środa, Grudzień 11, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "pieniądze"

pieniądze

Jeszcze ponad dwa lata inflacja może być wyższa od oprocentowania przeciętnej bankowej lokaty. Realne straty przyniesie też większość kupowanych dziś skarbowych obligacji. Tym bardziej zaskakuje, że w bieżącym roku mogą się one cieszyć największą popularnością od ponad dekady.

Listopadowa projekcja inflacji przygotowana przez NBP nie napawa optymizmem. Inflacja przyspieszy i już w trakcie 2018 roku dobrnie do celu na poziomie 2,5%. Są to złe wieści dla posiadaczy lokat, bo Rada Polityki Pieniężnej wcale nie pali się do podnoszenia stóp procentowych. Efekt? Może się okazać, że lokaty wciąż będą oprocentowane rachitycznie, a inflacja coraz mocniej zacznie drenować oszczędności Polaków skłaniając ich do coraz bardziej ryzykownych inwestycji.

Dzisiejsze prognozy są dla posiadaczy oszczędności wybitnie nieprzychylne. Z szacunków Open Finance wynika, że przez najbliższe dwa lata osiągnięcie realnego zysku na lokatach może okazać się niemożliwe. Wszystko przez to, że dziś przeciętna nowo założona lokata roczna jest oprocentowana na niewiele ponad 1,6% (dane NBP), a od tego wyniku należy odjąć podatek (19%). Efekt jest taki, że inflacja będzie pochłaniać wartość oszczędności dwa razy szybciej niż banki dopisywać będą do nich odsetki. Wszystko wskazuje na to, że nie inaczej będzie przez kolejne dwa lata. Oprocentowanie lokat powinno rosnąć, ale tak samo powinna zachowywać się też inflacja.

Aktywne poszukiwania lub wyższe ryzyko

Rozwiązaniem jest poszukiwanie lokat promocyjnych, które banki szczególnie chętnie oferują nowym klientom i ich nowym środkom. Lista rozwiązań jest tu jednak ograniczona. Na przykład 4% na 2-3 miesięcznej lokacie można osiągnąć jedynie w czterech bankach i w każdym z nich można na taki procent odłożyć tylko po 10 tysięcy złotych. Jeśli ktoś ma więcej oszczędności, to musi zadowolić się już niższym procentem.

Drugim sposobem na pokonanie inflacji jest podjęcie wyższego ryzyka. Tu z pomocą przychodzą inwestycja na dłuższy czas lub w bardziej ryzykowne aktywa (np. obligacje korporacyjne, fundusze, akcje, surowce czy nieruchomości). W miarę bezpieczną alternatywą są długoterminowe obligacje skarbowe. Problem w tym, że inwestując w nie pieniądze powinniśmy o nich zapomnieć na kilka czy nawet kilkanaście lat. Oczywiście możemy zażądać przedterminowego wykupienia naszych papierów wartościowych, ale wiąże się to z opłatą.

Niski zysk bez ryzyka

Zobaczmy jednak co czeka nasze pieniądze, które przeznaczylibyśmy na zakup obligacji skarbowych. Weźmy pod uwagę zakup najwyżej oprocentowanych – dziesięcioletnich obligacji skarbowych. Pojedynczy papier można mieć za 100 złotych i pozwala on zarobić w pierwszym roku 2,7%. Potem oprocentowanie określane jest poprzez dodanie do inflacji 1,5 pkt. proc. Jeśli wierzyć prognozom NBP oznacza to, że w drugim roku cieszyć się będziemy oprocentowaniem na poziomie około 3,9%, a w trzecim w okolicach 4,3%. Brakuje prognoz, które pozwoliłyby oszacować oprocentowanie w kolejnych latach. W takim wypadku punktem odniesienia powinien być jednak cel inflacyjny na poziomie 2,5%, który sugeruje, że od czwartego roku inwestycji oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po 10 latach posiadaczowi dziesięcioletnich obligacji należeć się będzie około 46 zł odsetek. Niestety od tych pieniędzy trzeba zapłacić podatek, a potem dopiero sprawdzić czy obligacja pozwoliła pokonać inflację. Dopiero wtedy możemy bowiem mówić o realnym zysku. Z dzisiejszej perspektywy można szacować, że dziesięcioletnia obligacja skarbowa pozwoli zarobić realnie około 5-10% w ciągu 10 lat. Wynik skromny, a do tego niestety trzeba pamiętać, że szacunki na tak długie okresy mogą okazać się zawodne.

Warto w tym miejscu wspomnieć też o papierach wartościowych skierowanych do beneficjentów programu 500+. Rodziny takie mają możliwość zakupu obligacji 6 i 12 letnich. Te drugie w pierwszym roku oprocentowane są na 3,2%, a w kolejnych latach 2 pkt. proc ponad inflację. Dać to może około 4,4% w drugim roku i w okolicach 4,8% w trzecim. W kolejnych latach oprocentowanie obligacji powinno oscylować wokół 4,5% rocznie. W sumie więc można spodziewać się, że po tuzinie lat posiadaczowi rodzinnych obligacji należeć się będzie około 54 zł odsetek. Po potrąceniu podatku i spodziewanej inflacji można szacować realny zysk na poziomie około 10-15%.

Kupujemy obligacje, które dadzą straty

Wspomniane długoterminowe obligacje cieszą się jednak bardzo nikłą popularnością. W październiku br. papiery 10 i 12-letnie odpowiadały za 6% łącznej sprzedaży obligacji detalicznych. Najwięcej sprzedanych zostało obligacji krótkoterminowych (trzymiesięcznych) i dwuletnich o stałym oprocentowaniu. Niestety dla posiadaczy takich papierów Instytut Ekonomiczny NBP nie ma dobrych wieści. Powód? Po potrąceniu podatku i uwzględnieniu inflacji obligacje te najpewniej dadzą straty.

Spójrzmy najpierw na rozwiązanie najkrótsze – trzymiesięczne. Oprocentowanie w tym wypadku wynosi 1,5% w skali roku. Przyjmując, że inwestor utrzymywałby swoje oszczędności w tych papierach przez cały rok, oznacza to zysk po opodatkowaniu na poziomie 1,22%. Niestety w ciągu roku inflacja obniży wartość pieniędzy o około 2,4%. Jeśli faktycznie by się tak stało, to inwestor w ujęciu realnym nie tylko by nie zarobił, ale nawet zanotował stratę na poziomie prawie 1,2%.

Podobnie byłoby w przypadku obligacji dwuletnich. Są one oprocentowane na 2,1% w skali roku. Po dwóch latach na konto inwestora wpłynęłoby więc o 3,4% więcej niż zainwestował (już po opodatkowaniu). Problem w tym, że w tym czasie inflacja skonsumuje bez mała 5,3% wartości oszczędności – wynika z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP. W sumie więc inwestor znowu nie tylko nie zarobi, ale realnie straci około 1,7%.

Tym bardziej dziwi, że obligacje, które najprawdopodobniej dadzą realne straty, odpowiadają w bieżącym roku za ponad połowę sprzedaży detalicznych papierów dłużnych. Warto przy tym dodać, że rok 2017 będzie najpewniej rekordowy pod względem kwoty, którą Polacy zainwestują w obligacje emitowane przez Skarb Państwa. Przez 10 miesięcy Minister Finansów sprzedał już obywatelom papiery warte 5,4 mld złotych. Nawet prosta ekstrapolacja powala szacować, że w całym roku sprzedaż opiewać będzie na przynajmniej 6,5 mld złotych. Byłby to najwyższy wynik od 10 lat – wynika ze statystyk ministerstwa.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Aż o jedną trzecią wzrosło w ciągu roku zadłużenie sprzedawców internetowych działających na polskim rynku – wynika z najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA i programu Rzetelna Firma. Wynosi ono obecnie ponad 231,1 mln zł. Tymczasem nadchodzi okres wzmożonych zakupów przedświątecznych, na których będą chcieli skorzystać i ci rzetelni, i nierzetelni sprzedawcy.

Wg raportu „E-commerce w Polsce 2017. Gemius dla e-Commerce Polska” z zakupów w sieci korzysta już co drugi internauta. O popularności tej formy zakupów decyduje przede wszystkim szybkość i wygoda. Bez wychodzenia z domu możemy kupić dziś niemal wszystko. Aby wybrać to, czego szukamy, jesteśmy gotowi przeglądać wiele witryn, jednak z braku czasu ograniczamy się do pobieżnego sprawdzenia rzetelności sklepów. Zwłaszcza wtedy, gdy działamy w gorączce świątecznych zakupów.

– Niestety wiara w to, że w tym okresie każdy sprzedawca jest dobroduszny, jak święty Mikołaj może nas to słono kosztować. I nie chodzi tylko o szkody finansowe. W przypadku nieotrzymania towaru stracimy pieniądze i nerwy, a jeśli miał to być prezent, rozczarujemy bliskich. Dlatego tak ważne jest sprawdzenie wiarygodności biznesowej sklepów zanim zdecydujemy się na wirtualne zakupy – mówi Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Wirtualny towar za realne pieniądze

Wg danych Krajowego Rejestru Długów i programu Rzetelna Firma w październiku ub.r. zadłużenie sklepów internetowych w Polsce wynosiło 172 mln zł. W ciągu roku wzrosło ono do ponad 231,1 mln zł. W rejestrze dłużników figurują już 3 362 podmioty z tej branży. Są to zarówno samodzielne e-sklepy, jak i firmy prowadzące sprzedaż w serwisie Allegro. Rok wcześniej było ich tam wpisanych 3 069. Obecnie mają one łącznie 22 531 różnorodnych niezapłaconych zobowiązań wobec kontrahentów. Z płatnościami zalegają głównie  sprzedający towary w serwisie Allegro. Są oni winni wierzycielom już ponad 190  mln zł wobec 142 mln zł rok wcześniej. W KRD wpisanych jest 2 729  podmiotów handlujących za pośrednictwem tej platformy. Z problemem wypłacalności borykają się także sklepy prowadzące sprzedaż przez własne witryny. Są one winne wierzycielom 40,5 mln zł.

To informacje szczególnie istotne przed zbliżającym się okresem gwiazdkowych zakupów. Dla klientów – bo powinni zwracać większą uwagę na uczciwość i standardy obsługi w wirtualnych sklepach. Dla sklepów internetowych – bo warto, aby zadbały o swoją wiarygodność w oczach konsumentów i kontrahentów.

– Jeśli sklep jest zadłużony u dostawców towarów, możemy nie doczekać się zamówionego prezentu, a zawodu, jaki sprawimy w święta dzieciom, nie da się zrekompensować w żaden sposób.  Pamiętajmy, że na rynku funkcjonują „Dobre Zasady e-commerce”, określające kryteria wiarygodności sklepów internetowych. M.in. powinny one udostępniać swoje pełne dane, a nie jedynie e-mail, umożliwiać kontakt nie tylko poprzez formularz online, ale także telefoniczny oraz wskazywać procedurę zwrotów i reklamacji. Dodatkowo należy sprawdzić, czy sprzedawca nie figuruje w Krajowym Rejestrze Długów oraz czy posiada na swojej stronie Certyfikat Rzetelności. Wystarczy w niego kliknąć i otrzymamy aktualną informację w tym zakresie. Informacja o braku długów daje bowiem klientom i partnerom biznesowym sygnał, że transakcja w danym sklepie nie stwarza ryzyka jego niewypłacalności – stwierdza Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Najgorzej na Mazowszu i Górnym Śląsku

Wg najnowszych danych Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej SA i programu Rzetelna Firma rekordzistami pod względem wartości długów są e-sklepy z województwa mazowieckiego, które nie zapłaciły partnerom ponad 43 mln zł, a także z województwa śląskiego, zalegające z zapłatą prawie 41 mln zł. Tuż za nimi plasują się wirtualne sklepy z Małopolski (32,5 mln zł) oraz województwa pomorskiego (prawie 23 mln zł).

Głównym wierzycielem internetowych sprzedawców jest branża finansowa. Bankom, firmom leasingowym i pożyczkowym, faktorom i ubezpieczycielom są oni winni ponad 44 mln zł. Na 21 mln zł opiewają niezapłacone rachunki za telefon, z kolei prawie 19 mln zł to dług wobec funduszy sekurytyzacyjnych i firm windykacyjnych, które odkupiły je od wierzycieli pochodzących głównie z… sektora finansowego i telekomunikacji. To oznacza, że nie byli oni w stanie samodzielnie odzyskać tych należności. Mniejsze kwoty e-sklepy są winne firmom budowlanym (14,96 mln zł), kurierom (7,9 mln zł), zarządcom nieruchomości (5,6 mln zł), czy poligrafii (3,11 mln zł). Blisko połowa długu (112 mln zł) internetowych sprzedawców, to zobowiązania wobec firm dostarczającym im towary, jak odzież, obuwie, elektronika, sprzęty AGD i RTV, chemia budowlana czy kosmetyki.

Zgodnie z branżowymi szacunkami wartość rodzimego rynku e-commerce jest oceniana na 36-40 mld zł ze zdecydowaną tendencją wzrostową w perspektywie kolejnych kilku lat. Jak podaje Bisnode, obecnie na naszym rynku działa ok. 20 000 sklepów internetowych, z których ponad 80 proc. kończy działalność po 2-3 latach.  Wg cytowanego wyżej raportu Gemius, w 2017 r. Polacy najczęściej kupują w sieci odzież, dodatki, akcesoria, a także książki, płyty i filmy.

Trzecia edycja badania „Długi e-handlu w Polsce” została przeprowadzona przez Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA i program Rzetelna Firma 2 października 2017 r. Poprzednie odbyły się w 2016 i 2015 r.

 

Źródło: Krajowy Rejestr Długów Biuro Informacji Gospodarczej SA

Według badań NBP, dwie trzecie Polaków uważa, że płatności kartą i smartfonem są wygodniejsze niż gotówką. Głównie ze względu na szybkość i bezpieczeństwo. Transakcja bezgotówkowa zajmuje zaledwie kilka sekund. Kto na zakupach w pierwszej kolejności sięga po banknoty i monety, powinien dokładnie przeczytać ten artykuł. Na jednej transakcji zbliżeniowej można zaoszczędzić 22 sekundy w porównaniu z płaceniem gotówką. Przy 1000 transakcji oszczędność czasu to zatem już 6 godzin – wyliczają eksperci kampanii społecznej „Warto bezgotówkowo”.    

Na zakupach Polacy coraz częściej korzystają z kart płatniczych i smartfonów. Według danych NBP 66 proc. Polaków uważa, że płatności bezgotówkowe jest wygodniejsze od gotówki, przeciwnego zdania jest 27 proc. badanych.

Płacenie kartą jest przede wszystkim szybsze niż inne formy płatności. Jak wynika z danych Barcleycard, brytyjskiego wydawcy kart, przeciętny czas trwania transakcji gotówkowej to 34 sekundy. Tymczasem zapłata np. kartą z wprowadzeniem kodu PIN trwa 27 sekund, a płatność zbliżeniowa to tylko 12,5 sekundy. Wydaje się, że to nieznaczne różnice, ale każdy, kto stał w kolejce do kasy, doceni tę oszczędność czasu.

– Z badań wynika, że aż 79 proc. Polaków reaguje pozytywnie na osoby płacące kartą. Regulując swoje wydatki bezgotówkowo redukujemy kolejki, gdyż takie transakcje są po prostu szybsze niż gotówkowe. Zdarza nam się też oddawać nietrafione zakupy i tu także zwrot na kartę odbywa się sprawniej niż wypłata gotówki. Ponadto, dla przedsiębiorcy koszt obsługi gotówki jest wyższy niż ten wynikający z przyjmowania transakcji bezgotówkowych – mówi Dariusz Marcjasz, Wiceprezes Zarządu KIR.

Zakupy bez portfela

Bezgotówkowe formy płatności nie wymagają też wcześniejszego planowania, ile dokładnie chcemy wydać. Aby mieć ze sobą odpowiednią kwotę gotówki, trzeba się przygotować, zabierając ją z domu lub wypłacić z bankomatu. Płacąc kartą lub telefonem, mamy dostęp do pełnego stanu naszego konta. Gdy więc zdecydujemy się kupić coś droższego niż początkowo planowaliśmy, albo trafi nam się super okazja na zakup kilku rzeczy zamiast jednej, nie musimy marnować czasu na szukanie bankomatu.

– Wiele osób płacących gotówką uważa, że dzięki temu wydaje mniej i ma większą kontrolę nad swoimi finansami. Jednak płacąc bezgotówkowo, wiemy znacznie więcej o swoich nawykach i tym, gdzie wydajemy pieniądze. Wszystkie informacje o wydatkach znajdziemy w aplikacji mobilnej banku lub w historii rachunku w bankowości internetowej. Płacąc kartą lub smartfonem, możemy ustalić sobie limity wydatków, aby kontrolować i ograniczać wydatki – mówi Włodzimierz Kiciński, Przewodniczący Koalicji na Rzecz Obrotu Bezgotówkowego i Mikropłatności.

Na zakupach nie tylko gotówki staje się zbędna, ale nawet portfel z kartami płatniczymi. Obecnie aż 4,5 mln Polaków korzysta z systemu BLIK, który pozwala na płacenie za zakupy smartfonem. Prawie 500 tys. osób korzysta też z technologii HCE oraz Android Pay, w przypadku której dane karty przechowywane w systemie płatniczym, a zapłata nią następuje poprzez zbliżenie telefonu do terminala.

Bezpieczniej bez gotówki

Brak gotówki oznacza także większe bezpieczeństwo zakupów. Szczególnie kiedy chcemy wydać większą kwotę. Zgubiony portfel prawie w każdym wypadku równa się utracie wszystkich zgromadzonych w nim pieniędzy. W przypadku korzystania z kart czy smartfona strata jakichkolwiek pieniędzy z konta to sytuacja zupełnie wyjątkowa. Jeśli zgłosimy do banku utratę karty, to od tego momentu nie ponosimy odpowiedzialności za ewentualne transakcje wykonane przez inne osoby. Gdyby okazało się, że ktoś zrealizował transakcję przed zastrzeżeniem karty, wtedy odpowiedzialność posiadacza ogranicza się do równowartości 150 euro (ok. 640 zł) dla transakcji tradycyjnych i 50 euro (ok. 210 zł) dla transakcji zbliżeniowych.

– Niedawno Sąd Najwyższy uznał, że użycie karty zbliżeniowej przez osobę trzecią wbrew woli właściciela wypełnia znamiona przestępstwa kradzieży z włamaniem. A to oznacza wyższe, niż w wypadku zwykłej kradzieży, zagrożenie karą dla przestępcy. Zatem można stwierdzić, że karta płatnicza przez prawo karne jest lepiej chroniona niż gotówka w portfelu – mówi dr Przemysław Barbrich, ekspert kampanii „Warto bezgotówkowo”.

Coraz częściej robimy także zakupy w internecie. Według danych Izby Gospodarki Elektronicznej bezgotówkowe formy płatności wybiera 56 proc. polskich e-konsumentów. Są to w 28 proc. transakcje kartą, 19 proc. przelewem i 10 proc. BLIKIEM. Zapłatę gotówką przy odbiorze wybiera mniejszość – 27 proc. kupujących – i wynika to zwykle z braku zaufania do e-sklepu, w którym klient kupuje pierwszy raz.

 

Źródło: NBP

Znamy limity w programie Mieszkanie dla Młodych, obowiązujące w IV kwartale tego i I kwartale przyszłego roku. To informacja na którą czekali wszyscy planujący kupno nieruchomości w ramach MDM. Pozwoli ona na wybór właściwej nieruchomości i szybkie złożenie wniosku w pierwszych dniach przyszłego roku. Czasu będzie niewiele, bo podobnie jak w roku 2017 środki wyczerpią się błyskawicznie – uważa główny analityk Notus Finanse, Michał Krajkowski.

Limity w programie Mieszkanie dla Młodych (MdM) teoretycznie zmieniają się co kwartał, jednak w praktyce ze względu na metodologię ustalania tych wskaźników aktualizacja dla każdego województwa następuje raz na pół roku. Oznacza to, że obecnie ogłoszone maksymalne ceny 1 metra kwadratowego będą obowiązywać aż do 31 marca 2018 roku. Wyjątkiem jest tylko województwo pomorskie, gdzie z uwagi na inny termin ogłaszania komunikatów przez wojewodę limity są aktualizowane w styczniu i lipcu każdego roku. Oznacza to, że osoby, które chcą kupić mieszkanie w MdM w województwie pomorskim muszą czekać na ogłoszenie nowych wskaźników do początku 2018 roku.

Znasz limity – wiesz jakiej nieruchomości szukać.

Znajomość nowych limitów pozwoli osobom chcącym nabyć mieszkanie w MdM na przygotowanie się do złożenia wniosków kredytowych w styczniu przyszłego roku. Już teraz mogą poszukiwać nieruchomości, która kwalifikuje się do programu MdM oraz kompletować dokumenty, tak aby być gotowym do złożenia wniosków 2 stycznia przyszłego roku. Aktualnie bowiem program Mieszkanie dla Młodych w praktyce nie funkcjonuje. Pieniądze dostępne w roku 2017 zostały wyczerpane, także osoby zainteresowane dopłatami na przyszły rok wyczerpały pulę, która możliwa była do zarezerwowania przed rozpoczęciem 2018 roku. Do wykorzystania zostało jeszcze 381 milionów złotych, ale wnioskować o te środki będzie można dopiero 2 stycznia przyszłego roku.

Na jak długo starczy środków?

Według danych Banku Gospodarstwa Krajowego do tej pory średnia dopłata wynosiła niespełna 26 tysięcy złotych, zatem z puli przyszłorocznej możliwe będzie udzielenie pomocy jeszcze około 15 tys. nabywcom mieszkań. Zainteresowanie programem będzie z pewnością nie mniejsze niż rok temu, zatem możemy spodziewać się, że dostępne pieniądze wyczerpią się maksymalnie w ciągu 2 tygodni. Dlatego osoby zainteresowane dopłatą – znając już przyszłoroczne limity – powinny przygotować się do złożenia wniosków w pierwszych dniach przyszłego roku. Wzorem lat poprzednich możemy także oczekiwać, że część banków będzie przyjmować wnioski o kredyt już w ostatnich dniach grudnia, a w 2018 roku kredytobiorcy będą musieli dostarczyć tylko wniosek o dopłatę MdM. Warto więc śledzić oferty banków i – o ile to możliwe – wcześniej rozpocząć procedurę kredytową.

Jaka nieruchomość?

Oprócz wymogu maksymalnej ceny 1 metra kwadratowego nieruchomość kupowana w ramach MdM musi spełniać inne kryteria. W przypadku mieszkania powierzchnia użytkowa nie może być większa niż 75 m.kw., a dla domów nie więcej niż 100 m.kw. Jeśli nabywcą jest osoba lub małżeństwo wychowujące co najmniej 3 dzieci, wówczas limit powierzchni nieruchomości jest podwyższony o 10 m.kw.

Poszukując mieszkania, szczególnie na rynku pierwotnym, warto pamiętać także o tym, że dopłata MdM jest zawsze uruchamiana jako ostatnia część zapłaty za mieszkanie i musi być uruchomiona przed końcem 2018 roku. Jeśli więc szukamy mieszkania w budowie to harmonogram płatności musi być tak skonstruowany, aby całkowita zapłata nastąpiła w przyszłym roku. Nie ma bowiem możliwości przesunięcia uruchomienia dopłaty na rok kolejny.

Kto może skorzystać?

Z programu mogą skorzystać małżeństwa, osoby samotnie wychowujące dzieci oraz tzw. single. Warunkiem skorzystania jest wymóg nieposiadania innej nieruchomości mieszkaniowej (także w przeszłości) oraz wiek nieprzekraczający 35 lat. Oznacza to, że wnioski w styczniu będą mogły składać osoby urodzone w 1983 roku lub później. Warunki braku nieruchomości i kryterium wieku nie dotyczą osób wychowujących minimum 3 dzieci.

Ile wynosi dopłata?

Wysokość dopłaty jest uzależniona od lokalizacji, powierzchni nieruchomości, a przede wszystkim od liczby dzieci. Osoby samotne i małżeństwa bezdzietne otrzymują 10 proc. wartości odtworzeniowej mieszkania, wychowujący jedno dziecko 15 proc., rodziny z dwójką dzieci 20 proc., a rodziny z trojgiem dzieci otrzymują 30 proc. wartości odtworzeniowej mieszkania. W ramach programu MdM nabywcy mieszkań mogą liczyć więc na dopłatę do wkładu własnego w wysokości przekraczającą nawet 100 tysięcy złotych. Największe kwoty mogą otrzymać osoby wychowujące przynajmniej troje dzieci i kupujące mieszkania lub domy w Warszawie lub Poznaniu. W pozostałych lokalizacjach dopłaty są niższe, jednak najczęściej przekraczają kilkanaście tysięcy złotych.

 

Źródło: Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Według części ekspertów, za 5-10 lat znikną z rynku sklepy, które nie zdołają dostarczyć klientom żywności w ciągu 1-2 godzin. Polacy będą zamawiać produkty w drodze do pracy i odbierać je po powrocie do domu, tak jak robią to już Amerykanie. Realizację masowych, szybkich i tanich dostaw umożliwi ekonomia współpracy. Dzięki rozładowaniu tzw. peaków sprzedażowych, sieci handlowe obniżą koszty dystrybucji. E-klienci otrzymają swoje artykuły na czas, a odwiedzający placówki zarobią dodatkowe pieniądze.   

W opinii Sebastiana Starzyńskiego, prezesa platformy TakeTask i współautora raportu „Ekonomia Współpracy w Polsce 2016”, w tzw. uberyzacji handlu kluczowe jest wykorzystanie tego, że większość klientów przychodzi do sklepu po pracy. Właśnie wtedy jest największe zapotrzebowanie na dostawy zakupów z e-commerce. Zatem popyt i niewykorzystane dotąd możliwości logistyczne bardzo dobrze się uzupełnią. Oczywiście ekonomia współpracy nie zastąpi całkowicie tradycyjnych usług kurierskich, które wciąż będą potrzebne. Natomiast, na nowym rozwiązaniu skorzystają zarówno zamawiający, jak i klienci w sklepach stacjonarnych, którzy zyskają dodatkowe źródło dochodu, przy okazji własnych zakupów. Taka możliwość zapewne przyciągnie do marketów sporo młodych, przedsiębiorczych osób, np. studentów.

– Współcześni konsumenci rzeczywiście oczekują dostaw w dogodnym dla siebie czasie. Dostęp do towaru stał się ważniejszy, niż samo jego posiadanie. Kiedyś dzielenie się lub wspólne korzystanie z produktu było ryzykowne. Obecnie, dzięki technologiom mobilnym i digitalizacji zaufania, jest to dużo prostsze. Opracowane systemy reputacji i zabezpieczenia płatności podniosły poziom łatwości porozumiewania się stron uczestniczących w ekonomii współpracy, czyli dostarczycieli i klientów – mówi Michał Malanowski, Dyrektor Działu Informatyki w Carrefour Polska.

– Amazon wprowadził m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Japonii usługę Prime, tzn. dostawy w 2 godziny, a w samym USA – także Amazon Prime Now, realizację zamówień w 60 minut. Gdy potentat e-handlu wejdzie z takimi ofertami do Polski, inni gracze będą musieli mu dorównać. Sklepy, które nie zaczną dostarczać zakupów spożywczych w ciągu 1-2 godzin, upadną za 5-10 lat. Amazon Prime działa już w Niemczech, a więc blisko nas. Warto też dodać, że kilka miesięcy temu gigant kupił Whole Foods Market, amerykańskie supermarkety ze zdrową żywnością. Tym samym zainwestował w fizyczne sklepy prawie 14 mld dolarów. A teraz, jak podejrzewa francuski biznes, Amazon stara się przejąć sieć Carrefour, aby zwiększyć swoje wpływy na naszym kontynencie – informuje Sebastian Starzyński.

– Uberyzacja to nowomodny slogan, który nie określa żadnego nowego trendu. Znana od dawna usługa click and collect, czyli zamów i odbierz, nie musi być przecież realizowana przez zamawiającego, lecz przez jego znajomych czy sąsiadów. Warunkiem tego jest dobrze zorganizowana społeczność lokalna. Inna forma zaangażowania konsumentów to zrodzony w USA ruch prosumencki. Polega on na tym, że konsument staje się również producentem, handlowcem czy nawet współwłaścicielem sieci handlowej. Dzięki temu, korzysta z tańszych zakupów – dodaje Andrzej Wojciechowicz.

Jak zmieni się handel?

Natomiast Sebastian Starzyński podkreśla, że ekonomia współpracy zwiastuje początek transformacji handlu. Poprzez tzw. systemy mikropracy, klienci sklepów zaczynają doręczać innym konsumentom zakupy. W przyszłości dostawy pod dom, będą realizować autonomiczne pojazdy – paczkomaty mobilne. Po dokonanej autoryzacji, klient otworzy jedną ze skrytek i odbierze swoje zakupy. Wtedy udział ludzi zapewne ograniczy się do wnoszenia zakupów po schodach, do mieszkań. W opinii eksperta, powstanie zupełnie nowa rzeczywistość, czego wiele osób jeszcze nie rozumie. Z uwagi na szybki rozwój technologii, pierwsze rozwiązania oparte na inteligentnych pojazdach mogą pojawić się nawet w perspektywie 3-5 lat. Jednak trudno jest przewidzieć tempo zmian legislacyjnych, koniecznych do dopuszczenia takich maszyn do ruchu drogowego.

– Świat postępuje tak szybko, że trudno prognozować, jak ekonomia współpracy zmieni oblicze handlu w perspektywie 5 czy 10 lat. Wiadomo, że dziś Polacy żyją szybko, pracują dużo i są mocno zdigitalizowani. Dlatego, boom na rynku e-commerce wybuchnie, wzmocniony nowymi formami biznesu i konsumowania. E-rynek szybko wzrośnie, a w związku z tym sklepy zyskają nieklasyczne funkcje. Wśród nich będą m.in. platformy dostarczania i odbierania towarów czy też przechowalnie zamówionych zakupów. Szykuje się na tym tle jakościowa zmiana. I handel o tym wie, nie tylko firma Amazon –­ podsumowuje dr Maria Andrzej Faliński.

Około 2,5 tys. zł wydaje w ciągu roku na ogrzewanie rodzina mieszkająca w bloku z wielkiej płyty, którego nie poddano termomodernizacji. Trudno, by na własną rękę ociepliła blok, ale istnieją inne sposoby na obniżenie rachunków i nie wymagają wcale wielkich nakładów.

Rodzina zamieszkująca w 50-metrowym mieszkaniu średnio każdego miesiąca ponosi z tytułu ogrzewania koszt na poziomie 1200-2500 zł, a wszystko zależy od tego, w jakim budynku mieszka. Koszty ogrzewania zależą od wielu czynników. Wpływ na pogodę mamy żaden, na termomodernizację budynku ograniczony (to spora inwestycja i nie każdą wspólnotę czy spółdzielnię na to stać), ale można zmienić kilka nawyków, poczynić drobne inwestycje i zaoszczędzić realne pieniądze, bo obniżenie przeciętnego rachunku za ogrzewanie o 30 proc. to ponad 600-700 zł oszczędności w skali roku.

  • Zatrzymaj ciepło w środku

Największym problemem wielu budynków jest słaba termoizolacja ścian i okien. Nawet jeśli jest wydajny system grzewczy, to ciepłe powietrze bardzo szybko miesza się z zimnym z zewnątrz i efektywność jego działania grzejników jest niska.

Energia cieplna ucieka przez nieszczelne okna, drzwi oraz słabo zaizolowany dach i ściany, ze szczególnym uwzględnieniem styków powierzchni (kątów, narożników). Niskim kosztem można zaradzić nieszczelności okien czy drzwi – wymiana uszczelek potrafi uczynić cuda, a nakłady nie powinny przekroczyć kilkunastu złotych. Trzeba pamiętać, że poprawa szczelności okien to nie tylko obniżenie rachunków za ogrzewanie, ale i podniesienie komfortu życia mieszkańców. Zlokalizowanie największych nieszczelności nie powinno być trudne, wystarczy przyłożyć rękę.

  • Kup dobre okna

Przez okna domu ucieka 25 do 40 proc. ciepła. W mieszkaniu współczynnik ten jest naturalnie mniejszy (m.in. dlatego, że rzadko występują np. okna dachowe), co nie zmienia faktu, że ich jakość ma ogromny wpływ na temperaturę w lokalu. Producenci okien promują parametry szyb, ale trzeba pamiętać, że okna to cały system, a ten jest tak silny, jak silny jest jego najsłabszy element. Należy zatem zwrócić uwagę także na ramę, profile, okucia, a także sposób montażu. Błąd w sztuce może wiele kosztować.

Oczywiście wymiana okien to nie jest inwestycja, której dokonuje się z dnia na dzień, ale w przypadku poważnego remontu, czy budowy domu, warto zwracać na to uwagę.

  • Dbaj o sprawne kaloryfery

Kiedy już zabezpieczymy wnętrze mieszkania tak, by nie uciekało z niego ciepło, trzeba to ciepło wyprodukować i rozprowadzić. Wydajna praca systemu grzewczego bierze się z jego stanu technicznego. Podstawowym działaniem, które można wykonać na własną rękę jest dbanie o to, by grzejniki nie były zapowietrzone. Sygnałem świadczącym o takim stanie jest nierównomierna temperatura powierzchni kaloryfera. Jeśli grzejnik wydaje z siebie dźwięki podobne do bulgotania lub jest ciepły u dołu, a zimny na górze, to można być pewnym, że jest zapowietrzony. Należy zlokalizować zawór, upuścić niepotrzebne powietrze i wszystko powinno wrócić do normy.

Poważniejszym kłopotem jest zakamienienie kaloryfera, gdyż zwykle odkamienienia wymagać będzie cała instalacja i lepiej by operacja ta została przeprowadzona przez fachowca.

  • Pozwól na poprawną cyrkulację

Ale samo wytworzenie ciepła to nie wszystko, trzeba jeszcze rozprowadzić je po mieszkaniu, a zaburzenia cyrkulacji powietrza są w polskich domach nadal powszechne. Długa gruba zasłona czy drewniana zabudowa nie pozwolą wykorzystać pracy grzejnika. Podobnie jak zastawienie go meblami. Aby ciepło z grzejnika wypłynęło na pokój, musi być on odsłonięty od frontu, a najlepiej, by od góry i od dołu miał około 10 cm przestrzeni. Umiejscowiony nad grzejnikiem parapet będzie kierował ogrzane powietrze w stronę wnętrza.

Dodatkową poprawę efektywności działania grzejnika uzyskać można montując pomiędzy nim a ścianą ekran odbijający ciepło. To prostu arkusz folii aluminiowej przyklejony na styropianie. Da to dodatkową izolację ściany zewnętrznej, ciepło pozostanie w mieszkaniu.

  • Wietrz pomieszczenia

Szczelnie zamknięte pomieszczenie jest niezdrowe dla mieszkańców. Do dobrego samopoczucia i zdrowia potrzebujemy świeżego powietrza. To w szczelnym i niewietrzonym mieszkaniu ma coraz więcej dwutlenku węgla (powstaje przy oddychaniu) i nienaturalnie podniesioną wilgotność (może prowadzić do powstawania grzybów i pleśni).

Jak na wszystko, tak i na wietrzenie mieszkania są lepsze i gorsze sposoby. Celem nie jest wychłodzenie mieszkania, tylko wymiana powietrza na świeże. Najlepiej robić to szybko, intensywnie i przy zakręconych grzejnikach. Dzięki temu powietrze zostanie sprawnie wymienione, a przy tym grzejniki nie będą niepotrzebnie pracować. Wietrzyć powinno się od kilku do kilkudziesięciu minut i powtarzać operację kilka razy dziennie.

  • Pilnuj odpowiedniej temperatury

Naturalnym jest, że im wyższa temperatura w mieszkaniu, tym wyższe opłaty za ogrzewanie. Na dodatek przegrzewanie jest niezdrowe i prowadzi do częstszych przeziębień, warto więc rozsądnie podnosić temperaturę oraz różnicować ją w pomieszczeniach.

Najcieplej powinno być w łazience, byśmy nie marzli np. po ciepłej kąpieli. Wskazane jest tam 22-23 stopnie Celsjusza. W pokojach dziennych powinno się utrzymywać 20-21 stopni, w kuchni 18-20, a najchłodniejsze pomieszczenie to sypialnia. Według naukowców, spanie w 17-19 stopniach jest najzdrowsze i najbardziej efektywne.

  • Oszczędzaj podczas nieobecności

Dodatkową oszczędność na ogrzewaniu odnotować można pilnując zużycia ciepła podczas nieobecności w domu. Z jednej strony można trochę przykręcać grzejniki w ciągu dnia, gdy mieszkanie stoi puste, ale przede wszystkim chodzi o dłuższe wyjazdy. Tygodniowy wypad na narty to nie czas, gdy w domu musi być bardzo ciepło, a podczas srogiej zimy oszczędzić można nawet i 100 złotych. Przykręcić grzejniki powinno się nawet wyjeżdżając na weekend.

Najskuteczniejszym sposobem obniżenia rachunków za ogrzewanie jest termomodernizacja. Jest to jednak bardzo poważna inwestycja. Łatwiej skupić się na drobnych krokach, których koszt będzie niewielki lub wręcz zerowy. Dobre nawyki mieszkańców i zmiana kilku przyzwyczajeń mogą doprowadzić do sporych oszczędności, w zależności od stanu początkowego, rachunki można obniżyć nawet o 30 procent, co w skali roku przełoży się na co najmniej 600-700 zł.

 

Źródło; Home Broker

Miłośnicy zakupów w internecie chętnie polują na okazje cenowe. Jednak zwracając uwagę wyłącznie na cenę, można szybko stać się ofiarą fałszywego sklepu internetowego. Dotyczy to przede wszystkim designerskich ubrań i mebli oraz sprzętu elektronicznego. Trusted Shops, firma oferująca gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych, radzi w jaki sposób szybko rozpoznać, czy mamy do czynienia z nieuczciwym sprzedawcą.

Korzystając z serwisów do porównania cen można zaoszczędzić znaczną kwotę, ale niekiedy w pogoni za najniższą ceną trafiamy na strony fałszywych sklepów. Po kilku kliknięciach i przedpłacie jest już za późno – pieniądze stracone, a produktu prawdopodobnie nigdy nie dostaniemy. Coraz częściej klienci stają się ofiarą „sklepów-pułapek”, prowadzonych przez świetnie przygotowanych internetowych naciągaczy. Tak było m.in. w przypadku popularnego urządzenia kuchennego Thermomix albo markowych butów sportowych w „promocyjnych cenach” z serwisu oryginalneobuwie.com. Oszuści oferowali produkty po bardzo przystępnych cenach, przyciągając uwagę wielu potencjalnych nabywców. Dlatego konsumenci powinni z ostrożnością podchodzić do wyjątkowo korzystnych ofert. Aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, należy dokładnie przeanalizować zamieszczone przez sklep internetowy informacje i sprawdzić, czy nie ma w nich czegoś podejrzanego.

  1. Podejrzane informacje o sprzedawcy

Dane identyfikujące sprzedawcę muszą być łatwo dostępne i przejrzyste. Jeśli takie informacje nie są opublikowane na stronie sklepu lub są trudne do odnalezienia, jest to poważny sygnał do zachowania ostrożności. Jeżeli po przeanalizowaniu strony e-sklepu nie jesteśmy w stanie zweryfikować, kto tak naprawdę jest sprzedawcą i odpowiada z tytułu umowy sprzedaży, bezpieczniej będzie wybrać inny sklep.

  1. Otwarty termin dostawy

Jeśli przy opisie produktu dodano małą czcionką informację „terminy dostawy są niewiążące”, warto mieć się na baczności. Zgodnie z przepisami termin dostawy powinien zostać wyraźnie określony. Ewentualny dłuższy czas dostawy powinien zostać jednoznacznie wskazany bezpośrednio przy produkcie. Na portalach aukcyjnych jest dużo sprzedawców oferujących produkty, które nie są wysyłane z Polski tylko z zagranicy (często z Chin). Wydłuża to oczywiście proces dostawy, a w niektórych przypadkach może również oznaczać obowiązek opłacenia cła.

  1. Niejednoznaczne ceny oraz płatność z góry bez ochrony kupującego

Informacje o cenach powinny jasno wskazywać cenę brutto danego towaru (tj. z podatkiem VAT) oraz czy należy doliczyć koszt wysyłki lub jakiekolwiek inne dodatkowe koszty. Jeśli koszty wysyłki nie zostały określone lub ich obliczenie jest niejasne, należy liczyć się z nieprzyjemnymi niespodziankami. Dobrym znakiem uwiarygadniającym ofertę sklepu jest objęcie usługą ochrony kupującego płatności „z góry”. Taką ochronę oferuje np. Trusted Shops. Rozwiązanie to pozwala uniknąć utraty pieniędzy w razie braku dostawy towaru.

  1. Niewystarczająca ochrona danych osobowych

Brak dbałości o ochronę danych osobowych to kolejna ważna wskazówka. Jeśli ochrona danych jest traktowana po macoszemu lub w ogóle nie poinformowano o niej w regulaminie lub polityce prywatności, może to oznaczać, że sprzedawca nie chroni odpowiednio naszych danych. W szczególności należy zwrócić uwagę czy dokonywanie płatności w sklepie odbywa się za pomocą połączenia szyfrowanego. Wówczas w pasku adresowym przeglądarki widoczny powinien być element „https” oraz symbol zamkniętej kłódki.

  1. Niezgodne z prawem ograniczenia prawa do odstąpienia od umowy

Od umowy zawartej w internecie (oprócz kilku wyjątków przewidzianych w ustawie o prawach konsumenta) można odstąpić w terminie 14 dni bez podawania przyczyny i zwrócić towar do sklepu. Należy zachować ostrożność, gdy sprzedawca próbuje ograniczyć to prawo, np. wymagając, aby zwracany towar był obowiązkowo w oryginalnym opakowaniu lub wyłączając możliwość zwrotu niektórych kategorii produktów mimo braku odpowiedniej podstawy w obowiązujących przepisach.

  1. Warunki zapisane małym drukiem i klauzule niedozwolone

Jest to nieprzyjazne wobec konsumentów, a nawet zabronione ustawowo, a mimo to niektórzy sprzedawcy próbują pogorszyć sytuację prawną swoich klientów za pomocą klauzul w regulaminie sklepu. Postanowienia takie jak „przesyłka na ryzyko nabywcy” lub „szkody transportowe należy zgłaszać niezwłocznie i po uprzednim sporządzaniu protokołu szkody” są niedozwolone.

  1. Negatywne opinie

W przypadku mniejszych sklepów warto sprawdzić jakie informacje o sklepie pojawiają się w internecie. Często na forach można znaleźć negatywne opinie, które uchronią przed zakupem u nierzetelnego sprzedawcy. Ponadto, jeśli sklep internetowy daje klientom możliwość bezpośredniego wystawienia oceny oraz wyświetla je na swoich stronach — np. za pomocą systemu opinii Trusted Shops — warto dokładnie przyjrzeć się informacjom o serwisie i ofercie sprzedawcy.

  1. Znaki jakości i gwarancja zwrotu pieniędzy

W ustaleniu wiarygodności e-sklepu pomocne mogą okazać się również znaki jakości przyznawane sprzedawcy przez niezależne podmioty po spełnieniu określonych kryteriów. Warto również wybrać sklep oferujący kupującym gwarancję zwrotu pieniędzy, dzięki której odzyskamy wpłacone pieniądze w przypadku braku otrzymania zamówionego towaru. W przypadku aptek prowadzących również wysyłkową sprzedaż produktów leczniczych istnieje na obszarze UE obowiązek publikacji na stronie internetowej europejskiego logo bezpieczeństwa. Służy ono jako potwierdzenie dla nabywców, że sprzedawca jest legalnie działającym podmiotem.

Źródło; Trusted Shops

Najnowsze dane GUS pokazują, że inflacja wzrosła do 2,2%. Przy takim poziomie zdecydowana większość lokat bankowych przynosi straty w ujęciu realnym. Z wyliczeń Expandera wynika, że aby zarabiać, ich oprocentowanie musi wynieść przynajmniej 2,72%. Tymczasem banki oferują średnio 1,47%. Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacili z banków już 9% (26 mld zł) swoich oszczędności, a firmy aż 17% (16 mld zł).

Ze wstępnych danych GUS wynika, że wyraźnie przyspieszył wzrost cen w Polsce – we wrześniu były one 2,2% wyższe niż przed rokiem. To nie tylko oznacza, że musimy wydawać więcej na życie. Dodatkową konsekwencją jest również to, że pieniądze, które nie pracują, szybciej tracą na wartości. Przy wyższej inflacji rosną również wymagania w stosunku do lokat bankowych. Ich oprocentowanie musi wynieść teraz przynajmniej 2,72%, żeby zapewnić nam choćby utrzymanie realnej wartości posiadanych oszczędności.

Na przeciętnej lokacie tracimy 100 zł

Wzrost cen sprawia, że co prawda po zakończeniu lokaty otrzymujemy więcej pieniędzy niż na nią wpłaciliśmy, ale i tak możemy za te środki kupić mniej niż na początku. Dla przykładu, deponując 10 000 na lokacie rocznej z oprocentowaniem 1,5%, po roku otrzymamy 10 122 zł (odliczając podatek). Jednak ze względu na wzrost cen, za towary, które wcześniej kosztowały 10 000 zł, trzeba będzie zapłacić 10 220 zł. W rezultacie, tak naprawdę zakładając taką lokatę tracimy w ujęciu realnym prawie 100 zł.

Nie powinno więc dziwić, że Polacy wypłacają pieniądze z lokat. W sierpniu wycofali kolejny już miliard złotych, a od lutego 2016 r. – 26,6 mld zł. Firmy wypłaciły natomiast 16,2 mld zł. W ich przypadku relatywne wypłaty były jednak nawet większe w porównaniu do gospodarstw domowych, gdyż 16,2 mld zł oznacza spadek aż o 17%. Warto jednak dodać, że nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś wypłaca pieniądze z lokaty i inwestuje je efektywniej. Niestety w wielu przypadkach zniechęcenie do lokat objawia się tym, że oszczędności trzymane są na zwykłych, nieoprocentowanych rachunkach bankowych. W takiej sytuacji tracą na wartości jeszcze bardziej.

Nowe obligacje skarbowe na 1,5%

Co ciekawe, mimo że Polacy zniechęcili się do niskiego oprocentowania, Ministerstwo Finansów zdecydowało się wprowadzić 3-miesięczne obligacje skarbowe z oprocentowaniem 1,5% w skali roku. Taki poziom jest zbliżony do przeciętnego oprocentowania w bankowych i również nie daje szansy na zysk wyższy od inflacji. Na tą ofertę powinni jednak zwrócić uwagę klienci PKO BP. Bank ten na 3-miesiecznej lokacie oferuje im bowiem 0,5%-0,8% zysku. Tymczasem, za pośrednictwem jego systemu obsługi elektronicznej, w kilka chwil można skorzystać z obligacji dającej 1,5% zarobku. Oczywiście obligacje te bez problemu mogą kupić także klienci innych banków.

Warto też dodać, że dużo wyższe oprocentowanie uzyskamy inwestując w obligacje przedsiębiorstw. Dla przykładu PKN Orlen niedawno oferował 2,81% w skali roku. Bez problemu znajdziemy też inne firmy zachęcające do swoich obligacji z oprocentowaniem 5%-6%. W przypadku tego rodzaju inwestycji trzeba jednak pamiętać, że ryzyko jest znacznie większe niż w przypadku lokat bankowych czy obligacji skarbowych. W sytuacji upadłości przedsiębiorstwa oferującego swoje obligacje, możemy nie odzyskać części lub nawet całości zainwestowanej kwoty.

 

Źródło : Jarosław SadowskiGłówny analityk Expander Advisors

Powrót do wieku emerytalnego w postaci 60 i 65 lat stało się faktem. Nie oznacza to jednak, że wszyscy, którzy nabyli i w przyszłości nabędą uprawnienia do świadczeń zrezygnują z aktywności zawodowej. Z danych Kantar Millward Brown dla Work Service wynika, że blisko 54% Polaków planuje po przejściu na emeryturę dalej pracować. Powody? Przeważają te finansowe. Polacy pozostając na rynku pracy chcą albo otrzymać wyższe świadczenie albo dorobić do już otrzymywanego. Blisko 18% kieruje się jednak innymi przesłankami niż pieniądze. To dobra informacja dla pracodawców, bo masowy odpływ pracowników mógłby mocno odbić się na ich bieżącej działalności.

Od 1 października wszyscy mężczyźni, którzy mają 65 lat i kobiety, które osiągnęły wiek 60 mogą przejść na emeryturę. To efekt obniżenia wieku emerytalnego z 67 lat dla obu płci. Z szacunków Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że po zmianach prawo do świadczeń uzyska dodatkowo ponad 330 tys. osób. Istnieje jednak duże prawdopodobieństwo, że część tych osób pozostanie na rynku pracy. Podobnie będzie w przyszłości, kiedy uprawnienia będą nabywać kolejne roczniki. Potwierdzają to dane Work Service, z których wynika, że 53,7% Polaków planuje pozostać na rynku pracy po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Nasze dane pokazują, że 36% osób pracujących kieruje się względami finansowymi. Chodzi o wyższe świadczenie i dorobienie do emerytury. W obu przypadkach dłuższa aktywność zawodowa ma się przełożyć na lepszy poziom życia. Dzisiejsze świadczenie, które wynosi średnio ok. 1780 zł netto wielokrotnie nie zaspokaja potrzeb osób starszych. Tym bardziej, że mediana jest o blisko 200 zł niższa. Jednocześnie to, że Polacy chcą pracować na emeryturze jest dobrą informacją dla pracodawców. Tym bardziej, że wobec rosnących niedoborów kadrowych, każdy odpływ pracowników to dla firm ogromny kłopot – komentuje Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Najbardziej chętni do pracy są seniorzy

Patrząc na kategorie wiekowe to największy odsetek deklarujących aktywność zawodową po przejściu na emeryturę znajduje się wśród osób powyżej 60 roku życia i wynosi 60,2%. W tej grupie 15,4% badanych uznaje potrzebę dalszej pracy, aby opóźnić pobieranie świadczenia emerytalnego i tym samym zwiększyć jego wartość. Z kolei niemal co trzecia osoba (30,3%) kieruje się dorobieniem do otrzymywanego świadczenia. Natomiast wśród Polaków między 18 a 24 rokiem życia chęć do pracy po wejściu w wiek emerytalny jest jedna z najmniejszych i wynosi 49,8%. Jest to spowodowane m.in. oddaloną perspektywą emerytury, która może nie być poważnie brana pod uwagę przez osoby dopiero rozpoczynające swoją przygodę z rynkiem pracy.

W kontekście wchodzących w życie zmian wieku emerytalnego powinna cieszyć informacja, że w grupie 60+ występuje tak duża chęć pozostania na rynku pracy. Bliska perspektywa emerytury i świadomość wysokości świadczeń na pewno działa mobilizująco, ale jest z pewnością skorelowana z większą dostępnością miejsc zatrudnienia – dodaje Maciej Witucki.

Etat i niskie zarobki zachęcają do emerytury

Polacy pracujący na pełny etat (49,3%) rzadziej myślą o aktywności zawodowej na emeryturze niż osoby, które mają inne formy zatrudnienia (60,7%). Co ciekawe jeśli przeanalizuje się deklaracje badanych pod względem płac, to najrzadziej aktywność zawodową deklarują ci, którzy zarabiają co miesiąc poniżej 2000 zł (49,3%). W ich przypadku różnica w miesięcznych dochodach z pracy i emerytury byłaby niewielka. Inaczej jest w grupach lepiej zarabiających, w których skłonność do pozostania na rynku pracy jest wyraźnie większa. W przypadku osób otrzymujących co miesiąc między 2000 a 2999 zł odsetek ten wynosi 60,3%, a wśród ludzi, których pensja przekracza 3000 zł 60,5%.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Nie ma chyba takiej osoby, posiadającej potomstwo, która nie martwiłaby się o jego przyszłość. Odpowiednie zabezpieczenie finansowe, z którym dziecko wejdzie w dorosłe życie, może bardzo pomóc w późniejszym sukcesie. Co robić, aby odkładać pieniądze z największą efektywnością? Eksperci Esaliens TFI (dawniej Legg Mason TFI) przygotowali pięć rad dotyczących odkładania kapitału z myślą o przyszłości najmłodszych.

„Stosowanie się do pewnych sprawdzonych zasad, będących wyznacznikami naszego działania w zakresie oszczędzania i budowania kapitału zabezpieczającego przyszłość naszych dzieci może być najlepszym prezentem, jakim możemy je obdarować. Nie wiadomo, jak wyglądać będzie ekonomiczna przyszłość świata i naszego kraju. Wiadomo jednak, że wchodzenie w dorosłość, nawet w niepewnych czasach, jest z pewnością dużo łatwiejsze, jeśli posiada się odpowiednie zabezpieczenie finansowe” – wyjaśnia Łukasz Majkowski z Esaliens. 

Określ wysokości wpłacanych środków i częstotliwość wpłat

Przed rozpoczęciem lokowana środków należy przede wszystkim określić realną wysokość wpłat. Ważne, by ich dokonywanie nie obciążyło zbytnio domowego budżetu. Warto pamiętać, że nawet niewielka kwota odkładana regularnie może za kilka lat zaowocować solidnym kapitałem pozwalającym dziecku np. rozpocząć studia lub kursy językowe.

Systematycznie powiększaj wiedzę ekonomiczną

Mechanizmy inwestowania i oszczędzania rządzą się prawami o określonej specyfice. Aby móc je zrozumieć i, w dalszej perspektywie, efektywnie z nich skorzystać, warto ciągle poszerzać swoją wiedzę z zakresu ekonomii. Warto również konfrontować swoje decyzje i przemyślenia z ekspertami w momencie, kiedy nie jesteśmy pewni co do ryzyka lub specyfiki danego rozwiązania inwestycyjnego.

Zacznij jak najszybciej

Początki są zwykle najtrudniejsze. Częstym błędem popełnianym przez osoby zamierzające odkładać środki jest tzw. czekanie na dobry moment. Tymczasem właśnie dłuższy okres oszczędzania jest kluczowym czynnikiem w dużym stopniu warunkującym wysokość odłożonego kapitału i tym samym potencjalny zwrot z inwestycji. Dlatego warto rozpocząć jak najwcześniej, nawet jeśli wiąże się to z odkładaniem niewielkich kwot.

Stale analizuj i patrz krytycznie na swoje wybory

Rodzic zbierający fundusze z myślą o przyszłości dziecka na bieżąco powinien poddawać ocenie zarówno całą strategię oszczędnościową, jak i poszczególne wybory w jej ramach. Jeżeli niektóre decyzje nie przyniosły oczekiwanych efektów w zakładanym okresie, mogą zostać zastąpione innymi działaniami.

Zapoznaj się z dokładnie z ofertą dostępną na rynku

Na rynku istnieje szereg opcji, dzięki którym plan oszczędzania może zyskać na prostocie i efektywności, nie wiążąc się przy tym z wielkim zaangażowaniem czasowym. Jednym z rozwiązań  z sukcesem funkcjonujących na rynku są np. Celowe Plany Oszczędnościowe, pozwalające gromadzić środki na zdefiniowane cele. Przykładowo, w ramach tego rozwiązania pieniądze np. na wkład własny na mieszkanie lub pierwszy samochód może odkładać w prosty sposób nie tylko rodzic, ale w zasadzie cała najbliższa rodzina.

 

Źródło: ESALIENS

Belgowie mają powiedzenie: „Jedno dziecko to jeden dom”. Wrzesień to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu każdego rodzica. Nie tylko muszą zadbać o logistykę przedszkolno-szkolną, ale jeszcze w tym czasie ich portfele znacznie się uszczuplają. Wyprawka szkolna, ubezpieczenie, opłaty za zajęcia dodatkowe – wydatków naprawdę nie brakuje. W takich sytuacjach rodzicom mają pomóc pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 62 proc. Polaków przeznacza je właśnie na bieżące wydatki. Tylko nieco ponad jedna trzecia odkłada pieniądze otrzymywane z tego świadczenia na przyszłość.

Wsparciem rządowego programu „Rodzina 500+” w czerwcu 2017 roku objęto ponad 3,98 mln dzieci do 18 lat, czyli 58 proc. Do ponad 2,6 mln rodzin trafiło już ponad 29,2 mld zł. Na co Polacy wydają te pieniądze? Aż 62 proc. osób biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden przyznało, że przeznacza je na codzienne potrzeby rodziny. Z kolei 36 proc. traktuje te środki jak oszczędności.

Słodka, ale i kosztowna inwestycja

Wychowanie dziecka, to czasochłonny, ale też kosztowny proces. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 19. roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do 190 tys. zł, a dwójki dzieci – od 317 tys. do 350 tys. zł. Według szacunków ekonomistów w przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te wynoszą przeciętnie od 421 do 460 tys. zł. Z wyliczeń OECD wynika, że koszty wychowania i utrzymania dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają przeciętnie od 15 do 30 proc. budżetu rodzinnego. – Nic więc dziwnego, że większość rodzin przeznacza zarabiane i otrzymywane środki przede wszystkim na bieżące, codzienne potrzeby. Jeżeli jednak naprawdę chcemy pomóc naszym dzieciom i zapewnić im dobry start w przyszłość, najpierw musimy zadbać o siebie i pomyśleć czy nasze finanse są w dobrej kondycji. W praktyce oznacza to minimalizowanie zadłużenia i posiadanie oszczędności – mówi Martyna Kucicka-Witek, Menedżer ds. Produktów Ochronnych i Majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności odłożone z myślą o przyszłości. Jednocześnie 40 proc. badanych deklaruje, że trudno im oszczędzać, ponieważ codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc.  respondentów przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności.

Bezpieczne i regularne oszczędzanie

Polacy zazwyczaj rozpoczynają oszczędzać z myślą o przyszłości dzieci już od momentu ich urodzenia. Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić. Takich planów nie ma co piąty rodzic, a deklarowanym powodem takiej decyzji jest brak odpowiednich funduszy.

Jaką formę oszczędzania wybierają ci Polacy, którzy decydują się odkładać otrzymywane w ramach programu „Rodzina 500+”? Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że są to przede wszystkim produkty bankowe: konto oszczędnościowe (62 proc.), zwykłe konto bankowe (24 proc.) i lokata (18 proc.). Jedynie 4 proc. wybiera fundusze inwestycyjne, a 3 proc. polisę ubezpieczeniową. – Możliwości inwestycji jest naprawdę wiele i można je dostosować do własnych potrzeb. Jedną z wartych zainteresowania form są na pewno polisy ubezpieczeniowe, które zapewniają jednocześnie ochronę całej rodzinie i oferują lokatę kapitału – mówi Martyna Kucicka-Witek.

Blisko połowa rodziców, którzy otrzymują świadczenie „Rodzina 500+”, ale do tej pory nie oszczędzali pieniędzy z tego źródła, deklaruje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zacznie to robić. Co mniej optymistyczne, blisko jedna czwarta (23 proc.) ankietowanych nie ma jednak zamiaru w najbliższym czasie odkładać tych pieniędzy. – Tymczasem regularne oszczędzanie nawet części tej sumy da naszej rodzinie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, która pozwoli nam przygotować się na nieprzewidziane sytuacje, chociażby takie jak ciężka choroba czy trwała lub czasowa niezdolność do pracy i zapewnić najmłodszym dobry start w dorosłość – mówi Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden.

 

Wypowiedź: Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden

W bankach szybko przybywa pieniędzy, ale głównie na nieoprocentowanych kontach osobistych. Wartość depozytów nie tylko nie rośnie, ale zaczyna spadać.

Przybywa pieniędzy na kontach bankowych i to w dużym tempie. Eksperci BGŻOptima przeanalizowali raporty półroczne 11 banków giełdowych o największym udziale w rynku depozytów. Wynika z nich, że na koniec czerwca tego roku wartość oszczędności Polaków na kontach i rachunkach osobistych wyniosła 564 042 mld zł. Sześć miesięcy temu, 31 grudnia 2016 r., te same banki miały na bilansach 556 061 mld zł należących do klientów detalicznych.

Rachunki górą

Wzrost wartości wkładów powierzanych bankom nie jest niczym nowym, bo dodatnia dynamika wpływów na konta i rachunki to zjawisko notowane od dawna. W pierwszym półroczu tego roku doszło jednak do sytuacji wcześniej niespotykanej. Chodzi o stały wzrost wartości pieniędzy przetrzymywanych na nieoprocentowanych rachunkach osobistych, kosztem lokat terminowych, gwarantujących określoną premię za złożenie depozytu. Proces ten zaczął się w 2014 r. i znacząco nasilił w 2016 r. W tym roku doszło jednak do kulminacji.

Według obliczeń BGŻOptima, w czerwcu tego roku na kontach bieżących spoczywało więcej pieniędzy niż na lokatach terminowych. W 11 analizowanych bankach wartość rachunków osobistych wyniosła 295 278 mld zł, podczas gdy stan depozytów wynosił 268 764 mld zł. Dla porównania, na koniec roku klienci tych banków na nieoprocentowanych kontach trzymali 273 862 mld zł, a na lokatach 283 099 mld zł.

Odpływ depozytów

Wśród analizowanych banków, tylko w dwóch wartość depozytów była wyższa niż rachunków bieżących. Znamienne jest to, że również w największym banku depozytowym w kraju w pierwszej połowie roku doszło do przełamania wieloletniego prymatu lokat nad rachunkami osobistymi i podobnie jak w całym sektorze bankowym, konta osobiste cieszą się większym zainteresowaniem niż produkty oszczędnościowe.

Jak wspomniano przyrost „osadów”, czyli nieoprocentowanych środków na rachunkach rozliczeniowych, jest zjawiskiem obserwowanym od wielu kwartałów. Od tego roku rysuje się jednak jeszcze jeden, niepokojący trend na rynku oszczędności detalicznych. Otóż wzrost wartości rachunków bieżących odbywa się kosztem depozytów. Wygląda na to, że klienci są w mniejszym stopniu niż kiedyś zainteresowani odnawianiem zapadających lokat. Dane z sektora bankowego sugerują, że po wygaśnięciu depozytu, pieniądze wracają na rachunek osobisty i już tam zostają. Właściciel środków nie zakłada nowego depozytu i środki „leżą” na nieoprocentowanym koncie.

Środowisko niskich stóp skutecznie zniechęca osoby indywidualne do otwierania depozytów. Rzeczywiście oprocentowanie w bankach jest niskie, jednak trzeba pamiętać, że w tym roku, w przeciwieństwie do roku ubiegłego, mamy wzrost inflacji, zatem pieniądze trzymane na rachunku bieżącym nie tylko „nie zarabiają” dla posiadacza konta, ale realnie tracą na wartości.

Warto pamiętać przy tym, że jak na razie nic nie wskazuje na możliwość zmiany na rynku stóp procentowych i najbliższe podwyżki spodziewane są w najlepszym razie za rok. Nie jest to zresztą cecha charakterystyczna tylko dla polskiego rynku, ponieważ w całej Europie stopy są rekordowo niskie, a perspektywy rychłej zmiany tego stanu niewielkie. W innych krajach, pomimo historycznie niskiego oprocentowania poziom oszczędności systematycznie rośnie. Być może wynika to z faktu, że na bardziej dojrzałych, stabilnych rynkach, oszczędzający są przyzwyczajeni do niskich odsetek. W Polsce jeszcze kilka lat temu na półrocznym depozycie można było dostać 5 proc. w skali roku.

Spadek oprocentowania w bankach w ostatnich latach nie oznacza, że należy rezygnować z aktywnego zarządzania oszczędnościami. Rezygnacja z otrzymywania  odsetek, tylko dlatego że są one niewysokie, nie jest optymalną strategią dbania o finanse. Najgorszą jest nieprzechowywanie środków na nieoprocentowanym koncie osobistym. W rzeczywistości  to zgoda na pomniejszanie naszego kapitału, ‘zjadanego’ powoli przez inflację. Osoby, które chciałyby uzyskać wyższą stopę zwrotu niż oferują banki, powinny zainteresować się rynkiem kapitałowym lub funduszami inwestycyjnymi, które w tym roku notują dobre wyniki w związku z koniunkturą na światowych giełdach.

Bardzo dobre wyniki notują fundusze akcji polskich oraz globalnych i europejskich rynków wschodzących ( 16,9 proc., 11,3 proc., 12,8 proc. YTD na koniec sierpnia). Średnia stopa zwrotu 60 funduszy polskich akcji uniwersalnych od stycznia do końca sierpnia wyniosła 16,22 proc. Od początku roku mocno w górę idą giełdowe indeksy. WIG20 wzrósł w ciągu ośmiu miesięcy o 29 proc., a WIG o 25 proc. Bierne przetrzymywanie pieniędzy na nieoprocentowanych kontach osobistych jest więc niewykorzystaną szansę na regularne pomnażanie oszczędności.

 

Autor: Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima

 

Oszczędzaj i ucz oszczędzać” – dzisiejsi trzydziesto- i czterdziestolatkowie mogą pamiętać to hasło ze szkoły, gdy odkładali pieniądze w Szkolnych Kasach Oszczędności. Kiedyś była to właściwie jedyna forma edukacji finansowej kierowana do dzieci. Dziś tych możliwości jest już znacznie więcej. Ale co właściwie nasze zieci wiedzą o finansach i czy rodzice są dla nich odpowiednim źródłem wiedzy? Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 63 proc. Polaków uważa swoją wiedzę finansową za wystarczającą, ale jednocześnie wielu z nas nie potrafi realnie oszacować kosztów wynikających z różnych sytuacji życiowych.

Co trzeci Polak (37 proc.) rozmawia z dziećmi o finansach, a 58 proc. zachęca je do oszczędzania. Jedna piąta nie robi jednak zupełnie nic w kwestii edukacji finansowej swoich pociech. Te wyniki nie napawają optymizmem, a piętnaście-dwadzieścia lat temu było jeszcze gorzej. Jedynie 18 proc. z nas pamięta, że rodzice rozmawiali z nami o finansach, a 41 proc. było przez nich zachęcanych do oszczędzania. Jedna czwarta w ogóle nie poruszała kwestii pieniędzy z rozmowach z rodzicami. – Te deklaracje pokazują, że zarówno w przeszłości, jak i obecnie rodzice chcieliby, by ich dzieci odkładały pieniądze, ale znacznie mniej osób zdobywa się na wysiłek, by edukować je w zakresie finansów. Wygląda więc na to, że oczekujemy od najmłodszych racjonalnych postaw, ale jednocześnie nie dajemy im chociażby teoretycznej podstawy – mówi Michał Nestorowicz, Dyrektor ds. Badań i Analiz w Nationale-Nederlanden.

Co ciekawe, rodzice w wieku 40-50 lat, z uwagi na to, że posiadają starsze dzieci, bardziej angażują je w sprawy finansowe, zachęcają do oszczędzania i regularnie dają im kieszonkowe. Z kolei rodzice z pokolenia trzydziestolatków nieco częściej niż w pozostałych grupach wiekowych rozmawiają z dziećmi na tematy związane z finansami i budżetem domowym.

Nie jest tak dobrze, jak myślimy

Ciekawe jest również to, jak Polacy oceniają swoją wiedzę finansową. Za wystarczającą uważa ją prawie dwie trzecie respondentów (63 proc.). Najlepiej w tym względzie postrzegają siebie trzydziesto- i czterdziestolatkowie, częściej mężczyźni niż kobiety. A jak wygląda rzeczywistość? W obejmującym trzydzieści krajów badaniu poziomu świadomości finansowej przygotowanym przez OECD Polacy znaleźli się na ostatnim miejscu. Tylko 32 proc. ustawia sobie długoterminowe cele finansowe i dąży do ich realizacji.

Potwierdza to badanie Nationale-Nederlanden. Jedna czwarta Polaków uważa, że ogólne koszty (wydatki na prywatną opiekę medyczną, koszty leków, rehabilitacja, ewentualne utracone dochody), jakie pociąga zachorowanie na raka mieszczą się w kwocie do tysiąca złotych. Tę samą sumę wskazało 15 proc. badanych pytanych o wydatki związane z wystąpieniem zawału serca. – Tymczasem rzeczywistość jest zupełnie inna. Wizyta prywatna u specjalisty to koszt od 150 do 250 zł, nie wspominając o kosztach badań, jak chociażby tomografia komputerowa czy rezonans magnetyczny – mówi Michał Nestorowicz. Suma łącznych wydatków ponoszonych w przypadku zachorowania na nowotwór to według Polaków średnio 5 tys. zł. Jednocześnie koszty, które trzeba ponieść w przypadku uszkodzenia samochodu w wypadku samochodowym, wyceniają średnio na 10 tys. zł. Z kolei ich zdaniem start dziecka w dorosłość, bez kosztów edukacji, to wydatek rzędu średnio 15 tys. zł, a przeciętne wydatki na emeryturze zamykają się według Polaków w sumie 2 tys. zł miesięcznie.

Przykład idzie z góry

Polacy posługują się mitami w swoich opiniach o ubezpieczeniu. Pytani o to, jaką część budżetu domowego może pochłonąć indywidualne ubezpieczenie na życie, około 25 proc. respondentów odpowiedziało, że składka musi być droga i wynosić ponad 100 zł miesięcznie. Z kolei jedna trzecia ankietowanych w ogóle nie potrafi określić jej wysokości. – Polacy są wciąż przekonani, że takie ubezpieczenie jest drogie i się nie opłaca lub po prostu nie myślą o tym. Ich wiedza na temat ubezpieczeń jest ciągle bardzo mała. Nie wiemy więc nie tylko ile ubezpieczenia kosztują, ale też co można na nich zyskać – mówi Anna Hełka, Psycholog społeczna z SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Przykład ubezpieczeń pokazuje, że z edukacją finansową Polaków nie jest więc najlepiej. Tymczasem pozwala nam ona nie tylko na co dzień w lepszy sposób gospodarować domowym budżetem, ale również zabezpieczyć się przed nieprzewidzianymi sytuacjami losowymi. Podnoszenie poziomu edukacji finansowej jest nie tylko w naszym interesie, ale również najmłodszych. Zdaniem specjalistów powielają one bowiem zazwyczaj w dorosłym życiu model, który znają z domu. – Gdy rodzice nadmiernie zadłużają się, wielce prawdopodobne jest, że dzieci będą robić to samo. Jeżeli jednak zadbamy o przyszłość najbliższych, chociażby poprzez oszczędzanie czy też wykupienie ubezpieczenia, które wesprze naszą rodzinę na wypadek nieprzewidzianych zdarzeń, to pokażemy dzieciom, że nasza edukacja finansowa to nie tylko deklaracje – podsumowuje Michał Nestorowicz.

Młodzi, którzy obecnie dopiero zaczynają swoją karierę zawodową, w przyszłości otrzymają emeryturę równą ok. 30% ich ostatniego wynagrodzenia. Expander sprawdził, co musieliby zrobić, aby zrekompensować sobie taki spadek dochodów własnymi oszczędnościami. Okazuje się, że emerytura równa ostatniej pensji to niestety „mission impossible”. Realne, choć nadal dość trudne, będzie uzyskanie świadczenia na poziomie 70% pensji. Wymagać to będzie jednak odkładania przynajmniej 18% dochodu miesięcznie.

Co może zrobić młody człowiek wiedząc, że jego emerytura z publicznego systemu wyniesie zaledwie 30% ostatniego wynagrodzenia otrzymanego tuż przed przejściem na emeryturę? Oczywiście powinien jak najszybciej zacząć oszczędzać, aby zgromadzić pieniądze, które pozwolą mu samodzielnie wypłacić sobie 70% ostatniego wynagrodzenia, co razem z emeryturą państwową da 100%. Żeby przez 25 lat wypłacać sobie 70% pensji musiałby jednak przez 40 lat odkładać aż 32% swojego wynagrodzenia i to przy założeniu, że inwestowałby oszczędności przy stopie zwrotu wynoszącej aż 6% w skali roku. W przypadku krótszego okresu lub niższej stopy zwrotu, trzeba odkładać jeszcze więcej. Żadna z tych wartości nie wydaje się jednak realna do osiągnięcia. Szacuje się bowiem, że przeciętny Polak jest w stanie dodatkowo odkładać na emeryturę 10%-20% wynagrodzenia.

Odłożenie odpowiednio wysokiej kwoty jest tak trudne w dużej mierze dlatego, że nasze wynagrodzenia systematycznie rosną. Dla przykładu, dziś są o ok. 60% wyższe niż 10 lat temu. To oznacza, że po 40 latach możemy zarabiać już 6,5 razy więcej niż w momencie, gdy zaczynamy swoją karierę zawodową. Pieniądze odłożone na początku mają więc bardzo niewielką wartość w stosunku do naszego wynagrodzenia, które otrzymamy tuż przed emeryturą.

 Wystarczy nam emerytura wynosząca 70% pensji

Na szczęście, będąc na emeryturze nie musimy już mieć aż tak wysokich dochodów jak w okresie, kiedy jeszcze pracujemy. Zwykle mamy już bowiem spłacony kredyt na dom czy mieszkanie. Nie ponosimy też kosztów wychowania dzieci. Oczywiście nie musimy już wtedy odkładać kilkunastu czy kilkudziesięciu procent dochodu na emeryturę, bo już na niej jesteśmy. Dlatego w rzeczywistości, aby żyć na poziomie do jakiego się przyzwyczailiśmy podczas pracy, wystarczy nam świadczenie
w wysokości 70% – 80% ostatniego dochodu. Jeśli przyjmiemy, że wystarczy nam 70%, to sami musimy uzbierać tyle, aby sfinansować 40%, gdyż 30% pokryje publiczny system emerytalny.

Osiągnięcie takiej wysokości emerytury jest już bardziej realne, ale nadal wymagające. Nawet przy założeniu 40 lat oszczędzania i stopy zwrotu 6% i tak trzeba odkładać 18% dochodu. W przypadku stopy zwrotu 1,5% lub 3% trzeba odkładać 31%-46%, co jest poziomem nierealnym do osiągnięcia.

Z powyższych wyliczeń płyną dwa wnioski. Po pierwsze, młodzi nie powinni zwlekać z rozpoczęciem oszczędzania na emeryturę. Nawet rozpoczęcie tego procesu nie na 40, lecz na 30 lat przez przed emeryturą spowoduje, że np. zamiast 18% dochodu będą musieli odkładać aż 26%. Jeśli zaczną jeszcze później to trudno może im być zapewnić sobie emeryturę nawet na poziomie 50% dochodu. Drugi wniosek jest taki, że jeśli ktoś chce uzyskać przyzwoitą emeryturę to nie może oszczędzać na przeciętnych lokatach bankowych. Ich oprocentowanie jest obecnie tak niskie, że aby zebrać odpowiednio wysoką kwotę trzeba byłoby odkładać 39%-46% dochodu.

Na koniec warto zwrócić uwagę, że wspomniane 18% pensji, to nieco mniej niż wysokość łącznej składki emerytalnej w publicznym systemie. Odkładając tyle samodzielnie, zyskamy świadczenie wynoszące 40% dochodu. Państwo za podobne pieniądze ma nam zapewnić 30%. Zanim zaczniemy się na to denerwować warto zwrócić uwagę, że emerytura państwowa jest dożywotnia. Nasza prywatna wystarczy (według przyjętych założeń) na 25 lat. Jeśli więc dożyjemy 100 lat, to nadal będziemy otrzymywali pieniądze z ZUS, a własne oszczędności już dawno nam się skończą. Jeśli chcemy, żeby wystarczyło ich np. na 35 lat, to trzeba odkładać w najlepszym przypadku aż 24% dochodu. Z drugiej strony, jeśli umrzemy wcześniej, to oszczędności odziedziczą nasze dzieci, a pieniądze wpłacone do ZUS przepadną. Oba rozwiązania mają więc inne wady i zalety.

 

Autor: Jarosław Sadowski, Główny analityk Expander Advisors

 

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Ponad połowa Polaków, którzy są w związkach, uważnie analizuje swoje wydatki. Jak pokazało badanie przeprowadzone na zlecenie Grupy KRUK „Budżet domowy polskich par”, prawie 60 proc. badanych uwzględnia przy wydatkach potrzeby swoich partnerów.

Analiza badania przeprowadzonego przez SW Research pokazuje, że Polacy w ponad 55 proc. przypadków analizują swoje wydatki. Oznacza to, że połowa z nas robi zakupy w sposób przemyślany. Jednak 32 proc. osób odczuwa niepokój w związku z wydatkami, szczególnie tymi większymi lub nieprzewidzianymi.

Oczywiście są wśród nas pary, dla których spontaniczne zakupy nie stanowią problemu, ale są one w zdecydowanej mniejszości. I tak na przykład w województwie zachodniopomorskim tylko 11 proc. badanych przyznało się, że robi zakupy spontanicznie. Z kolei 70 proc. mieszkańców Lubelszczyzny uważnie analizuje każdą wydaną złotówkę. Wśród bardziej ostrożnych konsumentów znajdują się mieszkańcy wsi. Może to wynikać z różnic zarobków, jakie są między mieszkańcami wsi i miast, ale też z ograniczonego dostępu do miejsc, gdzie można wydawać pieniądze.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z bieżącego roku, mieszkaniec województwa lubelskiego zarabia średnio 3878 zł brutto. Jest to jeden z niższych wyników w Polsce. To z kolei może się przekładać na ich obawy co do nieprzemyślanego wydawania pieniędzy. Ponad 62 proc. badanych z tego regionu uważa, że nagła utrata pieniędzy będzie dla nich zła w skutkach i może negatywnie wpłynąć na ich zdrowie psychiczne. W porównaniu do mieszkańców innych regionów Polski, ankietowani z Lubelszczyzny odczuwają również największy stres w związku z wydatkami.

Jeśli chodzi o uwzględnianie partnera w wydatkach danego gospodarstwa domowego, to można śmiało powiedzieć, że zależy ono od pokolenia. Najczęściej osoby w wieku 60+ dbają o komfort i zaspokojenie potrzeb finansowych swoich partnerów życiowych (odpowiedziało tak aż 70 proc. respondentów w tym wieku).

Jak się okazuje, skłonność do wydawania pieniędzy zależy również od płci. Zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn uwzględnia przy wydawaniu pieniędzy swoich partnerów. W tym przypadku różnica wynosi 6 punktów procentowych. Panie również bardziej analizują swoje wydatki. Na tzw. „czarną godzinę” oszczędza ponad 60 proc. Polek i około 53 proc. Polaków.

Mniej spontanicznie podchodzą do wydatków osoby będące w związkach małżeńskich (60 proc. wobec 50 proc.). Polacy będący w związkach formalnych także częściej analizują swoje zakupy (70 proc. wobec 53 proc.).

Co ciekawe, najciężej jest rozstać się z pieniędzmi osobom do 24 roku życia. Prawie 40 proc. młodych niechętnie wydaje pieniądze. Dla przykładu wśród osób w wieku 50-59, około 25 proc. nie chce rozstawać się z gotówką.

– Jak pokazało badanie „Budżet domowy polskich par”, kobiety są bardziej odpowiedzialne w związku pod kątem wydawania pieniędzy. Odkładają pieniądze częściej niż mężczyźni. Kontrola finansowa to też domena małżeństw. To one częściej dbają o swoje wspólne fundusze niż osoby, które są w związkach nieformalnych. Ciekawe jest również to, że zachowania finansowe zależą również od pokolenia. Na przykład seniorzy dużą wagę przywiązują do ustalania wspólnych wydatków. Z kolei najmłodsi, którzy być może mają nieregularne przychody, wnikliwie analizują swoje wydatki, nim się na nie zdecydują  – mówi Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Komentarz psychoterapeuty, Mateusza Ostrowskiego

Badanie pokazuje, że osoby w związkach małżeńskich podchodzą poważniej do swoich wspólnych finansów. To zapewne efekt tego, że część związków nieformalnych ma raczej status „chłopaka i dziewczyny”, czyli są to nieco luźniejsze więzi. Niewykluczone, że część tych osób jeszcze ze sobą nie mieszka. Małżeństwo jest m.in. deklaracją, że to, co się dzieje między dwojgiem ludzi, jest „na poważnie”. W naszej kulturze jest też swego rodzaju inicjacją w dorosłość. Co oczywiście nie oznacza, że wśród par żyjących w nieformalnych związkach nie ma takich, które odpowiedzialnie i rozsądnie prowadzą wspólne gospodarstwo domowe. Jednak na całkowity efekt statystyczny będą miały wpływ te luźniejsze relacje w początkowym stadium.

Jeśli chodzi o to, że kobiety częściej uwzględniają partnera przy wydawaniu pieniędzy, jest to zapewne wynikiem ich lepszych umiejętności czy kompetencji. Można dyskutować czy to efekt czynników biologicznych, czy ról społecznych, ale widać, że paniom jakoś łatwiej pomyśleć o tym, jak ich decyzje wpływają na drugą osobę. Są one również bardziej otwarte na rozmowę o swoich potrzebach czy problemach. To, że częściej analizują swoje wydatki może być pokłosiem tradycyjnych ról społecznych.  Jeszcze jedną generację temu mężczyzna przynosił wypłatę do domu, przekazywał mniejszą lub większą jej część żonie i to na jej głowie zostawiał problem wiązania końca z końcem. Te role oczywiście mocno się zmieniają, ale stare wzorce zachowań zaskakująco długo potrafią wpływać na nasze postawy
i działania.

 

Źródło: Firma KRUK S.A.

Polacy z roku na rok wymieniają coraz więcej walut. Mogłoby się wydawać, że największe kwoty wymieniamy w okresie wiosenno – letnim z powodu zbliżających się wakacji. Okazuje się jednak, że kantory, zarówno te stacjonarne, jak i internetowe mają najwięcej pracy w grudniu. Dlaczego? KantorBox.pl przyjrzał się poniżej tematowi.

Kto i jak wymienia waluty w Polsce?

Zanim ustalimy, dlaczego w grudniu przeprowadzamy najwięcej transakcji, zwróćmy uwagę na to, kto i dlaczego wymienia waluty w Polsce. Część z nas wyjeżdża na wakacje, spłaca kredyty czy robi zakupy w sieci. Cały czas największy odsetek osób wymieniających waluty są ci, których bliscy pracują za granicą. Jak wskazują statystyki, wielu emigrantów regularnie przesyła swoim bliskim pieniądze. Ci natomiast najchętniej wymieniają obcą walutę na złotówki w grudniu. W szale przygotowań do świąt oraz bożonarodzeniowych prezentów zawsze przydaje się większa ilość pieniędzy, więc waluty wymieniamy wtedy znacznie częściej.

Osoby pracujące poza granicami kraju przesyłają do Polski od 500 do nawet 2000 złotych miesięcznie. Niezależnie od tego, w jaki sposób przekazywane są pieniądze, czy za pośrednictwem, transferów, np. Western Union czy za pośrednictwem systemów przesyłania pieniędzy takich jak PayPal, zawsze ponosimy dodatkowe koszty przekazu. Najczęściej wysokość prowizji uzależniona jest od wartości transakcji. Nie dziwi więc fakt, że emigranci coraz częściej przesyłają pieniądze za pośrednictwem kantorów internetowych. Czas realizacji jest podobny, natomiast całkowite koszty przewalutowania znacznie są znacznie niższe niż np. prowizje bankowe.

Tańsze zakupy w Polsce

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pracując na zachodzie Europy, bardzo często możemy pozwolić sobie na znacznie lepszą jakość życia niż w Polsce. Jeśli jednak przyjrzymy się cenom konkretnych produktów to bardzo szybko zauważymy, że sprzęt RTV, książki, kosmetyki czy np. płyty są w Polsce znacznie tańsze. Oczywiście za wiele produktów musimy zapłacić nieco więcej (np. perfumy lub ubrania). Pamiętajmy jednak, że kupując je na miejscu nie musimy martwić się o sposób ich przewiezienia, czy opłaty za dodatkowy bagaż. Jest to kolejny czynnik wpływający na dużą ilość transakcji wymiany walut w grudniu. Osoby pracujące za granicą przyjeżdżają na święta i wymieniają pieniądze, aby móc kupić prezenty dla bliskich.

Grudzień – czas częstych i wysokich transakcji

Koniec roku to również czas, w którym firmy zamykają swoje budżety i finalizują większość rozpoczętych transakcji. To okres, w którym więcej eksportujemy oraz znacznie więcej importujemy, a co za tym idzie częściej wymieniamy waluty. Ponadto firmy zamykają okresy rozliczeniowe, spłacają zadłużenia i rozliczają się ze swoimi kontrahentami. Jest to okres bardzo intensywnej pracy dla wszystkich branż. Szybka i tania wymiana walut jest w tym czasie szczególnie istotna. Z początkiem roku stan ten znacznie się uspokaja. Wiele firm decyduje się na przerwę noworoczną, wstrzymywane są produkcje a nowe rozmowy handlowe dopiero się rozpoczną. W związku z tym początek roku to również spokój i stabilizacja na rynku wymiany walut.

Czy w grudniu za wymianę walut płacimy więcej?

Można spodziewać się, że każdy, kto przeczytał powyższy artykuł, szuka odpowiedzi na to pytanie. Zwiększone zapotrzebowanie na wymianę walut oczywiście może mieć znaczny wpływ na koszty transakcji. Pamiętajmy jednak, że na wysokość danego kursu wpływa wiele czynników, a nie tylko ilość przeprowadzanych transakcji. Zarówno w grudniu, jak również przez cały rok musimy regularnie obserwować rynki i porównywać kursy. Dzięki temu będziemy pewni, że zawsze za wymianę walut ponosimy najmniejsze możliwe koszty.

Rozwój przedsiębiorstwa i rosnąca liczba wystawianych faktur przychodowych oznacza też zwiększone zapotrzebowanie na bieżące środki i gotówkę. Kiedy jej brakuje firma wpada w kłopoty i wstrzymuje inwestycje, a czasem nawet wypłaty, chyba że zna sposoby zamiany należności na gotówkę.

Połowa firm w Polsce otrzymuje zapłatę za towar lub usługi z ponad 60-dniowym opóźnieniem (dokładnie 48 proc. wg badania Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor). Przedsiębiorcy w dodatku nie są nastawieni optymistycznie co do zmiany tej sytuacji w niedalekiej przyszłości.

Dla wielu małych i średnich firm dwa miesiące oczekiwania na własne, zarobione już pieniądze to horyzont czasowy niemożliwy do zaakceptowania. To skłania je do szukania rozwiązań pośrednich. Na szczęście, z roku na rok, dostęp małych i średnich przedsiębiorstw borykających się z brakiem płynności finansowej, do różnych form finansowania jest coraz szerszy, a możliwości coraz większe.

Bank (czasem) pomoże

Sposobów pozyskania gotówki odpowiadającej należnościom na papierze jest kilka. Najlepiej znanym i najszerzej stosowanym jest kredyt na rachunku bieżącym służący do finansowania kapitału obrotowego. Szeroka dostępność usług bankowych i możliwość przebierania w ofertach to plusy takiego rozwiązania, ale są też wady. Taki kredyt jest dość drogi, a trzeba też pamiętać, że zmniejsza zdolność przedsiębiorcy do zaciągania kolejnych zobowiązań. W dodatku nie każda firma kredyt dostanie, dotyczy to szczególnie tych, rozpoczynających swoją biznesową drogę.

Innym rozwiązaniem jest kredyt ratalny, odpowiedni w przypadku inwestycji gwarantującej stabilne wpływy gotówkowe. Chociaż wady są podobne, jak przy większości innych form zaciągania zobowiązania kredytowego w instytucji finansowej, kredytem posiłkuje się ponad połowa  przedsiębiorców.

Gotówka za 3 miesiące… lub jutro

Dla firm, które mają dosyć regularne i przewidywalne spłaty należności oraz solidnych kontrahentów, korzystniejszym rozwiązaniem jest faktoring. To usługa polegająca na wykupie od przedsiębiorstwa przez wyspecjalizowaną instytucję finansową należności z tytułu sprzedaży towarów lub usług. Dzięki temu faktorant (czyli firma) otrzymuje gotówkę na poczet swoich faktur zaraz po ich wystawieniu – zazwyczaj w ciągu doby. Przy faktoringu najważniejszy jest kontrahent, więc to dobre rozwiązanie dla firm, które posiadają już stałych odbiorców (usług bądź produktów), a nie chcą wiązać się kredytami kupieckimi.

– To rozwiązanie pozwala na szybkie odzyskanie gotówki przedsiębiorcy zamrożonej u kontrahenta. Blokowanie jej na 60 czy 90 dni jest dla wielu firm nieakceptowalne ze względu na ryzyko utraty  płynności. Ostatecznie każdy prowadzący działalność gospodarczą sam wie najlepiej, jak najskuteczniej obracać własnymi pieniędzmi, tak aby zapewnić firmie stabilność i zyski. Przy faktoringu przedsiębiorca otrzymuje gotówkę za fakturę z odległym terminem zapłaty i w zasadzie dla niego temat się kończy, gdyż to faktor nadzoruje spłatę i przelew od kontrahenta. Instrumenty, takie jak możliwość kilkukrotnej zmiany wysokości limitu finansowania w trakcie trwania umowy pozwalają na dostosowanie produktu do potrzeb konkretnego klienta i dodatkowo zwiększają komfort – mówi Piotr Gąsiorowski z eFaktor S.A.

Dzięki usłudze faktoringu, pieniądze z wystawionych przez firmę faktur z odroczonymi terminami, trafiają na jej konto, nawet w ciągu 24 godzin. Z usług faktorów korzysta już co dziesiąty przedsiębiorca z sektora MŚP, a rynek usług faktoringowych ma duży potencjał i eksperci spodziewają się, że coraz więcej przedsiębiorców będzie się do tej formy finansowania przekonywało.

Dobra koniunktura gospodarcza przyczynia się do wzrostu zainteresowania usługami faktoringowymi, a korzystanie z nich to dla wielu przedsiębiorców to wyraz dalekowzroczności w rozwoju własnego biznesu – ocenia Piotr Gąsiorowski z eFaktor.

Instrumenty pozwalające na zamianę należności na gotówkę są dostępne na rynku, ale mały i średni biznes wpada w spiralę zadłużenia z powodu braku wiedzy na temat finansowania inwestycji. Przedsiębiorca skupiony na zasadniczej części swojego biznesu nie zawsze ma czas i energię, żeby przeanalizować możliwości finansowania. Najważniejsza jest właściwa ocena instrumentu finansowego pod względem zyskowności planowanych inwestycji lub możliwości spłaty rat w późniejszym terminie.

Źródło: Brandscope

Która jest godzina? To dzieci odczytają ale z zegarka elektronicznego. Tylko co piąty drugoklasista potrafi posługiwać się zegarkiem analogowym, a ponad 70 proc. uczniów w wieku 6-9 lat nie zna rzymskiego systemu zapisywania liczb – takie wnioski wyciągnęli organizatorzy konkursu matematycznego „Puchacz Piotr”, w którym udział wzięli uczniowie klas 1-3. Ćwiczeniami, które sprawiają uczniom najmniej trudności to te z wykorzystaniem pieniędzy.

Jak wynika z analizy prac konkursowych, przeprowadzonej przez ekspertów MathRiders, największe zainteresowanie zagadnieniami matematycznymi wykazują dzieci na wczesnym etapie edukacji. Ciekawość ta nie zawsze jednak przekłada się na posiadane przez nich umiejętności. Organizatorzy konkursu „Puchacz Piotr” zaobserwowali, że wśród uczniów zanikają podstawowe zdolności matematyczne, które okazują się przydatne na dalszych etapach nauki czy też rzutują na rozwój przyszłej ścieżki kariery.

– Przeanalizowaliśmy prawie dwa tysiące prac konkursowych, z których wynika, że dzieci z klas 1-3 lepiej radzą sobie z zadaniami realnymi, niż abstrakcyjnymi. Ćwiczeniami, które sprawiają uczniom najmniej trudności są te z wykorzystaniem pieniędzy. Dzieci w wieku 6-9 lat dobrze radzą sobie też z dodawaniem i odejmowaniem nawet do 100, o ile są to działania proste. Większe problemy stanowią natomiast zadania złożone, które wymagają więcej niż jednego kroku w dojściu do rozwiązania. Warto pamiętać, że niezrozumienie pewnych zagadnień matematycznych na wczesnym etapie nauczania może przynieść poważne konsekwencje w przyszłości. Dlatego też, jako rodzice i nauczyciele powinniśmy zwracać uwagę, by wszelkie „braki” w wiedzy dziecka były uzupełniane na bieżąco – komentuje Małgorzata Grymuza, dyrektor Regionalny MathRiders Polska.

Zadaniami, które przysparzają uczniom wczesnoszkolnym poważne problemy są również te związane z zegarem analogowym. Aż 80 proc. dzieci ma trudności w pokazaniu godziny przy pomocy wskazówek, a nie wyświetlacza elektronicznego. Równie duże kłopoty wśród uczniów klas 1-3 sprawia konieczność zapisania liczb w systemie rzymskim. Tylko 23 proc. z nich potrafi prawidłowo skorzystać z tego systemu.

– Zdecydowana większość uczniów ze szkół podstawowych ma problemy w określeniu zależności pomiędzy poszczególnymi liczbami i działaniami. Dzieci świetnie radzą sobie z prostymi obliczeniami, jednak gdy wynik dodawania dwóch liczb trzeba zrównoważyć odejmowaniem dwóch innych –zaczynają się gubić. Przyzwyczajone są one do prostych schematów, a skomplikowane i mniej standardowe przykłady, wymagające przemyślenia, stanowią dla nich duży problem. Dlatego tak ważne jest, by dziecko od samego początku nauki spotykało się z różnorodnością ćwiczeń. Taką rozmaitość przyjmujemy także przy układaniu zadań do konkursu „Puchacz Piotr”, co sprawia, że każde dziecko może wykazać się w swoich ulubionych zagadnieniach matematycznych – dodaje Małgorzata Grymuza.

Konkurs „Puchacz Piotr” skierowany jest do dzieci szkół podstawowych z klas 1-3, które chciałyby nie tylko rozwinąć swoje dotychczasowe umiejętności, ale także zmierzyć się z nowymi wyzwaniami czy też uzupełnić brakującą wiedzę. Organizatorzy zapowiadają, że na początku II semestru do placówek szkolnych trafią szczegółowe informacje dotyczące III edycji konkursu. Co istotne, udział w rywalizacji jest całkowicie bezpłatny.

Wypowiedź: Małgorzata Grymuza, dyrektor Regionalny MathRiders Polska.

Polacy są coraz bardziej uważni, kiedy robią zakupy przez Internet. Jak wynika z badania TNS Kantar, w stosunku do roku ubiegłego o połowę wzrosła liczba osób, które sprawdzają bezpieczeństwo stron www sprzedawców podczas dokonywania płatności. Zwiększyła się również grupa respondentów stosujących rozwiązania typu pay-by-link, które zapewniają wysoki poziom bezpieczeństwa transakcji. Badanie zostało zrealizowane na zlecenie Związku Banków Polskich i KIR.

Problem oszustw w sieci rośnie z roku na rok. Dane Kaspersky Lab pokazują, że w 2016 roku zanotowano łącznie około 73 mln prób wyłudzeń danych personalnych, które mogłyby posłużyć do kradzieży pieniędzy. To o 13 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. Jak twierdzi Artur Wojtczuk, dyrektor Linii biznesowej płatności internetowe w KIR, w przyszłości tego typu ataki będą się nasilać ze względu na przenoszenie w coraz większym stopniu zarządzania naszymi pieniędzmi do Internetu. – Rynek e-commerce do 2020 roku osiągnie wartość aż 63 mld zł. Większa liczba transakcji w sieci zachęca przestępców do szukania możliwości „zarobku” w rzeczywistości wirtualnej – mówi Artur Wojtczuk.

Według eksperta KIR warto pamiętać, że duża część odpowiedzialności za bezpieczeństwo naszych finansów w świecie online spoczywa na nas samych – Chociaż banki mają wieloletnie doświadczenie w rozwijaniu zabezpieczeń przed hakerami, to nawet najbardziej zaawansowane rozwiązania nie zapewnią należytej ochrony, jeśli użytkownicy nie będą przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa – tłumaczy.

Polacy a cyberbezpieczeństwo

Jak pokazują badania TNS Kantar zrealizowane na klientach banków, osoby dokonujące zakupów przez Internet coraz częściej zachowują podstawowe zasady ostrożności w sieci. Częściej niż wykazywały to wcześniejsze edycje badania, deklarują, że sprawdzają czy strona, z której chcą dokonać płatności, jest odpowiednio zabezpieczona. Przyrost w stosunku do zeszłorocznej edycji badania wyniósł 6 p.p. (z 10 proc. do 16 proc.). Jednocześnie wzrosła niechęć do podawania online danych karty płatniczej. Odsetek osób, które deklarują, że unikają płacenia kartą ze względu na konieczność podawania szczegółowych danych (takich jak numer karty) zmieniła się z 9 proc. w roku poprzednim do 15 proc. w tym roku.

Dane te pozwalają wnioskować, że stajemy się coraz bardziej świadomi zagrożeń, jakie mogą nas spotkać w sieci podczas dokonywania zakupów, a jednocześnie, że zwiększa się wiedza na temat skutecznych metod ochrony przed nimi. Wpływ na to mogą mieć akcje edukacyjne prowadzone między innymi przez sektor bankowy, które informują o tym, jak bezpiecznie korzystać z pieniędzy w świecie wirtualnym – mówi Artur Wojtczuk.

Co ciekawe, obecnie dwukrotnie więcej osób niż w 2016 r. rezygnuje z zakupu, gdy w polu „odbiorca przelewu” pojawia się podmiot inny niż sklep, z którym zawieramy transakcję (wzrost z 5 do 10 proc.). Z kolei o 4 p.p. wzrósł odsetek osób, które unikają kopiowania i wklejania numerów rachunków bankowych przy wypełnianiu danych do przelewu. Obecnie zwraca na to uwagę 17 proc. osób robiących zakupy przez Internet.

Chociaż trend jest pozytywny, to warto pamiętać, że wciąż daleko nam do zadowalających wyników. Tylko odpowiednio wysoki odsetek osób zachowujących się bezpiecznie w Internecie, pozwoli w pełni wykorzystać potencjał, jaki daje nam cyfrowa rewolucja – mówi Artur Wojtczuk.

Bezpieczne płatności bez pośredników

Aby czuć się bezpiecznie dokonując płatności w Internecie, 11 proc. respondentów – czyli o 3 p.p. więcej niż w zeszłym roku – stosuje rozwiązania typu pay-by-link (takie jak Paybynet, oferowany przez KIR). Jest to system gwarantowanych płatności internetowych, który obsługuje przelewy on-line, przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, także w dni wolne od pracy. – System Paybynet ma jeszcze inną ważną cechę. Pieniądze przelewane są bezpośrednio z konta płatnika na konto bankowe sprzedawcy, co powoduje, że kupujący zyskują większe poczucie bezpieczeństwa podczas dokonywania płatności. Jak wynika z badania TNS Kantar, ten aspekt usługi docenia 9 proc. respondentów – podkreśla Artur Wojtczuk. Dodatkowo numer rachunku odbiorcy i wartość transakcji jest wypełniana automatycznie, co niweluje ryzyko popełnienia błędu przy ręcznym wpisywaniu danych.

 

Wypowiedź: Artur Wojtczuk

Stopy procentowe mają być niezmienne w kolejnych kwartałach, zarówno w Polsce jak i w strefie euro. W związku z tym, oprocentowanie lokat klientów detalicznych nadal będzie spadać. Wkrótce może osiągnąć poziom 1% i dalej się obniżać. Według eksperta z NDM, banki mogłyby odwrócić ten proces, ale to im się nie opłaca. Od momentu wprowadzenia podatku bankowego, depozyty stały się dla nich bowiem zbyt dużym obciążeniem.

Wzmożona konkurencja pomiędzy bankami najmocniej wpłynęła na dynamiczny spadek oprocentowania lokat w ostatnich 3-4 latach. Wprowadzenie podatku bankowego tylko spotęgowało to zjawisko. Jak wyjaśnia Jan Żuralski, Prezes Zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego S.A., instytucjom finansowym realnie przestało się opłacać przyjmowanie nawet najniższych, 2% depozytów, więc je zniwelowały.

–  Depozyt inwestora czy klienta detalicznego od dłuższego czasu jest dla banków sporym kosztem. Dla każdego z nich – oczywiście innym. Nie chcą go ponosić, toteż obniżają oprocentowanie lokat. Ich poziom mógłby spaść nawet do 0,8%, w przypadku gdyby wzrosła skłonność do oszczędzania gospodarstw domowych oraz firm. To by znaczyło obniżenie wartości inwestycji aż o połowę, w stosunku do obecnego stanu – ostrzega Jan Żuralski.

Z wypowiedzi niektórych przedstawicieli Banku Centralnego w Polsce wynika, że stopy procentowe nie zmienią się jeszcze przez 12 miesięcy. Ponadto, wielu ekonomistów przewiduje, że w strefie euro również nie ulegną zmianie. Te dwa czynniki powodują, że oprocentowanie w polskich bankach będzie jeszcze systematycznie spadało. Wkrótce lokaty klientów detalicznych mogą zbliżyć się do krytycznego poziomu 1%.

– Tymczasem, banki uważają, że aktualne oprocentowanie lokat na poziomie 1,4% czy nawet 1,3% jest wciąż zbyt wysokie, aby były zainteresowane takimi depozytami. Powoduje to, że wypływają z nich pieniądze. Polacy inwestują np. w nieruchomości. Ale taka sytuacja nie powinna niepokoić żadnej grupy klientów. Te instytucje finansowe są w bardzo dobrej kondycji. Niskie oprocentowanie lokat Polaków, którzy będą zmuszeni z nich korzystać, spowoduje że banki będą mogły finansować swoją bieżącą działalność po bardzo niskich kosztach – zapowiada Prezes Żuralski.

Zdaniem eksperta, konsolidacja sektora bankowego również nie wspiera wyższego oprocentowania lokat. Tymczasem, już prawie połowa banków w Polsce jest w rękach jednego akcjonariusza, czyli Skarbu Państwa. Zdaniem Jana Żuralskiego, będzie on nadal kontynuował swoją politykę, mimo że dotychczas zdobył bardzo istotny udział w rynku. Duży gracz ma w swoich rękach dwa największe banki w kraju. Dla małych i średnich instytucji konkurencja jest coraz bardziej zaostrzona. Ich właściciele mają przed sobą dwie alternatywy – dalej walczyć o własną pozycję albo sprzedać swoje udziały.

 

Źródło: MondayNews

We wrześniu br. przedsiębiorcy, w ramach krajowych i regionalnych programów operacyjnych,  będą mogli złożyć wnioski o dofinansowanie projektów rozwojowych w kilkudziesięciu konkursach. Aż w dwudziestu siedmiu firmy mogą starać się o dofinansowanie inwestycji w innowacje lub badania i rozwój. W dwóch konkursach można pozyskać pomoc w wejściu firmy na rynki zagraniczne – wynika z zestawienia przygotowanego przez Konfederację Lewiatan.

W ramach programu krajowego Inteligentny Rozwój będzie można, na przykład, wziąć udział w konkursach dotyczących przedsięwzięć B+R realizowanych przez przedsiębiorstwa w zakresie badań przemysłowych i prac rozwojowych (50 mln zł), wsparcia usług proinnowacyjnych związanych z aktywnością badawczo-rozwojową lub innowacyjną małych i średnich przedsiębiorstw, świadczonych przez akredytowane instytucje otoczenia biznesu (45 mln zł) czy wsparcia MŚP w dostępie do rynku kapitałowego (14,3 mln zł).

W Programie Operacyjnym Polska Wschodnia przedsiębiorcy będą mogli liczyć na wsparcie w ramach projektów dotyczących np. internacjonalizacji MŚP (30 mln zł), czy przeprowadzenia audytów wzorniczych oraz opracowania strategii wzorniczych (5 mln zł).

„Duże” pieniądze czekają na przedsiębiorców również w programach regionalnych. Na przykład, w Regionalnym Programie Województwa Dolnośląskiego, małe i średnie firmy, z wyłączeniem mikroprzedsiębiorstw działających do 2 lat, mogą wystartować w konkursie dotyczącym rozwoju produktów i usług w MŚP (11,8 mln zł). W Regionalnym Programie Operacyjnym Województwa Podlaskiego są pieniądze  na wspieranie inwestycji w ekoinnowacje (20 mln zł) oraz na projekty B+R i infrastrukturę badawczą przedsiębiorstw (75 mln).

– W zestawieniu wskazujemy konkursy, które w naszej ocenie są najciekawsze dla firm, ponieważ pozwalają na sfinansowanie inwestycji w prace badawczo – rozwojowe, wdrożenie innowacji lub pomagają w wejściu na rynki zagraniczne. Dwa pierwsze obszary, tj. B+R i innowacje są priorytetem  w latach 2014-2020 i jest na nie najwięcej pieniędzy. Stają się też coraz bardziej popularne wśród firm – mówi Marzena Chmielewska, dyrektorka departamentu funduszy europejskich Konfederacji Lewiatan.

Liczba firm, które z sukcesem zrealizują projekty B+R i wdrożą innowacje zależy jednak nie tylko od tego czy pieniądze na ten cel są dostępne, ale też od działań promujących i wspierających uczestnictwo w konkursach, zwłaszcza w przypadku najmniejszych firm, które mogą mieć świetne pomysły, ale niekoniecznie potrafią przełożyć je na specyficzny język funduszy unijnych.

– Wymagania stawiane w konkursach są wysokie, dlatego instytucje je organizujące  powinny oferować firmom realne wsparcie w przygotowaniu wniosku, np. organizując warsztaty informacyjne czy proponując kontakt z doradcą czy ekspertem, który ma doświadczenie w ocenie podobnych przedsięwzięć. O ile wcześniej popyt na środki unijne praktycznie nie stanowił problemu, bo możliwe było wspieranie prostszych projektów inwestycyjnych, o tyle teraz często przygotowanie i pozyskanie dobrych projektów badawczo- rozwojowych i innowacyjnych staje się wyzwaniem. W tym kontekście niezwykle ważne są współpraca i dobre relacje pomiędzy firmami, organizacjami reprezentującymi przedsiębiorców a administracją – dodaje Marzena Chmielewska.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

W styczniu pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkania dla młodych”. Expander zwraca jednak uwagę, że nie będzie to zupełny jego koniec. Do 2023 r. dodatkową dopłatę w wysokości nawet 17,5 tys. wciąż będą mogli otrzymać uczestnicy, którym urodzi się 3 lub kolejne dziecko. Duże szanse na to ma 23 tys. rodzin, które w momencie przystąpienia do programu miały już przynajmniej jedno dziecko.

W styczniu 2018 r. pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkanie dla młodych”. Jeśli ktoś spełnia jego wymogi, to powinien rozważyć możliwość uzyskania dopłaty, gdyż może otrzymać nawet 113 537 zł. Tak wysokie wsparcie dotyczy jednak tylko uczestników posiadających przynajmniej troje dzieci. Większość (57%) uczestników programu w momencie wnioskowania o wsparcie nie miała jednak w ogóle dzieci. Nie powinno to dziwić, gdyż Polacy zanim się zdecydują na potomstwo zwykle chcą już mieć własne mieszkanie.

W najbliższych latach uczestnicy MdM, mogą więc zacząć starać się o dzieci. Co ważne, jeśli w ciągu 5 lat od zakupu urodzi się im trzecie lub kolejne dziecko, to dostaną dodatkową dopłatę w wysokości 5%. W przypadku Warszawy wyniesie ona ok. 17,5 tys. zł. Ze względu na 5-letnie ograniczenie, największe szanse na takie wsparcie mają jednak ci, którzy w momencie wnioskowania o dofinansowanie mieli już przynajmniej jedno dziecko. Takich rodzin było 23 tysiące. Niestety, jak na razie, przez 3,5 roku skorzystało z tej możliwości zaledwie 355 rodzin. Pamiętajmy jednak, że dopiero w ubiegłym roku zaczął działać program „Rodzina 500+”, który dodatkowo mobilizuje do posiadania większej liczby dzieci. Dlatego w przyszłości takich wniosków może być zdecydowanie więcej.

Jak zawnioskować o dodatkową dopłatę

Jeśli w rodzinie biorącej udział w programie urodzi się lub zostanie adoptowane trzecie lub kolejne dziecko, może ona złożyć wniosek o dodatkową dopłatę. Należy to zrobić w ciągu 6 miesięcy od narodzin czy przysposobienia. Wniosek trzeba złożyć w tym banku, w którym spłacany jest kredyt hipoteczny. Istotne jest także to, że tych pieniędzy nie dostanie do ręki. Dopłata trafi od razu do banku i obniży zadłużenie kredytu, a więc pomniejszy ratę lub skróci jego okres spłaty. Istotne jest również to, że takie wsparcie może być udzielone tylko raz. Jeśli więc otrzymamy je na trzecie dziecko, to na czwarte już nie zostanie nam wypłacone. Warto też dodać, że bank nie może naliczyć w takiej sytuacji prowizji za wcześniejszą spłatę.

Na koniec warto dodać, że Ci, którzy chcieliby jeszcze dołączyć do programu, nie powinni zwlekać do stycznia 2018 r. Co prawda dopiero od początku przyszłego roku będzie można składać wnioski. Już teraz warto jednak poszukać mieszkania spełniającego warunki programu. W listopadzie lub pierwszej połowie grudnia najlepiej odwiedzić banki lub pośrednika kredytowego w celu przygotowania wszystkich niezbędnych dokumentów.  Wiele wskazuje bowiem na to, że pieniądze na dopłaty mogą się skończyć nawet już w drugim tygodniu stycznia. Ci, którzy będą odkładać formalności na ostatnią chwilę mogą więc nie zdążyć ich dopełnić zanim pieniądze się skończą.

 

Źródło: Expander

Ankietowani w zrealizowanym na zlecenie Lindorff SA badaniu „Sytuacja materialna Polaków” przyznali (42%), że przynajmniej raz w życiu sprzedali swoje dobra materialne, aby poprawić sytuację finansową. Połowa badanych kobiet zadeklarowała, że była to biżuteria, natomiast ankietowani mężczyźni najczęściej pozbywali się sprzętu RTV. Co jeszcze sprzedają Polacy, aby uzupełnić „dziury w portfelu”?

Jak często sprzedajemy dobytek?

Ankietowani zapytani, czy sprzedają swoje dobra materialne, aby mieć pieniądze na bieżące wydatki, w 18% przyznali się do jednorazowej sytuacji tego typu. Niewiele więcej respondentów, bo o 1 punkt procentowy (19%), zadeklarowało, że sytuacja, kiedy musieli sprzedać swój dobytek, powtórzyła się u nich kilka razy. Jedynie 1 na 20 ankietowanych zadeklarował, że wielokrotnie sięgał po ten sposób wyrównywania swoich deficytów finansowych. Jednak większość – 58% wszystkich badanych zaprzeczyła podobnym praktykom.

Odpowiedzi podzielone ze względu na płeć nie wykazują znaczących różnic w stosunku do wyników ogólnych (maksymalnie 2 punkty procentowe). Największe, choć nadal nieznaczne, różnice w odpowiedziach męskich i żeńskich wynoszą w przypadku obu pytań 4 punkty procentowe. Mężczyznom częściej zdarza się kilkukrotnie sprzedawać swoje rzeczy, z kolei kobiety mają nieco większą skłonność do robienia tego nagminnie.

Jak wykazują powyższe wyniki, ponad połowa ankietowanych w okresie trudnej sytuacji finansowej nie sprzedaje swoich dóbr, a Ci którzy decydują się na taki krok – robią to raczej sporadycznie. Jedynie 5% wszystkich ankietowanych przyznaje się do częstej sprzedaży swoich dóbr, w tym 7% wszystkich kobiet i 3% wszystkich ankietowanych mężczyzn. Czy wyprzedawanie naszego majątku wiąże się z odium społecznym lub wstydem? Większość badanych nawet jeśli postrzega takie sytuacje jako wstydliwe czy kłopotliwe, ma na wyciągnięcie ręki zarówno rosnącą sieć lombardów, jak i portale on-line do sprzedaży wszelkich dóbr z drugiej ręki. Świadczy to o tym, że taki model wyprzedaży coraz bardziej się upowszechnia, a przez to – przestaje być postrzegany jako coś stygmatyzującego. Większość sprzedających to osoby pozbywające się niepotrzebnego sprzętu elektronicznego lub mebli, jednak wśród sprzedawców są i tacy, którzy swojej biżuterii, ubrań lub elektroniki pozbywają się z konieczności. Wyprzedaże garażowe są w Polsce nadal stosunkowo mało popularne, jednak taką rolę skutecznie przejęły portale aukcyjne.

Co sprzedajemy?

Uogólnione wyniki wszystkich wskazań respondentów wyklarowały trzy najpopularniejsze odpowiedzi: biżuteria z 37% odpowiedzi, 28% wskazało na odzież, a 27% na sprzęt RTV. Te trzy deklaracje wyraźnie przewyższają późniejsze wskazania, wśród których znajdują się m. in. książki (16%), płyty (14%), samochód (13%) czy meble (12%).

Wyraźne różnice w wynikach widać wtedy, gdy podzielimy je na męskie i damskie. „Podium” wśród odpowiedzi kobiet zajmują te same pozycje, które są najwyżej w zestawieniu ogólnym. Aż ½ badanych kobiet wskazała biżuterię (tę grupę dóbr zadeklarował jedynie 1 na 4 ankietowanych mężczyzn). „Odzież” na drugim miejscu uzyskała 41% damskich wskazań (vs. 16% męskich). Trzecia najwyżej punktowana odpowiedź, sprzęt RTV uzyskała 19%. Mężczyźni zadeklarowali ją w 35% i wśród nich okazała się najpopularniejszym wskazaniem. 1 na 4 ankietowanych mężczyzn wymienił biżuterię, co uplasowało tę odpowiedź na drugim miejscu na „męskiej liście”. Na trzecim natomiast znalazła się sprzedaż płyt – 20%.

Największe dysproporcje wyników kobiet i mężczyzn wyniknęły przy odpowiedziach „biżuteria” oraz „odzież” – w obu wypadkach wyniosły aż 25 punktów procentowych. Można wnioskować, że kobiety, które dużo częściej niż mężczyźni pasjonują się biżuterią, zazwyczaj posiadają większą kolekcję drogocennych dodatków. Jednocześnie według panujących stereotypów lubią mieć szafę bogatą w garderobę, mają tym samym o wiele więcej możliwości do spieniężania elementów swoich zbiorów.

Jak sprzedawać, aby zyskać najwięcej?

Bez względu na rzecz, której musieliśmy się kiedykolwiek pozbyć z powodu kłopotów finansowych, jedno jest pewne – warto nauczyć się zarządzać swoim budżetem tak, aby móc uniknąć takich sytuacji. Jeśli jednak jesteśmy osobami, które nie przywiązują wagi do gromadzenia materialnego dobytku, a bardziej zależy nam na ciągłym zwiększaniu komfortu życia, dzięki kontrolowanej i nieprzerwanej konsumpcji, także na bazie tego schematu możemy dużo zyskać. Jak to robić i na czym koncentrować wydatki, nie tracąc przy tym zbyt dużej ilości funduszy?

  1. Samochód – na nim „tracimy” od pierwszego dnia zakupu. Wartość samochodu znacząco spada z każdym dniem, który minął od jego produkcji oraz z każdym przejechanym kilometrem. Jeśli chcemy uzyskać jak najwięcej ze sprzedaży swojego samochodu (lub innego prywatnego środka transportu, np. motocykla) i nie odstrasza nas częsta zmiana „czterech kółek” – warto wymieniać swój samochód mniej więcej co dwa lata. Dzięki temu wartość naszego sprzętu w dniu sprzedaży nie będzie tak diametralnie niska w stosunku do ceny wyjściowej jak np. 4 lata od jego zakupu. Wówczas dokładając stosunkowo niewielki procent całej sumy do kwoty uzyskanej ze sprzedaży, zapewnimy sobie nowsze auto.
  2. Komputer – bardzo podobnym schematem „rządzi się” sprzęt komputerowy, jednak zamiast przejechanych kilometrów istotna jest zastosowana w nim technologia. Laptop, za który zapłacimy kilka tysięcy złotych, po kilku latach użytkowania będzie wart co najwyżej kilkaset złotych. Jeśli skoncentrujemy się na systematycznej wymianie sprzętu na nowszy, odpowiednio wcześniej sprzedając swój obecny sprzęt (przed kompletnym postarzeniem się technologii w nim użytych), niewielkim „dodatkiem” finansowym zapewnimy sobie pracę na aktualnie najnowocześniejszym sprzęcie.
  3. Biżuteria – wskazywana przez ankietowanych na pierwszym miejscu faktycznie jest dobrym pomysłem na „lokowanie funduszy” – wartościowa biżuteria nie traci istotnie na wartości z upływem czasu, a ewentualne różnice są związane przede wszystkim z wahaniami kursu danego kruszcu. W przypadku problemów finansowych lub chęci zmiany drogocennych dodatków do naszej garderoby, możemy sprzedać już posiadane i nienoszone elementy prywatnej kolekcji.
  4. Treści audiowizualne – amatorzy muzyki czy filmów w większości budują swoją kolekcję gromadząc fizyczne nośniki. Nawet w dobie cyfryzacji świata i wykorzystywania „chmury” do pobierania muzyki czy filmów, kolekcjonerzy nadal mają w czym wybierać. Co więcej – nowsze technologie nie zawsze cieszą się wśród nich popularnością (np. nadal bardzo modne jest gromadzenie muzyki na płytach winylowych). Nie licząc naprawdę wyjątkowych wydawnictw (unikatów czy „białych kruków”), z myślą o zysku najlepiej sprzedawać całe, złożone zestawy. Pojedyncze sztuki nie wzmocnią znacząco naszego budżetu, jednak sprzedaż pokaźnej kolekcji o wiele ciekawszej dla potencjalnego kupca, może uratować nas w „podbramkowej” sytuacji. Nie dość, że zbiór nośników jest więcej wart, to tematycznie dobrana kolekcja może dużo skuteczniej skłonić zainteresowanego do przeznaczenia na nią większej sumy.

Źródło;  Lindorff SA

Ile czasu może zająć odkładanie na dwupokojowe mieszkanie w największych miastach w Polsce? Różnice są naprawdę duże.

Przyjmijmy założenie, że miesięcznie uzyskujemy równowartość przeciętnego wynagrodzenia w miejscu swojego zamieszkania, a wszystkie zarobione w ciągu miesiąca pieniądze odkładamy na zakup dwupokojowego mieszkania na rynku wtórnym w swoim mieście. Mieszkanie ma wielkość 40 m kw. i zostanie zakupione po średnich cenach transakcyjnych. Sieć biur nieruchomości Metrohouse wyliczyło, jak dużo czasu zajmie odkładanie do skarbonki wszystkich zarobionych środków, by w końcu móc przystąpić do zakupu mieszkania za gotówkę? Oczywiście opracowania są czysto teoretyczne, ale dobrze pokazują dysproporcje pomiędzy lokalizacjami i siłę nabywczą w poszczególnych miastach.

Jedynym miastem, gdzie średnie wynagrodzenie pozwala na zakup ponad 1 m kw. mieszkania są Katowice. W tym mieście wynagrodzenie netto wynosi 3742 zł, podczas gdy m kw. mieszkania to koszt 3551 zł. Na dwupokojowe lokum uzbieramy więc zaledwie w 3 lata i 2 miesiące. Oczywiście odkładając całość przeciętnego wynagrodzenia. – Należy jednak przyjąć poprawkę, że średnie wynagrodzenie w Katowicach jest zawyżone m.in. przez sektor górniczy, gdzie wysokość uposażeń jest nadal dość wysoka w porównaniu do innych branż, a to oznacza, że w rzeczywistości sytuacja w tym mieście nie odbiega znacząco od innych lokalizacji, mówi Marcin Jańczuk z agencji Metrohouse. Kolejne dwa miejsca zajmuje Łódź i Zielona Góra. W Łodzi stosunkowo niewysokie w skali kraju średnie wynagrodzenie pozwala na dość szybkie dorobienie się własnego mieszkania. Podobnie jak w Zielonej Górze oszczędzanie na nie potrwa 4 lata.

W większości analizowanych miast na 40 m kw. należało by odkładać równowartość cztero-lub pięcioletnich średnich wynagrodzeń. Wyjątkiem jest Warszawa i Kraków. W tych miastach czas oszczędzania wydłuża się odpowiednio do 6 lat oraz do 6 lat i 1 miesiąca. – Nawet najwyższe w skali całego kraju średnie wynagrodzenia nie są w stanie skrócić czasu oszczędzania na mieszkanie, gdyż średnia stołeczna cena m kw. (7347 zł) jest także najwyższa w Polsce. Bardzo podobne proporcje pojawiają się w Krakowie, gdzie oszczędzanie na własne mieszkanie trwa najdłużej, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. W ostatnim czasie średnia cena m kw. przekroczyła 6000 zł, co powoduje, że podobnie jak w Warszawie, za średnie miesięczne wynagrodzenie jesteśmy w stanie kupić niewiele ponad pół metra kw. mieszkania.

 

Źródło: Metrohouse

Jeśli zastanawiasz się nad nowym mieszkaniem przeznaczonym na własne potrzeby, rozważ zarówno wynajem, jak i zakup. Oba rozwiązania mają swoje wady i zalety. Zapoznanie się z nimi pozwoli Ci dobrać odpowiednią opcję dla siebie – w  zależności od potrzeb, trybu życia oraz możliwości finansowych.

Poszukując czterech kątów dla siebie, pomyśl o tym, co jest dla Ciebie naprawdę ważne. Kieruj się kwestiami priorytetowymi, takimi jak czas, pieniądze i komfort życia. Która z nich jest dla Ciebie najbardziej istotna i w jakim zakresie? Zastanów się, czy stać Cię na zakup lub wynajem lokum oraz, jak długo możesz czekać na wymarzone mieszkanie. Spróbuj ocenić, na jaki standard życia chcesz, a przede wszystkim możesz, sobie pozwolić na obecnym etapie życia.

– 1 stycznia zmieniła się wysokość wkładu własnego wymaganego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych. Zgodnie z zaleceniami Rekomendacji S wynosi ona obecnie 20%. Podczas kupowania mieszkania bezpieczniej będzie dysponować nawet większą ilością gotówki. Wyższy wkład finansowy pozwoli Ci zaciągnąć mniejszy kredyt,  tym samym z większym spokojem podchodzić do opłacania jego kolejnych rat, a także być może wynegocjować w banku bardziej korzystne warunki. Choć niektóre banki oferują możliwość „ominięcia” wymaganego wkładu własnego poprzez wykupienie ubezpieczenia części brakującego wkładu, podejmując decyzję o zakupie warto dysponować co najmniej wskazaną 1/5. Przy braku środków lepszym rozwiązaniem jest wynajem. Jego jednorazowy koszt jest dużo niższy i pozwala na stopniowe odkładanie pieniędzy na własne mieszkanie – mówi Kuba Karliński z Magmillon.

Wygodny wynajem?

Wynajęcie mieszkania to rozwiązanie praktycznie bez zobowiązań. Lokal jesteś w stanie wybrać szybko i łatwo, wedle upodobań, w dowolnej części miasta, podobnie jak podpisać i rozwiązać umowę z właścicielem. Mieszkanie do wynajęcia daje więc duże poczucie wolności, niezależności i mobilności. Wynajmujący prawdopodobnie będzie zaglądał do Ciebie bardzo rzadko lub wcale, a Ty w każdej chwili jesteś w stanie zmienić lokal na inny, z zachowaniem niezbyt długiego (najczęściej od miesiąca do trzech) okresu wypowiedzenia. To oczywiście działa w obie strony. W sytuacji wynajmu nigdy nie masz też pewności, czy z dnia na dzień posiadacz lokalu nie zmieni zdania co do Waszego porozumienia, a Ty nie zostaniesz bez dachu nad głową.

Wynajmując mieszkanie, warto pamiętać jednak także o minusach takiego rozwiązania. Koszt wynajmu kawalerki w Warszawie oscyluje w granicach 1000 zł, za 2-pokojowe lokum zapłacisz już 1400 zł. Pozornie tanie, z perspektywy kilku lat zmienia się w pokaźny wydatek rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych, który mógłby z powodzeniem stanowić przecież sporą część Twojego własnego M.

Zakup – inwestycja na lata

Takiej niepewności nie zaznasz, mając własne lokum. Stabilność mieszkania czy możliwość przeprowadzania zmian jego aranżacji wedle własnych upodobań, to tylko część zalet swojego mieszkania. Dzięki niemu Twoje pieniądze ulokowane są w aktywie, które nie traci na wartości, a bardzo często wręcz zyskuje. To Ty decydujesz o wyglądzie, lokalizacji i udogodnieniach. W zależności od możliwości finansowych możesz wybierać spośród mieszkań małych i dużych, używanych oraz nowych, w wysokich blokach z wielkiej płyty czy stylowych kamienic. Jesteś zupełnie niezależny i – wbrew pozorom – mobilny, bo w razie potrzeby (np. czasowego wyjazdu za granicę) swoją własność zawsze możesz komuś podnająć.

Wadą posiadania mieszkania jest duży nakład finansowy, jaki musisz ponieść, kupując własne lokum. Jeśli nie posiadasz wystarczającej ilości gotówki, decydujesz się na kredyt, którego koszt obciąży Twój budżet na wiele lat. Dodatkowe wydatki związane z wykończeniem i umeblowaniem mieszkania także będą spoczywały wyłącznie na Tobie. Pamiętaj jednak, że własne 4 kąty nie muszą być postrzegane jako typowy wydatek. Przy odpowiednim podejściu, to lokata kapitału. Dobrze dobrane mieszkanie może okazać się nie tylko Twoim domem, ale też inwestycją.

 

Źródło: Magmillon

Oprocentowanie depozytów bankowych nie przestaje spadać. Banki wyznaczyły kolejne historyczne minimum. Odkładając na rok 1000 złotych można liczyć jedynie na 11,10 zł odsetek – wynika z szacunków Open Finance. To za mało, aby uchronić pieniądze przed inflacją.

Jeśli ktoś myślał, że banki nie mogą już zaoferować gorzej oprocentowanych lokat, był w błędzie. W czerwcu przeciętne oprocentowanie depozytów opiewało na zaledwie 1,37% – wynika z danych NBP. Niestety, tak skromnym procentem trzeba się jeszcze podzielić z fiskusem. Po potrąceniu tzw. podatku Belki możemy liczyć jedynie na wynik na poziomie 11,10 zł netto za każde 1000 zł zostawione w banku na rok – wynika z szacunków Open Finance.

Lepiej oprocentowane są lokaty roczne i kwartalne, choć i tu nie ma co liczyć na kokosy. Oba rodzaje depozytów pozwalają zarobić około 1,5 – 1,6%. Po uwzględnieniu podatku daje to niecałe 1,3% zysku w skali roku. Niestety nawet takie oferty są zbyt słabe, aby ochronić kapitał przed utratą wartości. Pamiętajmy, że zgodnie z prognozami NBP inflacja w 2017 roku może opiewać na 1,9%, a w latach kolejnych odpowiednio 2 i 2,5%. Aby uchronić kapitał przed inflacją za pomocą bankowych depozytów trzeba poświęcić niemało czasu na studiowanie ofert promocyjnych – dla nowych klientów i ich nowych środków. Nawet jednak wtedy nie ma co liczyć na jakiś solidny zysk. Stawką jest walka o to, aby pokonać inflację.

Gotówka pali w ręce

Efekt? Fundusze inwestycyjne, rynek akcji, obligacje skarbowe i nieruchomości  – słowem wszystkie popularne rozwiązania, które pozwalają ulokować nadwyżki finansowe – cieszą się dziś sporym zainteresowaniem Polaków.

Rezygnujemy z lokat

Obecna – niekorzystna dla deponentów sytuacja ma swoje konkretne konsekwencje. Polacy likwidują lokaty. Maj był pod tym względem rekordowy (saldo lokat i depozytów stopniało bez mała o 5,3 mld zł – najwięcej w historii). Czerwiec był mniej niepokojący. Co prawda z lokat wyparowały 3,7 mld zł, ale w tym samym czasie na kontach oszczędnościowych i bieżących przybyło o miliard więcej.

Każdy posiadacz kapitału musi mieć świadomość, że obecnie inflacja przeważnie szybciej pochłania siłę nabywczą pieniędzy, niż banki są w stanie dopisywać do nich odsetki. Jeśli więc ktoś zakłada lokatę, to najpewniej realnie na niej traci. Po prostu za wyjęte z banku za rok pieniądze będzie można kupić mniej niż dziś. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że okresy realnych strat i zysków na bankowych depozytach przeplatają się. Te pierwsze nie trwają przeważnie dłużej niż rok czy dwa.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Latem biegamy, jeździmy rowerem, spacerujemy. Jak wynika z raportu TNS, niemal jedna trzecia Polaków uprawia sport lub inne aktywności fizyczne regularnie – co najmniej 3 razy w tygodniu. Okazuje się, że coraz więcej osób decyduje się na rolki. Nic dziwnego, bowiem jazda na rolkach pozwala spalić mnóstwo kalorii, aktywizuje wszystkie partie mięśni oraz wysmukla sylwetkę. Zanim jednak zaczniemy swoją sportową przygodę, warto zapoznać się z przepisami i zasadami bezpieczeństwa. Jakie prawa i obowiązki w kodeksie drogowym mają osoby korzystające z rolek? Co zrobić, gdy dojdzie do zderzenia z innym rolkarzem, rowerzystą lub pieszym? Dlaczego ubezpieczenie to niezbędnik zarówno dla zaawansowanych, jak i początkujących?

Obecnie przepisy kodeksu drogowego nie wskazują wprost, jaki status mają osoby korzystające z rolek. W konsekwencji nie wiadomo, jakie mają obowiązki i uprawnienia. Mimo braku jednoznacznych regulacji, Ministerstwo Transportu wyjaśnia, że jadący na rolkach, wrotkach, deskorolce czy hulajnodze traktowany jest jak pieszy. Niestety rolkarz, który porusza się pasem dla rowerów lub ulicą może dostać mandat w wysokości 50 zł. – Osoby jeżdżące na rolkach wybierają najczęściej ścieżki przeznaczone dla rowerzystów. Charakteryzują się one lepszą nawierzchnią, mają dobrą przyczepność, pozwalają rozwinąć prędkość. W tym przypadku najważniejsza jest kwestia bezpieczeństwa i ograniczonego zaufania. Pamiętajmy, że zderzenie z drugim rolkarzem lub rowerzystą może być niebezpieczne. Podobnie z wypadkiem, w którym uczestniczy pieszy. Rozglądajmy się na boki, jedźmy ostrożnie, nie rozpędzajmy się zwłaszcza, gdy na ścieżce lub chodniku jest dużo osób – mówi Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A.

W czym tkwi magia rolek?

Jazda na rolkach to sport dla każdego, który dotlenia, zapewnia codzienną dawkę ruchu i endorfin. Aby zacząć nie trzeba mieć szczególnej kondycji, wystarczą ćwiczenia równowagi. Najważniejszy jest wybór odpowiedniego sprzętu – tutaj warto zwrócić uwagę na kilka kwestii. Rolki powinny być dobrane przede wszystkim do stylu jazdy oraz indywidualnych predyspozycji rolkarza. Typowe rolki składają się z 5 podstawowych części: buta, kółek, zapięć, łożyska i płozy. Zadaniem buta jest przede wszystkim stabilizować nogę w kostce tak, by podczas jazdy nie doszło do urazów i skręceń. Dlatego powinniśmy sprawdzić, czy but jest odpowiednio usztywniony. Kolejnym elementem są kółka – klasyczne rolki są zazwyczaj wyposażone w cztery kółka ustawione w prostej linii jedno za drugim. Mogą być wykonane z poliuretanu lub uretanu – wytrzymałych tworzyw sztucznych przypominających kauczuk. Przy zakupie rolek powinniśmy wystrzegać się tych z plastikowymi kołami. Być może zaoszczędzimy pieniądze, ale takie elementy szybko się niszczą i łamią, przez co zwiększamy ryzyko nieszczęśliwego wypadku. Istotnym parametrem jest również wielkość kółek – to od niej zależy jakość i szybkość jazdy. Małe kółka od 47 do 70 mm są bardziej zwrotne, nie pozwalają na rozwijanie dużych prędkości oraz zapewniają większy komfort jazdy. Zwykle poleca się je dla mniej zaawansowanych rolkarzy. Z kolei duże kółka (mające od 84 mm do 100 mm) przeznaczone są do jazdy szybkiej. Niestety cechuje je mniejsza stabilność i zwrotność – zazwyczaj używa się ich w rolkach szybkościowych. Bardzo ważnym elementem rolek są również łożyska, które znajdują się we wnętrzu kółek i decydują o tym z jaką szybkością i płynnością kręcą się kółka. Oznaczane są za pomocą liter ABEC oraz określonej cyfry nieparzystej: 3, 5, 7 lub 9. Im wyższy numer, tym koła stawiają mniejszy opór i obracają się szybciej. Płoza to element, na którym zamontowane są kółka. Tutaj powinniśmy zwrócić uwagę na tworzywo z jakiego zbudowana jest płoza. Przykładowo, płozy z aluminium są lżejsze, szybsze i stabilniejsze od płóz kompozytowych, które są mniej sztywne, ale dzięki temu lepiej amortyzują drgania podczas jazdy. Istotny jest także rodzaj zapięcia. Najlepiej wybrać rolki sznurowane. Zatrzaskowe mogą się odpiąć albo uszkodzić, a to może skutkować nieprzyjemnym upadkiem.

Zderzenie z innym rolkarzem, pieszym lub rowerzystą

Na rolkach możemy zrobić wszystko – możemy jeździć tyłem, bokiem, zsunąć się po schodach i efektownie zahamować. Przeciętna prędkość, którą osiąga rolkarz rekreacyjny to 15-20 km/h, a ten, który trenuje profesjonalnie – nawet 30 km/h. Obie prędkości mogą stwarzać zagrożenie dla bezpieczeństwa nie tylko rolkarza, ale i przypadkowych przechodniów. Odpowiedzialny rolkarz powinien być świadomy, że nawet najlepszy sprzęt i technika nie zapewnią nam pełnego bezpieczeństwa. Wyobraźmy sobie, że podczas jazdy na rolkach potrąciliśmy przechodnia, zderzyliśmy się z innym rowerzystą lub wjechaliśmy w dzieci bawiące się przy drodze. W wyniku zdarzenia ucierpiały osoby trzecie: mają złamaną rękę lub inne obrażenia ciała, a ich sprzęt sportowy jest zniszczony. To przykłady sytuacji, w których ubezpieczenie OC w życiu prywatnym może uchronić nas od sporych wydatków. Na co warto zwrócić uwagę? – To ubezpieczający, czyli osoba która wykupuje ubezpieczenie, decyduje o zakresie ochrony w ramach polisy OC, wysokości sumy gwarancyjnej i tym samym o wysokości opłacanej składki. Wybierając ofertę warto pamiętać, że w świecie ubezpieczeń niska składka nie zawsze oznacza, że wybraliśmy najkorzystniejszą ofertę. Zdarza się, że zbyt niska suma gwarancyjna, ogranicza wysokość odszkodowania wypłacanego przez ubezpieczyciela i może być niewystarczająca do pokrycia wszystkich roszczeń poszkodowanego.. Roszczenia przewyższające sumę gwarancyjną sprawca szkody będzie musiał pokryć z własnych środków finansowych  – podkreśla Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A. A co w sytuacji, kiedy to nasze dziecko zderzy się z kimś na rolkach lub wyrządzi inną szkodę? – Za szkody wyrządzone przez dzieci do 13 roku życia – odpowiadają ich rodzice. Jeżeli nasza polisa jest rozszerzona o wariant odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym, to o pokrycie ewentualnych roszczeń możemy zwrócić się do naszego ubezpieczyciela – w przeciwnym razie będziemy musieli pokryć je z własnej kieszeni – mówi Anna Materny z Gothaer.

Złamana ręka i co dalej?

Najlepszym rozwiązaniem dla rolkarza jest polisa NNW, rozszerzona oczywiście o uprawianie sportu. Wówczas ochroną objęte będą wszystkie zdarzenia 24h na dobę bez względu na to czy wypadek miał miejsce podczas jazdy rowerem czy na rolkach. Kiedy doszło już do nieszczęśliwego wypadku: złamaliśmy nogę, rękę, jesteśmy poturbowani lub doznaliśmy innego uszczerbku na zdrowiu to mamy prawo do ubiegania się o odszkodowanie – oczywiście pod warunkiem, że posiadamy taką polisę.
Przy zakupie indywidualnego ubezpieczenia NNW również należy zwrócić uwagę na sumę ubezpieczenia. Im suma ubezpieczenia będzie wyższa, tym wyższa będzie wypłata należnego świadczenia. Ponadto powinniśmy sprawdzić zakres naszej polisy. Ochrona obejmuje następstwa nieszczęśliwych wypadków polegające na uszkodzeniu ciała, rozstroju zdrowia lub śmierci – podkreśla Anna Materny z Gothaer. Pamiętajmy, że ubezpieczyciel wypłaca świadczenia z tytułu uszczerbku na zdrowiu, który pozostał po zakończonym leczeniu. A co w przypadku, gdy wymagamy dłuższej rekonwalescencji lub rehabilitacji? Warto wiedzieć, że średni czas oczekiwania do lekarza specjalisty wynosi w Polsce 2,5 miesiąca, jednak w przypadku fizjoterapeutów kolejki są znacznie dłuższe. Na wizytę w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia w niektórych poradniach rehabilitacyjnych musimy czekać nawet 346 dni – Niewielka pula świadczeń oferowanych w ramach NFZ i długi czas oczekiwania na wizytę u lekarza specjalisty lub rehabilitanta to najczęstsze bolączki pacjentów. Zdajemy sobie sprawę, że osoba, która miała nieszczęśliwy wypadek, poza wypłatą odszkodowania czy pokryciem kosztów wizyt lekarskich i zakupu sprzętu rehabilitacyjnego, oczekuje czegoś więcej. Czego? Przede wszystkim wsparcia i pomocy w organizacji świadczeń medycznych po nieszczęśliwym wypadku, umówienia wizyt lekarskich, badań laboratoryjnych, czy rehabilitacji i to w krótkim czasie. To właśnie dlatego wprowadziliśmy do oferty ubezpieczenie GoVitalmówi Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych Gothaer TU S.A. Ubezpieczenie to działa w przypadku osób, które mają już diagnozę lekarską i zalecenia dotyczące leczenia po wypadku. Jednocześnie maksymalny czas oczekiwania na wizytę to 5 dni, wizyty i procedury medyczne realizowane są w sieci 800 placówek medycznych i indywidualnych praktyk lekarskich w całej Polsce.

Jazda bez trzymanki tylko w ochraniaczach

Ubezpieczenie to nie wszystko. – Podczas jazdy na rolkach jesteśmy narażeni na wiele upadków. Padając podpieramy się dłońmi, co powoduje różnego rodzaju otarcia i urazy, a właśnie te części ciała najczęściej ulegają kontuzjom – zwraca uwagę Anna Materny z Gothaer. Przy zakupie ochraniaczy na nadgarstki warto zwrócić uwagę przede wszystkim na ich sztywność, anatomiczny kształt, rozmiar oraz zabezpieczenie przed przesuwaniem się. Powinny być również oprawione najlepiej przepuszczającym powietrze materiałem. Drugie w hierarchii ważności to ochraniacze na kolana. Wylądujemy na nich przy większości upadków. Zadaniem ochraniaczy na kolana nie jest usztywnianie, mają one przede wszystkim ochronić i amortyzować upadki. Powinniśmy najpierw je przymierzyć, czy odpowiednio przylegają do nogi, są solidne i wygodne. Nie mogą być zbyt luźne – wówczas będą spadały lub zsuwały się z kolan. Kask to kolejny, ważny element zapewniający bezpieczeństwo – ma za zadanie chronić głowę podczas upadku. Kupując kask sprawdźmy z jakiego materiału jest wykonany oraz czy ma odpowiednią ilość otworów wentylacyjnych. Najczęściej jeździmy w ciepłe dni, dlatego ma to ogromne znaczenie. Ponadto, dobry kask na rolki powinien być lekki, tak, by nie obciążać rolkarza podczas jazdy, a nawet poprawić ergonometrię. Dobierając ochraniacze nie możemy pominąć łokci, które także narażone są na urazy. Ochraniacze na łokcie powinny przede wszystkim amortyzować i chronić przed otarciami, dlatego nie są one tak sztywne jak ich odpowiedniki na nadgarstki. Pamiętajmy, że cały zestaw ochraniaczy to niewielki koszt w porównaniu z wartością naszego zdrowia.

Źródło: Grupa Gothaer

Policja uzyska uprawnienia do pobierania opłat za mandaty za pomocą terminali płatniczych; na początek do policjantów trafi około 2 tys. takich urządzeń. Projekt rozporządzenia zmieniającego formularz mandatowy jest już w uzgodnieniach.

Nowelizacja ustawy autorstwa resortu spraw wewnętrznych i administracji została podpisana przez prezydenta Andrzeja Dudę pod koniec lipca. Do uzgodnień trafił właśnie przygotowany przez MSWiA projekt rozporządzenia premiera zmieniający formularz mandatowy.

Jak podkreślił w rozmowie z PAP rzecznik Komendy Głównej Policji mł. insp. Mariusz Ciarka, wybór formy płatności będzie pozostawał po stronie osoby ukaranej. „Może ona więc w sposób dotychczasowy opłacić mandat, czy to w przypadku obcokrajowca – gotówkowo, czy to w przypadku osoby, która jest obywatelem Polski – poprzez przekaz lub na poczcie, albo może wybrać formę bezgotówkową kartą płatniczą, jeżeli dany radiowóz czy policjant będzie wyposażony w taki terminal” – powiedział.

Policja na mocy porozumienia zawartego pomiędzy Ministrem Rozwoju i Finansów a Krajową Izbą Rozliczeniową zostanie wyposażona na początek w około 2 tysiące terminali.

„Wydaje się to liczbą adekwatną, ponieważ codziennie na polskich drogach jest około 6 tysięcy policjantów ruchu drogowego, oczywiście na jednej zmianie jest to właśnie około 2 tysięcy i terminale w pierwszej kolejności trafią właśnie do policjantów, którzy pełnią funkcję na drodze, policjantów ruchu drogowego oraz policjantów prewencji” – powiedział Ciarka.

„Bardzo często policjanci wykonując czynności na drodze, spotykali się ze zdziwieniem obywateli, którzy chcieli zapłacić mandat natychmiast, przy pomocy karty, że w XXI wieku jeszcze nie jesteśmy do tego dostosowani” – przyznał rzecznik KGP.

Dodał, że rozwiązania będą sporym ułatwieniem także dla obcokrajowców. „Dzisiaj dochodziło do sytuacji, kiedy zatrzymywaliśmy w związku z popełnionym wykroczeniem kierujących z innych państw, którzy nie posiadali przy sobie odpowiedniej gotówki i policjanci, żeby im ułatwić zapłatę mandatu, ponieważ oni mogą płacić tylko mandat gotówkowy, jechali z nimi do najbliższego bankomatu czy też do banku, aby te pieniądze wypłacić” – powiedział.

Nowe regulacje wejdą w życie po 30 dniach od ich ogłoszenia w Dzienniku Ustaw. Tylko w 2015 r. policjanci wystawili ponad 5,5 mln mandatów.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Od lipca 2016 roku do końca czerwca 2017 roku w Polsce ogłoszono upadłość ponad 560 firm. Na sześć miesięcy przed ogłoszeniem bankructwa, ponad 40 procent z nich było notowanych w Krajowym Rejestrze Długów. Na trzy miesiące przed upadłością, w rejestrze dłużników znajdowała się już niemal co druga, a ich łączne zadłużenie przekraczało 36 milionów złotych.

– Listę upadłych firm pod kątem ich wcześniejszej obecności w KRD weryfikujemy już drugi raz. Pierwsze takie badanie przeprowadziliśmy we wrześniu 2016 roku. Wówczas analizowaliśmy ponad 2000 firm, których upadłość ogłoszono między styczniem 2014 a czerwcem 2016 roku. Tym razem analizowany okres jest krótszy, a badanych firm znacznie mniej, ale zarówno statystyki, jak i wnioski są podobne. Bankructwo najczęściej nie przychodzi nagle. To proces, który trwa nawet kilkanaście, czy kilkadziesiąt miesięcy – uważa Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej.

Od początku lipca 2016 roku do końca czerwca 2017 roku w Polsce ogłoszono upadłość ponad 560 firm. Jak wynika ze wspólnego badania KRD BIG oraz Rzetelnej Firmy, w bazie danych Krajowego Rejestru Długów na pół roku przed terminem ogłoszenia upadłości znajdowało się 227 z nich. W sumie miały one wówczas 506 wierzycieli i 2420 zobowiązań na łączną kwotę 28,2 miliona złotych. Na trzy miesiące przed ogłoszeniem decyzji sądu, liczba notowanych w KRD firm sięgała już 266, liczba wierzycieli 596, liczba zobowiązań 3226, a ich zadłużenie przekraczało 36 milionów złotych.

– Upadłość firmy to problem nie tylko dla jej właścicieli, czy pracowników. To często również duży kłopot dla jej dostawców i kontrahentów. Kwoty zadłużenia notowane w Krajowym Rejestrze Długów pokazują zjawisko, aczkolwiek nie pokazują jego pełnej skali. Wiele przedsiębiorstw nie ujawnia informacji o niezapłaconych im w terminie zobowiązaniach. Im głośniej robi się o problemach danej firmy, tym szybciej przybywa jej wierzycieli, którzy chętnie dzielą się informacjami. Wtedy niestety jest już zdecydowanie trudniej odzyskać swoje pieniądze – dodaje prezes KRD BIG.

Spośród firm, które przed ogłoszeniem upadłości były notowane w Krajowym Rejestrze Długów Biurze Informacji Gospodarczej, największa liczba dłużników była zarejestrowana w województwie mazowieckim (46), śląskim (38), małopolskim (28) oraz dolnośląskim (26). Najmniej było ich natomiast w województwie opolskim i świętokrzyskim (po 3) oraz lubuskim (4).

W tym gronie w ujęciu sektorowym dominują trzy branże – przemysł, handel hurtowy i detaliczny oraz budownictwo, z których pochodzi odpowiednio 63, 60 i 54 dłużników. Tym samym odpowiadają one za dwie trzecie całkowitej liczby upadłych firm. Spośród wszystkich firm, które przed ogłoszeniem upadłości były notowane w KRD największe długi miały one wobec przedstawicieli branży handlowej, przemysłowej oraz finansowej.

– Jedna firma nie płaci drugiej i tłumaczy, że sama nie otrzymała płatności. Tamta z tego właśnie powodu nie może zapłacić kolejnej. Inna natomiast wie, że taki problem istnieje w branży, więc używa tej wymówki, żeby finansować swoją działalność kosztem kontrahentów. Tak buduje się brak zaufania i tworzą zatory płatnicze. Zdarza się, że prowadzą one nawet do bankructwa. Te zjawiska, które obserwujemy w wielu branżach niestety biją w całą polską gospodarkę – uważa Mirosław Sędłak, prezes Rzetelnej Firmy.

Badanie Krajowego Rejestru Długów oraz Rzetelnej Firmy zostało przeprowadzone w lipcu 2017 roku na 563 firmach, których upadłość została ogłoszona w okresie od początku lipca 2016 roku do końca czerwca 2017 roku. Łączna liczba zobowiązań i kwota zadłużenia jest sumą zobowiązań i długów firm, jakie były notowane w KRD na 6 i 3 miesiące przed ogłoszeniem upadłości poszczególnych firm.

 

Źródło; Krajowy Rejestr Długów

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Firmy muszą być bardziej ekologiczne

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emo...

5 trendów w branży płatności na 2020 rok

- W ciągu ostatnich pięciu lat zachowania i oczekiwania konsumentów radykalnie zmieniły sposób, w ja...

Jak wykorzystać otwartą bankowość? Najważniejsze zalety rozwiązań open banking

Rozwój platform cyfrowych i ich szybkie przyjęcie przez konsumentów stworzyły znaczące możliwości dl...

Już co czwarty internauta w Polsce słucha podcastów

Już 27% internautów w Polsce słucha podcastów. Większość włącza je co najmniej raz w miesiącu, korzy...

Rośnie popularność inwestycji budowlanych typu mixed-use, czyli obiektów łączących w sobie r

Ograniczona przestrzeń w największych światowych ośrodkach miejskich sprawia, że architekci coraz od...