niedziela, Grudzień 8, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "obniżenie wieku emerytalnego"

obniżenie wieku emerytalnego

O ponad 27 tys. wzrosła w II kwartale br. liczba wolnych miejsc pracy – podał dzisiaj GUS  w raporcie „Popyt na pracę w II kwartale 2017 r.” Dane te mają pozytywny wydźwięk.  Jednak niepokoić musi fakt, że główną przyczyną rosnącej liczby wolnych miejsc pracy jest niska aktywność zawodowa Polaków, a nie dynamiczny wzrost nowotworzonych etatów.

W końcu II kwartału 2017 r. liczba wolnych miejsc pracy w firmach zatrudniających co najmniej 1 osobę wynosiła 122 tys. i w porównaniu z II kwartałem ubiegłego roku wzrosła o 27,7 tys., tj. o 29,4%. Analizując te dane resort rodziny, pracy i polityki społecznej ma powód do radości. Bezrobocie utrzymuje się na niskim poziomie, rośnie produkcja i liczba wolnych miejsc pracy.  Pracodawcy spoglądają jednak na te dane z pewnym niepokojem. W II kwartale 2017 roku utworzono o 26,8% mniej nowych miejsc pracy w porównaniu z I kwartałem, i tylko o 3,6% więcej niż w II kwartale ubiegłego roku. Wzrost wolnych miejsc pracy przy jednocześnie niezmieniającej się liczbie nowotworzonych etatów oznacza kurczącą się podaż pracowników. Potwierdzają to opublikowane w tym tygodniu dane dotyczące bezrobocia.  Pomimo spadku liczby bezrobotnych, stopa bezrobocia rejestrowanego nie zmieniła się. Przyczyną jest zmniejszenie się liczby ludności aktywnej zawodowo.

Najwięcej nowych miejsc pracy powstało w sekcjach gospodarki związanych z przetwórstwem  przemysłowym, informacją i komunikacją oraz handlem i naprawą pojazdów samochodowych. Na nowotworzonych stanowiskach najbardziej poszukiwani byli specjaliści oraz wykwalifikowani robotnicy. A to oznacza rosnący popyt na pracowników posiadających kwalifikacje potrzebne do rozwoju. Dlatego też jednym z czynników ograniczających inwestycje firm jest obawa o brak kadry, która będzie w stanie wspierać rozwój biznesu. I o tym coraz głośniej mówią pracodawcy. Kurcząca się podaż pracowników jest także realnym zagrożeniem dla innych branż. Szczególnie branża budowlana, która powoli budzi się po słabej pierwszej połowie roku, boryka się z brakiem pracowników.  Na ponad 18 tys. wolnych miejsc pracy tylko 2 tys. to nowoutworzone stanowiska. W innych branżach pracodawcy także mówią o brakach kadrowych i coraz trudniejszej rekrutacji pracowników. Przyczyną  jest spadek liczby osób gotowych do pracy.

Dlatego kluczowa dla przyszłości rynku pracy i rozwoju  firm jest odpowiedzialna, długoterminowa polityka aktywizująca pracowników. Obniżenie wieku emerytalnego może zniechęcić osoby z doświadczeniem zawodowym do pozostania na rynku pracy. Odpowiedzialnym działaniem państwa, jest tworzenie stabilnego i długoterminowego otoczenia stymulującego rozwój firm.  Powinniśmy tworzyć warunki do tego, aby ludzie jak najdłużej zostawali na rynku pracy, zachowując równowagę pomiędzy życiem zawodowym i osobistym. Zamiast ich wypychać  z rynku pracy należy tworzyć mechanizmy i elastyczne warunki pracy, które pozwolą im pozostać w firmach, dzielić się wiedzą, szkolić młodych pracowników, czy opiekować się praktykantami.

Szansą dla naszego rynku pracy jest aktywizacja osób niepełnosprawnych. W tym zakresie jest  wiele do zrobienia, m. in. korzystniejsze finansowanie  kwalifikacyjnych kursów zawodowych.

Podaż pracowników zwiększyłaby też odpowiedzialna polityka migracyjna oparta na idei „drenażu mózgów”, czyli tworzenia korzystnych warunków przyjazdu do Polski osób z pożądanymi przez pracodawców kompetencjami.

 

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Koniunktura gospodarcza w lipcu 2017 r. oceniana jest przez przedsiębiorców pozytywnie. W większości sekcji lepiej niż miesiąc wcześniej, a także lepiej niż w lipcu w latach poprzednich – podał GUS.

Przedsiębiorstwa oceniły koniunkturę gospodarczą w lipcu 2017 r. pozytywnie, podobnie jak w czerwcu. W części sektorów gospodarki sytuacja jest najlepsza od 8-9 lat. Oceny portfela zamówień są pozytywne – nawet w budownictwie, które od wielu miesięcy było w koniunkturalnym dołku. Oceny sytuacji finansowej także (poza budownictwem). Są jednak dwa „ale”.

Pierwsze, to informacja, że wszystkie sektory gospodarki przewidują dalszy wzrost zatrudnienia. Przetwórstwo przemysłowe przewiduje wzrost zatrudnienia większy od planowanego w czerwcu, budownictwo – niewielki, ale wzrost zatrudnienia, handel hurtowy i detaliczny, transport i gospodarka magazynowa – podobnie, hotele i restauracje – mniejszy niż w czerwcu, ale wzrost zatrudnienia, informacja i komunikacja – wzrost zatrudnienia. Jedynie firmy działające na rynku finansowym i ubezpieczeniowym zapowiadają redukcje zatrudnienia. Jednocześnie we wszystkich tych sektorach (poza finansami i ubezpieczeniami) za coraz większą, coraz poważniejszą barierę uznają firmy niedobór pracowników, a w jeszcze większym stopniu niedobór wykwalifikowanych pracowników. W największym stopniu problem niedoboru wykwalifikowanych pracowników odczuwany jest w budownictwie. A przed nami okres rosnących inwestycji infrastrukturalnych finansowanych z funduszy unijnych. Rośnie też budownictwo mieszkaniowe. Firmy budowlane chcąc wykorzystać szanse, które tworzy i będzie tworzył rynek muszą w pierwszej kolejności rozwiązać problem dostępu do pracowników.

Wyraźnie rosną także problemy z zatrudnieniem w przetwórstwie przemysłowym, zakwaterowaniu i gastronomii, a także w transporcie.

Przy bezrobociu rejestrowanym na poziomie 7,2 proc. (czerwiec br.) i bezrobociu wg BAEL na poziomie 4,8 proc. (maj br.) nie ma wielkich „rezerw” pracowników na polskim rynku. Szczególnie trudno liczyć na możliwość znalezienia pracowników wykwalifikowanych. A przed nami jeszcze, od października, ubytek ponad 300 tys. osób z rynku pracy w wyniku obniżenia wieku emerytalnego. Podnoszenie wynagrodzeń nic tu nie pomoże, nie zwiększy bowiem podaży pracy na rynku. Pozostaje zatrudnianie cudzoziemców. I tu pojawia się problem, bowiem przedsiębiorcy coraz częściej i coraz silniej sygnalizują, że proces legalizacji zatrudnienia cudzoziemców wydłuża się i staje się poważna barierą.

Nie ma czasu, administracja lokalna powinna usprawnić i przyspieszyć proces legalizacji zatrudniania cudzoziemców, bo inaczej cała gospodarka będzie mieć problem nie tylko z możliwością zaspakajania rosnącego popytu, ale także z inwestycjami.

I właśnie inwestycje, to drugie „ale”. Bowiem do problemu niestabilności otoczenia prawnego, które nasila się w ostatnim czasie, dochodzi właśnie problem z brakiem pracowników. Przedsiębiorcy gotowi do podjęcia inwestycji wstrzymują się z nimi także w wyniku braku pracowników.

Sami sobie zgotowaliśmy ten los zmniejszając zainteresowanie kobiet pracą (należy przypomnieć, że w 4. kwartale 2016 r. liczba osób pracujących była wyższa w stosunku do 4. kwartału 2015 r. o 45 tys., w tym pracujących mężczyzn było o 51 tys. więcej, ale ubyło 6 tys. kobiet). A teraz już totalnie destrukcyjnie wpłynie na sytuację w całej gospodarce obniżenie wieku emerytalnego. Popyt zaspakajać będzie import, a polskie przedsiębiorstwa będą na to patrzeć z coraz większym niepokojem.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Rekordowo niskie bezrobocie w Polsce przeszacowuje faktyczny stan rynku pracy. Wzrost zatrudnienia, o wiele istotniejszy wskaźnik, poprawia się tylko wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Jeśli dodamy, że polskie społeczeństwo się starzeje i  obniżył się próg emerytalny, bieżące negatywne trendy mogą się pogłębiać – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stopa bezrobocia od lat jest najpopularniejszą miarą rynku pracy w Polsce, mimo że ów rynek można scharakteryzować poprzez wiele wskaźników. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że przez lata borykaliśmy się z problemem znacznej grupy osób, które nie mogły znaleźć zatrudnienia, chociaż nie brakowało im chęci i gotowości, by podjąć pracę.

Spadek bezrobocia, interpretowany zwykle jako pozytywne zjawisko, często bywa mylnie utożsamiany ze wzrostem zatrudnienia. Faktycznie jednak niższe bezrobocie nie musi oznaczać poprawy na rynku pracy, ani też nie równoważy się ze wzrostem zatrudnienia.

Na przykładzie państwa X widać, co to znaczy: bezrobocie, zatrudnienie i aktywność zawodowa

Aby scharakteryzować poważne problemy polskiego rynku pracy, warto posłużyć się pewnym przykładem. Załóżmy, że istnieje kraj, w którym żyje 150 osób, w tym 100 aktywnych zawodowo. Pracuje 90 z nich, a 10 osób szuka zatrudnienia, natomiast pozostałe 50 np. dalej się uczy, odpoczywa na emeryturze, bądź płatne zajęcie ich po prostu nie interesuje (są bierni zawodowo).

W hipotetycznym państwie stopa bezrobocia wynosi 10 proc., ponieważ 10 osób ze 100 (aktywnych zawodowo, czyli mających pracę oraz jej szukających) chce znaleźć płatne zajęcie. Gdy z grupy osób bezrobotnych pięć przejdzie do grona zatrudnionych, wtedy liczba aktywnych zawodowo pozostanie na poziomie 100 (95 ma pracę, 5 jej szuka), a stopa bezrobocia spadnie do 5 proc.

W omawianej gospodarce możliwy jest jednak inny scenariusz. Liczba bezrobotnych zmniejszy się z 10  do 5, ale pięć osób nie znajdzie pracy, tylko trafi do grupy biernych zawodowo. W takim rozwoju sytuacji bezrobocie spadnie do 5,26  proc. (5 osób poszukuje pracy, 90 ją ma, a 95 jest aktywnych zawodowo), ale liczba biernych zawodowo powiększy się do 55 osób. Mamy zatem do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia, lecz także z niezmienionym poziomem zatrudnienia i wzrostem populacji biernych zawodowo.

Taki podwójnie niekorzystny scenariusz daje złudną nadzieję, że sytuacja na rynku pracy się poprawia, podczas gdy tak naprawdę staje się gorsza. Zatrudnienie stoi w miejscu, a osoba, która trafiła do grupy biernych, będzie musiała zostać zaktywizowana, co zwykle jest droższe i zabiera więcej czasu niż przejście z grupy bezrobotnych do zatrudnionych.

W optymalnym rozwiązaniu rosłaby przede wszystkim liczba osób zatrudnionych, a spadała biernych zawodowo oraz bezrobotnych. Wtedy można by stwierdzić, że rynek pracy znalazł się w dobrej kondycji. W Polsce jednak taka sytuacja dotyczy jedynie osób z wyższym wykształcenie, co jedynie zwiększa obawy o dalszy los krajowej gospodarki.

Tylko wykształceni Polacy dogonili unijną czołówkę

Sama analiza aktywności zawodowej sugeruje, że w Polsce mamy do czynienia z kryzysem na rynku pracy. Według danych Eurostatu w pierwszym kwartale br. odsetek osób pracujących i poszukujących pracy wynosi 75,7 proc. dla przedziału wiekowego 25-64 lata. Tylko cztery kraje w Unii osiągają niższy rezultat niż Polska, a współczynnik ten utrzymuje się na niezmienionym poziomie od trzech kwartałów.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy spojrzymy na relację aktywności zawodowej do wykształcenia w na poziomie określanym przez Eurostat w przedziale 0-2 (podstawowe, gimnazjalne lub poniżej). We wcześniej wymienionej grupie wiekowej aktywność zawodowa wynosi 46,8 proc. Jest to drugi najgorszy wyniki w UE, a dodatkowo ten wskaźnik w porównaniu pierwszego kwartału 2014 r. obniżył się 0,8 pkt proc. W ciągu trzech lat bezrobocie w tej grupie spadło natomiast z 22 do 12,9 proc., ale liczba zatrudnionych obniżyła się o ok. 100 tys. osób, osiągając wartość 650 tys.

Tylko nieco lepiej przedstawia się sytuacja w grupie osób z wykształceniem na poziomie 3-4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Przez trzy lata aktywność wzrosła zaledwie o 0,5 pkt proc. (z 72,1 do 72,6 proc.), co daje nam przedostatnie miejsce w całej Unii, słabiej wypada jedynie Chorwacja. Dla tej grupy ludzi bezrobocie spadło z 10,1 proc. do 5,4 proc. (z niespełna miliona osób do pół miliona), ale zatrudnienie wzrosło tylko o 113 tys. (z ok. 8,7 do 8,8 mln).

Większych zastrzeżeń nie budzą statystyki bezrobocia, zatrudnienia czy aktywności zawodowej Polaków z wyższym wykształceniem. Bezrobocie w pierwszym kwartale wynosiło dla tej grupy jedynie 2,3 proc. i jest czwartym najniższym w całej Unii. Aktywność zawodowa wynosi 89,8 proc. i jest bliska osiąganej przez Niemcy – 90,2 proc. Przez trzy lata zatrudnienie w tej grupie wzrosło o niemal 600 tys. osób, osiągając wartość 5,35 mln.

Bezrobotni zasilili krąg biernych

Przez ostatnie trzy lata bezrobocie w Polsce spadło z 9,2 do 4,6 proc. dla populacji w wieku 25-64 lata. Jednak w tym samym okresie liczba osób aktywnych zawodowo spadła z 15,7 do 15,5 mln, a zatrudnienie poza osobami z wyższym wykształceniem praktycznie nie uległo zmianie.

To, co z pozoru wydaje się sukcesem, można więc uznać za porażkę. Mimo silnego popytu na pracę nie udało się zaktywizować osób bez dyplomu wyższej uczelni. Spadek bezrobocia przeszacowuje skalę poprawy, ponieważ część bezrobotnych zamiast znaleźć zatrudnienie dołączyła do grupy biernych zawodowo. W obliczu zmian demograficznych i obniżenia wieku emerytalnego te negatywne trendy prawdopodobnie będą się pogłębiać

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Dane o budżecie państwa po maju mogą oznaczać, że na koniec roku deficyt będzie niższy nawet o 20 mld zł od założonego w tegorocznym budżecie – uważają niektórzy ekonomiści.

Resort finansów podał w czwartek, że deficyt budżetu po maju wyniósł 0,2 mld zł, czyli 0,3 proc. dopuszczonego w ustawie budżetowej na ten rok deficytu w wysokości 59,3 mld zł. W okresie styczeń-maj br. dochody budżetu wyniosły 143,3 mld zł, czyli 44 proc. planu na cały rok, wydatki 143,5 mld zł, tj. 37,3 proc.

Zdaniem ekonomistów z ING Banku Śląskiego, wykonanie budżetu po maju należy uznać za kontynuację pozytywnego trendu. „Dzięki temu deficyt centralny może być mniejszy o 15-20 mld zł (od zakładanych 59,3 mld zł – PAP) i o tyle samo potrzeby pożyczkowe” – ocenił ekonomista ING Jakub Rybacki.
„Z perspektywy długookresowej sytuacji fiskalnej to duża kwota, na przykład niemal w całości zabezpieczająca roczne wydatki na program 500+. Ryzyko wzrostu długu publicznego znacznie maleje, co jest także bardzo istotne dla długookresowego funkcjonowania gospodarki” – powiedział PAP Rybacki.

Ekonomista zwrócił uwagę, że niższy deficyt oznacza, iż podjęte przez rząd działania będą miały znacznie bardziej stabilne finansowanie. To może mieć pośrednie przełożenie na portfele Polaków. „Niedługo kolejnym obciążeniem fiskalnym dla państwa będzie obniżenie wieku emerytalnego. W obliczu dobrego wykonania budżetu koszty, które będzie to generowało będą mniej dotkliwe dla państwa a tym samym dla podatników” – wyjaśnił Rybacki.
Jego zdaniem, także deficyt sektora finansów publicznych powinien być znacznie niższy od zakładanego – powinien być bliższy poziomowi 2,4 proc. PKB, niż 2,9 proc. PKB, jak zakłada resort finansów.

Także ekonomiści z BZ WBK uważają, że deficyt budżetowy w tym roku może być o 20 mld zł niższy od planu. „Z szacunków +statycznych+ wynikałoby wręcz, że deficyt na koniec roku mógłby być nawet niższy o 30 mld zł. Ten szacunek może być jednak zbyt ambitny, zakłada bowiem, że do końca roku zostanie utrzymane obecne tempo ograniczania wydatków” – powiedział Piotr Bielski. „To, że po pięciu miesiącach mamy prawie zbilansowany budżet to nie tylko zasługa dochodów, ale w dużej części wydatków, które są realizowane znacznie poniżej harmonogramu” – zaznaczył.

Według Bielskiego jest duże prawdopodobieństwo, że dochody będą nadal rosły w niezłym tempie, ale na utrzymanie obecnego tempa ograniczania wydatków raczej już nie można liczyć. „Jeżeli minister finansów będzie widział, że jest szansa na tak niski deficyt budżetowy, może ulec pokusie, by zrobić to samo, co w zeszłym roku – rozładować napięcie budżetu z 2018 r. przenosząc część wydatków z przyszłego roku na ten rok” – wyjaśnił Bielski.

Zwrócił też uwagę, że pod koniec tego roku presję na budżet będzie wywierać obniżenie wieku emerytalnego. „Co prawda nie wiadomo ile osób zdecyduje się przejść wcześniej na emeryturę, ale zakładam, że większość uprawnionych z tego skorzysta. Mamy bowiem tak skonstruowane przepisy, że racjonalne jest przejście na emeryturę tak wcześnie, jak to możliwe” – ocenił.

Bielski uważa, że dobre dane o budżecie mogłyby przełożyć się na sytuację Polaków, np. gdyby zachęciło to rząd do spełnienia obietnicy i obniżenia VAT-u do 22-proc. „To niestety się nie stanie ze względu na rozbudowane wydatkowe plany rządu na kolejne lata” – uważa ekonomista. Zwrócił jednak uwagę, że im lepsza jest sytuacja budżetu, tym rośnie skłonność polityków, aby trochę pieniędzy rozdać. Tym bardziej, że – jak zauważył Bielski – najbliższa lata będą latami zmagań wyborczych.
„Tak dobra sytuacja w budżecie powinna być wykorzystana na obniżenie deficytu, ale podejrzewam, że zostanie wykorzystana na realizowanie programów społecznych związanych z hojnymi wydatkami. Polacy mogą to więc pozytywnie odczuć, ale jeszcze nie wiemy w jaki sposób” – dodał.

Również ekonomista z PKO BP Michał Rot zwrócił uwagę, że dynamika wydatków budżetu państwa jest ciągle bliska zeru, po spadku piąty miesiąc z rzędu. „Wynik budżetu państwa po maju odzwierciedla kombinację kilku czynników (…). Niskiej realizacji deficytu sprzyja także zerowa dynamika wydatków. W dalszej części roku pozytywny wpływ na wynik będzie mieć także transfer zysku z NBP” – uważa Rot.
Jego zdaniem, ocena bieżących trendów sugeruje, że deficyt budżetowy w całym roku może być wyraźnie niższy od założonego, ale o ostatecznym jego poziomie zadecydować mogą przesunięcia dochodów i wydatków między 2017 r. a 2018 r. „Oczekiwane przez nas dalsze przyspieszenie inwestycji publicznych, w tym samorządowych, zmniejsza dostępną w 2018 r. przestrzeń fiskalną i może skłonić do +przerzucenia+ części przyszłorocznego budżetu na ten rok” – uważa ekonomista z PKO BP.

MF wyjaśniło w czwartkowym komunikacie na temat wykonania budżetu po maju, że między styczniem a majem 2017 r. dochody budżetu państwa były wyższe o 14,2 mld zł w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego. Z kolei dochody podatkowe wzrosły w tym okresie o 18,8 proc. w ujęciu rocznym.
Wzrost dochodów w stosunku do okresu styczeń-maj 2016 r. odnotowano we wszystkich głównych podatkach. Dochody z podatku VAT były wyższe o 30 proc. w ujęciu rocznym (ok. 15,9 mld zł), dochody z podatku akcyzowego i podatku od gier były wyższe o 3,9 proc. (ok. 1 mld zł), dochody z podatku PIT wzrosły o 7,4 proc. (ok. 1,4 mld zł), a dochody z podatku CIT były wyższe o 14,3 proc. (ok. 1,9 mld zł).
Z kolei dochody z tytułu podatku od niektórych instytucji finansowych (tzw. podatku bankowego) za okres styczeń-maj 2017 r. wyniosły 1,8 mld zł.

W tym samym okresie wykonanie dochodów niepodatkowych wyniosło 9,2 mld zł i było niższe o 7,4 mld zł w stosunku do analogicznego okresu roku ubiegłego. „W lutym 2016 roku miała miejsce wpłata na rachunek budżetu państwa z tytułu aukcji LTE, której nie było w 2017 r.” – wyjaśnił w komunikacie resort finansów.
W przypadku wydatków, dodaje MF, nie ma istotnej różnicy w stosunku do 2016 roku – między styczniem i majem ub. roku na wydatki przekazano 142,6 mld zł (38,7 proc. planu).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły 1. kwartale 2017 r. o 2,0 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. – podał GUS.

W 1. kwartale 2017 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. W 2/3 na inflację wpływ miał wzrost cen żywności (w ciągu 3. miesięcy br. o 3,7 proc.) oraz paliwa do prywatnych środków transportu (o 18,6 proc.). Gdyby nie spadki cen odzieży i obuwia oraz opłat związanych z łącznością, wpływ ten byłby na poziomie blisko 80 proc. Podobnie zatem jak w okresie od lipca 2014 r., gdy to obniżające się ceny żywności i paliwa wprowadziły polską gospodarkę w okres deflacji, tak od grudnia 2016 r.  ich wzrost jest przyczyną powrotu do inflacji.

Wzrost cen, w tym szczególnie wzrost cen żywności przekłada się bezpośrednio na wszystkie gospodarstwa domowe, ich realne dochody. W 1. kwartale 2017 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły prawdopodobnie o 4,1 proc. Inflacja ograniczyła ich realny wzrost do nieco ponad 2 proc. Jeżeli porównamy to z 2016 r., zobaczymy że to znacznie mniej niż rok wcześniej. W 2016 r. wynagrodzenia w firmach 10+ wzrosły co prawda w mniejszym stopniu, bo o 3,8 proc., ale dzięki deflacji ich siła nabywcza była wyższa. Realny wzrost wynagrodzeń wyniósł prawie 4,5 proc.

Jeśli pracownicy chcieliby utrzymać taki poziom realnego wzrostu dochodów z pracy (4,5 proc.), o czym mogą przecież myśleć, bo pracodawcy informują o coraz większym braku ludzi do pracy, to przy inflacji 2 proc. nominalny przeciętny wzrost wynagrodzeń powinien wynieść w 2017 r. co najmniej 6,5 proc. Można spodziewać się nawet takiego wzrostu wynagrodzeń – w ostatnim kwartale 2017 r., gdy z rynku pracy wycofa się dodatkowo ponad 300 tys. osób korzystając z obniżenia wieku emerytalnego. A tak silny wzrost wynagrodzeń w konsekwencji przełoży się na inflację. Wszystko zatem wskazuje, że w 2017 r. będzie ona bliższa celowi inflacyjnemu, niż założonemu w budżecie na ten rok poziomowi 1,3 proc.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Sytuacja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nie jest gorsza niż w poprzednich latach, gdy było wyższe bezrobocie – mówi minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. „Nic dramatycznego się nie dzieje” – dodała.

Tak Rafalska skomentowała w Polskim Radiu doniesienia poniedziałkowej „Rzeczpospolitej”, że w 2018 r. na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł.

Według Rz” ten czarny scenariusz, przygotowany w ZUS, to efekt najnowszej prognozy wpływów i wydatków FUS na najbliższe pięć lat. Zdaniem „Rz” dokument, który trafił w piątek na biurko premier Beaty Szydło, zakłada trzy scenariusze. Optymistyczny przewiduje, że mimo nabycia od 1 października 2017 r. prawa do świadczenia z ZUS przez dodatkowe 350 tys. osób (w związku z obniżeniem wieku emerytalnego) do 47 mld zł zmniejszy się dziura finansowa w ZUS. Scenariusz pośredni zakłada, że deficyt w przyszłym roku wyniesie 54,7 mld zł. „Pesymistyczny scenariusz zakłada, że wszyscy uprawnieni zdecydują się pójść na emeryturę i wzrośnie bezrobocie. Oznaczać to będzie konieczność dofinansowania przez państwo aż 63 mld zł deficytu” – pisze „Rz. Według niej ZUS prognozuje, że dziura w FUS w kolejnych latach będzie rosła. W najgorszym wariancie może sięgnąć nawet 85 mld zł w 2022 r.

Pytana o te doniesienia, minister odpowiedziała, że „te prognozy ZUS przedstawia i one są w tych trzech wariantach”. „Jestem zwolennikiem prezentowania tej sytuacji finansowej opartej o twarde stąpanie po ziemi, a więc nie nadmierny optymizm” – dodała.

Powiedziała zarazem, że „wariant pesymistyczny mówi, iż bezrobocie będzie wynosiło prawie 10 proc., co jest nieprawdopodobne, bo mamy najlepszą sytuację na rynku pracy”. Podkreśliła, że wariant ten „zakłada, że 100 proc. osób (…) skorzysta ze świadczenia emerytalnego, a wiemy, że korzysta z tego 82 proc.”. „Jestem przekonana, że skorzysta z niego jeszcze mniej” – zaznaczyła.

„Mówię o tym, że wzrost gospodarczy będzie tam 1 czy 2 proc., a wiemy, że poprawia się koniunktura, więc musimy mówić o tym realnym wariancie, który pokazuje deficyt, który jest jakby też stałą sytuacją. To, że jest stałą sytuacją, to ja tego nie usprawiedliwiam” – powiedziała minister. „Ważna jest struktura przychodów FUS, a więc to, czy wpływy z tytułu składek (…) są w miarę stałe” – dodała.

„Trzeba powiedzieć, że przy tych prognozach ZUS utrzymuje wydajność, wydolność na poziomie 70 proc. Nie jest to komfortowa sytuacja oczywiście, bo budżet musi co roku dokładać sporą dotację do tego, żeby była zagwarantowana płynność wypłacalności świadczeń emerytalno-rentowych” – oświadczyła.

„Ale zwracam uwagę, że tu się też nic dramatycznego nie dzieje: bardzo dobra sytuacja na rynku pracy, wzrost minimalnego wynagrodzenia, wprowadzenie stawki godzinowej, ozusowanie umów zlecenia, wzrost wynagrodzeń i niskie bezrobocie – to powoduje, że sytuacja FUS i w poprzednim, i w tym roku, nie jest gorsza niż była wtedy, kiedy bezrobocie wynosiło 13 czy 14 proc.” – powiedziała Rafalska.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Zysk netto firm średnich i dużych wyniósł w 2016 r. 111 mld zł. Natomiast inwestycje spadły o 13,2 proc (r/r, w cenach stałych) – podał GUS.

Wyniki finansowe firm średnich i dużych były w 2016 r. bardzo dobre. Przychody wzrosły co prawda tylko o 3,9 proc., ale koszty „jedynie” o 3,2 proc. Pozwoliło to na poprawę rentowności sprzedaży. Powinno to cieszyć, bo firmy panowały nad kosztami mimo szybciej, niż koszty ogółem, rosnących wydatków na wynagrodzenia i ubezpieczenia społeczne, a także na usługi obce. Niestety, koszty rosły wolniej niż przychody m.in. przez niższy poziom inwestycji, a tym samym niższą amortyzację, a to nie może cieszyć.

Co z tego, że firmy 50+ zarobiły w 2016 r. 111 mld zł, a zapłacony CIT był o 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej, jeśli – mimo dobrych wyników finansowych – przedsiębiorstwa były bardzo ostrożne w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W efekcie zainwestowały 121 mld zł, o 13,2 proc. mniej niż w 2015 r. (w cenach stałych). Ostrożność w inwestycjach rosła z kwartału na kwartał – po 6. miesiącach 2016 r. spadek inwestycji r/r wynosił 7,1 proc., po 9. miesiącach 9,1 proc., a po 12. – 13,2 proc.

Tak dobre wyniki finansowe firm, wzrost zysku netto o ponad 20 proc. r/r nie tylko dowodzi dobrej sytuacji na rynkach, na których przedsiębiorstwa działają (ponad 50 proc. to eksporterzy), ale przede wszystkim umiejętności jej wykorzystania przez polskie przedsiębiorstwa. Dlaczego zatem nie towarzyszył temu, a powinien, wzrost inwestycji?

Firmy mają wysoki poziom wykorzystania mocy wytwórczych, mają kapitał, który pozwalałby na rozszerzanie aparatu wytwórczego i jego modernizację. Bez inwestycji dalsze konkurowanie na rynku polskim i rynkach zewnętrznych może nie być już tak skuteczne jak dotychczas. A jednak nakłady inwestycyjne były zdecydowanie niższe niż w 2015 r.

Biznes nigdy nie działa przeciw swoim interesom. Tym razem jednak niepewność polityczna i regulacyjna była tak duża, że przedsiębiorstwa obawiały się rozpoczynania większych inwestycji. Gdy nie wiedzą jakie będą płacić podatki, czy nie zostaną wprowadzone kolejne daniny branżowe, gdy czytają regulacje nakładające na przedsiębiorców kary do 25 lat więzienia i konfiskatę firmy za błędy w naliczaniu podatku VAT, gdy ograniczono im możliwość obrotu ziemią, co dla inwestycji ma znaczenie, gdy widzą działania rządu wspierające firmy z kapitałem państwowym co skutkuje wypychaniem z rynku firm prywatnych, a jednocześnie działania antykoncentracyjne rządu w tych obszarach, gdzie państwo jest słabo obecne, gdy część projektów inwestycyjnych zlecana jest w trybie bezprzetargowym spółkom komunalnym, gdy wiedzą że za energię będą musiały płacić więcej, bo następuje konsolidacja energetyki i górnictwa, gdy planuje się ograniczenie pracy w niedzielę, trudno się dziwić, że skłonność firm do inwestycji maleje. Do tego program Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego zmniejsza podaż pracy. A inwestycje, a później korzystanie z nich wymaga pracowników, dobrze dostosowanych do rynku pracy. A tu zmiany w edukacji, już nawet nie te związane z likwidacją gimnazjów, ale przede wszystkim zmiany programowe, które budzą obawy, co do wiedzy i umiejętności, które będą posiadać przyszli pracownicy, i brak aktywności w budowaniu nowoczesnego szkolnictwa zawodowego. Proponuje się też skrócenie o jedną godzinę czasu pracy pracownikom z dziećmi (to jedna z partii opozycyjnych, ale koalicja rządząca nie mówi nie).  Mówi się też o wprowadzeniu „split payment” (co samo w sobie może być dobrym rozwiązaniem), ale nie mówi się o tym jak to rozwiązanie będzie w praktyce funkcjonować, czy nie zaburzy płynności finansowej firm, szczególnie tych mniejszych.

Tylko przedsiębiorstwa w których właściciele i zarządzający mają bardzo wysoką skłonność do ryzyka będą zwiększać w sposób istotny inwestycje, a bez nich tak polskie firmy, jak i polska gospodarka stracą zdolność do konkurowania. A my, obywatele, możliwość zwiększenia dobrobytu. Szkoda.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Polacy, którzy w wyborach głosowali za obecną władzą liczyli m.in. na obniżenie wieku emerytalnego. Obietnica została spełniona, jednakże jak to zazwyczaj w rzeczywistości bywa, nie wszystko jest jednokolorowe. Cena niniejszej reformy jest dość znacząca. Po pierwsze, stracą przyszli emeryci, którzy otrzymają wyraźnie niższe świadczenia. Po drugie, straci Skarb Państwa, który będzie musiał dodatkowo dotować system emerytalny. Należy pamiętać, że środki państwowe są de facto pieniędzmi podatników, choć w przypadku permanentnego deficytu budżetowego wszystko sprowadza się do zwiększenia zadłużenia. Ponadto, reforma emerytalna uderza w rynek pracy, który w długiej perspektywie prawdopodobnie będzie borykał się z problemem braku pracowników. Tymczasem nowa propozycja dotycząca bonusów dla emerytów ma być rozwiązaniem typu ,,win – win”, i rzeczywiście ta wydaje się taką być, w przeciwieństwie do reformy wieku emerytalnego.

Od października bieżącego roku kobiety będą mogły przejść na emeryturę w wieku 60 lat, a mężczyźni w wieku 65 lat. Jednak rząd, który okazuje się być świadomy zagrożeń jakie niesie ze sobą owa zmiana, planuje zachęcić Polaków do pozostania na rynku pracy jak najdłużej. Jeżeli po osiągnięciu wieku emerytalnego dana osoba zdecyduje się na dalszą pracę, to po dwóch latach otrzyma jednorazowy bonus w wysokości 10 tys. zł. Niniejsza kwota będzie rosnąć wraz z kolejnymi latami pracy, do 15 tys. zł po trzech latach oraz do 20 tys. zł po czterech. Powyższe wielkości stanowią połowę wszystkich danin publicznych (podatku dochodowego, składek na ubezpieczenie zdrowotne, chorobowe i rentowe, oprócz składki emerytalnej), jakie zostałyby zapłacone w trakcie dodatkowych lat pracy przez pracownika wynagradzanego pensją na poziomie krajowej mediany.

Według szacunków, roczny koszt obniżenia wieku emerytalnego wyniesie 10 mld zł rocznie. Z kolei zaproponowane bonusy dla emerytów zapewnią oszczędności na poziomie 2 mld zł rocznie, co wynikałoby z faktu, że nie trzeba byłoby wypłacać emerytur, a do budżetu wpływałyby składki i podatki uiszczane przez osoby pozostające aktywne zawodowo. Według szacunków rządu, z takiego rozwiązania może skorzystać od 10 do 15 proc. osób, które osiągną wiek emerytalny. Wydaje się, że w gronie tym znajdą się przede wszystkim osoby, którym przysługują najniższe świadczenia emerytalne, choć pewnie nie tylko.

O ile obniżenie wieku emerytalnego należy traktować jako poważny błąd oraz decyzję sprzeczną z uwarunkowaniami ekonomicznymi oraz z trendami demograficznymi, o tyle propozycję dotyczącą bonusów dla emerytów należy ocenić pozytywnie. Tym niemniej, czy niniejszy zabieg okaże się wystarczający, aby zneutralizować lub istotnie zredukować koszty jakie niesie ze sobą wcześniejsza, niekorzystna zmiana? Wiele wskazuje na to, że nie. Rząd powinien zatem szukać nowych rozwiązań, aczkolwiek zadanie to nie jest łatwe. Jedną z opcji jest odwrócenie obecnych trendów demograficznych, lecz doświadczenia Zachodu pokazują, że skuteczna recepta na ten problem wciąż nie została odnaleziona. Z drugiej strony, rząd może się pogodzić z faktem coraz to większych dopłat do systemu emerytalnego, jednak w kontekście napiętej sytuacji budżetowej będzie musiał istotnie zrewidować dotychczasową, bardzo hojną politykę. Oczywiście można również ponownie podwyższyć wiek emerytalny, ale to z kolei byłoby niespójne z aktualnym kierunkiem reform. Przed rządzącymi niewątpliwie nie lada wyzwanie, tymczasem zmiany są konieczne, bowiem w długim terminie ryzyko recesji, a następnie stagnacji gospodarczej, wydaje się naprawdę wysokie.

Podsumowując, propozycja dotycząca bonusów dla emerytów stanowi swego rodzaju przyznanie się do błędu – obniżenie wieku emerytalnego nie bez przyczyny jest krytykowane przez międzynarodowe instytucje, ekonomistów oraz analityków. Z drugiej strony, nowe rozwiązanie wydaje się być zgodne z konceptem ,,win – win”, co oznacza że zapewnia wszystkim stronom korzyści. Co więcej, działania rządu potwierdzają także to, że politycy w końcu zaczęli brać pod uwagę nie tylko krótkookresowe skutki swoich decyzji, ale również ich potencjalne efekty długoterminowe. Oby jednak nie był to tylko i wyłącznie jednorazowy przejaw tegoż zjawiska, a istotna i stała zmiana w retoryce polskiej polityki.

 

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ten, kto nie przejdzie na emeryturę po osiągnięciu ustawowego wieku i przepracuje jeszcze minimum dwa lat dostanie ekstra 10 tys. zł. Takim bonusem rząd chce zachęcić do pozostania na rynku pracy.

 

Ta propozycja narusza podstawową zasadę obecnego systemu emerytalnego, zgodnie z którą osoba, która przechodzi na emeryturę otrzymuje świadczenie w wysokości uzależnionej od kwoty zgromadzonych, przez lata, składek.

Wypłacanie ekstra bonusu zwiększy wydatki i pogłębi deficyt finansów publicznych. Za dodatkową premię zapłacą wszyscy podatnicy.

Najbardziej na tym rozwiązaniu skorzystają ci, którzy i tak pozostaliby dłużej na rynku pracy, a więc osoby z wyższym wykształceniem, wykonujące prace umysłowe.

Rząd nie chce przyznać się do błędu, jakim było obniżenie wieku emerytalnego i próbuje teraz za wszelką cenę zniechęcić ludzi do przechodzenia na emeryturę i zatrzymać ich na rynku pracy. Ale to nie rozwiąże problemu. Spowoduje tylko wzrost wydatków publicznych.

Autor: Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan

Od 1 marca br. ZUS będzie wypłacał wyższe świadczenia. Minimalna emerytura wynosić będzie 1000 zł.

Emerytury mogą być albo wyższe, albo wcześniejsze, ale nie mogą być wyższe i zarazem wcześniejsze. Obniżenie wieku emerytalnego i jednocześnie podwyższenie gwarantowanych emerytur wymusi zwiększenie opodatkowania osób pracujących.

Podwyżka najniższych świadczeń jest uzasadniona, ale w połączeniu z obniżeniem wieku emerytalnego będzie prowadzić do pogłębienia deficytu w ZUS i KRUS, który już obecnie przekracza 60 mld zł rocznie.

Kobieta, która przepracowała 20 lat nabywa prawo do gwarantowanej przez państwo minimalnej emerytury w wysokości 1000 zł. Jeżeli pracując otrzymywała wynagrodzenie zbliżone do minimalnego, a na emeryturę przechodzi w wieku 60 lat, czyli mając przed sobą średnio 24 lata życia, to jej składki wpłacone na fundusz emerytalny pokryją tylko połowę emerytury. Połowę będą musieli dopłacić podatnicy.

Podwyższenie emerytury gwarantowanej i jednocześnie obniżenie wieku emerytalnego, które powoduje zmniejszenie emerytur, znacząco zwiększy liczbę emerytur dotowanych.

Powstrzymanie stopniowego podwyższania wieku emerytalnego i wydłużania stażu pracy niezbędnego do uzyskania gwarantowanej emerytury, mimo wydłużania się życia, spowoduje, że odsetek dotowanych emerytur z FUS wzrośnie z 12% obecnie do 50% w 2050 r. Koszt takich dopłat stanowiący obecnie 2% całego kosztu emerytur wzrośnie do 16%.

Podwyższenie minimalnych emerytur i rent zarówno z ZUS jak i KRUS jeszcze bardziej zwiększy dotacje do emerytur i rent. A to wymusi zwiększenie opodatkowania osób pracujących i ograniczy możliwość finansowania inwestycji niezbędnych do modernizacji gospodarki. Konsekwencją będzie spowolnienie wzrostu produktywności, wynagrodzeń i emerytur.

Jeżeli uznajemy, że najniższe emerytury nie zapewniają dostatecznych środków do życia, to powinniśmy kontynuować stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego, w szczególności kobiet, w miarę wydłużania się życia. Jest to niezbędne, aby wydłużyć czas gromadzenia składek, a skrócić czas pobierania emerytury i dzięki temu zwiększyć wysokość świadczeń emerytalnych.

Autor: Jeremi Mordasewicz, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan

Emerytury mogą być albo wyższe, albo wcześniejsze. Obniżenie wieku emerytalnego i jednocześnie podwyższenie gwarantowanych emerytur wymusi zwiększenie opodatkowania osób pracujących – ostrzega Konfederacja Lewiatan, oceniając projekt ustawy podwyższającej najniższe emerytury i renty.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Rząd popiera w Sejmie prezydencki projekt obniżenia wieku emerytalnego a jednocześnie przygotował i rozesłał do konsultacji własny projekt ustawy podwyższającej minimalne emerytury i renty z ZUS i KRUS. Podwyżka najniższych świadczeń jest uzasadniona, ale w połączeniu z obniżeniem wieku emerytalnego będzie prowadzić do pogłębienia deficytu w ZUS i KRUS, który już obecnie przekracza 60 mld zł rocznie.

Podwyższenie emerytury gwarantowanej i jednocześnie obniżenie wieku emerytalnego, które zmniejszy emerytury, znacząco zwiększy liczbę emerytur dotowanych.

Samo powstrzymanie stopniowego podwyższania wieku emerytalnego i wydłużania stażu pracy niezbędnego do uzyskania gwarantowanej emerytury, mimo wydłużania się życia, spowoduje, że odsetek dotowanych emerytur z FUS wzrośnie z 12% obecnie do 50% w 2050 r. Koszt takich dopłat stanowiący obecnie 2% całego kosztu emerytur wzrośnie do 16%.

Podwyższenie minimalnych emerytur i rent zarówno z ZUS, jak i KRUS jeszcze bardziej zwiększy dotacje do emerytur i rent. A to wymusi zwiększenie opodatkowania osób pracujących i ograniczy możliwość finansowania inwestycji niezbędnych do modernizacji gospodarki. Konsekwencją będzie spowolnienie wzrostu produktywności, wynagrodzeń i emerytur.

Jeżeli uznajemy, że najniższe emerytury nie zapewniają dostatecznych środków do życia, to powinniśmy kontynuować stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego, w szczególności kobiet, w miarę wydłużania się życia. Jest to niezbędne, aby wydłużyć czas gromadzenia składek, a skrócić czas pobierania emerytury i dzięki temu zwiększyć wysokość świadczeń emerytalnych.

Eksperci

Polacy puszczają z dymem 105 tysięcy mieszkań rocznie

W bieżącym roku Polacy wydadzą na wyroby tytoniowe około 28 miliardy złotych – wynika z szacunków HR...

Na mieszkanie wydajemy co czwartą złotówkę

Najmocniej w ostatnim roku drożał wywóz śmieci. Według GUS podwyżka opłat wyniosła 31,3%, co więcej ...

To nie jest kraj dla bogatych ludzi – zmiany Małego ZUS-u

Dzięki rozszerzeniu Małego ZUS-u najmniejsi przedsiębiorcy każdego miesiąca zaoszczędzą średnio po k...

PKB Polski rośnie coraz wolniej. Opinia eksperta.

Polska gospodarka zwalnia. Od jakiegoś czasu mówi o tym ekonomiści. Kilka dni temu rządzący politycy...

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

AKTUALNOŚCI

Dlaczego Black Friday jest czarny, czyli #walmartfights, księgowi i kryzys

Już od kilku lat czarny piątek (ang. Black Friday) rozpoczyna sezon wyprzedaży w Polsce. O wiele dłu...

Zniesienie limitu ZUS od 1 stycznia 2020 – znowu prawdopodobne

12 listopada 2019 r. do Sejmu trafił projekt ustawy, przewidującej zniesienie górnego limitu składek...

Wielka kradzież danych osobowych. Uważaj, żeby nie spłacać cudzego kredytu!

W ciągu kilkunastu dni dane osobowe kilkuset tysięcy osób trafiły w niepowołane ręce na skutek rażąc...

KONKURS: odpowiedz na pytanie i wygraj mini-prenumeratę magazynu „Personel i ZarządzanieR

Zapraszamy do udziału w konkursie współorganizowanym przez BiznesTubę oraz Infor.pl. PYTANIE KONKURS...

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Koniec folii na warzywach czyli „tatuaże” zamiast plastiku. Farma Świętokrzyska wyznacza tren

Rewolucja na rynku BIO żywności w Polsce Farma Świętokrzyska jako pierwsza polska firma wprowadziła ...

W tym roku w Polsce zadebiutowało 17 nowych marek

Sloggi, Monki, Weekday, Peserico, Under Armour, Hermes - to kilka z siedemnastu międzynarodowych mar...

Indywidualne rachunki podatkowe już od stycznia 2020 r.

Znane są już bardziej szczegółowe informacje dotyczące indywidualnych rachunków podatkowych (mikrora...

Od 2020 r. pliki JPK także na żądanie prezesa UOKiK

22 listopada 2019 r. na stronie Rządowego Centrum Legislacji został opublikowany projekt rozporządze...

Kredyt gotówkowy na Święta, czyli co warto wiedzieć?

Jak wynika z szacunków firmy Deloitte, na tegoroczne Święta wydamy średnio 1521 zł – to aż o 350 zł ...