piątek, Styczeń 19, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "Unia Europejska"

Unia Europejska

Komisja Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywności PE (ENVI) podda jutro pod głosowanie propozycje Komisji Europejskiej w sprawie ustalenia jednolitego dopuszczalnego poziomu bisfenolu (BPA) w materiałach przeznaczonych do kontaktu z żywnością na poziomie 0,05mg/kg.

Projekt rezolucji komisji ENVI sprzeciwia się propozycji Komisji Europejskiej i wzywa do wprowadzenia całkowitego zakazu BPA w produktach używanych kontakcie z żywnością (projekt w załączniku).

Już wcześniej, w 2016 roku, Parlament Europejski wzywał Komisję do wprowadzenia całkowitego zakazu używania BPA w takich materiałach w raporcie z własnej inicjatywy.

Na szczycie UE przywódcy państw dyskutowali o przyszłości unii gospodarczej i walutowej (UGW) oraz o unii bankowej.

W opublikowanej agendzie spotkania przywódcy wyraźnie podkreślili, że najważniejsze jest dopięcie tzw. unii bankowej, a dokładnie jej drugiego i trzeciego filaru. Pierwszy, który już obowiązuje polegał na wzmocnieniu roli Europejskiego Banku Centralnego nadzorującego największe unijne instytucje finansowe. Brak znaczących postępów w tej dziedzinie sprawi bowiem, że bardzo trudno będzie oczekiwać postępów w odniesieniu do ambitniejszych propozycji. W związku z tym przywódcy dyskutowali o konieczności uruchomienia wspólnego mechanizmu ochronnego dla jednolitego funduszu restrukturyzacji, który ma pomagać bankom znajdującym się w tarapatach (prawdopodobnie w formie specjalnej linii kredytowej z Europejskiego Mechanizmu Stabilności – EMS) oraz  stopniowego wprowadzania europejskich jednolitych reguł ochrony depozytów do wysokości 100 000 euro.

Rozmawiano także o przekształceniu funkcjonującego na mocy umowy międzynarodowej od 2012 r. EMS (podpisały go wszystkie państwa strefy euro) w tzw. Europejski Fundusz Walutowy (EFW), co ma ułatwić radzenie sobie z szokami asymetrycznymi występującymi w czasie kryzysu w obrębie strefy euro (ma to być zsynchronizowane z pracami nad wspólnym mechanizmem ochronnym).

Zdaniem Adama Dorywalskiego z biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli w kontekście propozycji Komisji Europejskiej z 6 grudnia w tej sprawie „nie będziemy mieli raczej do czynienia z żadną rewolucją w funkcjonowaniu tego mechanizmu, lecz po prostu z włączeniem dotychczasowego EMS do prawa UE w postaci EFW.”

Dyskusja dotyczyła także kwestii, co do których państwa członkowskie mają rozbieżność poglądów takich jak usprawnienie reguł fiskalnych, ustanowienia mechanizmu zdolności fiskalnej dla strefy euro (również do celów stabilizacji) oraz utworzenie stanowiska europejskiego ministra gospodarki i finansów. Przywódcy upoważnili Eurogrupę i Radę ECOFIN do kontynuowania prac nad powyższymi kwestiami. Rada Europejska powróci do owych kwestii w czerwcu 2018 r. z myślą o podjęciu już konkretnych decyzji.

źródło: Konfederacja Lewiatan

W ubiegłym roku zaledwie 6% polskich firm analizowało duże zbiory informacji – wynika z danych Eurostatu. Daje nam to przedostatnie miejsce w unijnym rankingu, przed Cyprem. Liderami pod względem digitalizacji i korzystania z Big Data jest Malta i Holandia. W tych krajach niemal już co piąta firma analizuje cyfrowe informacje.

Dane Eurostatu nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku, zaledwie co trzecia firma działająca w UE, zatrudniająca co najmniej 10 osób, posiadała stronę internetową. Choć znacznie lepiej wyglądają  wskaźniki wykorzystana mediów społecznościowych w działaniach biznesowych – przyznaje się do tego już połowa firm – to ten wyjątek tylko potwierdza regułę: cyfryzacja to pięta achillesowa wielu przedsiębiorstw. Nie tylko polskich. Najlepiej ilustrują to dane na temat wykorzystania Big Data.

Daleko za liderami

Jak wynika z opublikowanego przez firmę Domo raportu „Data Never Sleeps 5.0”, w ciągu minuty internauci publikują ponad 46 tys. zdjęć na Instagramie, korzystają z wyszukiwarki Google ponad 3,5 mln razy i umieszczają ponad 74 tys. postów w mikroblogowym serwisie TumbIr. To kopalnia wartościowych informacji. Jednak póki co wykorzystywana rzadko. Jak wynika z unijnych danych, w UE tylko 10% firm analizuje duże zbiory informacji – o klientach, rynku czy konkurencji.

– To oczywiście średnia, są kraje, gdzie z danych korzysta się znacznie częściej, niemniej te liczby pokazują, że Big Data znajduje się na podobnym etapie rozwoju jak kilka lat temu chmura obliczeniowa. Biznes do cloud computingu podchodził na początku bardzo ostrożnie, dopiero gdy zobaczył efekty wdrożenia chmury, znacznie szybciej zaczął adaptować tę technologię. Podobnie będzie z Big Data. zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, notowanej na NewConnect spółki, która zarządza jedną z największych na świecie hurtowni danych.

Ten wzrost już widać, co dobrze ilustrują dane spółki, która jeszcze w II kwartale ubiegłego roku z usług opartych o Big Data wygenerowała 12 mln zł, a rok później już 16,7 mln zł. Póki co, w unijnym rankingu Polska wypada jednak bardzo słabo. Tylko 6% polskich firm korzysta z analityki Big Data, co daje nam w ogólnej klasyfikacji 24, przedostatnie miejsce przed Cyprem. Lepiej wypada od nas m.in. Rumunia, Czechy, Słowacja czy Bułgaria. Podium zajmują Malta, Holandia i Belgia, kolejne pozycje zajęły takie państwa jak Finlandia, Wielka Brytania czy Estonia.

Marketing korzysta z danych

Dystans jaki dzieli nas od dobrze zinformatyzowanych, ucyfrowionych państw, dobrze pokazuje nasycenie rozwiązaniami Big Data w dużych firmach. W Polsce z analityki danych korzysta 5% małych, 8% średnich i 18% dużych, zatrudniających powyżej 250 osób przedsiębiorstw. Dla porównania, na Malcie takich firm jest 42%, w Danii i Finlandii 40% a u naszych południowych sąsiadów – Słowaków i Czechów – odpowiednio 24% i 22%.

Najczęściej firmy analizują dane geolokalizacyjne z urządzeń przenośnych, do czego przyznaje się aż 46% przedsiębiorstw, a także dane generowane w mediach społecznościowych (45% wskazań). Co trzecia firma analizuje dane własne pozyskane ze smart urządzeń i sensorów. Dla porównania, w Polsce dane z urządzeń smart pozyskuje 10% firm, tyle samo wykorzystuje informacje geolokalizacyjne. Co ciekawe, dane pozyskane z mediów społecznościowych analizuje zaledwie 5% firm.

Najczęściej po dane sięga branża marketingowa, a w szczególności e-commerce, bo mają one największą świadomość korzyści. Dzięki analizie informacji z różnych źródeł można bardzo dobrze poznać zainteresowania i potrzeby klienta i tym samym znacząco zwiększyć skuteczność kampanii reklamowych i sprzedaż produktu. Widzimy także rosnące zainteresowanie analizą danych ze strony instytucji finansowych oraz firm działających w segmencie B2C, które wzbogacają nimi swoje systemy CRM – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Zewnętrzne

Firma analityczna IDC szacuje, że rynek Big Data rośnie dziś w tempie 11,7, proc. rdr i w 2020 r. osiągnie wartość 203 miliardów dolarów. Jaka część tego tortu przypadnie Polsce? Jak wynika z unijnych danych, proces digitalizacji polskich przedsiębiorstw postępuje dużo wolniej niż ma to miejsce w większości innych państw UE. To o tyle ciekawe, że autorzy rankingu Digital Economy and Society Index 2017 (w którym że Polska zajmuje odległe 23 miejsce), zwracają uwagę na to, że poczyniliśmy postępy m.in. w obszarze cyfryzacji społeczeństwa, wdrażania szybkich połączeń internetowych czy korzystania z mobilnych usług szerokopasmowych. Jednak wprowadzanie technologii cyfrowych przez przedsiębiorstwa idzie nam wyjątkowo opornie.

– Podczas gdy unijny wskaźnik w tym obszarze rośnie nieprzerwanie od 2014 r., to w Polsce od ubiegłego roku utrzymuje się na niemal na tym samym poziomie. Oznacza to, że dystans dzielący nas od liderów systematycznie się powiększa. W tej sytuacji warto zastanowić się nad skorzystaniem z usług Data as a Service, w tym modelu nie trzeba inwestować we własne rozwiązania – zwraca uwagę Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Jak wynika z danych Eurostatu, z zewnętrznych źródeł danych korzysta jedna czwarta firm. W Polsce, to zaledwie 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych to nie ewolucja, ale rewolucja w europejskich przepisach związanych z przetwarzaniem danych. Zmiany te będą dotyczyły wszystkich firm, które gromadzą informacje na temat osób fizycznych. A za zaniedbania w tym zakresie przewidziane zostały dotkliwe kary.

25 maja 2018 r. w krajach członkowskich Unii Europejskiej zacznie obowiązywać „Rozporządzenie o ochronie danych osobowych” (RODO). Firmy, które do tego czasu nie przygotują swoich systemów i nie przeszkolą pracowników, mogą mieć poważne problemy. Za niedostosowanie się do wymaganych procedur lub uchybienia w ochronie danych nowe prawo przewiduje kary w wysokości do 2% światowego obrotu danej organizacji, a w sytuacjach szczególnie poważnych naruszeń prawa, nawet do 4%.

– W wielu przypadkach, szczególnie jeżeli mówimy o dużych organizacjach przetwarzających ogromne ilości danych osobowych, już dziś może być już za późno, by na czas zdążyć ze wszystkimi zmianami. Najlepszym rozwiązaniem jest lektura rozporządzenia połączona z merytorycznym szkoleniem lub warsztatem – mówi Krzysztof Stucke, autor szkoleń z zakresu ochrony danych osobowych w firmie szkoleniowej Effect Group.

Zmiany, które rozpoczną obowiązywać pod koniec maja dotyczą każdego administratora danych osobowych, a pod tym pojęciem kryją się wszystkie podmioty gromadzące i przetwarzające informacje o osobach fizycznych, a więc także firmy. Nowe przepisy przygotowane zostały głównie z myślą o dużych przedsiębiorstwach, których główna działalność wiąże się z operacjami przetwarzania danych na dużą skalę. Nie oznacza to jednak, że najmniejsze firmy nie mają czym się przejmować.

– Co do zasady, każda firma, bez względu na formę prawną prowadzenia działalności, jest zobowiązana do wdrożenia procedur i podlega pod przepisy RODO. Przepisy europejskiego rozporządzenia nie dzielą podmiotów na małe i duże, a więc dotyczą zarówno wielkich korporacji, jak i firm jednoosobowych – podkreśla Krzysztof Stucke.

Rejestr czynności przetwarzania danych osobowych

Zgodnie z obowiązującymi obecnie przepisami, każda baza danych osobowych powinna zostać zgłoszona do Generalnego Inspektora Danych Osobowych (GIODO). W momencie wejścia w życie nowych przepisów, obowiązek ten zniknie. Bazy nie będzie już trzeba zgłaszać, jednak w większości sytuacji administrator danych będzie musiał prowadzić wewnętrzny rejestr czynności przetwarzania danych osobowych.

– Rejestr ma pokazywać w szczególności, w jakich procesach w organizacji są przetwarzane dane osobowe, w jakim celu, kogo dotyczą oraz jakie zabezpieczenia zastosował administrator. Ponadto dokument ten będzie musiał zostać udostępniony na każde wezwanie GIODO – mówi trener Effect Group.

Rejestr będą zobowiązane prowadzić m.in. przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 250 pracowników. Większość mniejszych firm nie będzie miała takiego obowiązku, chyba że przetwarzają dane w sposób ciągły (np. agencje marketingowe świadczące usługi mailingów reklamowych czy firmy medyczne). Rejestr obligatoryjnie prowadzić muszą także te organizacje, które przetwarzają dane wrażliwe (np. wyroki skazujące).

Inspektor ochrony danych osobowych

Rozporządzenie ustanawia obowiązek powołania inspektora ochrony danych osobowych, przy czym dotyczy to sytuacji analogicznych do przedstawionych powyżej – głównie firm zatrudniających powyżej 250 pracowników lub mniejszych organizacji, jeśli zajmują się one monitorowaniem osób fizycznych na dużą skalę (bądź przetwarzają dane wrażliwe).

Inspektor ochrony danych powinien czuwać nad przestrzeganiem przepisów rozporządzenia przez administratora danych i jego pracowników, kontaktować się z organem nadzoru w celu zgłaszania naruszeń wynikających z nieprzestrzegania rozporządzenia, czy też wydawać zalecenia dotyczące ochrony danych osobowych.

– Administrator włącza inspektora we wszystkie bieżące sprawy dotyczące ochrony danych osobowych na każdym etapie procesu gromadzenia i przetwarzania danych oraz w sprawy związane z ryzykiem naruszenia praw lub wolności. Nowością przewidzianą w rozporządzeniu jest możliwość wyznaczenia jednego inspektora danych przez grupę przedsiębiorców. A także to, że inspektor będzie punktem kontaktowym dla osób, których dane przetwarza administrator  – wyjaśnia Krzysztof Stucke.

Obowiązek zgłaszania naruszeń

Zgodnie z RODO, jeśli w danej organizacji wystąpi jakikolwiek incydent w zakresie naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych, administrator musi taki przypadek zgłosić do instytucji nadzorującej w przeciągu 72 godzin od stwierdzenia naruszenia. Oznacza to, że np. firma będzie musiała „donieść” sama na siebie, jeśli bezpieczeństwo danych osobowych zostało zagrożone.

Uaktualnione klauzule i regulaminy

Przed wejściem w życie nowych przepisów, firmy powinny dostosować do nich treści umów, regulaminów czy choćby formularzy zawierających opcję wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych.

Osoby, których dane będą zbierane, muszą otrzymać m.in. dane kontaktowe do administratora danych, a także wyjaśnienie, z czego wynika prośba o podanie danych oraz celu w jakim dane są zbierane. Przedsiębiorstwo, prosząc o podanie danych, będzie musiało poinformować także o zakresie i czasie przetwarzania takich informacji. A to oznacza, że umowy, regulaminy czy też klauzule dotyczące ochrony danych osobowych będą jeszcze obszerniejsze niż dotychczas.

Informacja, przenoszenie i usuwanie danych

Osoba, której dane są przetwarzane, uzyska prawo do otrzymania informacji na temat danych, jakie posiada na jej temat dowolna organizacja. Informację taką należy przekazać na prośbę zainteresowanego w ciągu miesiąca od jej złożenia i musi być ona podana w sposób zrozumiały i w dostępnej formie. Uzyskanie takich danych będzie bezpłatne.

Mechanizm ten powiązany został z prawem do przenoszenia danych. Można więc będzie poprosić o przeniesienie danych osobowych od jednego do drugiego usługodawcy (np. przy zmianie operatora telefonicznego). Będzie to oznaczało, że firma przekazująca utraci prawo do dalszego korzystania z danych, które zostały przeniesione.

Jeszcze innym aspektem tego prawa będzie „prawo do zapomnienia”. Osoba, której dane są przetwarzane, może wnioskować do administratora danych o usunięcie wszelkich informacji na jej temat, z wyłączeniem tych, których przetwarzanie wynika z wymogów prawa.

Profilowanie klientów

Obecnie powszechne jest w internecie kierowanie reklam do określonych klientów na podstawie wcześniej dokonywanych zakupów lub ich zainteresowań, ustalanych na podstawie plików „cookies”. W efekcie osobie, która np. przegląda w sklepie internetowym laptopy, sklep może później wyświetlać reklamy podobnych urządzeń. To właśnie jeden z możliwych rodzajów profilowania klientów.

Gdy rozporządzenie wejście w życie, osoby profilowane będą musiały zostać poinformowane o stosowaniu takiego mechanizmu i jego konsekwencjach. Poza tym, na gruncie nowych przepisów osoba fizyczna zyska prawo do sprzeciwienia się profilowaniu.  Oznacza to, że firma stosująca tego typu metody marketingowe, musi zapewnić takie mechanizmy, które będą umożliwiały wyłączenie z profilowania tych klientów, którzy sobie tego nie życzą.

„Ludzki” język – obowiązkowy

Rozporządzenie wymusza na wszystkich administratorach danych, aby informacje takie jak np. zgody marketingowe lub regulaminy były formułowane jasnym i prostym językiem, a także, by były zwięzłe i zrozumiałe. Gdy informacje i komunikaty są kierowane do dzieci, wtedy język powinien być w sposób szczególny dopasowany do takiej grupy odbiorców.

– To, czy administratorzy będą się stosować do tych nakazów i jaki w praktyce będzie język komunikacji, pokaże przyszłość. Trudno ustalić jeden wzór poprawnego komunikatu, tak jak trudno ustalić wzorzec odbiorcy informacji. W praktyce, wymóg ten może okazać się punktem zapalnym w relacjach pomiędzy administratorem danych osobowych oraz nowym GIODO – uważa trener Effect Group.

Warto uaktualnić wiedzę pracowników

Powyżej wymienione zmiany nie wyczerpują tematu. Dodatkowo, trzeba wziąć pod uwagę, że w życie będą wchodziły również przepisy krajowe, uszczegóławiające stosowanie ochrony danych osobowych w rozmaitych aspektach, np. w odniesieniu do ochrony pracowników.

– Kodeks pracy również będzie wymagał zmian ze względu na wejście w życie przepisów RODO. Najważniejsze dotyczą nowego zakresu danych osoby ubiegającej się o zatrudnienie, możliwości korzystania przez pracodawcę z danych biometrycznych, czy też stosowania monitoringu – zwraca uwagę Krzysztof Stucke. – Zmiany pojawią się w ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych i prawie bankowym. W tej ostatniej ustawie pracodawca uzyska prawo żądania danych biometrycznych oraz przedłożenia informacji dotyczącej karalności – dodaje.

W związku z tym, że zmiany, jakie wprowadza RODO są bardzo poważne i dotyczą wielu aspektów funkcjonowania przedsiębiorstw, niezwykle istotne jest poinformowanie pracowników o nowych wymogach prawnych oraz o konsekwencjach nienależytej ochrony danych osobowych.

Same zmiany w systemach organizacyjnych, czy też wprowadzenie funkcji inspektora danych osobowych nie wystarczy, jeśli pozostali pracownicy nie będą mieli wiedzy na temat podstawowych zasad oraz świadomości, jak starannie należy strzec osobistych danych na temat klientów czy też współpracowników. Na pewno warto wziąć pod uwagę możliwość przeszkolenia pracowników w tym zakresie – i to nie tylko tych, którzy będą bezpośrednio odpowiedzialni za ochronę danych.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Rynek powierzchni przemysłowo-logistycznych w Polsce rozwija się dynamicznie od kilkunastu lat. CBRE i Panattoni Europe, przy silnym wsparciu agencji badawczej Analytiqa, postanowiły sprawdzić, jak obecną sytuację rynkową oceniają przedsiębiorstwa działające w sektorze logistycznym, jakie są ich plany rozwojowe oraz przewidywania dotyczące rozwoju całej branży. „Poland Logistics Confidence Index 2017” to pierwszy tego typu raport, który bada poziom zaufania do rynku, na podstawie opinii osób zarządzających największymi i najlepiej prosperującymi firmami z tego sektora.

Analiza sytuacji na rynku logistycznym przedstawiona w raporcie powstała na podstawie ankiety badawczej, w której udział wzięło ponad 50 osób na stanowiskach kierowniczych: dyrektorzy generalni, dyrektorzy zarządzający oraz kadra kierownicza. Swoimi opiniami oraz przemyśleniami podzielili się pracownicy zarówno firm świadczących usługi logistyczne, jak i przedsiębiorstw korzystających z tychże usług, co w efekcie pozwoliło twórcom raportu nakreślić całościowy pogląd na panujące na rynku nastroje, a także na bieżące zagadnienia, mające wpływ na rozwój całego sektora.

Przeprowadzone badanie potwierdziło pozytywne perspektywy dla rynku logistycznego. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce 2017 został określony na poziomie 60,7, przy czym w przypadku firm logistycznych osiągnął wartość 62,1, natomiast w grupie firm produkcyjnych i handlowych wyniósł 59,1. Polska wypadła bardzo dobrze na tle innych krajów europejskich, w których przeprowadzono analogiczne badanie i wyprzedziła Irlandię (60,4) oraz Wielką Brytanię (56,7). Bardzo pozytywnie oceniana przez respondentów jest atrakcyjność inwestycyjna – aż 64% ankietowanych uważa, że Polska posiada przewagę konkurencyjną jako destynacja inwestycyjna w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej.

Uczestnicy badania zostali poproszeni nie tylko o ocenę obecnej sytuacji rynkowej w Polsce, ale również o wyrażenie opinii na temat ich przewidywań dotyczących przyszłości sektora. Badanie przeprowadzone przez ekspertów pomogło zidentyfikować kluczowe czynniki, które mają bezpośredni wpływ na poziom optymizmu i zaufania na poziomie organizacji. Respondenci zostali poproszeni o nakreślenie planów rozwoju w perspektywie jednego roku, biorąc pod uwagę cztery kategorie: zmiany wysokości obrotów, rentowność, przewidywane nakłady inwestycyjne, a także prognozy związane z zatrudnieniem.

Badanie wykazało wiele pozytywnych prognoz dotyczących rozwoju branży logistycznej w najbliższej przyszłości. Wysokiemu optymizmowi w zakresie oczekiwanych zmian wysokości obrotów (aż 94% respondentów przewiduje wzrost) towarzyszą pozytywne opinie na temat rentowności (70% ankietowanych oczekuje wzrostu zysków). Ponad trzy czwarte ankietowanych wykazało też chęć dokonania nakładów inwestycyjnych w obszarze logistyki i łańcucha dostaw, a zdecydowana większość (62%) zakłada wzrost zatrudnienia.

Pomimo licznych pozytywnych opinii, wiele firm spodziewa się, że przyszły rok będzie się również wiązał z różnego rodzaju wyzwaniami. Największych problemów przedsiębiorcy spodziewają się w kwestiach związanych z ograniczoną dostępnością zasobów ludzkich oraz z pozyskaniem odpowiednich, dodatkowych lokalizacji. Przedsiębiorcy planują zwiększyć efektywność swoich firm głównie poprzez poświęcenie większej uwagi na poprawę współpracy z klientami oraz poczynienie inwestycji w podniesienie produktywności pracowników. Nie ulega wątpliwości, iż inwestycje w ulepszenia technologiczne oraz innowacyjność są również sposobem na zmierzenie się z wyzwaniami wynikającymi z rozwoju sektora handlu elektronicznego.

Zdaniem Marka Dobrzyckiego, Managing Directora Panattoni Europe: „Wyniki raportu nie tylko pokazują dobrą sytuację branży, ale przede wszystkim to, co z perspektywy dewelopera jest najważniejsze – oczekiwania klientów. Znajomość tych oczekiwań sprawia, że Panattoni Europe od wielu lat nie ogranicza się tylko do realizacji centrów logistycznych w głównych lokalizacjach. Tworzymy i prężnie rozwijajmy rynki poboczne, a dostrzegając potrzeby klientów działających w branży e-commerce i jednocześnie ich konsumentów, stawiamy na City Logistics wpisane w etap tzw. ostatniej mili (last mile delivery). Dlatego patrząc długoterminowo na branżę logistyczną i segment rynku powierzchni magazynowych w Polsce, jesteśmy przeświadczeni o stałym ich rozwoju przez najbliższe lata.”

„Poland Logistics Confidence Index 2017” to pierwsze wydanie tej publikacji. Wartość poradnika jeszcze bardziej wzrośnie w miarę zbierania danych przez kolejne lata, co pozwoli na dokonanie analizy porównawczej. Oprócz analizy liczbowej raport zawiera również wiele ciekawych komentarzy partnerów biorących udział w badaniu. Opinie wyrażone przez ludzi, którzy na co dzień działają w tym sektorze i znają wszystkie kluczowe zagadnienia związane z tą branżą, mogą stać się przydatnym narzędziem oraz źródłem cennych informacji na temat tego, jakie są perspektywy rozwoju, jakie pola wymagają poprawy i w jaki sposób uzyskać przewagę konkurencyjną nad innymi podmiotami działającymi na rynku.

Joanna Mroczek, dyrektor Działu Badań Rynkowych i Marketingu, CBRE komentuje:
„CBRE wspólnie z Panattoni Europe stworzyło niniejszy raport, aby przyjrzeć się najnowszym trendom i prognozom dla branży, poznać oczekiwania, ale także obawy uczestników rynku. Polska podtrzymuje szybkie tempo rozwoju i możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość. Główne przewagi konkurencyjne Polski to wykwalifikowani pracownicy, duża elastyczność polskiego biznesu, tani i szybki proces budowy obiektów magazynowych, a także relatywnie niskie koszty działań w ramach łańcucha dostaw. Warto jednak podkreślić, iż są to obszary, które kreują tyle samo korzyści, co wyzwań”.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Nielegalne transakcje i pranie pieniędzy od lat kojarzy się bardziej z transakcjami gotówkowymi prowadzonymi przez mafię. I choć o samym problemie nie mówi się tak często i intensywnie jak w latach 90, to problem nie zniknął, a wręcz wraz z rozwojem nowych technologii nastąpiła jego eskalacja. Czy istnieje możliwość, by mu zapobiec?

Polskie prawo coraz bardziej dostosowuje się do wymogów Unii Europejskiej, która intensywnie ściga przestępczość finansową. Wydane w ubiegłym roku przez polski sejm rozporządzenie nakłada na przestępców finansowych bardzo wysokie kary, w tym pozbawienie wolności nawet do 12 lat. Odpowiedzialność za złamanie prawa spoczywa nie tylko na osobie, która takie nielegalne transakcje przeprowadzała, ale również na pracownikach bankowych i osobach trzecich, które podejrzewały niezgodność z prawem.

Ciągła ewolucja

Wyłapanie nielegalnych transakcji nie jest proste. Przestępcy dostosowują swoje metody do zmieniających się technologii, w tym także do zabezpieczeń wprowadzanych w bankach. I choć wyróżnia się 5 najpopularniejszych: smurfing (wpłacanie drobnych kwot poprzez podstawione osoby), mieszanie (polega na wrzucaniu nielegalnie pozyskanych transakcji do legalnych transakcji, najczęściej dotyczy to barów i restauracji), puste transakcje (czyli kreowanie pustego obrotu na nieprawdziwych rachunkach), fikcyjny kredyt (zaciągnięty w jednym banku, spłacany fikcyjnym kredytem zaciągniętym w innej instytucji), transferpricing (zawyżanie lub zaniżanie wartości na fakturze w handlu międzynarodowym prowadzonym pomiędzy powiązanymi przedsiębiorstwami), to wciąż pojawiają się nowe, którym uda się przejść przez zabezpieczenia.

Sposobem na ich wychwycenie, zwłaszcza w transakcjach bezgotówkowych, może być sztuczna inteligencja. Ale pomimo technologicznej ewolucji człowiek kontrolujący całą strefę jest niezbędny. W XXI wieku pranie pieniędzy jest o tyle ciężkim przestępstwem, że bardzo często powiązane jest z atakami terrorystycznymi. Nielegalne pieniądze stanowią bowiem główne źródło utrzymania grup zamachowców.

Choć terroryzm w Polsce, na chwilę obecną, wydaje się odległym problemem, to pieniądze pozyskane z nielegalnych źródeł, a następnie wprowadzone do  legalnego obiegu mogą być też przyczyną załamania gospodarczego i prowadzić do rozkładu ważnych sektorów gospodarczych, nie wspominając o ofiarach przestępstw źródłowych, które tracą swoje majątki, a niekiedy wolność czy nawet życie.

Przestępstwa finansowe w dobie cyfryzacji i bankowości mobilnej

Wykrycie nielegalnych transakcji to szansa dla analityków bankowych, których zadaniem jest kontrolować podejrzane przepływy środków pod postacią wszelkich instrumentów finansowych. O tym, jak ważne jest to działanie z punktu widzenia wizerunkowego, przekonało się wiele instytucji finansowych i nie tylko. I choć często instytucje te kategorycznie odcinają się od przestępstwa, zła sława oprócz złego PR-u może przynieść również straty finansowe w postaci kar od regulatorów rynku finansowego czy kosztów programów naprawczych adresowanych do poszkodowanych na skutek takich zdarzeń.

– Warto rozwinąć umiejętności poruszania się w środowisku międzynarodowych przepisów i wymogów regulacyjnych poprzez dostarczanie rozwiązań zgodnych z tymi regulacjami oraz oczekiwaniami regulatorów rynków finansowych. To wiedza na temat zarządzania środowiskiem Compliance, AML i przeciwdziałaniu przestępstwom finansowym. To także wiedza dotycząca budowania i zarządzania efektywnymi mechanizmami, procedurami oraz systemami Compliance, AML i przeciwdziałania przestępstwom finansowym – mówi Karol Wojtczak, specjalista Citi Service Center Poland z zakresu przeciwdziałania praniu pieniędzy, wykładający ten przedmiot w Akademii Leona Koźmińskiego.

Warte podkreślenia jest to, że ofiarą przestępstw finansowych może zostać każda firma, dlatego wszystkie sektory powinny zachować w tym względzie czujność. Owszem – bankowość i finanse mają pod tym względem trudniej. To na nich spoczywa odpowiedzialność zatwierdzenia i ewentualne wykrycie transakcji, które mogą być nielegalne.

Czy przedsiębiorca może się bronić? Jak najbardziej.  Kluczowa jest tu analiza ryzyka i adekwatne procesy  kontrolne  poparte  zgłaszaniem do właściwych organów wykrytych przypadków podejrzanych działań potencjalnie powiązanych z praniem pieniędzy pochodzących z nielegalnych źródeł.

Zjawisko prania pieniędzy w XXI wieku wkracza w nowy wymiar. W świecie szybko postępującego rozwoju technologii wykrycie przestępstw jest coraz trudniejsze. Sztuczna Inteligencja i złożone algorytmy oczywiście pomagają także w walce z praniem pieniędzy, ale pośród technicznych rozwiązań nie może zabraknąć wysokiej klasy profesjonalistów.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

 

Upadek polskiej branży elektronicznych papierosów, rozwój szarej strefy, drastyczny wzrost kosztów dla użytkowników, a nawet powrót do palenia tytoniu – taki efekt może przynieść znowelizowana ustawa o podatku akcyzowym, która ma wejść w życie już 1 stycznia 2018 r. Producenci apelują do posłów o weryfikację projektu ustawy i racjonalne zmiany.

Rynek e-papierosów rozwija się w Polsce dopiero od kilku lat, jednak już teraz jego wartość jest szacowana na 500 mln zł, plasując nasz kraj w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Polski kapitał rośnie w siłę, a rodzimi producenci płynów do elektronicznych papierosów planują lub już prowadzą działalność eksportową. Liczba użytkowników e-papierosów w Polsce to aktualnie ponad 1,5 mln osób, z czego duża część to byli palacze tradycyjnego tytoniu. Tak dobra sytuacja tego rozwojowego sektora naszej gospodarki może się jednak niebawem diametralnie zmienić.

Ministerstwo Finansów przygotowało znowelizowany projekt ustawy o podatku akcyzowym, w którym zakłada wprowadzenie od 1 stycznia 2018 r. akcyzy na płyny do e-papierosów w wysokości 0,50 zł/ml. Oznacza to wzrost ceny jednej buteleczki liquidu o pojemności 10 ml aż o 5 zł (np. z 10 do 15 zł). Producenci tych wyrobów alarmują, że tak wysoki jednorazowy skok akcyzy, jeden z najwyższych w historii tego podatku w Polsce, negatywnie odbije się na polskiej gospodarce.

Plan Ministerstwa Finansów a rzeczywistość

Branża e-papierosów wspólnie uznaje, że szanse na to, aby projekt znowelizowanej ustawy o podatku akcyzowym w aktualnym brzmieniu przyniósł oczekiwane przez Ministerstwo Finansów rezultaty, zarówno w zakresie ochrony zdrowia, jak i wpływów do budżetu państwa, są bardzo małe.

Drastyczny wzrost cen

Wysoka stawka akcyzy, 0,50 zł/ml e-liquidu, jedna z najwyższych w Europie pod kątem rozporządzalnego dochodu obywateli, przyniesie od 2018 r. drastyczny wzrost cen dla konsumentów.

– Szacunkowe roczne koszty używania płynów do elektronicznych papierosów zwiększą się z 1825 zł do 2775 zł. Oznacza to, że korzystanie z e-papierosów i e-liquidów będzie tylko o 24% tańsze w stosunku do tradycyjnego palenia. W efekcie możemy mieć do czynienia z powrotem Polaków do tytoniu. Tymczasem elektroniczne papierosy są wykorzystywane w terapiach antynikotynowych i, jak podaje Ministerstwo Zdrowia Wielkiej Brytanii, stanowią lepszą i przede wszystkim o wiele mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywę dla tradycyjnych papierosów – mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Rozwój szarej strefy

Po wprowadzeniu akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów Ministerstwo Finansów liczy na wpływy do budżetu państwa rzędu 75 mln zł rocznie. Przykłady innych krajów Unii Europejskiej pokazują jednak, że wprowadzenie za wysokiej jednorazowej stawki podatku może spowodować skutki przeciwne do zamierzonych. We Włoszech (stawka akcyzy 0,37 EUR/ml) doprowadziło to już do wzrostu szarej strefy oraz upadku wielu mniejszych przedsiębiorstw. Włoski rząd spodziewał się wpływów budżetowych w kwocie 86 mln euro za 2015 rok. Rzeczywiste wpływy wyniosły jednak zaledwie 5,18 mln euro, czyli 6% założonego planu.

Widmo zapaści sektora polskiej gospodarki

Zgodnie z projektem ustawy akcyzowej, producenci e-liquidów będą zobligowani do założenia i prowadzenia tzw. składów akcyzowych. Działania przygotowawcze mogą zająć kilka miesięcy, a każdy z przedsiębiorców będzie musiał wyłożyć 50-100 tys. zł oraz dodatkowo 250-300 tys. zł na zabezpieczenie składów.

– W obecnym kształcie projektu ustawy obowiązek podatkowy na dzień 1 stycznia 2018 r. będą mogli spełnić tylko przedstawiciele rynku wyrobów tytoniowych, czyli międzynarodowe koncerny. Natomiast polska branża e-papierosów to w większości małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie posiadają założonych składów akcyzowych. Jest duże prawdopodobieństwo, że potrzebne inwestycje z tym związane będą dla nich wręcz zabójcze. Taka sytuacja z kolei może przyczynić się do powstania tzw. szarej strefy – tłumaczy Justyna Lipowicz. – Trzeba pamiętać, że to sektor MŚP napędza budżet państwa płacąc podatki VAT i PIT oraz tworząc nowe miejsca pracy – dodaje.

Przedsiębiorcy e-papierosowi wskazują, że niesie to ryzyko skupienia krajowego rynku elektronicznych papierosów w rękach kilku zagranicznych koncernów, co wiązałoby się z zahamowaniem rozwoju polskiego kapitału.

Rodzime firmy apelują do posłów

Od momentu publikacji obecnego projektu ustawy o podatku akcyzowym mali i średni producenci płynów do e-papierosów publicznie apelują do rządu o wprowadzenie zmian, które ograniczą negatywne skutki ustawy. W tym celu odbyły się również spotkania z przedstawicielami branży, m.in. w Warszawie i w Katowicach, podczas których firmy tłumaczyły zawiłości ustawy.

– Jako młoda branża jesteśmy głęboko rozczarowani podejściem Ministerstwa Finansów do prac nad ustawą akcyzową bez stosownych analiz rynku, dyskusji z sektorem oraz bez wyciągania wniosków z doświadczeń innych państw w tym zakresiemówi Tomasz Chmal, przedstawiciel firmy A-Sense.

W oficjalnym liście wysłanym do posłów producenci postulują o wprowadzenie stopniowego wzrostu stawki akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów:

  • Etap I 2018 r. – 0,10 zł/ml
  • Etap II 2019 r. – 0,20 zł/ml
  • Etap III 2020 r. – 0,30 zł/ml – akceptowalna przez rynek stawka końcowa

Przedsiębiorcy są przekonani, że tylko takie racjonalne rozłożenie w czasie stawki akcyzy przyniesie pozytywne rezultaty, tj.:

  • dalszy rozwój obiecującej polskiej branży e-papierosów oraz polskiej przedsiębiorczości,
  • osiągnięcie zakładanych wpływów z akcyzy do budżetu państwa,
  • większą akceptację stopniowego wzrostu cen przez konsumentów,
  • łatwiejszy dostęp do wyrobów obarczonych mniejszym, w stosunku do tradycyjnych papierosów, ryzykiem odziaływania na zdrowie.

Ustawa akcyzowa do zmiany

Poważne obawy co do słuszności projektu ustawy podzielają także eksperci podatkowi.

– Płyny do e-papierosów, ale też wyroby nowatorskie powinny być opodatkowane niską, kwotową stawką akcyzy, liczoną dla tych wyrobów odpowiednio od 1 ml lub 1 kg tytoniu. Wprowadzenie niższych niż zaproponowane przez Ministerstwo Finansów stawek akcyzy na te dotychczas nieopodatkowane wyroby zachęcałoby do płacenia podatku i ograniczałoby rozwój szarej strefy. Jednocześnie pozwalałoby Ministerstwu Finansów monitorować rynek i reagować propozycją podwyżki lub obniżenia podatku w zależności od sytuacji – mówi Marcin Zimny, doradca podatkowy, autor publikacji „Akcyza. Komentarz”.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Rząd przyjął projekt ustawy skracający z 50 do 10 lat okres obowiązkowego przechowywania akt pracowniczych.  To dobre rozwiązanie.  Konfederacja Lewiatan od dawna postulowała zmniejszenie obowiązków pracodawców związanych z prowadzeniem i przechowywaniem akt pracowniczych.

– Skrócenie okresu przechowywania akt pracowniczych spowoduje znaczące zmniejszenie obciążeń i kosztów pracodawców. Na tle innych krajów Unii Europejskiej w Polsce mamy do czynienia z bardzo długim – 50 letnim, obowiązkiem przechowywania, archiwizowania akt pracowniczych przez pracodawców w formie papierowej. Dlatego dobrze się stało, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Nowe regulacje mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2019 r.   – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy popierają też zmianę, która umożliwi firmom przechowywanie akt pracowniczych także w wersji elektronicznej.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Ostatnie lata to intensywny czas rozwoju branży kosmetycznej w Polsce. Wielkie koncerny międzynarodowe konkurują z licznymi małymi polskimi manufakturami. Ile jest wart rynek kosmetyków w Polsce? Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, a dzięki działalności przemysłu kosmetycznego polska gospodarka wytworzyła ponad 7 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy 43 tysiącom osób.

Z „Raportu o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017. 15 lat rozwoju” wynika, że na polskim rynku kosmetyków działa około 400 podmiotów. Są to firmy międzynarodowe, duzi polscy gracze oraz średnie, małe i mikroprzedsiębiorstwa. Taka struktura zapewnia niezbędną różnorodność branży i stanowi o jej silnych podstawach.

Polska szóstym rynkiem kosmetyków w Europie

Wartość polskiego rynku kosmetycznego w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, podczas gdy w 2002 roku było to 9 mld zł. Polski rynek osiągnął taki poziom dzięki stałemu rozwojowi w ciągu ostatnich piętnastu lat. Nominalny skumulowany wzrost rynku wyniósł aż 78 proc. Skok branży jest imponujący, szczególnie w porównaniu z sytuacją w innych państwach europejskich. Polska jest szóstym rynkiem kosmetyków w Europie i rośnie najszybciej. To tym bardziej istotne, że inne duże rynki jak np. francuski i włoski nie tylko nie odnotowały wzrostów, ale wręcz się skurczyły (odpowiednio o 0,19 proc. i 1,09 proc.). To wszystko powoduje, że prognozowana wartość rynku kosmetycznego w Polsce w 2021 roku wyniosła 20 mld zł.

– W najbliższych latach polska gospodarka powinna nadal się rozwijać, a wraz z nią branża kosmetyczna. Równocześnie rosła będzie zamożność społeczeństwa, co w konsekwencji oznacza wzrost popytu na kosmetyki. Zmieniać się będzie jednak struktura tego popytu. Wzrośnie sprzedaż droższych wyrobów. Z kolei konsekwencją zachodzących w Polsce zmian demograficznych będzie wzrost zapotrzebowania na produkty przeznaczone dla osób starszych – mówi Julia Patorska, Ekonomistka w Deloitte.

Polskie kosmetyki w Wietnamie, Kuwejcie i Korei Południowej

Według danych GUS kosmetyki z Polski są eksportowane do ponad 160 krajów, w tym do tak odległych jak Meksyk, Indonezja czy Australia. Zdecydowanie najważniejszy dla krajowych firm jest jednak rynek wewnętrzny Unii Europejskiej. W latach 2004-2016 dodatni bilans Polski w handlu kosmetykami w Unii wzrósł prawie dziewięciokrotnie – z 231 mln zł do 2,04 mld zł. Głównymi kierunkami eksportowymi kosmetyków z Polski są dzisiaj Niemcy, Wielka Brytania i Rosja.

Kiedyś niskie koszty pracy, teraz jakość i innowacyjność

Co decyduje o przewadze przemysłu kosmetycznego w Polsce nad innymi europejskimi rynkami? Przez ostatnie lata były to niskie koszty pracy. Według danych Eurostatu całkowite koszty pracy wśród państw członkowskich Unii są niższe jedynie w pięciu państwach (na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii).

– Ze względu na postępujące procesy rozwojowe w Polsce i na świecie czynnik ten pomału traci na znaczeniu, jednak jego dominacja jest wciąż widoczna. Interesującą zmianą w tym aspekcie jest to, że inwestorzy zagraniczni poszukujący przewag konkurencyjnych coraz częściej zwracają uwagę na poziom wykształcenia kadr, a nie tylko ich niski koszt – wyjaśnia Julia Patorska.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Inwestycje w telemetrię i telesterowania w sieci ciepłowniczej zbliżają Warszawę do modelu inteligentnego miasta (smart city) – oceniła w czwartek firma Veolia, podsumowując na konferencji prasowej trzy lata realizacji projektu Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej.

Projekt Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej to trwająca trzy lata realizacja inwestycji obejmującej modernizację trzech przepompowni ciepła, wprowadzenie nowoczesnych metod kontroli dla 2,5 tys. węzłów cieplnych w Warszawie, a także stworzenie całkowicie nowego, innowacyjnego systemu dystrybucji ciepła w mieście.

Warszawska sieć ciepłownicza to dziś 4 tys. komór. Do modernizacji w ramach projektu wytypowano 79 najbardziej kluczowych obiektów w całym systemie. Działania unowocześniające objęły m. in. instalację czujników temperatury, ciśnienia, a także systemu telemetrycznego, który posłuży do monitorowania parametrów pracy stołecznej sieci ciepłowniczej.

Podczas debaty zorganizowanej w ramach konferencji podsumowującej trzy lata realizacji projektu, prof. Janusz Lewandowski z Politechniki Warszawskiej zwrócił uwagę na kluczowe znaczenie sieci ciepłowniczej dla funkcjonowania miasta, której działanie często jest niedoceniane. Jego zdaniem, zużycie energii cieplnej w mieście jest dużo większe, niż energii elektrycznej, a realizacja założeń modelu inteligentnego miasta (smart city) bez dobrze działającej sieci dystrybucji energii cieplnej nie jest możliwa. Prof. Lewandowski zauważył również, że zarządzanie systemem ciepłowniczym jest dużo bardziej skomplikowane, niż siecią dystrybucyjną energii elektrycznej.

Dyrektor projektu Inteligentna Sieć Ciepłownicza, Paweł Balas, w rozmowie z PAP stwierdził, że jego realizacja nie byłaby możliwa bez dofinansowania ze strony Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, a także współpracy z władzami miasta stołecznego Warszawa. Według niego, istotna w projekcie jest jego skala, która objęła bardzo dużo elementów do modernizacji, a jednocześnie konieczność stworzenia nowej infrastruktury do przetwarzania danych.

Zdaniem Balasa, przetwarzanie danych pomiarowych w projekcie Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej odgrywa kluczową rolę. To właśnie na jego potrzeby zdecydowano się stworzyć Centralne Repozytorium Danych, gdzie dane będą gromadzone w czasie zbliżonym do rzeczywistego oraz przetwarzane. Ma to być wsparciem dla pracy dyspozytorów, zwłaszcza przy podejmowaniu decyzji kluczowych dla funkcjonowania sieci ciepłowniczej.

Dane gromadzone w CRD służą przede wszystkim do tworzenia analiz a także prognoz działania sieci z pomocą specjalnie stworzonych w tym celu aplikacji, takich jak System Wsparcia Decyzji. Jego algorytmy przewidują rzeczywiste zapotrzebowanie mieszkańców na moc, a także proponują optymalny scenariusz sterowania siecią dla dostaw ciepła zgodnych z zapotrzebowaniem przy jednoczesnej minimalizacji strat energetycznych, działając na komunikacji łączącej ponad 400 tys. różnych zmiennych w czasie rzeczywistym spływających do systemu.

Prezes zarządu firmy Veolia Energia Warszawa, Jacky Lacombe, w projekcie Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej widzi szansę na wypracowanie przez Warszawę standardu w budowie nowoczesnej sieci ciepłownictwa, który może stać się przykładem dla innych miast. Jego zdaniem, innowacja, którą wnosi projekt, ma w wypadku warszawskiej sieci nie tylko wymiar ekonomiczny, a również ekologiczny i społeczny. Jak powiedział PAP, „nie tylko stworzyliśmy pionierski projekt, ale też wiele się nauczyliśmy”.

Inteligentna Sieć Ciepłownicza została nagrodzona Bursztynem Polskiej Gospodarki podczas październikowego Ogólnopolskiego Szczytu Gospodarczego jako pionierski projekt inwestycyjny w zakresie rozwoju i bezpieczeństwa polskiej gospodarki w kraju i zagranicą.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Dynamicznie zwiększający się PKB, rosnące płace i malejące bezrobocie zawdzięczamy poprawie koniunktury w strefie euro oraz na świecie. Niestety, z dużym prawdopodobieństwem to krótkotrwały stan. Nikłe są perspektywy, by ok. 4-procentowy wzrost utrzymał się w Polsce dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów – pisze Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl.

Napływające dane ekonomiczne sugerują, że rok 2017 w europejskiej gospodarce zapisze się jako najlepszy w ciągu ostatniej dekady. Dobra kondycja strefy euro wynika z rosnącego zatrudnienia na obszarze wspólnej waluty, zwiększenia się inwestycji prywatnych oraz wyższej konsumpcji.

Ustąpiły również problemy, które od kilku lat gnębiły Unię Europejską. Mniej niepokojące wydają się dziś obawy o rozpad strefy euro. Zmalał też strach przed widmem gwałtownego kryzysu bankowego czy zadłużeniowego, co miało miejsce w 2012 r.

Gospodarkę dodatkowo stymuluje łagodna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego, skutkująca bardzo niskimi kosztami finansowania długu, i to zarówno skarbowego, jak i prywatnego. Zniknęła również większość obaw związanych z kondycją światowej gospodarki. Chiny utrzymują wzrost PKB powyżej granicy 6 proc. Rozwój gospodarczy przyspieszył również w USA. Dla otwartej na rynki zagraniczne eurozony są to znakomite informacje.

Przypływ podnosi wszystkie łódki…

Z poprawy koniunktury w całej UE w sposób szczególny korzystają kraje rozwijające się. Odzwierciedlenie tej tezy widać w rachubach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W październiku MFW podniósł szacunki wzrostu PKB na bieżący rok dla: Turcji – z 2,5 do 5,1 proc., Rumunii – z 4,2 do 5,5 proc., Czech – z 2,8 proc. do 3,5 proc. PKB dla Polski Fundusz zrewidował z 0,5 pkt proc. na 3,8 proc., ale napływające dane dają dużą szansę na osiągnięcie granicy 4 proc.

W większości krajów naszego regionu tempo wzrostu PKB wspiera przede wszystkim prywatna konsumpcja, którą z kolei napędza wzrost zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Ogólnie gospodarce sprzyja sytuacja, gdy ludzie w wieku produkcyjnym pracują. Jednak np. w kontekście Czech, gdzie bezrobocie jest najniższe w całej UE – 2,9 proc., a stopa zatrudnienia dla osób w wieku 20-64 lata należy do najwyższych we wspólnocie i wynosi 78,2 proc. (w Polsce 71,1 proc.), dalsza wyraźna poprawa parametrów rynku pracy wydaje się mało prawdopodobna.

… Odpływ sprawia, że praktycznie wszystkie opadają

Ciasnota na rynku pracy, czyli trudności przedsiębiorstw w pozyskiwaniu kolejnych pracowników, przekłada się natomiast na bardzo silny wzrost wynagrodzeń. W drugim kwartale br. płace w Czechach rosły o 11,5 proc. – według danych Eurostatu. Zwiększające się wypłaty w krótkim terminie podtrzymują dobrą koniunkturę. Jednak długoterminowo, np. nieprzerwanie przez kilka lat, duże tempo podwyżek wynagrodzeń bywa bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza wtedy, gdy nie nadąża za tym tempo poprawy produktywności. Sprawa dotyczy nie tylko Czech, nienaturalnie szybko płace rosną również w Rumunii – o 18,5 proc. oraz w Bułgarii – o 10,7 proc. W Polsce wzrost stawki godzinowej wyniósł nominalnie 8,3 proc.

Rozgrzane do czerwoności gospodarki naszego regionu operują obecnie wyraźnie powyżej swojego potencjału. Pokazują to prognozy MFW na kolejne lata. W 2020 r. rozwój Rumunii spowolni do 3,3 proc. z 5,5 proc. obecnie. Według szacunków Funduszu wzrost PKB Czech obniży się w ciągu najbliższych trzech lat z 3,5 proc. do 2,3 proc.

Wyższy od potencjalnego rozwój dotyczy dziś całej strefy euro, która – wg szacunków MFW – urośnie w tym roku o 2,1 proc., lecz w 2020 r. spowolni do 1,6 proc. Poza Europą znaczne obniżenie tempa przyrostu PKB widać w przypadku Japonii. Jeżeli zapowiedzi się ziszczą, rozwój w Kraju Kwitnącej Wiśni wyhamuje z obecnych 1,5 proc. do 0,2 proc.

S&P dostrzega w Polsce wiele problemów

W Polsce też będzie niezwykle trudno utrzymać bardzo dobrą koniunkturę dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów. MFW szacuje, że w naszym kraju wzrost gospodarczy spowolni z 3,8 do 2,8 proc. w 2020 r.

Zdecydowanie bardziej pesymistyczny obraz przedstawia w ostatnim raporcie S&P Global Ratings. Mimo że agencja podwyższyła perspektywę wzrostu PKB dla naszego kraju do 4,2 proc. w br., to według jej analityków potencjalny rozwój wynosi jedynie 1,5-2 proc. rocznie głównie ze względu na malejącą i starzejącą się populację w wieku produkcyjnym. Za blisko połowę obecnego tempa rozwoju odpowiadają natomiast transfery unijne. W raporcie podniesiona została także kwestią ryzyka „przestymulowania” gospodarki zbyt łagodną polityką monetarną oraz fiskalną.

S&P przedstawiło również bardzo negatywne prognozy dotyczące salda rachunku obrotów bieżących (C/A). Deficyt, który obecnie zamyka się w kilku miliardach złotych i wynosi poniżej 0,5 proc. PKB, ma zwiększyć się w 2019 r. do 3,8 proc. PKB (83 mld zł) przede wszystkim ze względu na pogorszenie się bilansu zagranicznej wymiany handlowej (z bieżącej nadwyżki przejdziemy w 70 mld zł deficytu). Agencja oczekuje również wzrostu inflacji do poziomu 3,5 proc. za dwa lata.

Przy takiej koniunkturze warto rozprawić się z deficytem

Prawdopodobnie S&P przedstawia najbardziej pesymistyczne prognozy dla Polski spośród wszystkich wiodących ośrodków analitycznych na świecie. Ryzyko spełnienia się tych szacunków należy obecnie uznać za  ograniczone. Mniej dyskusyjny wydaje się natomiast pogląd, podnoszony również przez S&P, że nasz kraj nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wyraźnej redukcji deficytu oraz długu publicznego. Według ostatnich projekcji Komisji Europejskiej. deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie w przyszłym roku 2,9 proc. PKB. Byłby to trzeci najgorszy wynik w UE po Francji oraz Rumunii, nawet jeżeli faktyczny rezultat będzie nieco lepszy niż szacunki KE. Średni unijny poziom deficytu ma wynieść 1,5 proc. PKB, a Niemcy, Czechy czy Szwecja mają osiągnąć nadwyżkę.

Dobry czas, by wypełnić poduszkę

Wiele wskazuje na to, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach z naszego regionu mamy do czynienia z krótkoterminowym przyspieszeniem wzrostu PKB. Rozwój przekraczający potencjał gospodarczy oraz wzrost wynagrodzeń sięgający w niektórych przypadkach 10 proc. nie będzie trwać wiecznie.

Gospodarstwa domowe mogą jednak starać się przygotować na hipotetyczne pogorszenie koniunktury poprzez ograniczenie konsumpcji i gromadzenie oszczędności. Prawdopodobnie nie będzie już lepszego momentu, by rozpocząć ten proces. W skali ogólnokrajowej wyższe oszczędności nie tylko pozwolą wypełnić poduszkę finansową i przygotować się na okres gorszej koniunktury, ale także ułatwią inwestycje polskim przedsiębiorstwom, które zamiast posiłkować się kapitałem zagranicznym skorzystają z krajowych zasobów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

4473 zł – tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pensja w rok wzrosła o ponad 6 proc. I to nie koniec dobrych wieści. – Przed nami kolejne podwyżki płac – zapowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wielu polskich pracowników, zżyma się, porównując GUS-owskie dane o średniej krajowej z kwotą, która co miesiąc wpływa na ich konta. Dzieje się tak, ponieważ dane o zarobkach publikowane przez Główny Urząd Statystyczny po pierwsze dotyczą przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 9 pracowników i z reguły płacą lepiej niż małe firmy. Po drugie wartości wynagrodzeń brutto przewyższają o ok. jedną trzecią to, co pracownik dostaje, potocznie mówiąc, na rękę.

Na dodatek publikowana co miesiąc przeciętna płaca w Polsce nie jest medianą. Dane mocno zawyżają ludzie na najwyższych i najlepiej opłacanych stanowiskach. Tym niemniej zmieniające się kwoty oddają rynkowe tendencje. I wynika z nich, że na polskim rynku pracy dzieje się coraz lepiej. We wrześniu 2007 r. GUS informował o wynoszącej 2859 zł średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, pięć lat później było to już 3771 zł, a rok temu 4218 zł. Płace rosły zatem regularnie, aż do opublikowanych dziś danych za wrzesień br. – 4473 zł.

Dobre widoki na co najmniej kilka lat?

– Wzrost płac wynika z polepszającej się sytuacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie maleje przy jednoczesnym wzroście zatrudnienia. Tworzy się coraz więcej miejsc pracy w tempie szybszym niż następuje przyrost wykwalifikowanych pracowników. Powoduje to z kolei, że pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie, by znaleźć odpowiednich pracowników – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Według analityka Cinkciarz.pl sytuacja gospodarcza sprzyja temu, by pensje w Polsce nadal rosły. Jak długo? Co najmniej przez kilka najbliższych lat. – Mamy obecnie do czynienia z ożywieniem gospodarczym, nie tylko w Polsce, ale także w niemal całej strefie euro oraz w większości Europy. Można powiedzieć, że polska gospodarka znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i prawdopodobieństwo pogorszenia się tego stanu jest obecnie ograniczone – analizuje Bartosz Grejner.

Rumunia, Czechy, Niemcy, Polska – różne tempo, ale zgodny kierunek

Ożywienie gospodarcze charakterystyczne dla wielu państw Europy sprawia, że średnie płace rosną nie tylko w Polsce. W ogólnie wzrostowym kursie dość istotnie różni się natomiast dynamika zmian pomiędzy poszczególnymi krajami. Niższa dotyczy np. bogatych Niemiec, wyższa np. Rumunii, która ciągnie się w ogonie unijnego rankingu pod względem wysokości średniej płacy, ale już pod względem tempa wzrostu znajduje się w czołówce. – W kolejnych miesiącach tego roku skala zmian w Rumunii systematycznie przekraczała 10 proc. w porównaniu do danych sprzed 12 miesięcy – określa analityk Cinkciarz.pl.

Pensje rosną także np. w Czechach, gdzie sytuacja na rynku pracy wygląda jeszcze lepiej niż w Polsce. Wynagrodzenia Czechów rosły w ostatnim okresie w podobnym tempie co Polaków, mimo że koszty pracy w Czechach są wyższe niż w Polsce. – Stopa bezrobocia u naszych południowych sąsiadów jest także najniższa w całej Unii Europejskiej. Wszystko przy wzroście gospodarczym na poziomie 4,5 proc. w II kw. br., również wyższym od notowanego w Polsce, który wynosi 3,9 proc. – opowiada Bartosz Grejner.

Czy kiedyś będziemy zarabiać tak jak Niemcy?

Niemiecki rynek pracy przyciąga wielu pracowników z Polski. Trudno się dziwić, skoro średnia płaca u naszych zachodnich sąsiadów wynosi ok. 3,7 tys. euro. Czy doczekamy czasów, w których zrównają się pensje w krajach po obu stronach Odry?

W ciągu ostatniej dekady (2007 – 2016), wynagrodzenia Niemców rosły przeciętnie o 2,05 proc., podczas gdy tempo wzrostu zarobków w Polsce było dwukrotnie wyższe i wyniosło 4,17 proc. Mimo to nadal istnieje przepaść – niemiecki pracownik może liczyć na blisko czterokrotnie wyższe średnie wynagrodzenie niż zarabiający w Polsce.

Załóżmy, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech utrzyma się wspomniane powyżej tempo wzrostu płac i podobne pozostaną stopy inflacji. W praktyce to mało prawdopodobne, ale w teorii możliwe. Gdyby zatem Polskę i Niemcy nadal cechowało tempo wzrostu zarobków o – odpowiednio – 4,17 proc i 2,05 proc, kiedy zrównają się pensje w obu państwach? Obliczyliśmy: to mogłoby się zdarzyć za nieco ponad 83 lata.

Bogatszemu trudniej o imponujący wzrost

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego to dość optymistyczny scenariusz dla Polski. – Otóż wraz z rozwojem gospodarczym i zbliżaniem się rynku wschodzącego do poziomu kraju już dobrze rozwiniętego, jak np. Niemcy, tempo wzrostu zaczyna spadać – tłumaczy analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – To logiczna kolej rzeczy, ponieważ kraj “goniący” z czasem staje się coraz lepiej rozwinięty i coraz bogatszy, a wtedy traci dynamikę z początkowych lat progresji. Problemem w takim przypadku może okazać się także tzw. pułapka średniego dochodu. To sytuacja, w której państwo po osiągnięciu określonego poziomu dochodów traci część przewagi konkurencyjnej, np. niskiego kosztu wysoce wykwalifikowanej siły roboczej – wyjaśnia analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby trzymać się wersji o “nieco ponad 83 latach”, to zarobki Polaków i Niemców mogłyby się zrównać w 2101 r. Niestety… – Obserwowane obecnie szybkie tempo wzrostu płac w naszym kraju może spowolnić, stąd realnie będzie nam bardzo trudno dogonić wynagrodzenia Niemców przed początkiem XXII w. – określa analityk Cinkciarz.pl.

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

Mazowsze było w latach 2007-2015 jednym z czterech najszybciej rozwijających się regionów w Unii Europejskiej pod względem PKB na głowę mieszkańca – podał Eurostat.

Regionalny rocznik statystyczny Eurostatu, z którego pochodzą dane, zaprezentowano przy okazji organizowanego przez Komisję Europejską i Komitet Regionów UE XV Europejskiego Tygodnia Miast i Regionów w Brukseli, który zakończył się w czwartek.

Analizie poddano jednostki statystyczne na poziomie tzw. NUTS 2, które w Polsce odpowiadają województwom. Jak wynika z wyliczeń Eurostatu, w 2015 r. PKB per capita, według standardów siły nabywczej (PPS), w województwie mazowieckim osiągnął 109 proc. średniej unijnej, podczas gdy osiem lat wcześniej – 82 proc. (wzrost o 27,2 pkt proc.).

Dało to Mazowszu czwartą pozycję w tempie rozwoju gospodarczego wśród 276 regionów UE, po regionie wydzielonym z części Londynu obejmującej tamtejsze City oraz regionach stołecznych Rumunii i Słowacji.

Jak podkreślono w raporcie, chociaż różnice między wschodem i zachodem w tworzeniu dobrobytu pozostały, to wzór nie jest już tak oczywisty jak przed rozszerzeniem w 2004 r., a także w latach 2007 i 2013. „Sugeruje to, że polityka członkostwa w UE i polityka spójności były skuteczne, przynajmniej w części, przy rozwiązywaniu problemu dysproporcji krajowych i regionalnych” – napisano w analizie.

Dane Eurostatu pokazują, że wszystkie polskie województwa rozwijały się szybciej niż średnia dla 28 państw UE. Wielkopolska w odniesieniu do średniej unijnej przesunęła się o 19 pkt. proc. do góry, woj. dolnośląskie – o 18 pkt proc., a woj. łódzkie, małopolskie i śląskie – o 15 pkt. proc. Relatywnie najwolniej dystans nadrabiało w tym czasie woj. świętokrzyskie (8 pkt proc.).

Jak wynika z danych, mimo wyraźnej tendencji wzrostowej Polski, jedynie trzy województwa w 2015 roku przekroczyły próg 75 proc. średniej unijnej – mazowieckie, dolnośląskie i wielkopolskie.

Ponadto z 19 regionów, w których poziom PKB per capita był mniejszy niż połowa średniej unijnej, cztery leżą w Polsce. Są to woj.: lubelskie, podkarpackie, warmińsko-mazurskie oraz podlaskie.

Najbiedniejszy region w UE to Sewerozapaden w północno-zachodniej Bułgarii (30 proc. średniej UE), w którym PKB per capita był 20 razy niższy niż w najbogatszym w 2015 r. regionie statystycznym, czyli części Londynu obejmującej tamtejsze City (580 proc. średniej unijnej).

Wyniki ekonomiczne regionów są podstawą przydziału środków w ramach unijnej polityki spójności. Objęte są nią wszystkie regiony Unii Europejskiej, jednak większość funduszy unijnych (a dokładniej strukturalnych) kierowana jest do regionów, w których PKB na mieszkańca nie przekracza 75 proc. średniej dla 28 państw UE.

W perspektywie unijnej 2014-2020 przydział funduszy odbywa się na podstawie średniego PKB per capita w trzyletnim okresie między 2007 a 2009 r. Od przyszłego roku 17. polskim regionem NUTS 2 będzie Warszawa, wydzielona statystycznie z obszaru Mazowsza.

Źródło: www.kurier.pap.pl

W sytuacji rosnących deficytów pracowników firmy coraz chętniej sięgają po osoby po 50-tym roku życia. Z danych Work Service wynika, że blisko 27% firm planuje zatrudniać pracowników w tej grupie wiekowej. Jednocześnie w ciągu półtora roku o 10 p.p. zwiększył się odsetek firm, które mają w swojej załodze osoby 50+. Ich głównymi atutami są, zdaniem pracodawców, doświadczenie, zaangażowanie i nie tak częste zmiany miejsca pracy. Co ciekawe 1 na 12 przedsiębiorców twierdzi, że sięga po tę właśnie grupę, bo nie jest w stanie znaleźć młodszych pracowników.

Od wielu lat w Polsce panował trend sięgania przez pracodawców po osoby młode. To one miały stanowić o sile i jakości firmy. Jednak wraz z rekordowo niskim poziomem bezrobocia, utrzymującą się emigracją oraz malejącą podażą pracowników sytuacja się zmieniła. Deficyty kandydatów rosną, a to wymusza na pracodawcach zmianę podejścia do zatrudnianych osób. Korzystają na tym pracownicy 50+. Z najnowszych danych Work Service wynika, że 26,7% pracodawców planuje w ciągu 12 miesięcy zatrudniać osoby właśnie w tej grupie wiekowej. Na przestrzeni 1,5 roku to wzrost o blisko 7 p.p.

Widać wyraźnie, że rośnie zainteresowanie pracownikami 50+. Półtora roku temu takie osoby zatrudniało 76% firm. Teraz ten odsetek wynosi blisko 86%, co oznacza wzrost o 10 p.p. Korzystają na tym obie strony – pracodawcy rekompensują sobie deficyty w innych grupa wiekowych, a pracownicy, którzy są już po 50-tym roku życia mają większe szanse na pracę niż jeszcze kilka lat temu. Widać to w danych GUS dotyczących bezrobocia (według metodologii BAEL). W II kw. 2015 roku w grupie 55-64 wynosiło ono 5,3%, a obecnie to już 4%  – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz z Work Service S.A.

Pracownicy 50+ mają doświadczenie i są zaangażowani

Demografia jest nieubłagana – polskie społeczeństwo się starzeje. Wraz z tym procesem będzie nam wzrastać także liczba osób 50+ na rynku pracy. Dzisiejszy poziom życia sprawia, że dobrą kondycję i zdrowie można utrzymać dłużej, przez co poziom aktywności zawodowej osób starszych też się zwiększa. Widać to w danych Eurostatu. W ciągu dekady odsetek zatrudnionych seniorów zwiększył się w Polsce z 28,5% do 47,4%. To drugi największy wzrost w Unii Europejskiej. Na korzyść starszych pracowników przemawia ich wieloletnie doświadczenie na rynku pracy oraz podejście do powierzanych im obowiązków.

Jeżeli spojrzymy na motywację pracodawców, którzy zatrudniają pracowników 50+ to najczęściej podawanym powodem jest ich duże doświadczenie zawodowe, na co wskazuje 32,1% badanych. Dla co piątej firmy decydujące jest ich zaangażowanie w realizację zadań. Co ważne dla przedsiębiorców to fakt, że starsi pracownicy rzadziej zmieniają pracę. Na ten powód wskazało 18,9% badanych. To pokazuje, że firmy wolą stabilną załogę. Warto również zauważyć, że nieco ponad 8% firm zatrudnia osoby 50+, bo nie może znaleźć młodszych pracowników – dodaje Andrzej Kubisiak.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Europejska organizacja biznesu BussinesEurope, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan,  wystosowała list do przewodniczącego Komisji Europejskiej w sprawie scenariuszy rozwoju Unii Europejskiej. Wskazuje w nim ambitne cele dla naszego kontynentu.

Europa stanowi jedno z tych miejsc na świecie, w których się najlepiej żyje, pracuje i prowadzi działania biznesowe. I nie jest to zwykły przypadek. Unia Europejska sprawiła, że europejski sposób życia stał się możliwy.

W liście do Jeana-Clauda Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, BusinessEurope wraz ze wszystkimi swoimi federacjami członkowskimi, napisała że mocno wspiera projekt europejski. Co więcej, byliśmy w czołówce podczas tworzenia projektu europejskiego od samego początku. Szczerze wierzymy, że doskonalenie i dostosowywanie projektu europejskiego jest nieustannym procesem. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Europa musi być miejscem, w którym razem znajdujemy odpowiedzi na wspólne, nurtujące nas problemy.

Biorąc pod uwagę różne scenariusze przedstawione w Białej Księdze Komisji Europejskiej dotyczące przyszłości Europy oraz w kolejnych księgach refleksyjnych, BusinessEurope pracuje nad scenariuszem biznesowym zatytułowanym: „Droga naprzód: wizja biznesu dla przyszłości Unii Europejskiej”.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie mają ambitny cel dla Europy. Uważamy, że aby iść naprzód, musimy skoncentrować się na podstawowych elementach ze scenariusza 4 „robić mniej a bardziej wydajnie” oraz wybranych aspektach scenariusza 5 „robić o wiele więcej razem”, odzwierciedlając perspektywę długoterminową.

Ponadto niektóre elementy scenariusza 3 „ci, którzy chcą więcej, robią więcej” mogłyby zostać wykorzystane jako instrument i proces. Jednakże powinien on mieć charakter wyjątkowy, w pełni uwzględniać zasady Traktatu oraz być otwartym dla wszystkich członków. W żadnym wypadku nie może tworzyć barier, ani też zagrażać właściwemu funkcjonowaniu rynku jednolitego UE ani jego czterem wolnościom.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie zgodnie wyrażają poparcie dla projektu integracji europejskiej w oparciu o wspólne wartości europejskie i są gotowe przyczyniać się do jego ciągłego postępu.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Wynagrodzenie w maju br. wzrosło o  5,4% r/r. – podał GUS. Niższy od oczekiwanego wzrost zatrudnienia o 4,5% r/r potwierdza nadchodzący rynek pracownika, szczególnie w kontekście nadal niskiej aktywności zawodowej Polaków.

Dużym wyzwaniem, z którym będą musieli zmierzyć się pracodawcy w nadchodzących miesiącach będzie znalezienie wystarczającej liczby pracowników sezonowych, których już teraz zaczyna brakować. Obawy są tym bardziej zasadne, że ostatnio Unia Europejska  zniosła wizy dla obywateli Ukrainy. Obecnie wiele firm decyduje się na zatrudnianie naszych wschodnich sąsiadów, szczególnie w sektorach, gdzie brakuje pracowników średniego i niskiego szczebla, czyli w handlu i produkcji. W Polsce zgodnie z szacunkami przebywa ponad 1 milion Ukraińców i są oni znaczącym wsparciem dla polskich firm.  Większość z nich niestety pracuje nielegalnie, a to oznacza nieuczciwą konkurencję na rynku pracy. Dlatego niezwykle ważne są  działania, których skutkiem będzie wzrost transparentności i sprawiedliwe traktowanie wszystkich pracowników. Jest to istotne szczególnie w kontekście możliwości pracy Ukraińców u zachodnich sąsiadów, która na pewno jest atrakcyjną alternatywą. Dlatego zapewnienie równych i przejrzystych warunków zatrudniania obcokrajowców jest szansą dla polskiego rynku pracy, który w niedalekiej przyszłości będzie musiał się zmierzyć z brakiem pracowników.

Komentarz  Jakuba Gontarka, eksperta Konfederacji Lewiatan

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Źródło: MondayNews.pl

Niedawno niemiecki rząd wyraził obawy, że technologie, nad którymi pracowano latami, sukcesywnie przechodzą w ręce Chińczyków. Z kolei, Francuzi sądzą, iż kapitał Państwa Środka zbyt głęboko wchodzi w ich gospodarkę. O zawężeniu współpracy z tymi krajami może świadczyć zwiększona aktywność chińskich inwestorów u nas.

Jak zauważa Bartosz Michalak, prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy, niemiecki rząd wstrzymał chińskie inwestycje w obszarze energetyki i robotyki. Zdaniem eksperta, podjął tę decyzję polityczną po to, aby uchronić dodatnie saldo wymiany handlowej między Niemcami a Chinami. Warto też podkreślić, że nasz zachodni sąsiad jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który posiada w tym zakresie znaczące nadwyżki. Eksportuje on bowiem ponad 20 mld dolarów, przy imporcie 15 mld dolarów. Z drugiej strony, niemiecki biznes chce pozyskiwać zagraniczny kapitał. Przedsiębiorców właściwie nie interesuje to, z jakiego państwa on pochodzi. Oni chcą sprzedawać swoje przedsiębiorstwa, w tym rozwiązania i technologie w jak najlepszych cenach. Ekspert wskazuje więc na sporą rozbieżność pomiędzy interesami politycznymi i prywatnymi Niemców.

– Chińscy przedsiębiorcy głównie wybierają zagraniczne inwestycje, które mają znaczenie dla rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku. W ramach tego projektu, wielu z nich wykazuje ogromną aktywność we wszystkich europejskich państwach. Jeżeli ją ograniczą w Niemczech czy we Francji, to w naturalny sposób zintensyfikują swoje działania w Polsce i w innych krajach UE. Inwestorom będzie wówczas zależało na czasie. Muszą przecież zdążyć z realizacją swoich planów, które wiążą z naszym kontynentem. Ich budżety są rozliczane w typowych dla chińskiej gospodarki, rocznych raportach, w ramach 5-letnich planów rozwoju – mówi Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.

Natomiast, Bartosz Michalak przypomina, że chińskie inwestycje w Europie możemy podzielić na dwa obszary. Jedne należą do spółek Skarbu Państwa i obejmują strategiczne obszary zainteresowania tamtejszego rządu. Przykładem tego był w zeszłym roku największy na świecie projekt inwestycyjny, czyli zakup firmy Syngeta, produkującej nawozy. Jego wartość wyniosła 43 mld dolarów. Drugi typ zaangażowania kapitałowego dotyczy inwestycji realizowanych przez prywatnych przedsiębiorców. Są oni zainteresowani wejściem na rynki globalne, takie jak Unia Europejska. Zależy im także na pozyskaniu nowoczesnych technologii po to, by potem szybko i sprawnie transferować je do Chin.

– Nasze przedsiębiorstwa mogą bardzo skorzystać na ograniczeniu aktywności chińskich inwestorów we Francji i w Niemczech, jeśli wesprze je w tym Ministerstwo Rozwoju. Moim zdaniem, resort powinien przede wszystkim szczegółowo przedstawić, na ile współpraca polskich firm z chińskim biznesem jest zgodna z linią rozwoju strategicznego na najbliższe lata. Dotyczy to zwłaszcza infrastruktury krytycznej, ponieważ Chińczycy chętnie inwestują w energetykę i transport. Następnie wskazane by było, aby rząd wydał oficjalny komunikat na ten temat – zaznacza Mariusz Sperczyński.

Jak wyjaśnia Bartosz Michalak, chińscy inwestorzy raczej nie chcą tworzyć nowych projektów, tzw. greenfield, w Europie i czekać 5-10 lat na ich niepewne efekty. Mając ogromne nadwyżki finansowe, chcą kupować gotowe rozwiązania, technologię, wiedzę i rozpoznawalne brandy. Największe wrażenie robią na nich mocne marki francuskie oraz niemieckie. Dlatego, firmy z ChRL w dalszym ciągu będą chciały w nie inwestować. Przedsiębiorcy z Państwa Środka są głównie zainteresowani firmami o zaawansowanych technologiach, m.in. w obszarze chemii, robotyki, produkcji i nowoczesnych materiałów. Zamierzają przenieść je na swój potężny rynek. Pamiętajmy o tym, że w Chinach żyje ponad 1 mld 300 mln ludzi, czyli 2 razy więcej, niż w całej UE. Wykorzystanie rozwiązań, sprawdzonych na mniejszej skali, ma prowadzić do niesamowitego rozwoju biznesu na dużo większym obszarze.

– Polskie przedsiębiorstwa z obszarów infrastruktury mogłyby skorzystać na chińskim kapitale, podobnie jak do tej pory firmy niemieckie czy francuskie. Oczywiście rozpoczęcie międzynarodowej współpracy, w zakresie Nowego Jedwabnego Szlaku, może też zawierać element ryzyka, jak każda podejmowana działalność. Wobec czego, Polacy oczekują jasnej odpowiedzi na pytanie, czy rząd będzie wspierał ich kooperację z Chińczykami. Jeżeli Ministerstwo Rozwoju uzna na przykład, że prowadziłoby to do uzależnienia krajowej gospodarki od interesów Państwa Środka, to polscy przedsiębiorcy powinni zostać już o tym powiadomieni – uważa Mariusz Sperczyński.

Tymczasem prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy przypomina, że w Polsce mamy również ciekawe firmy, które odgrywają znaczącą rolę w kraju oraz regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak do tej pory nie były jeszcze zaangażowane w globalną ekspansję. Właśnie dlatego Chińczycy wolą najpierw sięgnąć po rozwiązania z Europy Zachodniej, które są już rozpoznawalne na całym świecie. Nasze firmy, poszukujące kapitału i inwestora strategicznego, powinny przede wszystkim pokazać, że ich sukces w rodzimym kraju może być przeniesiony do Azji i tam przeskalowany. To jest bardzo ważne dla inwestorów z Chin.

– Chcąc zachęcić Chińczyków do inwestowania w naszym kraju, podobnie jak we Francji czy w Niemczech, trzeba ich do nas stale zapraszać i pokazywać im nasz potencjał. Spotkania polskich przedsiębiorców ze stroną chińską odbywają się zdecydowanie zbyt rzadko. Natomiast, właśnie bezpośrednie rozmowy na polskim gruncie dają największe szanse na sukces, zarówno tym, którzy chcą sprzedawać swoje produkty, usługi, jak i dosłownie całe biznesy. Oczywiście taka wizyta musi być doskonale zorganizowana i dość dobrze przemyślana. Wymaga też inwestycji sporych środków finansowych – przyznaje Mariusz Sperczyński.

Z kolei, Bartosz Michalak stwierdza, że każdy z krajów Unii Europejskiej ma różne doświadczenia we współpracy z Chińczykami. Dotyczą one m.in. nieudanych przejęć firm przez tamtejszy kapitał. I właśnie to ryzyko należy mieć szczególnie na uwadze. Trzeba pamiętać o tym, że przedsiębiorcy z Państwa Środka dopiero uczą się wchodzenia na obce rynki. W latach 90. ubiegłego wieku preferowali zakup udziałów mniejszościowych, korzystanie z licencji na określone technologie oraz współpracę na zasadzie wspólnych projektów, tzw. joint-venture. Po 2000 roku chiński rząd w obawie, iż ich firmy na zawsze pozostaną tylko podwykonawcami, postanowił zmienić politykę. Odtąd Chińczycy zaczęli przejmować całe przedsiębiorstwa i sprawować nad nimi pełną kontrolę. Prowadzący z nimi interesy, Polacy powinni być świadomi zarówno ich mocnych, jak i słabych stron.

– Oficjalne stanowisko rządu pomogłoby naszym przedsiębiorcom w podejmowaniu bardziej śmiałych decyzji biznesowych. Dotychczas otrzymali oni już wiele interesujących ofert od chińskich inwestorów i przeprowadzili z nimi mnóstwo rozmów, które obecnie niestety pozostają w zawieszeniu. Wszyscy obserwujemy to, co się dzieje we Francji czy w Niemczech. I widzimy, że w tamtych krajach dyskusja polityków i biznesmenów na temat współpracy z Chińczykami weszła w kolejną fazę. A my cały czas jeszcze nie znamy strategii działania swojego rządu – ubolewa szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.

Jak podsumowuje Bartosz Michalak, chcąc wykorzystać to, że Francuzi i Niemcy w części rezygnują z chińskiego kapitału, Polska musi w jasny sposób określić, w jakich obszarach chce współpracować z Państwem Środka. Zarówno nasz rząd, jak i rodzimi przedsiębiorcy powinni przedstawiać konkretne oczekiwania Chińczykom. Wiadomo, że oni chcieliby u nas budować kolej szybkich prędkości. Ostatnio dużo mówi się też o chińskim zaangażowaniu w pomysł centralnego lotniska, modernizację portów morskich czy rozbudowę żeglugi śródlądowej. Natomiast, polskim firmom zależy na ekspansji na rynek chiński. W przypadku eksportu, obszarem o znacznym potencjale rozwoju jest sprzedaż towarów za pośrednictwem Internetu, czyli e-commerce. Choć nasze interesy wydają się rozbieżne, możemy znaleźć wspólną płaszczyznę do tego, by oba kraje rozszerzały wymianę handlową.

 

Źródło: MondayNews.pl

Polska znajduje się w czołówce państw Unii Europejskiej pod względem odsetka gospodarstw domowych zamieszkujących z dziećmi.

Z opublikowanych w 2015 r. badań Eurostatu wynika, że w 38,4 proc. gospodarstw domowych w Polsce znajduje się co najmniej jedno dziecko. To znacznie większy odsetek niż średnia dla Unii Europejskiej, która wynosi 29,8 proc. Polska plasuje się pod tym względem w ścisłej czołówce Europy ustępując miejsca tylko Cyprowi (38,9 proc.) oraz Irlandii (41,5 proc.). Wśród państw spoza Unii Europejskiej wyższe statystyki mają też Macedonia (49,4 proc.) i Turcja (54,3 proc.). Średnią europejską zaniżają natomiast Szwedzi i Niemcy (poniżej 22 proc.). – Unia Europejska na potrzeby badań definiuje „dziecko” jako członka gospodarstwa domowego w wieku poniżej 25 lat, całkowicie zależnego finansowo od innych dorosłych członków gospodarstwa domowego, mówi Marcin Jańczuk z sieci biur nieruchomości Metrohouse. – Jednak mimo to, nasz kraj wyróżnia się w tych statystykach, co powinno dać wiele do myślenia całej branży nieruchomości –od architektów, projektantów aż do deweloperów.

Co jest ważne dla rodzin?

Rodziny posiadające dzieci są bardzo atrakcyjną grupą klientów dla deweloperów. Są jednak dość wymagającymi nabywcami. Poza tak istotnymi czynnikami jak cena, lokalizacja i standard inwestycji poszukują rozwiązań, które sprawią, że ich dzieci będą mieć zapewnioną co najmniej bezpieczną aktywność na pobliskim placu zabaw. – Z przeprowadzonych niegdyś w Metrohouse badań ankietowych wynikało, że rodzice pytają doradców o bliskość szkół i przedszkoli, ale także o place zabaw, windę, czy pomieszczenia takie jak wózkownia, mówi Marcin Jańczuk z Metrohouse. Z kolei 58 proc. ankietowanych deweloperów przyznało, że jeżeli klientem jest osoba posiadająca już dziecko, w wyborze inwestycji kieruje się także udogodnieniami dla dzieci. Prawie wszyscy deweloperzy twierdzą, że takie udogodnienia można spotkać na budowanych przez nie osiedlach. Rzeczywistość jest jednak nieco inna. Jak wynika z danych portalu RynekPierwotny.pl, w zależności od województwa, tylko od 30 do 50 proc. inwestycji posiada własny plac zabaw.

Nie tylko mieszkania

Wraz z powiększaniem się rodzin pojawia się pytanie o zakup większego lokum. W największych polskich miastach zakup domu wolnostojącego pozostaje poza zasięgiem portfela większości rodzin, ale w sukurs przychodzą inne rozwiązania. Coraz popularniejszym kompromisem dla rodzin stają się segmenty pod miastem, których ceny mogą śmiało konkurować z kosztami jakie należałoby ponieść kupując duże 3-4 pokojowe mieszkanie w mieście. W zeszłorocznej ankiecie Metrohouse przeprowadzonej przez klientów posiadających dzieci 63 proc. ankietowanych odpowiedziało, że najkorzystniejszą lokalizacją dla rodzin są obrzeża miast. – Przykładowo, w promieniu 40 km od centrum Warszawy można kupić nowy segment w cenie do 500 tys. zł. podczas gdy w stolicy taka kwota wystarczy na niewiele więcej niż 60 m kw. mieszkania, mówi Marcin Jańczuk. Lokalni przedsiębiorcy budujący tego rodzaju inwestycje zdają sobie sprawę z tych dysproporcji i silnie zabiegają o rodziny. Ma to odzwierciedlenie w prowadzonych działaniach marketingowych, które są ukierunkowane właśnie do tej grupy potencjalnych nabywców.

 

Źródło: Metrohouse

Osoby obsługujące roboty autonomiczne nie mają w praktyce większych szans na udowodnienie, że przyczyną powstałej szkody było wadliwe działanie maszyny. W związku z tym, że użytkownik nie może ingerować w jego konstrukcję i co więcej w oprogramowanie, trzeba pilnie wprowadzić do przepisów domniemanie winy wytwórców.

Niedawno Unia Europejska podjęła rezolucję, która zachęca organy wspólnoty i państwa członkowskie do uregulowania kwestii dotyczących odpowiedzialności za szkody, wyrządzane przez roboty. Jak zauważa ekspert z Kancelarii Gajek i Wspólnicy, roboty są obecne w życiu człowieka już od lat 80. XX wieku. Jednak, współcześnie pełnią one niezwykle ważne funkcje w najbliższym otoczeniu konsumenta, a także zastępują ludzi w wykonywaniu wysoce odpowiedzialnych zadań. Dlatego, nadszedł czas, aby poważnie zweryfikować, czy dotychczasowe przepisy są adekwatne do aktualnego stanu rozwoju techniki i sposobu używania maszyn.

– Obecnie obowiązujące przepisy w UE i państwach członkowskich przewidują odpowiedzialność za szkody, wyrządzone przez roboty, na zasadzie winy. Wyjątkiem jest odpowiedzialność w zakresie ryzyka przedsiębiorców, np. za działanie dronów, lub posiadaczy pojazdów komunikacyjnych. Generalnie za maszynę odpowiada ten, kto ją wykorzystuje. Jednak problem pojawia się wtedy, gdy mamy do czynienia z urządzeniami działającymi autonomicznie. Wówczas wpływ użytkowników na sposób ich funkcjonowania jest dość niewielki bądź żaden. W tym wypadku należy rozważyć, czy istniejące regulacje są adekwatne i słuszne – zwraca uwagę Marek Gajek.

Główny ciężar odpowiedzialności za szkody, wyrządzone przez roboty autonomiczne, właściwie powinien spoczywać na producentach tych maszyn, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z urządzeniami przeznaczonymi dla konsumentów. W typowych przypadkach, użytkownicy nie mają możliwości jakiejkolwiek ingerencji w oprogramowanie, które steruje działaniem maszyn. Jest ono przypisane do nich na stałe. Ekspert podkreśla, że przepisy w tym zakresie są zbyt lakoniczne i pozostawiają bardzo szerokie pole do interpretacji. Trzeba więc je doprecyzować, wskazując, kto i w jakich konkretnie przypadkach może być winny za wystąpienie określonych zdarzeń.

– Jeśli szkoda jest spowodowana wadą samego urządzenia, w tym m.in. awarią systemu, odpowiedzialność za nieszczęśliwe zdarzenie powinien ponosić wyłącznie producent, chyba że wynika to z wydania błędnej komendy. Ale przeciętny użytkownik nie jest w stanie udowodnić przed wymiarem sprawiedliwości, że niewłaściwe działanie maszyny wywołał np. błąd programu, a nie jego polecenie. Pomijając nawet potrzebę posiadania fachowej wiedzy, szczegóły dotyczące działania robotów definiowane są zazwyczaj w ich oprogramowaniu. Jego kody nie są powszechnie udostępniane, lecz chronione prawem autorskim i stanowią tajemnicę producentów – stwierdza Marek Gajek.

Jak zaznacza Arbiter Sądu Arbitrażowego przy Krajowej Radzie Gospodarczej, wysokość odszkodowań ww. przypadkach nie jest limitowana. W celu zabezpieczenia użytkowników robotów, należy więc wprowadzić w przepisach prawa, np. w kodeksie cywilnym, ustawowe domniemanie winy producentów lub podmiotów wprowadzających urządzenia do sprzedaży. Mogliby oni, po przeprowadzeniu odpowiednich badań i wykazaniu dowodów, w oparciu o dostępne im zasoby oraz wiedzę techniczną, ewentualnie oczyścić się z zarzutu. Wykazaliby wówczas, że szkoda jest zawiniona przez użytkownika.

– Należy pamiętać też o tym, że sterowanie urządzeniem autonomicznym może zostać przejęte przez osobę nieupoważnioną. Haker ma wówczas szansę na wykorzystanie robota do celów własnych lub swojego zleceniodawcy. Jeżeli jego działanie wyrządzi szkodę innym osobom, bądź doprowadzi do zniszczenia samego sprzętu, to absolutnie nie powinna za to odpowiadać zaatakowana obsługa. W obecnych czasach przepisy muszą już przewidywać tego typu niebezpieczeństwa oraz chronić przed odpowiedzialnością użytkowników robotów, nieposiadających wymaganych zabezpieczeń. W tym zakresie również można wprowadzać domniemania prawne – sugeruje Marek Gajek.

Udowodnienie ataku hackerskiego często nie jest łatwe, więc należy wymagać od producentów, aby roboty miały możliwość odtworzenia wprowadzanych komend oraz ich źródeł. W tym celu powinny być obowiązkowo montowane tzw. „czarne skrzynki”. Dotyczy to zwłaszcza komercyjnych dronów i pojazdów komunikacyjnych. Jak podkreśla ekspert z Kancelarii Gajek i Wspólnicy, chodzi przede wszystkim o zapewnienie odpowiedniej ochrony prawnej osobom obsługującym roboty, które obecnie stały się szczególnie narażone na cyberataki.

–  Teoretycznie każdy użytkownik robota może ubezpieczyć się od wyrządzonych przez niego szkód. Jeżeli jednak maszyny, będą powodowały zbyt wiele zniszczeń, to tego typu ubezpieczenia staną się wysoce kosztowne. Ponadto, ubezpieczyciele mogą stosować dodatkowe ograniczenia w polisach lub nawet przestać oferować takie usługi. Jeśli do tego dojdzie, to racjonalne okaże się wprowadzenie obowiązkowych ubezpieczeń lub utworzenie funduszu odszkodowawczego, np. na wzór polskiego Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Składki odprowadzaliby producenci lub sprzedawcy robotów. Pokrywałby one co najmniej szkody powstałe z tzw. przyczyn nieustalonych – przewiduje Marek Gajek.

 

Źródło: mondaynews.pl

Eksperci

Gontarek: Trzy dobre pomysły KE jak rozwijać kompetencje cyfrowe

15 stycznia Komisja Europejska przyjęła nowe inicjatywy mające na celu poprawę kluczowych kompetencj...

Grejner: Koniec silnego złotego może być bliski

Chociaż polska gospodarka utrzymuje się w znakomitej kondycji, na wzrost wartości złotego wpływają p...

Bugaj: Dobre złego początki

Jedno ze słynnych powiedzeń Warrena Buffetta głosi, że inwestorzy powinni być bojaźliwi, gdy inni są...

Kowalski: Interpretacja MF w sprawie VAT rozstrzyga wątpliwości prawne

Interpretacja ogólna Ministra Finansów w sprawie VAT od usług ściśle związanych z profilaktyką, zach...

Przasnyski: Rozbieżne prognozy dla stóp procentowych

Środowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej z pewnością nie przyniesie zmiany stóp procentowych, a ...

AKTUALNOŚCI

Gdańskie lotnisko obsłużyło pół miliona pasażerów

W 2017 roku Port Lotniczy Gdańsk im. Lecha Wałęsy obsłużył 4.611.714 pasażerów, co oznacza wzrost na...

GUS przygotował informacje o polskich seniorach

Prawie jedna czwarta ludności Polski to osoby po sześćdziesiątym roku życia. Przeciętne świadczenie ...

Mieszkanie plus priorytetem. Rząd „zmieni otoczenie prawne dla inwestycji”

Program Mieszkanie plus będzie priorytetem rządu na najbliższe miesiące - mówił w piątek minister in...

Odpowiedź Apple po fali krytyki

Szef koncernu Apple, Tim Cook, zapowiedział,  że nowa aktualizacja systemu operacyjnego iOS 11 pozwo...

W Polsce powstanie elektrownia jądrowa

Elektrownia jądrowa będzie w Polsce budowana – to jest mój pogląd i ja go podtrzymuję - powiedział  ...