czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "UE"

UE

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w październiku 2017 r. o 12,3 proc. r/r (ceny stałe). Produkcja budowlano-montażowa wzrosła o 20,3 proc. – podał GUS.

Wzrost produkcji sprzedanej przemysłu w październiku o 12,3 proc. r/r to bardzo dobra zapowiedź 4. kwartału br. Szczególnie, że o 14 proc. wrosła produkcja sprzedana w przetwórstwie przemysłowym. Październikowy PMI na to nie wskazywał (53,4). Takiej dynamiki produkcji sprzedanej przemysłu nie było od sierpnia 2010 r. To też najlepszy wynik w 2017 r.

Na tak dobre wyniki przemysłu złożyły się wszystkie działy gospodarki (32 na 34), poza wydobywaniem węgla kamiennego i brunatnego, gdzie odnotowano ponad 13. proc. spadek r/r. W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. produkcja sprzedana w tym sektorze gospodarki spadła o 14,2 proc. Przy takich spadkach niepokoją zapowiedzi górników dotyczące wypłaty 14 pensji w 2017 r. W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. wynagrodzenia w sekcji wydobywanie węgla kamiennego i brunatnego wzrosły co prawda wolniej niż średnio w sektorze przedsiębiorstw, bo o 2,9 proc. wobec wzrostu o 5,3 proc. w sektorze firm. Jednak wzrost wynagrodzeń odbywał się mimo silnych spadków wydobycia i sprzedaży. Domaganie się wypłaty 14. pensji przez górników oznacza, że kopalnie, które na to się zgodzą, będą miały jeszcze gorsze niż zakładano wyniki finansowe, a tym samym znowu będziemy je ratować z naszych podatków. I zamiast przeznaczać je na dekarbonizację naszej gospodarki, a także na budowanie nowych kompetencji pracowników górnictwa, pieniądze dalej będziemy wkładać w tą część gospodarki, która niestety nie ma przyszłości.

Dobrze, że inne branże radzą sobie świetnie. Produkcja sprzedana w większości branż przetwórstwa przemysłowego rosła w tempie dwucyfrowym: produkcja maszyn i urządzeń, produkcja metali i wyrobów z metali, wyrobów z gumy i tworzyw sztucznych, urządzeń elektrycznych, wyrobów farmaceutycznych. Są to branże eksportowe, a więc ciągle jeszcze mają potencjał do korzystania z szans jakie daje rosnący przemysł na rynkach krajów UE, czyli u naszych głównych partnerów handlowych. Pytanie jak długo, bowiem na wyczerpaniu jest zasób bez którego zwiększanie produkcji będzie trudne, a często niemożliwe – ludzie. Stopa bezrobocia we wrześniu wyniosła już 4,6 proc. Teraz zapewne jest jeszcze niższa.

Ratunkiem mogą być tylko inwestycje. Tu dobrym sygnałem jest wzrost produkcji maszyn i urządzeń o 23,8 proc. r/r. Część tego wzrostu to bez wątpienia inwestycje krajowe. Jeśli tak, to możemy trochę bardziej optymistycznie patrzeć na szanse polskiej gospodarki na rozwój w średnim okresie.

Jeśli przedsiębiorcy uznają, że znacznie większym zagrożeniem dla nich jest brak pracowników niż ryzyka związane z decyzjami inwestycyjnymi i ich realizacją, to inwestycje te będą też coraz bardziej związane z robotyzacją i cyfrową gospodarką. Oby.

autor: dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

W ubiegłym roku zaledwie 6% polskich firm analizowało duże zbiory informacji – wynika z danych Eurostatu. Daje nam to przedostatnie miejsce w unijnym rankingu, przed Cyprem. Liderami pod względem digitalizacji i korzystania z Big Data jest Malta i Holandia. W tych krajach niemal już co piąta firma analizuje cyfrowe informacje.

Dane Eurostatu nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku, zaledwie co trzecia firma działająca w UE, zatrudniająca co najmniej 10 osób, posiadała stronę internetową. Choć znacznie lepiej wyglądają  wskaźniki wykorzystana mediów społecznościowych w działaniach biznesowych – przyznaje się do tego już połowa firm – to ten wyjątek tylko potwierdza regułę: cyfryzacja to pięta achillesowa wielu przedsiębiorstw. Nie tylko polskich. Najlepiej ilustrują to dane na temat wykorzystania Big Data.

Daleko za liderami

Jak wynika z opublikowanego przez firmę Domo raportu „Data Never Sleeps 5.0”, w ciągu minuty internauci publikują ponad 46 tys. zdjęć na Instagramie, korzystają z wyszukiwarki Google ponad 3,5 mln razy i umieszczają ponad 74 tys. postów w mikroblogowym serwisie TumbIr. To kopalnia wartościowych informacji. Jednak póki co wykorzystywana rzadko. Jak wynika z unijnych danych, w UE tylko 10% firm analizuje duże zbiory informacji – o klientach, rynku czy konkurencji.

– To oczywiście średnia, są kraje, gdzie z danych korzysta się znacznie częściej, niemniej te liczby pokazują, że Big Data znajduje się na podobnym etapie rozwoju jak kilka lat temu chmura obliczeniowa. Biznes do cloud computingu podchodził na początku bardzo ostrożnie, dopiero gdy zobaczył efekty wdrożenia chmury, znacznie szybciej zaczął adaptować tę technologię. Podobnie będzie z Big Data. zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, notowanej na NewConnect spółki, która zarządza jedną z największych na świecie hurtowni danych.

Ten wzrost już widać, co dobrze ilustrują dane spółki, która jeszcze w II kwartale ubiegłego roku z usług opartych o Big Data wygenerowała 12 mln zł, a rok później już 16,7 mln zł. Póki co, w unijnym rankingu Polska wypada jednak bardzo słabo. Tylko 6% polskich firm korzysta z analityki Big Data, co daje nam w ogólnej klasyfikacji 24, przedostatnie miejsce przed Cyprem. Lepiej wypada od nas m.in. Rumunia, Czechy, Słowacja czy Bułgaria. Podium zajmują Malta, Holandia i Belgia, kolejne pozycje zajęły takie państwa jak Finlandia, Wielka Brytania czy Estonia.

Marketing korzysta z danych

Dystans jaki dzieli nas od dobrze zinformatyzowanych, ucyfrowionych państw, dobrze pokazuje nasycenie rozwiązaniami Big Data w dużych firmach. W Polsce z analityki danych korzysta 5% małych, 8% średnich i 18% dużych, zatrudniających powyżej 250 osób przedsiębiorstw. Dla porównania, na Malcie takich firm jest 42%, w Danii i Finlandii 40% a u naszych południowych sąsiadów – Słowaków i Czechów – odpowiednio 24% i 22%.

Najczęściej firmy analizują dane geolokalizacyjne z urządzeń przenośnych, do czego przyznaje się aż 46% przedsiębiorstw, a także dane generowane w mediach społecznościowych (45% wskazań). Co trzecia firma analizuje dane własne pozyskane ze smart urządzeń i sensorów. Dla porównania, w Polsce dane z urządzeń smart pozyskuje 10% firm, tyle samo wykorzystuje informacje geolokalizacyjne. Co ciekawe, dane pozyskane z mediów społecznościowych analizuje zaledwie 5% firm.

Najczęściej po dane sięga branża marketingowa, a w szczególności e-commerce, bo mają one największą świadomość korzyści. Dzięki analizie informacji z różnych źródeł można bardzo dobrze poznać zainteresowania i potrzeby klienta i tym samym znacząco zwiększyć skuteczność kampanii reklamowych i sprzedaż produktu. Widzimy także rosnące zainteresowanie analizą danych ze strony instytucji finansowych oraz firm działających w segmencie B2C, które wzbogacają nimi swoje systemy CRM – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Zewnętrzne

Firma analityczna IDC szacuje, że rynek Big Data rośnie dziś w tempie 11,7, proc. rdr i w 2020 r. osiągnie wartość 203 miliardów dolarów. Jaka część tego tortu przypadnie Polsce? Jak wynika z unijnych danych, proces digitalizacji polskich przedsiębiorstw postępuje dużo wolniej niż ma to miejsce w większości innych państw UE. To o tyle ciekawe, że autorzy rankingu Digital Economy and Society Index 2017 (w którym że Polska zajmuje odległe 23 miejsce), zwracają uwagę na to, że poczyniliśmy postępy m.in. w obszarze cyfryzacji społeczeństwa, wdrażania szybkich połączeń internetowych czy korzystania z mobilnych usług szerokopasmowych. Jednak wprowadzanie technologii cyfrowych przez przedsiębiorstwa idzie nam wyjątkowo opornie.

– Podczas gdy unijny wskaźnik w tym obszarze rośnie nieprzerwanie od 2014 r., to w Polsce od ubiegłego roku utrzymuje się na niemal na tym samym poziomie. Oznacza to, że dystans dzielący nas od liderów systematycznie się powiększa. W tej sytuacji warto zastanowić się nad skorzystaniem z usług Data as a Service, w tym modelu nie trzeba inwestować we własne rozwiązania – zwraca uwagę Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Jak wynika z danych Eurostatu, z zewnętrznych źródeł danych korzysta jedna czwarta firm. W Polsce, to zaledwie 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków. W 2050 roku liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy osobami w wieku mobilnym i poprodukcyjnym potrzeba 10,6 mln osób. Jednym z rozwiązań, które może zapobiec kryzysowi demograficznemu na rynku pracy jest jego szersze otwarcie na cudzoziemców. Przepisy wchodzące w życie od przyszłego roku dotyczące zatrudniania cudzoziemców nie zmienią znacząco sytuacji na rynku pracy. Wprowadzą za to więcej wymogów formalnych dla pracodawców z sektora rolnego, ogrodniczego i turystycznego.

Polskiemu rynkowi pracy grozi kryzys

W ostatnich latach jednym z najbardziej widocznych zjawisk w polskim życiu społecznym jest migracja Polaków, w tym szczególnie młodego pokolenia. Z danych GUS wynika, że w 2016 roku poza granicami Polski przebywało ponad 2,5 mln Polaków. W 2080 roku Polska może być krajem, który będzie miał niespełna 30 mln mieszkańców. Czy sytuację demograficzną Polski mogą zmienić obcokrajowcy? Bardziej intensywna imigracja do Polski była do tej pory przewidywana przez demografów dopiero po 2030 roku. Imigranci mają sprawić, że w 2080 roku populacja Polski będzie większa o 1,2 mln osób. Kryzys demograficzny pozostaje nie bez wpływu na rynek pracy. Dziś w wieku mobilnym jest około 14,5 mln Polaków, w 2050 r. liczba ta zmniejszy się o 4,5 mln osób. By utrzymać dzisiejsze proporcje pomiędzy Polakami w wieku poprodukcyjnym i mobilnym potrzeba 10,6 mln osób.

– Nawet jeżeli w najbliższych latach w Polsce utrzyma się stały napływ imigrantów z Ukrainy, to i tak nie wystarczy to, aby zatrzymać negatywne tendencje demograficzne. Potrzebujemy przynajmniej 4,5 mln osób w wieku produkcyjnym. Do naszego kraju musieliby przyjechać wszyscy Ukraińcy deklarujący chęć wyjazdu do Polski, czyli ponad 4 mln osób – mówi Piotr Arak, Menedżer w Zespole Analiz Ekonomicznych Deloitte.

W Polsce pracują głównie Ukraińcy

W Polsce od 2014 roku widoczny jest znaczny wzrost liczby zezwoleń na pracę wydanych firmom zatrudniającym obywateli krajów spoza Unii Europejskiej. W 2016 roku w porównaniu do roku poprzedniego wyniósł on 93 proc. W pierwszym półroczu 2017 roku wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę przekroczył 100 proc. (w porównaniu do pierwszego półrocza 2016 r.). W tym czasie takie zezwolenia otrzymało ponad 108 tys. osób.

– W ogólnej liczbie wydanych zezwoleń dominują obywatele Ukrainy. W 2016 roku otrzymali około 83 proc. z nich. Pozostały odsetek przypada na obywateli Białorusi, Mołdawii, Indii, Chin oraz innych krajów trzecich – mówi Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W przepisach polskiego prawa istnieje uproszczona forma zatrudniania cudzoziemców (dotycząca cudzoziemców pochodzących z Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy) pozwalająca na ich angażowanie bez konieczności uzyskiwania zezwolenia na pracę na okres sześciu miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Również w tym przypadku zdecydowana większość oświadczeń dotyczyła obywateli Ukrainy – aż 96 proc. z ponad 1,3 mln oświadczeń zarejestrowanych w 2016 r. przypadało na Ukraińców (95 proc. w pierwszym półroczu 2017 r.). Pracowników z Ukrainy zatrudnia bądź zatrudniało 16 proc. polskich firm. W tej grupie prym wiodą duże podmioty, wśród których współpracę z kadrą ze Wschodu zadeklarowało 44 proc. W przypadku średnich firm odsetek ten wyniósł 21 proc., a w małych 13 proc.

Nowe zasady dla rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki

Na początku sierpnia 2017 roku Prezydent podpisał nowelizację ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy, która wprowadza szereg zmian w zakresie legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wejdzie ona w życie od 1 stycznia 2018 roku. Nowa ustawa implementuje, m.in. postanowienia dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/36/UE z dnia 26 lutego 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w celu zatrudnienia w charakterze pracownika sezonowego.

Co się zmieni? Przede wszystkim pojawi się nowy rodzaj zezwolenia na pracę – zezwolenie na pracę sezonową. Będą się mogli o nie ubiegać obywatele wszystkich państw spoza UE. Zezwolenia będą wydawane dla trzech sektorów: rolnictwa, ogrodnictwa i turystyki. Warunkiem zatrudnienia cudzoziemca będzie przeprowadzenie przez pracodawcę tzw. testu lokalnego rynku pracy, który powinien wykazać, że na dane miejsce pracy nie ma chętnych wśród Polaków (z obowiązku przeprowadzenia testu rynku pracy będą zwolnieni obywatele Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy). Zezwolenie będzie wydawane na nie dłużej niż dziewięć miesięcy w roku kalendarzowym.

Zmieniona ustawa utrzymuje  w dalszym ciągu możliwość wykonywania pracy na podstawie uproszczonej procedury dla obywateli Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy, podejmujących zatrudnienie w podmiotach  spoza wymienionych wyżej sektorów. Okres wykonywania pracy na podstawie oświadczenia nadal nie będzie mógł być dłuższy niż sześć miesięcy w ciągu kolejnych dwunastu miesięcy. Wydanie oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi będzie jednak od nowego roku odpłatne. Pracodawcy zatrudniający cudzoziemców w Polsce powinni więc przygotować się na nadchodzące zmiany przepisów imigracyjnych w zależności od sektora, w którym prowadzą działalność.

Większe wymogi mają ograniczyć szarą strefę

Co ważne, nowe przepisy zakładają zaostrzenie kar dla podmiotów zatrudniających cudzoziemców nielegalnie – górny limit grzywny za wykroczenia pracodawców związane z nielegalnym zatrudnieniem zostanie od przyszłego roku podniesiony do poziomu 30 tys. zł. (obecnie limit grzywny wynosi 5 tys. zł). Jednocześnie zezwolenia na pracę oraz oświadczenia wydane w procedurze uproszczonej będą rejestrowane w systemach teleinformatycznych, do których dostęp będą miały m.in. służby kontrolujące legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców.

– Groźba dotkliwszych sankcji związanych z niezgodnym z prawem zatrudnieniem cudzoziemców może ograniczyć szarą strefę i tym samym przełożyć się na dalszy wzrost zainteresowania legalnymi formami zatrudnienia cudzoziemców spoza UE w Polsce, zwłaszcza tymi bardziej długoterminowymi– mówi Marcin Grzesiak.

Zdaniem ekspertów Deloitte zapowiedziane zmiany komplikują obecnie obowiązujące procedury legalizacji pracy cudzoziemców, podczas gdy zapotrzebowanie rynku na nowych pracowników rośnie i będzie nadal rosło.

– Imigracja do Polski znajdzie się pod większą kontrolą państwa i urzędów, a pracodawcy, którzy korzystają z zatrudnienia cudzoziemców muszą liczyć się z częstszymi niż dotychczas kontrolami służb sprawdzających legalność zatrudnienia i pobytu cudzoziemców – mówi Marcin Grzesiak.

Jednocześnie, jak zaznaczają eksperci, mechanizm kontrolowania pracodawców jest w interesie samych cudzoziemców.

– Wprowadzane zmiany przy zezwoleniach na pracę sezonową wymagają chociażby wskazania, gdzie pracownicy spoza Polski będą mieszkać. Dotychczas zdarzały się wcale nie tak rzadkie przypadki wykorzystywania obywateli zza wschodniej granicy Polski. Nowe przepisy mają zmniejszyć szarą strefę i wpłynąć na poprawę jakości życia i pracy przyjeżdżających do Polski osób – mówi Piotr Arak.

Obecnie w polskim parlamencie trwają również prace nad nowelizacją ustawy o cudzoziemcach. Projekt ustawy ma przede wszystkim na celu dostosowanie polskiego porządku prawnego do dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/66/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie warunków wjazdu i pobytu obywateli państw trzecich w ramach przeniesienia wewnątrz przedsiębiorstwa. Dotyczy ona przede wszystkim pracowników o wyższych kwalifikacjach (kadra kierownicza, specjaliści oraz stażyści) i ma wspierać ich mobilność w ramach Unii Europejskiej. Cudzoziemiec, który będzie oddelegowany do pracy w ramach podmiotów powiązanych w kilku krajach UE, będzie musiał ubiegać się o pozwolenie na pracę i pobyt tylko w jednym z nich. Pozostałe kraje unijne, w zależności od długości pobytu na ich terytorium, mają obowiązek je honorować. Co ważne, część krajów UE przyjęła już te rozwiązania. W Polsce implementacja dyrektywy do polskiego porządku prawnego nadal trwa.

 

 

Autor: Marcin Grzesiak, Starszy Menedżer w Zespole Rozwiązań dla Pracodawców w Dziale Doradztwa Podatkowego Deloitte.

W ramach perspektywy finansowej UE Polska wykorzystuje ponad 82 mld euro środków unijnych z budżetu polityki spójności.  W każdym Programie Operacyjnym zaplanowano bezpośrednie lub pośrednie wsparcie przedsiębiorców, jednak najszerszą ofertę dla firm zawierają programy: Inteligentny Rozwój, Polska Wschodnia oraz 16 Regionalnych Programów Operacyjnych realizowanych samodzielnie przez każde województwo.

Przedsiębiorcy otrzymują pomoc publiczną w wielu różnych formach. Najczęściej są to bezzwrotne dotacje (zaliczki, refundacja wydatków) lub zwrotne instrumenty finansowe (kredyty, pożyczki preferencyjne oraz poręczenia).

PwC na zlecenie Konfederacji Lewiatan, przygotowało uaktualniony przewodnik po ofercie programów operacyjnych 2014-2020 dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców. Kluczową jego częścią jest  zestawienie schematów wsparcia innowacji i prac B+R w programach krajowych (PO Inteligentny Rozwój, Polska Wschodnia)  i 16  regionalnych programach operacyjnych oraz wykaz instytucji oferujących wsparcie unijne przedsiębiorcom (baza adresów). W wykazie schematów wsparcia znalazły się informacje o naborach, które będą prowadzone jeszcze w 2017 r.

 

Przewodnik po ofercie programów operacyjnych 2014–2020 dla mikro, małych i średnich przedsiębiorców

 

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Zakaz handlu w niedziele uderzy w wolność ludzi jako konsumentów, a także w pracowników, grożąc zwolnieniami. Wprowadzenie zakazu będzie chronić małe, indywidualne, niewydajne sklepy przed konkurencją większych, bardziej produktywnych sieci, co wpłynie negatywnie na wydajność całego sektora handlu detalicznego.

Wzrosną koszty zakupów konsumentów ze względu na ponoszenie wyższych kosztów alternatywnych (klient nie będzie mógł zrobić zakupów kiedy jest to dla niego najbardziej wygodne) i potencjalnie wyższych cen (według badań empirycznych, restrykcje powodowały wyższe ceny w Niemczech, Holandii i Szwecji). Skutki zakazu będą różne dla poszczególnych grup klientów, odbijając się przede wszystkim na tych, którzy preferują zakupy w niedzielę, np. ze względu na nieelastyczne godziny pracy.

Żadne państwo naszego regionu nie zakazuje handlu w niedzielę. Państwa Europy Zachodniej ograniczające handel w niedzielę, sukcesywnie liberalizują przepisy od ponad 20 lat. W ostatnich latach 7 państw członkowskich UE zniosło lub znacząco ograniczyło zakaz handlu w niedzielę. Węgry, które jako jedyne w ostatnich latach wprowadziły niedawno zakaz handlu w niedzielę, zniosły go po roku.

Większość badań empirycznych wskazuje na negatywny wpływ zakazu handlu w niedzielę na zatrudnienie. PwC (2015) na podstawie opinii branży przyjmuje spadek zatrudnienia o 62,3-85,5 tys. osób (7%), co jest spójne z efektem jaki Burda i Weil (2005) znaleźli w Kanadzie (5-12%). Wolniejszy wzrost produktywności sektora ograniczy tempo podnoszenia wynagrodzeń pracowników. Zakaz będzie miał nierównomierny wpływ na pracowników, odbijając się przede wszystkim na tych, którzy potrzebują pracować w weekendy, np. ze względu na studia. Według Państwowej Inspekcji Pracy, to w małych sklepach faworyzowanych przez zakaz handlu, najczęściej dochodzi do łamania praw pracowniczych i zasad BHP.

Na zakazie stracą sklepy w regionach przy granicy z Niemcami, w których funkcjonują jedne z najbardziej restrykcyjnych ograniczeń dni i godzin otwarcia sklepów w UE. Zamknięcie polskich sklepów w niedzielę ograniczy ich konkurencyjność dla Niemców jeżdżących do Polski na zakupy.

Projekt przewiduje drastyczną sankcję karną do 2 lat pozbawienia wolności za prowadzenie handlu w niedzielę. Taka kara grozi za prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu, groźbę popełnienia przestępstwa wobec innej osoby i produkcję dziecięcej pornografii.

Uzasadnienie projektu ustawy przedstawione przez komitet „Wolna niedziela” jest niepoparte żadnymi wyliczeniami, ani badaniami naukowymi, pomimo istnienia rozległej literatury na temat efektów gospodarczych ograniczeń dni i godzin otwarcia sklepów.

 

 

Źródło: Forum Obywatelskiego Rozwoju

 

W ubiegłym roku z Polski wyemigrowało prawie 120 tys. osób. Na koniec 2016 r. poza granicami przebywało 2,5 mln Polaków – podał GUS.

Z informacji GUS o rozmiarach i kierunkach czasowej emigracji z Polski wynika, że w latach 2004 – 2016 poza granicami Polski przebywało czasowo około 2,5 mln mieszkańców naszego kraju, tj. o 118 tys. (4,7 proc.) więcej niż w 2015 roku.

W Europie w 2016 r. przebywało około 2,2 mln osób, przy czym zdecydowana większość – około 2,1 mln  – w krajach członkowskich UE. Liczba ta zwiększyła się o 113 tys. w stosunku do 2015 roku.

Spośród krajów UE, najwięcej polskich emigrantów przebywało w Wielkiej Brytanii (788 tys.), Niemczech (687 tys.), Holandii (116 tys.) oraz w Irlandii (112 tys.).

Z danych GUS wynika, że w 2016 r. odnotowano znaczący wzrost liczby Polaków przebywających w Wielkiej Brytanii oraz w Niemczech, czyli w głównych krajach docelowych emigracji z Polski w ostatnich latach. W przypadku Wielkiej Brytanii w porównaniu do 2015r. odnotowano wzrost o 68 tys. (9,4 proc.), z kolei w Niemczech liczba przebywających Polaków zwiększyła się o 32 tys. (ok. 5 proc.).

Wzrost liczby przebywających czasowo Polaków zaobserwowano również w innych krajach UE – Austrii, Belgii, Danii, Holandii, Irlandii i Szwecji. Niewielki spadek liczby emigrantów z Polski w stosunku do roku poprzedniego odnotowano natomiast w Hiszpanii i Włoszech.

Jednocześnie nastąpił dalszy wzrost liczby osób, zameldowanych na stałe w Polsce, a przebywających przez okres powyżej 3 miesięcy w krajach europejskich nienależących do UE – najwięcej w Norwegii, gdzie w 2016r. przebywało 85 tys. Polaków.

Szacuje się, że około 80 proc. czasowych emigrantów z Polski przebywa za granicą co najmniej 12 miesięcy; osoby te zaliczane są do emigrantów długookresowych.

GUS zaznaczył, że wyniki szacunku opracowanego przez GUS pokazują przede wszystkim trend oraz kierunki wyjazdów Polaków i nie powinny być traktowane jako „twarde” dane, a jako wartości przybliżone. Szacunek jest utrudniony ze względu na różne systemy ewidencjonowania przepływów migracyjnych istniejące w poszczególnych krajach, oraz różną dostępność danych o migracjach” – podkreślono w raporcie.

Źródło: www.kurier.pap.pl

W poniedziałek rozpoczął się w Brukseli XV Europejski Tydzień Regionów i Miast, który zgromadził ponad 5 tys. uczestników związanych z samorządem terytorialnym z całej UE.

Europejski Tydzień Regionów i Miast to coroczne wydarzenie, podczas którego przedstawiciele unijnych instytucji, europejskich samorządów, organizacji pozarządowych, a także eksperci i naukowcy mają okazję wymieniać się wiedzą na temat rozwoju gmin, miast i regionów.
Piętnastej edycji imprezy przyświeca hasło „Regiony i miasta na rzecz lepszej przyszłości”. Wydarzenie obejmuje ponad 130 warsztatów i debat, a także ceremonię wręczenia nagród w konkursie na „najbardziej inspirujące i innowacyjne” projekty unijne RegioStars. Wśród finalistów konkursu są trzy polskie projekty i jeden międzynarodowy z udziałem Polski.
 W spotkaniu ma wziąć udział przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk.
W nadchodzącym tygodniu zainaugurowana zostanie również koalicja na rzecz silnej polityki spójności po 2020 r., której towarzyszyć będzie debata z udziałem komisarz UE ds. polityki regionalnej Coriny Cretu.

Organizatorami wydarzenia są m.in. Europejski Komitet Regionów i Dyrekcja Generalna Komisji Europejskiej ds. Polityki Regionalnej i Miejskiej.

Sesje robocze koncentrować się będą wokół trzech tematów: „Budowanie odpornych miast i regionów”, „Regiony i miasta jako siła napędowa przemian” oraz „Wymiana wiedzy w celu uzyskania wyników”.
Poza Brukselą, w całej Europie od września do grudnia odbywają się lokalne imprezy towarzyszące w ramach inicjatywy Komitetu Regionów „Rozważania nad Europą”.
W zeszłym roku tytułem RegioStars w dwóch różnych kategoriach tematycznych nagrodzone zostały dwa polskie projekty: realizowana przez Regionalny Ośrodek Polityki Społecznej w Krakowie Akademia Rozwoju Ekonomii Społecznej oraz Rewitalizacja Dolnego Miasta w Gdańsku.

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Źródło:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Miłośnicy zakupów w internecie chętnie polują na okazje cenowe. Jednak zwracając uwagę wyłącznie na cenę, można szybko stać się ofiarą fałszywego sklepu internetowego. Dotyczy to przede wszystkim designerskich ubrań i mebli oraz sprzętu elektronicznego. Trusted Shops, firma oferująca gwarancję zwrotu pieniędzy klientom sklepów internetowych, radzi w jaki sposób szybko rozpoznać, czy mamy do czynienia z nieuczciwym sprzedawcą.

Korzystając z serwisów do porównania cen można zaoszczędzić znaczną kwotę, ale niekiedy w pogoni za najniższą ceną trafiamy na strony fałszywych sklepów. Po kilku kliknięciach i przedpłacie jest już za późno – pieniądze stracone, a produktu prawdopodobnie nigdy nie dostaniemy. Coraz częściej klienci stają się ofiarą „sklepów-pułapek”, prowadzonych przez świetnie przygotowanych internetowych naciągaczy. Tak było m.in. w przypadku popularnego urządzenia kuchennego Thermomix albo markowych butów sportowych w „promocyjnych cenach” z serwisu oryginalneobuwie.com. Oszuści oferowali produkty po bardzo przystępnych cenach, przyciągając uwagę wielu potencjalnych nabywców. Dlatego konsumenci powinni z ostrożnością podchodzić do wyjątkowo korzystnych ofert. Aby uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek, należy dokładnie przeanalizować zamieszczone przez sklep internetowy informacje i sprawdzić, czy nie ma w nich czegoś podejrzanego.

  1. Podejrzane informacje o sprzedawcy

Dane identyfikujące sprzedawcę muszą być łatwo dostępne i przejrzyste. Jeśli takie informacje nie są opublikowane na stronie sklepu lub są trudne do odnalezienia, jest to poważny sygnał do zachowania ostrożności. Jeżeli po przeanalizowaniu strony e-sklepu nie jesteśmy w stanie zweryfikować, kto tak naprawdę jest sprzedawcą i odpowiada z tytułu umowy sprzedaży, bezpieczniej będzie wybrać inny sklep.

  1. Otwarty termin dostawy

Jeśli przy opisie produktu dodano małą czcionką informację „terminy dostawy są niewiążące”, warto mieć się na baczności. Zgodnie z przepisami termin dostawy powinien zostać wyraźnie określony. Ewentualny dłuższy czas dostawy powinien zostać jednoznacznie wskazany bezpośrednio przy produkcie. Na portalach aukcyjnych jest dużo sprzedawców oferujących produkty, które nie są wysyłane z Polski tylko z zagranicy (często z Chin). Wydłuża to oczywiście proces dostawy, a w niektórych przypadkach może również oznaczać obowiązek opłacenia cła.

  1. Niejednoznaczne ceny oraz płatność z góry bez ochrony kupującego

Informacje o cenach powinny jasno wskazywać cenę brutto danego towaru (tj. z podatkiem VAT) oraz czy należy doliczyć koszt wysyłki lub jakiekolwiek inne dodatkowe koszty. Jeśli koszty wysyłki nie zostały określone lub ich obliczenie jest niejasne, należy liczyć się z nieprzyjemnymi niespodziankami. Dobrym znakiem uwiarygadniającym ofertę sklepu jest objęcie usługą ochrony kupującego płatności „z góry”. Taką ochronę oferuje np. Trusted Shops. Rozwiązanie to pozwala uniknąć utraty pieniędzy w razie braku dostawy towaru.

  1. Niewystarczająca ochrona danych osobowych

Brak dbałości o ochronę danych osobowych to kolejna ważna wskazówka. Jeśli ochrona danych jest traktowana po macoszemu lub w ogóle nie poinformowano o niej w regulaminie lub polityce prywatności, może to oznaczać, że sprzedawca nie chroni odpowiednio naszych danych. W szczególności należy zwrócić uwagę czy dokonywanie płatności w sklepie odbywa się za pomocą połączenia szyfrowanego. Wówczas w pasku adresowym przeglądarki widoczny powinien być element „https” oraz symbol zamkniętej kłódki.

  1. Niezgodne z prawem ograniczenia prawa do odstąpienia od umowy

Od umowy zawartej w internecie (oprócz kilku wyjątków przewidzianych w ustawie o prawach konsumenta) można odstąpić w terminie 14 dni bez podawania przyczyny i zwrócić towar do sklepu. Należy zachować ostrożność, gdy sprzedawca próbuje ograniczyć to prawo, np. wymagając, aby zwracany towar był obowiązkowo w oryginalnym opakowaniu lub wyłączając możliwość zwrotu niektórych kategorii produktów mimo braku odpowiedniej podstawy w obowiązujących przepisach.

  1. Warunki zapisane małym drukiem i klauzule niedozwolone

Jest to nieprzyjazne wobec konsumentów, a nawet zabronione ustawowo, a mimo to niektórzy sprzedawcy próbują pogorszyć sytuację prawną swoich klientów za pomocą klauzul w regulaminie sklepu. Postanowienia takie jak „przesyłka na ryzyko nabywcy” lub „szkody transportowe należy zgłaszać niezwłocznie i po uprzednim sporządzaniu protokołu szkody” są niedozwolone.

  1. Negatywne opinie

W przypadku mniejszych sklepów warto sprawdzić jakie informacje o sklepie pojawiają się w internecie. Często na forach można znaleźć negatywne opinie, które uchronią przed zakupem u nierzetelnego sprzedawcy. Ponadto, jeśli sklep internetowy daje klientom możliwość bezpośredniego wystawienia oceny oraz wyświetla je na swoich stronach — np. za pomocą systemu opinii Trusted Shops — warto dokładnie przyjrzeć się informacjom o serwisie i ofercie sprzedawcy.

  1. Znaki jakości i gwarancja zwrotu pieniędzy

W ustaleniu wiarygodności e-sklepu pomocne mogą okazać się również znaki jakości przyznawane sprzedawcy przez niezależne podmioty po spełnieniu określonych kryteriów. Warto również wybrać sklep oferujący kupującym gwarancję zwrotu pieniędzy, dzięki której odzyskamy wpłacone pieniądze w przypadku braku otrzymania zamówionego towaru. W przypadku aptek prowadzących również wysyłkową sprzedaż produktów leczniczych istnieje na obszarze UE obowiązek publikacji na stronie internetowej europejskiego logo bezpieczeństwa. Służy ono jako potwierdzenie dla nabywców, że sprzedawca jest legalnie działającym podmiotem.

Źródło; Trusted Shops

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude  Juncker wygłosił dziś rano w Strasburgu orędzie o stanie Unii, które można określić jako projekt dla UE-27 na najbliższe lata. Sporo miejsca w swoim wystąpieniu poświęcił unijnej strategii przemysłowej, o co organizacje pracodawców zrzeszone w BusinessEurope, w tym Konfederacja Lewiatan, zabiegały od dawna.

– Cieszymy się z zapowiedzi pogłębiania jednolitego rynku, który jest kluczowy dla rozwoju Unii. Dobrze, że przewodniczący KE podkreślił znaczenie nowej unijnej strategii przemysłowej, a także wagę zaangażowania Europy w promowanie wolnego handlu – finisz negocjacji z Japonią oraz zaawansowany etap negocjacji z Meksykiem i krajami Ameryki Południowej. Ważne, aby był to także sprawiedliwy handel i aby firmy europejskie pozostały konkurencyjne wobec firm spoza UE. Cieszy także pozostawienie otwartych drzwi dla państw, które chcą dołączyć do Wspólnoty, choć obecnie nie dla Turcji – mówi Kinga Grafa,  dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

W dzisiejszym orędziu, Jean-Claude Juncker  przedstawił także nowy scenariusz dla przyszłości Europy, w wielu punktach zbieżny ze stanowiskiem  BusinessEurope. Jego realizacja zdaniem przewodniczącego KE jest możliwa dzięki coraz lepszej sytuacji gospodarczej UE i powracającej wiary obywateli Unii w sens integracji. Według Junckera, Europa musi dążyć do głębszej integracji, w oparciu o europejskie wartości, takie jak wolność, o którą trzeba stale zabiegać, równość wszystkich obywateli, bez względu na kraj pochodzenia i poszanowanie prawa w państwach członkowskich. Głębsza integracja ma polegać ma m. in. na wejściu wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołaniu unijnego ministra gospodarki i finansów oraz powierzenia Parlamentowi Europejskiemu także roli parlamentu strefy euro, bez tworzenia równoległych struktur, o co apelował prezydent Macron. Warto przypomnieć, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia euro traktatem akcesyjnym.

Stanowisko BusinessEurope na temat przyszłości Europy, oprócz odniesienia do scenariuszy, mówi o priorytetach dla biznesu. Po pierwsze, konieczność pogłębiania jednolitego rynku i niwelowania istniejących barier. Przedsiębiorcy potrzebują pewności, dlatego konieczna jest właściwa implementacja legislacji unijnej, a następnie stosowanie i egzekwowanie zasad. Po drugie, wspieranie przedsiębiorstw europejskich w globalnych relacjach handlowych. Musimy modernizować instrumenty ochrony handlu i dążyć do tworzenia wzajemnych, korzystnych ram w handlu i inwestycjach. Po trzecie, potraktowanie zmian, które zapoczątkowała 4. rewolucja przemysłowa, jako szansy – dla firm i dla pracowników. Temu służyć ma nowa unijna strategia przemysłowa oraz instrumenty finansowe.  – Cieszymy się, że wiele z tych priorytetów znalazło się w orędziu szefa KE – podkreśla Kinga Grafa.

Przesłanie Junckera miało mieć wydźwięk pozytywny, stąd być może niewiele uwagi poświęcił decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii i konsekwencji Brexitu. Jest to temat ważny dla europejskich przedsiębiorców, w tym polskich, którzy chcą uniknąć tzw. twardego Brexitu, bez okresów przejściowych.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

 

Pięć scenariuszy, które Komisja Europejska przedstawiła w związku z obchodzoną w tym roku 60-tą rocznicą podpisania Traktatów Rzymskich, było przyczynkiem do dyskusji i głębszej refleksji o przyszłości UE podczas ostatniego posiedzenia BusinessEurope, czyli federacji zrzeszającej europejskich przedsiębiorców i pracodawców, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan.

Rozmawialiśmy o przyszłości Europy w kontekście potrzeb i oczekiwań biznesu. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że zaproponowane w Białej Księdze scenariusze: 1 (czyli kontynuacja) i 2 (tylko jednolity rynek) są zbyt mało ambitne.

W pierwszym scenariuszu, 27 państw członkowskich, już bez Wielkiej Brytanii, realizuje obecny program reform,  wzmacnia jednolity rynek, zwiększa inwestycje w infrastrukturę cyfrową, transportową i energetyczną oraz wprowadza stopniowe zmiany funkcjonowania strefy euro. Zgodnie z drugim scenariuszem, powinniśmy skupić się na poprawie funkcjonowania jednolitego rynku, niwelując wciąż istniejące bariery – fiskalne (m. in. poprzez wyrównanie zasad opodatkowania i stawek podatkowych) i techniczne (ujednolicenie regulacji technicznych i norm, np. w zakresie jakości, bezpieczeństwa, znakowania), upraszczamy zasady uznawania kwalifikacji zawodowych oraz dążymy do liberalizacji w sektorze usług (włączając usługi sieciowe). Dla biznesu, coraz bardziej zintegrowany, otwarty i konkurencyjny rynek unijny jest priorytetem, zwłaszcza w kontekście coraz częściej występującego protekcjonizmu (np. w zakresie delegowania pracowników). Jednak w obliczu obecnych wyzwań sprawnie funkcjonujący jednolity rynek to za mało.

Dlatego scenariusz, który proponuje BusinessEurope, to połączenie scenariuszy: 4 (robimy mniej, ale efektywniej) i 5 (robimy wspólnie znacznie więcej) oraz dodanie elementów scenariusza 3 (ci, którzy chcą więcej, robią więcej), jako instrumentu, umożliwiającego osiągnięcie celu, czyli realizację kluczowych polityk, pod warunkiem zachowania zintegrowanej i spójnej Unii, z funkcjonującym bez zakłóceń jednolitym rynkiem.

Scenariusz 4 zakłada, że UE koncentruje się na skuteczniejszym działaniu w kluczowych obszarach, jak np. jednolity rynek, zwiększenie inwestycji w infrastrukturę cyfrową, transportową i energetyczną, pobudzając wzrost gospodarczy i zwiększając zatrudnienie. Według scenariusza 5, państwa członkowskie decydują się robić wspólnie znacznie więcej we wszystkich obszarach polityki, włączając obronność i bezpieczeństwo. Kwietniowe badanie Eurobarometru pokazało, że dla zdecydowanej większości Europejczyków, Unia musi odgrywać większą rolę w kwestiach polityk zagranicznej i obronnej (73 proc.), walki z terroryzmem (80 proc.) oraz ochrony środowiska (75 proc.), dlatego te obszary, jak również polityka handlowa i przemysłowa, powinny znaleźć się wśród priorytetów UE.

W obydwu scenariuszach, Komisja Europejska proponuje współdziałanie wszystkich 27 państw. Inaczej jest w przypadku scenariusza 3, który wzbudza największe kontrowersje. Scenariusz dopuszcza powstawanie „koalicji chętnych”, czyli państw członkowskich, które chcą bliższej współpracy w wybranych obszarach polityki, jak np. obronność, bezpieczeństwo wewnętrzne, opodatkowanie czy sprawy socjalne. „Młodsze” państwa członkowskie, w tym Polska, obawiają się powstania „Europy wielu prędkości”, w której rdzeń, czyli państwa strefy euro, będą się ściśle integrować wokół wspólnej waluty, a reszta pozostanie w tyle. Wybór Emmanuela Macron na prezydenta Francji podgrzał te obawy. Macron opowiada się za osobnym parlamentem i budżetem dla strefy euro.

 

Komentarz Kingi Grafy, dyrektorki biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli

Europejska organizacja biznesu BussinesEurope, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan,  wystosowała list do przewodniczącego Komisji Europejskiej w sprawie scenariuszy rozwoju Unii Europejskiej. Wskazuje w nim ambitne cele dla naszego kontynentu.

Europa stanowi jedno z tych miejsc na świecie, w których się najlepiej żyje, pracuje i prowadzi działania biznesowe. I nie jest to zwykły przypadek. Unia Europejska sprawiła, że europejski sposób życia stał się możliwy.

W liście do Jeana-Clauda Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, BusinessEurope wraz ze wszystkimi swoimi federacjami członkowskimi, napisała że mocno wspiera projekt europejski. Co więcej, byliśmy w czołówce podczas tworzenia projektu europejskiego od samego początku. Szczerze wierzymy, że doskonalenie i dostosowywanie projektu europejskiego jest nieustannym procesem. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Europa musi być miejscem, w którym razem znajdujemy odpowiedzi na wspólne, nurtujące nas problemy.

Biorąc pod uwagę różne scenariusze przedstawione w Białej Księdze Komisji Europejskiej dotyczące przyszłości Europy oraz w kolejnych księgach refleksyjnych, BusinessEurope pracuje nad scenariuszem biznesowym zatytułowanym: „Droga naprzód: wizja biznesu dla przyszłości Unii Europejskiej”.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie mają ambitny cel dla Europy. Uważamy, że aby iść naprzód, musimy skoncentrować się na podstawowych elementach ze scenariusza 4 „robić mniej a bardziej wydajnie” oraz wybranych aspektach scenariusza 5 „robić o wiele więcej razem”, odzwierciedlając perspektywę długoterminową.

Ponadto niektóre elementy scenariusza 3 „ci, którzy chcą więcej, robią więcej” mogłyby zostać wykorzystane jako instrument i proces. Jednakże powinien on mieć charakter wyjątkowy, w pełni uwzględniać zasady Traktatu oraz być otwartym dla wszystkich członków. W żadnym wypadku nie może tworzyć barier, ani też zagrażać właściwemu funkcjonowaniu rynku jednolitego UE ani jego czterem wolnościom.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie zgodnie wyrażają poparcie dla projektu integracji europejskiej w oparciu o wspólne wartości europejskie i są gotowe przyczyniać się do jego ciągłego postępu.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Kierowców będą pilnować tzw. inteligentne tachografy. Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych przez służby kontrolne. Od czerwca 2019 r. każdy nowy pojazd wykonujący usługi transportowe na terenie UE będzie musiał być wyposażony w tzw. inteligentny tachograf.

W związku z różnorodnością oraz rosnącą częstotliwością manipulacji stosowanych przez kierowców zawodowych, Komisja Europejska opracowała załącznik IC do Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) Nr 165/2014, który szczegółowo określa budowę i użytkowanie tzw. inteligentnych tachografów. Jak zapowiada organ unijny, proponowane zmiany mają ograniczyć możliwości ingerowania w pracę urządzeń, a jednocześnie zwiększyć wykrywalność manipulacji w czasie kontroli. Obowiązek montowania inteligentnych tachografów we wszystkich nowych pojazdach zostanie wprowadzony od 15 czerwca 2019 r. Jednak firmy transportowe, które w najbliższym czasie planują zmianę bądź zakup nowych samochodów ciężarowych, już teraz powinny szczegółowo zapoznać się z propozycjami Komisji Europejskiej. Znajomość planowanych poprawek do Rozporządzenia 165/2014 może uchronić przedsiębiorstwa przed poniesieniem dodatkowych kosztów, związanych z wymianą tachografów w dopiero co zakupionych pojazdach.

– Zminimalizowanie manipulacji jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którym stoi branża transportowa. Wprowadzenie tachografów cyfrowych w 2006 r. miało zapobiec nielegalnym praktykom. Okazało się jednak, że urządzenia cyfrowe, podobnie jak analogowe, są narażone na zewnętrzną ingerencję. Potwierdzają to dane opublikowane w 2014 r. przez Komisję Europejską, z których wynika, że w co trzecim pojeździe dochodzi do oszustw dotyczących rejestrowania czasu pracy oraz odpoczynku – zauważa Małgorzata Stocerz,  Kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO, która uczestniczy w konsultacjach KE dotyczących załącznika IC.

Lokalizowanie pojazdu

Inteligentne tachografy mają być następnym krokiem w walce z manipulacjami. Wszelkie ingerencje w pracę urządzeń nie tylko mają wpływ na branżę przewozów oraz rynkową pozycję uczciwych przewoźników, ale stwarzają także zagrożenie dla bezpieczeństwa innych uczestników ruchu. Dotychczasowe doświadczenie inspekcji i służb kontrolnych pokazało, że w celu zapewnienia skuteczności i sprawności tachografów, należy wprowadzić́ kolejne poprawki do pewnych elementów technicznych i samych procedur kontroli.

– Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych, poprzez wbudowany model Bluetooth. Co więcej, przesyłanie informacji będzie dostępne także poprzez systemy ITS, czyli Inteligentne Systemy Transportowe. Nowoczesne urządzenia są elementem tworzenia bardziej zrównoważonego, bezpiecznego, innowacyjnego i konkurencyjnego europejskiego sektora drogowego  – mówi Małgorzata Stocerz.

Tachografy nowej generacji mają także zwiększyć skuteczność kontroli drogowych. Do dyspozycji inspekcji i służb kontrolnych zostanie oddane narzędzie, które pozwoli na zdalne sprawdzanie kierowców, bez konieczności zatrzymywania pojazdu.

– Poprzez urządzenia stosujące mikrofale, podobne do dzisiejszych systemów poboru opłat, możliwe będzie odczytywanie niezbędnych danych z tachografów, bez konieczności zatrzymywania ciężarówki. Ponadto nowe, inteligentne urządzenia umożliwią inspekcjom sprawdzenie masy całego zespołu pojazdów. Dzięki temu łatwiejsze będzie wykrycie zbyt dużego obciążenia, które w istotny sposób wpływa na stan dróg oraz zagraża bezpieczeństwu w ruchu drogowym. W tachografach zmieni się także struktura zapisywanych danych, a także pojawią się nowe certyfikaty, które tym razem będą wydawane na określony czas – 15 lat. Zmusi to firmy transportowe do wymiany tachografów w samochodach ciężarowych właśnie w takim okresie – podsumowuje Małgorzata Stocerz.

Jak wskazuje ekspert, zdalna kontrola nie będzie jednak równoznaczna z nałożeniem mandatu lub grzywny na kierowcę czy przedsiębiorstwo transportowe w momencie wykrycia nieprawidłowości. Na podstawie tak pozyskanych danych, właściwy organ kontrolny będzie mógł efektywniej i bardziej szczegółowo sprawdzić pojazd i dopiero wtedy rozpocząć procedury związane z nałożeniem  odpowiednich kar finansowych.

Wypowiedź: Małgorzata Stocerz, kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO.

Na początku br. sytuacja przedsiębiorstw poprawiła się i pozostała wyraźnie powyżej swojej długookresowej średniej – wynika z kwietniowej analizy sytuacji polskich przedsiębiorstw przeprowadzonej przez ekspertów NBP.

Źródłem wzrostu optymizmu było zwiększenie sprzedaży, w efekcie rosnącej konsumpcji. Z kolei wzrost konsumpcji powiązany był z rosnącymi płacami, malejącym bezrobociem i działaniem programu „Rodzina 500 plus”.

Za ważny czynnik poprawy kondycji firm należy uznać ponadto oczekiwania na rozpoczęcie inwestycji finansowanych środkami pomocowymi UE z nowej perspektywy finansowej 2014-20 – stwierdzają analitycy banku centralnego.

Wiele międzynarodowych organizacji, które dotychczas wstrzemięźliwie oceniały potencjał wzrostu PKB Polski, podwyższyło swoje prognozy. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny wzrost PKB Polski będzie wyraźnie wyższy niż przewidywane wcześniej 3,6 proc.

Przypomnijmy, że wzrost gospodarczy to powiększanie się zdolności danego społeczeństwa do produkcji dóbr i usług zaspokajających ludzkie potrzeby. PKB, czyli produkt krajowy brutto wzrósł w Polsce w 2016 roku w relacji do roku 2015 o 2,8 procent. Tegoroczne przyspieszenie do powyżej 3,6 proc byłoby więc znakomitym wynikiem.

PKB jest sumą wartości dóbr i usług wytworzonych w ciągu roku w danym kraju, jest też więc miernikiem zamożności zamieszkującego w tym kraju społeczeństwa. Tempo wzrostu PKB pośrednio świadczy więc o wzroście dobrobytu.

Czynnikami pobudzającymi aktywność gospodarki są – na krótszą metę – popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. W dłuższym czasie wzrost PKB zapewniają dostateczna podaż i efektywność bazy wytwórczej. Na tempo zmian PKB oddziaływają poziom zatrudnienia oraz wydajność pracy. Z kolei źródłem wzrostu wydajności jest postęp techniczny oraz inwestycje.

Korzyścią ze wzrostu gospodarczego i rozwoju gospodarczego jest podwyższenie standardu życia, lepsza sytuacja socjalna, większe bezpieczeństwo publiczne. Jednak sam wzrost PKB nie gwarantuje wzrostu stopy życiowej czy dobrobytu społeczeństwa.

Należy bowiem pamiętać, że PKB jest tylko pewną konwencją liczenia wartości produkcji. W uproszczeniu jest to suma wartości wszystkich dóbr i usług, wartość jest zaś iloczynem ilości i ceny. Dlatego też możliwy jest wzrost PKB przy niezmienionej produkcji a jedynie przy rosnących cenach. Doświadczać mogą tego, na przykład, kraje-producenci ropy naftowej przy rosnących cenach tego surowca.

Ekonomiści posługują się następującymi miernikami wzrostu gospodarczego:

– produkt krajowy brutto (PKB) – całkowita wartość dóbr i usług wytworzonych przez społeczeństwo w ciągu danego roku na terenie danego kraju (kiedy rośnie PKB społeczeństwo staje się bogatsze),

– produkt narodowy brutto (PNB) – całkowita wartość wyrobów i usług wytworzonych przez obywateli danego kraju w ciągu jednego roku,

– wielkość produktu brutto przypadająca na jednego mieszkańca (PKB per capita).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Popularny inwestor Michael Cogswell, prowadzący profil InvestPower na eToro, zauważył kolejny błąd występujący na rynku. Zazwyczaj indeksy giełdowe i obligacje przemieszczają się w przeciwnych wobec siebie kierunkach, ale teraz rosną równocześnie. To pokazuje nam, że inwestorzy niechętnie dzielą się swoimi akcjami, a inwestorzy obracający obligacjami unikają ryzyka. Wydaje się, że indeks zmienności notowany blisko swojego najniższego poziomu sprawia, że wszyscy czują się nieco zdezorientowani w tej sytuacji.

Wielkim wydarzeniem jest spotkanie indyjskiego premiera Narendra Modi z Donaldem Trumpem w Białym Domu. Zaplanowano również przedstawienie Theresy May dotyczące dalszych szczegółów praw mieszkańców UE w Wielkiej Brytanii po Brexicie, pomimo tego, iż May nie doszła jeszcze do porozumienia z Partią Demokratycznych Unionistów. Wisienką na torcie jest otwarcie ceremonii forum ds. Bankowości Centralnej w Portugalii przez Mario Draghiego.

Choć indeksy giełdowe i indeks VIX są stosunkowo cicho, ostatnio na rynku walutowym dużo się dzieje, a szczególnie na rynku kryptowalut. Ci, którzy inwestują w drugą co do wielkości kryptowalutę na świecie, już odczuwają jej niestabilność i wiele osób zaczyna z tego powodu panikować. Powodem tego jest fakt, iż gdy dany składnik aktywów szybko wzrasta, nie ma czasu na zbudowanie własnych wzorów cenowych lub znaczących poziomów wsparcia. Zauważalne obciążenia sieci podczas niedawnych ICO spowodowało, że alternatywni inwestorzy zaczęli kwestionować stabilność blockchainów Ethereum i nie ma wątpliwości, że niektórzy zaczną się rozglądać za innymi opcjami wdrażania decentralizacji i inteligentnych umów.

Ethereum przeszło długą drogę od 11 dolarów w lutym do swojego rekordowego notowania na poziomie 425 dolarów w czerwcu. W tej chwili możemy tylko zgadnąć, w którą stronę los tej kryptowaluty się odwróci. Analiza techniczna i fundamentalna nie będzie tu za bardzo pomocna. Musimy myśleć o poziomach psychologicznych.  Może być tak, że Ethereum będzie się trzymać poziomu 250 dolarów a potem wystrzeli szybko w górę. Powinniśmy też być również przygotowani na możliwość spadku do 200, 150 lub nawet 100 dolarów. Najlepszym sposobem na przygotowanie się do tego rodzaju ruchów jest analiza portfela oraz jego dywersyfikacja.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O potencjalnym debiucie mówiło się od dawna, kilka wcześniejszych prób sprzedaży akcji zakończyło się jednak niepowodzeniem. Ubiegłoroczna wycena potencjalnej transakcji na poziomie 3,5 mld euro nie satysfakcjonowała obecnych właścicieli. Nadchodzące IPO będzie niewątpliwie głośnym wydarzeniem na polskim rynku, bowiem aktualnie analitycy wyceniają spółkę na kwotę od 9 do 13 mld zł. Nie stanowi zaskoczenia fakt, że nad ofertą będzie trzymać pieczę konsorcjum banków krajowych oraz zagranicznych. Play nie zamierza emitować nowych akcji (za wyjątkiem niewielkiej transzy na poczet programu menadżerskiego) – dwaj dotychczasowi akcjonariusze (fundusze Tellerton i Novator) sprzedadzą część swoich akcji. Oferta skierowana jest do inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, oraz do wybranych pracowników.

Dwunastoletnia historia spółki jest pełna sukcesów. W tym czasie operator komórkowy systematycznie umacniał swoją pozycję rynkową. W efekcie jego udziały w rynku wynoszą obecnie 27,6%. W latach 2014 – 2016 skumulowane roczne wskaźniki wzrostu przychodów i EBITDA wyniosły kolejno 15,5% oraz 21%. Owe liczby nabierają szczególnego znaczenia, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat całego rynku telekomunikacyjnego, niezwykle wymagającego i nasyconego, którego dynamika wzrostu w ostatnich latach wyniosła nieco ponad 4% rdr. Trudne warunki rynkowe są niewątpliwie dostrzegane przez inwestorów, którzy już od dłuższego czasu z dystansu spoglądają na ten sektor.

Mimo wszystko Play planuje zasiąść na fotelu branżowego lidera. Oczywiście zadanie to jest wykonalne, jednak należy zauważyć, że wymagające warunki rynkowe oraz kapitałochłonność niezbędnych inwestycji spowodują, że dynamika wzrostu firmy wyraźnie wyhamuje. Ponadto, spółka prawdopodobnie będzie redukować swoje zadłużenie, którego stan jest stabilny, lecz relatywnie wysoki (wskaźnik długu netto do EBITDA wynosi 3,4). W efekcie, utrzymanie dotychczasowego tempa rozwoju wydaje się niemożliwe. To z perspektywy potencjalnej inwestycji nienajlepsza wiadomość dla inwestorów, zwłaszcza tych, którzy oczekują szybkiego i ponadprzeciętnego zarobku. Z drugiej strony należy docenić pozycję firmy, jej dojrzałość, stabilność oraz bardzo hojną politykę dywidendową. Spółka planuje wypłacać dywidendę na poziomie od 65% do 75% wolnych przepływów pieniężnych wypracowanych w każdym poprzednim roku obrotowym. Zgodnie z planami w 2018 r. spółka wypłaci 650 mln zł. Aspekt ten z całą pewnością stanowi istotną zachętę do inwestycji w walory drugiego największego operatora komórkowego w Polsce.

Pomimo wcześniej wskazanych czynników, spółka powinna zachować stabilne tempo rozwoju. Play może wykorzystać niedawne inwestycje w częstotliwość LTE, aby dotrzeć do mniej zurbanizowanych części kraju. Ponadto operator może wzmocnić swój rozwój dzięki sprzedaży dodatkowych usług (różnego rodzajów serwisów filmowych, czy też muzycznych). Ta część rynku wykazuje znacznie większą skłonność do rozwoju aniżeli segment abonentów komórkowych. Ten kanał rozwoju wspierany będzie m.in. przez rosnący poziom zamożności Polaków. Należy także dodać, że decyzja o zniesieniu roamingu na terenie UE nie powinna znacząco wpłynąć na podstawową działalność telekomu, gdyż przychody z tego tytułu stanowią niewielki odsetek całkowitej wielkości wpływów operacyjnych. Co więcej, ich potencjalny spadek zostanie częściowo zrekompensowany przez nowe regulacje prawne dotyczące cen tzw. ,,fair – use” oraz przez wzrost popytu na zagraniczne połączenia i wiadomości tekstowe – efekt spadku cen.

Play to niewątpliwe spółka o solidnych fundamentach, kusząca inwestorów hojną dywidendą oraz potencjałem do dalszego wzrostu organicznego. Jednak nie da się ukryć, że debiut drugiego największego operatora komórkowego w Polsce został niejako ,,wymuszony”. Brak konsensusu ws. sprzedaży spółki zachęcił dotychczasowych akcjonariuszy do monetyzacji chociażby części swoich udziałów właśnie poprzez IPO. Co więcej, wybrany moment wydaje się ku temu niezwykle właściwy, nie tylko ze względu na wyróżniającą się postawę spółki na tle całego rynku, ale również ze względu na zdecydowaną poprawę nastrojów na warszawskim parkiecie. Takie połączenie prawdopodobnie spowoduje, że ten debiut dojdzie do skutku i zasłuży na miano jednego z największych w historii polskiego rynku kapitałowego, natomiast dotychczasowi akcjonariusze zdołają odsprzedać swoje akcje po atrakcyjnej cenie.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

 

Trwają konsultacje Komisji Europejskiej z państwami członkowskimi na temat przyszłego kształtu Unii Europejskiej po wystąpieniu z niej Wielkiej Brytanii. Pierwsze wnioski mają być znane jeszcze w tym roku. Zdaniem dyrektora polskiego przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w interesie Polski jest dalsze działanie na rzecz równego rozwoju państw starej i nowej Unii. Dziś rozpoczynają się negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

– Na początku marca przewodniczący KE ogłosił Białą Księgę, w której mamy dalsze scenariusze rozwoju UE – od takich propozycji, by jak najmniej ją zmieniać i zachować stan obecny, po różne warianty ograniczania kompetencji, np. KE, czy zajmowania się tylko najważniejszymi sprawami i pozostawienia większej sfery zagadnień państwom europejskim czy też pogłębienia integracji – mówi  Marek Prawda, dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Inny wariant oznacza ograniczenie się właściwie do wspólnego rynku, a inne sprawy pozostawia poza zainteresowaniem Unii.

1 marca 2017 roku Jean-Claude Juncker przedstawił Białą Księgę w sprawie przyszłości Europy. Nakreślono w niej pięć różnych możliwych scenariuszy. Pierwszy to „Kontynuacja”, w którym państwa UE miałyby się skupić nad realizacją programu reform w dotychczasowym kierunku. Drugi, pod tytułem „Nic poza jednolitym rynkiem”, polegałby na koncentracji wyłącznie na jednolitym rynku i ograniczeniu wspólnej polityki w innych dziedzinach, np. wobec uchodźców. Trzeci scenariusz „Ci, którzy chcą więcej, robią więcej” zakłada ściślejszą współpracę zainteresowanych państw w określonych dziedzinach. Czwarty wariant to „Robić mniej, ale efektywniej”, a piąty „Robić wspólnie znacznie więcej” kładzie nacisk na intensyfikację wspólnych działań we wszystkich obszarach.

– Jest tam projekt różnych prędkości, dopuszczający taki scenariusz, że różne grupy pastw w różnych sprawach będą mogły pogłębiać współpracę w UE. Wydaje się dzisiaj, że wokół tego wariantu będzie duża debata – przekonuje Prawda. – Sam prezydent Francji jest zwolennikiem dopuszczenia do takiej sytuacji, że pewna grupa państw będzie chciała pogłębiać współpracę, harmonizować różne sfery działania w UE.

Jak mówi, KE chciałaby, by w 2017 roku toczyła się debata na ten temat, tak by państwa członkowskie opowiedziały się za którymś z wariantów, po czym głos zabierze Komisja Europejska. Celem tej debaty ma być zorientowanie się, jakiej Europy chcą obywatele i który wariant ma największe poparcie. Jean-Claude Juncker zapowiedział, że wynik tej debaty, jak i własny pogląd przedstawi we wrześniu w swoim orędziu, a pierwsze wnioski mają zostać sformułowane w grudniu 2017 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Plan działania nad wybranym wariantem ma zostać przedstawiony przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2019 roku, a sam scenariusz realizowany będzie w perspektywie 2025 roku.

– Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, jakiej Europy chcą Polacy, bo różni aktorzy na scenie obywatelskiej czy politycznej mają tutaj różne poglądy – mówi Marek Prawda. – W przeszłości Polska była krajem bardzo aktywnym, może nawet liderem takich działań, które nie pozwalały na pęknięcie między tą częścią państw, które są w strefie euro, a pozostającymi poza nią. Polska tutaj występowała w swoim interesie, ale też wyrażała bardzo ważny cel dla wszystkich. Jest kojarzona z taką podstawą. Wszyscy kibicowali, żeby Polsce się udało, bo ona załatwia coś ważnego dla większości UE, nie dopuszczając do tego pęknięcia.

Kwestia określenia na nowo zakresu współpracy 27 państw powstała po tym, jak na odejście ze wspólnoty zdecydowała się w czerwcu 2016 roku Wielka Brytania. Negocjacje w sprawie brexitu ruszają. Kraj ma opuścić wspólnotę do końca I kwartału 2019 roku, a wraz z nią zmniejszą się składki wpłacane przez Zjednoczone Królestwo do unijnej kasy. Co roku jest to niemal 13 mld euro.

Rządy europejskich państw różni także m.in. kwestia uchodźców, a narastające na całym świecie nastroje nacjonalistyczne utrudniają współdziałanie, choć wyniki wyborów prezydenckich we Francji i parlamentarnych w Holandii, w których wygrali centroprawicowi kandydaci, pokazały, że większość wyborców w tych krajach opowiada się za pozostaniem w UE.

– Uważam, że to w polskim interesie jest, by nie dopuszczać do fragmentacji UE. Polska powinna być zainteresowana tym, żeby zachód zachował jedność, żeby w UE jak najwięcej zasad i wartości było podzielanych na całym kontynencie, bo stąd brały się wszystkie atuty, jakie Polska miała z członkostwa – tłumaczy dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Ale jak wiemy w tym okresie kryzysowym, w tych rozedrganych czasach mamy wiele różnych pomysłów, pojawia się wiele wątpliwości, czy taka instytucja jak UE jest jedyną formą rozwiązywania problemów świata. Dzisiaj, po tych kilku wyborach w UE, widzimy, że powraca poczucie obrony tego, co mamy, przy całej świadomości, że reforma musi być bardzo głęboka.

Źródło: rynekinfrastruktury.pl

Po wejściu do Unii Europejskiej bowiem znaczna część przedsiębiorców rozpoczęła działalność międzynarodową, prowadząc interesy z zagranicznymi kontrahentami. W dodatku czasy te pokryły się z okresem kiedy dostęp do nowoczesnych rozwiązań finansowych znacznie się ułatwił, dzięki internetowi.

Co to jest hedging?

Mówiąc najprościej jest to rodzaj strategii, która służy do zabezpieczenia np. cen surowców, paliw czy kursów wymiany walut, dzięki której niskim kosztem firma może ochronić swój zysk. Dzięki hedgingowi, firma może się skupić na swojej podstawowej działalności operacyjnej, a nie na spekulacjach związanych z cenami surowców czy walut, na które nie ma i tak wpływu.

Hedging w działalności firmy oraz w inwestowaniu

Ruch cen surowców i walut może w bardzo dużej mierze wpłynąć na zyski firmy. Bardzo często nagłe podniesienie cen surowców czy zmiany kursów walutowych powodują kryzys w przedsiębiorstwie, w konsekwencji którego może dojść nawet do zawieszenia działalności. Pomimo faktu, że przedsiębiorca wykonywał swoją działalność należycie, tak jak zawsze. Błędem było jednak to, że nie zabezpieczył się odpowiednio na wypadek zmian cen. Hedging dla firmy jest swoistym ubezpieczeniem. Z jedną drobną różnicą – w przypadku ubezpieczenia ryzyko wystąpienia zdarzenia jest z reguły małe lub co najmniej umiarkowane. Podczas gdy zmiany cen są niemal pewne i zawsze mają wpływ na bilans czy rachunek zysków i strat firmy. W przypadku cen z małym lub umiarkowanym ryzykiem możemy mieć do czynienia tylko jak określimy naprawdę duże pułapy zmian kursowych. Oznacza to, iż rozsądny przedsiębiorca (nie spekulant) powinien zawsze się zabezpieczać na wypadek zmian cen kluczowych w jego firmie pozycji.

Dzięki hedgingowi firmy mogą się skupić na swojej działalności operacyjnej, nie zwracając uwagi na kursy walut, które mogłyby negatywnie wpłynąć na zysk firmy.

Z tego powodu duże przedsiębiorstwa takie jak np. firmy energetyczne, linie lotnicze czy międzynarodowe fabryki wykorzystują strategię hedgingu poprzez zakup instrumentów pochodnych na zabezpieczenie swoich aktyw. Dzięki takim działaniom przy stosunkowo niewielkich kosztach są w stanie zabezpieczyć się na wypadek niekorzystnych zmian rynkowych. Jednocześnie, przy korzystnych zmianach nie zyskają tyle co by mogli. Jednak jest to odpowiednie działanie, gdyż jak już kilka razy podkreślaliśmy w niniejszym artykule – zwykłe przedsiębiorstwa nie powinny zajmować się spekulacją.

Co ciekawe, nawet firmy zajmujące się spekulacją wykorzystują hedging w inwestycjach. Mechanizm działania jest identyczny. Firma obstawia określony ruch cen i jednocześnie zabezpiecza się przed stratami kupując odpowiedni instrument pochodny. Jednak spekulantom nie zależy na całkowitym zminimalizowaniu ryzyka związanego ze zmianami cen, a jedynie na jego ograniczeniu na tyle o ile są w stanie podjąć swoje ryzyko spekulacji.

Czy firmy mogą całkowicie zniwelować ryzyko wynikające ze zmienności kursu walut?

Niestety nie jest to możliwe, ponieważ na wahania kursów walut wpływa wiele czynników, m.in.: politycznych, gospodarczych i kulturowych. Wybranie odpowiedniej strategii zabezpieczenia, może pomóc firmom odpowiednio zadbać o swoje interesy oraz nie stracić na wahaniach kursów.

100% zabezpieczenie jest praktycznie nie możliwe do osiągnięcia, gdyż zawsze może wydarzyć się jakiś niekontrolowany „kataklizm”.

Ryzyko walutowe dla firm

Firmy, które chcą ograniczyć ryzyko walutowe, mogą stosować różne rozwiązania lub ich kombinację:

  • walutę, która pojawia się w firmie (np. płatności od kontrahentów) od razu wymieniać; w tym wypadku wskazane jest korzystanie z internetowych kantorów wymiany walut, w których różnice między kupnem a sprzedażą danej waluty są o wiele mniejsze;
  • w momencie kiedy pojawiają się w firmie jakieś zobowiązania lub należności walutowe, firma powinna wykupić przeciwstawny kontrakt na walutę na giełdzie walutowej forex; z reguły sprowadza się to do skorzystania z platformy forexowej
  • firmy mogą również wykupić polisę ubezpieczeniową, która zabezpieczy ich działalność przed wahaniem kursów.

Niestety jest to rozwiązanie bardzo drogie, w związku z czym tylko niewielka ilość firm może sobie na nie pozwolić. Ponadto polisa bardzo często nie zabezpiecza interesów firmy w 100%, więc możliwe, że mimo wszystko przedsiębiorca i tak będzie musiał ponieść straty.

W większych firmach za ryzyko kursowe odpowiada dyrektor finansowy, który musi podejmować odpowiednie kroki przeciwdziałające stratom. Osoba z odpowiednimi kompetencjami doradzi, w jaki sposób prowadzić interesy z zagranicznymi kontrahentami, aby zarabiać na nich jak najwięcej.

Kto powinien korzystać z hedgingu?

Wydawać by się mogło, że hedging wykorzystywany jest tylko przez największe firmy na rynku. Jest to błędne myślenie, ponieważ niestabilne kursy walut wpływają na działalność każdej firmy prowadzącej międzynarodowe interesy, niezależnie od jej wielkości. Ponadto kursy powinny również interesować przedsiębiorców, którzy korzystają z dotacji z UE oraz z kredytów zaciągniętych w obcych walutach. Hedging jest coraz bardziej popularną strategią finansową a dynamiczny rozwój handlu sprawia, że w wielu firmach staje się standardem.

 

Źródło: biuroprasowe.pl

31 maja Komisja Europejska opublikowała propozycję zmian przepisów dotyczących międzynarodowego transportu drogowego. Pakiet zmian spotkał się z ogromnym zainteresowaniem ze strony polskich przewoźników i stowarzyszeń transportu drogowego. W związku z tak ogromnym zainteresowaniem 7 czerwca w Parlamencie Europejskim zorganizowano debatę, której celem była propozycja zmian niektórych regulacji unijnych przepisów.

Poddane dyskusji zostało m.in. ujednolicenie przepisów dotyczących oddelegowania pracowników, kabotażu oraz liberalizacji przepisów dotyczących odpoczynków tygodniowych i wykonywanych w pojeździe transportowanym na promie lub koleją. Najwięcej kontrowersji wzbudzają propozycje dotyczące konieczności wypłacania płac minimalnych z poszczególnych krajów Unii. Stąd najwięcej dyskusji dotyczyło tych przepisów. Osobiście w debacie skupiłem się na zmianach dotyczących czasu jazdy, przerw i odpoczynków, ponieważ moim zdaniem te tematy, obok płac minimalnych, najbardziej nurtują polskie firmy transportowe.

Zmiany Komisji Europejskiej w kwestii czasu pracy kierowców

Generalnie chodzi o liberalizację przepisów w zakresie odpoczynków tygodniowych oraz w zakresie odpoczynków podczas transportowania pojazdu promem lub koleją. Jest również propozycja zaostrzenia przepisu dotyczącego rekompensaty skróconego odpoczynku tygodniowego, co moim zdaniem nie jest krokiem we właściwym kierunku.

Zgodnie z tą propozycją każde skrócenie odpoczynku tygodniowego będzie możliwe poprzez rekompensatę dołączoną do odpoczynku tygodniowego. Obecnie kierowcy mogli skrócenie odpoczynku tygodniowego rekompensować poprzez dołączenie rekompensaty do co najmniej 9-cio godzinnego odpoczynku dziennego. Innymi słowy jeśli w danym tygodniu kierowca będzie odpoczywał przez 35 godzin to w następnych 3 tygodniach będzie musiał go zrekompensować odpoczywając przez co najmniej 55 godzin...

W praktyce jednak okazuje się, że kierowcy najczęściej rekompensują swoje odpoczynki skrócone poprzez wydłużenie odpoczynków tygodniowych. Twórcom zmian przyświecał ogólny cel, dzięki któremu kierowca po 3 tygodniach pracy może wrócić do swojego miejsca zamieszkania, w którym ma możliwość spędzenia czasu wolnego z rodziną przez nieco dłuższy czas. Wiele firm transportowych już teraz pracuje właśnie w takim systemie.

Aby dostosować przepisy do praktyki, Komisja Europejska zaproponowała również zmianę w przepisach dotyczących odpoczynków tygodniowych, co niestety tylko na pierwszy rzut oka jest kursem w dobrą stronę…

Obecnie kierowca zobowiązany jest do wykonania 2 odpoczynków regularnych tj. 45 godzinnych w ciągu 2 tygodni lub alternatywnie może jeden z tych odpoczynków skrócić do co najmniej 24 godzin. KE proponuje zmianę polegającą na tym że w ciągu 4 tygodni kierowca wykonuje 4 odpoczynki regularne (tj. co najmniej 45-godzinne) lub ma możliwość wykonania co najmniej 2 odpoczynków skróconych (co najmniej 24 godziny) oraz 2 odpoczynków regularnych (co najmniej 45 godzin). Kierunek zmian jest odpowiedni, ponieważ liberalizuje przepisy. Byłoby to ogromne ułatwienie dla kierowców wielu krajów w świetle pojawiających się zakazów wykonywania odpoczynków regularnych w kabinie pojazdu. Jednakże zmiana zaproponowana w tej formie niestety niczego nie zmienia, co więcej, ze względu na błędy wprowadziłaby więcej zamieszania.

Brak spójności w przepisach

W mojej ocenie zmiana przepisów jest po prostu niespójna matematycznie. Nie uwzględniła sytuacji, w której kierowca wykonałby 3 regularne odpoczynki tygodniowe. Zgodnie z proponowanym przepisem kierowca musiałby zrobić jeszcze 2 skrócone odpoczynki tygodniowe. W takiej sytuacji kierowca musiałby wykonać w sumie pięć odpoczynków tygodniowych w ciągu 4 tygodni.

W obrębie 4 tygodni muszą być uwzględnione 3 kombinacje:

  1. kierowca wykonuje co najmniej 4 regularne odpoczynki tygodniowe, lub
  2. kierowca wykonuje co najmniej 3 regularne odpoczynki tygodniowe oraz  co najmniej 1 skrócony odpoczynek tygodniowy, lub
  3. kierowca wykonuje co najmniej 2 regularne odpoczynki tygodniowe oraz co najmniej 2 skrócone odpoczynki tygodniowe.

Zabrałem głos w dyskusji w celu wyjaśnienia powstałych wątpliwości. Myślę, że twórcy „Pakietu dla mobilności” zorientowali się, że te propozycje mogą jedynie wprowadzić zamieszanie. Tym bardziej, że KE nie przedstawiła żadnych propozycji w zakresie czasu prowadzenia w okresie 2 tygodni. Jeśli kierowca zdecydowałby się na wykonanie dwóch odpoczynków skróconych tj. 24 godzinnych w ciągu dwóch tygodni to nadal ograniczałby go dwutygodniowy czas prowadzenia. Jeśli pierwszego tygodnia kierowca jechałby przez 56 godzin to następnego może prowadzić przez 34 godziny i tym samym w czwartek musiałby zatrzymać pojazd i musiałby odpoczywać do północy w niedzielę. Należałoby również umożliwić kierowcy jazdę przez maksymalnie 180 godzin w okresie 4 kolejnych tygodni. Wtedy propozycja zmian byłaby spójna i realnie umożliwiłaby pracę kierowców w systemie 3 na 1.

Odpoczynek wykonywany na promie

W przypadku odpoczynków wykonywanych na promie, Propozycja Komisji Europejskiej obejmuje możliwość przerwania nie tylko dziennego ale również skróconego odpoczynku tygodniowego poprzez operacje związane z wjazdem i wyjazdem z promu lub platformy kolejowej. Obecna forma przepisów jest dla wielu przewoźników niemożliwa do spełnienia, dlatego taka propozycja została uwzględniona w planowanych zmianach. Oczywiście można by zapytać, dlaczego nie uwzględniono w tych zmianach odpoczynku co najmniej 45-godzinnego. Ale myślę, że i tak taka zmiana ucieszyłaby wielu przewoźników.

Kiedy zmiany wejdą w życie?

Obecnie trudno stwierdzić kiedy można spodziewać się wdrożenia proponowanych zmian. Była to dopiero pierwsza tego typu debata. Na pewno temat jest bardzo ważny dla wielu przewoźników, dlatego całe środowisko będzie zainteresowane ujednoliceniem sytuacji przewoźników i kierowców na terenie UE. Biorąc pod uwagę tempo prac myślę, że najwcześniej będzie to rok 2019.

Tym bardziej, że w tym samym roku ma wejść w życie rozporządzenie dotyczące nowej generacji tachografu cyfrowego tzw. „smart tachograph”. Tym niemniej środowisko przewoźników transportowych może spodziewać się pewnych ułatwień nieco wcześniej. W organizacji CORTE razem z przedstawicielami służb kontrolujących pracujemy od 2 lat nad ujednoliceniem interpretacji przepisów Rozporządzenia 561/2006. Po wakacjach ten dokument zostanie przedłożony do Komisji Europejskiej.

 

 

Autor: Dariusz Wata jest ekspertem CORTE, Tachograph Forum oraz firmy Infolab będącej producentem programu Tachospeed.

Gdy 18 kwietnia brytyjska premier Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory, funt wzmocnił się o ok. 2 proc. Wtedy było praktycznie przesądzone, że torysi zauważalnie powiększą kruchą przewagę w Izbie Gmin. Jednak po sześciu tygodniach kampanii praktycznie każdy scenariusz jest możliwy, łącznie z „zawieszonym parlamentem”, który spowodowałby, że funt może kosztować nawet 4,60 zł – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z punktu widzenia partii konserwatywnej, ogłoszenie przedterminowych wyborów ponad 6 tygodni temu wydawało się bardzo dobrym pomysłem. Zdecydowana większość sondaży dawała ugrupowaniu premier Theresy May przewagę nad laburzystami w granicach 20 pkt proc. Przekładało się to na około 400-450 z 650 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin. To oznaczało również, że obecna większość parlamentarna na poziomie 17 posłów mogła urosnąć do ok. 100.

Obsadzenie przez torysów 2/3 miejsc w Izbie Gmin dawałoby nie tylko komfort rządzenia do 2022 r., ale również sugerowało silny mandat do negocjacji warunków Brexitu z Brukselą. Dodatkowo wyraźna większość parlamentarna zmniejszała ryzyko, że część bardziej radykalnych przedstawicieli konserwatystów może forsować „twardy Brexit”. Przy przewadze na poziomie ok. 100 parlamentarzystów ten negatywny scenariusz był mniej prawdopodobny. W rezultacie 18 kwietnia funt zyskał w stosunku do walut krajów wchodzących w skład brytyjskiej wymiany handlowej ok. 2 proc. wartości.

Topniejąca przewaga torysów

Jeszcze miesiąc po ogłoszeniu przedterminowych wyborów przewaga ugrupowania premier May była nadal wysoka. Wszystko zaczęło się zmieniać po publikacji manifestu konserwatystów. Zasugerowano w nim zmniejszenie świadczeń pomocy społecznej dla osób starszych z majątkiem powyżej 100 tys. funtów. I choć dość szybko z tego pomysłu się wycofano, to jednak dyskusja o zabraniu przywilejów dla osób w wieku poprodukcyjnym stała się początkiem spadku poparcia dla torysów.

Od połowy maja przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zaczęła szybko topnieć. Poparcie dla opozycyjnych laburzystów na początku czerwca zaczęło sięgać 35-40 proc. (obecnie średnia z 10 sondaży to 43,6 proc. dla torysów i 35,8 proc. dla laburzystów), co oznacza wzrost o 10-15 pkt proc. w porównaniu z momentem ogłoszenia wyborów. W rezultacie wzrosło również prawdopodobieństwo, że torysi nie tylko nie będą w stanie powiększyć przewagi w porównaniu do wyborów z 2015 r., ale grozi im utrata parlamentarnej większości. To zagrożenie zostało dość szybko wycenione przez funta. Jego wartość wróciła do poziomów sprzed ogłoszenia przedterminowych wyborów.

Scenariusze dla funta

Na podstawie ostatnich reakcji i oczekiwań rynkowych można zbudować dla funta cztery scenariusze: dwa pozytywne oraz dwa negatywne. Wzrost wartości brytyjskiej waluty byłby najbardziej znaczący, gdyby torysi uzyskali przynajmniej 50-miejscowy bufor do rządzenia. Wtedy można oczekiwać, że funt wzrośnie o ok. 2-3 proc. Wycena szterlinga w relacji do złotego mogłaby wzrosnąć w takim scenariuszu mniej więcej o 10-15 gr i sięgnąć granicy nawet 5 zł.

Drugi pozytywny rozwój wydarzeń dla funta to wynik nieco wyższy od tego z 2015 r. (17 miejsc i 6,6 pkt proc. przewagi nad laburzystami). Przekroczenie większości na poziomie 30-50 miejsc być może zostałoby odebrane jako kampanijna porażka, ale prawdopodobnie nie spowodowałaby wyraźniejszych przetasowań na funcie.

Szterling natomiast negatywnie mógłby zareagować na zwycięstwo laburzystów. Skala tego ruchu jest stosunkowo trudna do oszacowania. W pierwszych dniach prawdopodobnie funt mógłby stracić ok. 2-3 proc. (10-15 gr do złotego). Później wiele zależałoby od stanowiska laburzystów dotyczącego kwestii gospodarczych. Brytyjskiej walucie pomagałby fakt, że partia Jeremego Corbyna dążyłaby do porozumienia z UE, a nie do konfrontacji.

Z drugiej jednak strony wygrana laburzystów może również generować problemy. Jak pogodzić wynik referendum dotyczący Brexitu z chęcią utrzymania dostępu do wspólnego rynku oraz ograniczeniem imigracji? Jak pisze „The Wall Street Journal”, Corbyn „sam nazywa siebie socjalistą, który obiecał nacjonalizację transportu kolejowego i firm użyteczności publicznej, a także podniesienie podatków dla przedsiębiorstw oraz 5 proc. najlepiej zarabiających”. Według „WSJ” jest on również uważany za „najbardziej lewicowego lidera od pokolenia”. Ogólnie jednak szansa na zwycięstwo laburzystów, mimo ostatnich silnych wzrostów poparcia, jest ograniczona i według notowań bukmacherów wahała się w ostatnich dniach blisko poziomu 10 proc.

Zawieszony parlament najbardziej niekorzystny dla funta

Prawdopodobnie najbardziej negatywnym scenariuszem dla funta jest wynik, który nie daje możliwości samodzielnego rządzenia żadnej partii. Na Wyspach tylko dwukrotnie w ostatnich 40 latach mieliśmy do czynienia z „zawieszonym parlamentem”. Jednomandatowa ordynacja wyborcza oraz specyfika brytyjskiego systemu sprawia, że nawet stosunkowo niewielka procentowa przewaga wygrywającego daje mu możliwość samodzielnego rządzenia.

Negatywne reperkusje braku parlamentarnej większości któregoś z ugrupowań potęguje kwestia Brexitu. Ryzyko rządu mniejszościowego, kruchej koalicji czy ponownych wyborów byłoby połączone z niepewnością dotyczącą warunków opuszczenia Unii Europejskiej. Mogłoby to zwiększyć podziały wewnątrz Zjednoczonego Królestwa, a także dość szybko przełożyć się na pogorszenie nastrojów konsumentów czy przedsiębiorców.

Według ankiet przeprowadzonych wśród banków inwestycyjnych przez agencję Bloomberg, „zawieszony parlament” może spowodować spadek funta w relacji do dolara nawet do poziomu 1,20 (około 7 proc.). Mediana oczekiwań ekonomistów pokazuje obniżenie się wartości szterlinga o 5 proc. Oznaczałoby to więc spadek wartości w brytyjskiej waluty w relacji do polskiej mniej więcej 25 gr, czyli do ok. 4,60 zł. Według notowań bukmacherów (dane Oddschecker), ryzyko takiego rozwoju sytuacji wynosi ok 17 proc.

Podsumowując, ryzyka dla funta wyraźnie się zwiększyły w ostatnich tygodniach, ale biorąc pod uwagę sondaże wyborcze czy notowania bukmacherów nadal pozostają stosunkowo ograniczone. Z drugiej jednak strony pamiętając, że ostatnie wydarzenia polityczne w krajach rozwiniętych często miały zaskakujące zakończenie, prawdopodobieństwo negatywnego rozwoju sytuacji dla szterlinga może być niedoszacowane.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...