wtorek, Październik 22, 2019
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "rodzina 500+"

rodzina 500+

Rosnące ceny żywności dotykają wszystkich konsumentów, ale najbardziej emerytów i rencistów, którzy nie korzystają z silnego wzrostu wynagrodzeń czy też transferów socjalnych z programu Rodzina 500 plus.

Według danych Eurostatu we wrześniu w Polsce żywność zdrożała o 4,7 proc. r/r. Ceny dla tej kategorii produktów rosły szybciej jedynie w pięciu unijnych państwach, a przeciętny wynik dla całej wspólnoty wynosił 2,3 proc. Dodatkowo inflacja żywności w naszym kraju jest obecnie najwyższa od końca 2012 r.

W ciągu minionego roku w naszym kraju najbardziej podrożało masło – o 48 proc. Tylko w czterech europejskich krajach odnotowano procentowo wyższe podwyżki tego produktu. W Niemczech masło kosztuje dziś o 70 proc. więcej niż we wrześniu 2016 r., ale np. we Francji już tylko 7,6 proc. Silnie zdrożały w Polsce również jaja (7,7 proc. r/r), jogurty (9,1 proc. r/r) czy wieprzowina (7,4 proc. r/r).

Ostatnie miesiące to także znacznie wyższe wydatki dla zwolenników zdrowszych produktów. W porównaniu z wrześniem ub.r. świeże owoce podrożały o 9,7 proc., a warzywa o 5,8 proc. Niewielkim pocieszeniem dla większości konsumentów może być fakt, że w analogicznym okresie staniały o 0,7 proc. owoce morza czy napoje gazowane – o 0,4 proc.

Emeryci i renciści najbardziej poszkodowani

Teoretycznie wyższe ceny w sklepach dotykają każdego w ten sam sposób. Praktycznie jednak rosnące koszty zakupu żywności są dotkliwsze dla osób o najniższych dochodach. Dobrze pokazuje to coroczne badanie GUS dotyczące budżetów gospodarstw domowych.

W 2016 r. mediana wydatków na żywność oraz napoje stanowiła 30 proc. wszystkich wydatków emerytów oraz rencistów. W przypadku pracujących na własny rachunek czy gospodarstw nierobotniczych ten odsetek wynosi 23 proc. Emeryci oraz renciści w niewielkim stopniu korzystają natomiast z faktu, że np. ceny ubrań czy obuwia spadają (o 4,4 proc. r/r). W porównaniu do mediany wszystkich wydatków udział akurat tej kategorii jest u seniorów o ponad połowę mniejszy niż w przypadku ogółu gospodarstw domowych.

Naturalny jest również fakt, że emeryci czy renciści wydają na edukację niewielki odsetek (jedną siódmą) tego co reszta społeczeństwa. Ceny w tej kategorii rosną jednak stosunkowo wolno (o 1,3 proc. r/r), co obniża ogólny wskaźnik inflacji, ale analizowana grupa społeczna tego nie odczuwa.

Wysoki wzrost dochodów, ale nie dla seniorów

Według danych GUS średni dochód rozporządzalny na osobę wzrósł w 2016 r. o 7 proc. Dla gospodarstw domowych otrzymujących świadczenie wychowawcze Rodzina 500+ ten wzrost wyniósł 16,8 proc. (wśród małżeństw z co najmniej trójką dzieci o 25,2 proc.). Wyraźnie podniosły się również dochody na wsi (o 9,8 proc.).

Emeryci i renciści nie skorzystali z ostatnich zmian w programach socjalnych, omijał ich też szybki wzrost wynagrodzeń. Wprawdzie dochód rozporządzalny emerytów i rencistów wzrósł, lecz wyraźnie poniżej ogólnego trendu i kształtował się na poziomie odpowiednio +4,1 oraz +4,4 proc. Zestawiając ze sobą niski wzrost dochodu oraz fakt, że seniorzy wydają proporcjonalnie najwięcej na gwałtownie drożejącą żywność, ostatnie podwyżki cen są szczególnie dotkliwe dla ich domowych budżetów.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk cinkciarz.pl

Belgowie mają powiedzenie: „Jedno dziecko to jeden dom”. Wrzesień to jeden z najtrudniejszych okresów w życiu każdego rodzica. Nie tylko muszą zadbać o logistykę przedszkolno-szkolną, ale jeszcze w tym czasie ich portfele znacznie się uszczuplają. Wyprawka szkolna, ubezpieczenie, opłaty za zajęcia dodatkowe – wydatków naprawdę nie brakuje. W takich sytuacjach rodzicom mają pomóc pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że 62 proc. Polaków przeznacza je właśnie na bieżące wydatki. Tylko nieco ponad jedna trzecia odkłada pieniądze otrzymywane z tego świadczenia na przyszłość.

Wsparciem rządowego programu „Rodzina 500+” w czerwcu 2017 roku objęto ponad 3,98 mln dzieci do 18 lat, czyli 58 proc. Do ponad 2,6 mln rodzin trafiło już ponad 29,2 mld zł. Na co Polacy wydają te pieniądze? Aż 62 proc. osób biorących udział w badaniu Nationale-Nederlanden przyznało, że przeznacza je na codzienne potrzeby rodziny. Z kolei 36 proc. traktuje te środki jak oszczędności.

Słodka, ale i kosztowna inwestycja

Wychowanie dziecka, to czasochłonny, ale też kosztowny proces. Według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha koszt wychowania jednego dziecka w Polsce (do osiągnięcia 19. roku życia) mieści się w przedziale od 176 tys. do 190 tys. zł, a dwójki dzieci – od 317 tys. do 350 tys. zł. Według szacunków ekonomistów w przypadku rodzin z trójką dzieci koszty te wynoszą przeciętnie od 421 do 460 tys. zł. Z wyliczeń OECD wynika, że koszty wychowania i utrzymania dziecka są stosunkowo wysokie i sięgają przeciętnie od 15 do 30 proc. budżetu rodzinnego. – Nic więc dziwnego, że większość rodzin przeznacza zarabiane i otrzymywane środki przede wszystkim na bieżące, codzienne potrzeby. Jeżeli jednak naprawdę chcemy pomóc naszym dzieciom i zapewnić im dobry start w przyszłość, najpierw musimy zadbać o siebie i pomyśleć czy nasze finanse są w dobrej kondycji. W praktyce oznacza to minimalizowanie zadłużenia i posiadanie oszczędności – mówi Martyna Kucicka-Witek, Menedżer ds. Produktów Ochronnych i Majątkowych w Nationale-Nederlanden.

Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że blisko dwie trzecie Polaków deklaruje, że posiada jakiekolwiek oszczędności odłożone z myślą o przyszłości. Jednocześnie 40 proc. badanych deklaruje, że trudno im oszczędzać, ponieważ codzienne wydatki pochłaniają ich całe dochody. Blisko 20 proc.  respondentów przyznaje, że nie myśli jeszcze o oszczędzaniu, a kolejne 15 proc. woli wydać pieniądze na przyjemności.

Bezpieczne i regularne oszczędzanie

Polacy zazwyczaj rozpoczynają oszczędzać z myślą o przyszłości dzieci już od momentu ich urodzenia. Prawie 40 proc. rodziców, którzy dotąd nie oszczędzali na ten cel, deklaruje, że w ciągu najbliższego roku zaczną to robić. Takich planów nie ma co piąty rodzic, a deklarowanym powodem takiej decyzji jest brak odpowiednich funduszy.

Jaką formę oszczędzania wybierają ci Polacy, którzy decydują się odkładać otrzymywane w ramach programu „Rodzina 500+”? Badanie Nationale-Nederlanden pokazuje, że są to przede wszystkim produkty bankowe: konto oszczędnościowe (62 proc.), zwykłe konto bankowe (24 proc.) i lokata (18 proc.). Jedynie 4 proc. wybiera fundusze inwestycyjne, a 3 proc. polisę ubezpieczeniową. – Możliwości inwestycji jest naprawdę wiele i można je dostosować do własnych potrzeb. Jedną z wartych zainteresowania form są na pewno polisy ubezpieczeniowe, które zapewniają jednocześnie ochronę całej rodzinie i oferują lokatę kapitału – mówi Martyna Kucicka-Witek.

Blisko połowa rodziców, którzy otrzymują świadczenie „Rodzina 500+”, ale do tej pory nie oszczędzali pieniędzy z tego źródła, deklaruje, że w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy zacznie to robić. Co mniej optymistyczne, blisko jedna czwarta (23 proc.) ankietowanych nie ma jednak zamiaru w najbliższym czasie odkładać tych pieniędzy. – Tymczasem regularne oszczędzanie nawet części tej sumy da naszej rodzinie poduszkę bezpieczeństwa finansowego, która pozwoli nam przygotować się na nieprzewidziane sytuacje, chociażby takie jak ciężka choroba czy trwała lub czasowa niezdolność do pracy i zapewnić najmłodszym dobry start w dorosłość – mówi Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden.

 

Wypowiedź: Martyna Kucicka-Witek z Nationale-Nederlanden

W rodzinie z dwojgiem dzieci świadczenie wychowawcze może pokryć aż 97,8 proc. kosztów wyprawki szkolnej – informuje ministerstwo rodziny.

Resort rodziny powołując się na badania CBOS zaznacza, że koszt wyprawki szkolnej zależy od liczby uczących się dzieci. W ubiegłym roku szkolnym zaczynał się od 626 złotych przy jednym dziecku. Rodziny z dwojgiem uczących się dzieci musiały przeznaczyć na wyprawkę szkolną ok. 1023 złotych. W przypadku rodzin z trojgiem lub czworgiem dzieci w wieku szkolnym wyprawka pochłonęła 2365 złotych. Średnio rodzice wydali w ubiegłym roku szkolnym na wyprawkę 903 zł

Według informacji przekazanych przez resort rodziny, część rodzin przeznaczy na ten cel wsparcie z rządowego programu „Rodzina 500+”.

„Świadczenie w największym stopniu pokryje wydatki na wyprawkę szkolną w rodzinach, które pobierają 500+ na dwoje dzieci. W tym przypadku otrzymane wsparcie może pokryć aż 97,8 proc. potrzebnej kwoty” – czytamy w komunikacie wydanym przez MRPiPS.

W rodzinach z jednym dzieckiem świadczenie wychowawcze wystarczy na 79,9 proc. kosztów wyprawki. Te rodziny, które otrzymują 500+ na troje dzieci, dzięki świadczeniu sfinansują 63,4 proc. wydatków związanych z wyprawką szkolną.

500+ jest też sporym wsparciem dla rodzin pobierających to świadczenie na czworo dzieci. W tym przypadku środki z programu „Rodzina 500 plus” pozwolą na pokrycie 84,6 proc. kosztów wyprawki szkolnej.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

W styczniu pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkania dla młodych”. Expander zwraca jednak uwagę, że nie będzie to zupełny jego koniec. Do 2023 r. dodatkową dopłatę w wysokości nawet 17,5 tys. wciąż będą mogli otrzymać uczestnicy, którym urodzi się 3 lub kolejne dziecko. Duże szanse na to ma 23 tys. rodzin, które w momencie przystąpienia do programu miały już przynajmniej jedno dziecko.

W styczniu 2018 r. pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkanie dla młodych”. Jeśli ktoś spełnia jego wymogi, to powinien rozważyć możliwość uzyskania dopłaty, gdyż może otrzymać nawet 113 537 zł. Tak wysokie wsparcie dotyczy jednak tylko uczestników posiadających przynajmniej troje dzieci. Większość (57%) uczestników programu w momencie wnioskowania o wsparcie nie miała jednak w ogóle dzieci. Nie powinno to dziwić, gdyż Polacy zanim się zdecydują na potomstwo zwykle chcą już mieć własne mieszkanie.

W najbliższych latach uczestnicy MdM, mogą więc zacząć starać się o dzieci. Co ważne, jeśli w ciągu 5 lat od zakupu urodzi się im trzecie lub kolejne dziecko, to dostaną dodatkową dopłatę w wysokości 5%. W przypadku Warszawy wyniesie ona ok. 17,5 tys. zł. Ze względu na 5-letnie ograniczenie, największe szanse na takie wsparcie mają jednak ci, którzy w momencie wnioskowania o dofinansowanie mieli już przynajmniej jedno dziecko. Takich rodzin było 23 tysiące. Niestety, jak na razie, przez 3,5 roku skorzystało z tej możliwości zaledwie 355 rodzin. Pamiętajmy jednak, że dopiero w ubiegłym roku zaczął działać program „Rodzina 500+”, który dodatkowo mobilizuje do posiadania większej liczby dzieci. Dlatego w przyszłości takich wniosków może być zdecydowanie więcej.

Jak zawnioskować o dodatkową dopłatę

Jeśli w rodzinie biorącej udział w programie urodzi się lub zostanie adoptowane trzecie lub kolejne dziecko, może ona złożyć wniosek o dodatkową dopłatę. Należy to zrobić w ciągu 6 miesięcy od narodzin czy przysposobienia. Wniosek trzeba złożyć w tym banku, w którym spłacany jest kredyt hipoteczny. Istotne jest także to, że tych pieniędzy nie dostanie do ręki. Dopłata trafi od razu do banku i obniży zadłużenie kredytu, a więc pomniejszy ratę lub skróci jego okres spłaty. Istotne jest również to, że takie wsparcie może być udzielone tylko raz. Jeśli więc otrzymamy je na trzecie dziecko, to na czwarte już nie zostanie nam wypłacone. Warto też dodać, że bank nie może naliczyć w takiej sytuacji prowizji za wcześniejszą spłatę.

Na koniec warto dodać, że Ci, którzy chcieliby jeszcze dołączyć do programu, nie powinni zwlekać do stycznia 2018 r. Co prawda dopiero od początku przyszłego roku będzie można składać wnioski. Już teraz warto jednak poszukać mieszkania spełniającego warunki programu. W listopadzie lub pierwszej połowie grudnia najlepiej odwiedzić banki lub pośrednika kredytowego w celu przygotowania wszystkich niezbędnych dokumentów.  Wiele wskazuje bowiem na to, że pieniądze na dopłaty mogą się skończyć nawet już w drugim tygodniu stycznia. Ci, którzy będą odkładać formalności na ostatnią chwilę mogą więc nie zdążyć ich dopełnić zanim pieniądze się skończą.

 

Źródło: Expander

W lipcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,2 proc. w stosunku do czerwca br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu 2017 r. nieco wolniej od oczekiwań. Co prawda jej wzrost na poziomie 6,8 proc. r/r (w cenach stałych) to utrzymanie średniej dynamiki z 1. połowy roku, jednak przy tak pozytywnych zmianach na rynku pracy, które powodują, że do gospodarstw domowych trafia co miesiąc znacznie więcej pieniędzy niż rok wcześniej, wzrost sprzedaży detalicznej jest umiarkowany. To zapewne efekt wygaszenia wpływu na konsumpcję dochodów z programu Rodzina 500+. Do gospodarstw domowych co prawda w dalszym ciągu trafia co miesiąc ok. 2 mld zł, ale nie traktują one już tych pieniędzy jako dodatkowego dochodu. Dlatego te ponad 23 mld zł, które wydajemy z budżetu państwa na program Rodzina 500+ nie będą się już przekładać na wzrost konsumpcji. Dawały one wzrost w 2. połowie 2016 r. i przez pierwsze miesiące br. Czerwiec i lipiec wskazują, że tego efektu już praktycznie nie ma.

Na szczęście dla wzrostu PKB i spożycia indywidualnego sytuacja na rynku pracy stale się poprawia. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników (ponad 6 mln pracowników), miały w lipcu 2017 r. do dyspozycji o prawie 10 proc. więcej pieniędzy niż rok wcześniej – wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń dał bowiem wzrost funduszu płac o prawie 2,5 mld zł, czyli 9,6 proc. r/r. Z tego co prawda część (1,7 proc.) „zjadła” inflacja, zatem realnie fundusz płac wzrósł o niespełna 8 proc., ale to właśnie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń są w tej chwili motorem rosnącego popytu konsumpcyjnego gospodarstw domowych. Dobre dane dotyczące przemysłu, budownictwa, branż eksportowych, prawdopodobnego wzrostu nakładów inwestycyjnych, a tym samym utrzymanie się trendów na rynku pracy, wskazują że możemy oczekiwać wzrostu sprzedaży detalicznej także w sierpniu i wrześniu br. Spożycie indywidualne powinno zatem w trzecim kwartale 2017 r. wspierać wzrost gospodarczy w stopniu porównywalnym do 2. kwartału br. (ok. ¾ wzrostu PKB) i wraz z inwestycjami dać efekt w postaci wzrostu PKB na poziomie ok. 4 proc.

Sytuacja może się zmienić w 4. kwartale 2017 r., gdy zgodnie z prognozami ZUS na emeryturę (w wyniku obniżenia wieku emerytalnego kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat) przejdzie dodatkowo ok. 330 tys. osób. Dochody tych osób będą zdecydowanie niższe niż ich dzisiejsze wynagrodzenia, co nie pozostanie bez wpływu na obniżenie ich skłonności do konsumpcji. Możemy nie zobaczyć tego jeszcze w 4. kwartale 2017 r., ale w 2018 r. na pewno sprzedaż detaliczna i spożycie indywidualne, a tym samym PKB – to odczuje.

Na razie cieszmy się wynikami sprzedaży detalicznej w lipcu 2017 r., które wskazują że Polacy wrócili do zakupów samochodów (wzrost o 10 proc. r/r; ceny stałe), a także do zakupów dóbr trwałego użytku (meble, rtv, agd – wzrost o prawie 9 proc.). Ciągle cieszą ich zakupy odzieży i obuwia (wzrost o 16,7 proc.) i kosmetyków. Przyszli, październikowi, młodzi 60-65 letni emeryci mogą za chwilę nie móc pozwolić sobie na takie „szaleństwa”.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Aż 70 proc. Polaków wyjeżdżających za granicę nie zamierza się ubezpieczyć z tego tytułu. Co ciekawe, w zeszłym sezonie bez polisy w zagraniczną podróż wybierało się tylko 22 proc. badanych. Przeważająca część naszych rodaków (ponad 69 proc.) wczasy organizuje na własną rękę. W Polsce urlop spędzi 36 proc. ankietowanych, z czego na wypoczynek w kraju zdecydowanie chętniej przystają beneficjenci programu Rodzina 500+ – wynika z badania Diners Club Polska.


W tym roku na urlop za granicę wybiera się 18 proc. Polaków – niewiele mniej niż w  2016 r., kiedy to wczasy poza Polską planowało 22 proc. badanych. Zaskakuje jednak, że blisko 71 proc. respondentów nie zapewni sobie jakiegokolwiek ubezpieczenia w podróży zagranicznej. W zeszłym sezonie wakacyjnym, taką odpowiedź deklarowało trzy razy mniej badanych (22 proc.). Zarówno seniorzy, jak i młodzi są mało zapobiegliwi i nie wykupują dodatkowej ochrony na czas wakacyjnych wojaży. Analogicznie aż 90 proc. starszych i 77 proc. osób przed 30-trzydziestką nie zadba w tym roku o polisę. Większą przezornością w tym zakresie natomiast, wykazują się osoby o wyższym dochodzie oraz mieszkańcy dużych miast i metropolii. Spośród tych, którzy zamierzają się ubezpieczyć, tylko 13 proc. wykupi standardową ofertę w biurze podróży. Ponad 7 proc. skorzysta z  profesjonalnych usług ubezpieczyciela. Niecałe 6 proc. posłuży się tylko kartą EKUZ (Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego), a 3 proc. zapewni sobie inną formę ubezpieczenia, np. w kacie kredytowej.

– W ubiegłym sezonie ponad 76 proc. Polaków zadbało o polisę. Tegoroczne dane są niepokojące. Ponad trzy razy więcej urlopowiczów deklaruje, że nie zamierza się ubezpieczyć przed wyjazdem na wakacje. Warto pamiętać, że zapewnienie sobie ochrony nie zawsze musi się wiązać z ponoszeniem dodatkowych kosztów, np. niektóre produkty finansowe w swoim standardzie zawierają już ubezpieczenie podróży – mówi Monika Grabowska z Diners Club Polska.

Podróże na własną rękę

Polacy są zaradni i chętnie organizują wyjazdy wakacyjne na własną rękę – deklaruje tak prawie 70 proc. ankietowanych. W porównaniu do zeszłego sezonu, więcej z nas zamierza wykupić wycieczkę od tour opertorów (16 proc. w stosunku do niecałych 12 proc. w 2016 r.). Najchętniej na zorganizowane urlopy wybierają się mieszkańcy metropolii i o wyższym dochodzie. Natomiast, 14 proc. ankietowanych zadeklarowało, że organizację wyjazdu powierzy rodzinie lub znajomym.

Beneficjenci Programu Rodzina 500 Plus najchętniej odpoczywają w kraju

Jak wynika z badania Diners Club Polska, na wakacje w tym roku wybiera się nieco ponad połowa z  nas (54 proc.). Już drugi raz z rzędu najpopularniejszym kierunkiem letnich podróży jest Polska – odpoczywać zamierza tu 36 proc. ankietowanych. Najchętniej na wycieczki po kraju jeżdżą beneficjenci Programu Rodzina 500+. Spośród tych respondentów, 50 proc. wybiera wczasy w  Polsce, 25 proc. w innym kraju Unii Europejskiej, natomiast jedna czwarta wakacje spędzi w  miejscu zamieszkania. Dla porównania, wśród osób nieotrzymujących wsparcia z tego programu, 45 proc. nigdzie nie wyjedzie i zostanie w domu, 36 proc. będzie podróżować po kraju, a 5 proc. ruszy poza Europę. Co ciekawe, beneficjenci programu Rodzina 500+ częściej organizują wyjazdy na własną rękę. Aż 100 proc. z nich przyznaje, że urlop zorganizuje samodzielnie.

 

Źródło: Diners Club Polska

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. o 5,7 proc. r/r. W największym stopniu w województwie świętokrzyskim, o 13,7 proc. – podał GUS.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w 1. połowie 2017 r. szybciej niż w tym sam okresie 2016 r. (o 5,7 proc. w stosunku do 4,4 proc.). Najsilniej przemysł rósł w 3 województwach Polski Wschodniej – w świętokrzyskim (o 13,7 proc.), podlaskim (o 12,3 proc.) i lubelskim (o 9,6 proc.). W pozostałych województwach tej części naszego kraju – podkarpackim i warmińsko-mazurskim – przemysł rósł także szybciej niż średnio w Polsce (odpowiednio (7,8 i 6,6 proc.).

Te 5. województw to nie są uprzemysłowione regiony – ich przemysł daje jedynie ok. 12 proc. produkcji sprzedanej całego przemysłowego sektora gospodarki.

Świętokrzyskie to przede wszystkim spożywczy, materiałów budowlanych, metalurgiczny, i maszynowy. Podlaskie to także przemysł rolno-spożywczy (przede wszystkim przetwórstwo mleka, tytoniu oraz produkcja wódki i piwa), ale także maszyny rolnicze, przemysł tekstylny oraz drzewny. Lubelskie to też przemysł spożywczy (przede wszystkim cukrowniczy, mleczarski, mięsny, piwowarski, młynarski, tytoniowy, spirytusowy, zielarski oraz owocowo-warzywny). A ponadto przemysł chemiczny, wydobywczy i materiałów budowlanych. Podkarpacie to przemysł lotniczy, spożywczy, a także materiałów budowlanych oraz drzewny. Warmia i Mazury to przetwórstwo rolno-spożywcze, produkcja maszyn do obróbki plastycznej metali, produkcja wyrobów gumowych (opony) oraz mebli i wyrobów stolarskich.

Zestawiając ze sobą dynamiczny wzrost produkcji sprzedanej przemysłu w tych województwach z branżami, które w tych regionach dominują wydaje się, że „sprawcą” jest wzrost skłonności gospodarstw domowych do konsumpcji. A wzrost skłonności do konsumpcji jest efektem poprawiającej się systematycznie sytuacji na rynku pracy, wzrostu wynagrodzeń oraz … programu Rodzina 500+. Polacy zwiększają swoje wydatki na artykuły rolno-spożywca, na odzież, a także na usługi budowlane robiąc remonty swoich mieszkań i domów. Jak widać ten konsumpcyjny popyt silnie wspiera regiony, w których przemysł rolno-spożywczy, a także drzewny i budowlany jest dominujący.

Do czynników związanych z rynkiem pracy i programem 500+ należy zapewne dodać fundusze unijne, które do tych regionów już trafiły i jeszcze trafią (w perspektywie finansowej 2007-2013 oraz obecnej 2014-2020 te 5. województw miało i ma swój dodatkowy Program Operacyjny Polska Wschodnia). Wsparły one tworzenie gospodarczej infrastruktury, a także rozwój lokalnych firm.

Efektem silnie rosnącego w tych województwach przemysłu jest „zwrotnie” większe zatrudnienie i wynagrodzenia. W świętokrzyskim zatrudnienie w przemyśle wzrosło w ciągu 6. miesięcy br. o 9,3 proc., a wynagrodzenia o 6,5 proc. W podlaskim wynagrodzenia wzrosły o 6 proc., a zatrudnienie o 4,5 proc. W lubelskim produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 9,6 proc. przy  minimalnym wzroście zatrudnienia w przemyśle (jedynie o 0,1 proc.) i relatywnie niedużym wzroście wynagrodzeń (o 4,3 proc.), co wskazuje na silny wzrost wydajności pracy.

Jeśli rosnący przemysł pozwolił firmom w tych województwach (i będzie nadal pozwalał) na wzrost dochodów i rentowności, a one zechcą zainwestować ten kapitał w rozwój, to mamy szanse, aby Polska Wschodnia zaczęła powoli (a nawet bardzo powoli, bo jest dużo do nadrobienia) doganiać bardziej rozwinięte regiony pod względem poziomu PKB na mieszkańca. Fundusze europejskie, dobrze zainwestowane przez władze lokalne powinny w tym także pomóc.

Po 6. miesiącach 2017 r. na końcu stawki wszystkich regionów jest przemysł na Dolnym Śląsku –  w ciągu 6. miesięcy produkcja sprzedana wzrosła tam jedynie o 0,4 proc. r/r, przy wzroście wynagrodzeń o prawie 10 proc. (najwyższa dynamika w Polsce) i zatrudnienia o 1,3 proc. Wskazuje to, że silną barierą rozwoju przemysłu w tym województwie jest dostęp do pracowników. Szczególnie zatem w województwie dolnośląskim administracje lokalne powinny dbać o edukację i jej dostosowanie do potrzeb rynku pracy. Ale w krótkim okresie powinny dążyć do stworzenie warunków dla sprawnej, szybkiej legalizacji zatrudnienia obcokrajowców. Nie może ona trwać miesiącami, szczególnie w okresie zwiększonego, sezonowego popytu na pracę.

Warto, aby wynikom przemysłu, budownictwa, wzrostowi liczby firm zarejestrowanych w systemie REGON w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. przyjrzały się wszystkie województwa. I zastanowiły się jak poprawić sytuację na rynku pracy, ale także jak wykorzystać dostępne w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych środki unijne, aby zapewnić rozwój województwa oraz jak działaniami administracyjnymi wspierać ten rozwój.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W czerwcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 5,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,6 proc. w stosunku do maja br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna, chociaż nieco słabiej niż w pozostałych (poza kwietniem) miesiącach 1. połowy 2017 r., ale ciągle rośnie. Konsumenci, jak widać, nie są znudzeni zakupami. Szczególnie kosmetykami oraz odzieżą i obuwiem. Sprzedaż detaliczna tych grup produktów niezmiennie od początku roku rośnie w dwucyfrowym tempie.

W sytuacji, gdy nasze dochody nie są wysokie, ograniczamy wydatki na odzież, kosmetyki, czy obuwie. Wzrost ich sprzedaży wskazuje nie tylko na to, że zasobność Polaków rośnie, ale także, że nie obawiamy się o pracę. Potwierdził to wyprzedzający wskaźnik ufności konsumenckiej w czerwcu br., którego komponent – ocena trendów poziomu bezrobocia – był najlepszy w historii (w lipcu był on ciągle wysoki, ale nieco niższy niż w czerwcu). Tak było także w 2016 r., gdy część gospodarstw domowych otrzymała zasilenie pieniędzmi publicznymi w ramach programu Rodzina 500+. Tylko, że w zeszłym roku na tej liście zakupowej były w większym stopniu niż dzisiaj samochody.  Ale ile samochodów rodzina może kupić? Aczkolwiek ciągle popyt na nie jest zdecydowanie silniejszy niż na żywność.

Wydaje się, że wzrost sprzedaży żywności, napojów i wyrobów tytoniowych osiąga swoje maksima – w czerwcu wyniósł on 3,8 proc., a w 1. półroczu 2017 r. – 3 proc. W 2016 r. wzrost ten wyniósł natomiast 6,4 proc. Widać wyraźnie nasycenie. Producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych „ratują” się zatem silnym wzrostem cen – w czerwcu br. ceny żywności wzrosły o 3,9 proc., a w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. – o 3,7 proc. Tylko ceny paliwa wzrosły w tym okresie w większym stopniu. Doskonałym przykładem jest masło, którego cena prawie podwoiła się w ciągu roku. Ale też tłuszcze zwierzęce, ryż, mięso, wędliny, pieczywo, czekolada, ……

Wzrost sprzedaży detalicznej był w 2. kwartale 2017 r. nieco niższy niż w pierwszym kwartale (w pierwszym kwartale wyniósł 7,1 proc., a po 6. miesiącach – 6,9 proc.). Konsumpcja prywatna nadal zatem wspiera wzrost gospodarczy, ale już w mniejszym stopniu niż w ciągu pierwszych 3. miesięcy tego roku. Trudno oczekiwać, aby dynamika spożycia indywidulanego była w 2. kwartale na poziomie bliskim 5 proc. Jeśli nie ruszyły zdecydowanie inwestycje, to wzrost PKB będzie bliższy 3,5-3,6 proc. niż 4 proc. osiągniętym w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2017 r.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Partia rządząca niejednokrotnie zapewniała, że nie zdecyduje się na podwyżki podatków. Nikt jednak nie wspominał o ingerencji w wysokości opłat, toteż grupa posłów PiS próbuje przeprowadzić przez sejm ustawę dotyczącą wprowadzenia nowej opłaty paliwowej. Co ciekawe, według pomysłodawców ,,kierowcy nie odczują jej w kieszeni”. To bardzo odważne stwierdzenie, zwłaszcza że niniejsza decyzja najprawdopodobniej wpłynie negatywnie nie tylko na portfele kierowców, ale również na portfele wszystkich obywateli. Co więcej, skoro rząd tak często potrafi chwalić się swoimi osiągnięciami z zakresu poprawy stanu finansów publicznych, to dlaczego po raz kolejny sięga po pieniądze Polaków?

Według pierwotnych założeń nowa opłata paliwowa wyniesie 20 groszy za litr tj. 25 groszy po uwzględnieniu podatku VAT. Taka podwyżka cen przy dystrybutorach nie pozostanie niezauważalna, nawet w dobie niskich cen ropy naftowej oraz deprecjonującego dolara. Ponadto, ze względu na niskie marże detaliczne paliwa (od 2% do 3%) trudno oczekiwać, aby stacje nie zdecydowały się na przeniesienie nowego kosztu na finalnych odbiorców, zwłaszcza że paliwo można zaliczyć do grona dóbr o niskiej elastyczności cenowej popytu. Należy pamiętać, że nowa opłata paliwowa znajdzie swoje odzwierciedlenie także na półkach w sklepie, a nawet w cenach niektórych usług, bowiem koszty transportu stanowią bardzo istotną część wydatków wielu przedsiębiorstw. W efekcie skutki nowej daniny będą odczuwalne przez wszystkich Polaków. Co prawda, w skali jednorazowych zakupów różnica będzie wydawać się niewielka, jednak w szerszej skali ich suma może okazać się znacznie bardziej istotna. Warto dodać, że wprowadzenie opłaty doprowadzi również do zwiększenia udziału podatków i opłat w całkowitych cenach paliw, który już teraz wynosi ponad 50%.

Na uwagę zasługuje także argumentacja, na rzecz wprowadzenia nowej opłaty paliwowej, bowiem ta, wydaje się bardzo interesująca. Roczne wpływy w wysokości od 4 do 5 mld zł zasilą Fundusz Dróg Samorządowych oraz Krajowy Fundusz Drogowy. W efekcie, w kraju powstanie 21 nowych obwodnic, które do tej pory nie miały swoich źródeł finansowania. To niewątpliwie dobra informacja dla firm budowlanych, które będą miały możliwość wzięcia udziału w nowych przetargach.

Może zastanawiać, że skoro sytuacja budżetu państwa systematycznie się poprawia (m.in. dzięki uszczelnianiu podatkowemu, czy też rekordowemu zyskowi NBP), to  rząd sięga do kieszeni Polaków? Odpowiedź jest dość paradoksalna: w GDDKiA brakuje środków na realizację zaplanowanych inwestycji.

Sytuacja fiskalna może wydawać się stabilna, lecz w gruncie rzeczy docierają do nas sprzeczne sygnały. Tymczasem w dłuższym horyzoncie czasowym przed zarządzającymi budżetem państwa, stoi nie lada wyzwanie. Już w przyszłym roku pojawią się pierwsze koszty związane z obniżeniem wieku emerytalnego (szacunki mówią o 10 mld zł rocznie). Co więcej, zyskująca na wartości polska waluta w znacznym stopniu ograniczy zyski NBP. Do tego oczywiście należy doliczyć kosztowny program ,,Rodzina 500+”. Wszystko to sprawia, że rząd musi podjąć naprawdę wiele starań, aby zachować finanse publiczne w ryzach.

Wracając jednak do zapowiedzi dotyczących braku podwyżek podatków, tych faktycznie nie ma. Należy jednak podkreślić, że zwiększone wpływy z podatku VAT nie są w stanie pokryć kosztów hojnej polityki państwa.

W efekcie, rząd wprowadził podatek bankowy (przeniesiony de facto na konsumentów) oraz ciągle walczy o opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych (również i ten obciąży finalnych odbiorców produktów). Dodatkowo rządzący zdecydowali się podnieść składki ZUS dla małych przedsiębiorców oraz odwlec w czasie podwyższenie niekonstytucyjnej wysokości kwoty wolnej od podatku. Teraz natomiast dochodzi kwestia wprowadzenia nowej opłaty paliwowej. Wzrost wydatków państwa wiążę się z koniecznością pozyskania nowych dochodów. Powyższy obraz tylko i wyłącznie potwierdza tę oczywistą, choć często zapominaną tezę. Niemniej, skala nowych obciążeń wydaje się być rozproszona i pośrednia, toteż nie jest postrzegana przez społeczeństwo tak negatywnie, jak np. bezpośrednia podwyżka podatku VAT. Co więcej, dodatkowym, a raczej najważniejszym efektem takiej polityki pozostaje utrzymujące się wysokie poparcie dla obecnej władzy.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Eksport wzrósł w styczniu i lutym 2017 r. o 4,0 proc. r/r w euro, a import o 7,8 proc. Saldo było dodatnie i wyniosło 30,2 mln euro – padał GUS

Eksport w okresie styczeń-luty 2017 r. był wyższy o ponad 1,8 mld euro niż rok wcześniej, natomiast import był wyższy o ponad 3 mld euro. Dynamika importu wyraźnie przyspiesza (7,8 proc. wobec 6,6 proc. w styczniu br.), a dynamika eksportu – słabnie (4 proc. wobec 5,3 proc. w styczniu br.). To co prawda dopiero pierwsze dwa miesiące 2017 r., ale saldo obrotów handlu zagranicznego zbliża się już do zera (30,2 mln euro). Przy takiej tendencji wzrostu eksportu i importu, już za styczeń-marzec zobaczymy deficyt po dwóch latach dodatniego salda handlowego. A możemy mieć pewność, że taka tendencja – szybszego wzrostu importu niż eksportu – utrzyma się. Rosnące spożycie indywidualne w wyniku dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu zatrudnienia i wzrostu wynagrodzeń, a także dopływu do gospodarstw domowych środków z programu Rodzina 500+ zachęca bowiem do konsumpcji. Widać to po dynamice sprzedaży detalicznej, która wzrosła w ciągu 2. miesięcy br. o 9 proc. W tym jest także sprzedaż produktów z importu.

Na wysoką dynamikę importu wpływ mogą mieć, ale dopiero w 2. połowie roku, rosnące (miejmy nadzieję) inwestycje. Czeka nas zatem rok wyraźnego wzrostu popytu na towary i usługi z importu.

W tym kontekście bardzo ważne jest, aby eksporterzy nie koncentrowali się tylko na rynkach krajów UE, gdzie lokują ponad 80 proc. swojej sprzedaży. I tak się dzieje. Widać tu już pierwsze bardzo pozytywne sygnały, bowiem eksport do krajów rozwijających się jest r/r po 2 miesiącach 2017 r. wyższy o 9,4 proc. A eksport do krajów Europy Środkowo-Wschodniej – o prawie 25 proc. To głównie zasługa odbudowującego się eksportu do Rosji. W ciągu 2. miesięcy br. wyniósł on 804 mln euro. To ciągle mniej niż w tym samym czasie  w 2014 r. (1122 mln euro), ale już więcej niż w styczniu-lutym 2015 r. i 2016 r. To bardzo ważne, aby polscy eksporterzy byli na rynku rosyjskim obecni, gdy powoli wracają na ten rynek także nasi konkurenci.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Drugi rok z rzędu Deutsche Bank zapytał Polaków, jakie są największe marzenia związane z zawodowo-materialną przyszłością ich dzieci. O ile przed rokiem rodzice najczęściej wskazywali, że zależy im przede wszystkim, aby dziecko mogło sobie pozwolić na zakup własnego mieszkania, o tyle w tym roku na pierwszym miejscu znalazła się praca w firmie o stabilnej pozycji (54 proc. wskazań). Własne cztery kąty  są na miejscu drugim (48 proc.). Wśród najczęściej wskazywanych odpowiedzi były również kwestie związane z edukacją – co trzeci rodzic życzyłby sobie, aby ich potomek skończył wyższe studia na polskiej uczelni.

Mija właśnie rok od startu rządowego programu Rodzina 500+, którego deklarowanym, podstawowym celem był aspekt demograficzny, czyli zachęcenie Polaków do powiększania rodziny. Nawiązując do pierwszej rocznicy wprowadzenia programu, Deutsche Bank postanowił sprawdzić, jak w ciągu ostatniego roku zmieniły się poglądy Polaków dotyczące materialnej i zawodowej przyszłości ich dzieci. Przed rokiem prym wiodły kwestie mieszkaniowe, jednak tym razem największy odsetek badanych (54 proc.) odpowiedział, że chciałby, aby ich dziecko znalazło dobrą pracę w stabilnej firmie. Przed rokiem odsetek wskazań był tu znacząco niższy i wyniósł 37 proc.

Zdaniem Moniki Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej w Deutsche Bank, trudno myśleć o pomyślnej przyszłości młodego pokolenia, pomijając aspekt wyboru ścieżki kariery zawodowej. – Satysfakcja z aktywności zawodowej w dużej mierze przekłada się na zadowolenie z życia – mówi ekspertka. – Dobra praca gwarantuje powodzenie materialne, dlatego zrozumiałym jest, że rodzice chcieliby przede wszystkim, by ich potomek został zatrudniony i otrzymywał wynagrodzenie w stabilnej firmie.

Warto zauważyć, że odpowiedź ta była wybierana znacznie częściej przez matki niż ojców – różnica między nimi wyniosła ponad 20 pp.. Marzenie to jest też szczególnie popularne wśród rodziców z pokolenia 45-55 lat, co nie dziwi, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to rodzice młodych ludzi stawiających obecnie swoje pierwsze kroki na rynku pracy. Na przeciwnym biegunie znalazły się wskazania ludzi najmłodszych, wśród których jedynie co trzeci deklarował, że najważniejsza jest dobra praca dla dziecka.

Etat lepszy niż własna firma?

Interesujące jest również zestawienie tak dużego wzrostu liczby wskazań dotyczących pracy w dobrze funkcjonującym przedsiębiorstwie, z tymi odnoszącymi się do założenia przez dorosłego już potomka własnego biznesu.  O ile w 2016 r. ponad jedna trzecia badanych (34 proc.) życzyłaby sobie, aby ich dziecko  zostało rzutkim biznesmenem, to w najnowszym sondażu było to już tylko 25 proc. ankietowanych.

– Każdego miesiąca powstaje w Polsce około 25 tys. nowych firm z sektora małych i średnich przedsiębiorstw i jak pokazują statystyki,  blisko trzy czwarte z nich upada w pierwszych latach działalności. Prowadzenie własnego biznesu wiąże się z ryzykiem i wieloma wyzwaniami. Można zatem wnioskować, że rodzice woleliby, żeby ich dzieci miały zapewnioną stabilizację zawodową, a tę dostrzegają w zatrudnieniu na umowie o pracę – mówi Monika Szlosek. – Z drugiej strony osiągnięcie sukcesu w biznesie może przynieść satysfakcję i duże pieniądze, raczej nieosiągalne w przypadku pracy na etacie – zaznacza.

Jeszcze w 2016 roku założenie firmy przez potomka było marzeniem dwóch na trzech ojców, natomiast wśród matek taką odpowiedź wskazało jedynie 14 proc. W tym roku role się odwróciły i to kobiety częściej życzyły sobie, by ich dorosłe dziecko prowadziło firmę.

Dziecko na swoim

W badaniu przeprowadzonym w 2016 r. najwięcej respondentów (ponad 55 proc.) wskazywało, że chcieliby, aby ich dziecko nie miało w dorosłym życiu problemu z kupnem mieszkania. Obecnie odsetek ten spadł do poziomu 48 proc.

Z danych Eurostatu wynika, że  ponad 83 proc. Polaków posiada własnościowe mieszkanie lub dom, co stawia nasz kraj w ścisłej europejskiej czołówce. – Posiadanie własnego kąta jest traktowane przez Polaków jako synonim bezpieczeństwa i stabilizacji. Ma to swoje ekonomiczne uzasadnienie, ponieważ ceny wynajmu w zestawieniu z kosztem miesięcznej raty często są porównywalne lub nawet wyższe. Zdaniem analityków kupno mieszkania może być tańsze niż jego długotrwały wynajem nawet o 20-30 proc. – zauważa Monika Szlosek z Deutsche Bank.

Warto zwrócić uwagę, że kwestia mieszkania jest zdecydowanie częściej podnoszona wśród osób, które nie mogą liczyć na wsparcie w ramach programu 500+ (wśród beneficjentów programu o stabilnej sytuacji mieszkaniowej dzieci marzy 36 proc., a wśród pozostałych – 50 proc. badanych).  Ciekawe jest również spojrzenie na odpowiedzi, mając na uwadze poziom dochodów badanych. Odpowiedź tę wybrało aż dwie trzecie najmniej zamożnych (66 proc.) i tylko 18 proc. respondentów, których można zakwalifikować do wyższej klasy średniej.

Taki rozkład wskazań nie jest zaskoczeniem – mówi Monika Szlosek. – Wsparcie dzieci w zakupie nieruchomości jest ogromnym wyzwaniem, szczególnie gdy weźmiemy pod uwagę ich ceny w największych polskich miastach – komentuje. – Osoby  zamożne kwestię tę często traktują jako oczywisty element wsparcia swoich dzieci wkraczających w dorosłość.

Mniejszy nacisk na edukację

W porównaniu z rokiem ubiegłym bardzo widoczny jest też spadek liczby respondentów, dla których wymarzonym elementem przyszłości ich dzieci jest ukończenie przez nie studiów wyższych. Liczba odpowiedzi zmniejszyła się aż o 17 pp. (z 49 do 33 proc.). Nie zmienił się natomiast odsetek rodziców, których pragnieniem byłoby zapewnienie dziecku możliwości ukończenia studiów za granicą (13 proc.).

– Spadek ten może być wynikiem rosnącego, choć nie do końca uzasadnionego przekonania, że tytuł magistra nie jest wcale gwarantem lepiej wynagradzanej pracy – mówi Monika Szlosek. – Owszem, takiej gwarancji nie ma, jeśli jednak zestawi się  dane na temat zarobków osób z wykształceniem wyższym z tymi, którzy swoją edukację zakończyli na wcześniejszym etapie, widać wyraźnie, że studia zwiększają w istotny sposób prawdopodobieństwo lepszych zarobków..

Równocześnie do 19 proc. zmalała też liczba dorosłych, którym zależy, by ich dzieci potrafiły płynnie mówić choć w jednym języku obcym. Posługiwanie się językiem obcym jest oczekiwane przede wszystkim przez osoby zamożniejsze. Wśród tej grupy rodziców było to najczęściej wskazywane pragnienie. Niemal dwóch na trzech dorosłych zarabiających ponad 7 500 zł miesięcznie życzyłoby sobie, aby ich dziecko potrafiło komunikować się w języku innym niż ojczysty.

Nie samą pracą żyje człowiek

Marzenie, by potomek realizował własne pasje, takie jak uprawianie sportu, gra na instrumencie czy podróżowanie, jest istotne dla jednej trzeciej rodziców (32 proc.). Odsetek powyższych wskazań znacznie odbiega jednak od zeszłorocznych odpowiedzi, kiedy na rozwijanie własnych zainteresowań dzieci zwracał uwagę co drugi rodzic.

W tym roku pragnienie, by dzieci spełniały się realizując swoje pasje, ustąpiło miejsca bardziej praktycznym życzeniom dorosłych. Warto odnotować, że odpowiedź ta padała częściej ze strony ojców (wskazało ją 41 proc. z nich).

Wydaje się, że w minionym roku obserwowaliśmy powrót do pragmatyzmu ekonomicznego na poziomie jednostek i ich rodzin. – To realistyczny  scenariusz funkcjonowania konsumentów „tu i teraz”. Rzecz jasna, może być postrzegany zarówno od strony ogromnych korzyści sporej części beneficjentów 500+, którzy zyskali możliwość spłacenia ciążących na nich zobowiązań lub też zakupów ze sfery potrzeb dotychczas nieistniejących lub niezaspokojonych. Jest też grupa starająca się potraktować dodatkowe środki jako zaczątek kapitału na start dla swoich dzieci – komentuje prof. Małgorzata Bombol ze Szkoły Głównej Handlowej.  

Prywatne leczenie, samochód, zdolność kredytowa – luksus, czy norma?

Niecałe 14 proc. rodziców życzyłoby sobie, by dziecko posiadało w przyszłości własny samochód. Niewiele mniej badanych (12 proc.) chciałoby, aby ich dzieci mogły sobie pozwolić na korzystanie z prywatnej  opieki medycznej.

Zestawienie marzeń rodziców – identycznie jak przed rokiem – zamyka życzenie, by dzieci posiadały zdolność kredytową. Jest to ważne dla 8,2 proc. respondentów.  – Mimo że nadal jest to ostatnie marzenie na liście TOP10 rodziców, to jednak w ujęciu rocznym obserwujemy, że więcej osób zwraca na nie uwagę. Odsetek ten wzrósł o blisko 6 pp. – mówi Monika Szlosek.

Zdaniem prof. Małgorzaty Bombol z SGH, ekspertki Deutsche Bank, otoczenie, w jakim funkcjonują na co dzień konsumenci, sprzyja wykształceniu szeregu postaw konsumpcyjnych. Mogą być one wynikiem chęci demonstrowania swojego statusu – stąd marzenia o posiadaniu samochodu przez dzieci wśród gorzej sytuowanych rodziców, czy zdolności kredytowej będącej swoistą „przepustką” do świata marzeń o produktach lub usługach.  – Problemy z dostępem do wysokiej jakości usług edukacyjnych czy zdrowotnych odzwierciedlają marzenia rodziców o zagranicznych uczelniach dla ich dzieci czy też o bezproblemowej prywatnej służbie zdrowia – tłumaczy prof. Małgorzata Bombol. – W tym wypadku chodzi bardziej o inwestycję w wykształcenie lub dobre zdrowie niż o efekt demonstracji statusu.

 

Źródło: Deutsche Bank

 

Rynek pracy zmienia się bardzo dynamicznie i według ekspertów w przypadku co najmniej kilku dziedzin gospodarki możemy już mówić o rynku pracownika. Pracodawcom nie tylko coraz trudniej przyciągnąć do siebie nowych pracowników, ale również utrzymać dotychczasowych. Przedsiębiorcy chcąc utrzymać poziom zatrudnienia sięgają po różnego rodzaju benefity, od podwyżek po dodatkowe ubezpieczenia, jak pracownicze programy ubezpieczeń zdrowotnych.    

Bezrobocie stale spada. Według danych GUS, pod koniec 2016 r. było najniższe od ćwierćwiecza, a w styczniu oscylowało na poziomie 8,7 proc. wobec 10,2 proc. w styczniu ubiegłego roku. Spadek konkurencji na rynku pracy spowodowany był również programem Rodzina 500+. Skutki? Pracodawcom trudniej znaleźć i utrzymać pracownika.

Podwyżki to za mało

Choć wynagrodzenie to podstawowy czynnik decydujący o zmianie pracy, to oczekiwania wciąż rosną i nie ograniczają się do samych finansów. Istotna jest wiarygodność pracodawcy i perspektywa stabilnego zatrudnienia. Ważna jest także potrzeba podnoszenia kwalifikacji i awansu. Jednak wciąż niedoceniane przez pracodawców są dodatkowe benefity, w tym ubezpieczenia pracownicze.

Na różnego rodzaju benefity pracownicze, w tym związane z programami zdrowotnymi i emerytalnymi, firmy przeznaczają jedynie niecałe 3% budżetu wynagrodzeń. Według raportu firmy Sedlak&Sedlak poziom dodatkowych świadczeń uzależniony jest od funkcji. Przeciętnie pracodawcy wydają 130 zł miesięcznie na benefity pracownika fizycznego. Na dodatkowe programy w kwocie około 150 zł mogą liczyć specjaliści, na 200 zł niższa i średnia kadra kierownicza. W przypadku wyższej kadry zarządzającej i zarządów firm jest to już 300-400 zł miesięcznie.

Benefity ubezpieczeniowe

Choć to jedna z najpopularniejszych formuł dodatkowych świadczeń zapewniających utrzymanie pracowników na świecie, to w Polsce benefity ubezpieczeniowe dopiero zyskują na popularności. Według raportu Sedlak&Sedlak dopiero na 6. miejscu wśród wszystkich benefitów znajdują się ubezpieczenia na życie ze średnią składki na poziomie 50 zł miesięcznie za pracownika. Jest to najczęściej tylko administracyjne wsparcie ze strony pracodawcy. Koszt składki ponoszą sami uczestnicy. Zapewnia jednak pracownikowi i jego bliskim poczucie bezpieczeństwa, poprzez wsparcie finansowe w przypadku nieprzewidzianych zdarzeń losowych.

Z kolei finansowanie prywatnej opieki medycznej znajduje się na 5. miejscu ze średnią składką w wysokości 60-80 zł miesięcznie za uczestnika. Ubezpieczenia zdrowotne dostarczają pracownikowi szybką i bezpłatną poradę lekarską wraz z bogatym pakietem badań, w tym wysokospecjalistycznych. Pracodawca zalicza składkę w koszty uzyskania przychodu oraz korzysta z ulgi w składce ZUS. Korzysta też na obniżeniu absencji chorobowej (szybkie i efektywne leczenie) oraz zwiększeniu satysfakcji pracowników.

Pomimo wielu zawirowań w publicznym systemie emerytalnym, wciąż najmniej popularne są plany emerytalne. Znajdują się dopiero na 12. miejscu z średnią składką w granicach 100-200 zł miesięcznie za pracownika. Według ekspertów to jeden z najbardziej opłacalnych benefitów dla pracodawców. To najbardziej korzystne rozwiązanie z punktu widzenia optymalizacji podatkowej. Pracodawca korzysta na zaliczaniu składki płaconej na rzecz pracownika w koszty uzyskania przychodu oraz odlicza tę składkę od podstawy naliczenia składki do ZUS. Jest to jedyny benefit, który obniżania koszty pracodawcy. Pracownik z kolei korzysta z comiesięcznych wpłat składki na jego indywidualne konto inwestycyjne, maksymalnie 7% wynagrodzenia oraz z obniżonych opłat za zarządzanie aktywami – podkreśla Przemysław Gawlak, Manager Zespołu Ubezpieczeń Osobowych z  GrECo JLT Polska.

Szczególną formą programów inwestycyjnych, oferowaną głównie kluczowym pracownikom i menedżerom, to program lojalnościowy, w którym pracodawca umożliwia wypłaty zgromadzonych środków na kontach inwestycyjnych po spełnieniu określonych warunków: przepracowaniu ustalonej liczby lat, zrealizowania projektu itp. Tu pracodawca może zaliczyć składkę inwestycyjną tylko do kosztów uzyskania przychodu, zyskuje jednak silne narzędzie do utrzymania kluczowych osób w firmie.

Jak już zostało wspomniane, podstawowym zadaniem benefitów pozapłacowych jest zwiększenie atrakcyjności zatrudnienia i podniesienie konkurencyjności pracodawcy na rynku pracy. Jednak to nie jedyne korzyści dla pracodawcy.

W razie zgonu pracownika pracodawca zwolniony jest od wypłaty odprawy pośmiertnej. W przypadku losowych zdarzeń w podróży służbowej nie ponosi kosztów leczenia pracowników, którzy zachorowali lub ulegli wypadkowi za granicą.

Dla coraz bardziej wymagających pracowników zachowanie równowagi pomiędzy ochroną zdrowia i życia zawodowego jest bardzo ważne. Dobrze wprowadzony pakiet świadczeń dodatkowych poprzedzony diagnozą potrzeb pracowniczych i możliwości finansowych pracodawcy tworzy wizerunek pracodawcy dbającego o pracowników. Wpływa to na budowanie wzajemnej lojalności i zaangażowanie pracowników oraz pracodawców, a to przekłada się na osiąganie celów biznesowych.

Jakie koszty?

Koszty uzależnione są od typu i zakresu ubezpieczenia. – Wysokość miesięcznej składki pracownika to 50 – 60 zł za ubezpieczenie pracownicze rodzinne, gdy opłaca je pracownik – zaznacza Przemysław Gawlak. Warto zadbać, by prace administracyjne związane z obsługą programu ubezpieczeniowego były jak najtańsze dla pracodawcy i pracownika. Niezbędne jest wykonanie analizy kosztów obsługi administracyjnej. Dodatkowo należy sprawdzić jaka część składki jest przeznaczana na ryzyka dotyczące współubezpieczonych (zgony rodziców lub teściów, urodzenia dzieci). Skutki poważnych zachorowań ubezpieczonego pracownika mogą być niedoubezpieczone, co może skutkować niewspółmierną wysokością świadczeń do rzeczywistych kosztów zdarzenia.

Z kolei koszt ubezpieczeń zdrowotnych jest bardzo zróżnicowany i uzależniony od zakresu usług.  Składka w wysokości 100 zł miesięcznie powinna zapewniać szeroki dostęp do lekarzy specjalistów, bogatego zakresu badań, włącznie z tomografią i rezonansem magnetycznym, zabiegów ambulatoryjnych czy rehabilitacji powypadkowej – wylicza Przemysław Gawlak.

Źródło: Alfa Omega Solutions Sp. z o.o.

Zysk netto firm średnich i dużych wyniósł w 2016 r. 111 mld zł. Natomiast inwestycje spadły o 13,2 proc (r/r, w cenach stałych) – podał GUS.

Wyniki finansowe firm średnich i dużych były w 2016 r. bardzo dobre. Przychody wzrosły co prawda tylko o 3,9 proc., ale koszty „jedynie” o 3,2 proc. Pozwoliło to na poprawę rentowności sprzedaży. Powinno to cieszyć, bo firmy panowały nad kosztami mimo szybciej, niż koszty ogółem, rosnących wydatków na wynagrodzenia i ubezpieczenia społeczne, a także na usługi obce. Niestety, koszty rosły wolniej niż przychody m.in. przez niższy poziom inwestycji, a tym samym niższą amortyzację, a to nie może cieszyć.

Co z tego, że firmy 50+ zarobiły w 2016 r. 111 mld zł, a zapłacony CIT był o 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej, jeśli – mimo dobrych wyników finansowych – przedsiębiorstwa były bardzo ostrożne w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W efekcie zainwestowały 121 mld zł, o 13,2 proc. mniej niż w 2015 r. (w cenach stałych). Ostrożność w inwestycjach rosła z kwartału na kwartał – po 6. miesiącach 2016 r. spadek inwestycji r/r wynosił 7,1 proc., po 9. miesiącach 9,1 proc., a po 12. – 13,2 proc.

Tak dobre wyniki finansowe firm, wzrost zysku netto o ponad 20 proc. r/r nie tylko dowodzi dobrej sytuacji na rynkach, na których przedsiębiorstwa działają (ponad 50 proc. to eksporterzy), ale przede wszystkim umiejętności jej wykorzystania przez polskie przedsiębiorstwa. Dlaczego zatem nie towarzyszył temu, a powinien, wzrost inwestycji?

Firmy mają wysoki poziom wykorzystania mocy wytwórczych, mają kapitał, który pozwalałby na rozszerzanie aparatu wytwórczego i jego modernizację. Bez inwestycji dalsze konkurowanie na rynku polskim i rynkach zewnętrznych może nie być już tak skuteczne jak dotychczas. A jednak nakłady inwestycyjne były zdecydowanie niższe niż w 2015 r.

Biznes nigdy nie działa przeciw swoim interesom. Tym razem jednak niepewność polityczna i regulacyjna była tak duża, że przedsiębiorstwa obawiały się rozpoczynania większych inwestycji. Gdy nie wiedzą jakie będą płacić podatki, czy nie zostaną wprowadzone kolejne daniny branżowe, gdy czytają regulacje nakładające na przedsiębiorców kary do 25 lat więzienia i konfiskatę firmy za błędy w naliczaniu podatku VAT, gdy ograniczono im możliwość obrotu ziemią, co dla inwestycji ma znaczenie, gdy widzą działania rządu wspierające firmy z kapitałem państwowym co skutkuje wypychaniem z rynku firm prywatnych, a jednocześnie działania antykoncentracyjne rządu w tych obszarach, gdzie państwo jest słabo obecne, gdy część projektów inwestycyjnych zlecana jest w trybie bezprzetargowym spółkom komunalnym, gdy wiedzą że za energię będą musiały płacić więcej, bo następuje konsolidacja energetyki i górnictwa, gdy planuje się ograniczenie pracy w niedzielę, trudno się dziwić, że skłonność firm do inwestycji maleje. Do tego program Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego zmniejsza podaż pracy. A inwestycje, a później korzystanie z nich wymaga pracowników, dobrze dostosowanych do rynku pracy. A tu zmiany w edukacji, już nawet nie te związane z likwidacją gimnazjów, ale przede wszystkim zmiany programowe, które budzą obawy, co do wiedzy i umiejętności, które będą posiadać przyszli pracownicy, i brak aktywności w budowaniu nowoczesnego szkolnictwa zawodowego. Proponuje się też skrócenie o jedną godzinę czasu pracy pracownikom z dziećmi (to jedna z partii opozycyjnych, ale koalicja rządząca nie mówi nie).  Mówi się też o wprowadzeniu „split payment” (co samo w sobie może być dobrym rozwiązaniem), ale nie mówi się o tym jak to rozwiązanie będzie w praktyce funkcjonować, czy nie zaburzy płynności finansowej firm, szczególnie tych mniejszych.

Tylko przedsiębiorstwa w których właściciele i zarządzający mają bardzo wysoką skłonność do ryzyka będą zwiększać w sposób istotny inwestycje, a bez nich tak polskie firmy, jak i polska gospodarka stracą zdolność do konkurowania. A my, obywatele, możliwość zwiększenia dobrobytu. Szkoda.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

PKB wzrósł w 4. kwartale 2016 r. o 2,7 proc., a w całym 2016 r. o 2,8 proc. Wartość PKB wyniosła w 2016 r. 1,85 bln zł – podał GUS.

W 4. kwartale 2016 r. gospodarstwa domowe pokazały swoją „siłę” – spożycie indywidualne wzrosło o 4,2 proc. Połączenie dobrej sytuacji na rynku pracy, wzrostu wynagrodzeń, dochodów z programu Rodzina 500+ dało silny bodziec do świątecznych zakupów. Bo to zapewne grudzień 2016 r. był sprawcą tak dynamicznego wzrostu konsumpcji w ostatnim kwartale ubr.

Niestety, cały czas problemem pozostawały inwestycje – w 4. kwartale ub. były one niższe niż rok wcześniej o 5,8 proc. A ponieważ eksport i import rosły w podobnym tempie, ostatni  kwartał nie pomógł powrócić w 2016 r. na ścieżkę ponad 3-procentowego wzrostu obserwowaną od końca 2013 r. do 2. kwartału 2016 r.

Wzrost gospodarczy w 2016 r. budowany był głównie na spożyciu indywidualnym, przy wsparciu zapasów oraz spożycia publicznego. Eksport netto był właściwie dla wzrostu PKB neutralny (+0,1 proc.). Tak rosnąć  można  jedynie w krótkim okresie. Gospodarka nie będzie miała szans na rozwój jeśli wzrost PKB nie będzie miał silnej „nogi” inwestycyjnej. W 2016 r. jej nie miał. Nakłady brutto na środki trwałe spadły o 5,5 proc. To duży ubytek w budowaniu potencjału rozwojowego, zdolności do konkurowania tak na rynku polskim, jak i na rynkach zewnętrznych w najbliższych latach. Tym bardziej, że stopień wykorzystania mocy wytwórczych jest w przedsiębiorstwach wysoki i same mówią, że potrzebne są im inwestycje. W 2016 r. przestraszyły się niepewności legislacyjnej i wprowadzanych nowych obciążeń podatkowych, i odkładały decyzje inwestycyjne. Niestety niepewność co do zmian w prawie gospodarczym, w tym w podatkach, dalej wg przedsiębiorców istnieje i „podsyca” ich obawy o przyszłość i odracza podejmowanie decyzji inwestycyjnych. Firmy ciągle czekają na jednoznaczny sygnał z rządu o tym, że „majstrowanie” w prawie gospodarczym, a przede wszystkim w podatkach skończyło się. Bez takiej informacji, która będzie miała przełożenie na realne działania rządu przedsiębiorcy także w 2017 r. mogą wstrzemięźliwie podchodzić do inwestycyjnych decyzji. A tego polska gospodarka, jej potencjał wzrostowy, a także finanse publiczne, mogą w kolejnych latach nie wytrzymać.

Autor: dr Małgorzat Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

PKB w 2016 r. wzrósł o 2,8 proc. r/r (w cenach stałych) – podał GUS we wstępnym szacunku.

Polska gospodarka wzrosła w 2016 r. o 2,8 proc. To znacznie niżej od założonego przez rząd na 2016 r. wzrostu PKB (3,6 proc.), a także poniżej prognoz NBP, Komisji Europejskiej i innych instytucji międzynarodowych, które jeszcze w listopadzie 2016 r. mówiły o wzroście polskiej gospodarki na poziomie 3,0-3,1 proc.

Wzrost gospodarczy w 2016 r. opierał się na dwóch filarach – spożyciu (prywatnym i publicznym) oraz zapasach. Trudno się dziwić wzrostowi konsumpcji prywatnej – gospodarstwa domowe zostały zasilone w 2016 r. ponad 17 mld zł z programu Rodzina 500+. Przede wszystkim jednak, trafiło do nich dużo więcej pieniędzy niż rok wcześniej z pracy. W wyniku wzrostu zatrudnienia i wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej 9 osób fundusz płac w tych przedsiębiorstwach wzrósł o ponad 19,5 mld zł (z czego ok. 14-15 mld zł trafiło do pracowników, reszta w postaci danin do państwa). A ponieważ w firmach 10+ zatrudnionych jest tylko ok.  1/3 pracujących w gospodarce narodowej, to należy zakładać, że kolejne miliardy złotych z pracy trafiły do osób pracujących w sektorze publicznym, a także w mikrofirmach. Jak na takie zasilenie budżetów gospodarstw domowych, to wzrost spożycia indywidualnego (o 3,6 proc.) jak i jego wkład do wzrostu PKB nie jest imponujący (2,1 proc.). Wstępne analizy wskazują, że spora część gospodarstw domowych wykorzystała wzrost dochodów do spłacenia swoich zobowiązań w instytucjach pożyczkowych i bankach. Stąd zapewne siła wzrostu spożycia indywidualnego w 2016 r. była słabsza od oczekiwanej.

Niepokoi natomiast silne uzależnienie wzrostu PKB od wzrostu zapasów (kontrybucja rzeczowych środków obrotowych, czyli zapasów, do wzrostu PKB to 1 proc., na 2,8 proc. wzrostu PKB). Gospodarka, która się rozwija, a jednocześnie tworzy warunki dla rozwoju w latach kolejnych powinna opierać się na konsumpcji, inwestycjach i w jakiejś mierze na eksporcie netto, a nie na zapasach. To nie tylko mówi o kłopotach w 2016 r., ale także sygnalizuje możliwe problemy w 2017 r.

Wielkim przegranym w 2016 r. były inwestycje. Nie ma jeszcze ostatecznych danych dotyczących tego, co działo się z inwestycjami publicznymi i prywatnymi w całym 2016 r., ale dane po trzech kwartałach wskazują, że mieliśmy problem i z jednymi, i z drugimi. Przyczyny spadku inwestycji o 5,5 proc. w 2016 r. r/r to słabe uruchamianie konkursów na projekty finansowane z funduszy unijnych, brak pieniędzy na inwestycje w budżecie państwa, niestabilność personalna w spółkach z udziałem skarbu państwa oraz, co najbardziej niepokoi, niestabilność, niepewność regulacyjna, szczególnie dotycząca polityki podatkowej państwa, która wywołała obawy wśród firm o to, czy podejmowanie inwestycji nie jest obarczone ryzykiem utraty płynności finansowej.

Weszliśmy w 2017 r. z zupełnie nieukierunkowaną na rozwój strukturą wzrostu gospodarczego, bo za taką należy uznać wzrost oparty o konsumpcję i zapasy. Niedawno przedstawione przez NBP wyniki badań dotyczące kondycji sektora przedsiębiorstw, z prognozami na 2017 r. wskazują, że w dalszym ciągu możemy mieć problem (z tych samych powodów) z inwestycjami przedsiębiorstw. A uruchamianie funduszy unijnych na projekty inwestycyjne może napotkać (doświadczenie wskazuje, że na pewno napotka) na barierę zamówień publicznych. Proces  przetargów jest bowiem ciągle długi, co spowoduje, że realnie pieniądze z funduszy unijnych na inwestycje infrastrukturalne zaczną być wydawane nie w tym, a w przyszłym roku.

Moje prognozy na 2017 r. dotyczące wzrostu gospodarczego pozostają na razie niezmienione – 3,1-3,2 proc. Jednak rozwój polskiej gospodarki w dalszym ciągu obarczony jest wieloma niewiadomymi – tak zewnętrznymi (polityka nowego prezydenta USA, wybory we Francji, Niemczech, Holandii, rozpoczęcie procesu Brexitu, sytuacja w Rosji i jej odnoszenie się do zmian w globalnej polityce i gospodarce, Chiny), jak i wewnętrznymi (niepewność regulacyjna).

Tempo wzrostu na poziomie ok. 3 proc. nie jest problemem. Większym problemem jest struktura tego wzrostu. Jeśli nie uruchomimy w 2017 r. inwestycji, rozwój polskiej gospodarki będzie słabszy nie tylko w 2017 r., ale niestety także w latach kolejnych.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

W grudniu nabywcy indywidualni zakupili papiery o łącznej wartości 287 mln zł. Łączna sprzedaż obligacji oszczędnościowych w 2016 roku wyniosła 4,63 mld zł i była najwyższa od ośmiu lat.

W grudniu 2016 roku sprzedano obligacje:

  • 2-letnie (DOS1218) – 179,2 mln zł,
  • 3-letnie (TOZ1219) – 15,9 mln zł,
  • 4-letnie (COI1220) – 59,9 mln zł,
  • 10-letnie (EDO1226) – 31,1 mln zł.

Największym zainteresowaniem nabywców cieszyły się obligacje o najkrótszym okresie oszczędzania 2-letnie (62% udział w strukturze sprzedaży). W dalszej kolejności oszczędzający wybierali obligacje 4-letnie (21%), 10-letnie (11%) oraz 3-letnie (6%).

W grudniu trwała też sprzedaż obligacji dedykowanych beneficjentom programu Rodzina 500+, na zakup obligacji rodzinnych przeznaczono 1,1 mln zł. Obligacje rodzinne kierowane są wyłącznie do osób, otrzymujących świadczenie w ramach programu Rodzina 500+, które chcą oszczędzać na przyszłe potrzeby swoich dzieci. Beneficjenci programu mogą nabywać ten rodzaj obligacji do wysokości kwoty przyznanego świadczenia wychowawczego. Obligacje rodzinne są dostępne w ciągłej sprzedaży, zatem ich zakupu można dokonać w dowolnym momencie.

W 2016 roku Skarb Państwa sprzedał obligacje oszczędnościowe o łącznej wartości 4,63 mld zł. To najlepszy wynik na przestrzeni ostatnich 8 lat.

Wartość sprzedaży poszczególnych rodzajów obligacji w 2016 r. wyniosła:

  • 2-letnie – 3.546,1 mln zł,
  • 3-letnie –    207,1 mln zł,
  • 4-letnie –    593,9 mln zł,
  • 10-letnie –  283,4 mln zł,
  • Obligacje rodzinne – 3,2 mln zł.

Rok 2016 to rok zainteresowania obligacjami oszczędnościowymi. Wartość sprzedaży przekroczyła 4,6 mld zł i była rekordowa na przestrzeni ostatnich 8 lat. Średnia miesięczna sprzedaż wyniosła 386 mln zł, co oznacza 44% wzrost w porównaniu z rokiem 2015. Nasi klienci wybierali głównie obligacje o najkrótszym horyzoncie czasowym – obligacje dwuletnie stanowiły blisko 80% sprzedaży. W październiku wprowadziliśmy do sprzedaży obligacje dedykowane beneficjentom programu Rodzina 500+. Przez pierwsze trzy miesiące ich sprzedaż wyniosła 3,2 mln zł. Rok 2016 zakończyliśmy podnosząc oprocentowanie obligacji oszczędnościowych.  Obligacje rodzinne już w pierwszym roku dają zysk w wysokości 2,80% (6-letnie) lub 3,20% (12-letnie) – komentuje Piotr Nowak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Finansów.

Źródło: www.mf.gov.pl

W kwietniu został uruchomiony flagowy projekt obecnego rządu, czyli program ,,Rodzina 500+”. Proces legislacyjny był okresem wielu rozmów, kłótni i emocji. Wielu ekspertów, ekonomistów i analityków podkreślało, że niniejszy pomysł jest nienajlepszym lekarstwem na poprawę sytuacji demograficznej Polski. Co więcej, istotnie pogorszy on stan finansów publicznych. Tymczasem, nieco ponad miesiąc od wejścia ,,Rodziny 500+”w życie pojawiły się informacje, jakoby rząd planował rozszerzyć program poprzez podwyższenie górnej granicy wieku dzieci z 18 do 21 lat. Czy to tylko i wyłącznie marzenia rządzących? Bądź być może obietnice bez pokrycia, które są elementem gry politycznej?

Powyższa wiadomość została opublikowana w dniu drugiego maja przez gazetę ,,Fakt”. Według tabloidu w najbliższych miesiącach resort pracy i rodziny będzie uważnie analizował funkcjonowanie programu ,,Rodzina 500+”. Następnie rządzący będą rozważać możliwe zmiany, wśród których rzekomo ma znaleźć się zmiana dotycząca górnej granicy wieku dziecka. Gazeta podkreśla, że odpowiednie decyzje zostaną podjęte najwcześniej za rok. Niniejsze doniesienia skomentowała Elżbieta Witek, szefowa gabinetu politycznego premier Beaty Szydło. Z jednej strony wyraziła ona swoje zdziwienie, dotyczące ujawnionych informacji, natomiast z drugiej podkreśliła, że ,,w każdej plotce jest ziarno prawdy”. Szefowa gabinetu zwróciła także uwagę, że program ,,Rodzina 500+” okazał się wielkim sukcesem i cieszy się szerokim poparciem społeczeństwa. W ciągu miesiąca, 2 mln rodzin spośród 2,7 mln uprawnionych do otrzymania świadczenia (szacunki) złożyło odpowiednie wnioski. W związku z tym, rząd nie wyklucza rozszerzenia programu. Niemniej jednak, Elżbieta Witek już zawczasu ostudziła nadzieje wielu rodzin podkreślając, że nieformalnie przedstawiony pomysł jest obecnie tylko marzeniem rządu. Mimo wszystko, faktem jest, że nie była to pierwsza wzmianka, dotycząca zmian w wiodącym projekcie PiS. Ponad dwa tygodnie temu, Henryk Kowalczyk, jeden z członków rady ministrów, wspomniał o wprowadzeniu zasady ,,złotówkę za złotówkę”, która umożliwiłaby rodzinom przekraczającym próg dochodowy uzyskać odpowiednio proporcjonalną część zasiłku.

Z całą pewnością potencjalne zmiany zostałyby pozytywnie przyjęte przez polskie rodziny. Po wprowadzeniu powyższych modyfikacji, program będzie wydawał się nieco bardziej sprawiedliwy. Po objęciu władzy przez PiS, wiele polskich rodzin i dzieci mogło czuć się oszukanych. W pierwszych debatach przedwyborczych politycy nie wspominali chociażby o kryterium dochodowym. Dlatego też, ewentualne modyfikacje mogą nieco ostudzić negatywne emocje wielu rodzin. Można zatem oczekiwać, że liczba beneficjentów wzrośnie, co oznacza również wzrost kosztów obsługi programu. Według szacunków przedstawionych przez rządzących, niniejsze wydatki wyniosą 17,2 mld zł w 2016 roku oraz około 21,5 mld zł w każdym kolejnym. Niemniej jednak, eksperci twierdzą, że w 2016 roku koszty mogą być znacznie wyższe i wyniosą 22 -23 mld zł. Natomiast według szacunków, na które powołuje się gazeta,,Fakt”, zmiana górnej granicy wieku dziecka spowoduje wzrost wydatków Skarbu Państwa z 23 mld zł do 40 mld zł. Do tego należy dodać ewentualne koszty związane z wprowadzeniem zasady ,,złotówka za złotówkę” tj. około 2 mld zł.

Na początku maja Komisja Europejska (KE) zrewidowała swoje projekcje ekonomiczne dla poszczególnych krajów członkowskich. Według organu UE, deficyt budżetowy w 2016 roku wyniesie 2,6% PKB oraz 3,1% PKB w 2017 roku. Wydaje się, że ewentualne zmiany w programie ,,Rodzina 500+” mogą istotnie zwiększyć zapotrzebowanie Skarbu Państwa na środki finansowe, tym samym pogarszając stosunek deficytu budżetowego do PKB. Fakt ten natomiast z całą pewnością przykułby uwagę UE. Co więcej, rząd podkreśla, że jednym z nadrzędnych celów jest utrzymanie wartości niniejszego wskaźnika poniżej 3 – procentowego progu wyznaczonego przez UE. Przekroczenie tej bariery spowodowałoby ponowne nałożenie na Polskę procedury nadmiernego deficytu. Warto również zaznaczyć, że rząd planuje obniżyć wiek emerytalny oraz zwiększyć kwotę wolną od podatku. Działania te znacząco obciążą budżet, dlatego też wprowadzenie ewentualnych zmian w programie Rodzina ,,500+”może okazać się kolejnym życzeniem rządzących, tym bardziej, że źródła finansowania kolejnych pomysłów są wątpliwe i nie wydają się gwarantować pokrycia planowanych wydatków oraz dodatkowych kosztów związanych z realizacją hojnych obietnic wyborczych.

Niewątpliwie, pojawiające się wzmianki, dotyczące modyfikacji programu, który stanowił najważniejszy punkt kampanii wyborczej PiS mogą okazać się w rzeczywistości marzeniem obecnej władzy. Niemniej jednak, program był solidnym atutem podczas kampanii wyborczej i oczkiem w głowach polityków PiS. Dlatego też, nie można wykluczyć, że ewentualne modyfikacje mogą zostać wprowadzone bez względu na fakt, czy będą one miały pokrycie finansowe, czy też nie. Warto zauważyć, że determinacja rządu jest naprawdę zdumiewająca, o czym może świadczyć tempo wprowadzania kolejnych reform. Co więcej, kolejne pomysły powodują, że obawy dotyczące stanu polskich finansów publicznych z każdym dniem narastają. Zmiany w programie ,,Rodzina 500+”mogą być elementem gry politycznej, której efektem może być utrzymanie obecnego poparcia, bądź jego zwiększenie. Kwestia ta wydaje się niezmiernie istotna, zwłaszcza w obliczu licznych protestów społecznych oraz zamieszania wokół nadal nierozwiązanego sporu o Trybunał Konstytucyjny.

Podsumowując, ewentualna decyzja rządu o rozszerzeniu górnej granicy wieku dziecka w programie ,,Rodzina 500+” najprawdopodobniej zostałaby pozytywnie odebrana przez polskie rodziny. Działania te mogą być swego rodzaju grą polityczną, skutecznym narzędziem w walce o poparcie obywateli. Niemniej jednak, rządzący muszą pamiętać o stanie finansów publicznych, który pozostawia wiele do życzenia. Proponowane zmiany spowodują znaczący wzrost kosztów obsługi programu. Warto pamiętać, że zrewidowane prognozy KE zakładają wzrost relacji deficyt publiczny/PKB w 2017 roku do 3,1%. To oznacza, że UE będzie miała prawo do nałożenia na Polskę procedury nadmiernego deficytu. Ponadto, modyfikacje programu ,,Rodzina 500+”, obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz pozostałe hojne obietnice wyborcze mogą spowodować, że definitywne pokonanie 3 – procentowej bariery (dla wskaźnika deficyt budżetowy/PKB) nie będzie istotnym wysiłkiem. Rząd opiniami europejskich urzędników specjalnie się nie przejmuje, ale można założyć, że do kwestii fiskalno-gospodarczych podejdzie bardziej rozważnie. Realizacja tych pomysłów stoi zatem pod dużym znakiem zapytania.

 

Lukasz Rozbicki_1Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

W ostatnich dniach miliony Polaków złożyło lub przygotowuje się do złożenia wniosku o pieniądze z programu „Rodzina 500+”. Tymczasem niewielu było chętnych na inną formę uzyskania finansowego wsparcia od państwa. O to, aby uzyskać 855 zł lub nawet 1 520 zł postarało się w 2015 roku tylko 142 tysiące osób, czyli zaledwie kilka procent uprawnionych. W tym roku kwota, jaką można uzyskać, jeszcze wzrosła. Aviva podpowiada, co zrobić, aby otrzymać te pieniądze.

W tym tygodniu tłoczno może być nie tylko w punktach przyjmujących wnioski o pieniądze z programu „Rodzina 500+”, ale również w urzędach skarbowych. Kończy się bowiem termin na składanie PIT-ów za ubiegły rok. Jak co roku wielu Polaków zapewne pozostawi sobie ten obowiązek na ostatnią chwilę. Nie spieszy się zwłaszcza tym z nas, którym z rozliczenia wychodzi, że mają niedopłatę, a więc będą musieli zapłacić brakującą część podatku. Wielu Polaków nie zdaje sobie jednak sprawy z tego, że istnieje sposób, aby co roku otrzymywać od urzędu skarbowego zwrot. W ubiegłym roku można było uzyskać 1 520 zł lub 855 zł. W 2016 r. stawki wzrosły do 1 557 zł lub 875 zł.

Uzyskanie tych pieniędzy jest dość proste. Wystarczy założyć sobie IKZE, czyli produkt do oszczędzania na emeryturę i wpłacić na niego pieniądze. Może to być dowolna kwota, ale nie wyższa niż 4 866 zł (limit w 2016 r.). Później, gdy będziemy składali PIT, trzeba podać, jaką kwotę łącznie zdeponowaliśmy na IKZE w minionym roku. Osoby, które w 2015 roku wpłaciły sumę maksymalną, teraz otrzymują zwroty podatku we wspomnianej już wysokości 1 520 zł lub 855 zł. Wyższa trafi do kieszeni tych osób, które zarabiają na tyle dobrze, że płacą podatek według stawki 32%. Większość Polaków płacących 18% PIT może liczyć maksymalnie na 855 zł. Warto dodać, że za wpłaty dokonane w 2016 r. dostaną nawet 875 zł. Oczywiście, jeśli ktoś wpłaci mniej niż wynosi kwota maksymalna, zwrot podatku również będzie niższy.

Z IKZE warto jednak korzystać nie tylko dlatego, że daje korzyści podatkowe. Pieniądze, które tam wpłacimy, pomogą nam się utrzymać, gdy skończymy karierę zawodową i przejdziemy na emeryturę. Prognozy mówią bowiem, że w przyszłości kwota wypłacanej emerytury będzie stanowiła zaledwie jedną trzecią ostatniej pensji. To tak, jakby osoba zarabiająca dziś 2 700 zł, z dnia na dzień musiała nauczyć się przeżyć za 900 zł. Oznacza to drastyczną zmianę standardu życia.

O dodatkowe środki na starość szczególnie powinny zadbać panie. Ich emerytury są obecnie średnio o ok. 45% niższe niż mężczyzn. Wynika to głównie z niższych dochodów, częstszych przerw w okresie składkowym oraz wcześniejszego przechodzenia na emeryturę. Poza tym o zabezpieczenie swojej przyszłości powinni również zadbać przedsiębiorcy. Nawet jeśli mają oni bardzo wysokie dochody, to zwykle płacą niskie składki emerytalne. W rezultacie ich emerytura może stanowić zaledwie kilka procent wcześniejszych dochodów.

Na koniec warto dodać, że pieniądze zgromadzone na IKZE można wypłacić w dowolnym momencie, choć oczywiście lepiej nie robić tego bez poważnej przyczyny. W takim przypadku od całej wypłaconej kwoty zapłacimy podatek wg. obowiązującej skali podatkowej. W uproszczeniu oznacza to, że będziemy musieli zwrócić pieniądze, które wcześniej otrzymaliśmy w ramach zwrotu podatku. Jeśli natomiast uda nam się utrzymać oszczędności w IKZE do czasu, gdy ukończymy 65 lat, to podatek będzie zdecydowanie niższy – ryczałt 10%.

IKZE może być prowadzone w różnych formach (np. lokaty, funduszu inwestycyjnego lub ubezpieczenia). Najpopularniejszą są właśnie produkty ubezpieczeniowe. Według KNF aż 74% IKZE, które działały pod koniec 2015 r. było prowadzonych przez zakłady ubezpieczeń. Ich zaletą jest to, że nie tylko pozwalają gromadzić oszczędności na emeryturę, ale jednocześnie zapewniają ochronę na wypadek śmierci. W takiej sytuacji rodzina oszczędzającego otrzymuje wyższą kwotę niż ta, jaką udało mu się faktycznie zebrać.

 

Paweł Lizak, Ekspert Avivy

Wielu rodziców cieszy się na myśl, że dzięki programowi „Rodzina 500+”nareszcie będą mogli zapewnić swoim dzieciom wyższy poziom życia. Jednak jeśli dotychczas wystarczało nam pieniędzy na utrzymanie dzieci, lepiej te dodatkowe środki odłożyć. Aviva podpowiada, z jakich sposobów możemy skorzystać, by zabezpieczyć  przyszłość dzieci wykorzystując pieniądze, które dostaniemy do państwa.

Mówi się, że małe dziecko to mały kłopot, a duże dziecko to duży kłopot. Jest w tym dużo racji. Co prawda, z badania przeprowadzonego na zlecenie BIK wynika, że najwięcej pieniędzy wcale nie wydajemy na najstarsze pociechy, lecz na te w wieku 10-12 lat. Ich miesięczne utrzymanie kosztuje 673 zł, podczas gdy średnio jest to 607 zł. Jednak badanie obejmowało dzieci do 15 lat. W rzeczywistości najwięcej kosztuje potomstwo, które studiuje, zwłaszcza w innym mieście. W takiej sytuacji na jego utrzymanie musimy wydać miesięcznie ok. 1 500 zł. Dużo pieniędzy potrzeba również, gdy chcemy dziecku wyprawić wesele czy pomóc w zakupie pierwszego samochodu czy mieszkania.

Sposób 1: Odkładaj pieniądze z Rodzina 500+

Biorąc pod uwagę, ile pieniędzy potrzeba na wsparcie dziecka wchodzącego w dorosłość, najlepiej środki uzyskane z programu „Rodzina 500+” odłożyć właśnie na ten czas. Największe sumy mogą w ten sposób zgromadzić rodzice dzieci, które dopiero się urodziły. Trzeba jednak dodać, że nawet w ich przypadku wypłata 500 zł zwykle nie będzie trwała 18 lat, lecz krócej. Jeśli bowiem rodzice mają dwoje dzieci i różnica wieku wynosi 2 lata to, gdy młodsze będzie miało 16 lat, starsze ukończy 18 rok życia i rodzina będzie traktowana tak jakby miała tylko jedno dziecko. To zwykle będzie oznaczało koniec dopłat.

Ważną kwestią jest wybór najefektywniejszej formy oszczędzania. – Wiele zależy od tego, jak długo będziemy odkładać pieniądze. Jeśli młodsze dziecko ma 15 lat, a starsze 17, to oszczędzanie potrwa zaledwie rok. Wtedy sposób oszczędzania nie ma większego znaczenia, gdyż nawet inwestując, zbierzemy niewiele więcej niż odkładając po 500 zł do skarbonki. Jednak w przypadku, gdy dzieci są jeszcze małe, warto zadbać, aby zgromadzone środki pracowały – mówi Hubert Szczepanik, ekspert z Aviva Investors TFI. – Dla przykładu, jeśli młodsze dziecko dopiero się urodziło to przez 16 lat odkładania 500 zł w gotówce zbierzemy 96 tys. zł, ale jeśli zdecydujemy się na dość bezpieczną inwestycję, możemy uzyskać 134,7 tys. zł, czyli aż o 38,7 tys. zł więcej.

Ile zbierzesz odkładając pieniądze z „Rodzina 500+”

ile_zbierzesz_odkladajac_pieniadze_z_rodzina_500_

Sposób 2: Zabezpiecz dziecko nie tylko na odległą przyszłość

Niestety życie nie zawsze układa się tak, jak to sobie zaplanowaliśmy. Może więc zdarzyć się tak, że zanim zdążymy zebrać dużą kwotę przydarzy nam się poważny wypadek czy choroba. To może sprawić, że nie będziemy już w stanie pracować, nasze dochody znacząco spadną i zebrane wcześniej oszczędności będziemy zmuszeni wydać na leczenie. Może się też zdarzyć, że w wyniku choroby czy wypadku nasze dziecko stanie się sierotą. Dlatego rozsądnym rozwiązaniem wydaje się odkładanie tylko części uzyskiwanych pieniędzy, a za część warto wykupić ubezpieczenie, które zabezpieczy nas i nasze dzieci przed takimi zdarzeniami. Wtedy nawet jeśli po roku czy kilku latach opłacania składek wydarzy się coś złego, ubezpieczyciel i tak wypłaci nam gwarantowaną w umowie kwotę np. 500 tys. zł.

 

Aviva

Eksperci

Paradoksalna sytuacja na rynku obligacji

W ostatnich dniach doszło do dość kuriozalnej sytuacji, polegającej na tym, że rentowność dziesięcio...

W cieniu ustawy „frankowej”, w Sądzie Najwyższym kształtuje się orzecznictwo w sprawach kred

Ostatnie informacje i wydarzenia w świecie kredytów „frankowych”, zostały zdominowane przez kwestię ...

Biegowy biznes z Polski podbije świat. I można do tego podboju dołączyć

Runmageddon – stworzony w Polsce cykl biegów przeszkodowych – to najbardziej nuklearna historia na p...

Straty są nieodłączną częścią inwestycji

Zakończony niedawno maj był najgorszym miesiącem w tym roku dla rynku akcji. Większość parkietów odn...

Uchwała NSA pozwala wygrać z fiskusem

Każde zobowiązanie podatkowe ulega przedawnieniu. Oznacza to, że po upływie terminu przedawnienia or...

AKTUALNOŚCI

Wybory parlamentarne w Polsce. Czy rynek finansowy zareagował na wyniki?

Jak podaje Business Insider, wynki finansowe nie lubią zaskoczeń, a w wynikach wyborów parlamentarny...

Innowacyjnie, energooszczędnie – i z bezbłędnym finansowaniem!

Innowacyjnie, energooszczędnie i z myślą o przyszłości – takie rozwiązania dla ludności tworzy i fin...

Planowane zmiany w składkach ZUS dla przedsiębiorców

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawcówws. zapowiedzi wprowadzenia proporcjonalnościw skład...

Ważne dla Polski nowe stanowisko Komisji Europejskiej

Odpowiedź Komisji Europejskiej na ostatnie głosowanie Parlamentu Europejskiego w sprawie pakietu mob...

Dlaczego państwo pozwala na nieozusowane umowy zlecenia?

Dlaczego rząd do tej pory nie zmienił szkodliwego art. 9 ustawy o SUS? Federacja Przedsiębiorców Pol...