wtorek, Październik 8, 2019
Facebook
Home Archiwa 2019 Wrzesień

Miesięczne archiwaWrzesień 2019

Red Dev Studio zawarł umowę z Silver Lynx Games na wykonanie i komercjalizację gry planszowej Down to Hell. Środki na realizację projektu zostaną pozyskane w ramach kampanii crowdfundingowej na platformie Kickstarter.

Silver Lynx Games poniesie wszystkie koszty wytworzenia i komercjalizacji gry planszowej. Licencja została udzielona na okres 10 lat od dnia rozliczenia kampanii na platformie Kickstarter. Red Dev Studio przysługiwać będzie prowizja od wyniku netto ze sprzedaży tytułu (tj. po uwzględnieniu kosztów produkcji, kampanii, marketingu i dystrybucji).

Opinie, jakie zebrała gra “Down to Hell” po premierze na platformie Steam, utwierdziły nas w przekonaniu, że projekt jest niezwykle rozwojowy. Przeprowadziliśmy wspólnie z Silver Lynx Games analizę potencjału gier planszowych, z której wynika, że na zakup wersji analogowej naszej produkcji będzie wielu chętnych. Jestem pewien, że współpraca z naszym partnerem pozwoli na dostarczenie gry najwyższej jakości – ocenia Wojciech Sypko, Prezes Zarządu Red Dev Studio.

Red Dev Studio zadebiutowało 26 września na rynku NewConnect. Kurs akcji w trakcie debiutu wzrósł o ponad 25 proc., osiągając na otwarciu poziom 2,39 zł. Red Dev Studio to warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne. Firma powstała w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą     i atrakcyjną oprawą graficzną. Firma podpisała w ostatnich dniach list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Przeczytaj także:

Źródło: Red Dev Studio

Dezinformacja stała się problemem na tyle poważnym, że może wpływać na funkcjonowanie państw i rządów oraz destabilizować sytuację polityczną – wynika z najnowszego raportu NASK. Jego publikacji towarzyszył okrągły stół, do którego zaproszono m.in. przedstawicieli Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, MON, BBN i Rządowego Centrum Bezpieczeństwa. To istotne o tyle, że dezinformacja w internecie nasila się zwłaszcza przed wyborami, a w ocenie Komisji Europejskiej ostatnie lata pokazały już, że kampanie dezinformacyjne miały wpływ na wybory i referenda przeprowadzane w krajach UE. – Trzeba wypracować systemowe mechanizmy reagowania na to zjawisko – podkreśla wicedyrektor NASK Krzysztof Silicki.

– Dezinformacja jest zjawiskiem znanym od dawna. Nas interesuje to, w jakim stopniu zagraża ono bezpieczeństwu w cyberprzestrzeni, na ile jesteśmy w stanie to zjawisko monitorować, opisywać, definiować i mu przeciwdziałać, bo niewątpliwie ma ono charakter negatywny. Wpływ, jaki dezinformacja ma na rozmaite sfery naszego życia, ale też na gospodarkę, biznes, społeczeństwo i politykę, to temat naszego najnowszego raportu o zjawisku dezinformacji w dobie rewolucji cyfrowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Silicki, zastępca dyrektora ds. cyberbezpieczeństwa i innowacji NASK.

W raporcie „Zjawisko dezinformacji w dobie rewolucji cyfrowej” eksperci NASK podkreślają, że dezinformacja ma miejsce wtedy, kiedy rozpowszechniane informacje dotyczą kwestii ważnych z punktu widzenia interesu publicznego, mają wywołać niepewność lub wrogość, doprowadzić do zakłócenia procesów demokratycznych i są rozpowszechniane za pomocą zautomatyzowanych i agresywnych technik, takich jak boty, sztuczna inteligencja, mikrotargeting czy trollowanie.

– Sama definicja dezinformacji jest już ciekawym zagadnieniem, bo nie jest jeszcze zbyt precyzyjna. Generalnie chodzi o zjawiska, które na masową skalę wpływają na percepcję użytkowników cyberprzestrzeni. Zwykle są to kampanie stworzone po to, żeby osiągnąć pewien cel polityczny – choć nie tylko, co pokazuje przykład kampanii dezinformacyjnej wokół „Niebieskiego wieloryba” – mówi Krzysztof Silicki.

Jak podkreśla, trzeba wypracować systemowe mechanizmy reagowania na zjawisko dezinformacji. Stąd do współpracy zaproszone zostały instytucje, które mają z nim do czynienia prawie na co dzień, m.in. Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Ministerstwo Obrony Narodowej, Rządowe Centrum Bezpieczeństwa, Biuro Bezpieczeństwa Narodowego, Ośrodek Studiów Wschodnich, UODO oraz Facebook.

Publikacji raportu towarzyszył także zamknięty dla mediów okrągły stół dotyczący problemu dezinformacji, do którego zaproszono też przedstawicieli resortu cyfryzacji, CSIRT MON, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, resortu spraw zagranicznych, Biura Bezpieczeństwa Narodowego, Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, UODO, KRRiT, OSW, CERT Polska, Zespołu Dyżurnet, Ekspertów CyberPolicy, Ekspertów Akademii Nask, Akademii Sztuki Wojennej, Facebooka i EDGE. Publikacji raportu towarzyszy Europejski Miesiąc Cyberbezpieczeństwa, który startuje dziś.

Jak podkreśla dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa Marek Kubiak, współpraca wszystkich tych podmiotów jest kluczowa zwłaszcza przed wyborami, kiedy zjawisko dezinformacji przybiera na sile.

– Przy okazji wyborów parlamentarnych w Polsce również może to nastąpić. Dlatego podejmujemy działania zaradcze, jak uruchomienie Zespołu ds. Incydentów Krytycznych oraz zespołu, który zajmuje się zagrożeniami hybrydowymi. To są gremia eksperckie, w których uczestniczą przedstawiciele służb specjalnych i instytucji odpowiedzialnych za prawidłowy przebieg wyborów. Analizujemy wszystkie spływające informacje i podejmujemy stosowne działania, żeby przeciwdziałać wszystkim stwierdzonym nadużyciom – mówi Marek Kubiak.

W ocenie Komisji Europejskiej ostatnie lata pokazały już, że kampanie dezinformacyjne miały wpływ na wybory i referenda przeprowadzane w krajach Unii Europejskiej. To właśnie dezinformacja ze strony Federacji Rosyjskiej miała stanowić największe zagrożenie przed tegorocznymi, majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego.

– Prowadziliśmy już działania związane m.in. z zabezpieczeniem wyborów samorządowych i wyborów do Europarlamentu. W Polsce nie było zagrożeń, które spowodowałyby zakłócenie procesu wyborczego czy wpływałyby na wynik tych wyborów. Natomiast stwierdzamy próby wpływania na świadomość społeczeństwa poprzez tworzenie nieprawdziwych narracji i próby ich uwiarygodnienia poprzez udostępnianie w mediach. To jest problem, który staramy się zneutralizować – mówi dyrektor Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Komisji Europejskiej, 73 proc. internautów w krajach UE jest zaniepokojonych dezinformacją w okresie przedwyborczym, stąd walka z nią jest jednym z unijnych priorytetów w zakresie cyberbezpieczeństwa. Wokół tego zjawiska ostatnio dużo dzieje się na forum międzynarodowym: we wrześniu ub.r. przyjęto Kodeks postępowania w zakresie zwalczania dezinformacji. Z kolei w grudniu KE ogłosiła Plan Działań Przeciwko Dezinformacji („Action Plan against Disinformation”). Wskazała w nim konkretne działania do realizacji dla unijnych instytucji i państw członkowskich (np. stworzenia Rapid Alert System, systemu szybkiego ostrzegania przed kampaniami dezinformacyjnymi). Te miały zapobiec manipulacjom w majowych wyborach do Parlamentu Europejskiego i przyszłych elekcjach, które będą się odbywać w krajach członkowskich UE.

W Polsce problem dezinformacji na szczeblu ogólnopaństwowym i strategicznym był poruszany m.in. w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego, podczas prac nad rekomendacjami do nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego. Jak wynika z nowego raport NASK, problemem w dalszym ciągu pozostaje brak sprawnego systemu komunikacji i koordynacji działań w zakresie zwalczania dezinformacji na szczeblu krajowym.

Przeczytaj także:

– Problemem jest gigantyczna liczba informacji we współczesnym systemie komunikacyjnym. Coraz większe znaczenie ma nie tylko to, kto te informacje wytwarza, lecz także kto je filtruje, czyli kto z tej gigantycznej przestrzeni wybiera dla nas to, co my powinniśmy przeczytać i usłyszeć. Problemem pojawia się, kiedy tę rolę pełnią komercyjni pośrednicy w internecie, który na tle innych mediów jest przestrzenią bardzo słabo regulowaną – mówi dr hab. Mirosław Filiciak, dziekan Wydziału Nauk Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie SWPS.

Jak podkreśla, walka z dezinformacją wymaga zarówno odgórnych regulacji, edukacji i podnoszenia świadomości internautów, jak i wypracowania pewnego społecznego dialogu wokół tego zagadnienia, co jest zadaniem dla państwowych instytucji i NGO-sów.

– Myślę, że po aferach ostatnich dwóch lat, których symbolem jest Cambridge Analytica, pojawił się pewien konsensus pomiędzy regulatorami a biznesem, że tę przestrzeń trzeba w jakiś sposób uregulować, że konieczna jest pewna odgórna interwencja – podkreśla dr Mirosław Filiciak.

Badania przeprowadzone w tym roku przez Pracownię Badań Społecznych NASK pokazały, że z manipulacją lub dezinformacją zetknęła się w ostatnich miesiącach blisko połowa Polaków. Co trzeci (35 proc.) trafia w sieci na sfałszowane informacje przynajmniej raz w tygodniu lub częściej. Mimo to co piąty internauta (19 proc.) nie sprawdza wiarygodności internetowych informacji ani ich źródeł.

materiał prasowy

W ciągu pięciu ostatnich lat program cross-mentoringowy LeadersIN okazał się być znakomitym narzędziem świadomego kształtowania kariery zawodowej kobiet, a także okazją do zdobywania nowych i doskonalenia już posiadanych umiejętności. O jego sukcesie i skuteczności świadczy rosnąca liczba uczestników. W tegorocznej edycji weźmie udział co najmniej 50 mentorów i mentorek oraz 50 kobiet – mentees. Przyciągają je między innymi nazwiska osób, pod skrzydła których trafią, reprezentujących kadrę kierowniczą ważnych międzynarodowych i polskich firm. Piąta edycja programu startuje w październiku.

Gdy pięć lat temu ruszał program LeadersIN swoje wsparcie w roli mentorów i mentorek zgłosiło 46 przedstawicieli zarządów dużych firm i tyle samo kobiet, które chciały wziąć w nim udział w roli mentees. W poprzedniej czwartej edycji w projekcie wzięło udział 56 mentorów i mentorek oraz tyle samo podopiecznych. W ciągu wszystkich edycji mentorzy i mentees spędzili ze sobą łącznie około 1900 godzin.

Program cieszy się dużym zainteresowaniem a liczba uczestników i uczestniczek rośnie. W sumie cztery pierwsze edycje ukończyło 219 kobiet – liderek, które w programie widzą możliwości dalszego rozwoju ich kompetencji przywódczych. Wierzymy, że w przyszłości zaowocuje to zwiększeniem liczby kobiet w zarządach – mówi Iwona Dudzińska, Dyrektor zarządzająca, Citi Service Center Poland, członkini Rady Programowej, mentorka LeadersIN.

Kobiety kobietom

Na pomysł stworzenia programu cross-mentoringowego dla kobiet wpadły one same – liderki inicjatyw skierowanych do kobiet w Banku BPH, Citi, Deloitte oraz Fundację Vital Voices. Ich ideą było połączenie doświadczeń poszczególnych firm w realizowaniu programów wspierających rozwój zawodowy kobiet, a celem zwiększenie reprezentacji kobiet na stanowiskach zarządczych. Efektem jest projekt, który angażuje menedżerów na najwyższych stanowiskach, zarówno kobiety jak i mężczyzn, przedstawicieli dużych firm. Firmy, które biorą w nim udział wybierają kilka swoich  menedżerek, które tym samym wchodzą na ścieżkę mentoringu, a także delegują liderów najwyższego szczebla, w tym przede wszystkim prezesów i członków zarządu. Oni z kolei wcielają się w rolę mentorów. Mentees muszą mieć co najmniej siedmioletnie doświadczenie zawodowe i zajmować stanowisko na poziomie minimum starszego menedżera.

– Firmy uczestniczące w programie wyznają wspólne wartości, które opierają się na przekonaniu, że należy wspierać rozwój utalentowanych kobiet oraz ich przygotowanie do awansów. Na podstawie czterech dotychczasowych edycji widzimy, że program przyczynia się do powiększania grona kobiet liderek w Polsce. Liczymy na zainteresowanie kolejnych firm przyszłymi edycjami LeadersIN – komentuje Iva Georgijew, Partner Deloitte, Liderka Diversity & Inclusion w Deloitte w Europie Środkowej, członkini Rady Programowej i mentorka LeadersIN.

Przemyślana strategia

To co wyróżnia LeadersIN spośród innych mentoringowych projektów to fakt, że mentorzy i ich podopieczne są z różnych firm, trafiają więc pod skrzydła osób, z którymi nie pracują na co dzień. Dzięki temu program łączy doświadczenia wielu firm, branż i płci i pozwala na spojrzenie na wyzwania zawodowe z różnych perspektyw.

Sektory najliczniej reprezentowane w dotychczasowych edycjach programu to bankowość, technologie oraz doradztwo biznesowe. Jednak udział w nim biorą także przedstawiciele takich branż jak nieruchomości, telekomunikacja, media elektroniczne, doradztwo rekrutacyjne czy branża kosmetyczna – w sumie 17 sektorów, które szybko się rozwijają i kształtują rynek.

Przedsiębiorstwa, które zgłaszają się do programu chcą dzięki niemu wzmocnić realizowaną do tej pory we własnym zakresie ideę mentoringu. –Korzyści z udziału w programie są widoczne. Kobiety, które biorą udział w LeadersIN później same są inspiracją dla innych kobiet w swoich firmach i zachęcają je do podjęcia podobnej aktywności. Partnerska, oparta na doświadczeniu zawodowym i życiowym mentorów relacja pomaga odkrywać i rozwijać potencjał zawodowy i osobisty uczestniczek – dodaje Małgorzata Romaniuk, Wiceprezes zarządu, BPH, członkini Rady Programowej, mentorka LeadersIN.

Przeczytaj także:

Piąta edycja programu startuje w październiku i potrwa 9 miesięcy. Weźmie w niej udział ponad 25 dużych firm, w tym: Amgen, Amrest, BNP Paribas, BPH, Cardif, Cisco, Citi Handlowy, Citi, Dell, Deloitte, DIOR, Grupa Żywiec, GSK, IBM, JLL, MetLife, Microsoft, NN, Orange, P&G, PMI, Pracuj.pl, Ringier Axel Springer, Santander. Program realizowany będzie we współpracy z polskim oddziałem międzynarodowej fundacji Vital Voices, która została założona w 1997 roku w USA przez Hillary Clinton i Madeleine Albright. W Polsce fundacja, której misją jest inwestowanie w kobiety o potencjale przywódczym, działa od prawie dziesięciu lat i prowadzi wiele programów mentoringowych. Fundacja połączyła dotąd ponad 500 mentorów i podopiecznych we wszystkich programach przywództwa kobiet w Polsce, ułatwiła także wielu kobietom biznesu znalezienie się na prestiżowej liście „Najbardziej wpływowych kobiet” amerykańskiego magazynu Fortune.

Vital Voices inwestuje w kobiety, które mogą coś zmienić. Zaangażowanie się w program mentoringowy LeadersIN było czymś naturalnym, zgodnym z filozofią Fundacji. Vital Voices pełni rolę organizatora całości programu. Dokładamy wszelkich starań, aby jak najlepiej dobrać pary mentee-mentor. Ta relacja jest kluczowa dla sukcesu realizacji celów i istoty programu –  mówi Elżbieta Raczkowska, Dyrektor zarządzająca Vital Voices Chapter Poland, koordynatorka LeadersIN.

Źródło: LeadersIN

Umowa o pracę jest tradycyjnym modelem zatrudnienia, wybieranym przez niemal 80% Polaków. Rynek czekają jednak zmiany. Jak pokazują badania, kandydaci dotąd konserwatywni, obecnie coraz chętniej rozważają podjęcie współpracy na bardziej elastycznych zasadach. Dlaczego i co oznacza to dla pracodawców?

Stabilne zatrudnienie w oparciu o umowę o pracę – to jedno ze zdań, najczęściej pojawiających się w ogłoszeniach bez względu na branżę, lokalizację czy rodzaj stanowiska. Nic dziwnego, wspomniana forma zatrudnienia często determinuje przyjęcie danej oferty zawodowej przez kandydata, zaraz obok czynników takich jak wysokość wynagrodzenia, czy możliwości rozwoju. Na rynku zachodzą jednak zmiany. W przypadku stanowisk na poziomie specjalisty i wyższych, zauważa się trend coraz częstszego stawiania na elastyczne formy pracy.

Pracownik chce mieć wybór

Według badań opublikowanych przez Manpower, już niemal połowa kandydatów opowiada się za alternatywnym modelem zatrudnienia, preferując pracę na pół etatu (16%), na kontrakcie (13%), czy w formie projektowej (17%). Tylko 3% badanych wybiera pracą zdalną. – Jesteśmy świadkami zmian w preferencjach pracowników. Powoli umowa o pracę traci miejsce na podium, jeśli chodzi o czynnik wpływający na przyjęcie lub odrzucenie oferty. Są specjaliści, którzy chętniej decydują się na pracę na kontrakcie, motywując swój wybór możliwością realizacji innych zleceń lub chęcią osiągnięcia work-life balance – mówi Stephane Tikhomiroff, dyrektor generalny Perfetti Van Melle Polska.

Przeczytaj także:

Jak zatrzymać pracownika

Spadający poziom bezrobocia, utrzymujący się na poziomie ok. 5%, to dobra wiadomość dla pracowników i prawdziwe wyzwanie dla pracodawców. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę z tego, że gwarancją stabilnego rozwoju firmy jest przede wszystkim zatrzymanie rotacji. Zmiany na rynku pracy motywują do oferowania kandydatom coraz lepszych warunków zatrudnienia – w tym także, tak poszukiwanych dotąd, umów o pracę na pełny etat. Z drugiej strony, pracownicy zmieniają swoje priorytety. Szczególnie młode pokolenie na pierwszym miejscu stawia inne wartości niż ich starsi koledzy. Przedstawiciele pokolenia Y wskazują potrzebę realizowania swoich pasji, czy zbierania różnorodnych doświadczeń. Stabilne zatrudnienie przestaje być dla nich konieczne.

Jakie działania powinni podjąć pracodawcy, chcąc pogodzić ze sobą oba wspomniane trendy? Przede wszystkim, proponując elastyczność w ramach umowy. Możliwość pracy zdalnej, rozliczanie pracowników z efektów pracy zamiast z godzin spędzonych przy biurku, czy wprowadzenie systemu pełnienia obowiązków w nietypowych godzinach – to tylko kilka z przykładów rozwiązań, na jakie mogą zdecydować się przedsiębiorcy. Ważne jest także obserwowanie zmian na rynku pracy i uwzględnianie ich podczas planowania strategii rozwoju nie tylko zespołu, ale całej firmy.

Źródło: Perfetti Van Melle

Frankowicz w walce o swoje prawa wcale nie musi być osamotniony. Dziś na rynku funkcjonuje wiele instytucji, które są w stanie wesprzeć go w walce z bankiem. Począwszy od kancelarii odszkodowawczych do Rzecznika Finansowego. Do niego właśnie można się zwrócić z wnioskiem o przeprowadzenie pozasądowego postępowania w sprawie rozwiązania sporu z podmiotem rynku finansowego.
Postępowanie sądowe a postępowanie przed Rzecznikiem Finansowym – różnice

Jesteś Kredytobiorcą, masz kredyt „frankowy” i zdecydowałeś się na podjęcie działań zmierzających do odzyskania nadpłaconych rat?  Skompletowałeś dokumenty, została wyliczona kwota roszczenia, reklamacje skierowano do Banku, a w odpowiedzi Bank odrzucił roszczenie uzasadniając swoją decyzję obszerną argumentacją? Co dalej? Czy to koniec? Czy jedyną możliwością pozostaje wystąpienie na drogę sądową?

Wystąpienie z pozwem daje dziś największą szansę na odzyskanie nadpłaconych rat kredytu. Niektórzy mają jednak obawy o jego koszty oraz o wynik postępowania. Dla tych osób istnieje na szczęście inna droga. Art. 33 ustawy z dnia 23 września 2016 r. o pozasądowym rozwiązywaniu sporów konsumenckich daje możliwość wystąpienia z wnioskiem o wszczęcie pozasądowego postępowania w celu rozwiązania powstałego sporu. Artykuł wskazany powyżej i kolejne określają elementy niezbędne takiego wniosku, przebieg postępowania oraz przesłanki do odmowy wszczęcia postępowania. Zgodnie z art. 35 ustawy o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego i o Rzeczniku Finansowym z dnia 5 sierpnia 2015 r. wniosek o przeprowadzenie postępowania pozasądowego można skierować do Rzecznika Finansowego, a jego szczegóły zostały opisane w rozdziale 4 tejże ustawy.

Zalety postępowania przed Rzecznikiem Finansowym

Największym plusem postępowania przed Rzecznikiem jest jego koszt. Opłata od wniosku do Rzecznika to zaledwie 50 zł (zgodnie z art. 38 ustawy o rozpatrywaniu reklamacji przez podmioty rynku finansowego i o Rzeczniku Finansowym), a dodatkowo z chwilą złożenia kompletnego wniosku dochodzi do przerwania biegu przedawnienia roszczeń – tak jak ma to miejsce w przypadku złożenia pozwu. Należy pamiętać, że roszczenia z tytułu nadpłaconych rat oraz zapłaconych składek ubezpieczenia niskiego wkładu własnego (UNWW) ulegają przedawnieniu po 10 latach od ich powstania (po nowelizacji okresu przedawnienia w kodeksie cywilnym raty uiszczone po 09.07.2018 r. ulegają przedawnieniu po okresie 6 lat) i co istotne tyczy się to każdej konkretnej raty lub składki, a nie całego kredytu, zatem np. rata kredytu lub składka UNWW zapłacona 26.09.2009 r. ulega przedawnieniu 26.09.2019 r.

Przebieg postępowania przed Rzecznikiem Finansowym

W trakcie postępowania Rzecznik Finansowy nie reprezentuje żadnej ze stron, czyli nie występuje ani w imieniu Kredytobiorcy, ani w imieniu Banku – jego zadaniem jest udzielenie pomocy obu stronom w znalezieniu rozwiązania, które zakończy toczący się spór. Postępowanie przed Rzecznikiem ma charakter polubowny i służy wypracowaniu rozwiązania sporu, które będzie satysfakcjonowało zarówno Kredytobiorcę, jak i Bank. Kredytobiorca ma wpływ na ostateczny wynik postępowania, ale musi być przygotowany na pewne ustępstwa w kwestii zgłoszonych roszczeń.  Rzecznik może starać się zbliżyć stanowiska stron, przedstawiając własną propozycję rozwiązania sporu, ale to Kredytobiorca i Bank decydują, czy przedstawiona propozycja jest dla nich akceptowalna. Postępowanie może zakończyć się dojściem do porozumienia z Bankiem i zawarciem ugody kończącej spór, ale jeżeli ostatecznie wynegocjowane warunki nie są satysfakcjonujące, to Kredytobiorca może odmówić zawarcia ugody. Co więcej, Kredytobiorca w każdej chwili może wycofać wniosek, jeżeli nie satysfakcjonuje go przebieg postępowania, a z drugiej strony Bank w dowolnej chwili może uznać roszczenia Kredytobiorcy.

Ważna opinia Rzecznika

Jeżeli w toku toczących się rozmów strony nie wypracują porozumienia i nie dojdzie do zawarcia ugody, to na zakończenie postępowania Rzecznik Finansowy wydaje opinię, która – jeżeli będzie korzystna dla Kredytobiorcy – może wskazać Kredytobiorcy właściwy kierunek dalszych działań, tj. dochodzenie roszczeń na drodze postępowania sądowego. Natomiast, jeżeli opinia będzie negatywna, to będzie sygnałem, że postępowanie sądowe mogłoby być ryzykowne. Decydując się na skierowanie wniosku o przeprowadzenie pozasądowego postępowania w sprawie rozwiązania sporu z podmiotem rynku finansowego, trzeba mieć na uwadze, że postępowanie to ma charakter poufny, w związku z czym Strony postępowania jak i Rzecznik są zobowiązani do nie ujawniania żadnych informacji na temat jego przebiegu oraz zakończenia. Należy równocześnie pamiętać, że nie można traktować postępowania przed Rzecznikiem Finansowym jedynie, jako taniego sposobu przerwania biegu przedawnienia, gdyż Rzecznik odkrywszy taki zamiar Wnioskodawcy może oddalić wniosek.

Wady i zalety

Podsumowując dotychczasowe informacje, należy stwierdzić, że wystąpienie z wnioskiem do Rzecznika Finansowego o przeprowadzenie pozasądowego postępowania w sprawie rozwiązania sporu z podmiotem rynku finansowego ma niewątpliwie wiele zalet, niemniej jednak nie jest to postępowanie pozbawione wad. Z uwagi na bardzo dużą ilość prowadzonych przez Rzecznika spraw aktualnie na zakończenie postępowania można oczekiwać nawet ok. 2 – 3 lat, przy czym nie ma gwarancji, że Bank przystąpi do rozmów, a w trakcie negocjacji dojdzie do zbliżenia stanowisk stron i rozstrzygnięcia sporu. Może to oznaczać, że po tak długim oczekiwaniu konieczne będzie złożenie pozwu w sądzie. Pomimo niewątpliwych zalet postępowania polubownego najskuteczniejszym działaniem prowadzącym do odzyskania nadpłaconych rat i składek ubezpieczenia niskiego wkładu własnego pozostaje wystąpienie na drogę sądową.

Więcej o odzyskaniu nadpłaconych rat i dochodzeniu roszczeń z tytułu abuzywnych klauzul w umowach kredytów walutowych przeczytasz tutaj:

https://dlafrankowiczow.pl/

https://votum-sa.pl/oferta/mam-kredyt-we-frankach/

Na światowych lotniskach coraz częściej wykorzystywane są najnowsze technologie. Tomografia komputerowa sprawdza bagaże przy odprawie bezpieczeństwa, biometria pozwala na szybszy boarding, a roboty pomagają w poruszaniu się po lotnisku i nadawaniu bagaży. W Polsce nowe technologie na lotniskach to dopiero przyszłość. Port lotniczy w Warszawie wprowadza już bramki biometryczne. W przyszłości możliwe będzie także wykorzystanie inteligentnych robotów i wirtualnych asystentów, którzy przejmą część obowiązków na lotniskach.

– Lotnisko przyszłości na pewno będzie bardziej innowacyjne niż teraz. Na pewno nowe technologie zastąpią w niektórych momentach personel lotniczy, ale samo lotnisko się nie zmieni. Będzie nadal przyjazne, będzie radosne i będzie miejscem, gdzie pasażerowie będą wydawać dużo, dużo pieniędzy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Tomasz Kloskowski, prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Lotniska stają się coraz bardziej innowacyjne. Standardem stają się bramki biometryczne. Lotnisko w Dallas rozpoczęło test technologii biometrycznej na każdym etapie podróży pasażerskiej. Dubaj z kolei przygotowuje się do uruchomienia ścieżki biometrycznej, która zapewni pasażerom płynną i bezproblemową podróż na lotnisko w hubie lotniczym. W Polsce pojawiają się dopiero pierwsze bramki biometryczne, ale z biegiem czasu nowych technologii na polskich lotniskach będzie coraz więcej.

– Za granicą mamy już inteligentne checkiny, które często są bezobsługowe, w Polsce odprawiamy się jeszcze tradycyjnie, a nowością są dopiero odprawy przez internet. Natomiast mamy deficyt pracowników na rynku pracy i te nowe technologie do nas wejdą, czy tego chcemy czy nie. Będą pojawiały się na naszych lotniskach coraz szybciej – twierdzi Tomasz Kloskowski.

Coraz powszechniejszym widokiem na terminalach lotniczych są także roboty – m.in. robot Airstar na lotnisku Incheon , robot „Vistara” Rada w Indiach czy humanoidalny robot Josie Pepper w Monachium. Na lotnisku w Hadze pojawiły się autonomiczne wózki do przewozu bagażu i roboty bagażowe. Porty lotnicze wykorzystują też technologie głosowe – lotnisko Heathrow upoważniło podróżnych do proszenia Alexy o informacje na temat statusu lotu, aktualizacji bramek i szczegółów dotyczących przylotów i odlotów. Jeszcze innym rozwiązaniem są inteligentne okulary, które ułatwiają podróż osobom niedowidzącym.

– Technologia wchodzi najszybciej w Azji. To roboty, które pomagają pasażerom w poruszaniu się po lotniskach. Inteligentne systemy, które wspierają samoobsługę, żeby pasażer bezobsługowo przechodził praktycznie od wejścia do terminalu do samolotu. To jest główny kierunek, w którym będą zmierzać lotniska w przyszłości – przewiduje Tomasz Kloskowski.

Konsumenci coraz bardziej przyzwyczajają się do korzystania z produktów wirtualnej rzeczywistości. Dlatego niektóre lotniska starają się stworzyć bardziej wciągające wrażenia zarówno w terminalu, jak i podczas lotu. Inflight VR ​​jako pierwsza firma wprowadziła rozwiązanie rozrywkowe VR „choroba lokomocyjna”, które zostało przetestowane przez Iberię w salonach premium na lotnisku w Madrycie i na wybranych rejsach. Etihad i Emirates wypróbowały zestawy VR w salonach na lotniskach, a Alaska Airlines współpracuje ze SkyLights przy testowaniu VR IFE.

Przeczytaj także:

Dla rozwoju lotnisk istotny jest tzw. passenger experience, czyli to jak dany pasażer odbierze podróż – od odprawy, przez poruszanie się po lotnisku, zakupy i posiłki, po sam lot. Nowe technologie mają na celu poprawę komfortu podróży, inne idą jeszcze dalej. W 2018 roku lotnisko w Dubaju, jako pierwsze współpracowało z Deliveroo, jednym ze światowych liderów w dostarczaniu żywności. DeliverooDXB umożliwia dostarczenie świeżo przygotowanego jedzenia bezpośrednio do bramki w ciągu kilku minut od zamówienia. Port lotniczy Amsterdam-Schiphol we współpracy z HMSHost International również poszedł w ich ślady.

– Żeby pasażer do nas wracał, musimy spowodować, że będzie czuł się dobrze. Nie tylko przelecieć z punktu A do punktu B w jak najszybszym czasie, lecz także po drodze zbierze frukty, czyli będzie szczęśliwy. Bo nagle tu dostanie jakiś smaczek, tam coś tanio kupi, tu jeszcze coś go zaskoczy – tłumaczy prezes Portu Lotniczego Gdańsk im. Lecha Wałęsy.

Grand View Research podaje, że rynek inteligentnych lotnisk w 2025 roku będzie wart ponad 25 mld dol.

materiał prasowy

Od kilku lat trwa debata na temat tego, w jakiej formie użytkownicy czytają gazety i magazyny. Gdy postawimy naprzeciw siebie druk i wydania cyfrowe, to szala przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę nie dając konkretnej odpowiedzi na pytanie „co jest lepsze?”. A co jeśli okazuje się, że te dwie metody wcale nie są przeciwnikami, ale sojusznikami?

W Internecie krąży wiele różnych opinii na temat wydań drukowanych i cyfrowych, jednak nie ma konkretnych argumentów przemawiających za jedną z form. Część osób mówi, że prasa drukowana umiera. Nic bardziej mylnego. Co więcej, zyskała partnera do ekspansji biznesu. W jaki sposób te dwie formy mogą wspierać się nawzajem?

Odwieczna konkurencja

W 2017 roku firma Freeport Press przeprowadziła badanie prasy na temat preferowanego formatu czytanej publikacji. Około 44% ankietowanych wskazało, że miesięcznie czyta od 1 do 2 gazet w papierowej wersji. Z kolei 27% osób wskazało, że miesięcznie w formie cyfrowej czyta 1 lud 2 magazyny.

Wyniki badania wskazały, że prasa drukowana wciąż ma się bardzo dobrze. Warto jednak zwrócić uwagę, że już wtedy 1/3 czytelników prasy wskazywała formę cyfrową jako preferowaną. To znak dla wydawców, aby prowadzić dwutorowe działania i skupić się na nie tylko na utrzymaniu sprzedaży wydań drukowanych, ale również odkryć potencjał formatu cyfrowego.

Magia druku

Wielu czytelników nadal preferuje czytanie artykuł w wersji papierowej. Jest coś w trzymaniu czasopisma, przewracaniu stron i charakterystycznym zapachu tuszu ma papierze, który zachwyca wielu czytelników.

Internet posiada szeroki zasób treści i wiele osób korzysta z niego, aby czytać najświeższe wiadomości i historie, dla których niekoniecznie znajdzie się miejsce w druku. Papierowe wydania są postrzegane bardziej jako format, którego ramy są uhierarchizowane według określonego porządku. Część czytelników klasyfikuje siedzenie i czytanie czasopism jako formę relaksu oraz przerwę od ekranu, w który wpatrują się przez większość dnia.      

Przewaga cyfrowa?

Czasopisma cyfrowe mają wiele zalet, a najważniejszą z nich wydaje się być wygoda. Dodatkowo publikacje w takiej wersji są szybsze w produkcji, łatwo dostępne i oferują wiele funkcji, jakich nie posiadają wydania drukowane.

Jeżeli wydawca oferuje drukowane wydanie, to utworzenie formatu cyfrowego może być łatwym procesem. Takim, który kosztuje niewielki ułamek kosztów produkcji i dystrybucji czasopisma drukowanego. Ponadto czytelnicy mają do niego bardzo łatwy dostęp, bez względu czy korzystają z telefonu, tabletu czy komputera. Dobrze zaprojektowane e-wydanie będzie wyświetlać się na każdym z tych urządzeń bez problemów.

Poza tym, czytelnik może je wszędzie zabrać, bez potrzeby szukania dodatkowego miejsca czy zmartwienia gdy magazyn się zgubi. E-wydanie jest łatwo dostępne i możne je otworzyć jednym ruchem palca.

Warto zaznaczyć, że podobnie jak drukowane odpowiedniki, czasopisma cyfrowe mają wyjątkowe zalety. Druk ma swój szczególną formę oraz zapach, z kolei magazyny cyfrowe oferują interaktywne funkcje, np. multimedia czy analityka treści. Wzbogacenie publikacji czy e-wydania o dodatkowe materiały sprawi, że będzie ono bardziej popularne wśród czytelników. Tym samym odbiorca angażuje się w treść, a nie tylko ją scrolluje.

Wspólnie niektóre rzeczy działają lepiej

Opinii na temat zalet formy drukowanej i cyfrowej istnieje tyle, ile jest osób. Oba formaty dobrze ze sobą współgrają. Zarówno media drukowane, jak i cyfrowe mają swoje miejsce. Dzięki unikalnym zaletom każdego z nich można zbudować własną strategię w oparciu o działania, które najlepiej sprawdzą się w grupie docelowej odbiorców.

Posiadanie obu formatów jest korzystne dla rozwoju firmy. Jeżeli istnieje drukowana wersja danego tytułu, to aby wyjść naprzeciw oczekiwaniom odbiorców i utrzymać czytelnictwo należy uruchomić także wersję cyfrową. Dla wydawców, którzy nie mają wystarczającego zaplecza aby uruchomić i rozpocząć dystrybucję e-wydań magazynów istnieją internetowe kioski, które pomagają wydawcom w e-składzie, a czytelnikom oferują dostęp do e-prasy w ramach przystępnego abonamentu. Wystarczy tylko spróbować!  

Źródło: Publico24 Newsstand

Polacy coraz częściej jedzą poza domem. Już połowa decyduje się na posiłek w centrum handlowym co najmniej raz w miesiącu, a co trzecia młoda osoba stołuje się w ten sposób co najmniej raz w tygodniu – wynika z badania zrealizowanego na zlecenie CBRE. Eksperci wskazują, że zmieniający się styl życia polskiego konsumenta ma wpływ na rosnące znaczenie strefy gastronomicznej. Oferta się urozmaica – restauracje i kawiarnie w centrach handlowych to już nie tylko fast-food, ale kuchnia z całego świata na wysokim poziomie oraz rozwiązania podążające za najnowszymi trendami.

– Strefa gastronomiczna w centrum handlowym jest niezwykle istotna. To już nie tylko miejsce odpoczynku po intensywnych zakupach, ale kierunek sam w sobie. Klienci chcą zatrzymać się tam na dłużej i spędzić czas w atrakcyjnym otoczeniu z rodziną bądź znajomymi. Już od co najmniej 5 lat, projekty stref gastronomicznych z urozmaiconą ofertą, pojawiają się zarówno w nowopowstających centrach handlowych, jak i w starszych obiektach, które modernizują swoje powierzchnie i celowo powiększają strefę gastronomiczną kosztem regularnych lokali – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Polacy ruszają do restauracji w centrach handlowych. Obroty idą w górę

Z badania przeprowadzonego na zlecenie CBRE wynika, że Polacy regularnie odwiedzający centra handlowe, chętnie korzystają z oferty gastronomicznej. Co dziesiąty na posiłek w strefie food court decyduje się codziennie lub 2-3 razy w tygodniu. Raz w tygodniu stołuje się w ten sposób 12% konsumentów, 2-3 razy w miesiącu 17%, a raz w miesiącu 15%. Również 15% respondentów wskazało, że w ogóle nie korzysta z gastronomii w centrum handlowym. Popularność food courtu zależy od wieku. Aż 36% młodych osób (18-24 lata) jada w centrum handlowym co najmniej raz w tygodniu, podczas gdy tylko co dziesiąty 55-latek (lub starszy) decyduje się na to z taką częstotliwością.

Duża popularność kawiarni i restauracji przekłada się na rosnące obroty. Z danych Retail Institute opublikowanych w „Experts Review, wyniki centrów i sieci handlowych w II kw. 2019 roku” wynika, że w dużych centrach handlowych obroty wzrosły aż o 16,2% rok do roku, w średnich centrach o 5,7%, a w małych o 4,5%. Jak wskazują eksperci CBRE, wyniki związane z dochodami stref gastronomicznych są zaniżone przez zakaz handlu w niedzielę. Gdyby ten nie istniał wzrosty obrotów byłyby jeszcze większe.

Wzrost obrotów restauracji i kawiarni zanotowane w pierwszej połowie roku są naprawdę znaczące. Właściciele centrów handlowych zrozumieli, że urozmaicona oferta gastronomiczna jest w stanie ściągnąć klientów równie skutecznie jak np. nowy sklep, co sprawdza się szczególnie w niehandlowe niedziele, kiedy większa część obiektów handlowych jest zamknięta. W tym aspekcie zdecydowanie lepiej radzą sobie duże obiekty handlowe w największych miastach i zlokalizowane w centrach – mówi Magdalena Frątczak, Szefowa Sektora Handlowego CBRE.

Przeczytaj także:

Oferta kulinarna coraz bardziej trendy

Eksperci CBRE w raporcie „Retail.me 2019” zwracają uwagę, że spójnie zaprojektowana i zaaranżowana strefa gastronomiczna w centrach handlowych jest traktowana jako odrębna całość. Najemcy dbają m.in. o spójność przestrzeni tworząc strefy skierowane do konkretnych odbiorców. Dużą wagę przykłada się do aranżacji: układu przestrzeni, zastosowanych materiałów wykończenia wnętrz czy budowania atmosfery miejsca. Widać to m.in. w Galerii Młociny, gdzie całą przestrzeń na poziomie +2 przeznaczono na ofertę rozrywkową i gastronomiczną. Przestrzeń podzielona jest na kilka stref tematycznych: „Karuzela” przypomina klasyczny food court, „Dechy na Bielanach” oferują food trucki i taras, a „Hala Hutnik” to przestrzeń ze wspólnymi stołami w industrialnym klimacie. Przestrzeń restauracyjna może pomieścić aż 1,5 tys. osób.

Restauracje ze swoją ofertą nadążają również na najnowszymi trendami społecznymi, m.in. związanymi z ekologią i zdrowym odżywianiem. Klienci znajdą miejsca z daniami wysokiej jakości, które są przygotowywane ze zdrowych i świeżych składników. Coraz częściej też stosowane są materiały wielokrotnego użytku, m.in. Soup Culture specjalizuje się w wegańskich i wegetariańskich zupach, które są podawane w jadalnych kubkach.

Źródło: CBRE

Według badania GfK Purchasing Power Europe 2018 średnia siła nabywcza w Polsce w 2018 r. wyniosła 7228 euro na mieszkańca, czyli mniej więcej połowę średniej europejskiej. Wskaźnik ten, obrazujący realną wartość pieniądza pokazuje, że pod względem finansów możemy pozwolić sobie na mniej niż statystyczny Europejczyk. Mimo że nasza siła nabywcza jest niższa niż przeciętna w Europie, to wciąż rośnie. Od 2017 r. odnotowano wzrost w tym obszarze aż o 518 euro. Jest on spowodowany m.in. wzrostem zarobków w naszym kraju. W styczniu 2020 r. płaca minimalna ma wynosić 2450 zł brutto, czyli na przestrzeni 5 ostatnich lat wzrośnie o 45 proc. Bogacenie się społeczeństwa powinno przekładać się na większy popyt na rynku mieszkaniowym. Czy rzeczywiście tak się dzieje? Jak siła nabywcza Polaków wpływa na możliwość zakupu wymarzonego M.? Na te pytania odpowiadają Eksperci Związku Firm Pośrednictwa Finansowego (ZFPF).

Ceny wolnej, ale rosną…

Nie dziwi, że największą siłą nabywczą dysponują mieszkańcy Warszawy, o 87 proc. wyższą od średniej krajowej, wynoszącej jednocześnie niemal 95 proc. średniej europejskiej. – Za siłę nabywczą odpowiada w dużej mierze poziom zarobków. Wspomniany wskaźnik i ceny mieszkań to naczynia połączone. Jego wzrost i wzrost wynagrodzeń napędzają wzrost cen na rynku nieruchomości. Ci, którzy dyktują na nim stawki, wiedzą, że w takiej sytuacji kupujących stać na więcej, dlatego podnoszą ceny – komentuje
Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Raport Expandera i Rentier.io pokazuje, że w II kwartale 2019 r. w stosunku do poprzedniego okresu odnotowano wzrost cen mieszkań na poziomie 3,5 proc. Jednak w porównaniu do poziomu sprzed roku, w większości miast analizowanych w zestawieniu, ceny ofertowe podniosły się o ponad 10 proc.

Do niedawna ceny mieszkań niemal nieustannie rosły. W maju i czerwcu wzrosty jednak ustały i zatrzymały się na wcześniejszym, czyli dość wysokim poziomie. Obecnie trudno jeszcze ocenić czy to już koniec boomu na rynku, czy tylko chwilowa przerwa przed dalszymi zwyżkami. Na rozstrzygnięcie musimy poczekać przynajmniej do jesieni – zauważa Jarosław Sadowski, ekspert ZFPF, Expander Advisors.

Warto zatem sprawdzić, jak wyglądają obecnie ceny nieruchomości w największych miastach regionalnych.Przykładowo, średnie ceny ofertowe mieszkań w czerwcu 2019 wskazywały, że w Warszawie średnio za 1 mkw. trzeba zapłacić ok. 10 444 zł, czyli o niecałe 10 proc. więcej niż przed rokiem. W Gdańsku kupujący zapłacą ok. 8 917 zł, co oznacza blisko 11 proc. wzrost względem ubiegłorocznego bilansu. Koszt ten we Wrocławiu sięga 7 668 zł/mkw. Tutaj ceny wzrosły podobnie, o ok. 11 proc. Spośród przeanalizowanych miast, najtaniej nas wyniesie posiadanie własnego lokum w Łodzi. Tutaj 1 mkw. kosztuje najmniej, bo ok. 5 197 zł, jednak to właśnie w Łodzi odnotowano  największą zmianę i cena wzrosła aż o blisko 12,5 proc.– Jak pokazuje nasze opracowanie, wzrost cen widoczny jest także w ujęciu kwartalnym. Analizując ceny z II kw. 2019 r. z największym wzrostem cen w stosunku do początkowego okresu roku (I kw. 2019) mieliśmy do czynienia w Gdańsku – blisko 7 proc., w Warszawie – 4,6 proc. Nieznaczna podwyżka nastąpiła także we Wrocławiu – 2 proc. – zaznacza Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

W przypadku rynku nowych mieszkań, rosnące ceny wynikają również w dużej mierze z coraz to większych kosztów związanych ze wzrostem cen materiałów budowalnych, kosztem usług fachowców oraz brakami kadrowymi w tej branży. Dodatkowo zmorą wielu deweloperów są wysokie ceny działek pod budowę nowych inwestycji. 

… ale nasza siła nabywcza również

Osoby, które przymierzają się do zakupu nowego mieszkania narzekają na wzrost cen nieruchomości. Jednak na szczęście w podobnym tempie rosną nasze wynagrodzenia, dzięki czemu dostępność mieszkań nadal jest dość dobra. Na zakup lokum o powierzchni 50 mkw. trzeba przeznaczyć ok. 99 pensji netto, czyli zarobki z przeszło 8 lat. – Może się wydawać, że 99 pensji to dużo, ale dla porównania przed 2012 r. na zakup lokum o tej samej powierzchni musielibyśmy przeznaczyć równowartość 120 wynagrodzeń, a w 2007 r., w czasie poprzedniego boomu na rynku nieruchomości było to aż 180 miesięcznych pensji. Ponadto 99 pensji, to mniej więcej tyle samo co w 2013 r., kiedy ceny mieszkań były znacznie niższe. Dlatego mimo wyższych cen dostępność mieszkań wciąż można uznać za dobrą – komentuje Jarosław Sadowski, Expander Advisors.

Kredyt nie dla wszystkich…

Kwestia siły nabywczej jest również związana z dostępnością kredytów hipotecznych. Czy wyższe zarobki przekładają się na poprawę zdolności kredytowej i zwiększają szanse na otrzymanie finansowania? Jakie warunki obecnie „dyktują” banki kredytobiorcom?

Jak zaznacza Jarosław Sadowski, jeśli ktoś nie otrzymał znacznej podwyżki wynagrodzenia, to jego szanse na kredyt spadły. – W przypadku 3-osobowej rodziny, której łączny dochód wynosi 5 tys. zł netto miesięcznie, przeciętna dostępna kwota kredytu wynosi ok. 310 tys. zł, czyli najmniej od momentu, kiedy Expander przygotowuje takie zestawienia, czyli od 2013 r. – stwierdza. Co wpływa na tę mniejszą dostępność kredytów hipotecznych? – To w części wynik podwyżek marż. Widać to najwyraźniej na przykładzie kredytów z niskim 10 proc. wkładem własnym. Ich średnie oprocentowanie wynosi 4,14 proc. i jest najwyższe od 5 lat. – dodaje Jarosław Sadowski.

Przygotowując się na prognozowane spowolnienie gospodarcze – w przyszłym roku czeka nas mniejsze tempo wzrostu PKB: o 4 proc., a w 2021 r. o 3,5 proc. – banki zaostrzyły swoją politykę kredytową. Dlatego też podniesiono marżę kredytową, obniżono maksymalne kwoty kredytu oraz wzrosły ich dodatkowe koszty. Można się zatem spodziewać, że w przyszłości warunki zaciągania kredytów, szczególnie dla pewnej grupy klientów banków będą jeszcze mniej korzystne. Pamiętajmy, że chcąc zaciągnąć kredyt, trzeba wziąć pod uwagę obok posiadania odpowiedniej zdolności finansowej, również posiadanie środków na wkład własny – obecnie jest to 20 proc. Istnieje możliwość obniżki do 10 proc., ale w tym przypadku przyszli kredytobiorcy muszą pamiętać o pewnej zależności. – Im niższy wkład własny, tym kredyt jest droższy. Zwiększa wysokość całościowej sumy, którą będziemy musieli zwrócić bankowi, na co wpływa, chociażby wyższa marża dla banku. Poza tym, banki biorą również pod uwagę prognozowe spowolnienie gospodarcze, mimo pozytywnych wskaźników PKB. Takie zjawisko rodzi u kredytobiorców pytanie o zdolność finansową Polaków do spłaty rat kredytu – wyjaśnia Ewa Kozłowska, ekspert ZFPF, Gold Finance.

Przeczytaj także:

A może najem?

Osoby, które nie mogą liczyć na otrzymanie kredytu hipotecznego lub spodziewają się, że ich siła nabywcza w przyszłości pogorszy się, mogą wynająć mieszkania zamiast je kupować. Ten segment cały czas się rozwija, a wybór lokali stale się poszerza.

Decydując się na najem, nie musimy także rezygnować z marzenia o posiadaniu własnego M. Można skorzystać np. z rządowego Programu Mieszkanie Plus, który umożliwia ubieganie się o mieszkanie z opcją najmu lub najmu z dojściem do własności. To jeden z głównych filarów Narodowego Programu Mieszkaniowego, którego podstawowym celem jest zwiększenie liczby przystępnych cenowo mieszkań dostępnych na rynku nieruchomości. Jego zadaniem jest wspieranie tych osób, których siła nabywcza nie jest wystarczająco duża, aby mogli uzyskać własny lokal. Program realizowany jest we ścisłej współpracy z wieloma jednostkami samorządów terytorialnych i spółkami Skarbu Państwa. Osiedla powstające w ramach projektu są dobrze skomunikowane z centrum miasta, z dostępem do placu zabaw dla dzieci. Leżą nieopodal szkół, przedszkoli, placówek medycznych. Mogą w ten sposób wyjść naprzeciw i udogodnić warunki mieszkaniowe mi in. tym, których nie stać na zakup własnego lokum. Wszyscy zainteresowani tym rozwiązaniem nie powinni zwlekać z decyzją, ponieważ na tym etapie programu dostępność mieszkań w porównaniu do zapotrzebowania jest relatywnie niska.

Źródło: Związek Firm Pośrednictwa Finansowego

Ponad 7 na 10 zadłużonych firm, które znajdują się w KRD, to mikroprzedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą. Mają do oddania łącznie 5 mld zł. Tylko w ciągu pięciu ostatnich lat dług ten wzrósł o 3,2 mld zł. Dlaczego nie płacą? Przede wszystkim dlatego, że borykają się z problem zatorów płatniczych. Niepłacący na czas kontrahenci i klienci są winni najmniejszym przedsiębiorcom w naszym kraju 910 mln zł. Jak wynika z raportu Intrum European Payment Raport 2019, opóźnione płatności są jedną z poważniejszych bolączek polskiej gospodarki. Większe podmioty potrafią sobie radzić z negatywnymi skutkami tego zjawiska i zabezpieczać się na wypadek utraty płynności finansowej, ale mikrobiznesy wydają się być na straconej pozycji.

W ciągu ostatnich pięciu lat zadłużenie polskich mikroprzedsiębiorców wzrosło drastycznie. Obecny dług 5 mld zł jest dzielony „tylko” przez 190 tys. firm. Najwięcej do oddania, bo 1,46 mld zł mają te zajmujące się handlem. Drugie miejsce z długiem 875 mln zł zajmują przedsiębiorcy działający w branży budowlanej i remontowej. Mali przewoźnicy mają do oddania 657 mln zł, a niewielkie zakłady przemysłowe 526 mln zł. Komu przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność gospodarczą winni są pieniądze? Przede wszystkim są to fundusze sekurytyzacyjne (1,9 mld zł zadłużenia), czyli podmioty, które skupują długi od banków, operatorów telefonii komórkowych czy towarzystw ubezpieczeniowych. W tym względzie najmniejsi przedsiębiorcy nie różnią się od tych z sektora MŚP. Następnym wierzycielem mikrofirm pod względem wielkości zadłużenia jest sektor finansowych (dług wynoszący ponad 1,5 mld zł), czyli chodzi zaległe płatności u banków, firm leasingowych i faktorów.

Jakie są powody kiepskiej sytuacji finansowej najmniejszych biznesów w Polsce?

Złe przygotowanie do prowadzenia biznesu

 Z pewnością na tej liście znajdują się „grzechy nowych na rynku” i błędy, które najczęściej popełniają mikroprzedsiębiorcy, czyli np. osoby, które postanawiają założyć jednoosobową działalność gospodarczą – pracować „na własny rachunek”. Wielu osobom marzącym o własnym biznesie wydaje się, że to łatwe założyć i co ważne utrzymać firmę na rynku. A jak pokazują doświadczenia wielu podmiotów i dane rynkowe, to wcale nie jest takie proste – ok. 80 proc. nowych firm nie przeżywa dwóch pierwszych lat funkcjonowania. Zły biznesplan, brak znajomości mechanizmów rynkowych i doświadczenia, nieodpowiednia nisza czy zły dobór grupy klientów, do której kieruje się swoje produkty i usługi sprawiają, że przedsiębiorcy zaczynają mieć kłopoty z bieżącym finansowaniem swojej działalności. Nie stać ich na regularne uiszczanie wszystkich rachunków (priorytet mają zawsze najważniejsze faktury), więc zaczynają mieć długi. Zaciągają też kredyty, by móc funkcjonować. Tych zobowiązań także nie spłacają na czas, więc zadłużenie tylko narasta. Pokazują to także dane zebrane przez KRD – 68 proc. zadłużenia mikrofirm pochodzi z niespłacanych kredytów – zaznacza Małgorzata Okoń, ekspert Intrum.

Trzeba też zaznaczyć, że wspomniane branże, które skupiają mikroprzedsiębiorców, też nie należą do łatwych. Budownictwo jest jednym z najbardziej zadłużonych sektorów naszej gospodarki. W handlu i drobnych usługach występuje duże rozdrobnienie i konkurencja. Te fakty oraz warunki i otoczenie biznesowe niesprzyjające małym firmom, odbijają się negatywnie na ich kondycji finansowej.

„Nie płacę, bo klienci mi nie płacą”

Kolejną znaczącą przyczyną zadłużenia najmniejszych firm są zatory płatnicze, na które narażeni są mikroprzedsiębiorcy. Jak się okazuje, głównymi dłużnikami tej grupy są duże spółki – 11,5 tys. podmiotów. Jak wynika z danych zebranych przez KRD, na nie przypada blisko połowa (47 proc.) wierzytelności, jakie mają do odzyskania mikrofirmy, czyli ok. 430 mln zł. Nie płacą również konsumenci, którzy są winni blisko 178 mln zł.

– Opóźnione płatności są znaczącym problem rodzimej gospodarki, który, jak pokazują nasze analizy, niesie ze sobą wiele konsekwencji dla firm. Chodzi np. o problem z utrzymaniem płynności finansowej, brak wystarczających środków na bieżącą działalność, nie mówiąc o funduszach, które mogłyby być przeznaczone na rozwój, inwestowanie w nowe w technologie czy zatrudnianie nowych pracowników. Zatory płatnicze stanowią duże utrudnienie w funkcjonowaniu średnich i nawet tych większych firm, ale niepłacący na czas kontrahenci i klienci są największym obciążeniem dla najmniejszych przedsiębiorców, którzy na zapłatę czekają średnio 3,5 miesiąca – komentuje Małgorzata Okoń, ekspert Intrum.

Problem, z którym borykają się mikrofirmy, jest o tyle poważny i znaczący, że stanowią one aż 96 proc. wszystkich przedsiębiorstw w Polsce. Razem z małymi i średnimi firmami tworzą 50 proc. wartości polskiego PKB, podczas gdy te największe biznesy „tylko” 24 proc. Problemy najmniejszych przedsiębiorców są zatem jednocześnie problemem naszej gospodarki. – Niestety, zatory płatnicze są powszechniejszym zjawiskiem, także w całej Europie i trzeba zaznaczyć, że w niektórych sektorach wydłużył się czas, w którym klienci uiszczają płatności. Wyniki badania przeprowadzonego przez Intrum pokazują, że firmy płacą rachunki średnio po 40 dniach (w porównaniu z 34 dniami, jak wskazywał raport z 2018 r.). Nasz kraj na tle Europy wypada lepiej – sektor B2B płaci po 26 dniach. Jeżeli chodzi o czas, w jakim podmioty z europejskiego sektora publicznego opłacają faktury, są to 42 dni i jest wzrost w stosunku do 40 dni zgłoszonych w ubiegłym roku – podaje Małgorzata Okoń, ekspert Intrum.

Większe przedsiębiorstwo kilka niezapłaconych faktur może „wrzucić sobie w koszty” lub np. środki przeznaczone na rozwój przekierować i opłacić dzięki nim rachunki, jeżeli brakuje na to funduszy z bieżącej działalności. Najmniejsze firmy nie są w tak „komfortowej” sytuacji. Z powodu opóźnień w płatnościach brakuje im pieniędzy na opłacanie swoich kontrahentów i podwykonawców, także tych z własnego sektora. Ponad 18 tys. jednoosobowych działalności gospodarczych jest winna innym mikroprzedsiębiorstwom łącznie 287 mln zł.

Przeczytaj także:

Ochrona przed nierzetelnymi klientami. Czy to możliwe?

Czy najmniejsi przedsiębiorcy rzeczywiście mają nikłe szanse na ochronę przed konsekwencjami wynikającymi z zatorów płatniczych, na które narażają ich nierzetelni kontrahenci i klienci? Niekoniecznie. Mogą stosować te same sprawdzone środki, co większe biznesy. Właściciele mikrofirm np. mogą domagać się od swoich kontrahentów przedpłaty (to rozwiązanie stosuje blisko 60 proc. pytanych przez Intrum polskich przedsiębiorców), a także wcześniej, przed podjęciem współpracy, oceniać ich zdolność kredytową. Do dyspozycji mają również ubezpieczenia wierzytelności oraz gwarancje bankowe. – Co więcej, przedsiębiorcy biorący udział w badaniu Intrum uważają, że mogą rozwiązać wspomniany problem, jeżeli wezmą sprawy w swoje ręce – ponad 4 na 10 respondentów Europejskiego Raportu Płatności 2019 uważa, że dobrowolne inicjatywy firm zmniejszą problem opóźnień w płatnościach – dodaje Małgorzata Okoń, ekspert Intrum.

Pomocną dłoń podaje także prawo. Mowa np. o dyrektywie UE w sprawie zwalczania opóźnień w płatnościach w transakcjach handlowych, która ma również odzwierciedlenie w polskim ustawodawstwie. Wspomniana regulacja przewiduje rekompensatę za ponoszone przez wierzycieli koszty dotyczące odzyskiwania należności, w związku z opóźnionymi płatnościami, aby ograniczyć występowanie tego zjawiska i pomóc firmom w prowadzeniu biznesu. Niestety, jak pokazuje badanie Intrum, tylko 14 proc. przedsiębiorców w naszym kraju jest zaznajomionych ze wspomnianą dyrektywą.

Źródło: Intrum

Pół tysiąca złotych za dzień w przeliczeniu na jeden pojazd. Tyle może zapłacić przedsiębiorca za brak danych z tachografu. Odczyty czasu pracy kierowców zawodowych są podstawowymi informacjami, które przewoźnik powinien przechowywać. Inspekcja Transportu Drogowego może je sprawdzić nawet rok wstecz. Michał Senger, ekspert Inelo, radzi, jak bezpiecznie gromadzić dane w firmie transportowej.

Tachograf odczytujemy maksymalnie co 90 dni kalendarzowych, używając do tego karty przedsiębiorstwa, na którą tacho zostało zablokowane. Dobrą praktyką jest odczyt częściej niż przewidziane trzy miesiące. Gdy spóźnimy się z odczytem, narażamy się na kolejną karę w wysokości 500 zł (na pojazd za każdy dzień).

Jeżeli więc w firmie jest kilkanaście samochodów i wszystkie mają nieterminowe odczyty, możemy otrzymać maksymalny mandat przewidziany taryfikatorem. Wówczas nie jest istotne to, że kierowcy jeżdżą zgodnie z przepisami. Jeśli więc ze względu na specyfikę transportu kierowcy nie wracają zbyt często do bazy i nie ma możliwości regularnego odczytania tachografów w siedzibie, wskazane jest zainstalowanie w pojazdach systemu telematycznego, umożliwiającego zdalny odczyt danych – sugeruje Michał Senger, ekspert Inelo ds. rozliczeń i szkoleń.

Blokada kartą przedsiębiorstwa

W przypadku, gdy przewoźnik zakupi samochód ciężarowy tak zwany używany, to taki pojazd może być zablokowany kartą poprzedniego właściciela. Dlatego w pierwszej kolejności po zakupie i wprowadzeniu do pamięci rejestratora nowego numeru rejestracyjnego, należy w serwisie tachografów od razu zablokować ciężarówkę kartą danego przedsiębiorstwa. Jeśli o tym zapomnimy, w przyszłości może nie udać się odczytać danych dla zatrudnionych kierowców. Uzyskamy co prawda plik odczytu, ale z opisem brak czynności/brak danych. Jak zweryfikować, czy możemy odczytać dane z tachografów używanych pojazdów? Można to zrobić w prosty sposób w programie do rozliczania czasu pracy kierowcy, takim jak 4Trans. Wystarczy sprawdzić, czy da się otworzyć klika losowo wybranych dni z różnych okresów i czy widać zarejestrowane czynności.

Jeżeli okaże się, że nie możemy otworzyć testowanego przez nas dnia, należy udać się do serwisu tachografów i odczytać tacho kartą warsztatową, gdyż jest ona nadrzędną nad kartą przedsiębiorstwa i za jej pomocą da się odzyskać te dane. Warto jednak wiedzieć, że rejestrator danych kierowcy ma ograniczoną pamięć i może okazać się, że potrzebne informacje nie są już dostępne. Jeśli więc w tachografie zapisane będą dane tylko z ostatnich 200 dni (w razie kontroli wymagane są odczyty z całego roku), to grzywna dla przedsiębiorcy będzie wysoka. Na przykład za brak odczytów z okresu 165 dni to aż 82 500 zł i to tylko za jeden pojazd – wyjaśnia ekspert Inelo.

Przeczytaj także:

Kontrola poprawności odczytów

Prawidłowe dane to takie, gdzie wszystkie czynności zapisane w tachografie pokrywają się z tymi na karcie kierowcy.

Co w przypadku, gdy odczytamy dane z tachografu i okaże się, że w związku z ich uszkodzeniem z jednego dnia cały plik nie chce się wczytać do programu? Wówczas należy rozbić taki odczyt na dwie części. Na przykład jeśli uszkodzone są dane z 29.06.2019 r., ustawiamy jeden odczyt od pierwszego dnia do 28.06.2019 r. oraz drugi od 30.06.2019 r. do dnia bieżącego. Otrzymujemy dwa pliki, które należy wczytać do programu. Co z dniem, w którym dane uległy uszkodzeniu? Na 29.06.2019 najlepiej uzyskać z serwisu tachografów pisemne potwierdzenie, że pliki z tego dnia są uszkodzone i nie da się ich odzyskać – radzi Michał Senger.

Brak potrzebnych informacji o tym, jak pracuje kierowca, może kosztować przedsiębiorcę pół tysiąca złotych za każdy dzień dotyczący jednego pojazdu. W przeliczeniu na liczbę samochodów w taborze i inne naruszenia kierowców to grzywna, która może zachwiać płynnością finansową niejednej firmy transportowej.

Źródło: Inelo

Ostatnie dni przed rozpoczęciem roku akademickiego to bardzo gorący okres na rynku najmu mieszkań. Jest to też czas, w którym szczególnie aktywni są pospolici oszuści. Jak ustrzec się przed utratą pieniędzy? HRE Investments podpowiada 5 rzeczy, na które koniecznie trzeba zwrócić uwagę.

Studenci, którzy nie załapali się na miejsce w akademiku mają już ostatnie dni na znalezienie lokum na czas kolejnego roku akademickiego. Wybór jest już mocno ograniczony, a oferty przebrane. Studenci muszą mieć świadomość, że w miastach akademickich za pokój w wynajętym wspólnie ze znajomymi mieszkaniu trzypokojowym trzeba zapłacić około 2-3 razy więcej niż wynosi stawka w uczelnianych domach studenckich. Gdyby tego było mało, to samodzielne wynajęcie kawalerki jest często nawet dwukrotnie droższe niż pojedynczy pokój – wynika z danych zebranych przez HRE Investments.

Koszt studenckiego zakwaterowania
Lokalizacja Średnia cena wynajmu pokoju wraz ze znajomymi w mieszkaniu trzypokojowym Średnia cena miejsca w dwuosobowym pokoju w uczelnianym akademiku
Warszawa 1 200 zł 450 zł
Kraków 1 030 zł 375 zł
Łódź 760 zł 365 zł
Poznań 850 zł 395 zł
Wrocław 1 040 zł 400 zł
Gdańsk/Trójmiasto 1 000 zł 380 zł
Lublin 750 zł 380 zł
Katowice 740 zł 410 zł
Białystok 700 zł 360 zł
Bydgoszcz/Toruń 670 zł 365 zł
Szczecin 770 zł 370 zł
Rzeszów 630 zł 350 zł
Dane zebrane przez HRE Investments w dniach 18-19 września 2019 r.

Gorący okres najmu, z którym mamy do czynienia w sierpniu i wrześniu nie sprzyja przemyślanym decyzjom. Te najemcy muszą bowiem podejmować pod presją czasu – ciekawe oferty znikają z rynku bardzo szybko. Jak w tym szaleństwie nie paść łupem pospolitych oszustów?

Pośrednik zarobi tylko za sukces

Przede wszystkim jak ognia wystrzegajmy się propozycji, w których ktoś obiecuje nam listę kontaktów do właścicieli atrakcyjnych mieszkań na wynajem w zamian za wydawałoby się niewygórowaną opłatę np. 200 – 300 złotych. Jest to o tyle kusząca propozycja, że pośrednicy za znalezienie mieszkania chcą przeważnie kilka razy więcej. Problem w tym, że oferta pseudoagencji handlującej numerami telefonów może okazać się zwykłym oszustwem, a pośrednik dostanie swoje honorarium tylko i wyłącznie w sytuacji, w której mieszkanie faktycznie nam znajdzie i doprowadzi do podpisania umowy najmu. Jeśli przy tym wszystkim popełniony zostanie jakiś błąd, to najemca może żądać od pośrednika odszkodowania.

Sprawdź wszystkie opłaty

Co roku jak mantrę powtarza się także zalecenie, aby z właścicielem spisać umowę. To w niej będą wypisane obowiązki obu stron i to ona stanowić będzie podstawę do dochodzenia wzajemnych roszczeń na wypadek konfliktu między najemcą i właścicielem. To w umowie musi się także znaleźć informacja o kosztach. Składać się na nie mogą:

  1. czynsz – kwota, którą właściciel otrzymuje w zamian za oddanie mieszkania,
  2. opłaty administracyjne – kwota, którą właściciel przekazuje dalej do spółdzielni lub wspólnoty z tytułu zaliczek na wodę, ogrzewanie, opłat za wywóz śmieci, zarządzanie nieruchomością czy oświetlenie części wspólnych,
  3. opłat za media – kwota za zużytą energię elektryczną czy wodę – ponad to co wynika z wcześniej wspomnianych zaliczek.

Właściciel powinien o tych wszystkich elementach otwarcie mówić, a przynajmniej wszystko dokładnie opisać w umowie. Jeśli tego nie robi, to najemca powinien o wszystko wypytać, aby potem nie było niedomówień. 

Kary umowne są niedozwolone

Skoro już jesteśmy w temacie podpisywanej umowy, to często w dokumentach tych można znaleźć zapis, że choć umowa jest podpisywana na czas określony (np. na rok), to jeśli najemca wyprowadzi się przed czasem, będzie musiał zapłacić tzw. karę umowną w kwocie odpowiadającej jednomiesięcznemu czynszowi. Takim zapisom może sprzeciwić się UOKiK, ale też z łatwością może je zakwestionować sąd.

Z drugiej strony nie znaczy to, że najemca podpisując umowę na rok nie może być pociągnięty do żadnej odpowiedzialności za opuszczenie lokalu np. po 6 miesiącach. Jeśli podpisujemy umowę na rok, ale pozwalamy w umowie na rozwiązanie stosunku najmu, warto zapisać np. miesięczny okres wypowiedzenia. To daje właścicielowi przynajmniej miesiąc na znalezienie najemcy. Można iść też dalej – aby obie strony rozstały się w pokoju warto też zapisać, że w trakcie tego miesiąca wypowiedzenia najemca – o ile znajdzie na swoje miejsce zastępstwo – dostanie zwrot kosztów najmu za niewykorzystany czas. Wtedy i właściciel będzie szczęśliwy i najemca zaoszczędzi.

Przeczytaj także:

Sprawdź z kim masz sprawę

Podstawową sprawą – o której jednak wielu najemców zapomina – jest też sprawdzenie czy osoba podająca się za właściciela faktycznie nim jest. Jak to sprawdzić? Wystarczy poprosić właściciela o numer księgi wieczystej lokalu i sprawdzić kto jest zapisany w dziale drugim KW. Można to sprawdzić przez internet na stronie ekw.ms.gov.pl. Podane tam dane w rubryce właściciel powinny się zgadzać z dokumentem tożsamości właściciela. Ten można też sprawdzić korzystając z poradnika opisującego zabezpieczenia dowodów osobistych zamieszczonego na stronach rządowych. Ostatecznie w internecie dostępne są też narzędzia do weryfikacji poprawności numerów PESEL oraz serii i numeru dowodu osobistego.

Po co aż tyle zachodu? Łatwo można wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś posługujący się fałszywym dokumentem tożsamości pospisuje umowę najmu z właścicielem mieszkania i po zapłaceniu kaucji odbiera od niego klucze. Potem już podając się za właściciela oszust może podpisywać umowy z nieświadomymi nic potencjalnymi najemcami inkasując od nich pieniądze i umawiając się na odbiór kluczy dopiero za kilka dni – podając za powód opóźnienia to, że lokal musi zostać odmalowany.

Przy okazji warto zauważyć, że w dobie coraz bardziej popularnych inwestycji w mieszkania na wynajem właściciele mogą działać przez pełnomocników. Teoretycznie do powierzenia komuś zadania wynajmu mieszkań właściciel może spisać pełnomocnictwo na kartce papieru. Warto jednak, aby zrobił to w formie aktu notarialnego. Czemu? Ta druga forma daje szanse potencjalnym najemcom na telefoniczną weryfikację czy przedstawiane przez pełnomocnika upoważnienie do podpisywania umów najmu faktycznie zostało przygotowane w danej kancelarii, a nie jest dokumentem sfałszowanym.

Protokół to podstawa

Nieodzownym elementem każdej umowy najmu powinien być też protokół zdawczo-odbiorczy. To w tym dokumencie zapisujemy stany liczników, ścian, podłóg i całego wyposażenia mieszkania w momencie oddawania kluczy najemcom. Wszystko podlega potem weryfikacji, gdy lokal jest z powrotem przekazywany właścicielowi. Jest to na tyle ważny dokument, że warto na jego przygotowanie przeznaczyć nawet godzinę czy dwie. Dzięki temu unikniemy stresu przy zakończeniu współpracy z właścicielem.

Źródło: HRE Investments

Lider handlu online – Amazon, testuje całkowicie nowy sposób identyfikacji swoich klientów, donosi New York Post. By rozróżnić Smitha od Johnsona, hipernowoczesny skaner wykorzystuje obrazowanie komputerowe oraz geometrię głębi. Brzmi skomplikowanie, ale tak naprawdę, wystarczy mu… Pomachać. Czy taki sposób płacenia za zakupy ma szansę się przyjąć? Wiele wskazuje na to, że tak, według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie korzysta już biometrii przy dokonywaniu płatności.

Według New York Post amerykański gigant rozpoczął testy skanera, który może identyfikować klientów na podstawie ich dłoni. – Taka funkcja to kolejny as w rękawie giganta, który co rusz testuje nowe technologie by jeszcze bardziej uprościć proces zakupowy. W tym przypadku atutem są jeszcze szybsze płatności, które będzie można potwierdzać błyskawicznym skanem dłoni – komentuje Sascha Stockem z Nethansy, sopockiego startupu, który wprowadza polskie i niemieckie firmy na międzynarodową platformę handlową Amazona, gdzie kompleksowo zarządza ich sprzedażą przy pomocy autorskiego systemu Cliperon, uzbrojonego w sztuczną inteligencję. – Dzięki temu całe doświadczenie zakupowe, stanie się jeszcze szybsze i przyjemniejsze. Amazon doskonale wie, że dla klientów liczy się nie tylko cena, ale również emocje. To za nie klienci są w stanie zapłacić krocie, mimo że często posiadają tańsze alternatywy produktowe – dodaje prezes zarządu Nethansy.

 Technologia niszowa, pomysł już nie

Jest to na razie program pilotażowy, jeśli się powiedzie, może zostać wdrożony w punktach spożywczych Whole Foods, których właścicielem jest Amazon. Gigant ecommerce nie chce komentować przedstawionej przez NYP informacji. Jedyne co udało się dowiedzieć redakcji to fakt, że technologia o kryptonimie „Orville” jest testowana w biurowych automatach firmy w Nowym Jorku.

– Identyfikacja użytkownika za pomocą biometrii nie jest nowym rozwiązaniem. Acuity Market Intelligence szacuje, że do końca 2020 r. wszystkie smartphony będą standardowo wyposażone w czujniki biometryczne. Nowością jest za to sposób identyfikacji, dotychczas najpopularniejsze były czytniki linii papilarnych bądź skaner twarzy montowany w iPhone X i nowszych. Autoryzacja za pomocą dłoni jest więc swego rodzaju novum i na pewno wzbudzi zaciekawienie konsumentów, szczególnie młodych pokoleń, które kochają nowinki technologiczne – komentuje Sascha Stockem z Nethansy.

Według redakcji NYP wystarczy, że użytkownicy odwiedzający sklep przytrzymają rękę nad skanerem, który wykorzystuje elementy sztucznej inteligencji: łączy uczenie maszynowe oraz obrazowanie komputerowe, a dodatkowo geometrię przestrzeni. W ten sposób nastąpi identyfikacja unikalnego kształtu i rozmiaru każdej dłoni. By spróbować nowego sposobu identyfikacji w sklepie, klienci Amazon Prime będą musieli wpierw wybrać się do nich, aby ich ręce zostały zapisane w bazie, a następnie dopasowane do kont.

Przeczytaj także:

Kod PIN? Przepraszam, nie pamiętam

– Nowa metoda identyfikacji to ciekawe uzupełnienie oferty Amazon, która wzbogaci autorski systemem płatności – Amazon Pay. Wszystko wskazuje na to, że będzie to kolejne ułatwienie dla konsumentów, którzy już teraz mogą zrealizować swoje zakupy naprawdę szybko. Korzystają na tym sprzedawcy, gdyż dzięki temu, klienci stają się bardziej beztroscy i mniej zastanawiają się nad tym co wkładają do koszyka. Kartkę z Pinem możemy łatwo zgubić bądź może nam wypaść z głowy. Z własną dłonią raczej łatwo się nie rozstaniemy tłumaczy ekspert spółki Nethansa.

PIN do karty, do telefonu, do klatki schodowej, do bankowości elektronicznej miejsc w którym korzystamy z hasła numerycznego nieustannie przybywa. Nic dziwnego, że ludzie chętnie rezygnują z tej metody identyfikacji. Jak podaje The Telegraph, dorosła osoba musi zapamiętać średnio 10 kodów PIN. Pracownik jednego z wiodących banków w Polsce przyznaje: “Gdy zgubimy kartę, bądź zapomnimy kodu PIN to stajemy przed sporym problem. Najpierw musimy ją zastrzec, później zgłosić się do placówki banku z wnioskiem o wygenerowanie nowej karty i pozostaje jeszcze czas oczekiwania. Od 2 do 3 tygodni. Niestety nasz bank nie produkuje już kart na miejscu.

To, że klienci bez żalu żegnają plastikowe karty i coraz częściej stosują alternatywne sposoby płatności, wydaje się być całkiem zrozumiałe. Według badań Paysafe prawie połowa konsumentów na całym świecie do dokonywania płatności korzysta z danych biometrycznych – zwykle opartych na technologii rozpoznawania twarzy. Czym zasłużyły sobie one na taką popularność? 44% użytkowników Internetu ankietowanych w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Austrii, Bułgarii, Kanadzie i Niemczech wskazało na szybkość, jako jedną z głównych zalet nowych technologii płatniczych, podczas gdy mniej więcej jedna czwarta przyznała się do problemu z zapamiętywaniem haseł. Większa część (44%) respondentów stwierdziła, że ​​biometria jest od nich o wiele wygodniejsza. 

Czy machanie dłonią wkrótce stanie się gestem symbolizującym płatność? O wszystkim zadecydują eksperymenty Amazona i to jak chętnie klienci wyciągną swoje dłonie w stronę skanerów i nowych technologii.

Źródło: Nethansa

Dziś na rynku NewConnect zadebiutowała spółka gamingowa Red Dev Studio. Kurs akcji w trakcie debiutu wzrósł o ponad 25 proc., osiągając na otwarciu poziom 2,39 zł.

Red Dev Studio to warmiński twórca i producent gier na platformy stacjonarne i mobilne. Firma powstała w kwietniu 2016 roku, rozpoczynając działalność jako start-up gamingowy. Obecnie, jako wydawca i producent gier, specjalizuje się w tytułach wyróżniających się nietypową fabułą i atrakcyjną oprawą graficzną.

Debiut na NewConnect to pierwszy etap budowania marki Red Dev Studio na rynku. Spółka planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

Firma podpisała w ostatnich dniach list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Przeczytaj także:

Red Dev Studio dotychczas wydał 4 tytuły. Pierwszy z większych projektów firmy, Professor Madhouse, odnotował ponad 30 000 pobrań. Bardzo dobry wynik uzyskał także Chicken Rider, który na rynku pojawił się w lipcu 2018 roku. Już tydzień po premierze grę pobrano ponad 20 000 razy (tylko na iOS), natomiast na platformie Steam liczba pobrań pozwoliła grze objąć prowadzenie w kategorii „popularne nowości”. Spółka wydała również takie tytuły jak rozbudowana gra platformowa Down to Hell czy logiczno-zręcznościowy Powertris.

materiał prasowy

Obowiązujące od marca 2018 roku ograniczenie handlu w niedziele w założeniu miało polepszyć sytuację życiową pracowników sektora handlowego i małych przedsiębiorców, a także wpłynąć na zmianę sposobu spędzania wolnego czasu przez Polaków. Jednak jak wynika z najnowszego raportu agencji badawczo-konsultingowej DANAE oraz badań SW Research – nie wszystkim Polakom odpowiadają wprowadzone regulacje.

Raport stanowi podsumowanie pogłębionych badań społecznych, przeprowadzonych we współpracy z Agencją Badań Rynku i Opinii SW Research, których celem było zdiagnozowanie faktycznego wpływu wprowadzenia zakazu handlu w niedziele na codzienność różnych grup społecznych. Co więcej, jego wydanie miało również na celu zainicjowanie dialogu społecznego, w efekcie którego powstaną rozwiązania spełniające potrzeby wielu grup interesariuszy zaangażowanych w temat niehandlowych niedziel.

W odróżnieniu od przeprowadzonych już wcześniej badań rynkowych dotyczących zakazu handlu w niedziele – diagnoza przeprowadzona przez agencję badawczo-konsultingową Danae, poszerzona przez badanie ilościowe zrealizowane przez SW Research, precyzuje, co zakaz niedzielnego handlu zmienił w życiu badanych grup zawodowych i społecznych, a także ich rodzin. Wskazuje, jakie są ich oczekiwania odnośnie możliwości pracy w niedziele czy też preferowanych przez nich innych form spędzania ostatniego dnia weekendu.

– Chcieliśmy poznać opinie respondentów o niehandlowych niedzielach, jak również sprawdzić, w jaki sposób zmiany odbiły się na ich życiu, sposobie spędzania czasu, robieniu zakupów, pracy czy prowadzeniu biznesu. Ustawowe ograniczenie handlu niewątpliwie wpływa na życie Polaków, ich codzienne wybory, styl życia czy miejsce zakupów. Wpływ tych zmian jest złożony i zależny od ról społecznych. Obowiązujące regulacje są inaczej oceniane z perspektywy przedsiębiorcy chcącego rozwinąć własny biznes, inaczej z punktu widzenia pracowników handlu, a jeszcze inaczej z perspektywy konsumenta, który musiał zmienić przyzwyczajenia swoje i swojej rodziny – informuje dr Marcin Spławski, Dyrektor Generalny Danae.

W badaniu uczestniczyli przedstawiciele grup społecznych, które najsilniej odczuły konsekwencje ograniczenia handlu w niedziele. Wśród nich znalazły się matki pracujące w handlu i w branżach usługowych, działających biznesowo w niedziele, przedsiębiorcy, osoby pracujące dorywczo, w tym studenci studiów dziennych i emeryci, a także pracownicy handlu i konsumenci robiący zakupy w weekendy.

Opinie badanych analizowane były przez pryzmat ich deklaracji, dotyczących wiary oraz praktyk religijnych.

MATKA – pracuje, decyduje, kupuje

W części poświęconej matkom analizowano ich sposoby radzenia sobie ze zmianami. To, w jaki sposób oceniają ograniczenie handlu, a także jak zmieniło się ich życie po wprowadzeniu zakazu. I choć wszystkie zgodnie stwierdziły, że w ich życiu najważniejsza jest rodzina, to ich oceny co do wpływu zakazu handlu na relacje rodzinne były podzielone. W założeniach wynikających z ustawy – matki miały skorzystać na zakazie niedzielnego handlu. Tymczasem, sytuacja okazuje się być złożona, a założenie ustawowe – nie takie proste do oceny. Z jednej strony niektóre matki pracujące w handlu uważają, że zyskały więcej czasu dla bliskich, ale z drugiej – część z nich ubolewa, że straciły finansowo. Części matkom niepracującym w handlu zabrano możliwość spędzania czasu, który łączył aspekt praktyczny i przyjemność, jaką były wspólne zakupy i rozrywka z rodziną w galerii handlowej. Co prawda za każdą z badanych matek stoi jej osobista historia, wartości i potrzeby, ale w większości wskazują, że optymalnym rozwiązaniem byłoby zachowanie chociaż dwóch niedziel handlowych.

Utrudnienia dla przedsiębiorców wskutek ograniczenia handlu w niedziele

Kolejna część – to studium utrudnień, z jakim mierzą się mali przedsiębiorcy wskutek ograniczenia handlu w niedziele, ich opinii i oczekiwań odnośnie ograniczenia handlu.  Jak wynika z raportu, aż 45% ankietowanych internautów stwierdziło, że ograniczenie handlu w niedziele utrudnia rozwój drobnego biznesu. Badani przedsiębiorcy skarżyli się na utratę części klientów, a tym samym obniżenie dochodów. Aby zapewnić rentowność biznesu, zmuszeni są rekompensować sobie utracone godziny. Jedni wydłużają czas pracy w tygodniu lub pracują po godzinach w domu, inni zaś usiłują rozszerzyć działalność o sprzedaż internetową, aby spróbować skompensować utracone przychody. Z kolei w niektórych przypadkach, w których przedsiębiorcy nie mogą wydłużyć godzin pracy, żeby uniknąć zwolnień, zmniejszają swym pracownikom wymiar czasu pracy, a tym samym wynagrodzenia. Badani przedsiębiorcy tłumaczą, że niedziela była najbardziej dochodowym dniem, którego nie da się zrekompensować w inne dni tygodnia. Strata jest tym bardziej odczuwalna, że czynsz i inne koszty stałe pozostały te same. Paradoksalnie na zakazie handlu nie zyskały także małe, osiedlowe sklepy, bo ludzie nauczyli się robić w tygodniu zakupy na zapas w dużych marketach i dyskontach.

Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci

Pracownicy weekendowi – emeryci i studenci studiów dziennych pracujący w handlu głównie w weekendy – to również istotna grupa, która została przebadana. Natężony ruch klientów w niedziele wymagał od przedsiębiorców zatrudniania dodatkowego personelu. Korzystano wówczas z pomocy studentów i emerytów. Dla obu tych grup była to możliwość dorobienia. Wskutek wprowadzenia ograniczenia handlu w niedziele, niektórych emerytów pozbawiono pracy, którą traktowali również jako sposób radzenia sobie z samotnością. Dzięki pracy mogli poczuć się potrzebni, użyteczni i miała ona dla nich także wymiar psychologiczny. Zarówno dla studentów, jak i emerytów praca w niedziele była wyborem i nie oczekiwali zmiany regulacji w tym zakresie. Wskazywali także na jeden z najistotniejszych – aspekt finansowy, bo uzyskiwana stawka godzinowa w niedziele była zwykle wyższa niż w pozostałe dni tygodnia. Część z nich zrezygnowała z pracy, ponieważ praca jedynie w soboty okazała się nieopłacalna. Badani wyjaśniali, że po wprowadzeniu ograniczenia handlu w niedziele stracili połowę dochodu weekendowego. W ich opinii  koszty  dojazdu i poświęconego czasu były niewspółmierne do otrzymywanego wynagrodzenia. Badani studenci i emeryci przyznawali, że byli rozżaleni i rozgoryczeni w związku z zaistniałą sytuacją.

Wolność wyboru dla pracownika

Dzięki raportowi poznajemy również perspektywę pracowników handlu i usług, którzy zwyczajowo pracują w niedziele. Diagnoza przedstawia opinie, w jaki sposób reprezentanci różnych branż oceniają ograniczenie handlu, na ile ich zdaniem były one zasadne, w jaki sposób przed wprowadzeniem niehandlowych niedziel wyglądała ich praca oraz co się zmieniło. Rozmówcy zastanawiali się, dlaczego wyróżniono jedną grupę zawodową, jaką są pracownicy handlu, podczas gdy np. pracownicy usług nadal pracują w niedziele. Wątek ten zdecydowanie obrazował niezrozumienie dla założeń reformy i dawał wyraźny sygnał o poczuciu niesprawiedliwości, a wskazywali go głównie pracownicy gastronomii i sektora rozrywkowego. Zarówno pracownicy, jak i klienci zgodnie podkreślali, że zostali pozbawieni możliwości wyboru. Jak wynika z raportu aż 83% ankietowanych uznało, że pracownicy powinni mieć wolny wybór i samodzielnie decydować o tym, czy chcą w pracować niedziele czy też nie. Zaledwie 12% respondentów opowiadało się za dniem wolnym od pracy w niedziele. Aż 90% rozmówców uznało, że pracującym w niedziele powinny przysługiwać benefity, tj. wyższa stawka godzinowa lub zapewnienie wolnego dnia w zamian za każdą przepracowaną niedzielę.  

Kompromis sacrum i profanum

Niedziela to wyjątkowy dzień z punktu widzenia osób religijnych. Raport DANAE przedstawia, jakie zdanie o niehandlowych niedzielach mają zarówno osoby wierzące i regularnie praktykujące, jak i niewierzące, czy zmiany miały wpływ na ich codzienność i praktyki religijne. Co interesujące – jak pokazują badania SW Reaserch, 93,8% wierzących respondentów przed wprowadzeniem ograniczenia handlu w niedziele, przynajmniej raz na jakiś czas robiło zakupy w niedziele. Stanowi to większą grupę niż w przypadku niewierzących. W ich opinii zarówno uczestnictwo w nabożeństwie niedzielnym, jak i zakupy, nie wykluczały się. Wierzący i praktykujący respondenci deklarowali, że wspólne rodzinne zakupy, ale i msza, to zwyczajowo ich rodzinne, niedzielne praktyki, które nie muszą się wzajemnie wykluczać. Zapewniali, że w niedzielnych planach było miejsce i czas zarówno na jedno, jak i na drugie. Niektórzy badani przyznawali, że odczuwali wyrzuty sumienia z powodu przesuwania niedzielnej mszy na dalszy plan, mimo to zakupy traktowali zdecydowanie jako przyjemność i sposób na spędzenie czasu wolnego.

Czy sobota stała się koszmarem przez niehandlowe niedziele?

Osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, zgodnie przyznawały, że w wyniku wprowadzenia zakazu handlu w niedziele, sobotni ruch w sieciach i galeriach handlowych jest nieporównywalnie większy niż w tygodniu. Czy zatem sobota stała się dla nich koszmarem przez niehandlowe niedziele

Owszem, takie jest odczucie części badanych. Wynikające z tego niedogodności są wyraźnie zauważalne przez właścicieli drobnych przedsiębiorstw, etatowych pracowników handlu oraz przede wszystkim przez samych klientów. Problemy te są najbardziej odczuwalne przez pracowników zatrudnionych w galeriach handlowych oraz przez osoby wielodzietne.

Niehandlowe niedziele niedogodne dla mieszkańców małych miast i wsi

O niehandlowe niedziele zapytano również mieszkańców wsi i miast do 20 tysięcy mieszkańców. Zmiany, jakie nastąpiły w związku z wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, miały także wpływ na ich życie codzienne. Jak wynika z raportu, dla tych osób niedzielna wyprawa do miasta wiązała się z różnego rodzaju aktywnościami, których brak w ich miejscu zamieszkania. Dostarczała rozrywki takiej jak kino, wyjście na wspólne zakupy i posiłek czy atrakcje dla dzieci. Rodzice podkreślali, że zakaz handlu dotkliwy jest zwłaszcza zimą oraz w deszczowe niedziele.

Rozmówcy oceniali, że obecnie wyprawa do miasta w niedzielę tylko w jednym celu, traci dla nich sens. Osoby mieszkające na prowincji zaznaczały także, że wraz z zakazem handlu skasowano część połączeń komunikacyjnych, co w znacznym stopniu utrudnia im aktualnie dotarcie do miasta. Część z badanych podkreśla, że po wprowadzeniu niehandlowych niedziel zmuszeni byli zmienić nie tylko sposób spędzania czasu w niedziele, ale nawet cały układ tygodnia. Ze względu na tę uciążliwość, badani mieszkańcy wsi korzystający przed ograniczeniem z usług centrów handlowych, byli wyraźnie przeciwni ograniczaniu handlu w niedziele. Dla wielu rozmówców niedziela przed wprowadzeniem ograniczenia handlu była również zwykłym dniem pracy lub dobrym czasem na zrobienie zakupów czy realizacji usług, które są niedostępne na wsi.

Przeczytaj także:

– Jak pokazały wyniki badania SW Research, ponad połowa ankietowanych robiła zakupy w przynajmniej kilka niedziel w miesiącu, a  co piątemu zdarzało się to około raz w miesiącu. Jedynie 6% respondentów deklaruje, że nigdy nie robiło zakupów w niedziele. Co ciekawe, nie dotyczy to jedynie zakupów spożywczych i odzieżowych. Co piąty badany wskazuje, że powodem wizyt w galeriach handlowych przed wprowadzeniem ograniczenia było spędzanie czasu wolnego, możliwość skorzystania z oferty gastronomicznej (18%) oraz rozrywkowej (17%). Tylko część naszych rozmówców wykazała mniejszą wrażliwość na wprowadzone zmiany – wskazywali, że nigdy nie robili zakupów w weekend i nawet nie zauważyli zmian, a dla części nie ma znaczenia, czy uzupełniają zapasy w sobotę czy w niedzielę – wyjaśnia Piotr Zimolzak, Dyrektor ds. Badań i Analiz SW Research.

Podsumowując wyniki raportu Danae oraz wynik badań SW RESEARCH, należy podkreślić, że zmiany w niedzielnym handlu mają istotny wpływ na życie wielu Polaków, jednak nie zawsze jest on pozytywny i nie taki, jak zakładał ustawodawca. Wprowadzony zakaz niedzielnego handlu wpłynął na organizację czasu aktywnych zawodowo rodziców oraz mniejszych przedsiębiorców. Niedzielne zakupy obecnie przesunięte na inne dni tygodnia – odbywają się w ich przypadku najczęściej kosztem czasu spędzanego wcześniej z rodziną. Nie pozostają bez echa również aspekty społeczne wynikające z raportu.

Dla samotnych emerytów, którzy pracowali w niedziele, była to zarówno szansa na dodatkowe dochody, ale również okazja na kontakt ludźmi. Różnorodne opinie na ten temat pokazują, że zdecydowanie warto szukać rozwiązań, które w istotnie większym stopniu niż obecnie będą łączyły punkty widzenia i interesy różnych grup Polaków .

Źródło: DANAE

HR Toolbox 2, czyli narzędziownik menedżera HR, to druga część książki Grzegorza Filipowicza pod tym samym tytułem. Ponieważ to narzędzia i konkretne rozwiązania są tym, czego HR-owcy mogą najbardziej potrzebować w codziennej pracy, autor wychodzi naprzeciw tej potrzebie. Druga część książki prezentuje kilka kolejnych tematów właśnie od strony narzędziowej i wdrożeniowej, do tego popartych wieloletnim doświadczeniem autora. 
Z publikacji można dowiedzieć się m.in.:
  • Jak mierzyć kapitał ludzki w organizacji
  • Jak zbadać przyczyny spadku efektywności
  • Kiedy warto wprowadzać wartościowanie stanowisk pracy
  • W jaki sposób ocenić potencjał pracowników
  • Jak zbudować program zarządzania talentami
  • Jakich liderów potrzebują firmy
  • W jaki sposób zaplanować ścieżki kariery w organizacji.

Obowiązkiem osób odpowiedzialnych za kształtowanie kapitału ludzkiego w organizacji jest nieustanne poznawanie coraz to nowych narzędzi i rozwiązań oraz wdrażanie tych, które mogą być użyteczne w rozwoju firmy. HR Toolbox 2 daje takie możliwości.

Każdy, kto zakupi książkę, otrzyma bezpłatny, 2-miesięczny dostęp do INFORLEX KPHR!

Książka do kupienia TUTAJ

Poniżej zamieszczamy wstęp do książki:

Wydawać by się mogło, że w dobie powszechnego dostępu do informacji i know-how jesteśmy w stanie przyglądać się praktycznie wszystkim rozwiązaniom z obszaru HRM i swobodnie wybierać takie, które są najbardziej odpowiednie dla naszej organizacji. Potwierdza się jednak stara zasada mówiąca o tym, że czym innym jest wiedza dotycząca tego – CO?, a czym innym tego – JAK? Ta pierwsza rzeczywiście jest na wyciągnięcie ręki. Możemy poczytać książki, artykuły, wyszukać ciekawe konferencje w kraju bądź za granicą, znaleźć prezentację na YouTube etc. Z tym drugim zakresem wiedzy, bardziej narzędziowym, opartym na praktyce wdrożeniowej, ciągle wiążą się jakieś ograniczenia. Wielu ekspertów i wiele organizacji niechętnie udostępnia swoje narzędzia i dzieli się wypracowanymi przez siebie metodami pracy. Jest to z dość oczywistych względów zrozumiałe. Z drugiej jednak strony to właśnie narzędzia i konkretne rozwiązania są tym, czego możemy najbardziej potrzebować w codziennej pracy. Prezentowane opracowanie, czyli druga część książki „HR Toolbox”, jest próbą wyjścia naprzeciw tej potrzebie. Prezentuje kilka następnych tematów – mniej od strony merytorycznej (chociaż absolutnie doceniam wagę dobrego rozumienia zagadnień merytorycznych), a bardziej od narzędziowej i wdrożeniowej. Jeśli zatem uznajemy siebie za praktyków HR, to z pewnością znajdziemy tu dla siebie coś interesującego.

Źródło: INFOR PL

W internecie wypad na zakupy do USA nie trwa wcale dłużej od wizyty w rodzimym e-sklepie, a cały proces wygląda niemal identycznie. Już połowa polskich internautów odwiedza zagraniczne sklepy, ale kupuje w nich w inny sposób niż u krajowych sprzedawców – wynika z raportu Autopay Research “Jak kupujemy w zagranicznych sklepach”.

Ponad połowa badanych internautów (54 proc.) deklaruje, że kupuje w sklepach zagranicznych, a co dziesiąty stwierdza, że robi to bardzo często. Co ciekawe z zakupów zagranicznych sklepach wyraźnie częściej korzystają osoby młodsze (tj. do 45. roku życia) niż starsze.

Przede wszystkim Chiny (58 proc.), potem Niemcy (34 proc.), Wielka Brytania (29 proc.) i Stany Zjednoczone (21 proc.) – tak wygląda czołówka krajów, do których wirtualnie jeździmy na zakupy.

Co trzecia badana osoba miała okazję dokonać zakupu w serwisie, w którym płatność odbywała się w obcej walucie lub cena prezentowana była w obcej walucie (nawet jeśli później została przeliczona na złotówki). Jest to wzrost o 19 punktów proc. w porównaniu do 2016 r., kiedy po raz pierwszy Blue Media zapytało o to polskich internautów.

Przede wszystkim bezpiecznie  

Podstawową różnicą między kupowaniem w sieci u polskich i zagranicznych sprzedawców są płatności za zakupy. W rodzimych sklepach online najchętniej płacimy za zamówienie przy odbiorze (na poczcie lub u kuriera) lub samodzielnie wykonując przelew na konto sklepu. Trzecie miejsce zajmują szybkie płatności elektroniczne obsługiwane przez operatorów płatności, takich jak Blue Media. Za to wśród kupujących za granicą to właśnie one są najpopularniejszą metodą płatności. Wybiera je aż 42 proc. respondentów, zaś następną w zestawieniu kartę płatniczą – 39 proc.

– Rozbieżność preferencji kupujących w sieci pokazuje, że bardzo istotną kwestią pozostaje bezpieczeństwo zakupów. Na własnym podwórku mniej obawiamy się oszustów. Wierzymy, że państwowe instytucje rozpinają ochronny parasol nad polskim internetem, więc nie boimy przesłać pieniędzy zwykłym przelewem na konto. Nieuczciwego sprzedawcę z Chin trudniej złapać, dlatego przy zagranicznych transakcjach preferujemy metody, które zawierają mechanizmy zabezpieczające klienta, jak systemy płatności online i karty kredytowe – zauważa Bartłomiej Gast, Dyrektor Rozwoju Biznesu w Blue Media.

Jednocześnie cztery na dziesięć badanych osób deklaruje, że kupowaliby częściej w sklepach zagranicznych, gdyby te oferowały więcej opcji płatności, np. polski BLIK.

Za granicą liczy się oferta, w Polsce wygoda

Do zrobienia zakupów online – zarówno w polskich jak i zagranicznych sklepach – internautów najbardziej skłaniają atrakcyjne ceny produktów. Jednak motywacje wymieniane w dalszej kolejności są już różne.

W przypadku polskich sklepów ważna jest wygoda, wiarygodność sprzedawcy i możliwość łatwego dokonania zwrotu zakupionych towarów. Z kolei kupujący za granicą poza ceną (73 proc.) zwracają uwagę na szeroką ofertę (49 proc.) i dostępność produktów, których nie da się kupić w Polsce (47 proc.).

– Pierwsza faza zakupów rzeczywiście wygląda identycznie w polskim i zagranicznym sklepie, ale sytuacja komplikuje się, gdy przychodzi do dostarczenia paczki. Pomijanym często czynnikiem w branży e-commerce jest logistyka. Klienci lubią mieć do wyboru kilka możliwości dostawy. Jednym zależy, by dostać przesyłkę szybko, inni nie chcą przepłacać za kuriera, z którym trudno czasem się zgrać. W sklepach zagranicznych liczba dostępnych opcji jest zwykle ograniczona, a klienci muszą się dostosować, dlatego wciąż główną motywacją do kupowania w nich są ceny lub produkty trudno dostępne w Polsce
 – ocenia Dominik Cisoń, ekspert Shoper.

Źródło: Blue Media

Działania z zakresu HR bywają przez pracodawców traktowane jako koszt. Wydatki, jakie są z nimi związane, łatwo wyliczyć, z kolei korzyści bywają ulotne i trudno mierzalne. Dlatego warto, żeby każdy dział HR dbał o dane, które są uzasadnieniem biznesowym jego działalności. Jednym z istotnych i stosunkowo łatwo mierzalnych zadań HR jest prowadzenie rekrutacji. Weryfikowanie skuteczności podejmowanych działań ułatwiają wskaźniki efektywności. Ich wyniki mogą mieć istotne przełożenie na kwestie budżetowe. Poza tym tempo rekrutacji przekłada się na rentowność firmy, co jest kluczowe, jeśli chodzi o działalność przedsiębiorstwa.

Rentowność jest jednym z najważniejszych parametrów odzwierciedlających efektywność działań w firmie. Wykazuje, czy przedsiębiorstwo jest odpowiednio zarządzane oraz czy posiada zasoby, które umożliwiają realizację założeń biznesowych. Im wyższy jest poziom rentowności, tym lepsza sytuacja finansowa firmy. Wyliczanie tego wskaźnika ma na celu powiązanie wyniku finansowego z przychodami ze sprzedaży, posiadanymi zasobami oraz kapitałem własnym. Mimo że jest to wskaźnik stricte biznesowy, może mieć przełożenie na motywację pracowników. Źle zarządzana, nierentowna firma będzie negatywnie wpływać na poczucie sprawczości pracowników. Co za tym idzie, jeśli dane stanowisko jest rentowne, oznacza, że przynosi ono korzyści dla biznesu, co wpływa pozytywnie na ocenę własnej pracy przez pracownika. Jeśli rentowne nie jest, może przyczyniać się do frustracji zatrudnionego, powodować poczucie bezsensu i obawę przed zwolnieniem.

Rekrutacja jest procesem, który wpływa na realizację przez firmę jej celów i planów strategicznych. Wydłużające się procesy rekrutacyjne powodują, że przedsiębiorstwo może nie być w stanie wywiązać się ze swoich zobowiązań bądź pracownicy będą zmuszeni realizować nadgodziny. Dodatkowo prowadzenie procesu rekrutacyjnego powoduje koszty związane z zaangażowaniem zespołu, promocją ogłoszeń, ewentualnym wsparciem firm zewnętrznych. Dlatego prowadzenie efektywnych działań w tym zakresie jest kluczowe. Jednocześnie rekrutacje stanowią w ostatnich latach spore wyzwanie. Ambicje pracodawców w Polsce są duże i wykazują oni sporą aktywność w tym obszarze. Zgodnie z Raportem Płacowym 2019, ukazującym trendy panujące na rynku pracy, aż 87% firm planuje zwiększyć zatrudnienie. Znaczna większość z nich (59%) planuje zatrudnić pracowników stałych. Jednocześnie aż 91% spodziewa się trudności związanych z pozyskaniem nowych członków zespołu. Według pracodawców problemy te będą wynikać z niedoboru odpowiednich kandydatów na rynku (49%), zbyt wysokich oczekiwań finansowych (28%) oraz rosnącej konkurencji między firmami (22%).

Taka sytuacja na rynku powoduje, że zmieniają się oczekiwania względem kandydatów. Wielu pracodawców przestało koncentrować się wyłącznie na umiejętnościach potencjalnych pracowników i większą wagę przywiązuje do ich postawy. Jest to zasadnicza zmiana, dzięki której elastyczni pracodawcy, szybko reagujący na zmiany otoczenia, wygrywają z konkurencją. Kolejnym elementem wspierającym efektywność procesów rekrutacyjnych jest onboarding pracownika. To, w jaki sposób przebiegnie, wpływa na to, czy nowy pracownik będzie zadowolony z podjętej decyzji czy jednak zrezygnuje. Jeśli okaże się odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku, szybko zacznie przynosić wartość firmie, a to oznacza zwrot z inwestycji, jaką jest zatrudnienie kolejnej osoby w firmie. Tego rodzaju działania powodują, że – pomimo zwiększenia kosztów związanych z płacami i świadczeniami pozapłacowymi –- rentowność firm nie spada. To zjawisko wynika ze wzrostu zysków, jakie wypracowuje przeciętnie pracownik.

Chcąc podnieść efektywność procesu rekrutacji, można zastanowić się również nad takimi elementami, jak: skrócenie bądź udoskonalenie procesu rekrutacji, zmiana źródeł pozyskania nowych pracowników lub wprowadzenie działań wspierających pozytywny wizerunek pracodawcy wśród szukających pracy (tzw. employee experience). Teoretycznie w dobie rywalizacji o kandydatów o odpowiednich kompetencjach, audyty wewnętrzne procesu rekrutacyjnego i wprowadzanie udoskonaleń powinny być normą. Jednak rzeczywistość ukazuje, że wiele firm ma jeszcze sporo do zrobienia. Raport prezentujący trendy w 2019 roku wykazuje, że pracodawcy starają się usprawnić procesy rekrutacyjne poprzez wzmacnianie marki pracodawcy na rynku, organizowanie praktyk i staży w firmie oraz zacieśnianie współpracy z agencjami rekrutacyjnymi. Nieco rzadziej decydują się na rekrutowanie pracowników z zagranicy bądź z innych sektorów czy branż.

Oczywiście, podobnie jak w przypadku innych procesów HR-owych, na efektywność rekrutacji ma wpływ bardzo wiele czynników. Co więcej, część z nich jest niezależna od woli czy umiejętności rekruterów, więc tym trudniej zarządza się tym procesem. Dlatego, aby mierzyć jego efektywność, warto ustalić pewne ogólne wskaźniki, które ukażą tendencje zmian – wzrost bądź spadek efektywności działań. Mogą to być takie wskaźniki, jak:

Efektywność poszczególnych kanałów rekrutacji

Wskaźnik ma na celu ukazanie, ilu kandydatów „przychodzi” z danego źródła. Jeśli mamy różnorodne narzędzia do wykorzystania, a różnice cenowe są spore, warto mierzyć ten element. Dzięki niemu będziemy wiedzieć, gdzie promować oferty na poszczególne stanowiska.

Atrakcyjność oferty

Jest to kolejny wskaźnik, który opiera się na liczbie zgłoszeń otrzymanych od kandydatów. W tym przypadku sprawdzamy stosunek liczby CV do liczby odsłon naszego ogłoszenia. Jeśli Twoje ogłoszenie jest opublikowane na portalu OLX Praca, dane dotyczące liczby wyświetleń i odpowiedzi są dla Ciebie aktualizowane na bieżąco.

Jakość aplikacji

Jest to współczynnik zaakceptowanych kandydatów do liczby otrzymanych CV. Ważne jest, żeby jasno określić, co oznacza kandydat zaakceptowany. Czy jest to kandydat, któremu wysłaliśmy zadanie aplikacyjne, zaproszony na rozmowę czy też ten, którego zaprosiliśmy do współpracy.

Czas rekrutacji

Podobnie jak w przypadku mierzenia jakości aplikacji, czas rekrutacji jest wskaźnikiem umownym. Wymaga ustalenia, jaki punkt w czasie uznajemy za początek, a jaki za koniec procesu. Jeśli chodzi o jego rozpoczęcie, może to być moment zgłoszenia zapotrzebowania na pracownika, otrzymanie od osoby zlecającej wszystkich niezbędnych danych na temat procesu czy dzień publikacji ogłoszenia na www. Jeśli chodzi o zakończenie procesu, warto się zastanowić, czy powinien to być moment podpisania promesy, umowy czy też pierwszy dzień w pracy. Kolejną kwestią jest ustalenie, czy jako czas rekrutacji uznajemy liczbę dni roboczych czy też tydzień to 7 dni. Wszystkie te ustalenia są niezbędne ze względu na to, że ważne jest, żeby każdy w zespole znał je i stosował. Tylko w ten sposób możemy ze sobą porównywać wyniki.

Koszt rekrutacji

Jest to wskaźnik, który często uważany jest za kluczowy. W przypadku jego weryfikacji należy zastanowić się, jakie koszty są związane z procesem rekrutacyjnym. Na pewno jest to wynagrodzenie pracownika prowadzącego rekrutację, koszt publikacji ogłoszenia, koszt systemu ATS (applicant tracking system) wykorzystywanego w firmie, ewentualnie koszt agencji rekrutacyjnej, która wspiera proces. Warto pamiętać, że część ze wskazanych kosztów będzie wymagała uśrednienia ze względu na liczbę rekrutacji, jakie firma prowadzi w przeciągu miesiąca czy roku.

Employee experience

Poprzez prowadzenie ankiet z kandydatami uczestniczącymi w rekrutacji, jesteśmy w stanie sprawdzić, na ile prowadzony przez nas proces jest przyjazny dla kandydatów. Jest to bardzo ważna informacja dla całego działu, poszczególnych pracowników, ale i jednocześnie działanie pozytywnie wpływające na wizerunek pracodawcy. Warto, żeby ankieta umożliwiała ocenę punktową.

Liczba odrzuconych ofert przez kandydatów

Jest to procent wskazujący liczbę kandydatów, którzy zostali przez firmę zaproszeni do współpracy i nie zdecydowali się na jej podjęcie. Niestety liczba ta nie ukazuje przyczyn problemu, więc jej zastosowanie jest ograniczone. Dlatego jeśli wskaźnik będzie ujawniał, że kandydaci dość regularnie, mimo otrzymania oferty, nie podejmują z nami współpracy, warto dopytywać ich o przyczyny decyzji i archiwizować tego rodzaju informacje.

Współczynnik rotacji wśród nowozatrudnionych

Warto sprawdzić, czy wysiłki działu rekrutacyjnego przynoszą oczekiwane rezultaty i nowe osoby współpracują z firmą dłużej niż trwa okres wdrożenia. Jeśli nowy pracownik zrezygnuje z pracy w trakcie lub po okresie wdrożenia, jest to znaczący koszt. Dlatego warto po czasie zweryfikować, (np. po 3, 6 i 12 miesiącach), czy nowo zatrudnieni nadal realizują usługi na rzecz firmy. Wysoki współczynnik może wskazywać potrzebę wprowadzenia zmian w procesie rekrutacji bądź onboardingu.

Przeczytaj także:

Średni staż pracy

Średni staż pracy nie jest bezpośrednio związany z rekrutacją, jednak jego niski poziom może ukazywać, podobnie jak współczynnik rotacji wśród nowo zatrudnionych, niską jakość procesu rekrutacyjnego. Co więcej, jeśli weźmiemy pod uwagę poziom stanowiska czy też wynagrodzenia, możemy zweryfikować, czy niski staż pracy jest problemem dotyczącym wszystkich pracowników czy też poszczególnych grup zawodowych, finansowych itd.

Jeśli chodzi o dobór KPI (key performance indicators), kluczowe jest odpowiedzenie sobie na pytanie, w jakim celu chcemy je mierzyć. Jeśli będziemy wykorzystywać zebrane wyniki do wprowadzania udoskonaleń w proces rekrutacji, onboardingu czy do prowadzenia rozmów z innymi działami oraz negocjacji, wówczas rzeczywiście warto zbierać takie dane i analizować zestawienia. Takie podejście jest szczególnie istotne w działach, które nie posiadają odpowiedniego ATS, wspierającego ich w analityce, gdyż gromadzenie danych będzie od nich wymagało czasu i skrupulatności. Jest to jednak inwestycja, która powinna się zwrócić, gdyż dobre wyniki dowodzą o wartości działu HR i jego wkładzie na rzecz rentowności firmy.

Źródło: OLX Praca

Polskie miasta będą się stawać coraz bardziej zielone. – Ograniczenie emisyjnego transportu i współpraca z energetyką odnawialną będą inwestycjami preferowanymi przez miasta w perspektywie do 2030 roku – podkreśla Małgorzata Zielińska, ekspert DNB Bank Polska. Ponieważ kolejna nowa unijna siedmiolatka nie będzie już dla samorządów tak hojna, te muszą szukać alternatywnych źródeł finansowania takich projektów. Kapitał mogą pozyskać poprzez emisję zielonych obligacji – papierów wartościowych, z których finansowane są inwestycje proekologiczne, np. elektrownie wiatrowe czy przyjazny środowisku transport.

– Polskie miasta coraz bardziej stawiają na ekologię i rozwiązania, które mają ograniczyć emisję dwutlenku węgla, zwiększyć udział niskoemisyjnego transportu publicznego i umilić mieszkańcom życie. W porównaniu do miast europejskich jest jeszcze wiele do zrobienia, ale też nie mamy się czego wstydzić, ponieważ poprzednia perspektywa unijna dała nam wiele środków na transport niskoemisyjny, poprawę jakości życia mieszkańców, efektywność energetyczną oraz termomodernizację budynków. Mamy w Polsce nowoczesne, ekologiczne miasta, które jeszcze przez najbliższe lata na pewno będą dużo czasu i energii poświęcały temu, żeby poprawić ten wizerunek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Zielińska, dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska SA.

Jak ocenia, w perspektywie finansowej do 2030 roku większość inwestycji skupi się właśnie na niskoemisyjnym transporcie, m.in. zakupie autobusów elektrycznych i hybrydowych. Według prognoz zawartych w ubiegłorocznym raporcie „Paliwa alternatywne w komunikacji miejskiej” PSPA w ciągu najbliższych 10 lat na ulicach polskich miast pojawi się już około 3,5 tys. autobusów zasilanych paliwami alternatywnymi.

Kolejny obszar to dofinansowanie wymiany przez mieszkańców starego ogrzewania na nowoczesne źródła ciepła opalane gazem. Za problem smogu, z którym borykają się polskie miasta, odpowiada głównie niska emisja z kotłów i pieców w gospodarstwach domowych.

– Najbliższa perspektywa do 2030 roku z pewnością będzie stawiała na zmniejszenie emisji dwutlenku węgla. Ograniczenie emisyjnego transportu, współpraca z energetyką odnawialną, czyli wiatraki i fotowoltaika, to będą inwestycje preferowane przez miasta. W niektórych metropoliach europejskich, np. w Londynie, nie można już wjeżdżać do wyznaczonych stref samochodem, bo wiąże się to z kosztownymi opłatami. Taka sytuacja ma też miejsce w Krakowie, a inne miasta podwyższają opłaty parkingowe nawet trzykrotnie po to, żeby mieszkańcy zostawiali samochody i przesiadali się na transport publiczny – mówi Małgorzata Zielińska.

Na lata 2014–2020 z budżetu polityki spójności Polska dostała do rozdysponowania w ramach programów krajowych i regionalnych 82,5 mld euro – najwięcej w historii dotychczasowego członkostwa w Unii Europejskiej. Jednak nowa siedmiolatka nie będzie już tak hojna. Z propozycji przedstawionej przez Komisję Europejską w maju ubiegłego roku wynika, że na lata 2021–2027 Polska dostanie o około 25 proc. mniej środków niż w obowiązującej perspektywie. Mniejszy budżet oznacza, że mniej pieniędzy trafi też do samorządów, które będą musiały szukać alternatywnych źródeł finansowania, żeby utrzymać dotychczasowy poziom aktywności inwestycyjnej.

W sfinansowaniu projektów związanych z ekologią, ochroną środowiska czy poprawą jakości powietrza alternatywą dla środków unijnych może być sektor bankowy i zielone obligacje (green bonds).

– Zielone obligacje niczym się nie różnią od klasycznych, za wyjątkiem celu emisji. Celem emisji zielonych obligacji są właśnie wszystkie projekty związane z ekologią i ochroną środowiska. Może to być właśnie niskoemisyjny transport miejski, nowa oczyszczalnia ścieków, ścieżki rowerowe czy nowy park albo dotacje na zwiększanie efektywności energetycznej budynków, zarówno domów komunalnych, jak i użyteczności publicznej – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Jak podkreśla, zielone obligacje to rozwiązanie korzystne zarówno z punktu widzenia miast-emitentów, jak i inwestorów. Miasta wykorzystują je do promowania swoich kluczowych inwestycji o charakterze proekologicznym, natomiast inwestorzy – banki czy fundusze inwestycyjne – szukają takich produktów, ponieważ polityka korporacyjna czy CSR-owa wręcz nakazuje im lokować określony procent kapitału właśnie w inwestycje związane z ekologią i ochroną środowiska.

Emisja zielonych obligacji zaczyna się od tego, że miasto wspólnie z bankiem przygotowują katalog zielonych inwestycji planowanych w perspektywie najbliższych kilku lat.

– Następnie miasto zatwierdza, które z tych projektów będzie chciało zrealizować. Bank przygotowuje decyzję kredytową, która udziela ostatecznej odpowiedzi, czy dany projekt w takiej kwocie i w takim okresie może zostać sfinansowany. Tutaj wchodzi zewnętrzna instytucja – na ogół europejski NGO, który nadaje certyfikat „zieloności”, czyli potwierdza, że dana inwestycja rzeczywiście jest związana z ekologią i potwierdza cel emisji obligacji. Następnie dokonujemy emisji, znajdujemy inwestorów, ewentualnie banki same nabywają takie obligacje na własny portfel i miasto dostaje środki na finansowanie tych projektów – tłumaczy Małgorzata Zielińska.

Polska – jako pierwszy kraj na świecie – już w 2016 roku wyemitowała zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. Na rynkach kapitałowych takie instrumenty dłużne dla samorządów czy firm zaczęły pojawiać się już kilka lat wcześniej. W ubiegłym roku Polska dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro. Jak podało Ministerstwo Finansów, emisja po raz kolejny spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro.

– Liczę, że jeszcze w tym roku pierwszy samorząd zdecyduje na emisję zielonych obligacji. Zachęcamy do tego również małe i średnie samorządy, a nie tylko metropolie – mówi dyrektor Departamentu Sektora Publicznego w DNB Bank Polska.

Przeczytaj także:

Polityka DNB Banku zakłada finansowanie projektów związanych z ochroną środowiska i infrastrukturą samorządową właśnie poprzez zielone obligacje. W 2018 roku był trzecim pod względem aktywności na rynku zielonych obligacji bankiem na świecie. Korzysta przy tym ze wzorców skandynawskich – miasta takie jak Oslo czy Sztokholm już od kilku lat z powodzeniem emitują zielone obligacje.

– Wykorzystując te wzorce, chcemy wdrożyć je do polskich samorządów i pokazać, w jaki sposób można uatrakcyjnić finansowanie, pokazać mieszkańcom, na co wydajemy konkretne środki pożyczone od banku – mówi Małgorzata Zielińska.

Jak wynika z tegorocznego raportu DNB i KPMG, globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2017 roku 162,1 mld dol. W 2018 roku było to 167,3 mld. Szacunki rynkowe mówią, że w tym roku będzie to już 250 mld dol. Tylko w styczniu i lutym tego roku wyemitowano obligacje o wartości 24,6 mld dol. Największy udział w rynku zielonych obligacji mają USA (20 proc.) i Chiny (18 proc.). Z europejskich krajów najaktywniejsze pod tym względem są Francja (8 proc.), Niemcy (5 proc.) oraz Holandia (4 proc.). Prawie połowa ze wszystkich europejskich zielonych emitentów to instytucje niefinansowe.

materiał prasowy

Rosnąca popularność technologii cloud computing sprawia, że coraz więcej firm decyduje się na analitykę w chmurze. Firma SAS wprowadziła szereg udogodnień, które mają sprawić, że łatwiej będzie wdrożyć i wykorzystywać jej rozwiązania oraz włączyć je do już istniejącego ekosystemu IT.

Eksperci podkreślają, że sposób wykorzystywania systemów analitycznych ulega diametralnej zmianie. Producenci komercyjnych rozwiązań muszą dostosować je do pracy w różnych językach programowania i zapewnić kompatybilność z technologiami open source. Połączenie rozwiązań komercyjnych z tymi stworzonymi w oparciu o oprogramowanie otwarte powinno odbywać się w ramach spójnego środowiska IT, tak aby zapewnić wsparcie pełnego cyklu analitycznego. Jak podkreślają specjaliści SAS takie podejście pozwala ograniczyć przepisywanie kodu na potrzeby różnych typów danych, platform i infrastruktur co konsumuje niezwykle dużo czasu pracowników działów IT.

Analityka na godziny

Biznes coraz śmielej stawia na chmurę, co potwierdzają wyniki badania „Chmura publiczna w Polsce 2019” przeprowadzonego przez IDG na zlecenie Oktawave. Ponad połowa polskich firm korzysta lub zamierza wdrożyć technologię cloud computing. Chmura staje się nie tylko przestrzenią, w której są przechowywane dane, ale również środowiskiem, w którym funkcjonują systemy analityczne. Ważne jest, aby platformy analityczne były na tyle elastyczne, aby móc dostosować je do potrzeb różnych dostawców usług chmurowych.

Do najważniejszych korzyści biznesowych wynikających z wdrożenia chmury respondenci badania „Chmura publiczna w Polsce 2019” zaliczyli obniżenie całkowitego kosztu posiadania infrastruktury IT (TCO) oraz możliwość płatności zgodnie z rzeczywistym zużyciem. Podobny model rozliczania proponuje SAS, zapewniając dostęp do narzędzi analitycznych w trybie Software-as-a-Service. Firma oferuje elastyczne modele licencjonowania, w tym takie, które nie mają ograniczeń w zakresie mocy serwerów przetwarzających dane i przeprowadzających obliczenia modeli analitycznych. Rozliczanie kosztów użycia oprogramowania SAS odbywa się na podstawie liczby użytkowników, grupy konkretnych zastosowań czy w odniesieniu do wielkości biznesu.

Przeczytaj także:

Elementy systemu analitycznego SAS Viya można wdrożyć na dowolnej platformie chmurowej. Firma oferuje gotowe komponenty, pozwalające skrócić czas uruchomienia środowiska czy modelu analitycznego z kilku dni do kilku godzin w wybranych środowiskach chmury publicznej. Platformę SAS charakteryzuje otwartość zarówno z punktu widzenia architektury, jak i funkcjonalności. Takie podejście umożliwia zintegrowanie w platformie rozwiązań open source oraz zaadoptowanie tych modeli analitycznych, które zostały stworzone w oparciu o inne technologie niż te oferowane przez SAS.

Źródło: SAS Institute

Tylko 12% małych i średnich firm w Europie korzystało z Big Data w 2018 roku (w porównaniu z 33% dużych). W Polsce duże zbiory danych analizowało jedynie 8% przedsiębiorców – wyprzedziliśmy Węgry, Austrię, Bułgarię czy Włochy, jednak sporo brakuje nam do Malty (24%) lub Holandii (22%). Barierę dla firm stanowi m.in. określenie jakich informacji potrzebują i w jaki sposób mogą na nich skorzystać, a także stworzenie planu działania oraz zarządzanie danymi. Czy zatem Big Data w małych firmach w ogóle ma sens?
Informacja na wagę klienta

W jakich godzinach firma notuje największe zyski? Jakimi produktami mogą być dzisiaj zainteresowani stali klienci? Jakie materiały zużywane są najszybciej? Czy w sklepie pojawia się więcej klientów, gdy pada deszcz? To tylko przykłady pytań, na które można odpowiedzieć dzięki właściwie zebranym i przeanalizowanym informacjom. Nie wystarczy jednak zgromadzić ich np. w arkuszu Excela. Program ten nie zapewnia inteligentnej analizy ani nie jest wystarczająco szybki, ma ograniczoną pojemność, zaś ręczne wprowadzanie danych niesie ryzyko popełnienia błędu i jest czasochłonne.

Jednak powszechnie są już dostępne inteligentne systemy biznesowe, które automatycznie i w czasie rzeczywistym nie tylko gromadzą dane w chmurze, ale też łączą je i analizują. Algorytmy szukają powiązań, trendów i wzorów wśród zbieranych przez firmę informacji. Mogą także włączyć do analizy dane o pogodzie i ruchu drogowym, pochodzące z geolokalizacji czy mediów społecznościowych.

Przeczytaj także:

Z korzyścią dla małych (i dużych)

Takie systemy analizy Big Data pomagają podejmować lepsze decyzje biznesowe i szybko reagować na sytuację na rynku. Dla sektora MŚP informacje stwarzają przede wszystkim możliwość dopasowywania się do oczekiwań klientów i poprawy jakości produktów – kluczowych w skutecznym konkurowaniu z większymi graczami. Duże zasoby danych mogą też być pomocne w odzyskiwaniu utraconych klientów, tworzeniu kampanii reklamowych czy długoterminowych strategii. Według przedsiębiorców stwarzają również możliwości rozwoju (30%), zyskiwania przewagi konkurencyjnej (16%) oraz dostarcza dodatkowych źródeł dochodów (14%). 60% firm wskazuje, natomiast że Big Data umożliwia wzrost przychodów, a 83%wzrost rentowności produktów i usług.

Na rynku są oferty stworzone z myślą o małych i średnich firmach, dostosowane do ich potrzeb i możliwości. Z analityki biznesowej korzystają nawet start-upy. Jednak, aby móc odnosić korzyści z Big Data, przedsiębiorstwa potrzebują partnera, który doradzi nie tylko najlepsze rozwiązanie, ale też sposób korzystania z niego. Małe firmy często zbierają już bowiem dane w wielu miejscach, jednak nie potrafią nimi zarządzać ani z nich skorzystać. Tymczasem kluczowe znaczenie ma nie tylko dostęp do informacji, ale też umiejętność wydobywania z nich nowych, ciekawych wyników – przekonuje Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.

materiał prasowy

Konsekwentne realizowanie polityki podejmowania z ubezpieczycielami rozmów przy mediacyjnym stole Centrum Mediacji Sądu Polubownego działającego przy Komisji Nadzoru Finansowego skutkowało przyznaniem wyróżnienia Ambasadora Mediacji na Rynku Finansowym dla mec. Alberta Demidowskiego – radcy prawnego z Votum Odszkodowania S.A. Jak podano w komunikacie KNF wyróżnienie zostało przyznane za inicjowanie oraz wieloletnie, konsekwentne propagowanie idei polubownego rozwiązywania sporów w drodze mediacji oraz za zaangażowanie w przeprowadzanie setek mediacji, otwartą postawę i skuteczność.

Skuteczne przeprowadzenie prawie dwóch i pół tysięcy postępowań mediacyjnych i zadowolenie klientów przyniosły wymierny skutek. Regulator rynku ubezpieczeniowego słynie zwyczajowo z publikowania ostrzeżeń publicznych oraz sankcjonowania kar finansowych wymierzonych w nierzetelne podmioty rynku finansowego. Tym razem pokusił się o wyróżnienie aktywnego pełnomocnika.

Postępowanie mediacyjne pozwala na rozstrzygnięcie rodzącego się sporu pomiędzy ubezpieczycielem a poszkodowanym. Aby można było skorzystać z możliwości mediacji w konkretnej sprawie, zarówno poszkodowany, jak i ubezpieczyciel muszą wyrazić zgodę na mediację. Co więcej, zgoda taka musi być podtrzymywana przez całe postępowanie mediacyjne, a w przypadku braku konsensusu może być w każdej chwili wycofana. To olbrzymia przewaga mediacji nad procesem sądowym, który jest przejawem władczej ingerencji państwa w relacje obrotu cywilnoprawnego.

Postępowanie mediacyjne w Centrum Mediacji Sądu Polubownego KNF to jednocześnie sposób na znaczące ograniczenie kosztów.  Opłata za mediację wynosi 50 zł za całe postępowanie. Tymczasem proces sądowy, już na początkowym etapie, może kosztować i to nawet kilka tysięcy złotych za samą opłatę od pozwu. Dodatkowo, całość postępowanie mediacyjnego, od chwili złożenia wniosku, zwyczajowo kończy się w około 3-4 miesiące, podczas gdy proces w sądzie trwa średnio 18-20 miesięcy. Strony mediacji same wypracowują kompromisowe rozwiązanie sprawy, częściowo godzą się na ustępstwa w zakresie swoich roszczeń. Zwieńczeniem mediacji jest ugoda sporządzana przez mediatora. Jej podpisanie przez obie strony i akceptacja wypracowanego rozwiązania powoduje nie tylko satysfakcję, ale też doprowadza do zażegnania potencjalnego konfliktu. W takim przypadku nie ma przegranego i wygranego, w których to rolach będą musieli z kolei odnaleźć się strony procesu po wydanym przez sąd wyroku.

Red Dev Studio podpisał list intencyjny z notowanym na GPW Ultimate Games S.A. Szacowana wartość umowy wynosi 0,5 mln zł. Pozyskane środki Spółka przeznaczy na produkcję nowych gier.

Ultimate Games zobowiązał się dokonać inwestycji finansowej nie niższej niż 400 tys. zł. Zostanie ona zrealizowana w formie zleceń na produkcję gier lub objęcie nowo wyemitowanych akcji w podwyższonym kapitale zakładowym Red Dev Studio, bądź w innej formie ustalonej przez Strony. Pozyskane środki zostaną przeznaczone na produkcję od 2 do 4 gier wideo, których wydawcą będzie Ultimate Games S.A.

Współpraca to dla nas szansa na szybki rozwój. Dzięki wsparciu Ultimate Games będziemy mogli zwiększyć skalę działalności w zakresie ilości i jakości naszych nowych produkcji – powiedział Wojciech Sypko, założyciel i prezes zarządu Red Dev Studio.

Przeczytaj także:

Ponadto 23 września br. Red Dev Studio pozyskało dwóch finansowych inwestorów instytucjonalnych. Spółka zadebiutuje na rynku NewConnect 26 września. Red Dev Studio planuje rozbudowę wydanych do tej pory gier oraz pracę nad nowymi produkcjami, jak również poszerzenie listy platform, na które wydaje gry, co pozwoli na szybszy rozwój i dywersyfikację źródeł przychodów.

materiał prasowy

Kontrola właściwego wykorzystywania zwolnień lekarskich to kluczowe, ale niejedyne narzędzie służące ograniczaniu poziomu absencji chorobowej. Pracodawcy coraz częściej decydują się na działania prewencyjne, zapobiegające powstaniu problemu. Budują one jednocześnie pozytywny wizerunek przedsiębiorstwa, gdyż w dużej mierze polegają na wychodzeniu naprzeciw potrzebom załogi. – Obserwujemy coraz wyraźniejszy trend na rynku, jakim jest angażowanie się firm w cały proces leczenia pracowników m.in. poprzez nawiązywanie stałej współpracy z konkretnymi specjalistami czy zatrudnianie własnych rehabilitantów – zauważa Mikołaj Zając, prezes firmy Conperio.

Problem absencji chorobowej dotyka znacznej części polskich przedsiębiorstw – zarówno dużych, jak i małych, zatrudniających kadrę wysoko wyspecjalizowaną, jak i pracowników z wykształceniem podstawowym. Mierzyć się z nim muszą pracodawcy dysponujący starzejącym się personelem, a także młodymi pracownikami wchodzącymi dopiero na rynek pracy. – Wśród naszych klientów są przedsiębiorstwa ze wszystkich branż – spożywczej, produkcyjnej, IT, automotive – zatrudniające od 21 do nawet 20 000 pracowników – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio. Kiedy zwolnienia lekarskie stają się sposobem na przedłużenie urlopu, podjęcie dodatkowego zajęcia czy załatwienie prywatnych spraw w godzinach pracy, destabilizuje to funkcjonowanie całego przedsiębiorstwa oraz generuje napięcia i spory wśród personelu.

Zacznij od podstaw

Kontrola prawidłowości wykorzystywania zwolnień lekarskich to jedno z wielu działań, jakie podejmują firmy konsultingowe współpracujące z przedsiębiorstwami zmagającymi się z problemem absencji chorobowej. Obejmują one również wywiady środowiskowe, podczas których pracownicy mają okazję wyartykułować swoje uwagi i sugestie dotyczące miejsca pracy. – To na ich podstawie eksperci Conperio definiują czynniki bezpośrednio wpływające na poziom absencji chorobowej – mówi Mikołaj Zając. – Wielokrotnie są to sprawy prozaiczne – nieodpowiednia temperatura, silne przeciągi, brak ochrony przed zmieniającymi się warunkami atmosferycznymi. Wpływają one na komfort i bezpieczeństwo pracy, zwiększając ryzyko infekcji. Dlatego, zdaniem prezesa największej firmy konsultingowej na polskim rynku, pierwszym krokiem ku trwałemu zmniejszeniu liczby zwolnień lekarskich jest utrzymywanie bezpośredniego kontaktu z pracownikami operacyjnymi i dostrzeganie sygnalizowanych przez nich problemów. – Zysk z takiego podejścia jest podwójny – z jednej strony pracownicy rzadziej udają się na urlopy zdrowotne, dzięki czemu unikamy problemów związanych z nieobecnością danego członka zespołu. Z drugiej zaś, poprawa komfortu i bezpieczeństwa korzystnie wpływa na atmosferę w firmie, buduje jej pozytywny wizerunek i przyczynia się do obniżenia poziomu rotacji pracowników – dodaje prezes Conperio.

Pamiętaj o zasadach BHP

Podstawową czynnością na etapie wdrażania pracownika w obowiązki służbowe jest rzetelne poinformowanie go o zasadach BHP. Minimalizuje to ryzyko kontuzji spowodowanych niewłaściwym wykonywaniem określonych czynności. – Znaczny odsetek zwolnień lekarskich generują urazy wynikające z braku dostatecznego przeszkolenia w zakresie obsługi maszyn bądź zachowania bezpieczeństwa na stanowisku pracy. Co istotne – są to zwolnienia długoterminowe, wymagające wielotygodniowej rehabilitacji, niekiedy również interwencji chirurgicznej. Oszczędzając na szkoleniach czy instruktażach musimy liczyć się z ryzykiem poniesienia dodatkowych kosztów, nie mówiąc już o obowiązku zapewnienia pracownikom maksymalnego bezpieczeństwa, do czego pracodawców obliguje polskie prawo – przypomina Mikołaj Zając.

Niestety, bardzo często wdrożenie ma charakter pobieżny, a osoby odpowiedzialne za prawidłowe przygotowanie pracownika do pełnienia przez niego obowiązków służbowych „przypominają sobie” o zasadach BHP dopiero wówczas, gdy zdarzy się już przykry incydent. W szczególności dotyczy to sektora produkcji oraz budownictwa. – To właśnie pracownicy fizyczni, z racji specyfiki wykonywanego zawodu, są najbardziej narażeni na kontuzje i urazy. W znanej mi firmie spedycyjnej żaden z brygadzistów nie poinformował nowych zatrudnionych, nieposiadających doświadczenia w pracy magazynowej, jak właściwie należy podnosić ciężkie opakowania. Część z nich wykonywała tę czynność nieprawidłowo, czego efektem były liczne urazy kręgosłupa – wspomina Mikołaj Zając.

Konsultanci Conperio podczas rozmów z pracodawcami powtarzają również termin ergonomia. Oznacza on dostosowywanie miejsca pracy do możliwości psychofizycznych człowieka. – Charakter pracy w wielu przedsiębiorstwach – przy taśmach produkcyjnych, obsłudze maszyn, rozładunku i załadunku towarów – wymaga od pracowników wielogodzinnego wykonywania powtarzalnych czynności. Jeżeli więc ich miejsce pracy jest do tego nieprzystosowane, lub też przy jego tworzeniu korzystano z błędnych parametrów, momentalnie odbija się to na stanie zdrowia personelu – dodaje Mikołaj Zając.

Zainwestuj w pracowników

Coraz wyraźniejszym trendem na rynku jest aktywny udział firm w profilaktyce zdrowotnej i leczeniu swoich pracowników. Mowa tu nie tylko o opłacaniu prywatnej opieki lekarskiej w wielu, zwłaszcza największych firmach, stanowiącym już pewien standard – ale realną pomoc w szybszym powrocie do zdrowia. – Rosnąca liczba przedsiębiorstw, część swoich budżetów przeznacza na finansowanie własnego systemu wsparcia zdrowotnego pracowników. Przejawia się to m.in. w umawianiu wizyt u prywatnych specjalistów za pośrednictwem działów HR, zatrudnianiu przez firmy rehabilitantów, pomocy przy wykupywaniu droższych leków – mówi Mikołaj Zając. – Co więcej, część z nich tworzy własną siatkę lekarzy-specjalistów, z którymi podejmuje stałą współpracę. Dzięki temu, ich pracownicy są leczeni w jednym miejscu – w jednym miejscu również znajduje się dokumentacja medyczna każdego z nich, co ma pozytywny wpływ na tempo i skuteczność kuracji. Dodatkowo utrudnia to zdobywanie fałszywych zwolnień lekarskich.

Profilaktyka nie rozwiąże wszystkiego

Prezes Conperio podkreśla jednak, że nawet maksymalne zaangażowanie pracodawców w poprawę warunków pracy i bezpieczeństwa personelu nie wyeliminuje całkowicie problemu absencji chorobowej. – Przede wszystkim dlatego, że krzywa absencyjna uzależniona jest od konkretnego okresu w kalendarzu. Zbliżający się, czwarty kwartał tradycyjnie niesie za sobą statystyczny wzrost zachorowań na grypę i przeziębienia – mówi Mikołaj Zając.

Jest jeszcze jeden, równie istotny powód. Wszystkie wysiłki w celu minimalizacji ryzyka zachorowania czy kontuzji nie mają znaczenia, jeżeli ktoś faktycznie nie chce pojawić się w pracy. Przy tej okazji prezes Conperio przypomina, że istnieją trzy główne typy absencji:

  1. Absencja „naturalna” – powodowana faktyczną chorobą;
  2. Absencja „szara” – nieuzasadniona medycznie (np. przedłużanie urlopu pomimo powrotu do zdrowia), często powodowana niewłaściwym zarządzaniem procesami w organizacjach (łatwy dostęp do zwolnień, brak motywacji do pracy, etc.). Według szacunków Conperio, od 30% do 70% zwolnień ze wskazaniem „chory może chodzić” lub przyznawanych w ramach konieczności opieki nad członkiem rodziny, automatycznie zaliczanych do absencji szarej, jest wykorzystywanych niezgodnie z przeznaczeniem;
  3. Absencja „zawodowa” (tzw. „patologiczna”) – generowana przez osoby niezainteresowane podejmowaniem czynności zawodowych, które pozostają maksymalnie długo na zwolnieniach chorobowych;

Rekomendowane przez nas działania zmniejszające absencję chorobową działają jedynie w przypadku absencji „naturalnej”. W innych wypadkach przedsiębiorcy zmuszeni są korzystać z innych narzędzi, chociażby działań terenowych naszych konsultantów. Do dyspozycji partnerów oddaliśmy niedawno również nowy mechanizm – Conperio Klasyfikator. Jest to zoptymalizowane i zautomatyzowane narzędzie weryfikacji zwolnień chorobowych, pozwalające na wytypowanie budzących największe wątpliwości co do ich autentyczności druków. Korzysta z niego już 80% wszystkich naszych klientów! – mówi Mikołaj Zając.

Przeczytaj także:

Jak podkreśla prezes Conperio, w przeciwdziałanie nieuczciwemu wykorzystywaniu zwolnień chorobowych angażują się sami pracownicy. Nieobecność jednego członka załogi rzutuje na pracę pozostałych – zmusza do wyrabiania nadgodzin, wpływa na plany urlopowe, nakłada dodatkowe obowiązki. Świadomość, że zwolnienie chorobowe wiąże się z rzeczywistymi problemami zdrowotnymi, a nie chęcią przedłużenia wakacji czy załatwienia spraw prywatnych, tworzy elementarne poczucie sprawiedliwości. Zdarza się, że na infolinię Conperio dzwonią pracownicy z przedsiębiorstw niewspółpracujących z żadną firmą konsultingową, informując o nieprawidłowościach oraz prosząc o sugestie i porady.

– Zawsze podkreślamy, że w naszej pracy nie chodzi o przysłowiowe polowanie na czarownice, ale szybszą identyfikację osób, które najzwyczajniej w świecie łamią prawo, wykorzystując zwolnienia lekarskie niezgodnie z ich przeznaczeniem. Ma to na celu poprawę wydajności firmy i budowę poczucia sprawiedliwości wewnątrz załogi, co przynosi wymierne profity całej organizacji – przekonuje Mikołaj Zając.

Źródło: Conperio

Wiele nowoczesnych technologii wciąż bardziej kojarzy się ze światem science fiction niż z codziennym życiem. Jednak coś co wczoraj było jeszcze fantazją, dziś staje się powszechnym produktem lub usługą. Nowoczesne technologie to klucz do sukcesu w biznesie, konkurencyjności innowacyjnego myślenia i rozwoju firmy w skali globalnej. Ale  – bez wątpienia – najważniejszy jest człowiek.

Podczas największej w Polsce konferencji technologicznej – Masters & Robots  (8-9.10/Warszawa) – o sile technologii i jej działaniu na rzecz ludzkości, technologicznych i etycznych wyzwaniach biznesu, najbardziej pożądanych kompetencjach zawodowych będą dyskutować najgorętsze nazwiska w branży, m.in. David Hanson – geniusz, wizjoner i przedsiębiorca, twórca Sophi  – najbardziej znanego humanoidalnego robota, Mo Gawdat, ekspert od AI i robotyki, który pracował przy tworzeniu tajnych innowacyjnych technologii Google`a, Anahita Moghaddam – założycielka Neural Beings, trenerka Global CEOs, uczennica Dalajlamy, Michael Ventura, światowy ekspert od design`u, kreujący firmę opartą na „empathic design” czy Leesa Soulodre, konsultantka w zarządzaniu innowacjami, która pomogła wystartować od zera firmom, o obecnej łącznej wartości ponad 14 mld dolarów.
W konferencji bierze udział ponad 70 ekspertów i praktyków z całego świata.

Głównymi sponsorami wydarzenia są międzynarodowy inwestor, lider młodego pokolenia polskich przedsiębiorców, od lat wspierający startupy – Sebastian Kulczyk oraz polski gigant ubezpieczeniowy PZU.

Przeczytaj także:

Na uczestników wydarzenia czekają m.in.: 3 sceny: główna scena Masters & Robots, scena dla młodzieży Masters & Robots Youth oraz scena MIT COINs – poświęcona szczególnie tematyce AI i analityce danych prowadzona przez profesorów z MIT. W trakcie konferencji odbędą się również warsztaty z zagranicznymi ekspertami, wykłady i panele dyskusyjne.

Masters & Robots to także wydarzenia towarzyszące, jak np. organizowany 7 października finał międzynarodowego konkursu dla startupów SingularityU Poland GLOBAL IMPACT CHALLENGE. Jego zwycięzca, wybrany spośród finałowej 10-tki, weźmie udział w Global Startup Program – prestiżowym programie akceleracyjnym Singularity University w Dolinie Krzemowej, a także otrzyma zaproszenie do trzeciej edycji „InCredibles” Sebastiana Kulczyka.

Dodatkowym wydarzeniem będzie także HACKATHON Antisemitism, realizowany przed konferencją w dniach 4-6 października wraz z Ambasadą Izraela. Przez 48 godzin programiści z Izraela, Ukrainy i Polski będą pracować nad rozwiązaniem problemu antysemityzmu w Internecie. W trakcie SingularityU Poland GLOBAL IMPACT CHALLENGE zostaną zaprezentowani zwycięzcy.

materiał prasowy

Niezależny test „Deutschlands Kaufempfehlung”, opublikowany w magazynie Focus, stworzony we współpracy z Instytutem Zarządzania i Badań Ekonomicznych (IMWF), zbadał ponad 800 produktów i marek z ponad 60 branż. Wśród wyróżnionych w kategorii „Kuchnie wolnostojące” i „Zestawy” (płyta grzejna + piekarnik) znalazła się polska marka Amica, produkująca sprzęt grzejny we Wronkach.

Wielu konsumentów podczas kupna sprzętu sugeruje się opiniami innych kupujących. Im więcej pozytywnych ocen i komentarzy, tym lepiej. Szczególnie w Internecie. Właśnie ten sektor po raz pierwszy zbadał Deutschland Test we współpracy z Instytutem Zarządzania i Badań Ekonomicznych (IMWF). Pod lupę wzięto 800 produktów lub marek z ponad 60 branż. Zwycięzcy testu otrzymali ocenę „Niemiecka Rekomendacja Zakupu”. Wśród laureatów znalazła się Amica. Wyróżnienie przyznane zostało w kategorii „Kuchnie wolnostojące” i „Zestawy” (płyta + piekarnik), plasując urządzenia polskiego producenta na pierwszych pozycjach rankingu. Wyniki badania zostały opublikowane w magazynie Focus Money, w numerze 13/19.

Ekspozycja Grupy Amica od lat cieszy się zainteresowaniem na targach IFA. W tym roku również będzie można oglądać ją od 6 do 11 września w Berlinie. Podczas dni targowych na sprzętach grzejnych linii Q-type, sygnowanych znakiem „Deutschlands Kaufempfehlung”, gotować będą najlepsi szefowie kuchni.

Więcej informacji o produktach AMICA znajduje się tutaj: LINK

Grupa Amica to wiodący europejski producent sprzętu gospodarstwa domowego z ponad 70-letnim doświadczeniem. W ofercie posiada pełną gamę inteligentnych urządzeń dużego i małego AGD, wyróżniających się przemyślanymi, użytecznymi rozwiązaniami, najnowszą technologią i nowoczesnym designem. Jednym z filarów strategii rozwoju firmy jest inwestowanie w rozpoznawalne marki lokalne. W portfelu grupy znajdują się marki Amica (Europa Środkowa i Zachodnia), Hansa (Europa Wschodnia), Gram (Skandynawia) oraz CDA (Wielka Brytania) i Fagor (Hiszpania). Na całym świecie zatrudnia ponad 3 tysiące osób, dzięki którym dostarcza do klientów na ponad 60 rynkach na świecie ponad 5 milionów urządzeń rocznie. W 2018 roku skonsolidowany obrót grupy wyniósł prawie 700 mln EUR.

Obecnie stopa bezrobocia wynosi  5,2% i jest najniższa od wielu lat.  Wiele wskazuje na to, że w przyszłości ten wskaźnik będzie jeszcze niższy, ponieważ jak przewiduje PwC, do 2025 r. konieczne będzie zatrudnienie ok. 1,5 mln osób, w tym także młodych pracowników. Fakt starzenia się naszego społeczeństwa, rozwój  nowych technologii
i pojawienie się zawodów, które wcześniej nie istniały, sprawia, że na rynku pracy za chwilę dyktować warunki będzie pokolenie Z. Chodzi o osoby urodzone w końcówce lat 90. XX w., które właśnie rozpoczynają karierę zawodową, czyli mowa także o świeżo upieczonych absolwentach polskich uczelni. To generacja pracowników, która jest nadzieją polskiej gospodarki. Pracodawcy, nie tylko te największe marki, doskonale wiedzą, że młode talenty z otwartymi głowami, nieszablonowym podejściem do rozwiązywania problemów i innymi kompetencjami, których nie posiadają starsi pracownicy, są na wagę złota.  A, co na swój temat uważają „Zetki”? Czy czują się przygotowane przez szkoły wyższe do podjęcia pracy? Co myślą o swojej drodze zawodowej i czy wiedzą, czego oczekują od przyszłych pracodawców? 

Jak zaznacza Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum, poznanie odpowiedzi na powyższe pytania jest kluczowe dla pracodawców, którzy myślą o rekrutowaniu młodych-zdolnych. – Pracodawcy muszą poznać potrzeby najmłodszej generacji pracowników, ponieważ osoby między 20., a 25. rokiem życia, szykujące się na podbój rynku pracy, mają zupełnie inne wymagania niż Millenialsi czy starsze pokolenia. To ważne, ponieważ nierzadko daje się zauważyć, że pracodawca doskonale wie, co zyska zatrudniając „Zetkę” i jak cenny może być to pracownik dla firmy, ale nie zawsze wie, czego oczekuje od niego druga strona. Często popełnianym przez nich błędem również jest to, że problemy młodych pracowników rozwiązują „starymi” metodami, które są zupełnie nieskuteczne w ich przypadku.

Kim zatem są pracownicy z pokolenia Z, absolwenci polskich uczelni?

Czy absolwenci czują się gotowi?

Młody, czyli niezdecydowany lekkoduch? To mit. Osoby, które teraz rozpoczynają studia, szukają takiego kierunku czy uczelni, która w przyszłości zapewni im dobrą pracę, ale jednocześnie, chcą w tej pracy robić, to co lubią. Rozpoczynają karierę z założeniem, że można połączyć te dwie kwestie. „Zetkom” zależy na rozwijaniu posiadanych pasji. Jak pokazują dane zebrane przez Pracuj.pl, wśród absolwentów oraz studentów, aż 50 proc. tej grupy, postrzega pracę jako środek do realizacji pasji pozazawodowych. Chcą pracować w firmie, która pomoże im zdobywać nowe umiejętności i będzie dla nich stymulującym wyzwaniem. Mniej liczy się dla nich zarabianie góry pieniędzy, bo nauczyli się od starszych pokoleń, że te nie zawsze przynosi satysfakcję.

Osoby, które niedawno ukończyły 20. rok życia, choć nie mają doświadczenia na rynku pracy, wiedzą, że teraz dla pracodawców liczą się kompetencje, które da się nazwać, za którymi stoi jakieś know-how. Czy polskie uczelnie, których zdecydowana większość jest nastawiona na przygotowanie młodego człowieka na rynek pracy, są tego świadome?  Od tego, czy dana szkoła wyższa przyłoży się do przekazywania praktycznej wiedzy, w dużej mierze może zależeć, czy młody człowiek z sukcesem wejdzie na rynek pracy, czy też „straci” kilka następnych lat swojego życia na doszkalanie się, czy wręcz zmianę zawodu. Niestety, wśród absolwentów przeważają podobne, negatywne zdania co do poziomu ukończonej szkoły wyższej oraz jej odpowiedniego przygotowania młodego człowieka do funkcjonowania na obecnym rynku pracy. 

Pomimo mało przychylnych opinii na temat efektów nauki na uniwersytetach i innych szkołach wyższych, ponad 3/4 studentów ma zamiar rozwijać się zgodnie z wybranym kierunkiem studiów. Co więcej, większą wagę przykładają także do dalszego kształcenia po ukończeniu szkoły wyższej, np. na studiach doktoranckich, podyplomowych, kursach czy szkoleniach. Można z tego wyciągnąć wniosek, że poważnie podchodzą do swojej przyszłości. To, co różni generację Z od poprzednich pokoleń, to świadomość, że ukończenie studiów wyższych już nie gwarantuje sukcesu zawodowego. Skończenie danego kierunku może być świetną bazą do zdobywania bardziej konkretnych kompetencji wymaganych na rynku pracy. To także dobry sygnał dla pracodawców. Wystarczy, że podczas rekrutacji będą skoncentrowani na zatrudnieniu takich dwudziestolatków, którzy będą chcieć się uczyć także w pracy i każde proponowane szkolenie nie będzie przez nich traktowane jak przykry obowiązek, ale jak „darmowa” szansa nauczenia się czegoś nowego – mówi Agnieszka Surowiec, Intrum.

Staż? Jak najbardziej!

Absolwenci polskich uczelni zdobywanie nowych kompetencji coraz częściej traktują jako inwestycję w swoją przyszłość. Zapewne większość HR-owców spotkała podczas prowadzonej rekrutacji „młodego-zdolnego” z minimalnym doświadczeniem zawodowym, który chciałby zarabiać kilka tysięcy złotych na starcie. Ale nie brakuje również osób, które zdecydują się na kilkumiesięczne staże czy praktyki, nierzadko bezpłatne. Według raportu Pracuj.pl, aż 82 proc. badanych studentów i absolwentów bardzo docenia taki rodzaj zdobywania wiedzy i często z niego korzysta (blisko 70 proc. respondentów). Staże nie tylko pomagają studentom przygotować się do pracy na konkretnym stanowisku, ale także uczą zasad funkcjonowania w danej firmie.

– Stereotyp mówiący o praktykancie, robiącym kawę czy kserującym dokumenty odszedł już w zapomnienie. Przede wszystkim dlatego, że dzisiaj firmy nie mogą pozwolić sobie na marnowanie potencjału. Każdy pracownik jest cenny. Dziś pracodawcy wdrażają wiele narzędzi z zakresu employer brandingu, by odpowiednio przyjąć w firmie nowych pracowników, także praktykanta czy stażystę. Studenci czy absolwenci również mają świadomość, że podczas stażu czy praktyk zdobędą wiedzę i umiejętności, których nie przekaże im żadna szkoła. Wiedzą także, że jeżeli pokażą się od dobrej strony podczas takiego „testowego” okresu, będą mieć szansę na stabilne zatrudnienie w danym miejscu. Pokolenie Z nie chce gromadzić pieniędzy, a wspomnienia i doświadczenia. Takie samo podejście daje się zauważyć, jeżeli chodzi o sprawy zawodowe. Dla „Zetek” liczy się zdobycie wielu istotnych kompetencji, zanim znajdą wymarzoną pracę. Dlatego decydują się również na wolontariaty, projekty studenckie, programy stażowe i menedżerskie oferowane przez coraz więcej firm oraz tradycyjne praktyki – wylicza Agnieszka Surowiec, Intrum.

Przeczytaj także:

Gdzie absolwenci chcieliby pracować?

Według raportu Pracuj.pl, prawie połowa badanych (44 proc.) myśli o pracy w międzynarodowej korporacji lub dużej ogólnopolskiej organizacji. Z kolei 1/3 chciałaby pracować w małej firmie liczącej do 50 pracowników lub w start-upie. Niewielu jednak myśli o założeniu własnej firmy – jedynie 17 proc. respondentów badania. Te dane pokazują, że szukając zatrudnienia, absolwenci w mniejszym stopniu zwracają uwagę na zarobki, ale cenią sobie już wcześniej wspomnianą możliwość rozwoju zawodowego oraz dobrą atmosferę w miejscu pracy.

Szansa na szybki awans oraz wysokie wynagrodzenie, to nie są najważniejsze czynniki wpływające na to, że młodzi będą aplikować na dane stanowisko. Bardziej liczy się dla nich docenianie przez pracodawcę, możliwość pracy dla marki, która dokonuje znaczących zmian w świecie, np. dba o środowisko lub po prostu stawia na zrównoważony rozwój.
Z naszych doświadczeń wynika również, że takim osobom szczególnie zależy na szybkim zintegrowaniu się z zespołem, dowiedzeniu się jak największej ilości informacji o marce, dla której pracują. Dlatego w Intrum dbamy o to, aby nowy pracownik nie tylko poznał zasady funkcjonowania w firmie, ale także otrzymał wiedzę na temat naszej historii i misji
– wyjaśnia Agnieszka Surowiec, Dyrektor HR i Komunikacji w Intrum.

Źródło: Intrum

Już 18 listopada rusza 12. edycja Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości – największego wydarzenia w Polsce promującego świadomy rozwój i aktywną postawę w każdej sferze życia. W tym roku hasłem przewodnim jest Biznes bez barier.

Podczas Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości odbędzie się ponad tysiąc wydarzeń na terenie całego kraju, zarówno w małych, jak i dużych miejscowościach. Będą to warsztaty z zakresu umiejętności miękkich, szkolenia z różnych aspektów przedsiębiorczości czy inspirujące spotkania z ludźmi sukcesu.

ŚTP to taki ogólnoświatowy festiwal przedsiębiorczości – mówi Michał Pawłowski, Prezes Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości, organizującego Tydzień w Polsce.

Motywem przewodnim tegorocznej edycji jest różnorodność w biznesie. Organizatorzy przy tej okazji chcą zastanowić się, jakie narzędzia mogą pomóc osobom, dla których przedsiębiorczość stanowi prawdziwe wyzwanie.

Temat ma odzwierciedlenie w tym, co aktualnie dzieje się w biznesie. Nowe technologie dały możliwość osiągnięcia sukcesu osobom, które jeszcze kilka lat temu były społecznie wykluczone  – mówi Michał Pawłowski, Prezes Fundacji Światowego Tygodnia Przedsiębiorczości. Chodzi tu na przykład o osoby z niepełnosprawnością, które dzięki powszechnemu dostępowi do Internetu i rozpowszechnieniu pracy zdalnej mogą pracować na równi z innymi.

Przeczytaj także:

W listopadzie skupimy się również na tym, jak rozmaite doświadczenia i środowiska, z których pochodzimy kształtują nasze podejście do przedsiębiorczości. – Chcemy pokazać, że takie czynniki jak rasa, wyznanie, płeć czy orientacja seksualna nie powinny w żaden sposób dyskryminować osoby chętnej do działania. Każdy, kto chce spróbować swoich sił w biznesie powinien dostać taką możliwość – dodaje Dominika Nakielska, Wiceprezes Zarządu Fundacji.

Na stronie internetowej (www.tydzienprzedsiebiorczosci.pl) ruszyła już rejestracja wydarzeń za pomocą platformy Konfeo na tegoroczną edycję.

Zachęcamy wszystkich do wzięcia udziału w wydarzeniu, które co roku przyciąga miliony zainteresowanych na całym świecie. Zapraszamy zarówno małe firmy, jak i wielkie korporacje, uczelnie czy parki technologiczne. Razem z regionalnymi koordynatorami działamy we wszystkich 16 województwach – mówi Agata Kochalska-Leś, Wiceprezes Zarządu Fundacji.

materiał prasowy

Chociaż szkoły w Polsce wciąż mogą jeszcze używać dziennika papierowego równolegle z elektronicznym, to przejście na ten drugi wymuszają sami uczniowie i rodzice. Rosnąca skala dostępu do internetu za pomocą smartfonów oraz popularność serwisów społecznościowych wpływają na zmiany w komunikacji całych społeczności szkolnych.

Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, wśród 84% gospodarstw domowych posiadających dostęp do internetu częściej posiadały go rodziny z dziećmi niż bez dzieci. Polacy coraz chętniej wykorzystują sieć do kontaktów z instytucjami, o czym świadczy choćby 35% internautów w wieku 16-74 lata, którzy korzystają z tzw. e-administracji. Postrzeganie internetu jako niezbędnego elementu w edukacji dzieci oraz coraz większa skłonność do kontaktów z instytucjami przez sieć wpływa także na zwyczaje w dotychczasowej komunikacji uczniów i rodziców ze szkołą. Najpopularniejszy w Polsce dziennik elektroniczny, Librus Synergia, od lat w miesiącach klasyfikacji semestralnej i rocznej widnieje wysoko w rankingach popularności stron w polskim internecie, a w kategorii Edukacja nie schodzi z nich w zasadzie przez cały rok szkolny.

„Dziennik elektroniczny jest swoistym papierkiem lakmusowym zmian w zwyczajach komunikacyjnych społeczności szkolnych. Lata temu notowaliśmy charakterystyczne dla okresów wystawiania ocen znaczne wzrosty zainteresowania edziennikiem. Dzisiaj obserwujemy już stałą aktywność w naszej aplikacji i na stronie www. Nauczyciele, rodzice i uczniowie używają dziennika elektronicznego jako codziennego kanału komunikacji, a nie tylko do sprawdzenia ocen” – mówi Marcin Kempka, prezes firmy Librus, dla agencji informacyjnej infoWire.pl

Chociaż pierwotnie dzienniki elektroniczne miały służyć przede wszystkim przekazywaniu informacji o ocenach, dzisiaj stanowią odrębny, ważny element relacji pomiędzy szkołą a uczniami i rodzicami. Można w nich sprawdzić plan lekcji, zastępstwa, informacje od wychowawców, usprawiedliwić nieobecność czy „porozmawiać” z wychowawcą.

Coraz szerszy zakres komunikacji online na linii szkoła – rodzina wymuszają też rynkowe trendy. W roku 2018 po raz pierwszy więcej osób skorzystało z dostępu do internetu przez urządzenia mobilne (głównie przez smartfony) niż przez komputery osobiste i laptopy. Ogromna popularność wyszukiwarki Google oraz serwisu Facebook wśród użytkowników smartfonów także nie zostaje bez wpływu na zwyczaje w komunikacji uczniów i rodziców ze szkołą.

„Internet nauczył nas natychmiastowego dostępu do informacji, reakcji na „pociągnięcie kciuka” i nie ma tu wyjątków w oczekiwaniach internautów, nawet jeśli są uczniami i w grę wchodzi komunikacja ze szkołą. Co więcej, właśnie od szkoły, jako miejsca przygotowującego do życia w społeczeństwie informacyjnym, uczniowie i rodzice oczekują modelowej wręcz komunikacji. Dla wielu może to stanowić duże wyzwanie” – tłumaczy Marcin Kempka.

„Jako dostawca m.in. usług IT dla edukacji musimy stale modyfikować rozwiązania tak, by odpowiadały bieżącym trendom i przyzwyczajeniom. W tym roku np. zmieniliśmy wygląd aplikacji Librus, wprowadzając widok zbliżony do osi czasu, znanej internautom z Facebooka czy Instagrama. To sprawia, że użytkownicy czują się swobodniej w znajomej sobie estetyce, a korzystanie z aplikacji przebiega sprawniej i bardziej intuicyjnie” – dodaje.

Przeczytaj także:

Zmian może być więcej, bo kolejne pokolenia uczniów zaczynają przygodę z internetem i smartfonem bardzo wcześnie – jak wynika z badania firmy F-Secure, dziecko w Polsce otrzymuje pierwszy smartfon najczęściej w wieku 7-8 lat. Według rodziców wykorzystuje go przede wszystkim do kontaktu z innymi (połączenia telefoniczne – 71%, wysyłanie wiadomości – 59%) oraz do grania (62%). Spośród najpopularniejszych aktywności wymienione zostały również: robienie zdjęć lub kręcenie filmów (59%) oraz słuchanie muzyki (54%). Popularne jest też oglądanie wideo (34%) oraz przeglądanie stron internetowych (30%). Najmłodsi  (klasy 1-3 podstawówki) spędzają z telefonem około 2,5 godziny dziennie.

Wszystko wskazuje więc na to, że cyfrową rewolucję w komunikacji szkół napędzają również sami uczniowie. Marcin Kempka podsumowuje: „Pokolenie tzw. native users na dobre zdominowało już szkoły. To ludzie, dla których internet i nowe technologie są czymś tak naturalnym, jak dla starszych pokoleń prąd. Po prostu istnieją dla nich od zawsze. Ani szkoły, ani firmy i instytucje świadczące usługi dla uczniów nie mogą pozostawać w tyle wobec swoich użytkowników. Otwartość na komunikację online z uczniami i rodzicami oraz sprawne jej prowadzenie to jedno z istotnych zadań współczesnej szkoły”.

materiał prasowy

  • W pierwszym półroczu 2019 było mniej wypadków przy pracy niż rok wcześniej, ale średnia liczba dni niezdolności do pracy wzrosła.
  • Najdłużej do zdrowia po wypadku dochodzą górnicy, pracownicy zatrudnieni w budownictwie oraz rolnictwie.
  • Na rehabilitację w ramach NFZ czeka się ok. 5 miesięcy, a grupowe ubezpieczenia zdrowotne skracają ten czas do kilku dni.

Z informacji zaprezentowanych przez GUS w zestawieniu „Wypadki przy pracy w I półroczu 2019 r. – dane wstępne” wynika, że ogólna liczba wypadków przy pracy zmalała o 7,3% w porównaniu z analogicznym okresem 2018 r. Jednak mimo mniejszej liczby wypadków wzrosła średnia liczba dni niezdolności do pracy po takim zdarzeniu. Wynosi ona 30,2 dni, to prawie 1,5 dnia więcej niż rok wcześniej. Najdłużej do sprawności po wypadku dochodzą pracownicy zatrudnieni w górnictwie (53,2 dni), budownictwie (40,1 dni) i rolnictwie, leśnictwie, łowiectwie i rybactwie (37,8 dni).

Sprawna reakcja służb ratowniczych i pomoc SOR to tylko pierwszy etap odzyskiwania sprawności po wypadku. Wiele osób wymaga rehabilitacji powypadkowej, a na tego typu świadczenia w ramach NFZ czeka się tygodniami, a czasem wręcz miesiącami. Z roku na rok kolejki są coraz dłuższe, co prawdopodobnie ma odzwierciedlenie w dłuższej niż wcześniej niezdolności do pracy po wypadkach w pracy. W takiej sytuacji sposobem na szybkie rozpoczęcie leczenia mogą okazać się świadczenia prywatne dostępne m.in. za pośrednictwem grupowych ubezpieczeń zdrowotnych – zauważa Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Mimo mniejszej ogólnej liczby wypadków, w niektórych branżach odnotowano ich więcej niż rok wcześniej. Są to górnictwo (97 wypadków więcej), sektory wytwarzania i zaopatrywania w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę (42 wypadki więcej) i edukacja (14 wypadków więcej).

Grupowe ubezpieczenie zdrowotne w ramach medycyny pracy

Dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne dla pracowników to nie tylko benefit pozapłacowy. Oferowane przez nie usługi medyczne mogą również uwzględniać świadczenia, które powinien pracodawca zapewnić w ramach medycyny pracy. Dotyczy to także rehabilitacji powypadkowej, na którą w ramach NFZ czeka się średnio ok. 5 miesięcy. Należy też pamiętać, że powrót do zdrowia po wypadku jest procesem złożonym, a postępy należy regularnie kontrolować poprzez badania diagnostyczne i konsultacje specjalistyczne. Na nie w ramach NFZ również trzeba czekać miesiącami. Jak wynika z Barometru WHC na świadczenia z zakresu ortopedii i traumatologii czeka się średnio aż 11 miesięcy.

Przeczytaj także:

Rynek ubezpieczeń zdrowotnych nieustannie się rozwija i dostosowuje do potrzeb pracodawcy. Podstawową ochronę obejmującą świadczenia medycyny pracy w zakresie badań okresowych i kontrolnych można uzupełnić o specjalne pakiety świadczeń służące zwalczaniu chorób zawodowych czy skutków wypadków przy pracy. Oprócz konsultacji i podstawowej diagnostyki zapewniają one też dostęp do rehabilitacji i badań wysokospecjalistycznych, w tym tzw. diagnostyki ciężkiej, czyli rezonansu magnetycznego oraz tomografii – dodaje Xenia Kruszewska, Dyrektor Działu Ubezpieczeń Zdrowotnych w SALTUS Ubezpieczenia.

Zabiegi i konsultacje zdalne dla ubezpieczonych

Oprócz opieki specjalistów z różnych dziedzin medycyny na liście świadczeń dostępnych w ramach ubezpieczenia grupowego znajduje się też szereg zabiegów ambulatoryjnych, w tym chirurgii 1 dnia, co jest szczególnie istotne przy wypadkach pracowniczych. Z kolei dostęp do pomocy zdalnej w postaci telekonsultacji może okazać się dużym udogodnieniem dla osób wymagających stałej opieki medycznej. Obecnie można za ich pośrednictwem skontaktować się z dowolnym lekarzem specjalistą, a wszelkie recepty czy skierowania wystawiane są w formie elektronicznej. Dzięki temu osoby będące w trakcie leczenia szybko otrzymają poradę w razie potrzeby, bez konieczności wychodzenia z domu.

Źródło: SALTUS Ubezpieczenia

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...

Parlament wybrał Ursulę von der Leyen jako pierwszą kobietę przewodniczącą Komisji Europejskie

Parlament Europejski 383 głosami za wybrał w tajnym głosowaniu 16 lipca Ursulę von der Leyen na prze...