czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "zloty"

zloty

Po sennej sesji w Azji, Europa rozpoczyna wtorek od podkupywania dolara, odwracając wczorajszą słabość. W ruchach nie ma nic nadzwyczajnego, raczej zwykłe przepływy kapitału w tą i z powrotem w oczekiwaniu na świeże impulsy lub naruszenie czyhających gdzieś zleceń stop loss (jak wczoraj na USD/JPY). Euro pozostaje słabe, funt odreagowuje wyprzedaż z ubiegłego tygodnia, złoty pozostaje bez zmian. Mało emocjonujący kalendarz we wtorek skazuje rynki na kontynuację konsolidacji.

Bez większej reakcji przeszły wczoraj dwie sprawy – drobne postępy w pracach nad reformą podatkową i ogłoszenie odejścia Billa Dudleya z nowojorskiego Fed. W pierwszym przypadku, poprawki nanoszone do ustawy zdają się iść w stronę pozyskania jak największego poparcia dla projektu. Prace w komisji budżetowej mają potrwać do czwartku i dopiero wówczas można spodziewać się reakcji pod kątem liczenia głosów za i przeciw.

Bill Dudley, członek zarządu Fed oraz reprezentant oddziału z Nowego Jorku, potwierdził pogłoski dotyczące porzucenia obecnie sprawowanego stanowiska w „połowie 2018 roku”. Jego kadencja pierwotnie miała się zakończyć w styczniu 2019 r., a następca ma być wyznaczony w procesie przeprowadzonym przez oddział w Nowym Jorku. Główny wniosek płynący z tej decyzji, to że rośnie niepewność o skład FOMC w 2018 r., a zatem i kształt polityki monetarnej.

Nie oznacza to od razu, że zarysowana we wrześniu perspektywa trzech podwyżek w przyszłym roku jest zagrożona, ale wątpliwe jest, aby rynek w takich warunkach decydował się na wyprzedzające dyskonto zacieśniania monetarnego. Pozostajemy w trybie wyceniania podwyżki stóp procentowych w grudniu (teraz 92 proc.), a dopiero gdy miniemy ten próg, rozpocznie się dyskusja o kolejnym kroku w marcu 2018 r.

Zgodnie z powszechnym przekonaniem RBA utrzymał stopę kasową na 1,50 proc. AUD znalazł przejściowe wsparcie we wzmiankach w komunikacie, że nie dokonano większych zmian w prognozach inflacji i wzrostu. Szczególnie to drugie było pokrzepiające w obliczu ostatnich rozczarowujących danych o CPI. Ale podtrzymanie optymizmu wobec wzrostu przy sygnałach spowolnienia konsumpcji (spadek sprzedaży detalicznej o 0,6 proc. od sierpnia) i niskiej presji płacowej. Ta pewność siebie finalnie wzbudziła wątpliwości rynku i dziś rano AUD/USD osuwa się niżej. Obecnie jedynie dobra postawa miedzi i rudy żelaza (pod wpływem rajdu ropy naftowej) hamuje spadki AUD, ale tło makro wspiera nasz pogląd o kontynuacji zjazdu.

We wtorek inwestorzy nie otrzymają zbyt wiele danych, na których mogliby pracować. Sprzedaż detaliczna z Eurolandu i liczba otwartych procesów rekrutacyjnych w USA będą drugorzędne. Mamy kilka wystąpień przedstawicieli banków centralnych, w tym m.in. Draghiego z ECB, Quarlesa z Fed i Poloza z BoC.

Autor: Konrad Białas, Główny Ekonomista, DM TMS

Poniedziałki zazwyczaj bywają spokojne, ale dziś przed nami cała seria wstępnych odczytów indeksów PMI. Wskaźniki te powinny potwierdzić siłę koniunktury w Eurolandzie, ale jednocześnie przybrać wartości minimalnie niższe niż poprzednio. Euro jest nadal bardzo silne i rynek szybko nie utraci wiary, że Rada Prezesów ECB porzuci optymistyczne spojrzenie na perspektywy inflacji. Z tego względu scenariuszem bazowym pozostaje zbliżenie się przez EUR/USD do szczytu z 2015 roku, który leży przy 1,1720. Siły euro warto szukać jednak przede wszystkim na takich crossach jak EUR/GBP, EUR/AUD, czy EUR/CAD. Wydarzeniem dnia jest spotkanie OPEC z niezrzeszonymi w kartelu krajami wydobywającymi ropę, które w listopadzie sygnowały porozumienie o redukcji produkcji surowca.

W całym tygodniu najciekawszym wydarzeniem będzie posiedzenie FOMC, gdyż w ostatnich tygodniach narosło wiele wątpliwości wokół determinacji Fed do podwyżek stóp procentowych i redukcji sumy bilansowej. Losy dolara mogą zależeć od niezłomności optymizmu władz monetarnych, ale też od pierwszych szacunków PKB USA za II kwartał, które poznamy w piątek. Biorąc pod uwagę, że rynek wycenia mniej niż 50 – proc. prawdopodobieństwo podwyżki w tym roku nie widzimy znacznego pola do pogłębienia słabości dolara. Szczególnie negatywnie postrzegamy perspektywy walut gospodarek wschodzących a w gronie G-10: funta oraz dolara kanadyjskiego i zwłaszcza dolara australijskiego. Skala aprecjacji tych walut nie koresponduje już z fundamentami a w dwóch ostatnich przypadkach istotnym czynnikiem może stać się koniunktura na rynkach towarowych.

Spodziewamy się, że dzisiejsze, petersburskie spotkanie państw OPEC i państw spoza kartelu, które sygnowały porozumienie o ograniczeniu wydobycia przyniesie rozczarowanie. Nie sądzimy by rozwiązano na nim kwestię rosnącej produkcji w Libii i Nigerii, czyli w krajach, na które (ze względu na wydobycie poniżej historycznych norm) nie nałożono limitów. Jeszcze mniejsze są szanse na to, że – zgodnie z ostatnimi plotkami – Arabia Saudyjska zaproponuje jednostronne i dobrowolne zmniejszenie dostaw surowca. Sezonowy spadek zapasów
w miesiącach letnich jest sprawą absolutnie typową. W tym świetle inwestorzy powinni znów swoją uwagę przerzucić na rosnącą aktywność wydobywczą w USA oraz ewidentnie słabsze przestrzeganie zobowiązań z końcówki ubiegłego roku. W takim scenariuszu dolara kanadyjski znajdzie w fazie korekty ostatniego umocnienia, które USD/CAD sprowadziło na długoterminowe maksima tuż powyżej 1,25.

Podobnie: nie uważamy, że ceny rudy żelaza czy miedzi będą kształtować się w tak korzystny dla dolara australijskiego sposób jak dotychczas. W przypadku metali przemysłowych na zniżki trzeba będzie dłużej poczekać, ale są one nieodzowne. Sądzimy, że chińska gospodarka, która zużywa ich więcej niż wszystkie państwa OECD łącznie, w drugiej połowie roku wytraci impet. Mając to na uwadze nie można zapominać, że miedź na wysokich poziomach w większym stopniu stabilizowana była przez zaburzenia dostaw niż siłę popytu. Bliźniaczo wygląda sytuacja rudy żelaza oraz aluminium. Gigantyczny przyrost produkcji w Chinach nie daje podstaw by wierzyć w możliwość przerodzenia się odbicia w długoterminowe trendy. Z tego względu nie liczymy, że kanał cen metali przemysłowych będzie w stanie wspierać dolara australijskiego, który będzie jedną z najwrażliwszych walut w momencie, gdy dolar amerykański zacznie odrabiać straty.

Złoty przed weekendem został mocno przeceniony ze względu na kryzys polityczny wokół reformy sądownictwa. Dziś można spodziewać się stabilizacji siły polskiej waluty, ale spodziewamy się, że maksima siły złotego już za nami i teraz przyjdzie czas na średnioterminowe osłabienie. Pozostajemy negatywnie nastawieni do wszystkich walut emerging markets. Warto odnotować, że europejskie indeksy znalazły się w końcówce tygodnia w głębokiej defensywie. W świetle przytoczonych już argumentów nie widzimy wsparcia w koniunkturze na rynkach towarowych.

 

Materiał opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Pomimo zimowej aury, na rynku walutowym panuje prawdziwy upał. Większość kluczowych wydarzeń ekonomicznych ma charakter globalny, co sprawia, że złoty pozostaje bezbronny wobec niesprzyjającego mu sentymentu rynkowego. Dlatego też w ostatnim czasie polska waluta wyraźnie traciła względem dolara, euro czy też franka szwajcarskiego. Mimo wszystko wiele wskazuje na to, że grudzień może okazać się nieco bardziej pomyślnym miesiącem dla złotego niż ostatnie tygodnie.

Wzmożone problemy złotego rozpoczęły się w październiku. Rosnąca niepewność związana z wyborami w Stanach Zjednoczonych zaczęła znacząco ciążyć polskiej walucie. Zwycięstwo Donalda Trumpa wpłynęło na wzrost globalnej awersji do ryzyka, co szczególnie uderzyło w waluty emerging markets, w tym w złotego. Poziom tej awersji jeszcze długo pozostanie na wysokim poziomie, bowiem kontrowersyjny miliarder dopiero w styczniu rozpocznie swoją prezydencką kadencję. Warto pamiętać, że odbudowa zaufania inwestorów jest znacznie dłuższym procesem niż jego utrata.

Ryzyko polityczne nie ogranicza się jedynie do wyników amerykańskich wyborów oraz jego potencjalnych następstw. W tym tygodniu w centrum uwagi znalazło się włoskie referendum. Niemniej, wszystko wskazuje na to, że Matteo Renzi (pomimo niekorzystnych dla niego wyników) pozostanie premierem do czasu uporządkowania sytuacji w państwie oraz powołania przez prezydenta rządu tymczasowego. Z jednej strony to dobra wiadomość dla rynku, bowiem wzrost niestabilności politycznej we Włoszech jest ostatnią rzeczą jaką potrzebują tamtejsze banki – ich trudna sytuacja stanowi zagrożenie dla europejskiego systemu bankowego. Z drugiej strony, temat prędzej czy później powróci. Póki co, to rozwiązanie nieco uspokaja nastroje rynkowe.

Warto również zwrócić uwagę na fakt, że polska gospodarka wyraźnie spowalnia, co potwierdzają wyraźnie słabsze od prognoz odczyty dynamiki PKB, sprzedaży detalicznej czy produkcji przemysłowej. Krajową piętą achillesową pozostają inwestycje, których poziom systematycznie się kurczy. Z kolei RPP pozostaje bierna i nie dokonuje żadnych zmian w polityce monetarnej. Kontrowersyjne decyzje polityków nie pozwalają też spoglądać w przyszłość z optymizmem, zwłaszcza gdy na przekór wszystkim trendom został obniżony wiek emerytalny. Dlatego też inwestorzy nie kryli swojego zaskoczenia, kiedy to agencja S&P podniosła perspektywę polskiego ratingu kredytowego z ,,negatywnej” na ,,stabilną”.

Tymczasem amerykańska gospodarka jest naprawdę solidna, co potwierdzają najnowsze dane makroekonomiczne m.in. dynamika PKB, payrollsy oraz indeksy PMI. W efekcie Fed najprawdopodobniej już 14 grudnia podniesie stopy procentowe. Z kolei w Europie najnowsze dane ekonomiczne wskazują na niski, lecz stabilny wzrost gospodarczy, kluczowym aspektem pozostaje dalszy kształt programu QE. Rynek wydaje się grać na EUR/USD pod decyzję o stopniowym wygaszaniu skupu europejskich aktywów. Tymczasem obecne czynniki geopolityczne oraz ekonomiczne nadal stanowią silny bodziec do kontynuacji QE. W związku z tym, bardziej prawdopodobnym scenariuszem wydaje się decyzja o przedłużeniu programu skupu obligacji. Niewykluczone, że część inwestorów postanowiła wykorzystać okres oczekiwania pozostałych uczestników rynku na decyzję EBC, realizując swoje zyski – korekta po dynamicznych spadkach.

Reasumując, niesprzyjający polskiej walucie globalny sentyment rynkowy nie ulegnie rychłej poprawie. Istnieje kilka przesłanek intensyfikujących oczekiwania co do grudniowego wzmocnienia złotego, które pozwoli odrobić chociażby część strat. Po pierwsze, podwyżka stóp procentowych w Stanach została już zdyskontowana a co więcej wiele wskazuje na to, że proces zacieśniania polityki pieniężnej przez Fed będzie stopniowy. Po drugie, potencjalne wydłużenie programu QE przez EBC będzie czynnikiem ograniczającym siłę europejskiej waluty. Co więcej, druga połowa grudnia na rynku finansowym będzie okresem znacznie spokojniejszym, co może okazać się okolicznością sprzyjającą złotemu.

Potencjał korekty na EUR/PLN wydaje się relatywnie istotny, jednakże w gruncie rzeczy złoty nadal pozostanie słaby. Na koniec roku eurozłoty powinien znaleźć się poniżej granicy 4,40 – wsparcie znajduje się w okolicy 4,38. Przy założeniu stabilizacji eurodolara w rejonie 1,07 crossowy kurs USD/PLN powinien oscylować w okolicy 4,10. Frank szwajcarski, czyli bezpieczna przystań, wraz z nieco spokojniejszą atmosferą rynkową również powinien stracić na wartości – niewykluczone, że CHF/PLN zakończy bieżący rok w pobliżu psychologicznej granicy 4,0.

 

Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Ostatnio pojawiło się wiele analiz dotyczących hipotetycznego wpływu Brexitu na wycenę funta, kondycji brytyjskiej gospodarki czy polityki monetarnej Banku Anglii. Jak może zachować się złoty w sytuacji opuszczenia UE przez Wielką Brytanię? 

W Wielkiej Brytanii od miesięcy trwa dyskusja na temat możliwości opuszczenia przez ten kraj struktur Unii Europejskiej. W ostatnich tygodniach nabrała ona tempa, ze względu na ogłoszenie daty referendum przez premiera Davida Camerona. Wpływ na to miało także rozpoczęcie kampanii na rzecz Brexitu, przez Borisa Johnsona, wiodącego polityka partii konserwatywnej.

Polityczna dyskusja na Wyspach i niezdecydowanie obywateli w sondażach, kreują również ryzyka gospodarcze dość szybko przekładające się na wycenę funta. W lutym brytyjska waluta spadła w relacji do amerykańskiego dolara do najniższych poziomów od 2009 r. Dlaczego jednak Brexit jest tak niekorzystny dla brytyjskiej gospodarki?

Niezbilansowana gospodarka

 „Financial Times” przeprowadził badania wśród reprezentatywnej grupy ponad stu ekonomistów. Jak się okazało, zdecydowanie przeważają negatywne opinie, na temat konsekwencji możliwego Brexitu dla brytyjskiej gospodarki. Żaden z badanych nie uważa, że opuszczenie Unii poprawiłoby tegorocznej sytuacji ekonomicznej kraju, a aż 72 proc. respondentów sądzi, że pogorszy się ona w średnim terminie, czyli w ciągu kilku lat.

Z kolei w ankiecie przygotowanej przez agencję Bloomberg, 20 z 34 bankierów inwestycyjnych zakłada, że w tydzień po Brexicie funt może być wart 1.30 dolara lub mniej. To oznaczałoby przynajmniej dziesięcioprocentową przecenę brytyjskiej waluty, w porównaniu do bieżących notowań. Siedmiu ankietowanych z tej grupy oczekuje, że para GBP/USD może spaść poniżej granicy 1.20, czyli do najniższego poziomu od 30 lat.

Nawet jeżeli założymy, że obawy ekspertów są przesadzone, a średnioterminowe skutki nie są tak oczywiste, to wciąż warto zwrócić uwagę na brak równowagi w brytyjskiej gospodarce. Przede wszystkim Brytyjczycy borykają się z wysokim deficytem rachunku obrotów bieżących, który waha się w ostatnich kwartałach w granicach 4-5 proc. PKB, czyli około 150 mld dolarów rocznie.

Do tej pory ta nierównowaga zewnętrzna była głównie finansowana przez bezpośredni napływ inwestycji zagranicznych (FDI). Jednak w scenariuszu Brexitu można oczekiwać, że nastąpi znaczne ograniczenie FDI ze względu na niepewność gospodarczą. To oznaczałoby, że ten deficyt stałby się mało stabilny i jego zmniejszenie zostałoby prawdopodobnie wymuszone przez osłabienie waluty i zmniejszenie importu.

Warto także zwrócić uwagę na brytyjski sektor finansowy. Generuje on ok. połowę nadwyżki w zagranicznym bilansie usług. Gdyby jednak Wielka Brytania opuściła Unię, to prawdopodobnie Bruksela znacznie ograniczyłaby działalność tego sektora na swoim terenie. To również wpływałoby negatywnie na rachunek obrotów bieżących.

Osłabienie funta i niepewność gospodarcza mogłaby wyraźnie pogorszyć nastroje konsumentów i chęć do inwestowania. Nawet jeżeli ta reakcja byłaby względnie krótkotrwała , to i tak mogłaby zwiększyć oczekiwania obniżenia stóp procentowych przez bank centralny. To byłby kolejny cios dla funta. W rezultacie szacunki banku HSBC zakładające, że funt osłabi się do dolara o 15-20 proc. w przypadku Brexitu, nie muszą być wcale przesadzone.

Niejednoznaczne sondaże

 Elementem zwiększającym niepewność dotyczącą wyniku referendum jest również podział społeczny, obserwowany w badaniach opinii publicznej. Średnia z ostatnich sześciu sondaży publikowana przez portal Whatukthinks.org pokazuje, że 51 proc. ankietowanych jest za pozostaniem w strukturach Unii, a 49 proc. popiera Brexit.

Warto jednak zauważyć, że w badaniach opinii publicznej w Wielkiej Brytanii przeważają sondaże typu online, gdzie zarejestrowana grupa użytkowników wybierana jest przez dany ośrodek do konkretnej próby. Miedzy innymi YouGov pisze na swojej stronie, że w swojej bazie danych ma 360 tys. użytkowników. Ogólnie w sondażach online wynik jest najczęściej remisowy.

Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku głosowego kontaktu z respondentem. W jednym z ostatnich sondaży telefonicznych, przeprowadzonych przez ComRes 22 lutego, przewaga zwolenników pozostania w Unii nad przeciwnikami wyniosła 12 punktów procentowych. W analogicznym badaniu Survation z 20 lutego oraz Ipsos Mori z 16 lutego, przewaga przeciwników Brexitu nad jego zwolennikami wyniosła odpowiednio 15 oraz 18 punktów procentowych. To może sugerować, że biorąc pod uwagę zarówno sondaże telefoniczne, jak i online, rozkład wyników jest jednak nieco przesunięty w stronę pozostania Wielkiej Brytanii w strukturach Unii.

Jednak powyższa koncepcja również zaczyna słabnąć. Opublikowany 15 marca telefoniczny sondaż, przeprowadzony przez „The Telegraph” oraz ORB pokazuje, że zwolennicy Brexitu mają dwuprocentową przewagę nad jego przeciwnikami. Rośnie więc ryzyko, że do dnia głosowania żadna ze stron nie będzie miała przewagi, a to potęguje niepewność rynkową oraz gospodarczą.

Wpływ na złotego i polską gospodarkę

 Jeżeli dojdzie do Brexitu, największy ciężar tego wydarzenia zostanie przyjęty przez funta. Jego przecena może wynieść od 10-20 proc. w relacji do dolara. Warto jednak zauważyć, że brytyjska waluta prawdopodobnie straci znacznie mniej do jej europejskiego odpowiednika. Po pierwsze dlatego, że opuszczenie struktur Unii przez jednego z jej członków, będzie oznaczać ogólną słabość tego ekonomiczno-politycznego bloku. Po drugie, beneficjentem tych wydarzeń będzie najprawdopodobniej dolar. Stąd para EUR/GBP nie powinna wzrosnąć więcej niż 10 proc.

Jeszcze mniej może stracić funt w relacji do złotego. Ogólny wzrost napięcia na europejskim rynku finansowym oraz ryzyko dalszych rozłamów wewnątrz Unii, może spowodować, że negatywne skutki dość szybko odczują beneficjenci wspólnego budżetu. Wówczas inwestorzy dość szybko sobie przypomną o ostatnim cięciu ratingu Polski oraz napiętym planie wydatków na 2017 r. Przez to złoty może szybko stać się ofiarą odpływu kapitału. W rezultacie, mimo ogólnego osłabienia funta, jego cena nie spadnie poniżej 5 zł, a za euro, dolara czy franka, będziemy musieli prawdopodobnie płacić więcej niż obecnie.

Brexit może negatywnie wpłynąć również na gospodarkę poprzez kanał handlu zagranicznego. Wielka Brytania jest naszym drugim największym partnerem eksportowym. Wg danych GUS, w 2015 r. wysłaliśmy na Wyspy towary o wartości 50 mld zł. Natomiast import z tego kraju wyniósł jedynie 19 mld. zł. Oznacza to nadwyżkę przekraczającą 30 mld zł, czyli 4 proc. całego polskiego eksportu.

Z dużym prawdopodobieństwem Londyn nie dogadałby się szybko w kwestii nowych umów handlowych z Brukselą, co spowodowałoby prawdopodobnie zaburzenia w wymianie towarowej i ryzyko utraty rynków przez polskich przedsiębiorców. Hipotetyczne zmniejszenie nadwyżki handlowej oznacza ryzyko fundamentalnej presji spadkowej na polską walutę.

Co ciekawe, nawet jeżeli cała operacja Brexitu zostanie przeprowadzana względnie łagodnie, to i tak zagrożenia dla Polski pozostaną. Kolejne, bogatsze kraje, mogą w takim scenariuszu także dążyć do opuszczenia Unii. To może oznaczać presję na mniejsze wsparcie finansowe takich państw jak Polska, a w skrajnym przypadku nawet całkowite zatrzymanie napływu środków pomocowych z UE. Warto przypomnieć, że według danych Komisji Europejskiej, tylko w 2014 r. Polska otrzymała z budżetu unijnego 13.7 mld. euro netto, czyli 3.3 proc. PKB.

Komentarz Marcina Lipki, analityka Cinkciarz.pl

Kolejny raz w tym roku rynkom nie udało się podtrzymać pozytywnego sentymentu do końca dnia. Popołudniowy zjazd ropy i podążający za nim rynek akcji ponownie pogrążyły inwestorów w ponurych nastojach. Japoński Nikkei wszedł w rynek niedźwiedzia, zyskują euro i jena, tracą waluty surowcowe; słabnie złoty.

Wczoraj pisałem o (kolejnej) potencjalnej próbie do odbicia, gdyż względnie pozytywny wydźwięk handlu w Azji dobrze rokował dla sentymentu w Europie i USA. Nic z tego jednak nie wyszło, kiedy na rynku ropy naftowej podaż ponownie docisnął pod naporem negatywnych doniesień z Iranu (obniżki cen dla europejskich odbiorców) oraz raport Międzynarodowej Agencji Energii („rynek tonie w nadpodaży”). Z WTI na nowych wieloletnich dołkach na 27,5 USD rynek akcji nie miała wiele szansa na obronę. Dziś rano japoński Nikkei spadł o 3,7 proc. i do 21 proc. przedłużyć zjazd od sierpniowych szczytów, technicznie sygnalizując wejście w rynek niedźwiedzia. Indeks giełdy w Szanghaju obronił się spadkiem o zaledwie 1 proc. na nadziejach, że chińskie władze będą stymulować gospodarkę, by pokrzepić nastroje przed lutowymi obchodami Nowego Roku Ksieżycowego. W skrócie, kto liczył na zakończenie noworocznej przeceny, dziś nie otrzyma sygnałów do tego.

Na rynku walutowym mamy powrót spadków USD/JPY, wzrostów EUR/USD i pogrom walut surowcowych. NZD otrzymał dodatkowy cios od danych nowej Zelandii, gdzie w IV kwartale CPI spadł o 0,5 proc. k/k przy prognozie -0,2 proc. Silnie spały dobra wymienialne (-1,8 proc.), co wskazuje na wpływ silnej waluty i spadków cen energii. To na pewno nie jest scenariusz, który przewidywał prezes RBNZ, kiedy miesiąc temu zapowiadał przejście banku do neutralnego nastawienia. Sądzimy, że kolejna obniżka stóp procentowych o 25 za tydzień jest najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Kiwi już teraz odczuwa presję i zepchnięcie NZD/USD poniżej 0,63 wygląda na kwestię czasu.

Dziś kalendarz otwierają grudniowe dane z rynku pracy Wielkiej Brytanii, które powinny podkreślić słabnięcie dynamiki wynagrodzeń (prog. 2,1 proc. r/r po 2,4 proc. w listopadzie). To zła wiadomość dla Banku Anglii i perspektyw inflacji i nie dziwi wczorajszy komentarz prezesa BoE Carneya, że jeszcze nie nastał czas na podwyżki stóp procentowych. GBP wydaje się bezradny. Odmiennie grudniowe dane z polskiego rynku pracy naszym zdaniem powinny pokazać przyspieszenie dynamiki zatrudnienia (do 1,3 proc. r/r) i solidny wzrost płac (4,2 proc.), który będzie wspierał popyt konsumpcyjny w kolejnych kwartałach. Jednak złoty raczej nie skorzysta na danych i pozostanie pod wpływem nastrojów globalnych, co dziś nie jest dobrą wiadomością. W USA najważniejszy będzie CPI, który ma wzrosnąć do 0,8 proc. r/r, a inflacja bazowa do 2,1 proc., najwyżej od 2012 r. Odczyt powyżej 2 proc. z pewnością zadowoli jastrzębi w Fed i powinien przynieść odbicie w oczekiwaniach na podwyżki stóp procentowych, które wyraźnie spadają. Prawdopodobieństwo podwyżki w marcu wynosi teraz 24 proc. wobec 50 proc. na początku roku. Na koniec Bank Kanady decyduje o stopach procentowych, a rynek jest mocno podzielony co do koncepcji obniżki o 25 pb. W ankiecie Bloomberga przewaga zwolenników braku cięcia wynosi 18:16. My oczekujemy braku cięcia, ale nasze przekonanie nie jest na tyle silne, by zachęcało do taktycznej pozycji na CAD.

Sporządził: Konrad Białas, Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Piątkowe obniżenie wiarygodności kredytowej Polski przez amerykańską agencję ratingową Standard & Poor’s było prawdziwym zaskoczeniem, zwłaszcza że główną przyczyną są obawy o stabilność instytucjonalną państwa. Jak w tej sytuacji w najbliższych dniach oraz w kolejnych miesiącach może zachowywać się złoty?

Zaskoczenie, szok, niedowierzanie czy – jak napisało w oficjalnym komunikacie polskie Ministerstwo Finansów – „niezrozumiała decyzja”. Takie uczucia towarzyszyły w piątkowe popołudnie wielu ekonomistom i uczestnikom rynku, prawdopodobnie nie tylko w kraju, ale i za granicą. Agencja Standard & Poor’s (S&P) ogłosiła obniżenie polskiego ratingu z A- do BBB+. Zrewidowała przy tym również perspektywę: z pozytywnej na negatywną.

Wielu rynkowym obserwatorom uczucie zdziwienia towarzyszy z kilku powodów. Pierwszym jest skala obniżki. Z wiarygodności kredytowej na poziomie A- (perspektywa pozytywna) zmiana mogła polegać na obniżeniu samej perspektywy do neutralnej czy dalej do negatywnej. Gdyby natomiast zdecydowano się na cięcie całego ratingu, to przynajmniej sugestia kolejnego ruchu mogłaby być neutralna. Wybrano jednak rozwiązanie, które zakłada większe prawdopodobieństwo dalszej redukcji wiarygodności kredytowej, niż jej podniesienia, czyli perspektywę negatywną.

Po drugie, od 1995 r. agencje jedynie podwyższały rating Polski i nie było przypadku, by ta wiarygodność była redukowana. To prawdopodobnie jedna z przyczyn silnej reakcji na rynku walutowym.

Kolejnym zaskakującym elementem jest samo uzasadnienie decyzji. S&P twierdzi, że (cyt. za PAP) „od wygrania wyborów w październiku 2015 r., nowy polski rząd zainicjował różne działania legislacyjne, które naszym zdaniem osłabiają niezależność i efektywność kluczowych instytucji, jak wynika z naszej oceny instytucjonalnej”.

Pewnego zdziwienia również nie kryje również wielu ekonomistów za granicą. – To jest nowa era ratingów, gdzie agencje ratingowe mówią nam, że coraz bardziej obawiają się wydarzeń politycznych oraz perspektywy reform, niż pozytywnych fundamentów gospodarczych, które mogą podtrzymywać wiarygodność kraju – mówi Simon Quijano-Evans, ekonomista Commerzbank AG w Londynie, cytowany przez agencję Bloomberg. Dalej jednak dodaje, że będzie on rekomendował redukcję ekspozycji na polski dług swoim klientom.

Nie tylko polski przykład

Z drugiej jednak strony warto zauważyć, że S&P zwraca uwagę na kwestie związane z ogólną stabilnością polityczną od dłuższego czasu. W dokumencie datowanym na 6 listopada 2015 r. – “Dlaczego polityka ma znaczenie dla ratingów”, wymienia między innymi przypadek Stanów Zjednoczonych z 2011 r., kiedy wiarygodność została obcięta z AAA do AA+, z perspektywą negatywną ze względów „ryzyka politycznego i rosnącego długu”.

Podobna sytuacja dotyczy obecnie również Wielkiej Brytanii, dla której, według S&P, rządowa decyzja dotycząca referendum na temat członkostwa w EU pokazuje, że „polityka gospodarcza może być narażona na większe ryzyko polityki partyjnej, niż wcześniej oczekiwaliśmy”. Perspektywa ratingu Wysp Brytyjskich została obniżona w dniu 12 czerwca 2015 r. do negatywnej.

Agencja również przypominała w listopadzie obniżenie w styczniu 2012 r. ratingu dziewięciu krajów strefy euro. S&P podawało wtedy, że „nasz pogląd, dotyczący efektywności stabilności oraz przewidywalności europejskich władz i politycznych instytucji, nie jest tak silny, jak wcześniej tego oczekiwaliśmy”.

Przyczyny ekonomiczne i dalsze skutki

Prócz kwestii instytucjonalnych, S&P oczekuje wzrostu deficytu sektora finansów publicznych do 3.2 proc. PKB w 2016 r. Agencja jako elementy wzrostu wydatków wymienia ogłoszone lub planowane zmiany obejmujące (cyt. za PAP) „cofnięcie reformy emerytalnej, która obniży wiek emerytalny dla kobiet z powrotem do 60 lat, a mężczyzn do 65 lat; wyższe zasiłki dla dzieci za sprawą programu 500+; wyższą kwotę wolną od podatku oraz płacę minimalną i darmowe leki dla osób starszych”.

Bloomberg z kolei donosi, że agencja „może dalej obniżyć rating, jeżeli uzna, że nastąpiło dalsze osłabienie niezależności, wiarygodności oraz efektywności kluczowych instytucji, a zwłaszcza NBP”. „Dodatkowo możemy obniżyć rating, jeżeli finanse publiczne pogorszą się poza nasz scenariusz bazowy, a bilans przychodów i wydatków stanie się bardziej ujemny”.

Jeżeli zaś chodzi o skutki decyzji S&P, to biorąc pod uwagę złożoność sytuacji, najważniejszy prawdopodobnie będzie ten przytoczony przez Magdalenę Polan. Cytowana przez Bloomberg ekonomistka Goldman Sachs twierdzi, że „obniżenie wiarygodności kredytowej może zredukować popyt na polskie aktywa od bardziej konserwatywnych inwestorów z bardziej surowymi kryteriami ratingu, takich jak banki centralne”.

Polan również uważa, że decyzja agencji „zredukuje portfel obligacji trzymanych przez długoterminowych inwestorów oraz zwiększy wrażliwość polskiego długu oraz rynku walutowego na zewnętrzny sentyment oraz poziom stóp procentowych za granicą”.

Hipotetyczna reakcja na złotym

Już wczoraj, tuż po ogłoszeniu decyzji o obcięciu ratingu przez S&P, złoty osłabł o niespełna 10 gr do podstawowych walut. Za euro trzeba już płacić prawie 4.50 zł, co jest najwyższym poziomem od czterech lat. Dolar natomiast już kosztuje 4.11 zł, co oznacza, że amerykańska waluta jest warta najwięcej od ponad 13 lat.

Na rynku można znaleźć wiele analogii związanych z obniżeniem wiarygodności kredytowej kraju. Są to chociażby ostatnie przykłady cięcia ratingów w krajach rozwijających się, takich jak Brazylia czy Republika Południowej Afryki, gdzie lokalne waluty cały czas tracą na wartości. Z drugiej strony, powyższe przykłady nie oddają sytuacji w Polsce. W Ameryce Łacińskiej czy RPA sytuacja gospodarcza jest znacznie gorsza niż w naszym kraju, a te państwa są w znacznym stopniu uzależnione od eksportu taniejących surowców.

Podobnym, choć cały czas nie idealnym przykładem, jest obcięcie ratingu Węgrom przez S&P z poziomu A- do BBB+ z perspektywą negatywną, 15 czerwca 2006 r. Skala ruchu była więc podobna, a dodatkowo gospodarka węgierska ma przybliżone parametry do polskiej. Forint przez lata jest także silnie dodatnio skorelowany ze złotym, co jest dowodem na podobne traktowanie go przez inwestorów.

Wówczas forint w ciągu dwóch tygodni osłabł do euro ok. 5 proc., jednak ten ruch względnie szybko został odwrócony i już w połowie lipca węgierska waluta wróciła do poziomów sprzed obniżki. Było to prawdopodobnie spowodowane względnie dobrym nastawieniem do regionu (w tym samym czasie złoty zyskał niespełna 4 proc.).

Pewnym zagrożeniem dla złotego może być rynek długu, którego zmienność będzie w najbliższych dniach prawdopodobnie wysoka. Część inwestorów może redukować pozycje, a część zachęcona niższą wyceną PLN i wyższymi rentownościami obligacji może szukać okazji rynkowych. To prawdopodobnie jeszcze bardziej zwiększy poziom wahań złotego oraz prawdopodobieństwo wyjścia przez euro czy dolara wyraźnie ponad poziomy odpowiednio 4.50 zł i 4.10 zł.

Podsumowanie

Decyzja S&P ma negatywny wpływ na postrzeganie Polski, a także wycenę obligacji oraz złotego. Za klika tygodni będzie ona jednak prawdopodobnie tracić bezpośredni wpływ na rynek długu czy krajową walutę, gdyż rynek zacznie skupiać się na wydarzeniach globalnych oraz bieżących publikacjach makro z kraju.

Z drugiej jednak strony, gdy sytuacja na świecie bądź w Polsce będzie się pogarszać, reakcja inwestorów na złotym i obligacjach prawdopodobnie będzie znacznie bardziej nerwowa, niż to miało miejsce dotychczas. Może mieć to także wpływ realną gospodarkę w postaci wyższych kosztów dla przedsiębiorstw, związanych z wahaniami na rynku walutowym. Przy globalnym zamieszaniu również inwestorzy zagraniczni mogą oczekiwać wyższych stóp zwrotu z polskich obligacji, co zwiększyłoby koszt obsługi długu zagranicznego.

Odbudowa poprzedniej pozycji może być więc trudna i czasochłonna, a jeżeli sytuacja nie ulegnie poprawie, inwestorzy zapewne szybko przypomną sobie przykład Węgier, których wiarygodność kredytowa od pierwszego cięcia ratingu z poziomu A- do BBB+ spadła w trzy lata do BBB-, a po kolejnych dwóch do poziomu spekulacyjnego potocznie nazywanego śmieciowym. Do tej pory ocena wszystkich agencji ratingowych dla Węgier jest poniżej poziomu inwestycyjnego.

 

Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl

 

Piątek trzynastego może okazać się szczęśliwym dniem dla złotego. Po pierwsze: spodziewamy się wysokiej dynamiki polskiego PKB i nie zakładamy, że wzrost spowolnił w Eurolandzie. Po drugie: dostrzegamy wysokie prawdopodobieństwo odreagowania na zachodnioeuropejskich giełdach. Po trzecie: kropkę nad „i” ponownie tnąc stopy postawić może Ludowy Bank Chin. Na rynku spekuluje się, że luzowanie wisi w powietrzu, a władze taki krok najczęściej ogłaszały właśnie w piątki.

Prognozujemy, że w III kwartale dynamika polskiego PKB wzrosła do 3,5 proc. Słabsze odczyty sprzedaży detalicznej nie zmieniają faktu, ze konsumpcja ma się wyśmienicie i pozostaje motorem wzrostu. Jednocześnie podtrzymujemy nasz osąd, że premia za ryzyko polityczne jest ciągle zbyt wysoka. Jej stopniowe wymazywanie będzie szło w parze z osuwaniem się EUR/PLN w kierunku 4,20.

Mniej restrykcyjna polityka fiskalna, luźna polityka ECB, niskie ceny paliw oraz poprawa kondycji rynku pracy. Te czynniki zwiększają dochód do dyspozycji europejskich gospodarstw domowych i powodują, że spożycie wewnętrzne jest motorem gospodarki strefy euro. W trzecim kwartale rozwijała się ona w podobnym tempie jak w drugim, konsensus zakłada wzrost o 0,4 proc. kwartał do kwartału. Taki wynik jest zgodny z naszym modelem bazującym na zależnościach pomiędzy tempem wzrostu a wskazaniami indeksu Eurocoin, który bazuje na szeregu danych publikowanych każdego miesiąca w europejskich gospodarkach. Wzrost w IV kwartale nie traci impetu, ale zagrożeniem pozostaje słabość eksportu (spowolnienie w największych gospodarkach wschodzących), która zagraża sektorowi wytwórczemu i co za tym idzie w dalszej kolejności inwestycjom. Publikacja danych o 11:00, ale od rana napływać będą informacje z poszczególnych gospodarek.

Szybki wzrost w strefie euro nie będzie w stanie oddalić perspektywy rozszerzenia QE i cięcia stóp przez ECB w grudniu i tym samym trwale wesprzeć wspólną walutę. Ultraluźna polityka monetarna i ożywienie to natomiast kombinacja dobra i dla europejskich rynków akcji i dla złotego (oraz innych walut regionu). Uważamy, że sprzedaż rajdów kursu eurodolara pozostaje optymalną strategią. Podaż powinna aktywizować się już poniżej 1,0850.
Rekordowe dane z rynku pracy sugerują, że w IV kwartał amerykańska gospodarka weszła z ogromnym impetem. Dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej prawdopodobnie potwierdzą tę tezę i wskażą na najszybszy wzrost od trzech miesięcy. Główny wskaźnik windują znakomite wyniki sprzedaży aut, ale także na poziomie „bazowym” spodziewane jest silne odbicie.

Sporządził: Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers S.A.

 

Panująca od początku tygodnia niepewność na rynku złotego związana była przede wszystkim z napięciami na Ukrainie i oczekiwanym efektem negocjacji w sprawie ich złagodzenia. W przekroju tygodnia stabilność w okolicach 4 PLN odnalazł jedynie frank szwajcarski, potwierdzając tym samym powrót do zmienności obserwowanej przed 15 stycznia.  Zdecydowana przewaga strony popytowej widoczna była na parze USD/PLN, windując kurs z okolic 3,63 na 3,71. Nieco bardziej złoty opierał się w stosunku do euro, tracąc od poniedziałku 5 figur. Informacja o osiągniętym przed kilkoma godzinami porozumieniu w Mińsku znacznie tę sytuacje odmieniła. 

Porozumienie osiągnięte przez przywódców Niemiec, Francji, Ukrainy i Rosji po kilkunastogodzinnych negocjacjach zwiastuje złagodzenie nastrojów panujących na wschodzie Ukrainy. Spośród osiągniętych konkretów podkreślić należy zawieszenie ognia od 15 lutego wraz z wycofaniem ciężkiej artylerii. Władimir Putin zaznaczył konieczność podjęcia reform konstytucyjnych w celu respektowania praw obywateli na wschodzie kraju. Ze strony przywódców Ługańskiej Republiki Ludowej i Donieckiej Republiki Ludowej napłynęła natomiast informacja o podpisaniu porozumienia uzgodnionego przez przywódców. Planowane są kolejne spotkania w celu oceny realizacji przyjętych postanowień.

Na rynku złotego, podobnie jak na największych europejskich parkietach, momentalnie zauważalne było zmniejszenie awersji do ryzyka.  Na USD/PLN handel powrócił do poziomów poniżej 3,70. Celem technicznym w tej sytuacji stają się okolice 3,62. Złoty umacnia się także w stosunku do euro. Odwrót od 4,20 z technicznego punktu widzenia oznaczać może dążenie do poziomu 4,145 z końca poprzedniego tygodnia i grudnia 2014. Mniej zapłacimy za franka, który wyraźnie poszukuje nowego poziomu równowagi w okolicach 3,95.

autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI S.A.

Tego tygodnia polska waluta zdecydowanie nie zaliczy do udanych. Osłabiła się na całej linii, a nieco strachu mogą poczuć znów kredytobiorcy frankowi, gdyż kurs CHF/PLN przekroczył poziom 3,50, czyli jest najwyżej od czerwca 2013 r. Frank umacnia się zwykle w momentach podwyższonej awersji do ryzyka, a niewątpliwie ryzyko otwartej wojny na Ukrainie jest sytuacją wzmagającą niechęć do ryzyka. Dlatego też broniony przez Narodowy Bank Szwajcarii kurs EUR/CHF na poziomie 1,20 jest testowany, aczkolwiek z Bankiem rynek zapewne nie wygra.

Konflikt na Ukrainie właśnie mocno uderza w złotego z racji bliskości geograficznej i politycznej naszego kraju. Do tego jeszcze nakłada się spadający kurs eurodolara, gdzie kolejne mocne dane z USA (przede wszystkim rewizja w górę o 0,3 pkt proc., do 4,2% w ujęciu annualizowanym dynamiki PKB w II kw.) sprowadzają kurs sukcesywnie coraz niżej. Najbardziej prawdopodobny jest obecnie test 1,31, a być może nawet okrągłego poziomu 1,30, ale aby go przebić już raczej EBC musiałby gołębio wypowiedzieć się podczas wrześniowego posiedzenia, które jest zaplanowane na 4 września, albo też po prostu jeszcze bardziej ściąć stopy procentowe, w tym depozytową jeszcze bardziej poniżej zera. M. Draghi rozbudził apetyt rynku w Jackson Hole, przez co przez rynki przetacza się nowa fala hossy na obligacjach skarbowych, ale te oczekiwania mogą jednak, znając konserwatyzm EBC, być nieco na wyrost. Dlatego już przy 1,30 walka popytu z podażą nie powinna być tak jednostronna dla dolara.

Złoty natomiast ma przed sobą niezbyt dobrą perspektywę. Kurs EUR/PLN przekracza 4,22, a USD/PLN zrealizował scenariusz ruchu do 3,20, nawet przebijając ten poziom. Ewidentnie geopolityka mocno osłabia złotego i wiele zależy od tego, czy w weekend jakieś pozytywne symptomy deeskalacji popłyną z Ukrainy lub Rosji. Jednak niewątpliwie konflikt ten będzie miał różne fazy, cały czas będąc ryzykiem w wycenie złotego. Dodatkowo złotego osłabiać może jeszcze gra pod dosyć prawdopodobną obniżkę stóp procentowych przez RPP. Obóz gołębi może wygrać głosami M. Belki i J. Hausnera, o ile afera taśmowa nie będzie czynnikiem decydującym. Dodatkowo słabszy złoty działa pozytywnie dla stymulacji polskiej gospodarki. Krótkoterminowo najwięcej zależy od sytuacji na Ukrainie po weekendzie. Deeskalacja przyniesie powrót kursu EUR/PLN poniżej 4,20, a USD/PLN poniżej 3,20. Jednak raczej mało są szanse na zejście tych kursów poniżej 4,17 i 3,16. Kilka czynników jak geopolityka, spowolnienie makro i polityka pieniężna zaczynają wskazywać na to, że złoty może mieć przed sobą słabszy okres.

Łukasz Rozbicki / MM Prime TFI S.A.

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...