wśród tych, którzy korzystają z urządzeń elektronicznych przed zakupami i w trakcie (7 proc.). Niemal o połowę mniej (4 proc.) klientów dokonuje zakupu, jeśli korzysta z urządzeń elektronicznych jedynie przed lub jedynie w trakcie zakupów. Handel 4.0 umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, dzięki czemu pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb. Tym samym zwiększa lojalność klienta, co niesie korzyści dla wszystkich zainteresowanych stron. –Pojawiła się nowa waluta, która staje się bardzo ważna dla klienta. Jest to czas. Jeśli potraktujemy czas jako priorytet, to zmianie ulegną zasady na jakich działamy i budujemy przewagi konkurencyjne – mówi Adam Manikowski, Wiceprezes Zarządu ds. operacyjnych Żabka Polska.

Social media zamiast opinii sąsiadki

Na zdefiniowany przez ekspertów Deloitte wskaźnik wpływu cyfrowego pozytywnie wpływa korzystanie z mediów społecznościowych. W przypadku klientów obecnych w social mediach jest on co najmniej o 10 proc. wyższy. To konsumenci bardziej świadomi podejmowanych decyzji oraz skuteczniejsi w porównywaniu produktów i cen. – Nowości i promocje, które wprowadzamy stają się tematem do rozmowy w mediach społecznościowych. Tworzą się grupy, które komunikują się ze sobą i informują, co pojawiło się nowego i jak to działa. Rewolucja 4.0 to proces, który cały czas trwa. Jest jednak druga strona medalu. Istnieje grupa klientów, którzy nie korzystają z nowych technologii. Wyzwaniem jest więc to, w jaki sposób połączyć te dwa światy – mówi Artur Pluta, Senior Digital Marketing Manager, Jeronimo Martins. Niemniej faktem jest, że handel 4.0 wyrównał szanse pomiędzy e-commerce a handlem stacjonarnym, a klienci, którzy nie korzystają z urządzeń elektronicznych poszukując informacji o produkcie stanowią 2 proc. ogółu.

Eksperci Deloitte zwracają też uwagę na różnice widoczne przy podejmowaniu decyzji zakupowych między kobietami i mężczyznami. Podczas, gdy kobiety bardziej impulsywne decyzje podejmują w odniesieniu do produktów z kategorii odzież i meble, mężczyźni spontanicznie kupują produkty związane z żywnością i rozrywką.

Handel 4.0 jest po to, aby być bliżej klienta, a taki klient potrafi się odwdzięczyć. Konsumenci korzystający z technologii cyfrowych są bardziej lojalni i częściej odwiedzają sklepy fizyczne. Z analizy Deloitte wynika, że wskaźnik wpływu cyfrowego rośnie wraz ze wzrostem liczby odwiedzin sklepu w ostatnich trzech miesiącach. – Należy jednak pamiętać, że nie wszędzie możemy mówić o handlu 4.0 i producentach 4.0. Czasem jest to 3.0, czasem 2.0. Nie ma wątpliwości, że klient oczekuje, aby przedsiębiorca był obecny w 4.0 i z tym wyzwaniem musimy się zmierzyć – mówi Piotr Kondraciuk, Prezes Zarządu PolskiKoszyk.pl.

Źródło: Deloitte

Po niemal 10 latach koncentrowania się firm na transformacji cyfrowej, 84 proc. liderów biznesowych i HR-owych deklaruje, że by zwiększyć produktywność przedsiębiorstwa muszą przemyśleć swoje relacje z pracownikami. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „2019 Deloitte Global Human Capital Trends” dziś największym wyzwaniem, jakie stoi przed autorami strategii biznesowych, jest łączenie kwestii społecznych z gospodarczymi i politycznymi. O tym, a także o edukacji, rynku pracy i handlu 4.0 będą mówili eksperci Deloitte podczas zbliżającego się XI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jak wskazują eksperci Deloitte technologia w miejscu pracy wyprzedziła człowieka, który teraz musi te zaległości nadrobić.

Mówiąc o zarządzaniu kadrami w czasie transformacji trzeba zauważyć paradoks z jakim dziś mamy do czynienia. Żyjemy w świecie wszechobecnej technologii, ale to ludzki potencjał jest tym, co pcha nas do przodu. Aby jednak w pełni korzystać z niego w środowisku pracy wiele trzeba zmienić. 85 proc. pracowników na całym świecie nie jest zaangażowanych w pracę lub wręcz jest z niej wyłączonych. Ludzie pracują często zbyt intensywnie i w olbrzymim stresie, co może być niebezpieczne dla zdrowia. Nie angażują się w pracę, bo żyją w przeświadczeniu, że łatwiej będzie im znaleźć zajęcie u nowego pracodawcy niż utrzymać zatrudnienie w obecnej organizacji – mówi Tomasz Konik, Partner, Lider zespołu Clients&Industries w Deloitte.

Zobacz też, jak ważna jest ochrona wizerunku przedsiębiorstwa:

Eksperci Deloitte stworzyli zbiór zasad, którymi powinno się kierować przedsiębiorstwo, by pozytywnie wpływać na pracowników, odkrywać i rozwijać ich możliwości. Pierwsza z nich zakłada nadawanie pracy sensu i celu przez organizacje. Nie tracąc z oczu zysków, powinny one wpływać w pozytywny sposób na klientów i społeczeństwa. Druga zasada to wykorzystywanie danych, technologii i systemów w sposób uczciwy i nienadwyrężający zaufania. Trzecia – to dbanie o rozwój pracowników i zapewnianie im możliwości rozwoju ich pasji, nadawania pracy osobistego charakteru. Eksperci Deloitte zauważają też konieczność budowania i rozwijania zespołów, wychodzenia poza technologię cyfrową w celu budowania relacji osobistych w pracy. Piąta zasada dotyczy otwartej wymiany informacji, dyskusji na temat wyzwań i błędów w kierowaniu organizacją.

Rewolucja w edukacji

W obliczu nieustannego rozwoju sztucznej inteligencji, technologii poznawczych i automatyzacji, 86 proc. respondentów tegorocznego badania „Global Human Capital Trends” uważa, że muszą na nowo opanować sztukę uczenia się. Kolejne 80 proc. zauważa, że przez presję szybszego rozwoju i konieczność dostosowywania się do coraz bardziej zróżnicowanej siły roboczej, musi inaczej rozwijać liderów. Także o tym eksperci Deloitte będą mówić w Katowicach.

System edukacji można porównać do wielkiego tankowca. Każda zmiana kursu to ogromny wysiłek – sam manewr zajmuje dużo czasu, a na jego efekty trzeba również długo czekać. Podobnie wyglądają próby dopasowania edukacji do rynku pracy. Decyzje o zmianach w systemie przyniosą efekty za ponad dekadę. Nie mamy więc pewności, czy obecny system dobrze przygotuje dzisiejszych uczniów do wejścia na rynek pracy, bo też nie wiemy z jakimi wyzwaniami przyjdzie im się mierzyć za 10 – 15 lat – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający w Deloitte.

Trendy w ciągu najbliższych 20 lat

Trendy takie jak Przemysł 4.0, sztuczna inteligencja czy robotyka kształtują dzisiejszy rynek pracy. Nie wiadomo jednak, jak go zmienią w przyszłości i jakie nowe trendy pojawią się w ciągu najbliższych 20 lat, dlatego, jeśli o pracownikach przyszłości można powiedzieć coś pewnego to to, że wraz z rozwojem technologii na znaczeniu będą zyskiwać kompetencje miękkie, czyli takie, które pozwolą pracownikom dostosować się do zmieniających się warunków i sytuacji na rynku pracy.

– Szkoła przyszłości powinna uczyć dzieci… jak się uczyć. Powinna doskonalić w nich elastyczność i umiejętność radzenia sobie ze zmianami. To, jak łatwo będą potrafiły przystosować się do zmieniającego się otoczenia, zadecyduje o ich sukcesie jako pracowników – tłumaczy Marek Metrycki. Z jednego z najnowszych badań ekspertów Deloitte „Voice of the workforce in Europe” wynika, że pracodawcy powinni zachęcać pracowników do aktualizacji i podnoszenia kwalifikacji, a instytucje publiczne dostosować infrastrukturę edukacyjną do zmian technologicznych. I choć spora część siły roboczej wydaje się być świadoma, że umiejętności miękkie są niezbędne do utrzymania zatrudnienia, z tego samego badania wynika, że około jedna trzecia ankietowanych pracowników nie podjęła żadnych działań w celu poszerzenia lub poprawy swoich umiejętności, a prawie 60 proc. z nich uważa, że w ogóle nie potrzebuje podnoszenia kwalifikacji.

Handel 4.0

Jednym z głównych tematów poruszanych w tym roku podczas XI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach będzie wpływ technologii cyfrowych na preferencje zakupowe Polaków. Technologia zmieniła nie tylko sposób w jaki kupujemy, ale też to co kupujemy i ile wydajemy.

Dziś to nie koleżanka jest doradcą w temacie nowego kosmetyku ani kolega w temacie nowej konsoli. Inspiracji, opinii i rad coraz częściej szukamy w mediach społecznościowych. Jedynie żywność pozostaje kategorią, w przypadku której klienci rzadziej korzystają z rozwiązań cyfrowych. Niemniej z naszego badania wynika, że smartfony czy tablety 49 proc. klientów ułatwiają robienie zakupów w sklepach stacjonarnych – mówi Michał Pieprzny, partner, lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich w Deloitte.

Wskaźnik wpływu cyfrowego

Zdefiniowany przez firmę doradczą wskaźnik wpływu cyfrowego pokazuje zachowania klientów w sklepie, ale także pozwala poznać ich preferencje dotyczące poszukiwania informacji o produktach, najczęstsze sposoby płatności i wiele innych. Dla sprzedawców to informacje pomocne przy definiowaniu najlepszego podejścia do klienta.

Panele podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, w których będą uczestniczyć eksperci Deloitte:

  1. 14 maja, godz. 11:30-13:00

          Zarządzanie kadrami w czasie transformacji.

          Tomasz Konik, Partner, lider obszaru Clients&Industries

  • 14 maja, godz. 13:30-15:00

    Gospodarka obiegu zamkniętego.

          Moderator: Irena Pichola,  Partner, lider zespołu do spraw zrównoważonego rozwoju w Polsce i

          Europie Środkowej

  • 14 maja, godz. 13:30-15:00

           Edukacja dla rynku pracy.

           Marek Metrycki, Partner zarządzający

  • 14 maja, godz. 13:30-15:00

    Automaty, roboty, coboty.

    Paweł Zarudzki, Dyrektor, lider zespołu robotyzacji i automatyzacji kognitywnej

  • 14 maja, godz. 15:30-17:00

    Handel 4.0: nowe doświadczenia, digital, personalizacja.

           Moderator: Michał Pieprzny, Partner, lider zespołu do spraw sektora dóbr konsumenckich

Elastyczne formy zatrudnienia są coraz bardziej popularne, zwłaszcza wśród osób w wieku 55+, jednak wciąż prawie 3/4 wszystkich pracowników w Polsce preferuje pracę na pełny etat.

Zmiany na rynku pracy spowodowane starzeniem się społeczeństwa i rozwojem technologii będą widoczne już w ciągu najbliższej dekady. Wzrośnie poziom zatrudnienia osób starszych, a pracodawcy będą musieli dostosować warunki pracy do ich potrzeb. Według autorów raportu firmy doradczej Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” czynnikami motywującymi Europejczyków do pracy są wyższe wynagrodzenie, elastyczne i alternatywne formy zatrudnienia, a także jasno określone cele rozwojowe i zaufanie współpracowników. Najbardziej cenią oni bezpieczeństwo i stabilność zatrudnienia. Z kolei dla pracowników w Polsce ważniejsze są czynniki finansowe.

Sytuacja na polskim rynku pracy jest najlepsza od początku transformacji ustrojowej. Według Eurostatu stopa bezrobocia w lutym tego roku wyniosła jedynie 3,5 proc. Dla porównania średnia w Unii Europejskiej jest prawie dwa razy wyższa (6,5 proc.). – Skutki zmian demograficznych i technologicznych prędzej czy później ujawnią się w Polsce z całą mocą. Warto wykorzystać dobrą koniunkturę do przeprowadzenia koniecznych reform w modelach biznesowych oraz politykach publicznych. Do głównych wyzwań będą należały: wzrost aktywności zawodowej osób w wieku 50+ i innych grup dziś nieaktywnych zawodowo, efektywniejsze wykorzystywanie elastycznych form zatrudnienia oraz wspieranie kształcenia przez całe życie – mówi Damian Olko, Ekspert w zespole analiz ekonomicznych Deloitte.

źródło: Deloitte

Zatrudnienie osób po 50 roku życia będzie rosło

W Unii Europejskiej od 2017 roku liczba osób aktywnych zawodowo powyżej 50 roku życia jest wyższa niż osób aktywnych poniżej 35 roku życia. W Polsce osoby starsze wciąż stanowią istotny, ale niewykorzystany zasób siły roboczej.  Z badania Deloitte wynika, że 77 proc. pracowników w wieku od 50 lat planuje aktywność zawodową przynajmniej do 65 roku życia, czyli średnio o 11 p.p. więcej niż w dziesięciu analizowanych krajach Europy. Wiele osób, które co prawda osiągnęły już wiek emerytalny, ale cieszą się dobrym zdrowiem i samopoczuciem, odczuwa potrzebę pozostania w pracy ze względów finansowych, społecznych czy emocjonalnych.

Wydłużenie kariery zawodowej będzie wiązało się z koniecznością dostosowania warunków pracy do potrzeb osób starszych. Choć firmy coraz częściej prowadzą włączającą kulturę organizacyjną, to jednak regulacje ze strony państwa wydają się być niezbędne. Wciąż bowiem pracownicy zbliżający się do wieku emerytalnego otrzymują z otoczenia sygnały sugerujące im zakończenie aktywności zawodowej. Potencjał doświadczonych pracowników nie jest odpowiednio wykorzystywany, mimo, iż wyróżniają się oni wysokim poziomem kompetencji oraz motywacji, a ich oczekiwania dotyczące wynagrodzenia i czasu pracy są bardziej elastyczne niż młodszych osób.

W stronę większej elastyczności pracy

Aktywizacji zawodowej osób starszych mogą sprzyjać elastyczne i alternatywne modele zatrudnienia. W Polsce praca na pełen etat pozostaje najpopularniejszą formą współpracy – preferuje ją 72 proc. ankietowanych pracowników, czyli średnio o 11 p.p. więcej niż w analizowanych krajach europejskich. Pracę w niepełnym wymiarze godzin deklaruje średnio 16 proc. ankietowanych w Europie i jedynie 4 proc. w Polsce.

Alternatywne formy zatrudnienia, takie jak na przykład praca bez etatu, w większym stopniu dotyczą osób starszych niż młodych. W Polsce pracownicy poniżej 35 roku życia są w podobnym stopniu zainteresowani pracą na etacie, jak ich rówieśnicy w innych badanych krajach. W pozostałych grupach wiekowych preferencje odnośnie elastycznego zatrudnienia są niższe średnio o 15 p.p. w Polsce w niż we wszystkich analizowanych krajach. – Aby polscy pracodawcy i pracownicy mogli czerpać większe korzyści z elastycznych i alternatywnych form zatrudnienia, warto rozważyć zmiany związane z ograniczeniem nierówności w ich opodatkowaniu. Reforma w tym zakresie powinna być całościowa i dotyczyć zarówno kwestii niezbędnego poziomu elastyczności na rynku pracy jak i dobrze dopasowanych zabezpieczeń społecznych, zgodnie z tzw. skandynawskim modelem flexicurity – mówi Peter Szewczyk, Konsultant w zespole analiz ekonomicznych Deloitte.

Przeczytaj także:

Well-being w miejscu pracy

Wśród czynników zachęcających pracowników do kontynuowania aktywności zawodowej są coraz częściej niefinansowe warunki pracy. Co prawda w Polsce największym motywatorem do pracy jest wciąż wynagrodzenie (89 proc. ankietowanych), jednak w Europie na pierwszy plan wysuwa się bezpieczeństwo i stabilność zatrudnienia (87 proc.). Dla pracowników zarówno w Polsce, jak i w Europie, ważne są również dobrze określone cele rozwojowe, zaufanie współpracowników oraz wyraźnie określony zakres odpowiedzialności. Firmy, które opierają kulturę organizacyjną na zaufaniu i szacunku, kompetentnym przywództwie oraz zróżnicowanym zakresie zadań, zwiększają swoje szanse na lojalność pracowników, a w przyszłości na szybsze zapełnienie wolnych miejsc pracy.

Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” zostało przeprowadzone na próbie 15 tys. pracowników z 10 krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Rumunii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii oraz Polski. Struktura demograficzna próby odzwierciedlała strukturę siły roboczej w danym kraju.

Raport z badania dostępny jest tutaj.

Prezentacja dotycząca wyników dla Polski dostępna jest tutaj.

Informacja prasowa z części raportu dotyczącej wpływu zmian technologicznych na rynek pracy dostępna jest tutaj.

Źródło: Deloitte

Już wkrótce Rada Unii Europejskiej zatwierdzi dyrektywę w sprawie ograniczenia wpływu niektórych produktów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zdaniem ekspertów Deloitte zawarte w tym dokumencie ambitne cele ograniczające stosowanie plastiku nie będą możliwe bez wprowadzenia systemu kaucyjnego. Z 5 mln 565 tys. ton opakowań wprowadzonych na rynek w Polsce w 2017 roku, około 2,5 mln ton (45 proc.) trafiło do gospodarstw domowych.  System depozytowy dotyczyłby jedynie około jednej trzeciej tych opakowań, a więc około 740 tys. ton rocznie. Kraje, w których został on wdrożony, odnotowują korzyści w postaci wzrostu poziomu recyklingu odpadów opakowaniowych, poprawy jakości surowca czy większej świadomości środowiskowej społeczeństwa. Z drugiej strony, wprowadzenie dobrze funkcjonującego systemu wymaga odpowiedzi na wiele pytań, by jego finalny kształt uwzględniał aspekty funkcjonowania wszystkich podmiotów.

Dyrektywa „Single-Use Plastics” od 2021 roku przewiduje różne rodzaje działań mających na celu ograniczenie negatywnego wpływu odpadów z tworzyw sztucznych na środowisko. Zakaz wprowadzenia do obrotu części produktów jednorazowego użytku będzie dotyczył patyczków higienicznych, sztućców, talerzy, słomek, mieszadeł do napojów oraz patyczków do balonów. Produkty te będą musiały zostać zastąpione przez biodegradowalne alternatywy. Inne artykuły, takie jak opakowania na żywność, paczki i owijki na butelki, pojemniki na napoje, kubki na napoje, wyroby tytoniowe z filtrami, chusteczki nawilżane, balony i lekkie torby plastikowe nadal będą mogły być wprowadzane do obrotu, ale w stosunku do nich zostaną wzmocnione mechanizmy rozszerzonej odpowiedzialności producenta (ROP). Poza tym od 2025 roku nakrętki i wieczka plastikowe będzie można wprowadzić do obrotu tylko pod warunkiem, że będą one przymocowane na stałe do butelek i pojemników. Od tego samego roku wszystkie butelki PET muszą być wykonane co najmniej w 25 proc. z surowca wtórnego, a od 2030 wszystkie butelki plastikowe (niezależnie od rodzaju tworzywa) – w 30 proc. Co więcej, do końca 2025 roku poziom zbiórki i recyklingu opakowań plastikowych po napojach ma wynieść 77 proc., a do 2029 r. – 90 proc. – Osiągnięcie tych celów nie będzie możliwe bez efektywnego systemu rozszerzonej odpowiedzialności producenta, którego uzupełnieniem może być system kaucyjny. Pewne jest, że depozytu nie należy traktować jako rozwiązania problemu zbiórki i zagospodarowania wszystkich odpadów komunalnych, ale jako sposób na wzrost poziomu recyklingu wybranych frakcji – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych w Deloitte.

 Zobacz też:

Zakaz plastiku a wpływ na biznes

System kaucyjny w Europie

Obecnie z depozytu korzysta 133,1 mln ludzi w Europie, czyli nieco ponad jedna czwarta populacji. System funkcjonuje w dziesięciu europejskich krajach: Chorwacji, Danii, Estonii, Finlandii, Niemczech, Holandii, Norwegii, Szwecji, Islandii i na Litwie. Z uwagi na restrykcyjne wymogi prawne w zakresie odpadów opakowaniowych jego wprowadzenie rozważa coraz więcej państw, m.in. Austria, Belgia, Francja, Łotwa czy Wielka Brytania.

Efektywność systemów działających w poszczególnych państwach jest zbliżona, a średni poziom zbiórki odpadów włączonych w system kształtuje się na poziomie 91 proc. – Co do zasady system kaucyjny przyczynia się do podniesienia ogólnych poziomów recyklingu odpadów opakowaniowych. Trend ten zaobserwować można na przykładzie Danii, Holandii i Niemiec.  Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że Belgia, Czechy czy Hiszpania osiągają zbliżone wyniki w zakresie poziomów recyklingu, choć nie wprowadziły systemu depozytowego. Bardzo efektywnie natomiast działa w tych krajach zasada rozszerzonej odpowiedzialności producenta, za pośrednictwem której producenci wprowadzający opakowania na rynek w całości lub części pokrywają koszty gospodarki odpadami opakowaniowymi– mówi Julia Patorska.

To nie jest kwestia „czy” ale „jak” wprowadzić system kaucyjny

Do gospodarstw domowych trafia 45 proc. wszystkich opakowań – w przybliżeniu 2,5 mln ton rocznie.  Butelki PET i szklane, puszki aluminiowe oraz opakowania wielomateriałowe do płynnej żywności to około 30 proc. wszystkich opakowań wprowadzonych do gospodarstw domowych.  Przy założeniu zbiórki na poziomie 91 proc. odpady te stanowiłyby zaledwie ok. 6 proc. wszystkich zebranych odpadów komunalnych. To pokazuje, że system kaucyjny jest rozwiązaniem fragmentarycznym i nie rozwiązuje całościowo problemu zagospodarowania odpadów, w szczególności tych problematycznych, takich jak opakowania wielomateriałowe, tacki, owijki na butelki, kubeczki na jogurty czy folie.

Jak wskazują eksperci Deloitte, system ROP jest rozwiązaniem, które może przynieść korzyści w odniesieniu do poziomów zbierania i recyklingu wszystkich typów odpadów opakowaniowych i powinien stanowić podstawę działań w tym zakresie. Tym bardziej, że system kaucyjny może stanowić jego skuteczne uzupełnienie, jak dzieje się to m.in. w Holandii i Niemczech, które są wśród pięciu krajów z najwyższymi poziomami recyklingu.

Przeczytaj także:

Sprzedaż detaliczna w Polsce wzrosła o 6,1 proc. rdr w lutym

Wdrożenie sprawnie funkcjonującego systemu kaucyjnego jest zawiłym i skomplikowanym procesem. Na drodze do jego wprowadzenia pojawia się szereg pytań odnośnie kształtu, kosztów, zasad funkcjonowania i wpływu na obecnie istniejące zależności. Pytania te odnoszą się do niemal każdego z potencjalnych interesariuszy systemu – od wprowadzających produkty w opakowaniach na rynek, poprzez handel, konsumentów, aż po firmy zaangażowane w transport i recykling opakowań, a także pośrednich uczestników systemu – gminy i organizacje odzysku.

Jednym z najistotniejszych czynników do rozważenia, decydującym o kosztach systemu kaucyjnego i jego funkcjonalności, jest to, czy będzie on automatyczny czy manualny. Różnica dotyczy przede wszystkim liczby czynności związanych z odbiorem i segregacją opakowań, które musi wykonać pracownik sklepu lub automat, a tym samym czasu jaki cały proces zajmuje. Gdy małe sklepy, nie chcąc angażować dodatkowego pracownika, zdecydują się na zbiórkę automatyczną, podniesie to koszty inwestycyjne całego systemu. – Jego automatyzacja i objęcie nim wszystkich sklepów jest wariantem bardzo kosztownym. Jak wynika z naszych obliczeń, nawet przy założeniu, że automaty trafią tylko do dużych sklepów, kwota potrzeba na sfinansowanie przedsięwzięcia to ponad miliard zł. Koszty inwestycyjne związane z wprowadzeniem systemu kaucyjnego będą w znaczny sposób wpływać na jego funkcjonalność i wygodę dla poszczególnych uczestników. To z kolei będzie decydującym czynnikiem kształtującym jego efektywność – mówi Julia Patorska.

Choć dyskusja na temat słuszności wprowadzania systemu kaucyjnego trwa od lat, żaden kraj dotąd nie opracował rozwiązania idealnego, na którym inne państwa mogłyby się wzorować. Przed ewentualnym przystąpieniem do systemu depozytowego warto przeprowadzić szeroką akcję informacyjno-edukacyjną w zakresie selektywnego zbierania odpadów, w szczególności tych, których właściwe posortowanie stanowi problem dla gospodarstw domowych.

Źródło: Deloitte

Jak informuje Deloitte, wdrożenie PPK wiąże się z mniejszymi kosztami niż Pracowniczych Programów Emerytalnych. Zdaniem ekspertów firmy doradczej, ich wdrożenie będzie oznaczało wzrost kosztów zatrudnienia ponoszonych przez firmy o około 1 proc. Choć może się to wydawać niewiele, to PPK będą mogły mieć wpływ na dynamikę wzrostu wynagrodzeń, gdyż w średnim i długim okresie koszt wpłat pracodawcy może zostać przerzucony częściowo na pracownika.

Z drugiej jednak strony, w krótkim okresie wdrożenie PPK jest dla przedsiębiorstw tańsze niż wdrożenie Pracowniczych Programów Emerytalnych. Popularność tych ostatnich wzrosła znacząco w ostatnich miesiącach. Ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych weszła w życie w styczniu br. Zgodnie z jej przepisami 1 lipca firmy zatrudniające powyżej 250 osób będą objęte obowiązkiem wdrożenia PPK. Jednak realny wpływ nowych przepisów na rynek pracy zacznie być odczuwalny pod koniec tego roku, gdy wpłyną pierwsze wpłaty na konta pracowników w PPK. Od stycznia 2021 roku obowiązek wprowadzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych obejmie co do zasady wszystkich polskich pracodawców.

– Jednym z najważniejszych zadań pracodawcy jest wyłonienie instytucji, która w imieniu pracowników będzie zarządzała zgromadzonym kapitałem. Ankieta przeprowadzona przez nas w trakcie webcastu poświęconego tej kwestii pokazała, że wiele firm nie podjęło jeszcze żadnych kroków w zakresie wdrożenia PPK – mówi Anna Skuza, Lider zespołu prawa pracy, Radca Prawny, Deloitte Legal. Najlepiej sytuacja wygląda wśród dużych firm, zatrudniających powyżej 250 pracowników. Wśród nich 25 proc. nie rozpoczęło jeszcze żadnych prac nad wdrożeniem PPK, a 47 proc. przygotowuje się operacyjnie do ich wdrożenia. Z kolei spośród firm zatrudniających od 50 do 250 pracowników, czyli tych, które obowiązek wdrożenia PPK obejmie od 1 stycznia 2020 roku, aż 62 proc. nie rozpoczęło przygotowań w tym zakresie.

Zobacz też:

Duże firmy z wieloma niewiadomymi przed wprowadzeniem PPK

PPK nie dla wszystkich

Wszyscy pracodawcy będą stopniowo obejmowani obowiązkiem wprowadzenia Pracowniczego Planu Kapitałowego dla swoich pracowników. Należy jednak podkreślić, że uczestnictwo pracowników następuje na zasadzie dobrowolności. W praktyce oznacza to, że zatrudniający ma obowiązek automatycznego zapisu do wdrożonego u siebie planu wszystkie zatrudnione osoby pomiędzy 18 a 55 rokiem życia, zarówno wykonujące pracę na podstawie umowy o pracę, jak i zatrudnione m.in. na podstawie umowy zlecenia (tj. osoby, w których imieniu odprowadza składki na ubezpieczenia społeczne). – Samozatrudnieni, a takich osób w Polsce jak wiadomo nie brakuje, pozostaną poza systemem PPK. Składki do PPK nie będą odprowadzane również za kobiety przebywające na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Dopiero po powrocie do pracy, zostaną one włączone do PPK – mówi Aldona Szady-Ślaska, Starszy Menedżer w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

Przeczytaj także:

Czy PPK, mające za zadanie podnieść dochód na emeryturze, okaże się substytutem podwyżek?

Składka dodatkowa mało popularna wśród pracodawców

Uczestnictwo w PPK jest fakultatywne. Każdy pracownik może w dowolnym momencie zrezygnować i ponownie zapisać się do programu. Pieniądze do PPK będą wpłacane na indywidualne konta uczestników przez trzy strony – pracownika, pracodawcę oraz państwo. W ramach wpłat podstawowych od wynagrodzenia pracownika zostanie odprowadzone 2 proc. jego wartości brutto, a pracodawca dopłaci kolejne 1,5 proc. Z Funduszu Pracy natomiast konto zostanie zasilone jednorazową wpłatą powitalną w wysokości 250 zł, a w kolejnych latach stałą roczną dopłatą w wysokości 240 zł. Dodatkowo, zarówno pracodawca, jak i pracownik mogą zwiększyć wysokość wpłaty, każdy do maksymalnie 4 proc. Jak jednak wynika z ankiety przeprowadzonej w trakcie webcastu Deloitte, tylko 8 proc. dużych firm zdecyduje się na opłacanie składki dodatkowej. Co ważne, aż 52 proc. największych przedsiębiorstw nie podjęło jeszcze decyzji, czy będzie odprowadzać dodatkową wpłatę na konto swoich pracowników. Dlaczego firmy nie chcą powiększać stanu oszczędności swoich pracowników? Dla 34 proc. największych graczy powodem są wynikające z tego koszty dla organizacji.

Pracownik może odczuć różnicę

Eksperci Deloitte przeanalizowali koszty, które dla pracowników i pracodawców oznacza wprowadzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych. – Składka na PPK będzie obliczana od wynagrodzenia brutto, które stanowi podstawę składek emerytalno-rentowych, przy czym projekt zmian do ustawy o PPK przewiduje dodanie przepisu, że w tym zakresie nie będzie się stosowało ograniczenia do maksymalnej podstawy składek emerytalno-rentowych, tj. 30 – krotności przeciętnego wynagrodzenia. Oznacza to, że pracownik otrzyma „na rękę” wynagrodzenie niższe o około 3,2 proc. niż dotychczas – mówi Aldona Szady-Ślaska. I tak na przykład osoba zarabiająca 4 585 zł brutto miesięcznie (średnia płaca w gospodarce w 2018 r.)[1] otrzymuje obecnie netto 3 261 zł. Po przystąpieniu do PPK i opłacaniu wpłaty podstawowej w wysokości 2 proc. wynagrodzenia (oraz opłacaniu przez pracodawcę składki również w wysokości podstawowej tj. 1,5 proc.) wynagrodzenie netto spadnie do 3 157 zł. Na ten efekt składa się zarówno wpłata pracownika w wysokości 92 zł oraz wyższy PIT o 12 zł. Dzieje się tak dlatego, że składka pracodawcy podnosi podstawę opodatkowania PIT. – Potencjalne zmiany w PIT polegające na podwyższeniu kosztów uzyskania przychodu z 1335 zł do 2670 zł i obniżeniu stawki podatku z 18 proc. do 17 proc. są zbyt małe, by zrekompensować ubytek w wynagrodzeniu netto. Im wyższy przeciętny dochód, tym odczuwalna różnica w wysokości wynagrodzenia netto przed PPK i po PPK jest wyższa, gdyż nie zmienia się stawka PIT 32 proc. – mówi Damian Olko, Ekspert w zespole ds. analiz ekonomicznych Deloitte.

PPK czy PPE?

Na potrzeby oszacowania wpływu kosztów PPK na finanse przedsiębiorstw eksperci Deloitte przeprowadzili symulacje dla hipotetycznej firmy zatrudniającej 858 osób (przeciętne zatrudnienie w firmie powyżej 250 osób, oszacowane na podstawie danych GUS o zatrudnieniu i liczbie firm). Założono, że średnia płaca wynosi 4 585 zł brutto, premia 10 proc., a płace brutto rosną w tempie 4 proc. rocznie. Zakładany odsetek uczestnictwa w PPK w tej hipotetycznej firmie wynosi 75 proc. (zgodnie z oceną skutków regulacji do ustawy), a pracodawca płaci 1,5 proc. wpłaty na PPK. – Nasza symulacja pokazała, że w 2020 r. roczny koszt wpłat pracodawcy wyniósłby w takim przypadku 607 tys. zł, z czego 55 tys. zł stanowiłyby składki z tytułu przyznanych premii. W 2024 r. koszt wzrósłby do 710 tys. zł. W tej hipotetycznej firmie wpłaty na PPK zwiększyłyby całkowite koszty zatrudnienia o 0,9 proc. To mniej niż 1,5 proc. wpłaty na PPK, gdyż pracodawca nie płaci od niej składek ZUS. W kontekście całkowitego wpływu należy jeszcze dodać, że koszt PPK obniży płacony CIT – mówi Damian Olko. Z kolei w takiej samej firmie wprowadzenie Pracowniczych Programów Emerytalnych zwiększyłoby całkowite koszty zatrudnienia o 2,2 proc. – Relatywnie mały wzrost kosztów zatrudnienia z powodu PPK czy PPE nie oznacza, że nie wywoła dyskusji w niektórych firmach, zwłaszcza w tych, gdzie wynik netto jest niski w relacji do kosztów lub firma ma problemy z płynnością finansową. Dane GUS wskazują, że mimo dobrej koniunktury w 2018 r. wynik netto w sektorze firm zmniejszył się ze 150 mld zł do 138 mld zł, a rentowność netto spadła z 4,4 do 3,7 proc. To może wskazywać na fakt, że firmy istotnie odczuwają wzrost kosztów pracy w ostatnich kwartałach – dodaje Damian Olko.

Jak zauważają eksperci Deloitte, po wprowadzeniu PPK Pracownicze Programy Emerytalne stały się alternatywą, szczególnie w dużych firmach. Do 2016 r. zainteresowanie PPE wśród firm było relatywnie niewielkie. Jedną z przyczyn z pewnością była dobrowolność tworzenia PPE. W 2017 roku PPE miało 1 053 firm, w marcu 2019 roku było to już 1 372 przedsiębiorstw. – Część pracodawców, chcąc uniknąć wdrażania Pracowniczych Planów Kapitałowych, postawiło właśnie na PPE, które wymagają obowiązkowej składki jedynie po stronie pracodawcy. PPE to również rozwiązanie funkcjonujące od wielu lat na rynku, co pozwala ocenić jego efekty np. wyniki inwestycyjne oferowanych funduszy. Kolejnym istotnym czynnikiem może być dobra koniunktura na rynku pracy, skłaniająca część przedsiębiorstw do oferowania dodatkowych świadczeń pracownikom – mówi Damian Olko.

[1] https://stat.gov.pl/sygnalne/komunikaty-i-obwieszczenia/lista-komunikatow-i-obwieszczen/komunikat-w-sprawie-przecietnego-wynagrodzenia-w-gospodarce-narodowej-w-2018-roku,273,6.html

Zobacz też: Deloitte

– Zmiany technologiczne będą wpływały na rynek pracy w coraz większym stopniu. Automatyzacja zwiększy produktywność pracowników, a przez to przyczyni się do wzrostu wynagrodzeń. Z drugiej strony nowe technologie mogą wymagać istotnych nakładów finansowych na dopasowanie umiejętności do zmieniających się potrzeb pracodawców. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte „Voice of the Workforce in EuropePolacy niechętnie doskonalą swoje kompetencje. Autorzy raportu, opierając się na opinii pracowników z 10 krajów Europy, pokazują najważniejsze trendy na rynku pracy w przyszłości.

W najbliższej dekadzie zmiany zachodzące na rynku pracy będą determinowane przez dwa duże trendy: zmiany demograficzne oraz zmiany technologiczne, związane z rozwojem automatyzacji i sztucznej inteligencji na czele. – Rozwój nowych technologii będzie stopniowo zmieniał strukturę rynku pracy. Według World Economic Forum do 2022 roku dzięki nowym technologiom powstanie 133 milionów miejsc pracy, często związanych z nowymi zawodami. Część stanowisk zniknie, ale ogólny bilans pozostanie dodatni i powstanie dodatkowych 58 milionów miejsc pracy – mówi Julia Patorska, liderka zespołu ds. analiz ekonomicznych z Deloitte.

Czy roboty zabiorą nam pracę?

Polacy widzą przyszłość swoich miejsc pracy w najbliższych latach podobnie jak przedstawiciele analizowanych krajów europejskich. Ponad jedna trzecia ankietowanych w badaniu Deloitte przewiduje powolne zmiany, a rozwój automatyzacji i sztucznej inteligencji będzie przyczyną zarówno zysków, jak i strat. – Co piąty Polak obawia się, że przez dynamiczny rozwój technologiczny jego obecne miejsce pracy stanie się zbędne w ciągu najbliższych 10 lat. To nieznacznie więcej niż w bogatszych i bardziej zaawansowanych technologicznie krajach, takich jak Szwajcaria, Szwecja, Holandia i Niemcy. W państwach tych istnieje duży odsetek miejsc pracy, których nie da się w łatwy sposób zautomatyzować. Są to najczęściej zawody związane z pracą kreatywną i wymagającą wysokich umiejętności społecznych – mówi Damian Olko, ekspert w zespole analiz ekonomicznych Deloitte. Największe obawy odnośnie skutków zmian technologicznych wyrazili pracownicy w Rumunii (38 proc.) i Hiszpanii (33 proc).

Zobacz też:

To kultura pracy decyduje o wszystkim

Polska u progu zmian

W przeciwieństwie do niektórych rozwiniętych gospodarek, pracownicy w Polsce praktycznie nie doświadczają zamykania zakładów pracy lub przenoszenia ich do innych krajów. Również proces automatyzacji postępuje wolniej. Dlatego skutki wpływu zmian technologicznych na rynek pracy nie wywołują jeszcze większych napięć społecznych. Wynika to z dwóch czynników: po pierwsze, z dobrej koniunktury, przekładającej się na rekordowo niskie bezrobocie i relatywnie wysoką dynamikę płac;
po drugie, z obecnego poziomu rozwoju Polski i jej miejsca w globalnych łańcuchach wartości. Polska jest wciąż krajem, który oferuje niskie koszty pracy w relacji do produktywności. W najbliższych latach czynniki te będą jednak stopniowo traciły na sile, a skutki technologicznej transformacji rynku pracy zaczną być odczuwalne.

Umiejętności przyszłości

Zmiany technologiczne i wzrost oczekiwanej długości życia będą wymagały od ludzi ciągłego poszerzania kwalifikacji. Już teraz pracownicy w Polsce i Europie za najbardziej istotne uznali umiejętności miękkie i związane z nowymi technologiami. 62 proc. ankietowanych Polaków uważa,
że ma wysoko rozwiniętą zdolność pracy w grupie, a 55 proc. jest zadowolona ze swoich zdolności komunikacyjnych i rozwiązywania problemów. Według World Economic Forum w 2020 roku do najważniejszych umiejętności wskazanych przez pracodawców będą należały: rozwiązywanie złożonych problemów, krytyczne myślenie, kreatywność, zarządzanie zasobami ludzkimi i koordynowanie pracowników. Duże znaczenie będą miały także: inteligencja emocjonalna, zrównoważone podejmowanie decyzji, pozytywne nastawienie
do wykonywanej usługi, a także umiejętności negocjacyjne i elastyczność poznawcza.

Pracownicy niechętni do zdobywania nowych kompetencji

Polscy pracownicy wysoko oceniają swoje umiejętności, jednak relatywnie niewielu z nich dostrzega konieczność doskonalenia swoich kompetencji. – Ten optymizm wśród pracowników może być efektem aktualnej dobrej koniunktury, jak również istnienia bariery informacyjnej, tzn. brakuje dostępnej wiedzy i prognoz, jakie umiejętności warto rozwijać. Dotyczy to zwłaszcza młodych, wchodzących na rynek pracy. Często niedoceniane są, tzw. umiejętności miękkie, a są to kompetencje, których nie da się zastąpić pracą maszyn czy algorytmów. W przypadku niektórych osób problemem w zwiększaniu kapitału ludzkiego mogą być niedostateczne dochody czy brak możliwości pozyskania innego finansowania,
np. ze strony pracodawcy
– mówi Damian Olko.

Dostosowanie kompetencji pracowników do nadchodzących zmian na rynku pracy będzie wymagało współpracy instytucji odpowiedzialnych za edukację i pracodawców. Bardzo ważne jest skupienie się nie tylko na szkolnictwie wyższym czy zawodowym, ale też na właściwej edukacji w przedszkolu i w szkole podstawowej.

*Próba obejmuje Francję, Niemcy, Włochy, Holandię, Rumunię, Polskę, Hiszpanię, Szwecję, Szwajcarię i Wielką Brytanię. Źródło: Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe”.

Badanie Deloitte „Voice of the Workforce in Europe” zostało przeprowadzone na próbie 15 000 pracowników z 10 krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Rumunii, Hiszpanii, Szwecji, Szwajcarii i Wielkiej Brytanii. Struktura demograficzna próby odzwierciedlała strukturę siły roboczej w danym kraju.

Raport dostępny jest tutaj.

 

Według badania Deloitte aż 90% sprzedaży detalicznej na świecie odbywa się w sklepach stacjonarnych. Konsumenci jednak poszukują często informacji o produktach w Internecie. W jaki sposób połączyć ze sobą te dwa kanały sprzedaży?

Jednymi z wyróżniających się trendów w branży handlowej jest wielokanałowość sprzedaży i inny niż dotychczas sposób obsługi klienta. Oznacza to, że detaliści muszą teraz tak planować działania, aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom różnych grup docelowych, uwzględniając jednocześnie ich ciągle zmieniające się oczekiwania. Kompleksową integrację świata online, offline i mobile zapewnia strategia omnichannel. – To nowe spojrzenie na rozwój sprzedaży w modelu opartym na zapewnieniu spójnego doświadczenia zakupowego konsumentów, niezależnie od tego, czy kupują w sieci czy w sklepie stacjonarnym. Celem zintegrowanego systemu biznesowego jest przede wszystkim umożliwienie klientom wygodnych, łatwych i szybkich zakupów, np. kupno przedmiotu w Internecie z możliwością zwrócenia go w tradycyjnym punkcie sprzedaży czy ewentualnym złożeniu reklamacji poprzez portal społecznościowy – mówi Izabela Kaczmarska, Strategic Planner w agencji reklamowej PA.

To klient jest w epicentrum 

Wzajemnie oddziaływujące na siebie obszary online, offline, jak i stałe wykorzystywanie urządzeń mobilnych wzmacniane są przez wpływową społeczność, millenialsów. Oczekują oni nie tylko ułatwień uwzględniających ich tryb życia w wirtualnej rzeczywistości, ale
i wielokanałowych, spersonalizowanych doświadczeń wychodzących daleko poza standardowe zakupy. Czynnikiem decydującym o zadowoleniu klienta jest zarówno jakość zamówionego towaru, estetyka przesyłki, terminowość jej dostarczenia, jak i życzliwość oraz empatia pracowników firmy kurierskiej. To właśnie ten ostatni etap w procesie zakupów ma często decydujący wpływ na wizerunek e-sklepu. Kolejnym elementem wpływającym na ocenę marki jest obsługa przedsprzedażowa, sprzedażowa i posprzedażowa oparta m.in. na sztucznej inteligencji. Chaty i boty tekstowe przypominają obecnie kontakt z kompetentnym pracownikiem firmy. Z takiego rozwiązania korzystają już klienci portalu szopi.pl, którzy oprócz pomocy w wyborze artykułów, dodatkowo mogą liczyć na dostosowane do produktów przepisy i porady żywieniowe.

Firmy na całym świecie intensywnie pracują nad stworzeniem innowacyjnego modelu dostawy w postaci autonomicznych samochodów i robotów, które być może w najbliższej przyszłości całkowicie zmienią formę dostawy domu.

Zobacz też:

Trendy e-commerce – o czym mówiono podczas Forum E-Commerce w sektorze usług?

Zakupy przyszłości

Sklepy stacjonarne cieszą się powszechnym uznaniem, dlatego są niezwykle ważnym elementem strategii omnichannel. Wkrótce jednak może się zmienić ich dotychczasowy format i rola. Amazon Go wprowadza konsumentów w nieznaną dotychczas erę zakupów. Klienci amerykańskiego giganta, pod okiem czujnych kamer i czytników rejestrujących każdy ich ruch, mogą dodawać do swojego wirtualnego koszyka produkty, za które zapłacą za pomocą zarejestrowanej wcześniej karty kredytowej. Automatyzacja sprzedaży w przypadku Amazona zyskuje jednocześnie wartościowe dane na temat zachowań konsumentów, dzięki którym możliwa będzie jeszcze bardziej dopasowana do odbiorców personalizacja.

Innowacyjne technologie nie omijają także branży fashion, która zaskakuje swoich klientów autorskimi rozwiązaniami. Taki krok podjął już sklep FashionAI. Oferuje on swoim konsumentom interaktywne przymierzalnie, które dostarczają wszystkim zainteresowanym dodatkowych informacji o rozmiarach i kolorach dostępnego asortymentu. Sztuczna inteligencja została wykorzystana w cyfrowych lustrach, które pełnią tutaj funkcję wirtualnego doradcy, proponującego stylizacje dopasowane do osobistego stylu klienta.

Zastosowanie cyfrowych rozwiązań ma także swój polski akcent. Przykładem jest marka e-obowie.pl, oferująca system rozpoznający unikalny rozmiar stopy i dopasowujący do klienta optymalny produkt.

Przeczytaj także:

KONGRES KADRY ponownie zakończony sukcesem – zobacz, o czym mówiono i kto pojawił się na wydarzeniu

Współpraca, nie rywalizacja

Motywem przewodnim skutecznej strategii omnichannel jest przede wszystkim integracja obszaru online, offline i mobile, a nie rywalizacja pomiędzy nimi. Połączenie stacjonarnej i internetowej sprzedaży produktów FMCG staje się powoli częścią współczesnego konsumenta, jednak to właśnie ten sektor będzie musiał przejść największą reorganizację. Prowadzenie jednego, spójnego kanału związanego z działaniami sprzedażowymi, komunikacyjnymi, jaki logistycznymi stanowi obecnie już nie trend, a przewagę konkurencyjną. Na wysoką jakość usług i wyjątkowe doświadczenia zakupowe mogą liczyć klienci Carrefour Polska. Znakiem rozpoznawczym marki jest przyjęta przez nią omnikanałowa strategia, np. usługa Sąsiatki, Scan & Go, Marketplace czy udostępnienie usługi click & collect we wszystkich sklepach Carrefour.

Stale rośnie liczba osób, które realizują swoje misje zakupowe w Internecie. Oczekiwania cyfrowego konsumenta wychodzą jednak ponad standardowe łatwe i szybkie zakupy. Potrzebują oni zmieniających się bodźców w momencie podejmowania decyzji. Strategia omnichannel dąży do połączenia narzędzi e-sklepu z tradycyjnym modelem prezentowania się sklepu i jego towaru, jak również tworzy nowoczesną rzeczywistość, która przekłada się na wzrost sprzedaży i lojalność wobec marki.

Na podstawie informacji dostępnych w Internecie można stwierdzić, że przynajmniej od 5 grudnia były dostępne w sieci dane osobowe (imię, nazwisko, nr telefonu, adres, zdjęcia paszportów, numery kart kredytowych) niemieckich polityków oraz ich rozmowy, pracowników urzędów regionalnych tego kraju oraz niemieckich członków parlamentu UE i dziennikarzy. Najstarsze ujawnione dane pochodzą sprzed kilku lat.

Skutki incydentu mogą być istotne przede wszystkim z punktu widzenia prywatności osób, których dane zostały upublicznione. Potencjalnie również mogą mieć wpływ na wizerunek rządu lub funkcjonowanie organów państwa w krótkim terminie. Atakujący zadbał o to, aby ulokować ogromne ilości tych informacji w kilkudziesięciu miejscach w sieci. Celowo lub nie, na tym etapie ujawnione w sieci dane nie odnoszą się do polityków partii AfD. Poza tymczasowym zamieszaniem, główny motyw działania jest analizowany. Motyw polityczny powinien też zainteresować kontrwywiad niemiecki BfV. Na ten moment nie wiadomo też, w jaki sposób zdobyto te dane (rzecznik MSW nie potwierdził włamania do infrastruktury), ale zakres czasowy może wskazywać, że informacje zbierano przez dłuższy okres poprzez włamywanie się na konta mediów społecznościowych (Twitter, Facebook) czy konta email. Niewykluczone, że ktoś zdobył dostęp do archiwum takich danych. Trudno też stwierdzić czy te włamania są powiązane z jakimś innym atakiem na infrastrukturę rządową lub np. działaniem insidera.

Zobacz:

Prognozy inwestycyjne 2019: chwilowe spowolnienie czy może już bessa?

Wyciek to utrapienie dla MSW oraz służby BSI – odpowiedzialnej za bezpieczeństwo teleinformatyczne w Niemczech. Nie da się w krótkim terminie sprawnie usunąć ujawnionych danych z sieci. Reaktywne działanie i blokowanie kont na Twitterze, które dystrybuowały linki do danych, można uznać za daremne. Służby powinny zbierać informacje o zagrożeniach, wykryć udostępnione publicznie dane na wczesnym etapie i zablokować do nich dostęp. Atak prawdopodobnie nie został wykryty przez służby (lub właściwie oceniony), bo dostępność danych w Internecie przez wiele tygodni wskazuje, że nikt nie zauważył nie szukał wskaźników takiego wycieku w sieci (albo robił to nieskutecznie). Charakter zdarzenia i jego organizacja może świadczyć o ponadprzeciętnych zdolnościach organizacyjnych i zasobach atakującego – istnieje szansa na udział lub inspiracje obcych służb specjalnych.

 

Marcin Ludwiszewski

Dyrektor, lider obszaru cyberbezpieczeństwa w Deloitte

 Od kilku dni w Katowicach goście z całego świata dyskutują o możliwościach i regułach wdrożenia porozumienia paryskiego. Julia Patorska z Deloitte także miała okazję tam być, tuż po rozpoczęciu szczytu klimatycznego i poczuć atmosferę troski o naszą planetę. Jej wrażenia – jak sama informuje – z tych pierwszych dni były optymistyczne – tyle tysięcy osób, które podróżowały z najodleglejszych zakątków świata musi wierzyć, że jesteśmy w stanie doprowadzić do zmiany. Inaczej podróż ta poszłaby na marne.

Czym jest szczyt klimatyczny?

Szczyty klimatyczne organizowane są od 1992 r. na mocy Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych ds. Zmian Klimatu (ang: United Nations Framework Convention on Climate Change – UNFCCC), podpisanej na tzw. Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro. Konwencja ta określa zasady współpracy międzynarodowej w zakresie ograniczenia emisji odpowiedzialnych za zjawisko zmian klimatu. Już po raz trzeci szczyt klimatyczny jest organizowany w Polsce, tym razem wydaje się, że ma on wyjątkowe znaczenie. Po porozumieniu paryskim, gdzie strony konwencji zobowiązały się ograniczyć emisję CO2 w taki sposób, by wzrost temperatury na świecie ograniczyć do 1,5-2 st. C. do 2100 r., nadszedł czas na konkretne ustalenia jak to zrobić. Trudność polega na tym, że choć cel jest zbieżny i wydaje się, że powszechnie zrozumiały, to jednak sposoby jego realizacji będą musiały być różne i uzależnione od specyfiki każdego kraju. Do rozstrzygnięcia wciąż pozostaje także kwestia, kto poniesie ciężar finansowy koniecznej zmiany, bo choć w długiej perspektywie jest to przedsięwzięcie, którego korzyści ekonomiczne przewyższą koszty, to jednak niezbędne są inwestycje już teraz, aby doprowadzić do koniecznych zmian.

Niejednoznaczna rola Polski na COP24

Na tegorocznym szczycie klimatycznym na uwagę zasługuje rola Polski. Jest ona szczególna, choćby ze względu na to, że to my gościmy uczestników szczytu. Mogłoby to wskazywać na dobre intencje i pełne poparcie dla celów tego ogromnego przedsięwzięcia. Ale wybór miejsca i niektóre deklaracje przedstawicieli naszego kraju  zaskakują nawet największych sceptyków. Równocześnie w kuluarach widać coraz większe zrozumienie dla zmian i wewnętrzne przekonanie wielu przedstawicieli dużego biznesu, że transformacja myślenia o korzystaniu ze środowiska prędzej czy później się zrealizuje. Nie jesteśmy bowiem samotną wyspą i jeśli chcemy być częścią globalnej gospodarki, to musimy przyjmować jej reguły. Potwierdził to sam premier, podkreślając, że zależność Polski od węgla będzie coraz mniejsza, wskazując jednocześnie chęć inwestycji w morskie farmy wiatrowe, elektromobilność, fotowoltaikę oraz energetykę jądrową.

COP to nie tylko klimat

Choć podstawowym celem konwencji jest ustanowienie zasad współpracy i działania na rzecz ograniczenia zmian klimatycznych, jest to także świetna okazja do  wymiany wiedzy w zakresie stosowanych narzędzi, najnowszych technologii czy idei wspierających osiągnięcie głównego założenia. Szereg państw, instytucji międzynarodowych, organizacji pozarządowych dzieli się swoimi doświadczeniami oraz strategiami działań. Gigantyczna logistycznie operacja tym samym może przynieść nie tylko konkretne ustalenia w zakresie dojścia do ograniczenia globalnego ocieplenia, ale także wspiera kontakty międzynarodowe i transfer wiedzy. W trakcie pobocznych wydarzeń, projekcji filmowych, prezentacji i dyskusji dostrzegłam ten wspólny mianownik – myśl o zrównoważonym rozwoju. I to bez względu, czy mowa była o smogu, elektromobilności, lasach czy gospodarce o obiegu zamkniętym. Ta ostatnia to temat szczególnie ważny.

Chociaż w ostatnich dekadach nastąpił skok w rozwoju gospodarek i jakości życia ludzi na świecie, możliwości regeneracyjne Ziemi nie pozwalają już na rosnącą konsumpcję i niepożądane skutki dla środowiska. Konieczne są kroki naprawcze. Gdyby cała populacja Ziemi żyła na tym samym poziomie co kraje o wysokich dochodach, to konsumowalibyśmy blisko 4 razy więcej zasobów naturalnych niż jest dostępnych – to jeden z wniosków, który Deloitte przedstawił w raporcie „Zamknięty obieg, otwarte możliwości” przygotowanym we współpracy z licznymi partnerami biznesowymi i instytucjonalnymi, dla których ważna jest zmiana.  Raport po raz pierwszy był prezentowany na zakończonej właśnie konferencji EEC Green w Katowicach.

Odpowiedzią na stojące przed nami wyzwania może stać się właśnie gospodarka o obiegu zamkniętym, bo umożliwia wzrost gospodarczy przy jednoczesnym zmniejszeniu i optymalizacji zużycia zasobów, głęboko przekształca schematy łańcuchów produkcji i konsumpcji oraz projektuje na nowo modele biznesowe.

Co więcej, korzyści możemy oczekiwać nie tylko dla środowiska, ale także dla gospodarek krajowych i przedsiębiorstw. Szansa jest ogromna – szacunki pokazują, że stosując zasady gospodarki o obiegu zamkniętym w najbardziej perspektywicznych sektorach, Unia Europejska mogłaby sięgnąć po roczne oszczędności rzędu 630 mld USD netto, tj. około 3 proc. PKB. Uwolnione środki będą mogły być zaangażowane do dalszego wzrostu innowacyjności w Polsce. Nasze wyliczenia pokazują, że w dłuższym okresie, redukcja zużycia materiałów i energii o 1 proc. we wszystkich sektorach mogłaby wygenerować dla polskiej gospodarki całkowitą wartość dodaną równą 19,5 mld zł. Model gospodarki o obiegu zamkniętym sprzyja realizacji celów zrównoważonego rozwoju i wpisuje się w globalną politykę klimatyczną. Przejście na GOZ może doprowadzić do obniżenia o co najmniej jedną trzecią emisji dwutlenku węgla lub jego równoważnika związanych z konsumpcją w UE.

Podczas środowego Dnia Innowacji w Pawilonie Europejskim COP24, minister Jadwiga Emilewicz zapowiedziała prace nad rozwiązaniami legislacyjnymi wdrażającymi założenia gospodarki o obiegu zamkniętym.  Mają one dotyczyć, np. polityki zarządzania odpadami czy odpowiedzialności producenta za pełen cykl życia produktu. Dodała, że kluczową rolę w tym procesie odegrają innowacje. To bardzo ważny punkt, bo choć istnieją̨ już technologie umożliwiające wprowadzenie w życie niektórych rozwiązań gospodarki o obiegu zamkniętym, wiele wyzwań, takich jak np. koszty, konieczność przeprowadzenia zmian organizacyjnych i brak wykwalifikowanych pracownikówstanowią trudne do pokonania bariery dla wielu zainteresowanych ideą. Wspólne działania sektora publicznego, prywatnego i organizacji pozarządowych mogą te bariery skutecznie zniwelować i doprowadzić do wykorzystania pełnego potencjału gospodarki o obiegu zamkniętym. Na co bardzo liczę.

I chociaż nie wiemy jeszcze jaki będzie finał głównych negocjacji szczytu klimatycznego, to sama już mnogość inspirujących dyskusji, ważnych deklaracji i konkretnych działań na rzecz lepszych relacji między środowiskiem naturalnym, działalnością człowieka oraz rozwojem technologicznym napawa optymizmem co do przyszłości.

Komentarz ekonomiczny Julii Patorskiej – Liderki zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte

W Polsce w 2017 roku za metr kwadratowy nowego mieszkania trzeba było zapłacić średnio 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. W Warszawie cena ta wyniosła 1 847 euro. Dla porównania średni koszt zakupu metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu wynosi ponad 16,5 tys. euro, a w Paryżu – 10,7 tys. euro. Jak wynika z siódmej edycji raportu firmy doradczej Deloitte „Property Index. Overview of European Residential Markets. Affordable vs. Luxury Living” deweloperzy w całej Europie muszą brać pod uwagę zmieniającą się sytuację demograficzną, w tym rosnący udział pokolenia Y.

Raport Deloitte podsumowuje sytuację na rynku nieruchomości największych miast w czternastu krajach Unii Europejskiej. – Postępująca globalizacja, przepływ kapitału i siły roboczej oraz t zmiany demograficzne kształtują dzisiaj rynek nieruchomości. Młodzi ludzie, czyli millenialsi, w przeciwieństwie do swoich rodziców, nie są już skłonni do zaciągania wieloletnich zobowiązań finansowych na zakup własnego M4. W zamian poszukują nowych, bardziej elastycznych form zamieszkania w duchu ekonomii współdzielenia, ale za to w atrakcyjnych dla siebie lokalizacjach. To z kolei musi wpływać na ofertę developerów. – mówi Maciej Krasoń, Partner w Dziale Audit & Assurance Deloitte, Lider Zespołu ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. – Większa mobilność pracowników i wysokie ceny kupna nieruchomości mają duży wpływ na rosnący udział w rynku mieszkań na wynajmem. Z drugiej strony deweloperzy, wychodząc naprzeciw potrzebom klientów, stawiają na coraz bardziej zindywidualizowane i luksusowe projekty, które są w stanie zaspokoić najbardziej wymagające gusta. Należy się więc spodziewać, że rynek nieruchomości luksusowych będzie rósł – dodaje.

Warszawa coraz droższa

Wśród najdroższych metropolii w analizowanych krajach, tuż za centralnym Londynem (16,5 tys. euro za m2) i centralnymi dzielnicami Paryża (10,7 tys. euro za m2), znalazło się Monachium z ceną 7,5 tys. euro za m2. Z kolei najtańsze mieszkania można znaleźć w dwóch węgierskich miastach Debreczynie (1 080 euro za m2) i Győr (1 142 euro za m2).

W porównaniu z 2016 rokiem cena metra kwadratowego w Warszawie wzrosła średnio o 6,8 proc. i wynosi 1 847 euro za m2. Raport pokazuje również poziom cen dla trzech innych polskich miast: Krakowa (1 592 euro za m2 ), Wrocławia (1 515 euro za m2) oraz Łodzi (1 186 euro za m2).

Spośród stolic w regionie Europy Środkowej najdroższa jest Praga, gdzie zakup mieszkania to koszt rzędu 2 587 euro za m2. Najtaniej natomiast jest w Budapeszcie (1 643 euro za m2) i w Rydze (1 621 euro za m2). Największy wzrost spośród europejskich stolic, bo aż o 17 proc. odnotował Madryt. Na przeciwległym biegunie znalazły się centralne dzielnice Paryża, gdzie ceny spadły średnio o 13,6 proc.

W ubiegłym roku w Polsce ponownie zanotowano rekordową sprzedaż nowych mieszkań. W sześciu największych aglomeracjach sprzedano ich 72,8 tys. czyli o 15 proc. więcej niż 2016 roku. – Wysoki popyt był wynikiem ciągłego wzrostu polskiej gospodarki, w tym bardzo niskiej stopy bezrobocia, rosnących wynagrodzeń oraz stabilnych i niskich stóp procentowych – wyjaśnia Maciej Krasoń.

W jakim mieście za wynajmem mieszkania zapłacimy najwięcej? Tu także zaskoczeń nie ma. Za wynajem metra kwadratowego w centralnych dzielnicach Londynu czy Paryża zapłacimy powyżej 26 euro miesięcznie. Warszawa z 14,8 euro za metr kwadratowy mieści się pośrodku przedziału rynkowego. We Wrocławiu jest to 11,1 euro, Krakowie 8,7 euro, a w Łodzi 7,8 euro. Najtaniej wynająć mieszkanie można w czeskiej Ostrawie. W tym mieście miesięczny wynajem to koszt średnio 6 euro za metr kwadratowy.

Zobacz także:

Czy zbliża się koniec boomu mieszkaniowego?

Ceny mieszkań w Polsce rosną

Ceny nieruchomości w Warszawie plasują się na poziomie 140 proc. średniej ceny mieszkań w Polsce. Największe różnice w tym obszarze są widoczne w centralnych dzielnicach Londynu, w których ceny mieszkań to 376 proc. średniej ceny nieruchomości w Wielkiej Brytanii. W przypadku Paryża i Francji wskaźnik ten wynosi 261 proc. Z kolei w czeskiej Ostrawie ceny mieszkań stanowią średnio 60 proc. w stosunku do średniej ceny metra kwadratowego w Czechach.

Średnia cena metra kwadratowego w Polsce wynosiła w ubiegłym roku 1 321 euro, czyli o 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Spośród analizowanych krajów taniej jest tylko na Węgrzech. Najdrożej jest za to w Wielkiej Brytanii i Francji gdzie za metr kwadratowy trzeba zapłacić średnio prawie cztery razy więcej. Oprócz Polski najwyższe wzrosty rok do roku odnotowano w Niemczech (9,6 proc.), Czechach (8,4 proc.) oraz Danii ( 5,9 proc.). Z kolei największe spadki cen dotyczą Wielkiej Brytanii (o5 proc.), co wiąże się głównie z deprecjacją funta.

Wzrost cen mieszkań w Polsce jest rezultatem silnego popytu i cały czas relatywnie niskiej podaży w ostatnich latach. Nie bez znaczenia były także wdrożone wcześniej programy rządowe „MdM” (Mieszkanie dla Młodych), obecnie zastąpiony przez „Mieszkanie Plus” oraz „Rodzina 500+”, który wpłynął na wzrost siły nabywczej ludności – mówi Marta Jurek, Menedżer w Dziale Audit & Assurance Deloitte, rzeczoznawca majątkowy w Zespole ds. Nieruchomości i Budownictwa w Polsce.

Mieszkań przybywa, ale wciąż za mało

W roku 2017 średnie zasoby mieszkaniowe dla krajów Unii Europejskiej wyniosły 489,4 mieszkań na tysiąc mieszkańców. Największymi zasobami może pochwalić się Hiszpania (549,7). Spośród wszystkich analizowanych krajów najmniej mieszkań jest w Polsce, gdzie wskaźnik ten wynosi 376 mieszkań na tysiąc mieszkańców. W całej Unii Europejskiej jest do dyspozycji 249,7 mln mieszkań, z czego 14,5 mln przypada na Polskę.

W 2017 roku średnia liczba nowo oddanych mieszkań przypadających na tysiąc mieszkańców wyniosła dla krajów UE3,2. Podobna wartość dotyczy analizowanych w raporcie państw. Krajem, w którym do użytku oddano najwięcej mieszkań jest Francja (7,4 mieszkań oddanych do użytku w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców). Z kolei najgorsze wyniki w tej kategorii odnotowano na Łotwie (0,8 mieszkań na tysiąc mieszkańców). Polska z wynikiem 4,6 jest powyżej średniej unijnej, a to oznacza, że w ubiegłym roku na rynku znalazło się 178,5 tys. nowych mieszkań.

Jeżeli chodzi o liczbę mieszkań będących w budowie, przypadających na tysiąc mieszkańców, to średnia dla wszystkich analizowanych krajów wynosi 3,8. Pod tym względem Polska jest również powyżej średniej z wynikiem 5,4 (rok wcześniej 4,5). W tej kategorii przoduje Austria (8,6) a najniższy wskaźnik zanotowały Włochy (0,9).

Kredyty hipoteczne sposobem na własne „M”

Biorąc pod uwagę wysokość średniej rocznej pensji brutto w danym kraju, najszybciej na własne mieszkanie mogą sobie pozwolić Belgowie, których już po trzech latach i siedmiu miesiącach pracy byłoby stać na 70-metrowe lokum. Mieszkańcy Czech muszą swoją pensję brutto odkładać w całości aż ponad jedenaście lat. W Polsce z kolei potrzeba na to 7,5 lat. Należy pamiętać, że faktyczna siła nabywcza w zależności od obciążeń pensji brutto w różnych krajach może się różnić, jednak dla potrzeb tego badania przejęto założenie, które umożliwia porównanie.

Ważnym wskaźnikiem na rynku nieruchomości jest zadłużenie związane z zaciąganiem kredytów hipotecznych i porównaniem ich wolumenu do PKB. Wartości tego wskaźnika w poszczególnych krajach znacznie od siebie odbiegały. Państwem o najniższym poziomie zadłużenia były w ubiegłym roku Węgry (22,4 proc.). Pozostałe kraje regionu Europy Środkowej: Polska, Czechy oraz Łotwa znalazły się w grupie państw wraz z Włochami i Austrią, w których poziomy zadłużenia uplasowały się poniżej 50 proc.W przypadku naszego kraju jest to poziom 35,8 proc. Najwyższe zadłużenie, blisko 200 proc., zaobserwowano na stabilnych i nasyconych rynkach mieszkaniowych Holandii i Danii, gdzie funkcjonują sprawne systemy hipoteczne.

W jakich krajach można liczyć na najniższe oprocentowanie kredytów hipotecznych? W 2017 roku była to Portugalia, gdzie kredyty były oprocentowane w wysokości średnio 1 proc. W przypadku Polski było to średnio 4,6 proc. Z najwyższym oprocentowaniem w wysokości 4,9 proc., musieli liczyć się Węgrzy.

O raporcie:

Raport „Property Index. Overview of European Residential Markets” został przygotowany przez Deloitte Czechy.  Eksperci Deloitte przeanalizowali rynek mieszkań w 2017 roku w czternastu krajach UE (Austria, Belgia, Czechy, Dania, Francja, Holandia, Łotwa, Niemcy, Węgry, Włochy, Polska, Portugalia, Hiszpania, Wielka Brytania). Raport do pobrania dostępny jest tutaj.

Źródło: Deloitte

Według badania Deloitte 93 proc. organizacji używa już lub planuje używanie rozwiązań przetwarzania danych w chmurze. Niebawem inwestycje w ten rodzaj usługi będą stanowiły niemal połowę wydatków firm na IT.

Firmy zmieniły swój sposób postrzegania chmury. Nie jest już ona wyłącznie elementem infrastruktury IT. Inwestycje w chmurę zaczynają być koniecznym elementem biznesu, poprawiającym jego wydajność i wspierającym innowację. Z badania firmy doradczej Deloitte „Oustourcing Survey 2018. Traditional outsourcing is dead. Long live disruptive outsourcing” wynika, że najważniejszymi powodami wdrażania tego rozwiązania są przyspieszenie innowacji technologicznej, umożliwienie szybszego wprowadzania usług i produktów na rynek oraz poprawa wydajności.

Deloitte przeprowadził badanie rynku outsourcingu wśród 521 liderów i przedstawicieli kadry kierowniczej wiodących firm, działających w 6 branżach – technologia/media/telekomunikacja, usługi finansowe, dobra konsumenckie, energetyka, surowce i przemysł, administracja i sektor publiczny oraz life sciences i ochrona zdrowia. Większość (86 proc.) respondentów pracuje w organizacjach, których roczne przychody przekraczają miliard dolarów.

Zobacz też:

Rekrutacja 2.0, czyli, czego oczekuje pracownik, a co może zaoferować pracodawca

Odpowiadając na pytanie dotyczące obszarów, na które ankietowani szczególnie zwracają uwagę przy rozważaniu i kontraktowaniu usług chmurowych, dwie trzecie z nich (68 proc.) wskazuje bezpieczeństwo danych. –  Z jednej strony obawiamy się nowych rozwiązań, a z drugiej często jest tak, że znamy i akceptujemy słabe strony swojej infrastruktury do czasu wystąpienia incydentu. Jednocześnie zdarza się, że dane, które przetwarzamy są nieustrukturyzowane, rozsiane w niezliczonej ilości folderów, poczcie elektronicznej, na laptopach i urządzeniach mobilnych. Zapanowanie nad niespójnością zabezpieczeń oraz  chaosem informacyjnym w tradycyjnym modelu jest coraz trudniejsze i kosztowniejszemówi Marcin Lisiecki, Starszy Menedżer w dziale Cyberbezpieczeństwa, Deloitte. Jak dodaje, właśnie rozwiązania pozwalające na inwentaryzację danych, ich klasyfikację, szyfrowanie i bezpieczne współdzielenie się nimi  są coraz częściej standardowymi komponentami  chmury.

Podczas wdrażania tego typu rozwiązań ankietowani za istotne kwestie uznali również odporność na zagrożenia oraz awarie i wydajność (45 proc.) oraz zgodność dostawcy i rozwiązania z wymogami regulacyjnymi (39 proc. ) jako obszary szczególnej wagi.

– Trzeba zdawać sobie sprawę, że tylko największe firmy stać na wdrożenie takich zabezpieczeń technologicznych, jakie mają czołowi dostawcy chmury. Można założyć, że własne środowisko IT przeciętnej firmy jest gorzej zabezpieczone niż jej zasoby w chmurze. Ale trzeba pamiętać, że same techniczne zabezpieczenia to nie wszystko i że bezpieczeństwem w chmurze również trzeba umieć zarządzać. To dla wielu organizacji może być jeszcze wyzwaniem. Podobnie jest ze spełnieniem wymagań regulacyjnych – w większości przypadków wdrożenie chmury nie powinno odbywać się w sprzeczności z regulacjami.  Wymagane jest jednak dostosowanie podejścia, procesów zarządczych oraz umiejętność wykazania zgodności regulatorowi, co stanowi nowe wyzwania, z którymi firmy mają jeszcze niewielkie doświadczenie – dodaje Marcin Lisiecki.

Zobacz też:

Czy można skutecznie rekrutować pracowników za pomocą gier instalowanych na urządzeniach mobilnych?

Pytani o praktyczne wyzwania podczas implementacji chmury ankietowani wskazują na migrację danych (58 proc.) i wymagania bezpieczeństwa (56 proc.). W dalszej kolejności przywołują optymalizację systemów (modyfikację, aby wykorzystać możliwości chmury – np. w kontekście autoskalowania)
(44 proc.), zapewnienie zgodności z regulacjami (40 proc.) i znalezienie zastosowania dla infrastruktury pozostałej po przeniesieniu systemów do chmury (40 proc.).

 

Katalizator innowacji

64 proc. liderów, którzy zdecydowali się na wprowadzenie w swoich firmach rozwiązań chmurowych traktowało je jak niezbędny katalizator innowacji IT, dla 63 proc. celem adopcji chmury było umożliwienie szybszego wprowadzania produktów czy usług na rynek.

– Chmura przestała być postrzegana wyłącznie w kontekście infrastruktury IT organizacji. Odpowiedzi udzielone przez naszych ankietowanych wskazują wyraźnie, że wśród celów wdrażania chmury najmocniej wybrzmiewają te o charakterze biznesowym – wspomaganie innowacji i tzw. time-to-market, czyli czas od pomysłu do wprowadzenia produktu na rynek. Redukcję kosztów, czyli kwestię o której głównie mówiło się jeszcze kilka lat temu, wskazuje jedynie co trzeci ankietowany. Interesujące jest również to, że 38 proc. ankietowanych wskazuje poprawę odporności i bezpieczeństwa jako powód wdrażania chmury – mówi Jakub Garszyński, Lider usług Cloud, Deloitte.

2/3 badanych oczekuje redukcji kosztów operacyjnych IT w wyniku wdrożenia rozwiązań w chmurze. Co ciekawe, jednak 35 proc. ankietowanych spodziewa się, że koszty te wzrosną.– To pokazuje, że zarządy firm gotowe są powiększyć budżet operacyjny IT, w zamian za wartość biznesową, elastyczność i łatwość wdrażania nowatorskich rozwiązań, którą daje chmura – dodaje Jakub Garszyński.

Zobacz też:

Informatyczna rewolucja: chmura coraz bardziej inteligentna

CIO inicjatorem zmian

Eksperci Deloitte wskazują, że najczęściej za inicjatywą wdrożenia chmury stoją dyrektorzy IT. Dzieje się tak w aż 60 proc. organizacji. Ale wartość Cloud docenia również reszta kadry kierowniczej. O wprowadzeniu tego rozwiązania decydują także – sami lub w porozumieniu z CIO – dyrektorzy generalni (37 proc.), a także dyrektorzy finansowi (20 proc.) i operacyjni (17 proc.). To dowodzi, że nie tylko eksperci branży IT widzą w rozwiązaniach chmurowych wartość i coraz częściej nie tylko oni są inicjatorami zmian. Według specjalistów Deloitte do zadań nowoczesnych dyrektorów IT należy nie tylko edukowanie zarządów firm w tematach technologicznych, ale także współtworzenie strategii biznesowej wykorzystując przewagi, które może dać technologia.

Jak wynika z badania Deloitte CIO Survey, dyrektorzy IT oczekują, że najbliższe trzy lata będą czasem podwojenia wydatków na rozwiązania oparte o chmurę, a zatem, że zwiększą się one z obecnych 22 do 44 proc. sumy wydatków na IT. Już obecnie prawie jedna trzecia CIO (32 proc.) odpowiedziała, że chmura wspiera aplikacje krytyczne dla biznesu. Należy oczekiwać, że ten odsetek będzie się zwiększał – firmy, wraz ze wzrostem zaufania do dostawców chmury oraz nabywaniem doświadczenia we wdrażaniu i zarządzaniu takimi rozwiązaniami, będą coraz chętniej wykorzystywać chmurę do krytycznych dla biznesu zastosowań – mówi Jakub Garszyński.

Raport do pobrania dostępny jest tutaj.

Rewolucja 4.0 nadaje coraz szybsze tempo otoczeniu rodzinnych przedsiębiorstw i powoduje zmiany w ich dotychczasowych modelach biznesowych.

W ciągu ostatnich trzech lat aż 65 proc. firm rodzinnych pomnożyło liczbę podmiotów, z którymi współpracują. To naturalny skutek powiększania się grona uczestników rynku, na którym coraz łatwiej się znaleźć, między innymi dzięki digitalizacji. Według ekspertów Deloitte, autorów raportu „Nowe pokolenie firm rodzinnych. Eksploracja środowisk biznesowych”, największym wyzwaniem dla rodzinnych przedsiębiorstw jest nauczenie się w jaki sposób radzić sobie w dynamicznie zmieniającym się otoczeniu rynkowym, zachowując jednocześnie swoją tożsamość i spójność, charakterystyczne dla tego rodzaju firm. Inaczej mówiąc – jak połączyć tradycję z nowoczesnością.

Raport został omówiony podczas spotkania prasowego w siedzibie Deloitte.

Eksperci Deloitte przeprowadzili badanie wśród 575 firm rodzinnych w 52 krajach, w tym także w Polsce. Ankietowani byli liderzy „nowego pokolenia”, czyli osoby, które kierują firmą od maksymalnie trzech lat lub w ciągu najbliższych trzech lat obejmą kierownicze stanowisko. Najstarsze z badanych firm miały ponad sto lat, najmłodsze – mniej niż dwadzieścia. Aż 56 proc. liderów firm rodzinnych widzi szansę na rozwój w swoim środowisku biznesowym, rozumianym jako zbiór organizacji współpracujących ze sobą w celu tworzenia nowych produktów i poszukiwania innowacji. Według ekspertów Deloitte za tym optymizmem nie idzie jednak pomysł na wykorzystanie zmian, których to środowisko doświadcza, czyli cyfrowych innowacji, nowych graczy i dynamicznej konkurencji. – Sposób prowadzenia rodzinnych przedsiębiorstw oparty przede wszystkim na długotrwałych relacjach i zaufaniu staje się niewystarczający. Tworzące się na rynku nowe, wzajemne powiązania i współzależności otwierają wiele możliwości rozwoju. Warto, aby liderzy nowego pokolenia dostrzegali zmiany w swoim środowisku biznesowym i wykorzystywali w pełni ich potencjał. W przeciwnym razie ustąpią na rynku miejsca konkurentom – mówi Adam Chróścielewski, Partner w Dziale Audytu, Lider praktyki ds. firm rodzinnych w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Zmiana ról i powiązań

Kontrastem dla długoterminowych, istniejących czasem przez pokolenia relacji jest nie tylko szybko zmieniające się nowoczesne środowisko biznesowe z wciąż rosnącą liczbą jego uczestników, ale również bardziej różnorodny charakter zależności – od konkurencyjnego do partnerskiego. Choć współpraca oparta na zaufaniu i silna kultura rodzinna nadal traktowane są jako przewaga konkurencyjna to otoczenie sprawia, że liderzy firm rodzinnych wchodzą także w zależności bardziej krótkoterminowe, częściej regulowane umowami prawnymi. Dynamika ich ekosystemu skraca czas na zbudowanie zaufania, ponadto rodzinne spółki stają się częścią coraz większych, powiązanych ze sobą grup biznesowych. Jak wynika z raportu Deloitte tego rodzaju firmy, zaraz po dostawcach i odbiorcach swoich usług, najczęściej współpracują z klientami swoich klientów (47 proc.), a także, nawet raz w tygodniu – współdziałają z konkurencją (42 proc.). –  Co ciekawe, firmy w Europie Środkowej obok swoich klientów i dostawców najczęściej współpracują z instytucjami finansowymi. Większość z nich kontaktuje się z tymi podmiotami regularnie, a 80 proc. co najmniej raz w miesiącu. Pozwala to sądzić, że uczestnicy rynków w Europie Środkowej mają mniej stabilną sytuację finansową i bardziej potrzebują wsparcia tych instytucji – mówi Adam Chróścielewski.

Pod kontrolą

Utrata dozoru nad rodzinnym przedsiębiorstwem jest jedną z obaw 32 proc. ankietowanych liderów. Takie zagrożenie w ich opinii generuje środowisko biznesowe. Przyczynami tych obaw może być strach przed przejęciem i angażowaniem się w relacje z siecią innych podmiotów. Pewne znaczenie mają tu także kwestie emocjonalne, kolidować ze sobą mogą więc dwa elementy: z jednej strony czynniki biznesowe, z drugiej poglądy członków rodziny. Potrzebny jest bardziej elastyczny sposób myślenia liderów, który pozwoli na rozszerzenie i zróżnicowanie typów relacji, które nawiązują. Dzięki temu w pełni wykorzystają możliwości, jakie oferuje ich otoczenie biznesowe. Taką potrzebę dostrzega już 70 proc. respondentów Deloitte, co znajduje odzwierciedlenie w rynku. Przejęcia były najczęstszym rodzajem łączenia się podmiotów. Za ich główny cel ankietowani wskazali osiągnięcie wzrostu i efekt skali. Z kolei dla 30 proc. argumentem był dostęp do innowacji. Choć w przeszłości firmy rodzinne postrzegane były jako niechętne do ryzykowania i zachowawcze, dziś ich obraz mocno ewoluował, a rodzinne przedsiębiorstwa należą do najbardziej prekursorskich organizacji na rynkach. Szybkie tempo zmian technologicznych z jednej strony staje na przeszkodzie zgromadzenia przez jedną organizację wszystkich koniecznych zasobów i możliwości, z drugiej jednak motywuje firmy do podejmowania wspólnych przedsięwzięć.

Niedoceniana technologia cyfrowa

Choć digitalizacja, poprzez integrację ludzi, firm i obiektów, przyczynia się do tworzenia nowych modeli biznesowych, wielu liderów wciąż nie uwzględnia wszystkich jej możliwości i wykorzystuje ją przede wszystkim do usprawnienia procesów w firmie (45 proc.). Jedynie dla 17 proc. badanych jest ona głównym sposobem na pozyskiwanie utalentowanych pracowników. – Wyniki dla Europy Środkowej odpowiadają wynikom uzyskanym na całym świecie. Nieco ponad połowa firm deklaruje, że posiada strategię cyfrową. Jej wdrożenie najbardziej utrudnia brak kompetencji zarządczych, technicznych oraz strategicznych. Deklaruje tak aż 87 proc. pytanych. Drugi powód, wskazywany przez 49 proc. ankietowanych liderów, to krótkoterminowa presja rynkowa i bezpieczeństwo – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider zespołu ds. cyfrowej strategii i transformacji, Deloitte.

Bycie członkiem szerokiej sieci biznesowych powiązań powinno zachęcać firmy do rozwinięcia technologii cyfrowej na inne obszary, takie jak innowacje, rozwój modeli biznesowych czy pozyskiwanie talentów. – Liderzy nowego pokolenia mają jeszcze jedno istotne zadanie – podzielenie się własną wiedzą o wartościach technologii cyfrowych z innymi członkami rodziny, zaangażowanymi we wspólny biznes
– dodaje Wojciech Górniak. Z raportu Deloitte wynika, że to właśnie nowe pokolenia mają największą świadomość wagi digitalizacji. Aż 45 proc. uważa, że ich świadomość w tym obszarze jest wysoka. Jednocześnie deklarują, że taki sam poziom świadomości ma jedynie 24 proc. członków ich rodzin działających we wspólnej firmie, a ponad połowa z nich (55 proc.) ma na ten temat niewielką wiedzę.

Jak wynika z raportu, liderzy rodzinnych przedsiębiorstw w kontekście cyfryzacji powinni zadać sobie pytania o cel i rolę firm, którymi kierują. Kluczowa jest wiedza jak digitalizacja może wpłynąć na model biznesowy ich przedsiębiorstwa, czy jak należy zmodyfikować jego strategię i działania. Specjaliści Deloitte przewidują, że cenne będzie tu – charakterystyczne dla firm rodzinnych – długoterminowe planowanie. Może być pomocne w przygotowaniu rodziny na zmiany i zabezpieczenie firmy przed ich skutkami.

Pełne korzystanie z możliwości, jakie daje dynamicznie rozwijające się środowisko biznesowe oznacza inwestowanie w technologie oraz wchodzenie w nowe relacje, partnerstwa i sojusze. Dla utrzymania pozycji lidera niezbędne jest wprowadzanie nowych produktów lub usług i wdrażanie innowacji. To wszystko wpływa nie tylko na finansowe i gospodarcze cele rodzinnych przedsiębiorstw, ale pomaga także w zachowaniu kontroli i autonomii w otaczającej je biznesowej rzeczywistości.

Raport do pobrania dostępny jest tutaj.

Rekordowa liczba 49 publikacji przedstawiających informacje niefinansowe firm i organizacji bierze udział w rywalizacji o nagrodę internautów w Konkursie „Raporty Społeczne 2018”. Głosowanie trwa do 17 września i odbywa się przez stronę www.raportyspoleczne.pl. Organizatorami Konkursu są Forum Odpowiedzialnego Biznesu i firma Deloitte.

W Konkursie „Raporty Społeczne” oceniane są raporty z zakresu społecznej odpowiedzialności/zrównoważonego rozwoju, raporty zintegrowane oraz sprawozdania na temat informacji niefinansowych. Do tegorocznej edycji zgłoszono 49 publikacji (48 firm i organizacji), co stanowi rekord w dwunastoletniej historii Konkursu. Na tę liczbę składają się między innymi 22 debiuty, 12 raportów zintegrowanych oraz 4 raporty instytucji pozabiznesowych.

W głosowaniu internautów udział można wziąć do 17 września poprzez formularz dostępny na stronie http://raportyspoleczne.pl/zaglosuj-na-raport/. Głos oddaje się na 3 publikacje. W formularzu należy również wpisać swój adres e-mail oraz określić grupę interesariuszy, do której należymy. Na koniec trzeba potwierdzić udział w głosowaniu poprzez kliknięcie linku przesłanego na podany adres e-mail. Dopiero wtedy głos zostanie zapisany w systemie.

Głosowanie internautów to bardzo ważny element Konkursu „Raporty Społeczne”. Umożliwia włączenie w proces dialogu z otoczeniem szerszego grona interesariuszy. Poprzez udział w głosowaniu pracownicy, konsumenci i kontrahenci mogą wyrazić opinię na temat działań prowadzonych przez organizacje biorące udział w konkursie. Te z kolei otrzymują informację zwrotną na temat tego czy skutecznie i wiarygodnie komunikują swoje inicjatywy z zakresu CSR i zrównoważonego rozwoju – mówi Tadeusz Joniewicz, menedżer projektów w Forum Odpowiedzialnego Biznesu, koordynator Konkursu Raporty Społeczne”. Warto wziąć udział w głosowaniu internautów by po prostu pokazać, które z raportów i działań firm nam się najbardziej podobają – zachęca Tadeusz Joniewicz.

Poza niezależnym jury oraz dziennikarzami, niezwykle ważną rolę w konkursie „Raporty Społeczne” odgrywają również internauci. W zeszłym roku w głosowaniu on-line swoją ocenę wyraziło ponad 13 tys. osób. Blisko 100-krotny wzrost liczby internautów przez ostatnie lata istnienia Konkursu pokazuje zwiększenie świadomości oraz zaangażowania interesariuszy w kształtowanie dobrych wzorców w zakresie zrównoważonego rozwoju i raportowania na polskim rynku. Zwycięzcy Konkursu „Raporty Społeczne” będą walczyć o nagrody w prestiżowym konkursie Deloitte Green Frog Award na najlepsze raporty społeczne i zintegrowane w Europie Środkowej i Wschodniej – mówi Maria Ibisz, menedżer w zespole Deloitte Sustainability Consulting Central Europe, koordynator konkursu Deloitte Green Frog Award, współkoordynator Konkursu „Raporty Społeczne”.

Lista firm i organizacji

Do 12. edycji Konkursu „Raporty Społeczne” swoje publikacje zgłosiły następujące podmioty (kolejność alfabetyczna):

  1. AmRest Holdings
  2. ANG Spółdzielnia
  3. ArcelorMittal Poland
  4. Bank BGŻ BNP Paribas
  5. Bank Millennium S.A.
  6. Budimex
  7. Carlsberg Polska
  8. CCC S.A.
  9. Credit Agricole Bank Polska S.A.
  10. Cyfrowy Polsat S.A. Grupa Polsat
  11. ENEA S.A. (raport i oświadczenie)
  12. Energa SA
  13. Fabryka Farb i Lakierów Śnieżka SA
  14. Fundacja Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa
  15. Fundacja im. Doktora Piotra Janaszka PODAJ DALEJ
  16. Fundacja Medicover
  17. Górażdże Cement SA
  18. Grupa Agora
  19. Grupa Allegro sp. z o.o.
  20. Grupa Azoty S.A.
  21. Grupa ERGO Hestia
  22. Grupa Kęty S.A.
  23. Grupa Nowy Styl
  24. Grupa VELUX i spółki siostrzane
  25. Idea Bank SA
  26. ING Bank Śląski S.A.
  27. InterKadra Sp. z o.o.
  28. Jastrzębska Spółka Węglowa SA
  29. KGHM Polska Miedź S.A.
  30. Kompania Piwowarska S.A.
  31. LPP
  32. mBank S.A.
  33. Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne – Łódź Spółka z o.o.
  34. Miejskie Zakłady Autobusowe Sp. z o.o.
  35. Mostostal Warszawa S.A.
  36. MPWiK S.A.
  37. Orange Polska
  38. PCC EXOL S.A.
  39. PGE Polska Grupa Energetyczna
  40. Polski Koncern Naftowy ORLEN S.A.
  41. Provident Polska S.A.
  42. Rawlplug S.A.
  43. Roche Polska Sp. z o.o.
  44. Tauron Polska Energia S.A.
  45. Urząd Transportu Kolejowego
  46. Veolia Energia Polska
  47. Zakład Utylizacyjny sp. z o.o.
  48. ZPUE Spółka Akcyjna

Z raportami zgłoszonymi do konkursu w 2018 roku i biorącymi udział w głosowaniu można zapoznać się poprzez Bibliotekę Raportów, dostępną na stronie: http://raportyspoleczne.pl/biblioteka-raportow/.

Kategorie Konkursu

Równocześnie z trwającym głosowaniem internautów toczą się prace jurorów, które pozwolą wybrać najlepsze raporty w pozostałych kategoriach: nagroda za najlepszy raport społeczny, nagroda za najlepszy raport zintegrowany, nagroda za najlepszy debiut oraz wyróżnienia. Nagrody i wyróżnienia przyzna również jury dziennikarskie, Minister Inwestycji i Rozwoju oraz Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie.

Konkurs Raporty Społeczne odbywa się od 2007 roku. Jego organizatorami są Stowarzyszenie Forum Odpowiedzialnego Biznesu i firma Deloitte. Strona internetowa konkursu: raportyspoleczne.pl.

***

Organizatorzy: Forum Odpowiedzialnego Biznesu, Deloitte

Patroni: Ministerstwo Finansów, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Stowarzyszenie Emitentów Giełdowych, Federacja Konsumentów, Giełda Papierów Wartościowych, Polska Izba Biegłych Rewidentów

Patroni medialni: PAP Biznes, PRoto, kampaniespoleczne.pl, eGospodarka.pl, My Company Polska, EURACTIV.pl, BE.NAVIGATOR, Log4.pl

***

Misją Forum Odpowiedzialnego Biznesu, największej organizacji pozarządowej zajmującej się CSR, jest działanie na rzecz zrównoważonego rozwoju, inspirowanie biznesu, który zmienia świat, łączenie ludzi, którzy zmieniają biznes. Stowarzyszenie powstało w 2000 roku z inicjatywy środowisk gospodarczych, akademickich i pozarządowych, posiada status organizacji pożytku publicznego. Od 2002 roku Forum jest narodowym partnerem CSR Europe – sieci organizacji promujących koncepcję odpowiedzialnego biznesu w Europie. Forum Odpowiedzialnego Biznesu jest pierwszą organizacją pozarządową w Polsce, która zajmuje się koncepcją społecznej odpowiedzialności biznesu (Corporate Social Responsibility, CSR) w kompleksowy sposób. Więcej na www.odpowiedzialnybiznes.pl.

Początek września to nie tylko przełomowy czas dla dzieci i ich rodziców, ale także dla handlowców. Powrót do szkół i innych placówek oświatowych oznacza wzmożony okres zakupów wyprawek szkolnych, odzieży oraz sprzętu sportowego i komputerowego. Jak wynika z corocznego badania firmy doradczej Deloitte „Back-to-School” tylko w USA wydatki na ten cel wyniosą niemal 28 mld dolarów, czyli średnio 510 dolarów na gospodarstwo domowe. Rok wcześniej było to 501 dolarów. Prawie jedna czwarta tej sumy trafi do sprzedawców internetowych. Badania pokazują, że koszt wyposażenia ucznia w Polsce to wydatek około 1 000 zł.

Rodzice uczestniczący w badaniu Deloitte deklarowali, że między lipcem a wrześniem większości zakupów dokonają w sklepach stacjonarnych (292 dolarów). Z kolei w sklepach internetowych mieli zamiar zostawić około 115 dolarów.

Amerykańscy respondenci nie byli zdecydowani, w jaki sposób wydadzą pozostałe 20 proc. swojego budżetu, co oznacza, że właściciele sklepów internetowych i stacjonarnych mogli stać się beneficjentami 5,5 mld dolarów. Ponadto ankietowani deklarowali, że ich dzieci będą miały wpływ na sposób wydatkowania 21 mld dolarów, czyli 75 proc. wszystkich wydatków na wyprawkę szkolną. – Tak duży wpływ dzieci na zakupy szkolne zupełnie nie dziwi. W związku z większą łatwością posługiwania się technologią i wyszukiwaniem informacji od kilku lat obserwujemy również w Polsce umacnianie się pozycji dzieci jako aktywnych doradców w podejmowaniu decyzji zakupowych w rodzinie i to w różnych kategoriach: spożywczej, elektronicznej, a nawet finansowej – mówi Patrycja Venulet, Dyrektor w dziale Brand Strategy & Consumer Insight, Deloitte. – W przypadku wyprawki szkolnej ich preferencje mają jeszcze większe znaczenie, ponieważ to dzieci są później użytkownikami produktów, dlatego zwracają szczególną uwagę na szczegóły – dodaje.

Największą popularnością wśród kupujących w Stanach Zjednoczonych cieszą się hipermarkety, z których oferty skorzysta 83 proc. respondentów. Na kolejnych miejscach znalazły się pozostałe sklepy z tanimi towarami typu „wszystko za dolara” (38 proc.), sklepy internetowe (36 proc.) i sklepy dyskontowe (32 proc.), które zepchnęły tradycyjnych sprzedawców na odleglejsze miejsca. Sklepy dyskontowe awansowały z 14. miejsca w roku 2016 na miejsce 4. w tym roku, podczas gdy domy towarowe spadły z 2. pozycji w roku 2016 na pozycję 6. – Można przypuszczać, że w Polsce dyskonty będą miały jeszcze wyższą pozycję w związku z ogromną popularnością i pokryciem kluczowych sieci dyskontowych, a z drugiej strony wciąż niskim udziałem sprzedaży online w ogólnych zakupach
– komentuje Patrycja Venulet. Chociaż sklepy oferujące towary w niższych cenach cieszą się coraz większą popularnością, to osoby udające się do sklepów tradycyjnych, np. domów towarowych, sklepów ze sprzętem elektronicznym i materiałami biurowymi dokonują większych zakupów w porównaniu z innymi miejscami, takimi jak hipermarkety. Osoby kupujące odzież lub akcesoria w takich sklepach przeznaczą na swoje zakupy średnio 234 dolary. Z kolei konsumenci dokonujący podobnych zakupów w domach towarowych wydadzą już 390 dolarów, a osoby kupujące artykuły w tzw. „sieciówkach”
– 338 dolarów.

Zobacz też:

Zastosowanie storytellingu w sprzedaży

Szkolny szczyt zakupowy

Więcej respondentów planuje dokonać zakupu produktów technologicznych w hipermarketach niż w sklepach RTV, jednak zakupy w sklepach oferujących elektronikę użytkową będą kosztowały średnio 430 dolarów, czyli o 100 dolarów więcej niż w hipermarketach (334 dolary). — Rodzice udający się na zakupy związane z wyprawką szkolną uważnie przyglądają się cenom, szukają promocji i najlepszych ofert w hipermarketach — mówi Patrycja Venulet. – Jednak gdy przyjrzymy się bliżej, zauważymy szereg różnic między sposobem dokonywania zakupów takich jak odzież, produkty technologiczne i artykuły szkolne przez osoby o niskich i wysokich dochodach. Sprzedawcy powinni zrozumieć, że w przypadku wyprawki szkolnej niska cena i kompleksowa oferta nie wystarczą – dodaje. Wyniki ankiety pokazują, że kluczem do sukcesu może okazać się po prostu najlepszy produkt lub najlepszy poziom obsługi w ramach różnych kategorii.

— Wydaje się, że zależność od urządzeń takich jak laptopy oraz od mediów społecznościowych osiągnęła punkt nasycenia w Stanach Zjednoczonych. Odsetek respondentów planujących dokonać zakupów, korzystając z komputera stacjonarnego lub laptopa spadła z 57 proc. w zeszłym roku do 49 proc. w tym roku. Do 53 proc. wzrósł natomiast odsetek osób dokonujących zakupów przez urządzenia mobilne. Głębsza analiza wyników pokazuje, że klienci czekają na kolejne zachęty ze strony technologii cyfrowych — mówi Olgierd Cygan, Lider Deloitte Digital w Europie Środkowej. Jak dodaje można się spodziewać, że następnym zadaniem sprzedawców będzie uatrakcyjnienie oferty skierowanej do rodziców udostępnianej kanałami mobilnymi.

W związku z tym, że dzieci w USA rozpoczynają rok szkolny na początku sierpnia, dla amerykańskich rodziców szczyt zakupowy nastąpił na przełomie lipca i sierpnia. – W Polsce największy ruch w sklepach związany z powrotem do szkoły następuje w sierpniu, a w związku z zakazem handlu w niedzielę wydaje się, że szczyt zakupowy może nastąpić na przełomie sierpnia i września, gdy jeszcze przed rozpoczęciem roku szkolnego mieliśmy kumulację dwóch handlowych weekendów. Jest to też ostatni dzwonek, więc presja zakupowa ze strony dzieci wzrasta – komentuje Patrycja Venulet.

Z danych CBOS wynika, że w ubiegłym roku szkolnym na zaspokojenie szkolnych potrzeb dzieci (podręczniki, przybory szkolne, mundurki, obowiązkowe opłaty, np. za ubezpieczenie, czesne, internat, stancję) polscy rodzice wydali średnio 1 003 zł, czyli przeciętnie o 100 złotych więcej niż rok wcześniej. Zresztą z roku na rok kwoty te są coraz wyższe[i]. W przypadku rodzin z jednym dzieckiem łączne wydatki na wyprawkę szkolną wyniosły średnio 686 zł, łącznie dla dwojga uczniów było to średnio 1 268 zł, natomiast w rodzinach z co najmniej trojgiem uczących się dzieci – 1 729 zł.

W tym roku finansowym wsparciem dla rodziców jest rządowy program „Dobry start”, czyli wypłata 300 zł na wyprawkę szkolną dla każdego ucznia. Świadczenie przysługuje każdemu dziecku do ukończenia 20 roku życia, a w przypadku dzieci niepełnosprawnych do 24 lat. Pieniądze otrzyma każdy, kto złoży wniosek, niezależnie od sytuacji materialnej, wysokości dochodu czy faktu pobierania innych świadczeń. Oznacza to, że wsparcie trafi do 4,5 miliona uczniów. W tym roku na program przeznaczono 1,4 mld zł, a do 24 sierpnia wypłacono na ten cel już 540 mln zł[ii].

Zobacz też:

3 kroki do bezpiecznej współpracy biznesowej, czyli jak sprawdzić wypłacalność kontrahenta

Informacje o badaniu

Doroczne badanie Deloitte zostało przeprowadzone drogą internetową przy użyciu niezależnego panelu badawczego w okresie od 31 maja do 6 czerwca 2018 r. Badanie objęło 1200 rodziców dzieci w wieku szkolnym. Granica błędu statystycznego wynosi mniej więcej trzy punkty procentowe. Wszyscy respondenci posiadali co najmniej jedno dziecko, które jesienią będzie uczęszczało do przedszkola, szkoły podstawowej lub średniej.

Raport do pobrania dostępny jest tutaj.

[i] https://www.cbos.pl/SPISKOM.POL/2017/K_144_17.PDF

[ii] https://www.mpips.gov.pl/aktualnosci-wszystkie/dobry-start/art,10186,dobry-start-wyrownuje-status-dzieci.html

Od 25 maja tego roku zacznie obowiązywać Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych (tzw. RODO). Dotyczy ono wszystkich, którzy przetwarzają dane osobowe w związku z prowadzoną działalnością gospodarczą.

Raport Deloitte pokazuje, że podejście do RODO i wydatki organizacji na ten cel w krajach EMEA są bardzo zróżnicowane. Ponad jedna trzecia respondentów (39 proc.) na dostosowanie się do nowych przepisów wydała lub zamierza wydać poniżej 100 tys. euro, a 15 proc. deklaruje wydatki przekraczające 5 mln euro. Nie ma zależności między wielkością organizacji (pod względem liczby zatrudnionych lub przychodów) a poziomem wydatków. W badaniu brały udział zarówno organizacje zatrudniające mniej niż 10 000 pracowników, których wydatki na osiągnięcie zgodności z RODO sięgają ponad 2,5 mln euro, jak i te, które zatrudniają ponad 50 000 pracowników, a na wdrożenie jego przepisów wydadzą mniej niż 250 000 euro. 

„Wzmożony” okres przygotowań

Większość organizacji wskazuje na brak wystarczającej ilości czasu na podjęcie niezbędnych działań w celu osiągnięcia zgodności z RODO przed wejściem w życie rozporządzenia. Tylko 15 proc. szacuje, że będzie w pełni zgodna z jego wymaganiami do maja 2018 r. Wyniki badania Deloitte pokazują, że firmy miały dwuletni okres przygotowawczy, a wciąż wykazują opieszałość w spełnieniu wymogów RODO. Jedna trzecia respondentów nie określiła jeszcze, ilu dodatkowych pracowników będzie musiała zatrudnić do zarządzania danymi zgodnie z przepisami RODO, a 45 proc. nie zweryfikowało podstaw prawnych do przetwarzania danych. Z drugiej strony ponad jedna trzecia firm (38 proc.) poważnie podchodzi do przygotowań i spodziewa się, że dokona przeglądu wszystkich umów dotyczących przetwarzania danych przed wejściem regulacji w życie.

– Z odpowiedzi respondentów wynika, że z uwagi na niejednoznaczność tekstu rozporządzenia oraz złożoność jego wymogów, wiele organizacji jest gotowa narazić się na ryzyko otrzymania kary lub utraty klientów. Ponad połowa ankietowanych (54 proc.) przyjrzała się uważniej wymogom RODO dopiero, gdy dowiedziała się o możliwości otrzymania kary w wysokości do 4 proc. globalnego obrotu firmy – zaznacza Agata Jankowska-Galińska, radca prawny w kancelarii Deloitte Legal.

Zgody klientów od nowa?

Zgoda na przetwarzanie danych jest jednym z wymogów, który może mieć bezpośredni wpływ na kontakty z klientami. Zaledwie 10 proc. respondentów uważa, że ​​ich aktualne zgody są wystarczające. Aż 57 proc. nie zdecydowało jeszcze w jaki sposób zapewnić, by ich procedury dotyczące tego obszaru spełniały wysokie standardy RODO.

 

 

Samochody autonomiczne czy car-sharing, czyli współdzielenie aut to zjawiska, które mają i będą mieć coraz większy wpływ na kształt rynku motoryzacyjnego. Auta wyposażone w szereg czujników bezpieczeństwa mogą obniżyć liczbę wypadków nawet o 90 proc. Zmiany te mają coraz większy wpływ na rynek ubezpieczeń komunikacyjnych. Jak wynika z analizy firmy doradczej Deloitte, firmy ubezpieczeniowe muszą przygotować się na wprowadzenie fundamentalnych zmian w ofercie ubezpieczeń komunikacyjnych, a także w obszarze oceny ryzyka, wyceny składki i modeli biznesowych.

 Ubezpieczenia komunikacyjne mają najwyższy udział w ubezpieczeniach majątkowych. W 2015 roku w skali globalnej wygenerowały one około 200 mld dolarów, czyli jedną trzecią wszystkich składek płaconych za ubezpieczenia majątkowe.

– Również w Polsce rynek ubezpieczeń komunikacyjnych jest jednym z wiodących. Jak wynika z raportu Deloitte dla Polskiej Izby Ubezpieczeniowej, po polskich drogach jeździ ponad 23 mln aut, a w 2016 roku wypłaty z tytułu OC i AC wyniosły 12 mld zł – mówi Krzysztof Stroiński, Partner, Lider Praktyki Ubezpieczeniowej w Europie Środkowej, Deloitte.

Jak samochody autonomiczne mogą wpłynąć na sytuację na drogach? Z szacunków wynika, że najeżone czujnikami auta mogą ograniczyć liczbę wypadków nawet o 90 proc.

– Co więcej w wielu krajach obserwujemy rosnące postawy proekologiczne, które wiążą się ze wzrostem awersji do posiadania własnego samochodu, a w konsekwencji z popularyzacją współużytkowania pojazdów i współdzielenia podróży, czyli tzw. car- i ride- sharingu. Jest to widoczne szczególnie w miastach. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na rynek ubezpieczeń – mówi Krzysztof Stroiński.

Nowe oblicze składki ubezpieczeniowej

Pojawienie się na drogach pojazdów autonomicznych i coraz większa popularyzacja car-sharingu wpłynie na wysokość składki ubezpieczeniowej płaconej przez kierowców. Z jednej strony zminimalizowanie błędów ludzkich, a co za tym idzie mniejsza liczba wypadków samochodowych mogą wpłynąć na zmniejszenie składek ubezpieczenia. Z kolei współdzielenie samochodów może zwiększyć składkę, ponieważ komercyjne wykorzystanie auta będzie negatywnie wpływało na jej wysokość.

 

 

Już za kilka dni 62 polskich sportowców rozpocznie zmagania podczas XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w koreańskim PyeongChang. Ich występy przed telewizorami śledzić będą miliony Polaków. 

Dla 13 proc. ankietowanych igrzyska olimpijskie są bardzo ważnym wydarzeniem, a 38 proc. ocenia tę imprezę jako ważną.

– Dla niemal połowy respondentów kluczowym kryterium wyboru oglądanych zawodów podczas igrzysk są występy polskiej reprezentacji. Czyli w Korei przed telewizory przyciągną nas występy Kamila Stocha i jego kolegów z drużyny, Justyny Kowalczyk czy też panczenistów. Z kolei dla 36 proc. ważne jest zainteresowanie daną dyscypliną sportu – mówi Marcin Diakonowicz, Partner, Lider grupy sportowej w Deloitte. Co czwarty badany przyznał, że istotnym kryterium wyboru obserwowanych zawodów są godziny transmisji. 

Igrzyska to duma i fair play

W oczach Polaków Igrzyska Olimpijskie, to przede wszystkim najważniejsza impreza sportowa na świecie. Taką odpowiedź wskazało 31 proc. respondentów. To również pole rywalizacji pomiędzy krajami, które reprezentują zawodnicy (32 proc.). Aspekt rywalizacji przejawia się również w skojarzeniach respondentów z polską reprezentacją olimpijską, a dokładnie w poczuciu dumy z sukcesów polskich sportowców (40 proc.).

– Co ważne rywalizacja olimpijska krzewi otwartość, współpracę i ducha fair-play, co w zestawieniu z dużym zasięgiem i skalą imprezy stanowi dobrą okazję do promocji tych wartości – mówi Ireneusz Kutyła, Dyrektor Marketingu, Polski Komitet Olimpijski. Zdaniem Polaków powołanie do reprezentacji otrzymują przede wszystkim najlepsi sportowcy (39 proc.), a zostanie olimpijczykiem to marzenie każdej osoby, która profesjonalnie uprawia sport (34 proc.). Kibicując polskim sportowcom czujemy dumę z tego, że jesteśmy Polką/Polakiem.

Kibicujemy przede wszystkim skoczkom

Najpopularniejszą dyscypliną sportową, którą Polacy śledzą, jest piłka nożna. Jej kibicami jest aż 42 proc. ankietowanych. Popularność pozostałych dyscyplin sportu wynika w dużej mierze z sukcesów, jakie polscy sportowcy w nich odnoszą. Wśród sportów zimowych największym zainteresowaniem cieszą się skoki narciarskie, które wraz z siatkówką znalazły się na drugim miejscu wśród najpopularniejszych dyscyplin (22 proc.). Oprócz skoków ze sportów, które będą obecne na zimowych igrzyskach Polacy wymieniają jeszcze biegi narciarskie (9 proc.), łyżwiarstwo figurowe (7 proc.) oraz narciarstwo alpejskie i dowolne (po 3 proc.). Polacy kibicują polskim sportowcom, siedząc głównie na kanapie w domu. Aż 42 proc. badanych przyznało, że śledzi zawody sportowe przynajmniej raz w miesiącu lub częściej dzięki relacjom w telewizji, radiu czy internecie. Relacje z poprzednich igrzysk olimpijskich w Soczi oglądało na głównych antenach TVP średnio 2 mln widzów. Najwięcej, bo ponad 10 mln osób, przyciągnęły zawody w skokach narciarskich, podczas których Kamil Stoch zdobył złoty medal. Jak wynika z badania Deloitte zaledwie, co trzeci badany przyznał, że kibicuje sportowcom na stadionie lub innym obiekcie sportowym.

 

 

Hasło „poświątecznych wyprzedaży” z roku na rok wykorzystywane jest w komunikacji z klientem przez coraz większą liczbę sklepów. Dotyczy to również sklepów internetowych, które starają się zachęcić klientów atrakcyjnymi ofertami. Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego Barometru Cenowego”, ceny w największych sklepach online z połowy stycznia 2018 roku w porównaniu z cenami z połowy listopada 2017 roku, spadły średnio o 7-8 proc. Analiza ofert 800 podmiotów branży e-commerce przeprowadzona przez Deloitte we współpracy z firmą Dealavo pokazała, że wbrew intensywnej komunikacji marketingowej klientom mogło być ciężko znaleźć produkty, które faktycznie były wysoko przecenione. Jedynie w kategorii gry komputerowe ceny niektórych pozycji były obniżone o ponad 50 proc.

Eksperci analizowali w okresie pomiędzy 17 listopada 2017 (tydzień przed Black Friday) a 18 stycznia 2018 roku ceny kategorii produktów, które w międzynarodowym badaniu Deloitte „Zakupy świąteczne 2017” Polacy wskazywali jako najczęściej wybierane przez nich prezenty dla najbliższych. Po świętach Bożego Narodzenia analiza skupiła się na ogłaszanych przez sprzedawców e-commerce noworocznych wyprzedażach. – Podobnie jak w ubiegłym roku właściciele sklepów online prowadzili bardzo intensywną komunikację marketingową, informującą o obniżkach sięgających nawet 90 proc. Klienci byli przyciągani również ofertami obniżek z okazji ferii czy promocji producenckich. Nasza analiza pokazała, że w większości wypadków były to jedynie zabiegi marketingowe – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte.

Do badania zostały wybrane najpopularniejsze produkty świąteczne z poniższych kategorii: gry komputerowe, konsole, AGD drobne, kosmetyki, książki, muzyka, okulary VR, perfumy, gry planszowe, smartfony, telewizory, zabawki oraz zegarki. Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices oferty konkretnych produktów z tych kategorii zostały wyszukane oraz podłączone do codziennego monitoringu. Łącznie przebadano ponad 150 produktów, które znajdują się w ofercie ponad 800 sklepów online. Ocenie podlegała tylko cena bez jakości serwisu, warunków zwrotu towaru, siły marki sklepu czy kosztów transportu.

Noworoczne obniżki o jeden grosz
Jak wynika z analizy ośmiu sklepów internetowych, które reklamowały się naprawdę dużymi obniżkami (komunikacja obniżek cenowych w okolicach 70 proc.), w ich ofercie w okresie noworocznych wyprzedaży można było znaleźć jedynie pojedyncze produkty, których ceny spadły o więcej niż 50 proc. Najczęściej były to gry komputerowe.

– Analizując strony internetowe największych sklepów komunikujących bardzo duże obniżki, nie zaobserwowaliśmy wyraźnych zależności pomiędzy rzeczywistymi ruchami cenowymi a przekazami reklamowymi. W rzeczywistości ciężko było odnaleźć artykuły, które były tak wysoko przecenione jak wynikało to z komunikatów marketingowych – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Z analizy Deloitte i Dealavo wynika, że w porównaniu do 17 listopada ub. r. w połowie stycznia br. ceny w największych sklepach online spadły o około 7-8 proc. Dla porównania w czasie Black Friday obniżki były jeszcze bardziej symboliczne i wynosiły 1-3 proc. Po zestawieniu cen z noworocznych wyprzedaży z tymi z okresu przed Black Friday, 39 proc. cen produktów zostało obniżonych (co najmniej o 1 grosz). Sklepy o najszerszym asortymencie obniżały ceny na około 50-60 proc. dostępnych produktów.

– To sugeruje, że sklepy rzeczywiście obniżają ceny w trakcie noworocznych wyprzedaży. Widzimy jednak, że sklepy robią to bardzo umiejętnie: reklamami, komunikacją i niskimi cenami na wybrane produkty przyciągają klientów, a ewentualne straty nadrabiają na pozostałych produktach, których obniżki nie dotyczą lub są nieznaczne – mówi Krzysztof Boś, Starszy Konsultant w Dziale Konsultingu Deloitte.

Taniejące smartfony
Eksperci Deloitte na podstawie danych Dealavo dokonali porównania cen minimalnych na każdy z 154 produktów. Jedną z kategorii, w której ceny minimalne były sukcesywnie obniżane w okresie na tydzień przed Black Friday do 18 stycznia 2018 r., były smartfony. Co ciekawe, około 30 proc. produktów było najtańszych w analizowanym okresie (do połowy stycznia) w połowie listopada, czyli na tydzień przed Black Friday. Natomiast 42,9 proc. produktów miało najniższe ceny właśnie w okresie wyprzedaży noworocznych. W ubiegłym roku było to 31,4 proc. – Patrząc na zachowania cen w ubiegłym i obecnym roku, ciężko jest dostrzec konkretny wzorzec i stwierdzić dla poszczególnych kategorii, kiedy i jakie produkty warto kupować, żeby nie przepłacić – podsumowuje Krzysztof Boś.

To osoby, które korzystają z usług bankowych za pośrednictwem kanałów tradycyjnych, ale wolałyby zostać użytkownikami bankowości internetowej i mobilnej. 

– Z naszego badania wynika, że niemal 30 proc. banków w Polsce traktuje dyrektywę PSD2 jako szansę, a 14 proc. jako zagrożenie dla swojej działalności. Z kolei 43 proc. ma do niej stosunek neutralny. Chcieliśmy przekonać się, które z tych podejść ma większe szanse powodzenia, więc sprawdziliśmy, czy i jak dużą grupę klientów wejście w życie PSD2 może skłonić do zmiany banku – mówi Grzegorz Cimochowski, Partner Deloitte, lider sektora instytucji finansowych w Polsce.

Zakładnicy oddziałów w Polsce

W Europie Środkowej najchętniej z internetowych i mobilnych usług bankowych korzystają czescy klienci. Polacy, Słowacy i Węgrzy są pod tym względem nieco mniej zaawansowani. Najbardziej przywiązani do oddziałów są z kolei klienci bankowi w Rumunii i Bułgarii.

W Polsce największą grupę klientów (47 proc.) stanowią osoby, które można określić mianem tradycyjnych. Korzystają z usług bankowych jedynie za pośrednictwem oddziałów lub nie są aktywni w żadnym z innych dostępnych kanałów (posiadają konto, korzystają z karty i na tym kończy się ich kontakt z bankiem). Z kolei 27 proc. można określić mianem wielokanałowych, czyli takich, którzy są aktywni we wszystkich lub co najmniej dwóch kanałach, w tym jednym online. Nieco mniejszą grupę, bo 26 proc. stanowią klienci cyfrowi, czyli tacy, którzy ze swoim bankiem mają kontakt jedynie za pośrednictwem komputera lub smartfonu.

Dane na wagę złota

Zdaniem ekspertów Deloitte przejęcie tych klientów może nie być jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać. Kluczowym punktem dyrektywy jest otwarcie rynku na nową kategorię instytucji płatniczych, tzw. Third Party Providers (TTP). Należą do nich instytucje inicjujące płatność i świadczące tę usługę w internecie w imieniu klienta oraz podmioty zapewniające konsumentowi kompleksowe informacje na temat jego rachunku lub rachunków bankowych. W Polsce 43 proc. badanych deklaruje, że nie byłaby to dla nich komfortowa sytuacja, gdyby musieli dzielić się z nimi danymi na temat swojego konta. Prawie jedna trzecia (31 proc.) do takiej aktywności miałaby stosunek neutralny, natomiast 26 proc. respondentów nie miałoby z tym problemu. Respondenci badania najchętniej informacjami na temat swojego konta dzieliliby się z bankami (26 proc.), pośrednikami płatności (23 proc.) oraz dostawcami mediów (23 proc.).

Zmiany na korzyść klientów

Wśród celów dyrektywy PSD2 można wymienić: sprzyjanie wzrostowi konkurencji na rynku usług płatniczych, przyczynienie się do konsolidacji jednolitego rynku tych usług na poziomie UE, wzrost ich innowacyjności, zapewnienie bezpieczeństwa oraz wzmocnienie ochrony klientów.

– 13 stycznia br. minął termin implementacji do krajowych porządków prawnych unijnej dyrektywy PSD2, jednak w Polsce nie została ona jeszcze wprowadzona. Projekt odpowiednich zmian do ustawy o usługach płatniczych znajduje się w Sejmie, więc jesteśmy na dobrej drodze do zakończenia ścieżki legislacyjnej, a opóźnienie nie powinno być duże. – komentuje Katarzyna Sawicka, ekspert w zespole finansów i bankowości kancelarii Deloitte Legal.

Projekt przewiduje sześciomiesięczne vacatio legis. Z kolei standardy techniczne PSD2, tzw. RTS, zaczną obowiązywać dopiero w trzecim lub czwartym kwartale 2019 roku.

– Banki już w czasie vacatio legis będą zobligowane do zaktualizowania umów z klientami o zmiany, które wprowadza PSD2. Dotyczą one m.in. skrócenia terminu na rozpatrywanie skarg klientów związanych z usługami płatniczymi z 30 do 15 dni, czy też nowych zasad obsługi płatności nieautoryzowanych – mówi Katarzyna Sawicka.

Biometria już na dobre wkracza do naszego życia. Nasze biodane są stosowane coraz częściej, m.in. do logowania się do urządzeń mobilnych, czy też w bankowości. Wykorzystaniem tego sposobu identyfikacji interesują się też instytucje państwowe, które w ten sposób chcą ułatwić życie obywatelom. Kwestią czasu jest powszechne zastąpienie nim kodów PIN i haseł. Jakie dane biometryczne mogą być wykorzystywane do identyfikacji?

Jak wynika z badania Visa, Europejczycy pozytywnie odnoszą się do biometrii. Ponad dwie trzecie konsumentów jest zainteresowanych wykorzystaniem jej jako metody uwierzytelniania, zwłaszcza w płatnościach. Potencjał tych rozwiązań widać także w szacunkach dotyczących wartości światowego rynku systemów biometrycznych. Jak wynika z raportu „Biometric System Market – Global Forecast to 2022” MarketsAndMarkets, wzrośnie ona z 10,7 mld dol. w roku 2015 do 32,7 mld dol. w 2022 roku.

– Biometria jest coraz częściej wykorzystywana nie tylko komercyjnie, ale także publicznie. Wystarczy wspomnieć, że wszystkie wydane po 2006 r. paszporty w Polsce mają wbudowany chip z zakodowanym odciskiem palca oraz dane dotyczące cech twarzy. Tę metodę identyfikacji wykorzystują również producenci smartfonów. Logowanie do telefonu za pomocą odcisku palca to już standard. Obecnie wprowadzane są jeszcze inne metody uwierzytelniania. Firma Samsung, w swoich ostatnich generacjach urządzeń mobilnych, wprowadziła funkcję identyfikacji użytkownika także po tęczówce oka. O krok dalej idzie firma Apple, która w swoich najnowszych smartfonach zaimplementowała trójwymiarowy skaner twarzy użytkownika, który działa nawet w ciemności – mówi Konrad Mirecki, CTO w Wonga.

Według szacunków Deloitte w 2020 r. przeciętny użytkownik będzie posiadał około 200 kont online. Nasze biodane stanowią alternatywę dla stosowania skomplikowanych haseł i kodów PIN, np. w bankowości, dlatego też za kilka lat zapewne stosowanie uproszczonej weryfikacji niewymagającej zapamiętywania haseł będzie powszechne.

Dane biometryczne to pojemne pojęcie, a odcisk palca czy skan tęczówki oka to nie jedyne sposoby identyfikacji z ich wykorzystaniem. Jak jeszcze maszyna może zweryfikować człowieka?

Linie papilarne i naczynia krwionośne

Odciski linii papilarnych to najbardziej znana metoda identyfikacji. Odcisk palca już w starożytnym Babilonie i Chinach służył jako potwierdzenie przeprowadzenia transakcji handlowej. Ta metoda znajduje zastosowanie również w kryminalistyce, a od pewnego czasu stosują ją również producenci urządzeń mobilnych. W wielu nowych modelach telefonów, jednym ze sposobów odblokowania urządzenia jest właśnie odcisk palca. Nawet nasz zamek od drzwi może poprosić o przyłożenie palca, jeśli zamontujemy zamek biometryczny.

Jak wynika z badania Visy, europejscy konsumenci najbardziej ufają właśnie tej formie uwierzytelniania. Na weryfikację linii papilarnych wskazało aż 81 proc. badanych. Taka sytuacja może mieć związek z powszechnym stosowaniem tej metody. Użytkownicy codziennie logują się w ten sposób do swoich smartfonów czy tabletów. Są już obeznani z tą technologią.

Innym rozwiązaniem służącym do identyfikacji są czytniki biometryczne w technologii Finger Vein. Umożliwia ona weryfikację osoby, dzięki wzorowi naczyń krwionośnych palca. Jest to unikalny dla każdego człowieka układ, którego praktycznie nie da się podrobić. Ta technologia wykorzystywana jest m.in. w niektórych bankomatach w Polsce.

Biometria głosowa

Barwa głosu każdego z nas jest wyjątkowa i niepowtarzalna. Dlatego uznano, że również głos może być podstawą skutecznej weryfikacji. Tak powstała biometria głosowa, która wykorzystuje zarówno cechy fizyczne, jak i indywidualne mowy. Analizowane są: akcent, szybkość mówienia, sposób wysławiania się. W ten sposób, nawet mimo choroby gardła, możliwa jest weryfikacja tożsamości osoby.

– Biometria głosowa jest już dobrze rozwinięta. Używana jest nie tylko w biznesie, ale także coraz częściej w warunkach domowych, np. w systemach do zarządzania mieszkaniem. Usługi oparte na tym rozwiązaniu są obecnie na tyle rozwinięte, że już w ciągu kilkudziesięciu sekund są w stanie zweryfikować tożsamość dzwoniącej osoby. Przykładowo, system biometrii głosowej wdrożonej w Banku Barclays rozpoznaje klientów w 95 proc. już podczas pierwszej rozmowy telefonicznej – mówi Konrad Mirecki, CTO w Wonga.

Rozpoznawanie twarzy

Bezinwazyjną i szybką metodą identyfikacji jest biometria twarzy. Wykorzystuje pomiary specyficznych cech jej układu. Analizowana jest np. odległość między oczami a nosem. Rozwijana jest także metoda eigenface, która grupuje twarze w oparciu o stopień ich dopasowania do stworzonych modeli. Metoda ta wykorzystywana jest np. w nowych paszportach.

Z biometrią twarzy łączy się również wykorzystanie właściwości oka. – Jest to coraz chętnie stosowana metoda, ponieważ w ciągu całego naszego życia niewiele się zmienia w budowie i wyglądzie narządu wzroku. Obecnie wykorzystywane są dwie metody: skanowanie tęczówki oka, a także siatkówki dna oka – mówi Konrad Mirecki z Wonga.

 

 

 

 

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Firmy muszą być bardziej ekologiczne

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emo...

5 trendów w branży płatności na 2020 rok

- W ciągu ostatnich pięciu lat zachowania i oczekiwania konsumentów radykalnie zmieniły sposób, w ja...

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dl...

Już co czwarty internauta w Polsce słucha podcastów

Już 27% internautów w Polsce słucha podcastów. Większość włącza je co najmniej raz w miesiącu, korzy...

Rośnie popularność inwestycji budowlanych typu mixed-use, czyli obiektów łączących w sobie r

Ograniczona przestrzeń w największych światowych ośrodkach miejskich sprawia, że architekci coraz od...