sobota, Listopad 25, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "Rada Polityki Pieniężnej"

Rada Polityki Pieniężnej

W ostatnim komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej zabrakło ważnego stwierdzenia: że jej członkowie nie widzą zagrożenia przekroczenia celu inflacyjnego NBP – przedziału, w którym powinien mieścić się wzrost cen dóbr i usług w gospodarce. I chociaż RPP utrzymuje, że w 2018 roku nie będzie podnosiła stóp procentowych, inwestorzy podchodzą do tych zapowiedzi z rezerwą.

Obawy inwestorów o silniejszy wzrost inflacji w Polsce nie są bezpodstawne. Wystarczy spojrzeć, w jakim tempie rozwija się polska gospodarka. Na wzrost cen ropy naftowej, podwyżki płac (rzędu 6-7% rok do roku) i rosnące wykorzystanie mocy produkcyjnych. Pytanie o to, kiedy to wszystko przełoży się na wzrost cen, samo ciśnie się na usta.

Niepewność inwestorów doskonale widać w zachowaniu cen obligacji Skarbu Państwa. O ile rentowność naszych 2-letnich obligacji oscylują w okolicach 1,5 – 1,6%, to w przypadku 10-letnich wzrosły do ok. 3,4 – 3,5%. To wyżej niż w najlepszych momentach tego roku, gdy polskie skarbówki były chętnie kupowane przez inwestorów. Wniosek jest prosty: im dłuższe papiery, tym mniejszy apetyt inwestorów na ryzyko.

Czy faktycznie należy się bać podwyżek stóp procentowych w Polsce?

To, że prędzej czy później do nich dojdzie, nie ulega wątpliwości. Za tym, że może to nastąpić później przemawia to, że w czasach gdy inflacja spadła znacznie poniżej zera, RPP nie dokonała radykalnych obniżek stóp procentowych, podczas gdy inne banki centralne na świecie pobudzały gospodarkę zerowymi, a nawet ujemnymi stopami. Jeśli nawet w najbliższych miesiącach inflacja przekroczy pożądany poziom, Rada jeszcze przez jakiś czas pozostanie w strefie komfortu i będzie w stanie przetrzymać presję ze strony cen. Dopóki to się nie zmieni, stopy procentowe pozostaną na obecnych poziomach.

 

Autor: Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI.

Mimo bardzo dobrej sytuacji w gospodarce i na rynku pracy oraz deklaracji RPP utrzymania stóp procentowych na niezmienionym, rekordowo niskim poziomie, banki zapowiadają zaostrzenie swej polityki kredytowej. Ta ostrożność wskazuje na lekki wzrost obaw bankowców dotyczących rozwoju sytuacji.

Z okresowego badania sytuacji na rynku kredytowym przeprowadzanego przez NBP wynika, że doskonała koniunktura gospodarcza, wzrost dochodów gospodarstw domowych oraz rekordowo niskie stopy procentowe nie usypiają czujności bankowców w kwestii kryteriów i warunków udzielania kredytów. Dotyczy to zarówno przedsiębiorców, jak i konsumentów. Ostrożna postawa wynika częściowo z obaw związanych z rozwojem sytuacji w gospodarce, a przynajmniej w niektórych jej sektorach, po części zaś z chęci ustrzeżenia się przed konsekwencjami nadmiernego optymizmu kredytobiorców, choć jednocześnie ankietowani bankowcy nie dostrzegają niebezpiecznego wzrostu popytu na kredyty.

Banki po raz pierwszy od ponad półtora roku dostrzegły poprawę koniunktury w gospodarce jako bodziec do nieznacznego złagodzenia kryteriów udzielania kredytów firmom, ale jednocześnie znalazły powody, by nadmiernie nie zachęcać przedsiębiorców do zadłużania się. O ile deklarowane przez część banków zwiększanie wysokości marży można uznać za działanie podyktowane chęcią zwiększenia swoich zysków, o tyle podwyższone wymogi dotyczące wkładu własnego, czy skracanie okresu kredytowania, to wyraźne przejawy ostrożności w finansowaniu. Można przypuszczać, że podyktowana jest ona niepewnością w kwestii utrzymania się dobrej koniunktury i możliwości pojawienia się kłopotów, szczególnie w niektórych branżach. Dość wspomnieć o widocznych już wzroście kosztów, czy trudnościach w pozyskiwaniu przez firmy pracowników, a więc i ograniczonych możliwościach wzrostu produkcji, a nawet realizacji bieżących zamówień. Pod tym względem szczególne obawy bankowców dotyczą przedsiębiorstw budowlanych, najbardziej wrażliwych na tego typu zjawiska. Co więcej, przewidują oni dalsze zaostrzenie polityki kredytowej w kolejnych miesiącach, głównie wobec małych i średnich przedsiębiorstw. Może to mieć również związek z oczekiwaniem wcześniejszego niż dotąd zapowiadanego podwyższenia stóp przez Radę Polityki Pieniężnej, co spowodowałoby zwiększenie kosztów finansowania i mogłoby niekorzystnie odbić się na zdolności części firm do jego spłaty.

Już w trzecim kwartale część banków zaostrzyła kryteria udzielania kredytów mieszkaniowych, ale jednocześnie złagodziła niektóre warunki klientom, spełniającym stawiane wymagania, między innymi obniżając poza odsetkowe koszty finansowania. Bardzo podobnie postępowały wobec najbardziej wiarygodnych klientów ubiegających się o kredyt konsumpcyjny, obniżając także marże, godząc się na dłuższy okres kredytowania i wyższe kwoty zobowiązań. O ile bankowcy nie zamierzają w najbliższej przyszłości podwyższać wymagań dla kredytów hipotecznych, to planują zaostrzenie polityki w przypadku finansowania potrzeb konsumpcyjnych, najwyraźniej dostrzegając w tej kwestii pewne ryzyko, związane z rosnącym prawdopodobieństwem wcześniejszej podwyżki stóp procentowych.

 

 

Komentarz: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w październiku 2017 r. o 2,1 proc. r/r, a w stosunku do września br. o 0,5 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

We wrześniu i w październiku 2017 r. wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych był wyraźnie wyższy niż w ostatnich miesiącach – odpowiednio 2,2 proc. i 2,1 proc. r/r. Inflację na takim poziomie obserwowaliśmy ostatnio w lutym br. (2,2 proc.), a wcześniej – w końcu 2012 r/ (2,4 proc.). Nie jesteśmy zatem przyzwyczajeni do takich wzrostów cen. Szczególnie, że są one w ponad 50 proc. generowane przez wzrosty cen żywności. We wrześniu br. wkład żywności  we wzrost CPI wyniósł 1,16 punktu procentowego, sierpniu – 1 punkt procentowy (przy inflacji 1,8 proc.), w lipcu 1,04 pp (przy inflacji 1,7 proc.), w czerwcu 0,86 (przy inflacji 1,5 proc.).

To ciekawe zjawisko, bowiem zbiory zboża, ziemniaków, buraków cukrowych były nieco  wyższe niż w 2016 r., zbiory warzyw pozostały na podobnym do zeszłorocznego poziomie. Spadek dotyczył jedynie zbiorów owoców – owoców z drzew aż o 30-35 proc., a z krzewów o ok. 15 proc. (GUS). Do tego doszły silnie rosnące ceny masła, ale to już zasługa cen na rynkach światowych. W październiku swój udział mają zapewne też ceny jaj.  Nie mogło to pozostać bez wpływu na ceny żywności, ale nie w tak dużym stopniu jak obserwujemy to od początku 2017 r., a szczególnie w ostatnich miesiącach.

Wydaje się, że sprawa jest oczywista. Żywność to produkt podstawowy, a tym samym jego elastyczność cenowa jest niska, czyli wzrost cen nie zmniejsza lub w niewielkim stopniu zmniejsza popyt na produkty żywnościowe. Prędzej wzrost cen żywności wpłynie na spadek popytu na inne produkty. Producenci i sprzedawcy produktów żywnościowych wiedzą o tym i korzystają z dobrej koniunktury gospodarczej oraz dosypywania co miesiąc ok. 2 mld zł z budżetu państwa do portfeli części gospodarstw domowych (500+). Podnoszą ceny, wiedzą bowiem, że jeśli będzie trzeba, po prostu mniej będziemy oszczędzać. A przy niższych dochodach rozporządzalnych mniej będziemy kupować np. dóbr trwałego użytku.

W największym stopniu silnie rosnące ceny żywności uderzają w gospodarstwa domowe o niskich dochodach. Żywność w ich wydatkach ma bowiem dominujący udział.

Ale są też beneficjenci ponad 2-procentowej inflacji – budżet państwa, do którego wpływa więcej dochodów z podatków pośrednich, głównie z VAT. I w wyniku wzrostu konsumpcji, i dlatego że rosną ceny.

Ciekawe jak to utrwalanie się wyższego poziomu inflacji, w tym szczególnie silnego wzrostu cen żywności skomentują członkowie Rady Polityki Pieniężnej. Skomentują, bo decyzji o niepodnoszeniu stóp procentowych na pewno nie zmienią. Przynajmniej do połowy, a może nawet końca przyszłego roku.

 

Komentarz: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

We wrześniu ceny żywności były wyższe niż rok wcześniej aż o 5 proc. To najmocniejszy wzrost od pięciu lat. Od grudnia dynamika tej tendencji będzie mniejsza, ale będzie to tylko efekt statystyczny, nie oznaczający końca drożyzny. Presję inflacyjną sygnalizuje już nie tylko wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych, ale także wskaźnik inflacji bazowej, co może stać się powodem rozpoczęcia dyskusji o podwyżce stóp procentowych.

Najnowsze dane GUS potwierdzają tendencję widoczną wyraźnie już od kilku miesięcy. Wzrost cen żywności, rozpoczęty w listopadzie ubiegłego roku przybiera na sile i staje się główną przyczyną inflacji, która we wrześniu ponownie podskoczyła do 2,2 proc. Żywność była we wrześniu o 5,3 proc. droższa niż przed rokiem, a łącznie z napojami bezalkoholowymi wzrost wyniósł 5 proc. Poprzednio z tak silną zwyżką cen tej kategorii towarów konsumpcyjnych mieliśmy do czynienia we wrześniu 2012 r., czyli równo pięć lat temu. Wówczas także drożyzna ujawniła się z największą siłą w nietypowym okresie od czerwca do września i podobnie jak obecnie, jedną z głównych jej przyczyn były warunki atmosferyczne (straty w uprawach związane z bardzo mroźną i bezśnieżną pogodą w pierwszych miesiącach 2012 r. były wyjątkowo duże). Jeszcze większy, sięgający 7-8,8 proc. skok cen żywności miał miejsce wiosną 2011 r. (wówczas po wyjątkowo ciepłej końcówce zimy, maj przyniósł śnieżyce i rekordowo niskie temperatury). Analogii, nie tylko meteorologicznych, jest zresztą więcej. Lata 2010-2011 to okres sięgającej 4,1-4,7 proc. dynamiki PKB i stosunkowo wysokiego tempa wzrostu płac, utrzymującego się jeszcze na początku 2012 r., gdy gospodarka wchodziła w fazę ostrego spowolnienia. I wówczas i obecnie mamy więc do czynienia ze splotem czynników z jednej strony ograniczających podaż produktów rolnych, a z drugiej powodujących poprawę sytuacji materialnej (rekordowo niskie bezrobocie, wysoka dynamika wzrostu wynagrodzeń), korzystnie oddziałujących na utrzymanie wysokiego popytu na żywność i ułatwiających „akceptację” wyższych cen przez konsumentów.

W takich warunkach należy się liczyć z utrzymywaniem się presji inflacyjnej, którą łagodzić może jedynie efekt statystyczny, polegający na niskiej bazie odniesienia, bowiem do października ubiegłego roku mieliśmy do czynienia z deflacją, czyli spadkiem wskaźnika cen towarów i usług oraz nieznacznym, sięgającym 0,4 proc. wzrostem cen żywności. W listopadzie 2016 r. ceny żywności podskoczyły już o 1,2 proc. a miesiąc później o 2,5 proc., więc w ostatnich miesiącach obecnego roku ich dynamika nie będzie już tak wysoka wcześniej. Dla konsumentów to jednak dość marne pocieszenie, bo ceny będą rosły nadal, tyle że nieco mniej. Z wcześniejszych szacunków Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej wynika, że w grudniu ceny żywności będą wyższe o 4 proc. niż rok wcześniej.

Inflacja zyskuje jednak coraz to nowych „sojuszników”. Tempo wzrostu kosztów związanych z użytkowaniem mieszkania i nośnikami energii przyspieszyło we wrześniu do 2,3 proc. z 2 proc. miesiąc wcześniej, a jest to druga po żywności, najmocniej ważąca na domowych budżetach kategoria, stanowiąca nieco ponad jedną piątą wydatków ogółem. Poprzednio tak duży wzrost notowano przed trzema laty. W tym przypadku należy się spodziewać dalszego wzrostu, choćby w związku z mocno zwyżkującymi cenami węgla i jego niedoborami, w kontekście zbliżającego się sezonu grzewczego. Swoje robią także utrzymujące się wysokie notowania ropy naftowej, które podbiły we wrześniu ceny paliw o 3,6 proc. O 2,2 proc. więcej niż rok wcześniej płaciliśmy we wrześniu w hotelach i restauracjach, o 2 proc. więcej kosztowały nas wydatki na zdrowie, o 1,9 proc. na rekreację i kulturę, a usługi związane z łącznością podrożały o 1,7 proc.

Zwiększającą się presję inflacyjną sygnalizuje także wskaźnik inflacji bazowej, czyli nie uwzględniający cen żywności i energii. Wzrósł on we wrześniu do 1 proc. wobec 0,7 proc. miesiąc wcześniej. To najwyższy jego poziom od marca 2014 r. Na jego kształtowanie się warto zwrócić baczniejszą uwagę, ponieważ to właśnie jego zachowanie się może stanowić istotną przesłankę decyzji Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych. Choć jego poziom nie jest jeszcze specjalnie niepokojący, to różnica między nim a poziomem stopy referencyjnej, sięgająca 0,5 punktu procentowego, jest najniższa w historii. Świadczy ona o tym, że obecną politykę pieniężną można uznać za wyjątkowo łagodną, szczególnie w kontekście wysokiego tempa wzrostu gospodarczego. Z podobnie niską różnicą między podstawową stopą procentową NBP a inflacją bazową, mieliśmy do czynienia jedynie przez kilka miesięcy 2009 r., czyli w okresie największego nasilenia skutków globalnego kryzysu finansowego (wówczas wynosiła ona 0,6 proc.). O ile utrzymującej się od początku roku ujemnej realnej stopie procentowej (różnica między podstawową stopą procentową a wskaźnikiem cen towarów i usług konsumpcyjnych) towarzyszyła bagatelizująca ten stan rzeczy argumentacja RPP, a szczególnie jej przewodniczącego, to dalsze zmniejszanie się różnicy między stopą referencyjną a inflacją bazową może już skłonić do dyskusji o podwyżce stóp procentowych. Tym bardziej, że niektórzy przedstawiciele Rady już od kilku miesięcy podnoszą kwestię konsekwencji ujemnej realnej stopy procentowej. Nie można więc wykluczyć, że wkrótce stanie się ona przedmiotem głosowania, choć nie wcześniej niż w listopadzie, gdy opublikowana zostanie projekcja inflacji.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

W sierpniu br. inflacja w ujęciu rocznym wzrosła do 1,8 proc., ale w stosunku do lipca spadła o 0,1 proc.– podał GUS.

Inflacja zmniejsza dochody realne Polaków, szczególnie tych mniej zamożnych. Cały czas rosną, w ujęciu rocznym, ceny żywności. Na szczęście w okresie wakacyjnym zaobserwowaliśmy ich spadek w ujęciu miesięcznym.  Dotyczy to zwłaszcza owoców i warzyw, co pozytywnie odczuły w portfelach gospodarstwa domowe. Jednocześnie cały czas drożeją masło, mleko, sery i w ogóle wyroby mleczne. Do tej grupy dołączyło też pieczywo. A warto pamiętać, że te produkty mają duży udział w wydatkach gospodarstw domowych  o niskich dochodach.

Zdrożały paliwa, chociaż to zapewne efekt  „sytuacji pogodowej” w USA i konieczności ograniczenia wydobycia ropy naftowej. Niewykluczone jednak, że we wrześniu wysokie ceny paliw się utrzymają, z tego samego powodu.

Wzrosły też ceny usług zdrowotnych – szpitalnych, stomatologicznych, jak i wyrobów farmaceutycznych. Polacy, mając wyższe dochody, zaczynają na większą skalę korzystać z prywatnych placówek medycznych, nie mogąc doczekać się takich świadczeń w publicznej służbie zdrowia.

Dobra sytuacja na rynku pracy, rosnące zatrudnienie i wynagrodzenia, przełożyły się w okresie wakacji na wzrost cen usług turystycznych. Więcej trzeba było zapłacić  za obiad w restauracji, pokój w hotelu czy bilet lotniczy.

W ciągu ośmiu miesięcy wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych wzrósł do 1,9 proc. Jeśli anomalie pogodowe (huragany) w USA nie wpłyną na zmniejszenie dostaw ropy naftowej, to na koniec roku inflacja nie powinna przekroczyć 1,8 proc. W innym przypadku może być wyższa.

Bez względu na to, czy inflacja wyniesie 1,8 proc., czy będzie wyższa, Rada Polityki Pieniężnej na pewno w tym roku nie podwyższy stóp procentowych. Kredytobiorcy mogą się nadal cieszyć z niższych rat spłacanych kredytów, ale oszczędzający nie mają co liczyć na wyższe oprocentowanie lokat.

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Rada Polityki Pieniężnej (RPP) pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziomie. Oznacza to, że w dalszym ciągu możemy cieszyć się z historycznie niskich stóp procentowych, co jest szczególnie ważne dla wszystkich kredytobiorców zadłużonych w naszej walucie. Jednak już za kilka miesięcy, gdy stopy procentowe wzrosną, rata może być wyższa nawet o kilkanaście procent.

Spośród stóp procentowych Narodowego Banku Polskiego (NBP) najważniejsza z punktu widzenia osób spłacających kredyty jest stopa referencyjna, która od marca 2015 roku wynosi 1,50 proc. To właśnie od jej poziomu w pośredni sposób zależy poziom stopy Wibor i oprocentowanie kredytów detalicznych. Najczęściej używana przez banki stawka 3-miesięczna utrzymuje się od wielu miesięcy na poziomie 1,70-1,73  proc., co w wymierny sposób przekłada się na portfele kredytobiorców. Przykładowo osoba, która w 2008 roku zaciągnęła kredyt na 30 lat rozpoczynała spłatę zobowiązania z ratą około 710 złotych na każde 100 tys. kredytu, natomiast dzisiaj rata jest niższa o prawie 40 proc. i wynosi około 430 złotych. Również osoby, które zaciągnęły kredyty kilka lat później także zyskują dzięki niższemu oprocentowaniu. W przypadku kredytu zaciągniętego we wrześniu 2013 roku rata uległa obniżeniu o około 10 proc. Cztery lata temu pierwsza rata wynosiła 460 złotych na 100 tys. zadłużenia, a dzisiaj co miesiąc należy płacić około 410 złotych.

Wyższe stopy, wyższe raty

Tak niskie stopy procentowe będą się utrzymywać jeszcze co najmniej przez kilka miesięcy. Podwyższenia stóp przez RPP można najwcześniej spodziewać się  pod koniec 2018 roku, chociaż coraz więcej czynników wskazuje na to, że może to nastąpić nie wcześniej niż w 2019 roku. Inflacja pozostaje na stabilnym poziomie poniżej celu inflacyjnego NBP, presja płacowa nie wzrasta, a ostatnie umocnienie złotego także nie przemawia za podwyżką stóp procentowych. Również wypowiedzi członków RPP wskazują na to, że stopy procentowe nie będą w najbliższym czasie podwyższane. Warto jednak już dzisiaj mieć świadomość, że prędzej czy później stopy procentowe wzrosną i raty kredytu ulegną podwyższeniu. Czy wszyscy kredytobiorcy są świadomi jak bardzo mogą wzrosnąć miesięczne koszty kredytu?

Jak widać wzrost rat może być bardzo znaczący, szczególnie jeśli wybraliśmy długi okres kredytowania. W takim przypadku poziom oprocentowania w większym stopniu wpływa na wysokość raty, niż w sytuacji gdy kredyt spłacamy w krótszym terminie. W przypadku kredytu na 35 lat, powrót stóp procentowych do poziomu sprzed zaledwie 5 lat będzie oznaczał wzrost miesięcznej raty nawet o 50 procent. Dla 200 tysięcy zadłużenia nominalnie będzie to rata wyższa o 438 złotych, jednak dla kredytu w kwocie 500 tys. złotych rata wzrośnie o prawie 1100 złotych, co może już spowodować pewne perturbacje w budżecie domowym. Oczywiście wzrost raty do tego poziomu nie będzie skokowy, nie wzrośnie ona z dnia na dzień, ale zaciągając dzisiaj kredyt trzeba mieć koniecznie świadomość tak dużego ryzyka.

Czy przed wzrostem rat można się zabezpieczyć?

Jednym z zabezpieczeń, z którego może skorzystać osoba zaciągająca dzisiaj kredyt jest wybranie oferty ze stałą stopą procentową. Praktyka rynkowa pokazuje jednak, że jest to zabezpieczenie tylko teoretyczne. Dzisiaj kredyt ze stałą stopą procentową mają w swojej ofercie tylko 4 banki i są to oferty, które gwarantują klientowi stałe oprocentowanie przez maksymalnie 5-7 lat. Po upływie tego okresu następuje ponowne ustalenie stałej stopy na kolejny okres lub następuje zmiana sposobu ustalania oprocentowania i od tego momentu jest ono zmienne, tak jak w przypadku innych kredytów. Nie ma zatem ofert, które zagwarantują stałe oprocentowanie na cały okres kredytowania. Co prawda stała rata np. na 5 lat daje pewną stabilizację finansową, jednak nie zabezpiecza w całości przed ryzykiem stopy procentowej. Ponadto, decydując się na taką ofertę musimy liczyć się z tym, że rata kredytu będzie wyższa, niż rata kredytu ze zmienną stopą procentową. Także po zakończeniu okresu stałej stopy procentowej marża do ustalenia zmiennej stopy może być wyższa, niż w sytuacji gdy od początku zdecydujemy się na zmienną stopę.

W ostatnich latach obserwowaliśmy głównie spadek stóp procentowych i obniżające się w konsekwencji raty kredytów złotowych. Dzięki zmiennemu oprocentowaniu obniżenie stóp procentowych wpływało w pozytywny sposób na portfele kredytobiorców. W perspektywie najbliższych kilku lat trzeba jednak przygotować się na odwrócenie tego zjawiska. Wzrost stóp procentowych, niezależnie od skali podwyżek, przełoży się tym razem w negatywny sposób na finanse gospodarstw domowych. Warto mieć świadomość tego zjawiska i rzetelnie przeanalizować wszelkie ryzyka i swoje możliwości w chwili, gdy podejmujemy decyzję o zaciągnięciu kredytu. Należy bowiem pamiętać, że niska rata jaką dzisiaj płacimy nie będzie obowiązywać do końca spłaty kredytu i trzeba będzie zmierzyć się z wyższymi comiesięcznymi opłatami.

Autor:  Michał Krajkowski, Główny Analityk, NOTUS Finanse S.A.

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Silne wzajemne powiązanie międzynarodowych rynków finansowych sprawia, że wszelkie zawirowania błyskawicznie przenoszą się do Polski. Ewentualny kryzys walutowy byłby u nas odczuwalny po 1 dniu, zaś turbulencje na rynkach akcji i obligacji maksymalnie po 5 dniach. Najgroźniejsze byłyby wstrząsy w strefie euro, a także na rynkach: brytyjskim, amerykańskim oraz chińskim – wynika z raportu „Kierunki 2017”przygotowanego przez DNB Bank Polska i firmę doradczą Deloitte. Jednak w dłuższej perspektywie skutki takiego kryzysu dla polskiej gospodarki będą łagodniejsze niż w krajach, z których nadszedł kryzys.

Polski rynek finansowy odczuwa wszelkie wstrząsy na zagranicznych rynkach, jednak ocena ich skutków jest skomplikowana. Sektor finansowy ma dużo większe obroty w porównaniu do realnej gospodarki. Ponadto, mnogość instrumentów finansowych na globalnych rynkach utrudnia śledzenie ich wzajemnych zależności. Jak wskazują autorzy raportu „Kierunki 2017. Negatywne szoki gospodarcze. Stress–testy polskiej gospodarki w 2017 roku”, zawirowania na światowych rynkach finansowych błyskawicznie przenoszą się do Polski.

Silne powiązania rynków finansowych sprawiają, że wszelkie szoki zewnętrzne są natychmiast odczuwalne w Polsce, zwłaszcza w przypadku strefy euro, USA czy Wielkiej Brytanii, ale także innych analizowanych państw (Chiny, Rosja, Turcja). W przypadku tąpnięcia kursów walut zajmuje to 1 dzień, zaś krach na rynku akcji i obligacji dociera do Polski maksymalnie po 5 dniach. Transakcje walutowe opierają się o przewidywaną reakcję rynków, więc inwestorzy błyskawicznie przenoszą swoje aktywa. Z kolei akcje i obligacje mają silniejsze powiązania z realną gospodarką, więc tempo rozprzestrzeniania się kryzysu zależy od mikro– i makroekonomicznych fundamentów gospodarki danego kraju.

Bardzo wrażliwy polski złoty

Analizując rynki walutowe, autorzy raportu śledzili wahania kursu złotówki do dolara. Następnie zaś badali, jak na wspomniany kurs wpływają notowania par walutowych, w których powiązano dolara z euro, brytyjskim funtem, chińskim juanem, rosyjskim rublem, turecką lirą i ukraińską hrywną.

Z analizy wynika silne powiązanie kursu złotego z kursem euro i brytyjskim funtem; spadkowi wartości tych walut w stosunku do dolara będzie towarzyszyć osłabienie złotego względem amerykańskiej waluty. W przypadku pozostałych walut, ich wahania wobec kursu dolara skutkują analogicznym zachowaniem złotego wobec dolara (jedynie w przypadku tureckiej liry zależność jest odwrotna), choć siła ich wpływu jest mniejsza – mówi Katarzyna Piętka-Kosińska, ekonomistka Deloitte.

Rada Polityki Pieniężnej nie sygnalizuje zamiaru rychłego podniesienia stóp procentowych. Dlatego impulsy walutowe będą miały swoje źródło przede wszystkim w polityce Europejskiego Banku Centralnego i amerykańskiego Fed. Sytuacja gospodarcza w strefie euro poprawia się, a szacunki ECB wskazują na wzrost PKB w strefie euro sięgający 1,9 proc. w tym roku i 1,8 proc. w 2018 r. Stopy depozytowe wciąż są ujemne, co może wpływać na ożywienie akcji kredytowej wśród przedsiębiorstw, a przewidywane wzmocnienie w gospodarce światowej będzie sprzyjać eksportowi ze strefy euro. W przypadku USA, Fed podniósł w czerwcu stopy procentowe o 0,25 pkt proc. do poziomu 1 – 1,25 proc. Fed podtrzymał również zapowiedź kolejnej podwyżki. Może to zwiastować większą zmienność na rynkach walutowych w dalszej części tego roku.

Cena polskiego długu silnie związana z rynkami strefy euro

W przypadku obligacji, autorzy raportu posłużyli się rentownościami na rynku wtórnym 10-letnich obligacji skarbowych analizowanych krajów, oprócz Ukrainy (z powodu braku danych).

Rentowność polskich papierów skarbowych najsilniej powiązana jest z rynkami obligacji dużych gospodarek strefy euro; w mniejszym stopniu z brytyjskim i rosyjskim oraz w niewielkim z chińskim, amerykańskim i tureckim. Rentowność polskich papierów skarbowych podąża za notowaniami obligacji we wszystkich analizowanych krajach, za wyjątkiem Rosji. Jeśli w Niemczech rośnie rentowność rządowego długu, to rośnie także w Polsce. Jednak gdy jego rentowność rośnie w Rosji, to w Polsce koszt pożyczania przez rząd maleje. Oznacza to, że kiedy inwestorzy sprzedają niemieckie obligacje doprowadzając do wzrostu ich rentowności, to sprzedają również polskie wywołując podobny efekt. Jednak gdy wyprzedają oni obligacje rosyjskie, to za część uzyskanej w ten sposób gotówki kupują polskie papiery dłużne, co wobec wzrostu na nie popytu wpływa na obniżenie rentowności. Polska gospodarka jest postrzegana przez pryzmat innych gospodarek UE. Dlatego w przypadku zawirowań na rynku rosyjskim, nasze obligacje traktowane są jako pewniejsza inwestycja.

Równie mocne są wzajemne powiązania międzynarodowych rynków akcji, bowiem spadki na zagranicznych giełdach wpływają negatywnie na indeks WIG. Najsilniejsze wahania kursów są przede wszystkim rezultatem zmian w największych gospodarkach strefy euro (w kolejności: Francji, Niemiec, Włoch i Hiszpanii), następnie w Wielkiej Brytanii, USA, Rosji, Chinach, Turcji i w minimalnym stopniu na Ukrainie.

Indeks warszawskiej giełdy odzwierciedla ścisłe relacje handlowe Polski z krajami UE. Z drugiej strony, niezwykle istotny jest globalny wpływ gospodarek USA i Chin oraz bliskość geograficzna Rosji, Turcji i Ukrainy. Dlatego właśnie spadek indeksu WIG następuje w ślad za przecenami akcji w tych krajach.

Polska szybko odreaguje potencjalny kryzys

Zdaniem autorów raportu, w przypadku kryzysu w gospodarkach UE, Polska będzie najdłużej – bo aż 7 lat – odczuwać szok pochodzący z Włoch, Hiszpanii oraz Wielkiej Brytanii. Najsłabiej odczuwalny będzie skumulowany w ciągu 7 lat impuls kryzysowy z Niemiec i Francji, bowiem osłabienie dynamiki polskiego PKB w stosunku do ścieżki bazowej będzie obserwowane tylko w pierwszym roku kryzysu. W kolejnych latach polska gospodarka zacznie już kryzys „odreagowywać” i powróci na pierwotną ścieżkę wzrostu gospodarczego, choć PKB będzie na niższym poziomie niż przed kryzysem. Efekt ten należy tłumaczyć możliwościami, jakie te duże gospodarki oferują polskim przedsiębiorcom, w tym ich silnym powiązaniem z gospodarką światową.

Jeżeli kryzys nadejdzie ze strony krajów spoza UE, Polska zdecydowanie mocniej odczuje kryzys w Chinach i USA, niż w Rosji i na Ukrainie. Wynika to przede wszystkim z faktu, że amerykańska i chińska gospodarka mają kluczowy wpływ na globalny wzrost gospodarczy. Z kolei w przypadku Rosji i Ukrainy podstawowym czynnikiem jest geograficzna bliskość, a nie kondycja gospodarcza tych krajów.

 

Źródło: DNB i Deloitte

Wzrost PKB – produktu krajowego brutto – Polski w 2017 r. przyspieszy i wyniesie 3,7 proc. w efekcie m.in. wzrostu inwestycji i napływu funduszy z UE – podano w projekcji NBP. Dodano, że inflacja wzrośnie, ale do końca 2019 r. nie przekroczy 2,5 proc.

Projekcja inflacji oraz PKB opracowywana jest przez Narodowy Bank Polski i przedstawia prognozowany rozwój sytuacji w gospodarce. Projekcja stanowi jedną z przesłanek, na podstawie których Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzje o poziomie stóp procentowych NBP.

Projekcja przygotowywana jest trzy razy w roku i publikowana w marcu, lipcu i listopadzie.
Zdaniem autorów tegorocznego (marzec 2017) opracowania po przejściowym spowolnieniu wzrostu PKB w ubiegłym roku dynamika PKB wyraźnie przyspieszy. Przyczyni się do tego wzrost nakładów na środki trwałe, zarówno publicznych, jak i przedsiębiorstw, wspierany napływem środków z budżetu UE z nowej perspektywy finansowej na lata 2014 – 2020.

W projekcji podano też, że w 2017 r. zwiększy się dynamika konsumpcji prywatnej finansowanej rosnącymi dochodami gospodarstw domowych w efekcie poprawy sytuacji na rynku pracy oraz wdrożenia programu Rodzina 500 plus.

Z projekcji wynika, że rosnące ceny surowców energetycznych, energii elektrycznej oraz żywności przyczynią się do wzrostu inflacji, ale do końca 2019 roku nie przekroczy ona poziomu 2,5 proc. Zdaniem autorów jej wzrost będą ograniczać niska inflacja w strefie euro oraz aprecjacja złotego.

Podkreślono, że w 2017 r. wzrosną ceny żywności. Jak napisano, przyczyni się do tego głównie wzrost cen hurtowych warzyw na skutek znacznego spadku ich importu z Hiszpanii i Włoch w konsekwencji bardzo niekorzystnych warunków pogodowych w tych krajach.

Jednocześnie autorzy opracowania uspokajają, że wzrost cen żywności jest ograniczany silną konkurencją.
Przypomnijmy przy okazji, że PKB – produkt krajowy brutto to w ekonomii, jeden z podstawowych mierników efektów pracy społeczeństwa danego kraju stosowany w rachunkach narodowych. PKB opisuje łączną wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych przez narodowe i zagraniczne czynniki produkcji na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu.

Wzrost lub spadek realnego PKB oraz dynamika tych ruchów stanowi miarę wzrostu gospodarczego.
PKB jest wyznacznikiem wielkości gospodarki – jednak jest nie najlepszą miarą zamożności społeczeństwa, ponieważ nie uwzględnia liczby ludności. Z tego powodu jako miarę dobrobytu powszechnie używa się innego wskaźnika, którym jest PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Skokowy powrót inflacji radykalnie zmienia sytuację na rynku detalicznych obligacji skarbowych. Oszczędzający coraz chętniej kupują papiery indeksowane wskaźnikiem inflacji kosztem tych o stałym oprocentowaniu.

Obserwacja tego, co dzieje się na rynku obligacji skarbowych, prowadzi do dwóch bardzo jednoznacznych wniosków. Po pierwsze, dynamicznie rośnie zainteresowanie oszczędzających zakupami tych papierów, po drugie, zdecydowanie zwiększa się popyt na obligacje chroniące przed inflacją, przy malejącym udziale papierów o stałym oprocentowaniu. W pierwszym kwartale Ministerstwo Finansów sprzedało na rynku detalicznym obligacje skarbowe o wartości prawie 1,4 mld zł. Gdyby taka dynamika utrzymała się w kolejnych miesiącach, zdecydowanie przekroczony zostałby ubiegłoroczny wynik, zamykający się kwotą 4,6 mld zł, najwyższy od zanotowanego w 2008 r., gdy w reakcji na kryzys finansowy, kapitał przenoszony był do najbardziej bezpiecznych instrumentów finansowych. Obecnie wzmożony popyt na obligacje nie wynika jednak z obaw przed kolejnym kryzysem, lecz powodowany jest poszukiwaniem bardziej atrakcyjnych niż lokaty bankowe, możliwości lokowania oszczędności. Przy wynoszącym 1,5 proc. średnim oprocentowaniu lokat, sięgające od 2,1 do 2,7 proc. odsetki oferowane przez papiery skarbowe, są w stanie zachęcić wiele osób do skorzystania z tej okazji. Oprócz tego argumentu, jest jeszcze jeden powód zwiększonego zainteresowania oszczędzający zakupem obligacji, czyli rosnąca skokowo inflacja.

Od kilku lat, aż do października ubiegłego roku, największym zainteresowaniem oszczędzających cieszyły się dwuletnie papiery o stałym oprocentowaniu. Ich udział w sprzedaży obligacji detalicznych ogółem, sięgał w ciągu ostatnich dwóch lat od 60 do 83 proc. Warto zauważyć, że spośród wszystkich rodzajów obligacji skarbowych, dwulatki charakteryzowały się jednocześnie najniższym oprocentowaniem. Magnesem przyciągającym nabywców był krótki okres zaangażowania kapitału (pozostałe wymagają zamrożenia kapitału na okres od 3 do 10 lat) oraz niezmienna w całym okresie wysokość odsetek. Te dwie cechy przesądzały o ich atrakcyjności, nawet kosztem nieco niższego oprocentowania.

Wybór tych obligacji był najbardziej racjonalną decyzją w warunkach spadających stóp procentowych, które osiągnęły poziom najniższy w historii, a wiele wskazywało na to, że mogą jeszcze bardziej pójść w dół. Dodatkowym czynnikiem, przemawiającym za tymi papierami, była obniżająca się inflacja. Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła cykl obniżek stóp procentowych jesienią 2012 r. W tym samym czasie zaczęła się spadkowa tendencja inflacji. I od tego momentu rosła popularność obligacji dwuletnich. W 2012 r. udział dwulatek i papierów czteroletnich indeksowanych wskaźnikiem inflacji był niemal identyczny i sięgał po około 30 proc. sprzedaży ogółem. Rok później sprzedaż tych ostatnich zmniejszyła się do niespełna 17 proc., a dwulatek wzrosła do prawie 37 proc. W kolejnych latach różnica ta przechylała się jeszcze mocniej na korzyść obligacji dwuletnich. Działo się tak aż do października 2016 r., gdy można już było spodziewać się, że Rada Polityki Pieniężnej stóp nie obniży i raczej będzie się zastawiać nad ich podwyższeniem, a powrót inflacji był niemal pewny. Styczniowy skok wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych do 1,8 proc. i lutowa poprawka do 2,2 proc., przesądziły sprawę i udział w sprzedaży obligacji indeksowanych inflacją dynamicznie się zwiększył, przekraczając w marcu 45 proc., podczas gdy jeszcze w listopadzie 2016 r. sięgał zaledwie 17 proc. Perspektywa utrzymywania się inflacji w okolicach 2 proc. z prawdopodobną tendencją zwyżkową w kolejnych latach, będzie powodowała spadek atrakcyjności obligacji dwuletnich o stałym oprocentowaniu (obecnie odsetki w ich przypadku wynoszą 2,1 proc. w skali roku) i wzmacniała zainteresowanie papierami czteroletnimi, indeksowanymi wskaźnikiem inflacji (zapewniają one 1,25 punktu procentowego powyżej inflacji).

Presja inflacyjna jest jeszcze zbyt słaba, by wpłynąć na sytuację na rynku obligacji korporacyjnych. Oprocentowanie dominujących na nim papierów o oprocentowaniu zmiennym, opierającym się na stawkach WIBOR, wynosi 4-5 proc. skutecznie chroniąc przed inflacją, zaś odsetki w przypadku papierów o stałym oprocentowaniu sięgają 7-9 proc., dając jeszcze większy bufor.

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Zatrudnienie w przedsiębiorstwach było w lutym 2017 r. wyższe o 4,6 proc. r/r, a wynagrodzenia o 4,0 proc. – padał GUS

W lutym 2017 r. w sektorze przedsiębiorstw  pracowało o 265 tys. osób więcej niż w lutym 2016 r., a o 16,5 tys. osób więcej niż przed miesiącem. Przyczyny tak silnych pozytywnych zmian na rynku pracy tkwią z jednej strony w rosnącym popycie firm na pracę, a z drugiej – ze zmian dotyczących m.in. wprowadzenia minimalnej stawki godzinowej dla osób współpracujących z przedsiębiorstwami w oparciu o umowy cywilno-prawne. Niewykluczone, że obowiązki administracyjne związane chociażby z dokumentowaniem godzin pracy powodują, że w części przypadków opłacalne dla obu stron – przedsiębiorcy i osoby świadczącej usługi na jego rzecz – staje się zatrudnienie na umowę o pracę i rezygnacja z umów cywilno-prawnych.

Wzrost wynagrodzeń był w lutym br. nieco słabszy niż w styczniu br. Możliwe, że to efekt braku wypłat 14. pensji w części przedsiębiorstw górniczych. Jednak wzrost wynagrodzeń o 4 proc. potwierdza popyt na pracę.

Z punktu widzenia gospodarstw domowych do bardzo dobra informacja – coraz więcej  bardziej stabilnych miejsc pracy i coraz wyższe wynagrodzenia. Co prawda dane dotyczące inflacji w styczniu i lutym br. wskazują, że nominalny wzrost wynagrodzeń zaczyna być „zjadany” przez wzrost cen, co osłabia pozytywne zmiany na rynku pracy. Jednak łącznie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń daje silny pozytywny efekt tak dla „Kowalskich”, jak i dla polskiej gospodarki. W styczniu i lutym 2017 r. fundusz płac był łącznie o ponad 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej. Tyle więcej miały w swojej dyspozycji gospodarstwa domowe. A to oznacza, że przynajmniej w części wykorzystały te pieniądze na konsumpcję. Zapewne wzrosły także ich oszczędności. Jedno i drugie to pozytywny sygnał dla gospodarki. A także dla budżetu państwa.

Oby pozytywny trend na rynku pracy nie przerodził się w presję płacową, bo wtedy problem będą mieli nie tylko przedsiębiorcy, ale także chociażby Rada Polityki Pieniężnej, i w efekcie my wszyscy  jako konsumenci czy kredytobiorcy.

Na razie rynek pracy potwierdza, że polska gospodarka ma potencjał rozwojowy.

Autor: dr Małgorzat Starczewska -Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Według danych GUS, wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych był w lutym wyższy niż przed rokiem o 2,2 proc. Poprzednio mocniejszy, sięgający 2,4 proc. jego wzrost zanotowano w grudniu 2012 r. Wówczas referencyjna stopa procentowa NBP wynosiła 4,25 proc. Pięć lat temu sytuacja była jednak zupełnie inna niż obecnie. Inflacja znajdowała się na ścieżce spadkowej, zniżkując z 5 proc. w maju 2011 r. do 2,4 proc. w grudniu 2012 r., a Rada Polityki Pieniężnej zaczynała trwający aż do dziś cykl łagodzenia warunków monetarnych, obniżając w przyspieszonym tempie stopę referencyjną z 4,75 proc. w październiku do 4 proc. w grudniu 2012 r., a potem sukcesywnie aż do 1,5 proc. w marcu 2015 r. Na przełomie 2012 i 2013 r. dynamika wzrostu gospodarczego obniżyła się do 0,1-0,2 proc., wyznaczając dołek koniunkturalnego spowolnienia. Od początku 2014 r. wzrost PKB przekracza 3 proc., za wyjątkiem ostatnich dwóch kwartałów ubiegłego roku, inflacja rośnie dynamicznie od trzech miesięcy, a stopy procentowe pozostają na historycznie niskim poziomie już od 24 miesięcy, co jest rekordowo długim okresem utrzymywania ich wartości bez zmian. Rada Polityki Pieniężnej sygnalizuje, że ulegnie on przedłużeniu jeszcze co najmniej do końca obecnego roku, a być może oczekiwanie na podwyżkę przeciągnie się do 2018 r.

Sprzyjałoby to podtrzymaniu dobrej koniunktury gospodarczej dzięki korzystnym warunkom finansowania przedsiębiorstw, ale jednocześnie stawiałoby w trudnej sytuacji posiadaczy oszczędności. Nie jest to zaś problem błahy, jeśli wziąć pod uwagę niski poziom krajowych oszczędności oraz fakt, że bez oszczędności nie może być mowy o wzroście inwestycji, chyba, że będziemy finansować je poprzez wzrost zadłużenia i import kapitału z zagranicy. Ale tego drugiego scenariusza z wielu względów warto byłoby uniknąć lub przynajmniej zmniejszyć jego skalę. Już teraz mamy do czynienia z sytuacją, w której stopy procentowe są w ujęciu realnym ujemne, a z punktu widzenia posiadaczy oszczędności, inflacja i podatek od dochodów kapitałowych niweluje z naddatkiem zyski z odsetek od lokat bankowych. Być może więc Rada Polityki Pieniężnej stanie przed dylematem bilansowania nie tylko dynamiki inflacji i tempa wzrostu gospodarczego, ale także konieczności pobudzania wzrostu stopy oszczędności. Z tego punktu widzenia, można by się spodziewać podwyżki stóp procentowych w perspektywie krótszej niż obecnie sygnalizowana.

Z najnowszej projekcji wynika, że NBP spodziewa się przyspieszenia tempa wzrostu PKB do 3,7 proc. w tym roku i ponownego spowolnienia w 2018 r. i kolejnych latach do około 3,2-3,3 proc., w związku z wygasaniem dynamiki popytu krajowego, wspomaganego przez konsumpcję oraz słabszym wpływem transferów socjalnych oraz płynących ze środków unijnych.

Projekcja zakłada także, że w tym i przyszłym roku dynamika wzrostu cen konsumpcyjnych wyniesie średnio 2 proc., a więc choć będzie nieco poniżej celu inflacyjnego, wynoszącego 2,5 proc., to jednak stopy procentowe będą realnie ujemne przez dość długi czas, co w przeszłości się nie zdarzało. Inflacja bazowa, czyli nie uwzględniająca cen energii i żywności, ma wynieść w tym roku 0,9 proc., a w przyszłym 1,5 proc. W poprzednim cyklu przechodzenia od deflacji do inflacji w latach 2006-2007, RPP zaczęła podnosić stopy procentowe w momencie, gdy inflacja bazowa przekroczyła 1 proc., a gospodarka była mocno już rozgrzana. Obecnie z analogiczną sytuacją możemy mieć do czynienia na przełomie lat 2017-2018.

Perspektywy dla inflacji nie są klarowne. Z jednej strony wygasanie efektu statystycznego, związanego z niskim punktem odniesienia dla cen ropy naftowej z ubiegłego roku, będzie w drugiej połowie roku zmniejszało presję inflacyjną, pod warunkiem, że notowania ropy nie pójdą w górę. Drożeją jednak inne surowce, w tym miedź oraz pozostałe metale, przekładając się na wyższe kosztu produkcji, które firmom będzie łatwiej przerzucać na konsumentów. Według Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, ceny żywności w tym roku mają rosnąć w bardzo umiarkowanej skali, jednak dane FAO wskazują na systematyczny wzrost cen wszystkich głównych grup produktów i surowców rolnych na świecie, wchodzących w skład wyliczanego przez tę instytucję indeksu. Jego wartość osiągnęła już w styczniu poziom najwyższy od prawie dwóch lat, a w lutym ta tendencja była kontynuowana. Może się ona, wraz z prawdopodobnym osłabieniem złotego wobec dolara, wynikającym z polityki Fed, przyczynić do wzrostu cen żywności. Jeśli dodać do tego presję płacową, wynikającą z sytuacji na naszym rynku pracy, można spodziewać się utrzymywania inflacji na dość wysokim poziomie, zbliżonym do 2 proc.

W lutym żywność była droższa o 4,3 proc. niż rok wcześniej (łącznie z napojami i wyrobami tytoniowymi wzrost wyniósł 3,3 proc.). O 11,2 proc. zdrożał transport, a ceny paliw poszły w górę w porównaniu do lutego ubiegłego roku aż o  21,2 proc. W przypadku pozostałych kategorii zwyżki były niewielkie, w większości nie przekraczały 1 proc. O 5,5,proc. potaniały odzież i obuwie, a o 1,2 proc. w dół poszły ceny usług związanych z łącznością.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Styczeń był trzecim z rzędu miesiącem spadków cen mieszkań w największych miastach Polski. Nastąpiło to po letnich i jesiennych podwyżkach średnich stawek, co oznacza, że wróciły one po prostu do poziomu z wiosny 2016 r.

Styczniowy wyścig po dopłaty w programie Mieszkanie dla Młodych sprawił, że w zbiorze kupionych mieszkań było więcej tanich nieruchomości, co przełożyło się na spadek Indeksu Cen Transakcyjnych. Jego lutowe notowanie to 813,45 pkt, co oznacza, że w ciągu miesiąca średnie ceny w badanych miastach obniżyły się o 2,21 proc. Przeciętne ceny nadal są jednak wyższe od tych sprzed roku (o 0,88 proc.), a w dłuższym okresie wciąż obserwujemy na rynku mieszkaniowym stabilizację.

Indeks Cen Transakcyjnych powstaje na podstawie danych z transakcji mieszkaniowych dokonanych przez klientów Home Brokera i Open Finance i obrazuje realne zmiany stawek w analizowanych miastach.

Ceny w Warszawie najniższe od czterech lat

W większości spośród analizowanych przez Home Broker i Open Finance miast przeciętne ceny mieszkań w ciągu ostatniego roku wzrosły. Spadek zanotowano tylko na dwóch rynkach, ale za to bardzo ważnych: w Poznaniu i Warszawie. Na szczególną uwagę zasługuje sytuacja w stolicy, gdzie aktualna przeciętna stawka (6950 zł za mkw.) jest najniższa od marca 2013 r. (5943 zł za mkw.) i niższa od tej sprzed roku o 4 proc. Nie ma jednak co wyciągać zbyt pochopnych wniosków. Jest to miasto, gdzie sprzedaje się najwięcej mieszkań z dopłatami MdM i styczniowa ich popularność nie pozostała bez echa. W miesiącu tym kredytobiorcy złożyli do BGK wnioski o dopłaty na łączną kwotę prawie 390 mln zł, co jest zdecydowanie najwyższym wynikiem w historii programu. W związku z popularnością dopłat w Warszawie, w zbiorze transakcji z ostatniego okresu znalazło się sporo mieszkań tanich, mieszczących się w limicie cen (aktualnie wynosi on 6433,43 zł za mkw. dla rynku pierwotnego i 5263,71 zł dla wtórnego), co skutkuje spadkiem średniej ceny transakcyjnej, ale nie oznacza, że sprzedający obniżyli ceny mieszkań. Kolejne miesiące powinny być okresem odbicia.

Podobną sytuację zaobserwowaliśmy w Poznaniu, gdzie w ciągu roku mediana ceny transakcyjnej spadła o 3,8 proc. do poziomu 5 334 zł. Za to na kilku innych mniejszych rynkach zanotowaliśmy wzrost przeciętnych stawek o 7-8 proc. Są to Bydgoszcz, Lublin, Łódź i Szczecin. W pozostałych badanych ośrodkach przeciętne ceny wzrosły o nie więcej niż 3-4 proc. Najdroższym dużym miastem jest niezmiennie Warszawa, aktualnie mieszkania w stolicy kosztują o ok. 80 proc. więcej niż w Bielsku-Białej i Łodzi i około dwa razy więcej niż w Kielcach, Tychach i Zielonej Górze.

Deweloperzy napędzają rynek

Styczeń był piętnastym z rzędu miesiącem, w którym rosła liczba oddawanych przez deweloperów do użytkowania mieszkań. W ostatnich 12 miesiącach firmy budujące nieruchomości mieszkalne na sprzedaż oddały ich 80,2 tys. – najwięcej w historii. Na bardzo wysokim poziomie utrzymuje się również liczba rozpoczynanych budów i uzyskiwanych pozwoleń. Zgodnie z oczekiwaniami analityków, na rynku mieszkaniowym weszliśmy w okres dynamicznego wzrostu liczby mieszkań oddawanych przez deweloperów. Jest to bezpośrednią pochodną wysokiej aktywności rynku jeśli chodzi o rozpoczynanie nowych budów w ostatnich dwóch-trzech latach.

Rekordowa sprzedaż kredytów z dopłatą

Styczeń był bardzo pracowitym miesiącem dla banków udzielających kredyty hipoteczne. Wszystko za sprawą uruchomienia jednej z ostatnich transz pieniędzy z programu MdM. W ciągu zaledwie miesiąca Polacy zgłosili się po 388 mln zł dofinansowania. Kwota ta pomogła w zakupie około 15 tys. mieszkań i domów wartych około 3,3 mld zł, a warto podkreślić, że mówimy tu o dokonaniach zaledwie jednego miesiąca. Dla porównania można dodać, że – jak wynika z danych firmy REAS – w rekordowym dla deweloperów roku 2016 – przez całe 12 miesięcy sprzedali oni na sześciu największych rynkach 62 tysiące mieszkań.

Jeśli ktoś nie skorzystał z dopłat w styczniu, to musi być świadomy tego, że pieniędzy zostało już niewiele. Po wyczerpaniu się środków z budżetu roku 2017, jedynym rozwiązaniem, aby zarezerwować jeszcze w tym roku pieniądze na dofinansowanie jest podpisanie odpowiedniej umowy. Musi z niej wynikać, że do ostatecznej umowy i zapłaty ostatniej transzy za mieszkanie lub dom dojdzie dopiero w 2018 roku. Na rynku wtórnym może to nie być łatwe, sprzedający musi zgodzić się na to, że część pieniędzy otrzyma dopiero za prawie rok.

Kolejną złą informacją jest fakt, że od stycznia chcąc kupić mieszkanie na kredyt trzeba mieć 20-proc. wkład własny. Potrzebną kwotę można ograniczyć o połowę, jeśli komuś nie straszne dodatkowe koszty ubezpieczenia. Wspominając o kosztach nie można ponadto zapomnieć o zapowiedziach, zgodnie z którymi do podwyżek stóp procentowych może dojść w 2018 roku. To oznacza, że już za kilkanaście miesięcy Rada Polityki Pieniężnej może zdecydować, że kredyty zdrożeją.

Niezależnie od tych zmian, rok 2017 przyniesie gwałtowną podwyżkę rat prawie 31 tysiącom osób, którym skończy się okres dopłat do kredytów z programu Rodzina na Swoim. Tacy kredytobiorcy muszą się liczyć ze wzrostem raty nawet o jedną trzecią. Ratunkiem dla nich może być refinansowanie posiadanego długu, bo obecnie wiele banków posiada oferty konkurencyjne wobec tych obowiązujących 8 lat temu.

Źródło: Home Broker S.A.

Na kończącym się w środę posiedzeniu, Rada Polityki Pieniężnej z pewnością nie zmieni wysokości stóp procentowych i prawdopodobnie nie zmieni nic albo niewiele w swym komunikacie. O ile tego typu przekonanie w perspektywie najbliższych miesięcy jest jak najbardziej uzasadnione, to jednak wraz z wydłużaniem horyzontu, obraz staje się coraz bardziej niepewny. Część ekonomistów sądzi, że do podwyżki stóp procentowych może dojść już w drugiej połowie roku, z kolei liczna grupa analityków uważa, że takiego kroku można się spodziewać nie wcześniej niż w 2018 r. Poglądy Rady Polityki Pieniężnej w tej sprawie lokują się bliżej tej drugiej opcji, sugerując lekkie zacieśnienie monetarne pod koniec roku. Przy podejmowaniu decyzji RPP będzie kierowała się dynamiką inflacji oraz tempem wzrostu gospodarczego. Od kształtowania się tych dwóch parametrów będzie więc zależeć termin ewentualnej podwyżki stóp. Choć nieco trudniej przewidzieć przebieg zjawisk inflacyjnych, to można mieć niemal pewność, że nie będą one wywierały na Radę presji skłaniającej do działania jeszcze przez długi czas. Do celu, wynoszącego 2,5 proc., inflacja ma jeszcze bardzo odległą drogę. Przyjmując, że w tym roku dojdzie do 1,5 proc., nie będzie więc zupełnie niepokoić. Powodów do myślenia o podwyższeniu stóp nie da prawdopodobnie nawet wówczas, gdy dotrze do celu, a nawet zacznie zbliżać się do jego górnej granicy, czyli 3,5 proc., chyba że Rada uzna, że presja inflacyjna ma charakter trwały, wykazuje tendencję do nasilania się i wynika nie tylko ze wzrostu cen surowców. Można oczekiwać, że taki scenariusz będzie aktualny nie wcześniej niż pod koniec 2018 r.

Rada Polityki Pieniężnej nie musi się też martwić o drugi czynnik, czyli dynamikę wzrostu PKB. Na razie pozostawia ona wiele do życzenia i skłaniać by mogła raczej do łagodzenia polityki pieniężnej. Rada nie musi tego robić, bowiem tę kwestię „załatwia” za nią inflacja. Na oficjalne stopy procentowe należy bowiem patrzeć nie tylko w ujęciu nominalnym, ale również realnym. Przy niezmienionej wysokości nominalnej i postępującej inflacji, stopa realna obniża się. Zakładając 1,5 proc. inflację, zmniejsza się do zera, wpływając pobudzająco na gospodarkę. Dość odległa jest także perspektywa osiągnięcia przez PKB takiej dynamiki, która groziłaby przegrzaniem gospodarki i narastaniem nierównowagi makroekonomicznej. Choć najbardziej optymistycznie nastawieni ekonomiści uważają, że już w czwartym kwartale tempo wzrostu PKB może sięgnąć 4 proc., to jednak taki scenariusz nie jest bardzo prawdopodobny, a nawet jeśli miałby miejsce, to oznaczałby dojście gospodarki do stanu pożądanego z punktu widzenia większości decydentów. Dopiero jego trwałe osiągnięcie oraz perspektywa dalszego przyspieszenia, mogłaby uzasadniać rozpoczęcie lekkiego schładzania gospodarki. Choć w obecnym świecie sytuacja potrafi zmieniać się dość szybko, to jednak można zakładać, że Rada Polityki Pieniężnej nie zdecyduje się na ewentualne podwyższenie stóp procentowych wcześniej, jak pod koniec pierwszego kwartału 2018 r.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Nawet 17 tys. zł więcej na lokacie mogła zarobić osoba, która aktywnie reagowała na zmiany w polityce pieniężnej prowadzonej przez RPP – wynika z analizy przygotowanej przez Open Finance. Szukając dziś lokat należy skupić się na produktach krótkoterminowych omijając te długoterminowe.

W ostatnich latach najlepsze wyniki inwestycyjne osiągali ci, którzy zakładali lokaty na krótkie okresy. Mamy więc tu do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem. Wydaje się bowiem, że za oddanie pieniędzy do banku na dłużej instytucja ta powinna zapłacić więcej. Po prostu lokaty na dłuższe okresy – roku czy dwóch – powinny być oprocentowane wyżej niż depozyty trzymiesięczne. Praktyka pokazuje jednak coś zupełnie innego.

Z danych publikowanych przez NBP wynika, że to lokaty trzymiesięczne są w bankach produktami najwyżej oprocentowanymi. Odpowiednie statystyki NBP publikuje od początku 2004 roku. Wynika z nich, że przeciętne oprocentowanie produktów maksymalnie trzymiesięcznych (od ponad jednego miesiąca do trzech) wynosiło w tym czasie 4%. Dla porównania produkty wybitnie krótkoterminowe – nie dłuższe niż miesięczne – oferowały przeciętnie 3,2%. Na lokacie rocznej można było natomiast zarobić około 3,7%. Co niemniej ciekawe, w przypadku jeszcze dłuższych umów, banki oferowały niższe wynagrodzenie w postaci oprocentowania na poziomie 3,6%.

Najgorsze są lokaty miesięczne i dwuletnie

Zobaczmy więc na jakie zyski mógłby liczyć inwestor, który na początku 2004 roku decydował się zakładać jedynie lokaty i ciągle odnawiać je na dokładnie taki sam okres. Załóżmy, że startujemy z kapitałem na poziomie 100 tys. zł i oczywiście uwzględniamy podatek od zysków kapitałowych (19%). Przyjęliśmy ponadto, że zakończenie jednej lokaty skutkuje od razu otwarciem kolejnej, czyli pieniądze pracują cały czas. Modelowy inwestor, który wybrałby produkty miesięczne na koniec 2016 roku miałby na koncie 140,2 tys. zł, czyli zrealizowałby zysk po opodatkowaniu na poziomie 40,2 tys. zł. Nie jest to zły wynik, bo oznacza, że bankowe lokaty ustrzegłyby kapitał przed inflacją (w badanym okresie wyniosła ona około 31,1%). Przeciętnie rzecz ujmując, zyski inwestora przekraczały co roku inflację o około 0,5%.

Wyraźnie lepsze wyniki zanotowaliby inwestorzy, którzy wybraliby lokaty dwuletnie, roczne lub chociaż sześciomiesięczne. W ich przypadku zysk wyniósłby odpowiednio 45,6 tys. zł., 48,1 tys. zł i 50,6 tys. zł. Największe powody do zadowolenia miałby jednak ten inwestor, który od początku 2004 roku regularnie deponowałby swoje pieniądze na lokatach trzymiesięcznych. Jego wynik z inwestycji można bowiem oszacować na 51,3 tys. zł i  mówimy tu już o zysku po opodatkowaniu.

W praktyce wyniki te mogłyby być wyższe, o ile inwestor za każdym razem szukałby najlepszej oferty rynkowej, a nie tylko przeciętnej – jak w przyjętym przykładzie. Na przykład w listopadzie 2016 roku najlepsze trzymiesięczne lokaty, które można było założyć bez żadnych dodatkowych produktów, oferowały oprocentowanie na poziomie 2%. Dane NBP sugerują, że w tym okresie przeciętne oprocentowanie lokaty trzymiesięcznej było niższe niż 1,8%.

W wyborze lokaty pomogą specjaliści

Wiemy już, że co do zasady najlepiej oprocentowane są lokaty zakładane na więcej niż miesiąc, ale nie dłużej niż trzy miesiące. Praktyka pokazuje jednak, że ciągłe odnawianie lokaty cztery razy do roku nie jest idealnym rozwiązaniem. Wszystko dlatego, że w międzyczasie Rada Polityki Pieniężnej zmienia stopy procentowe. Jeśli mamy do czynienia z cyklem podwyżek, to z pewnym opóźnieniem przekłada się to na wzrost oprocentowania lokat. Odwrotnie jest w przypadku obniżania stóp procentowych. Takie ruchy skutkują z czasem coraz mniej atrakcyjnymi ofertami bankowych depozytów.

Jeśli więc spodziewane są obniżki stóp procentowych, wypadałoby przestać zakładać lokaty trzymiesięczne, a poszukać ofert na znacznie dłuższy okres – roku czy dwóch. Pozwoli nam to dłużej cieszyć się wyższym oprocentowaniem. Skąd jednak wiedzieć, że stopy procentowe będą obniżane? Pewności co do takich ruchów nigdy nie ma, a prognozy są często bardzo zmienne. Jest jednak sposób na wskazanie takich okresów z dużym prawdopodobieństwem. Trzeba obserwować notowania stawek WIBOR. Są one bezpłatnie odstępne na portalach internetowych zajmujących się tematyką finansową. Stawka WIBOR to w uproszczeniu oprocentowanie, po którym banki pożyczają sobie pieniądze. W ustalaniu tej stawki biorą więc pośrednio udział całe rzesze wykwalifikowanych pracowników banków. Z ich wiedzy i umiejętności bezpłatnie może korzystać każdy, kto chciałby jak najwięcej zarobić na lokatach.

W Jaki sposób? Gdy przyjdzie akurat czas odnowienia lokaty, wystarczy sprawdzić czy w ostatnich dniach stawka WIBOR 1Y (roczna) była niższa niż WIBOR 3M (trzymiesięczna). Jeśli tak było, to oznacza, że banki pożyczają sobie na rok pieniądze taniej niż na trzy miesiące. Dziwne prawda? Przecież pożyczając na dłużej ponoszą wyższe ryzyko, a więc powinny chcieć wyższego wynagrodzenia. Taka „inwersja” oprocentowania, to z dużym prawdopodobieństwem sygnał, że banki spodziewają się spadku stóp procentowych. Dla kogoś kto chce zdeponować pieniądze w banku jest to sygnał, że tym razem nie należy szukać lokaty trzymiesięcznej, ale przede wszystkim zainteresować się ofertą produktów na dłuższy okres.

Jakie wyniki dałaby ta strategia w ostatnich latach? Znowu przyjmijmy, że modelowy inwestor zaczyna swoją przygodę z bankowymi depozytami na początku 2004 roku i ma 100 tys. zł. Z szacunków Open Finance wynika, że wsłuchiwanie się w doniesienia rynkowe ma sens. Zakładanie lokat rocznych w momentach, gdy bankowcy spodziewali się spadków stóp procentowych pozwoliłoby w modelowym przypadku zrealizować zysk po podatkowaniu na poziomie 53,4 tys. zł. Jeszcze lepiej byłoby gdyby zamiast lokat rocznych w newralgicznych momentach (gdy WIBOR 1Y notowany jest niżej niż WIBOR 3M) zakładać depozyty dwuletnie. Pozwoliłoby to na dłużej zarezerwować atrakcyjne oprocentowanie, a zysk naszego inwestora wzrósłby do 57,3 tys. zł. To ponad 17 tys. zł więcej niż przy wyborze lokat miesięcznych oraz o ponad 6 tys. zł więcej niż zarobił inwestor lokujący swoje pieniądze tylko na produktach trzymiesięcznych.

Lokata ma być bezpieczna

Jak na tym tle wypadają inne sposoby lokowania kapitału? Jeśli ktoś zainwestowałby na giełdzie, mógłby liczyć na zyski wyraźnie wyższe niż na lokatach. Indeks WIG uwzględniający zmiany notowań wszystkich giełdowych spółek oraz dodatkowe dochody akcjonariuszy (np. dywidendy) był na koniec 2016 roku na poziomie o 148,6% wyższym niż na początku 2004 roku. Jest to prawie 3-krotnie wyższy wynik niż na lokatach, choć warto dodać, że bierzemy pod uwagę specyficzny okres. Rok 2004 to wciąż okres przed jednymi z najdynamiczniejszych wzrostów na rodzimym parkiecie.

Podobnie byłoby ze złotem. Żółty kruszec na początku 2004 roku kosztował 1548 zł za uncję (31,1 gramów). Pod koniec 2016 roku za taką ilość złota trzeba było płacić 4845 zł. To nawet po zapłaceniu 2-proc. prowizji przy sprzedaży oznacza wynik na poziomie niemal 207%. Atrakcyjną stopę zwrotu w badanym okresie można też było osiągnąć kupując mieszkanie na wynajem. W 2004 roku 50-metrowe mieszkanie można było kupić za około 210 tys. zł. Po uwzględnieniu kosztów transakcyjnych i wykończenia cała operacja powinna zamknąć się w budżecie na poziomie 250 tys. zł. Dziś za 50 m kw. przeciętnego używanego „M” w stolicy można otrzymać około 350 tys. zł. Gdyby tego było mało, właściciel mógł w międzyczasie liczyć też na zyski z wynajmu. Licząc zachowawczo można przyjąć, że z tego tytułu przez 13 lat zainkasował około 110 – 120 tys. zł. To w sumie oznacza około 80 – 90% zysku.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Zgodnie z dzisiejszą decyzją Rady Polityki Pieniężnej stopy procentowe zostały utrzymane na tym samym poziomie 1,50 proc. i nic nie wskazuje na to, by miało to się zmienić w najbliższym czasie.

Decyzje Rady Polityki Pieniężnej (RPP) co miesiąc przyciągają uwagę wszystkich kredytobiorców, bowiem dotyczą one poziomu stóp procentowych, a co za tym idzie oprocentowania wszystkich produktów kredytowych i oszczędnościowych oferowanych przez banki. NBP swoich decyzji nie zmienia od marca br., pozostawiając stopy procentowe na poziomie 1,50 proc. Podobną sytuację widać w poziomie stóp obowiązujących na rynku międzybankowym, które również zachowywały się nad wyraz stabilnie. Stopa WIBOR 3M zmieniła się w tym okresie zaledwie o 0,08 pkt. proc. (wzrosła z 1,65 do 1,73 proc.).

Niskie stopy procentowe wpływają pozytywnie na oprocentowanie kredytów hipotecznych. W chwili obecnej średni odczyt tego parametru dla 30-letniego zobowiązania zaciągniętego na kwotę 300 tys. złotych z 20 proc. wkładem własnym wynosi 3,72 proc., podczas gdy jeszcze dwa lata temu (listopad 2013) przyjmował on wartość o 1 pkt. proc. wyższą (4,71 proc.).

Spadek oprocentowania wpłynął pozytywnie na poziom rat płaconych przez kredytobiorców. Dla wspomnianego powyżej kredytu, zaciągniętego w styczniu 2009 r., miesięczne obciążenie związane ze spłatą raty wynosi dziś 1490 zł, podczas gdy w listopadzie 2013 było ono równe 1634 zł – wylicza Jacek Kasperczyk, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl. – Niestety, niskie stopy procentowe wpływają negatywnie na odsetki wypracowywane na produktach oszczędnościowych. Wynika to z faktu, że średnie oprocentowanie tych instrumentów obecnie znajduje się na swoich historycznych minimach. Przykładowo, oprocentowanie rocznej lokaty na kwotę 10 tys. zł wynosi dziś 1,58 proc., a jeszcze rok temu przekraczało poziom 2,10 proc. – dodaje.

Wiele wskazuje na to, że w najbliższym czasie powyższa sytuacja będzie kontynuowana. Świadczy o tym chociażby ostatnia publikacja (na razie wstępna) Głównego Urzędu Statycznego dotycząca październikowego odczytu inflacji, która zdaniem tej instytucji wyniosła -0,8 proc. Warto zauważyć, że zmienna ta już 16 miesiąc z rzędu przyjęła ujemną wartość, co ewidentnie świadczy o tym, iż w naszym kraju na dobre rozgościła się deflacja – mówi Jacek Kasperczyk, analityk porównywarki finansowej Comperia.pl.

źródło: Comperia.pl

 

Choć od dłuższego czasu dość powszechne są oczekiwania na kolejną obniżkę stóp procentowych, w styczniu Rada Polityki Pieniężnej na taki ruch się nie zdecydowała.  Do niedawna marcowe posiedzenie uznawano za termin najbardziej prawdopodobny. Niedawna decyzja szwajcarskiego banku centralnego sytuację bardzo jednak skomplikowała.

Rada Polityki Pieniężnej znalazła się w niemałym kłopocie. Z jednej strony mamy bowiem całkiem nieźle radzącą sobie gospodarkę, z drugiej zaś niespotykany wcześniej w naszej historii okres spadku cen, czyli deflacji. Biorąc pod uwagę główny cel Narodowego Banku Polskiego, zakładający utrzymanie inflacji w okolicach 2,5 proc., Rada nie powinna wahać się ani chwili i stopy obniżyć. Problem w tym, czy takie posunięcie byłoby skuteczne.

W normalnych warunkach obniżenie kosztu pieniądza wpływa pobudzająco zarówno na gospodarkę, jak i na wzrost cen. Obecnie jednak mamy do czynienia z sytuacją, gdy deflacja, czyli spadek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych, spowodowany jest czynnikami zewnętrznymi, których przyczyny leżą poza naszym krajem, a więc na które nasza polityka pieniężna nie ma wpływu, lub jest on bardzo mocno ograniczony.

W szczególności dotyczy to cen żywności, które poszły w dół w wyniku nadwyżki podaży, spowodowanej rosyjskim embargiem oraz paliw, wywołanej przeceną ropy naftowej. Sam spadek cen jest czynnikiem skłaniających konsumentów do większych zakupów, nie ma więc sensu zachęcać ich do tego jeszcze bardziej obniżając stopy procentowe. Poza tym Rada Polityki Pieniężnej musi patrzeć nie tylko na sytuację bieżącą, ale przede wszystkim brać pod uwagę możliwy rozwój przyszłych wydarzeń. Tym bardziej, że efekty decyzji w sprawie stóp procentowych nie następują natychmiast, lecz z dość dużym opóźnieniem. Co prawda koszt kredytu zmienia się niemal od razu, ale konsekwencje tych zmian są rozłożone w czasie. Mogą się więc ujawnić w pełni, gdy warunki będą już zupełnie inne.

Niedawno prezes NBP wyraźnie zadeklarował uzależnienie decyzji w sprawie stóp procentowych od kondycji i perspektyw gospodarki. Warto zauważyć, że wcześniej przez wiele lat Rada Polityki Pieniężnej raczej dystansowała się od tak bezpośrednich deklaracji, koncentrując się przede wszystkim na celu inflacyjnym, stabilności wartości pieniądza, biorąc pod uwagę ewentualnie sytuację na rynku pracy. Obecnie gospodarka ma się całkiem nieźle, a w każdym razie nie wymaga wspomagania ze strony polityki pieniężnej. RPP może wręcz mieć pewne obawy, że nadmierne obniżenie stóp procentowych w przyszłości mogłoby stwarzać pewne problemy. Mogłyby one pojawić się, gdyby tempo wzrostu gospodarczego nadal się zwiększało, a jednocześnie nastąpiłby powrót inflacji. Wówczas konieczne stałoby się podniesienie stóp procentowych, co postawiłoby w trudnej sytuacji firmy i gospodarstwa domowe, posiadające zadłużenie. Polityka pieniężna musi więc być prowadzona rozważnie, by nie doprowadzić do perturbacji. Trudno się więc dziwić, że Rada Polityki Pieniężnej postanowiła wstrzymać się z decyzjami, do czasu wyklarowania sytuacji. W marcu dysponować będzie ona zarówno wiedzą na temat gospodarki i tendencji na rynkach surowcowych, jak i otrzyma najnowsze prognozy dotyczące inflacji oraz wzrostu PKB. Na tej podstawie będzie mogła podejmować racjonalne decyzje.

Sytuację jednak nieoczekiwanie skomplikowała niedawna decyzja szwajcarskiego banku centralnego. Rezygnacja z utrzymywania kursu franka na niskim poziomie wobec euro, spowodowała poważne perturbacje na rynku walutowym. W szczególności doszło do skokowego na rzadko spotykaną skalę wzrostu kursu szwajcarskiej waluty wobec złotego, stawiając w niełatwej sytuacji zarówno posiadaczy kredytów we frankach, jak i banki, które tych kredytów udzielały. Obecnie trudno oszacować konsekwencje tego stanu rzeczy. Wiele zależeć będzie od tego, co będzie się działo na światowym rynku walutowym, czyli jak się będzie zachowywał kurs franka do euro i dolara.

Obniżka stóp procentowych mogłaby wpłynąć na osłabienie się złotego, co w obecnej sytuacji byłoby ryzykowne, a w przypadku franka, wręcz niewskazane. Z kolei podwyższenie stóp procentowych wzmocniłoby z pewnością złotego, ale wiązałoby się z ryzykiem niekorzystnego wpływu na gospodarkę. Przed Radą staje więc niełatwe zadanie zbilansowania korzyści i zagrożeń, związanych z poziomem stóp procentowych i ich ewentualnymi zmianami.

Z tego punktu widzenia szczególne znaczenie będą miały decyzje Europejskiego Banku Centralnego w sprawie skupu obligacji państw strefy euro oraz konsekwencje tego posunięcia na rynkach długu i walutowym. Z pewnością przed marcowym posiedzeniem Rada będzie mogła je ocenić. O wiele większa będzie też jasność co do posunięć amerykańskiej rezerwy federalnej w kwestii terminu rozpoczęcia podwyżek stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Globalizacja rynków finansowych powoduje, że bardzo często decyzje głównych banków centralnych świata oddziałują na sytuację w poszczególnych krajach znacznie silniej, niż decyzje lokalnych władz monetarnych. Takie zjawiska obserwowaliśmy już wielokrotnie w przeszłości i tak może być i tym razem.

Łukasz Lefanowicz, Prezes GERDA BROKER

Termin finansowej represji w zachodnim świecie krąży już od dawna, ale w Polsce jeszcze się nie rozgościł. Tym niemniej w najbliższym czasie może się to zmienić, więc warto przyjrzeć się  jemu już zawczasu, by poznać, co nas może czekać.

Wspomniany termin powstał na kanwie rekordowo niskich stóp procentowych w rozwiniętym świecie, gdzie banki centralne w konsekwencji kryzysu 2008 roku ścięły stopy procentowe do zera. Ostatnim, który do tego grona dołączył był Europejski Bank Centralny. Wcześniej ta instytucja bazująca na starych dobrych wzorcach Bundesbanku była oporna wobec środowiska ultraniskich stóp, nie mówiąc już o innym novum w polityce monetarnej, czyli otwartym skupie aktywów. Po objęciu stanowiska prezesa przez Włocha, przedstawiciela jednego z krajów „kryzysowego” południa, sytuacja zaczęła się powoli zmieniać. Oczywiście bazą ku temu był europejskich kryzys zadłużeniowy oraz długoletni marazm gospodarczy prowadzący do obecnie notowanych niskich wskazań inflacji. Wprowadzone środowisko niskich stóp jest dla oszczędzających niekorzystne, szczególnie mowa tutaj o osobach starszych zainteresowanych bezpiecznymi instrumentami. Zostali oni zmuszeni do szukania alternatyw dla coraz niżej oprocentowanych lokat czy obligacji o bardzo niskim kuponie. Jak wiadomo, złotych rozwiązań w inwestycyjnym świecie nie ma, więc wyjście poza bezpieczne dochodowe instrumenty oznacza potrzebę szukania wyższych zysków w bardziej ryzykownych instrumentach. Część osób decydowała się na inwestycje w krajach wschodzących, gdzie stopy procentowe pozostawały atrakcyjne. Inne zwróciły oczy w kierunku rynku akcji, a głównie spółek dywidendowych. Stały się one swego rodzaju fenomenem, szczególnie na Wall Street, gdzie dobra sytuacja finansowa notowanych podmiotów pozwoliła na wypłacanie dywidend nierzadko większych w relacji do kursu akcji niż oprocentowanie długoterminowych obligacji. Kolejnym celem kapitału szukającego wyższych stóp zwrotu okazał się rynek nieruchomości, tak mocno doświadczony w ostatniej dekadzie i przez to, przynajmniej w niektórych obszarach, bardzo atrakcyjny. Zresztą wymieniać można dalej, gdyż docelowych miejsc dla kapitału jest bardzo wiele: dzieła sztuki, zabytkowe samochody czy rzadkie alkohole.

No dobrze, ale jak to się ma do naszej sytuacji? Otóż wkrótce krajowa Rada Polityki Pieniężnej rozpocznie kolejny cykl luzowania polityki monetarnej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że stopy procentowe już są na rekordowo niskim poziomie. Oznacza to, że powoli zbliżamy się do tak niskich stóp, które zaczną istotnie zniechęcać oszczędzających do trzymania swoich środków na lokatach. Przynajmniej na pierwszy rzut oka wkrótce oglądane działania RPP są racjonalne. Inflacja spadła poniżej zera, czyli jest nawet niższa niż średnio rzecz biorąc w strefie euro. Również wzrost gospodarczy do specjalnie „żwawych” się nie zalicza. Problem jednak w tym, że środowisko niskich realnych stóp (czyli po uwzględnieniu inflacji) zostało już dość dobrze przetestowane na Zachodzie i choć ekonomiści, jak zwykle zresztą, są podzieleni w swoich ocenach tych działań, to jedno jest pewne. Otóż do boomu gospodarczego niskie stopy nie doprowadziły, akcja kredytowa również z bloków startowych nie wystartowała, a stopa bezrobocia co do zasady utrzymała się na podwyższonym poziomie. Oczywiście każde słowa uogólniające mogą pomijać pewne interesujące szczegóły i panujące zróżnicowanie w różnych krajach, tym niemniej skoro promują one podobną politykę monetarną, to ów różnice wynikać mogą z innych czynników. Nie jest to jednak czas i miejsce, by dywagować o zasadności działań zachodnich banków centralnych czy przyszłych działań RPP. Zdecydowanie lepiej się zastanowić, co one oznaczają z czysto inwestycyjnego punktu widzenia.

Z grubsza można nakreślić dwa scenariusze na przyszłość, całkiem sobie przeciwstawne. Pierwszy dość kontrowersyjny jest taki, że banki w wyniku konkurencji o środki obywateli, od których generalnie wciąż są uzależnione by finansować kredyty, nie obniżą zbytnio oprocentowania lokat. W konsekwencji również oprocentowanie kredytów nie obniży się, bo banki nie są instytucjami charytatywnymi i będą walczyły o utrzymanie marży odsetkowej. Tym samym działania RPP spalą na panewce i niższe stopy wielkim echem, z gospodarczego punktu widzenia, się nie odbiją. To scenariusz uzależniony jednak od skali obniżki. Im będzie ona mniejsza, tym realizacja tego scenariusza jest bardziej prawdopodobna. RPP by cokolwiek osiągnąć będzie więc musiała stopy obciąć przynajmniej o 75 pkt. bazowych, chociaż osobiście mogę sobie wyobrazić większy ruch. Wówczas banki będą musiały zareagować. Skala spadku oprocentowania depozytów jest oczywiście niepewna, ale potencjalny ruch z obecnego poziomu okolic 2,5% do powiedzmy 1,5% byłby już dla wielu odczuwalny. Co interesujące, spadek oprocentowania kredytów w podobnej skali będzie już mniej zachęcający do ich zaciągnięcia. To pewien problem przed jakim stoją banki centralne. Otóż ich agresywne działanie jest zdecydowanie bardziej skuteczne w zniechęcaniu oszczędzających niż pobudzające w stosunku do kredytobiorców. Wraz ze zbliżaniem się do magicznego zera, RPP od podobnego problemu nie ucieknie.

Realną konsekwencją polityki, na której ścieżkę wkracza RPP, będzie frustrująco słaby efekt z gospodarczego punktu widzenia, ale możliwy istotny efekt po stronie zachowania rynku aktywów. Oczywiście z punktu widzenia giełdy byłoby to korzystne, gdyż naturalnym kierunkiem do jakiego powinny płynąć środki opuszczające coraz niżej oprocentowane lokaty będą rynki aktywów wszelkiej maści, na czele z giełdowym parkietem. Co interesujące, grono spółek płacących relatywnie wysokie dywidendy w Polsce się poszerza, również po stronie spółek największych, co kapitał w tym kierunku powinno przyciągać. Po części widać to już w tym roku po notowaniach spółek energetycznych. Otóż poziom generowanych przez spółkę zysków zaczyna mieć drugorzędne znaczenie, a prym zaczyna wieść spodziewana dywidenda. Dopóki więc realizowane wyniki czy polityka inwestycyjna pozwalają na wypłatę zadowalających dywidend, dopóty nawet brak poprawy na poziomie zysków nie musi przeszkadzać we wzrostach cen akcji. Oczywiście na rynku akcji wpływ się nie kończy. Rozpościera się ona na rynek nieruchomości, obligacji korporacyjnych, a kończąc na dobrach luksusowych czy rzadkich jak dzieła sztuki. Tym samym banki centralne osiągają swój cel w kwestii pobudzenia inflacji, pojawia się ona jednak w innym miejscu niż one by tego chciały – na rynku aktywów, a nie na poziomie zmian cen konsumpcyjnych.

 Lukasz_B

Łukasz Bugaj, Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska SA

Choć cięcia stóp dziś nie było to w ciągu miesiąca WIBOR 3M, od którego często uzależnione jest oprocentowanie kredytów, spadł z poziomu 2,67% do 2,56%. Rynek spodziewając się rychłych obniżek stóp procentowych już spowodował, że rata kredytu zaciągniętego na 30 lat spadła o 6 zł na każde pożyczone 100 tys. zł.

Już od 14 miesięcy Rada Polityki Pieniężnej pozostawia stopy procentowe na niezmienionym – rekordowo niskim – poziomie. Decyzja ta nie zdziwiła większości ekonomistów, którzy cięcia, wyznaczające kolejne historyczne minimum, spodziewają się już za miesiąc.

2014 09 03 Wykres 1Dzięki radzie rata o 453 zł niższa

Trzeba pamiętać, że stawka rynkowa (WIBOR), od której najczęściej zależy oprocentowanie kredytów, zmienia się szybciej niż ta ustalana przez RPP, bo jest efektem toczącej się na bieżąco gry między uczestnikami rynku międzybankowego. Dzisiejsza decyzja Rady o pozostawieniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie nie oznacza więc wcale, że raty kredytów nie spadną już w tym miesiącu. Zbliżające się widmo obniżek stóp spowodowało, że WIBOR już od kilkunastu dni wyraźnie spada. Na przykład WIBOR 3M 3 września był notowany na poziomie 2,56%, a jeszcze miesiąc wcześniej było to 2,67%. Wraz z tą zmianą banki, aktualizując tę stawkę, mogą zażądać niższej raty.

Efekt? Jeśli ktoś ma kredyt zaciągnięty na 30 lat i 100 tys. zł z marżą 1,5%, to jego rata przy WIBOR-ze na poziomie 2,56% wyniosłaby 481 zł, a przy WIBOR-ze sprzed miesiąca (2,67%) 487 zł, czyli 6 złotych więcej. Jest to jednak zmiana kosmetyczna gdyby porównać ją z efektem jaki miała cała seria obniżek stóp procentowych zapoczątkowana pod koniec 2012 roku.

Rata kredytu zaciągniętego w sierpniu 2012 r. na 25 lat i kwotę 300 tys. zł, z oprocentowaniem 6,6% (w tym 1,5 pkt. proc. marży), wynosiła na starcie 2046 zł miesięcznie. Od tamtego czasu notowania stawki WIBOR 3M spadły z 5,11% (sierpień) do 2,56%. Gdyby bank aktualizował wartość WIBORu na bieżąco, modelowy kredytobiorca mógłby dziś cieszyć się oprocentowaniem o jedną trzecią niższym i w konsekwencji ratą na poziomie 1593 zł miesięcznie, czyli o 453 zł niższą niż 18 miesięcy temu.

Dziś można pożyczyć o 41,5 tys. więcej

W efekcie rosną możliwości pożyczkowe. Przeciętna 3-osobowa rodzina z dochodem 5 tys. zł netto może dziś pożyczyć na mieszkanie 418,5 tys. zł (mediana zdolności kredytowej dla długu zaciąganego na 25 lat w sierpniu br.). Jest to wyraźnie lepszy wynik niż z analogicznego okresu przed rokiem, kiedy modelowa rodzina mogła pożyczyć 377 tys. zł.

2014 09 03 Wykres 2Dwa lata taniego pieniądza

Prognozy na najbliższe kwartały pokazują, że stopy procentowe mogą jeszcze spaść. Potwierdzają to notowania kontraktów terminowych na stopę procentową (FRA). Za 6 miesięcy wyceniają one WIBOR 3M na 2%, podczas gdy dziś WIBOR 3M jest notowany na znacznie wyższym poziomie (2,56%). Co więcej w dłuższym horyzoncie czasowym (21-miesięcznym) kontrakty na WIBOR 3M notowany jest na poziomie 2,22%, a więc także wyraźnie niżej niż dziś. Sugeruje to, że gracze rynkowi spodziewają się niemal przez dwa lata utrzymywania się umiarkowanej inflacji i niskich stóp procentowych.

2014 09 03 Wykres 3

fota (300 DPI, 1024 PNG) Bartosz Turek, Lion’s Bank

Eksperci

Lipka: Młodzi Polacy nie garną się do pracy. To problem

Tylko 10 procent młodych Polaków, którzy kształcą się po 18. roku życia, decyduje się na łączenie na...

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

AKTUALNOŚCI

Firmy szkoleniowe apelują o VAT bez wad

Firmy muszą pokrywać koszty VAT na usługi doradcze finansowane z funduszy europejskich. Tracą na tym...

Apel do Szydło i Kaczyńskiego w sprawie limitu składek na ZUS

Konfederacja Lewiatan w listach do premier Beaty Szydło i prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego apeluje...

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...