wtorek, Sierpień 21, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "wzrost wynagrodzeń"

wzrost wynagrodzeń

Jak donosi portal PulsHr, w Polce nowi pracownicy są coraz trudniejsi do pozyskania. Mimo dużej liczby wakatów (około 150 tysięcy), chętnych do pracy nieustannie brakuje. Jednak pracodawcy są skłonni płacić wyższe stawki aktualnie zatrudnionym.

 Obecnie, pracodawcy i agencje pracy tymczasowej o wiele chętniej płacą pracownikom wyższe stawki, niż w latach poprzednich. Niestety nie wynika to z pozytywnej kondycji rynku, a z braku kandydatów na stanowiska. Jest to pokłosie tzw. „efektu 500+”, czego efektem jest spadek liczby aktywnych zawodowo kobiet o aż 300 tysięcy. Odejmując także 200 tysięcy osób, które przeszły na emeryturę, mamy do czynienia z niedoborem pracowników.

Pracownik „na już”

Na deficycie kandydatów najbardziej cierpią sektory produkcji i usług, ale także sektor publiczny – liczba nowych rekrutów wojskowych i policyjnych pozostawia wiele do życzenia. Jak wynika z danych Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ), liczba pracowników tymczasowych w pierwszym półroczu 2018 r. zmniejszyła się o 5 procent, ale agencje odnotowały 6-procentowy wzrost obrotów. Jest to ewidentny wzrost popularności elastycznych form zatrudnienia. Rekrutacje stałe, odbywające się u klientów obsługiwanych przez członków SAZ-u, obserwują stale wysoki poziom, co tym bardziej potwierdza zmianę.

Nie za najniższa krajową

Minimalne wynagrodzenie 13,70 zł za godzinę już dawno przestało być standardem. Obecnie stawki godzinowe plasują się nawet między 17 a 20 zł na niższym stanowisku w sieci handlowej. Niemniej jednak koszty utrzymania pracownika rosną – zarówno dla agencji, jak i ich klientów. Mamy obecnie do czynienia z największą od 30 lat presją płacową – wynagrodzenia rosną nieproporcjonalnie szybko do efektywności pracy.

Sytuacja mocno zmniejszających się zasobów ludzkich w naszym kraju zmusza agencje do przyjęcia roli pośrednika także zagranicą. SAZ i firmy w nim zrzeszone zachęcają swoich klientów do pozyskiwania siły roboczej poza Polską i robią to z sukcesem – popularność tego rozwiązania wzrosła o 10 procent w ciągu ostatniego roku.

Julia Trepkowska, źródło: Puls Hr

W pierwszym kwartale 2018 roku tempo wzrostu wynagrodzeń nieznacznie spadło. To prawdopodobnie jedynie chwilowy zastój, po którym nadejdzie przyspieszenie. Nie wszyscy korzystają w jednakowym stopniu z rosnących płac.

Według najnowszych danych GUS średnie wynagrodzenie brutto w gospodarce w pierwszym kwartale 2018 r. wyniosło 4622,84 zł brutto i było wyższe niż rok wcześniej o 6,2 proc. To wynik bardzo dobry, ale jednak słabszy niż kwartał wcześniej, gdy płace wzrosły o 7,1 proc. Poprzednio tak dobry początek roku przy liście płac miał miejsce w pierwszym kwartale 2009 r., czyli dziewięć lat temu, gdy globalny kryzys finansowy najmocniej odbijał się na polskiej gospodarce, a PKB rósł o zaledwie 1,5 proc. Obecnie jesteśmy w szczytowym okresie koniunktury, a więc można przypuszczać, że dynamika wynagrodzeń będzie jeszcze wyższa, tym bardziej że deficyt pracowników jest coraz większy. Jej spowolnienie może być jednak sygnałem, że kres płacowego eldorado jest już coraz bliższy. W warunkach silnej konkurencji firmy mają ograniczone możliwości podwyższania cen, co przy rosnących kosztach surowców i energii prowadzi do spadku rentowności. Coraz więcej przedsiębiorstw, szczególnie tych mniejszych, może nie być w stanie podwyższać płac swoim pracownikom, co może doprowadzić do obniżenia tempa wzrostu przeciętnego wynagrodzenia. Warto zwrócić uwagę, że dynamika płac w sektorze przedsiębiorstw osiągnęła w obecnym cyklu największą skalę (7,3 proc.) w grudniu 2017 r. i styczniu 2018 r. i od tego czasu spada już drugi miesiąc z rzędu (w lutym i w marcu).

Tempo wzrostu średniego wynagrodzenia jest mocno zróżnicowane, w zależności od warunków w branży. Opierając się na dostępnych danych GUS dla poszczególnych dziedzin gospodarki za czwarty kwartał 2017 r., można dostrzec bardzo duże dysproporcje. Pod koniec ubiegłego roku średnia płaca w górnictwie skoczyła aż o 12,7 proc., podczas gdy w całym przemyśle wzrost wyniósł jedynie 6,8 proc. O prawie 11 proc. poprawiły się płace w handlu, przede wszystkim wskutek podwyżek do których zmuszone były duże sieci handlowe, by utrzymać poziom zatrudnienia. Dość mocno, bo o 9,3 proc. w górę poszły płace w budownictwie, co jest efektem dotkliwego niedoboru pracowników w tej branży przy jednoczesnym silnym zwiększeniu skali robót. Brak chętnych do pracy oraz protesty w służbie zdrowia sprawiły, że w czwartym kwartale średnie wynagrodzenie w opiece zdrowotnej i pomocy społecznej wzrosło o 9,7 proc., najmocniej od początku 2009 r. Przez lata w tym sektorze dynamika płac należała do najsłabszych, pogłębiając dysproporcje w stosunku do pozostałych. Poprawa widoczna jest od końca 2015 r., ale średnie wynagrodzenie w służbie zdrowia pod koniec ubiegłego roku było wciąż o 3,5 proc. niższe niż w całej gospodarce i stanowiło mniej niż połowę średniej płacy w górnictwie, wynoszącej 9142 zł.

Z kolei najsłabiej, jedynie o 2,4 proc., rosły pod koniec ubiegłego roku płace informatyków oraz w energetyce i ciepłownictwie, gdzie wzrost sięgał niecałe 3 proc. W obu tych branżach średnie wynagrodzenie należy do najwyższych i wynosiło w czwartym kwartale 2017 r. odpowiednio 7948,2 zł (informacja i komunikacja) i 7616,4 zł (wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną i gorącą wodę). Również słaby, sięgający niespełna 4 proc. był wzrost płac w edukacji, gdzie zresztą średnie wynagrodzenie wynoszące 4280,5 zł było najniższe spośród wszystkich działów gospodarki, o prawie 11 zł niższe niż w handlu.

Roman Przasnyski – Główny Analityk GERDA BROKER

Stopa bezrobocia w sierpniu br. wyniosła 7 proc., wobec 7,1 proc. w lipcu br. – podał GUS.

Dobre dane z rynku pracy potwierdzają informacje, które płyną od pracodawców o coraz większym zapotrzebowaniu na pracowników. O braku kandydatów do pracy mówią głównie firmy z sektora handlowego . Podobne problemy zgłaszają też przedsiębiorstwa produkcyjne, dla których największym wyzwaniem staje się rekrutacja pracowników. Kandydaci albo rezygnują z zatrudnienia w trakcie procesu rekrutacji albo  nie zgłaszają się do pracy, gdyż w międzyczasie znaleźli ciekawszą ofertę.

Nadal pracodawcy zgłaszają niedobór kompetencji u kandydatów, co tłumaczy małą presję na wzrost wynagrodzeń. Przeciętnie w ostatnich miesiącach utrzymywały się one na podobnym poziomie i oscylowały pomiędzy 4.400 – 4.500zł, choć rok do roku wzrosły o 280zł. Potwierdza to gotowość firm do i zwiększenia płac, za którą musi iść wzrost kwalifikacji pracowników. Bez inwestycji w kadry wiele firm nie może rozwijać się na nowych rynkach i inwestować. Rozwiązaniem może być aktywizacja młodych między 20 a 24 rokiem życia, z których prawie 17% nie uczy się ani nie pracuje.

Dlatego dla stabilnego rozwoju polskich firm niezwykle ważne jest odpowiedzialne wydatkowanie środków z Funduszu Pracy. Zgodnie z założeniami na 2018 zmniejszone zostaną, prawie o połowę środki  na Krajowy Fundusz Szkoleniowy. Jest to narzędzie pozwalające sfinansować większość – 80 procent – kosztów kształcenia ustawicznego pracowników, a w przypadku małych firm 100%. Decyzja o zmniejszeniu budżetu KFS- u budzi kontrowersję tym bardziej, że środki często kończą się już w pierwszych dniach naboru. Dlatego zarówno pracodawcy, jak i związki zawodowe krytycznie ocenili ograniczenie wydatków z Funduszu Pracy na inwestycje w szkolenia pracowników.

 

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla Polski. Instytucja wydała jednak nowe prognozy dla naszego kraju na lata 2017 – 2018. Według analityków tego podmiotu, wzrost polskiego PKB w bieżącym roku wyniesie nie 3,2% jak początkowo zakładano, a 4,3%. Z kolei, w 2018 r. dynamika dochodu narodowego wyniesie 3,5% (wcześniej było to 3,1%). Niniejsze projekcje dają powody do zadowolenia, choć nie da się ukryć, że przyjęta prognoza na rok bieżący wydaje się być niezmiernie optymistyczna, zwłaszcza że sam minister finansów oczekuje dynamiki PKB nieco wyższej niż 3,7%, a gospodarka po dwóch świetnych kwartałach wydaje się wysyłać pierwsze sygnały przegrzania.

Mimo wszystko, należy podkreślić, że aktualnie jesteśmy świadkami bezprecedensowej sytuacji. Mamy nie tylko solidny wzrost gospodarczy, ale również rekordowo niskie bezrobocie, któremu towarzyszy systematyczny wzrost wynagrodzeń oraz dochodu rozporządzalnego. Do tego, należy doliczyć niskie stopy procentowe oraz stabilną i nieszkodliwą inflację. Oczywiście nadal można wymienić wiele mankamentów np. stagnację inwestycji, czy też wysokie zadłużenie Skarbu Państwa, jednak ogólny obraz koniunktury jest dosyć imponujący. Nie stanowi zatem zaskoczenia fakt, że blisko połowa Polaków (49%) bardzo dobrze ocenia stan polskiej gospodarki – wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS. To najwyższy rezultat od 1989 r.

Kwartalna dynamika PKB znajduje się w trendzie wzrostowym od drugiej połowy 2016 r. Jej dekompozycja potwierdza, że motorem napędowym wzrostu gospodarczego jest konsument. To efekt pozytywnych tendencji na rynku pracy oraz hojnej polityki społecznej. Warto zauważyć, że efekty owej polityki będą w coraz mniejszym stopniu wpływały na tempo wzrostu PKB. Za nami bowiem pełen rok funkcjonowania programu ,,Rodzina 500 Plus”, zatem mamy wyższą bazę porównawczą. Ponadto, stopa bezrobocia od trzech miesięcy pozostaje na niezmienionym poziomie (7,1%). Zjawisko to równie rzadkie w okresie letnim, jak sam bardzo niski poziom tego wskaźnika po 1989 r. Czy zatem stopa bezrobocia osiągnęła już swój dołek? Niewykluczone, zwłaszcza że pracodawcy mają coraz większe trudności w znalezieniu pracowników.

Przyglądając się dekompozycji PKB, można zauważyć bardzo dynamiczny wzrost wpływu zapasów na wartość dochodu narodowego. Z teorii ekonomii oraz z analizy historycznej wynika, że takowa sytuacja poprzedza szczyty koniunkturalne. Na uwagę zasługuje także wartość eksportu netto i jego wpływ na dynamikę PKB. Ten bowiem był ujemny (-1,5%) w drugim kwartale 2017r. Polska coraz więcej importuje, bowiem gospodarka prawdopodobnie wykorzystuje większość swoich mocy produkcyjnych, zwłaszcza w dobie braku inwestycji przedsiębiorstw. To również sytuacja, która w przeszłości bardzo często sygnalizowała przegrzanie gospodarki. Dlatego też niniejsze dane należy potraktować jako swego rodzaju lampkę ostrzegawczą.

Aktualnie nie trudno odnaleźć przesłanki, które można uznać za pierwsze syndromy przegrzania gospodarczego. Czy zatem po kilku udanych kwartałach czeka nas recesja? Niewykluczone, że w drugiej połowie roku dynamika PKB osłabnie, lecz w szerszej perspektywie odpowiedź na to pytanie może być przecząca. Redystrybucja środków unijnych jest opóźniona. Jeżeli ta przyśpieszy w najbliższych kwartałach, to wysokie tempo wzrostu gospodarczego powinno zostać utrzymane. Niemniej tym razem katalizatorem będzie wzmożona konsumpcja rządowa oraz inwestycje, którym nadal de facto będzie towarzyszyć silny konsument. Zatem wydaje się, że wysoki wzrost gospodarczy może mieć nieco dłuższą przyszłość, zwłaszcza jeżeli nie wyhamują dotychczasowe pozytywne trendy makroekonomiczne w Europie, Stanach oraz Chinach.

Słowem podsumowania, polska gospodarka wysyła pierwsze oznaki przegrzania, lecz ze względu na nadchodzące wydatkowanie środków unijnych ewentualna zadyszka gospodarcza będzie prawdopodobnie tylko przejściowa (np. w drugiej połowie roku). Raczej nie należy oczekiwać typowej recesji, znanej jako jeden z etapów długoterminowego cyklu koniunkturalnego. Ważniejszym pytaniem pozostaje: jak Polska poradzi sobie w nowej perspektywie unijnej, która najprawdopodobniej nie będzie już tak hojna? Dodatkowym wyzwaniem pozostanie potencjalny problem braku rąk do pracy, spotęgowany przez niekorzystne tendencje demograficzne i decyzję o obniżeniu wieku emerytalnego. Ten w szerszej perspektywie może istotnie spowolnić wzrost gospodarczy nad Wisłą. Powyższe aspekty powinny być przedmiotem debat publicznych oraz jednym z głównych tematów wśród osób odpowiedzialnych za politykę gospodarczą, zwłaszcza jeżeli te decydują się na przygotowywanie wieloletnich planów rozwojowych kraju.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Według ekonomisty Łukasza Komudy, dobra koniunktura na rynku sprzyja teraz podwyżkom, bo duża część pracodawców ma na nie środki. Jednak zatrudnieni muszą nauczyć się negocjować lepsze warunki pracy. Powinni zwiększyć swoją świadomość w zakresie wysokości zarobków w danej branży i zbiorowo bronić wspólnych interesów. Jeśli pracują w małej, kilkuosobowej firmie, która ma problem z utrzymaniem się na rynku, to faktycznie mogą niczego nie osiągnąć. Wówczas, zdaniem eksperta, warto pomyśleć o zmianie pracy na bardziej atrakcyjną.

Jak twierdzi przedstawiciel Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, właśnie teraz pracodawcy mogą być skłonni do tego, żeby dzielić się z pracownikami wypracowaną wartością dodaną. Stanowi ona nadwyżkę przychodów nad ponoszonymi przez firmę kosztami. Z perspektywy udziałowców, inwestycje w kadry zwykle są postrzegane jako marnowanie pieniędzy. Jednak, jak zaznacza Łukasz Komuda, zarząd firmy lub jej właściciel może zgodzić się na podwyżki, gdy zyska świadomość, że w przeciwnym razie straci dużą część kadry. To wiąże się z podniesieniem wydatków na rekrutację i przeszkolenie nowych osób w firmie. Ekspert dodaje, że pracownicy mogą też zagrozić pracodawcy akcją protestacyjną, strajkiem lub nagłośnieniem problemu zaniżonych pensji.

– Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy mają środki na podwyżki płac. Należy wiedzieć, że ponad połowa polskich pracowników najemnych przypada na firmy zatrudniające do 9 osób. Tam, przez niewielką skalę działalności i obecność silnej konkurencji, marże są niskie, więc wartość dodana okazuje się niezbyt wysoka. Trudno oferować ludziom dobre warunki pracy, gdy problemem jest utrzymanie stanu posiadania, np. lokalu czy maszyn – mówi Łukasz Komuda.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wzrost gospodarczy to suma wartości dodanych na rynku. To znaczy, że jedne firmy radzą sobie lepiej, a inne gorzej. Zwiększenie zamówień na usługi i produkty oznacza wyższe przychody przedsiębiorstwa, a przy założeniu kosztów stałych na określonym poziomie, również większe zyski. W ocenie Komudy, sytuacja ekonomiczna sprzyjająca podwyżkom z dużym prawdopodobieństwem potrwa przynajmniej do końca 2017 roku i nie dłużej, niż do połowy 2019 roku. To wynika z charakterystycznej zmienności 12-miesięcznej dynamiki stopy bezrobocia rejestrowanego.

– Zatrudnieni muszą jednak zwiększyć swoją siłę negocjacyjną w relacji z przedsiębiorcami tak, aby jak najwięcej skorzystać na obecnym wzroście gospodarczym. Będą mieli większą siłę przebicia, gdy zaczną grupowo reprezentować swoje interesy, najlepiej w ramach związku zawodowego. Będą poważniej traktowani, niż niezorganizowana grupa ludzi. Wygrają tylko wtedy, gdy nikt nie zgodzi się na wykonywanie pracy za określoną, niższą stawkę – zauważa Łukasz Komuda.

Ekonomista podpowiada, że punktem odniesienia dla pracowników może być wzrost wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej 10 osób. Aktualnie wynosi on ok. 5%. Zatrudnieni powinni zdobyć wiedzę o płacach w swojej branży i na podobnych stanowiskach do tych, które wykonują. To pozwoli im stwierdzić, czy mają podstawy do starania się o podwyżki lub o pracę u konkurencji. Jak podkreśla Łukasz Komuda, zmiana pracodawcy to zwykle najprostszy sposób na poprawę warunków finansowych w Polsce.

– Na naszym rynku pracy bezrobocie utrzymywało się na dość wysokim poziomie przez ponad 20 ostatnich lat. To spowodowało, że wynagrodzenia zostały sprowadzone do relatywnie niskich stawek. Niektórzy eksperci twierdzą, że zatrudnionym płaci się tak mało, jak tylko jest to możliwe, zgodnie z prawem Davida Ricardo. Gdy zwiększyło się zapotrzebowanie na pracowników, przedsiębiorcy zaczęli zatrudniać więcej Ukraińców, którzy są gotowi pracować za stawki minimalne – zwraca uwagę ekspert z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Zdaniem Komudy, pracodawcy uznają, że taniej i lepiej jest ściągnąć pracowników z kraju, gdzie płaci się 4-krotnie mniej, niż u nas. W związku z tym, można zaproponować przyjezdnym gorsze warunki. Długoterminowo to oczywiście nie służy naszej gospodarce, bo utrzymuje niskie wynagrodzenia na rynku. A taki trend zachęca kolejne rzesze Polaków do emigracji na Zachód. Ponadto, powstrzymanie wzrostu płac jest równoznaczne z zahamowaniem konsumpcji. Ekonomista przypomina, że odpowiada ona za 60% naszej gospodarki na rynku wewnętrznym.

– W 2016 roku przybyło oświadczeń pracodawców o przyjęciu do pracy cudzoziemców z Ukrainy o ok. 65%. Liczba tych deklaracji w całej Polsce wyniosła ponad 1,2 mln. W pierwszym półroczu br. wzrost przyniósł kolejne 47%, w ilości 905 tys. Ze strony urzędów pracy pojawiają się sygnały, że jesteśmy blisko szczytu fali napływu osób z Ukrainy. Wraz ze spadkiem bezrobocia w naszym kraju, Ukraińcy zaczęli działać w usługach, np. fryzjerskich i kosmetycznych. Ponadto pracują jako taksówkarze, sprzedawcy, kasjerzy, magazynierzy, pakowacze i kierowcy – informuje Łukasz Komuda.

Jak wyjaśnia ekspert, Ukraińcy wolą przyjechać do nas, niż do Niemiec czy Francji, m.in. ze względu na mniejszą barierę językową i kulturową. Tutaj mają mnóstwo znajomych, więc mogą łatwo znaleźć kogoś, kto wskaże im tani pokój do wynajęcia oraz uczciwego pracodawcę. Plusem jest także bliskość geograficzna. Mogą tu przyjechać autobusem i wrócić do rodziny np. na święta. O wyjeździe dalej na Zachód myślą ci, którzy znają dobrze język angielski lub niemiecki, mają mniej kontaktów w Polsce i są bardziej skłonni do ryzyka.

– Tymczasem, część pracodawców w dużych polskich miastach narzeka na wymagania finansowe młodych pracowników. Jednak kandydaci do pracy mają do nich prawo, podobnie jak firmy do tego, żeby zaczynać rozmowę o wysokości pensji od kwoty tak niskiej, jak tylko się da. W małych miejscowościach wybór pracy jest bardziej ograniczony, co drastycznie pogarsza pozycję negocjacyjną  kandydatów na pracowników. Osoby, które wyjeżdżają z takich miejsc, początkowo mają często skromniejsze aspiracje finansowe i dopiero z czasem oczekują więcej – podsumowuje Łukasz Komuda.

 

Źródło: MondayNews.pl

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. o 5,7 proc. r/r. W największym stopniu w województwie świętokrzyskim, o 13,7 proc. – podał GUS.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w 1. połowie 2017 r. szybciej niż w tym sam okresie 2016 r. (o 5,7 proc. w stosunku do 4,4 proc.). Najsilniej przemysł rósł w 3 województwach Polski Wschodniej – w świętokrzyskim (o 13,7 proc.), podlaskim (o 12,3 proc.) i lubelskim (o 9,6 proc.). W pozostałych województwach tej części naszego kraju – podkarpackim i warmińsko-mazurskim – przemysł rósł także szybciej niż średnio w Polsce (odpowiednio (7,8 i 6,6 proc.).

Te 5. województw to nie są uprzemysłowione regiony – ich przemysł daje jedynie ok. 12 proc. produkcji sprzedanej całego przemysłowego sektora gospodarki.

Świętokrzyskie to przede wszystkim spożywczy, materiałów budowlanych, metalurgiczny, i maszynowy. Podlaskie to także przemysł rolno-spożywczy (przede wszystkim przetwórstwo mleka, tytoniu oraz produkcja wódki i piwa), ale także maszyny rolnicze, przemysł tekstylny oraz drzewny. Lubelskie to też przemysł spożywczy (przede wszystkim cukrowniczy, mleczarski, mięsny, piwowarski, młynarski, tytoniowy, spirytusowy, zielarski oraz owocowo-warzywny). A ponadto przemysł chemiczny, wydobywczy i materiałów budowlanych. Podkarpacie to przemysł lotniczy, spożywczy, a także materiałów budowlanych oraz drzewny. Warmia i Mazury to przetwórstwo rolno-spożywcze, produkcja maszyn do obróbki plastycznej metali, produkcja wyrobów gumowych (opony) oraz mebli i wyrobów stolarskich.

Zestawiając ze sobą dynamiczny wzrost produkcji sprzedanej przemysłu w tych województwach z branżami, które w tych regionach dominują wydaje się, że „sprawcą” jest wzrost skłonności gospodarstw domowych do konsumpcji. A wzrost skłonności do konsumpcji jest efektem poprawiającej się systematycznie sytuacji na rynku pracy, wzrostu wynagrodzeń oraz … programu Rodzina 500+. Polacy zwiększają swoje wydatki na artykuły rolno-spożywca, na odzież, a także na usługi budowlane robiąc remonty swoich mieszkań i domów. Jak widać ten konsumpcyjny popyt silnie wspiera regiony, w których przemysł rolno-spożywczy, a także drzewny i budowlany jest dominujący.

Do czynników związanych z rynkiem pracy i programem 500+ należy zapewne dodać fundusze unijne, które do tych regionów już trafiły i jeszcze trafią (w perspektywie finansowej 2007-2013 oraz obecnej 2014-2020 te 5. województw miało i ma swój dodatkowy Program Operacyjny Polska Wschodnia). Wsparły one tworzenie gospodarczej infrastruktury, a także rozwój lokalnych firm.

Efektem silnie rosnącego w tych województwach przemysłu jest „zwrotnie” większe zatrudnienie i wynagrodzenia. W świętokrzyskim zatrudnienie w przemyśle wzrosło w ciągu 6. miesięcy br. o 9,3 proc., a wynagrodzenia o 6,5 proc. W podlaskim wynagrodzenia wzrosły o 6 proc., a zatrudnienie o 4,5 proc. W lubelskim produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 9,6 proc. przy  minimalnym wzroście zatrudnienia w przemyśle (jedynie o 0,1 proc.) i relatywnie niedużym wzroście wynagrodzeń (o 4,3 proc.), co wskazuje na silny wzrost wydajności pracy.

Jeśli rosnący przemysł pozwolił firmom w tych województwach (i będzie nadal pozwalał) na wzrost dochodów i rentowności, a one zechcą zainwestować ten kapitał w rozwój, to mamy szanse, aby Polska Wschodnia zaczęła powoli (a nawet bardzo powoli, bo jest dużo do nadrobienia) doganiać bardziej rozwinięte regiony pod względem poziomu PKB na mieszkańca. Fundusze europejskie, dobrze zainwestowane przez władze lokalne powinny w tym także pomóc.

Po 6. miesiącach 2017 r. na końcu stawki wszystkich regionów jest przemysł na Dolnym Śląsku –  w ciągu 6. miesięcy produkcja sprzedana wzrosła tam jedynie o 0,4 proc. r/r, przy wzroście wynagrodzeń o prawie 10 proc. (najwyższa dynamika w Polsce) i zatrudnienia o 1,3 proc. Wskazuje to, że silną barierą rozwoju przemysłu w tym województwie jest dostęp do pracowników. Szczególnie zatem w województwie dolnośląskim administracje lokalne powinny dbać o edukację i jej dostosowanie do potrzeb rynku pracy. Ale w krótkim okresie powinny dążyć do stworzenie warunków dla sprawnej, szybkiej legalizacji zatrudnienia obcokrajowców. Nie może ona trwać miesiącami, szczególnie w okresie zwiększonego, sezonowego popytu na pracę.

Warto, aby wynikom przemysłu, budownictwa, wzrostowi liczby firm zarejestrowanych w systemie REGON w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. przyjrzały się wszystkie województwa. I zastanowiły się jak poprawić sytuację na rynku pracy, ale także jak wykorzystać dostępne w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych środki unijne, aby zapewnić rozwój województwa oraz jak działaniami administracyjnymi wspierać ten rozwój.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Partie polityczne pracują nad specjalnymi dodatkami dla emerytów licząc na pozyskanie głosów tej coraz liczniejszej grupy społecznej.  Tego rodzaju dodatki oznaczają zwiększenie opodatkowania osób pracujących i jednocześnie zmniejszają motywację do pracy i oszczędzania, ponieważ ubezpieczeni mają nadzieję, że w przyszłości mogą liczyć na pomoc państwa. Osłabiają motywację do oszczędzania na starość, a to oznacza  ograniczenie możliwości finansowania inwestycji niezbędnych dla modernizowania gospodarki. Wolniejszy będzie więc wzrost  wynagrodzeń i emerytur w przyszłości. Złamanie zasady, że emerytura jest proporcjonalna do wpłaconych składek jest sprzeczne z programem budowania oszczędności emerytalnych promowanym przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego.  Osłabiają również motywację  do opóźnienia przejścia na emeryturę, pogarszając relację liczby osób pracujących do liczby emerytów, spowalniając wzrost gospodarczy i pogłębiając nierównowagę systemu emerytalnego. Emerytury mogą być albo wyższe, albo wcześniejsze, nie mogą być wcześniejsze i wyższe jednocześnie.

Komentarz Jeremiego Mordasewicza, doradcy zarządu Konfederacji Lewiatan

Eksport wzrósł w styczniu i lutym 2017 r. o 4,0 proc. r/r w euro, a import o 7,8 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 30,2 mln euro – padał GUS

Eksport w okresie styczeń-luty 2017 r. był wyższy o ponad 1,8 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o ponad 3 mld euro. Dynamika importu wyraźnie przyspiesza (7,8 proc. wobec 6,6 proc. w styczniu br.), a dynamika eksportu – słabnie (4 proc. wobec 5,3 proc. w styczniu br.). To co prawda dopiero pierwsze dwa miesiące 2017 r., ale saldo obrotów handlu zagranicznego zbliża się już do zera (30,2 mln euro). Przy takiej tendencji wzrostu eksportu i importu, już za styczeń-marzec zobaczymy deficyt po dwóch latach dodatniego salda handlowego. A możemy mieć pewność, że taka tendencja – szybszego wzrostu importu niż eksportu – utrzyma się. Rosnące spożycie indywidualne w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń, a także dopływu do gospodarstw domowych środków z programu Rodzina 500+ zachęca bowiem do konsumpcji. Widać to po dynamice sprzedaży detalicznej, która wzrosła w ciągu 2. miesięcy br. o 9 proc. W tym jest także sprzedaż produktów z importu.

Na wysoką dynamikę importu wpływ mogą mieć, ale dopiero w 2. połowie roku, rosnące (miejmy nadzieję) inwestycje. Czeka nas zatem rok wyraźnego wzrostu popytu na towary i usługi z importu.

W tym kontekście bardzo ważne jest, aby eksporterzy nie koncentrowali się tylko na rynkach krajów UE, gdzie lokują ponad 80 proc. swojej sprzedaży. I tak się dzieje. Widać tu już pierwsze bardzo pozytywne sygnały, bowiem eksport do krajów rozwijających się jest r/r po 2 miesiącach 2017 r. wyższy o 9,4 proc. A eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej – o prawie 25 proc. To głównie zasługa odbudowującego się eksportu do Rosji. W ciągu 2. miesięcy br. wyniósł on 804 mln euro. To ciągle mniej niż w tym samym czasie  w 2014 r. (1122 mln euro), ale już więcej niż w styczniu-lutym 2015 r. i 2016 r. To bardzo ważne, aby polscy eksporterzy byli na rynku rosyjskim obecni, gdy powoli wracają na ten rynek także nasi konkurenci.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły 1. kwartale 2017 r. o 2,0 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. – podał GUS.

W 1. kwartale 2017 r. ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły o 2 proc. w stosunku do 1. kwartału 2016 r. W 2/3 na inflację wpływ miał wzrost cen żywności (w ciągu 3. miesięcy br. o 3,7 proc.) oraz paliwa do prywatnych środków transportu (o 18,6 proc.). Gdyby nie spadki cen odzieży i obuwia oraz opłat związanych z łącznością, wpływ ten byłby na poziomie blisko 80 proc. Podobnie zatem jak w okresie od lipca 2014 r., gdy to obniżające się ceny żywności i paliwa wprowadziły polską gospodarkę w okres deflacji, tak od grudnia 2016 r.  ich wzrost jest przyczyną powrotu do inflacji.

Wzrost cen, w tym szczególnie wzrost cen żywności przekłada się bezpośrednio na wszystkie gospodarstwa domowe, ich realne dochody. W 1. kwartale 2017 r. wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających co najmniej 10 pracowników wzrosły prawdopodobnie o 4,1 proc. Inflacja ograniczyła ich realny wzrost do nieco ponad 2 proc. Jeżeli porównamy to z 2016 r., zobaczymy że to znacznie mniej niż rok wcześniej. W 2016 r. wynagrodzenia w firmach 10+ wzrosły co prawda w mniejszym stopniu, bo o 3,8 proc., ale dzięki deflacji ich siła nabywcza była wyższa. Realny wzrost wynagrodzeń wyniósł prawie 4,5 proc.

Jeśli pracownicy chcieliby utrzymać taki poziom realnego wzrostu dochodów z pracy (4,5 proc.), o czym mogą przecież myśleć, bo pracodawcy informują o coraz większym braku ludzi do pracy, to przy inflacji 2 proc. nominalny przeciętny wzrost wynagrodzeń powinien wynieść w 2017 r. co najmniej 6,5 proc. Można spodziewać się nawet takiego wzrostu wynagrodzeń – w ostatnim kwartale 2017 r., gdy z rynku pracy wycofa się dodatkowo ponad 300 tys. osób korzystając z obniżenia wieku emerytalnego. A tak silny wzrost wynagrodzeń w konsekwencji przełoży się na inflację. Wszystko zatem wskazuje, że w 2017 r. będzie ona bliższa celowi inflacyjnemu, niż założonemu w budżecie na ten rok poziomowi 1,3 proc.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w marcu 2017 r. o 2,0 proc. r/r, ale w stosunku do lutego br. spady o 0,1 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Po silnym, jak na ostatnie ponad dwuletnie doświadczenia, wzroście cen towarów i usług konsumpcyjnych w lutym 2017 r. (o 2,2 proc. r/r), w marcu inflacja była nieco niższa (2,0 proc. r/r).

Na informacje o źródłach inflacji w marcu br. musimy poczekać na pełną publikację GUS. Można jednak zakładać, że w tym miesiącu nieznacznie wyhamował wzrost cen żywności, który był  bardzo silny miesiąc wcześniej (4,3 proc. r/r). Producenci i sprzedający produkty żywnościowe podnieśli w styczniu i lutym 2017 r. ceny żywności (średnio w ciągu 2 miesięcy o 3,9 proc.) do poziomu, który jest już odczuwalny przez konsumentów i prawdopodobnie są ostrożni. Ale przed nami sezon nowalijek (maj-czerwiec) i wtedy zapewne zobaczymy kolejne silniejsze wzrosty cen żywności.

Prawdopodobnie nieznacznie spadła także dynamika wzrostu cen paliwa. W lutym podniosły one ogólny wskaźnik cen o 0,93 pp. Należy zatem uważnie przyglądać się nie tylko zmianom cen żywności, ale także cen paliwa.

Najważniejsza informacja, która płynie ze wzrostu cen w 1. kwartale 2017 r. jest jednak taka, że nominalny wzrost wynagrodzeń na poziomie 4 proc. (po 2. miesiącach br.), realnie wyniósł nieco ponad 2 proc. Gospodarstwa domowe nie mają się zatem z czego cieszyć. Przedsiębiorcy mogą się cieszyć umiarkowanie, a w pełni cieszyć się może budżet państwa, który znacząco zasilony zostanie  wpływami z VAT i akcyzy.

Autor: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Sytuacja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nie jest gorsza niż w poprzednich latach, gdy było wyższe bezrobocie – mówi minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. „Nic dramatycznego się nie dzieje” – dodała.

Tak Rafalska skomentowała w Polskim Radiu doniesienia poniedziałkowej „Rzeczpospolitej”, że w 2018 r. na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł.

Według Rz” ten czarny scenariusz, przygotowany w ZUS, to efekt najnowszej prognozy wpływów i wydatków FUS na najbliższe pięć lat. Zdaniem „Rz” dokument, który trafił w piątek na biurko premier Beaty Szydło, zakłada trzy scenariusze. Optymistyczny przewiduje, że mimo nabycia od 1 października 2017 r. prawa do świadczenia z ZUS przez dodatkowe 350 tys. osób (w związku z obniżeniem wieku emerytalnego) do 47 mld zł zmniejszy się dziura finansowa w ZUS. Scenariusz pośredni zakłada, że deficyt w przyszłym roku wyniesie 54,7 mld zł. „Pesymistyczny scenariusz zakłada, że wszyscy uprawnieni zdecydują się pójść na emeryturę i wzrośnie bezrobocie. Oznaczać to będzie konieczność dofinansowania przez państwo aż 63 mld zł deficytu” – pisze „Rz. Według niej ZUS prognozuje, że dziura w FUS w kolejnych latach będzie rosła. W najgorszym wariancie może sięgnąć nawet 85 mld zł w 2022 r.

Pytana o te doniesienia, minister odpowiedziała, że „te prognozy ZUS przedstawia i one są w tych trzech wariantach”. „Jestem zwolennikiem prezentowania tej sytuacji finansowej opartej o twarde stąpanie po ziemi, a więc nie nadmierny optymizm” – dodała.

Powiedziała zarazem, że „wariant pesymistyczny mówi, iż bezrobocie będzie wynosiło prawie 10 proc., co jest nieprawdopodobne, bo mamy najlepszą sytuację na rynku pracy”. Podkreśliła, że wariant ten „zakłada, że 100 proc. osób (…) skorzysta ze świadczenia emerytalnego, a wiemy, że korzysta z tego 82 proc.”. „Jestem przekonana, że skorzysta z niego jeszcze mniej” – zaznaczyła.

„Mówię o tym, że wzrost gospodarczy będzie tam 1 czy 2 proc., a wiemy, że poprawia się koniunktura, więc musimy mówić o tym realnym wariancie, który pokazuje deficyt, który jest jakby też stałą sytuacją. To, że jest stałą sytuacją, to ja tego nie usprawiedliwiam” – powiedziała minister. „Ważna jest struktura przychodów FUS, a więc to, czy wpływy z tytułu składek (…) są w miarę stałe” – dodała.

„Trzeba powiedzieć, że przy tych prognozach ZUS utrzymuje wydajność, wydolność na poziomie 70 proc. Nie jest to komfortowa sytuacja oczywiście, bo budżet musi co roku dokładać sporą dotację do tego, żeby była zagwarantowana płynność wypłacalności świadczeń emerytalno-rentowych” – oświadczyła.

„Ale zwracam uwagę, że tu się też nic dramatycznego nie dzieje: bardzo dobra sytuacja na rynku pracy, wzrost minimalnego wynagrodzenia, wprowadzenie stawki godzinowej, ozusowanie umów zlecenia, wzrost wynagrodzeń i niskie bezrobocie – to powoduje, że sytuacja FUS i w poprzednim, i w tym roku, nie jest gorsza niż była wtedy, kiedy bezrobocie wynosiło 13 czy 14 proc.” – powiedziała Rafalska.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Przez 13 lat Polska dostała ponad 90 mld euro bezzwrotnej pomocy z Unii Europejskiej. W tym czasie istotnie wzrosły zarobki Polaków, powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy, eksport zwiększył się czterokrotnie… W pełni wykorzystana szansa? Niekoniecznie. Są państwa, które razem z Polską wchodziły do UE i w pewnych dziedzinach nas przegoniły – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W tym tygodniu Unia Europejska świętuje 60-lecie podpisania Traktatów Rzymskich. W maju minie natomiast 13 lat od przystąpienia Polski do UE. Rocznice skłaniają do analizy: które elementy naszej integracji gospodarczej stawiają Polskę na podium, a w jakich kwestiach lepiej wypadły inne kraje z Europy Środkowo-Wschodniej?

Polska gospodarka często bywa przedstawiana jako przykład bardzo udanej integracji ze strukturami unijnymi. Czasami jednak wynika to z faktu, że jesteśmy największym krajem w regionie i poszczególne liczby wyglądają bardziej spektakularnie niż w przypadku innych państw, które ponad dekadę temu dołączyły do Wspólnoty.

Czasami również pozycja w gronie statystycznych liderów jest rezultatem startu z bardzo niskiego poziomu, ułatwiającego tym samym gwałtowną poprawę sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza rynku pracy, który na początku ubiegłej dekady w Polsce charakteryzował się fatalną kondycją.

Środki unijne? Nie jesteśmy liderem

Według ostatnich danych Ministerstwa Finansów od maja 2004 r. do stycznia 2017 r. Polska dostała z unijnego budżetu niemal 135 mld euro. W tym samym okresie nasza składka członkowska wyniosła niemal 44 mld euro. To oznacza, że nad Wisłę napłynęło w ciągu 13 lat ponad 90 mld euro netto bezzwrotnej pomocy, czyli blisko 400 mld zł.

Ta olbrzymia kwota, przekraczająca całość tegorocznego budżetu Polski, pokazuje, że jesteśmy największym beneficjentem środków unijnych w regionie. Jednak w relacji do Dochodu Narodowego Brutto (DNB) nasza pozycja już zauważalnie spada. Według danych Eurostatu w latach 2004-2015 otrzymaliśmy środki równe 25,6 proc. DNB, co stawia nas dopiero na piątym miejscu wśród dziewięciu krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., Polskę wyprzedziły m.in.: Węgry (34,7 proc. DNB), Estonia (31,6 proc. DNB) czy Litwa (42,7 proc. DNB).

W handlu zagranicznym karty rozdaje zagranica

Otwarcie unijnych granic i wprowadzenie czterech podstawowych swobód rynku wewnętrznego (przepływ towarów, osób, usług i kapitału) dały dostęp polskim przedsiębiorcom do wspólnotowego rynku. Pozytywnie wypada także bilans napływu kapitału do Polski, chociaż prócz transferu szeroko pojętej wiedzy czy technologii oraz włączenia nas do globalnego łańcucha dostaw, niektóre negatywne trendy się utrzymały.

Według danych OECD w 2003 r. eksport Polski wynosił jedynie 54 mld dol. Natomiast w 2016 r. było to już 204 mld dol., czyli prawie cztery razy więcej. Nie mniej ważną zmianą okazała się w ostatnich latach stopniowa redukcja deficytu obrotów towarowych. 13 lat temu wynosił on ponad 14 mld dol. (25 proc. eksportu i 6 proc. PKB). Teraz nad Wisłą notujemy nadwyżkę handlową w wysokości 5 mld dol.

W porównaniu do innych krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., skala wzrostu polskiego eksportu i zmian w bilansie wygląda najbardziej spektakularnie. Po części jednak wynika to z dość słabej pozycji startowej. Czechy tuż przed wejściem do wspólnoty miały stosunkowo niewielki deficyt (2,5 mld dol.; 2,5 proc. PKB), a teraz nadwyżka wynosi prawie 20 mld dol., czyli 10 proc. PKB.

Większe otwarcie się na rynek zewnętrzny tylko w niewielkim stopniu zwiększyło udział polskich podmiotów w wymianie towarowej. Według danych GUS przedstawionych w raporcie „Działalność gospodarcza podmiotów z kapitałem zagranicznym w 2015 r.”, wartość eksportu zrealizowanego przez zagraniczne przedsiębiorstwa wynosiła 429 mld zł (bez usług około 360 mld). To prawie połowa wartości wysyłanych za granicę towarów w 2015 r. Dekadę wcześniej, według analogicznego raportu GUS, udział ten wynosił niespełna 60 proc.

2,5 miliona nowych etatów

Trudno znaleźć inne słowo, opisujące sytuację na polskim rynku pracy w 2003 r., niż katastrofa. Według Eurostatu bezrobocie wynosiło wtedy 19,8 proc. i było najwyższe zarówno wśród krajów kandydujących do UE, jak i jej członków. Na Węgrzech ten wskaźnik wynosił tylko 5,8 proc., a w Czechach – 7,8 proc.

Warto także zauważyć, że 13 lat temu indeks zatrudnienia dla populacji w wieku 20-64 lata był w Polsce najniższy wśród 28 krajów przedstawianych przez Eurostat. Wynosił on zaledwie 57,3 proc., podczas gdy na Węgrzech miał wartość 62,8 proc., a w Czechach – 70,4 proc. Ekstremalnie niskie było również zatrudnienie wśród osób w wieku 20-24 lata. Wynosiło ono w drugim kwartale 2004 r. tylko 35 proc. przy średniej w 15 unijnych krajach na poziomie 56,1 proc.

Poprawa sytuacji na rynku pracy od momentu wejścia do UE jest bezdyskusyjna. Dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w styczniu wynosiło w Polsce 5,4 proc. przy średniej unijnej na poziomie 8,1 proc. Co ciekawe jednak i tak jest ono wyższe niż w Czechach (3,4 proc.) i na Węgrzech (4,3 proc. – ostatnie dane za grudzień 2016 r.), choć oczywiście skala zmian w Polsce była najbardziej pozytywna w porównaniu do momentu wstąpienia do UE.

Znacznie mniej optymistycznie w ujęciu procentowym zachowuje się wskaźnik zatrudnienia. W III kw. 2016 r. wynosił on dla przedziału wiekowego 20-64 lata 69,7 proc., co jest 20. rezultatem w Unii. Średnia we Wspólnocie to 71,5 proc., podczas gdy na Węgrzech miała wartość 72,1 proc., a w Czechach – 77 proc.

Na pewno wyzwaniem na kolejne lata będzie poprawa aktywności zawodowej osób starszych. Ponad połowa Polaków w przedziale wiekowym 55-64 lata jest bierna zawodowo (nie ma pracy i jej nie szuka), podczas gdy średnia w Unii to 40 proc. Ogólnie jednak na rynku pracy nastąpiły pozytywne zmiany. Przez 13 lat polska gospodarka wykreowała ponad 2,5 miliona nowych etatów.

Wynagrodzenia – zaskakujący awans

Zestawienie wynagrodzeń w krajach o różnych walutach, systemach podatkowych czy poziomach inflacji może generować sporo problemów i zaburzać ogólny przekaz badania. M.in. dlatego Eurostat stosuje standard siły nabywczej (PPS euro), co pozwala porównać, jakie są możliwości zakupowe konsumenta danego państwa, biorąc pod uwagę statystyczny koszyk dóbr i usług.

W 2003 r. 12-miesięczne wynagrodzenie netto singla zarabiającego 80 proc. krajowej średniej (zwykle jest to także mediana) wynosiło 6,4 tys. euro PPS w Polsce, 6,1 tys. euro PPS na Węgrzech i nieco ponad 7 tys. euro PPS w Czechach. Dla szerszego porównania osoby z powyższej kategorii zarabiały w Niemczech 16,8 tys. euro PPS, a we Francji – 15,3 tys. euro PPS. Różnica w finansowym standardzie życia pomiędzy wiodącymi członkami UE a krajami spodziewającymi się akcesji była więc olbrzymia.

Według ostatnich dostępnych danych Eurostatu (za rok 2015) siła nabywcza singla otrzymującego netto 80 proc. przeciętnej pensji wynosi w Czechach 11,6 tys. euro PPS, na Węgrzech 9,4 tys. euro PPS, a w Polsce – 12,2 tys. euro. W największych krajach starej Unii, czyli w Niemczech i we Francji, te wartości wynoszą odpowiednio 20,7 tys. euro oraz 23,8 tys. euro.

Dane pokazują, że prawdziwym sukcesem Polski po przystąpieniu do UE jest wzrost wynagrodzeń. Nie dość, że w ujęciu PPS zwiększyły się one o 90 proc., to jeszcze udało się nam przegonić Czechy. Dodatkowo stosunek siły nabywczej Polaka do Niemca wzrósł z 38 proc. do 51 proc., co należy uznać za bardzo dobry wynik – wszak gospodarka naszego zachodniego sąsiada należy do światowej czołówki.

Ogólny sukces

Ostatnie 13 lat było gospodarczym sukcesem dla Polski. Nie jesteśmy co prawda liderem w wykorzystaniu środków unijnych w relacji do DNB i nasz eksport pozostał w znacznym stopniu zdominowany przez kapitał zagraniczny, ale fundamentalna poprawa sytuacja na rynku pracy i względnie silny wzrost wynagrodzeń sprawiają, że Polacy powinni być usatysfakcjonowani gospodarczymi wynikami unijnej integracji.
Źródło: Cinkciarz.pl

 

Zatrudnienie w przedsiębiorstwach było w lutym 2017 r. wyższe o 4,6 proc. r/r, a wynagrodzenia o 4,0 proc. – padał GUS

W lutym 2017 r. w sektorze przedsiębiorstw  pracowało o 265 tys. osób więcej niż w lutym 2016 r., a o 16,5 tys. osób więcej niż przed miesiącem. Przyczyny tak silnych pozytywnych zmian na rynku pracy tkwią z jednej strony w rosnącym popycie firm na pracę, a z drugiej – ze zmian dotyczących m.in. wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej dla osób współpracujących z przedsiębiorstwami w oparciu o umowy cywilno-prawne. Niewykluczone, że obowiązki administracyjne związane chociażby z dokumentowaniem godzin pracy powodują, że w części przypadków opłacalne dla obu stron – przedsiębiorcy i osoby świadczącej usługi na jego rzecz – staje się zatrudnienie na umowę o pracę i rezygnacja z umów cywilno-prawnych.

Wzrost wynagrodzeń był w lutym br. nieco słabszy niż w styczniu br. Możliwe, że to efekt braku wypłat 14. pensji w części przedsiębiorstw górniczych. Jednak wzrost wynagrodzeń o 4 proc. potwierdza popyt na pracę.

Z punktu widzenia gospodarstw domowych do bardzo dobra informacja – coraz więcej  bardziej stabilnych miejsc pracy i coraz wyższe wynagrodzenia. Co prawda dane dotyczące inflacji w styczniu i lutym br. wskazują, że nominalny wzrost wynagrodzeń zaczyna być „zjadany” przez wzrost cen, co osłabia pozytywne zmiany na rynku pracy. Jednak łącznie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń daje silny pozytywny efekt tak dla „Kowalskich”, jak i dla polskiej gospodarki. W styczniu i lutym 2017 r. fundusz płac był łącznie o ponad 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej. Tyle więcej miały w swojej dyspozycji gospodarstwa domowe. A to oznacza, że przynajmniej w części wykorzystały te pieniądze na konsumpcję. Zapewne wzrosły także ich oszczędności. Jedno i drugie to pozytywny sygnał dla gospodarki. A także dla budżetu państwa.

Oby pozytywny trend na rynku pracy nie przerodził się w presję płacową, bo wtedy problem będą mieli nie tylko przedsiębiorcy, ale także chociażby Rada Polityki Pieniężnej, i w efekcie my wszyscy  jako konsumenci czy kredytobiorcy.

Na razie rynek pracy potwierdza, że polska gospodarka ma potencjał rozwojowy.

Autor: dr Małgorzat Starczewska -Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

W ostatnich miesiącach w Polsce znacznie wzrosły ceny żywności, paliw i ubezpieczeń samochodowych. Jednak ogólny poziom inflacji w naszym kraju przez kilkanaście lat nie odbiegał wyraźnie od średniej unijnej, a niektóre produkty i usługi staniały o połowę.

Według danych Eurostatu za styczeń br. sprzedawana w Polsce żywność zdrożała o 3.6 proc. w ujęciu rocznym. Silnie wzrosły ceny m.in.: świeżych ryb (o 9.6 proc. r/r), masła (o 19 proc. r/r), owoców (o 8.7 proc. r/r), cukru (o 26.8 proc. r/r). Dużo więcej kosztuje także korzystanie z samochodu. W porównaniu do stycznia 2016 r. aż o 18.9 proc. więcej płacimy za litr diesla i 15.1 proc. więcej za benzynę bezołowiową. Większe podwyżki cen paliw w Unii odnotowano tylko w Estonii.

Pozostając przy temacie transportu, Europejski Urząd Statystyczny publikuje dane o zmianach cen ubezpieczenia komunikacyjnego dla konsumentów. W Polsce nastąpił spektakularny wzrost – 21.2 proc. r/r. To o ponad dwa razy więcej niż w drugiej na liście największych podwyżek Litwie. Co ciekawe, w innych krajach wspólnoty wzrosty cen polis komunikacyjnych były stosunkowo niewielkie, a w Bułgarii czy Portugalii doszło nawet do spadków – odpowiednio o 6.3 i 9.9 proc.

13 burzliwych lat, a my w normie

Ostatnie zmiany cen są szczególnie niekorzystne dla osób mających dochody poniżej średniej. Zwykle to ta grupa obywateli przeznacza znaczną część swoich zarobków na żywność czy transport. Obowiązkowego OC nie da się zastąpić żadnym innym produktem czy usługą, co wywołuje szczególnie negatywne skutki dla domowego budżetu.

Z drugiej jednak strony warto zwrócić uwagę, że ostatnie wzrosty cen paliw wynikają z faktu, że akurat rok temu mieliśmy ich wyraźny spadek. Natomiast bieżąca sytuacja na rynku ropy naftowej nie wskazuje, by w kolejnych kwartałach powtórzyły się blisko 100-procentowe podwyżki.

Pocieszający jest także fakt, że ceny niektórych produktów żywnościowych nie w pełni wynikają z globalnej sytuacji. To częściowo efekt lokalnych zaburzeń produkcji związanych z pogodą. W Chinach styczniowe ceny żywności wzrosły o 2.7 proc. r/r przy średniej z 5 lat na poziomie 3.8 proc. r/r, w Stanach Zjednoczonych spadły w ujęciu rocznym o 1.9 proc.

Patrząc na kwestię inflacji w dłuższym terminie, także nie powinniśmy być zbyt mocno zaniepokojeni. Od wejścia Polski do Unii w 2004 r. gospodarka światowa przeżyła poważny kryzys. Byliśmy również świadkami hossy i bessy na rynku surowców, wahania złotego były olbrzymie, a strefie euro groził nawet rozpad. Przez te burzliwe 13 lat średnioroczna inflacja w Polsce wynosiła jednak akceptowalne 2.1 proc., w Unii 1.8 proc,. a w strefie euro i Niemczech 1.6 proc.

Z naszego regionu negatywnie wyróżniają się głównie Węgry, gdzie w porównaniu z 2004 r. koszyk wydatków konsumentów jest droższy o 56 proc., co oznacza średnioroczny poziom inflacji w okolicach 3.5 proc. W rezultacie można powiedzieć, że polskie zmiany cen w długim terminie nie odbiegają od stabilnych unijnych wartości, co należy odebrać pozytywnie.

Odzież i latanie o połowę taniej

Zestawienie samych zmian cen niewiele nam mówi o faktycznej sile nabywczej konsumentów. Do pełniejszej analizy brakuje danych o wynagrodzeniach. Te jednak w Polsce przez 13 lat wzrosły z 2325 zł do 4277 zł, czyli średniorocznie o 4.8 proc. i o 2.7 pkt proc. szybciej niż ceny. Z kolei na Węgrzech przeciętna podwyżka pensji każdego roku wyniosła 5.4 proc., ale biorąc pod uwagę znaczny wzrost kosztów utrzymania (3.5 proc.), realnie było to jedynie 1.9 proc.

Często w analizach skupiamy się na kategoriach, gdzie wzrost cen wybija się ponad przeciętną. Obecnie żywność i napoje w Polsce są o 43 proc. droższe niż w 2004 r., co daje nam średnioroczny wzrost o 2.8 proc. Istnieją jednak produkty, które wyraźnie staniały przez ostatnie lata.

Do nich zalicza się przede wszystkim odzież i obuwie. Według danych Eurostat i GUS przez 156 miesięcznych odczytów inflacji tylko trzy razy powyższa kategoria osiągnęła wzrost w ujęciu rocznym. Od 2004 r. nominalny spadek cen odzieży i obuwia wyniósł 50 proc. (średniorocznie 5.2 proc.).

Nie należy zapominać, że przez 13 lat nastąpił nominalny wzrost wynagrodzeń o 84 proc. W wymiarze realnym, czyli po uwzględnieniu niższych cen i wyższych dochodów, zakup odzieży i obuwia jest o 73 proc. tańszy niż w 2004 r. Patrząc na tę kwestię z drugiej strony, przed wejściem do UE nabywanie produktów z tej kategorii stanowiło prawie czterokrotnie większe obciążenia domowego budżetu niż obecnie. Bardzo podobne spadki cen i realnych kosztów dotyczą również pasażerskiego transportu lotniczego (odpowiednio o 48.5 proc. i o 72 proc.).

Reasumując, ostatni skok cen żywności, paliw czy ubezpieczeń jest dotkliwy i stanowi poważne obciążenie dla budżetów Polaków. Istnieje jednak względnie niewielkie ryzyko, by przełożyły się on na uporczywy i pochłaniający całość przeciętnych podwyżek wynagrodzeń wzrost inflacji.

Autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

W ubiegłym roku najniższe emerytury w Polsce pobierali mieszkańcy woj. podkarpackiego, a najwyższe woj. śląskiego.

Zdaniem demografa prof. Piotra Szukalskiego, różnice między regionami w wysokości emerytur mogą się pogłębiać z powodu wzrostu wynagrodzeń w największych polskich miastach

Różnice dot. wieku przechodzenia na emeryturę, wysokości wynagrodzeń czy stopy bezrobocia powodują zróżnicowanie wysokości przeciętnego świadczenia emerytalnego wypłacanego przez ZUS w poszczególnych regionach Polski. Średnią krajową przekraczają tylko dwa regiony: Górny Śląsk i woj. mazowieckie.

Jak powiedział prof. Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego, choć obecnie różnice w wysokości świadczeń emerytalnych, z wyjątkiem województwa śląskiego, nie są bardzo znaczące pomiędzy poszczególnymi regionami, to odzwierciedlają specyfikę gospodarczą danego województwa.

„Ponieważ wysokość świadczenia zależy od przebiegu kariery zawodowej, a więc zarówno od tego jak długo ludzie pracowali, ale przede wszystkim od tego, jaka była wysokość ich wynagrodzeń, od których opłacane są składki na ubezpieczenia społeczne, stąd i struktura gospodarki, to czy mamy do czynienia z dużą liczbą wysokopłatnych stanowisk pracy, czy nie, rzutuje na to, jak wyglądają późniejsze świadczenia emerytalne” – podkreślił demograf.

Przeciętna emerytura w ostatnich 15 latach wzrosła w Polsce z 1000 zł w 2000 r. do ponad 2170 zł w 2015 r. Jednak jej wysokość jest różna w poszczególnych województwach. Z danych GUS wynika, że w 2015 roku najniższe przeciętne emerytury pobierali mieszkańcy woj: podkarpackiego (84,9 proc. średniej krajowej), podlaskiego (87 proc.) i świętokrzyskiego (87,5 proc.). Najwyższe przeciętne świadczenia emerytalne otrzymywali zaś mieszkańcy Śląska – 117 proc. średniej krajowej i woj. mazowieckiego – 100,4 proc. I tylko te dwa regiony przekroczyły średnią krajową.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w grudniu 2016 r. o 0,8 proc. r/r, a w stosunku do listopada o 0,7 proc. – podał GUS.

Dwa lata, a właściwie więcej, bo 28 miesięcy deflacji za nami. W 2015 r. ceny spadły w skali roku o 0,9 proc. r/r, w 2016 r. – o 0,6 proc. (w 2014 r. ceny nie zmieniły się r/r). Na tym tle zmiany cen dóbr i usług konsumpcyjnych w grudniu są spektakularne, bowiem wzrosły one o 0,8 proc. r/r.

Patrząc na strukturę zmian cen w grudniu można postawić tezę, że wszyscy postanowili być beneficjentami programu Rodzina 500+. To, że są nimi wszystkie rodziny z co najmniej dwójką dzieci oraz rodziny o niskich dochodach z jednym dzieckiem, to oczywiste. Teraz wyraźnie widać, że do grupy beneficjentów postanowili dołączyć przedsiębiorcy oraz rząd. Przedsiębiorcy to przede wszystkim producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych i napojów bezalkoholowych. Ceny żywności wzrosły bowiem w ostatnim miesiącu 2016 r. o 2,7 proc. r/r. Tak silnego wzrostu tej grupy produktów nie obserwowaliśmy od stycznia 2013 r. Ceny żywności rosły już co prawda od października 2015 r., ale w żadnym momencie tych 15 miesięcy wzrost cen nie przekroczył 1,4 proc. Najwidoczniej w grudniu uznano, biorąc pod uwagę także okres świąteczny i zwyczajowo wyższe wydatki Polaków na konsumpcję, że jest to dobry moment do odważniejszego podnoszenia cen.

Dlaczego ceny żywności? Są to dobra podstawowe, które charakteryzują się niską cenową elastycznością popytu, czyli wzrost ich cen wpływa w niewielkim stopniu na spadek popytu na te dobra.

W grudniu 2016 r. zobaczyliśmy zatem w praktyce, co może się wydarzyć, gdy wejdzie w życie podatek od sprzedaży detalicznej, którego wprowadzenie zatrzymała (do wyjaśnienia, czy jest on zgodny z prawem UE), Komisja Europejska. Handel przynajmniej część tego dodatkowego obciążenia podatkowego przerzuci na konsumentów, i to konsumentów dóbr podstawowych. A należy pamiętać, że w koszyku dóbr kupowanych przez gospodarstwa domowe o niskich dochodach udział żywności jest znacznie większy niż w koszyku dóbr kupowanych przez rodziny o wyższych dochodach. I to te słabsze dochodowo gospodarstwa domowe będą płacić, przynajmniej w części, podatek od sprzedaży detalicznej.

Drugim „dodatkowym” beneficjentem programu Rodzina 500+ jest budżet państwa, czyli rząd. Wyższe ceny to bowiem także wyższe wpływy z podatku VAT. GUS podał, że w 2016 r. cukier podrożał o prawie 27 proc. Oznacza to, że tylko z VAT od sprzedaży cukru do budżetu państwa wypłynęło dodatkowo ok. 85 mln zł. Do tego wyższe wpływ z VAT zapewniła m.in. konsumpcja owoców i warzyw, mięsa wieprzowego, wołowego i cielęcego, pieczywa, makaronów, herbaty, kawy, soków owocowych. Sądząc po poziomie wzrostu cen żywności w grudniu 2016 r., wpływy z VAT do budżetu państwa w ostatnim miesiącu ubr. powinny być wysokie.

Należy zakładać, że tendencja ta, tj. wzrostu cen żywności, utrzyma się w 2017 r.

W grudniu bardzo silnie wzrosły również ceny paliw. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z połączonym efektem – wzrostu cen ropy naftowej na rynkach światowych oraz większym popytem wynikającym z wyższych dochodów ludności (większe zatrudnienie, wyższe wynagrodzenia, ale także dochody z programu 500+, które wielu rodzinom umożliwiły kupno samochodów, głównie używanych). Producenci paliwa oraz jego dystrybutorzy skorzystali z rosnących cen ropy na rynku globalnym i postanowili zapewne podnieść ceny paliwa nieco bardziej niż to wynikało ze zmiany cen ropy na świecie. Tu także przedsiębiorcy – producenci i dystrybutorzy paliwa, a także budżet państwa stali się pośrednio beneficjentami programu Rodzina 500+.

Nie ma wątpliwości, że proces wzrostu cen rozpoczął się. Do jakiego poziomu wzrosną one w 2017 r. trudno w tej chwili prognozować. Rząd założył w budżecie wzrost CPI o 1,3 proc. Jeszcze niedawno wszystko wskazywało, że poziom ten trudno będzie osiągnąć i wzrost cen nie przekroczy 1,0-1,1 proc. w skali roku. Siła wzrostu cen żywności w końcu 2016 r. wskazuje, że przedsiębiorcy mogą być zdeterminowani, aby podnosić ceny także innych dóbr. Szczególnie, że badania pokazują, że w 2017 r. planują wyższe wzrosty wynagrodzeń dla pracowników niż było to w 2016 r. (nominalnie o 4 proc. a realnie o ponad 4,5 proc.). A to oznacza wyższe koszty działalności.

Drugi czynnik, który może wpływać na inflację w 2017 r. to ceny paliwa. Nie należy spodziewać się istotnego wzrostu cen ropy na rynku światowym, ale baza z 2016 r. jest bardzo niska, i to efekt niskiej bazy może nakręcać inflację.

Możemy zatem mieć w 2017 r. inflację tak na poziomie 1,0-1,1 proc., jak i na poziomie powyżej założonych w budżecie państwa 1,3 proc.

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

W 2016 r. do pewnego stopnia poprawa sytuacji na rynku pracy może zostać wstrzymana przez  wysoki poziom niepewności co do skutków planowanych regulacji. Możemy się też spodziewać rosnącej presji na podwyższanie wynagrodzeń, która przełoży się na przyspieszenie ich wzrostu.

Większość zapowiadanych przez rząd zmian, jak: wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej w umowach cywilnych na poziomie 12 zł/h, wzrost płacy minimalnej do 50% przeciętnego wynagrodzenia, pełne oskładkowanie wszystkich umów i samozatrudnienia, likwidacja umów cywilnych itp. może być niekorzystna dla rynku pracy, ponieważ spowoduje wzrost kosztów pracy. Oznaczać to będzie ograniczenie liczby miejsc pracy niskopłatnej. Przykładowo w branży ochroniarskiej, wprowadzone od 1 stycznia 2016 r. zwiększenie oskładkowania umów zleceń, spowodowało, że firmy inwestują np. w systemy monitoringu ograniczając liczbę zatrudnionych. Niemniej, o ile zostanie zachowane tempo wzrostu gospodarczego nie powinno to doprowadzić do całkowitego odwrócenia pozytywnego trendu w ujęciu makroekonomicznym.

W całym roku 2016 możemy spodziewać się rosnącej presji na wzrost wynagrodzeń. Wraz z rosnącym zatrudnieniem następuje ciągły wzrost zapotrzebowania na pracę, a rezerwy podaży pracy się kurczą. Pracodawcy będą się obawiać utraty dobrych wykwalifikowanych pracowników, więc część z nich zaproponuje im podwyżki. Na lepsze oferty mogą przede wszystkim liczyć osoby nowo zatrudniane , czyli będzie się opłacało zmieniać pracę. Wzrost płac będzie postępował na poziomie wyraźnie przekraczającym realnie 4% r/r. Przyspieszony wzrost płac będzie jednak spowodowany nie tylko z powodów rynkowych. Na ten trend będą miały wpływ czynniki regulacyjne, jak: przyspieszony wzrost płacy minimalnej (do poziomu 1850 zł brutto) i oskładkowanie zbiegów umów zleceń. Te zmiany weszły w życie od 1 stycznia 2016 r.

 

Grzegorz BaczewskiKomentarz dr Grzegorza Baczewskiego, dyrektora departamentu dialogu społecznego i stosunków pracy Konfederacji Lewiatan

 

Eksperci

Letnia „hossa”

Za oknem piękna pogoda, sezon wakacyjny w pełni, a na giełdzie długo wyczekiwany wzrost. Z czysto se...

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

AKTUALNOŚCI

Gospodarka rozpędzona na piątkę

W drugim kwartale br. PKB wzrósł o 5,1 proc. w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W p...

Obrót energią możliwy tylko przez giełdę – rząd ustabilizuje ceny?

Ministerstwo Energii chce, żeby już we wrześniu zostały uchwalone zmiany, które podniosą obligo gieł...

Rosyjskie embargo nie działa – mamy alternatywne rynki zbytu. Eksport żywności rośnie

Bilans handlowy Polski po wprowadzeniu rosyjskiego embarga systematycznie się poprawia. Struktura ek...

Polskie startupy z szansą na udział w pierwszym programie grantowym dla państw Grupy Wyszehradzki

Do 24 sierpnia polskie startupy mają szansę aplikować do programu V4 Startup Force - pierwszego proj...

Niską inflację czas pożegnać

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen ...