sobota, Luty 24, 2018
Home Tagi Wpis otagowany "stopy procentowe"

stopy procentowe

Rada Polityki Pieniężnej postanowiła utrzymać stopy procentowe na niezmienionym poziomie – poinformował w komunikacie Narodowy Bank Polski po zakończonym w środę dwudniowym posiedzeniu.

RPP zdecydowała, że stopa referencyjna pozostanie w wysokości 1,50 proc., stopa lombardowa 2,50 proc., stopa depozytowa 0,50 proc., a stopa redyskonta weksli 1,75 proc.

Decyzja Rady Polityki Pieniężnej jest zgodna z oczekiwaniami analityków. Obecnie większość ekonomistów spodziewa się, że w 2018 roku nie dojdzie do żadnej podwyżki stóp procentowych – taki scenariusz przewiduje 12 ośrodków analitycznych. W styczniu stabilne stopy do końca tego roku prognozowało jedynie 3 ekonomistów.

Środowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej z pewnością nie przyniesie zmiany stóp procentowych, a z dużym prawdopodobieństwem także nowych sygnałów w tej kwestii. Choć nadal obowiązuje deklaracja o utrzymaniu stóp na dotychczasowym poziomie do końca roku, opinie i oczekiwania ekonomistów są dość zróżnicowane.

Z opublikowanej w pierwszych dniach stycznia przez Reuters ankiety wynika, że uczestniczący w niej analitycy spodziewają się wzrostu stóp procentowych do 2 proc. na koniec pierwszego kwartału 2019 r. i oceniają, że do pierwszej podwyżki dojdzie w czwartym kwartale 2018 r. Z kolei eksperci Goldman Sachs, po zaskakującym dla nich grudniowym spadku inflacji do 2 proc., szacują, że RPP zdecyduje się na podwyżkę stóp dopiero w pierwszym kwartale przyszłego roku. Część ekonomistów wskazuje jednak, że do pierwszej podwyżki mogłoby dojść już w trzecim kwartale 2018 r., ale są oni w zdecydowanej mniejszości. Morgan Stanley przewiduje, że na koniec 2018 r. stopa referencyjna NBP będzie wynosiła 2 proc., a na koniec 2019 r. wzrośnie do 2,5 proc. Najbardziej radykalne stanowisko, zakładające rozpoczęcie cyklu podwyżek stóp już na początku 2018 r, zaprezentowali ekonomiści OECD, podwyższając pod koniec listopada ubiegłego roku prognozy dla polskiej gospodarki.

Szczególnie interesujące, ze względu na wpływ na zachowania inwestorów, mogą być opinie agencji ratingowych. W komunikacie po grudniowej aktualizacji ratingu Fitch ujawniła, że spodziewa się rozpoczęcia cyklu podwyżek stóp procentowych w 2018 r., w wyniku czego stopa referencyjna dojdzie w 2019 r. do poziomu 3 proc. Oznaczałoby to sześć podwyżek po 0,25 punktu w ciągu dwóch lat. Biorąc pod uwagę prognozowane spowolnienie dynamiki PKB do 3,6 proc. w 2018 r. i 3,2 proc. w 2019 r., podwyżki stóp powinny rozpocząć się stosunkowo szybko i koncentrować się w 2018 r., osiągając poziom 2,5 proc., co wyraźnie kontrastuje z deklaracjami RPP. Analitycy Standard & Poor’s w trakcie grudniowej prezentacji ocenili, że polska gospodarka weszła w fazę przegrzewania się, a mocny wzrost oparty jest głównie na konsumpcji. Choć nie pojawiły się prognozy dotyczące stóp procentowych, konstatacja mówiąca o przegrzaniu sugeruje możliwość ich podniesienia. Już w październiku 2017 r., przy okazji przeglądu ratingu, agencja zwracała uwagę na ryzyko nadmiernego stymulowania polskiej gospodarki w wyniku utrzymywania realnie ujemnych stóp procentowych, szczególnie w kontekście szybkiego wzrostu płac.

Rada Polityki Pieniężnej nie kwapi się do podwyższania stóp. Jej przewodniczący, prezes NBP Adam Glapiński od dłuższego czasu deklaruje, że nie widzi potrzeby, by podejmować taką decyzję w 2018 r. Pogląd ten podziela większość przedstawicieli Rady, a niektórzy idą nawet dalej, sugerując że byliby skłonni poczekać nawet do połowy 2019 r., ale stanowisko części z nich ulega zmianom, pod wpływem danych makroekonomicznych. Łatwiej określić warunki, których wystąpienie mogłoby doprowadzić do sytuacji, że wniosek o podwyżkę stóp poparłaby wymagana większość. Przede wszystkim, inflacja musiałaby w sposób trwały zbliżyć się do celu, przyjętego przez NBP na poziomie 2,5 proc., z możliwością odchylenia o 1 punkt procentowy w górę lub w dół. W praktyce, musiałaby ona zbliżyć się do górnej granicy tego celu, czyli 3,5 proc. Zazwyczaj władze monetarne decydują się na podwyżkę wcześniej, starając się nie dopuścić by inflacja przekroczyła wspomniany cel. Jednak jak wynika z licznych wypowiedzi, przedstawiciele RPP nie widzą zagrożenia inflacją, a zdaniem Kamila Zubelewicza, w Radzie panuje „duża tolerancja” wobec inflacji, co sugeruje, że stopy mogą pozostać na niezmienionym poziomie nawet do końca 2019 r. Na razie nic nie wskazuje bowiem na to, by inflacja podskoczyła do 3,5 proc. w dającej się przewidzieć przyszłości. Drugim warunkiem jest utrzymanie się wysokiego tempa wzrostu gospodarczego, przez co należy rozumieć dynamikę PKB powyżej 3,5 proc. Biorąc pod uwagę nastawienie większości członków RPP, mało prawdopodobna wydaje się podwyżka stóp w warunkach wzrostu inflacji i jednoczesnego słabnięcia dynamiki PKB, a więc uwzględniając prognozy wzrostu gospodarczego, trudno się spodziewać podwyżki stóp nawet w 2019 r., chyba że inflacja wyraźnie przekroczyłaby górne ograniczenie celu lub takie zagrożenie byłoby realne. Czynnikami dodatkowymi, mogącymi skłonić RPP do podwyżki stóp, mogą być wyraźne osłabienie złotego, na co się na razie nie zanosi oraz postępujące zaostrzanie polityki pieniężnej przez główne banki centralne świata, a w szczególności przez Europejski Bank Centralny. Według obecnych szacunków, EBC gotów byłby podnieść stopy procentowe prawdopodobnie około połowy 2019 r.

Perspektywa kolejnych kilkunastu miesięcy rekordowo niskich stóp procentowych cieszyłaby posiadaczy kredytów i skłaniałaby do ich zaciągania, podtrzymując jednocześnie boom na rynku mieszkaniowym. Z punktu widzenia posiadaczy oszczędności oznaczałaby kontynuację „ciężkich czasów”, charakteryzujących się niskimi odsetkami i inflacyjną erozją realnej wartości kapitału oraz konieczność poszukiwania bardziej atrakcyjnych sposobów jego inwestowania.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Analitycy instytucji płatniczej Akcenta zakładają, że Rada Polityki Pieniężnej podniesie stopy procentowe w 2018 r. – wcześniej niż zapowiada. Zdaniem ekspertów wpłynie to na umocnienie się polskiej waluty. O ile silny złoty może odbić się na marżach części eksporterów, to sam eksport powinien utrzymać tempo. Instytucja prognozuje, że w nadchodzącym roku jego dynamika, choć nieco słabsza, pozostanie wysoka, w granicach 5-8% r/r. Natomiast import będzie rósł szybciej, o 9-11% r/r.

Kursy walut odgrywają bardzo ważną rolę w polskim handlu zagranicznym. Od nich często zależy opłacalność eksportu lub importu oraz marże przedsiębiorstw prowadzących wymianę międzynarodową. Czego w 2018 r. mogą się spodziewać na rynku walutowym polscy eksporterzy i importerzy? Analitycy AKCENTY, instytucji płatniczej od 20 lat działającej na rynku finansowym, wskazują, że w nadchodzącym roku złotówkę czeka umocnienie w stosunku do dolara i euro. W przypadku ważnych dla polskiego eksportu funta brytyjskiego i czeskiej korony, kurs złotego pozostanie stabilny.

– Spodziewana przez nas aprecjacja PLN w granicach 2-3% nie powinna negatywnie odbić się na polskim wywozie. Ewentualny wyższy wzrost wartości złotówki, o 5-10%, w połączeniu z większym tempem wzrostu krajowych płac względem strefy euro może mieć negatywny wpływ na rentowność polskich firm eksportowych, jednak w małym stopniu na dynamikę samej sprzedaży zagranicznej – komentuje Miroslav Novák, główny analityk instytucji płatniczej AKCENTA.

Czy NBP wejdzie do akcji?

Na chwilę obecną Narodowy Bank Polski, na czele z prezesem Adamem Glapińskim, zakłada, że stopy procentowe wzrosną najwcześniej pod koniec przyszłego roku. Jednakże polska gospodarka bardzo dobrze się rozwija, rośnie też PKB. Wynika to zarówno z czynników wewnętrznych, np. rosnącej konsumpcji gospodarstw domowych, jak i czynników zewnętrznych. Polska korzysta bowiem także na wzroście gospodarki europejskiej. Wszystko wskazuje na to, że ten pozytywny trend utrzyma się również w 2018 r., wskazuje analityk AKCENTY.

– Sądzę, że w nadchodzącym roku bardzo niskie bezrobocie i przyśpieszanie wzrostu płac w Polsce przejawi się w rosnącej presji inflacyjnej. W przypadku szybszego, niż zakłada NBP, wzrostu inflacji przedstawiciele polskiego banku centralnego będą musieli rozważyć zmianę planów i wcześniejsze podniesienie stóp procentowych – mówi Miroslav Novák z AKCENTY i dodaje, że taka decyzja pozytywnie wpłynie na umocnienie złotego.

W 2018 r. euro będzie tańsze

Euro jest jedną z najważniejszych walut z punktu widzenia polskiej wymiany międzynarodowej. Według prognoz instytucji płatniczej AKCENTA, złoty umocni się w nadchodzącym roku względem wspólnej waluty.

– Zakładamy, że w 2018 r. NBP zacznie podnosić stopy procentowe wcześniej niż Europejski Bank Centralny. Poza tym polska gospodarka ma pozytywne perspektywy rozwoju i będzie korzystać z rozwoju na rynkach emerging markets – mówią analitycy.

Dolar także osłabnie względem złotego

Jeszcze większego umocnienia złotego możemy się spodziewać względem waluty Stanów Zjednoczonych. Szczytowa faza cyklu gospodarczego i mniejsze prawdopodobieństwo szybkiego podniesienia stóp procentowych w USA znajdzie odzwierciedlenie w osłabieniu USD. Amerykańskiej walucie nie pomoże też zmiana na stanowisku prezesa FED. J. Yellen zastąpi J. Powell, który nie jest zwolennikiem szybkiego podnoszenia stóp. W 2018 r. gospodarka amerykańska będzie korzystać z ekspansywnej polityki fiskalnej prezydenta Trumpa. Stany Zjednoczone czeka m.in. reforma podatkowa, która przyczyni się prawdopodobnie do wzrostu zadłużenia USA, a historia pokazuje, że w czasach rosnącego zadłużenia USD zazwyczaj się osłabia. W 2018 r. analityk AKCENTY przewiduje, że dolar będzie kosztował około 3,50 zł w I kw., 3,40 w I półroczu, a pod koniec roku jego kurs może spaść nawet do poziomu 3,28 zł.

– W amerykańskiej walucie przedsiębiorstwa z Polski rozliczają się nie tylko z kontrahentami z USA, ale i z większością krajów z poza UE. Tańszy dolar może więc odbić się na marżach eksporterów wysyłający towary poza wspólny rynek. W nadchodzącym roku firmy te powinny skupić się na zabezpieczeniu swoich marż przed niekorzystnymi zmianami notowań. Na polskim rynku znajdą narzędzia temu służące, takie jak transakcje forward, zabezpieczające kurs wymiany do czasu realizacji transakcji i to zarówno w ofercie banków, jak i wyspecjalizowanych w obsłudze walutowej instytucjach płatniczych – podkreśla Radosław Jarema, dyrektor polskiego oddziału AKCENTY.

Na Wyspach i w Czechach eksporterzy odetchną

Z punktu widzenia eksporterów ważne są również waluty najważniejszych po Niemczech,  odbiorców towarów z Polski – Wielkiej Brytanii i Czech. Wartość sprzedaży zagranicznej do każdego z tych krajów w zeszłym roku przekraczała 52 mld zł. W nadchodzących dwunastu miesiącach analitycy AKCENTY nie przewidują jednak większych wahań GBP i CZK w parze ze złotym. Jak wskazuje analityk AKCENTY, Miroslav Novák, sfinalizowanie porozumienia dotyczącego relacji Wielkiej Brytanii z UE powinno zapobiec kolejnemu osłabieniu GBP w stosunku do EUR.

– W 2018 r. gospodarka brytyjska najprawdopodobniej już skwantyfikuje koszty Brexitu. Zmniejszenie niepewności związanej z tym procesem pozytywnie wpłynie na wzrost gospodarczy na Wyspach. Szacuję, że obie waluty – polski złoty, jak i brytyjski funt umocnią się względem euro ­- ich wzajemny kurs pozostanie więc w stagnacji. Zakładam, że w I kw. możemy obserwować notowania funta w okolicach 4,77 zł, w I półroczu ok. 4,88 zł, a pod koniec 2018 r. ponownie w pobliżu 4,77 zł – wylicza Miroslav Novák.

 

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

 

Autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI.

Wzrost gospodarczy w Polsce w III kwartale br. przyspieszył do 4,7% rok do roku – wynika ze wstępnych obliczeń GUS. Dzięki tak imponującej koniunkturze znaleźliśmy się wśród najszybciej rozwijających się gospodarek Unii Europejskiej. Za rozpędzoną gospodarką nie podąża niestety warszawska giełda. Tu podczas ostatnich sesji nastąpiło dość wyraźne ochłodzenie inwestycyjnego klimatu. Korekcie poddał się nawet indeks WIG20, który w tym roku dzielnie broni honoru warszawskiej giełdy w obliczu słabości mniejszych polskich spółek.

Czy w tych okolicznościach warto pozostać na rynku akcji? Otoczenie makroekonomiczne wskazuje, że zdecydowanie tak. Globalna gospodarka się rozwija, wskaźniki PMI są imponujące, bezrobocie jest rekordowo niskie, a inflacja stabilna.

W USA gospodarka rozwija się systematycznie już od dłuższego czasu, uzasadniając podwyżki stóp procentowych dokonywane przez tamtejszy bank centralny. Inwestorzy liczą też na zastrzyk dla gospodarki i rynku finansowego w postaci reformy podatkowej proponowanej przez Republikanów. W Japonii ostatni odczyt PKB przyniósł pozytywne zaskoczenie, a szef Banku Japonii zapowiedział, że luźna polityka monetarna będzie tam kontynuowana niezależnie od ostatnich, nieco lepszych odczytów inflacji. W strefie euro w październiku PMI dla przemysłu osiągnął siedmioletnie maksimum (wartość 58,6 pkt.). Z kolei w największych gospodarkach Unii Europejskiej (w Niemczech i Francji) obserwujemy najszybszy od kryzysu wzrost zatrudnienia.

Potencjał w akcjach rynków rozwiniętych

Inwestując na GPW warto się skupić przede wszystkim na największych spółkach lub (w przypadku osób inwestujących w TFI) na funduszach akcji uniwersalnych. Wobec gorszego sentymentu panującego na giełdzie w Warszawie, obecnie preferujemy jednak akcje z rynków rozwiniętych. Zwłaszcza amerykańskie, japońskie i – bardziej selektywnie – europejskie.

Sytuacja na rozwiniętych rynkach akcji daje inwestorom zdecydowanie większy komfort i potencjał. W odróżnieniu od Polski, gdzie inwestorzy są bombardowani gorszymi informacjami ze spółek (głównie mniejszych), na rynkach developed spółki raportują lepsze, bijące oczekiwania analityków, wyniki finansowe.

Warto też mieć z tyłu głowy, że już w grudniu Fed najprawdopodobniej podniesie stopy procentowe. To może umocnić dolara, a w rezultacie wywołać odpływ części kapitału z rynków wschodzących. A rynki rozwinięte wydają się jednym z bardziej racjonalnych miejsc, w których kapitał będzie szukał zysków.

 

Autor: Marek Straszak z Union Investment TFI.

 

 

Po ogłoszeniu nominacji na stanowisko szefa Fed, spodziewanej podwyżce stóp procentowych w USA i zaplanowanych na grudzień wyborach w Katalonii, w tym roku nie powinno się już zdarzyć nic, co znacząco wpłynie na sytuację makroekonomiczną na świecie. Końcówka 2017 roku to czas dla wzrostu akcji.

Sytuacja makroekonomiczna na świecie jest stabilna i nie powinno się to zmienić do końca roku. Po wyborze Jerome’a Powell’a na szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej i spodziewanej w grudniu podwyżce stóp procentowych, nie ma powodów do poważniejszych wahań nastrojów, zwłaszcza na rynkach rozwiniętych (Stany Zjednoczone i Europa). Nowy szef Fed jest uważany za osobę przyjazną Wall Street. Jego dotychczasowe poglądy na temat polityki monetarnej były zbliżone do stanowiska obecnej szefowej Komitetu Janet Yellen. W Europie, nawet  wybory w Katalonii zaplanowane na 21 grudnia, nie powinny mieć wpływu na rynki. Frakcje niepodległościowe osłabiły się i plany odłączenia od Hiszpanii są bardzo mało prawdopodobne.

Gospodarka Stanów Zjednoczonych od dłuższego czasu systematycznie rozwija się „liniowo”. Europa również wzrasta, choć zdarzają się jej drobne wahania. Kurs dolara rośnie, osłabia się natomiast euro. Jest to wynikiem m.in. polityki monetarnej prowadzonej przez Fed oraz Europejski Bank Centralny.

Optymistyczne prognozy dotyczą też Chin, które po ostatnim zjeździe rządzącej Komunistycznej Partii Chin i umocnieniu swojej władzy, mają plany zostać gospodarką stawiającą na jakość, a nie ilość. Państwo Środka chce być kojarzone nie z tanią siłą roboczą, ale z innowacjami. Mają temu pomóc inwestycje w badania i rozwój, co przełoży się na dokładanie przez Chiny większej wartości dodanej w procesie tworzenia dóbr i usług.

Wskaźniki makroekonomiczne są dobre, a globalne wskaźniki PMI bardzo wysokie. Eksperci Union Investment oceniają obecną sytuację na światowych rynkach na 4 w skali 1-5. Mamy teraz do czynienia z tzw. Goldilocks Environment, czyli optymalnym momentem w cyklu koniunkturalnym dla wzrostu akcji. Sprzyja temu niska inflacja i stopy procentowe oraz stabilny wzrost gospodarczy. To ważny sygnał dla inwestorów, którzy zastanawiają się, w jakich klasach aktywów lokować swoje środki.

 

 

Komentarz: Marek Straszak, doradca inwestycyjny w zespole asset allocation Union Investment TFI

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w październiku 2017 r. o 2,1 proc. r/r, a w stosunku do września br. o 0,5 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

We wrześniu i w październiku 2017 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyraźnie wyższy niż w ostatnich miesiącach – odpowiednio 2,2 proc. i 2,1 proc. r/r. Inflację na takim poziomie obserwowaliśmy ostatnio w lutym br. (2,2 proc.), a wcześniej – w końcu 2012 r/ (2,4 proc.). Nie jesteśmy zatem przyzwyczajeni do takich wzrostów cen. Szczególnie, że są one w ponad 50 proc. generowane przez wzrosty cen żywności. We wrześniu br. wkład żywności  we wzrost CPI wyniósł 1,16 punktu procentowego, sierpniu – 1 punkt procentowy (przy inflacji 1,8 proc.), w lipcu 1,04 pp (przy inflacji 1,7 proc.), w czerwcu 0,86 (przy inflacji 1,5 proc.).

To ciekawe zjawisko, bowiem zbiory zboża, ziemniaków, buraków cukrowych były nieco  wyższe niż w 2016 r., zbiory warzyw pozostały na podobnym do zeszłorocznego poziomie. Spadek dotyczył jedynie zbiorów owoców – owoców z drzew aż o 30-35 proc., a z krzewów o ok. 15 proc. (GUS). Do tego doszły silnie rosnące ceny masła, ale to już zasługa cen na rynkach światowych. W październiku swój udział mają zapewne też ceny jaj.  Nie mogło to pozostać bez wpływu na ceny żywności, ale nie w tak dużym stopniu jak obserwujemy to od początku 2017 r., a szczególnie w ostatnich miesiącach.

Wydaje się, że sprawa jest oczywista. Żywność to produkt podstawowy, a tym samym jego elastyczność cenowa jest niska, czyli wzrost cen nie zmniejsza lub w niewielkim stopniu zmniejsza popyt na produkty żywnościowe. Prędzej wzrost cen żywności wpłynie na spadek popytu na inne produkty. Producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych wiedzą o tym i korzystają z dobrej koniunktury gospodarczej oraz dosypywania co miesiąc ok. 2 mld zł z budżetu państwa do portfeli części gospodarstw domowych (500+). Podnoszą ceny, wiedzą bowiem, że jeśli będzie trzeba, po prostu mniej będziemy oszczędzać. A przy niższych dochodach rozporządzalnych mniej będziemy kupować np. dóbr trwałego użytku.

W największym stopniu silnie rosnące ceny żywności uderzają w gospodarstwa domowe o niskich dochodach. Żywność w ich wydatkach ma bowiem dominujący udział.

Ale są też beneficjenci ponad 2-procentowej inflacji – budżet państwa, do którego wpływa więcej dochodów z podatków pośrednich, głównie z VAT. I w wyniku wzrostu konsumpcji, i dlatego że rosną ceny.

Ciekawe jak to utrwalanie się wyższego poziomu inflacji, w tym szczególnie silnego wzrostu cen żywności skomentują członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Skomentują, bo decyzji o niepodnoszeniu stóp procentowych na pewno nie zmienią. Przynajmniej do połowy, a może nawet końca przyszłego roku.

 

Komentarz: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

W ocenie Barbary Bugaj z firmy Cenatorium, do końca 2018 roku inwestowanie w mieszkanie nadal będzie opłacalne. Jednak później prawdopodobnie wzrosną stopy procentowe, a wraz z nimi koszt ewentualnie zaciągniętego kredytu. To spowoduje spadek rentowności najmu. Ten sam skutek wywoła podwyższenie cen nieruchomości. W Warszawie rosną one od 2013 roku, w tempie 1-3% w skali roku. W pozostałych miastach od początku br. zauważalny jest lekki trend wzrostowy na poziomie kilku procent. Zdaniem eksperta, obecnie największą dochodowość można uzyskać w Katowicach, na poziomie 6,5%, następnie w Łodzi – 5,9%. Na 3. miejscu jest Gdańsk – 5,6%, a dopiero potem stolica – 5,5%.

Największe ryzyko istnieje wtedy, gdy inwestycję w nieruchomość opieramy na kredycie mieszkaniowym. Stopy procentowe wciąż jeszcze są rekordowo niskie, ale należy obawiać się, że na początku 2019 roku wzrosną. Starszy analityk ds. nieruchomości w firmie Cenatorium podkreśla, że tak właśnie dzieje się teraz na zagranicznych rynkach. Przykładowo, Narodowy Bank Czeski podwyższył stopy procentowe w sierpniu br. z 0,05% do 0,25%. W USA zostały one podniesione już kilka miesięcy temu. Ostatnia podwyżka miała tam miejsce w czerwcu. Stopa funduszy federalnych wzrosła wówczas z 0,75-1% do 1-1,25%.

– Globalizacja gospodarcza sprawia, że zmiany na poszczególnych rynkach krajowych odbywają się falowo. Dlatego jesteśmy pewni tego, że stopy procentowe wzrosną również w Polsce. Nie możemy tylko podać dokładnej daty. Gdyby powróciło u nas oprocentowanie sprzed 5 lat w wysokości 4,5%, to koszt zadłużenia klienta podniósłby się aż o ok. 30%. To byłoby możliwe po podwyżce stóp procentowych o 3 p.p. Wówczas rata zaciągniętego kredytu wzrosłaby o jedną trzecią. Takie ryzyko istnieje zawsze, ponieważ wynika z naturalnych cyklów koniunkturalnych – przewiduje Barbara Bugaj.

Na podstawie wszystkich zjawisk gospodarczych, NBP podejmuje decyzję o ewentualnym podniesieniu stóp procentowych. Jednak, jak zapewnia ekspert, nigdy te zmiany nie są drastyczne. Taki wzrost jedynie może nastąpić z czasem. Zaciągając kredyt hipoteczny, musimy liczyć się z tym, że będzie on miał zmienne oprocentowanie. Jeżeli w danym momencie stopy procentowe są niskie, to należy brać pod uwagę ryzyko ich wzrostu w przyszłości.

– Zawsze warto policzyć, czy będzie nas stać na kredyt, gdyby jego oprocentowanie wzrosło o ok. 2%. Brak przygotowania do takiej sytuacji może wywołać problemy z budżetem gospodarstwa domowego lub znacznie obniżyć komfort życia. Narażone są na to zwłaszcza osoby, dla których rata kredytu stanowi przykładowo 40% dochodów. Co miesiąc wydają bowiem prawie połowę swojej pensji na spłatę należności – tłumaczy Barbara Bugaj.

Trzeba też zwrócić uwagę na konkurencję, która systematycznie rośnie. Jest coraz więcej inwestorów indywidualnych i w najbliższym czasie pojawią się nowe instrumenty wynajmu nieruchomości, m.in. Mieszkanie Plus czy fundusz inwestycyjny Real Estate Investment Trust. Niektóre spółki deweloperskie deklarują już teraz gotowość stworzenia REIT’u dla mieszkań. Ponadto, wchodzą na nasz rynek firmy z innych krajów, które kupują od deweloperów całościowe projekty. Należy do nich np. holenderski inwestor instytucjonalny Bouwfonds European Residential Fund lub międzynarodowy fundusz Catella, który kupił 72 apartamenty w wieżowcu w samym centrum Warszawy. Mieszkania, nabywane w ramach zagranicznych funduszy inwestycyjnych, również będą przeznaczane na wynajem.

– Korzystność inwestycji nie wynika z podziału na rynek pierwotny i wtórny. Nie można niczego generalizować, ponieważ najważniejsza jest rentowność wynajmu. Jedyna uwaga jest taka, że ceny nowych mieszkań są nieco wyższe, niż tych starszych. W związku z tym, teoretycznie opłacalność zakupu nieruchomości od dewelopera mogłaby być niższa. Ale z drugiej strony, konkurencja na rynku najmu ciągle rośnie. Dlatego, wybierając pomiędzy niemodnym lokalem z meblościanką a nowym mieszkaniem o zbliżonej wysokości czynszu, wygramy, stawiając na to drugie – podkreśla Bugaj.

Opłacalność inwestycji określa stosunek ceny zakupu mieszkania do wysokości umownej odpłatności za używanie lokalu. Niemal w całej Polsce czynsz najmu sięga trzydziestu kilku złotych za mkw. Wyjątkiem jest stolica, gdzie wynosi około ok. 51 zł. W Gdańsku to około 41 zł za mkw. A w Krakowie – 40 złotych. Zdaniem eksperta, najwyższa rentowność wynajmowanych nieruchomości występuje w Katowicach. Tam przeciętny czynsz ma wartość 36 zł za mkw. Natomiast średnia cena zakupu mieszkania za mkw. jest na poziomie 4,5 tys. zł. Rentowność najmu dochodzi tam więc do 6,5%. W Łodzi cena transakcyjna lokalu wynosi 3 800 zł za mkw. Typowa stawka czynszu plasuje się na poziomie 29-30 zł za mkw. Tam dochodowość sięga 5,9%. Dla porównania, w Gdańsku wynosi  5,6%, w Warszawie – 5,5% i w  Krakowie – 4,7%.

– Zwykle indywidualni inwestorzy optymistycznie zawyżają rentowność najmu, ponieważ zapominają o tym, że nie są w stanie dokładnie policzyć niektórych kosztów dodatkowych. Mogą to być np. usterki czy też niespodziewane zniszczenia w mieszkaniu. Właściciele biorą pod uwagę ryzyko pustostanów, jednak czasami jest ono niedoszacowane. Dlatego, zawsze trzeba obliczać średnią dochodowość danego lokalu. Faktycznie może ona okazać się nieco niższa, niż zakładamy, na przykład minus 2% – zwraca uwagę Barbara Bugaj.

W opinii specjalisty, inwestowanie w nieruchomości premium może nie być na tyle rentowne, co kupowanie lokali z tzw. segmentu popularnego. Wynika to z bardzo wysokiej ceny zakupu apartamentu. Inwestycji na poziomie kilku milionów złotych nie zwrócą nam lokatorzy. Trzeba też mieć na uwadze to, że poziom pustostanów jest dużo wyższy wśród luksusowych mieszkań, ponieważ z reguły nie wynajmuje się ich zbyt często i szybko. Należy liczyć się także z tym, że możemy nie znaleźć klienta przez klika miesięcy, a nawet przez rok.

Jeżeli już zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania pod wynajem, to powinniśmy właściwie ocenić, czy nasz produkt jest atrakcyjny na tle innych mieszkań w okolicy. Chodzi przede wszystkim o standard wykończenia i wysokość czynszu najmu. Należy przeanalizować lokalny rynek pod kątem konkurencji, chociażby na podstawie ofert zamieszczonych w serwisach internetowych. Najważniejsze jest to, aby proponowana przez nas odpłatność za używanie lokalu była rynkowa i dopasowana do warunków, jakie oferujemy klientowi – podsumowuje ekspert.

 

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla Polski. Instytucja wydała jednak nowe prognozy dla naszego kraju na lata 2017 – 2018. Według analityków tego podmiotu, wzrost polskiego PKB w bieżącym roku wyniesie nie 3,2% jak początkowo zakładano, a 4,3%. Z kolei, w 2018 r. dynamika dochodu narodowego wyniesie 3,5% (wcześniej było to 3,1%). Niniejsze projekcje dają powody do zadowolenia, choć nie da się ukryć, że przyjęta prognoza na rok bieżący wydaje się być niezmiernie optymistyczna, zwłaszcza że sam minister finansów oczekuje dynamiki PKB nieco wyższej niż 3,7%, a gospodarka po dwóch świetnych kwartałach wydaje się wysyłać pierwsze sygnały przegrzania.

Mimo wszystko, należy podkreślić, że aktualnie jesteśmy świadkami bezprecedensowej sytuacji. Mamy nie tylko solidny wzrost gospodarczy, ale również rekordowo niskie bezrobocie, któremu towarzyszy systematyczny wzrost wynagrodzeń oraz dochodu rozporządzalnego. Do tego, należy doliczyć niskie stopy procentowe oraz stabilną i nieszkodliwą inflację. Oczywiście nadal można wymienić wiele mankamentów np. stagnację inwestycji, czy też wysokie zadłużenie Skarbu Państwa, jednak ogólny obraz koniunktury jest dosyć imponujący. Nie stanowi zatem zaskoczenia fakt, że blisko połowa Polaków (49%) bardzo dobrze ocenia stan polskiej gospodarki – wynika z badań przeprowadzonych przez CBOS. To najwyższy rezultat od 1989 r.

Kwartalna dynamika PKB znajduje się w trendzie wzrostowym od drugiej połowy 2016 r. Jej dekompozycja potwierdza, że motorem napędowym wzrostu gospodarczego jest konsument. To efekt pozytywnych tendencji na rynku pracy oraz hojnej polityki społecznej. Warto zauważyć, że efekty owej polityki będą w coraz mniejszym stopniu wpływały na tempo wzrostu PKB. Za nami bowiem pełen rok funkcjonowania programu ,,Rodzina 500 Plus”, zatem mamy wyższą bazę porównawczą. Ponadto, stopa bezrobocia od trzech miesięcy pozostaje na niezmienionym poziomie (7,1%). Zjawisko to równie rzadkie w okresie letnim, jak sam bardzo niski poziom tego wskaźnika po 1989 r. Czy zatem stopa bezrobocia osiągnęła już swój dołek? Niewykluczone, zwłaszcza że pracodawcy mają coraz większe trudności w znalezieniu pracowników.

Przyglądając się dekompozycji PKB, można zauważyć bardzo dynamiczny wzrost wpływu zapasów na wartość dochodu narodowego. Z teorii ekonomii oraz z analizy historycznej wynika, że takowa sytuacja poprzedza szczyty koniunkturalne. Na uwagę zasługuje także wartość eksportu netto i jego wpływ na dynamikę PKB. Ten bowiem był ujemny (-1,5%) w drugim kwartale 2017r. Polska coraz więcej importuje, bowiem gospodarka prawdopodobnie wykorzystuje większość swoich mocy produkcyjnych, zwłaszcza w dobie braku inwestycji przedsiębiorstw. To również sytuacja, która w przeszłości bardzo często sygnalizowała przegrzanie gospodarki. Dlatego też niniejsze dane należy potraktować jako swego rodzaju lampkę ostrzegawczą.

Aktualnie nie trudno odnaleźć przesłanki, które można uznać za pierwsze syndromy przegrzania gospodarczego. Czy zatem po kilku udanych kwartałach czeka nas recesja? Niewykluczone, że w drugiej połowie roku dynamika PKB osłabnie, lecz w szerszej perspektywie odpowiedź na to pytanie może być przecząca. Redystrybucja środków unijnych jest opóźniona. Jeżeli ta przyśpieszy w najbliższych kwartałach, to wysokie tempo wzrostu gospodarczego powinno zostać utrzymane. Niemniej tym razem katalizatorem będzie wzmożona konsumpcja rządowa oraz inwestycje, którym nadal de facto będzie towarzyszyć silny konsument. Zatem wydaje się, że wysoki wzrost gospodarczy może mieć nieco dłuższą przyszłość, zwłaszcza jeżeli nie wyhamują dotychczasowe pozytywne trendy makroekonomiczne w Europie, Stanach oraz Chinach.

Słowem podsumowania, polska gospodarka wysyła pierwsze oznaki przegrzania, lecz ze względu na nadchodzące wydatkowanie środków unijnych ewentualna zadyszka gospodarcza będzie prawdopodobnie tylko przejściowa (np. w drugiej połowie roku). Raczej nie należy oczekiwać typowej recesji, znanej jako jeden z etapów długoterminowego cyklu koniunkturalnego. Ważniejszym pytaniem pozostaje: jak Polska poradzi sobie w nowej perspektywie unijnej, która najprawdopodobniej nie będzie już tak hojna? Dodatkowym wyzwaniem pozostanie potencjalny problem braku rąk do pracy, spotęgowany przez niekorzystne tendencje demograficzne i decyzję o obniżeniu wieku emerytalnego. Ten w szerszej perspektywie może istotnie spowolnić wzrost gospodarczy nad Wisłą. Powyższe aspekty powinny być przedmiotem debat publicznych oraz jednym z głównych tematów wśród osób odpowiedzialnych za politykę gospodarczą, zwłaszcza jeżeli te decydują się na przygotowywanie wieloletnich planów rozwojowych kraju.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Tytuł najbardziej interesującej waluty ostatniego tygodnia bez wątpienia przypada funtowi brytyjskiemu. Od jakiegoś czasu wspominaliśmy, iż naszym zdaniem rynki finansowe niedoszacowują prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Wydarzenia ostatnich dni potwierdziły nasze obawy. Komitet decyzyjny Banku Anglii (MPC) w zdecydowany sposób zmienił swoją retorykę i wzmocnił rynkowe oczekiwania względem podwyżki stóp procentowych, do której dojść może już podczas najbliższego spotkania w listopadzie. Funt brytyjski doświadczył największej tygodniowej aprecjacji od lat, umacniając się o ponad 3% w relacji do ważonego koszyka walut.

Z informacji z ostatnich kilku dni warto zwrócić uwagę również na dane inflacyjne ze Stanów Zjednoczonych, które przyczyniły się do wzrostu prawdopodobieństwa podwyżek stóp procentowych w USA przed końcem roku i utrzymywały kurs EUR/USD  poniżej psychologicznego poziomu 1,20.

Bieżący tydzień będzie zdominowany przez spotkania banków centralnych. Kluczowym wydarzeniem będzie spotkanie amerykańskiej Rezerwy Federalnej do którego dojdzie w środę. Istotne będą również m.in. posiedzenia Banku Japonii, Norges Banku, Banku Indonezji oraz banku centralnego RPA.

PLN

Polska waluta zakończyła ubiegły tydzień spadkami, reagując zarówno na zmiany na głównych parach walutowych, jak i na informacje dotyczące Polski. Złotemu nie sprzyjała aprecjacja funta brytyjskiego oraz umocnienie dolara na początku tygodnia. W polską walutę uderzyły również informacje o tym, iż rozpoczęto kolejny etap procedury Komisji Europejskiej w kontekście ustawy o sądach powszechnych. Świat ekonomiczny dodatkowo zaskoczyła wypowiedź jednego z członków RPP – Eryka Łona – który informował o możliwej potrzebie obniżki stóp procentowych w Polsce. Z uwagi na swoją niecodzienność, bieżącą sytuację gospodarczą kraju oraz na dość jednoznaczne stanowisko całego ciała decyzyjnego RPP (pomimo ostatnio rysujących się różnic) komentarz w tej kwestii można potraktować z przymrużeniem oka. Dane z kraju jednak również nie zachwyciły – sierpniowy odczyt pokazał spadek (i tak słabej) inflacji bazowej do poziomu 0,7% r/r, tym samym dynamika cen bazowych była najniższa od czterech miesięcy.

W bieżącym tygodniu inwestorzy skupią się przede wszystkim na wydarzeniach w USA, na początku tygodnia poznamy jednak kilka interesujących odczytów z polskiej gospodarki, wśród których znajdą się m.in. informacje o produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej.

GBP

Wyraźna zmiana retoryki brytyjskiego MPC podczas czwartkowego spotkania nie była jednorazowa. W piątek jeden z członków komitetu decyzyjnego – Gertjan Vlieghe – poinformował, że ewolucja danych sugeruje, że dochodzimy do momentu w którym stopy procentowe mogą wzrosnąć. Był on jednym z bardziej gołębich członków, a jego “zwrot w jastrzębią stronę” jest bardzo znaczący. Jest wysoce prawdopodobne, że podczas kolejnego spotkania Banku, które odbędzie się w listopadzie co najmniej pięciu członków MPC opowie się za podwyżką, tym samym po raz pierwszy od dziesięciu lat zostałyby podniesione stopy procentowe.

Funt na informacje zareagował bardzo pozytywnie. W obecnej chwili rynki wyceniają prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w listopadzie na około 60%. Wierzymy, że wzrost prawdopodobieństwa podwyżek do 100% oraz ewentualne zacieśnienie polityki monetarnej sprawiają, że funt ma jeszcze pole do umocnienia, zwłaszcza w relacji do euro.

EUR

Jedyną istotną informacją ze strefy euro z ubiegłego tygodnia był raport opisujący sytuację w sektorze przemysłowym, który pokazał, że sektor rośnie w oczekiwanym, stabilnym tempie 3,2% w ujęciu rocznym. Wspólna waluta reagowała jednak przede wszystkim na informacje z innych stron świata, próbując przebić poziom 1,20 oraz tracąc z uwagi na dobre dane inflacyjne z USA.

Bieżący tydzień również powinien być dosyć spokojny. Jedyne istotne informacje opisujące aktywność biznesu – indeksy PMI dla strefy euro – opublikowane zostaną w poniedziałek rano. Znacznie bardziej istotna dla trendu euro będzie komunikacja ze strony Rezerwy Federalnej, do której dojdzie w środę wieczorem. Jeśli “dots plot” (oczekiwania członków komitetu decyzyjnego co do poziomu przyszłych stóp procentowych) w dalszym ciągu będzie wskazywał na stopniowe podwyżki stóp procentowych na przestrzeni kolejnych dwóch lat, euro pod koniec tygodnia może znaleźć się pod presją.

USD

Mieszane dane ze Stanów Zjednoczonych sprawiły, że dolar w relacji do głównych walut pozostał na poziomie zbliżonym do tego z początku tygodnia. Sierpniowe dane inflacyjne opublikowane w czwartek przypomniały rynkom finansowym, że nadal istnieje szansa na grudniową podwyżkę stóp procentowych. Jednakże, piątkowe dane dotyczące sprzedaży detalicznej przyczyniły się do tego, że dolar powrócił do poziomu z początku tygodnia. Nie jest jasne, w jakim stopniu do słabości dolara przyczynił się huragan Harvey, który wyrządził spore szkody w Teksasie.
Spotkanie Rezerwy Federalnej, jak zawsze jest kluczowe. Nie spodziewamy się zmian stóp procentowych. Najważniejszą informacją będzie to, jak członkowie FOMC zareagują na ostatnią poprawę dynamiki cen i w jaki sposób przełoży się do na ich oczekiwania w kwestii stóp procentowych w przyszłości.

 

Autor; Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Tempo wzrostu szwajcarskiej gospodarki jest najniższe od apogeum kryzysu finansowego. Chociaż słabe dane o PKB wynikają częściowo z czynników przejściowych, to mogą przedłużyć okres ekstremalnie niskich stóp procentowych, a także przyczynić się do dalszego spadku wartości franka – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Publikacja szwajcarskiego PKB zaskoczyła prawdopodobnie większość ekonomistów na świecie. Wzrost tej gospodarki w drugim kwartale wyniósł tylko 0.3 proc. rok do roku (r/r). To nie tylko wyraźnie poniżej oczekiwań ekonomistów, którzy spodziewali się wyniku na poziomie 1.0 proc. r/r.  Był to również jeden z najsłabszych odczytów w ostatnich dekadach i równy temu obserwowanemu w czwartym kwartale 2008 r., czyli w szczycie kryzysu finansowego. Co jednak spowodowało tak słabe wyniki jednego z najbogatszych krajów świata?

Skąd tak fatalne wyniki?

Przy wzroście gospodarczym strefy euro w granicach 2 proc. i rosnącemu prawdopodobieństwu osiągnięcia przez obszar wspólnej waluty wyniku najlepszego od dekady, tak niskie tempo przyrostu PKB w silnie uzależnionej od koniunktury zewnętrznej Szwajcarii może dziwić. Warto jednak zauważyć, że na zły rezultat złożyło się kilka czynników.

Po pierwsze, Sekretariat Stanu do Spraw Gospodarczych (SECO) zrewidował dane za poprzednie lata, co zmieniło punkt odniesienia dla ostatniej publikacji. Drugą ważną kwestią jest dość silna zmienność w wynikach szwajcarskiego handlu zagranicznego. W 2016 r. eksport usług wzrósł o 7.9 proc., w tym w czwartym kwartale aż o 13.3 proc. r/r. Z kolei w okresie marzec-czerwiec br. było to już tylko 0.4 proc. r/r. Natomiast import usług zwiększył się zdecydowanie bardziej niż eksport i wyniósł +4.1 proc. Z kolei zapotrzebowanie na szwajcarskie towary za granicą zmniejszyło się w porównaniu do drugiego kwartału 2016 r. o 1.3 proc., podczas gdy import podniósł się o 2.5 proc. W rezultacie handel zagraniczny miał silny, negatywny wpływ na PKB w ostatnim odczycie, chociaż prawdopodobnie jest to efekt krótkotrwały.

Pomijając jednak kwestie wymiany handlowej czy rewizji danych, pojawiają się także sygnały nieco gorszej wewnętrznej kondycji gospodarki. W porównaniu do pierwszego kwartału spada tempo wzrostu konsumpcji gospodarstw domowych (z 1.5 do 1.3 proc r/r) oraz wydatków sektora publicznego (z 1.7 do 1.6 proc. r/r.). Zauważalnie obniżyło się również tempo przyrostu inwestycji. Jeszcze w czwartym kwartale 2016 r. wynosiło ono 4.4 proc., a obecnie już tylko 1.9 proc.

Stopy procentowe bez zmian i tańszy frank

Mimo że wyraźne spowolnienie wzrostu PKB jest prawdopodobnie przejściowe, to jednak powinno ono wpłynąć na decyzje Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Jeszcze w czerwcu br. władze monetarne oczekiwały, że gospodarka urośnie w 2017 r. o 1.5 proc. W ciągu dwóch pierwszych kwartałów wzrost wyniósł około 0.5 proc r/r. Jest więc niezwykle mało prawdopodobne, by kolejne miesiące odrobiły straty z pierwszej połowy roku zwłaszcza, że np. sprzedaż detaliczna w lipcu spadła o 0.7 proc. r/r.

Dotychczasowe wyniki prawdopodobnie sprawią, że SNB zrewiduje w dół szacunki wzrostu PKB na 2017 r. podczas zaplanowanego na 14 września posiedzenia. Ponieważ również nie ma poważniejszego przyspieszenia inflacji (0.5 proc r/r), to niewykluczone, że władze monetarne jasno dadzą do zrozumienia, że stopy procentowe pozostaną na ujemnym poziomie (-0.75 proc.) dłużej niż wcześniej oczekiwano. Biorąc pod uwagę wpływ części odsetkowej na wysokość ich raty, jest to pozytywna informacja dla tych którzy spłacają kredyty frankowe.

Bardziej łagodna polityka pieniężna może być także korzystna w kontekście samej wyceny franka. Dobra kondycja gospodarcza strefy euro, a także innych wiodących gospodarek świata połączona z rosnącą inflacją na obszarze wspólnej waluty oraz prawdopodobnym wychodzeniem z łagodnej polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny powinny zmniejszać atrakcyjność franka w relacji do zagranicznych walut, w tym do złotego.

W rezultacie więc zaburzenie w odczytach szwajcarskiego PKB może przedłużyć trend ekstremalnie niskich stóp procentowych oraz słabość franka. Jest to więc idealny scenariusz dla spłacających kredyty denominowane w tej walucie, zwłaszcza że stosunkowo dobra kondycja gospodarcza w Polsce podtrzymuje także perspektywę względnie silnego złotego. Niewykluczone więc, że niedługo frank powróci do ok. 3.50 zł, czyli do poziomu sprzed tzw. „czarnego czwartku”.

 

Autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Stopy procentowe mają być niezmienne w kolejnych kwartałach, zarówno w Polsce jak i w strefie euro. W związku z tym, oprocentowanie lokat klientów detalicznych nadal będzie spadać. Wkrótce może osiągnąć poziom 1% i dalej się obniżać. Według eksperta z NDM, banki mogłyby odwrócić ten proces, ale to im się nie opłaca. Od momentu wprowadzenia podatku bankowego, depozyty stały się dla nich bowiem zbyt dużym obciążeniem.

Wzmożona konkurencja pomiędzy bankami najmocniej wpłynęła na dynamiczny spadek oprocentowania lokat w ostatnich 3-4 latach. Wprowadzenie podatku bankowego tylko spotęgowało to zjawisko. Jak wyjaśnia Jan Żuralski, Prezes Zarządu Niezależnego Domu Maklerskiego S.A., instytucjom finansowym realnie przestało się opłacać przyjmowanie nawet najniższych, 2% depozytów, więc je zniwelowały.

–  Depozyt inwestora czy klienta detalicznego od dłuższego czasu jest dla banków sporym kosztem. Dla każdego z nich – oczywiście innym. Nie chcą go ponosić, toteż obniżają oprocentowanie lokat. Ich poziom mógłby spaść nawet do 0,8%, w przypadku gdyby wzrosła skłonność do oszczędzania gospodarstw domowych oraz firm. To by znaczyło obniżenie wartości inwestycji aż o połowę, w stosunku do obecnego stanu – ostrzega Jan Żuralski.

Z wypowiedzi niektórych przedstawicieli Banku Centralnego w Polsce wynika, że stopy procentowe nie zmienią się jeszcze przez 12 miesięcy. Ponadto, wielu ekonomistów przewiduje, że w strefie euro również nie ulegną zmianie. Te dwa czynniki powodują, że oprocentowanie w polskich bankach będzie jeszcze systematycznie spadało. Wkrótce lokaty klientów detalicznych mogą zbliżyć się do krytycznego poziomu 1%.

– Tymczasem, banki uważają, że aktualne oprocentowanie lokat na poziomie 1,4% czy nawet 1,3% jest wciąż zbyt wysokie, aby były zainteresowane takimi depozytami. Powoduje to, że wypływają z nich pieniądze. Polacy inwestują np. w nieruchomości. Ale taka sytuacja nie powinna niepokoić żadnej grupy klientów. Te instytucje finansowe są w bardzo dobrej kondycji. Niskie oprocentowanie lokat Polaków, którzy będą zmuszeni z nich korzystać, spowoduje że banki będą mogły finansować swoją bieżącą działalność po bardzo niskich kosztach – zapowiada Prezes Żuralski.

Zdaniem eksperta, konsolidacja sektora bankowego również nie wspiera wyższego oprocentowania lokat. Tymczasem, już prawie połowa banków w Polsce jest w rękach jednego akcjonariusza, czyli Skarbu Państwa. Zdaniem Jana Żuralskiego, będzie on nadal kontynuował swoją politykę, mimo że dotychczas zdobył bardzo istotny udział w rynku. Duży gracz ma w swoich rękach dwa największe banki w kraju. Dla małych i średnich instytucji konkurencja jest coraz bardziej zaostrzona. Ich właściciele mają przed sobą dwie alternatywy – dalej walczyć o własną pozycję albo sprzedać swoje udziały.

 

Źródło: MondayNews

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Wydarzenia napływające z Banku Anglii są zdecydowanie fascynujące. Nie tylko nie zasygnalizowali oni podwyższenia stóp procentowych, ale wydawać by się mogło, że również znacznie się wycofali wskazując pesymistyczną perspektywę dla gospodarki. Prognoza wzrostu PKB na ten rok została obniżona z 1,9 % do 1,7 %, a oczekiwany do 2022 roku poziom inwestycji w brytyjskiej gospodarce został zmniejszony o 20%. Oczywiście przy słabszej gospodarce bardzo ciężko podnosić stopy procentowe, nawet jeśli innym bankom centralnym bardzo na tym zależy, w szczególności jeśli obecne niskie stopy funta szkodzą konsumentom. Spośród ośmiu głosujących członków, tylko dwóch było za tym by podnieść stopy procentowe. To o trzy osoby mniej w porównaniu do poprzedniego spotkania. Co więcej, na konferencji prasowej po podjęciu decyzji, gubernator Mark Carney wyglądał na sceptycznego wobec podniesienia stóp.

Para walutowa GBP/USD, która ostatnio wyglądała na nieco rozerwaną, znacząco się wycofała. Ci, którzy liczyli, że tendencja mocnego funta i/lub słabszego dolara będzie trwała dalej, mają teraz lepszy punkt wejścia niż przed 24-godzinami. Szerokie zakresy ukazują się na wykresach, ale zwróćmy uwagę na jeden z nich. Para walutowa USD/JPY od wyboru Trumpa wydaje się być zmagnetyzowana w kierunku konkretnej ceny. Od marca przedział ten wydaje się stabilizować. Możemy także zobaczyć test klasycznego poziomu wsparcia, która kształtuje się w idealny sposób dla handlowców technicznych. Jest to zatem idealny środek na czysty zysk. Rosnąca linia wsparcia stanowi także perfekcyjne miejsce do odebrania swojego zysku. Jeśli przypadkiem handel obróci się wbrew Twoim przypuszczeniom, możesz z tego wyjść ze stosunkowo niewielkimi stratami.

Dziś jest dobry dzień dla tych, którzy lubią handlować na wydarzeniach o wysokiej randze. Jak wiemy, ilość nowych miejsc pracy utworzonych w całej gospodarce USA, poza sektorem rolniczym, z których raport wydawany jest w każdy pierwszy piątek miesiąca znany jest z tego, że produkuje największe giełdowe ruchy w krótkim czasie. Dziś nie będzie inaczej. Ogłoszenie zostanie upublicznione o godzinie 12.00 czasu GMT, a analitycy spodziewają się, że w lipcu zostanie utworzonych 182 000 miejsc pracy w amerykańskiej gospodarce. Zwróćmy, także uwagę na stopę bezrobocia, która pewnie spadnie razem ze średnim godzinowym zarobkiem.

Dolar amerykański znajdował się w ostatnich dniach ciągle na skraju. Miał on dosyć słaby rok, ale dzielnie wytrzymał ostatnie dni. Zdaje się, że indeks dolara znalazł pozorne wsparcie na poziomie powyżej 92 punktów. Ustawienie techniczne nie wygląda dobrze. Oczywiście jeśli spadnie jeszcze bardziej, wiele osób potraktuje to jako przełom. Ze względu na dobro dolara, miejmy nadzieję, że raport z ilości miejsc pracy co najmniej przerwie jego dotychczasowy spadek.

 

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Nie spodziewam się kolejnego kryzysu finansowego za naszego życia – to słowa Janet Yellen, szefowej Fedu, czyli banku centralnego Stanów Zjednoczonych. Chociaż to dla nas dobra informacja to niestety może okazać się nieprawdziwa. Już teraz analitycy ostrzegają, że prędzej czy później kryzys nadejdzie. 

– To jest bardzo ryzykowne stwierdzenie, gdyż obecny cykl koniunkturalny jest już ponad dwukrotnie dłuższy niż średnia ze wszystkich poprzednich siedemnastu cykli. Cały czas mamy bardzo niskie stopy procentowe, bo raczej ciężko odnieść wrażenie, że polityka Fedu polegająca na zwiększeniu stóp procentowych, które dalej mieszczą się w historycznie niskich poziomach powoduje jakąś zmianę. W zasadzie odbieramy sobie główne narzędzie do reagowania w sytuacji kryzysu, czyli obcinania stóp procentowych – mówi  Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Niskie stopy procentowe też nie skłaniają nas do oszczędzania. Działają wręcz przeciwnie, bo kredyty są tańsze. Każdą podwyżkę kredytobiorcy odczują w wysokości swojej raty.

Ponownie zyskują na znaczeniu inwestycje w złoto poprzez fundusze notowane na giełdach. Fundusze notowane na giełdach (Exchange Traded Funds, „ETFs”) emitują udziały, a za pozyskane środki kupują złoto stanowiące zabezpieczenie inwestycji. Na koniec czerwca br. w zarządzaniu funduszy ETF znajdowało się 2 313,1 ton złota, o wartości 92,4 mld USD. Jest to więcej o 22,2 ton niż w miesiącu poprzedzającym i o 123,1 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Rynek złota, czyli tych inwestycji i dóbr, które są świetnym zabezpieczeniem na okoliczność kryzysu zwiększa się o 30 proc. Fundusze ETF zwiększają zakupy. Banki centralne, które są odpowiedzialne za kreację pieniądza również cały czas kupują ogromne ilości złota. To wszystko pokazuje, że z jednej strony mamy do czynienia z pieniądzem, który musi być dewaluowany w sytuacji kryzysowej. Tak jak mawiał Wolter pieniądz wróci najprawdopodobniej do swojej pierwotnej wartości, czyli do zera. To cały czas pokazuje, że posiadanie złota to jest „must have” każdego kto realnie i racjonalnie dba o swoje finanse. Biorąc to pod uwagę ciężko się zgodzić ze słowami Janet Yellen. Kryzys prędzej czy później przyjdzie. jakie będą jego rozmiary? Tego nikt nie wie – dodaje Robert Śniegocki.

Średnio na świecie zdarzają się dwa kryzysy na dekadę.

 

Wypowiedź: Robert Śniegocki, ekspert Grupy Goldenmark.

Frank szwajcarski, waluta niezmiernie ważna z perspektywy wielu polskich kredytobiorców, od początku 2017 r. systematycznie traci na wartości. To bardzo ważna informacja dla frankowiczów, zwłaszcza że obiecana przez rząd pomoc w zakresie kredytów denominowanych w walutach obcych nie spełniła ich oczekiwań. Jednak kluczowym pytaniem pozostaje: jak długo jeszcze potrwa dobra passa polskiej waluty?

Nie da się ukryć, że argumentów na rzecz dalszej aprecjacji złotego względem franka jest naprawdę wiele. Do tych przede wszystkim należy zaliczyć bardzo dobre nastroje na światowych rynkach finansowych, które wynikają z poprawiającej się sytuacji globalnej gospodarki oraz z braku zagrożeń o charakterze geopolitycznym. To sprawia, że poziom awersji do ryzyka inwestorów zniżkuje, toteż ci rezygnują ze swoich pozycji w szwajcarskiej walucie, która traktowana jest jako jedna z bezpiecznych przystani. To bardzo korzystna sytuacja dla walut rynków emerging markets, do których nadal zalicza się m.in. polskiego orła. Z drugiej strony należy podkreślić, że ryzyko geopolityczne nierzadko zaskakuje rynek, dlatego też powyżej przedstawiony obraz w każdej chwili może ulec zmianie np. w przypadku wybuchu konfliktu na półwyspie koreańskim.

Kolejnym istotnym aspektem przemawiającym na korzyść złotego jest aktualna polityka banków centralnych. Polska RPP zamierza kontynuować politykę stabilizacji stóp procentowych, choć w nieco bardziej jastrzębim wariancie nie można wykluczyć pierwszej podwyżki kosztu pieniądza już w 2018 r. Tymczasem przedstawiciele SNB nadal podkreślają, że frank szwajcarski jest przewartościowany, toteż nie należy oczekiwać żadnych jastrzębich ruchów ze strony banku – póki co, stopy procentowe pozostaną ujemne. To sprawia, że na szerszym rynku frank traci względem euro, które z kolei ostatnimi czasy wyraźnie zyskuje również względem dolara – to efekt jastrzębich pogłosek dotyczących nadchodzącej normalizacji polityki pieniężnej EBC oraz bardzo ostrożnej, umiarkowanie jastrzębiej postawy Rezerwy Federalnej. Złoty natomiast umacnia się wobec dolara oraz pozostaje na stabilnym poziomie względem euro, dlatego też spadki na CHF/PLN nie powinny stanowić zaskoczenia.

O sile danej waluty decydują także czynniki makroekonomiczne. Dane ze Szwajcarii faktycznie są coraz lepsze, jednak postawa polskiej gospodarki niewątpliwie jest znacznie bardziej solidna. Tymczasem należy podkreślić, że redystrybucja środków unijnych, która będzie dodatkowym katalizatorem wzrostu gospodarczego Polski dopiero się rozkręca. Stan polskiego budżetu jest zadziwiająco dobry, a agencje ratingowe nieco bardziej przychylnym wzrokiem spoglądają w kierunku Polski. Ponadto, dobra postawa polskiej giełdy, ożywienie na rynku pierwotnym oraz cieszące się sporą popularnością przetargi na obligacje skarbu państwa sprawiają, że inwestorzy zagraniczni chętnie kupują polską walutę.

Warto również zwrócić uwagę na sytuację techniczną CHF/PLN, bowiem niewykluczone, że para znajduje się obecnie w swoim punkcie kulminacyjnym. Po pamiętnym czarnym czwartku w 2015 r. kurs CHF/PLN znalazł się w długoterminowej konsolidacji. Za jej górne ograniczenie należy przyjąć poziom 4,20, natomiast za dolne 3,80. Aktualnie za szwajcarską walutę należy zapłacić nieco ponad 3,81 zł, choć w ostatnich dniach istniała możliwość jej kupna nawet za 3,79 zł. Rynek obecnie testuje bardzo ważne wsparcie na poziomie 3,80. To kluczowym moment, gdyż ewentualna obrona powinna być postrzegana jako potwierdzenie konsolidacji. W takim scenariuszu należy założyć wzrosty CHF/PLN. Niemniej, przełamanie niniejszej bariery otworzy drogą do dalszych spadków – najbliższym wsparciem będzie poziom 3,72. Wydaje się, że sprzyjające polskiej walucie fundamenty nie powinny ulec zmianie w drugiej połowie roku, dlatego też szanse na przełamanie wsparcia na poziomie 3,80 oraz na dalszą aprecjację złotego są naprawdę wysokie. Jednak to nie oznacza, że rynek szybko upora się z powyższą barierą. Być może niezbędny będzie jakiś jednorazowy impuls.

Podsumowując, problemy frankowiczów rozgoryczonych postawą polskiego rządu nadal trwają, choć najprawdopodobniej dzięki solidnej kondycji polskiego złotego raty kredytowe będą nieco mniej dotkliwe dla ich portfeli. Rosnąca skłonność do ryzyka na światowych rynkach, solidne fundamenty polskiej gospodarki oraz dotychczasowa polityka banków centralnych przemawiają na korzyść polskiej waluty, toteż prawdopodobieństwo jej dalszej aprecjacji względem franka szwajcarskiego należy ocenić jako wysokie. Najważniejszym czynnikiem ryzyka wydaje się być trudno przewidywalne ryzyko geopolityczne, które z perspektywy szwajcarskiej waluty – bezpiecznej przystani – w obecnych uwarunkowaniach ekonomicznych wydaje się być największym potencjalnym zagrożeniem dla CHF/PLN.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

 

Wstrząs i podziw opanowały  Waszyngton, gdy głosy w sprawie uchylenia Obamacare zostały zdławione w Senacie. Wraz z republikanami kontrolującymi wszystkie trzy departamenty rządu Stanów Zjednoczonych, pozbycie się jednej z głównych ustaw poprzedniego prezydenta powinno być spacerem po parku. Dobrze, że giełda została zamknięta, gdy głosowanie zostało sfinalizowane. Nie wpłynęło ono na Wall Street. Być może nowy cykl rozwinie się do czasu ich dzisiejszego otwarcia.

To wydarzenie wpłynęło jednak z pewnością na inne rynki. Rynki azjatyckie jak do tej pory wydawały się iść w dół dzisiejszego ranka. Najbardziej znaczący jest jednak dolar amerykański, który przyjął ogromny cios. Dane o inflacji, które pojawiły się w piątek, wysłały jego notowania do najniższego punktu od czasu wyborów w USA. Złe wiadomości  sprawiły, że dolar amerykański zszedł do poziomu z sierpnia.

O godzinie 14:30 w Londynie, Mark Carney zaprezentuje nowy banknot o wartości 10 funtów z wizerunkiem Jane Austen. Najwyraźniej nie mogą teraz umieścić J.K. Rowling na żadnych pieniądzach, więc zdecydowali na jedną z jej ulubionych pisarek. To wydarzenie będzie mile widzianym odpoczynkiem dla zmartwionego Banku Anglii. Polityka i rządzące nią zasady spowodowały, że gubernator Banku Anglii, pochodzenia kanadyjskiego, odchodzi od zmysłów.

Ostatni zwrot w stosunku do podnoszących się ostatnio stawek przyspieszył wzrost funta. W chwili pisania tego tekstu para walutowa GBP/USD poddaje poziom 1,3100 poważnemu testowi. Czy Jane Austen mogłaby zapobiec dalszemu popytowi i spowodować, że inwestorzy zaczną mówić o odzysku na brytyjskim funcie?

Dolar australijski rozciąga dziś swoje granice, ponieważ spekulacje opierają się na Banku Rezerwy Australii. Gubernator Banku, Philip Lowe, zdecydował się na bezpieczne zagranie podczas ostatniego spotkania i nie podwyższył stóp procentowych. Tymczasem protokół z tego spotkania, opublikowany, wskazał, że Bank jest zadowoleniu ze sposobu w jakim gospodarka się rozwija. Ten optymizm bezpośrednio odzwierciedla postawę Europejskiego Banku Centralnego i Banku Kanady, które w zeszłym tygodniu podniosły stopy procentowe.

Myśl, że dolar australijski może wkrótce oferować wyższą stopę depozytów, sprowadza wielu przedsiębiorców na skraj ekstazy. Jest to już bardzo dochodowa okazja do Carry Tade. Sama myśl, że wartość waluty może wzrosnąć a refinansowania kredytów mogą wzrosnąć spowodowało wirtualną eksplozję ceny. Umieszczając to wszystko w słabszym dolarze, para walutowa AUD/USD wygląda na szczerze usatysfakcjonowaną.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

 

 

Całkowita kapitalizacja rynkowa wszystkich walut cyfrowych znajdujących się w obiegu po raz pierwszy przekroczyła 100 miliardów dolarów. Stanowi to ponad 500-procentowy wzrost od początku roku w tej nowej, ekscytującej branży. Dwa najbardziej popularne aktywa cyfrowe, Bitcoin i Ethereum, osiągają obecnie najwyższe notowania w historii. Chociaż wzrost był tak szybki, to z jakiegoś powodu, wciąż wydaje się to być za mało. Jeżeli Bitcoin to przyszłość pieniędzy, a Ethereum jest przyszłością internetu liczba ta powinna rosnąć jeszcze szybciej niż teraz.

Wysokie wolumeny handlu pochodzą z Korei, Chin i Japonii. Japońscy kupujący stali się płochliwi po ogromnym wycofaniu z 25 maja. W ciągu ostatnich trzech dni giełdy chińskie stopniowo zwiększały swoje wolumeny oraz dźwignię, aż ostatniej nocy Japonia w końcu do nich dołączyła. Według danych opracowanych przez serwis coinhills.com japońska giełda bitFlyer (która obecnie stara się umożliwić Bitcoinowi wejście do punktów sklepowych w całym kraju) jest drugim miejscem wymiany pod względem ilości. Natomiast koreański Bithumb jest obecnie odpowiedzialny za 4,5% transakcji Bitcoina, a trzy duże chińskie giełdy OKCoin, Huobi i BTCC mają łącznie 9,92% całkowitego udziału w rynku

Globalne rynki akcji wciąż utrzymują niską nieprzewidywalność, ale zauważalnie spadły w przeciągu ostatnich 24 godzin. Słabe dane na temat liczy etatów w USA, opublikowane w ostatni piątek, skłoniły niektórych ludzi do zakwestionowania, czy Amerykański System Rezerwy Federalnej będzie miał odwagę podnieść stopy procentowe 14 czerwca. Według Bloomberg Terminal, sugerowane prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych na zbliżającym się spotkaniu, nadal znajduje się powyżej 90%. Jednak jest wielu analityków, którzy czują, że może być to dobra szansa aby Fed wszystkich tym razem rozczarował i popełnił błąd wynikający z ostrożności. Niestety, nie jesteśmy w stanie uzyskać żadnych dalszych sygnałów od Janet Yellen oraz członków jej ekipy, ponieważ już teraz nabrali wody w usta i odtąd nie będą brali udziału w żadnych ważniejszych przemówieniach aż do czasu spotkania w przyszłym tygodniu.

Inwestorzy powinni bacznie obserwować ropę i złoto. Ceny ropy ześlizgnęły się ostatnio z powodu nadmiaru zapasów, a waga złota jako bezpiecznej przystani wzrasta. . Jeżeli którykolwiek z tych trendów się utrzyma, może mieć duże znaczenie na już grawitującym rynku akcji.

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Eksperci

Starczewska-Krzysztoszek: Konsumenci w doskonałych nastrojach

Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej ukształtował się na poziomie 6,2, a wskaźnik wyprzedzający na...

Przasnyski: Bardzo dobry początek roku w przemyśle i budownictwie, konsumenci także dopisują

Po lekkiej grudniowej zadyszce, styczeń przyniósł bardzo wysoką dynamikę produkcji przemysłowej i bu...

Lipka: Gospodarcza potyczka Warszawy i Berlina. Wygrywamy!

Porównaliśmy PKB europejskich stolic, bezrobocie i wynagrodzenia. Z zestawienia wynika, że Warszawa ...

Grejner: Obcy kontra Bitcoin

Kryptowaluty odbijają się od dna, bitcoin odzyskał poziom 10 tys. dolarów. Jednak szał na kryptowalu...

Mordasewicz: Warto wykorzystać potencjał powszechnych towarzystw emerytalnych

W tym tygodniu rząd ma zaprezentować projekt ustawy o pracowniczych programach kapitałowych. Warto w...

AKTUALNOŚCI

Bezrobocie wciąż niskie

GUS podał , że zatrudnienie w przedsiębiorstwach zwiększyło się o 3,8 proc. w porównaniu z ubiegłym ...

Tysiące sztuk podrabianej odzieży i perfum

Mazowiecka policja zabezpieczyła na terenie powiatu pruszkowskiego kilkadziesiąt tysięcy podrabianej...

Polska Grupa Zbrojeniowa ma nowego prezesa

Rada nadzorcza Polskiej Grupy Zbrojeniowej wybrała na stanowisko prezesa Jakuba Tadeusza Skibę - poi...

Kraków: Rusza budowa Trasy Łagiewnickiej

Konsorcjum Budimex i Ferrovial rusza z budową Trasy Łagiewnickiej w Krakowie. Dziś oficjalnie plac b...

Pakiet „Stop smog”

Mateusz Morawiecki ogłosi antysmogowy pakiet "Stop smog" - powiedział minister środowiska Henryk Kow...