sobota, Październik 19, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "nowoczesne technologie"

nowoczesne technologie

Monitoring temperatury stworzony przez polską firmę Blulog jest używany do transportu oraz przechowywania leków i szczepionek w krajach trzeciego świata, m. in. w Afryce czy na Bliskim Wschodzie, co ma olbrzymie znaczenie w walce z epidemiami chorób. Rejestratory temperatury stworzone przez Polaków zyskały już certyfikację Światowej Organizacji Zdrowia działającej przy ONZ.

Polska firma Blulog opracowała nowoczesny system monitoringu temperatury kluczowy dla przechowywania i transportu leków. Rozwiązanie zostało już wykorzystane w wielu krajach świata, m. in. w kampaniach szczepionkowych przeciwko np. żółtej febrze czy odrze. Rejestratory opracowane przez rodzimych inżynierów otrzymały właśnie certyfikat Światowej Organizacji Zdrowia działającej przy ONZ.

Specjaliści z firmy Delloite szacują, że do roku 2020 wydatki na ochronę zdrowia wzrosną na świecie o 4,3% (dane: „Raport nt. służby zdrowia na świecie”, kwiecień 2017). W Europie Zachodniej przewidywany jest wzrost poniżej średniej światowej (4%), natomiast w Azji i Oceanii, Afryce i Bliskim Wschodzie przewiduje się wzrosty na poziomie odpowiednio: aż 5 i 4,2%, a w gospodarkach będących w fazie transformacji – aż 7,5%. Wśród przyczyn zwiększonych wydatków na ochronę zdrowia w Afryce czy Azji wskazuje się m.in.  potrzebę walki z epidemiami, np. żółtej febry czy odry w krajach trzeciego świata (według danych WHO przed kampaniami szczepionkowymi przeprowadzonymi po 1980 r. na odrę na świecie umierało aż 2,6 milionów ludzi rocznie).

O rozwój ochrony zdrowia oraz zapewnienie bezpieczeństwa zdrowotnego na świecie, od blisko 60 lat dba Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), jedna z ważniejszych komórek działających w systemie ONZ. Efektywność działań WHO zależy od wielu czynników: rozwoju i poprawy infrastruktury, efektywności służby zdrowia, stopnia wykorzystania innowacji klinicznych, systemów IT, ale też wprowadzenia nowoczesnych technologii, w tym metod dostarczania i przechowywania leków.

Szczepionki pod kontrolą

Dostawcy leków muszą bowiem sprostać rygorystycznym normom w transporcie i przechowywaniu medykamentów, które by zachować swoje właściwości muszą stale znajdować się w określonych warunkach – szczepionki powinny być przechowywane i transportowane wyłącznie w temperaturze od 2° do 8°C. Wykroczenia poza ten zakres mogą spowodować obniżenie bądź utratę skuteczności terapeutycznej farmaceutyków.

Sposób na kontrolę warunków transportu i przechowywania leków znalazła polsko-francuska firma Blulog, która stworzyła autorski system monitoringu temperatury działający w technologii M2M (machine to machine). Rejestratory wielkości karty kredytowej wykonujące pomiary co 10 minut, jednorazowa bateria na cały czas pracy, szyfrowanie danych magazynowanych w intuicyjnej aplikacji oraz gwarancja dokładności odczytów temperatury w całym zakresie pracy – tak w skrócie prezentuje się rozwiązanie wprowadzone na rynek przez Polaków. Jak system działa w praktyce?

Nasze rejestratory mierzą temperaturę z dokładnością +/- 0,2°C w zakresie od 0 do 30°C oraz +/-0,4°C w pozostałym przedziale. Szczegółowe dane są zbierane na bezpiecznym serwerze, a system samoczynnie generuje raporty oraz wykresy. Istotną zaletą jest otrzymywanie przez użytkownika powiadomień SMS lub e-mail o sytuacjach wystąpienia jakichkolwiek odchyleń w pracy systemu. Co ważne, to użytkownik wskazuje, w jakich przypadkach aplikacja wyśle powiadomienie Jérémy Laurens, CEO Blulog. Rejestratory mogą być montowane w chłodziarkach, pomieszczeniach personelu medycznego, lecz także w pojemnikach lub pojazdach służących do transportu leków.

Z certyfikatem WHO

Urządzenia opracowane przez Blulog najpierw zostały dotychczas wprowadzone do około 20 krajów rozwijających się i są używane w celu potwierdzenia warunków przechowywania szczepionek i innych leków dostarczanych przez organizacje non-profit, zajmujące się pomocą humanitarną. Co więcej ze wsparciem technologicznym polskiej firmy przeprowadzono ważne kampanie szczepionkowe przeciwko żółtej febrze i odrze.

Polski patent na mierzenie temperatury farmaceutyków został już oficjalnie opatrzony prestiżowym certyfikatem Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) w kategorii E006: Urządzenia do monitorowania temperatury, co może mieć spory wpływ na wzrost wykorzystania systemu w kolejnych krajach.

Inteligentny monitoring domu – w razie włamania, napadu, zaniku napięcia, pożaru czy innej sytuacji ryzykownej to dziś niezbędna ochrona w każdym domu. Stawiamy na firmę Konsalnet, ponieważ ich Stacja Monitorowania Alarmów działa przez całą dobę, dzięki czemu szybko podejmują interwencję.

Stosowane przez Konsalnet nowoczesne technologie i usługi zapewniają wzrost poziomu świadczonych usług monitorowania oraz ich automatyzację. W związku z silną konkurencyjnością oraz malejącymi stawkami cenowymi, to właśnie jakość oferowanych usług jest głównym czynnikiem wyróżniającym firmy ochrony na tle innych podmiotów z branży.

Firma Konsalnet od wielu lat obecna na polskim rynku ochrony, stawia na nowe technologie, związane z wideo monitoringiem oraz analizą obrazu.

ZALETY SMART OCHRONY KONSALNET

  • To właśnie smart ochrona jest niezbędna do utrzymania właściwego poziomu bezpieczeństwa. Nowe technologie  wspierają, a czasem po prostu zastępują pracownika ochrony.
  • Inteligentna analiza obrazu, która dokonywana jest dzięki oprogramowaniu, które zainstalowane jest w systemie monitoringu w obiektach chronionych – ogranicza żmudną i czasochłonną pracę człowieka analizującego czasem godzinami zapisy z kamer, by odnaleźć ten właściwy moment np. dokonania kradzieży. Dzięki parametrom, które wprowadzone są do systemu, może on sam znaleźć i zanalizować nagrany materiał.
  • Dzięki smart systemom możemy usłyszeć, że potencjalni sprawcy zostali zidentyfikowani w krótkim czasie po zdarzeniu i policja zaczęła już za nimi pościg.

Więcej informacji na konsalnet.pl

 

Nowelizacja prawa telekomunikacyjnego nie przyczyni się do efektywnego wykorzystania nowoczesnych technologii w sektorze telekomunikacyjnym – uważa Konfederacja Lewiatan.

– Nowe prawo telekomunikacyjne może utrudnić upowszechnienie udziału elektronicznego obiegu dokumentów w obrocie gospodarczym. Dziwi wprowadzanie dodatkowych utrudnień, poprzez np. zniesienie wygodnego i  chętnie wybieranego przez klientów trybu zmiany umowy przez telefon czy wprowadzenia obowiązku przekazywania regulaminów i cenników w formie papierowej każdorazowo, gdy klient zawiera umowę w formie pisemnej – mówi dr Aleksandra Musielak, radca prawny, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Oznacza to, że nawet jeśli klient zawierający w ten sposób umowę zażyczy sobie  cennika i regulaminu na e-mail, nie będzie mógł dostać tych dokumentów elektronicznie, jako że nowela przewiduje, że musi otrzymać je w formie papierowej.

Propozycje zmian w ustawie dotyczące Premium Rate (chodzi o usługi telekomunikacyjne o podwyższonej opłacie: konkursy i loterie SMS, pobieranie gier) nie rozwiążą rzeczywistych problemów konsumenckich na rynku takich usług.

– Wynika to głównie z tego, że przewidziane mechanizmy de facto nie obejmują i nie sankcjonują działań rzeczywistych oszustów, a wręcz przeciwnie pozwalają im nadal bezkarnie funkcjonować – dodaje dr Aleksandra Musielak.

Projekt przewiduje odpowiedzialność dostawcy usług telekomunikacyjnych  za umożliwienie świadczenia usługi o podwyższonej opłacie. Konfederacja Lewiatan uznaje za prawnie i logicznie niedopuszczalny mechanizm , w którym za naruszenie przepisów prawa odpowiedzialność (łącznie z karami) ponosić będzie podmiot inny niż sprawca naruszenia.

Planowana nowelizacja umożliwia w razie wykrycia przez prezesa UKE nieprawidłowości w działaniu danego operatora telekomunikacyjnego lub innego podmiotu podlegającego kontroli UKE, nałożenie kary niezależnie od zakończenia postepowania kontrolnego. Oznacza to, że usunięcie przez przedsiębiorcę nieprawidłowości w trakcie postępowania kontrolnego nie będzie chroniło przed karą.

Konfederacja Lewiatan proponuje zapewnienie odpowiedniego vacatio legis dla wprowadzanych przepisów, w szczególności okres 9 miesięcy na dostosowanie systemów IT dla potrzeb wdrożenia nowych rozwiązań z obszaru Premium Rate.

Wewnętrzne działy podatkowe w swojej pracy wykorzystują przede wszystkim systemy z bazami dokumentów (ich elektroniczny obieg), digitalizację zarządzania wiedzą i aplikacje mobilne. A w dużo mniejszym stopniu, big data i narzędzia oparte o chmurę obliczeniową.

Nowoczesne technologie coraz skuteczniej wykorzystywane są też przez organy podatkowe. Co w połączeniu z rosnącymi wymaganiami w zakresie transparentności rozliczeń podatkowych i obowiązków sprawozdawczych stawia przed podatnikami poważne wyzwania.

Z naszego badania wynika, że dyrektorzy podatkowi mają świadomość, że nowoczesne technologie stanowią jedno z najważniejszych rozwiązań, które pozwoli zniwelować efekty ostatnio wprowadzonych, jak i dopiero planowanych, zmian w raportowaniu podatkowym.

Jedną z zalet nowych technologii wskazanych przez dyrektorów podatkowych wyróżnić można przede wszystkim zwiększenie efektywności pracy, eliminację prostych błędów, redukcję kosztów i dostęp do szerszej gamy źródeł wiedzy.

Sprawozdawczość podatkowa w oparta na elektronicznym transferze danych, analiza dużych zbiorów danych i dążenie do coraz szerszej automatyzacji procesów podatkowych – to już nie odległa przyszłość lecz bieżąca rzeczywistość pracy w dziale podatkowym.

EFL w badaniu „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” zapytał przedsiębiorców z pokolenia Y o nowoczesne technologie, z jakich korzystają w swoich firmach. Blisko połowa wskazała na tradycyjne narzędzia jak sprzęt komputerowy, telefony, internet, co trzeci – na maszyny, zaawansowane programy i aplikacje, a co szósty – na technologie czerpiące z IT, m.in. nawigację, monitoring czy terminale płatnicze. Biorąc pod uwagę branże, z podstawowego IT najczęściej korzystają przedstawiciele firm usługowych. Natomiast z rozkładu odpowiedzi w podziale na grupy wiekowe wynika, że im młodszy właściciel przedsiębiorstwa, tym częściej korzysta z IT oraz zaawansowanych maszyn, aplikacji, programów.

EFL w badaniu „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” poprosił przedsiębiorczych Y, aby sami sprecyzowali, co rozumieją pod pojęciem nowoczesnych technologii nie czytając możliwych odpowiedzi. Co ciekawe, 12 proc. badanych wskazało, że w pracy nie wykorzystuje nowoczesnych technologii, a kolejne 15 proc. odpowiedziało, że nie wie. Wśród pozostałych rzuca się w oczy tradycyjne rozumienie tego pojęcia. Blisko połowa wskazywała na wykorzystywanie w pracy sprzętu komputerowego, telefonów komórkowych i narzędzi internetowych – najczęściej maili. Blisko co trzeci korzysta ze specjalistycznych maszyn oraz zaawansowanych programów i aplikacji. Rzadziej wskazywano na technologie czerpiące z IT takie jak nawigacja (np. w traktorach), monitoring, karty automatyczne (np. wstępu) czy wreszcie terminale płatnicze.

Marta Jasiukiewicz, partner Translation Street, podkreśla, że nowe technologie pomagają, bo dzięki nim klienci mają większe zaufanie i postrzegają firmę jako bardziej rzetelną i bezpieczną.

–  Nowoczesne technologie wykorzystujemy do przechowywania danych, archiwizowania ich oraz do ochrony danych klientów – to dla nas podstawowa higiena. Mamy właściwe oprogramowanie, odpowiednio zabezpieczoną stronę, sieć i serwery oraz informatyków, którzy pomagają nam dbać o najwyższy standard tej ochrony – mówi Marta Jasiukiewicz.

Im młodszy, tym bardziej cyfrowy

Rozkłady odpowiedzi w podziale na trzy grupy wiekowe pokazują wyraźnie tendencję, że im młodszy przedsiębiorca, tym jest bardziej za pan brat z nowymi technologiami. Najczęściej z podstawowego IT korzystają milenialsi do 24 roku życia (63 proc.), a zdecydowanie rzadziej przedsiębiorcy od 31 do 37 roku życia – 44 proc. odpowiedzi. Również z zaawansowanymi maszynami, aplikacjami i programami bardziej zaznajomione są najmłodsze Y, wśród których połowa korzysta z tego typu narzędzi technologicznych. W przypadku starszych kolegów-przedsiębiorców ten odsetek jest niższy i wynosi 29 proc. Najmłodsi rzadziej zaś korzystają z pochodnych IT, takich jak GPS, monitoring, terminale płatnicze.

Najbardziej technologiczne są firmy usługowe i z największymi obrotami

W ujęciu branżowym, z podstawowego IT najczęściej korzystają przedstawiciele firm usługowych (63 proc.) oraz produkcyjnych (52 proc.). Z maszyn oraz zaawansowanych technologii, programów i aplikacji najchętniej korzysta natomiast branża IT – 52 proc. Co zrozumiałe, widać wyraźnie, że dla tej branży podstawowe IT nie jest zaliczane do nowoczesnych technologii, gdyż jedynie 48 proc. wskazało, że mogłoby używać internetu, maili czy komputerów. Firmy niekorzystające z nowoczesnych technologii najczęściej można znaleźć wśród podmiotów handlowych (27 proc.).

Biorąc pod uwagę obroty majątku firmowego milenialsów, z internetu oraz sprzętu elektronicznego najczęściej korzystają firmy o najwyższych obrotach, czyli powyżej 5 mln zł – 67 proc. One też najczęściej używają maszyn, zaawansowanych technologii, programów i aplikacji – 33 proc. Korzystanie z pochodnych IT najczęściej deklarują przedstawiciele firm o obrotach do 1 mln zł.

Dla milenialsów, szczególnie tych najmłodszych, poniżej 25 roku życia, najważniejszym celem prowadzenia firmy jest zapewnienie sobie i rodzinie stabilności finansowej, ale również istotne jest poczucie niezależności oraz możliwość rozwijania swoich pasji – wynika z badania „Milenialsi w MŚP. Pod lupą”, które zrealizowano na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego. Partnerem badania i specjalnego raportu byli Forum Młodych Lewiatan i Fundacja Małych i Średnich Przedsiębiorstw.

Milenialsi to osoby urodzone pomiędzy 1980 a 2000 rokiem. Chętnie rozpoczynają swoją działalność gospodarczą, a motywacji do tego dostarczają im przede wszystkim czynniki wewnętrzne: niechęć do pracy na etacie, potrzeba niezależności, indywidualizm, potrzeba zaistnienia, stawianie sobie wyzwań. Bardziej istotna od aspektu finansowego jest szeroko rozumiana jakość życia.

Milenialsi powszechnie wykorzystują nowoczesne technologie, zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Co istotne, takie technologie jak e-mail, szybki internet, sprzęt pozwalający być stale online często nie są postrzegane jako nowoczesne, ale jako podstawowe narzędzia pracy.

Wybór branży, w której prowadzą działalność gospodarczą dyktowany jest osobistymi zainteresowaniami i pasją, lecz także wynika z przeprowadzonej analizy rynkowej, aktywnego poszukiwania niszy i myślenia w kategoriach potrzeb potencjalnych klientów. Nie jest to więc pełna spontaniczność, lecz racjonalnie przemyślany sposób na życie.

Wśród badanych zauważalna jest bardziej indywidualistyczna niż kolektywistyczna orientacja na pracę wyrażająca się m.in. w dążeniu do „bycia samemu sobie szefem” i do „bycia bardziej wpływowym”.

52 proc. respondentów wskazało, że założenie firmy było finansowane z własnych oszczędności. Z pożyczki bankowej korzystało 40,8 proc. osób, a pożyczki od rodziny, przyjaciół – 28,8 proc.

Spośród badanych przedsiębiorstw niemal 65 proc. skorzystało z leasingu, szczególnie w takich branżach jak hotele i gastronomia – 85 proc., transport – 75 proc. i produkcja – 65,6 proc.

W ramach projektu „Milenialsi w MŚP. Pod lupą” przebadano 500 przedsiębiorców z pokolenia Y, ze wszystkich województw.

Wyniki badań i raport dostępne pod linkiem

 

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

Zdaniem Beniamina Krasickiego z Polskiej Izby Ochrony, firmy ochroniarskie muszą coraz częściej korzystać z nowoczesnych narzędzi, aby utrzymać się na rynku. Technologia pomaga im znacznie obniżać koszty prowadzenia działalności, które wzrosły w ostatnich latach, m.in. z powodu ozusowania umów zleceń i deficytu kadry. Ponadto podniesiono minimalną stawkę godzinową. Od stycznia 2018 roku znów zostanie ona podwyższona. Różnica będzie wynosiła tylko 70 groszy brutto, ale według branży, to po raz kolejny utrudni relacje z klientami. Dlatego branża od dłuższego czasu szuka nowych rozwiązań. Zdaniem eksperta, dzięki najnowszym technologiom, agencje mogą ograniczyć liczbę pracowników o prawie 50% i jednocześnie rozwiązać problem niedoborów kadrowych, wynikających z niskich płac.

Właściciele nieruchomości są coraz bardziej świadomi możliwości, jakie niosą ze sobą nowoczesne urządzenia. Ponadto, sami poszukują alternatywy dla coraz droższej i nie dość efektywnej ochrony fizycznej. Warto wspomnieć, że w przyszłym roku minimalna stawka godzinowa wyniesie 13,70 zł brutto. W związku z tym, koszt całodobowej obsługi znowu wzrośnie. Nawet niewielka podwyżka pomnożona przez ilość godzin w miesiącu i liczbę ochroniarzy wyraźnie podniesie koszty takiej działalności, z czego nie zawsze zdają sobie sprawę klienci. Niemniej, wynagrodzenie, np. za 12-godzinną pracę w nocy na zimnym parkingu osiedlowym, wciąż nie będzie satysfakcjonujące dla pracowników. Wyniesie ono niecałe 165 zł brutto.

Ozusowanie umów zleceń w 2016 roku podniosło koszt obsługi klientów o 60%, podwyższenie stawki minimalnej w 2017 roku – o 25%. Kolejne renegocjacje umów dla wielu firm skończą się utratą kontraktów. Agencje, które nie znajdą sposobów na obniżenie wydatków, zwyczajnie wypadną z rynku. Trzeba mieć świadomość tego, że o 70 gr. brutto wzrośnie wkrótce stawka najsłabiej opłacanych ochroniarzy. Ich przełożeni, np. kierownicy zmian, czy też lepiej wykwalifikowani specjaliści, m.in. z pozwoleniem na broń, zarabiają więcej. I oni też będą oczekiwali podwyżek. A są jeszcze inni pracownicy, choćby biurowi. W 2018 roku zwiększy się też o 100 zł miesięczna płaca minimalna. Wyniesie ona 2100 zł brutto. Ponadto zostaną podniesione składki ZUS – zapowiada Beniamin Krasicki, wiceprezes Polskiej Izby Ochrony.  

Konieczny rozwój

Jeżeli firmy ochroniarskie nie zaczną korzystać z nowych technologii na szerszą skalę, to przestaną być konkurencyjne. Nie pozyskując nowych klientów i tracąc dotychczasowych, mogą nie udźwignąć kolejno wprowadzanych obciążeń finansowych. Zdaniem obserwatora branży, Mirosława Gabzdyla, Prezesa Zarządu firmy Eltcrac System, źródłem problemu jest to, że przy wyborze agencji klienci zwykle kierują się najniższą ceną usług na rynku. Potem firmy muszą się wywiązywać z warunków podpisywanych umów, co najczęściej sprowadza się do obniżania kosztów pracy. Tymczasem podmioty, które myślą o rozwoju, mogłyby wprowadzać nowe oferty, np. związane z monitoringiem osób starszych i wymagających stałej opieki. To jednak odbiegałoby od charakteru standardowej agencji ochrony.

Klientom nie zależy na jak najtańszej ochronie, lecz na najbardziej skutecznej, a taką zapewnia im nowoczesna technologia. Może to być np. infrastruktura beaconów, która ostatnio zdobywa coraz większe uznanie w branży. A to jest ważne dla firm, którym zależy na dobrej opinii. Ta inwestycja potrafi zwrócić się w rok po instalacji w tak dużym obiekcie, jak np. galeria handlowa. Rozwiązuje też problem rosnących kosztów prowadzenia działalności, a także niedoborów kadrowych. Jak wynika z naszych danych, na rynku brakuje aż 15-20 tys. strażników osiedli, placów budów i obiektów publicznych – informuje Beniamin Krasicki.

Ekspert z firmy technologicznej Proxi.cloud, Krzysztof Łuczak, również zauważa, że agencje ochrony coraz chętniej inwestują w nowoczesną technologię. Potrzebują jej m.in. do rejestrowania ścieżki oraz kontroli pracy ochroniarzy. Ponadto wspólnoty mieszkaniowe są zainteresowane tym rozwiązaniem. Oprócz bezpieczeństwa, lokatorzy zyskują dostęp do najświeższych informacji, związanych z ich budynkiem. Otrzymują komunikaty poprzez aplikację mobilną, która może też ich powiadamiać o miejscu przebywania dziecka na terenie zamkniętym. Takie osiedla podnoszą swój prestiż, ponieważ są uznawane za lepiej strzeżone i bardziej innowacyjne. Ten standard również podnosi cenę nieruchomości.

 Możliwe rozwiązania

Nowe technologie wprowadzają przejrzystość w świadczeniu usług ochroniarskich, gdyż wyniki działań są mierzalne na podstawie gromadzonych danych. To wpływa na jakość prowadzonych prac, warunkuje poprawny rozwój agencji i pozwala jej na pozyskiwanie nowych klientów. Ich rosnące wymagania mogą zostać spełnione np. poprzez coraz popularniejszą na rynku technologię beacon. Ma ona dość prostą integrację systemową, intuicyjną obsługę i wiąże się ze stosunkowo niskimi wydatkami inwestycyjnym. W związku z tym, korzyści z jej zastosowania powinny być obustronne, zarówno dla zleceniodawców, jak i samych agencji – analizuje Mirosław Gabzdyl.

Jak wyjaśnia Krzysztof Łuczak, dość niski koszt infrastruktury beaconowej wynika przede wszystkim z braku konieczności inwestowania w drogie dedykowane rejestratory. Można je bowiem zastąpić najtańszym smartfonem, wyposażonym w system android i bezprzewodową komunikację Bluetooth. Jeden nadajnik kosztuje mniej, niż 100 zł. Cena całej inwestycji oczywiście zależy od tego, na jakiej dokładności pomiaru nam zależy. Można to porównać z ilością tradycyjnych punktów kontroli, w których musi zameldować się strażnik. Jeżeli chcemy uzyskać większą precyzję, to powinniśmy zainstalować więcej nadajników. Decyzja zależy od budżetu zleceniodawcy. Z czasem klienci mogą poszerzać pakiet rozwiązań.

Branża ochroniarska ciągle poszukuje nowych rozwiązań technologicznych w celu wzbogacenia swojej oferty. Monitorowanie pracy, lokalizacja ścieżek, archiwizowanie poszczególnych akcji, sprawdzanie częstotliwości patroli czy planowanie pracy lub skrócenie czasu reakcji na sytuacje alarmowe to tylko niektóre aspekty z całej gamy usprawnień. Beacony są świetną alternatywą dla drogiej identyfikacji radiowej RFID. Coraz częściej do ochrony obiektów są też wykorzystywane bezzałogowe drony. Z całą pewnością na każdym unowocześnieniu najbardziej zyskuje klient. Wysoka jakość świadczonych usług wzmacnia bowiem jego poczucie bezpieczeństwa – przekonuje Mirosław Gabzdyl.

Pierwszym krokiem do wprowadzenia nowoczesnej technologii jest wybór i zakup sprzętu. Potem, w celu obsługi wybranych urządzeń jedne firmy ochroniarskie budują własne kompetencje, a inne – zawierają kontrakty z podwykonawcami. Oczywiście beacony nie są jednym istotnym elementem współczesnego systemu monitorowania. Krzysztof Łuczak wymienia też telewizję przemysłową z klawiaturą sterującą.

Pracownik wciąż potrzebny?

Wśród najnowocześniejszych urządzeń, stosowanych w branży ochroniarskiej, warto wymienić inteligentną analitykę obrazu, która może zastąpić pracę nawet 1500 osób, obserwujących ekrany wizyjne. Ludzkie oko nie jest w stanie wykryć tak wielu zagrożeń, jak zainstalowane nadajniki czy też kamery. Potrzebuje stałego odpoczynku, a urządzenia działają całą dobę, bez najmniejszego problemu. Natomiast człowiek nadal sam musi analizować zbierane dane. Przewiduję, że to jeszcze długo się nie zmieni – zaznacza Beniamin Krasicki.

Według Mirosława Gabzdyla, stosowanie innowacyjnych rozwiązań jest wyłącznie wsparciem dla pracowników ochrony i nie zastępuje ich fizycznej pracy, lecz wymusza podnoszenie kwalifikacji. Nadal potrzebny jest człowiek, który posiada realną umiejętność oceny zagrożenia. Dlatego wbrew krążącym opiniom, urządzenia nie mogą zabrać pracy ludziom. Powodem ograniczenia ilości stanowisk ochroniarzy nie jest rozwój technologii. To raczej wynika ze strategii firm. Dla przykładu, wielu właścicieli sklepów zauważa, że obecność strażników działa niekorzystnie na wizerunek ich placówek. Zadania umundurowanych osób przechodzą więc na sprzedawców. Oni de facto też mogą korzystać z nowoczesnych urządzeń.

Z moich obserwacji wynika, że ilość pracowników stopniowo zmniejsza się w obiektach, w których zainstalowano np. beacony. Tylko w jednej z warszawskich galerii handlowych liczba ochroniarzy została ograniczona z 21 do 12 osób w ciągu kilku tygodni. Jednak w tej branży jest tak wiele pracy, że żaden uczciwy strażnik nie powinien się martwić taką sytuacją. Co więcej, osoby wybierane do obsługi systemów nie mają problemu z przystosowaniem się do nowej koncepcji działalności firmy. Szybko się uczą, a potem są lepiej opłacani. Zarabiają np. 15 zł brutto, czyli w ostatecznym rozrachunku zyskują. Taka perspektywa przekonuje wiele osób do pozostania w zawodzie – podsumowuje Beniamin Krasicki z Polskiej Izby Ochrony.

 

 

Źródło: Materiały prasowe firmy

 

Gdy poproszono grupę osób, by na swoim czole napisali literę „E”, część z nich zrobiła to z własnej perspektywy, tak, że ci którzy stali naprzeciwko nich widzieli ją jakby w lustrzanym odbiciu. Okazało się, że najczęściej robią tak osoby, które sprawują funkcje kierownicze i w porównaniu z innymi mają znacznie obniżony poziom empatii, za to charakteryzują się większym egocentryzmem. 16 października w Stanach Zjednoczonych obchodzony był Dzień Szefa. Można tam było kupić okolicznościowe kartki z gotowymi już deklaracjami wdzięczności i sympatii czy kubki z nadrukiem „Najlepszy szef na świecie”. W Polsce święto to nie jest obchodzone, ale warto się zastanowić czy twoi podwładni mają powody, by stworzyć taką datę w kalendarzu? W którą stronę ty skierowałbyś literę „E”?

Dzień Szefa pojawił się oficjalnie w 1962 r. za sprawą amerykańskiej sekretarki Patricii Haroski, sekretarki z firmy ubezpieczeniowej w Illinois, która zarejestrowała to święto. Data nie była przypadkowa – Haroski wybrała dzień urodzin swojego ojca, który był jednocześnie jej … szefem.

Uważała, że święto to pomoże poprawić relacje między menedżerami a pracownikami. Da też szansę tym ostatnim, by wyrazili swoje uznanie dla szefa, nie narażając się za bardzo na zarzuty lizusostwa.

Prof. Sydney Finkelstein z Dartmouth Business School uważa, że menedżerów, którzy zasługują na miano superszefa jest niewielu. Według niego to ci, którzy nie tylko pomagają pracownikom przekraczać bariery i osiągać więcej, niż przypuszczali. Powinni także umieć wyławiać talenty i umiejętnie je rozwijać, a w odpowiednim momencie pozwolić im odejść. W praktyce oznacza to, że jakość szefa potwierdzają udane kariery jego podwładnych. Dobry menedżer musi pamiętać, że zarządzanie to nauka empiryczna, a nie ścisła. Co w takim razie zrobić, by nie tylko Dzień Szefa, ale każdy dzień pracy był miły zarówno dla szefów, jak i pracowników?

  • Wsparcie – Badania przeprowadzone przez firmę McKinsey pokazały, że docenianie, pochwała ze strony bezpośredniego przełożonego oraz jego zainteresowanie, to dla pracowników bardzo silny motywator pozafinansowy. Dla menedżerów odpowiednio przeprowadzony feedback jest okazją do poznania swoich podwładnych, ich odczuć, pomysłów, a także metodą budowania dobrych, partnerskich relacji. Może być również ważnym instrumentem kształtowania postaw i zachowań pracowników oraz zespołów. To także bezcenna pomoc motywacyjna – daje pracownikowi informację o całokształcie jego działań podczas dążenia do celu i pomaga go osiągnąć. Taka postawa u szefa może być szczególnie ważna dla millenialsów, którzy już w 2025 roku będą stanowić aż 75 proc. ludzi aktywnych zawodowo. Co nie bez znaczenia feedback, wsparcie i pochwała nic nie kosztują, a mogą skutkować podobnym rezultatem co podwyżka.
  • Zaufanie – Obdarzenie pracowników zaufaniem i pozwolenie im na większą samodzielność w pracy to cechy nie do przecenienia u dobrego szefa. Samodzielnie poprowadzony projekt zwiększy ich umiejętności i doświadczenie. Dobry menedżer pozwala swoim podwładnym rozwijać się i unika nadmiernego kontrolowania oraz tzw. mikrozarządzania. Jest to szczególnie ważne w mniejszych firmach, w których pracownicy muszą robić często rzeczy wykraczające poza zakres ich obowiązków. Ludzie z natury kochają się rozwijać, wzrastać i udowadniać innym, ile są warci. I doceniają tych, którzy im na to pozwalają. Należy jednak pamiętać, że zbyt łatwe cele sprawiają, że pracownicy tracą motywację i za słabo przykładają się do realizacji zadań. Natomiast cel zbyt trudny do osiągnięcia może wywołać u nich z kolei zniechęcenie, opór i frustrację. Zatem ważne będzie stawianie wymagań na takim poziomie, który będzie motywował i skłaniał do wzmożonego wysiłku, a jednocześnie dawał szansę osiągnięcia zamierzonych efektów.
  • Benefity – Sposobem na pokazanie, że szefowi zależy na zespole jest zaoferowanie pracownikom pozapłacowych benefitów: szkoleń, pakietu opieki medycznej, karnetu na zajęcia sportowe lub ubezpieczenia grupowe, gwarantującego ochronę w różnych trudnych sytuacjach życiowych. Wachlarz możliwości jest naprawdę duży. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że pozapłacowe benefity są istotne dla 35 proc. Polaków. Dla prawie dwóch trzecich badanych możliwość przystąpienia do ubezpieczenia w miejscu pracy jest wartościowym benefitem. Standardowe ubezpieczenie grupowe gwarantuje wypłatę odszkodowania w przypadku: śmierci ubezpieczonego, trwałego uszczerbku na zdrowiu, kalectwa, śmierci małżonka, osierocenia dziecka, urodzenia dziecka, poważnej choroby i leczenia szpitalnego. Ale coraz częściej oferują one również pakiety dla całej rodziny, w tym opcję ochrony dzieci przed skutkami nieszczęśliwych wypadków, skręceń, odmrożeń, zwichnięć czy złamań w dużo szerszym zakresie niż jest to standardem w szkolnych ubezpieczeniach.
  • Elastyczność – Bycie pracownikiem jest tylko jedną pełnionych przez nas ról życiowych. Zazwyczaj jesteśmy też rodzicami czy też partnerami. Z badań amerykańskich wynika, że ponad połowa wszystkich pracowników twierdzi, że obowiązki zawodowe kolidują z ich osobistymi, a 43 proc. osób ma poczucie, że ich obowiązki rodzinne zakłócają pracę. Dlatego coraz więcej pracodawców pozwala pracownikom regulować sobie czas pracy w zależności od ich potrzeb, wychodząc z założenia, że ważniejsze jest wykonanie określonego zadania, a nie godziny wysiedziane przy biurku. Nowoczesne technologie sprawiają, że rodzice mogą równie dobrze wykonywać swą pracę, przebywając w domu, jak i w biurze. Telepraca jest często wykorzystywana chociażby w przypadku choroby dziecka. Rodzice zamiast brać kolejne zwolnienie lekarskie mogą pogodzić obowiązki zawodowe z opieką nad chorym maluchem. Z badania przeprowadzonego przez Future Workplace wynika, że praca zdalna wpływa pozytywnie na możliwość pogodzenia życia prywatnego z zawodowym. Zwiększa również lojalność pracowników wobec szefa.
  • Integracja – Nawiązywanie kontaktów z pracownikami, szczególnie w małych i średnich firmach, jest nie tylko nieuniknione, ale i konieczne. Panują w nich niemalże rodzinne relacje, więc formalizowanie stosunków może przyczynić się do pogorszenia atmosfery pracy. Szefowie wybierają więc różne sposoby na zintegrowanie się z pracownikami i bliższe ich poznanie. Poza spotkaniami firmowymi czy wyjazdami integracyjnymi decydują się także na nieformalne wyjścia po godzinach pracy. Należy jednak pamiętać, że nawet w pubie nadal jest się szefem, więc pewnych granic nie należy przekraczać. Dobrym sposobem integracji zespołu jest wspólne zaangażowanie w wolontariat albo działalność charytatywną, która zjednoczy pracowników wokół jakiejś szczytnej idei. Aby taka integracja miała sens musi być spełniony jeden warunek – autentyczne zaangażowanie. Nie wystarczy więc, że szef wrzuci datek do puszki albo zrobi przelew na konto.

Raport KPMG „Rynek dóbr luksusowych” szacuje, że w Polsce mieszka ponad milion osób zamożnych i bogatych. Do 2019 roku ich liczba prawdopodobnie wzrośnie do 1,3 mln, a dochód netto tej grupy sięgnie 220 mld zł. To sprawi, że rynek nieruchomości ekskluzywnych będzie rósł w siłę.

– Polski rynek nieruchomości premium rozwija się od około 10 lat. Powstał w czasach boomu budowlanego (2005-2007), kiedy zakładano pierwsze firmy deweloperskie.  Sprzedaż nieruchomości luksusowych z roku na rok jest coraz większa, a same inwestycje mają do zaoferowania coraz więcej. Już nie skupiamy się na świetnej lokalizacji czy dużej powierzchni. Dziś liczy się ekskluzywny komfort – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Rynek luksusowych nieruchomości koncentruje się w największych polskich miastach takich jak: Warszawa, Wrocław, Gdańsk, Kraków czy Poznań. Dla zamożnego Polaka wciąż najbardziej liczy się atrakcyjna lokalizacja i metraż lokum, ale równie ważne są przestronne garaże, recepcja, ochrona, wielkość tarasów, czy nazwisko architekta budynku. Najbogatsi natomiast inwestują w nowoczesne systemy i technologie, które pozwolą im w spokoju cieszyć się życiem na wysokim poziomie.

Modne eco life

Wraz z rozwojem nurtu eko i slow life zwiększa się świadomość Polaków. Większość z nas chce prowadzić życie na wysokim poziomie, a komfortowe warunki zapewnić całej rodzinie. Dlatego wiedza dotycząca nowoczesnych technologii energooszczędnych jest coraz obszerniejsza. Domy z wyższej półki zostają wyposażone w kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne i gruntowne wymienniki ciepła. Mieszkania posiadają doskonały mikroklimat dzięki rekuperacji (wentylacja mechaniczna z odzyskiem energii), aby były wolne od alergenów. Wszystko po to, by spełnić najbardziej wygórowane wymagania Polaków.

Pożądany smart home

Dla wielu Polaków luksus oznacza możliwość zdalnego sterowania i monitorowania mieszkania. Systemy smart home rozwijają się dziś prężnie, a kontrola stanu czujników gazu czy dymu przez smartfona i tablet nikogo nie dziwi. Odpowiednia aplikacja i dostęp do wi-fi pozwalają sterować wentylacją pomieszczeń, ogrzewaniem, światłem i urządzeniami RTV. Dlaczego na takie udogodnienia pozwala sobie coraz więcej zamożnych Polaków? Nowoczesne technologie dbają o bezpieczeństwo i znacznie podnoszą komfort domowników.

Zamożni Polacy są gotowi zaczekać nawet kilka lat na nieruchomość w odpowiednim standardzie. Jak podaje raport Luxury Realty Mapa od Poland Sotheby’s International Realty w ubiegłym roku kupiono 2 tys. luksusowych nieruchomości (o wartości co najmniej milion złoty każda). Eksperci szacują, że od 2012 roku wartość rynku ekskluzywnych mieszkań wzrosła o 40%.

– Oferty deweloperów wciąż wzbogacają się o nowe propozycje z zakresu luksusowych nieruchomości. Propozycją dla najzamożniejszych są m.in. Apartamenty Sowiniec w Krakowie, Osada Czorsztyn nad brzegiem Jeziora Czorsztyńskiego czy Biathlon Park w Zakopanem – mówi Adrian Potoczek z Wawel Service.

Powstające w Polsce inwestycje premium nie różnią się od tych budowanych na zachodzie Europy. Dane zebrane przez Economist Intelligence Unit szacują, że w ciągu najbliższych lat staniemy się znacznie zamożniejsi. Polska znalazła się w pierwszej dziesiątce krajów z najwyższym wzrostem osób posiadających majątek o wartości co najmniej 400 tys. zł.

 

Źródło: Wawel Service

Dom przyszłości dba o oszczędność energii, bezpieczeństwo lokatorów i kieruje działaniem poszczególnych urządzeń. Dzięki najnowszym technologiom nie musimy już myśleć, czy wyłączyliśmy żelazko, zamknęliśmy drzwi i uzbroiliśmy alarm. Brzmi jak science-fiction? Nie, to tylko przyszłość. I wbrew pozorom wcale nie tak odległa.

– Coraz więcej deweloperów inwestuje w technologie typu smart home. Wawel Service ma w swojej ofercie inteligentne domy w Czorsztynie i Michałowicach. Obecnie projektujemy dom jednorodzinny, który będzie spłacał za siebie ratę kredytu. Nazwaliśmy go Freedom – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Jak wynika z raportu „The Future Smart Home” Gartnera w przeciętnym domu w 2022 roku będzie około 500 inteligentnych urządzeń podłączonych do sieci. Wszystkie mają być zintegrowane i zarządzane za pomocą smartfona, pilota lub ekranu dotykowego. Nie ma wątpliwości – inteligentne domy to przyszłość. Co będzie je wyróżniać?

B jak bezpieczeństwo

Technologia typu smart home zadba o bezpieczeństwo mieszkańców. Dzięki niej będziemy mogli monitorować m.in. poziom dymu czy wody w mieszkaniu. Czujniki temperatury zareagują również podczas pożaru, nawet jeśli mieszkanie nie będzie zadymione. Wszystkie informacje o uszkodzeniach (np. przeciek z zepsutej pralki czy zmywarki) dostaniemy na telefon. Z kolei wyposażenie domu w czarną skrzynkę pozwoli ustalić przyczyny każdego zdarzenia.

C jak ciepło

Nowoczesne technologie zastosowane podczas budowy domu pozwolą sterować ogrzewaniem – grzejniki zostaną wyłączone, jeśli temperatura osiągnie górną granicę lub wyłączone, jeżeli zrobi się za zimno. Domowy system może również zarządzać klimatyzacją i oczyszczaniem powietrza.

D jak dostęp dla dzieci  

W końcu będziemy mogli przestać martwić się o niebezpieczeństwo naszych dzieci. Dzięki czujnikom alarmującym m.in. o otwarciu drzwiczek do apteczki, barku czy bramek schodowych będziesz wiedział, kiedy maluch znajdzie się w niebezpieczeństwie. System szybko przypomni o konieczności zamknięcia szuflady lub półki z produktami, które powinny być niedostępne dla dzieci.

M jak monitoring

System smart home wyposażony w czujniki ruchu zaalarmuje nas, kiedy wykryje coś niepokojącego. Możesz ustawić go tak, aby o ewentualnym włamaniu od razu informował ochronę. System będzie reagował na podejrzane sytuacje nie tylko podczas nieobecności domowników. Integracja czujników otwierania okien czy ruchu sprawi, że alarm da o sobie znać, jeśli zostawiamy uchylone na noc drzwi.

O jak oszczędność

Nowoczesny dom to także najwyższe standardy energetyczne, które pozwalają zaoszczędzić. Coraz bardziej powszechne stają się odnawialne źródła energii, m.in. kolektory słoneczne do podgrzewania wody, ogniwa fotowolkaniczne, pompy ciepła czy rekuperatory do odzyskania energii z wentylacji. Udoskonalane są rozwiązania hybrydowe, które łączą różne odnawialne źródła energii (np. kolektory hybrydowe wykorzystują ogniwa fotowoltaiczne i kolektory słoneczne – jednocześnie podgrzewają wodę i wytwarzają energię elektryczną).

Dzięki nowoczesnym technologiom będziemy mogli znacząco zmniejszyć rachunki za prąd. Koszty eksploatacji domu wyposażonego w systemy inteligentne są zdecydowanie niższe. Na ogrzewaniu możemy zaoszczędzić do 40%, a na elektryczności około 15%.

Inteligentny dom zadba o nasze samopoczucie, bezpieczeństwo i umożliwi korzystanie z wielu urządzeń jednocześnie. Technologie typu smart home oraz odnawialne źródła energii to przyszłość budownictwa oraz wysoki komfort życia domowników.

Źródło: Wawel Service

Współczesny Sztokholm zachwyca innowacyjnością technologiczną, oferując swoim mieszkańcom niezliczoną ilość cyfrowych udogodnień codziennego życia. To miasto wielu obiecujących rozwiązań opartych na zdobyczach nowoczesnych technologii, które często wdrażane są w życie w wyjątkowo zaskakującym tempie.

Spersonalizowane pojazdy umożliwiające przejazdy opłacane kartą miejską, sygnalizacja uliczna  informująca odpowiednie służby o wypadku lub drony oferujące dostawę produktów spożywczych –  już niedługo to wszystko może stać się częścią szwedzkiej infrastruktury miejskiej.

–  „Zastosowanie nowej technologii zmienia zachowanie ludzi, w konsekwencji zmieni to także nasze miasta i postawi zupełnie nowe wyzwania przed firmami w każdej branży.  Zmiany będą miały wpływ na wszystkich”- mówi Annelie Gullström, szefowa Działu Rozwoju Biznesu w AMF Fastigheter, jednej z największych szwedzkich firm zajmujących się inwestycjami w nieruchomości, a także działalnością deweloperską. Korporacja AMF Fastigheter jest również właścicielem największych miejsc spotkań w Sztokholmie, w tym sieci centrów handlowych Mood, Gallerian, Ringen, Västermalmsgallerian czy Fältöversten.

– „Aby stale zwiększać wartość dla naszych klientów, musimy na bieżąco śledzić zmiany technologiczne i sposób, w jaki będą one wpływać na nasze zakupy, miejsca pracy i życie”.

Szwecja jest nie tylko jednym z najbardziej scyfryzowanych krajów w Europie i na świecie, co przejawia się między innymi w zastosowaniu rozwiązań bezgotówkowych, ale także liderem w zakresie nowoczesnych technologii – niezwykle popularnym elementem łączącym te obszary są aplikacje umożliwiające natychmiastowe płatności mobilne, np. Swish.

Wszystko wskazuje na to, że Sztokholm będzie jednym z pierwszych miast na świecie – jeżeli nie pierwszym – w których działać będzie sieć wykorzystująca technologię 5G. Ponadto w mieście planowane są ogromne inwestycje, dzięki którym stolica Szwecji będzie miała szansę stać się najbardziej inteligentnym z miast objętych szeroko pojętym zjawiskiem cyfryzacji. Niektóre z projektów są już w procesie realizacji.

Nowa wizja –  ‘The Lobby’

Annelie Gullström i jej zespół, przygotowują się do zmiany w zakresie sposobów dokonywania zakupów przez mieszkańców Sztokholmu. Na początku 2018 w centrum stolicy zostanie otwarte nowe miejsce dedykowane miedzy innymi właśnie robieniu zakupów – The Lobby –  i będzie to prawdopodobnie pierwsze z wielu takich miejsc.

– „The Lobby nie będzie sklepem, ale zupełnie nową koncepcją rynku przyszłości” – wyjaśnia Gullström. Dodaje jednocześnie, że istnieje kilka elementów, które tworzą fundament tej koncepcji.

– „Jeżeli spojrzymy na poszczególne elementy oddzielnie, nie są tak naprawdę wyjątkowe, stają się wyjątkowe dopiero gdy połączymy” – wyjaśnia i kontynuuje:  „Pierwszą z nich jest koncepcja „plug-and-sell” (podłącz-i-sprzedaj). Jest to precyzyjnie opracowany rynek detaliczny, na który sprzedający wprowadza swoją markę, a my bierzemy na siebie całą obsługę procesu zakupów.

Przykładowo, marka mająca siedzibę w Hong Kongu może przesłać do The Lobby swoje produkty, które będą oferowane i sprzedawane przez jego pracowników. Umowy na taką obsługę będzie można jednak podpisać jedynie na okres miesiąca.

– „Nie podpisujemy umów na długi okres i zachęcamy marki, żeby nie oferowały swoich produktów przez zbyt długi czas, ponieważ chcemy, aby przestrzeń dynamicznie się zmieniała” – mówi prezes Gullström. – „Otrzymaliśmy już zapytania dotyczące wynajmu na dni, a nawet na godziny” – dodaje.

Kolejnym kluczowym elementem  jest usługa cyfrowa, np. kliknij i odbierz, umożliwiająca zarówno zakup, jak i zwrot produktów.

– „Nie powinnam odwoływać dwóch spotkań i pracować w domu po południu, by czekać na listonosza, który odbierze buty, które chcę zwrócić sprzedawcy”. – uzasadnia Gullström.

Wiadomo także, że The Lobby będzie nie tylko przestrzenią handlu, ale także przestrzenią w której będą się odbywały spotkania i imprezy.

Co ważne, będzie to także miejsce przeznaczone dla najistotniejszego dla Sztokholmu obszaru: innowacji.

– „Uczestnictwo w The Lobby obejmuje też uczestnictwo w Epicenter – mówi Gullström, wspominając o jednym z pierwszych cyfrowych „Domów Innowacji” w Sztokholmie.

– ,,Na zlecenie naszego klienta możemy podjąć się prowadzenia laboratorium lub wydarzeń typu hackathon. Zajmujemy się także nawiązywaniem kontaktów na rzecz klienta z odpowiednimi firmami technologicznymi, np. oferującymi nowe rozwiązania płatnicze lub na przykład „magiczne lustra” do przymierzalni” – opowiada z entuzjazmem Gullström.

Inteligentne miasto

The Lobby jest jednym z przykładów tego, jak cyfryzacja zmienia Sztokholm od wewnątrz, ale zmiany wprowadzane są także od zewnątrz.

–  „W jaki sposób zbudować bardziej inteligentne miasto, gdyby można było zbudować je od podstaw? Właśnie nad tym pracujemy” – mówi Mats Rönnbo, dyrektor ds. rozwoju w  Skanska, jednej z największych firm na świecie zajmujących się budownictwem i działalnością deweloperską.

Większość pracy dyrektora Rönnbo koncentruje się na infrastrukturze – na przykład typowaniu miejsc pod budowę nowej stacji metra, która stworzy możliwość powstania zupełnie nowego miasta.

– „Dzięki cyfryzacji w nowym mieście, każdy aspekt życia w nim –  przestrzeń biurowa, transport publiczny, logistyka… właściwie wszystko mogłoby wyglądać inaczej” tłumaczy.

Mats Rönnbo mówi, że niektóre typy sklepów już zaczynają znikać z centrów miast, ale szybko zastępują je miejsca spotkań.

– „Nie potrzebujemy już dużych sklepów w centrach miast. Miasto jest przede wszystkim miejscem spotkań, a inteligentne miasta budowane są wokół aktywności” – wyjaśnia.

The Lobby jest przykładem pokazującym jak tradycyjny handel detaliczny ewoluuje w kierunku bardziej dynamicznego doświadczenia społecznego, a nie kolejnej aktywności figurującej na liście obowiązków. Jednak zdaniem eksperta, nadchodzą jeszcze większe zmiany.

– „Być może w przyszłości ludzie nie będą potrzebować w domach ogromnych salonów z telewizorami. Będą oglądać telewizję w miejscach publicznych” –  przewiduje i dodaje: „Być może będziemy korzystać z kart miejskich, które wykorzystywane będą nie tylko do podróży metrem, ale też do wynajęcia samochodu, zamówienia taksówki, wypożyczenia roweru itp.”.

„Zasada Spotify”

Mats Rönnbo wspomina także, że wiele zbliżających się zmian dotyczy optymalizacji przestrzeni i czasu. Budynki szkół i parkingi często stoją puste, dlatego warto byłoby wymyślić sposób umożliwiający wykorzystywanie tej przestrzeni przez cały czas.

– „Każdy miał kiedyś kolekcję płyt kompaktowych. Dziś wszystko dostępne jest na platformie muzycznej Spotify. Myślę, że zasadę tę można zastosować do wszystkiego – rowerów, samochodów, dostaw produktów i innych form transportu”.

Analogia użyta przez Rönnbo – nazwijmy ją „Zasadą Spotify” – już wpływa na wiele obszarów naszego życia poza muzyką, np. na zwyczaje związane z jedzeniem posiłków.

– ,,Cyfryzacja zmienia zasady gry” – mówi Miki Kuusi, twórca aplikacji Wolt,  która umożliwia dostawy żywności.  -„Branża restauracyjna jest ogromna, ale przez bardzo długi czas praktycznie nie dochodziło w niej do żadnych zmian” – mówi Kuusi. Z historycznego punktu widzenia jeden aspekt ma nieproporcjonalnie duże znaczenie, czasami nawet większe niż jakość jedzenia:

„Lokalizacja, przede wszystkim lokalizacja. Jednak w tym momencie, dzięki procesowi cyfryzacji, czynnik ten traci na znaczeniu. Dziś lokalizacja to kieszeń użytkownika aplikacji”.

Dzięki takim usługom jak aplikacja Wolt ktoś mógłby (teoretycznie) prowadzić „restaurację” ze swojego mieszkania i otrzymywać świetne recenzje oraz być w centrum zainteresowania mimo tego, że lokalizacja jest zła lub tak naprawdę nie istnieje.

– „Restauracje nie są już także ograniczone liczbą oferowanych miejsc siedzących – mówi Kuusi. „Zaczynają przeznaczać więcej przestrzeni na kuchnię niż na salę ze stolikami. Kiedyś takie nowe zachowania i usługi zaczną przekształcać krajobraz naszych miast”- dodaje.

– „Cyfryzacja zmieni sposób, w jaki będziemy budować nowe miasta. Zmiana jednak nie nastąpi z dnia na dzień. Ludzie nadal będą chodzić do restauracji. Usługi wciąż będą skoncentrowane wokół miast, a nie miasta wokół usług. Zmiana nie będzie więc aż tak radykalna”.

Jednak, jak zauważa Gullström „te zmiany już się dokonują”: drony dostawcze, drukarki 3D, roboty, inteligentne aplikacje.

– „Wiele takich rozwiązań technologicznych już istnieje. Są z nami tu i teraz i zmieniają nasze życie”- dodaje.

 

Źródło: Skandynawsko-Polska Izba Gospodarcza

Millenialsi i hipsterzy to swego czasu modne nazwy młodego pokolenia, które aktualnie nie oddają już ducha tej grupy społecznej. Młodzi, ambitni, kreatywni, nadążający za nowoczesnym, zdigitalizowanym światem, dla których technologia stała się integralną częścią życia wymagali zdefiniowania na nowo. Nazwę, która podkreślałaby to, co dla nowego pokolenia najważniejsze zaproponował David Infante. Yuccie, czyli Young Urban Creatives, bo o nich mowa, wpisali się na stałe w charakter miejskiej dżungli  – kim są i jak technologia definiuje współczesnych zdobywców miejskiej przestrzeni? 

Yuccie to nowe pokolenie młodych ludzi, mieszkających w dużych miastach. Odważni, kreatywni, sukcesywnie dążący do realizacji swoich celów. – Wykorzystują do tego nowoczesne technologie, które są ich środowiskiem naturalnym. Używając smartfona czują się jak ryba w wodzie. Dorastali bowiem w czasach, gdy Internet był już czymś powszechnym. Korzystają więc z jego możliwości bez ograniczeń – mówi Juliusz Korwin, Dyrektor Marketingu Powermat Polska, start-upu, który oferuje usługę bezprzewodowego ładowania wraz z aplikacją mobilną, pozwalającą korzystać z atrakcyjnych ofert promocyjnych. Kim są yuccie i czym różnią się od innych grup społecznych?

Aktywność na pierwszym miejscu

Yuccie są zachłanni na wrażenia i ani na chwilę nie porzucają aktywności. Nie chodzi tu tylko o pracę. Galerie handlowe czy siłownie to teraz drugi dom dla młodych kreatywnych. Czas wolny nie równa się jednak czasowi bez dostępu do informacji. – Nie bez powodu w siłowniach można dziś do woli korzystać z wifi, a nowoczesne maszyny do ćwiczeń wyposażone są w ekrany wyświetlające osiągane rezultaty. Ciągły dostęp do informacji jest dziś w cenie, dlatego wiele osób wręcz nie rozstaje się ze swoim smartfonem, nawet podczas uprawiania sportu czy zakupów – tłumaczy Juliusz Korwin – Powermat także idzie tym tropem – już dziś nasze PowerSpoty (punkty ładowania smartfonów) znajdują się w przestrzeni miejskiej. Pojawią się także w galeriach handlowych czy w klubach fitness, tak by ich klienci mogli doładować swoje „okno na świat” w każdej chwili – mówi Korwin.

Pieniądze to za mało. Marzenia też

Yuccie żyją w przekonaniu, że nie tylko mogą spełniać marzenia, ale także czerpać z nich profity – tłumaczy w swoim artykule David Infante. Dla młodych kreatywnych pieniądze nie stanowią już bezwzględnej wartości – dodaje Juliusz Koriwn – chodzi o to, by je zarobić, jednocześnie zyskując satysfakcję z tworzenia czegoś nowego i własnego.Przedstawiciele tej grupy ponad wszystko cenią sobie własne pomysły i możliwość nieskrępowanego niczym realizowania własnych wizji. Do ich tworzenia wykorzystują wszelkie możliwości technologiczne: działania za pomocą modnych aplikacji czy portali społecznościowych to ich chleb powszedni.

Kreatywność ponad wszystko

Yuccie sami stanowią centrum swojego świata. Z tego powodu dbają o siebie na każdym polu. Przeważnie są dobrze wykształceni, dbają o wygląd, znają języki i są świadomi swoich zalet. Oczekują także odpowiedniego wynagrodzenia w pracy, przy jednoczesnym poszanowaniu ich artystycznej wolności. Taki mariaż najłatwiej osiągnąć mając za szefa samego siebie, dlatego w ostatnich latach odnotowujemy w Polsce i na świecie wysyp start-upów. Młodzi nie czekają na szansę – tworzą ją sobie sami. Nie boją się ryzyka biznesowego, bo doskonale wiedzą jak wykorzystać możliwości technologiczne do rozwijania biznesu. Ich miejscem pracy jest kawiarnia, galeria handlowa czy miejski park. Przebywają tam, bo to ich naturalne środowisko. Tam też rodzą się pomysły na innowacje. Ich życie staje się bardziej mobilne i takie formy pracy są coraz popularniejsze, dlatego ważne, aby otaczająca ich przestrzeń nie stanowiła dla nich ograniczenia.

Oswojona technologia

Młody, ambitny, nastawiony na sukces człowiek nie może dziś ignorować siły, z jaką w nasze życie ingeruje technologia. Komputery i wirtualne rozwiązania towarzyszą nam dziś na każdym kroku.  Budzimy się z nimi, jemy, kontaktujemy z bliskimi, a przede wszystkim – pracujemy. – Nie ma przesady w powiedzeniu, że jeśli nie ma nas w Internecie to nie ma nas w ogóle. Młode pokolenie to rozumie i dlatego tak ogromną wagę przywiązuje do tego, co dzieje się w sieci. Informowanie innych o tym, gdzie jesteśmy, co robimy i co jemy jest dziś powszechne – komentuje Korwin – yuccie charakteryzują się właśnie tym, że informację chcą mieć tu i teraz  – dodaje ekspert marketingu. Coraz mniejszym powodzeniem cieszy się natomiast idea własności. Młodzi ludzie chcą korzystać ze wspólnego dobra w miarę swoich potrzeb, a nie kupować wszystko na własność. To dlatego taką popularnością cieszą się np. rowery miejskie czy system carscheringu. – Powermat również wpisuje się w ten trend – ładowanie smartfonów w przestrzeni publicznej to wygodne dla wszystkich dobro wspólne. Po co nosić ze sobą sterty kabli jeśli można naładować telefon w restauracji podczas posiłku lub u kosmetyczki? – mówi Juliusz Korwin.

Krótki spacer po centrum dużego miasta czy wizyta w modnym salonie urody wystarczy, żeby przekonać się, że yuccie opanowują świat. Rozpoznać ich można po eleganckim stroju, rozmowie w obcym języku i… aktywnym smartfonie zawsze w zasięgu ręki. Nie ma wątpliwości – młodzi kreatywni i technologia to jedno.

Źródło: Synertime

Zmiany technologiczne mają istotny wpływ na zachowanie pracowników. Aż 84 proc. z nich uważa, że jest istotne, by ich firmy korzystały z najnowszych technologii. Jak wynika z raportu Deloitte „The connected worker. Clocking in to the digital age”, mimo że pracownicy fizyczni i umysłowi w życiu prywatnym korzystają z technologii w bardzo podobnym stopniu, to w pracy różnice w tym obszarze są między nimi znaczące. Ponad połowa przebadanych pracowników fizycznych uważa, że ich kontakt z nowoczesnymi technologiami w miejscu pracy jest raczej sporadyczny, podczas gdy wśród pracowników umysłowych taką opinię wyraża jedynie 11 proc.

Deloitte przebadał ponad dwa tysiące pracowników umysłowych i fizycznych w Wielkiej Brytanii, którzy pracują w przemyśle budowlanym, infrastrukturalnym, usługach biznesowych i tzw. usługach profesjonalnych (prawo, usługi doradcze, usługi rekrutacyjne).

Eksperci Deloitte Digital uważają, że liczba tzw. connected workers, czyli osób, których życie zawodowe zmienia się wraz z rozwojem technologii cyfrowych, takich jak Internet Rzeczy, automatyzacja czy robotyzacja, będzie rosła. Aż 84 proc. pracowników wyraziło opinię, że jest ważne, by ich firmy korzystały z najnowszych technologii, które będą dla nich dostępne. Wśród pracowników umysłowych wskaźnik ten wynosił 88 proc., a wśród wykonujących pracę fizyczną 76 proc. Warto jednak zauważyć, że odsetek osób, które uważają korzystanie z nowoczesnych technologii przez biznes za czynnik mało istotny jest dwa razy większy wśród pracowników fizycznych niż umysłowych (24 do 12 proc.).

Przywiązani do technologii, również w miejscu pracy

Badanie Deloitte pokazało, że niezależnie od wykształcenia i rodzaju wykonywanej pracy ankietowani korzystają z dobrodziejstw technologii w życiu prywatnym w bardzo podobnym stopniu. Najczęściej badani korzystają z emaila (średnio 25 proc. wśród pracowników umysłowych i 24 proc. wśród pracowników fizycznych), komputera stacjonarnego lub laptopa (odpowiednio 23 i 22 proc.) oraz smartfonów (24 i 22 proc.). – Różnice pojawiają się, gdy ankietowani byli pytani o używanie tych samych narzędzi i technologii w miejscu pracy. Podczas, gdy w przypadku pracowników umysłowych właściwie nie ma różnicy w korzystaniu z maila i komputerów w pracy i poza nią, to w przypadku pracowników fizycznych widać, że w życiu zawodowym nie mają z nimi zbyt dużej styczności – mówi Jan Michalski, Partner, Lider zespołu TMT w Deloitte. W tej grupie używanie poczty elektronicznej czy komputera w pracy zadeklarowało jedynie 14 proc. badanych, a smartfonów 12 proc. Aż 47 proc. z nich używa za to swojego smartfona poza pracą częściej niż pięć razy dziennie, podczas gdy w miejscu pracy robi to jedynie 13 proc. Ponad jedna czwarta (27 proc.) sprawdza pocztę na swoim telefonie więcej niż pięć razy dziennie, a w pracy postępuje tak samo jedynie 15 proc. ankietowanych pracowników fizycznych. – Firmy zatrudniające dużą liczbę pracowników wykonujących pracę fizyczną powinny korzystać z tego faktu. Systemy informatyczne, które wykorzystują aplikacje mobilne, dają możliwość komunikacji między pracownikami oraz lokalizowania w jednym miejscu istotnych dla nich informacji – dodaje Wojciech Górniak, Dyrektor w Deloitte Digital.

Eksperci Deloitte podzielili ankietowanych według częstotliwości korzystania przez nich z nowych technologii. Tzw. „power users” używają nowoczesnych technologii częściej niż pięć razy dziennie. Wśród przebadanych pracowników umysłowych jest ich dwa razy więcej niż wśród pracowników fizycznych (36 vs. 18 proc.). Z kolei w tej grupie ponad połowa respondentów (51 proc.) zadeklarowała, że ich związek z technologiami w miejscu pracy jest luźny i sporadyczny. Wśród pracowników umysłowych takiej odpowiedzi udzieliło jedynie 11 proc. ankietowanych.

Elastyczność zamiast bezpieczeństwa

Jak nowoczesne technologie wpływają na życie pracowników? Zarówno pracownicy umysłowi, jak i fizyczni są zdania, że ułatwiają one pracę (odpowiednio 25 i 32 proc.). Ich zdaniem poprawiają także wydajność całej organizacji (odpowiednio 23 i 16 proc.) oraz pozwalają wypełnić szybciej powierzone im zadania (odpowiednio 22 i 13 proc.). Technologie oferują również elastyczność. W miejscu pracy oczekuje jej 63 proc. pracowników umysłowych i 43 proc. pracowników fizycznych. Aż 56 proc. reprezentantów tej pierwszej grupy byłoby w stanie zrezygnować z bezpieczeństwa socjalnego w pracy na rzecz elastyczności. W grupie pracowników umysłowych odsetek ten jest znacznie niższy i sięga 19 proc.

Główne siły napędzające cyfrową transformację w firmach pochodzą z trzech obszarów: wewnątrz przedsiębiorstwa, pracowników i otoczenia zewnętrznego. – Firmy na całym świecie są pod coraz większą presją, aby zwiększać produktywność. Korzystanie z technologii cyfrowych w większym stopniu niż dotychczas może ten proces wspomóc. Należy jednak pamiętać, że to ludzie są kluczowym elementem sektora usług, a zmiany technologiczne mają istotny wpływ na ich zachowanie i, jak pokazuje badanie Deloitte, pracownicy doceniają wsparcie technologiczne w pracy. Zarówno wśród pracowników umysłowych jak i fizycznych widać przywiązanie do technologii. Coraz częstsze i bardziej zaawansowane korzystanie z niej w życiu osobistym już wpływa na nasze zachowania – również w miejscu pracy. Od cyfryzacji biznesu nie ma zatem ucieczki – mówi Olgierd Cygan, Lider Deloitte Digital CE.

 

Źródło; Deloitte Digital

Wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły w minionym roku obrotowym 212 mld dolarów, wobec 222 mld dolarów osiągniętych rok wcześniej. Popyt w tym sektorze opiera się głównie na konsumentach z rynków wschodzących, spośród których 70 proc. deklaruje, że w ciągu ostatnich pięciu lat zwiększyło swoje wydatki na dobra luksusowe. Mimo, że ich sprzedaż odbywa się wciąż głównie w sklepach tradycyjnych, to niemal połowa klientów uważa, że kanały cyfrowe na rynku dóbr luksusowych będą zyskiwały coraz większe znaczenie – wynika z raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2017. The new luxury consumer”.   

Spadek sprzedaży w minionym roku obrotowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 4,5 proc., jednak po uwzględnieniu łącznego wpływu kursów walutowych, odnotowujemy wzrost sprzedaży o 6,8 proc. Rok wcześniej był to wzrost o 3,6 proc. Aż 67 spółek miało wyższe przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. W przypadku 45 firm wynosiły one ponad miliard dolarów. Średni zysk netto dla całego TOP 100 wyniósł 9,7 proc. Średnia wartość sprzedaży przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,1 mld dolarów, a żeby znaleźć się w zestawieniu trzeba było osiągnąć przychody na poziomie co najmniej 180 mln dolarów. Tylko sześć firm z czołowej setki odnotowało dwucyfrowy spadek sprzedaży w omawianym roku obrotowym. Połowa z nich to jubilerzy, czyli segment produktów charakteryzujący się dużymi wahaniami popytu.

Konsumenci z rynków wschodzących nadal decydują o rozwoju rynku dóbr luksusowych. „W Chinach, Rosji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, czyli w krajach klasyfikowanych jako wschodzące rynki sprzedaży dóbr luksusowych, procentowy udział konsumentów, deklarujących wzrost wydatków w tym sektorze w ciągu ostatnich pięciu lat wyniósł 70 proc., tymczasem na rynkach bardziej dojrzałych, czyli w krajach UE, USA i Japonii klienci tacy stanowili 53 proc.” – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Natomiast średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 59 proc. Prawie połowa dóbr luksusowych jest kupowana przez konsumentów podróżujących za granicę (31 proc. w sklepach i 16 proc. na lotniskach). W przypadku klientów z rynków wschodzących wskaźnik ten wzrasta do 60 proc. Co ciekawe skłonność do kupowania towarów luksusowych poza krajem zamieszkania maleje wraz z wiekiem.

Jak się okazuje ceny tych samych towarów luksusowych w różnych krajach mogą się znacząco różnić. W Chinach, uwzględniając zmiany kursu dolara USA, są one o ponad 50 proc. wyższe niż w Europie. Największą średnią różnicę obserwuje się w odniesieniu do zegarków i biżuterii, najniższa dotyczy torebek.

Milenialsi kupują towary luksusowe w Internecie

Jeżeli marki luksusowe chcą pozyskać nowych, w tym młodych klientów, muszą dotrzymywać kroku zmianom technologicznym i stale unowocześniać swoje produkty, nie tracąc przy tym ich unikatowego charakteru. „Jak pokazało badanie Deloitte 63 proc. zakupów towarów luksusowych ma miejsce w sklepach tradycyjnych, ale rola e-commerce rośnie, szczególnie wśród młodych konsumentów. I tak w przypadku przedstawicieli pokolenia milenialsów odsetek towarów luksusowych zakupionych on-line wynosi 42 proc., podczas gdy w generacji powojennej wskaźnik ten wynosi jedynie 28 proc.” – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte, członek Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich.

Zdaniem prawie połowy badanych (48 proc.) kanały cyfrowe będą zyskiwać na znaczeniu w sprzedaży towarów luksusowych, a 37 proc. uważa, że dobra luksusowe i nowoczesne technologie będą coraz ściślej powiązane. Dla konsumentów towarów luksusowych najważniejsza jest ich wysoka jakość (88 proc.) oraz poczucie szczęścia i komfortu, które daje im ich posiadanie (82 proc.). Od producentów klienci oczekują większej personalizacji (45 proc.), nagród za lojalność (44 proc.) oraz zwiększonej liczby kanałów zakupowych (39 proc.).

Eksperci Deloitte wskazują, że choć źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, to jednocześnie największymi graczami w tym sektorze pozostają następujące kraje europejskie: Włochy (26 firm w zestawieniu), Szwajcaria, Francja i Wielka Brytania (po 10 firm) oraz USA (15). Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (23,9 proc.) oraz amerykańskie (21,3 proc.).

Jak dotąd żadna z polskich firm nie znalazła się w zestawieniu producentów dóbr luksusowych, choć rynek ten rozwija się dynamicznie. Według danych Euromonitora w 2016 roku sprzedaż w tym segmencie wzrosła w naszym kraju o 5 proc. – Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna dla luksusowych marek z całego świata, choć wciąż znajdujemy się w początkowym stadium rozwoju. Popyt napędzany jest nie tylko przez osoby o bardzo wysokich dochodach, ale także przez konsumentów z tzw. klasy średniej, jak i również zagranicznych turystów coraz częściej odwiedzających Warszawę, Kraków, Poznań, Wrocław czy Gdańsk – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Najbardziej rentowni producenci szerokiego asortymentu dóbr luksusowych

W minionym roku obrotowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazł się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała wzrost 9,6 proc., a więc więcej niż wzrost przychodów TOP 100. Producenci z TOP 10 wygenerowali w sumie 48,1 proc. sprzedaży całej pierwszej setki.

W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. W tym roku miejsce dotychczasowego lidera (Kate Spade & Company) zajęła włoska firma Marcolin Group, której przychody w ciągu roku wzrosły o 20,1 proc., a w latach 2013-2015 o 43,1 proc.

W zestawieniu TOP 100 największych producentów dóbr luksusowych na świecie pojawiło się w tym roku dziesięć nowych firm. Najwięcej spółek w zestawieniu to tradycyjnie producenci ubrań i butów (41 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci torebek i akcesoriów (o 13,4 proc.). Najwyższą rentowność sprzedaży osiągnęły z kolei firmy oferujące różnorodny asortyment dóbr luksusowych.

Transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych

Rok 2016 cechował się wzmożoną aktywnością na rynku fuzji i przejęć w sektorze dóbr luksusowych– tak wynika z raportu Deloitte „Private Equity and Investors Survey 2017. Global report”. W tym czasie na rynku globalnym zarejestrowano 211 transakcji głównie w sektorze: „Odzież i akcesoria” oraz „Zegarki i biżuteria”, (w Europie zawarto 14 transakcji), tj. o 70 więcej niż w 2015 roku. Do najbardziej interesujących należały: przejęcie Elizabeth Arden przez Revlon, zakup przez Luxotticę marki luksusowych okularów Essilor, IT Cosmetics przez L`Oreal, oraz Donna Karan przez G-III Apparel.

Spośród wszystkich transakcji fuzji i przejęć, 68 proc. zostało przeprowadzonych przez strategicznych inwestorów, co oznacza wzrost o 73 transakcje w stosunku do 2015 roku, z kolei aktywność inwestorów finansowych nie zwiększyła się w stosunku do roku poprzedniego.

Sektor dóbr luksusowych cieszy się stałym zainteresowaniem inwestorów nie tylko branżowych, ale także funduszy private equity. W 2017 roku 90 proc. funduszy rozważa możliwość ulokowania kapitału w branży mody i dóbr luksusowych a zwiększenie zainteresowania dotyczy takich segmentów jak „Odzież i akcesoria” (inwestycje planowane przez 68 proc. respondentów), „Kosmetyki i perfumy” (49 proc.), Digital (21 proc.) oraz „Zegarki i biżuteria” (21 proc.), który cieszy się niesłabnącą popularnością pomimo spowolnienia na rynkach azjatyckich, spadku konsumpcji oraz presji ze strony nowych graczy
(m.in. marek „contemporary”).

„Sektor dóbr luksusowych jest wciąż popularny wśród inwestorów głównie ze względu na rozwój nowych technologii w tym digitalizację procesów zakupowych marek luksusowych, wysoką odporność na wahania koniunktury gospodarczej. Co więcej, branże te osiągają ponad przeciętne wyniki, co ma również odzwierciedlenie w wycenach tych spółek. W 2016 roku, 37 proc. transakcji osiągnęło mnożniki ponad 15krotność EBITDA a 34 proc. w przedziale 11-15krotności EBITDA” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Zdaniem ponad połowy inwestorów w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych nadal będzie rosła o 5-10 proc. rocznie, co jest zgodne z oczekiwaniami zeszłorocznymi. Wzrost szczególnie przewidywany jest w segmencie „Digital”, „Kosmetyki i perfumy”, dla których prognozy są coraz bardziej optymistyczne.

 

Źródło: Deloitte

Doniesienia Pulsu Biznesu dotyczące połączenia Pekao i Aliora wywołały sporo zamieszania na rynku, który raczej nieprzychylnie ocenił taki koncept. Jeszcze kilka miesięcy temu Michał Krupiński, ówczesny prezes PZU, wielokrotnie podkreślał, że oba banki pozostaną od siebie niezależne. Co więcej, pomimo faktu, że Paweł Surówka (prezes PZU i szef rady nadzorczej Pekao) zdementował niniejsze informacje, inwestorzy mają kilka powodów ku temu, aby zgodzić się ze znanym stwierdzeniem – ,,w każdej plotce tkwi ziarno prawdy”. Należy bowiem pamiętać, że Michał Krupiński został odwołany ze stanowiska prezesa zarządu PZU, a Wojciech Sobieraj, prezes i ojciec sukcesu Alior Banku, w tajemniczych okolicznościach zrezygnował ze swojej funkcji, a następnie sprzedał wszystkie swoje akcje. Niniejszy zbieg okoliczności może mieć w rzeczywistości drugie dno, jednak to oczywiście tylko i wyłącznie domysły.

Jak podaje Puls Biznesu dalsze losy Pekao i Aliora należy łączyć z czterema możliwymi scenariuszami, z których to właśnie połączenie obu banków z zachowaniem ich brandów jest tym najbardziej prawdopodobnym. Realizacja owej koncepcji mogłaby przynieść szereg korzyści. Nadwyżki kapitałowe Pekao stanowiłyby wsparcie dla Aliora, który jako dynamicznie rozwijający się podmiot potrzebuje systematycznego dofinansowywania. Z kolei Pekao skorzystałby na uzyskaniu dostępu do nowoczesnych technologii, których brak stanowi swego rodzaju piętę achillesową banku. Dodatkowo powstałaby jedna centralna jednostka decyzyjna zamiast obecnych dwóch, co przyniosłoby znaczne oszczędności.

Niemniej z drugiej strony można wskazać wiele czynników ryzyka, które powodują, że ostateczny bilans zysków i strat może okazać się niekorzystny. Oba banki diametralnie różnią się modelami biznesowymi, strategiami, fazami cyklu życia oraz profilami ryzyka. Połączenie działalności dwóch tak znacznie różniących się od siebie podmiotów byłoby niezmiernie trudnym przedsięwzięciem generującym istotne ryzyko z perspektywy inwestorów. Warto dodać, że takowy zabieg sprawiłby, że akcjonariusze Aliora być może w końcu mogliby liczyć na wypłatę dywidendy (podczas gdy akcjonariusze Pekao prawdopodobnie straciliby jej część), która równocześnie w połączeniu z pozostałymi efektami synergii mogłaby obniżyć potencjał rozwojowy banku.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że fuzja obu banków niesie ze sobą istotne skutki z perspektywy nadzoru makroostrożnościowego. Suma aktywów Pekao i Aliora wynosi około 230 mld zł, podczas gdy aktywa PKO BP to blisko 290 mld zł. Nowy podmiot byłby drugim największym bankiem na polskim rynku. Co więcej, po fuzji suma aktywów dwóch czołowych banków wyniosłaby ponad 500 mld zł tj. około 45% bilansu całego sektora, które dodatkowo będzie znajdować się w podmiotach zarządzanych przez Skarb Państwa. To niebezpieczna sytuacja, zwłaszcza mając na uwadze rolę państwa w dobie kryzysu finansowego i ewentualną konieczność ratowania banków typu ,,too big to fail”. Ponadto należy pamiętać o ryzyku wykorzystania państwowych banków do realizacji polityki gospodarczej. To jednak stanowi de facto pokłosie samego pomysłu udomowienia tego sektora, który w polskich realiach tożsamy jest z zaangażowaniem kapitałowym Skarbu Państwa.

Jak już wspomniałem, oprócz opisanej fuzji Pekao i Aliora na stole leżą trzy inne opcje. Pierwsza z nich zakłada utrzymanie niezależności obu banków, co wymagałoby zapewne przeprowadzenia zmian ich strategii, aby ograniczyć wzajemną konkurencję. Drugie rozwiązanie to sprzedaż Aliora. Niemniej, taki ruch to krok wstecz z perspektywy polityki obranej przez rząd, który wymagałby transakcji na poziomie polskiego kapitału, zgodnie z ideą repolonizacji banków – tymczasem taki warunek w rzeczywistości (tej polskiej) jest niezmiernie trudny do spełnienia. Trzecie rozwiązanie opiera się na stworzeniu jednego ogromnego banku pod wspólnym brandem – te jednak wydaje się najmniej rozsądną opcją.

Podsumowując, póki co, dalsze losy Pekao i Aliora pozostają nieznane, choć ostatnie wydarzenia potwierdzają, że na szczeblu decyzyjnym prawdopodobnie trwają bardzo gorące rozmowy na ten temat. Potencjalną fuzję obu banków należy ocenić raczej negatywnie ze względu na zbyt liczne różnice w działalności tych podmiotów. Takowe połączenie mogłoby zneutralizować dotychczasowe atuty banków, które znajdują uznanie w oczach inwestorów.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Banki stopniowo likwidują stacjonarne punkty obsługi klientów i rozwijają digitalne kanały, nastawione na samoobsługę. W ten sposób, odpowiadają na obecne potrzeby konsumentów, wykreowane przez nowoczesne technologie. Optymalizują też swoje koszty. Fizyczne oddziały nadal są ważne w interakcji z zamożnymi odbiorcami.

Szef Biura Projektów Bankowości Klienta Zamożnego w Citi Handlowy, Tomasz Bąk, podaje, że obecnie 95% banków w Europie Środkowo-Wschodniej posiada własną strategię cyfrowej transformacji sieci oddziałów. Różnią się one miedzy sobą np. tempem i zakresem migracji transakcji do kanałów zdalnych, wysokością potrzebnych inwestycji i oczywiście punktem wyjściowym do wprowadzanych innowacji. Potrzeba likwidacji placówek bankowych wynika z tego, że zmienia się miejsce i sposób interakcji klientów z usługodawcami. Coraz częściej konsumenci oczekują zaawansowanych rozwiązań technicznych. Jednak przeniesienie całej obsługi do kanału internetowego, a co za tym idzie oparcie modelu operacyjnego na samoobsłudze, może nie wszystkim osobom odpowiadać.

– Są grupy klientów, które nadal potrzebują bezpośredniego kontaktu z pracownikiem placówki. Dlatego, w przypadku rozmów na temat zarządzania majątkiem kontakt osobisty z opiekunem jest wciąż preferowany. To samo dotyczy skomplikowanych produktów, np. inwestycji i ubezpieczeń. W części banków pewne kwestie wciąż można załatwić tylko w oddziałach. Jednak obecnie, tak naprawdę wszystkie transakcje możemy szybko i łatwo wykonać przez Internet. Uważam więc, że trend przenoszenia obsługi bankowej do świata cyfrowego będzie dynamicznie postępował. W perspektywie 3-5 lat zniknie aż kilkadziesiąt procent tradycyjnych placówek w Europie – mówi Tomasz Bąk.

Sposób, w jaki banki budują i utrzymują relacje z konsumentami, silnie zależy od specyfiki rynku docelowego i odbiorców usług. W segmencie klientów masowych, nawet jeżeli kontakt jest nawiązywany w placówce, to dalsza komunikacja przebiega głównie z wykorzystaniem kanałów zdalnych, telefonu i Internetu, oraz sieci bankomatów i wpłatomatów. Z kolei, instytucje finansowe, które najbardziej zabiegają o klientów zamożnych, skupiają się na budowaniu długoterminowych, bezpośrednich relacji. Dlatego, w tym przypadku, obok Internetu, oddział stanowi bardzo ważną przestrzeń do rozmów.

– Technologia wpływa na oczekiwania konsumentów w sposób, w jaki nie oddziaływała na nich przez ostatnich 10 lat. Biometryczna autentykacja klientów staje się już standardem. Za pomocą odcisku palca mogą w kilkanaście sekund zalogować się do swojego banku i zlecić przelew na swoim smartfonie. Postęp rośnie w szybkim tempie. W Polsce mamy już ponad 15 mln użytkowników bankowości internetowej. Rodacy spędzają średnio 90 minut dziennie na korzystaniu z aplikacji mobilnych. Aż 20-30 razy w miesiącu logują się do banku, poprzez system mobilny. Widzimy zatem, że ich potrzeby kreują trend zmniejszania ilości placówek bankowych i przeobrażenia ich roli – zapewnia Tomasz Bąk.

Jak wyjaśnia ekspert, oddziały zmieniają swój charakter i dotychczasową funkcję transakcyjną na doradczą lub czysto sprzedażową. Specjaliści nie siedzą za biurkami, ale towarzyszą klientom podczas ich wizyt w placówkach, tym samym skupiają się na budowaniu z nimi relacji. W wielu oddziałach nie ma już biurek ani ulotek. Są za to tablety i ekrany dotykowe, na których klienci samodzielnie realizują transakcje, które dotychczas odbywały się „przy okienku”. Nowe placówki tworzone są w miejscach, gdzie konsumenci realizują swoje potrzeby finansowe, czyli przede wszystkim w centrach handlowych. Równocześnie powstają formaty mobilne, które fizycznie podążają za potencjalnym nabywcą usług i zachęcają go do nawiązania pierwszego kontaktu.

– Takie zjawiska, jak cyfryzacja, globalizacja czy urbanizacja, najsilniej kształtują formy dystrybucji banków detalicznych. 10 lat temu niewielu z nas było w stanie wyobrazić sobie obecny kształt bankowości. Dlatego dokładne wskazanie granic jej transformacji w perspektywie następnej dekady jest raczej niemożliwe. Na pewno w dalszym ciągu będą rozwijały się nowe, bardziej digitalne i mobilne kanały komunikacji. Biorąc pod uwagę dotychczasowe statystki, należy oczekiwać dalszej, regularnej likwidacji stacjonarnych oddziałów bankowych – przewiduje Tomasz Bąk.

Ekspert podaje, że według danych Komisji Nadzoru Finansowego, od końca 2012 roku liczba placówek w Polsce zmniejszyła się o 7,5%. Rocznie ubywa zatem około 2% spośród ponad 14 tys. bankowych placówek. Z kolei, Raport Citi GPS: Global Perspectives & Solutions, Citibank Research, 2016, pokazuje, że banki europejskie znajdują się właśnie w ważnym punkcie zwrotnym. Analitycy Citibanku uważają, że redukcje placówek na całym kontynencie powinny wynieść 40%. Banki w Hiszpanii, czyli tam gdzie nasycenie rynku stacjonarnymi oddziałami jest największe, musiałyby zamknąć 70% takich punktów, aby osiągnąć poziom zagęszczenia podobny do krajów skandynawskich.

– Nasi analitycy zwracają uwagę na to, że restrukturyzacja europejskich placówek jest konieczna nie tylko ze względu na preferencje klientów, ale też z uwagi na wydatki. Utrzymanie stacjonarnych oddziałów i zatrudnionych w nich osób stanowi około 60-65% kosztów banku. Niezbędne będzie też dalsze zautomatyzowanie procesów obsługi klienta, bo dziś nadal w wielu bankach aż 60-70% zadań wykonywanych jest ręcznie przez pracowników – podsumowuje Tomasz Bąk.

 

Źródło: MondayNews.pl

Najważniejszym priorytetem dla dyrektorów działu zakupów jest redukcja kosztów oraz zarządzanie ryzykiem. W czasach gospodarczej niepewności rola zespołów, które zajmują się konsolidacją wydatków, stale rośnie. Aż trzy czwarte menedżerów kierujących działami zakupów uważa, że ich szefowie wspierają rozwój tego obszaru. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Growth: the cost and digital imperative. The Deloitte Global Chief Procurement Officer Survey 2017” pod wpływem nowoczesnych technologii tradycyjny model zakupów przechodzi intensywny okres zmian. Największą rolę w tej rewolucji odgrywa analityka danych.

Badanie zostało przeprowadzone wśród menedżerów kierujących działem zakupów (CPO) z 480 firm, mających siedzibę w 36 krajach. Łączne obroty tych przedsiębiorstw wynoszą 4,9 biliona dolarów.

Działy zakupów zdobywają coraz silniejszą pozycję w wielu firmach. – Odpowiadają za to, w jaki sposób i w oparciu o jakie kryteria przeprowadzane są zakupy w danej organizacji. Oznacza to, że działy zakupów nie zajmują się wyłącznie negocjowaniem najniższych cen. Ich zadaniem jest dopilnować, aby zakupy, których dokonuje firma, miały właściwe przełożenie na realizację jej celów, zachowując jednocześnie kontrolę nad kosztami i wydatkami – wyjaśnia Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte.

Dla 79 proc. badanych CPO najważniejszym priorytetem w tym roku będzie redukcja kosztów. Na drugim miejscu na liście priorytetów znalazło się zarządzanie ryzykiem zakupowym (57 proc.), a na trzecim wprowadzenie nowych produktów, usług lub poszukiwanie dostawców na nowym rynku (52 proc.).

Menedżerowie kierujący działem zakupów byli również pytani o to, jak radzą sobie z zarządzaniem oszczędnościami. Okazuje się, że 58 proc. badanych zadeklarowało, że w ciągu ostatniego roku udało się im osiągnąć lepszy poziom oszczędności niż rok wcześniej. Co dziesiąty badany przyznał, że wynik ten był gorszy, a w ocenie 30 proc. poziom oszczędności był taki sam.

W ciągu następnych dwunastu miesięcy szefowie działów zakupów chcą szukać wzrostu wartości, koncentrując się przede wszystkim na konsolidacji kosztów (40 proc.), korzystając z rosnącej konkurencji na rynku (35 proc.) oraz poprawiając specyfikację przedmiotu zamówienia (28 proc.).

Przedsiębiorstwa muszą dostosować się do nowego środowiska niepewności gospodarczej. Respondenci wskazali na niewielki wzrost ogólnego poziomu ryzyka biznesowego. Kluczowe globalne zagrożenia obejmowały słabość i zmienność na rynkach wschodzących, rosnące ryzyko geopolityczne, możliwość ponownego kryzysu w strefie euro oraz skutki spowolnienia w Chinach. – Z punktu widzenia CPO niepewność ekonomiczna ma swoje zalety, bo pozwala wynegocjować lepsze warunki z dostawcami i zapewnić wartość firmie. Jest to jeden z elementów, który może zapewnić przedsiębiorstwom przewagę konkurencyjną na rynku. Rosnącą rolę działów zakupów potwierdza fakt, że aż trzy czwarte badanych ma poczucie, że ich przełożeni wspierają rozwój kierowanych przez nich zespołów – tłumaczy Jakub Rosiecki. – Ponadto ponad 85 proc. CPO aspiruje do bycia jednym z najważniejszych partnerów biznesowych działów merytorycznych – dodaje.

Ważną częścią pracy działu zakupów są relacje z dostawcami. Aż 87 proc. badanych doświadczyło incydentu zaburzającego ciągłość dostaw w ciągu ostatnich 2-3 lat. Ryzyko związane z zakupami wzrosło ich zdaniem do poziomu 50 proc. Jest to najwyższy wynik w historii badania. Jednocześnie jednak współpraca z dostawcami spadła na liście priorytetów (z 39 do 26 proc.), co może oznaczać, że działy zakupów będą dążyć do wykorzystywania rosnącej konkurencji pomiędzy nimi.

Wysoko na liście priorytetów CPO znajdują się za to nowoczesne technologie. Digitalizacja nie tylko nie  omija działu zakupów, ale staje się podstawą jego działania. Jej rola jest podwójna. Z jednej strony aż 75 proc. badanych CPO wierzy, że rola zakupów w dostarczaniu innowacyjnych technologii dla ich firm będzie rosła, z drugiej strony wewnętrznie również wykorzystują je, by usprawnić proces zakupowy.

Które technologie będą miały największy wpływ na działy zakupów? Zdaniem 65 proc. ankietowanych w ciągu najbliższych dwóch lat będzie to analityka, a w perspektywie pięciu lat należy spodziewać się wzrostu znaczenia automatyki i robotyki procesowej (wzrost z obecnych 50 do 88 proc.). Zdaniem CPO nowoczesne technologie pozwolą bardziej efektywnie zarządzać procesem zamówień i eliminować ograniczenia. Analityka pomaga w procesie negocjacji (58 proc.), uzyskaniu efektywności procesów (57 proc.), analizie rynku (44 proc.) oraz w optymalizacji portfela dostawców (40 proc.). Główne przeszkody w implementacji nowoczesnych technologii w obszarze zakupów to jakość danych (49 proc.), brak ich zintegrowania (42 proc.) oraz brak odpowiednich kompetencji analitycznych (29 proc.). – Cyfryzacja stała się zarówno ogromnym wyzwaniem jak i szansą dla działów zakupów na całym świecie, tym bardziej, że w sytuacji niepewności gospodarczej ich głównym zadaniem, zarówno w krótszej, jak i dłuższej perspektywie jest zapewnienie organizacji oszczędności kosztów przy jednoczesnym dostarczeniu wartości – mówi Jakub Rosiecki.

Źródło: Deoitte

Według danych portalu Stackoverflow przeciętny programista spędza około siedmiu godzin tygodniowo pracując hobbystycznie nad rozwojem oprogramowania i uczestnicząc w projektach open source, czyli takich, które bazują na otwartym, dostępnym dla każdego kodzie. Na bezpłatne udostępnianie własnego know-how decydują się jednak nie tylko osoby prywatne, lecz także firmy z całego świata. Aż 65 proc. z nich wnosi swój wkład do projektów tego typu. Biznes zaczyna dostrzegać realne korzyści płynące z bezpłatnego dzielenia się własnym dorobkiem.

Branża nowoczesnych technologii należy do jednej z najbardziej otwartych na networking i wymianę wiedzy. Takie działania ułatwia z pewnością możliwość budowania społeczności online. Liczby mówią same za siebie. Z portalu Stackoverflow.com, stanowiącego forum dla osób zainteresowanych programowaniem, miesięcznie korzysta prawie 17 mln specjalistów IT. Z ankiety przeprowadzonej wśród użytkowników serwisu wynika, że 70 proc. z nich poświęca minimum dwie godzinny tygodniowo na programowanie hobbystyczne albo rozwój projektów open source. W przypadku co piątego badanego liczba ta wzrasta do ponad 10 godzin tygodniowo. Przeciętnie, badani poświęcają na projekty niezwiązane z pracą zawodową siedem godzin tygodniowo.

Ogromnym atutem ruchu open source jest efekt skali. Nad otwartym oprogramowaniem pracuje wielomilionowa społeczność specjalistów, która weryfikuje jakość kodu, wyłapuje błędy, sugeruje usprawnienia czy projektuje nowe funkcjonalności. Taka działalność to dla wielu z nich sposób na ciągłe doskonalenie umiejętności zawodowych, wzbogacanie portfolio czy budowanie relacji wewnątrz branży – mówi Dariusz Świąder, prezes zarządu Linux Polska, organizator Open Source Day, największego w Polsce wydarzenia dedykowanego otwartemu oprogramowaniu.

Jednak przykład ruchu open source pokazuje, że dzieleniem się wiedzą są zainteresowani nie tylko pojedynczy specjaliści, ale także całe organizacje. Z badania The Future of Open Source Survey 2016 wynika, że ok. 65 proc. organizacji kontrybuuje do projektów bazujących na otwartym kodzie, czyli takich, z których w przyszłości będzie mógł skorzystać każdy. W jednej na trzy firmy co najmniej połowa deweloperów pracuje nad otwartymi projektami. Rosnąca powszechność udostępniania kodu oprogramowania i korzyści płynące z tego typu praktyk sprawiają, że nawet technologiczni giganci kojarzeni przede wszystkim z rozwiązaniami zamkniętymi, jak Apple czy Microsoft, wykonują ukłon w stronę społeczności open source. Ten drugi w ubiegłym roku stał się członkiem Linux Foundation, organizacji non-profit wspierającej otwarte technologie. W 2014 r. firma udostępniła swoją platformę programistyczną .NET, co oznacza, że każdy kto chce rozwijać rozwiązania oparte o ten kod poza środowiskiem Windows ma w tej chwili taką możliwość. Z kolei w 2015 r. Apple udostępniło kod źródłowy opracowanego przez siebie języka programistycznego Swift.

Na tym zjawisku zyskują klienci dostawców oprogramowania. Otwartość kodu zmusza do ciągłego inwestowania w innowacje i rozwój produktu.  Dodatkową korzyścią jest fakt, że nie zachodzi tu tzw. zjawisko vendor lock-in, czyli uzależnienia od konkretnego dostawcy. Oznacza to, że użytkownik nie ponosi wielkich kosztów związanych z ewentualną zmianą dostawcy. Nie istnieje też ryzyko związane z zaniechaniem produkcji, bo w przypadku Open Source projekt może być kontynuowany czy to samodzielnie czy z innym dostawcą – dodaje Dariusz Świąder, Linux Polska.

Gospodarka oparta na dzieleniu się

Tego typu praktyki nie są jednak wyłącznie domeną branży IT. Jednym z głośniejszych przykładów udostępnienia dorobku intelektualnego przedsiębiorstwa było ujawnienie w 2014 r. przez Teslę patentów firmy. Rok później w jej ślady poszła Toyota ogłaszając, że udostępnia za darmo patenty związane z samochodami fuel cell. Ich nieodpłatne wykorzystanie będzie możliwe do roku 2020, kiedy jak przewiduje producent zakończy się proces wstępnego wprowadzenia tego rozwiązania na rynek. Pomimo, że działania obu firm wydają się być z pozoru sprzeczne z ich interesami, w rzeczywistości stanowią przemyślaną część strategii biznesowej. Komentując swoją decyzję CEO Tesli Elon Musk powiedział: Odczuwaliśmy potrzebę wystąpienia o patenty, ponieważ obawialiśmy się, że duże firmy motoryzacyjne skopiują naszą technologię, a później wykorzystają swoje zaplecze produkcyjne, sprzedażowe i marketingowe, by zdominować rynek. Nie mogliśmy się bardziej pomylić. (…) Pojazdy elektryczne nie stanowią nawet 1 proc. sprzedaży dużych koncernów samochodowych. Decyzja o uwolnieniu patentów ma szansę przyczynić się do rozwoju całego rynku, na czym skorzysta sama Tesla, np. sprzedając baterie do rozwiązań stworzonych przez konkurencję na bazie udostępnionych technologii. Przykład ten pokazuje, że tradycyjne podejście do ochrony firmowego know-how nie zawsze sprawdza się w sektorach opartych na innowacjach. Filozofia open source będzie więc w coraz większym stopniu przenikać do świata biznesu.

O Konferencji Open Source Day

Open Source Day to największe w Polsce i Europie wydarzenie poświęcone otwartemu oprogramowaniu. W dotychczasowych edycjach udział wzięło 5 tys. osób, a kilkanaście tysięcy śledziło relację online. Open Source Day stanowi platformę wymiany wiedzy na temat otwartego oprogramowania, jednego z najważniejszych obecnie kierunków rozwoju nowoczesnych technologii, umożliwiającego tworzenie wysokiej jakości, stabilnych  rozwiązań IT, które dziś są podstawą działania wszystkich gałęzi gospodarki. Gośćmi specjalnymi poprzednich edycji byli przedstawiciele Rządu, m.in. Wicepremier, Minister Gospodarki, Pan Waldemar Pawlak, Minister Administracji i Cyfryzacji Pan Michał Boni,  a także Wiceminister Cyfryzacji, Pan Piotr Woźny. 10., jubileuszowa edycja konferencji odbędzie się w dniu 17 maja 2017 r. w Warszawie.

Źródło: Lightscape

Nowoczesne technologie coraz bardziej wkraczają do naszego życia, często są obecne nawet tam, gdzie się ich nie spodziewamy. Tym samym nie mamy pojęcia, z której strony może zaskoczyć nas atak hakera. Chociaż wszyscy już wiemy,  jak istotne jest zabezpieczanie komputerów i telefonów, często zapominamy o innych urządzeniach podłączonych do sieci, np. o drukarkach. A te, jak przekonują eksperci, mogą być najsłabszym ogniwem łańcucha zabezpieczeń.

Bezpieczeństwo w biznesie

Jednak chociaż badanie PwC CEO Survey 2017pokazuje, że 61% prezesów największych światowych organizacji uważa cyberzagrożenia za jedno z największych niebezpieczeństw dla ich biznesu, w Polsce wciąż wielu przedsiębiorców nie do końca zdaje sobie sprawę ze skali cyfrowych ryzyk.

Według najnowszego raportu firmy PWC, w ostatnim roku w aż 96% średnich i dużych firm w Polsce doszło do ponad 50 incydentów związanych z naruszeniem bezpieczeństwa informacji lub systemów IT. W przypadku aż 64 % liczba takich zdarzeń była większa niż 500. Tylko w zeszłym roku w ten sposób straty spowodowane przez cyberprzestępców sięgnęły 3 biliony dolarów, a w 2021 suma ta ma osiągnąć 6 bilionów dolarów. W zeszłym roku w Wielkiej Brytanii , straty spowodowane przez cyberprzestępców były większe niż te spowodowane przez tradycyjnych kryminalistów.

Powyższe dane liczbowe potwierdzają, że cyberataki stanowią bardzo groźne zjawisko dla przedsiębiorstw i to niezależnie od ich wielkości. Skutecznie atakowane są zarówno największe korporacje jak i małe oraz średnie przedsiębiorstwa. Sytuacja ta podokazuje, że cyberbezpieczeństwo to przede wszystkim problem sektora prywatnego. Biorąc pod uwagę, że narzędzia hakerskie są coraz częściej ogólno dostępne, liczba ataków będzie tylko rosnąc. W Wielkiej Brytanii już dziś straty poniesione w wyniku działania cyberprzestępców przekraczają straty spowodowane przez klasycznych przestępców – komentuje Andrzej Kozłowski, ekspert Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego.

Bezpieczeństwo druku

Stale analizujemy pomysły i zachowania hackerów, rozmawiamy z naszymi klientami o ich oczekiwaniach, współpracujemy ze sztabem najlepszych specjalistów z zakresu cyberbezpieczeństwa. Dzięki temu jesteśmy w stanie zaoferować naprawdę unikalne rozwiązania, także w obszarach, o których nikt dotychczas nie pomyślał, że mogą być niebezpieczne – mówi Tomasz Omelaniuk, ekspert firmy HP Inc Polska. Warto pamiętać, że dzisiejsza drukarka niewiele różni się od komputera i włamanie do niej to dla hakera nie tylko dostęp do dokumentów, które przez nią przepuszczamy, ale też furtka do całej naszej sieci firmowej, komputerów, serwerów, oprogramowania, a co za tym idzie, do bardzo cennych danych.

Jako jeden ze światowych liderów w dziedzinie bezpieczeństwa sprzętu komputerowego, pierwsze zabezpieczenia drukarek firma HP Inc. wprowadziła już w połowie lat 90. Wówczas była to możliwość zabezpieczania portów czy ustanawiania fizycznych blokad.

Dzisiaj, po ponad 20 latach, najnowsze światowe rozwiązania w dziedzinie bezpieczeństwa druku HP Inc. prezentuje we wprowadzanych właśnie na rynek drukarkach wielofunkcyjnych obsługujących format A3. Wśród zabezpieczeń, na które warto zwrócić uwagę znajdują się m.in. wykrywanie i odpieranie ataków w czasie rzeczywistym, automatyczny monitoring i wbudowane funkcje weryfikacji oprogramowania w celu powstrzymywania zagrożeń już w momencie ich pojawienia się.

Bezpieczeństwo od HP Inc.

W 2016 roku firma HP udostępniła wyniki analizy funkcji zabezpieczających porównując swoje drukarki z produktami tej samej klasy dostarczanymi przez konkurencję. Okazało się, że tylko HP Inc. oferuje kombinacje funkcji zabezpieczających, które monitorują urządzenie w celu wykrywania i automatycznego powstrzymywania ataków, a następnie same sprawdzają integralność oprogramowania podczas ponownego uruchomienia systemu.

Warto też pamiętać, że druk nie jest jedynym obszarem, w którym firma HP Inc. rozwija funkcje bezpieczeństwa. Także laptopy i komputery otrzymują najnowsze rozwiązania chroniące wrażliwe dane, a analizy przeprowadzone w tym obszarze wykazały, że laptopy HP (produkty z linii Elite) należą do najlepiej zabezpieczonych laptopów na świecie.

Źródło: HP Inc.

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowe – tłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.


Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

 

Źródło: Partner of Promotion

Z roku na rok w Polsce maleje liczba kradzionych aut. Wśród najpopularniejszych zabezpieczeń przed kradzieżą są m.in.: alarmy, immobilisery, monitoring. Dzięki zastosowaniu nowoczesnych technologii rozpracowanie takich systemów ochrony nie jest proste, wymaga czasu i specjalistycznej wiedzy.

Jednym z najbardziej zaawansowanych sposobów zabezpieczenia samochodu firmowego jest monitoring pojazdów GPS. Ten rodzaj usługi oferuje firma Konsalnet. Wykorzystana technologia pozwala nie tylko namierzyć auto, ale również unieruchomić je. Dzięki takiemu rozwiązaniu wszystkie pojazdy są monitorowane za pomocą satelitów GPS. Lokalizatory zamieszczane są w nietypowych miejscach, aby utrudnić potencjalnym intruzom znalezienie ich. Konsalnet w swojej ofercie posiada wiele rozwiązań systemów wspierających zarządzanie flotą, m.in.: system bieżącego monitoringu  poziomu paliwa, prędkości, czy obrotów silnika. W przypadku kradzieży tak zabezpieczonego samochodu, właściciel floty może zadzwonić do firmy ochroniarskiej i zlecić odcięcie zapłonu.

Kolejnym wykorzystywanym często przez firmy zabezpieczeniem aut firmowych jest zabezpieczenie elektroniczne – znany wszystkim doskonale alarm. Trzeba jednak pamiętać, że ten rodzaj ochrony pojazdu nie jest w stanie go unieruchomić. Może jedynie spłoszyć potencjalnego włamywacza poprzez włączenie sygnału dźwiękowego.

Immobilisery i ukryte wyłączniki to trzecia kategoria najczęściej stosowanych zabezpieczeń w samochodach. Zaawansowane immobilisery posiadają funkcję radiopowiadomienia. W momencie kradzieży pojazdu, pager – będący w posiadaniu właściciela – wyświetla ostrzeżenie.

Efektywne zabezpieczenie jest bardzo ważne w przypadku pojazdów służbowych. Wiedza na temat dostępnych na rynku systemów alarmowych pomoże wybrać najodpowiedniejszy system ochrony i uniknąć kradzieży

Pracownicy IT są jedną z najlepiej opłacanych grup zawodowych w Polsce, a ich zarobki z roku na rok rosną coraz szybciej. Jak wynika z danych firmy Sedlak & Sedlak, tylko na przestrzeni ostatnich dwóch lat mediana wynagrodzeń specjalistów IT wzrosła o niemal 1 tys. zł. – z 5,7 tys. w roku 2015 do 6 625 zł w roku 2016. Wszystko wskazuje jednak na to, że polscy informatycy coraz częściej będą musieli konkurować o wakaty ze specjalistami z Ukrainy. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie.

Szacuje się, że w Polsce pracuje od 600 tysięcy do miliona obywateli Ukrainy, a ich liczba systematycznie rośnie. To wynik pogarszającej się sytuacji ekonomicznej za wschodnią granicą oraz konfliktu zbrojnego z Rosją. Jeszcze przed wojną w Donbasie przyjeżdżały do Polski głównie kobiety, które podejmowały pracę w gospodarstwach domowych, a średnia wieku imigrantów wynosiła 43 lata. Obecnie, jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, 47 proc. obywateli Ukrainy przebywających w Polsce ma ukończone studia wyższe, a 5,5 proc. pracuje na stanowiskach eksperckich.

– Są ekonomiści, finansiści, programiści, osoby, które pracowały w sieciach sklepów i zarządzały nimi. Są też pracownicy branży zarządzania nieruchomościami. Są nawet wykładowcy akademiccy – twierdzi Daniel Dziewit, założyciel portalu Pracadlaukrainy.pl.

Według informacji NBP coraz więcej osób podejmuje też studia w Polsce i uczy się języka, by zostać tu na stałe lub związać przyszłość z naszym krajem.

Informatyk z Ukrainy ma wysokie kwalifikacje i jest mniej roszczeniowy

Trudno oszacować, ilu ukraińskich specjalistów z obszaru technologii informacyjnych pracuje w Polsce. Jedno jest pewne – ich liczba stale rośnie. Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej systematycznie zwiększa się liczba oświadczeń o zamiarze zatrudnienia wydawanych przez firmy IT obcokrajowcom. W 2012 r. było ich 460, rok później 686, a w 2014 r. – 3227. 90 proc. dotyczyło Ukraińców. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie. W samym Lublinie pracuje ponad 1000 ukraińskich informatyków.

– Polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zatrudnianiem specjalistów IT zza Buga. Tym bardziej, że obywatele Ukrainy często mogą pochwalić się bardzo wysokimi kwalifikacjami w obszarze technologii informacyjnych. Co istotne, oni w Polsce chcą pracować. I wcale nie chodzi o kwestie finansowe, bo branża IT na Ukrainie rozwija się również dynamicznie. Polska przez obywateli Ukrainy postrzegana jest jako element rynku globalnego, który stwarza o wiele większe możliwości dla rozwoju zawodowego. Dzięki swoim kwalifikacjom i proaktywnej postawie są bardzo konkurencyjni – twierdzi Rafał Niedziński, IT & Telecom Manager w Relyon Recruitment & IT Services, firmie rekrutacyjnej obsługującej m.in. firmy z obszaru nowoczesnych technologii.

Specjaliści IT z Ukrainy szansą dla polskiej gospodarki

Polska staje się coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla cudzoziemców, w tym również tych, którzy mogą poszczycić się wysokimi kompetencjami zawodowymi. Obywatele Ukrainy powoli wypełniają lukę po Polakach, którzy wyemigrowali, głównie do Wielkiej Brytanii. To doskonała wiadomość dla polskiej branży IT, która już od kilku lat boryka się z niedoborem kadr. W związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś niedobór specjalistów z zakresu technologii informacyjnych w naszym kraju sięga ponad 50 tys. osób, a deficyt ten rośnie co roku o 3–5 proc. Jak twierdzi Rafał Niedziński z Relyon Recruitment & IT Services, napływ kadr IT zza wschodniej granicy nie odbije się negatywnie na polskich specjalistach, a może być poważnym bodźcem dla polskiej gospodarki.

– To ogromna szansa dla polskiej branży IT. Napływ wysoko wykwalifikowanych specjalistów może przyczynić się do umocnienia pozycji Polski na europejskiej mapie czołowych lokalizacji dla inwestycji z obszaru nowoczesnych technologii. Oczywiście wraz z większą podażą specjalistów prawdopodobnie zwiększy się konkurencja na rynku pracy, ale to jeszcze bardzo odległa perspektywa. W pierwszej kolejności branża IT musi uzupełnić deficyty specjalistów – dodaje Rafał Niedziński.

Źródło: Relyon Recruitment & IT Services

W ostatnich latach świat wszedł w nową epokę transformacji nowoczesnych technologii, opierającej się na Internecie Rzeczy (IoT). Oprócz możliwości, które stwarza on w niemal wszystkich sferach życia, stał się również źródłem różnego rodzaju zagrożeń. Jak wynika z analizy „Defense Policy and the Internet of Things. Disrupting Global Cyber Defenses“, przeprowadzonej przez firmę doradczą Deloitte, obowiązujące rządowe cyber strategie koncentrują się na obronie systemów wojskowych oraz infrastruktury krytycznej, ignorując często ochronę systemów powiązanych z IoT. Wśród krajów, których budżety na obronność wyniosły w 2016 roku ponad miliard dolarów, najbardziej na cyberataki związane z Internetem Rzeczy narażone są państwa Europy Środkowej, w tym Polska.

Analiza Deloitte koncentruje się na IoT jako systemie produktów połączonych i komunikujących się z Internetem. Obejmuje on swym zasięgiem zarówno produkty konsumenckie (np.: automatyka domowa), jak i przemysłowe, które zarządzają różnymi funkcjami, takimi jak przepływy wody, energii czy systemy komunikacji publicznej oraz prywatnej. Według szacunków w 2020 roku w użyciu będzie ponad 50 mld urządzeń IoT. – Tymczasem obszar ten wydaje się pozostawać poza zainteresowaniem, a tym samym kontrolą administracji rządowych wielu krajów, które obronę systemów Internetu Rzeczy przerzucają na podmioty prywatne, niemające środków finansowych na zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa – mówi Piotr Świętochowski, Dyrektor w Dziale Audytu Deloitte, ekspert ds. sektora obronnego.  – To wszystko sprawia, że systemy obronne wielu państw są dziś narażone na ataki na połączone z Internetem obiekty cywilne – dodaje.

Analizie poddano 49 krajów, których budżety obronne w 2016 roku były większe niż miliard dolarów. Według szacunków w krajach tych znajduje się obecnie nawet 130 tys. systemów IoT w infrastrukturze budowlanej (kontrola budynków), komunikacyjnej oraz przemysłowej. Indeks, który wskazuje, które kraje są najbardziej narażone na ataki związane z tym obszarem, powstał poprzez porównanie liczby systemów IoT znajdujących się w danym kraju do jego poziomu PKB osiągniętego w 2015 roku. Średni wskaźnik wynosi 100, wynik powyżej oznacza, że dany kraj nie jest należycie przygotowany do obrony cyberataków na systemy IoT. Okazuje się, że najgorsze wyniki osiągnęły kraje Europy Środkowej i Wschodniej: Słowacja (341), Litwa (316), Estonia (307), Łotwa (298) oraz Czechy (259). Polska ze wskaźnikiem na poziomie 154 znalazła się na dziewiątym miejscu. – W krajach tych biznes i konsumenci chętnie zaadaptowali korzyści płynące z Internetu Rzeczy, zapominając jednocześnie o zagrożeniach z nim związanych. Państwa, które osiągnęły wynik 2,5 lub 3-krotnie gorszy od średniej światowej są najbardziej narażone na cyberataki, których źródłem może być nieautoryzowane wykorzystanie i kontrola nad tysiącami urządzeń i katastrofalne skutki ekonomiczne, ale też bezpieczeństwa danego kraju – mówi Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider obszaru cyberbezpieczeństwa Deloitte.

Z kolei z analizy Deloitte wynika, że obecnie najmniej na hipotetyczne ataki narażone są Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Japonia, Indonezja oraz Indie, których wyniki wyniosły poniżej 10 punktów. W grupie państw z wynikami poniżej 100 punktów znalazły się równie Rosja, Chiny oraz Iran, które publicznie ogłosiły, że koncentrują się na budowie obronnych strategii w obszarze cyber. – Analiza ta pokazuje, że kraje o wyższym wskaźniku, a tym samym bardziej narażone, mogą stać się celem cyberataków na systemy IoT ze strony krajów, które akurat w tym obszarze są znacznie lepiej przygotowane – mówi Marcin Ludwiszewski.

Eksperci Deloitte wskazują, że mocno zaawansowana automatyka oraz duże wykorzystanie Internetu nie są przesłankami decydującymi o tym, że dany kraj będzie narażony na ataki. Decydujący jest raczej wybór, projektowanie oraz wdrażanie metod wykorzystywanych przy systemach IoT.

Operacje wojskowe w cyberprzestrzeni powinny koncentrować się na trzech czynnikach: wykrywaniu potencjalnych zagrożeń, ich blokowaniu oraz odpowiadaniu atakującym. Wykrywanie ataków przeciwko celom IoT stawia więc nowe wyzwania dla polityk obronnych. – Jednym z problemów jest skoordynowanie działań pomiędzy poszczególnymi sektorami, w rękach których znajdują się systemy IoT. Oczywiście istnieją również obawy dotyczące przetwarzania i bezpieczeństwa danych, które należy przezwyciężyć. Zagrożenia wynikające ze stosowania Internetu Rzeczy nadal rosną oraz nieustannie ewoluują i rządy poszczególnych państw nie mają wyjścia, jak tylko przystosować do nich swoje strategie obronne – mówi Piotr Świętochowski.

Źródło: Deloitte Polska

Wolniejsze tempo rozwoju gospodarczego w najważniejszych gospodarkach świata oraz rozbudzone nastroje protekcjonistyczne skierowane przeciw globalizacji znajdują się wśród najważniejszych czynników utrudniających sytuację ekonomiczną sprzedawców detalicznych. Jednak mimo tych przeszkód przychody 250 największych detalistów wyniosły w ubiegłym roku obrotowym (kończącym się najpóźniej w czerwcu 2016 r.) 4,31 biliona dolarów. Rok do roku był to wzrost o 5,2 proc. Jak wynika z najnowszej edycji corocznego raportu „Global Powers of Retailing 2017. The art and science of customers”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, liderem w tym sektorze pozostaje amerykański gigant Wal-Mart, a największym sprzedawcą e-commerce jest Amazon.com. W erze ogromnej konkurencji głównym zadaniem sprzedawców jest uzyskanie większej lojalności i jeszcze głębszego zaangażowania klientów.

Suma przychodów 250 największych sieci detalicznych, wygenerowanych w poprzednim roku podatkowym, wyniosła prawie 4,31 bln dolarów, co oznacza wzrost o 5,2 proc. „Mimo trudnych warunków makroekonomicznych handel detaliczny rozwija się stabilnie. Sytuacja różni się jednak w zależności od regionu: w Afryce, Chinach i Ameryce Południowej odnotowano znaczący wzrost przychodów, sięgający odpowiednio 19,1, 12,9 oraz 11,3 proc., podczas gdy w Europie czy Ameryce Północnej było to wzrosty zaledwie kilkuprocentowe” – mówi Magdalena Jończak, Partner w Dziale Konsultingu Deloitte. W ubiegłym roku znaczący wpływ na wyniki finansowe firm z sektora handlu detalicznego miały: wolne tempo wzrostu ekonomicznego w najważniejszych gospodarkach rozwiniętych, wysoki poziom zadłużenia krajów wschodzących, deflacja lub niska inflacja w państwach bogatych oraz rozbudzone nastroje protekcjonistyczne skierowane przeciw globalizacji.

Jak wynika z raportu Deloitte średni wzrost przychodów w latach 2010-2015 wynosił 5 proc. Aby znaleźć się na liście TOP250 spółka musiała w poprzednim roku obrotowym (ostatnim zakończonym) osiągnąć przychody w wysokości co najmniej 3,5 mld dolarów (ostatnia firma na liście osiągnęła przychody w wysokości 3,508 mld dolarów), a średni poziom przychodów przypadający na jedną firmę wyniósł 17,2 mld dolarów. Średnia marża zysku netto w branży wyniosła 3 proc. Aż 22,8 proc. przychodów detaliści czerpali z działalności poza krajem rodzimym. Średnia liczba krajów, w których sieci prowadzą działalność, wyniosła w omawianym okresie 10. Rekordzistami w tym względzie są europejskie sieci handlowe, dla których ta średnia wynosi 16 krajów. W przypadku francuskich detalistów było to aż prawie 31 państw.

Raport omawia również zagadnienia związane ze sztuką angażowania klienta, która ma pomóc detalistom w dostarczaniu im nowych doświadczeń, dzięki wykorzystaniu odpowiednich technologii oraz wzmacnianiu lojalności. „Wiodący detaliści zdają sobie sprawę, że technologia nie stanowi już elementu uzupełniającego ich działalności, ale podstawę. Jednak sama technologia nie wystarcza – klienci poszukują nowych, nieoczekiwanych produktów i doświadczeń. Żyjemy w czasach, gdy to konsument kontroluje sytuację w większym stopniu niż kiedykolwiek” – mówi Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

W raporcie wskazano pięć najważniejszych trendów, kształtujących obecnie handel detaliczny:

  • Mniej znaczy więcej – klienci w mniejszym stopniu definiują się poprzez liczbę posiadanych rzeczy, a w większym przez to, jak wysmakowane jest ich życie pod względem doświadczeń i dorobku. Coraz większy sukces odnoszą sprzedawcy, którzy nie dysponują zbyt szerokim asortymentem, ale za to bardzo dobrej jakości. Dzięki temu trafiają do klientów, którzy chcą się wystrzec nadmiernego konsumpcjonizmu. Trend ten zauważyły nawet wielkie sieci handlowe, takie jak H&M, którego kolekcja Conscious Exclusive skierowana jest do wysublimowanego, ceniącego jakość i oryginalność klienta.
  • Gospodarka „śledząca” – klienci poszukują doświadczeń i produktów odzwierciedlających ich osobistą „markę”, którą promują i dzielą się ze znajomymi w mediach społecznościowych. Wśród konsumentów rośnie świadomość, że zakupy również definiują ich styl życia.
  • „Detalizacja” świata – ruchy podejmowane przez wytwórców, ekonomia współdzielenia i inne czynniki sprawiają, że coraz trudniej jest zdefiniować pojęcie sprzedawcy detalicznego – tego, co robi i kim jest. Detaliści wykraczający poza tradycyjne ramy wypracowują nowe modele biznesowe w celu realizacji potrzeb klientów, np. usługi subskrybowane i usługi w formule flash sales.
  • Zakupy na żądanie – sukces detalisty będzie uzależniony od umiejętności dostosowania się do sposobu myślenia klienta, opartego na żądaniach i natychmiastowej dostępności. Już dziś tacy giganci jak AmazonFresh czy Carrefour realizują tę potrzebę, poprzez dostarczanie zakupów klientom w godzinę po ich zamówieniu.
  • Intensywny styl życia – rozwijające się technologie, takie jak sztuczna inteligencja, robotyka i rzeczywistość wirtualna, zmieniają styl naszego życia i sposób, w jaki będziemy robić zakupy. Nowoczesne technologie wkraczają nie tylko do sfery obsługi klienta, ale również wewnętrznego funkcjonowania i udoskonalania samych sieci detalicznych.

Amerykańska sieć Wal-Mart nadal pozostaje największym światowym detalistą i generuje roczne przychody ponad czterokrotnie wyższe niż jej najpoważniejszy konkurent. Na drugim miejscu w poprzednim roku obrotowym znalazło się Costco, a na trzecim koncern The Kroger Co., który jako jedyny gracz w TOP 10 operuje tylko na jednym rynku. Z kolei na czwartym uplasował się niemiecki Schwarz Unternehmens Treuhand KG, który polskim klientom może być znany jako właściciel sieci dyskontów Lidl i supermarketów Kaufland. Na piąte miejsce aż o pięć pozycji, dzięki aktywności na rynku M&A, awansowała sieć drogerii i aptek Walgreens Boots Alliance. Z kolei spadki zaliczyły europejskie sieci handlowe: Carrefour, Aldi i Tesco. Na dziesiątym miejscu znalazł się Amazon.com, który awansował o dwa miejsca. Amazon jest jedynym detalistą w TOP 10, którego działalność koncentruje się jedynie na e-commerce. Z pierwszej dziesiątki wypadła niemiecka grupa Metro AG, właściciel Makro. Właściciel sieci sklepów Biedronka Jeronimo Martins znalazł się w tym roku na 64 miejscu (rok wcześniej było to 59 miejsce).

W ubiegłym roku obrotowym grupa 10 największych sprzedawców detalicznych na świecie rosła wolniej niż całe TOP 250 i zanotowała wzrost przychodów o 2,9 proc.

Największy wzrost przychodów zanotowały w tym roku branże modowa oraz akcesoria, który wynosił 7,7 proc. Dla porównania w przypadku FMCG było to 5 proc. Nadal najbardziej rentownym z handlowych działów jest moda i akcesoria, której średnia marża zysku netto wyniosła 7,1 proc., czyli ponad dwa razy więcej niż w całym TOP 250. Jednak to firmy detaliczne handlujące produktami szybkozbywalnymi są największe (ich średnie przychody wynoszą niemal 21,6 mld dolarów) i najliczniejsze (wśród 250 największych spółek jest ich aż 133, stanowią też one jedną trzecią z 250 spółek o najwyższych przychodach).

Na czele zestawienia firm, które w latach 2010-2015 osiągnęły największe wzrosty przychodów, znalazły się dwie firmy z Chin. W przypadku Vipshop Holdings Limited było to aż 184,6 proc., a JD.com 81,3 proc.

Po raz czwarty w raporcie Deloitte znalazł się ranking 50 największych na świecie e-sprzedawców. Aż 80 proc. z nich znalazło się także na liście TOP 250, a 38 z nich prowadzi sprzedaż również w innych kanałach. Większość spośród 50 czołowych e-detalistów ma siedzibę w Stanach Zjednoczonych (26) i Europie (19). Liderem w tym zestawieniu kolejny rok z rzędu jest amerykańska grupa Amazon.com ze sprzedażą z e-commerce na poziomie 79,3 mld dolarów. Na drugim i trzecim miejscu znajdują się JD.com oraz Apple. Co ciekawe Wal-Mart jest czwartym co do wielkości e-sprzedawcą, pomimo, że przez ten kanał przechodzi tylko 2,8 proc. obrotów amerykańskiego giganta. Z kolei Zalando, który znajduje się na piętnastym miejscu, nie mieści się w Top 250.

Aktywność w handlu elektronicznym poddano także analizie dla całej grupy 250 największych globalnych spółek z branży sprzedaży detalicznej. W ubiegłym roku obrotowym 31 firm z TOP 250 nie prowadziło działalności e-commerce. Z analizy Deloitte wynika, że były to głównie supermarkety oraz dyskonty spożywcze. Działalność w obszarze e-commerce stanowi 8,7 proc. łącznych przychodów wszystkich firm, które znalazły się w zestawieniu. Rok wcześniej było to 7,6 proc. „E-commerce jest jednym z głównych motorów napędowych wzrostu przychodów, choć nie rośnie już tak dynamicznie jak to było w poprzednich latach. Dla jednej czwartej detalistów w TOP 250 sprzedaż w Internecie stanowi jeden z wiodących obszarów wzrostu, a dla 12 proc. firm był jedynym ratunkiem przed spadkiem obrotów” – mówi Mariusz Chmurzyński

Źródło: Deloitte

4Mobility – spółka notowana na NewConnect, która stworzyła sieć samoobsługowych wypożyczalni samochodów typu car sharing, w formule auta na minuty – uruchomiła bazy wynajmu będące uzupełnieniem sieci transportu w Warszawie. Zlokalizowane są w miejscach odwiedzanych codziennie przez tysiące warszawiaków – przy stacjach metra Świętokrzyska, Politechnika, Wilanowska, Służew, Ursynów, Imielin, Natolin i Kabaty. W stolicy jest już ponad 20 baz, z których klienci mogą wypożyczyć jedno z 50 dostępnych obecnie aut. Udogodnieniem dla użytkowników 4Mobility jest możliwość bezpłatnego zwrotu auta w każdej z baz oraz w dowolnym punkcie Śródmieścia, firma pokrywa również koszty postoju w całej strefie płatnego parkowania w Warszawie.

Auto na minuty od 4Mobility to innowacyjny system car sharing, w którym nowoczesne technologie łączą się ze współczesnym podejściem do mobilności. Usługa działa w prosty i intuicyjny sposób – auto wypożycza się nawet na 15 minut, a wszystko – włącznie z otwarciem samochodu – odbywa się za pomocą aplikacji na smartfonie. Rejestracja i wykonanie rezerwacji zajmują dosłownie kilka minut, a użytkownicy płacą tylko za czas użytkowania auta i pokonany dystans.

„Misją 4Mobility jest usprawnienie mobilności w dużych aglomeracjach miejskich. Nasi użytkownicy zyskują dostępność do usługi, która jest zarówno alternatywą wobec komunikacji miejskiej, jak również jej doskonałym uzupełnieniem. Przyjęta strategia rozwoju sieci 4Mobility odpowiada na potrzeby klientów indywidualnych, a także innowacyjnego biznesu, który ceni sobie komfortowe i nowoczesne rozwiązania” – mówi Paweł Błaszczak, prezes zarządu 4Mobility.

Źródło: http://4mobility.pl/

W ciągu najbliższych dziesięciu lat aż 40% spółek z indeksu S&P 500 przestanie istnieć, jeśli nie uda im się przeprowadzić cyfrowej transformacji swojego biznesu. O czym warto pamiętać w kontekście wdrażania rozwiązań łączących technologie Big Data i chmury obliczeniowej z mediami społecznościowymi?
W Polsce, wg Deloitte, zaledwie 41% polskich firm dysponuje planem inwestycyjnym odnośnie cyfrowej transformacji, 36% ustaliło plan operacyjny w tym zakresie, na wdrażanie i monitorowanie etapów transformacji jest natomiast gotowych jedynie 29% przedsiębiorstw.
Po pierwsze – jasny cel
– Organizacje powinny jasno określić cel, który zamierzają osiągnąć dzięki cyfrowej transformacji – w taki sposób, by ocena jego realizacji była wymierna i łatwa do wyliczenia. Dobrym rozwiązaniem będzie wspólne wybranie przez menadżerów nadzorujących proces digitalizacji jednego kluczowego obszaru i skupienie wokół niego działań transformacyjnych. Może być to zwiększenie wartości marż, satysfakcji klientów, optymalizacja kosztów lub poprawa szybkości wprowadzania produktów na rynek (time to market) – przekonuje Jacek Bykowski z Atmana, największego polskiego operatora centrum danych.
Przykładów, gdzie udało się precyzyjnie wskazać korzyści wynikające z wykorzystania technologii tzw. Trzeciej Platformy, nie brakuje. Firma kurierska UPS, adaptując technologie IoT i Big Data, uzyskała możliwość szczegółowej analizy parametrów swoich 46 tysięcy dostawczych aut. Dzięki temu może efektywniej planować kolejne trasy – każdego roku udaje się dzięki temu ograniczyć wydatki, gdyż zużycie paliwa potrafi spaść nawet o 30 milionów litrów. Tesco Bank, Generali Group czy Progressive Corporation, wykorzystując technologie Trzeciej Platformy, postanowiły obliczać koszty polis ubezpieczeniowych na podstawie monitorowanego przy pomocy sensorów IoT stylu jazdy swoich klientów. Analiza informacji pozyskanych od wielu ubezpieczonych pozwoliła na stworzenie pewnego rodzaju profilu ryzyka, na podstawie którego spółki indywidualnie wyliczają ceny, oferując nawet 40-procentowe rabaty kierowcom podróżującym najbezpieczniej.
Po drugie – łączenie technologii
Cyfrowa transformacja biznesu opiera się na technologiach Trzeciej Platformy – mobilności, z IoT włącznie, chmurze obliczeniowej i Big Data. Podczas gdy część menadżerów poziomu C stara się dostrzegać korzyści płynące z ich zbiorczego zastosowania, inni skupiają się wyłącznie na jednym obszarze. Jednak w obecnej erze technologiczny „monoteizm” nie ma szans na powodzenie – Nawet jeśli decydenci IT z danej spółki są przekonani do jednej technologii, powinni analizować, w jaki sposób inne mogłyby wpłynąć na poprawę efektywności firmy. Dla przykładu – strategia wykorzystania chmury obliczeniowej może jednocześnie łączyć w sobie strategię dla środowiska mobilnego, z opracowywaniem i testowaniem aplikacji biznesowych włącznie, oraz strategię analityki Big Data – tłumaczy Jacek Bykowski, dyrektor marketingu i rozwoju biznesu w Atmanie.
Gdzie sprawdza się zbiorcze wykorzystanie Trzeciej Platformy? Kanadyjski dostawca energii elektrycznej BC Hydro jakiś czas temu przeprowadził modernizację swoich liczników, czyniąc je „inteligentnymi” poprzez instalację sensorów i uruchomienie modułu analitycznego. Klienci mogą dzięki temu szczegółowo kontrolować zużycie energii co do godziny, a przede wszystkim śledzić jego zmiany za pośrednictwem prostej w obsłudze platformy korzystającej z analityki zebranych w założonym czasie danych. System umożliwia również automatyczne zaalarmowanie firmy w chwili, gdy na danym obszarze dojdzie do przerwy w dostawie energii, przez co może ona zareagować zdecydowanie szybciej. Wszystko to w efekcie pozwala na poprawę jakości usług przy zachowaniu konkurencyjności cenowej.
Jedną z większych inwestycji we wdrożenie rozwiązań Trzeciej Platformy, której wartość osiągnęła ponad 1 miliard dolarów, jest przykład urządzenia wearable o nazwie MagicBand, stanowiącego wyposażenie każdego odwiedzającego Disney World Resort. Za pomocą mobilnej opaski rezydenci obiektu mogą zameldować się w pokoju, zamówić lunch czy zarezerwować wybrane miejsce na jednym z wielu organizowanych wydarzeń. Ponadto system analizuje dane o ruchu odwiedzających park rozrywki, dzięki czemu władze obiektu są w stanie poprawić efektywność zakwaterowania, poznać stopień zainteresowania poszczególnymi atrakcjami czy lepiej zaplanować zaopatrzenie częściej i rzadziej odwiedzanych sklepów i restauracji.
Po trzecie – strategiczni partnerzy
Generowanie dużych zbiorów informacji, których ilość w związku z cyfrową transformacją ma zgodnie z prognozą IDC do 2018 roku powiększyć się nawet 500-krotnie, determinuje potrzebę dysponowania odpowiednimi zasobami informatycznymi do ich gromadzenia i przetwarzania. Stąd w dobie transformacji coraz większe znaczenie odgrywa outsourcing IT.
Jak wynika z raportu KPMG „Outsourcing metodą na cyfrową transformację”, choć koszty nadal są najważniejszym aspektem przy wyborze modelu funkcjonowania IT, to coraz większe znaczenie ma możliwość korzystania z usług wysokiej jakości i dostęp do specjalistycznej wiedzy. Znaczenie ma również elastyczność finansowa i dążenie do skrócenia czasu wdrożeń.
– Zdanie się na zewnętrznego partnera i przejście na model outsourcingu zasobów IT w zdecydowanej większości przypadków wiązać się będzie z niższymi kosztami. Dobrze widać to w przypadku kolokacji. Niezależnie od tego, czy spółka planuje wybudować nową serwerownię, czy już ją posiada i zamierza ją utrzymywać we własnym zakresie, oba te rozwiązania w perspektywie TCO (Total Cost of Ownership) będą droższe niż outsourcing powierzchni serwerowej. Zaletą kolokacji jest także przewidywalność finansowa, która w przypadku outsourcingu jest stosunkowo łatwo osiągana ze względu na skalowalność – firma płaci tylko za te zasoby, których w danym okresie potrzebuje i może swobodnie zarządzać ich zakresem – przekonuje Jacek Bykowski z Atmana.
Po czwarte – odpowiedzialne przywództwo
Pomyślne wdrażanie rozwiązań związanych z cyfrową transformacją wymaga odpowiedniego poprowadzenia tego procesu – w taki sposób, by wszyscy pracownicy przedsiębiorstwa mieli świadomość zachodzących zmian i ich znaczenia dla przyszłości firmy – Częstą praktyką jest ograniczenie zaangażowania w transformację jedynie do działów IT, co jest błędem, gdyż zmiany wpływają na całą strukturę spółki.
Menadżerowie poziomu C mogą natknąć się na problemy związane z oporem bądź obawami części kadry przed planem transformacyjnym, jednak silni liderzy wiedzą, jak przezwyciężyć te przeciwności – organizując warsztaty i szkolenia wyjaśniające w możliwe najprostszy sposób korzyści wynikające z cyfrowej transformacji. Jeśli pracownicy nie będą rozumieć, co ona oznacza i dlaczego jest tak istotna, bardzo trudno będzie płynnie wprowadzić szereg kluczowych zmian – zwraca uwagę Jacek Bykowski z Atmana.
Nie warto też digitalizować wszystkich procesów biznesowych równocześnie, lepiej działać stopniowo, i zacząć od drobnych zmian, do których zespół łatwo się zaadaptuje. Dla przykładu: system przechowywania danych firmowych w chmurze połączony z już istniejącymi w organizacji rozwiązaniami jest ważnym krokiem w kierunku jej cyfryzacji, a przy tym w żaden sposób nie wpływa na realizację codziennych zadań poszczególnych członków kadry.
Po piąte – czas reakcji
Mimo że aktywna odpowiedź na zmieniające się w związku z cyfrową transformacją środowisko biznesu może nieść za sobą pewne ryzyko, nie warto zwlekać. Nie należy bać się spojrzeć na swoją spółkę z zupełnie nowej perspektywy. Jak pokazują przykłady adaptacji nowych technologii, to one stają się głównym orężem w walce z konkurencją, więc większe szanse na zwycięstwo zyskają lepiej uzbrojone w nie przedsiębiorstwa.

W 1901 roku w Anglii i Walii żyło 32,5 mln ludzi, z czego 200 tys. zawodowo zajmowało się praniem. W 2011 roku przy populacji wynoszącej 56,1 mln ludzi już tylko 35 tys. osób pracowało w zawodach związanych z tym zajęciem. Od lat trwa dyskusja czy nowe technologie i związana z nimi automatyzacja, destrukcyjnie działają na rynek pracy czy wręcz przeciwnie. Badania ekspertów firmy doradczej Deloitte dowodzą, że ma to wpływ na likwidację miejsc pracy, ale jedynie w branżach wymagających siły fizycznej, m.in. w produkcji i rolnictwie. Jednocześnie postęp technologiczny prowadzi do wzrostu siły nabywczej konsumentów, co wpływa pozytywnie na tworzenie nowych usług i związanych z nim miejsc pracy – to główne wnioski z raportu Deloitte „Technology and people: The great job-creating machine”.

Ekonomiści brytyjskiego oddziału Deloitte: Ian Stewart, Debapratim De oraz Alex Cole na podstawie spisów ludności przeprowadzonych w Anglii i Walii pomiędzy 1871 a 2011 rokiem przeanalizowali transformację tamtejszego rynku pracy. „Od dłuższego czasu nie ma zgody co do tego, czy technologia wpływa na liczbę miejsc pracy pozytywnie czy negatywnie. Skoro nie jesteśmy w stanie przewidzieć kierunku rozwoju nowych technologii i jego skutków, to tym bardziej nie będziemy w stanie ocenić ich ewentualnego przełożenia na sytuację na rynku pracy. Okazało się jednak, że odpowiedzi na nurtujące nas pytania przynosi historia, stąd decyzja o przeprowadzeniu tej analizy” – wyjaśniają autorzy badania.

Ekonomiści Deloitte przytaczają badania PEW Foundation, które pokazują, że 48 proc. ekspertów technologicznych w USA wierzy, że roboty i maszyny zastąpią znaczną liczbę pracowników i doprowadzą do masowego bezrobocia. Niektóre prognozy wskazują, że tylko w samej Wielkiej Brytanii aż 35 proc. miejsc pracy może ulec automatyzacji w ciągu najbliższych 10-20 lat. Wśród „zagrożonych” branż wymienia się, m.in. handel (automatyczne samoobsługowe kasy sklepowe).

Badania ekspertów Deloitte pokazały, że na przestrzeni lat rzeczywiście istniały sektory, w których na skutek rozwoju technologii zatrudnienie zostało ograniczone. Tak stało się w branży produkcyjnej i rolnictwie, które niegdyś opierały się na pracownikach fizycznych. W 1871 roku w Anglii i Walii zawody, w których wykorzystywana jest siła fizyczna stanowiły 23,7 proc. wszystkich profesji. W 2011 roku odsetek ten wynosił już jedynie 8,3 proc. Szczególnie szybkie spadki nastąpiły w ostatnich latach. Pomiędzy 1992 a 2011 rokiem liczba robotników rolnych spadła o 50 proc.

Sytuacja wygląda podobnie w przypadku rzemieślnictwa. W tym samym czasie liczba szewców i zawodów pokrewnych spadła o 82 proc., tkaczy o 79 proc. Analogiczna sytuacja nastąpiła w przypadku profesji wypieranych przez komputery. Liczba maszynistek i stenotypistek spadła o 57 proc.

Nowoczesne technologie wpływają na rynek pracy i zmieniają profil pracownika. Rosnąca automatyzacja rzeczywiście oznacza zastąpienie ludzi przez roboty w niektórych profesjach i branżach. Nie zawsze jednak wiąże się to z redukcją zatrudnienia. Wpływ komputerów na pracę to nic nowego, choć wymiar tego zjawiska przybiera na sile. Tempo innowacji sugeruje, że technologie, które wydają się odległą przyszłością, wejdą w życie dużo szybciej niż się spodziewamy, ale będzie to stosunkowo długi proces i tempo wdrożenia w każdym kraju będzie inne. Ponadto automatyzacji przyświeca zasada, że maszyny to partnerzy w miejscu pracy, a nie konkurencja.

Z analizy Deloitte UK wynika, że szybki wzrost nowych miejsc pracy nastąpił w innych usługach, w tym finansowanych z budżetu państwa. I tak pomiędzy 1992 a 2011 rokiem liczba nauczycieli w Anglii i Walii wzrosła o 580 proc., pielęgniarek o 909 proc., a pracowników socjalnych o 183 proc. Zawody związane z opieką w 1871 roku stanowiły jedynie 1,1 proc., a w 2011 roku już 12,2 proc. Podobnie szybki wzrost nastąpił w branżach związanych z technologią oraz biznesem.

Autorzy badania po przeanalizowaniu danych statystycznych wyodrębnili cztery mechanizmy oddziaływania nowoczesnych technologii na rynek pracy:

  1. Technologie zastępują miejsca pracy, ale te opierające się na sile mięśni, pracy fizycznej. W 1871 roku 6,6 proc. osób było zakwalifikowanych jako pracownicy zatrudnieni w rolnictwie. W 2011 było to już jedynie 0,2 proc. W ciągu 140 lat, na skutek rozwoju technologii i automatyzacji, nastąpił spadek zatrudnienia w tym sektorze o 95 proc. Z kolei zatrudnienie w produkcji spadło z 38 proc. w 1948 roku do 8 proc. w 2012 roku. Dzięki rozwojowi technologii znacznie wzrosła za to wydajność w obu tych sektorach.
  2. Tworzą się nowe miejsca pracy dla osób pracujących w sektorze technologicznym. W ciągu ostatnich 35 lat dwie z dziesięciu najszybciej rozwijających się profesji w Wielkiej Brytanii należą do branży technologicznej. Eksperci Deloitte zwracają jednak uwagę, że wzrosty zatrudnienia w niektórych branżach mogą mieć krótkotrwały charakter (np. operatorzy telefoniczni czy telegraficzni).
  3. Technologie kreują miejsca pracy w sektorach opartych na wiedzy. Rośnie popyt na usługi specjalistyczne, takie jak medycyna, biznes czy profesjonalne usługi marketingowe. W 1871 roku w Anglii i Walii pracowało 9,8 tys. księgowych, w 2011 roku ta liczba wzrosła do ponad 215 tys. osób.
  4. Technologie obniżają wydatki na podstawowe potrzeby życiowe, budując tym samym popyt na nowe miejsca pracy. Postęp technologiczny, zwiększając produktywność, wpływa pozytywnie na wzrost siły nabywczej konsumentów, co z kolei powoduje powstanie nowych sektorów usług. Mając więcej pieniędzy, ludzie wydają je na zaspokajanie potrzeb związanych z relaksem i wolnym czasem. Eksperci Deloitte przytaczają przykład pracowników barów. Pomiędzy 1951 a 2011 rokiem liczba osób zatrudnionych w tej branży wzrosła czterokrotnie. W 1871 roku jeden fryzjer przypadał na 1793 Anglików i Walijczyków. Obecnie liczba ta spadła do 287 osób. Tendencja ta dotyczy także innych branż. I tak pomiędzy rokiem 1992 a 2011 liczba osób pracujących w rozrywce (m.in. aktorzy, tancerze, reżyserzy) wzrosła o 156 proc.

Należy wziąć pod uwagę także zmiany demograficzne, takie jak wydłużenie średniej długości życia, co wiąże się z większym popytem na usługi związane z pielęgnacją osób starszych oraz zagospodarowaniem ich czasu wolnego.

Tempo wdrażania nowych technologii przyspiesza, a to oznacza, że społeczeństwo musi się przygotować na rosnące bezrobocie technologiczne, czyli wynikające z postępu technicznego. Analiza Deloitte udowadnia, że rynek pracy i jego struktura w gospodarce nie została ustalona raz na zawsze. Są drogi zawodowe, które się zamykają, ale w tym samym czasie otwierają się zupełnie nowe możliwości rozwoju. Większość pracowników powinna stale myśleć o rozwijaniu swoich kompetencji i nie unikać nowości technologicznych. Zmieniająca się gospodarka globalna pokazuje, że praktycznie żaden zawód nie istnieje na zawsze, a sposób jego wykonywania nieustannie podlega modyfikacjom.

„Coraz szybszy rozwój technologiczny to wyzwanie dla pracowników i firm. Dla tych pierwszych oznacza konieczność ciągłego uczenia się i pozostawania w gotowości do zmian, niekiedy nawet w zakresie profesji. Z kolei pracodawcy, aby nadążyć za zmianami, będą musieli stale zatrudniać fachowców o wysokich kwalifikacjach. Tymczasem już dziś na rynku pracy widoczny jest niedobór wysoko wykwalifikowanych kandydatów” – mówi Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

„Kompetencje potrzebne na rynku pracy zmieniają się bardzo dynamicznie właśnie ze względu na postęp technologiczny. Kto jeszcze 15 lat temu przewidywał, że w 2015 roku prawie każda firma potrzebować będzie specjalisty od mediów społecznościowych? Obecnie od pracowników oczekuje się dużej elastyczności oraz gotowości do ciągłego przyswajania nowych informacji, a także zmiany specjalizacji nawet kilka razy w ciągu kariery zawodowej” – podsumowuje Natalia Pisarek, lider zespołu Human Capital Consulting, Deloitte Polska.

źródło: Deloitte

Samsung LABO – program kursów dokształcających w zakresie nowoczesnych technologii oraz umiejętności biznesowych i społecznych dla uczniów techników miał swoją premierę w Zespole Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich we Wronkach. Od stycznia będą oni podnosić swoje kwalifikacje zawodowe w klasie wyposażonej w rozwiązania technologiczne firmy Samsung.

Samsung LABO to pierwsza tego typu inicjatywa w regionie, której celem jest rozwój umiejętności uczniów szkół zawodowych w zakresie nowoczesnych technologii i zawodów przyszłości. Jest to też pierwsze w Polsce Samsung LABO z ofertą edukacyjną globalnej marki skierowaną do uczniów techników. Eksperci wskazują na fakt, że od lat 90tych XX wieku obserwuje się aż czterokrotny spadek liczby uczniów szkół zawodowych. Jednocześnie, pracodawcy nie mogą znaleźć wykwalifikowanych specjalistów z kompetencjami technologicznymi jak i umiejętnościami miękkimi, wymaganymi na danym stanowisku. Samsung poprzez swój projekt chce zwrócić uwagę na zauważalne niedopasowanie oferty edukacyjnej szkół do realiów dzisiejszego rynku pracy. Poprzez szerokie partnerstwo biznesu z placówkami oświatowymi i władzami samorządowymi, firma chce zmienić ten stan rzeczy i wypromować szkoły zawodowe jako miejsce, gdzie młodzi ludzie mają szansę nie tylko zdobyć konkretny zawód, ale też zwiększyć swoją konkurencyjność dla pracodawców szukających wykwalifikowanych specjalistów.

Projekt Samsung LABO wyposaża młodych ludzi w kompetencje, których nie byliby w stanie otrzymać w toku formalnej edukacji. Samsung dzięki swojemu programowi, pomoże wykształcić nowe kadry specjalistów i przygotować ich do zawodów przyszłości, z którymi będą mieli okazję się zetknąć już za moment. Stąd właśnie idea, by rozwijać umiejętności uczniów szkół zawodowych w zakresie SmartHome Solutions – rozwiązań sprzętowych, które dopiero wchodzą na światowy rynek – mówi Blanka Fijołek, Senior CSR & Sponsorship Manager Samsung Electronics Polska, pomysłodawczyni projektu.

Na czterdziestu pionierów Samsung LABO – uczniów klas 1-3 z Zespołu Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich we Wronkach, czeka specjalnie stworzona, odpowiadająca na ich potrzeby edukacyjne klasa, wykorzystująca najnowsze dostępne na rynku rozwiązania sprzętowe. Zajęcia zostały podzielone na dwa bloki – technologiczny, podczas którego uczniowie będą uczyć się praktycznych rozwiązań wykorzystując między innymi platformę Tizen, i biznesowy, podczas którego będą poznawać podstawy przedsiębiorczości i małego biznesu, czyli uczyć się m.in. przygotowywania biznesplanu, prowadzenia działalności gospodarczej, pozyskiwania funduszy na działalność oraz podstaw rozliczeń księgowych.

Ten projekt to ogromna szansa dla naszej szkoły, ale też dla całego regionu, który może zacząć być postrzegany przez pryzmat kształcących się tu fachowców. Uczniowie mojej szkoły, gdy tylko dowiedzieli się o projekcie, który będzie u nas realizowany, dosłownie zasypywali nas pytaniami o możliwość zapisania się do Samsung LABO – podsumowuje Monika Kozber, dyrektor Zespołu Szkół nr 1 im. Powstańców Wielkopolskich we Wronkach.

Semestralny kurs dokształcający, w ramach pilotażowej edycji programu Samsung LABO, prowadzony będzie przez specjalistów z Centrum Badawczo-Rozwojowego Samsung, inżynierów z zakładu produkcyjnego Samsung i praktyków biznesu działających w organizacjach pozarządowych. Najlepsi uczniowie po zakończeniu zajęć mogą otrzymać certyfikat firmowany przez jedną z najbardziej innowacyjnych firm na świecie, dofinansowanie i przede wszystkim zaproszenie na praktyki w Centrum Badawczo-Rozwojowym Samsung oraz w zakładzie produkcyjnym Samsung.

 

źródło: Ministerstwo Gospodarki

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...