poniedziałek, Wrzesień 24, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "Unia Europejska"

Unia Europejska

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w swoim dorocznym przemówieniu do Parlamentu Europejskiego o stanie UE mówił o najważniejszych dokonaniach, ale także wyzwaniach dla Europy.

– Utrzymanie jedności państw członkowskich w związku z negocjacjami Brexitu, w okresie znaczących podziałów w ramach UE, to niewątpliwy sukces Komisji. Jest nim także wyraźny postęp w dziedzinie wspólnej polityki obronnej, czyli wdrażanie mechanizmu stałej współpracy strukturalnej w obszarze bezpieczeństwa i obronności (PESCO) oraz powołanie Europejskiego Funduszu Obronnego, który powinien znacząco zwiększyć integrację państw członkowskich, stanowiąc konkretną zachętę do współdziałania – mówi Kinga Grafa, dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

– W przemówieniu zabrakło mi podkreślenia wagi i sukcesów dotychczasowej polityki spójności, co sprawia, że w kontekście zaproponowanych przez Komisję Europejską cięć w tym obszarze w Wieloletnich Ramach Finansowych na lata 2021-2027, mówienie o zakopywaniu podziału na Wschód i Zachód Europy pozostaje pustym sloganem. Zabrakło także odniesienia się do dyskutowanych obecnie reform w strefie euro, poza mglistą zapowiedzią zrobienia z euro pierwszej globalnej waluty. Pozytywnym aspektem przemówienia jest natomiast ambicja ustanawiania przez Europę globalnych standardów dotyczących rozwijania sztucznej inteligencji oraz dostrzeżenie w Afryce partnera, a nie tylko biorcy pomocy humanitarnej – dodaje Adam Dorywalski, ekspert w biurze Lewiatana w Brukseli.

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker na początku wystąpienia wyraźnie zaznaczył, że potrzebujemy silnej i zjednoczonej Europy oraz musimy skutecznie bronić osiągnięć UE, która pozostaje gwarantem pokoju i stabilności na kontynencie. Sytuacja gospodarcza wyraźnie się poprawiła, o czym świadczy, że od 2014 r. powstało 12 mln nowych miejsc pracy w UE, a za wzór wychodzenia z kryzysu postawił Grecję. Zwrócił jednak także uwagę na to, że bezrobocie wśród młodych pozostaje nadal zbyt wysokie.
Pokreślone zostało również wyraźnie, że firmy powinny płacić podatki tam, gdzie wypracowują zyski oraz to, że konkluzje z Goeteborga w sprawie polityki społecznej powinny zostać sprawnie przyjęte. Ważne jest również, aby Europa ustanawiała globalne standardy np. w kwestiach związanych ze sztuczną inteligencją.

Juncker chwalił się także osiągnięciami wspólnej polityki handlowej, tym że udało mu się powstrzymać Trumpa przed wywołaniem wojny handlowej z UE, a także podkreślił wagę sfinalizowania tak szybko jak to tylko możliwe umowy o wolnym handlu z Japonią.

Juncker stwierdził ponadto, że euro, które jest wielkim osiągnięciem, powinno stać się globalną walutą i aby to osiągnąć firmy europejskie powinny zaprzestać handlu w dolarach i przejść na euro. Jeszcze przed końcem bieżącego roku Komisja przedstawi konkretną propozycję w tej sprawie. Ponadto Komisja zaproponuje zniesienie zasady jednomyślności i wprowadzenie głosowania większością kwalifikowaną w niektórych sprawach związanych z unijną polityką zagraniczną i podatkami. W przemówieniu dużo uwagi zostało także poświęcone Afryce, która potrzebuje nie tylko akcji charytatywnych, ale także inwestycji i prawdziwego partnerstwa.

Przewodniczący KE zwrócił uwagę, że UE poradziła sobie z kryzysem migracyjnym, o czym świadczy spadek o 97% liczby uchodźców dostających się do Europy przez Morze Śródziemne, jednak zauważył, że potrzebujemy większej solidarności w polityce migracyjnej, zachowania strefy Schengen oraz legalnej imigracji dla pracowników wykwalifikowanych. Jeszcze dzisiaj przedstawiona zostanie konkretna propozycja Komisji ws. wzmocnienia zewnętrznych granic UE.

Juncker mówił także o zakopaniu podziału na Wschód-Zachód Europy. W sprawie Brexitu natomiast stwierdził, że wychodząc z UE Wielka Brytania nie może pozostać częścią wspólnego rynku, co nie zmienia faktu, że nie stanie się ona nigdy dla UE zwykłym państwem trzecim. Komisja Europejska w pełni popiera zawarcie umowy o wolnym handlu z Wielką Brytanią w przyszłości.

W kontekście przyszłorocznych wyborów do Parlamentu Europejskiego, Juncker obiecał natychmiastowe przedstawienie propozycji w jaki sposób chronić nasz system wyborczy przed ingerencją państw trzecich oraz wyraził nadzieję na powstanie list ponadnarodowych do wyborów w 2024 r.

Juncker mówił także o wartościach europejskich, stwierdzając, że demokracja nie może funkcjonować bez wolnej prasy i art. 7 musi być stosowany gdy jakieś państwo członkowskie narusza zasadę praworządności, a działania wiceszefa Komisji Timmermansa cieszą się jego pełnym poparciem. Wyraźnie podkreślił także, że UE jest wspólnotą opartą na szacunku wobec prawa i nie respektowanie wyroków Trybunału UE nie wchodzi w grę.
Jak zauważył, Europa powinna powiedzieć „nie” niezdrowemu nacjonalizmowi, a „tak” oświeconemu patriotyzmowi: „Patriotyzm jest cnotą, niekontrolowany nacjonalizm jest podszyty zarówno trucizną, jak i podstępem”.

żródło: Konfederacja Lewiatan

Jak informuje TVN24 w rozmowie z Maciejem Wrońskim z Partnerstwa Dla Bezpieczeństwa Drogowego, Komisja Europejska rozważa wprowadzenie we wszystkich nowych samochodach, ograniczenie prędkości do 150 km/h. Dla Wrońskiego jest to kolejna biurokratyczna idea. Głosy polskich kierowców są podzielone.

Klienci nowych aut mogą obawiać się bardzo restrykcyjnych przepisów – nie rozpędzą się więcej, niż 150 km/h – obroty silnika bowiem zablokuje czujnik.  Andrzej Adamczyk,  Minister Infrastruktury zaś w rozmowie z TCN 24 odpowiada, że nie wie, czy takie rozwiązania przyczynią się do zwiększenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym. Według danych Komendy Głównej Policji, główną przyczyną wypadków na drogach, jest niedostosowanie prędkości do warunków na drodze, później niezachowanie odległości między pojazdami, zmęczenie i zaśniecie  czy nieprawidłowa zmiana pasu.

MS, źródło: TVN24

 

Jak informuje nas Eurostat, praca z domu nie jest jeszcze popularna w Unii Europejskiej. Z home-office w 2017 r. korzystało zaledwie 5% pracowników bądź osób posiadających własną działalność. Najwięcej takich przypadków odnotowano w Niderlandach (13,7%), w Luksemburgu (12,7%) i Finlandii ( 12,3%), a najmniej w Bułgarii (0,3%) i Rumunii (0,4%). Praca w domu była nieco bardziej powszechna w strefie euro (5,7% zatrudnionych) niż w całej UE.

Odsetek osób zatrudnionych w UE, którzy sporadycznie pracują w domu, systematycznie wzrastał przez lata, z 7,7% w 2008 r. do 9,6% w 2017 r..

Źródło: Eurostat

 

W UE w domu pracują zwykle osoby prowadzące własną działalność (18,1%), aniżeli standardowi pracownicy (2,8%). Dotyczyło to wszystkich państw członkowskich. Co ważne, w generalnym obrachunku z domu pracuje więcej kobiet niż mężczyzn (stosunek 5,3% do 4,7%), choć zauważalne są wyjątki. Dla przykładu w Holandii z home-office korzysta 14,7% mężczyzn w porównaniu do 12,6% kobiet, a w Danii 9,5% w porównaniu do 7,6%.

Praca w domu staje się coraz popularniejsza wśród starszych

Wraz z wiekiem wzrasta popularność pracy w domu. Tylko 1,6% osób w wieku 15-24 lat w UE zazwyczaj pracowało w domu w (dane z 2017 r.), a już 4,7% stanowiły osoby starsze w wieku 25-49 lat. Duży wzrost zainteresowaniem home-office odnotowano wśród najstarszych pracowników, tj. 50-64 lat (6,4%).

Najwyższy odsetek osób w wieku 15-24 lat, które regularnie pracowały w domu, odnotowano w Luksemburgu (10,4%). W przypadku pozostałych kategorii wiekowych najwyższe miejsce zajęła Holandia (14,8% osób w wieku 25-49 lat i 16,6% osób w wieku 50-64 lata), a następnie Finlandia (13,1% osób w wieku 25-49 lat i 13,6% 50-64-latkowie).

Magda Strzykalska, Eurostat

 Unijni ministrowie 27 państw pozostających we Wspólnocie zadecydowali 23 marca br., że okres przejściowy dla Wielkiej Brytanii po jej oficjalnym wyjściu z Unii Europejskiej w marcu 2019 roku powinnien potrwać do końca 2020 roku.

Wielka Brytania i UE uzgodniły warunki okresu przejściowego po Brexicie (ma trwać ok. dwóch lat), co ma pozwolić obywatelom i firmom na przygotowanie się do funkcjonowania w nowych warunkach.

Zawarte porozumienie jest korzystne dla obywateli UE, którzy migrują na wyspy, w tym dla Polaków, bo zakłada, że w okresie przejściowym będą nabywać te same prawa, które mają osoby przybyłe jeszcze przed Brexitem.

Emma Marcegaglia, prezydent BusinessEurope, powiedziała:
„Po wielu miesiącach niedużych postępów w negocjacjach rzucających cień niepewności na biznes, z zadowoleniem przyjmujemy fakt, że obie strony zgadzają się na okres przejściowy po opuszczeniu UE przez Wielką Brytanię w marcu 2019 r. Było to od dawna prośbą biznesu, ponieważ firmy potrzebują czasu na przygotowanie i dostosowanie się do sytuacji po Brexicie. Rozwiązanie „status quo” z Wielką Brytanią pozostającą w unii celnej i jednolitym rynku z wszystkimi odpowiednimi prawami i obowiązkami wynikającymi z dorobku prawnego UE w okresie przejściowym jest najlepszą opcją. Po pierwsze zapewnia przedsiębiorstwom i obywatelom niezbędny czas na dostosowanie; po drugie, zapewnia większą pewność i przewidywalność; i po trzecie, powinno utrzymać równe szanse dla firm. ”

Chociaż negocjacje nad porozumieniem ws. umowy o wyjściu będą kontynuowane, a trzeba pamiętać, że nic nie jest uzgodnione, dopóki wszystko nie zostanie uzgodnione, Rada Europejska przyjęła również wytyczne mające na celu otwarcie negocjacji w sprawie przyszłych stosunków między UE a Wielką Brytanią.

„Na tym etapie nie wiemy, jak będą wyglądać przyszłe relacje między UE a Wielką Brytanią i dopóki nie osiągniemy porozumienia, nie można wykluczyć scenariusza” na krawędzi urwiska” (z ang. „cliff edge”). Jednak przyjęcie wytycznych jest krokiem we właściwym kierunku – zapewnia większą przewidywalność dla firm i otwiera drogę do negocjacji. „

KE przedstawia różne warianty nowego, długoterminowego budżetu UE, który ma umożliwić realizację priorytetów po 2020 roku. W dokumencie KE jest też analiza skutków finansowych poszczególnych wariantów.

„Jest to również chwila na to, by rozważyć związek między finansowaniem ze środków UE i tym, jak wzmocnić poszanowanie podstawowych wartości UE. Każdy taki mechanizm musiałby być przejrzysty, proporcjonalny i prawnie niepodważalny” – czytamy w dokumencie KE.

Wśród kwestii, które KE chce przedstawić przywódcom do rozstrzygnięcia, ma być sprawa łączenia dostępu do środków unijnych z przestrzeganiem praworządności w państwach członkowskich UE.

Każdego roku w Polsce powstaje minimum 10 mln ton odpadów komunalnych, z czego aż 4 mln trafia na składowiska jako zmarnowane źródło zielonej energii. W tym samym czasie, w krajach Europy Zachodniej składowaniu ulega niecałe 10 proc. śmieci, a od 30 do 60 proc. z nich zostaje przekształconych termicznie. Czy Polska ma szanse dogonić europejskich liderów w odzysku energii z odpadów komunalnych?

Unia Europejska zobowiązała wszystkie samorządy w Polsce, by do 2020 roku liczba odpadów generowanych na ich terenie była składowana na poziomie 35 a nie dotychczasowych 50 procent. Jak pokazują przykłady rozwiniętych krajów Europy Zachodniej poziom ten jest realny do osiągnięcia, gdyż w państwach takich jak: Szwajcaria, Austria, Holandia, Niemcy czy Szwecja, składowaniu ulega zaledwie 8 proc. śmieci, a pozostała przeważająca część zostaje skierowana do odzysku. Nie wszystkie odpady można jednak poddać recyklingowi, czyli odzyskiwaniu surowców wtórnych i ich ponownemu przetworzeniu w procesie produkcyjnym. Śmieci, które nie nadają się do tego rodzaju obróbki, przekształca się w specjalnych instalacjach odzysku termicznego, zwanych potocznie spalarniami.

– Co roku, do Instalacji Termicznego Przekształcania Odpadów Komunalnych w Poznaniu trafia i przez najbliższe 25 lat będzie trafiać aż 210 tys. ton odpadów, z których potrafimy odzyskać 300 tys. GJ energii cieplnej i wytworzyć 128 tys. MWh energii elektrycznej. Taka ilość energii swobodnie zaspokoi potrzeby energetyczne, jeśli chodzi o ciepło i prąd, nawet 30-tysięcznego miasteczka czy osiedla mieszkaniowego – komentuje Szymon Cegielski, dyrektor kontraktu w Instalacji Termicznego Przekształcania Opadów Komunalnych w Poznaniu

W wielu krajach Unii Europejskiej przekształcaniu termicznemu ulega 30-60 proc. odpadów komunalnych. Natomiast w Polsce do niedawna istniała tylko jedna spalarnia. Sytuacja ma się jednak zmienić do 2020 roku, kiedy to najprawdopodobniej będzie funkcjonować aż dziesięć takich instalacji. Wbrew powszechnemu wyobrażeniu, powstanie kolejnych spalarni nie przyczyni się do jeszcze większego zanieczyszczenia powietrza w Polsce. Dzięki wykorzystaniu najbardziej efektywnych i zaawansowanych  technologii oraz specjalistycznego systemu oczyszczania spalin, obiekty takie jak ITPOK w Poznaniu są całkowicie bezpieczne dla mieszkańców i środowiska.

– Prowadzimy intensywne działania edukacyjne by pokazać, że powszechne wyobrażenie o tym, czym jest spalarnia to mit. Dzieci, młodzież oraz wszyscy, którzy chcą odwiedzić naszą instalację, mogą zobaczyć jak pracuje taki obiekt i przekonać się, że jest miejscem czystym, bezpiecznym i służącym środowisku. Z kominów spalarni wydobywa się powietrze czystsze niż przy niejednej ruchliwej ulicy. Wszelkie zanieczyszczenia wyłapują na bieżąco filtry, których skuteczność jest obłożona bardzo restrykcyjnymi normami – tłumaczy Szymon Cegielski.

Najwięcej odpadów – w przeliczeniu na jednego mieszkańca – w UE wytwarzają Duńczycy (777 kg rocznie na osobę), Maltańczycy (647 kg), Cypryjczycy (640 kg), Niemcy (626 kg) i Luksemburczycy (614 kg. Najmniej – Polacy (307 kg) i Rumuni (261 kg).

Takie dane podał właśnie unijny urząd statystyczny – Eurostat. Według nich obywatel UE „produkuje” przeciętnie 450 kg śmieci rocznie, co oznacza, że Polska w tej kategorii mieści się znacząco poniżej unijnej średniej. Jesteśmy też lepsi od naszych południowych sąsiadów. W Czechach na jednego mieszkańca przypada bowiem 339 kg odpadów rocznie, a na Słowacji – 348 kg. Eurostat zastrzega przy tym, że kraje członkowskie w różny sposób zbierają i podają dane na ten temat, co może trochę zniekształcać wyżej nakreślony obraz.

Z informacji Eurostatu wynika też, że ilość wytwarzanych śmieci w UE sukcesywnie spada. W 2002 r. unijna średnia na 1 mieszkańca wynosiła 527 kg rocznie. Dziś jest to 9 proc. mniej.

Poprawia się też wskaźnik, pokazujący udział odpadów komunalnych, które są odzyskiwane jako surowce wtórne (recykling) lub kompostowane. Obecnie wynosi on w UE aż 47 proc. (z czego 30 proc. to recycling, a 17 proc. – kompostowanie), podczas gdy jeszcze w 1995 r. sięgał zaledwie 17 proc.

Unijnymi mistrzami recyklingu są Niemcy, którzy odzyskują i kompostują aż 66 proc. odpadów komunalnych. Kolejni są Austriacy – 59 proc., Belgowie – 54 proc., Holendrzy -53 proc. i Włosi – 51 proc.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

W Komisji Zasobów Naturalnych (NAT) Komitetu Regionów UE trwają obecnie prace nad przeglądem strategii leśnej Unii Europejskiej. Jak podkreślono w dokumencie roboczym, który stanowi punkt wyjścia do wydawanej przez Komitet Regionów opinii, strategia leśna UE musi być kompleksowa. Nadal powinna też – w ocenie samorządowców – opierać się na wielofunkcyjności lasów i na ich wieloaspektowym wpływie społeczno-gospodarczym.

W Unii Europejskiej kompetencje w zakresie kwestii związanych z leśnictwem należą do państw członkowskich. W kilku dziedzinach mających wpływ na obszary leśne i ich wykorzystanie Unia Europejska ma jednak wyłączne kompetencje lub dzielone z państwami członkowskimi, regionami i społecznościami lokalnymi, a także organizacjami międzynarodowymi. Do dziedzin tych należą w szczególności polityka handlowa, polityka rolna, polityka ochrony środowiska, polityka rozwoju i wdrażanie międzynarodowych porozumień w sprawie zmian klimatu.

Spowodowało to konieczność zapewnienia na szczeblu UE koordynacji polityk UE mających wpływ na kwestie związane z leśnictwem oraz oceny skutków globalnych zobowiązań UE w zakresie zrównoważonego wykorzystania lasów. „Strategia leśna jest dobrym narzędziem koordynacji na szczeblu UE. Powinna uwzględniać wspólne cele państw członkowskich oraz różnice między nimi” – podkreślono w dokumencie Komitetu Regionów.

Lasy pokrywają 43 proc. powierzchni lądowej państw członkowskich UE. Na powierzchnię tę składają się bardzo zróżnicowane lasy, zarówno pod względem rodzaju, jak i możliwości korzystania z nich. „Ponad 60 proc. tych lasów znajduje się w rękach prywatnych, zaś pozostała część pozostaje własnością publiczną na różnych poziomach. Własność władz lokalnych i regionalnych to trzecia najczęstsza forma własności lasów w Europie” – zaznaczono.

Według autorów dokumentu, jako że władze lokalne i regionalne mogą być właścicielami lasów, mogą również zarządzać lasami i wdrażać przepisy ich dotyczące, mają doświadczenie i fachową wiedzę w tej dziedzinie.

 

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Komisja Ochrony Środowiska Naturalnego, Zdrowia i Bezpieczeństwa Żywności PE (ENVI) podda jutro pod głosowanie propozycje Komisji Europejskiej w sprawie ustalenia jednolitego dopuszczalnego poziomu bisfenolu (BPA) w materiałach przeznaczonych do kontaktu z żywnością na poziomie 0,05mg/kg.

Projekt rezolucji komisji ENVI sprzeciwia się propozycji Komisji Europejskiej i wzywa do wprowadzenia całkowitego zakazu BPA w produktach używanych kontakcie z żywnością (projekt w załączniku).

Już wcześniej, w 2016 roku, Parlament Europejski wzywał Komisję do wprowadzenia całkowitego zakazu używania BPA w takich materiałach w raporcie z własnej inicjatywy.

Na szczycie UE przywódcy państw dyskutowali o przyszłości unii gospodarczej i walutowej (UGW) oraz o unii bankowej.

W opublikowanej agendzie spotkania przywódcy wyraźnie podkreślili, że najważniejsze jest dopięcie tzw. unii bankowej, a dokładnie jej drugiego i trzeciego filaru. Pierwszy, który już obowiązuje polegał na wzmocnieniu roli Europejskiego Banku Centralnego nadzorującego największe unijne instytucje finansowe. Brak znaczących postępów w tej dziedzinie sprawi bowiem, że bardzo trudno będzie oczekiwać postępów w odniesieniu do ambitniejszych propozycji. W związku z tym przywódcy dyskutowali o konieczności uruchomienia wspólnego mechanizmu ochronnego dla jednolitego funduszu restrukturyzacji, który ma pomagać bankom znajdującym się w tarapatach (prawdopodobnie w formie specjalnej linii kredytowej z Europejskiego Mechanizmu Stabilności – EMS) oraz  stopniowego wprowadzania europejskich jednolitych reguł ochrony depozytów do wysokości 100 000 euro.

Rozmawiano także o przekształceniu funkcjonującego na mocy umowy międzynarodowej od 2012 r. EMS (podpisały go wszystkie państwa strefy euro) w tzw. Europejski Fundusz Walutowy (EFW), co ma ułatwić radzenie sobie z szokami asymetrycznymi występującymi w czasie kryzysu w obrębie strefy euro (ma to być zsynchronizowane z pracami nad wspólnym mechanizmem ochronnym).

Zdaniem Adama Dorywalskiego z biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli w kontekście propozycji Komisji Europejskiej z 6 grudnia w tej sprawie „nie będziemy mieli raczej do czynienia z żadną rewolucją w funkcjonowaniu tego mechanizmu, lecz po prostu z włączeniem dotychczasowego EMS do prawa UE w postaci EFW.”

Dyskusja dotyczyła także kwestii, co do których państwa członkowskie mają rozbieżność poglądów takich jak usprawnienie reguł fiskalnych, ustanowienia mechanizmu zdolności fiskalnej dla strefy euro (również do celów stabilizacji) oraz utworzenie stanowiska europejskiego ministra gospodarki i finansów. Przywódcy upoważnili Eurogrupę i Radę ECOFIN do kontynuowania prac nad powyższymi kwestiami. Rada Europejska powróci do owych kwestii w czerwcu 2018 r. z myślą o podjęciu już konkretnych decyzji.

źródło: Konfederacja Lewiatan

W ubiegłym roku zaledwie 6% polskich firm analizowało duże zbiory informacji – wynika z danych Eurostatu. Daje nam to przedostatnie miejsce w unijnym rankingu, przed Cyprem. Liderami pod względem digitalizacji i korzystania z Big Data jest Malta i Holandia. W tych krajach niemal już co piąta firma analizuje cyfrowe informacje.

Dane Eurostatu nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku, zaledwie co trzecia firma działająca w UE, zatrudniająca co najmniej 10 osób, posiadała stronę internetową. Choć znacznie lepiej wyglądają  wskaźniki wykorzystana mediów społecznościowych w działaniach biznesowych – przyznaje się do tego już połowa firm – to ten wyjątek tylko potwierdza regułę: cyfryzacja to pięta achillesowa wielu przedsiębiorstw. Nie tylko polskich. Najlepiej ilustrują to dane na temat wykorzystania Big Data.

Daleko za liderami

Jak wynika z opublikowanego przez firmę Domo raportu „Data Never Sleeps 5.0”, w ciągu minuty internauci publikują ponad 46 tys. zdjęć na Instagramie, korzystają z wyszukiwarki Google ponad 3,5 mln razy i umieszczają ponad 74 tys. postów w mikroblogowym serwisie TumbIr. To kopalnia wartościowych informacji. Jednak póki co wykorzystywana rzadko. Jak wynika z unijnych danych, w UE tylko 10% firm analizuje duże zbiory informacji – o klientach, rynku czy konkurencji.

– To oczywiście średnia, są kraje, gdzie z danych korzysta się znacznie częściej, niemniej te liczby pokazują, że Big Data znajduje się na podobnym etapie rozwoju jak kilka lat temu chmura obliczeniowa. Biznes do cloud computingu podchodził na początku bardzo ostrożnie, dopiero gdy zobaczył efekty wdrożenia chmury, znacznie szybciej zaczął adaptować tę technologię. Podobnie będzie z Big Data. zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, notowanej na NewConnect spółki, która zarządza jedną z największych na świecie hurtowni danych.

Ten wzrost już widać, co dobrze ilustrują dane spółki, która jeszcze w II kwartale ubiegłego roku z usług opartych o Big Data wygenerowała 12 mln zł, a rok później już 16,7 mln zł. Póki co, w unijnym rankingu Polska wypada jednak bardzo słabo. Tylko 6% polskich firm korzysta z analityki Big Data, co daje nam w ogólnej klasyfikacji 24, przedostatnie miejsce przed Cyprem. Lepiej wypada od nas m.in. Rumunia, Czechy, Słowacja czy Bułgaria. Podium zajmują Malta, Holandia i Belgia, kolejne pozycje zajęły takie państwa jak Finlandia, Wielka Brytania czy Estonia.

Marketing korzysta z danych

Dystans jaki dzieli nas od dobrze zinformatyzowanych, ucyfrowionych państw, dobrze pokazuje nasycenie rozwiązaniami Big Data w dużych firmach. W Polsce z analityki danych korzysta 5% małych, 8% średnich i 18% dużych, zatrudniających powyżej 250 osób przedsiębiorstw. Dla porównania, na Malcie takich firm jest 42%, w Danii i Finlandii 40% a u naszych południowych sąsiadów – Słowaków i Czechów – odpowiednio 24% i 22%.

Najczęściej firmy analizują dane geolokalizacyjne z urządzeń przenośnych, do czego przyznaje się aż 46% przedsiębiorstw, a także dane generowane w mediach społecznościowych (45% wskazań). Co trzecia firma analizuje dane własne pozyskane ze smart urządzeń i sensorów. Dla porównania, w Polsce dane z urządzeń smart pozyskuje 10% firm, tyle samo wykorzystuje informacje geolokalizacyjne. Co ciekawe, dane pozyskane z mediów społecznościowych analizuje zaledwie 5% firm.

Najczęściej po dane sięga branża marketingowa, a w szczególności e-commerce, bo mają one największą świadomość korzyści. Dzięki analizie informacji z różnych źródeł można bardzo dobrze poznać zainteresowania i potrzeby klienta i tym samym znacząco zwiększyć skuteczność kampanii reklamowych i sprzedaż produktu. Widzimy także rosnące zainteresowanie analizą danych ze strony instytucji finansowych oraz firm działających w segmencie B2C, które wzbogacają nimi swoje systemy CRM – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Zewnętrzne

Firma analityczna IDC szacuje, że rynek Big Data rośnie dziś w tempie 11,7, proc. rdr i w 2020 r. osiągnie wartość 203 miliardów dolarów. Jaka część tego tortu przypadnie Polsce? Jak wynika z unijnych danych, proces digitalizacji polskich przedsiębiorstw postępuje dużo wolniej niż ma to miejsce w większości innych państw UE. To o tyle ciekawe, że autorzy rankingu Digital Economy and Society Index 2017 (w którym że Polska zajmuje odległe 23 miejsce), zwracają uwagę na to, że poczyniliśmy postępy m.in. w obszarze cyfryzacji społeczeństwa, wdrażania szybkich połączeń internetowych czy korzystania z mobilnych usług szerokopasmowych. Jednak wprowadzanie technologii cyfrowych przez przedsiębiorstwa idzie nam wyjątkowo opornie.

– Podczas gdy unijny wskaźnik w tym obszarze rośnie nieprzerwanie od 2014 r., to w Polsce od ubiegłego roku utrzymuje się na niemal na tym samym poziomie. Oznacza to, że dystans dzielący nas od liderów systematycznie się powiększa. W tej sytuacji warto zastanowić się nad skorzystaniem z usług Data as a Service, w tym modelu nie trzeba inwestować we własne rozwiązania – zwraca uwagę Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Jak wynika z danych Eurostatu, z zewnętrznych źródeł danych korzysta jedna czwarta firm. W Polsce, to zaledwie 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Unijne rozporządzenie o ochronie danych osobowych to nie ewolucja, ale rewolucja w europejskich przepisach związanych z przetwarzaniem danych. Zmiany te będą dotyczyły wszystkich firm, które gromadzą informacje na temat osób fizycznych. A za zaniedbania w tym zakresie przewidziane zostały dotkliwe kary.

25 maja 2018 r. w krajach członkowskich Unii Europejskiej zacznie obowiązywać „Rozporządzenie o ochronie danych osobowych” (RODO). Firmy, które do tego czasu nie przygotują swoich systemów i nie przeszkolą pracowników, mogą mieć poważne problemy. Za niedostosowanie się do wymaganych procedur lub uchybienia w ochronie danych nowe prawo przewiduje kary w wysokości do 2% światowego obrotu danej organizacji, a w sytuacjach szczególnie poważnych naruszeń prawa, nawet do 4%.

– W wielu przypadkach, szczególnie jeżeli mówimy o dużych organizacjach przetwarzających ogromne ilości danych osobowych, już dziś może być już za późno, by na czas zdążyć ze wszystkimi zmianami. Najlepszym rozwiązaniem jest lektura rozporządzenia połączona z merytorycznym szkoleniem lub warsztatem – mówi Krzysztof Stucke, autor szkoleń z zakresu ochrony danych osobowych w firmie szkoleniowej Effect Group.

Zmiany, które rozpoczną obowiązywać pod koniec maja dotyczą każdego administratora danych osobowych, a pod tym pojęciem kryją się wszystkie podmioty gromadzące i przetwarzające informacje o osobach fizycznych, a więc także firmy. Nowe przepisy przygotowane zostały głównie z myślą o dużych przedsiębiorstwach, których główna działalność wiąże się z operacjami przetwarzania danych na dużą skalę. Nie oznacza to jednak, że najmniejsze firmy nie mają czym się przejmować.

– Co do zasady, każda firma, bez względu na formę prawną prowadzenia działalności, jest zobowiązana do wdrożenia procedur i podlega pod przepisy RODO. Przepisy europejskiego rozporządzenia nie dzielą podmiotów na małe i duże, a więc dotyczą zarówno wielkich korporacji, jak i firm jednoosobowych – podkreśla Krzysztof Stucke.

Rejestr czynności przetwarzania danych osobowych

Zgodnie z obowiązującymi obecnie przepisami, każda baza danych osobowych powinna zostać zgłoszona do Generalnego Inspektora Danych Osobowych (GIODO). W momencie wejścia w życie nowych przepisów, obowiązek ten zniknie. Bazy nie będzie już trzeba zgłaszać, jednak w większości sytuacji administrator danych będzie musiał prowadzić wewnętrzny rejestr czynności przetwarzania danych osobowych.

– Rejestr ma pokazywać w szczególności, w jakich procesach w organizacji są przetwarzane dane osobowe, w jakim celu, kogo dotyczą oraz jakie zabezpieczenia zastosował administrator. Ponadto dokument ten będzie musiał zostać udostępniony na każde wezwanie GIODO – mówi trener Effect Group.

Rejestr będą zobowiązane prowadzić m.in. przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 250 pracowników. Większość mniejszych firm nie będzie miała takiego obowiązku, chyba że przetwarzają dane w sposób ciągły (np. agencje marketingowe świadczące usługi mailingów reklamowych czy firmy medyczne). Rejestr obligatoryjnie prowadzić muszą także te organizacje, które przetwarzają dane wrażliwe (np. wyroki skazujące).

Inspektor ochrony danych osobowych

Rozporządzenie ustanawia obowiązek powołania inspektora ochrony danych osobowych, przy czym dotyczy to sytuacji analogicznych do przedstawionych powyżej – głównie firm zatrudniających powyżej 250 pracowników lub mniejszych organizacji, jeśli zajmują się one monitorowaniem osób fizycznych na dużą skalę (bądź przetwarzają dane wrażliwe).

Inspektor ochrony danych powinien czuwać nad przestrzeganiem przepisów rozporządzenia przez administratora danych i jego pracowników, kontaktować się z organem nadzoru w celu zgłaszania naruszeń wynikających z nieprzestrzegania rozporządzenia, czy też wydawać zalecenia dotyczące ochrony danych osobowych.

– Administrator włącza inspektora we wszystkie bieżące sprawy dotyczące ochrony danych osobowych na każdym etapie procesu gromadzenia i przetwarzania danych oraz w sprawy związane z ryzykiem naruszenia praw lub wolności. Nowością przewidzianą w rozporządzeniu jest możliwość wyznaczenia jednego inspektora danych przez grupę przedsiębiorców. A także to, że inspektor będzie punktem kontaktowym dla osób, których dane przetwarza administrator  – wyjaśnia Krzysztof Stucke.

Obowiązek zgłaszania naruszeń

Zgodnie z RODO, jeśli w danej organizacji wystąpi jakikolwiek incydent w zakresie naruszenia bezpieczeństwa danych osobowych, administrator musi taki przypadek zgłosić do instytucji nadzorującej w przeciągu 72 godzin od stwierdzenia naruszenia. Oznacza to, że np. firma będzie musiała „donieść” sama na siebie, jeśli bezpieczeństwo danych osobowych zostało zagrożone.

Uaktualnione klauzule i regulaminy

Przed wejściem w życie nowych przepisów, firmy powinny dostosować do nich treści umów, regulaminów czy choćby formularzy zawierających opcję wyrażenia zgody na przetwarzanie danych osobowych.

Osoby, których dane będą zbierane, muszą otrzymać m.in. dane kontaktowe do administratora danych, a także wyjaśnienie, z czego wynika prośba o podanie danych oraz celu w jakim dane są zbierane. Przedsiębiorstwo, prosząc o podanie danych, będzie musiało poinformować także o zakresie i czasie przetwarzania takich informacji. A to oznacza, że umowy, regulaminy czy też klauzule dotyczące ochrony danych osobowych będą jeszcze obszerniejsze niż dotychczas.

Informacja, przenoszenie i usuwanie danych

Osoba, której dane są przetwarzane, uzyska prawo do otrzymania informacji na temat danych, jakie posiada na jej temat dowolna organizacja. Informację taką należy przekazać na prośbę zainteresowanego w ciągu miesiąca od jej złożenia i musi być ona podana w sposób zrozumiały i w dostępnej formie. Uzyskanie takich danych będzie bezpłatne.

Mechanizm ten powiązany został z prawem do przenoszenia danych. Można więc będzie poprosić o przeniesienie danych osobowych od jednego do drugiego usługodawcy (np. przy zmianie operatora telefonicznego). Będzie to oznaczało, że firma przekazująca utraci prawo do dalszego korzystania z danych, które zostały przeniesione.

Jeszcze innym aspektem tego prawa będzie „prawo do zapomnienia”. Osoba, której dane są przetwarzane, może wnioskować do administratora danych o usunięcie wszelkich informacji na jej temat, z wyłączeniem tych, których przetwarzanie wynika z wymogów prawa.

Profilowanie klientów

Obecnie powszechne jest w internecie kierowanie reklam do określonych klientów na podstawie wcześniej dokonywanych zakupów lub ich zainteresowań, ustalanych na podstawie plików „cookies”. W efekcie osobie, która np. przegląda w sklepie internetowym laptopy, sklep może później wyświetlać reklamy podobnych urządzeń. To właśnie jeden z możliwych rodzajów profilowania klientów.

Gdy rozporządzenie wejście w życie, osoby profilowane będą musiały zostać poinformowane o stosowaniu takiego mechanizmu i jego konsekwencjach. Poza tym, na gruncie nowych przepisów osoba fizyczna zyska prawo do sprzeciwienia się profilowaniu.  Oznacza to, że firma stosująca tego typu metody marketingowe, musi zapewnić takie mechanizmy, które będą umożliwiały wyłączenie z profilowania tych klientów, którzy sobie tego nie życzą.

„Ludzki” język – obowiązkowy

Rozporządzenie wymusza na wszystkich administratorach danych, aby informacje takie jak np. zgody marketingowe lub regulaminy były formułowane jasnym i prostym językiem, a także, by były zwięzłe i zrozumiałe. Gdy informacje i komunikaty są kierowane do dzieci, wtedy język powinien być w sposób szczególny dopasowany do takiej grupy odbiorców.

– To, czy administratorzy będą się stosować do tych nakazów i jaki w praktyce będzie język komunikacji, pokaże przyszłość. Trudno ustalić jeden wzór poprawnego komunikatu, tak jak trudno ustalić wzorzec odbiorcy informacji. W praktyce, wymóg ten może okazać się punktem zapalnym w relacjach pomiędzy administratorem danych osobowych oraz nowym GIODO – uważa trener Effect Group.

Warto uaktualnić wiedzę pracowników

Powyżej wymienione zmiany nie wyczerpują tematu. Dodatkowo, trzeba wziąć pod uwagę, że w życie będą wchodziły również przepisy krajowe, uszczegóławiające stosowanie ochrony danych osobowych w rozmaitych aspektach, np. w odniesieniu do ochrony pracowników.

– Kodeks pracy również będzie wymagał zmian ze względu na wejście w życie przepisów RODO. Najważniejsze dotyczą nowego zakresu danych osoby ubiegającej się o zatrudnienie, możliwości korzystania przez pracodawcę z danych biometrycznych, czy też stosowania monitoringu – zwraca uwagę Krzysztof Stucke. – Zmiany pojawią się w ustawie o zakładowym funduszu świadczeń socjalnych i prawie bankowym. W tej ostatniej ustawie pracodawca uzyska prawo żądania danych biometrycznych oraz przedłożenia informacji dotyczącej karalności – dodaje.

W związku z tym, że zmiany, jakie wprowadza RODO są bardzo poważne i dotyczą wielu aspektów funkcjonowania przedsiębiorstw, niezwykle istotne jest poinformowanie pracowników o nowych wymogach prawnych oraz o konsekwencjach nienależytej ochrony danych osobowych.

Same zmiany w systemach organizacyjnych, czy też wprowadzenie funkcji inspektora danych osobowych nie wystarczy, jeśli pozostali pracownicy nie będą mieli wiedzy na temat podstawowych zasad oraz świadomości, jak starannie należy strzec osobistych danych na temat klientów czy też współpracowników. Na pewno warto wziąć pod uwagę możliwość przeszkolenia pracowników w tym zakresie – i to nie tylko tych, którzy będą bezpośrednio odpowiedzialni za ochronę danych.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Rynek powierzchni przemysłowo-logistycznych w Polsce rozwija się dynamicznie od kilkunastu lat. CBRE i Panattoni Europe, przy silnym wsparciu agencji badawczej Analytiqa, postanowiły sprawdzić, jak obecną sytuację rynkową oceniają przedsiębiorstwa działające w sektorze logistycznym, jakie są ich plany rozwojowe oraz przewidywania dotyczące rozwoju całej branży. „Poland Logistics Confidence Index 2017” to pierwszy tego typu raport, który bada poziom zaufania do rynku, na podstawie opinii osób zarządzających największymi i najlepiej prosperującymi firmami z tego sektora.

Analiza sytuacji na rynku logistycznym przedstawiona w raporcie powstała na podstawie ankiety badawczej, w której udział wzięło ponad 50 osób na stanowiskach kierowniczych: dyrektorzy generalni, dyrektorzy zarządzający oraz kadra kierownicza. Swoimi opiniami oraz przemyśleniami podzielili się pracownicy zarówno firm świadczących usługi logistyczne, jak i przedsiębiorstw korzystających z tychże usług, co w efekcie pozwoliło twórcom raportu nakreślić całościowy pogląd na panujące na rynku nastroje, a także na bieżące zagadnienia, mające wpływ na rozwój całego sektora.

Przeprowadzone badanie potwierdziło pozytywne perspektywy dla rynku logistycznego. Wskaźnik Poziomu Optymizmu w zakresie Logistyki i Łańcucha Dostaw w Polsce 2017 został określony na poziomie 60,7, przy czym w przypadku firm logistycznych osiągnął wartość 62,1, natomiast w grupie firm produkcyjnych i handlowych wyniósł 59,1. Polska wypadła bardzo dobrze na tle innych krajów europejskich, w których przeprowadzono analogiczne badanie i wyprzedziła Irlandię (60,4) oraz Wielką Brytanię (56,7). Bardzo pozytywnie oceniana przez respondentów jest atrakcyjność inwestycyjna – aż 64% ankietowanych uważa, że Polska posiada przewagę konkurencyjną jako destynacja inwestycyjna w porównaniu z innymi krajami Unii Europejskiej.

Uczestnicy badania zostali poproszeni nie tylko o ocenę obecnej sytuacji rynkowej w Polsce, ale również o wyrażenie opinii na temat ich przewidywań dotyczących przyszłości sektora. Badanie przeprowadzone przez ekspertów pomogło zidentyfikować kluczowe czynniki, które mają bezpośredni wpływ na poziom optymizmu i zaufania na poziomie organizacji. Respondenci zostali poproszeni o nakreślenie planów rozwoju w perspektywie jednego roku, biorąc pod uwagę cztery kategorie: zmiany wysokości obrotów, rentowność, przewidywane nakłady inwestycyjne, a także prognozy związane z zatrudnieniem.

Badanie wykazało wiele pozytywnych prognoz dotyczących rozwoju branży logistycznej w najbliższej przyszłości. Wysokiemu optymizmowi w zakresie oczekiwanych zmian wysokości obrotów (aż 94% respondentów przewiduje wzrost) towarzyszą pozytywne opinie na temat rentowności (70% ankietowanych oczekuje wzrostu zysków). Ponad trzy czwarte ankietowanych wykazało też chęć dokonania nakładów inwestycyjnych w obszarze logistyki i łańcucha dostaw, a zdecydowana większość (62%) zakłada wzrost zatrudnienia.

Pomimo licznych pozytywnych opinii, wiele firm spodziewa się, że przyszły rok będzie się również wiązał z różnego rodzaju wyzwaniami. Największych problemów przedsiębiorcy spodziewają się w kwestiach związanych z ograniczoną dostępnością zasobów ludzkich oraz z pozyskaniem odpowiednich, dodatkowych lokalizacji. Przedsiębiorcy planują zwiększyć efektywność swoich firm głównie poprzez poświęcenie większej uwagi na poprawę współpracy z klientami oraz poczynienie inwestycji w podniesienie produktywności pracowników. Nie ulega wątpliwości, iż inwestycje w ulepszenia technologiczne oraz innowacyjność są również sposobem na zmierzenie się z wyzwaniami wynikającymi z rozwoju sektora handlu elektronicznego.

Zdaniem Marka Dobrzyckiego, Managing Directora Panattoni Europe: „Wyniki raportu nie tylko pokazują dobrą sytuację branży, ale przede wszystkim to, co z perspektywy dewelopera jest najważniejsze – oczekiwania klientów. Znajomość tych oczekiwań sprawia, że Panattoni Europe od wielu lat nie ogranicza się tylko do realizacji centrów logistycznych w głównych lokalizacjach. Tworzymy i prężnie rozwijajmy rynki poboczne, a dostrzegając potrzeby klientów działających w branży e-commerce i jednocześnie ich konsumentów, stawiamy na City Logistics wpisane w etap tzw. ostatniej mili (last mile delivery). Dlatego patrząc długoterminowo na branżę logistyczną i segment rynku powierzchni magazynowych w Polsce, jesteśmy przeświadczeni o stałym ich rozwoju przez najbliższe lata.”

„Poland Logistics Confidence Index 2017” to pierwsze wydanie tej publikacji. Wartość poradnika jeszcze bardziej wzrośnie w miarę zbierania danych przez kolejne lata, co pozwoli na dokonanie analizy porównawczej. Oprócz analizy liczbowej raport zawiera również wiele ciekawych komentarzy partnerów biorących udział w badaniu. Opinie wyrażone przez ludzi, którzy na co dzień działają w tym sektorze i znają wszystkie kluczowe zagadnienia związane z tą branżą, mogą stać się przydatnym narzędziem oraz źródłem cennych informacji na temat tego, jakie są perspektywy rozwoju, jakie pola wymagają poprawy i w jaki sposób uzyskać przewagę konkurencyjną nad innymi podmiotami działającymi na rynku.

Joanna Mroczek, dyrektor Działu Badań Rynkowych i Marketingu, CBRE komentuje:
„CBRE wspólnie z Panattoni Europe stworzyło niniejszy raport, aby przyjrzeć się najnowszym trendom i prognozom dla branży, poznać oczekiwania, ale także obawy uczestników rynku. Polska podtrzymuje szybkie tempo rozwoju i możemy optymistycznie patrzeć w przyszłość. Główne przewagi konkurencyjne Polski to wykwalifikowani pracownicy, duża elastyczność polskiego biznesu, tani i szybki proces budowy obiektów magazynowych, a także relatywnie niskie koszty działań w ramach łańcucha dostaw. Warto jednak podkreślić, iż są to obszary, które kreują tyle samo korzyści, co wyzwań”.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Nielegalne transakcje i pranie pieniędzy od lat kojarzy się bardziej z transakcjami gotówkowymi prowadzonymi przez mafię. I choć o samym problemie nie mówi się tak często i intensywnie jak w latach 90, to problem nie zniknął, a wręcz wraz z rozwojem nowych technologii nastąpiła jego eskalacja. Czy istnieje możliwość, by mu zapobiec?

Polskie prawo coraz bardziej dostosowuje się do wymogów Unii Europejskiej, która intensywnie ściga przestępczość finansową. Wydane w ubiegłym roku przez polski sejm rozporządzenie nakłada na przestępców finansowych bardzo wysokie kary, w tym pozbawienie wolności nawet do 12 lat. Odpowiedzialność za złamanie prawa spoczywa nie tylko na osobie, która takie nielegalne transakcje przeprowadzała, ale również na pracownikach bankowych i osobach trzecich, które podejrzewały niezgodność z prawem.

Ciągła ewolucja

Wyłapanie nielegalnych transakcji nie jest proste. Przestępcy dostosowują swoje metody do zmieniających się technologii, w tym także do zabezpieczeń wprowadzanych w bankach. I choć wyróżnia się 5 najpopularniejszych: smurfing (wpłacanie drobnych kwot poprzez podstawione osoby), mieszanie (polega na wrzucaniu nielegalnie pozyskanych transakcji do legalnych transakcji, najczęściej dotyczy to barów i restauracji), puste transakcje (czyli kreowanie pustego obrotu na nieprawdziwych rachunkach), fikcyjny kredyt (zaciągnięty w jednym banku, spłacany fikcyjnym kredytem zaciągniętym w innej instytucji), transferpricing (zawyżanie lub zaniżanie wartości na fakturze w handlu międzynarodowym prowadzonym pomiędzy powiązanymi przedsiębiorstwami), to wciąż pojawiają się nowe, którym uda się przejść przez zabezpieczenia.

Sposobem na ich wychwycenie, zwłaszcza w transakcjach bezgotówkowych, może być sztuczna inteligencja. Ale pomimo technologicznej ewolucji człowiek kontrolujący całą strefę jest niezbędny. W XXI wieku pranie pieniędzy jest o tyle ciężkim przestępstwem, że bardzo często powiązane jest z atakami terrorystycznymi. Nielegalne pieniądze stanowią bowiem główne źródło utrzymania grup zamachowców.

Choć terroryzm w Polsce, na chwilę obecną, wydaje się odległym problemem, to pieniądze pozyskane z nielegalnych źródeł, a następnie wprowadzone do  legalnego obiegu mogą być też przyczyną załamania gospodarczego i prowadzić do rozkładu ważnych sektorów gospodarczych, nie wspominając o ofiarach przestępstw źródłowych, które tracą swoje majątki, a niekiedy wolność czy nawet życie.

Przestępstwa finansowe w dobie cyfryzacji i bankowości mobilnej

Wykrycie nielegalnych transakcji to szansa dla analityków bankowych, których zadaniem jest kontrolować podejrzane przepływy środków pod postacią wszelkich instrumentów finansowych. O tym, jak ważne jest to działanie z punktu widzenia wizerunkowego, przekonało się wiele instytucji finansowych i nie tylko. I choć często instytucje te kategorycznie odcinają się od przestępstwa, zła sława oprócz złego PR-u może przynieść również straty finansowe w postaci kar od regulatorów rynku finansowego czy kosztów programów naprawczych adresowanych do poszkodowanych na skutek takich zdarzeń.

– Warto rozwinąć umiejętności poruszania się w środowisku międzynarodowych przepisów i wymogów regulacyjnych poprzez dostarczanie rozwiązań zgodnych z tymi regulacjami oraz oczekiwaniami regulatorów rynków finansowych. To wiedza na temat zarządzania środowiskiem Compliance, AML i przeciwdziałaniu przestępstwom finansowym. To także wiedza dotycząca budowania i zarządzania efektywnymi mechanizmami, procedurami oraz systemami Compliance, AML i przeciwdziałania przestępstwom finansowym – mówi Karol Wojtczak, specjalista Citi Service Center Poland z zakresu przeciwdziałania praniu pieniędzy, wykładający ten przedmiot w Akademii Leona Koźmińskiego.

Warte podkreślenia jest to, że ofiarą przestępstw finansowych może zostać każda firma, dlatego wszystkie sektory powinny zachować w tym względzie czujność. Owszem – bankowość i finanse mają pod tym względem trudniej. To na nich spoczywa odpowiedzialność zatwierdzenia i ewentualne wykrycie transakcji, które mogą być nielegalne.

Czy przedsiębiorca może się bronić? Jak najbardziej.  Kluczowa jest tu analiza ryzyka i adekwatne procesy  kontrolne  poparte  zgłaszaniem do właściwych organów wykrytych przypadków podejrzanych działań potencjalnie powiązanych z praniem pieniędzy pochodzących z nielegalnych źródeł.

Zjawisko prania pieniędzy w XXI wieku wkracza w nowy wymiar. W świecie szybko postępującego rozwoju technologii wykrycie przestępstw jest coraz trudniejsze. Sztuczna Inteligencja i złożone algorytmy oczywiście pomagają także w walce z praniem pieniędzy, ale pośród technicznych rozwiązań nie może zabraknąć wysokiej klasy profesjonalistów.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

 

Upadek polskiej branży elektronicznych papierosów, rozwój szarej strefy, drastyczny wzrost kosztów dla użytkowników, a nawet powrót do palenia tytoniu – taki efekt może przynieść znowelizowana ustawa o podatku akcyzowym, która ma wejść w życie już 1 stycznia 2018 r. Producenci apelują do posłów o weryfikację projektu ustawy i racjonalne zmiany.

Rynek e-papierosów rozwija się w Polsce dopiero od kilku lat, jednak już teraz jego wartość jest szacowana na 500 mln zł, plasując nasz kraj w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Polski kapitał rośnie w siłę, a rodzimi producenci płynów do elektronicznych papierosów planują lub już prowadzą działalność eksportową. Liczba użytkowników e-papierosów w Polsce to aktualnie ponad 1,5 mln osób, z czego duża część to byli palacze tradycyjnego tytoniu. Tak dobra sytuacja tego rozwojowego sektora naszej gospodarki może się jednak niebawem diametralnie zmienić.

Ministerstwo Finansów przygotowało znowelizowany projekt ustawy o podatku akcyzowym, w którym zakłada wprowadzenie od 1 stycznia 2018 r. akcyzy na płyny do e-papierosów w wysokości 0,50 zł/ml. Oznacza to wzrost ceny jednej buteleczki liquidu o pojemności 10 ml aż o 5 zł (np. z 10 do 15 zł). Producenci tych wyrobów alarmują, że tak wysoki jednorazowy skok akcyzy, jeden z najwyższych w historii tego podatku w Polsce, negatywnie odbije się na polskiej gospodarce.

Plan Ministerstwa Finansów a rzeczywistość

Branża e-papierosów wspólnie uznaje, że szanse na to, aby projekt znowelizowanej ustawy o podatku akcyzowym w aktualnym brzmieniu przyniósł oczekiwane przez Ministerstwo Finansów rezultaty, zarówno w zakresie ochrony zdrowia, jak i wpływów do budżetu państwa, są bardzo małe.

Drastyczny wzrost cen

Wysoka stawka akcyzy, 0,50 zł/ml e-liquidu, jedna z najwyższych w Europie pod kątem rozporządzalnego dochodu obywateli, przyniesie od 2018 r. drastyczny wzrost cen dla konsumentów.

– Szacunkowe roczne koszty używania płynów do elektronicznych papierosów zwiększą się z 1825 zł do 2775 zł. Oznacza to, że korzystanie z e-papierosów i e-liquidów będzie tylko o 24% tańsze w stosunku do tradycyjnego palenia. W efekcie możemy mieć do czynienia z powrotem Polaków do tytoniu. Tymczasem elektroniczne papierosy są wykorzystywane w terapiach antynikotynowych i, jak podaje Ministerstwo Zdrowia Wielkiej Brytanii, stanowią lepszą i przede wszystkim o wiele mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywę dla tradycyjnych papierosów – mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Rozwój szarej strefy

Po wprowadzeniu akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów Ministerstwo Finansów liczy na wpływy do budżetu państwa rzędu 75 mln zł rocznie. Przykłady innych krajów Unii Europejskiej pokazują jednak, że wprowadzenie za wysokiej jednorazowej stawki podatku może spowodować skutki przeciwne do zamierzonych. We Włoszech (stawka akcyzy 0,37 EUR/ml) doprowadziło to już do wzrostu szarej strefy oraz upadku wielu mniejszych przedsiębiorstw. Włoski rząd spodziewał się wpływów budżetowych w kwocie 86 mln euro za 2015 rok. Rzeczywiste wpływy wyniosły jednak zaledwie 5,18 mln euro, czyli 6% założonego planu.

Widmo zapaści sektora polskiej gospodarki

Zgodnie z projektem ustawy akcyzowej, producenci e-liquidów będą zobligowani do założenia i prowadzenia tzw. składów akcyzowych. Działania przygotowawcze mogą zająć kilka miesięcy, a każdy z przedsiębiorców będzie musiał wyłożyć 50-100 tys. zł oraz dodatkowo 250-300 tys. zł na zabezpieczenie składów.

– W obecnym kształcie projektu ustawy obowiązek podatkowy na dzień 1 stycznia 2018 r. będą mogli spełnić tylko przedstawiciele rynku wyrobów tytoniowych, czyli międzynarodowe koncerny. Natomiast polska branża e-papierosów to w większości małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie posiadają założonych składów akcyzowych. Jest duże prawdopodobieństwo, że potrzebne inwestycje z tym związane będą dla nich wręcz zabójcze. Taka sytuacja z kolei może przyczynić się do powstania tzw. szarej strefy – tłumaczy Justyna Lipowicz. – Trzeba pamiętać, że to sektor MŚP napędza budżet państwa płacąc podatki VAT i PIT oraz tworząc nowe miejsca pracy – dodaje.

Przedsiębiorcy e-papierosowi wskazują, że niesie to ryzyko skupienia krajowego rynku elektronicznych papierosów w rękach kilku zagranicznych koncernów, co wiązałoby się z zahamowaniem rozwoju polskiego kapitału.

Rodzime firmy apelują do posłów

Od momentu publikacji obecnego projektu ustawy o podatku akcyzowym mali i średni producenci płynów do e-papierosów publicznie apelują do rządu o wprowadzenie zmian, które ograniczą negatywne skutki ustawy. W tym celu odbyły się również spotkania z przedstawicielami branży, m.in. w Warszawie i w Katowicach, podczas których firmy tłumaczyły zawiłości ustawy.

– Jako młoda branża jesteśmy głęboko rozczarowani podejściem Ministerstwa Finansów do prac nad ustawą akcyzową bez stosownych analiz rynku, dyskusji z sektorem oraz bez wyciągania wniosków z doświadczeń innych państw w tym zakresiemówi Tomasz Chmal, przedstawiciel firmy A-Sense.

W oficjalnym liście wysłanym do posłów producenci postulują o wprowadzenie stopniowego wzrostu stawki akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów:

  • Etap I 2018 r. – 0,10 zł/ml
  • Etap II 2019 r. – 0,20 zł/ml
  • Etap III 2020 r. – 0,30 zł/ml – akceptowalna przez rynek stawka końcowa

Przedsiębiorcy są przekonani, że tylko takie racjonalne rozłożenie w czasie stawki akcyzy przyniesie pozytywne rezultaty, tj.:

  • dalszy rozwój obiecującej polskiej branży e-papierosów oraz polskiej przedsiębiorczości,
  • osiągnięcie zakładanych wpływów z akcyzy do budżetu państwa,
  • większą akceptację stopniowego wzrostu cen przez konsumentów,
  • łatwiejszy dostęp do wyrobów obarczonych mniejszym, w stosunku do tradycyjnych papierosów, ryzykiem odziaływania na zdrowie.

Ustawa akcyzowa do zmiany

Poważne obawy co do słuszności projektu ustawy podzielają także eksperci podatkowi.

– Płyny do e-papierosów, ale też wyroby nowatorskie powinny być opodatkowane niską, kwotową stawką akcyzy, liczoną dla tych wyrobów odpowiednio od 1 ml lub 1 kg tytoniu. Wprowadzenie niższych niż zaproponowane przez Ministerstwo Finansów stawek akcyzy na te dotychczas nieopodatkowane wyroby zachęcałoby do płacenia podatku i ograniczałoby rozwój szarej strefy. Jednocześnie pozwalałoby Ministerstwu Finansów monitorować rynek i reagować propozycją podwyżki lub obniżenia podatku w zależności od sytuacji – mówi Marcin Zimny, doradca podatkowy, autor publikacji „Akcyza. Komentarz”.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Rząd przyjął projekt ustawy skracający z 50 do 10 lat okres obowiązkowego przechowywania akt pracowniczych.  To dobre rozwiązanie.  Konfederacja Lewiatan od dawna postulowała zmniejszenie obowiązków pracodawców związanych z prowadzeniem i przechowywaniem akt pracowniczych.

– Skrócenie okresu przechowywania akt pracowniczych spowoduje znaczące zmniejszenie obciążeń i kosztów pracodawców. Na tle innych krajów Unii Europejskiej w Polsce mamy do czynienia z bardzo długim – 50 letnim, obowiązkiem przechowywania, archiwizowania akt pracowniczych przez pracodawców w formie papierowej. Dlatego dobrze się stało, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie. Nowe regulacje mają wejść w życie z dniem 1 stycznia 2019 r.   – mówi Robert Lisicki, radca prawny, dyrektor departamentu pracy, dialogu i spraw społecznych Konfederacji Lewiatan.

Pracodawcy popierają też zmianę, która umożliwi firmom przechowywanie akt pracowniczych także w wersji elektronicznej.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Ostatnie lata to intensywny czas rozwoju branży kosmetycznej w Polsce. Wielkie koncerny międzynarodowe konkurują z licznymi małymi polskimi manufakturami. Ile jest wart rynek kosmetyków w Polsce? Z wyliczeń firmy doradczej Deloitte wynika, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, a dzięki działalności przemysłu kosmetycznego polska gospodarka wytworzyła ponad 7 mld zł wartości dodanej, zapewniając miejsca pracy 43 tysiącom osób.

Z „Raportu o stanie branży kosmetycznej w Polsce 2017. 15 lat rozwoju” wynika, że na polskim rynku kosmetyków działa około 400 podmiotów. Są to firmy międzynarodowe, duzi polscy gracze oraz średnie, małe i mikroprzedsiębiorstwa. Taka struktura zapewnia niezbędną różnorodność branży i stanowi o jej silnych podstawach.

Polska szóstym rynkiem kosmetyków w Europie

Wartość polskiego rynku kosmetycznego w 2016 roku wyniosła 16 mld zł, podczas gdy w 2002 roku było to 9 mld zł. Polski rynek osiągnął taki poziom dzięki stałemu rozwojowi w ciągu ostatnich piętnastu lat. Nominalny skumulowany wzrost rynku wyniósł aż 78 proc. Skok branży jest imponujący, szczególnie w porównaniu z sytuacją w innych państwach europejskich. Polska jest szóstym rynkiem kosmetyków w Europie i rośnie najszybciej. To tym bardziej istotne, że inne duże rynki jak np. francuski i włoski nie tylko nie odnotowały wzrostów, ale wręcz się skurczyły (odpowiednio o 0,19 proc. i 1,09 proc.). To wszystko powoduje, że prognozowana wartość rynku kosmetycznego w Polsce w 2021 roku wyniosła 20 mld zł.

– W najbliższych latach polska gospodarka powinna nadal się rozwijać, a wraz z nią branża kosmetyczna. Równocześnie rosła będzie zamożność społeczeństwa, co w konsekwencji oznacza wzrost popytu na kosmetyki. Zmieniać się będzie jednak struktura tego popytu. Wzrośnie sprzedaż droższych wyrobów. Z kolei konsekwencją zachodzących w Polsce zmian demograficznych będzie wzrost zapotrzebowania na produkty przeznaczone dla osób starszych – mówi Julia Patorska, Ekonomistka w Deloitte.

Polskie kosmetyki w Wietnamie, Kuwejcie i Korei Południowej

Według danych GUS kosmetyki z Polski są eksportowane do ponad 160 krajów, w tym do tak odległych jak Meksyk, Indonezja czy Australia. Zdecydowanie najważniejszy dla krajowych firm jest jednak rynek wewnętrzny Unii Europejskiej. W latach 2004-2016 dodatni bilans Polski w handlu kosmetykami w Unii wzrósł prawie dziewięciokrotnie – z 231 mln zł do 2,04 mld zł. Głównymi kierunkami eksportowymi kosmetyków z Polski są dzisiaj Niemcy, Wielka Brytania i Rosja.

Kiedyś niskie koszty pracy, teraz jakość i innowacyjność

Co decyduje o przewadze przemysłu kosmetycznego w Polsce nad innymi europejskimi rynkami? Przez ostatnie lata były to niskie koszty pracy. Według danych Eurostatu całkowite koszty pracy wśród państw członkowskich Unii są niższe jedynie w pięciu państwach (na Węgrzech, Łotwie, Litwie, w Rumunii i Bułgarii).

– Ze względu na postępujące procesy rozwojowe w Polsce i na świecie czynnik ten pomału traci na znaczeniu, jednak jego dominacja jest wciąż widoczna. Interesującą zmianą w tym aspekcie jest to, że inwestorzy zagraniczni poszukujący przewag konkurencyjnych coraz częściej zwracają uwagę na poziom wykształcenia kadr, a nie tylko ich niski koszt – wyjaśnia Julia Patorska.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Inwestycje w telemetrię i telesterowania w sieci ciepłowniczej zbliżają Warszawę do modelu inteligentnego miasta (smart city) – oceniła w czwartek firma Veolia, podsumowując na konferencji prasowej trzy lata realizacji projektu Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej.

Projekt Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej to trwająca trzy lata realizacja inwestycji obejmującej modernizację trzech przepompowni ciepła, wprowadzenie nowoczesnych metod kontroli dla 2,5 tys. węzłów cieplnych w Warszawie, a także stworzenie całkowicie nowego, innowacyjnego systemu dystrybucji ciepła w mieście.

Warszawska sieć ciepłownicza to dziś 4 tys. komór. Do modernizacji w ramach projektu wytypowano 79 najbardziej kluczowych obiektów w całym systemie. Działania unowocześniające objęły m. in. instalację czujników temperatury, ciśnienia, a także systemu telemetrycznego, który posłuży do monitorowania parametrów pracy stołecznej sieci ciepłowniczej.

Podczas debaty zorganizowanej w ramach konferencji podsumowującej trzy lata realizacji projektu, prof. Janusz Lewandowski z Politechniki Warszawskiej zwrócił uwagę na kluczowe znaczenie sieci ciepłowniczej dla funkcjonowania miasta, której działanie często jest niedoceniane. Jego zdaniem, zużycie energii cieplnej w mieście jest dużo większe, niż energii elektrycznej, a realizacja założeń modelu inteligentnego miasta (smart city) bez dobrze działającej sieci dystrybucji energii cieplnej nie jest możliwa. Prof. Lewandowski zauważył również, że zarządzanie systemem ciepłowniczym jest dużo bardziej skomplikowane, niż siecią dystrybucyjną energii elektrycznej.

Dyrektor projektu Inteligentna Sieć Ciepłownicza, Paweł Balas, w rozmowie z PAP stwierdził, że jego realizacja nie byłaby możliwa bez dofinansowania ze strony Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, a także współpracy z władzami miasta stołecznego Warszawa. Według niego, istotna w projekcie jest jego skala, która objęła bardzo dużo elementów do modernizacji, a jednocześnie konieczność stworzenia nowej infrastruktury do przetwarzania danych.

Zdaniem Balasa, przetwarzanie danych pomiarowych w projekcie Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej odgrywa kluczową rolę. To właśnie na jego potrzeby zdecydowano się stworzyć Centralne Repozytorium Danych, gdzie dane będą gromadzone w czasie zbliżonym do rzeczywistego oraz przetwarzane. Ma to być wsparciem dla pracy dyspozytorów, zwłaszcza przy podejmowaniu decyzji kluczowych dla funkcjonowania sieci ciepłowniczej.

Dane gromadzone w CRD służą przede wszystkim do tworzenia analiz a także prognoz działania sieci z pomocą specjalnie stworzonych w tym celu aplikacji, takich jak System Wsparcia Decyzji. Jego algorytmy przewidują rzeczywiste zapotrzebowanie mieszkańców na moc, a także proponują optymalny scenariusz sterowania siecią dla dostaw ciepła zgodnych z zapotrzebowaniem przy jednoczesnej minimalizacji strat energetycznych, działając na komunikacji łączącej ponad 400 tys. różnych zmiennych w czasie rzeczywistym spływających do systemu.

Prezes zarządu firmy Veolia Energia Warszawa, Jacky Lacombe, w projekcie Inteligentnej Sieci Ciepłowniczej widzi szansę na wypracowanie przez Warszawę standardu w budowie nowoczesnej sieci ciepłownictwa, który może stać się przykładem dla innych miast. Jego zdaniem, innowacja, którą wnosi projekt, ma w wypadku warszawskiej sieci nie tylko wymiar ekonomiczny, a również ekologiczny i społeczny. Jak powiedział PAP, „nie tylko stworzyliśmy pionierski projekt, ale też wiele się nauczyliśmy”.

Inteligentna Sieć Ciepłownicza została nagrodzona Bursztynem Polskiej Gospodarki podczas październikowego Ogólnopolskiego Szczytu Gospodarczego jako pionierski projekt inwestycyjny w zakresie rozwoju i bezpieczeństwa polskiej gospodarki w kraju i zagranicą.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Dynamicznie zwiększający się PKB, rosnące płace i malejące bezrobocie zawdzięczamy poprawie koniunktury w strefie euro oraz na świecie. Niestety, z dużym prawdopodobieństwem to krótkotrwały stan. Nikłe są perspektywy, by ok. 4-procentowy wzrost utrzymał się w Polsce dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów – pisze Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl.

Napływające dane ekonomiczne sugerują, że rok 2017 w europejskiej gospodarce zapisze się jako najlepszy w ciągu ostatniej dekady. Dobra kondycja strefy euro wynika z rosnącego zatrudnienia na obszarze wspólnej waluty, zwiększenia się inwestycji prywatnych oraz wyższej konsumpcji.

Ustąpiły również problemy, które od kilku lat gnębiły Unię Europejską. Mniej niepokojące wydają się dziś obawy o rozpad strefy euro. Zmalał też strach przed widmem gwałtownego kryzysu bankowego czy zadłużeniowego, co miało miejsce w 2012 r.

Gospodarkę dodatkowo stymuluje łagodna polityka pieniężna Europejskiego Banku Centralnego, skutkująca bardzo niskimi kosztami finansowania długu, i to zarówno skarbowego, jak i prywatnego. Zniknęła również większość obaw związanych z kondycją światowej gospodarki. Chiny utrzymują wzrost PKB powyżej granicy 6 proc. Rozwój gospodarczy przyspieszył również w USA. Dla otwartej na rynki zagraniczne eurozony są to znakomite informacje.

Przypływ podnosi wszystkie łódki…

Z poprawy koniunktury w całej UE w sposób szczególny korzystają kraje rozwijające się. Odzwierciedlenie tej tezy widać w rachubach Międzynarodowego Funduszu Walutowego. W październiku MFW podniósł szacunki wzrostu PKB na bieżący rok dla: Turcji – z 2,5 do 5,1 proc., Rumunii – z 4,2 do 5,5 proc., Czech – z 2,8 proc. do 3,5 proc. PKB dla Polski Fundusz zrewidował z 0,5 pkt proc. na 3,8 proc., ale napływające dane dają dużą szansę na osiągnięcie granicy 4 proc.

W większości krajów naszego regionu tempo wzrostu PKB wspiera przede wszystkim prywatna konsumpcja, którą z kolei napędza wzrost zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Ogólnie gospodarce sprzyja sytuacja, gdy ludzie w wieku produkcyjnym pracują. Jednak np. w kontekście Czech, gdzie bezrobocie jest najniższe w całej UE – 2,9 proc., a stopa zatrudnienia dla osób w wieku 20-64 lata należy do najwyższych we wspólnocie i wynosi 78,2 proc. (w Polsce 71,1 proc.), dalsza wyraźna poprawa parametrów rynku pracy wydaje się mało prawdopodobna.

… Odpływ sprawia, że praktycznie wszystkie opadają

Ciasnota na rynku pracy, czyli trudności przedsiębiorstw w pozyskiwaniu kolejnych pracowników, przekłada się natomiast na bardzo silny wzrost wynagrodzeń. W drugim kwartale br. płace w Czechach rosły o 11,5 proc. – według danych Eurostatu. Zwiększające się wypłaty w krótkim terminie podtrzymują dobrą koniunkturę. Jednak długoterminowo, np. nieprzerwanie przez kilka lat, duże tempo podwyżek wynagrodzeń bywa bardzo trudne do utrzymania, zwłaszcza wtedy, gdy nie nadąża za tym tempo poprawy produktywności. Sprawa dotyczy nie tylko Czech, nienaturalnie szybko płace rosną również w Rumunii – o 18,5 proc. oraz w Bułgarii – o 10,7 proc. W Polsce wzrost stawki godzinowej wyniósł nominalnie 8,3 proc.

Rozgrzane do czerwoności gospodarki naszego regionu operują obecnie wyraźnie powyżej swojego potencjału. Pokazują to prognozy MFW na kolejne lata. W 2020 r. rozwój Rumunii spowolni do 3,3 proc. z 5,5 proc. obecnie. Według szacunków Funduszu wzrost PKB Czech obniży się w ciągu najbliższych trzech lat z 3,5 proc. do 2,3 proc.

Wyższy od potencjalnego rozwój dotyczy dziś całej strefy euro, która – wg szacunków MFW – urośnie w tym roku o 2,1 proc., lecz w 2020 r. spowolni do 1,6 proc. Poza Europą znaczne obniżenie tempa przyrostu PKB widać w przypadku Japonii. Jeżeli zapowiedzi się ziszczą, rozwój w Kraju Kwitnącej Wiśni wyhamuje z obecnych 1,5 proc. do 0,2 proc.

S&P dostrzega w Polsce wiele problemów

W Polsce też będzie niezwykle trudno utrzymać bardzo dobrą koniunkturę dłużej niż przez kilka najbliższych kwartałów. MFW szacuje, że w naszym kraju wzrost gospodarczy spowolni z 3,8 do 2,8 proc. w 2020 r.

Zdecydowanie bardziej pesymistyczny obraz przedstawia w ostatnim raporcie S&P Global Ratings. Mimo że agencja podwyższyła perspektywę wzrostu PKB dla naszego kraju do 4,2 proc. w br., to według jej analityków potencjalny rozwój wynosi jedynie 1,5-2 proc. rocznie głównie ze względu na malejącą i starzejącą się populację w wieku produkcyjnym. Za blisko połowę obecnego tempa rozwoju odpowiadają natomiast transfery unijne. W raporcie podniesiona została także kwestią ryzyka „przestymulowania” gospodarki zbyt łagodną polityką monetarną oraz fiskalną.

S&P przedstawiło również bardzo negatywne prognozy dotyczące salda rachunku obrotów bieżących (C/A). Deficyt, który obecnie zamyka się w kilku miliardach złotych i wynosi poniżej 0,5 proc. PKB, ma zwiększyć się w 2019 r. do 3,8 proc. PKB (83 mld zł) przede wszystkim ze względu na pogorszenie się bilansu zagranicznej wymiany handlowej (z bieżącej nadwyżki przejdziemy w 70 mld zł deficytu). Agencja oczekuje również wzrostu inflacji do poziomu 3,5 proc. za dwa lata.

Przy takiej koniunkturze warto rozprawić się z deficytem

Prawdopodobnie S&P przedstawia najbardziej pesymistyczne prognozy dla Polski spośród wszystkich wiodących ośrodków analitycznych na świecie. Ryzyko spełnienia się tych szacunków należy obecnie uznać za  ograniczone. Mniej dyskusyjny wydaje się natomiast pogląd, podnoszony również przez S&P, że nasz kraj nie wykorzystuje dobrej koniunktury do wyraźnej redukcji deficytu oraz długu publicznego. Według ostatnich projekcji Komisji Europejskiej. deficyt sektora finansów publicznych w Polsce wyniesie w przyszłym roku 2,9 proc. PKB. Byłby to trzeci najgorszy wynik w UE po Francji oraz Rumunii, nawet jeżeli faktyczny rezultat będzie nieco lepszy niż szacunki KE. Średni unijny poziom deficytu ma wynieść 1,5 proc. PKB, a Niemcy, Czechy czy Szwecja mają osiągnąć nadwyżkę.

Dobry czas, by wypełnić poduszkę

Wiele wskazuje na to, że zarówno w Polsce, jak i w innych krajach z naszego regionu mamy do czynienia z krótkoterminowym przyspieszeniem wzrostu PKB. Rozwój przekraczający potencjał gospodarczy oraz wzrost wynagrodzeń sięgający w niektórych przypadkach 10 proc. nie będzie trwać wiecznie.

Gospodarstwa domowe mogą jednak starać się przygotować na hipotetyczne pogorszenie koniunktury poprzez ograniczenie konsumpcji i gromadzenie oszczędności. Prawdopodobnie nie będzie już lepszego momentu, by rozpocząć ten proces. W skali ogólnokrajowej wyższe oszczędności nie tylko pozwolą wypełnić poduszkę finansową i przygotować się na okres gorszej koniunktury, ale także ułatwią inwestycje polskim przedsiębiorstwom, które zamiast posiłkować się kapitałem zagranicznym skorzystają z krajowych zasobów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

4473 zł – tyle, wg opublikowanych we wtorek danych GUS, Polacy zarabiali we wrześniu br. Średnia pensja w rok wzrosła o ponad 6 proc. I to nie koniec dobrych wieści. – Przed nami kolejne podwyżki płac – zapowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Wielu polskich pracowników, zżyma się, porównując GUS-owskie dane o średniej krajowej z kwotą, która co miesiąc wpływa na ich konta. Dzieje się tak, ponieważ dane o zarobkach publikowane przez Główny Urząd Statystyczny po pierwsze dotyczą przedsiębiorstw, które zatrudniają co najmniej 9 pracowników i z reguły płacą lepiej niż małe firmy. Po drugie wartości wynagrodzeń brutto przewyższają o ok. jedną trzecią to, co pracownik dostaje, potocznie mówiąc, na rękę.

Na dodatek publikowana co miesiąc przeciętna płaca w Polsce nie jest medianą. Dane mocno zawyżają ludzie na najwyższych i najlepiej opłacanych stanowiskach. Tym niemniej zmieniające się kwoty oddają rynkowe tendencje. I wynika z nich, że na polskim rynku pracy dzieje się coraz lepiej. We wrześniu 2007 r. GUS informował o wynoszącej 2859 zł średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, pięć lat później było to już 3771 zł, a rok temu 4218 zł. Płace rosły zatem regularnie, aż do opublikowanych dziś danych za wrzesień br. – 4473 zł.

Dobre widoki na co najmniej kilka lat?

– Wzrost płac wynika z polepszającej się sytuacji na polskim rynku pracy. Bezrobocie maleje przy jednoczesnym wzroście zatrudnienia. Tworzy się coraz więcej miejsc pracy w tempie szybszym niż następuje przyrost wykwalifikowanych pracowników. Powoduje to z kolei, że pracodawcy oferują wyższe wynagrodzenie, by znaleźć odpowiednich pracowników – tłumaczy Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Według analityka Cinkciarz.pl sytuacja gospodarcza sprzyja temu, by pensje w Polsce nadal rosły. Jak długo? Co najmniej przez kilka najbliższych lat. – Mamy obecnie do czynienia z ożywieniem gospodarczym, nie tylko w Polsce, ale także w niemal całej strefie euro oraz w większości Europy. Można powiedzieć, że polska gospodarka znalazła się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i prawdopodobieństwo pogorszenia się tego stanu jest obecnie ograniczone – analizuje Bartosz Grejner.

Rumunia, Czechy, Niemcy, Polska – różne tempo, ale zgodny kierunek

Ożywienie gospodarcze charakterystyczne dla wielu państw Europy sprawia, że średnie płace rosną nie tylko w Polsce. W ogólnie wzrostowym kursie dość istotnie różni się natomiast dynamika zmian pomiędzy poszczególnymi krajami. Niższa dotyczy np. bogatych Niemiec, wyższa np. Rumunii, która ciągnie się w ogonie unijnego rankingu pod względem wysokości średniej płacy, ale już pod względem tempa wzrostu znajduje się w czołówce. – W kolejnych miesiącach tego roku skala zmian w Rumunii systematycznie przekraczała 10 proc. w porównaniu do danych sprzed 12 miesięcy – określa analityk Cinkciarz.pl.

Pensje rosną także np. w Czechach, gdzie sytuacja na rynku pracy wygląda jeszcze lepiej niż w Polsce. Wynagrodzenia Czechów rosły w ostatnim okresie w podobnym tempie co Polaków, mimo że koszty pracy w Czechach są wyższe niż w Polsce. – Stopa bezrobocia u naszych południowych sąsiadów jest także najniższa w całej Unii Europejskiej. Wszystko przy wzroście gospodarczym na poziomie 4,5 proc. w II kw. br., również wyższym od notowanego w Polsce, który wynosi 3,9 proc. – opowiada Bartosz Grejner.

Czy kiedyś będziemy zarabiać tak jak Niemcy?

Niemiecki rynek pracy przyciąga wielu pracowników z Polski. Trudno się dziwić, skoro średnia płaca u naszych zachodnich sąsiadów wynosi ok. 3,7 tys. euro. Czy doczekamy czasów, w których zrównają się pensje w krajach po obu stronach Odry?

W ciągu ostatniej dekady (2007 – 2016), wynagrodzenia Niemców rosły przeciętnie o 2,05 proc., podczas gdy tempo wzrostu zarobków w Polsce było dwukrotnie wyższe i wyniosło 4,17 proc. Mimo to nadal istnieje przepaść – niemiecki pracownik może liczyć na blisko czterokrotnie wyższe średnie wynagrodzenie niż zarabiający w Polsce.

Załóżmy, że zarówno w Polsce, jak i w Niemczech utrzyma się wspomniane powyżej tempo wzrostu płac i podobne pozostaną stopy inflacji. W praktyce to mało prawdopodobne, ale w teorii możliwe. Gdyby zatem Polskę i Niemcy nadal cechowało tempo wzrostu zarobków o – odpowiednio – 4,17 proc i 2,05 proc, kiedy zrównają się pensje w obu państwach? Obliczyliśmy: to mogłoby się zdarzyć za nieco ponad 83 lata.

Bogatszemu trudniej o imponujący wzrost

Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego to dość optymistyczny scenariusz dla Polski. – Otóż wraz z rozwojem gospodarczym i zbliżaniem się rynku wschodzącego do poziomu kraju już dobrze rozwiniętego, jak np. Niemcy, tempo wzrostu zaczyna spadać – tłumaczy analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – To logiczna kolej rzeczy, ponieważ kraj “goniący” z czasem staje się coraz lepiej rozwinięty i coraz bogatszy, a wtedy traci dynamikę z początkowych lat progresji. Problemem w takim przypadku może okazać się także tzw. pułapka średniego dochodu. To sytuacja, w której państwo po osiągnięciu określonego poziomu dochodów traci część przewagi konkurencyjnej, np. niskiego kosztu wysoce wykwalifikowanej siły roboczej – wyjaśnia analityk Cinkciarz.pl.

Gdyby trzymać się wersji o “nieco ponad 83 latach”, to zarobki Polaków i Niemców mogłyby się zrównać w 2101 r. Niestety… – Obserwowane obecnie szybkie tempo wzrostu płac w naszym kraju może spowolnić, stąd realnie będzie nam bardzo trudno dogonić wynagrodzenia Niemców przed początkiem XXII w. – określa analityk Cinkciarz.pl.

Autor: Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

 

 

 

 

 

Eksperci

Pistolet przystawiony do głowy, czyli walutowe zawirowania kluczowych rynków

Globalny rynek finansowy pozostaje obciążony asymetrią ryzyk, gdyż najwyraźniej w temacie wojen hand...

Turek: 10 lat po upadku Lehman Brothers ceny znowu są rekordowe

Gwałtowne przeceny, a potem ożywienie na rynkach mieszkaniowych – tak prosto można podsumować ostatn...

Przasnyski: Praca jest, ale brakuje pracowników

Firmy nadal tworzą sporo nowych miejsc pracy, ale wciąż mają kłopoty z ich obsadzeniem. Problem ten ...

Kondycje gospodarek wschodzących, przyszłość wojen handlowych i odczyty infacji – zobacz n

Chociaż niepokoje o kondycję gospodarek wschodzących i przyszłość wojen handlowych powinny skraść gł...

Raport, który znaczy coraz mniej

Moment uspokojenia objął waluty rynków wschodzących, ale spadające kolejny dzień indeksy w Azji nie ...

AKTUALNOŚCI

Juncker o UE: potrzebujemy silnej i zjednoczonej Europy

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w swoim dorocznym przemówieniu do Parlamentu...

Podatek dochodowy i kryptowaluty – co zmienią nowe przepisy?

Od 2019 r. w polskim systemie podatkowym obowiązywać mają nowe przepisy dotyczące podatku dochodoweg...

Jak wzrost stóp procentowych i wynagrodzeń wpłynie na zdolność kredytową Polaków?

Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się z podwyższaniem stóp procentowych. Niemniej jednak z uwagi ...

Eksporterom coraz trudniej

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gos...

Innovation Box – ulga podatkowa z tytułu sprzedaży innowacyjnych rozwiązań

W dniu 24 sierpnia 2018 r. Rząd opublikował projekt ustawy zakładającej szereg zmian w podatkach doc...