sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "sytuacja na rynku pracy"

sytuacja na rynku pracy

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyśle i budownictwie. Wciąż utrzymuje się bardzo wysoka dynamika sprzedaży detalicznej, potwierdzająca siłę konsumpcji, prawdopodobnie daleką jeszcze od wyczerpania potencjału.

Sięgający 12,3 proc. wzrost produkcji przemysłowej okazał się silniejszy niż się spodziewano i był najwyższy od lipca 2010 r. Nieco niższą od oczekiwanej dynamikę zanotowano w przypadku produkcji budowlano-montażowej, która poszła w górę o 20,3 proc., potwierdzając jednak tezę o przyspieszeniu w inwestycjach.

Wzrost produkcji przemysłowej wpisuje się w trwającą od ponad roku tendencję wyraźnej poprawy kondycji polskiego przemysłu i pozwala oczekiwać jej kontynuacji oraz dalszego niewielkiego wzrostu dynamiki. Trzeba jednak zauważyć, że październikowy skok to w dużej mierze efekt niskiej bazy porównawczej z ubiegłego roku, gdy w październiku produkcja spadła o 1,3 proc. oraz większej liczby dni roboczych. Do optymizmu skłania wysoki popyt na wyroby przemysłowe zarówno w kraju, jak i za granicą, co sygnalizują zgodnie wskazania PMI oraz utrzymujące się od prawie dwóch lat na wysokim poziomie zamówienia. W poprzednich okresach boomu gospodarczego z lat 2006-2008 i 2010-2011 dynamika wzrostu produkcji przemysłowej przez wiele miesięcy przekraczała 10 proc. W obecnym cyklu z taką sytuacją mieliśmy do czynienia jedynie w marcu. Warto jednak pamiętać, że hamująco na tę tendencję mogą zacząć wpływać sygnalizowane już od dłuższego czasu ograniczenia związane z sytuacją na rynku pracy oraz wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych, powodujące już teraz wzrost zaległości w realizacji zamówień, spadek poziomu zapasów oraz wydłużanie się czasu dostaw. Podobnie jest w budownictwie, gdzie dynamika produkcji zbliżyła się już do poziomów z poprzednich okresów szczytu koniunktury, a problemy z brakiem pracowników i zdolności produkcyjnych oraz rosnącymi cenami materiałów są coraz mocniej odczuwalne. To może prowadzić do spadku rentowności firm oraz opóźnień realizacji projektów.

Utrzymujący się od prawie pięciu lat wzrost konsumpcji, jedna z najbardziej trwałych tendencji w naszej gospodarce, nie zawiódł także w październiku. Sięgający 8 proc. wzrost sprzedaży detalicznej okazał się minimalnie niższy niż się spodziewano i słabszy niż miesiąc wcześniej, ale nadal wpisuje się w pozytywną tendencję, panującą już od dłuższego czasu. Konsumpcji sprzyja sytuacja na rynku pracy, a w szczególności wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń, która w październiku sięgnęła 7,4 proc., a więc poziomu najwyższego od prawie sześciu lat. Nic nie wskazuje na to, by ta tendencja miała się w przyszłości w odczuwalny sposób zmienić, jednak czynnikiem mogącym wpłynąć nieco hamująco na konsumpcję jest narastająca presja inflacyjna, która powoduje, że realne płace nie rosną w tak szybkim tempie, jak nominalne. Pod tym względem lepsze z punktu widzenia konsumentów były lata 2014-2016, gdy mieliśmy do czynienia z deflacją, która rekompensowała niezbyt wielką dynamikę wynagrodzeń nominalnych.

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk  GERDA BROKER

 

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in. zmiany w systemach kształcenia w krajach UE28, jakie dokonały się w ostatnich latach.

Wydatki publiczne na edukację stanowiły w Polsce w 2015 r. 5,2 proc. PKB, a 12,6 proc. całości wydatków publicznych. Średnio w krajach UE było to 4,9 proc. PKB i 10,3 proc. wydatków publicznych. Wskaźniki te wskazują, że w Polsce jest pod względem publicznego finansowania edukacji nieco lepiej niż w całej UE. Pytanie tylko, czy środki te są efektywnie wykorzystywane. I tu także teoretycznie możemy mówić o lepszych wynikach niż średnia dla UE, bowiem w Polsce 14,4 proc. 15-latków miało braki w umiejętnościach w czytaniu i interpretacji, podczas gdy w UE było to średnio 19,7 proc. Problem w tym, że w 2015 r. odsetek ten był w Polsce istotnie wyższy niż w 2012 r. (o ponad 1/3). Podobnie negatywny trend obserwujemy w znajomości matematyki i rozumowaniu w naukach przyrodniczych. To, że średnio w UE jest gorzej nie powinno nas usypiać. Jeżeli bowiem rośnie odsetek młodych ludzi, którzy mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem, z matematyką i naukami przyrodniczymi, to już należy działać, aby te niepokojące zjawiska zahamować. Nie wiem, czy reforma edukacji, którą rząd wprowadził od września 2017 r. pozwoli na to. Ale 15-latkowie mają jeszcze szanse na uzupełnienie swoich umiejętności i doskonalenie wiedzy tak, aby w bardzo szybko zmieniającej się, coraz więcej wymagającej gospodarce znaleźć dla siebie miejsce. Gorzej z osobami dorosłymi.

W Polsce tylko 3,7 proc. osób dorosłych bierze udział w kształceniu ustawicznym. W krajach UE jest to średnio 3-krotnie więcej. Ponadto w Polsce i tak niewielki odsetek osób dorosłych biorących udział w kształceniu ustawicznym zmalał w 2016 r. w stosunku do 2013 r. o prawie 15 proc. Możliwe, że jest to w części efekt sytuacji na rynku pracy, która w 2013 r. była znacznie gorsza (stopa bezrobocia 9,8 proc.) niż w 2016 r. (5,5 proc.). Ponadto w 2013 r. bezrobotnych poszukujących pracy dłużej niż 6 miesięcy było prawie 1 milion. W 2016 r. już tylko 420 tys. Może nie znajdujemy w sobie motywacji do kształcenia przez całe życie, a może nie ma oferty skierowanej do osób dorosłych, która pozwalałaby im w takim procesie świadomie uczestniczyć. Zapewne działają tu obie przyczyny. Świadomości nie da się szybko zmienić, ale można na tę zmianę oddziaływać  poprzez odpowiednie impulsy. Na pewno takim impulsem mogłoby być przemyślane, dostosowane do potrzeb cyfryzującego i robotyzującego się świata i gospodarki, dofinansowywanie kształcenia ustawicznego Polaków. Dzisiaj większość osób które chcą pracować, mogą pracę znaleźć, ale „jutro” będzie to coraz trudniejsze. Przede wszystkim ze względu na brak odpowiednich umiejętności i kompetencji. A do ich budowania potrzebny jest lifelong learing.

Tymczasem rząd planując budżet państwa na 2018 r. zakłada w planie finansowym Funduszu Pracy, który ma dysponować prawie 12 mld zł, że wydatki z niego wyniosą 8,2 mld zł. Mając „rezerwę” 3,6 mld zł rząd jednocześnie obniża o 50 proc. i tak bardzo niskie wydatki na Krajowy Fundusz Szkoleniowy (z 200 mln zł do 100 mln zł). Rząd nie ma też w planach żadnego systemowego programu zapewniającego Polakom kształcenie ustawiczne. Już dzisiaj w Polsce zaczynają działać przedsiębiorstwa, w których na 1 zatrudnionego przypadają 3 roboty.  Może lepiej zamiast zwiększać wydatki społeczne do 75 mld zł zacząć znacznie więcej przeznaczać na kształcenie ustawiczne.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Bank Anglii przymierza się do podniesienia stóp procentowych w Wielkiej Brytanii, co byłoby pierwszym tego typu wydarzeniem od lipca 2007 r. Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce nieco ponad rok temu. Wtedy, w następstwie brytyjskiego referendum stopy procentowe zostały obcięte do rekordowego poziomu 0,25%.

W sierpniu 2016 r. prezes Banku Anglii, Mark Carney oświadczył, że bank centralny podejmie “wszelkie niezbędne działania”, które pozwolą na zapobiegnięcie pobrexitowej recesji w Wielkiej Brytanii. Gospodarka Zjednoczonego Królestwa w tym roku wyraźnie spowolniła, do tej pory nie widać jednak żadnych solidnych dowodów, które sugerowałyby, że recesja w Wielkiej Brytanii jest nieuchronna. W związku z tym, rynki finansowe spodziewają się, że decydenci zagłosują za natychmiastową podwyżką stóp procentowych już w ten czwartek.

Bank Anglii niejako “przygotował” rynki na podwyżkę stóp procentowych – podczas ostatniego spotkania Banku wyraźnie widać było zmianę tonu na bardziej jastrzębi. Samo wrześniowe głosowanie nie przyniosło niespodzianek: Ian McCafferty i Michael Saunders pozostali jedynymi, którzy wyłamali się, głosując za natychmiastową podwyżką stóp procentowych. “Większość” decydentów oceniła, że pozbycie się części środków stymulujących [inflację i gospodarkę] byłoby właściwe w przypadku “stopniowego wzrostu presji inflacyjnej”. Członkowie MPC zwrócili również uwagę na moc gospodarki, cytując oznaki siły w sektorze nieruchomości oraz poprawę na rynku pracy. Od czasu spotkania we wrześniu, członkowie MPC wielokrotnie komentowali kwestię potencjalnych podwyżek stóp procentowych.

Gertjan Vlieghe, który jest uznawany za jednego z najbardziej gołębich członków komitetu decyzyjnego ostrzegł we wrześniu, że “nadchodzi moment, w którym [referencyjna] stopa procentowa może wzrosnąć”. Nowy członek MPC, Silvana Tenreyro, stwierdziła w październiku, iż w “nadchodzących miesiącach” może poprzeć podwyżkę stóp procentowych, jeśli w związku z sytuacją na rynku pracy wzrośnie presja cenowa.

Sam prezes Carney również stwierdził, że gospodarka Wielkiej Brytanii znajduje się blisko “punktu zwrotnego, w którym pozbycie się części środków stymulacyjnych byłoby konieczne lub usprawiedliwione”. Ta wyraźna zmiana tonu sugeruje, że większość członków komitetu decyzyjnego może skłaniać się w stronę zacieśnienia polityki monetarnej już podczas spotkania w tym tygodniu. W naszej opinii członkowie BoE powinni przegłosować podwyżkę. Bardziej gołębi członkowie: Jon Cunliffe, Sir David Ramsden i Silvana Tenreyro prawdopodobnie  wstrzymają się i zagłosują za utrzymaniem stóp procentowych na niezmienionym poziomie.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.– podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym.  Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych  o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt  „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.

Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić  za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy stóp procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

W ostatnich dwóch latach liczba umów o pracę na czas nieokreślony wzrosła w Polsce o ponad pół miliona. W pierwszym kwartale tego roku umowy te posiadało ponad 9,5 mln polskich pracowników – wynika z danych GUS. W analogicznym okresie poprzedniego roku było ich ponad 9,1 mln, a w 2015 r. niespełna 9 mln. Z kolei umów o pracę na czas określony w pierwszym kwartale 2017 r. zawarto 3,4 mln, a jeszcze przed rokiem – ponad 100 tys. mniej.

– Rynek pracownika wpływa na ofertę firm, które stają się bardziej elastyczne. Dzięki temu, forma zawieranej umowy zależy często od preferencji kandydata, przez co poprawiają się warunki pracy w odczuciu samych pracowników – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page. – Obserwujemy zatem, że pozycja pracownika wzmocniła się, dotyczy to zarówno kandydatów na wysokie stanowiska, jak i osoby ze średniego oraz niższego szczebla – dodaje.

Blisko 54% ankietowanych pracowników na stanowiskach asystenckich, specjalistów, managerów i dyrektorów posiada w Polsce umowę na czas nieokreślony – wynika z badania Confidence Index za drugi kwartał br., przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Aż 60% ankietowanych przewiduje, że w najbliższych miesiącach poprawi się ich pozycja zawodowa i sytuacja na rynku pracy. Wg respondentów będzie to miało swoje przełożenie także na wzrost ich wynagrodzeń w przeciągu 12 miesięcy. Podwyżki w tym okresie spodziewa się 52% ankietowanych Polaków. Oznacza to wzrost tego współczynnika o 8 p.p. względem minionego kwartału oraz wzrost o 7 p.p. wobec analogicznego okresu w 2016 roku.

 

Wypowiedź: Piotr Dziedzic, Dyrektor w Michael Page.

W lipcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,2 proc. w stosunku do czerwca br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu 2017 r. nieco wolniej od oczekiwań. Co prawda jej wzrost na poziomie 6,8 proc. r/r (w cenach stałych) to utrzymanie średniej dynamiki z 1. połowy roku, jednak przy tak pozytywnych zmianach na rynku pracy, które powodują, że do gospodarstw domowych trafia co miesiąc znacznie więcej pieniędzy niż rok wcześniej, wzrost sprzedaży detalicznej jest umiarkowany. To zapewne efekt wygaszenia wpływu na konsumpcję dochodów z programu Rodzina 500+. Do gospodarstw domowych co prawda w dalszym ciągu trafia co miesiąc ok. 2 mld zł, ale nie traktują one już tych pieniędzy jako dodatkowego dochodu. Dlatego te ponad 23 mld zł, które wydajemy z budżetu państwa na program Rodzina 500+ nie będą się już przekładać na wzrost konsumpcji. Dawały one wzrost w 2. połowie 2016 r. i przez pierwsze miesiące br. Czerwiec i lipiec wskazują, że tego efektu już praktycznie nie ma.

Na szczęście dla wzrostu PKB i spożycia indywidualnego sytuacja na rynku pracy stale się poprawia. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników (ponad 6 mln pracowników), miały w lipcu 2017 r. do dyspozycji o prawie 10 proc. więcej pieniędzy niż rok wcześniej – wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń dał bowiem wzrost funduszu płac o prawie 2,5 mld zł, czyli 9,6 proc. r/r. Z tego co prawda część (1,7 proc.) „zjadła” inflacja, zatem realnie fundusz płac wzrósł o niespełna 8 proc., ale to właśnie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń są w tej chwili motorem rosnącego popytu konsumpcyjnego gospodarstw domowych. Dobre dane dotyczące przemysłu, budownictwa, branż eksportowych, prawdopodobnego wzrostu nakładów inwestycyjnych, a tym samym utrzymanie się trendów na rynku pracy, wskazują że możemy oczekiwać wzrostu sprzedaży detalicznej także w sierpniu i wrześniu br. Spożycie indywidualne powinno zatem w trzecim kwartale 2017 r. wspierać wzrost gospodarczy w stopniu porównywalnym do 2. kwartału br. (ok. ¾ wzrostu PKB) i wraz z inwestycjami dać efekt w postaci wzrostu PKB na poziomie ok. 4 proc.

Sytuacja może się zmienić w 4. kwartale 2017 r., gdy zgodnie z prognozami ZUS na emeryturę (w wyniku obniżenia wieku emerytalnego kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat) przejdzie dodatkowo ok. 330 tys. osób. Dochody tych osób będą zdecydowanie niższe niż ich dzisiejsze wynagrodzenia, co nie pozostanie bez wpływu na obniżenie ich skłonności do konsumpcji. Możemy nie zobaczyć tego jeszcze w 4. kwartale 2017 r., ale w 2018 r. na pewno sprzedaż detaliczna i spożycie indywidualne, a tym samym PKB – to odczuje.

Na razie cieszmy się wynikami sprzedaży detalicznej w lipcu 2017 r., które wskazują że Polacy wrócili do zakupów samochodów (wzrost o 10 proc. r/r; ceny stałe), a także do zakupów dóbr trwałego użytku (meble, rtv, agd – wzrost o prawie 9 proc.). Ciągle cieszą ich zakupy odzieży i obuwia (wzrost o 16,7 proc.) i kosmetyków. Przyszli, październikowi, młodzi 60-65 letni emeryci mogą za chwilę nie móc pozwolić sobie na takie „szaleństwa”.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Najnowsze dane GUS, opublikowane w ramach Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, pokazują aktualny (za pierwszy kwartał 2017 r.) obraz rynku pracy, budzącego coraz większe zainteresowanie i zróżnicowane oceny. Z jednej strony mamy zadowolenie z najniższego w historii bezrobocia i zwiększających się płac, z drugiej zaś kłopoty firm ze znalezieniem chętnych do pracy i wynikające z rosnących kosztów zatrudnienia. Dochodzą do tego obawy dotyczące przyszłych tendencji, które mogą ograniczać możliwości rozwojowe gospodarki i powodować wzrost obciążeń związanych z ograniczoną wydolnością systemu emerytalnego, przy jednoczesnym niedostatecznym stopniu zapewnienia poziomu życia po zakończeniu aktywności zawodowej. Prezentujemy najważniejsze liczby, charakteryzujące sytuację na rynku pracy oraz ciekawe zjawiska, które często umykają uwadze, patrząc na najbardziej ogólne dane.

  • 16 mln 281 tys. – liczba osób pracujących
  • 15 mln 639 tys. – liczba pracujących w wieku produkcyjnym. Z porównania tych dwóch liczb wynika, że wśród pracujących jest 642 tys. osób, które osiągnęły już wiek emerytalny (lub nie ukończyły 15 roku życia)
  • 8 mln 964 tys. – to liczba pracujących mężczyzn
  • 7 mln 317 tys. – pracujące kobiety
  • 9 mln 809 tys. – pracujący mieszkańcy miast
  • 6 mln 472 tys. – pracujący na wsi
  • 12 mln 919 tys. – zatrudnieni w charakterze pracowników najemnych
  • 2 mln 954 tys. – pracujący na własny rachunek. Ta grupa stanowi 18,1 proc. ogółu pracujących. Jednocześnie 632 tys. (czyli nieco więcej niż co piąty) pracujących na własny rachunek jest także pracodawcą, czyli zatrudnia pracowników najemnych. Z tej grupy 6,4 proc. pracujących niezatrudniających pracowników to tzw. samozatrudnieni zależni ekonomicznie, czyli pracujący wyłącznie dla jednego klienta lub zleceniodawcy
  • 409 tys. – to liczba członków rodzin pomagających pracującym na własny rachunek
  • 3 mln 401 tys. – liczba osób posiadających umowę o pracę na czas określony. Prawie dwie trzecie (61 proc.) z nich godzi się na taką formę, nie mogąc znaleźć stałej pracy, niemal 20 proc. taką formę pracy uznaje za odpowiednią dla siebie, dla 10,6 proc. wiąże się ona z okresem próbnym, a 8,6 proc. dorabia w ten sposób w czasie nauki, odbywa staż lub przyucza się zawodu
  • 1 mln 204 tys. – tyle osób pracowało w niepełnym wymiarze czasu. Z tej liczby 257 tys. chciałoby pracować dłużej, ale nie ma takiej możliwości
  • 9 mln 402 tys. – liczba pracujących w sektorze usług (57,7 proc. ogółu pracujących)
  • 5 mln 148 tys. – pracujący w przemyśle (31,6 proc. ogółu)
  • 1 mln 676 tys. – pracujący w rolnictwie (10,3 proc. ogółu)
  • 901 tys. osób – liczba pracujących w więcej niż jednym miejscu pracy
  • 266 tys. – tyle osób poszukiwało pracy innej niż obecnie wykonywana
  • 474 tys. – liczba osób pracujących na podstawie innej niż umowa o pracę (umowa zlecenie, o dzieło, kontrakt managerski, formy mieszane, inna umowa cywilno-prawna). Pracujący w ten sposób stanowili 3,7 proc. ogółu pracujących
  • 53,2 % – wskaźnik zatrudnienia, pokazuje odsetek osób pracujących w ogólnej liczbie ludności w wieku 15 lat i więcej
  • 71,3 % – wskaźnik zatrudnienia w grupie osób w wieku produkcyjnym
  • 926 tys. – liczba bezrobotnych. Różni się ona od podawanej zazwyczaj przez GUS liczby bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy (na koniec czerwca wynosi ona 1 mln 152 tys.) z powodu odmiennej definicji osoby bezrobotnej. Średni czas poszukiwania pracy przez osobę bezrobotną sięga jednak prawie 10 miesięcy
  • 13 mln 405 tys. – liczba osób biernych zawodowo (nie pracujących i nie poszukujących pracy). Stanowiła ona 43,8 proc. ogółu ludności powyżej 15 roku życia
  • 5 mln 383 tys. – tyle osób spośród biernych zawodowo było w wieku produkcyjnym

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Rekordowo niskie bezrobocie w Polsce przeszacowuje faktyczny stan rynku pracy. Wzrost zatrudnienia, o wiele istotniejszy wskaźnik, poprawia się tylko wśród ludzi z wyższym wykształceniem. Jeśli dodamy, że polskie społeczeństwo się starzeje i  obniżył się próg emerytalny, bieżące negatywne trendy mogą się pogłębiać – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Stopa bezrobocia od lat jest najpopularniejszą miarą rynku pracy w Polsce, mimo że ów rynek można scharakteryzować poprzez wiele wskaźników. Wynika to prawdopodobnie z faktu, że przez lata borykaliśmy się z problemem znacznej grupy osób, które nie mogły znaleźć zatrudnienia, chociaż nie brakowało im chęci i gotowości, by podjąć pracę.

Spadek bezrobocia, interpretowany zwykle jako pozytywne zjawisko, często bywa mylnie utożsamiany ze wzrostem zatrudnienia. Faktycznie jednak niższe bezrobocie nie musi oznaczać poprawy na rynku pracy, ani też nie równoważy się ze wzrostem zatrudnienia.

Na przykładzie państwa X widać, co to znaczy: bezrobocie, zatrudnienie i aktywność zawodowa

Aby scharakteryzować poważne problemy polskiego rynku pracy, warto posłużyć się pewnym przykładem. Załóżmy, że istnieje kraj, w którym żyje 150 osób, w tym 100 aktywnych zawodowo. Pracuje 90 z nich, a 10 osób szuka zatrudnienia, natomiast pozostałe 50 np. dalej się uczy, odpoczywa na emeryturze, bądź płatne zajęcie ich po prostu nie interesuje (są bierni zawodowo).

W hipotetycznym państwie stopa bezrobocia wynosi 10 proc., ponieważ 10 osób ze 100 (aktywnych zawodowo, czyli mających pracę oraz jej szukających) chce znaleźć płatne zajęcie. Gdy z grupy osób bezrobotnych pięć przejdzie do grona zatrudnionych, wtedy liczba aktywnych zawodowo pozostanie na poziomie 100 (95 ma pracę, 5 jej szuka), a stopa bezrobocia spadnie do 5 proc.

W omawianej gospodarce możliwy jest jednak inny scenariusz. Liczba bezrobotnych zmniejszy się z 10  do 5, ale pięć osób nie znajdzie pracy, tylko trafi do grupy biernych zawodowo. W takim rozwoju sytuacji bezrobocie spadnie do 5,26  proc. (5 osób poszukuje pracy, 90 ją ma, a 95 jest aktywnych zawodowo), ale liczba biernych zawodowo powiększy się do 55 osób. Mamy zatem do czynienia z wyraźnym spadkiem bezrobocia, lecz także z niezmienionym poziomem zatrudnienia i wzrostem populacji biernych zawodowo.

Taki podwójnie niekorzystny scenariusz daje złudną nadzieję, że sytuacja na rynku pracy się poprawia, podczas gdy tak naprawdę staje się gorsza. Zatrudnienie stoi w miejscu, a osoba, która trafiła do grupy biernych, będzie musiała zostać zaktywizowana, co zwykle jest droższe i zabiera więcej czasu niż przejście z grupy bezrobotnych do zatrudnionych.

W optymalnym rozwiązaniu rosłaby przede wszystkim liczba osób zatrudnionych, a spadała biernych zawodowo oraz bezrobotnych. Wtedy można by stwierdzić, że rynek pracy znalazł się w dobrej kondycji. W Polsce jednak taka sytuacja dotyczy jedynie osób z wyższym wykształcenie, co jedynie zwiększa obawy o dalszy los krajowej gospodarki.

Tylko wykształceni Polacy dogonili unijną czołówkę

Sama analiza aktywności zawodowej sugeruje, że w Polsce mamy do czynienia z kryzysem na rynku pracy. Według danych Eurostatu w pierwszym kwartale br. odsetek osób pracujących i poszukujących pracy wynosi 75,7 proc. dla przedziału wiekowego 25-64 lata. Tylko cztery kraje w Unii osiągają niższy rezultat niż Polska, a współczynnik ten utrzymuje się na niezmienionym poziomie od trzech kwartałów.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja, gdy spojrzymy na relację aktywności zawodowej do wykształcenia w na poziomie określanym przez Eurostat w przedziale 0-2 (podstawowe, gimnazjalne lub poniżej). We wcześniej wymienionej grupie wiekowej aktywność zawodowa wynosi 46,8 proc. Jest to drugi najgorszy wyniki w UE, a dodatkowo ten wskaźnik w porównaniu pierwszego kwartału 2014 r. obniżył się 0,8 pkt proc. W ciągu trzech lat bezrobocie w tej grupie spadło natomiast z 22 do 12,9 proc., ale liczba zatrudnionych obniżyła się o ok. 100 tys. osób, osiągając wartość 650 tys.

Tylko nieco lepiej przedstawia się sytuacja w grupie osób z wykształceniem na poziomie 3-4 (policealne, średnie ogólnokształcące i zawodowe oraz zasadnicze zawodowe). Przez trzy lata aktywność wzrosła zaledwie o 0,5 pkt proc. (z 72,1 do 72,6 proc.), co daje nam przedostatnie miejsce w całej Unii, słabiej wypada jedynie Chorwacja. Dla tej grupy ludzi bezrobocie spadło z 10,1 proc. do 5,4 proc. (z niespełna miliona osób do pół miliona), ale zatrudnienie wzrosło tylko o 113 tys. (z ok. 8,7 do 8,8 mln).

Większych zastrzeżeń nie budzą statystyki bezrobocia, zatrudnienia czy aktywności zawodowej Polaków z wyższym wykształceniem. Bezrobocie w pierwszym kwartale wynosiło dla tej grupy jedynie 2,3 proc. i jest czwartym najniższym w całej Unii. Aktywność zawodowa wynosi 89,8 proc. i jest bliska osiąganej przez Niemcy – 90,2 proc. Przez trzy lata zatrudnienie w tej grupie wzrosło o niemal 600 tys. osób, osiągając wartość 5,35 mln.

Bezrobotni zasilili krąg biernych

Przez ostatnie trzy lata bezrobocie w Polsce spadło z 9,2 do 4,6 proc. dla populacji w wieku 25-64 lata. Jednak w tym samym okresie liczba osób aktywnych zawodowo spadła z 15,7 do 15,5 mln, a zatrudnienie poza osobami z wyższym wykształceniem praktycznie nie uległo zmianie.

To, co z pozoru wydaje się sukcesem, można więc uznać za porażkę. Mimo silnego popytu na pracę nie udało się zaktywizować osób bez dyplomu wyższej uczelni. Spadek bezrobocia przeszacowuje skalę poprawy, ponieważ część bezrobotnych zamiast znaleźć zatrudnienie dołączyła do grupy biernych zawodowo. W obliczu zmian demograficznych i obniżenia wieku emerytalnego te negatywne trendy prawdopodobnie będą się pogłębiać

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Wzorowo wypadło majowe podsumowanie rejestru REGON. W stosunku do poprzedniego miesiąca zostało zarejestrowanych więcej nowych jednoosobowych działalności gospodarczych, a ich ogólna liczba wzrosła o 7 tys., w rezultacie dając 2,975 mln. Mamy też rekordowo niską liczbę wyrejestrowań. To najlepsze wyniki od czerwca 2016 r. Dobra passa dla mikroprzedsiębiorców może potrwać dłużej, biorąc pod uwagę pozytywne dane płynące z rynku.

NBP zakładał w marcu, że motorem pobudzającym polską gospodarkę w tym roku będzie przed wszystkim spożycie indywidualne zasilane transferami, a także dobra sytuacja na rynku pracy. Ostatnie dane GUS na temat stanu polskiej gospodarki za pierwszy kwartał zdają się to potwierdzać – PKB urósł o 4 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. GUS szacuje też, że siłą napędową są właśnie zakupy Polaków, a to powinno pozytywnie wpływać na sytuację na lokalnych rynkach, a zatem i na sytuację najmniejszych firm. Wydaje się prawdopodobne, że poprawa sytuacji gospodarczej w naszym kraju może stymulować wzrost liczby jednoosobowych firm.

Na rynku działa najwięcej firm na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy

Jak wynika z rejestru REGON, ogólna liczba jednoosobowych działalności gospodarczych wpisanych do rejestru na koniec maja wyniosła 2,975 mln. To nie tylko trzeci z rzędu wzrost w tym roku, o 7 tys. więcej niż miesiąc wcześniej oraz aż o 16 tys. więcej niż na początku tego roku. To także najwyższy poziom od czerwca 2016 r., kiedy to odnotowano 2,963 mln jednoosobowych firm. W dodatku, uwzględniając dwa lata wstecz, tylko sześć razy liczba jednoosobowych firm była wyższa niż obecnie.

Rekordowo mało zamkniętych biznesów

Rekord padł też po drugiej stronie rejestru REGON, bowiem w maju wyrejestrowało się jedynie 19,1 tys. firm. Ten miesiąc przyniósł nie tylko najniższy poziom wyrejestrowań odnotowany w tym roku, ale i najniższy, patrząc przez pryzmat ostatnich dwunastu miesięcy. Natomiast na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy, jedynie 5 razy zanotowano wynik niższy od obecnego. Cieszyć może też fakt, że od stycznia br. liczba wyrejestrowanych firm maleje regularnie – z miesiąca na miesiąc średnio zamyka się prawie o 4 tys. firm mniej.

Pełnia sezonu wśród mikrofirm jeszcze przed nimi?

Obserwowane od początku tego roku wzrostowa tendencja ogólnej liczby jednoosobowych firm i spadkowy trend wyrejestrowań mają spore szanse utrzymać się również w kolejnych miesiącach. Zgodnie z marcowymi prognozami NBP, w drugim i trzecim kwartale br. poza konsumpcją włączyć powinien się też drugi silnik gospodarki, jakim są inwestycje prywatne. W maju na rynek wkroczyło 25,7 tys. nowych jednoosobowych działalności gospodarczych – o kilkaset więcej niż miesiąc temu, a także o 1,3 tys. więcej niż wynika to ze średniej za pierwszy kwartał br.

Optymizm widać też w uśrednionym wskaźniku pokazującym chęć do pracy „na swoim”, który trzeci miesiąc z rzędu wypada na przyzwoitym poziomie, w porównaniu do słabszej końcówki zeszłego roku. Biorąc pod uwagę ostatnie 12 miesięcy, aktualnie średnio w miesiącu przybywa 23,4 tys. nowych jednoosobowych firm. Dokładnie na takim samym poziomie wskaźnik ten kształtował się w marcu i na bardzo zbliżonym w kwietniu tego roku.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podał w maju, że oczekuje kontynuacji silnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego w naszym kraju, o ile dojdzie do wzrostu produktywności, silniejszych inwestycji prywatnych oraz wzrostu aktywności zawodowej. Możliwe, że nowych firm nadal będzie przybywać, ale trzeba mieć też na uwadze, ile z nich się utrzyma. Informacje płynące z rejestru REGON warto uzupełniać np. o dane ZUS dotyczące liczby przedsiębiorców aktywnie opłacających składkę na ubezpieczenie społeczne. Wynika z nich, że w pierwszym kwartale br. liczba aktywnych płatników składek, którzy prowadzą działalność jako osoby fizyczne, zmalała o niecałe 8 tys. w stosunku do czwartego kwartału 2016 r., wynosząc 2,109 mln. Taki spadek obserwujemy rokrocznie właśnie w pierwszych kwartałach.

 

Źródło: Tax Care

Coraz lepsze nastroje polskich konsumentów przekładają się na rosnące zapotrzebowanie na kredyty konsumpcyjne.

Raport o inflacji NBP odnotowuje stabilny wzrost kredytów dla gospodarstw domowych. Jak piszą autorzy Raportu, dynamika akcji kredytowej dla gospodarstw domowych od kilku lat utrzymuje się na poziomie zbliżonym do 4,5 proc w relacji rok do roku. Sprzyja tej dynamice dobra sytuacja na rynku pracy oraz rosnące dochody do dyspozycji. Dzięki zwiększeniu zdolności kredytowej gospodarstw domowych wzrost łącznego kredytu konsumpcyjnego ustabilizował się w ostatnim okresie na najwyższym od 2010 r. poziomie, tzn. 8,5% proc. w relacji rok do roku w IV kwartale ub. roku.

W lutym 2017 r wartość udzielonych przez banki kredytów konsumpcyjnych ogółem wzrosła w porównaniu ze styczniem o 301,7 mln zł i wyniosła 165 047,2 mln zł. Jak wynika z danych NBP, coraz chętniej zaciągamy kredyty w złotych niż w walutach. W lutym wartość kredytów konsumpcyjnych w walutach obcych spadła od stycznia o 69,1 mln zł i wyniosła 6 013,3 mln zł., w tym samym czasie wartość kredytów konsumpcyjnych w złotych wzrosła 370,9 mln zł i wyniosła 159 034,0 mln zł.

Przypomnijmy przy okazji, że kredyt konsumpcyjny jest udzielany na cele prywatne, tj. nie związane z działalnością gospodarczą i zawodową. Spłata jest indywidualnie ustalana z bankiem. Zabezpieczenia kredytu stanowią najczęściej dochody kredytobiorcy lub poręczenia innych osób, a wysokość kredytu zależy od możliwości spłaty przez zaciągającego kredyt.

Głównym motywem zaciągania tego typu zobowiązań potrzeba (lub po prostu chęć) szybkiego dostępu do środków finansowych na opłacenie zakupów na potrzeby gospodarstwa domowego lub bieżących wydatków wynikających z nagłej decyzji o zakupie czegoś wcześniej nieplanowanego.

Można wyróżnić – między innymi – następujące rodzaje kredytu udzielanego na cele konsumpcyjne:
Kredyt gotówkowy jak sama nazwa wskazuje jest wypłacany w gotówce. Może być udzielony na dowolny cel Jest to najczęściej udzielany kredyt możliwy do zaciągnięcia w bankach również on-line.

Kredyt konsolidacyjny jest zwykle wyjściem z sytuacji, kiedy klient banku ma kilka kredytów i nie radzi sobie z ich spłatą. Konsolidacja oznacza spłatę jednej zsumowanej raty. Jest ona niższa, ale na ogół łączy się to z wydłużeniem okresu spłaty i tym samym poniesieniem większych całkowitych kosztów niż gdyby spłacać każdy kredyt z osobna.

Kredyt w rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowym (ROR) zwany często debetem. Na mocy umowy bank umożliwia konsumentowi dysponowanie środkami pieniężnymi w wysokości przekraczającej stan środków na koncie w każdym dowolnym czasie do wysokości przyznanego limitu.

Kredyt odnawialny podobny do kredytu w rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowym. Polega na tym, że odnawia się on za każdym razem gdy nastąpi spłata. Z kredytu można korzystać do wysokości kwoty ustalonej przez bank. Znanym kredytem odnawialnym jest kredyt na karcie kredytowej.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Obecnie ok. 17 proc. osób nabywających uprawnienia emerytalne decyduje się pracować dłużej – wynika z danych resortu rodziny i pracy. Jego przedstawiciele szacują, że obecna kampania informacyjna na temat emerytur może zwiększyć wskaźnik pracujących dłużej do 20-25 proc.

Kampania „Godny Wybór. Przywrócenie Wieku Emerytalnego” to wspólne przedsięwzięcie Solidarności, Kancelarii Prezydenta RP oraz Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej. Podczas wtorkowej konferencji w Katowicach przedstawiciele tych instytucji oraz ZUS omawiali zmiany w systemie emerytalnym po wchodzącym w życie 1 października br. obniżeniu wieku emerytalnego do 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn.

Jak powiedział wiceminister rodziny pracy i polityki społecznej Marcin Zieleniecki, kontynuowanie pracy po nabyciu uprawnień emerytalnych oznacza wzrost wysokości emerytury o ok. 8 proc. rocznie. W przypadku kobiety, która zdecydowałaby się przejść na emeryturę w 65. roku życia, dawałoby to emeryturę o jedną trzecią wyższą, niż gdyby skorzystała z uprawnień emerytalnych już po ukończeniu 60 lat. Stąd m.in. kampania, podczas której przedstawiane są szczegóły nowych rozwiązań.

Z danych ZUS wynika, że w czwartym kwartale tego roku, kiedy wejdzie w życie ustawa obniżająca wiek emerytalny, w skali kraju może wpłynąć 331,3 tys. dodatkowych wniosków o przejście na emeryturę. Według wiceministra dziś trudno oszacować, ile osób ostatecznie zdecyduje się złożyć wniosek zaraz po nabyciu uprawnień; z dotychczasowych doświadczeń wynika, że robi to 83 proc. uprawnionych, a jedynie 17 proc. pracuje dłużej.

Resort rodziny i pracy liczy, że obecna kampania, a także praca doradców emerytalnych w ZUS, pomogą w zmianie tych proporcji. „Zakładamy, że ten proces rozłoży się w czasie; nie będzie tak, że nagle 1 października 2017 r. wszystkie osoby, które uzyskają uprawnienie, po prostu złożą wnioski o emeryturę. To jest związane ze zmianą filozofii – osiągnięcie wieku emerytalnego nie musi oznaczać zakończenia aktywności zawodowej, a elementem, który ma zachęcać do tego, żeby ten moment odroczyć, są czynniki ekonomiczne związane z obowiązującym mechanizmem ustalania wysokości świadczenia – odroczenie momentu przejścia na emeryturę o jeden rok wiąże się z podwyższeniem świadczenia emerytalnego o ok. 8 proc.” – powiedział wiceminister.

„Według nas ta kampania informacyjna może przyczynić się do tego, że odsetek (osób przedłużających aktywność zawodową po nabyciu uprawnień emerytalnych – PAP) wzrośnie do ok. 20-25 proc.” – oszacował Zieleniecki, wskazując, że do dalszej aktywności zawodowej może zachęcać m.in. poprawiająca się sytuacja na rynku pracy.

Wpływają na to także osobiste czynniki osób ubezpieczonych, jak ich stan zdrowia, pozycja na rynku pracy, sytuacja materialna czy rodzinna. „Każdy z nas jest w odmiennej sytuacji; każdy z nas musi przeprowadzić bilans zysków i strat oraz podjąć decyzję co do tego, w jakim momencie chce zakończyć okres aktywności zawodowej” – podsumował wiceminister.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

„W maju 2017 r., w porównaniu do poprzedniego miesiąca, odnotowano wyraźną poprawę zarówno obecnych, jak i przyszłych nastrojów konsumenckich”.  Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej oraz wskaźnik wyprzedzający były wyraźnie wyższe niż w poprzednich miesiącach nr.  – podał GUS.

Wskaźniki ufności konsumenckiej – bieżący i wyprzedzający, są po raz pierwszy w historii badań koniunktury konsumenckiej dodatnie. Oznacza to, że nastroje wśród konsumentów są tak dobre, jak nie były nigdy, nawet w szczycie koniunktury gospodarczej w 2007 r., gdy PKB wzrósł o 6,8 proc., a spożycie indywidualne o 4,9 proc. Ani w 2008, gdy wzrost PKB był co prawda niższy, ale konsumpcja indywidualna wzrosła o 5,7 proc.

Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wskazuje, że gospodarstwa domowe pozytywnie oceniają swoją dotychczasową sytuację finansową, a jeszcze lepiej sytuację finansową w najbliższych 12 miesiącach. I widać to wyraźnie w ich ocenie dokonywanych obecnie ważnych zakupów – o 13 proc. więcej jest gospodarstw domowych zwiększających te zakupy niż gospodarstw, które zachowują się bardziej wstrzemięźliwie.

Gospodarstwa domowe przestały się bać bezrobocia, większość uważa, że takiego problemu nie będzie w najbliższych 12 miesiącach. I trudno się dziwić, gdy bezrobocie wynosi 5,3 proc. (marzec 2017 r., BAEL). Bezrobocie rejestrowane już tylko w 11 podregionach wynosi więcej niż 20 proc., ale BAEL wykazałby zapewne, że i w regionie szydłowieckim ludzie nie mają problemu ze znalezieniem pracy, mimo że stopa bezrobocia rejestrowanego wynosi tam ponad 28 proc. (marzec 2017 r.). Wynagrodzenia rosną, nie ma zagrożenia dla dochodów z programu Rodzina 500+, a za chwilę ponad 300 tys. osób będzie mogło przejść na emeryturę w wyniku obniżenia wieku emertytalnego, ale też dalej pracować, czyli dochody takich gospodarstw domowych wzrosną.

Stale poprawiająca się sytuacja na rynku pracy, dodatkowy dochód nie z pracy (500+) w części gospodarstw domowych dają efekt silnego wzrostu konsumpcji. Tylko, że na konsumpcji nie zbudujemy trwałych podstaw wzrostu dobrobytu. Do tego niezbędne są inwestycje. A te ciągle nie rosną – w 1 kw. 2017 r. przedsiębiorstwa zatrudniające powyżej 9 pracowników zainwestowały o 0,4 proc. mniej niż rok wcześniej, a w całym 2016 r. – o ponad 13 proc. mniej niż w 2015 r.

Przejadamy potencjał do rozwoju w dłuższym niż kilka miesięcy okresie. Gdy w 2007 r. PKB wzrósł o 6,8 proc., a spożycie indywidualne o 4,9 proc., towarzyszył temu wzrost inwestycji o 17,6 proc. Między innymi dzięki zrealizowanym wtedy inwestycjom udało się polskiej gospodarce przejść suchą nogą przez kryzys finansowy.

Dzisiaj mamy wzrost na poziomie 4 proc. (1. kwartał 2017 r.), ale został on zbudowany głównie na konsumpcji. Daleko tak nie dojdziemy. Gospodarstwa domowe muszą zacząć myśleć nie tylko o dokonywaniu ważnych zakupów, ale także o przyszłości i zwiększyć zainteresowanie długoterminowymi inwestycjami, o co na razie trudno. Rząd i politycy powinni zapewnić stabilność działalności gospodarczej, a nie co chwila wprowadzać nowe pomysły legislacyjne (np. właśnie upubliczniony projekt nakładający na przedsiębiorstwa obowiązek codziennego raportowania administracji skarbowej wyciągów z kont bankowych, który może i wesprze walkę z wyłudzeniami VAT, ale jednocześnie tworzy kolejne bardzo poważne ryzyka dla przedsiębiorców związane z możliwością ujawnienia poufnych danych biznesowych). Bez stabilności w obszarze legislacyjnym, ale także politycznym trudno będzie uzyskać niezbędny naszej gospodarce wzrost inwestycji.

Przyspieszenie wykorzystywania funduszy unijnych zapewne w końcu roku doprowadzi do wzrostu inwestycji. Ale musimy pamiętać, że te pieniądze się skończą i inwestowanie będzie musiało mieć wsparcie w stabilnym otoczeniu biznesowym. Jeśli tego nie będzie, nie będzie długookresowego myślenia przedsiębiorców o rozwoju, a w konsekwencji i gospodarstwa domowe stracą zapał do dokonywania ważnych zakupów.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Statystyki dotyczące rynku nieruchomości od kilkunastu miesięcy sygnalizują wysoką dynamikę wszystkich jego parametrów, za wyjątkiem cen. Szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się zakupy mieszkań w celach inwestycyjnych. Nabywcy liczą głównie na korzyści z najmu, ale im takich transakcji więcej, tym o wysokie zyski może być trudniej.

Ubiegły rok był rekordowy w historii pod względem liczby mieszkań w budowie oraz oddanych do użytkowania przez deweloperów. W 2016 r. wydano najwięcej pozwoleń na budowę od 2008 r. i najwyższa od tamtego czasu była liczba rozpoczętych budów. Dane za pierwszy kwartał obecnego roku wskazują na kontynuację tendencji wzrostowej w niemal wszystkich z tych kategorii i na bardzo wysoką dynamikę w porównaniu do pierwszych trzech miesięcy 2016 r. Wszystko więc wskazuje na to, że ubiegłoroczne rekordy zostaną pobite. Im dłużej trwa ten boom, tym częściej pojawia się pytanie kiedy i w jaki sposób się zakończy. Odpowiedź na nie jest szczególnie istotna dla tych, którzy kupili mieszkania w celach inwestycyjnych oraz tych, którzy nad taką decyzją się zastanawiają. Choć trudno o dokładne dane, szacuje się że około jedna trzecia transakcji ma na celu nie zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych, a korzystne ulokowanie kapitału. Oznaczałoby to, że w ubiegłym roku było to około 24 tys. mieszkań. Skoro zaś ceny nieruchomości od kilku lat pozostają na stabilnym poziomie i nie wykazują tendencji wzrostowej, można sądzić, że nabywcy zamierzają zarabiać na wynajmie kupionych lokali. Sięgająca 4-5 proc. rentowność najmu jest głównym magnesem, przyciągającym kapitał na rynek nieruchomości już od dłuższego czasu. Przyciągającym tym silniej, im dłużej stopy procentowe utrzymują się na rekordowo niskim poziomie, a co za tym idzie, odsetki na bankowych lokatach topnieją do symbolicznych wartości, sięgających średnio 1,5-1,6 proc. Ostatnio siłę przyciągania potęguje dodatkowo powrót inflacji, która powoduje że pieniądze trzymane w banku tracą na wartości w ujęciu realnym i nie zanosi się na rychłą zmianę tego stanu rzeczy.

Skoro jednak tak dynamicznie zwiększa się podaż mieszkań w celach inwestycyjnych, w tym głównie z przeznaczeniem na wynajem, warunkiem utrzymania się atrakcyjnej stopy zwrotu jest podobna tendencja po stronie popytu na oferowane lokale. Z jej oceną jest jednak pewien problem. W Polsce udział najmu w zaspakajaniu potrzeb mieszkaniowych wynosi zaledwie kilka procent, podczas gdy w niektórych krajach europejskich sięga on nawet 50 proc. Optymiści z tego porównania wyciągną wniosek o dużym potencjale wzrostu na naszym rynku, zaś pesymiści będą powątpiewać w jego wzrost, posiłkując się argumentem dotyczącym preferencji Polaków do posiadania lokum na własność. Sytuację mogłoby zmienić zmniejszenie się możliwości dokonania zakupu, czyli wzrost cen mieszkań lub obniżenie się dostępności kredytu oraz zmiana preferencji, polegająca na wzroście popularności najmu, szczególnie wśród przedstawicieli młodszego pokolenia. Kolejne dwa czynniki, mogące mieć wpływ na sytuację na rynku, to rządowy program budowy mieszkań na wynajem oraz procesy migracyjne. Program Mieszkanie Plus z jednej strony zwiększy podaż lokali oraz może wywrzeć pewną presję na obniżenie stawek najmu, ale z drugiej strony przyczyni się do popularyzacji tej formy zaspakajania potrzeb mieszkaniowych, czyli pozytywnie wpłynie na rozwój rynku najmu. Jego oddziaływanie ograniczone jednak będzie przede wszystkim do mniejszych miejscowości oraz do osób o mniejszych możliwościach finansowych, a podaż będzie się koncentrować na mniej atrakcyjnych lokalizacjach, a więc wpływ ten będzie odczuwalny tylko niektórych segmentów rynku. Pojawienie się kilkuset dodatkowych mieszkań w niewielkiej miejscowości może istotnie zaburzyć rynek najmu, natomiast w większym mieście wpływ będzie niedostrzegalny.

Procesy demograficzne oraz sytuacja na rynku pracy będą wzmacniały już widoczną tendencję do napływu do Polski obywateli innych państw, głównie ościennych. Obecnie liczbę pracowników z Ukrainy i Białorusi szacuje się na 1,2-1,5 mln osób. Ta rosnąca rzesza będzie poszukiwać mieszkań na wynajem. Nie należy również zapominać o konsekwencjach wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej oraz przyciągania inwestycji zagranicznych. Proces ten także będzie powodował wzrost zapotrzebowania na lokale do wynajęcia, częściowo ze strony osób powracających do Polski, a częściowo ze strony pracowników przenoszonych do naszego kraju zagranicznych firm.

Przede wszystkim pamiętać trzeba, że na efektywność inwestycji w nieruchomości decydujący wpływ mają czynniki specyficzne, a więc przede wszystkim lokalizacja i standard dostosowany do potrzeb lokalnego rynku. Dobre rozpoznanie tych czynników gwarantuje sukces, czyli możliwość osiągnięcia atrakcyjnych stawek oraz zapewnienie ciągłego wykorzystania posiadanego lokalu. Coraz większego znaczenia nabiera korzystanie ze zorganizowanych form inwestycji w lokale na wynajem, pozwalających nie tylko na zwiększenie stóp zwrotu i efektywności inwestycji poprzez optymalne wykorzystanie jej potencjału, ale także na minimalizację bezpośredniego zaangażowania inwestora w obsługę z tym związaną. Ma to istotne znaczenie przede wszystkim w przypadku najmu krótkoterminowego, pozwalającego osiągać ponadprzeciętne stopy zwrotu, zwiększając także geograficzny zasięg działalności inwestora, który korzystając z tej formy nie musi ograniczać się do wyboru inwestycji zlokalizowanych w pobliżu jego miejsca zamieszkania.

Autor: Tomasz Bocian, Dyrektor ds. Nieruchomości GERDA BROKER

 

Eksport wzrósł w styczniu i lutym 2017 r. o 4,0 proc. r/r w euro, a import o 7,8 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 30,2 mln euro – padał GUS

Eksport w okresie styczeń-luty 2017 r. był wyższy o ponad 1,8 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o ponad 3 mld euro. Dynamika importu wyraźnie przyspiesza (7,8 proc. wobec 6,6 proc. w styczniu br.), a dynamika eksportu – słabnie (4 proc. wobec 5,3 proc. w styczniu br.). To co prawda dopiero pierwsze dwa miesiące 2017 r., ale saldo obrotów handlu zagranicznego zbliża się już do zera (30,2 mln euro). Przy takiej tendencji wzrostu eksportu i importu, już za styczeń-marzec zobaczymy deficyt po dwóch latach dodatniego salda handlowego. A możemy mieć pewność, że taka tendencja – szybszego wzrostu importu niż eksportu – utrzyma się. Rosnące spożycie indywidualne w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń, a także dopływu do gospodarstw domowych środków z programu Rodzina 500+ zachęca bowiem do konsumpcji. Widać to po dynamice sprzedaży detalicznej, która wzrosła w ciągu 2. miesięcy br. o 9 proc. W tym jest także sprzedaż produktów z importu.

Na wysoką dynamikę importu wpływ mogą mieć, ale dopiero w 2. połowie roku, rosnące (miejmy nadzieję) inwestycje. Czeka nas zatem rok wyraźnego wzrostu popytu na towary i usługi z importu.

W tym kontekście bardzo ważne jest, aby eksporterzy nie koncentrowali się tylko na rynkach krajów UE, gdzie lokują ponad 80 proc. swojej sprzedaży. I tak się dzieje. Widać tu już pierwsze bardzo pozytywne sygnały, bowiem eksport do krajów rozwijających się jest r/r po 2 miesiącach 2017 r. wyższy o 9,4 proc. A eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej – o prawie 25 proc. To głównie zasługa odbudowującego się eksportu do Rosji. W ciągu 2. miesięcy br. wyniósł on 804 mln euro. To ciągle mniej niż w tym samym czasie  w 2014 r. (1122 mln euro), ale już więcej niż w styczniu-lutym 2015 r. i 2016 r. To bardzo ważne, aby polscy eksporterzy byli na rynku rosyjskim obecni, gdy powoli wracają na ten rynek także nasi konkurenci.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

3 na 10 Polaków chce zmienić pracę z powodu nudy i rutyny – wynika z najnowszych badań Work Service. Na znaczeniu zaczynają tracić pieniądze, ale zyskują potrzeba awansu i samorealizacji. Zmianę widać również w sposobach szukania pracy. Już nie tylko znajomości, ale w coraz większym stopniu Internet ma pomóc w znalezieniu najlepszych ofert. Blisko 60% pracowników szuka ich na portalach pracy, a 45% bezpośrednio na stronach firm. To wymusza na pracodawcach większą aktywność w sieci, bo właśnie tam są kandydaci.

Pieniądze to główny powód, dla którego ludzie codziennie idą do pracy. Dla 45,5% to też podstawowy czynnik motywujący do zmiany pracodawcy. Ludzie szukają firm, gdzie mogliby zarabiać więcej, ale jak pokazują najnowsze badania Work Service pieniądze tracą na znaczeniu. W ciągu ostatniego pół roku odsetek osób deklarujących zmianę miejsca zatrudnienia z powodów finansowych zmniejszył się o 13,6 p.p. Tak duży spadek oznacza, że dziś prawie równie ważny jest inny czynnik – brak perspektyw awansu. Nie bez znaczenia dla pracowników jest także możliwość samorealizacji i nuda oraz rutyna, która do zmiany pracy skłania 29,3% osób.

Obserwowana zmiana to efekt poprawy sytuacji na rynku pracy. Już w zeszłym roku uwidocznił się trend wzrostowy w poziomie wynagrodzeń, który w nadchodzących miesiącach powinien się jeszcze umocnić. Wyższe pensje spowodowały, że pracownicy zaczęli zwracać większą uwagę na inne aspekty niż finanse – na rozwój, atrakcyjność i ciekawość wykonywanej pracy. To wyraźny sygnał dla pracodawców. Tym bardziej, że 1/3 Polaków twierdzi, że nową pracę znajdzie w miesiąc. Część niezadowolonych pracowników może zatem odejść z dnia na dzień, bo uważa, że nie będzie mieć problemu ze znalezieniem innego pracodawcy – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz Work Service S.A.

Pracy szukamy przez znajomych i Internet

Obserwowany w ostatnim czasie wzrost wynagrodzeń wpłynął na odsetek tych, którzy zastanawiają się nad zmianą pracy. Z „Barometru Rynku Pracy VII”, przygotowanego przez Work Service, wynika, że myśli o tym 17,9% pracowników i jest to najniższy wynik w historii. Ci, którzy jednak się na to decydują najczęściej korzystają z pomocy znajomych (58,3%) i portali pracy (57,2%), których popularność rośnie. Właśnie w Internecie kandydat ma szeroki dostęp do różnorodnych ofert i nie musi już chodzić po urzędach pracy i targach, żeby zdobyć kompleksowe informacje dotyczące pracodawcy i stanowiska, na które chce aplikować. To wszystko może zrobić nie wychodząc z domu.

Rynek pracy ulega ciągłym zmianom, ale jeden trend jest niezmiennie kontynuowany. To narastająca rola nowych technologii i opanowywanie procesów rekrutacyjnych przez narzędzia on-line. Sami pracodawcy zaczynają podążać ścieżkami, którymi poruszają się kandydaci, przez co stawiają na rozwijanie swojego wizerunku w sieci i budowanie nowych narzędzi promujących ich warunki zatrudnienia. Na tym trendzie zyskują portale pracy, których popularność na przestrzeni ostatnich 6 miesięcy wzrosła o niemal 10 p.p. – twierdzi Piotr Adamczyk, Prezes Zarządu serwisu Kariera.pl.

Strony firmowe z ofertami pracy

Szukanie pracy w Internecie to nie tylko odwiedzanie portali. 45,5% osób samodzielnie przegląda też oferty w zakładkach „Kariera” na stronach firm, dzięki czemu ma bezpośredni dostęp do stanowisk, na które prowadzona jest rekrutacja. W związku z tym pracodawcy powinni zwrócić uwagę na czytelność i atrakcyjność zamieszczonych tam treści. Pozwoli to przyciągnąć uwagę kandydatów, tak bardzo poszukiwanych w wielu branżach.

Wpisując się w panujące na rynku trendy postawiliśmy na nowy standard komunikacji z kandydatami. Przygotowaliśmy stronę internetową dedykowaną w całości kandydatom i poszukiwaniu pracy. Wystarczy, że kandydat wejdzie na naszą stronę i wpisze swoje podstawowe dane, a my skontaktujemy się z nim i zaproponujemy oferty dopasowane do jego potrzeb. Tym, którzy preferują samodzielnie przeglądać oferty pracy, służy prosta i intuicyjna wyszukiwarka. Kandydaci mogą również skorzystać z praktycznych poradników, np. jak efektywnie poszukiwać pracy, jak przygotowywać dokumenty aplikacyjne czy rozwijać swoje kompetencje. Zależy nam, aby kandydat czuł się odpowiednio otoczony opieką we wszystkich kanałach obsługi, czy to odwiedzając nasz oddział czy aplikując na ofertę online. – komentuje Katarzyna Kowol, Digital Marketing Manager Work Service S.A.

Źródło: Work Service S.A.

Sytuacja Funduszu Ubezpieczeń Społecznych nie jest gorsza niż w poprzednich latach, gdy było wyższe bezrobocie – mówi minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. „Nic dramatycznego się nie dzieje” – dodała.

Tak Rafalska skomentowała w Polskim Radiu doniesienia poniedziałkowej „Rzeczpospolitej”, że w 2018 r. na wypłaty emerytur może zabraknąć nawet 63 mld zł.

Według Rz” ten czarny scenariusz, przygotowany w ZUS, to efekt najnowszej prognozy wpływów i wydatków FUS na najbliższe pięć lat. Zdaniem „Rz” dokument, który trafił w piątek na biurko premier Beaty Szydło, zakłada trzy scenariusze. Optymistyczny przewiduje, że mimo nabycia od 1 października 2017 r. prawa do świadczenia z ZUS przez dodatkowe 350 tys. osób (w związku z obniżeniem wieku emerytalnego) do 47 mld zł zmniejszy się dziura finansowa w ZUS. Scenariusz pośredni zakłada, że deficyt w przyszłym roku wyniesie 54,7 mld zł. „Pesymistyczny scenariusz zakłada, że wszyscy uprawnieni zdecydują się pójść na emeryturę i wzrośnie bezrobocie. Oznaczać to będzie konieczność dofinansowania przez państwo aż 63 mld zł deficytu” – pisze „Rz. Według niej ZUS prognozuje, że dziura w FUS w kolejnych latach będzie rosła. W najgorszym wariancie może sięgnąć nawet 85 mld zł w 2022 r.

Pytana o te doniesienia, minister odpowiedziała, że „te prognozy ZUS przedstawia i one są w tych trzech wariantach”. „Jestem zwolennikiem prezentowania tej sytuacji finansowej opartej o twarde stąpanie po ziemi, a więc nie nadmierny optymizm” – dodała.

Powiedziała zarazem, że „wariant pesymistyczny mówi, iż bezrobocie będzie wynosiło prawie 10 proc., co jest nieprawdopodobne, bo mamy najlepszą sytuację na rynku pracy”. Podkreśliła, że wariant ten „zakłada, że 100 proc. osób (…) skorzysta ze świadczenia emerytalnego, a wiemy, że korzysta z tego 82 proc.”. „Jestem przekonana, że skorzysta z niego jeszcze mniej” – zaznaczyła.

„Mówię o tym, że wzrost gospodarczy będzie tam 1 czy 2 proc., a wiemy, że poprawia się koniunktura, więc musimy mówić o tym realnym wariancie, który pokazuje deficyt, który jest jakby też stałą sytuacją. To, że jest stałą sytuacją, to ja tego nie usprawiedliwiam” – powiedziała minister. „Ważna jest struktura przychodów FUS, a więc to, czy wpływy z tytułu składek (…) są w miarę stałe” – dodała.

„Trzeba powiedzieć, że przy tych prognozach ZUS utrzymuje wydajność, wydolność na poziomie 70 proc. Nie jest to komfortowa sytuacja oczywiście, bo budżet musi co roku dokładać sporą dotację do tego, żeby była zagwarantowana płynność wypłacalności świadczeń emerytalno-rentowych” – oświadczyła.

„Ale zwracam uwagę, że tu się też nic dramatycznego nie dzieje: bardzo dobra sytuacja na rynku pracy, wzrost minimalnego wynagrodzenia, wprowadzenie stawki godzinowej, ozusowanie umów zlecenia, wzrost wynagrodzeń i niskie bezrobocie – to powoduje, że sytuacja FUS i w poprzednim, i w tym roku, nie jest gorsza niż była wtedy, kiedy bezrobocie wynosiło 13 czy 14 proc.” – powiedziała Rafalska.

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Przez 13 lat Polska dostała ponad 90 mld euro bezzwrotnej pomocy z Unii Europejskiej. W tym czasie istotnie wzrosły zarobki Polaków, powstało 2,5 mln nowych miejsc pracy, eksport zwiększył się czterokrotnie… W pełni wykorzystana szansa? Niekoniecznie. Są państwa, które razem z Polską wchodziły do UE i w pewnych dziedzinach nas przegoniły – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W tym tygodniu Unia Europejska świętuje 60-lecie podpisania Traktatów Rzymskich. W maju minie natomiast 13 lat od przystąpienia Polski do UE. Rocznice skłaniają do analizy: które elementy naszej integracji gospodarczej stawiają Polskę na podium, a w jakich kwestiach lepiej wypadły inne kraje z Europy Środkowo-Wschodniej?

Polska gospodarka często bywa przedstawiana jako przykład bardzo udanej integracji ze strukturami unijnymi. Czasami jednak wynika to z faktu, że jesteśmy największym krajem w regionie i poszczególne liczby wyglądają bardziej spektakularnie niż w przypadku innych państw, które ponad dekadę temu dołączyły do Wspólnoty.

Czasami również pozycja w gronie statystycznych liderów jest rezultatem startu z bardzo niskiego poziomu, ułatwiającego tym samym gwałtowną poprawę sytuacji. Dotyczy to zwłaszcza rynku pracy, który na początku ubiegłej dekady w Polsce charakteryzował się fatalną kondycją.

Środki unijne? Nie jesteśmy liderem

Według ostatnich danych Ministerstwa Finansów od maja 2004 r. do stycznia 2017 r. Polska dostała z unijnego budżetu niemal 135 mld euro. W tym samym okresie nasza składka członkowska wyniosła niemal 44 mld euro. To oznacza, że nad Wisłę napłynęło w ciągu 13 lat ponad 90 mld euro netto bezzwrotnej pomocy, czyli blisko 400 mld zł.

Ta olbrzymia kwota, przekraczająca całość tegorocznego budżetu Polski, pokazuje, że jesteśmy największym beneficjentem środków unijnych w regionie. Jednak w relacji do Dochodu Narodowego Brutto (DNB) nasza pozycja już zauważalnie spada. Według danych Eurostatu w latach 2004-2015 otrzymaliśmy środki równe 25,6 proc. DNB, co stawia nas dopiero na piątym miejscu wśród dziewięciu krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., Polskę wyprzedziły m.in.: Węgry (34,7 proc. DNB), Estonia (31,6 proc. DNB) czy Litwa (42,7 proc. DNB).

W handlu zagranicznym karty rozdaje zagranica

Otwarcie unijnych granic i wprowadzenie czterech podstawowych swobód rynku wewnętrznego (przepływ towarów, osób, usług i kapitału) dały dostęp polskim przedsiębiorcom do wspólnotowego rynku. Pozytywnie wypada także bilans napływu kapitału do Polski, chociaż prócz transferu szeroko pojętej wiedzy czy technologii oraz włączenia nas do globalnego łańcucha dostaw, niektóre negatywne trendy się utrzymały.

Według danych OECD w 2003 r. eksport Polski wynosił jedynie 54 mld dol. Natomiast w 2016 r. było to już 204 mld dol., czyli prawie cztery razy więcej. Nie mniej ważną zmianą okazała się w ostatnich latach stopniowa redukcja deficytu obrotów towarowych. 13 lat temu wynosił on ponad 14 mld dol. (25 proc. eksportu i 6 proc. PKB). Teraz nad Wisłą notujemy nadwyżkę handlową w wysokości 5 mld dol.

W porównaniu do innych krajów, które przystąpiły do UE w 2004 r., skala wzrostu polskiego eksportu i zmian w bilansie wygląda najbardziej spektakularnie. Po części jednak wynika to z dość słabej pozycji startowej. Czechy tuż przed wejściem do wspólnoty miały stosunkowo niewielki deficyt (2,5 mld dol.; 2,5 proc. PKB), a teraz nadwyżka wynosi prawie 20 mld dol., czyli 10 proc. PKB.

Większe otwarcie się na rynek zewnętrzny tylko w niewielkim stopniu zwiększyło udział polskich podmiotów w wymianie towarowej. Według danych GUS przedstawionych w raporcie „Działalność gospodarcza podmiotów z kapitałem zagranicznym w 2015 r.”, wartość eksportu zrealizowanego przez zagraniczne przedsiębiorstwa wynosiła 429 mld zł (bez usług około 360 mld). To prawie połowa wartości wysyłanych za granicę towarów w 2015 r. Dekadę wcześniej, według analogicznego raportu GUS, udział ten wynosił niespełna 60 proc.

2,5 miliona nowych etatów

Trudno znaleźć inne słowo, opisujące sytuację na polskim rynku pracy w 2003 r., niż katastrofa. Według Eurostatu bezrobocie wynosiło wtedy 19,8 proc. i było najwyższe zarówno wśród krajów kandydujących do UE, jak i jej członków. Na Węgrzech ten wskaźnik wynosił tylko 5,8 proc., a w Czechach – 7,8 proc.

Warto także zauważyć, że 13 lat temu indeks zatrudnienia dla populacji w wieku 20-64 lata był w Polsce najniższy wśród 28 krajów przedstawianych przez Eurostat. Wynosił on zaledwie 57,3 proc., podczas gdy na Węgrzech miał wartość 62,8 proc., a w Czechach – 70,4 proc. Ekstremalnie niskie było również zatrudnienie wśród osób w wieku 20-24 lata. Wynosiło ono w drugim kwartale 2004 r. tylko 35 proc. przy średniej w 15 unijnych krajach na poziomie 56,1 proc.

Poprawa sytuacji na rynku pracy od momentu wejścia do UE jest bezdyskusyjna. Dane Eurostatu pokazują, że bezrobocie w styczniu wynosiło w Polsce 5,4 proc. przy średniej unijnej na poziomie 8,1 proc. Co ciekawe jednak i tak jest ono wyższe niż w Czechach (3,4 proc.) i na Węgrzech (4,3 proc. – ostatnie dane za grudzień 2016 r.), choć oczywiście skala zmian w Polsce była najbardziej pozytywna w porównaniu do momentu wstąpienia do UE.

Znacznie mniej optymistycznie w ujęciu procentowym zachowuje się wskaźnik zatrudnienia. W III kw. 2016 r. wynosił on dla przedziału wiekowego 20-64 lata 69,7 proc., co jest 20. rezultatem w Unii. Średnia we Wspólnocie to 71,5 proc., podczas gdy na Węgrzech miała wartość 72,1 proc., a w Czechach – 77 proc.

Na pewno wyzwaniem na kolejne lata będzie poprawa aktywności zawodowej osób starszych. Ponad połowa Polaków w przedziale wiekowym 55-64 lata jest bierna zawodowo (nie ma pracy i jej nie szuka), podczas gdy średnia w Unii to 40 proc. Ogólnie jednak na rynku pracy nastąpiły pozytywne zmiany. Przez 13 lat polska gospodarka wykreowała ponad 2,5 miliona nowych etatów.

Wynagrodzenia – zaskakujący awans

Zestawienie wynagrodzeń w krajach o różnych walutach, systemach podatkowych czy poziomach inflacji może generować sporo problemów i zaburzać ogólny przekaz badania. M.in. dlatego Eurostat stosuje standard siły nabywczej (PPS euro), co pozwala porównać, jakie są możliwości zakupowe konsumenta danego państwa, biorąc pod uwagę statystyczny koszyk dóbr i usług.

W 2003 r. 12-miesięczne wynagrodzenie netto singla zarabiającego 80 proc. krajowej średniej (zwykle jest to także mediana) wynosiło 6,4 tys. euro PPS w Polsce, 6,1 tys. euro PPS na Węgrzech i nieco ponad 7 tys. euro PPS w Czechach. Dla szerszego porównania osoby z powyższej kategorii zarabiały w Niemczech 16,8 tys. euro PPS, a we Francji – 15,3 tys. euro PPS. Różnica w finansowym standardzie życia pomiędzy wiodącymi członkami UE a krajami spodziewającymi się akcesji była więc olbrzymia.

Według ostatnich dostępnych danych Eurostatu (za rok 2015) siła nabywcza singla otrzymującego netto 80 proc. przeciętnej pensji wynosi w Czechach 11,6 tys. euro PPS, na Węgrzech 9,4 tys. euro PPS, a w Polsce – 12,2 tys. euro. W największych krajach starej Unii, czyli w Niemczech i we Francji, te wartości wynoszą odpowiednio 20,7 tys. euro oraz 23,8 tys. euro.

Dane pokazują, że prawdziwym sukcesem Polski po przystąpieniu do UE jest wzrost wynagrodzeń. Nie dość, że w ujęciu PPS zwiększyły się one o 90 proc., to jeszcze udało się nam przegonić Czechy. Dodatkowo stosunek siły nabywczej Polaka do Niemca wzrósł z 38 proc. do 51 proc., co należy uznać za bardzo dobry wynik – wszak gospodarka naszego zachodniego sąsiada należy do światowej czołówki.

Ogólny sukces

Ostatnie 13 lat było gospodarczym sukcesem dla Polski. Nie jesteśmy co prawda liderem w wykorzystaniu środków unijnych w relacji do DNB i nasz eksport pozostał w znacznym stopniu zdominowany przez kapitał zagraniczny, ale fundamentalna poprawa sytuacja na rynku pracy i względnie silny wzrost wynagrodzeń sprawiają, że Polacy powinni być usatysfakcjonowani gospodarczymi wynikami unijnej integracji.
Źródło: Cinkciarz.pl

 

Eksport wzrósł w styczniu o 5,5 proc. r/r w euro, a import o 6,6 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 462 mln euro – padał GUS

Eksport w styczniu 2017 r. był wyższy o ponad 1 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o 1,3 mld euro. To co prawda dopiero pierwszy miesiąc 2017 r., ale dane za styczeń wskazują, że rosnąca konsumpcja gospodarstw domowych może mieć w tym roku silny wpływ na import. Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące wynagrodzenia, program Rodzina 500+ tworzą ku temu warunki. „Kowalscy” zwiększają zainteresowanie zakupami – sprzedaż detaliczna wzrosła w styczniu br. o ponad 11 proc. Sprzedaż produktów z import musiała mieć też w tym swój udział.

Na razie mamy dodatnie saldo obrotów handlu zagranicznego, ale jest ono niższe o ponad 1/3 niż w styczniu 2016 r. Jeśli takie zapotrzebowanie na produkty z importu utrzyma się, to nawet przy ciągle poprawiającej się koniunkturze gospodarczej u naszych głównych partnerów biznesowych w UE28 wzrost eksportu, mimo dobrej dynamiki, nie będzie w stanie kompensować szybkiego wzrostu importu. A to oznacza, że wkład eksportu netto do PKB może być w 2017 r. ujemny, czyli obniżający tempo wzrostu gospodarczego w Polsce.

Szansą może być eksport do krajów rozwijających się, który wzrósł w styczniu br. o 17,6 proc. (r/r; euro). A także eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej (wzrost o ponad 26 proc.). Powoli odbudowuje się eksport do Rosji (wzrost o prawie 15 proc.) i Ukrainy. Jednak tak silne wzrosty eksportu do obu tych grup krajów są w części wynikiem bardzo niskiej bazy w styczniu 2016 r. Czy rzeczywiście skuteczność polskich firm działających na rynkach krajów rozwijających się rośnie można będzie potwierdzić po kilku miesiącach utrzymywania się tak wysokiej dynamiki eksportu. Byłaby to wielka szansa tak dla firm, jak i dla gospodarki.

Co do poprawy wyników eksportu na rynki krajów Europy Środkowo-Wschodniej, to także ciągle znak zapytania.

Po styczniowych wynikach obrotów handlu zagranicznego wiemy jednak, że eksporterzy jak zwykle będą mieli lepsze wyniki finansowe niż firmy nieobecne na rynkach zewnętrznych. Może skłoni to eksporterów do wzrostu inwestycji, co zapewne i im, i całej gospodarce jest bardzo potrzebne. I wpłynie na przedsiębiorstwa kooperujące z eksporterami zwiększając także ich skłonność do inwestycji. Może rosnącemu zewnętrznemu popytowi na polskie produkty uda się to, co nie udaje się decydentom – zwiększenie skłonności do inwestycji w sektorze przedsiębiorstw. Oby.

Autor: dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Jak zmiany w ulgach PFRON wpływają na przyjmowanie do pracy osób niepełnosprawnych?

Nowe przepisy ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych miały sprawić, że zatrudnianie osób niepełnosprawnych stanie się bardziej powszechne i opłacalne. Jednak sami przedsiębiorcy podchodzą do zmian sceptycznie – aż 37 proc. spośród nich nadal nie widzi korzyści z zatrudniania osób z niepełnosprawnościami lub nie ma wiedzy na ten temat. Ponad połowa uważa natomiast, że procedury optymalizacji kosztów zatrudnienia i wpłat ponoszonych na Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych są zbyt skomplikowane.

45% firm nie zatrudnia osób z niepełnosprawnościami, bowiem nie ma wiedzy w zakresie przeprowadzania rekrutacji

Rok 2016 przyniósł istotne zmiany w prawie wpływające na sytuację na rynku pracy osób niepełnosprawnych. Jednym z najistotniejszych postanowień nowelizacji z lipca 2016 r. było obniżenie wysokości ulg od obowiązkowych wpłat na PFRON z 80 do 50 proc. Tym samym najskuteczniejszym sposobem optymalizacji kosztów PFRON przestało być korzystanie z usług podmiotów zatrudniających osoby niepełnosprawne.

Dwa sposoby na optymalizację kosztów

Przedsiębiorcy, którzy są płatnikami PFRON, mają zawsze dwie możliwości na optymalizację kosztów, czyli zmniejszenie wysokości wpłat: zatrudnić osoby niepełnosprawne lub kupować usługi od innych podmiotów, które wykazują dużą koncentrację zatrudnienia osób niepełnosprawnych. Do tej pory najpopularniejszym sposobem na zmniejszenie wpłat na PFRON było właśnie kupowanie tych usług. Polega to na tym, że po otrzymaniu od kontrahenta, będącego uprawnionym sprzedającym, informacji o kwocie obniżenia – wpłata na Fundusz ulega zmniejszeniu. Uprawniony sprzedający to taki, który zatrudnia co najmniej 25 pracowników w przeliczeniu na pełny wymiar czasu pracy i osiąga wskaźnik zatrudnienia osób niepełnosprawnych na poziomie minimum 30 proc. Przed wprowadzeniem nowelizacji 1 lipca br. za kupowanie takich usług przedsiębiorca mógł obniżyć swoje wpłaty do PFRON o maksymalnie 80 proc.

Brak wiedzy najczęstszym problemem

Nowe przepisy budzą istotne wątpliwości nie tylko wśród przedsiębiorców, ale także wśród samych niepełnosprawnych. Nowelizacja osłabiła bowiem podmioty udzielające ulgi, a więc te, które do tej pory były ich pracodawcami. Potwierdzają to także odpowiedzi respondentów badania „Aktywizacja osób niepełnosprawnych z perspektywy przedsiębiorców”* zrealizowanego przez Fundację Podaruj Samodzielność i Polski HR – A-Trybut SA. Prawie połowa ankietowanych (45 proc.) przyznała, że zmiany są niekorzystne dla osób z niepełnosprawnościami. Co drugi ankietowany przedsiębiorca uznał również, że nowe przepisy nie sprzyjają im samym.

Dla wielu pracodawców zatrudnianie osób niepełnosprawnych to nowy i trudny proces. Pojawia się potrzeba przełamywania barier i strachu. Wyniki badania potwierdzają, że edukacja przedsiębiorców pod kątem zatrudniania osób niepełnosprawnych jest konieczna. Najczęstszą przyczyną niezatrudniania osób z niepełnosprawnościami jest bowiem brak wiedzy w zakresie przeprowadzania rekrutacji (45 proc.). Istotne obawy budzą także dodatkowe koszty związane z zaadaptowaniem miejsca pracy do potrzeb niepełnosprawnego (22 proc.). Z drugiej strony – 17 proc. ankietowanych przyznało, że nie zatrudnia osób niepełnosprawnych z przekonania, że są mniej wydajnymi pracownikami. Co ciekawe, są to równocześnie osoby, które nie zatrudniają osób z niepełnosprawnościami ani nie biorą udziału w szkoleniach na temat aktywizacji osób niepełnosprawnych.

Edukacja przynosi efekty

Aktywizacja osób z niepełnosprawnościami stanowi ważne wyzwanie dla polskiego rynku pracy. Według Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności w 2015 roku współczynnik aktywności zawodowej osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym spadł do 25,9 proc. (w 2014 roku było to natomiast 27,1 proc.). Wprawdzie lipcowa nowelizacja może przełożyć się na wzrost zatrudnienia niepełnosprawnych, jednak wszelkim zmianom prawnym musi towarzyszyć systematyczna edukacja rynku pracy. Ważne, aby przedsiębiorcy przekonali się o tym, że pracownik z niepełnosprawnością może być wartościowym i lojalnym członkiem zespołu.

PRZYKŁAD

Firma, która powinna miesięcznie wpłacić do PFRON 10 tys. zł, kupując usługi lub produkcję od uprawnionych sprzedających, mogła zmniejszyć wpłatę nawet do 2 tys. zł. Obecnie maksymalna wysokość ulg została obniżona do 50 proc. wartości wpłaty. Dlatego teraz ten sam przedsiębiorca będzie musiał odprowadzić do PFRON kwotę co najmniej 5 tys. zł.

Jak ocenia Pani/Pan proces optymalizacji zatrudnienia i kosztów PFRON?

image001-1

 

Czy według Pani/Pana zmiany wynikające z nowelizacji ustawy dotyczącej PFRON są korzystne dla przedsiębiorców?

image002

 

Z jakimi korzyściami według Pani/Pana wiąże się zatrudnienie osób niepełnosprawnych?

image003

 

Wyniki badania „Aktywizacja osób niepełnosprawnych z perspektywy przedsiębiorców” wyraźnie pokazują, że najwięcej korzyści związanych z zatrudnianiem osób niepełnosprawnych widzą przedsiębiorcy, u których takie osoby pracują. To właśnie ta grupa przedsiębiorców najczęściej wiąże zatrudnienie osób niepełnosprawnych z możliwością pozyskania wartościowego pracownika. Na drugim miejscu docenia z kolei możliwość uzyskania dofinansowania do wynagrodzenia dla tej grupy zawodowej. Natomiast respondenci niezatrudniający niepełnosprawnych najczęściej nie znają lub nie widzą żadnych korzyści płynących ze współpracy z niepełnosprawnymi. Podobnie prezentują się wyniki wśród osób uczestniczących i nieuczestniczących w szkoleniach. Te dane pokazują, że zarówno szkolenia, jak i bezpośrednia współpraca z tą grupą zawodową znacznie zmniejszają negatywne postrzeganie niepełnosprawnych pracowników.

Uzdrowić system

We wrześniu br. zakończyły się konsultacje społeczne w sprawie zmian w systemie wsparcia dla osób z niepełnosprawnościami, zorganizowane przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej we współpracy z PFRON. Ponad 400 uwag stanowiących konkluzje tych konsultacji stanie się podstawą kolejnych prac legislacyjnych. Ministerstwo zachęcało, aby osoby niepełnosprawne oraz reprezentujące ich interesy organizacje pożytku publicznego wskazały, jak według nich powinien zmienić się system. O potrzebie dostosowania przepisów do realiów rynku pracy są przekonani również przedsiębiorcy. 51 proc. ankietowanych przedsiębiorców uważa, że procedury optymalizacji kosztów zatrudnienia i kosztów PFRON są zbyt skomplikowane. Co ciekawe, najczęściej takiej odpowiedzi udzielali ci spośród respondentów, którzy sami zatrudniają niepełnosprawnych lub brali udział w szkoleniach.

Pracodawcy często nie wiedzą, w jaki sposób przebrnąć przez rozliczne procedury biurokratyczne związane z ubieganiem się o dofinansowanie. Dodatkowo firmy często obawiają się alienacji osób z niepełnosprawnościami w zespołach pracowników. Jak pokazuje badanie, szkolenia okazują się skuteczne głównie w zakresie przełamywania stereotypowego myślenia przedsiębiorców. Jeśli zaś chodzi o radzenie sobie z formalnościami, uświadamiają one pracodawców, że mają do czynienia z niezwykle skomplikowaną i złożoną procedurą. Kursy warto uzupełniać wiedzą praktyczną przekazywaną przez doświadczonych w tym zakresie przedsiębiorców. Taka kompleksowa edukacja daje szansę na wprowadzenie realnych zmian na rynku pracy osób niepełnosprawnych.

Korzystnym rozwiązaniem jest z kolei model zatrudnienia wspomaganego, który zakłada wsparcie agencji w czasie całego procesu wdrażania niepełnosprawnego pracownika do danego przedsiębiorstwa. Współpracująca agencja rekrutuje pracowników z niepełnosprawnościami i oddelegowuje ich do pracodawców na zasadach outsourcingu personalnego. Przy wsparciu agencji obie strony poznają się i uczą, jak wspólnie funkcjonować i kooperować w środowisku danej firmy. W ten sposób pracodawca zyskuje efektywnych i zaangażowanych pracowników, a także oszczędza środki poprzez optymalizację kosztów PFRON.

 

autor: Jarosław Witkowski
Prezes zarządu Polski HR – A-Trybut SA, ekspert z zakresu prawa pracy i form zatrudniania osób niepełnosprawnych, optymalizacji kosztów zatrudnienia, analizy stanowisk pracy. Pełnił funkcję dyrektora Śląskiego Oddziału Polskiej Organizacji Pracodawców Osób Niepełnosprawnych

 

* Badanie zostało przeprowadzone na podstawie kwestionariusza, metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview). W badaniu wzięło udział 272 respondentów – właściciele przedsiębiorstw oraz kadra kierownicza.

 

źródło: „Personel i Zarządzanie” nr. 12/2016

fot. absfreepic.com

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...