sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "Roman Przasnyski"

Roman Przasnyski

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyśle i budownictwie. Wciąż utrzymuje się bardzo wysoka dynamika sprzedaży detalicznej, potwierdzająca siłę konsumpcji, prawdopodobnie daleką jeszcze od wyczerpania potencjału.

Sięgający 12,3 proc. wzrost produkcji przemysłowej okazał się silniejszy niż się spodziewano i był najwyższy od lipca 2010 r. Nieco niższą od oczekiwanej dynamikę zanotowano w przypadku produkcji budowlano-montażowej, która poszła w górę o 20,3 proc., potwierdzając jednak tezę o przyspieszeniu w inwestycjach.

Wzrost produkcji przemysłowej wpisuje się w trwającą od ponad roku tendencję wyraźnej poprawy kondycji polskiego przemysłu i pozwala oczekiwać jej kontynuacji oraz dalszego niewielkiego wzrostu dynamiki. Trzeba jednak zauważyć, że październikowy skok to w dużej mierze efekt niskiej bazy porównawczej z ubiegłego roku, gdy w październiku produkcja spadła o 1,3 proc. oraz większej liczby dni roboczych. Do optymizmu skłania wysoki popyt na wyroby przemysłowe zarówno w kraju, jak i za granicą, co sygnalizują zgodnie wskazania PMI oraz utrzymujące się od prawie dwóch lat na wysokim poziomie zamówienia. W poprzednich okresach boomu gospodarczego z lat 2006-2008 i 2010-2011 dynamika wzrostu produkcji przemysłowej przez wiele miesięcy przekraczała 10 proc. W obecnym cyklu z taką sytuacją mieliśmy do czynienia jedynie w marcu. Warto jednak pamiętać, że hamująco na tę tendencję mogą zacząć wpływać sygnalizowane już od dłuższego czasu ograniczenia związane z sytuacją na rynku pracy oraz wysoki stopień wykorzystania mocy produkcyjnych, powodujące już teraz wzrost zaległości w realizacji zamówień, spadek poziomu zapasów oraz wydłużanie się czasu dostaw. Podobnie jest w budownictwie, gdzie dynamika produkcji zbliżyła się już do poziomów z poprzednich okresów szczytu koniunktury, a problemy z brakiem pracowników i zdolności produkcyjnych oraz rosnącymi cenami materiałów są coraz mocniej odczuwalne. To może prowadzić do spadku rentowności firm oraz opóźnień realizacji projektów.

Utrzymujący się od prawie pięciu lat wzrost konsumpcji, jedna z najbardziej trwałych tendencji w naszej gospodarce, nie zawiódł także w październiku. Sięgający 8 proc. wzrost sprzedaży detalicznej okazał się minimalnie niższy niż się spodziewano i słabszy niż miesiąc wcześniej, ale nadal wpisuje się w pozytywną tendencję, panującą już od dłuższego czasu. Konsumpcji sprzyja sytuacja na rynku pracy, a w szczególności wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń, która w październiku sięgnęła 7,4 proc., a więc poziomu najwyższego od prawie sześciu lat. Nic nie wskazuje na to, by ta tendencja miała się w przyszłości w odczuwalny sposób zmienić, jednak czynnikiem mogącym wpłynąć nieco hamująco na konsumpcję jest narastająca presja inflacyjna, która powoduje, że realne płace nie rosną w tak szybkim tempie, jak nominalne. Pod tym względem lepsze z punktu widzenia konsumentów były lata 2014-2016, gdy mieliśmy do czynienia z deflacją, która rekompensowała niezbyt wielką dynamikę wynagrodzeń nominalnych.

autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk  GERDA BROKER

 

Październik był pierwszym miesiącem sprzedaży przez Ministerstwo Finansów nowych obligacji o zaledwie trzymiesięcznym terminie wykupu. Mimo skromnego, wynoszącego 1,5 proc. oprocentowania, posiadacze oszczędności wydali na zakup tych papierów aż 313,5 mln zł.

Bardzo udany debiut nowych, nietypowych ze względu na krótki termin wykupu obligacji skarbowych, pokazuje jak bardzo posiadacze oszczędności nie lubią zamrażać pieniędzy na dłużej, godząc się nawet na niezbyt atrakcyjne oprocentowanie w przypadku krótkoterminowych okazji. Tak jest w przypadku lokat bankowych i te preferencje potwierdziły się w przypadku obligacji. Oprocentowanie obligacji trzymiesięcznych wynosi 1,5 proc. w skali rocznej, co przy inflacji przekraczającej 2 proc. powoduje, że odsetki nie kompensują utraty realnej wartości oszczędności, tym bardziej jeśli uwzględnić podatek od dochodów kapitałowych. Okazuje się jednak, że nie zraziło to aż tak bardzo klientów, którzy doszli do wniosku, że dobre i to. Spora część oferty banków nie oferuje nawet tyle, a wielu posiadaczy wolnych środków nie decyduje się na „polowanie” na promocje lub wyszukiwanie bardziej atrakcyjnego oprocentowania, proponowanego przez nieliczne instytucje finansowe, najczęściej te mniejsze i mniej znane.

W efekcie w październiku Ministerstwo Finansów sprzedało obligacje o wartości 902,4 mln zł, co jest jednym z najlepszych miesięcznych wyników w historii (poprzednio więcej papierów sprzedano w listopadzie 2015 r., także wówczas zaoferowano jednorazowo dodatkową pulę obligacji o krótszym, jedenastomiesięcznym terminie wykupu). Aż 34,7 proc. z tej kwoty przypadło na obligacje trzymiesięczne, co dało im niekwestionowane pierwsze miejsce na podium. Udział najbardziej dotąd popularnych papierów dwuletnich wyniósł 29,1 proc.

Od początku roku oszczędzający kupili obligacje skarbowe o wartości ponad 5,4 mld zł i jeśli zainteresowanie papierami trzymiesięcznymi utrzyma się w kolejnych miesiącach, niemal na pewno zostanie pobity dotychczasowy rekord z 2009 r., gdy Polacy na obligacje skarbowe wydali prawie 6,2 mld zł.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

GUS potwierdził swój wstępny szacunek, według którego inflacja w październiku wyniosła 2,1 proc. Lekki spadek wskaźnika po osiągnięciu we wrześniu poziomu 2,2 proc. zawdzięczamy głównie mniejszej niż poprzednio zwyżce cen paliwa. Wciąż jednak mocno drożeje żywność, której ceny poszły w górę aż o 5,8 proc., a w kategorii żywność i napoje bezalkoholowe o 5,4 proc. (we wrześniu wzrost wyniósł odpowiednio 5,3 i 5 proc.). Mocniej niż we wrześniu wzrosły koszty związane z mieszkaniem, bo aż o 2 proc., wobec 1,8 miesiąc wcześniej, z 2,3 do 2,6 proc. zwiększyły się koszty utrzymania mieszkania i nośników energii.

W najbliższych miesiącach można się spodziewać dalszego niewielkiego obniżenia się wskaźnika inflacji, jednak będzie to głównie efekt statystyczny, wynikający z wyższej bazy odniesienia. W listopadzie ubiegłego roku pożegnaliśmy się z deflacją i ceny przestały spadać. W grudniu wzrosły już o 0,8 proc., a pierwsze miesiące obecnego roku przyniosły jej skok od 1,7 w styczniu do 2,2 proc. w marcu. Presja inflacyjna będzie jednak nadal odczuwalna, między innymi w związku z sytuacją na rynku pracy, napędzającą i tak już silny popyt konsumpcyjny, ale także rosnącymi cenami surowców, w tym energetycznych oraz wyższymi kosztami produkcji, zarówno w rolnictwie, jak i w przemyśle.

Do rosnącej inflacji musimy się przyzwyczaić, dostosowując do niej swoje nawyki konsumpcyjne oraz preferencje w inwestowaniu i lokowaniu oszczędności. Według najnowszej prognozy NBP, w przyszłym roku inflacja wyniesie średnio 2,3 proc., a w 2019 r. może podskoczyć do 2,7 proc. Te przewidywania należy wziąć pod uwagę w swoich kalkulacjach. Dla konsumentów dobrą wiadomością jest to, że zmniejszyć się ma w kolejnych latach dynamika cen żywności. O ile w tym roku sięgnie ona 4 proc. to w przyszłym wyniesie już tylko 2,8 proc., a w 2019 r. o 2,9 proc. Taniej więc nie będzie, ale przynajmniej ceny nie będą rosły tak mocno jak w tym roku, choć wiele będzie zależeć także od warunków pogodowych. Eksperci banku centralnego przewidują też nieco wolniejszy wzrost cen energii, których dynamika ma obniżyć się z tegorocznych 3 proc. do 2,7 proc. w przyszłym roku i 2,1 proc. w 2019 r.

 

 

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Mimo bardzo dobrej sytuacji w gospodarce i na rynku pracy oraz deklaracji RPP utrzymania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie, banki zapowiadają zaostrzenie swej polityki kredytowej. Ta ostrożność wskazuje na lekki wzrost obaw bankowców dotyczących rozwoju sytuacji.

Z okresowego badania sytuacji na rynku kredytowym przeprowadzanego przez NBP wynika, że doskonała koniunktura gospodarcza, wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz rekordowo niskie stopy procentowe nie usypiają czujności bankowców w kwestii kryteriów i warunków udzielania kredytów. Dotyczy to zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Ostrożna postawa wynika częściowo z obaw związanych z rozwojem sytuacji w gospodarce, a przynajmniej w niektórych jej sektorach, po części zaś z chęci ustrzeżenia się przed konsekwencjami nadmiernego optymizmu kredytobiorców, choć jednocześnie ankietowani bankowcy nie dostrzegają niebezpiecznego wzrostu popytu na kredyty.

Banki po raz pierwszy od ponad półtora roku dostrzegły poprawę koniunktury w gospodarce jako bodziec do nieznacznego złagodzenia kryteriów udzielania kredytów firmom, ale jednocześnie znalazły powody, by nadmiernie nie zachęcać przedsiębiorców do zadłużania się. O ile deklarowane przez część banków zwiększanie wysokości marży można uznać za działanie podyktowane chęcią zwiększenia swoich zysków, o tyle podwyższone wymogi dotyczące wkładu własnego, czy skracanie okresu kredytowania, to wyraźne przejawy ostrożności w finansowaniu. Można przypuszczać, że podyktowana jest ona niepewnością w kwestii utrzymania się dobrej koniunktury i możliwości pojawienia się kłopotów, szczególnie w niektórych branżach. Dość wspomnieć o widocznych już wzroście kosztów, czy trudnościach w pozyskiwaniu przez firmy pracowników, a więc i ograniczonych możliwościach wzrostu produkcji, a nawet realizacji bieżących zamówień. Pod tym względem szczególne obawy bankowców dotyczą przedsiębiorstw budowlanych, najbardziej wrażliwych na tego typu zjawiska. Co więcej, przewidują oni dalsze zaostrzenie polityki kredytowej w kolejnych miesiącach, głównie wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Może to mieć również związek z oczekiwaniem wcześniejszego niż dotąd zapowiadanego podwyższenia stóp przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowodowałoby zwiększenie kosztów finansowania i mogłoby niekorzystnie odbić się na zdolności części firm do jego spłaty.

Już w trzecim kwartale część banków zaostrzyła kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych, ale jednocześnie złagodziła niektóre warunki klientom, spełniającym stawiane wymagania, między innymi obniżając poza odsetkowe koszty finansowania. Bardzo podobnie postępowały wobec najbardziej wiarygodnych klientów ubiegających się o kredyt konsumpcyjny, obniżając także marże, godząc się na dłuższy okres kredytowania i wyższe kwoty zobowiązań. O ile bankowcy nie zamierzają w najbliższej przyszłości podwyższać wymagań dla kredytów hipotecznych, to planują zaostrzenie polityki w przypadku finansowania potrzeb konsumpcyjnych, najwyraźniej dostrzegając w tej kwestii pewne ryzyko, związane z rosnącym prawdopodobieństwem wcześniejszej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Komentarz: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

We wrześniu stopa bezrobocia obniżyła się z 7 do 6,8 proc., a więc znacznie mocniej niż się spodziewano. To efekt zarówno mniejszej liczby osób rejestrujących się jako bezrobotne, jak i ubytku już wcześniej znajdujących się w ewidencji urzędów pracy. W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy obecnego roku liczba bezrobotnych zmniejszyła się o 218 tys. osób. To spadek nieco mniejszy niż rok wcześniej, gdy ubyło ich 239 tys., ale wciąż świadczy o zdecydowanej poprawie sytuacji. W ciągu pierwszych trzech kwartałów zarejestrowano  1 426 tys. nowych bezrobotnych, a 1 644 tys. skreślono z list bezrobotnych, z czego prawie 795 tys. z powodu podjęcia pracy. W tym samym czasie w 2016 r. pracę zdobyło 915 tys. bezrobotnych. Pracodawcy od początku roku zgłosili  ponad 1 314 tys. ofert zatrudnienia, o prawie 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Jednocześnie 543 firmy zgłosiły zamiar przeprowadzenia zwolnień grupowych, choć dotyczyło to jedynie 19,3 tys. osób. Skala zwolnień grupowych była znacznie mniejsza niż rok wcześniej.

Stopa bezrobocia znalazła się we wrześniu po raz kolejny na rekordowo niskim poziomie, tym razem sięgając 6,8 proc. W kolejnych miesiącach prawdopodobnie pójdzie jeszcze nieco w dół, przed sezonowym pogorszeniem. Rok ma szansę zakończyć poniżej 7 proc. Stopa bezrobocia to jeden z ważnych parametrów, opisujących nie tylko sytuację na rynku pracy, ale i charakteryzujący tendencje w całej gospodarce. Ale nie jedyny, bo na ocenę rynku pracy składa się znacznie więcej elementów i nie wszystkie pokazują jednoznacznie optymistyczny obraz. Sama stopa bezrobocia wykazuje spore zróżnicowanie, zarówno w odniesieniu do różnych grup społecznych, jak i w ujęciu regionalnym. Sytuację trudno uznać za zadowalającą choćby w kategorii ludzi młodych i o niższym poziomie wykształcenia, a w niektórych miejscowościach stopa bezrobocia sięga wciąż kilkanaście procent. Nadal są spore problemy z osobami długotrwale pozostającymi bez pracy, niedostosowaniem podaży pracy i popytu na nią, niewystarczającym stopniem mobilności, czy występowaniem z jednej strony niedoborów pracowników, a z drugiej sporej rzeszy osób nieaktywnych zawodowo. Coraz większą bolączką dla firm oraz czynnikiem mogącym hamować w dłuższej perspektywie wzrost gospodarczy jest rosnący niedobór pracowników.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Najnowsze dane GUS, opublikowane w ramach Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności, pokazują aktualny (za pierwszy kwartał 2017 r.) obraz rynku pracy, budzącego coraz większe zainteresowanie i zróżnicowane oceny. Z jednej strony mamy zadowolenie z najniższego w historii bezrobocia i zwiększających się płac, z drugiej zaś kłopoty firm ze znalezieniem chętnych do pracy i wynikające z rosnących kosztów zatrudnienia. Dochodzą do tego obawy dotyczące przyszłych tendencji, które mogą ograniczać możliwości rozwojowe gospodarki i powodować wzrost obciążeń związanych z ograniczoną wydolnością systemu emerytalnego, przy jednoczesnym niedostatecznym stopniu zapewnienia poziomu życia po zakończeniu aktywności zawodowej. Prezentujemy najważniejsze liczby, charakteryzujące sytuację na rynku pracy oraz ciekawe zjawiska, które często umykają uwadze, patrząc na najbardziej ogólne dane.

  • 16 mln 281 tys. – liczba osób pracujących
  • 15 mln 639 tys. – liczba pracujących w wieku produkcyjnym. Z porównania tych dwóch liczb wynika, że wśród pracujących jest 642 tys. osób, które osiągnęły już wiek emerytalny (lub nie ukończyły 15 roku życia)
  • 8 mln 964 tys. – to liczba pracujących mężczyzn
  • 7 mln 317 tys. – pracujące kobiety
  • 9 mln 809 tys. – pracujący mieszkańcy miast
  • 6 mln 472 tys. – pracujący na wsi
  • 12 mln 919 tys. – zatrudnieni w charakterze pracowników najemnych
  • 2 mln 954 tys. – pracujący na własny rachunek. Ta grupa stanowi 18,1 proc. ogółu pracujących. Jednocześnie 632 tys. (czyli nieco więcej niż co piąty) pracujących na własny rachunek jest także pracodawcą, czyli zatrudnia pracowników najemnych. Z tej grupy 6,4 proc. pracujących niezatrudniających pracowników to tzw. samozatrudnieni zależni ekonomicznie, czyli pracujący wyłącznie dla jednego klienta lub zleceniodawcy
  • 409 tys. – to liczba członków rodzin pomagających pracującym na własny rachunek
  • 3 mln 401 tys. – liczba osób posiadających umowę o pracę na czas określony. Prawie dwie trzecie (61 proc.) z nich godzi się na taką formę, nie mogąc znaleźć stałej pracy, niemal 20 proc. taką formę pracy uznaje za odpowiednią dla siebie, dla 10,6 proc. wiąże się ona z okresem próbnym, a 8,6 proc. dorabia w ten sposób w czasie nauki, odbywa staż lub przyucza się zawodu
  • 1 mln 204 tys. – tyle osób pracowało w niepełnym wymiarze czasu. Z tej liczby 257 tys. chciałoby pracować dłużej, ale nie ma takiej możliwości
  • 9 mln 402 tys. – liczba pracujących w sektorze usług (57,7 proc. ogółu pracujących)
  • 5 mln 148 tys. – pracujący w przemyśle (31,6 proc. ogółu)
  • 1 mln 676 tys. – pracujący w rolnictwie (10,3 proc. ogółu)
  • 901 tys. osób – liczba pracujących w więcej niż jednym miejscu pracy
  • 266 tys. – tyle osób poszukiwało pracy innej niż obecnie wykonywana
  • 474 tys. – liczba osób pracujących na podstawie innej niż umowa o pracę (umowa zlecenie, o dzieło, kontrakt managerski, formy mieszane, inna umowa cywilno-prawna). Pracujący w ten sposób stanowili 3,7 proc. ogółu pracujących
  • 53,2 % – wskaźnik zatrudnienia, pokazuje odsetek osób pracujących w ogólnej liczbie ludności w wieku 15 lat i więcej
  • 71,3 % – wskaźnik zatrudnienia w grupie osób w wieku produkcyjnym
  • 926 tys. – liczba bezrobotnych. Różni się ona od podawanej zazwyczaj przez GUS liczby bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy (na koniec czerwca wynosi ona 1 mln 152 tys.) z powodu odmiennej definicji osoby bezrobotnej. Średni czas poszukiwania pracy przez osobę bezrobotną sięga jednak prawie 10 miesięcy
  • 13 mln 405 tys. – liczba osób biernych zawodowo (nie pracujących i nie poszukujących pracy). Stanowiła ona 43,8 proc. ogółu ludności powyżej 15 roku życia
  • 5 mln 383 tys. – tyle osób spośród biernych zawodowo było w wieku produkcyjnym

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Wartość finansowego majątku polskich gospodarstw domowych wyniosła na koniec 2016 r. prawie 1,9 biliona złotych i była dwukrotnie wyższa niż w kryzysowym 2008 r. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku przekroczy on barierę 2 bilionów złotych i będzie wyższy niż wartość produktu krajowego brutto.

Dane zbierane przez Narodowy Bank Polski w ramach okresowych badań sytuacji finansowej gospodarstw domowych pokazują ile wynosi i jak zmienia się wartość majątku finansowego Polaków oraz co wchodzi w jego skład. Do tej kategorii nie zalicza się wartości posiadanych nieruchomości, a jedynie aktywa typowo finansowe, takie jak gotówka, lokaty bankowe, akcje, pieniądze ulokowane w systemie ubezpieczeniowym i emerytalno-rentowym. Mimo powszechnych narzekań na niską skłonność do oszczędzania i inwestowania, nasz majątek finansowy miał na koniec ubiegłego roku wartość 1 884,3 mld zł i po raz pierwszy w historii badań był wyższy niż roczna wartość PKB. Nie oznacza to oczywiście, że mamy powody do zadowolenia, zarówno w wymiarze statystycznym, czyli ogólnym, jak i indywidualnym, a więc konkretnym. Mimo dużego zróżnicowania pod tym względem, nie jest też tak, że średnią mocno zawyża garstka krezusów. Według Forbesa, majątek 100 najbogatszych Polaków oszacowano na 134 mld zł, a więc jedynie 7 proc. wspomnianej sumy. Dla porównania, ośmiu najbogatszych ludzi świata zgromadziło majątek większy niż będący w dyspozycji połowy mieszkańców Ziemi.

Majątku generalnie nie mamy  w nadmiarze, a stopa oszczędzania i inwestowania nadwyżek finansowych rzeczywiście pozostawia wiele do życzenia. Stopa oszczędzania sięga zaledwie 3,4 proc., co oznacza że tyle odkładamy z dochodów do dyspozycji. Stopa oszczędności dobrowolnych (bez uwzględnienia obowiązkowej części systemu emerytalnego, czyli OFE) wyniosła w ubiegłym roku 2,7 proc., niewiele, ale i tak znacznie więcej niż w poprzednich latach (w 2015 r. wyniosła zaledwie 1,5 proc., a w 2014 r. jedynie 0,5 proc.). Stopa inwestowania od kilku lat utrzymuje się na poziomie 7,3-7,9 proc. i wykazuje lekką tendencję malejącą.

Niemniej jednak warto zauważyć, że nasze bogactwo rośnie. Na koniec 2008 r., czyli roku pamiętanego głównie jako apogeum globalnego kryzysu finansowego i następującej po nim recesji, wartość majątku finansowego wynosiła 934 mld zł. Od tego czasu uległa podwojeniu, sięgając w 2016 r. prawie 1,9 bln zł. Tempo wzrostu było szczególnie wysokie w pierwszych latach po kryzysie, gdy sięgało 15 proc., jednak w latach 2013-2015 systematycznie się obniżało do niecałych 6 proc., by ponownie przyspieszyć do około 8 proc. w ubiegłym roku. Wszystko więc wskazuje na to, że na koniec tego roku wartość majątku finansowego przekroczy dwa biliony złotych.

Sprzyja temu wzrost dochodów, wspomagany przez program 500+ oraz dobrą sytuację na rynku pracy. Według NBP, w czwartym kwartale 2016 r. realne dochody do dyspozycji zwiększyły się o 7,6 proc., z czego 2,1 punktu procentowego pochodziło z 500+. Korzyści ze spadku bezrobocia i niedoborów kandydatów do pracy, a także podwyższenia płacy minimalnej, nie są jednak tak wyraźne, jak można by się spodziewać. Wzrost dochodów z pracy najemniej wykazywał w ubiegłym roku tendencję malejącą, a analitycy banku centralnego wskazują na zmniejszające się znaczenie dochodów z tego tytułu w dochodzie rozporządzalnym, a w tym roku będzie jeszcze gorzej w związku z rosnącą inflacją. Dobre wieści są takie, że coraz chętniej Polacy decydują się na działalność gospodarczą, zwykle bardziej lukratywną niż praca na etacie, a także to, że rośnie znaczenie dochodów gospodarstw domowych z własności. W czwartym kwartale ubiegłego roku dochody z własności zwiększyły się aż o 26 proc. w porównaniu do końca 2015 r. Niestety, udział dochodów z własności w całości dochodów gospodarstw domowych jest wciąż bardzo niski i sięga zaledwie 5 proc. To kwestia nie tylko niewielkich zasobów tej własności, ale głównie jej struktury. Dochody z własności powinno generować owe prawie 2 bln zł majątku finansowego. Nie jest jednak łatwo wykrzesać z nich większe zyski, skoro 943,5 mld zł, czyli połowa to nieoprocentowana gotówka oraz dające niewielkie odsetki lokaty bankowe. Co więcej, to wciąż najbardziej preferowany sposób przechowywania majątku, o czym świadczy najbardziej dynamiczny od 2004 r. przyrost wartości lokat bankowych, mimo rekordowo niskiego oprocentowania i wyraźnie już odczuwalnej inflacji. W samym czwartym kwartale 2016 r. wartość gotówki i lokat krótkoterminowych zwiększyła się o 32,5 mld zł., a w ciągu roku o prawie 86 mld zł, czyli o 5,8 proc. w porównaniu z końcem 2015 r. Jedynie 160 mld zł bezpośrednio i za pomocą funduszy inwestycyjnych, ulokowali Polacy w akcjach notowanych na giełdzie. To tylko 8,5 proc. majątku finansowego ogółem. Co ciekawe, z danych NBP wynika, że wartość akcji nienotowanych będących w posiadaniu gospodarstw domowych wynosi aż 317 mld zł, a więc jest prawie dwukrotnie wyższa niż akcji notowanych. Wartość ta ulega w ostatnich latach jedynie niewielkim zmianom. Ta kategoria to domena gospodarstw domowych prywatnych przedsiębiorców, prowadzących firmy w formie spółek akcyjnych. W ramach systemu ubezpieczeniowego i emerytalno-rentowego Polacy zgromadzili 285 mld zł, a więc 15 proc. całego swego majątku finansowego. Na tę sumę składają się głównie polisy ubezpieczeniowe, w tym także te z elementem inwestycyjnym oraz 150 mld zł aktywów zarządzanych przez OFE, a pochodzących z obowiązkowych składek.

Choć nasz majątek finansowy systematycznie się zwiększa, to jednocześnie znajduje się pod presją rekordowo niskich stóp procentowych, a więc niewielkich odsetek, nasilającej się inflacji i niechęci do inwestowania, będącego najlepszą metodą prowadzącą wzrostu wartości kapitału.

 Autor: Roman Przasnyski Główny Analityk GERDA BROKER

 

Trwająca od połowy kwietnia przecena ropy naftowej to jedna z głównych przyczyn spadku inflacji. Niższa inflacja to z kolei impuls dla utrzymywania stóp procentowych na obecnym poziomie. Coraz bardziej prawdopodobne jest, że RPP nie zmieni ich wysokości do aż końca przyszłego roku. To zła wiadomość dla posiadaczy oszczędności i dobra dla zadłużonych.

Notowania ropy naftowej na giełdach spadają od połowy kwietnia. W tym czasie amerykańska WTI staniała z ponad 53 do 44,5 dolara za baryłkę, a europejska Brent z 56 do 47 dolarów, czyli o 16 proc. Tym samym ceny surowca są niższe o 2-3 dolary niż przed rokiem, co powoduje, że nie wywierają już inflacyjnej presji. I rzeczywiście, po okresie silnego wzrostu, wskaźniki inflacji od trzech miesięcy idą w dół na niemal całym świecie. W Stanach Zjednoczonych spadł on z 2,7 proc. w lutym do 1,9 proc. w maju, a w strefie euro z 2 do 1,4 proc. W Polsce w lutym inflacja sięgała 2,2 proc., a w maju już tylko 1,9 proc. i gdyby nie silny wzrost cen żywności, wynoszący 3,9 proc., byłaby jeszcze niższa. Ministerstwo Rozwoju przewiduje, że w czerwcu wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wyniesie już tylko 1,7 proc. Jeśli notowania ropy naftowej nie pójdą zdecydowanie w górę, a żywność, zgodnie z sezonowym schematem zacznie tanieć, inflacja nie tylko nie wzrośnie, ale może się jeszcze nieco obniżyć, sięgając w grudniu 1,4-1,6 proc. Szacuje się, że jej średnioroczny poziom wyniesie poniżej 1,8 proc. Powrotu w okolice 2 proc. można się spodziewać dopiero w przyszłym roku.

To zdecydowanie zbyt mało, by skłonić Radę Polityki Pieniężnej do podwyżek stóp procentowych. Mogłaby ona zacząć zastanawiać się nad taką decyzją, gdyby wskaźnik cen konsumpcyjnych zbliżył się trwale do celu inflacyjnego, czyli do 2,5 proc. i nadal wykazywał tendencję zwyżkową, a jednocześnie tempo wzrostu gospodarczego pozostawałoby wysokie, sięgając 3,8-4 proc. Wszystko więc wskazuje na to że stopy procentowe pozostaną na rekordowo niskim poziomie 1,5 proc. jeszcze przez około półtora roku. Nie jest to dobra informacja dla posiadaczy oszczędności, gdyż nie mają oni raczej co liczyć na to, że banki zaoferują im w tym czasie wyższe oprocentowanie lokat bankowych. Średnio wynosi ono obecnie 1,5 proc. dla lokat o terminie do dwóch lat (od 3 miesięcy do 1 roku sięga ono 1,6 proc.) i trzeba niemało zachodu, by znaleźć bank dający lepsze warunki. Korzyść z niższej inflacji jest taka, że aby ochronić oszczędności przed jej destrukcyjnym wpływem, czyli utrzymać ich realną wartość, wystarczy oprocentowanie rzędu 2-2,3 proc., uwzględniając podatek od dochodów kapitałowych i zakładając inflację sięgającą 1,6-1,8 proc. (do skompensowania inflacji wynoszącej 2 proc., trzeba było znaleźć lokatę na 2,5 proc.). Tego rzędu odsetki można uzyskać kupując obligacje skarbowe, zaś chcąc osiągnąć realny zysk, trzeba myśleć o obligacjach firm, inwestycjach w nieruchomości lub na wciąż niestabilnej giełdzie.

Perspektywa niskich stóp procentowych daje jeszcze przez pewien czas względny komfort zadłużonym. Do końca przyszłego roku mogą oni nie martwić się, że będą płacić wyższe raty kredytu. Niemniej jednak, podejmując decyzje o zadłużeniu się, szczególnie na dłuższy termin, warto mieć na uwadze fakt, że okres rekordowo niskich stóp procentowych nie będzie trwać wiecznie i należy się liczyć z ryzykiem, wynikającym z ich wzrostu w przyszłości.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

 

Choć polski rynek obligacji zasługuje na słowa uznania za dynamiczny rozwój, wciąż jest zbyt mały nie tylko by zaspokoić apetyt budżetu państwa, ale także potrzeby pożyczkowe większych firm. Po duży kapitał trzeba sięgać za granicę.

Choć od czasu do czasu pojawiają się opinie ostrzegające przed nadmiernym uzależnieniem od zagranicznego kapitału oraz głosy krytycznie oceniające jego udział w finansowaniu polskiego budżetu i gospodarki, a w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wprost mówi się, że nie może być kontynuowany model, w którym Polska jest winna zagranicznym inwestorom 2 bln zł, a uzależnienie od kapitału zagranicznego kosztuje nas około 95 mld zł rocznie, gdy przychodzi do konkretów, hasła ustępują miejsca kalkulacjom. Dotyczy to zarówno finansów publicznych, jak i dużych firm, w tym także tych ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa.

Według danych Ministerstwa Finansów, na koniec grudnia ubiegłego roku udział długu zagranicznego wynosił 34,4 proc., a więc był nieznacznie niższy niż w 2015 r., gdy sięgał 34,9 proc. Nie wiadomo jeszcze, jak te proporcje wyglądają po pierwszych miesiącach obecnego roku, jednak z informacji o przebiegu kilku przetargów na obligacje skarbowe, w trakcie których zanotowano rekordowo wysoki popyt na nasze papiery, można wnioskować, że sytuacja nie uległa poprawie. Resort skwapliwie korzystał z dużego zainteresowania ze strony inwestorów zagranicznych, zapewniając dzięki sprzedaży obligacji sporą część finansowania budżetu na cały rok. To działanie jak najbardziej racjonalne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę ryzyko pogorszenia się warunków na rynkach finansowych w kolejnych miesiącach, wynikające zarówno z rozkręcającego się cyklu zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed i sygnałów zbliżającego się zwrotu w polityce Europejskiego Banku Centralnego, jak również możliwość perturbacji związanych z wydarzeniami politycznymi we Francji i Niemczech, czy trudnych do przewidzenia konsekwencji zapowiedzi administracji Donalda Trumpa w kwestii światowego handlu.

Co więcej, Ministerstwo Finansów chętnie sięga też po dług nominowany w walutach. W marcu sprzedało obligacje 10- i 20-letnie o łącznej wartości 1,5 mld euro. Według zapowiedzi resortu, kolejne operacje tego typu będą miały wartość nie przekraczającą poziomu niezbędnego do refinansowania potrzeb walutowych budżetu. Podczas konferencji po spotkaniu członków G20, wicepremier Mateusz Morawiecki poinformował, że prawdopodobnie dojdzie w tym roku do kolejnej emisji obligacji w juanach. W 2016 r. Polska sprzedała tego typu papiery o wartości 3 mld juanów, przy popycie dwukrotnie przewyższającym ofertę podaży, obligacje  o wartości 4,75 mld euro i 1,75 mld dolarów.

Od emisji na zagranicznych rynkach nie stronią także duże polskie firmy. W ostatnich dniach o zamiarze wyemitowania papierów o wartości 0,5 mld euro poinformowali przedstawiciele Tauronu. Do końca 2020 r. spółka będzie potrzebowała około 10 mld zł na zrefinansowanie i spłatę zadłużenia. Zdobycie takich środków wyłącznie na krajowym rynku mogłoby być niełatwe. Na początku marca o zakończeniu procesu sprzedaży dziesięcioletnich obligacji za 300 mln euro poinformowała Energa. Papiery będą notowane na giełdzie w Luksemburgu. Spółka pracuje też nad emisją obligacji hybrydowych, które objąć miałby Europejski Bank Inwestycyjny. W tym roku 3 mld zł z emisji obligacji zamierza uzyskać PZU i nie jest wykluczone, że częściowo odbędzie się to poprzez sprzedaż papierów nominowanych w walutach na rynku zagranicznym. Emisji euroobligacji, z których środki przeznaczone byłyby na potrzeby Krajowego Funduszu Drogowego, nie wyklucza też Bank Gospodarstwa Krajowego. Resort infrastruktury szacuje łączne potrzeby pożyczkowe Funduszu na ten rok na ponad 8 mld zł. Wcześniej palny zagranicznej emisji sygnalizowała też obuwnicza firma CCC.

Poszukiwanie kapitału na rynkach zagranicznych w przypadku dużych spółek wiąże się nie tylko ze skalą emisji, którą na krajowym podwórku trudno byłoby uplasować, czy niższymi kosztami finansowania w dolarach i euro, ale także z możliwością pożyczania na dłuższe okresy, sięgające 10 lat przy stałej stopie oprocentowania. Do akceptacji takich warunków rodzimi inwestorzy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Źródło: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Według danych GUS, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był w lutym wyższy niż przed rokiem o 2,2 proc. Poprzednio mocniejszy, sięgający 2,4 proc. jego wzrost zanotowano w grudniu 2012 r. Wówczas referencyjna stopa procentowa NBP wynosiła 4,25 proc. Pięć lat temu sytuacja była jednak zupełnie inna niż obecnie. Inflacja znajdowała się na ścieżce spadkowej, zniżkując z 5 proc. w maju 2011 r. do 2,4 proc. w grudniu 2012 r., a Rada Polityki Pieniężnej zaczynała trwający aż do dziś cykl łagodzenia warunków monetarnych, obniżając w przyspieszonym tempie stopę referencyjną z 4,75 proc. w październiku do 4 proc. w grudniu 2012 r., a potem sukcesywnie aż do 1,5 proc. w marcu 2015 r. Na przełomie 2012 i 2013 r. dynamika wzrostu gospodarczego obniżyła się do 0,1-0,2 proc., wyznaczając dołek koniunkturalnego spowolnienia. Od początku 2014 r. wzrost PKB przekracza 3 proc., za wyjątkiem ostatnich dwóch kwartałów ubiegłego roku, inflacja rośnie dynamicznie od trzech miesięcy, a stopy procentowe pozostają na historycznie niskim poziomie już od 24 miesięcy, co jest rekordowo długim okresem utrzymywania ich wartości bez zmian. Rada Polityki Pieniężnej sygnalizuje, że ulegnie on przedłużeniu jeszcze co najmniej do końca obecnego roku, a być może oczekiwanie na podwyżkę przeciągnie się do 2018 r.

Sprzyjałoby to podtrzymaniu dobrej koniunktury gospodarczej dzięki korzystnym warunkom finansowania przedsiębiorstw, ale jednocześnie stawiałoby w trudnej sytuacji posiadaczy oszczędności. Nie jest to zaś problem błahy, jeśli wziąć pod uwagę niski poziom krajowych oszczędności oraz fakt, że bez oszczędności nie może być mowy o wzroście inwestycji, chyba, że będziemy finansować je poprzez wzrost zadłużenia i import kapitału z zagranicy. Ale tego drugiego scenariusza z wielu względów warto byłoby uniknąć lub przynajmniej zmniejszyć jego skalę. Już teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której stopy procentowe są w ujęciu realnym ujemne, a z punktu widzenia posiadaczy oszczędności, inflacja i podatek od dochodów kapitałowych niweluje z naddatkiem zyski z odsetek od lokat bankowych. Być może więc Rada Polityki Pieniężnej stanie przed dylematem bilansowania nie tylko dynamiki inflacji i tempa wzrostu gospodarczego, ale także konieczności pobudzania wzrostu stopy oszczędności. Z tego punktu widzenia, można by się spodziewać podwyżki stóp procentowych w perspektywie krótszej niż obecnie sygnalizowana.

Z najnowszej projekcji wynika, że NBP spodziewa się przyspieszenia tempa wzrostu PKB do 3,7 proc. w tym roku i ponownego spowolnienia w 2018 r. i kolejnych latach do około 3,2-3,3 proc., w związku z wygasaniem dynamiki popytu krajowego, wspomaganego przez konsumpcję oraz słabszym wpływem transferów socjalnych oraz płynących ze środków unijnych.

Projekcja zakłada także, że w tym i przyszłym roku dynamika wzrostu cen konsumpcyjnych wyniesie średnio 2 proc., a więc choć będzie nieco poniżej celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5 proc., to jednak stopy procentowe będą realnie ujemne przez dość długi czas, co w przeszłości się nie zdarzało. Inflacja bazowa, czyli nie uwzględniająca cen energii i żywności, ma wynieść w tym roku 0,9 proc., a w przyszłym 1,5 proc. W poprzednim cyklu przechodzenia od deflacji do inflacji w latach 2006-2007, RPP zaczęła podnosić stopy procentowe w momencie, gdy inflacja bazowa przekroczyła 1 proc., a gospodarka była mocno już rozgrzana. Obecnie z analogiczną sytuacją możemy mieć do czynienia na przełomie lat 2017-2018.

Perspektywy dla inflacji nie są klarowne. Z jednej strony wygasanie efektu statystycznego, związanego z niskim punktem odniesienia dla cen ropy naftowej z ubiegłego roku, będzie w drugiej połowie roku zmniejszało presję inflacyjną, pod warunkiem, że notowania ropy nie pójdą w górę. Drożeją jednak inne surowce, w tym miedź oraz pozostałe metale, przekładając się na wyższe kosztu produkcji, które firmom będzie łatwiej przerzucać na konsumentów. Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, ceny żywności w tym roku mają rosnąć w bardzo umiarkowanej skali, jednak dane FAO wskazują na systematyczny wzrost cen wszystkich głównych grup produktów i surowców rolnych na świecie, wchodzących w skład wyliczanego przez tę instytucję indeksu. Jego wartość osiągnęła już w styczniu poziom najwyższy od prawie dwóch lat, a w lutym ta tendencja była kontynuowana. Może się ona, wraz z prawdopodobnym osłabieniem złotego wobec dolara, wynikającym z polityki Fed, przyczynić do wzrostu cen żywności. Jeśli dodać do tego presję płacową, wynikającą z sytuacji na naszym rynku pracy, można spodziewać się utrzymywania inflacji na dość wysokim poziomie, zbliżonym do 2 proc.

W lutym żywność była droższa o 4,3 proc. niż rok wcześniej (łącznie z napojami i wyrobami tytoniowymi wzrost wyniósł 3,3 proc.). O 11,2 proc. zdrożał transport, a ceny paliw poszły w górę w porównaniu do lutego ubiegłego roku aż o  21,2 proc. W przypadku pozostałych kategorii zwyżki były niewielkie, w większości nie przekraczały 1 proc. O 5,5,proc. potaniały odzież i obuwie, a o 1,2 proc. w dół poszły ceny usług związanych z łącznością.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Warszawskie indeksy podążyły wreszcie bardziej ochoczo za rosnącymi silnie wskaźnikami głównych parkietów europejskich. W Nowym Jorku jednak już tak sielankowo nie było, co może być pewnym problemem w kontynuacji zwyżki.

W środę w dobry nastrój inwestorów wprawił wyraźny wzrost PMI w chińskim sektorze usług oraz nienajgorsze odczyty wskaźników dla głównych krajów naszego kontynentu. Moment zawahania przyszedł wraz z zaskakująco słabym raportem ADP. Dużo niższy niż oczekiwano wzrost liczby miejsc pracy sugerował zmniejszenie ryzyka wrześniowej podwyżki stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych, a więc powinien działać na korzyść byków. Jednak przyhamował zwyżkę w Paryżu i Frankfurcie, mimo wzrostu kontraktów na amerykańskie indeksy. Nadspodziewanie mocny skok wskaźnika ISM dla amerykańskich usług dodał jednak impetu giełdom po obu stronach oceanu. CAC40 i DAX kończyły notowania sięgającymi po około 1,6 proc. zwyżkami.

Problem w tym, że na Wall Street z czasem zaczęły przeważać wątpliwości, czy jednak dobra koniunktura w usługach nie skłoni Fed do wcześniejszej podwyżki. S&P500 stopniowo zmniejszał 15 punktowy dorobek, osiągnięty w pierwszych godzinach handlu, ostatecznie zwyżkując o zaledwie 6 punktów, czyli 0,3 proc. W dodatku Dow Jones zakończył dzień symbolicznym spadkiem. Co prawda to słabsze zachowanie można tłumaczyć przekraczającym 9 proc. tąpnięciem kursu akcji Walt Disney Company, spowodowanym obniżeniem przychodów i prognoz, ale złe wrażenie zostaje. Z rozterkami inwestorzy będą musieli radzić sobie do piątkowych danych z rynku pracy, choć i dziś poznają dane o planowanych zwolnieniach i wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych.

Warszawskie indeksy, a szczególnie WIG20, do południa wyraźnie ociągały się ze skorzystaniem z dobrych nastrojów w otoczeniu. Przeszkadzały w tym mocno tracące walory PGE, ale i spadki kilku innych dużych spółek. W końcu byki dały się przekonać, czerpiąc siłę głównie z silnych zwyżek papierów PGNiG i PKN Orlen, do których z czasem dołączyły akcje KGHM i obu największych banków oraz PZU. Jednak nawet niemal 1,5 proc. zwyżka WIG20 i pokonanie 2250 punktów, nie zmieniły zasadniczo sytuacji wskaźnika. O przełomie można będzie myśleć po dotarciu w okolice 2300 punktów. Wskaźniki małych i średnich spółek są już w okolicach poziomów, których trwałe przebicie może otworzyć drogę do realizacji jeszcze bardziej niż dotąd optymistycznego scenariusza, czyli ataku na szczyty z początku maja. O ile los WIG20 wciąż mocniej zależy od sytuacji w otoczeniu, to mWIG40 i sWIG80 mają szansę poradzić sobie samodzielnie.

Otoczenie w czwartkowy poranek nie jest zbyt przychylne. Na giełdach azjatyckich przeważają spadki, ale wyjątek stanowią zwyżkujący o 0,7 proc. Nikkei i wahający się Shanghai Composite. Nieznacznie w dół idą kontrakty na główne indeksy amerykańskie i europejskie, sugerując korekcyjny początek handlu. Nastroje mogą psuć sprzeczne opinie dotyczące szans na porozumienie z Grecją. Zapewnieniom o szybkich postępach rozmów towarzyszą wątpliwości wyrażane przez przedstawicieli niemieckiego rządu w kwestii szans dogadania się do 20 sierpnia.

 

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Choć indeks naszych największych spółek zdołał w poniedziałek utrzymać pokaźną piątkową zwyżkę, to jednak nie błyszczał nie tylko w porównaniu z głównymi giełdami kontynentu, ale znalazł silną konkurencję na rodzimym parkiecie.

Fakt, że WIG20 nie tylko nie stracił piątkowego dorobku, ale nawet nieznacznie go powiększył, oddalając się od poziomu 2200 punktów, nie oznacza że byki mogą już spać spokojnie, nie martwiąc się o ponowne testowanie niedawnego dołka. Po pierwsze, w poniedziałek obroty były zbyt niskie, by sygnał można uznać za w pełni wiarygodny. Po drugie, indeks miewał trudności z utrzymaniem się na plusie, a sukces został osiągnięty „rzutem na taśmę”, czyli na końcowym fixingu. Po trzecie, skala zwyżki, w porównaniu do tej z Frankfurtu, była więcej niż skromna. Po czwarte, o ile w piątek we wzrostach uczestniczyli niemal wszyscy przedstawiciele indeksu, to w poniedziałek została ich tylko szóstka. Są też i pozytywne sygnały. Pierwszy to fakt, że liderami wzrostów były akcje dwóch największych banków i akurat w ich przypadku była to druga zwyżka z rzędu, o większej dynamice niż poprzednia. Drugi to równie konsekwentny ruch w górę Tauronu i Energi, dwóch przedstawicieli branży niemal równie mocno przecenionej, jak banki.

W przypadku PKO zagadką będzie reakcja na doniesienia prasowe o planowanej przez Skarb Państwa zmianie na stanowisku prezesa, a w przypadku Pekao reakcja na wyniki finansowe, które okazały się gorsze niż rok wcześniej o ponad 7 proc., ale wyższe o 7 proc. niż się spodziewano.

O ile w przypadku WIG20, tendencja wzrostowa jest na razie ledwie dostrzegalna, to znacznie bardziej wyraźnie widoczna jest na wykresach pozostałych indeksów, a szczególnie mWIG40 i sWIG80. Wskaźnik średniaków co prawda w poniedziałek nieco rozczarował, ale utrzymał się powyżej przebitego w trakcie poprzedniej sesji poziomu 3800 punktów. Lekki spadek można uznać za niegroźną korektę i ruch powrotny. Warto zauważyć, że od dołka z początku lipca, mWIG40 zyskał już 7 proc. W jego ślady idzie coraz śmielej sWIG80, który poszedł w tym czasie w górę o 5 proc., a wczoraj zbliżył się do ważnego poziomu 13 400 punktów. W jego przypadku problemem są jednak symboliczne obroty oraz „wydarzenia jednorazowe”, w postaci kilkunastoprocentowych wzrostów walorów Kofoli i Biotonu.

Dziś problemem może być poniedziałkowe słabe zachowanie amerykańskich indeksów oraz ewentualna korekta silnych zwyżek we Frankfurcie i Paryżu. Zagrożenie może też stanowić przecena na rynkach surowcowych. Nawet jeśli bezpośrednio nie uderzy w nasze spółki, to przełożyć się może poprzez pogorszenie się nastawienia do emerging markets.

Poranny przegląd sytuacji wskazuje na możliwość niewielkiego odreagowania poniedziałkowej silnej przeceny ropy naftowej. Mocne odbicie widoczne jest na giełdzie w Chinach. Kontrakty na główne indeksy amerykańskie i europejskie wskazują na brak zdecydowania inwestorów.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Walory KGHM nie poszły we wtorek za ciosem i zaliczyły korektę, mimo silnej zwyżki notowań kontraktów na miedź. Na mocniejsze odreagowanie zdobyły się za to papiery największych banków. WIG20 nie zdołał jednak przebić się powyżej 2200 punktów, choć otoczenie sprzyjało bykom.

Jak można się było obawiać, euforyczna zwyżka cen akcji KGHM szybko ustąpiła miejsca chłodniejszej kalkulacji. W kontynuacji hossy nie pomogły ani wzrosty notowań kontraktów na miedź, ani zapowiedzi ministra skarbu, dotyczące pilnego przeanalizowania możliwości zmian w konstrukcji opodatkowania wydobycia surowca. Miedziowymi walorami wciąż jednak handlowano bardzo intensywnie.

Fatalną passę usiłowały przerwać papiery największych banków. Mimo sporych wzrostów, na trwałą poprawę tendencji wciąż jednak trudno liczyć. Rozstrzygnięcie dylematu, ile obaw związanych z planami polityków wobec sektora jest już w cenach, a ile jeszcze czeka na uwzględnienie, nie nastąpi raczej zbyt szybko. W przypadku Getin Noble wrażenie robi nie tylko skala wtorkowej zwyżki, ale także imponujące obroty, utrzymujące się już od trzech sesji na rzadko spotykanym poziomie.

Solidny, ale nieprzesadny wzrost miał miejsce w przypadku Orange, które pozytywnie zaskoczyło wynikami za pierwsze półrocze. Z przedpołudniowej niemal 6 proc. zwyżki na koniec dnia zostało tylko 2 proc. Trwałe przekroczenie poziomu 8,5 zł nie będzie łatwe.

WIG20 nie zachwycił, szczególnie na tle zwyżkujących po ponad 1 proc. indeksów w Paryżu i Frankfurcie. Trwające od czterech sesji próby powstrzymania spadkowej tendencji, okraszone poniedziałkowym chwilowym zejściem poniżej 2160 punktów nie robią dobrego wrażenia, tym bardziej, że byki już dwukrotnie zostały zdecydowanie skontrowane po podciągnięciu wskaźnika zaledwie kilka punktów powyżej 2200 punktów. Mimo podobnych kłopotów ze sforsowaniem 52 tys. punktów, lepiej wygląda sytuacja w przypadku wskaźnika szerokiego rynku, który pozostaje we w miarę bezpiecznej odległości od dołka z 8 lipca, choć w poniedziałek na moment się do niego zbliżył.

Czekanie na lepszą okazję do ataku, szczególnie w przypadku WIG20 może się zemścić. Dziś jednak może nam pomagać dobre zakończenie wtorkowej sesji na Wall Street, gdzie S&P500 poszedł w górę o 1,2 proc. Handel może toczyć się spokojniej, trudno się bowiem spodziewać dużej aktywności inwestorów przed wieczornym posiedzeniem Fed. Niewykluczone, że przyniesie ono jakieś wskazówki w kwestii terminu podwyżki stóp procentowych, choć na jasne deklaracje raczej trudno liczyć.

Poranek przynosi kontynuację odreagowania na rynkach surowcowych, ale skala wzrostów jest już tylko symboliczna. Nieznacznie zniżkuje Nikkei, mimo lepszych niż oczekiwano danych o sprzedaży detalicznej. W dół idą wskaźniki w Szanghaju, ale bez typowej dla siebie dynamiki. Lekkie spadki notują kontrakty na indeksy amerykańskie i europejskie.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Nieoczekiwana pomoc, jaką warszawskie byki otrzymały ze strony akcji KGHM, przyszłą w samą porę. Dzięki niej WIG20 obronił się przed spadkiem poniżej minimum z czerwca 2013 r. Wciąż jednak nie można mieć pewności, że jego test został zakończony pomyślnie i zła passa zostanie przełamana. Dziś wsparciem może być prawdopodobne odreagowanie przeceny na giełdach światowych.

Zaskakująca zapowiedź złożenia przez PiS projektu ustawy zakładającego zniesienie surowcowej daniny jaką obłożono KGHM, przyniosła piorunujący efekt w postaci przekraczającego momentami 11 proc. skoku akcji lubińskiego kombinatu. Poprawiła też nastroje w przypadku kilku innych spółek. Przede wszystkim jednak pomogła indeksowi największych firm wrócić z dalekiej podróży, w wyniku której znalazł się on zaledwie kilka punktów powyżej dołka z 27 czerwca 2013 r., stanowiącego symboliczny ostatni bastion byków w obronie przed zejściem w okolice 2000 punktów.

Obrona stała się faktem, ale okoliczności, w jakich się odbyła, nie budzą wielkiego entuzjazmu. Fakt, że PiS swoją zapowiedź zadeklarował akurat w dniu, w którym premier Ewa Kopacz „wizytowała” jeden z zakładów KGHM świadczy jednoznacznie, że polityczna walka niestety przenosi się i na giełdę i na gospodarkę, a wszelkie chwyty są w niej dozwolone. Ten akurat giełdzie się przysłużył, ale na dużo więcej chyba nie ma co liczyć.

Obiektywnie rzecz biorąc, jeśli formuła podatku w jakikolwiek sposób miałaby odnosić się do sytuacji spółki, to powinna zadziałać właśnie teraz. Tymczasem premier rządu pod naciskiem deklaruje, że „być może trzeba pomyśleć”. A jest o czym, patrząc na pikujące notowania miedzi i mało optymistyczne perspektywy. Odpukać, ale skojarzenia z sytuacją JSW nasuwają się jednoznacznie, a obniżenie wyceny papierów KGHM do 69,2 zł przez analityków Erste inwestorzy mogą wziąć pod uwagę.

Wczorajsza zniżka kontraktów na miedź o niemal 2 proc. została dzięki PiS zneutralizowana, ale polityka i regulacje rynkowych trendów nie zmienią. Można było się o tym przekonać patrząc na poniedziałkowe wydarzenia na parkiecie w Chinach i ich konsekwencje na większości giełd na świecie. Na tle spadających po ponad 2,5 proc. wskaźników w Paryżu i Frankfurcie, zwyżka WIG20, w dodatku w towarzystwie indeksów w Rydze i Tallinie, wyglądała dość kuriozalnie.

Dziś inwestorzy obserwować będą z uwagą nie tylko notowania akcji KGHM, ale i Orange. Telekom, wbrew obawom, po poniedziałkowej sesji pochwalił się wynikami lepszymi niż się spodziewano i wyższym niż przed rokiem zyskiem, ale jednocześnie jego przedstawiciele nie tryskali optymizmem w ocenach perspektyw na drugie półrocze.

Szansą na kontynuację wzrostów w Warszawie może być widoczna w porannych notowaniach chęć odreagowania przeceny na świecie. W Chinach nadal po ponad 1 proc. tracą główne indeksy, ale te które grupują akcje typu A, będące domeną rodzimych graczy, idą w górę. To sugeruje, że pojawiły się kolejne próby administracyjnego powstrzymywania paniki. Zwyżkują notowania surowców i kontraktów na główne wskaźniki europejskiej i amerykańskie. Sytuacja może jednak być dynamiczna.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Dwudniowa próba przełamania niekorzystnych tendencji na giełdach została skutecznie skontrowana. Tym razem „nóż w plecy” wbił bykom Międzynarodowy Fundusz Walutowy, którego przedstawiciele w piątek zniecierpliwieni barakiem konstruktywnego podejścia do negocjacji z Grecją, spakowali walizki i wrócili do Waszyngtonu.

Reakcja rynków na tę współczesną i zmodyfikowaną wersję odprawy posłów greckich z kwitkiem, była natychmiastowa i jednoznaczna. Od piątkowego południa indeksy ruszyły w dół. Jednak za wyjątkiem Aten, przecena nie była specjalnie dramatyczna. Fakt ten można interpretować dwojako. Można sądzić optymistycznie, że ten wstrząs może wreszcie przyniesie jakiś efekt i około 18 czerwca do porozumienia wreszcie dojdzie i inwestorzy na taki scenariusz liczą. W konsekwencji najbliższe dni być może już nie będą aż tak nerwowe. W wersji pesymistycznej, można się spodziewać, że wyprzedaż będzie jednak kontynuowana, dopóki przełom nie stanie się wyraźnie widoczny.

Technicznie obraz rynków oczywiście uległ pogorszeniu, ale nie na tyle, by zakładać negatywny scenariusz. Wiele zależeć będzie od przebiegu dzisiejszego handlu, a ten będzie stał z pewnością pod znakiem kolejnych sygnałów z greckiego frontu. Stosunkowo najmniej szkód piątkowy spadek poczynił na Wall Street. Tam jednak do środowego posiedzenia Fed może być nerwowo. Dziś inwestorów czekają dość istotne dane o dynamice produkcji przemysłowej oraz wykorzystaniu mocy produkcyjnych. S&P500 od obronionego niedawno wsparcia w okolicach 2080 punktów dzieli w miarę bezpieczna odległość, przynajmniej w perspektywie dzisiejszej sesji. Mniej pewna jest za to perspektywa obrony 11 tys. punktów przez DAX. Nie można wykluczyć, że w pierwszej części dnia niedźwiedzie mogą spróbować sforsować ten poziom. Oprócz kwestii Grecji, na rynki naszego kontynentu mogą też mieć wpływ planowane wypowiedzi szefa Bundesbanku oraz Mario Draghiego. Prawdopodobne są w nich odniesienia w kontekście greckim.

Nasz rynek to znów niewiadoma. Można założyć, że o ile warunki zewnętrzne nie będą nadmiernie niekorzystne, prawdopodobna jest poranna próba poprawy sytuacji. W ostatnich dniach korelacja WIG20 z głównymi indeksami światowymi jest jednak bardzo wyraźna. Patrząc zaś na piątkowe zachowanie kursów największych spółek, trudno być optymistą. Poza najmocniej spadającymi walorami mniej ważących na indeksie spółek, bardzo słabo prezentował się cały sektor energetyczny. Niewiele ustępowały mu walory największych banków. Po prawie 1 proc. w dół poszły notowania KGHM i PKN Orlen. Mimo niewielkiej skali spadku papierów PGNiG, Orange i PZU, ani przez moment nie było widać najmniejszej presji popytu, co sprawiało wrażenie, jakby ich posiadacze chętnie godzili się ponieść sięgający kilku dziesiątych procent wymiar kary, by uniknąć ryzyka większej straty.

Nieco mocniej prezentował się segment małych i średnich firm, choć z tej dwójki zdecydowanie lepiej wygląda mWIG40.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Niepewność inwestorów była w poniedziałek widoczna na rynkach akcji, obligacji oraz walutowym, w postaci wahań nastrojów, momentami dość silnych. Z podobną huśtawką trzeba się liczyć także w kolejnych dniach. Bodźców do zmian kierunku ruchu będzie pod dostatkiem. Dziś na pierwszym planie może być kwestia Grecji. Na naszym parkiecie uwagę zwraca bardzo mocne zachowanie indeksu średnich spółek.

Obserwując poniedziałkowe zmiany na rynkach, można było łatwo wpaść w stan dezorientacji. Po niezbyt optymistycznych danych z Chin, indeksy w Szanghaju poszybowały w górę po 4,7-5,5 proc. Ten impuls przeniósł się początkowo na główne parkiety europejskie, które zwyżkowały w pierwszej godzinie handlu po 0,8-1 proc., ale bardzo szybko ustąpił miejsca pesymizmowi. W południe DAX i CAC40 były już po kilka dziesiątych procent pod kreską, po dwóch godzinach ponownie szły w kierunku porannych maksimów, po czym znów zaliczyły solidne osłabienie, by zakończyć dzień zwyżką po 0,2-0,35 proc. Nieco mniej „bujało” indeksami na Wall Street, ale i tam były momenty wzlotów i upadków. Ostatecznie przeważyły te pierwsze, o ile mianem wzlotu można określić wzrost o 0,2 proc.

Kurs dolara do euro zmieniał się przez cały dzień równie nerwowo jak europejskie indeksy, choć przewagę utrzymywała waluta amerykańska. Po wielu godzinach marazmu, po południu ożywił się zdecydowanie rynek długu. Rentowność niemieckich dziesięciolatek podskoczyła gwałtownie z 0,47 do 0,55 proc.

Te ruchy nie spowodowały jednak wyraźnych zmian obrazu sytuacji na rynkach, ani tym samym nie przyniosły żadnych wskazówek na najbliższą przyszłość. Trudno się temu dziwić, bowiem w kolejnych dniach bodźców będzie równie dużo, jak wczoraj. Niektóre mogą być równie zaskakujące, jak te ze Stanów Zjednoczonych, gdzie po serii słabszych danych nieoczekiwanie pozytywne sygnały dały przemysłowy ISM, dynamika wydatków na inwestycje budowlane oraz dochodów Amerykanów. Tym bardziej bacznie obserwowane będą dziś informacje o zamówieniach na dobra trwałe i zamówieniach amerykańskiego przemysłu. Jeśli będą równie optymistyczne, mogą powrócić rachuby związane z wcześniejszą podwyżką stóp procentowych. Inwestorzy poczekają jednak prawdopodobnie z poważniejszymi decyzjami na lekturę Beżowej Księgi i dane z rynku pracy, a więc rynkowe rozstrzygnięcia zaczną krystalizować się od środy.

W porównaniu z innymi rynkami, nasz segment największych spółek był niemal oazą spokoju, choć malkontenci określili by ten stan mianem marazmu. W ciągu dnia zmiany były rzeczywiście niewielkie, a końcowy spadek o 0,03 proc. mówi sam za siebie. Trudno powiedzieć cokolwiek więcej, poza stwierdzeniem, że byki obroniły się przed pogłębieniem spadkowej tendencji. Za to byki działające na rynku średnich spółek, poczynały sobie aż nadto odważnie. Rosnący o 0,7 proc. mWIG40 należał do najsilniejszych indeksów w Europie, ustępując nieznacznie jedynie bliźniaczemu wskaźnikowi niemieckich średniaków oraz indeksowi z Tallina. W zwyżkach uczestniczyło niemal trzy czwarte spółek wchodzących w mWIG40, co dodatkowo wzmacnia pozytywną wymowę wczorajszej sesji. Ich skala w przypadku sporej części walorów była imponująca. Wczorajszy wolumen obrotów co prawda nie zachwycał, ale do myślenia daje jego piątkowy skok do poziomu najwyższego od października ubiegłego roku. Wówczas podobna zwyżka wolumenu zapoczątkowała trwającą sześć tygodni falę wzrostu indeksu średniaków. Powtórki tego scenariusza nie można wykluczyć.

Dziś o kontynuację dobrej passy może być trudno, przynajmniej na początku dnia, bo nastroje na świecie o poranku nie wyglądają najlepiej. W Azji przeważają spadki, miejscami przekraczające 1 proc., ale Nikkei i Shanghai Composite tracą po około 0,1 proc. Po 0,1-0,2 proc. w dół idą kontrakty na główne indeksy amerykańskie i europejskie. W przypadku tych ostatnich powodem może być niepokój o wynik wczorajszych wieczornych rozmów szefów MFW, EBC i Komisji Europejskiej w sprawie Grecji z udziałem prezydentów Niemiec i Francji. Media określają je jako spotkanie ostatniej szansy i ostatecznej propozycji dla Grecji.

 

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Byki staną dziś przed niełatwym zadaniem przerwania niekorzystnej passy. Nie jest to jeszcze może sesja ostatniej szansy, ale czas najwyższy próbować odreagowania. Główne bodźce to brak porozumienia z Grecją, z drugiej zaś seria ważnych danych makroekonomicznych, których wymowa jest niepewna.

Na fiasko zapowiadanego porozumienia z wierzycielami, które zdaniem przedstawicieli Grecji miało być zawarte do niedzieli, rynki są raczej przygotowane. Nie oznacza to jednak, że nie będzie żadnej reakcji, tym bardziej, że w piątek przypada termin spłaty części zobowiązań wobec MFW. Stanowisko Funduszu jest równie jednoznaczne, jak jednoznaczny jest fakt, że Grecja nie ma pieniędzy, nie godzi się na dalsze „przyciskanie” i nie bierze odpowiedzialności za obecną sytuację negocjacyjną. Z pewnością będzie więc nerwowo, pytanie tylko, czy już dziś, czy też możliwa jest chwila wytchnienia.

Niewiadomą są sygnały, jakich dostarczą dane makroekonomiczne. PMI chińskiego przemysłu według Markit wzrósł minimalnie mocniej niż się spodziewano, ale pozostał poniżej 50 punktów. Według chińskiej CFLP także wzrósł symbolicznie i równie symbolicznie trzyma się powyżej kluczowego poziomu. W Szanghaju euforia, indeksy idą w górę po 3-4 proc. Nikkei lekko zniżkuje po danych zgodnych z oczekiwaniami i przekroczeniu przez PMI bariery 50 punktów.

Kluczowe mogą okazać się dane z Niemiec, gdzie oczekuje się spadku PMI, co w połączeniu z wcześniejszymi rozczarowującymi informacjami o dynamice PKB, mogłoby stanowić impuls do wyprzedaży. Także zza oceanu napłyną bardzo ważne informacje, dotyczące nie tylko PMI i ISM, ale także dochodów i wydatków Amerykanów oraz inwestycji budowlanych. Do tego planowane są wystąpienia dwóch przedstawicieli Fed.

A sytuacja na giełdach jest napięta. Po piątkowym przekraczającym 2 proc. spadku DAX zbliża się do ważnych dołków z połowy maja i z początku ubiegłego miesiąca. Ich przetestowanie i skuteczna obrona mogłaby sprowokować mocniejsze odreagowanie. Pod warunkiem, że pozwoli na to kwestia Grecji. W przeciwnym razie wsparcia można wypatrywać dopiero w okolicy 11 tys. punktów, czyli prawie 4 proc. niżej wypadło piątkowe zamknięcie.
Niepewne są losy indeksów na Wall Street, gdzie S&P500 po niedawnych kilkukrotnych zabawach z nowymi rekordami, kończących się za każdym razem niewielkim cofnięciem, wszedł w fazę korekty. Na razie jej skala ledwie przekracza 1 proc., a pierwsze wsparcie znajduje się zaledwie 7 punktów od piątkowego zamknięcia. W minionym tygodniu już raz zostało przetestowane, a test wyszedł na korzyść byków. Nie oznacza to jednak, że powtórkę tego scenariusza mają w kieszeni. Najbliższe dni będą obfitowały w ważne informacje makroekonomiczne, a tydzień zakończą dane z rynku pracy. Emocji także więc nie zabraknie.

Sytuacja techniczna indeksu naszych największych spółek na tym tle wygląda podobnie, z tym że byki już dziś muszą powalczyć o utrzymanie poziomu piątkowego zamknięcia, bo inaczej będą miały okazję do kontry dopiero 40 punktów niżej. Przeciw sobie będą mieć nie tylko niepewne nastroje w otoczeniu, ale także pewne zapowiedzi prezydenta elekta. Jedną z nich jest wprowadzenie podatku od obrotów wielkich sieci handlowych. W każdej chwili może zostać nagłośniona sprawa nowej daniny od banków i kłopot gotowy.

Poza Szanghajem szału o poranku nie ma. Kontrakty na amerykańskie i europejskie indeksy zwyżkują po około 0,1 proc. Ropa tanieje, o kilka dziesiątych procent rosną kontrakty na miedź. Nastroje są wiec na razie neutralne.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Połączenie dramatycznej sytuacji Grecji ze zwyżkami na głównych giełdach europejskich sprawia wrażenie dysonansu, który nie ma szans zbyt długo się utrzymać. Podbijanie stawki może skończyć się boleśnie już wkrótce. Nieco dłuższy żywot może mieć ostra licytacja na Wall Street, obliczona na opóźnienie podwyżki stóp procentowych przez Fed.

Fakt, że europejscy inwestorzy ignorują wykonywane przez Grecję karkołomne próby udawania, że spłacają zobowiązania wobec MFW, używając do tego pieniędzy stanowiących ich „wkład własny” w tej instytucji, a MFW udaje, że to nic wielkiego, można uznać za blef. Problem w tym, czy uda się ten blef kontynuować, w sytuacji gdy Grecy mówią jednocześnie, że nie odpuszczą już w negocjacjach ani milimetra, a MFW zastanawia się nad ultimatum, zakładającym ostateczne zamknięcie przed nimi swego sejfu. Poniedziałkowy skok rentowności greckich obligacji do prawie 11,5 proc. sugeruje, że twardzieli na rynku długu szybko ubywa, a tendencja ta może przenieść się na giełdy. Sprawdzanie tego założenia możemy zobaczyć już wkrótce, a pierwsze sygnały mogą się pojawić na parkiecie w Atenach, który wczoraj rósł o 1,6 proc. Sytuację komplikuje fakt, że Grecy raz deklarują determinację pozostania w strefie euro, a innym razem szachują rozpisaniem referendum w sprawie reform. Nastrój niepewności we Frankfurcie i Paryżu jest wyraźnie widoczny już od kilkunastu sesji, niewiele więc trzeba, by doszło do rozstrzygnięć.

Zdecydowanie więcej czasu mają z pewnością inwestorzy amerykańscy, którzy wciąż licytują się, czy Fed podwyższy stopy w czerwcu, we wrześniu, pod konie tego roku, czy może dopiero w przyszłym. Wszystkie opcje są w grze. Wszystkie mają swoje odzwierciedlenie opiniach przedstawicieli rezerwy federalnej. Na razie licytację wygrywają byki, windując indeksy na rekordowe poziomy. Nieco światła na tę kwestię mogą rzucić piątkowe dane o inflacji w USA.

Dziś gracze muszą się zadowolić inflacją w strefie euro oraz indeksem nastrojów niemieckich inwestorów instytucjonalnych, którego wartość, według sondaży analityków, może obniżyć się do 49,5 punktu, powracając po trzymiesięcznej zwyżce, do poziomu ze stycznia. Po zakończeniu handlu w Europie, poznamy wypowiedzi szefa Fed z Nowego Jorku, a następnie samej Janet Yellen, które mogą urozmaicić oczekiwanie na piątkowe dane.

Nasz rynek podda się prawdopodobnie tendencjom wyznaczanym przez główne giełdy, tym bardziej, że już żadna z dużych spółek publikacją wyników nas nie zaskoczy, a informacje o dynamice zatrudnienia i wynagrodzenia raczej zrobią większego wrażenia, niż niedawny szacunek PKB. Wczoraj WIG20 zawisł niemal dokładnie w połowie drogi między 2500 a 2550 punktów, pozostawiając inwestorów w niepewności, którą dziś mamy szansę pożegnać.

Byki zbyt wielu atutów nie mają, ale do blefowania nie potrzeba asów. Blefować nie muszą gracze azjatyccy. Choć indeksy na części parkietów tego regionu lekko tracą dziś na wartości, Nikkei zyskuje prawie 1 proc., a Shanghai Composite idzie w górę o ponad 2,5 proc. Wydaje się, że jedynie te zwyżki są źródłem symbolicznego optymizmu na kontraktach na główne indeksy europejskie i amerykańskie, które rosną po kilka setnych procenta. Niepewność związana z Grecją widoczna jest w wahaniach kursu euro, który wczesnym rankiem kontynuował spadek, by później odrabiać straty.

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Pierwsza połowa maja przyniosła remis w zmaganiach byków z niedźwiedziami w kategorii największych spółek warszawskiego parkietu. Takiego wyniku raczej nasz rynek nie dowiezie do końca miesiąca, ale rozstrzygnięć nie należy się spodziewać już dziś. Poniedziałek nie będzie obfitował w ważkie wydarzenia, a istotne impulsy pojawią się w kolejnych dniach.

Podchodząc do sprawy z aptekarską dokładnością, można stwierdzić, że byki w pierwszej połowie maja uzyskały minimalną przewagę, zwiększając wartość WIG20 o około 0,4 punktu. Jednak kolejne nieudane próby sforsowania 2550 punktów dają fory niedźwiedziom, co było widać w minionym tygodniu, gdy indeks zniżkował łącznie o 1,3 proc., zmierzając w kierunku 2500 punktów, czyli pierwszego poważniejszego wsparcia.

Warto też zauważyć, że ubiegłotygodniowy spadek stanowił największą stratę od końca marca, czyli od ośmiu tygodni i przerwał trwającą sześć kolejnych tygodni serię wzrostów. Można powiedzieć, że korekta się należała, jednak trudno ocenić, czy osiągnęła już swój cel, czy też zobaczymy jej kontynuację. Prawdopodobne jest testowanie wspomnianego poziomu 2500 punktów, ale wiele zależeć będzie od sytuacji w naszym otoczeniu, a szczególnie od tego, co będzie się działo we Frankfurcie.

Mimo widocznej momentami wyraźnej niezależności indeksu naszych największych spółek, dostrzegalna jest też jednak korelacja z DAX-em. Wystarczy porównać brak zmiany WIG20 z sięgającym 0,1 proc. spadkiem DAX-a od początku maja i 1,3 proc. zniżkę naszego indeksu z 2,2 proc. stratą wskaźnika z Frankfurtu w minionym tygodniu. Ciekawostkę stanowi przy tym korelacja zachowania mWIG40 ze zmianami S&P500. Co prawda nasz wskaźnik średniaków stracił w ubiegłym tygodniu 0,2 proc., podczas gdy S&P500 wzrósł o 0,3 proc., ale nie jest to istotna różnica, biorąc pod uwagę fakt, że od początku maja zyskał 1,9 proc., czyli minimalnie więcej niż jego większy amerykański kolega, zwyżkujący w tym czasie o 1,8 proc.

Jeśli za dobrą monetę przyjąć zbieżność ruchów WIG20 i DAX-a, nasze byki mogą upatrywać szansy w tym, że indeks we Frankfurcie, mimo sporej ubiegłotygodniowej zniżki, uparcie, choć umiarkowanie skutecznie, bronił się przed zdecydowanym przełamaniem wsparcia, znajdującego się w okolicach 11,5 tys. punktów. Gdyby dziś próba jego utrzymania okazała się udana, mogłoby to stanowić korzystny impuls i dla naszego rynku.

Generalnie jednak, biorąc pod uwagę również to, co dzieje się na rynku obligacji, sytuacja jest trudna do prognozowania. Z porannego przeglądu sytuacji nie płyną wyraźne wskazówki. Na giełdach azjatyckich sytuacja zróżnicowana. Shanghai Composite zwyżkuje o kilka dziesiątych procent, ale Shanghai B-Share idzie w górę o ponad 3,5 proc. W Hong Kongu wskaźnik traci prawie 1 proc. Nikkei zyskuje 0,7 proc. po mieszanych danych o spadku produkcji przemysłowej i sporym wzroście zamówień na maszyny. Notowania surowców w większości przebywają na niewielkim minusie, za wyjątkiem ropy naftowej. Kontrakty na główne indeksy amerykańskie i europejskie spadają po 0,1-0,15 proc.

 

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Wtorek przyniósł kontynuację silnych spadków na głównych parkietach europejskich oraz ponowne wyraźne pogorszenie się nastrojów na Wall Street. Nasze indeksy na tym tle prezentowały się nieco lepiej, ale widać, że także szykują się do korekty ostatniej fali wzrostów.

Najgorzej wygląda sytuacja we Frankfurcie, gdzie indeks poszedł w dół o 2,5 proc., notując drugi tak silny spadek w ciągu zaledwie kilku dni, a cała trwająca od połowy kwietnia korekta, obniżyła jego wartość o 8,5 proc. Poprzednio z podobnie poważnym spadkiem mieliśmy do czynienia w pierwszej połowie grudnia ubiegłego roku, gdy DAX stracił ponad 7 proc. Obecnie widać jeszcze pewien potencjał do zniżki, a prób obrony można się spodziewać w okolicach 11 tys. punktów, poziomu nie tylko o znaczeniu psychologicznym, ale wyznaczonym w trakcie dwutygodniowej konsolidacji z pierwszej połowy lutego.

Trudno jednoznacznie zidentyfikować powody pogorszenia się nastrojów na głównych giełdach europejskich, poza naturalną realizacją zysków i korektą imponującego, trwającego niemal pół roku rajdu byków. Przedłużające się nerwowe negocjacje w sprawie kontynuacji pomocy finansowej dla Grecji, wydają się raczej pretekstem, a naprawdę nerwowo może być dopiero za kilka tygodni. Warunki do kontynuacji spadków są, szczególnie jeśli dołożyć do tego tradycyjną majową niechęć do posiadania akcji.

Na Wall Street niedawna radość i kolejne rekordy, związane z nadziejami na odsunięcie do jesieni terminu rozpoczęcia przez Fed cyklu podwyżek stóp procentowych, ustępują przed obawami o pogarszającą się kondycję amerykańskiej gospodarki. Jako alibi dla osłabienia tempa wzrostu, podobnie jak przed rokiem, powraca argument srogiej zimy. Co gorsza, zdaje się go używać także rezerwa federalna, więc choć scenariusz czerwcowej podwyżki został już niemal przez inwestorów pogrzebany, nie można wykluczyć, że znów pojawi się w grze. Każda publikacja danych, szczególnie dotyczących rynku pracy, będzie powodowała wzrost ciśnienia na rynkach. Pierwszy jego pomiar zobaczymy już dziś, po informacji ADP o liczbie nowych etatów, ale kluczowe będą dane piątkowe. Do tego czasu może być nerwowo.

Korekta zaczyna się rysować także na warszawskim parkiecie. WIG20 ostatecznie nie sforsował na razie poziomu 2550 punktów i znajduje się na drodze do najbliższego wsparcia. Pierwsze testowanie 2500 punktów miało miejsce już wczoraj i prawdopodobna jest kontynuacja tych prób. Obserwacja sytuacji może wiele wyjaśnić w kwestii siły rynku naszych dużych spółek. Niewiele na razie można powiedzieć o perspektywach segmentu średniaków. mWIG40 we wtorek początkowo wyraźnie podniósł i tak już dość wysoko ustawioną poprzeczkę, ale ostatecznie stracił 0,2 proc. I jemu korekta by się przydała. O ile w przypadku WIG20 byki i niedźwiedzie wczoraj zdobyczami podzieliły się po równo, to w mWIG40 miały wyraźnie większą liczebną przewagę. Co ciekawe, liderami spadków w obu indeksach były bliźniacze spółki. W przypadku blue chips były to LPP i PKN Orlen, a w gronie średniaków CCC i Lotos

Choć rozpoczynającą dzisiejszą serię danych informację o nieco mniejszym niż się spodziewano wzroście PMI dla chińskich usług trudno uznać za optymistyczną, indeksy w Szanghaju zwyżkują po ponad 1,5 proc. Na pozostałych parkietach azjatyckich dominują jednak spadki i to miejscami, na przykład w Bombaju, spore, bo sięgające 2 proc. Japończycy mają dzień wolny. Zwyżkują notowania większości surowców, w przypadku ropy wzrost sięga 1 proc., a cena europejskiej brent przekracza już 68 dolarów za baryłkę. Chęć odreagowania wtorkowych spadków sugerują rosnące po 0,2-0,3 proc. kontrakty na główne indeksy amerykańskie i europejskie. Do końca dnie jednak sporo może się wydarzyć, a kierunek ruchu trudno przewidzieć. Ostatnio nastroje potrafią zmieniać się diametralnie w bardzo krótkim czasie.

 

Roman Przasnyski1autor: Roman Przasnyski, analityk niezależny

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...