Home Tagi Wpis otagowany "UE"

UE

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude  Juncker wygłosił dziś rano w Strasburgu orędzie o stanie Unii, które można określić jako projekt dla UE-27 na najbliższe lata. Sporo miejsca w swoim wystąpieniu poświęcił unijnej strategii przemysłowej, o co organizacje pracodawców zrzeszone w BusinessEurope, w tym Konfederacja Lewiatan, zabiegały od dawna.

– Cieszymy się z zapowiedzi pogłębiania jednolitego rynku, który jest kluczowy dla rozwoju Unii. Dobrze, że przewodniczący KE podkreślił znaczenie nowej unijnej strategii przemysłowej, a także wagę zaangażowania Europy w promowanie wolnego handlu – finisz negocjacji z Japonią oraz zaawansowany etap negocjacji z Meksykiem i krajami Ameryki Południowej. Ważne, aby był to także sprawiedliwy handel i aby firmy europejskie pozostały konkurencyjne wobec firm spoza UE. Cieszy także pozostawienie otwartych drzwi dla państw, które chcą dołączyć do Wspólnoty, choć obecnie nie dla Turcji – mówi Kinga Grafa,  dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.

W dzisiejszym orędziu, Jean-Claude Juncker  przedstawił także nowy scenariusz dla przyszłości Europy, w wielu punktach zbieżny ze stanowiskiem  BusinessEurope. Jego realizacja zdaniem przewodniczącego KE jest możliwa dzięki coraz lepszej sytuacji gospodarczej UE i powracającej wiary obywateli Unii w sens integracji. Według Junckera, Europa musi dążyć do głębszej integracji, w oparciu o europejskie wartości, takie jak wolność, o którą trzeba stale zabiegać, równość wszystkich obywateli, bez względu na kraj pochodzenia i poszanowanie prawa w państwach członkowskich. Głębsza integracja ma polegać ma m. in. na wejściu wszystkich państw członkowskich (z wyłączeniem Danii) do strefy euro i unii bankowej, powołaniu unijnego ministra gospodarki i finansów oraz powierzenia Parlamentowi Europejskiemu także roli parlamentu strefy euro, bez tworzenia równoległych struktur, o co apelował prezydent Macron. Warto przypomnieć, że Polska jest zobowiązana do przyjęcia euro traktatem akcesyjnym.

Stanowisko BusinessEurope na temat przyszłości Europy, oprócz odniesienia do scenariuszy, mówi o priorytetach dla biznesu. Po pierwsze, konieczność pogłębiania jednolitego rynku i niwelowania istniejących barier. Przedsiębiorcy potrzebują pewności, dlatego konieczna jest właściwa implementacja legislacji unijnej, a następnie stosowanie i egzekwowanie zasad. Po drugie, wspieranie przedsiębiorstw europejskich w globalnych relacjach handlowych. Musimy modernizować instrumenty ochrony handlu i dążyć do tworzenia wzajemnych, korzystnych ram w handlu i inwestycjach. Po trzecie, potraktowanie zmian, które zapoczątkowała 4. rewolucja przemysłowa, jako szansy – dla firm i dla pracowników. Temu służyć ma nowa unijna strategia przemysłowa oraz instrumenty finansowe.  – Cieszymy się, że wiele z tych priorytetów znalazło się w orędziu szefa KE – podkreśla Kinga Grafa.

Przesłanie Junckera miało mieć wydźwięk pozytywny, stąd być może niewiele uwagi poświęcił decyzji Wielkiej Brytanii o opuszczeniu Unii i konsekwencji Brexitu. Jest to temat ważny dla europejskich przedsiębiorców, w tym polskich, którzy chcą uniknąć tzw. twardego Brexitu, bez okresów przejściowych.

 

Źródło; Konfederacja Lewiatan

 

Pięć scenariuszy, które Komisja Europejska przedstawiła w związku z obchodzoną w tym roku 60-tą rocznicą podpisania Traktatów Rzymskich, było przyczynkiem do dyskusji i głębszej refleksji o przyszłości UE podczas ostatniego posiedzenia BusinessEurope, czyli federacji zrzeszającej europejskich przedsiębiorców i pracodawców, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan.

Rozmawialiśmy o przyszłości Europy w kontekście potrzeb i oczekiwań biznesu. Wszyscy zgodziliśmy się co do tego, że zaproponowane w Białej Księdze scenariusze: 1 (czyli kontynuacja) i 2 (tylko jednolity rynek) są zbyt mało ambitne.

W pierwszym scenariuszu, 27 państw członkowskich, już bez Wielkiej Brytanii, realizuje obecny program reform,  wzmacnia jednolity rynek, zwiększa inwestycje w infrastrukturę cyfrową, transportową i energetyczną oraz wprowadza stopniowe zmiany funkcjonowania strefy euro. Zgodnie z drugim scenariuszem, powinniśmy skupić się na poprawie funkcjonowania jednolitego rynku, niwelując wciąż istniejące bariery – fiskalne (m. in. poprzez wyrównanie zasad opodatkowania i stawek podatkowych) i techniczne (ujednolicenie regulacji technicznych i norm, np. w zakresie jakości, bezpieczeństwa, znakowania), upraszczamy zasady uznawania kwalifikacji zawodowych oraz dążymy do liberalizacji w sektorze usług (włączając usługi sieciowe). Dla biznesu, coraz bardziej zintegrowany, otwarty i konkurencyjny rynek unijny jest priorytetem, zwłaszcza w kontekście coraz częściej występującego protekcjonizmu (np. w zakresie delegowania pracowników). Jednak w obliczu obecnych wyzwań sprawnie funkcjonujący jednolity rynek to za mało.

Dlatego scenariusz, który proponuje BusinessEurope, to połączenie scenariuszy: 4 (robimy mniej, ale efektywniej) i 5 (robimy wspólnie znacznie więcej) oraz dodanie elementów scenariusza 3 (ci, którzy chcą więcej, robią więcej), jako instrumentu, umożliwiającego osiągnięcie celu, czyli realizację kluczowych polityk, pod warunkiem zachowania zintegrowanej i spójnej Unii, z funkcjonującym bez zakłóceń jednolitym rynkiem.

Scenariusz 4 zakłada, że UE koncentruje się na skuteczniejszym działaniu w kluczowych obszarach, jak np. jednolity rynek, zwiększenie inwestycji w infrastrukturę cyfrową, transportową i energetyczną, pobudzając wzrost gospodarczy i zwiększając zatrudnienie. Według scenariusza 5, państwa członkowskie decydują się robić wspólnie znacznie więcej we wszystkich obszarach polityki, włączając obronność i bezpieczeństwo. Kwietniowe badanie Eurobarometru pokazało, że dla zdecydowanej większości Europejczyków, Unia musi odgrywać większą rolę w kwestiach polityk zagranicznej i obronnej (73 proc.), walki z terroryzmem (80 proc.) oraz ochrony środowiska (75 proc.), dlatego te obszary, jak również polityka handlowa i przemysłowa, powinny znaleźć się wśród priorytetów UE.

W obydwu scenariuszach, Komisja Europejska proponuje współdziałanie wszystkich 27 państw. Inaczej jest w przypadku scenariusza 3, który wzbudza największe kontrowersje. Scenariusz dopuszcza powstawanie „koalicji chętnych”, czyli państw członkowskich, które chcą bliższej współpracy w wybranych obszarach polityki, jak np. obronność, bezpieczeństwo wewnętrzne, opodatkowanie czy sprawy socjalne. „Młodsze” państwa członkowskie, w tym Polska, obawiają się powstania „Europy wielu prędkości”, w której rdzeń, czyli państwa strefy euro, będą się ściśle integrować wokół wspólnej waluty, a reszta pozostanie w tyle. Wybór Emmanuela Macron na prezydenta Francji podgrzał te obawy. Macron opowiada się za osobnym parlamentem i budżetem dla strefy euro.

 

Komentarz Kingi Grafy, dyrektorki biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli

Europejska organizacja biznesu BussinesEurope, której członkiem jest Konfederacja Lewiatan,  wystosowała list do przewodniczącego Komisji Europejskiej w sprawie scenariuszy rozwoju Unii Europejskiej. Wskazuje w nim ambitne cele dla naszego kontynentu.

Europa stanowi jedno z tych miejsc na świecie, w których się najlepiej żyje, pracuje i prowadzi działania biznesowe. I nie jest to zwykły przypadek. Unia Europejska sprawiła, że europejski sposób życia stał się możliwy.

W liście do Jeana-Clauda Junckera, przewodniczącego Komisji Europejskiej, BusinessEurope wraz ze wszystkimi swoimi federacjami członkowskimi, napisała że mocno wspiera projekt europejski. Co więcej, byliśmy w czołówce podczas tworzenia projektu europejskiego od samego początku. Szczerze wierzymy, że doskonalenie i dostosowywanie projektu europejskiego jest nieustannym procesem. Nie ulega żadnej wątpliwości, że Europa musi być miejscem, w którym razem znajdujemy odpowiedzi na wspólne, nurtujące nas problemy.

Biorąc pod uwagę różne scenariusze przedstawione w Białej Księdze Komisji Europejskiej dotyczące przyszłości Europy oraz w kolejnych księgach refleksyjnych, BusinessEurope pracuje nad scenariuszem biznesowym zatytułowanym: „Droga naprzód: wizja biznesu dla przyszłości Unii Europejskiej”.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie mają ambitny cel dla Europy. Uważamy, że aby iść naprzód, musimy skoncentrować się na podstawowych elementach ze scenariusza 4 „robić mniej a bardziej wydajnie” oraz wybranych aspektach scenariusza 5 „robić o wiele więcej razem”, odzwierciedlając perspektywę długoterminową.

Ponadto niektóre elementy scenariusza 3 „ci, którzy chcą więcej, robią więcej” mogłyby zostać wykorzystane jako instrument i proces. Jednakże powinien on mieć charakter wyjątkowy, w pełni uwzględniać zasady Traktatu oraz być otwartym dla wszystkich członków. W żadnym wypadku nie może tworzyć barier, ani też zagrażać właściwemu funkcjonowaniu rynku jednolitego UE ani jego czterem wolnościom.

BusinessEurope i jej federacje członkowskie zgodnie wyrażają poparcie dla projektu integracji europejskiej w oparciu o wspólne wartości europejskie i są gotowe przyczyniać się do jego ciągłego postępu.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Kierowców będą pilnować tzw. inteligentne tachografy. Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych przez służby kontrolne. Od czerwca 2019 r. każdy nowy pojazd wykonujący usługi transportowe na terenie UE będzie musiał być wyposażony w tzw. inteligentny tachograf.

W związku z różnorodnością oraz rosnącą częstotliwością manipulacji stosowanych przez kierowców zawodowych, Komisja Europejska opracowała załącznik IC do Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) Nr 165/2014, który szczegółowo określa budowę i użytkowanie tzw. inteligentnych tachografów. Jak zapowiada organ unijny, proponowane zmiany mają ograniczyć możliwości ingerowania w pracę urządzeń, a jednocześnie zwiększyć wykrywalność manipulacji w czasie kontroli. Obowiązek montowania inteligentnych tachografów we wszystkich nowych pojazdach zostanie wprowadzony od 15 czerwca 2019 r. Jednak firmy transportowe, które w najbliższym czasie planują zmianę bądź zakup nowych samochodów ciężarowych, już teraz powinny szczegółowo zapoznać się z propozycjami Komisji Europejskiej. Znajomość planowanych poprawek do Rozporządzenia 165/2014 może uchronić przedsiębiorstwa przed poniesieniem dodatkowych kosztów, związanych z wymianą tachografów w dopiero co zakupionych pojazdach.

– Zminimalizowanie manipulacji jest jednym z najważniejszych wyzwań, przed którym stoi branża transportowa. Wprowadzenie tachografów cyfrowych w 2006 r. miało zapobiec nielegalnym praktykom. Okazało się jednak, że urządzenia cyfrowe, podobnie jak analogowe, są narażone na zewnętrzną ingerencję. Potwierdzają to dane opublikowane w 2014 r. przez Komisję Europejską, z których wynika, że w co trzecim pojeździe dochodzi do oszustw dotyczących rejestrowania czasu pracy oraz odpoczynku – zauważa Małgorzata Stocerz,  Kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO, która uczestniczy w konsultacjach KE dotyczących załącznika IC.

Lokalizowanie pojazdu

Inteligentne tachografy mają być następnym krokiem w walce z manipulacjami. Wszelkie ingerencje w pracę urządzeń nie tylko mają wpływ na branżę przewozów oraz rynkową pozycję uczciwych przewoźników, ale stwarzają także zagrożenie dla bezpieczeństwa innych uczestników ruchu. Dotychczasowe doświadczenie inspekcji i służb kontrolnych pokazało, że w celu zapewnienia skuteczności i sprawności tachografów, należy wprowadzić́ kolejne poprawki do pewnych elementów technicznych i samych procedur kontroli.

– Nowe urządzenia będą wyposażone m.in. w lokalizację GPS, dzięki czemu rejestrowane będzie dokładne położenie pojazdu w momencie rozpoczęcia oraz zakończenia jazdy, a także co 3h jazdy. Ponadto, pojawi się możliwość szybszego i bezprzewodowego odczytu niektórych danych, poprzez wbudowany model Bluetooth. Co więcej, przesyłanie informacji będzie dostępne także poprzez systemy ITS, czyli Inteligentne Systemy Transportowe. Nowoczesne urządzenia są elementem tworzenia bardziej zrównoważonego, bezpiecznego, innowacyjnego i konkurencyjnego europejskiego sektora drogowego  – mówi Małgorzata Stocerz.

Tachografy nowej generacji mają także zwiększyć skuteczność kontroli drogowych. Do dyspozycji inspekcji i służb kontrolnych zostanie oddane narzędzie, które pozwoli na zdalne sprawdzanie kierowców, bez konieczności zatrzymywania pojazdu.

– Poprzez urządzenia stosujące mikrofale, podobne do dzisiejszych systemów poboru opłat, możliwe będzie odczytywanie niezbędnych danych z tachografów, bez konieczności zatrzymywania ciężarówki. Ponadto nowe, inteligentne urządzenia umożliwią inspekcjom sprawdzenie masy całego zespołu pojazdów. Dzięki temu łatwiejsze będzie wykrycie zbyt dużego obciążenia, które w istotny sposób wpływa na stan dróg oraz zagraża bezpieczeństwu w ruchu drogowym. W tachografach zmieni się także struktura zapisywanych danych, a także pojawią się nowe certyfikaty, które tym razem będą wydawane na określony czas – 15 lat. Zmusi to firmy transportowe do wymiany tachografów w samochodach ciężarowych właśnie w takim okresie – podsumowuje Małgorzata Stocerz.

Jak wskazuje ekspert, zdalna kontrola nie będzie jednak równoznaczna z nałożeniem mandatu lub grzywny na kierowcę czy przedsiębiorstwo transportowe w momencie wykrycia nieprawidłowości. Na podstawie tak pozyskanych danych, właściwy organ kontrolny będzie mógł efektywniej i bardziej szczegółowo sprawdzić pojazd i dopiero wtedy rozpocząć procedury związane z nałożeniem  odpowiednich kar finansowych.

Wypowiedź: Małgorzata Stocerz, kierownik ds. Kluczowych Klientów i Obsługi Służb Kontrolnych INELO.

Na początku br. sytuacja przedsiębiorstw poprawiła się i pozostała wyraźnie powyżej swojej długookresowej średniej – wynika z kwietniowej analizy sytuacji polskich przedsiębiorstw przeprowadzonej przez ekspertów NBP.

Źródłem wzrostu optymizmu było zwiększenie sprzedaży, w efekcie rosnącej konsumpcji. Z kolei wzrost konsumpcji powiązany był z rosnącymi płacami, malejącym bezrobociem i działaniem programu „Rodzina 500 plus”.

Za ważny czynnik poprawy kondycji firm należy uznać ponadto oczekiwania na rozpoczęcie inwestycji finansowanych środkami pomocowymi UE z nowej perspektywy finansowej 2014-20 – stwierdzają analitycy banku centralnego.

Wiele międzynarodowych organizacji, które dotychczas wstrzemięźliwie oceniały potencjał wzrostu PKB Polski, podwyższyło swoje prognozy. Wszystko wskazuje na to, że tegoroczny wzrost PKB Polski będzie wyraźnie wyższy niż przewidywane wcześniej 3,6 proc.

Przypomnijmy, że wzrost gospodarczy to powiększanie się zdolności danego społeczeństwa do produkcji dóbr i usług zaspokajających ludzkie potrzeby. PKB, czyli produkt krajowy brutto wzrósł w Polsce w 2016 roku w relacji do roku 2015 o 2,8 procent. Tegoroczne przyspieszenie do powyżej 3,6 proc byłoby więc znakomitym wynikiem.

PKB jest sumą wartości dóbr i usług wytworzonych w ciągu roku w danym kraju, jest też więc miernikiem zamożności zamieszkującego w tym kraju społeczeństwa. Tempo wzrostu PKB pośrednio świadczy więc o wzroście dobrobytu.

Czynnikami pobudzającymi aktywność gospodarki są – na krótszą metę – popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. W dłuższym czasie wzrost PKB zapewniają dostateczna podaż i efektywność bazy wytwórczej. Na tempo zmian PKB oddziaływają poziom zatrudnienia oraz wydajność pracy. Z kolei źródłem wzrostu wydajności jest postęp techniczny oraz inwestycje.

Korzyścią ze wzrostu gospodarczego i rozwoju gospodarczego jest podwyższenie standardu życia, lepsza sytuacja socjalna, większe bezpieczeństwo publiczne. Jednak sam wzrost PKB nie gwarantuje wzrostu stopy życiowej czy dobrobytu społeczeństwa.

Należy bowiem pamiętać, że PKB jest tylko pewną konwencją liczenia wartości produkcji. W uproszczeniu jest to suma wartości wszystkich dóbr i usług, wartość jest zaś iloczynem ilości i ceny. Dlatego też możliwy jest wzrost PKB przy niezmienionej produkcji a jedynie przy rosnących cenach. Doświadczać mogą tego, na przykład, kraje-producenci ropy naftowej przy rosnących cenach tego surowca.

Ekonomiści posługują się następującymi miernikami wzrostu gospodarczego:

– produkt krajowy brutto (PKB) – całkowita wartość dóbr i usług wytworzonych przez społeczeństwo w ciągu danego roku na terenie danego kraju (kiedy rośnie PKB społeczeństwo staje się bogatsze),

– produkt narodowy brutto (PNB) – całkowita wartość wyrobów i usług wytworzonych przez obywateli danego kraju w ciągu jednego roku,

– wielkość produktu brutto przypadająca na jednego mieszkańca (PKB per capita).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Popularny inwestor Michael Cogswell, prowadzący profil InvestPower na eToro, zauważył kolejny błąd występujący na rynku. Zazwyczaj indeksy giełdowe i obligacje przemieszczają się w przeciwnych wobec siebie kierunkach, ale teraz rosną równocześnie. To pokazuje nam, że inwestorzy niechętnie dzielą się swoimi akcjami, a inwestorzy obracający obligacjami unikają ryzyka. Wydaje się, że indeks zmienności notowany blisko swojego najniższego poziomu sprawia, że wszyscy czują się nieco zdezorientowani w tej sytuacji.

Wielkim wydarzeniem jest spotkanie indyjskiego premiera Narendra Modi z Donaldem Trumpem w Białym Domu. Zaplanowano również przedstawienie Theresy May dotyczące dalszych szczegółów praw mieszkańców UE w Wielkiej Brytanii po Brexicie, pomimo tego, iż May nie doszła jeszcze do porozumienia z Partią Demokratycznych Unionistów. Wisienką na torcie jest otwarcie ceremonii forum ds. Bankowości Centralnej w Portugalii przez Mario Draghiego.

Choć indeksy giełdowe i indeks VIX są stosunkowo cicho, ostatnio na rynku walutowym dużo się dzieje, a szczególnie na rynku kryptowalut. Ci, którzy inwestują w drugą co do wielkości kryptowalutę na świecie, już odczuwają jej niestabilność i wiele osób zaczyna z tego powodu panikować. Powodem tego jest fakt, iż gdy dany składnik aktywów szybko wzrasta, nie ma czasu na zbudowanie własnych wzorów cenowych lub znaczących poziomów wsparcia. Zauważalne obciążenia sieci podczas niedawnych ICO spowodowało, że alternatywni inwestorzy zaczęli kwestionować stabilność blockchainów Ethereum i nie ma wątpliwości, że niektórzy zaczną się rozglądać za innymi opcjami wdrażania decentralizacji i inteligentnych umów.

Ethereum przeszło długą drogę od 11 dolarów w lutym do swojego rekordowego notowania na poziomie 425 dolarów w czerwcu. W tej chwili możemy tylko zgadnąć, w którą stronę los tej kryptowaluty się odwróci. Analiza techniczna i fundamentalna nie będzie tu za bardzo pomocna. Musimy myśleć o poziomach psychologicznych.  Może być tak, że Ethereum będzie się trzymać poziomu 250 dolarów a potem wystrzeli szybko w górę. Powinniśmy też być również przygotowani na możliwość spadku do 200, 150 lub nawet 100 dolarów. Najlepszym sposobem na przygotowanie się do tego rodzaju ruchów jest analiza portfela oraz jego dywersyfikacja.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Play, drugi największy operator komórkowy w Polsce pojawi się wkrótce na warszawskim parkiecie. O potencjalnym debiucie mówiło się od dawna, kilka wcześniejszych prób sprzedaży akcji zakończyło się jednak niepowodzeniem. Ubiegłoroczna wycena potencjalnej transakcji na poziomie 3,5 mld euro nie satysfakcjonowała obecnych właścicieli. Nadchodzące IPO będzie niewątpliwie głośnym wydarzeniem na polskim rynku, bowiem aktualnie analitycy wyceniają spółkę na kwotę od 9 do 13 mld zł. Nie stanowi zaskoczenia fakt, że nad ofertą będzie trzymać pieczę konsorcjum banków krajowych oraz zagranicznych. Play nie zamierza emitować nowych akcji (za wyjątkiem niewielkiej transzy na poczet programu menadżerskiego) – dwaj dotychczasowi akcjonariusze (fundusze Tellerton i Novator) sprzedadzą część swoich akcji. Oferta skierowana jest do inwestorów instytucjonalnych i indywidualnych, oraz do wybranych pracowników.

Dwunastoletnia historia spółki jest pełna sukcesów. W tym czasie operator komórkowy systematycznie umacniał swoją pozycję rynkową. W efekcie jego udziały w rynku wynoszą obecnie 27,6%. W latach 2014 – 2016 skumulowane roczne wskaźniki wzrostu przychodów i EBITDA wyniosły kolejno 15,5% oraz 21%. Owe liczby nabierają szczególnego znaczenia, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat całego rynku telekomunikacyjnego, niezwykle wymagającego i nasyconego, którego dynamika wzrostu w ostatnich latach wyniosła nieco ponad 4% rdr. Trudne warunki rynkowe są niewątpliwie dostrzegane przez inwestorów, którzy już od dłuższego czasu z dystansu spoglądają na ten sektor.

Mimo wszystko Play planuje zasiąść na fotelu branżowego lidera. Oczywiście zadanie to jest wykonalne, jednak należy zauważyć, że wymagające warunki rynkowe oraz kapitałochłonność niezbędnych inwestycji spowodują, że dynamika wzrostu firmy wyraźnie wyhamuje. Ponadto, spółka prawdopodobnie będzie redukować swoje zadłużenie, którego stan jest stabilny, lecz relatywnie wysoki (wskaźnik długu netto do EBITDA wynosi 3,4). W efekcie, utrzymanie dotychczasowego tempa rozwoju wydaje się niemożliwe. To z perspektywy potencjalnej inwestycji nienajlepsza wiadomość dla inwestorów, zwłaszcza tych, którzy oczekują szybkiego i ponadprzeciętnego zarobku. Z drugiej strony należy docenić pozycję firmy, jej dojrzałość, stabilność oraz bardzo hojną politykę dywidendową. Spółka planuje wypłacać dywidendę na poziomie od 65% do 75% wolnych przepływów pieniężnych wypracowanych w każdym poprzednim roku obrotowym. Zgodnie z planami w 2018 r. spółka wypłaci 650 mln zł. Aspekt ten z całą pewnością stanowi istotną zachętę do inwestycji w walory drugiego największego operatora komórkowego w Polsce.

Pomimo wcześniej wskazanych czynników, spółka powinna zachować stabilne tempo rozwoju. Play może wykorzystać niedawne inwestycje w częstotliwość LTE, aby dotrzeć do mniej zurbanizowanych części kraju. Ponadto operator może wzmocnić swój rozwój dzięki sprzedaży dodatkowych usług (różnego rodzajów serwisów filmowych, czy też muzycznych). Ta część rynku wykazuje znacznie większą skłonność do rozwoju aniżeli segment abonentów komórkowych. Ten kanał rozwoju wspierany będzie m.in. przez rosnący poziom zamożności Polaków. Należy także dodać, że decyzja o zniesieniu roamingu na terenie UE nie powinna znacząco wpłynąć na podstawową działalność telekomu, gdyż przychody z tego tytułu stanowią niewielki odsetek całkowitej wielkości wpływów operacyjnych. Co więcej, ich potencjalny spadek zostanie częściowo zrekompensowany przez nowe regulacje prawne dotyczące cen tzw. ,,fair – use” oraz przez wzrost popytu na zagraniczne połączenia i wiadomości tekstowe – efekt spadku cen.

Play to niewątpliwe spółka o solidnych fundamentach, kusząca inwestorów hojną dywidendą oraz potencjałem do dalszego wzrostu organicznego. Jednak nie da się ukryć, że debiut drugiego największego operatora komórkowego w Polsce został niejako ,,wymuszony”. Brak konsensusu ws. sprzedaży spółki zachęcił dotychczasowych akcjonariuszy do monetyzacji chociażby części swoich udziałów właśnie poprzez IPO. Co więcej, wybrany moment wydaje się ku temu niezwykle właściwy, nie tylko ze względu na wyróżniającą się postawę spółki na tle całego rynku, ale również ze względu na zdecydowaną poprawę nastrojów na warszawskim parkiecie. Takie połączenie prawdopodobnie spowoduje, że ten debiut dojdzie do skutku i zasłuży na miano jednego z największych w historii polskiego rynku kapitałowego, natomiast dotychczasowi akcjonariusze zdołają odsprzedać swoje akcje po atrakcyjnej cenie.

 

Autor: Seweryn Masalski, MM Prime TFI

 

Trwają konsultacje Komisji Europejskiej z państwami członkowskimi na temat przyszłego kształtu Unii Europejskiej po wystąpieniu z niej Wielkiej Brytanii. Pierwsze wnioski mają być znane jeszcze w tym roku. Zdaniem dyrektora polskiego przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w interesie Polski jest dalsze działanie na rzecz równego rozwoju państw starej i nowej Unii. Dziś rozpoczynają się negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii z UE.

– Na początku marca przewodniczący KE ogłosił Białą Księgę, w której mamy dalsze scenariusze rozwoju UE – od takich propozycji, by jak najmniej ją zmieniać i zachować stan obecny, po różne warianty ograniczania kompetencji, np. KE, czy zajmowania się tylko najważniejszymi sprawami i pozostawienia większej sfery zagadnień państwom europejskim czy też pogłębienia integracji – mówi  Marek Prawda, dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Inny wariant oznacza ograniczenie się właściwie do wspólnego rynku, a inne sprawy pozostawia poza zainteresowaniem Unii.

1 marca 2017 roku Jean-Claude Juncker przedstawił Białą Księgę w sprawie przyszłości Europy. Nakreślono w niej pięć różnych możliwych scenariuszy. Pierwszy to „Kontynuacja”, w którym państwa UE miałyby się skupić nad realizacją programu reform w dotychczasowym kierunku. Drugi, pod tytułem „Nic poza jednolitym rynkiem”, polegałby na koncentracji wyłącznie na jednolitym rynku i ograniczeniu wspólnej polityki w innych dziedzinach, np. wobec uchodźców. Trzeci scenariusz „Ci, którzy chcą więcej, robią więcej” zakłada ściślejszą współpracę zainteresowanych państw w określonych dziedzinach. Czwarty wariant to „Robić mniej, ale efektywniej”, a piąty „Robić wspólnie znacznie więcej” kładzie nacisk na intensyfikację wspólnych działań we wszystkich obszarach.

– Jest tam projekt różnych prędkości, dopuszczający taki scenariusz, że różne grupy pastw w różnych sprawach będą mogły pogłębiać współpracę w UE. Wydaje się dzisiaj, że wokół tego wariantu będzie duża debata – przekonuje Prawda. – Sam prezydent Francji jest zwolennikiem dopuszczenia do takiej sytuacji, że pewna grupa państw będzie chciała pogłębiać współpracę, harmonizować różne sfery działania w UE.

Jak mówi, KE chciałaby, by w 2017 roku toczyła się debata na ten temat, tak by państwa członkowskie opowiedziały się za którymś z wariantów, po czym głos zabierze Komisja Europejska. Celem tej debaty ma być zorientowanie się, jakiej Europy chcą obywatele i który wariant ma największe poparcie. Jean-Claude Juncker zapowiedział, że wynik tej debaty, jak i własny pogląd przedstawi we wrześniu w swoim orędziu, a pierwsze wnioski mają zostać sformułowane w grudniu 2017 roku na posiedzeniu Rady Europejskiej. Plan działania nad wybranym wariantem ma zostać przedstawiony przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, które odbędą się w czerwcu 2019 roku, a sam scenariusz realizowany będzie w perspektywie 2025 roku.

– Trudno dziś odpowiedzieć na pytanie, jakiej Europy chcą Polacy, bo różni aktorzy na scenie obywatelskiej czy politycznej mają tutaj różne poglądy – mówi Marek Prawda. – W przeszłości Polska była krajem bardzo aktywnym, może nawet liderem takich działań, które nie pozwalały na pęknięcie między tą częścią państw, które są w strefie euro, a pozostającymi poza nią. Polska tutaj występowała w swoim interesie, ale też wyrażała bardzo ważny cel dla wszystkich. Jest kojarzona z taką podstawą. Wszyscy kibicowali, żeby Polsce się udało, bo ona załatwia coś ważnego dla większości UE, nie dopuszczając do tego pęknięcia.

Kwestia określenia na nowo zakresu współpracy 27 państw powstała po tym, jak na odejście ze wspólnoty zdecydowała się w czerwcu 2016 roku Wielka Brytania. Negocjacje w sprawie brexitu ruszają. Kraj ma opuścić wspólnotę do końca I kwartału 2019 roku, a wraz z nią zmniejszą się składki wpłacane przez Zjednoczone Królestwo do unijnej kasy. Co roku jest to niemal 13 mld euro.

Rządy europejskich państw różni także m.in. kwestia uchodźców, a narastające na całym świecie nastroje nacjonalistyczne utrudniają współdziałanie, choć wyniki wyborów prezydenckich we Francji i parlamentarnych w Holandii, w których wygrali centroprawicowi kandydaci, pokazały, że większość wyborców w tych krajach opowiada się za pozostaniem w UE.

– Uważam, że to w polskim interesie jest, by nie dopuszczać do fragmentacji UE. Polska powinna być zainteresowana tym, żeby zachód zachował jedność, żeby w UE jak najwięcej zasad i wartości było podzielanych na całym kontynencie, bo stąd brały się wszystkie atuty, jakie Polska miała z członkostwa – tłumaczy dyrektor przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie. – Ale jak wiemy w tym okresie kryzysowym, w tych rozedrganych czasach mamy wiele różnych pomysłów, pojawia się wiele wątpliwości, czy taka instytucja jak UE jest jedyną formą rozwiązywania problemów świata. Dzisiaj, po tych kilku wyborach w UE, widzimy, że powraca poczucie obrony tego, co mamy, przy całej świadomości, że reforma musi być bardzo głęboka.

Źródło: rynekinfrastruktury.pl

Po wejściu do Unii Europejskiej bowiem znaczna część przedsiębiorców rozpoczęła działalność międzynarodową, prowadząc interesy z zagranicznymi kontrahentami. W dodatku czasy te pokryły się z okresem kiedy dostęp do nowoczesnych rozwiązań finansowych znacznie się ułatwił, dzięki internetowi.

Co to jest hedging?

Mówiąc najprościej jest to rodzaj strategii, która służy do zabezpieczenia np. cen surowców, paliw czy kursów wymiany walut, dzięki której niskim kosztem firma może ochronić swój zysk. Dzięki hedgingowi, firma może się skupić na swojej podstawowej działalności operacyjnej, a nie na spekulacjach związanych z cenami surowców czy walut, na które nie ma i tak wpływu.

Hedging w działalności firmy oraz w inwestowaniu

Ruch cen surowców i walut może w bardzo dużej mierze wpłynąć na zyski firmy. Bardzo często nagłe podniesienie cen surowców czy zmiany kursów walutowych powodują kryzys w przedsiębiorstwie, w konsekwencji którego może dojść nawet do zawieszenia działalności. Pomimo faktu, że przedsiębiorca wykonywał swoją działalność należycie, tak jak zawsze. Błędem było jednak to, że nie zabezpieczył się odpowiednio na wypadek zmian cen. Hedging dla firmy jest swoistym ubezpieczeniem. Z jedną drobną różnicą – w przypadku ubezpieczenia ryzyko wystąpienia zdarzenia jest z reguły małe lub co najmniej umiarkowane. Podczas gdy zmiany cen są niemal pewne i zawsze mają wpływ na bilans czy rachunek zysków i strat firmy. W przypadku cen z małym lub umiarkowanym ryzykiem możemy mieć do czynienia tylko jak określimy naprawdę duże pułapy zmian kursowych. Oznacza to, iż rozsądny przedsiębiorca (nie spekulant) powinien zawsze się zabezpieczać na wypadek zmian cen kluczowych w jego firmie pozycji.

Dzięki hedgingowi firmy mogą się skupić na swojej działalności operacyjnej, nie zwracając uwagi na kursy walut, które mogłyby negatywnie wpłynąć na zysk firmy.

Z tego powodu duże przedsiębiorstwa takie jak np. firmy energetyczne, linie lotnicze czy międzynarodowe fabryki wykorzystują strategię hedgingu poprzez zakup instrumentów pochodnych na zabezpieczenie swoich aktyw. Dzięki takim działaniom przy stosunkowo niewielkich kosztach są w stanie zabezpieczyć się na wypadek niekorzystnych zmian rynkowych. Jednocześnie, przy korzystnych zmianach nie zyskają tyle co by mogli. Jednak jest to odpowiednie działanie, gdyż jak już kilka razy podkreślaliśmy w niniejszym artykule – zwykłe przedsiębiorstwa nie powinny zajmować się spekulacją.

Co ciekawe, nawet firmy zajmujące się spekulacją wykorzystują hedging w inwestycjach. Mechanizm działania jest identyczny. Firma obstawia określony ruch cen i jednocześnie zabezpiecza się przed stratami kupując odpowiedni instrument pochodny. Jednak spekulantom nie zależy na całkowitym zminimalizowaniu ryzyka związanego ze zmianami cen, a jedynie na jego ograniczeniu na tyle o ile są w stanie podjąć swoje ryzyko spekulacji.

Czy firmy mogą całkowicie zniwelować ryzyko wynikające ze zmienności kursu walut?

Niestety nie jest to możliwe, ponieważ na wahania kursów walut wpływa wiele czynników, m.in.: politycznych, gospodarczych i kulturowych. Wybranie odpowiedniej strategii zabezpieczenia, może pomóc firmom odpowiednio zadbać o swoje interesy oraz nie stracić na wahaniach kursów.

100% zabezpieczenie jest praktycznie nie możliwe do osiągnięcia, gdyż zawsze może wydarzyć się jakiś niekontrolowany „kataklizm”.

Ryzyko walutowe dla firm

Firmy, które chcą ograniczyć ryzyko walutowe, mogą stosować różne rozwiązania lub ich kombinację:

  • walutę, która pojawia się w firmie (np. płatności od kontrahentów) od razu wymieniać; w tym wypadku wskazane jest korzystanie z internetowych kantorów wymiany walut, w których różnice między kupnem a sprzedażą danej waluty są o wiele mniejsze;
  • w momencie kiedy pojawiają się w firmie jakieś zobowiązania lub należności walutowe, firma powinna wykupić przeciwstawny kontrakt na walutę na giełdzie walutowej forex; z reguły sprowadza się to do skorzystania z platformy forexowej
  • firmy mogą również wykupić polisę ubezpieczeniową, która zabezpieczy ich działalność przed wahaniem kursów.

Niestety jest to rozwiązanie bardzo drogie, w związku z czym tylko niewielka ilość firm może sobie na nie pozwolić. Ponadto polisa bardzo często nie zabezpiecza interesów firmy w 100%, więc możliwe, że mimo wszystko przedsiębiorca i tak będzie musiał ponieść straty.

W większych firmach za ryzyko kursowe odpowiada dyrektor finansowy, który musi podejmować odpowiednie kroki przeciwdziałające stratom. Osoba z odpowiednimi kompetencjami doradzi, w jaki sposób prowadzić interesy z zagranicznymi kontrahentami, aby zarabiać na nich jak najwięcej.

Kto powinien korzystać z hedgingu?

Wydawać by się mogło, że hedging wykorzystywany jest tylko przez największe firmy na rynku. Jest to błędne myślenie, ponieważ niestabilne kursy walut wpływają na działalność każdej firmy prowadzącej międzynarodowe interesy, niezależnie od jej wielkości. Ponadto kursy powinny również interesować przedsiębiorców, którzy korzystają z dotacji z UE oraz z kredytów zaciągniętych w obcych walutach. Hedging jest coraz bardziej popularną strategią finansową a dynamiczny rozwój handlu sprawia, że w wielu firmach staje się standardem.

 

Źródło: biuroprasowe.pl

31 maja Komisja Europejska opublikowała propozycję zmian przepisów dotyczących międzynarodowego transportu drogowego. Pakiet zmian spotkał się z ogromnym zainteresowaniem ze strony polskich przewoźników i stowarzyszeń transportu drogowego. W związku z tak ogromnym zainteresowaniem 7 czerwca w Parlamencie Europejskim zorganizowano debatę, której celem była propozycja zmian niektórych regulacji unijnych przepisów.

Poddane dyskusji zostało m.in. ujednolicenie przepisów dotyczących oddelegowania pracowników, kabotażu oraz liberalizacji przepisów dotyczących odpoczynków tygodniowych i wykonywanych w pojeździe transportowanym na promie lub koleją. Najwięcej kontrowersji wzbudzają propozycje dotyczące konieczności wypłacania płac minimalnych z poszczególnych krajów Unii. Stąd najwięcej dyskusji dotyczyło tych przepisów. Osobiście w debacie skupiłem się na zmianach dotyczących czasu jazdy, przerw i odpoczynków, ponieważ moim zdaniem te tematy, obok płac minimalnych, najbardziej nurtują polskie firmy transportowe.

Zmiany Komisji Europejskiej w kwestii czasu pracy kierowców

Generalnie chodzi o liberalizację przepisów w zakresie odpoczynków tygodniowych oraz w zakresie odpoczynków podczas transportowania pojazdu promem lub koleją. Jest również propozycja zaostrzenia przepisu dotyczącego rekompensaty skróconego odpoczynku tygodniowego, co moim zdaniem nie jest krokiem we właściwym kierunku.

Zgodnie z tą propozycją każde skrócenie odpoczynku tygodniowego będzie możliwe poprzez rekompensatę dołączoną do odpoczynku tygodniowego. Obecnie kierowcy mogli skrócenie odpoczynku tygodniowego rekompensować poprzez dołączenie rekompensaty do co najmniej 9-cio godzinnego odpoczynku dziennego. Innymi słowy jeśli w danym tygodniu kierowca będzie odpoczywał przez 35 godzin to w następnych 3 tygodniach będzie musiał go zrekompensować odpoczywając przez co najmniej 55 godzin...

W praktyce jednak okazuje się, że kierowcy najczęściej rekompensują swoje odpoczynki skrócone poprzez wydłużenie odpoczynków tygodniowych. Twórcom zmian przyświecał ogólny cel, dzięki któremu kierowca po 3 tygodniach pracy może wrócić do swojego miejsca zamieszkania, w którym ma możliwość spędzenia czasu wolnego z rodziną przez nieco dłuższy czas. Wiele firm transportowych już teraz pracuje właśnie w takim systemie.

Aby dostosować przepisy do praktyki, Komisja Europejska zaproponowała również zmianę w przepisach dotyczących odpoczynków tygodniowych, co niestety tylko na pierwszy rzut oka jest kursem w dobrą stronę…

Obecnie kierowca zobowiązany jest do wykonania 2 odpoczynków regularnych tj. 45 godzinnych w ciągu 2 tygodni lub alternatywnie może jeden z tych odpoczynków skrócić do co najmniej 24 godzin. KE proponuje zmianę polegającą na tym że w ciągu 4 tygodni kierowca wykonuje 4 odpoczynki regularne (tj. co najmniej 45-godzinne) lub ma możliwość wykonania co najmniej 2 odpoczynków skróconych (co najmniej 24 godziny) oraz 2 odpoczynków regularnych (co najmniej 45 godzin). Kierunek zmian jest odpowiedni, ponieważ liberalizuje przepisy. Byłoby to ogromne ułatwienie dla kierowców wielu krajów w świetle pojawiających się zakazów wykonywania odpoczynków regularnych w kabinie pojazdu. Jednakże zmiana zaproponowana w tej formie niestety niczego nie zmienia, co więcej, ze względu na błędy wprowadziłaby więcej zamieszania.

Brak spójności w przepisach

W mojej ocenie zmiana przepisów jest po prostu niespójna matematycznie. Nie uwzględniła sytuacji, w której kierowca wykonałby 3 regularne odpoczynki tygodniowe. Zgodnie z proponowanym przepisem kierowca musiałby zrobić jeszcze 2 skrócone odpoczynki tygodniowe. W takiej sytuacji kierowca musiałby wykonać w sumie pięć odpoczynków tygodniowych w ciągu 4 tygodni.

W obrębie 4 tygodni muszą być uwzględnione 3 kombinacje:

  1. kierowca wykonuje co najmniej 4 regularne odpoczynki tygodniowe, lub
  2. kierowca wykonuje co najmniej 3 regularne odpoczynki tygodniowe oraz  co najmniej 1 skrócony odpoczynek tygodniowy, lub
  3. kierowca wykonuje co najmniej 2 regularne odpoczynki tygodniowe oraz co najmniej 2 skrócone odpoczynki tygodniowe.

Zabrałem głos w dyskusji w celu wyjaśnienia powstałych wątpliwości. Myślę, że twórcy „Pakietu dla mobilności” zorientowali się, że te propozycje mogą jedynie wprowadzić zamieszanie. Tym bardziej, że KE nie przedstawiła żadnych propozycji w zakresie czasu prowadzenia w okresie 2 tygodni. Jeśli kierowca zdecydowałby się na wykonanie dwóch odpoczynków skróconych tj. 24 godzinnych w ciągu dwóch tygodni to nadal ograniczałby go dwutygodniowy czas prowadzenia. Jeśli pierwszego tygodnia kierowca jechałby przez 56 godzin to następnego może prowadzić przez 34 godziny i tym samym w czwartek musiałby zatrzymać pojazd i musiałby odpoczywać do północy w niedzielę. Należałoby również umożliwić kierowcy jazdę przez maksymalnie 180 godzin w okresie 4 kolejnych tygodni. Wtedy propozycja zmian byłaby spójna i realnie umożliwiłaby pracę kierowców w systemie 3 na 1.

Odpoczynek wykonywany na promie

W przypadku odpoczynków wykonywanych na promie, Propozycja Komisji Europejskiej obejmuje możliwość przerwania nie tylko dziennego ale również skróconego odpoczynku tygodniowego poprzez operacje związane z wjazdem i wyjazdem z promu lub platformy kolejowej. Obecna forma przepisów jest dla wielu przewoźników niemożliwa do spełnienia, dlatego taka propozycja została uwzględniona w planowanych zmianach. Oczywiście można by zapytać, dlaczego nie uwzględniono w tych zmianach odpoczynku co najmniej 45-godzinnego. Ale myślę, że i tak taka zmiana ucieszyłaby wielu przewoźników.

Kiedy zmiany wejdą w życie?

Obecnie trudno stwierdzić kiedy można spodziewać się wdrożenia proponowanych zmian. Była to dopiero pierwsza tego typu debata. Na pewno temat jest bardzo ważny dla wielu przewoźników, dlatego całe środowisko będzie zainteresowane ujednoliceniem sytuacji przewoźników i kierowców na terenie UE. Biorąc pod uwagę tempo prac myślę, że najwcześniej będzie to rok 2019.

Tym bardziej, że w tym samym roku ma wejść w życie rozporządzenie dotyczące nowej generacji tachografu cyfrowego tzw. „smart tachograph”. Tym niemniej środowisko przewoźników transportowych może spodziewać się pewnych ułatwień nieco wcześniej. W organizacji CORTE razem z przedstawicielami służb kontrolujących pracujemy od 2 lat nad ujednoliceniem interpretacji przepisów Rozporządzenia 561/2006. Po wakacjach ten dokument zostanie przedłożony do Komisji Europejskiej.

 

 

Autor: Dariusz Wata jest ekspertem CORTE, Tachograph Forum oraz firmy Infolab będącej producentem programu Tachospeed.

Gdy 18 kwietnia brytyjska premier Theresa May ogłosiła przedterminowe wybory, funt wzmocnił się o ok. 2 proc. Wtedy było praktycznie przesądzone, że torysi zauważalnie powiększą kruchą przewagę w Izbie Gmin. Jednak po sześciu tygodniach kampanii praktycznie każdy scenariusz jest możliwy, łącznie z „zawieszonym parlamentem”, który spowodowałby, że funt może kosztować nawet 4,60 zł – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Z punktu widzenia partii konserwatywnej, ogłoszenie przedterminowych wyborów ponad 6 tygodni temu wydawało się bardzo dobrym pomysłem. Zdecydowana większość sondaży dawała ugrupowaniu premier Theresy May przewagę nad laburzystami w granicach 20 pkt proc. Przekładało się to na około 400-450 z 650 miejsc w brytyjskiej Izbie Gmin. To oznaczało również, że obecna większość parlamentarna na poziomie 17 posłów mogła urosnąć do ok. 100.

Obsadzenie przez torysów 2/3 miejsc w Izbie Gmin dawałoby nie tylko komfort rządzenia do 2022 r., ale również sugerowało silny mandat do negocjacji warunków Brexitu z Brukselą. Dodatkowo wyraźna większość parlamentarna zmniejszała ryzyko, że część bardziej radykalnych przedstawicieli konserwatystów może forsować „twardy Brexit”. Przy przewadze na poziomie ok. 100 parlamentarzystów ten negatywny scenariusz był mniej prawdopodobny. W rezultacie 18 kwietnia funt zyskał w stosunku do walut krajów wchodzących w skład brytyjskiej wymiany handlowej ok. 2 proc. wartości.

Topniejąca przewaga torysów

Jeszcze miesiąc po ogłoszeniu przedterminowych wyborów przewaga ugrupowania premier May była nadal wysoka. Wszystko zaczęło się zmieniać po publikacji manifestu konserwatystów. Zasugerowano w nim zmniejszenie świadczeń pomocy społecznej dla osób starszych z majątkiem powyżej 100 tys. funtów. I choć dość szybko z tego pomysłu się wycofano, to jednak dyskusja o zabraniu przywilejów dla osób w wieku poprodukcyjnym stała się początkiem spadku poparcia dla torysów.

Od połowy maja przewaga konserwatystów nad Partią Pracy zaczęła szybko topnieć. Poparcie dla opozycyjnych laburzystów na początku czerwca zaczęło sięgać 35-40 proc. (obecnie średnia z 10 sondaży to 43,6 proc. dla torysów i 35,8 proc. dla laburzystów), co oznacza wzrost o 10-15 pkt proc. w porównaniu z momentem ogłoszenia wyborów. W rezultacie wzrosło również prawdopodobieństwo, że torysi nie tylko nie będą w stanie powiększyć przewagi w porównaniu do wyborów z 2015 r., ale grozi im utrata parlamentarnej większości. To zagrożenie zostało dość szybko wycenione przez funta. Jego wartość wróciła do poziomów sprzed ogłoszenia przedterminowych wyborów.

Scenariusze dla funta

Na podstawie ostatnich reakcji i oczekiwań rynkowych można zbudować dla funta cztery scenariusze: dwa pozytywne oraz dwa negatywne. Wzrost wartości brytyjskiej waluty byłby najbardziej znaczący, gdyby torysi uzyskali przynajmniej 50-miejscowy bufor do rządzenia. Wtedy można oczekiwać, że funt wzrośnie o ok. 2-3 proc. Wycena szterlinga w relacji do złotego mogłaby wzrosnąć w takim scenariuszu mniej więcej o 10-15 gr i sięgnąć granicy nawet 5 zł.

Drugi pozytywny rozwój wydarzeń dla funta to wynik nieco wyższy od tego z 2015 r. (17 miejsc i 6,6 pkt proc. przewagi nad laburzystami). Przekroczenie większości na poziomie 30-50 miejsc być może zostałoby odebrane jako kampanijna porażka, ale prawdopodobnie nie spowodowałaby wyraźniejszych przetasowań na funcie.

Szterling natomiast negatywnie mógłby zareagować na zwycięstwo laburzystów. Skala tego ruchu jest stosunkowo trudna do oszacowania. W pierwszych dniach prawdopodobnie funt mógłby stracić ok. 2-3 proc. (10-15 gr do złotego). Później wiele zależałoby od stanowiska laburzystów dotyczącego kwestii gospodarczych. Brytyjskiej walucie pomagałby fakt, że partia Jeremego Corbyna dążyłaby do porozumienia z UE, a nie do konfrontacji.

Z drugiej jednak strony wygrana laburzystów może również generować problemy. Jak pogodzić wynik referendum dotyczący Brexitu z chęcią utrzymania dostępu do wspólnego rynku oraz ograniczeniem imigracji? Jak pisze „The Wall Street Journal”, Corbyn „sam nazywa siebie socjalistą, który obiecał nacjonalizację transportu kolejowego i firm użyteczności publicznej, a także podniesienie podatków dla przedsiębiorstw oraz 5 proc. najlepiej zarabiających”. Według „WSJ” jest on również uważany za „najbardziej lewicowego lidera od pokolenia”. Ogólnie jednak szansa na zwycięstwo laburzystów, mimo ostatnich silnych wzrostów poparcia, jest ograniczona i według notowań bukmacherów wahała się w ostatnich dniach blisko poziomu 10 proc.

Zawieszony parlament najbardziej niekorzystny dla funta

Prawdopodobnie najbardziej negatywnym scenariuszem dla funta jest wynik, który nie daje możliwości samodzielnego rządzenia żadnej partii. Na Wyspach tylko dwukrotnie w ostatnich 40 latach mieliśmy do czynienia z „zawieszonym parlamentem”. Jednomandatowa ordynacja wyborcza oraz specyfika brytyjskiego systemu sprawia, że nawet stosunkowo niewielka procentowa przewaga wygrywającego daje mu możliwość samodzielnego rządzenia.

Negatywne reperkusje braku parlamentarnej większości któregoś z ugrupowań potęguje kwestia Brexitu. Ryzyko rządu mniejszościowego, kruchej koalicji czy ponownych wyborów byłoby połączone z niepewnością dotyczącą warunków opuszczenia Unii Europejskiej. Mogłoby to zwiększyć podziały wewnątrz Zjednoczonego Królestwa, a także dość szybko przełożyć się na pogorszenie nastrojów konsumentów czy przedsiębiorców.

Według ankiet przeprowadzonych wśród banków inwestycyjnych przez agencję Bloomberg, „zawieszony parlament” może spowodować spadek funta w relacji do dolara nawet do poziomu 1,20 (około 7 proc.). Mediana oczekiwań ekonomistów pokazuje obniżenie się wartości szterlinga o 5 proc. Oznaczałoby to więc spadek wartości w brytyjskiej waluty w relacji do polskiej mniej więcej 25 gr, czyli do ok. 4,60 zł. Według notowań bukmacherów (dane Oddschecker), ryzyko takiego rozwoju sytuacji wynosi ok 17 proc.

Podsumowując, ryzyka dla funta wyraźnie się zwiększyły w ostatnich tygodniach, ale biorąc pod uwagę sondaże wyborcze czy notowania bukmacherów nadal pozostają stosunkowo ograniczone. Z drugiej jednak strony pamiętając, że ostatnie wydarzenia polityczne w krajach rozwiniętych często miały zaskakujące zakończenie, prawdopodobieństwo negatywnego rozwoju sytuacji dla szterlinga może być niedoszacowane.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według ekspertów, brak własnej monety naraża gospodarki krajów ze strefy euro, na poważną utratę niezbędnej cechy konkurencyjności międzynarodowej. Nawet wysoki poziom ekonomiczny nie uchroni przed takim ryzykiem. Choćby dlatego Polska nie powinna rezygnować ze złotówki, zwłaszcza że przyszłość Eurolandu jest niepewna.

W jednym z wywiadów wicepremier Morawiecki powiedział, że „przyjęcie unijnej waluty można rozważyć wtedy, gdy Polska będzie bardziej podobna do krajów strefy euro pod względem wielu parametrów makro- i mikroekonomicznych”. Jego zdaniem mogłoby to nastąpić za 10-20 lat. Tymczasem, w opinii warszawskiego ekonomisty Łukasza Białka, bezwiedne wskazywanie przedziałów czasowych jest mocno ryzykowne. W ciągu dekady może np. przestać istnieć strefa euro. Natomiast, od terminu wejścia do Eurolandu ważniejsze jest to, po jakim kursie nastąpi przejście ze złotego na euro. Od tego zależeć będzie późniejsza kondycja naszej gospodarki. Cena złotówki powinna równoważyć potrzeby konsumentów i przedsiębiorców. Importerzy chcą, by była jak najmocniejsza, eksporterzy – przeciwnie. Ponadto, wszelkie deklaracje należy popierać konkretnym harmonogramem działań.

– UE i wspólny rynek to wielkie osiągnięcia Starego Kontynentu. Eurowaluta miała je umocnić, ale stało się odwrotnie. Jeden pieniądz jest niefunkcjonalnym rozwiązaniem dla Europy i zagrożeniem dla integracji europejskiej. W pesymistycznym scenariuszu, euro będzie uporczywie bronione. W krajach, które bez własnej waluty nie będą w stanie odzyskać konkurencyjności, do władzy zaczną dochodzić ugrupowania populistyczne i antyeuropejskie. To w konsekwencji doprowadzi do rozpadu Unii Europejskiej i wspólnego rynku – przewiduje Stefan Kawalec, prezes Capital Strategy, były wicemister finansów.

Rozpad strefy

W opinii Łukasza Białka, Polacy powinni być świadomi tego, że Unia Europejska jest niedokończonym projektem. O jej słabości świadczy m.in. to, że tylko wybrane kraje członkowskie łączy wspólna moneta. Unia walutowa nie przetrwa bez zjednoczenia fiskalnego i politycznego. Obecnie jest i nadal będzie wiele różnic pomiędzy państwami członkowskimi, zarówno na poziomie rozwoju gospodarczego, jak i konkurencyjności. Te dysproporcje nie sprzyjają rozwojowi UE, takiej jaka jest przedstawiana w teorii. A już na pewno nie likwidują przyczyn problemów ekonomicznych w Eurolandzie.

– Rozpad strefy euro może nastąpić pod wpływem wydarzeń politycznych, a te maja charakter nieliniowy. Każde wybory prezydenckie czy parlamentarne w członkowskim kraju, mogą wyzwolić impuls, który spowoduje istotną zmianę sytuacji w całej grupie państw. Dlatego, nie wiadomo, jak długo jeszcze będzie istniała strefa euro. Jednak nawet gdybyśmy byli przekonani, że przetrwa długo, to nie należy do niej wchodzić. Brak własnej waluty wystawiłby naszą gospodarkę na zwiększone ryzyko utraty konkurencyjności międzynarodowej, co groziłoby przyhamowaniem wzrostu gospodarczego na wiele lat – ocenia Stefan Kawalec.

Jak przewiduje Łukasz Białek, w najbliższym czasie problem Grecji po raz kolejny pobudzi opinię publiczną do dyskusji na temat słabości UE. To wciąż uśpiony wulkan. Według tegorocznego raportu Międzynarodowego Funduszu Europejskiego, od początku greckiego kryzysu na pomoc temu państwu przeznaczono już ponad 260 miliardów euro. W kontekście przyszłości unii walutowej, ekspert radzi postawić pytanie, jak zachowa się Euroland w momencie, gdy kolejne kraje zaczną wymagać niespłacalnych pożyczek na poziomie po 200 mld euro. Europejski Bank Centralny nie jest przecież tzw. workiem bez dna. Zdaniem eksperta, z zamożnych państw członkowskich nie będą już chcieli rzucać kół ratunkowych tym, którzy działają tak nieracjonalnie i rozrzutnie, jak np. Grecy.

Utrata konkurencyjności

– Dzięki własnej walucie, istnieją skuteczne mechanizmy oddziaływania na sytuację gospodarczą kraju. Należą do nich polityka monetarna i zmiany kursu walutowego. Mechanizm dostosowawczy działa w znacznej mierze samoczynnie i oddziałuje antycyklicznie. W okresach dobrej koniunktury złoty umacnia się i pomaga uchronić gospodarkę przed tzw. „przegrzaniem”. Natomiast, gdy sytuacja na naszych rynkach eksportowych pogarsza się, polska waluta osłabia się. A to sprawia, że produkowane w Polsce artykuły stają się bardziej konkurencyjne, zarówno u nas, jak i za granicą – podkreśla były wiceminister finansów.

Według Łukasza Białka, nasza gospodarka nie jest obecnie przygotowana do rywalizacji z wysokorozwiniętymi państwami unii walutowej. Mimo stałej poprawy, nadal trzeba pracować nad wzrostem konkurencyjności, produktywności, nowoczesności i wydajności pracy. Nie powinno to być w żaden sposób uzależnione od decyzji dotyczącej przyjmowania eurowaluty. Niezależnie od niej, musimy dążyć do rozwoju przemysłu, wspierać zdolnych i wykształconych polskich przedsiębiorców. Powinniśmy także tworzyć takie środowisko prawne i podatkowe, aby powstawały u nas firmy z powodu atrakcyjnego otoczenia biznesowego, a nie z uwagi na 4-krotnie niższe koszty pracy, w porównaniu do Europy Zachodniej.

– Bez wątpienia ryzyko wejścia do strefy euro jest większe w przypadku, gdy dana gospodarka pod wieloma względami różni się od tych, których sytuacja będzie wywierała decydujący wpływ na politykę monetarną Europejskiego Banku Centralnego. Uważam jednak, że średni lub duży kraj w Unii Europejskiej, taki jak Polska, powinien mieć własną walutę, niezależnie od poziomu ekonomicznego. Wysoki poziom rozwoju nie chroni bowiem przed ryzykiem utraty konkurencyjności – zaznacza Stefan Kawalec.

Najgorsze scenariusze

Zdaniem Łukasza Białka, wstąpienie do unii walutowej pociągnęłoby za sobą oddanie kontroli polityki pieniężnej Europejskiemu Bankowi Centralnemu. Najpoważniejsze ryzyko z tym związane, jakie należy rozważać, to zmniejszenie dynamiki we wzroście konkurencyjności lub nawet znaczące spowolnienie tego procesu. Spadek eksportu i gorsze wyniki wymiany handlowej uderzyłyby w polskich eksporterów. Nastąpiłoby ograniczenie inwestycji zagranicznych, które do tej pory alokowały swój kapitał w Polsce, korzystając z wykwalifikowanej i tańszej kadry pracowniczej.

– Zachowanie złotego nie gwarantuje oczywiście Polsce pomyślności gospodarczej. Do tego potrzebne są jeszcze inne czynniki. Warto wymienić dwa z nich. Po pierwsze, jest to zdrowa polityka gospodarcza, czyli zapewniająca równowagę fiskalną oraz stabilne warunki dla działalności biznesowej. Drugi ważny element to gwarancja dostępu do rynku europejskiego. Jednak, gdy kraj nie ma swojej waluty, istnieje większe ryzyko, że nawet przy poprawnej polityce gospodarczej, utraci on konkurencyjność międzynarodową. Odzyskanie jej bez własnej waluty, jest zadaniem dość karkołomnym, które może wymagać wielu lat stagnacji gospodarczej i wysokiego bezrobocia – ostrzega Stefan Kawalec.

Jak podsumowuje ekonomista Łukasz Białek, strefa euro od kilku lat ma poważne problemy. Jej członkowie są pogrążeni w zobowiązaniach wielkości setek miliardów euro. Ostatnio KE zaproponowała, by rozważyć stworzenie osobnego budżetu dla Eurolandu. Zdaniem eksperta, wprowadzenie takiego projektu nie zaszkodziłoby nam, bo nieformalna UE dwóch prędkości już dawno funkcjonuje. Tworzenie nowych grup mogłoby natomiast oznaczać przygotowania do ewentualnego rozpadu unii walutowej. Należy liczyć się ze scenariuszem wypchnięcia ze strefy euro tzw. najsłabszych ogniw, m.in. Grecji, Portugalii czy Hiszpanii. Możliwy też jest powrót do własnych walut najzamożniejszych krajów i pozostawienie eurowaluty reszcie państw. Polska, zachowując złotówkę, nie odczułaby mocno konsekwencji przewidywanego chaosu. Co istotne, nie brałaby udziału w transferach i poręczeniach pomiędzy zadłużonymi gospodarkami unii walutowej.

Źródło: MondayNews.pl

Niedawno niemiecki rząd wyraził obawy, że technologie, nad którymi pracowano latami, sukcesywnie przechodzą w ręce Chińczyków. Z kolei, Francuzi sądzą, iż kapitał Państwa Środka zbyt głęboko wchodzi w ich gospodarkę. O zawężeniu współpracy z tymi krajami może świadczyć zwiększona aktywność chińskich inwestorów u nas.

Jak zauważa Bartosz Michalak, prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy, niemiecki rząd wstrzymał chińskie inwestycje w obszarze energetyki i robotyki. Zdaniem eksperta, podjął tę decyzję polityczną po to, aby uchronić dodatnie saldo wymiany handlowej między Niemcami a Chinami. Warto też podkreślić, że nasz zachodni sąsiad jest jedynym krajem Unii Europejskiej, który posiada w tym zakresie znaczące nadwyżki. Eksportuje on bowiem ponad 20 mld dolarów, przy imporcie 15 mld dolarów. Z drugiej strony, niemiecki biznes chce pozyskiwać zagraniczny kapitał. Przedsiębiorców właściwie nie interesuje to, z jakiego państwa on pochodzi. Oni chcą sprzedawać swoje przedsiębiorstwa, w tym rozwiązania i technologie w jak najlepszych cenach. Ekspert wskazuje więc na sporą rozbieżność pomiędzy interesami politycznymi i prywatnymi Niemców.

– Chińscy przedsiębiorcy głównie wybierają zagraniczne inwestycje, które mają znaczenie dla rozwoju Nowego Jedwabnego Szlaku. W ramach tego projektu, wielu z nich wykazuje ogromną aktywność we wszystkich europejskich państwach. Jeżeli ją ograniczą w Niemczech czy we Francji, to w naturalny sposób zintensyfikują swoje działania w Polsce i w innych krajach UE. Inwestorom będzie wówczas zależało na czasie. Muszą przecież zdążyć z realizacją swoich planów, które wiążą z naszym kontynentem. Ich budżety są rozliczane w typowych dla chińskiej gospodarki, rocznych raportach, w ramach 5-letnich planów rozwoju – mówi Mariusz Sperczyński, szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.

Natomiast, Bartosz Michalak przypomina, że chińskie inwestycje w Europie możemy podzielić na dwa obszary. Jedne należą do spółek Skarbu Państwa i obejmują strategiczne obszary zainteresowania tamtejszego rządu. Przykładem tego był w zeszłym roku największy na świecie projekt inwestycyjny, czyli zakup firmy Syngeta, produkującej nawozy. Jego wartość wyniosła 43 mld dolarów. Drugi typ zaangażowania kapitałowego dotyczy inwestycji realizowanych przez prywatnych przedsiębiorców. Są oni zainteresowani wejściem na rynki globalne, takie jak Unia Europejska. Zależy im także na pozyskaniu nowoczesnych technologii po to, by potem szybko i sprawnie transferować je do Chin.

– Nasze przedsiębiorstwa mogą bardzo skorzystać na ograniczeniu aktywności chińskich inwestorów we Francji i w Niemczech, jeśli wesprze je w tym Ministerstwo Rozwoju. Moim zdaniem, resort powinien przede wszystkim szczegółowo przedstawić, na ile współpraca polskich firm z chińskim biznesem jest zgodna z linią rozwoju strategicznego na najbliższe lata. Dotyczy to zwłaszcza infrastruktury krytycznej, ponieważ Chińczycy chętnie inwestują w energetykę i transport. Następnie wskazane by było, aby rząd wydał oficjalny komunikat na ten temat – zaznacza Mariusz Sperczyński.

Jak wyjaśnia Bartosz Michalak, chińscy inwestorzy raczej nie chcą tworzyć nowych projektów, tzw. greenfield, w Europie i czekać 5-10 lat na ich niepewne efekty. Mając ogromne nadwyżki finansowe, chcą kupować gotowe rozwiązania, technologię, wiedzę i rozpoznawalne brandy. Największe wrażenie robią na nich mocne marki francuskie oraz niemieckie. Dlatego, firmy z ChRL w dalszym ciągu będą chciały w nie inwestować. Przedsiębiorcy z Państwa Środka są głównie zainteresowani firmami o zaawansowanych technologiach, m.in. w obszarze chemii, robotyki, produkcji i nowoczesnych materiałów. Zamierzają przenieść je na swój potężny rynek. Pamiętajmy o tym, że w Chinach żyje ponad 1 mld 300 mln ludzi, czyli 2 razy więcej, niż w całej UE. Wykorzystanie rozwiązań, sprawdzonych na mniejszej skali, ma prowadzić do niesamowitego rozwoju biznesu na dużo większym obszarze.

– Polskie przedsiębiorstwa z obszarów infrastruktury mogłyby skorzystać na chińskim kapitale, podobnie jak do tej pory firmy niemieckie czy francuskie. Oczywiście rozpoczęcie międzynarodowej współpracy, w zakresie Nowego Jedwabnego Szlaku, może też zawierać element ryzyka, jak każda podejmowana działalność. Wobec czego, Polacy oczekują jasnej odpowiedzi na pytanie, czy rząd będzie wspierał ich kooperację z Chińczykami. Jeżeli Ministerstwo Rozwoju uzna na przykład, że prowadziłoby to do uzależnienia krajowej gospodarki od interesów Państwa Środka, to polscy przedsiębiorcy powinni zostać już o tym powiadomieni – uważa Mariusz Sperczyński.

Tymczasem prezes Polsko-Chińskiego Forum Współpracy przypomina, że w Polsce mamy również ciekawe firmy, które odgrywają znaczącą rolę w kraju oraz regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Jednak do tej pory nie były jeszcze zaangażowane w globalną ekspansję. Właśnie dlatego Chińczycy wolą najpierw sięgnąć po rozwiązania z Europy Zachodniej, które są już rozpoznawalne na całym świecie. Nasze firmy, poszukujące kapitału i inwestora strategicznego, powinny przede wszystkim pokazać, że ich sukces w rodzimym kraju może być przeniesiony do Azji i tam przeskalowany. To jest bardzo ważne dla inwestorów z Chin.

– Chcąc zachęcić Chińczyków do inwestowania w naszym kraju, podobnie jak we Francji czy w Niemczech, trzeba ich do nas stale zapraszać i pokazywać im nasz potencjał. Spotkania polskich przedsiębiorców ze stroną chińską odbywają się zdecydowanie zbyt rzadko. Natomiast, właśnie bezpośrednie rozmowy na polskim gruncie dają największe szanse na sukces, zarówno tym, którzy chcą sprzedawać swoje produkty, usługi, jak i dosłownie całe biznesy. Oczywiście taka wizyta musi być doskonale zorganizowana i dość dobrze przemyślana. Wymaga też inwestycji sporych środków finansowych – przyznaje Mariusz Sperczyński.

Z kolei, Bartosz Michalak stwierdza, że każdy z krajów Unii Europejskiej ma różne doświadczenia we współpracy z Chińczykami. Dotyczą one m.in. nieudanych przejęć firm przez tamtejszy kapitał. I właśnie to ryzyko należy mieć szczególnie na uwadze. Trzeba pamiętać o tym, że przedsiębiorcy z Państwa Środka dopiero uczą się wchodzenia na obce rynki. W latach 90. ubiegłego wieku preferowali zakup udziałów mniejszościowych, korzystanie z licencji na określone technologie oraz współpracę na zasadzie wspólnych projektów, tzw. joint-venture. Po 2000 roku chiński rząd w obawie, iż ich firmy na zawsze pozostaną tylko podwykonawcami, postanowił zmienić politykę. Odtąd Chińczycy zaczęli przejmować całe przedsiębiorstwa i sprawować nad nimi pełną kontrolę. Prowadzący z nimi interesy, Polacy powinni być świadomi zarówno ich mocnych, jak i słabych stron.

– Oficjalne stanowisko rządu pomogłoby naszym przedsiębiorcom w podejmowaniu bardziej śmiałych decyzji biznesowych. Dotychczas otrzymali oni już wiele interesujących ofert od chińskich inwestorów i przeprowadzili z nimi mnóstwo rozmów, które obecnie niestety pozostają w zawieszeniu. Wszyscy obserwujemy to, co się dzieje we Francji czy w Niemczech. I widzimy, że w tamtych krajach dyskusja polityków i biznesmenów na temat współpracy z Chińczykami weszła w kolejną fazę. A my cały czas jeszcze nie znamy strategii działania swojego rządu – ubolewa szef zespołu Inicjatywy 51GoShanghai.

Jak podsumowuje Bartosz Michalak, chcąc wykorzystać to, że Francuzi i Niemcy w części rezygnują z chińskiego kapitału, Polska musi w jasny sposób określić, w jakich obszarach chce współpracować z Państwem Środka. Zarówno nasz rząd, jak i rodzimi przedsiębiorcy powinni przedstawiać konkretne oczekiwania Chińczykom. Wiadomo, że oni chcieliby u nas budować kolej szybkich prędkości. Ostatnio dużo mówi się też o chińskim zaangażowaniu w pomysł centralnego lotniska, modernizację portów morskich czy rozbudowę żeglugi śródlądowej. Natomiast, polskim firmom zależy na ekspansji na rynek chiński. W przypadku eksportu, obszarem o znacznym potencjale rozwoju jest sprzedaż towarów za pośrednictwem Internetu, czyli e-commerce. Choć nasze interesy wydają się rozbieżne, możemy znaleźć wspólną płaszczyznę do tego, by oba kraje rozszerzały wymianę handlową.

 

Źródło: MondayNews.pl

Polak po pięćdziesiątce natrudzi się w poszukiwaniu posady o wiele bardziej niż jego rówieśnik z Niemiec. Szanse na zatrudnienie w Polsce istotnie ogranicza nie tylko wiek pracownika, ale także niskie wykształcenie – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Polski rynek pracy w kategorii osób, które przekroczyły 50. rok życia, dorównał do unijnej średniej jeśli chodzi o zatrudnienie dla ludzi po studiach. Pozostajemy jednak na samym końcu rankingu państw Unii Europejskiej pod względem etatów dla pracowników z najniższym wykształceniem.

Poniżej przeciętnej, ale tempo poprawy obiecujące

W całej Unii Europejskiej odsetek zatrudnionych w wieku 50-64 lata wynosił 63,9 proc. (Eurostat, IV kwartał ub.r.), podczas gdy w Polsce zaledwie 55,3 proc. Czołówkę rankingu tworzą m.in.: Niemcy – 75,3 proc. i Wielka Brytania – 70,9 proc.

Pozytywny aspekt jest taki, że odsetek zatrudnionych w tym przedziale wiekowym wzrastał w Polsce przez ostatnie 10 lat nieco szybciej niż w całej Unii Europejskiej. Różnica na korzyść naszego kraju wynosiła niemal 4 pkt proc., choć już w porównaniu do Niemiec tempo było wolniejsze o ok. 3,5 pkt proc.

Poprawę sytuacji na polskim rynku pracy potwierdzają badania Głównego Urzędu Statystycznego i dane z marca 2017 r. GUS wskazuje w nich na większą aktywność zawodową ludzi w wieku 50-64 lat. Jest to jednak również konsekwencją starzenia się społeczeństwa i w efekcie większego popytu na pracowników powyżej 50. roku życia.

Przyszłość należy do 60-latków?

W 2015 r. najliczniejszą grupę ludności Polski stanowiły osoby w wieku 30-34 lat. GUS zapowiada, że w 2050 r. najliczniejszą grupę stanowić będą Polacy w wieku 65-69 lat. Postępujące starzenie się ludzi zawodowo aktywnych już spowodowało większy popyt na pracujących 50-latków i 60-latków.

W latach 2010-2015 udział aktywnych zawodowo kobiet w wieku powyżej 50 lat zwiększył się o 13,1 proc. (245 tys.), podczas gdy mężczyzn o 8,1 proc. (200 tys.). Więcej przybyło osób aktywnych zawodowo po pięćdziesiątce na wsiach – 14,8 proc. (224 tys.) niż w miastach – 7,8 proc. (221 tys.).

Brak wykształcenia powoduje różnicę

W przypadku osób z wyższym wykształceniem odsetek 50-latków zatrudnionych w Polsce był zbliżony do unijnej średniej i wynosił 76,6 proc., wobec 78,8 proc. w UE. Jednak daleko nam np. do Niemiec – 85,9 proc. (dane Eurostatu).

Nieco gorzej Polska wypada w zestawieniu uwzględniającym zatrudnienie osób z wykształceniem średnim – 11,2 pkt proc. poniżej unijnej średniej (66,3 proc.) oraz 19,8 pkt proc. mniej niż w Niemczech.

Na unijnym rynku pracy statystycznie najgorzej wygląda sytuacja ludzi powyżej pięćdziesiątego roku życia z najniższym wykształceniem. Średni odsetek zatrudnionych dla wszystkich 28 krajów UE wynosił 47,5 proc., w Niemczech – 56,1 proc., a w Polsce – 31,2 proc. i był to najniższy wskaźnik w Unii.

Starzejąc się, nie dogonimy unijnej czołówki

Dodatkowo może niepokoić fakt, że odsetek zatrudnionych z najniższym wykształceniem w wieku 50-64 lata nie wzrasta w Polsce i nie zbliża się do unijnej średniej. W 2000 r. (II kw.) pracowało 31,8 proc. Polaków z najniższym wykształceniem, osiem lat później – 32,9 proc., a po kolejnych ośmiu latach – 31,2 proc.

Dane GUS wskazują, że wśród Polaków powyżej 50. roku życia najliczniejszą grupę stanowią osoby z wykształceniem zasadniczym zawodowym. Udział tej grupy w kategorii ludności powyżej 15. roku życia wzrastał – w latach 2010-2015 – z 45,2 proc. do 53 proc.
Starzenie się społeczeństwa może negatywnie wpływać na kondycję polskiego rynku pracy. Niski poziom stopy zatrudnienia osób powyżej 50. roku życia oraz praktycznie niezmieniający się odsetek zatrudnionych z podstawowym wykształceniem mogą sprawić, że Polska nie tylko nie dogoni krajów najbardziej rozwiniętych w UE, ale także pozostanie poniżej unijnej średniej.

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego przedstawiło projekt ustawy o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej.

Polska, z wydatkami na inwestycje w prace badawczo-rozwojowe na poziomie 1 proc. PKB, plasuje się na 21 miejscu w UE28. W 2015 r. nakłady na B+R w UE28 wyniosły 2,03 proc. PKB. Najwięcej na B+R wydaje Szwecja (3,26 proc. PKB), Austria (3,07 proc. PKB), Dania(3,03 proc.) i Niemcy (2,87 proc.). Najmniej Rumunia (0,49 proc. PKB).

Cel, który postawiła sobie Polska, to 1,7 proc. wydatków na B+R w relacji do PKB do 2020 r. Zostało nam jeszcze niecałe 4 lata do jego realizacji. Gdyby nakłady na B+R rosły w Polsce w latach 2017-2020 w takim tempie jak w latach 2012-2015 (wzrost z 0,88 proc. PKB do 1 proc. PKB), to w 2020 r. osiągniemy poziom 1,15 proc. PKB, a nie 1,7 proc.

Oczywiście celu można nie zrealizować. Jednak to, co w tej chwili dzieje się na świecie – cyfryzacja, robotyzacja, dynamiczny rozwój gospodarki współdzielenia dzięki nowym technologiom informatycznym, nie pozostawia pola manewru. Musimy stworzyć warunki, które zwiększą zainteresowanie przedsiębiorstw inwestycjami w B+R. Tym bardziej, że „za chwilę” fundusze unijne skończą się. Od 2021 r., jeśli będziemy mieli dostęp do środków europejskich, to w zdecydowanie mniejszej ilości. Niezbędne jest zatem już dzisiaj tworzenie regulacji, które będą motywowały wszystkie podmioty do aktywności w obszarze B+R+I.

MNiSW, MR i MF zdają sobie z tego sprawę, dlatego w 2016 r. MNiSW prowadziło szerokie konsultacje Białej Księgi Innowacji, a teraz na ich podstawie przygotowało projekt ustawy  o zmianie niektórych ustaw w celu poprawy otoczenia prawnego działalności innowacyjnej.

Konfederacja Lewiatan brała udział w tych konsultacjach i cieszymy się, że wiele z naszych postulatów znalazło się w rozwiązaniach proponowanych w tym projekcie ustawy. Przede wszystkim wzrosnąć mają odliczenia z tytułu ulgi na B+R do 100 proc. kosztów kwalifikowanych, niezależnie od wielkości firmy (dzisiaj obowiązuje ulga w wysokości 50 proc. kosztów osobowych dla wszystkich firm oraz 50 proc. pozostałych kosztów kwalifikowanych dla MŚP, a 30 proc. dla dużych firm).

Rozszerzeniu ma ulec także katalog kosztów kwalifikowanych, m.in. o należności z tytułu umów cywilno-prawnych, czy koszty nabycia sprzętu specjalistycznego. Prawo do ulgi na B+R będą miały także firmy działające w Specjalnych Strefach Ekonomicznych (ale od działalności B+R prowadzonej poza SSE). Projekt ustawy proponuje także zniesienie podwójnego opodatkowania funduszy kapitałowych w latach 2018-2023. Szkoda, że projektodawcy nie zdecydowali się w tym przypadku na trwałe rozwiązanie problemu podwójnego opodatkowania inwestorów wspierających projekty B+R+I poprzez fundusze kapitałowe. Kiedyś trzeba będzie to zrobić, może warto zacząć już przy tej ustawie.

Projekt ustawy idzie w dobrym kierunku, ale ma kilka „wad”. Przedsiębiorcy mają jednak nadzieję, że w procesie konsultacji uda się większość z nich przedyskutować, i MNiSW, MR i MF zdecydują się na zmiany, które pozwolą na stworzenie regulacji obejmującej swoim zakresem wszystkie elementy procesu inwestowania w B+R+I.

Przede wszystkim brakuje w projekcie ustawy tzw. innovation box,  czyli obniżonej stawki podatku dochodowego albo zwolnienia podatkowego od dochodów ze sprzedaży praw własności intelektualnej (IP). Większość krajów UE takie rozwiązanie już ma (np. Węgry opodatkowują takie dochody stawką w wysokości 4,5 proc.).

Obawy budzi propozycja poszerzenia uprawnień adwokatów i radców prawnych o możliwość występowania w sprawach związanych ze zgłaszaniem oraz utrzymywaniem ochrony wynalazków. Nie są oni bowiem w stanie zastąpić rzeczników patentowych w roli specjalistów potrafiących ocenić od strony technicznej rozwiązanie zgłaszane do ochrony.

Niepokoi likwidacja Funduszu Kredytu Technologicznego, tym bardziej że przyczyny tej zmiany nie zostały wyjaśnione.

Dziwi propozycja zmniejszenia opłat rocznych za zgłaszanie wynalazku i opłat okresowych za ochronę wynalazku skierowana jedynie do akademickich inkubatorów przedsiębiorczości i centrów transferu technologii. Przedsiębiorstwa, szczególnie z sektora MŚP, także mają problem z pokryciem kosztów ochrony praw własności intelektualnej. Warto zatem, aby projektodawcy zastanowili się nad innym rozwiązaniem, np. stworzeniem odrębnego funduszu, który korzystając z funduszy unijnych, współfinansowałby koszty związane ze zgłaszaniem wniosków o udzielnie praw IP oraz koszty ochrony praw wyłącznych.

Spraw wymagających dyskusji i wyjaśnienia jest znacznie więcej (chociażby potrzeba posługiwania się pojęciem kosztów poniesionych przez podatnika na działalność B+R, a nie pojęciem kosztów uzyskania przychodów), ale patrząc na dotychczasową naszą współpracę z MNiSW i MR dotyczącą rozwiązań wspierających inwestycje w B+R+I, będzie wreszcie szansa na wzrost inwestycji w B+R, i innowacje. I może uda się nie tylko zwiększyć nakłady na B+R do poziomu 1,7 proc. PKB, ale także dadzą one technologie i produkty, którymi polskie przedsiębiorstwa będą mogły skutecznie konkurować na świecie.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Został już tylko rok na dostosowanie firmy do unijnej reformy w zakresie ochrony danych osobowych. Zdaniem ekspertów czasu jest niewiele. Nieprzygotowanych czekają kary w wysokości nawet do 20 mln EUR.

25 maja 2018 roku w życie wejdą nowe unijne regulacje dotyczące ochrony danych osobowych, zwane także  „RODO” albo „Ogólnym Rozporządzeniem o Ochronie Danych”. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej zostało przyjęte jeszcze w kwietniu 2016 r., i choć będzie stosowane bezpośrednio we wszystkich krajach członkowskich, obecnie trwają pracę nad dostosowaniem polskiego prawa do jego przepisów. Celem unijnej reformy jest przede wszystkim zwiększenie poziomu ochrony danych osobowych i ujednolicenie przepisów z tego obszaru na terenie UE. Zdaniem ekspertów reforma jest pod wieloma względami rewolucyjna i będzie wiązała się ze znacznymi zmianami m.in. w działach HR oraz w firmach specjalizujących się w pośrednictwie pracy, które na co dzień przetwarzają dane osobowe pracowników oraz kandydatów do pracy.

Kluczowe zmiany

Rozszerzenie obowiązków informacyjnych

Agencje rekrutacyjne czy działy HR gromadzące i przetwarzające dane osobowe pracowników i kandydatów są, w świetle prawa, administratorami danych osobowych. Nowe regulacje nałożą na administratorów więcej niż dotychczas obowiązków informacyjnych. W praktyce oznacza to, że przykładowo, w procesie rekrutacji trzeba będzie poinformować kandydata m.in. o celach przetwarzania danych osobowych, okresie, przez który będą one przechowywane, odbiorcach danych, czy o prawie wniesienia skargi do organu nadzorczego. Istotny wydaje się być również wymóg określenia czy  osoba, której dane dotyczą, jest zobowiązana do ich podania i jakie są ewentualne konsekwencje niepodania żądanych informacji.

Zgoda na przetwarzanie danych osobowych

Zaostrzone zostaną regulacje dotyczące podstaw prawnych do przetwarzania danych osobowych. Dane pracownika będzie można przetwarzać na podstawie jego dobrowolnego i świadomego wyrażenia woli na przetwarzanie danych osobowych w konkretnym celu. „Według przepisów RODO zgodna nie może być domniemana, a użytkownicy będą mieli prawo do jej cofnięcia, przy czym wycofanie zgodny na przetwarzanie danych osobowych musi być równie łatwe jak i jej wyrażenie. Zmiana może okazać się kosztowna dla pracodawców oraz agencji pośrednictwa pracy, bo wymagać będzie rewizji i często wymiany formularzy dotyczących zgody na przetwarzanie danych osobowych” wyjaśnia Iwona Szmitkowska, prezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia, wiceprezes Work Service S.A

Rejestrowanie czynności przetwarzania danych osobowych

Rozporządzenie przewiduje prowadzenie przez każdego administratora danych osobowych rejestru czynności przetwarzania tychże danych. Rejestr powinien zawierać nazwę oraz dane kontaktowe administratora, cele przetwarzania, opis kategorii osób, których dane dotyczą, kategorie odbiorców, którym dane osobowe zostały lub zostaną ujawnione, jeżeli jest to możliwe, planowane terminy usunięcia poszczególnych kategorii danych, jeżeli jest to możliwe, ogólny opis technicznych i organizacyjnych środków bezpieczeństwa.

„Rozporządzenie jest odpowiedzią na ogromne zmiany w zakresie wykorzystania danych osobowych, które obserwujemy na przestrzeni ostatnich lat. Jego wdrożenie dla agencji zatrudnienia czy działów personalnych będzie wiązało się z koniecznością przeszkolenia kadry oraz często sporymi wydatkami na informatyzację procesów gromadzenia i przetwarzania danych zarówno w procesach rekrutacyjnych jak i kadrowo-płacowych czy szkoleniowych” – komentuje Iwona Szmitkowska.

Kontrole i kary

Kary za niestosowanie się do nowych regulacji będą zdecydowanie bardziej dotkliwe niż dotychczas. Mogą wynieść do 20 mln euro, a w przypadku przedsiębiorstwa nawet do 4 proc. całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego.

Ponadto w razie wycieku danych osobowych, w kwalifikowanych wypadkach, administratorzy danych będą zobowiązani zgłaszać to do GIODO oraz informować osoby, których dane wyciekły. Warto podkreślić, że dla użytkowników zniesione zostaną opłaty za złożenie skargi do GIODO. W efekcie można spodziewać się zwiększenia częstotliwości kontroli firm ze strony organów nadzorczych.

Jak się przygotować i dlaczego przygotowania warto rozpocząć już dziś?

Przedsiębiorstwa przechodzą audyty, w działach HR tworzone są długoterminowe programy wdrożeniowe. Eksperci radzą zwrócić uwagę na  dedykowane do przetwarzania danych osobowych, a w przypadku ich braku zastanowić się nad zakupem, aby zautomatyzować wspomniane procesy. W przypadku większych firm, gdzie przetwarzanie danych odbywa się na szeroką skalę koniecznie będzie powołanie inspektora ochrony danych lub zespołu inspektora ochrony danych wewnątrz organizacji. „Przygotowanie agencji czy działu personalnego wewnątrz firmy na wdrożenie nowych przepisów będzie kosztowe. Warto jednak zainwestować w dostosowanie organizacji do zmian już teraz, aby za rok nie zaskoczyły nas rujnujące kary finansowe” – podsumowuje Iwona Szmitkowska. „Z tego powodu Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia zaplanowało cykl szkoleń dedykowanych zarówno działom HR i agencjom zatrudnienia, mające wesprzeć przygotowanie pracowników do wprowadzenia nowych procedur w firmie. Pierwsze szkolenie już za nami, kolejne odbędzie się w czerwcu we Wrocławiu, następnie planujemy wznowić edycję po wakacjach”

 

Źródło: Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia

Brexit może spowodować zmniejszenie środków na wspólną politykę rolną – ostrzegają przedstawicie Komitetu Regionów UE.

W projekcie opinii na temat wspólnej polityki rolnej po 2020 r., przyjętej w czwartek przez Komisję Zasobów Naturalnych (NAT) Komitetu Regionów, zaapelowano o „sprawiedliwą, zrównoważoną i solidarną politykę rolną”.

„Rolnictwo, produkcja żywności i obszary wiejskie stoją w obliczu poważnych wyzwań, które wymagają gruntownej reformy wspólnej polityki rolnej (…) Jedynie silna polityka rolna i żywnościowa UE może zapewnić Europie bezpieczeństwo żywnościowe i nadać dynamikę obszarom rolnym” – czytamy w dokumencie.

Przyjęty przez komisję NAT projekt opinii zostanie teraz poddany pod głosowanie członków Komitetu Regionów na posiedzeniu plenarnym, a następnie trafi do unijnych instytucji, m.in. Komisji Europejskiej, jako oficjalne stanowisko władz samorządowych UE.

Podkreślano w nim, że Unia Europejska, która stała się największym importerem i eksporterem żywności na świecie, zwiększyła swoją zależność od państw trzecich i prowadzi politykę handlową sprzeczną z celami ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. „Eksport nadwyżek produkcji z Unii (mleko w proszku, kurczaki itp.) po cenach niższych od europejskich kosztów produkcji ogranicza zdolności produkcyjne krajów rozwijających się i przyczynia się do emigracji ich ludności” – czytamy w dokumencie.

Unijni samorządowcy zaapelowali m.in., aby nie destabilizować gospodarek rolnych państw trzecich oraz by budżet wspólnej polityki rolnej stanowił taką samą jak dotąd część budżetu UE. Komitet Regionów ostrzegł przy tym, że „Brexit może spowodować zmniejszenie środków na WPR”.

Przedstawiciele instytucji opowiedzieli się ponadto za odejściem od płatności bezpośrednich na hektar na rzecz płatności bezpośrednich w przeliczeniu na pracownika rolnego. „Przydział płatności bezpośrednich na hektar i bez limitów doprowadził do koncentracji gruntów rolnych, a tym samym dotacji (…) Podział wsparcia jest nadal bardzo nierównomierny między gospodarstwami i między państwami członkowskimi” – zauważono w dokumencie.

Samorządowcy zaapelowali również o wzmocnienie środków na rzecz ochrony środowiska poprzez obowiązkową rotację upraw. Zwrócili uwagę, że obszary wiejskie „pozostają w tyle” w porównaniu z miastami miejskimi, a luka ta się powiększa, co jest jeszcze bardziej niepokojące. W dokumencie postulują zwiększenie wsparcia finansowego UE na rzecz rozwoju obszarów wiejskich, które – w ich ocenie – wyraźnie zmniejszyło się w porównaniu z poprzednim okresem programowania.

Polityka UE na rzecz rozwoju obszarów wiejskich, wprowadzona jako drugi filar WPR, jest finansowana ze środków Europejskiego Funduszu Rolnego na rzecz Rozwoju Obszarów Wiejskich. W wieloletnich ramach finansowych na lata 2014–2020 na EFRROW przeznaczonych jest 99,6 mld euro. Czterema największymi beneficjentami funduszu są Francja (11,4 mld euro), Włochy (10,4 mld euro), Niemcy (9,4 mld euro) i Polska (8,7 mld euro). Natomiast pierwszy filar wspólnej polityki rolnej obejmuje m.in. płatności bezpośrednie dla rolników.

Do końca 2017 roku Komisja Europejska opracuje komunikat w sprawie przyszłości WPR (po 2020 r.). Ostatecznie o nowym kształcie wspólnej polityki rolnej zadecydują rządy państw członkowskich oraz Parlament Europejski.

Komitetu Regionów jest unijnym organem doradczym, w którym zasiadają przedstawiciele wszystkich państw członkowskich UE.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Ograniczenie szeregu wymogów formalnych, konkursy w rundach, możliwość poprawy wniosku o dofinansowanie – to niektóre rozwiązania upraszczające korzystanie z funduszy unijnych, jakie we wtorek przyjął rząd.

Nowe rozwiązania zostały określone w nowelizacji ustawy o zasadach realizacji programów w zakresie polityki spójności finansowanych w perspektywie finansowej 2014-2020 (tzw. „ustawa wdrożeniowa”). Nowela jest elementem Konstytucji Biznesu, czyli pakietu ustaw, które zakładają gruntowną reformę prawa gospodarczego.

Zdaniem wiceministra rozwoju Jerzego Kwiecińskiego z zaproponowanych działań skorzystają wszyscy, którzy chcą aplikować o unijne środki. „Chcemy uprościć cały proces związany z przyznawaniem dotacji i dalszą realizacją projektów. Wzrośnie efektywność inwestowania unijnych pieniędzy, a to będzie mieć przełożenie na wskaźniki gospodarcze” – podkreślił.

Wiceminister zapowiedział, że nowe zasady zaczną obowiązywać jeszcze w III kwartale 2017 r.

Rzecznik Funduszy Europejskich

O interesy beneficjentów będzie dbał Rzecznik Funduszy Europejskich, odpowiedzialny m.in. za gromadzenie wniosków i postulatów związanych z realizacją programów operacyjnych, które będą wpływały na usprawnienie systemu wdrażania. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek problemów, udzieli wsparcia w kontaktach z poszczególnymi instytucjami, które wdrażają fundusze unijne.

Rzecznika obligatoryjnie powoła instytucja zarządzająca, a fakultatywnie inne instytucje systemu realizacji programów operacyjnych.  Poszczególne konkursy będą mogły być dzielone na rundy (obecnie brak jasnych uregulowań w tym zakresie, nowelizacja doprecyzuje zasady organizacji rund) co oznacza, że podmioty, które nie zdążą złożyć wniosku konkursowego w danym terminie, będą mogły to zrobić w kolejnej rundzie. Takie rozwiązanie pozwoli wnioskodawcom na skompletowanie wszystkich potrzebnych dokumentów i zapewni możliwość złożenia wniosku o dofinansowanie planowanego przedsięwzięcia.

Ograniczenie obowiązku przedkładania dokumentów

Ułatwieniem będzie zwolnienie wnioskodawców z obowiązku dostarczenia dokumentów, które instytucja będzie mogła uzyskać sama np. stosowne zaświadczenia z Urzędu Skarbowego lub ZUS, albo dane z dostępnych powszechnie rejestrów, m.in. KRS.

Ograniczenie liczby dokumentów stosowanych przy realizacji projektu

Przewidziano rezygnację z wytycznych programowych, do których stosowania beneficjenci są obecnie zobowiązani. Aktualnie muszą dostosować się do zapisów ok. 100 różnych dokumentów (wytyczne, zalecenia, instrukcje, szczegółowe opisy osi priorytetowych). Jest to obciążenie, utrudniające realizację projektów. Beneficjent, który podpisze umowę, będzie związany postanowieniami wyłącznie wytycznych wydawanych przez Ministra Rozwoju i Finansów, w ściśle wskazanym zakresie. Zniknie obowiązek analizowania dużej liczby dokumentów.

Sprawniejsze przygotowanie wniosków i jego ocena

Każdy wniosek o dofinansowanie projektu będzie w pierwszej kolejności oceniany w zakresie spełniania warunków formalnych. Na tym etapie instytucja sprawdza czy wniosek zawiera wszystkie załączniki, jest poprawnie wypełniony i złożony we właściwym terminie. Jeżeli  instytucja stwierdzi, że we wniosku są braki lub oczywiste pomyłki, to wezwie wnioskodawcę do ich uzupełnienia albo sama je poprawi i wniosek będzie mógł być skierowany do oceny merytorycznej. Na tym etapie sprawdzane będzie, czy wniosek spełnia tzw. kryteria wyboru projektów, które będą wskazane w regulaminie konkursu. Na tym etapie również będzie możliwe poprawienie wniosku zgodnie z regulaminem konkursu.

Profesjonalna ocena projektów

Wskazanie wprost, że w skład komisji oceniającej projekty będą mogli wejść tylko pracownicy mający wiedzę, umiejętności, doświadczenie lub uprawnienia w dziedzinach, których konkurs dotyczy. Rozwiązanie zapewni rzetelną ocenę złożonych wniosków o dofinansowanie.

Wojewodowie w systemie wdrażania programów regionalnych (RPO)

Minister Rozwoju i Finansów będzie mógł przekazać wojewodom część zadań związanych z kontrolą dotrzymania warunków desygnacji przez instytucje w RPO – kontroli będą mogli dokonywać urzędnicy wojewody na warunkach określonych w porozumieniu zawartym pomiędzy Ministrem Rozwoju i Finansów a wojewodą. Wojewoda albo jego przedstawiciel będzie mógł uczestniczyć, jako obserwator, w pracach Komitetu Monitorującego RPO – w większości RPO wojewoda już jest reprezentowany w KM. Jako obserwator, wojewoda albo jego przedstawiciel będzie mógł też uczestniczyć w pracach Komisji Oceniającej Projekty.

Wycofanie środka odwoławczego (protestu)

Przewidziano możliwość wycofania przez wnioskodawcę złożonego wcześniej protestu wobec negatywnej oceny wniosku o dofinansowanie, co pozwoli instytucji na szybszą i sprawniejszą ocenę pozostałych wniosków.Skrócenie terminów w postępowaniu odwoławczym Z 21 do 14 dni skrócono termin na weryfikację zasadności protestu, przez instytucję, która oceniała projekt, przed jego przekazaniem do instytucji odwoławczej. Czas na rozpatrzenie protestu skróci się z 30 do 21 dni, a łączne rozpatrzenie protestu z 60 do 45 dni. Wpłynie to na szybkość oceny wniosków o dofinansowanie.

Ułatwienia w realizacji projektów partnerskich

Partnerstwa służące wspólnej realizacji projektu będą mogły być zawierane przez wszystkie podmioty bez ograniczeń. Obecnie jest to zabronione w odniesieniu do podmiotów między którymi występują określone powiązania. Dodatkowo przewidziano możliwość zmiany partnera w projekcie bez negatywnych konsekwencji dla realizowanego przedsięwzięcia. Ochrona dóbr intelektualnych wnioskodawcy   Dokumenty złożone do instytucji przez wnioskodawców w toku postępowania konkursowego nie będą udostępniane. Zapewni to ochronę wszystkich informacji, które wnioskodawcy przekazują  instytucji w celu otrzymania dofinansowania.

Ułatwienia w rozliczaniu środków unijnych

Beneficjent nie będzie obciążany odsetkami w przypadku spóźnienia do 14 dni ze złożeniem wniosku rozliczającego środki – m.in. takie zmiany zostaną wprowadzone w ustawie o finansach publicznych.

Nowa treść „ustawy wdrożeniowej” to nie jedyny czynnik, który wpłynie na procedury związane z wykorzystaniem funduszy UE. Obowiązują już znowelizowane wytyczne Ministra Rozwoju i Finansów m.in. w zakresie kwalifikowalności wydatków, które wprowadzają np. zmiany dotyczące zamówień udzielanych w ramach projektów. Dodatkowo wytyczne dotyczące wyboru projektów zostaną zmienione tak, aby w trakcie oceny projektu nie weryfikować dwukrotnie tych samych aspektów (rezygnacja z zasady „dwóch par oczu”) oraz aby w ocenie projektu – w celu poprawy jakości procesu oceny projektów – jako eksperci mogli uczestniczyć pracownicy innych instytucji.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Komisja Europejska koryguje w górę swoje prognozy w zakresie wzrostu gospodarczego oraz potwierdza, że finanse publiczne w Polsce są pod kontrolą.

„Najnowsza prognoza Komisji Europejskiej potwierdza wysoki potencjał rozwoju polskiej gospodarki i fakt, że finanse publiczne w Polsce są w bardzo dobrej kondycji. Prognoza deficytu na rok 2017 jest spójna z prognozą przedstawioną w Programie konwergencji. Komisja Europejska zaznaczyła, że deficyt może ukształtować się na niższym poziomie w efekcie wdrażania działań ukierunkowanych na poprawę ściągalności podatków. Wysoki priorytet MF dla tych działań sprawia, że również deficyt w 2018 powinien być niższy niż prognozowany przez Komisję Europejską”mówi Mateusz Morawiecki, wicepremier, minister rozwoju i finansów.

Wysoki wzrost PKB

Zgodnie z prognozami Komisji Europejskiej, tempo wzrostu gospodarczego w Polsce przyspieszy w br. do 3,5% z 2,7% zanotowanych rok wcześniej. Przewidywana poprawa dynamiki PKB to w głównej mierze efekt zakładanej odbudowy nakładów inwestycyjnych oraz utrzymania wysokiego tempa wzrostu konsumpcji prywatnej. W przyszłym roku, zdaniem Komisji Europejskiej, tempo wzrostu PKB będzie już niższe i wyniesie 3,2% (głównie za sprawą oczekiwanego spadku tempa wzrostu konsumpcji prywatnej).

W całym horyzoncie prognozy Polska będzie miała najwyższe tempo wzrostu wśród dziesięciu największych gospodarek UE. Jednocześnie obecne prognozy Komisji Europejskiej na lata 2017-18 są lepsze – zwłaszcza na br. – od projekcji KE z edycji zimowej.

Prognozy Komisji Europejskiej dotyczące tempa wzrostu potencjalnego PKB są również wyższe niż w poprzedniej projekcji, co oznacza, że KE pozytywnie ocenia fundamenty polskiej gospodarki. Jednym z czynników, który przyczynia się do wysokiego tempa wzrostu potencjału jest szybki wzrost produktywności pracy. Prognozy wzrostu PKB na lata 2017-18 są zbliżone do prognoz MFW i NBP, oraz – w przypadku 2018 r. – niższe od prognoz ekonomistów ankietowanych przez Reuters oraz prognoz MF zawartych w Programie konwergencji.

Według ostatnich projekcji MFW (raport World Economic Outlook, kwiecień 2017), tempo wzrostu PKB w Polsce przyspieszy w analizowanym horyzoncie do odpowiednio 3,4% i 3,2%, a według prognoz NBP (Raport o inflacji, marzec 2017) – do 3,7% i 3,3%. Z kolei z prognoz publikowanych przez Reuters (mediana, kwiecień 2017 r.) wynika, że wzrost PKB w latach 2017-18 wyniesie odpowiednio 3,5-3,6%.

Bezpieczne finanse publiczne

Kluczowe z perspektywy prognozy fiskalnej parametry makroekonomiczne zawarte w projekcji Komisji Europejskiej nie odbiegają istotnie od prognoz MF. Prognoza Komisji dotycząca najważniejszych wskaźników determinujących wpływy podatkowe, m.in. konsumpcji prywatnej, funduszu wynagrodzeń oraz inflacji, jest (zwłaszcza w 2017 r.) zbliżona do prognoz przyjętych w Programie konwergencji. Komisja Europejska oczekuje, że deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych osiągnie w br. 2,9% PKB i pozostanie na tym samym poziomie w 2018 r. wobec 2,4% PKB w roku ubiegłym.

W przypadku prognozy fiskalnej na 2018 r. Komisja Europejska nie uwzględniła jednak, zgodnie ze swoimi zasadami, skutków działania reguły wydatkowej ani podejmowanych przez MF działań uszczelniających system podatkowy. W świetle prognoz Komisji Europejskiej, dług sektora instytucji rządowych i samorządowych w relacji do PKB w dalszym ciągu będzie poniżej unijnej wartości referencyjnej, osiągając w latach 2017-18 odpowiednio 54,6% oraz 55,4%.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Choć już od dawna inwestorzy liczyli się z ryzykiem politycznym we Francji, ostatnimi czasy rynek wydawał się bardzo spokojny. Euro zyskiwało względem dolara, a rentowność francuskich obligacji kurczyła się. Jedynie nieznacznie zniżkujące indeksy giełdowe w Europie świadczyły o ewentualnych obawach rynku. Według przedwyborczych sondaży, w drugiej turze wyborów prezydenckich miała znaleźć się para Le Pen – Macron, choć w grze było de facto czterech kandydatów. Każdy z nich mógł liczyć na około 20% poparcia wyborców. Sondaże tym razem nie wprowadziły inwestorów w błąd. W pierwszej turze faktycznie zwyciężył Emmanuel Macron (23,75% głosów), który wyprzedził Marine Le Pen (21,53% głosów). Tuż za Nimi znaleźli się Francois Fillon (19,91% głosów) oraz Jean – Luc Mélenchon (19,64% głosów). W efekcie rynek rozpoczął nowy tydzień w bardzo dobrym nastroju, wręcz euforycznym.

Mimo wszystko emocje rynkowe związane z francuskimi wyborami będą miały zapewne charakter krótkotrwały. Po dynamicznej reakcji inwestorów można oczekiwać uspokojenia i korekty. Następnie uwaga przeniesie się w kierunku Korei Północnej, oczekiwanych reform gospodarczych w Stanach, danych makroekonomicznych i banków centralnych, zwłaszcza że w drugiej turze wyborów sondaże dają Macronowi około 20 punktów procentowych przewagi nad Le Pen. Oczywiście sondaże niejednokrotnie zniekształcały rzeczywistość, a póki kampania wyborcza trwa wiele może się jeszcze zmienić. Jednak odrobienie tak istotnej straty w zaledwie dwa tygodnie będzie zadaniem arcytrudnym dla Marine Le Pen, tym bardziej że Republikanie wyrazili swoje poparcie dla Macrona. Niemniej, realna różnica wyników może być niższa niż 20 pkt. proc., bowiem poparcie dla populistycznych kandydatów nierzadko jest niedoszacowane. Rynek niewątpliwie będzie śledzić wyścig o fotel prezydencki, choć ten nie powinien już być tak istotnym źródłem niepokoju.

Warto pamiętać, że w czerwcu odbędą się wybory do Zgromadzenia Narodowego Francji (dwie tury, 11 i 18 czerwca). Niniejsza kwestia nie pozostaje bez znaczenia, gdyż sytuacja, w której prezydent nie posiada swojej większości w parlamencie może przyczynić się do nieefektywności władzy wykonawczej, a to z całą pewnością nie stanowiłoby wsparcia dla gospodarki francuskiej oraz rynków finansowych. Jednak wydaje się, że wypracowanie konsensusu we francuskim parlamencie jest znacznie bardziej realne w przypadku oczekiwanego zwycięstwa Macrona niż w przypadku ewentualnego triumfu Le Pen. Dlatego też jeżeli nawet liderka Frontu Narodowego zostałaby Prezydentem Francji, to nie zdołałaby zrealizować swojego programu wyborczego. W takim scenariuszu należałoby założyć brak efektywności wykonawczej rządu oraz wzrost chaosu i napięcia na linii Francja – UE. Z kolei Frexit pozostałby w rzeczywistości bardzo odległą wizją.

Należy również zwrócić uwagę na fakt, że wybory we Francji są kolejnym przejawem rosnącego poparcia dla ruchów antysystemowych. Przedstawiciele dotychczasowych, wieloletnich władz odnieśli porażkę. Obywatele Francji chcą wyraźnych zmian. W drugiej turze wyborów mamy eurosceptyczną, a zarazem populistyczną Marine Le Pen oraz zwolennika wolnego rynku i dalszej integracji UE – Emmanuela Macrona. Wszystko wskazuje na to, że po Brexicie i zwycięstwie Donalda Trumpa nadszedł czas na zmiany we Francji – tamtejsza scena polityczna zostanie wyraźnie odświeżona. Niemniej, tym razem najprawdopodobniej zwycięży głos zwolenników UE oraz wolności gospodarczej, co jest bardzo dobrą wiadomością dla rynków finansowych.

Podsumowując, ryzyko polityczne traci na znaczeniu, choć wydaje się, że tylko przejściowo. Pomimo ,,pewnego” w oczach rynku zwycięstwa Macrona, rynek nadal będzie śledzić wydarzenia polityczne we Francji. Co więcej, przed nami wybory w Wielkiej Brytanii, w Niemczech, a być może również we Włoszech. Oczy inwestorów będą zwrócone także na politykę Donalda Trumpa, która póki co nieco rozczarowuje. Zatem w bieżącym roku ryzyko polityczne może jeszcze niejednokrotnie przypomnieć o swojej obecności inwestorom i krótkoterminowo zachwiać rynkami finansowymi.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Eksperci

Rozbicki: Czy polska gospodarka łapie zadyszkę?

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla...

Przasnyski: W inwestycjach lokalne przejaśnienia

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal ...

Lipka: “Opioidowa epidemia” dusi rynek pracy w USA

Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupac...

Izdebski: Koreańskie ryzyko przyciąga kapitał do Polski

Chociaż pierwszy dzwonek w szkołach już wybrzmiał, wielu inwestorów nie wróciło jeszcze z wakacji. Ś...

Rupiński: Luksus w wydaniu on-line

Polski rynek dóbr luksusowych jest stosunkowo młody, jednak już możemy obserwować zachodzące na nim ...

WIADOMOŚCI

Polacy oczekują cyfrowego urzędu

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do ur...

Pracodawcy niezadowoleni z budżetu Funduszu Pracy

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania śro...

Pytania dotyczące kredytu studenckiego

Tylko do 20 października studenci, doktoranci, a także osoby ubiegające się o przyjęcie na studia mo...

Pracodawcy chcą przekazywać dane elektronicznie, ale mają własne propozycje

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych do Urzędu K...

Rząd zapowiada nowy podatek

Ryczałtowy podatek w wysokości około 300 zł miesięcznie za zatrudnienie pracownika sezonowego - taki...