Home Tagi Wpis otagowany "polskie firmy"

polskie firmy

Blisko 900 tys. zł zasądziły w pierwszym półroczu br. polskie sądy na rzecz producentów zrzeszonych w BSA tytułem naprawienia szkód przez polskie firmy za uzyskanie oprogramowania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub jego bezprawne rozpowszechnianie.

Łączna kwota ponad 1,2 mln zł tytułem odszkodowań, które firmy zobowiązały się zapłacić na mocy orzeczeń sądowych i zawartych ugód od stycznia do końca czerwca 2017 roku, to niemal tyle ile w całym 2016 roku (1,5 mln zł).

W przypadku postępowań związanych z korzystaniem z nielicencjonowanego oprogramowania mamy do czynienia zarówno z ugodami o wartości np. 20 tys. zł i dotyczącymi oprogramowania już zainstalowanego w danej firmie, ale też z wyrokami jak ten orzeczony na początku tego roku przez Sąd Rejonowy w Opolu i nakazujący firmie prowadzącej nielegalną sprzedaż kluczy aktywacyjnych do oprogramowania jednego z członków BSA naprawienie szkody w łącznej wartości ponad 500 tys. zł. Ponadto, sąd skazał trzech właścicieli firmy na kary ograniczenia wolności od 8 miesięcy do 1 roku, w ramach której muszą wykonać prace społeczne pod nadzorem. Skala korzystania z nielegalnego oprogramowania w Polsce powoli, ale systematycznie spada. Coraz surowsze wyroki polskich sądów w podobnych sprawach wymiernie w tym pomagają wysyłając do przedsiębiorców jasny sygnał, że w biznesie nie ma drogi na skróty, a nieuczciwość nie popłaca – powiedział Bartłomiej Witucki, przedstawiciel BSA w Polsce.

Do BSA trafiają co roku tysiące zgłoszeń dotyczących przypadków korzystania z nielegalnego oprogramowania w firmach na całym świecie. W całym 2016 roku zgłoszeń z Polski było 909, co stanowi – w porównaniu do 2015 roku (454) – niemal 100% wzrost. Część ze zgłoszeń przesłanych do BSA inicjuje proces, którego zakończeniem jest ugoda pozasądowa lub wyrok sądu.

Od początku 2017 roku, na podstawie zgłoszonych do BSA przypadków, złożono już ponad 30 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa uzyskania programu komputerowego bez zgody osoby uprawnionej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej (art. 278 §2 k.k.) lub rozpowszechniania programu komputerowego bez uprawnienia lub wbrew jego warunkom (art. 116 §1 i inne ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

 

Źródło: BSA

W sierpniu wskaźnik PMI Sektora Przemysłowego w strefie euro wzrósł do poziomu 57,4 z 56,6 w lipcu. Natomiast wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego wzrósł do poziomu 52,5 z 52,3 w lipcu.– podał Markit.

Lipiec i sierpień w polskim sektorze przemysłowym był słabszy niż w 1. połowie 2017 r. Co prawda rosła wielkość produkcji, rosły zamówienia – i z rynku polskiego, i z rynków zewnętrznych. Rosło też zatrudnienie, ale wolniej niż w poprzednich miesiącach. Ale rosły też koszty surowców, aczkolwiek nie powinno to obciążać rentowności firm, bo „producenci przenieśli część obciążeń na klientów, podwyższając ceny wyrobów gotowych”.

Ocena warunków gospodarczych w sektorze przemysłowym nie jest zła, ale daleko nam do pozytywnych ocen menedżerów przemysłu w krajach strefy euro. Tu sierpniowy wskaźnik PMI wzrósł do poziomu 57,4 z 56,6 w lipcu br. Poza Hiszpanią wszystkie badane kraje osiągały kolejne wielomiesięczne szczyty (np. w Austrii PMI osiągnął poziom 61,1, najwyższy od 78 miesięcy, w Niemczech – 59,3, we Włoszech – 56,3). Ocena kondycji polskiego sektora przemysłowego przez naszych menedżerów plasuje się nieco powyżej poziomu Hiszpanii i Grecji, krajów w którym PMI zamyka listę strefy euro (odpowiednio 52,4 i 52,2). Firmy przemysłowe w strefie euro sygnalizują silny wzrost popytu krajowego i bardzo silny wzrost zamówień eksportowych.

Jeśli w krajach strefy euro, gdzie trafia prawie 60 proc. polskiego eksportu, przemysł ma się tak dobrze, to dlaczego oceny warunków gospodarczych w polskim przemyśle są owszem dobre, ale słabsze niż u naszych głównych partnerów biznesowych, i słabsze niż w 1. połowie roku. Część problemu wyjaśnia sierpniowy PMI – „najnowsze dane wykazały wzrost zaległości produkcyjnych (…) jako przyczynę opóźnień w realizacji zamówień firmy podawały braki personelu oraz niewystarczającą podaż surowców”. Co to oznacza? Popyt na rynku polskim i na rynkach zewnętrznych rośnie, ale polskie firmy nie mają zdolności do jego pełnego zaspakajania. Brakuje pracowników, brakuje surowców.

Tym samym stale wraca problem inwestycji. Firmy nie zwiększały w 2016 r. inwestycji. Także w 1. połowie 2017 r. ich inwestycje nie rosły. To wyhamowanie nie było spowodowane złymi prognozami gospodarczymi. Te były dobre, a nawet bardzo dobre. Było ono spowodowane obawami o znaczne zmiany w warunkach gospodarowania, przede wszystkim obawami o wzrost opodatkowania i innych pozapodatkowych obciążeń. Dlatego rosnący popyt krajowy i zagraniczny przedsiębiorcy zaspakajali ekstensywnymi metodami – coraz większym zatrudnieniem i większym wykorzystaniem posiadanych mocy wytwórczych. Ale oba te zasoby się wyczerpują.  Stopa bezrobocia wyniosła w lipcu br. 4,8 proc. (BAEL). Wykorzystanie aparatu wytwórczego w niektórych branżach przekroczyło 80 proc. Bez inwestycji rynek krajowy będzie zaspakajany w coraz większym stopniu przez import, a na rynkach zagranicznych miejsce polskich firm z radością zajmować będą przedsiębiorstwa z innych krajów. A to oznacza, że eksport netto będzie w coraz większym stopniu obniżał wzrost PKB. Tak działo się już w 2. kwartale br., gdy PKB wzrósł o 3,9 proc., ale jego dynamika została pomniejszona o 1,5 punktu procentowego właśnie o eksport netto, bowiem import rósł zdecydowanie szybciej niż eksport.

Mamy coraz poważniejszy problem. Dzisiaj jeszcze przedsiębiorstwa uruchamiają wszystkie możliwe zasoby i starają się ostrożnie inwestować. Ale gospodarce potrzebne są inwestycje na znacznie większą skalę. A te wymagają pracowników, których już właściwie nie ma. Wpadliśmy w ślepą uliczkę, co będziemy coraz lepiej widzieć z każdym kolejnym miesiącem.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W ciągu ostatnich dwóch lat 67 proc. dużych firm europejskich odnotowało wzrost przychodów, a 76 proc. przewiduje ich wzrost w ciągu najbliższych dwudziestu czterech miesięcy. W Polsce tak optymistycznie myśli ma aż 86 proc. przedsiębiorców. Jednak gospodarcza niepewność skłania firmy na Starym Kontynencie do koncentrowania się na redukcji kosztów. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Thriving in uncertainty. Deloitte’s first biennial cost survey: Cost improvement practices and trends in Europe” jest ona dla polskich i europejskich firm sposobem na osiągnięcie wzrostu i poprawę wydajności. Jednak aż 57 proc. firm w Europie przyznaje, że nie są dostatecznie skuteczne w obniżaniu kosztów.

Badanie przeprowadzono w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Belgii, Holandii, Norwegii, Danii oraz w Polsce wśród menedżerów wyższego szczebla w dużych firmach, osiągających przychody w wysokości co najmniej 100 mln euro rocznie.

Jako największe zewnętrzne ryzyko europejscy przedsiębiorcy postrzegają niepewność gospodarczą, na którą wskazało 34 proc. z nich. Największy odsetek odnotowano w Wielkiej Brytanii (52 proc.), co ma związek z Brexitem oraz w Polsce (71 proc.). – Na tak wysoki wynik wpływ mają niestabilny rynek, wzrost kosztów pracy oraz rosnące ceny surowców. Nie bez znaczenia jest również niepewność co do zmieniających się regulacji prawnych i podatkowych, na którą wskazało 57 proc. polskich respondentów. Średnia dla pozostałych badanych krajów wynosiła jedynie 16 proc. – wyjaśnia Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. W porównaniu do innych krajów polscy menedżerowie wśród istotnych ryzyk wskazywali także cyfryzację, którą wymieniło 43 proc. badanych. Może się to wiązać z niskim poziomem wdrożenia technologii cyfrowych w polskich firmach i poczuciem braku przygotowania do zmian w tym obszarze.

Aż 83 proc. firm europejskich zadeklarowało, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy rozpocznie proces redukcji kosztów. W Polsce takiej samej odpowiedzi udzieliła przeważająca większość ankietowanych przedsiębiorców. Dla europejskich menedżerów najważniejszym priorytetem na najbliższe dwa lata jest wzrost sprzedaży (30 proc.), rentowność oraz redukcja kosztów (po 28 proc.). W Polsce głosy te rozkładały się nieco inaczej. Jako najważniejszy priorytet polscy respondenci wskazywali rentowność (57 proc.), przed redukcją kosztów (43 proc.) oraz wzrostem sprzedaży (29 proc.). – Pytanie o najważniejsze priorytety, niezależnie od badanego kraju, pokazało jeden trend. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że by rosnąć, muszą oszczędzać. Polakom, ze względu na niestabilność waluty, rosnące koszty pracy oraz wysokie obciążenia fiskalne idea „save to grow” jest szczególnie bliska – tłumaczy Jakub Rosiecki.

O jakim poziomie oszczędności mowa? Ponad połowa (52 proc.) respondentów w europejskim badaniu deklaruje, że walczy o obniżenie kosztów na poziomie mniej niż 10 proc. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 57 proc. badanych. Jednak aż 57 proc. firm w Europie, podobnie jak w Polsce, przyznaje jednocześnie, że osiągnięcie wyznaczonego celu nie udaje im się. Prawie połowa (48 proc.) respondentów uważa, że największą barierą jest implementacja przyjętych planów, a dla 32 proc. jest to brak zrozumienia tej strategii redukcji kosztów. W Polsce ten brak zrozumienia miał ponad dwa razy więcej wskazań (71 proc.). – Ponieważ pracownicy kojarzą zarządzanie kosztami ze zwolnieniami, menedżerowie są zazwyczaj ostrożni w komunikacji w tym obszarze. Często embargo na takie informacje jest zbyt duże, co wyraźnie sprawia, że konieczne zmiany są trudniejsze do wdrożenia – mówi Jakub Rosiecki.

Najważniejszą przyczyną, dla której firmy decydują się na redukcję kosztów jest uzyskanie przewagi konkurencyjnej (46 proc.) oraz inwestowanie we wzrost przedsiębiorstwa (36 proc.). W Polsce, w której presja cenowa ma większe znaczenie niż na innych rynkach, uzyskanie przewagi konkurencyjnej jest ważne aż dla 71 proc. respondentów.

W ciągu ostatnich 24 miesięcy badane firmy wdrożyły wiele narzędzi wspierania bardziej efektywnego zarządzania kosztami. Zarówno w Polsce, jak i reszcie badanych krajów są to przede wszystkim ulepszone procesy do prognozowania, budżetowania i raportowania (odpowiednio 86 i 47 proc.). Na drugim miejscu znalazła się konfiguracja systemów IT (odpowiednio 57 i 42 proc.). Wyższe odsetki odpowiedzi w Polsce niż w innych badanych krajach, mogą wskazywać na to, że polskie firmy miały w tym obszarze większe opóźnienia i zaniedbania.

Częściej niż ich koledzy z innych rynków, polscy menedżerowie twierdzili, że podejmowali oni w ciągu ostatnich dwóch lat próby w zarządzaniu kosztami. Większość respondentów zadeklarowała, że podjęła próbę implementacji szerokiego programu w celu restrukturyzacji i zarządzania kosztami w całych jednostkach (86 proc.), zmusiła je do redukcji ustalonego procentu ich kosztów (71 proc.) lub zainwestowała w inicjatywy mające na celu poprawę wydajności (71 proc.). – Teoretycznie polscy przedsiębiorcy powinni odnotowywać więc znaczne sukcesy w redukowaniu kosztów. Niestety, tak nie jest. Wydaje się jednak, że wyciągnęli odpowiednie lekcje z tych doświadczeń i zdają sobie sprawę, że najważniejsze jest wdrożenie odpowiedniej strategii i umiejętne zarządzanie zmianami – mówi Jakub Rosiecki.

W ciągu najbliższych 24 miesięcy aż 71 proc. polskich menedżerów planuje zarządzić redukcję kosztów we wszystkich działach w swojej firmie, a 57 proc. planuje intensyfikację istniejących programów poprawy wydajności. – Chociaż przyszłość gospodarcza i geopolityczna jest uważana za niepewną, przedsiębiorcy nie oczekują biernie na to, co się wokół nich stanie. Oprócz niepewności, największe trendy to wzrost konkurencyjności, rosnąca globalizacja i mnożenie regulacji. Polskie firmy, wraz z brytyjskimi, włoskimi, francuskimi, niemieckimi i hiszpańskimi, można zaliczyć do kategorii kwitnących w niepewności, a to oznacza, że są predestynowane do wzrostu i rozwoju – podsumowuje Jakub Rosiecki.

 

Źródło: Deloitte

Polskim firmom pozostało niewiele czasu, żeby założyć pracowniczy program emerytalny na dotychczasowych zasadach. Pracodawcy, którzy nie utworzą PPE jeszcze w tym roku, najprawdopodobniej już w 2018 roku będą musieli założyć Pracowniczy Plan Kapitałowy. Według zapowiedzi rządu, obowiązek ten dotknie wszystkich przedsiębiorstw – także tych kilkuosobowych.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) działają w Polsce od 1999 r. i stanowią część dobrowolnego, III filaru emerytalnego. PPE oferują oczywiste korzyści dla pracownika (dodatkowa, prywatna emerytura), ale ich konstrukcja jest atrakcyjna również dla pracodawców.

W przypadku PPE to pracodawca określa wysokość składki na rzecz pracowników. Od przekazanych środków nie płaci składek na ubezpieczenie społeczne i co ważniejsze – może je zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Firmy często decydują się na PPE, ponieważ są one najtańszą opcją podwyżki lub dodatkowym benefitem, który pracodawca może zaoferować, by przyciągnąć do siebie najbardziej utalentowanych pracowników – mówi Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI.

Według najnowszych danych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, polskie firmy zarejestrowały 1494 pracownicze programy emerytalne, z czego obecnie aktywne są 1042 programy. Łączna wartość aktywów zgromadzonych w PPE wynosi 13,3 mld zł. To oznacza, że programy emerytalne prowadzone przez pracodawców stanowią najmocniejszą część III filaru emerytalnego. Dla porównania, na indywidualnych kontach emerytalnych (IKE) Polacy zgromadzili 6,6 mld zł, a na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) ok. 1,1 mld zł.

Szykuje się wzmożony popyt na PPE

Paweł Suwała zwraca uwagę, że w przeszłości najwięcej nowych PPE powstawało bezpośrednio przy okazji zmian w systemie emerytalnym. – Przez pierwsze lata funkcjonowania PPE, w Polsce powstało zaledwie ok. 200 programów, które objęły ok. 80 tys. pracowników. Prawdziwy boom na PPE zaczął się w 2004 roku, kiedy ówczesny rząd znowelizował ustawę o PPE. Uproszczenie biurokratycznych procedur spowodowało, że w ciągu zaledwie półtora roku powstało ponad 700 nowych programów. Na koniec 2005 r. na rynku istniało już 906 programów, do których zapisało się ponad 260 tys. Polaków – przypomina ekspert Union Investment TFI.

Później, w latach 2006-2009 powstawało średnio 70 nowych programów rocznie. W latach 2010-2015 już tylko ok. 30. Zdaniem Pawła Suwały, planowana na najbliższe miesiące reforma emerytalna może zmobilizować wielu pracodawców do utworzenia PPE – zanim zaczną obowiązywać nowe reguły.

Nowymi pracowniczymi planami kapitałowymi przez pierwsze dwa lata ma zarządzać państwowy fundusz. A jeszcze w tym roku pracodawca ma możliwość założenia PPE w dowolnie wybranej, prywatnej instytucji finansowej. W kontekście doświadczeń ze środkami zgromadzonymi w OFE, dla wielu prezesów jest to wystarczająco przekonujący argument, by wziąć sprawy w swoje ręce – mówi Paweł Suwała.

Czy KNF zdąży zaakceptować wszystkie wnioski o rejestrację PPE?

Z obowiązku tworzenia PPK mają być zwolnione firmy, które już posiadają PPE – taki zapis znajduje się w Programie Budowy Kapitału przygotowanym przez Ministerstwo Rozwoju. To kolejny argument za tym, że w najbliższych miesiącach możliwy jest dynamiczny wzrost liczby wniosków o utworzenie pracowniczych programów emerytalnych na starych zasadach.

W całej tej sytuacji największe wyzwanie stoi przed… Komisją Nadzoru Finansowego. Obecnie każdy nowy program musi zostać zarejestrowany, tj. wpisany do rejestru pracowniczych programów emerytalnych prowadzonego przez KNF. Cała procedura trwa nawet kilka miesięcy.

Skoro już teraz zarejestrowanie pracowniczego programu emerytalnego trwa tyle czasu, to przy wzroście liczby składanych wniosków można się spodziewać, że będzie to jeszcze dłuższy proces – ocenia Paweł Suwała. – Dużym ułatwieniem, i dla przedsiębiorstw i dla nadzorcy, byłaby zmiana procedury rejestrowania PPE. Tak, by wystarczyło nowy program zgłosić, bez konieczności oczekiwania na akceptację KNF – dodaje.

Wypowiedź: Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI

 

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowe – tłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.


Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

 

Źródło: Partner of Promotion

Polskie firmy od niedawna muszą wdrażać w swoich systemach księgowych rozwiązania do przygotowywania Jednolitego Pliku Kontrolnego. Od stycznia przyszłego roku przed podobnym wyzwaniem staną przedsiębiorcy prowadzący działalność na Litwie i w Norwegii, gdzie zacznie obowiązywać SAF-T. Będzie to dotyczyło również firm z Polski, które mają tam swój oddział lub powiązaną spółkę. Litewski i norweski obowiązek raportowania do urzędów skarbowych jest oparty na standardzie OECD. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte nauczone doświadczeniami ekspresowego wprowadzenia JPK w Polsce, przedsiębiorstwa, które operują w tych krajach, powinny już teraz rozpocząć dostosowywanie swoich systemów księgowych.

Standard Audit File for Tax (SAF-T) to format wymiany danych księgowych, zalecany krajom należącym do OECD. Zmierza on do zwiększenia efektywności kontroli podatkowych przy zmniejszeniu kosztów. Dane w formacie SAF-T mogą być przekazywane przez podatników do organów podatkowych oraz zewnętrznych audytorów. Obowiązuje on już w Portugalii, Luksemburgu, Austrii, Francji i w Polsce (polskim odpowiednikiem jest Jednolity Plik Kontrolny). „Polski standard raportowania znacząco odbiega jednak od swojego pierwowzoru, rekomendowanego przez OECD. Dostawcy systemów księgowych, którzy przystosowali swoje programy do międzynarodowych rozwiązań, nie byli przygotowani na to, co ogłosił polski resort finansów. Rynek szybko wypełnił tę niszę, ale pozostało poczucie, że polskie rozwiązanie raportowe stawia przed podatnikami nadzwyczajne wyzwania” – mówi Paweł Hulewicz, Senior Technology Officer w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Zarówno w Norwegii, jak i na Litwie, podatnicy będą musieli składać plik SAF-T na żądanie organów podatkowych, np. w toku kontroli. Wdrożony w obu krajach standard SAF-T, bazujący w prostej linii na zaleceniach OECD, przewiduje tylko jeden plik, w odróżnieniu od JPK, który obejmuje ich aż siedem. „Aby odpowiednio przygotować się do nowego obowiązku, podatnicy powinni wdrożyć w swoich systemach komputerowych mechanizmy, które umożliwią automatyczne generowanie pewnych typów danych, w określonym zestawieniu. Po wdrożeniu odpowiednich rozwiązań informatycznych, zgodnie z zaleceniami OECD, firmy mogą, a nawet powinny prowadzić samodzielną kontrolę swoich rozliczeń w oparciu o zaimplementowany standard raportowy” – mówi Paweł Hulewicz.

Przystosowanie danych z systemów finansowo-księgowych do SAF-T wymaga czasu. SAF-T różni się od typowych deklaracji podatkowych, w których pokazuje się zagregowane dane, czyli sumy mające wpływ na wynik podatkowy. Wymaga on przekazania urzędowi skarbowemu danych wprost z ksiąg rachunkowych. W pliku należy wykazać każdą pojedynczą transakcję, produkt czy ruch magazynowy. Ogromna ilość danych w praktyce uniemożliwia przygotowanie SAF-T ręcznie.

Wygenerowanie danych podlegających raportowaniu w SAF-T wymaga przeprowadzenia tzw. mapowania, czyli dopasowania pól i sekcji w systemie księgowym do odpowiednich pól w pliku raportowym. Biorąc pod uwagę poziom skomplikowania plików, które obowiązują w Norwegii i na Litwie oraz ilości informacji, etap ten może wymagać asysty specjalistów. Źle przeprowadzone mapowanie spowoduje, że plik SAF-T będzie zawierał nieprawidłowe dane. Podatnicy muszą więc przystosować swoje systemy księgowo-finansowe (zainstalować tzw. nakładki do SAF-T). Mogą również skorzystać z oprogramowania, które pośredniczy pomiędzy księgami a resortem finansów: wyciąga odpowiednie dane z systemów podatnika, zestawia je, układa zgodnie ze strukturą SAF-T i konwertuje do wymaganego formatu XML. Przedsiębiorców w tym procesie wspiera stworzona przez Deloitte aplikacja taxCube, która automatyzuje rozliczenia podatkowe. Oprócz Polski, korzystają z niej już klienci w wielu krajach Europy, a międzynarodowy zasięg aplikacji ciągle się zwiększa. Dzięki temu program może obsłużyć różnorodne obowiązki raportowe oparte na standardzie SAF-T. „Na potrzeby klientów dostosowaliśmy aplikację taxCube również do litewskiego i norweskiego obowiązku składania pliku SAF-T. Dzięki temu firmy działające na Litwie i w Norwegii już wkrótce będą mogły wykorzystać sprawdzone rozwiązanie do elektronicznego raportowania. W tym zakresie wykorzystaliśmy doświadczenia, które zdobyliśmy podczas tworzenia i wdrażania oprogramowania do przygotowywania i wysyłki plików JPK w Polsce” – mówi Ernest Frankowski, Dyrektor w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Źródło: Deloitte

Jedynie 8 proc. polskich przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze obliczeniowej, wynika z najnowszych badań GUS. W przypadku firm z sektora przetwórstwa przemysłowego sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo zaledwie 7 proc. z nich sięgnęło po rozwiązania cloudowe. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych już rok temu 27 proc. organizacji zdecydowało się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie w chmurze obliczeniowej, co oznacza wzrost o 16 proc. rok do roku. Czego obawiają się polskie firmy i czy cloud computing ma szanse stać się nad Wisłą tak popularny, jak na Zachodzie?

Haigh’s Chocolate to rodzinna australijska firma specjalizująca się w produkcji najwyższej jakości czekolady. Zatrudnia w tej chwili ponad 500 osób i kontroluje nie tylko cały proces produkcji, ale także dystrybucji i sprzedaży. Nie tylko to wyróżnia Haigh’s Chocolate. To jedna z pierwszych firm w branży spożywczej, które zdecydowały się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie dostarczanego w chmurze obliczeniowej. Choć na tamtejszym rynku brakowało przykładów implementacji takich rozwiązań i dla firmy ERP w chmurze był pewnym poligonem doświadczalnym, to dziś producent absolutnie nie żałuje swojego wyboru – Decyzja o przejściu do chmury była jedną z najlepszych jakie podjęliśmy. Uwolniła nam mnóstwo zasobów, dzięki czemu możemy się skoncentrować na rozwijaniu naszych kluczowych kompetencji – czyli na produkcji i sprzedaży czekolady – przekonuje Simon Haigh zarządzający Haigh’s Chocolate. – Dziś nie zadajemy sobie pytania „czy technologia będzie działać”?, tylko: „jak produkować najlepszą czekoladę” – dodaje.

Firm takich jak Haigh’s Chocolate jest coraz więcej. Według raportu firmy doradczej Panorama Consulting, systemy ERP w chmurze wdrożyło już 27 proc. amerykańskich przedsiębiorstw, co oznacza 16 proc. wzrost rdr. Nie inaczej jest w Europie. Jak szacuje IDC, do 2020 r. już co najmniej 45% oprogramowania oraz infrastruktury informatycznej w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w modelu chmurowym. Tym samym, w 2020 r. inwestycje w rozwiązania chmurowe będą stanowiły 20% wydatków na infrastrukturę IT oraz 25% wydatków przeznaczanych na zakup oprogramowania, usług i sprzętu. Jak na tym tle wygląda Polska?

Strach hamulcem rozwoju

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego rysują mało optymistyczny obraz rodzimego rynku. Na korzystanie z usług w chmurze zdecydowało się zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod lupę jedynie sektor przetwórstwa przemysłowego sytuacja, wygląda jeszcze gorzej. Z cloud computingu zdecydowało się skorzystać tylko 7 proc. firm. Mimo, że za usługami świadczonymi w chmurze przemawia wiele korzyści, przed korzystaniem z nich przedsiębiorców powstrzymuje przede wszystkim brak wiedzy (aż 40 proc. wskazań) oraz strach. Aż 36 proc. polskich firm swoją decyzję o niekorzystaniu z chmury uzasadnia obawami związanymi z bezpieczeństwem. Podobna liczba respondentów za przyczynę podała niepewność co do lokalizacji przechowywania danych, a 31 proc. ankietowanych przedsiębiorstw zwróciło uwagę na wątpliwości dotyczące kwestii prawnych, jurysdykcji i mechanizmów rozstrzygania sporów.

Poza obawą o dostęp do Internetu i bezpieczeństwo danych, decydentów przed skorzystaniem z cloud computingu powstrzymuje lęk przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Wynika on z braku stosownych przepisów, które jasno określiłyby dozwolone praktyki i normy, które powinny być spełnione. To właśnie dlaczego, tak wiele firm czeka na „early adopterów”. Jak wskazał jeden z szefów IT reprezentujący instytucję finansową: „Jedyne, czego potrzebujemy to bank, który pierwszy przeniesie się do chmury i nie zostanie ukarany za to przez regulatora. Jeśli tak się stanie, uruchomi to lawinę migracji do modelu usługowego.” W branży produkcyjnej jest podobnie.

Wbrew pozorom, polski rynek nie różni się pod tym względem od znacznie bardziej rozwiniętych rynków Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej. Wszędzie kwestie bezpieczeństwa, prywatności oraz regulacji prawnych są istotnym ograniczeniem we wdrażaniu chmury. Również w przemyśle istnieje potrzeba zagwarantowania 100% dostępności infrastruktury i aplikacji IT, bo jakiekolwiek przerwy na linii produkcyjnej są niedopuszczalne i grożą dużymi stratami. To istotne obawy, choć jak pokazuje doświadczenie, nieuzasadnione – zwraca uwagę Piotr Rojek z firmy DSR dostarczającej rozwiązania IT dla produkcji.

Dobrym przykładem jest ELHI Polymer Moulding, holenderski dostawca plastikowych komponentów dla branży motoryzacyjnej, elektronicznej czy medycznej. Jako jeden z atutów systemu ERP w chmurze firma uznała obniżenie ryzyka – zarówno finansowego, jak i informatycznego. Nic dziwnego, doświadczenia pokazują, że wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa często są wymówką służącą temu, by utrzymywać infrastrukturę IT w modelu tradycyjnym. Okazuje się, że bardzo często poziom bezpieczeństwa oferowany przez dostawców rozwiązań cloudowych nie tylko nie odbiega od tego w firmach, ale jest nawet wyższy.

Producenci zadowoleni z chmury

Przedsiębiorstwa, które podjęły decyzję o wyborze systemu ERP w modelu usługowym, zwracają uwagę na szereg korzyści wynikających z implementacji tego rozwiązania. Do najczęściej wymienianych należy szybki czas udostępnienia aplikacji a także znacząco niższe koszty początkowe w porównaniu do modelu on premise. Ten pierwszy aspekt był kluczowy dla Plasan Carbon Composites, amerykańskiej firmy dostarczającej komponenty z włókna węglowego dla General Motors i Chryslera. Presja z ich strony na jak najszybsze rozpoczęcie produkcji była na tyle silna, że czas wdrożenia systemu decydował o powodzeniu projektu. Firma zdecydowała się więc na wybór ERP w chmurze. System QAD Cloud ERP przy niewielkim poziomie modyfikacji udało się uruchomić w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Byłoby to niemożliwe w przypadku wdrożenia on-premise, gdzie projekty implementacji trwają po kilkanaście miesięcy a nawet dłużej. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy inwestować pieniędzy, zasobów osobowych i czasu w rozwiązanie on premise. Chmurowy ERP był dla nas najlepszym rozwiązaniem – tłumaczy Philip Austin z firmy Plasan.

Solaftowi, jednemu z czołowych producentów filtrów przemysłowych, którego produkty sprzedawane są w Azji, Australii i obu Amerykach, system w chmurze pozwolił na zwiększenie efektywności we wszystkich obszarach, ze szczególnym naciskiem na prognozowanie i planowanie. Stało się tak m.in. dzięki całodobowemu dostępowi do spójnie opracowanych globalnych danych we wszystkich strefach czasowych. Optymalizacja gromadzenia i przepływu danych przełożyła się również na obsługę klienta: wskaźnik DIFOT (delivered-in-full-time) polepszył się o 10 proc.

W Polsce zaczyna się w tej chwili wymiana oprogramowania wspierającego zarządzanie, wdrożonego kilka czy kilkanaście lat temu. Świadomość menedżerów się zmienia więc część klientów będzie migrowała do chmury, choć daleki jestem od tezy, że za kilka lat większość firm produkcyjnych będzie korzystała z tego rozwiązania. Model chmurowy z pewnością jednak warto rozważyć, bo zmniejsza on nie tylko ryzyko inwestycyjne, ale także likwiduje konieczność opieki nad systemem, tworzenia kopii zapasowych czy inwestycji w sprzęt. Uwolnienie IT od bieżącego zarządzania infrastrukturą powoduje, że informatycy mogą więcej czasu przeznaczyć na weryfikację oczekiwań biznesu i mapowanie ich w narzędziach IT. Chmura pomaga też uniknąć kosztownych i często niepotrzebnych modyfikacji – zauważa Piotr Rojek z DSR.

Według danych Panorama Consulting średni koszt wdrożenia aplikacji wspierającej zarządzanie wyniósł w ubiegłym roku 3,8 miliona dolarów. Choć oznacza to spadek o ponad 15% w porównaniu do 2014 r., to analitycy wskazują, że w aż 57 proc. przypadków przekroczono planowany budżet wdrożeniowy. Głównym powodami były szerszy niż początkowo planowano zakres wdrożenia, problemy organizacyjne i techniczne i niedoszacowanie liczby konsultantów. Warto też zwrócić uwagę na liczne modyfikacje systemu ERP. Zdecydowało się na nie aż 90% badanych firm. Co więcej, w większości przypadków była one znaczące, a w 7 proc. zmieniły system o połowę. Nic więc dziwnego, że tak często przekroczono budżet.

Zdaniem ekspertów przerabiania systemów ERP należy unikać za wszelką cenę, ponieważ wydłuża to czas wdrożenia projektów, a koszt takich działań pochłania często prawie połowę budżetu. Praktyka pokazuje, że takie operacje nie zawsze są potrzebne. Obowiązuje tutaj zasada: im więcej oczekiwanych funkcjonalności będzie posiadał system w standardzie, tym mniej modyfikacji będzie trzeba wprowadzić.

Źródło: inPlus Media

i

Zysk netto firm średnich i dużych wyniósł w 2016 r. 111 mld zł. Natomiast inwestycje spadły o 13,2 proc (r/r, w cenach stałych) – podał GUS.

Wyniki finansowe firm średnich i dużych były w 2016 r. bardzo dobre. Przychody wzrosły co prawda tylko o 3,9 proc., ale koszty „jedynie” o 3,2 proc. Pozwoliło to na poprawę rentowności sprzedaży. Powinno to cieszyć, bo firmy panowały nad kosztami mimo szybciej, niż koszty ogółem, rosnących wydatków na wynagrodzenia i ubezpieczenia społeczne, a także na usługi obce. Niestety, koszty rosły wolniej niż przychody m.in. przez niższy poziom inwestycji, a tym samym niższą amortyzację, a to nie może cieszyć.

Co z tego, że firmy 50+ zarobiły w 2016 r. 111 mld zł, a zapłacony CIT był o 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej, jeśli – mimo dobrych wyników finansowych – przedsiębiorstwa były bardzo ostrożne w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W efekcie zainwestowały 121 mld zł, o 13,2 proc. mniej niż w 2015 r. (w cenach stałych). Ostrożność w inwestycjach rosła z kwartału na kwartał – po 6. miesiącach 2016 r. spadek inwestycji r/r wynosił 7,1 proc., po 9. miesiącach 9,1 proc., a po 12. – 13,2 proc.

Tak dobre wyniki finansowe firm, wzrost zysku netto o ponad 20 proc. r/r nie tylko dowodzi dobrej sytuacji na rynkach, na których przedsiębiorstwa działają (ponad 50 proc. to eksporterzy), ale przede wszystkim umiejętności jej wykorzystania przez polskie przedsiębiorstwa. Dlaczego zatem nie towarzyszył temu, a powinien, wzrost inwestycji?

Firmy mają wysoki poziom wykorzystania mocy wytwórczych, mają kapitał, który pozwalałby na rozszerzanie aparatu wytwórczego i jego modernizację. Bez inwestycji dalsze konkurowanie na rynku polskim i rynkach zewnętrznych może nie być już tak skuteczne jak dotychczas. A jednak nakłady inwestycyjne były zdecydowanie niższe niż w 2015 r.

Biznes nigdy nie działa przeciw swoim interesom. Tym razem jednak niepewność polityczna i regulacyjna była tak duża, że przedsiębiorstwa obawiały się rozpoczynania większych inwestycji. Gdy nie wiedzą jakie będą płacić podatki, czy nie zostaną wprowadzone kolejne daniny branżowe, gdy czytają regulacje nakładające na przedsiębiorców kary do 25 lat więzienia i konfiskatę firmy za błędy w naliczaniu podatku VAT, gdy ograniczono im możliwość obrotu ziemią, co dla inwestycji ma znaczenie, gdy widzą działania rządu wspierające firmy z kapitałem państwowym co skutkuje wypychaniem z rynku firm prywatnych, a jednocześnie działania antykoncentracyjne rządu w tych obszarach, gdzie państwo jest słabo obecne, gdy część projektów inwestycyjnych zlecana jest w trybie bezprzetargowym spółkom komunalnym, gdy wiedzą że za energię będą musiały płacić więcej, bo następuje konsolidacja energetyki i górnictwa, gdy planuje się ograniczenie pracy w niedzielę, trudno się dziwić, że skłonność firm do inwestycji maleje. Do tego program Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego zmniejsza podaż pracy. A inwestycje, a później korzystanie z nich wymaga pracowników, dobrze dostosowanych do rynku pracy. A tu zmiany w edukacji, już nawet nie te związane z likwidacją gimnazjów, ale przede wszystkim zmiany programowe, które budzą obawy, co do wiedzy i umiejętności, które będą posiadać przyszli pracownicy, i brak aktywności w budowaniu nowoczesnego szkolnictwa zawodowego. Proponuje się też skrócenie o jedną godzinę czasu pracy pracownikom z dziećmi (to jedna z partii opozycyjnych, ale koalicja rządząca nie mówi nie).  Mówi się też o wprowadzeniu „split payment” (co samo w sobie może być dobrym rozwiązaniem), ale nie mówi się o tym jak to rozwiązanie będzie w praktyce funkcjonować, czy nie zaburzy płynności finansowej firm, szczególnie tych mniejszych.

Tylko przedsiębiorstwa w których właściciele i zarządzający mają bardzo wysoką skłonność do ryzyka będą zwiększać w sposób istotny inwestycje, a bez nich tak polskie firmy, jak i polska gospodarka stracą zdolność do konkurowania. A my, obywatele, możliwość zwiększenia dobrobytu. Szkoda.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Choć polski rynek obligacji zasługuje na słowa uznania za dynamiczny rozwój, wciąż jest zbyt mały nie tylko by zaspokoić apetyt budżetu państwa, ale także potrzeby pożyczkowe większych firm. Po duży kapitał trzeba sięgać za granicę.

Choć od czasu do czasu pojawiają się opinie ostrzegające przed nadmiernym uzależnieniem od zagranicznego kapitału oraz głosy krytycznie oceniające jego udział w finansowaniu polskiego budżetu i gospodarki, a w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wprost mówi się, że nie może być kontynuowany model, w którym Polska jest winna zagranicznym inwestorom 2 bln zł, a uzależnienie od kapitału zagranicznego kosztuje nas około 95 mld zł rocznie, gdy przychodzi do konkretów, hasła ustępują miejsca kalkulacjom. Dotyczy to zarówno finansów publicznych, jak i dużych firm, w tym także tych ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa.

Według danych Ministerstwa Finansów, na koniec grudnia ubiegłego roku udział długu zagranicznego wynosił 34,4 proc., a więc był nieznacznie niższy niż w 2015 r., gdy sięgał 34,9 proc. Nie wiadomo jeszcze, jak te proporcje wyglądają po pierwszych miesiącach obecnego roku, jednak z informacji o przebiegu kilku przetargów na obligacje skarbowe, w trakcie których zanotowano rekordowo wysoki popyt na nasze papiery, można wnioskować, że sytuacja nie uległa poprawie. Resort skwapliwie korzystał z dużego zainteresowania ze strony inwestorów zagranicznych, zapewniając dzięki sprzedaży obligacji sporą część finansowania budżetu na cały rok. To działanie jak najbardziej racjonalne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę ryzyko pogorszenia się warunków na rynkach finansowych w kolejnych miesiącach, wynikające zarówno z rozkręcającego się cyklu zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed i sygnałów zbliżającego się zwrotu w polityce Europejskiego Banku Centralnego, jak również możliwość perturbacji związanych z wydarzeniami politycznymi we Francji i Niemczech, czy trudnych do przewidzenia konsekwencji zapowiedzi administracji Donalda Trumpa w kwestii światowego handlu.

Co więcej, Ministerstwo Finansów chętnie sięga też po dług nominowany w walutach. W marcu sprzedało obligacje 10- i 20-letnie o łącznej wartości 1,5 mld euro. Według zapowiedzi resortu, kolejne operacje tego typu będą miały wartość nie przekraczającą poziomu niezbędnego do refinansowania potrzeb walutowych budżetu. Podczas konferencji po spotkaniu członków G20, wicepremier Mateusz Morawiecki poinformował, że prawdopodobnie dojdzie w tym roku do kolejnej emisji obligacji w juanach. W 2016 r. Polska sprzedała tego typu papiery o wartości 3 mld juanów, przy popycie dwukrotnie przewyższającym ofertę podaży, obligacje  o wartości 4,75 mld euro i 1,75 mld dolarów.

Od emisji na zagranicznych rynkach nie stronią także duże polskie firmy. W ostatnich dniach o zamiarze wyemitowania papierów o wartości 0,5 mld euro poinformowali przedstawiciele Tauronu. Do końca 2020 r. spółka będzie potrzebowała około 10 mld zł na zrefinansowanie i spłatę zadłużenia. Zdobycie takich środków wyłącznie na krajowym rynku mogłoby być niełatwe. Na początku marca o zakończeniu procesu sprzedaży dziesięcioletnich obligacji za 300 mln euro poinformowała Energa. Papiery będą notowane na giełdzie w Luksemburgu. Spółka pracuje też nad emisją obligacji hybrydowych, które objąć miałby Europejski Bank Inwestycyjny. W tym roku 3 mld zł z emisji obligacji zamierza uzyskać PZU i nie jest wykluczone, że częściowo odbędzie się to poprzez sprzedaż papierów nominowanych w walutach na rynku zagranicznym. Emisji euroobligacji, z których środki przeznaczone byłyby na potrzeby Krajowego Funduszu Drogowego, nie wyklucza też Bank Gospodarstwa Krajowego. Resort infrastruktury szacuje łączne potrzeby pożyczkowe Funduszu na ten rok na ponad 8 mld zł. Wcześniej palny zagranicznej emisji sygnalizowała też obuwnicza firma CCC.

Poszukiwanie kapitału na rynkach zagranicznych w przypadku dużych spółek wiąże się nie tylko ze skalą emisji, którą na krajowym podwórku trudno byłoby uplasować, czy niższymi kosztami finansowania w dolarach i euro, ale także z możliwością pożyczania na dłuższe okresy, sięgające 10 lat przy stałej stopie oprocentowania. Do akceptacji takich warunków rodzimi inwestorzy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Źródło: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Pracownicy IT są jedną z najlepiej opłacanych grup zawodowych w Polsce, a ich zarobki z roku na rok rosną coraz szybciej. Jak wynika z danych firmy Sedlak & Sedlak, tylko na przestrzeni ostatnich dwóch lat mediana wynagrodzeń specjalistów IT wzrosła o niemal 1 tys. zł. – z 5,7 tys. w roku 2015 do 6 625 zł w roku 2016. Wszystko wskazuje jednak na to, że polscy informatycy coraz częściej będą musieli konkurować o wakaty ze specjalistami z Ukrainy. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie.

Szacuje się, że w Polsce pracuje od 600 tysięcy do miliona obywateli Ukrainy, a ich liczba systematycznie rośnie. To wynik pogarszającej się sytuacji ekonomicznej za wschodnią granicą oraz konfliktu zbrojnego z Rosją. Jeszcze przed wojną w Donbasie przyjeżdżały do Polski głównie kobiety, które podejmowały pracę w gospodarstwach domowych, a średnia wieku imigrantów wynosiła 43 lata. Obecnie, jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, 47 proc. obywateli Ukrainy przebywających w Polsce ma ukończone studia wyższe, a 5,5 proc. pracuje na stanowiskach eksperckich.

– Są ekonomiści, finansiści, programiści, osoby, które pracowały w sieciach sklepów i zarządzały nimi. Są też pracownicy branży zarządzania nieruchomościami. Są nawet wykładowcy akademiccy – twierdzi Daniel Dziewit, założyciel portalu Pracadlaukrainy.pl.

Według informacji NBP coraz więcej osób podejmuje też studia w Polsce i uczy się języka, by zostać tu na stałe lub związać przyszłość z naszym krajem.

Informatyk z Ukrainy ma wysokie kwalifikacje i jest mniej roszczeniowy

Trudno oszacować, ilu ukraińskich specjalistów z obszaru technologii informacyjnych pracuje w Polsce. Jedno jest pewne – ich liczba stale rośnie. Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej systematycznie zwiększa się liczba oświadczeń o zamiarze zatrudnienia wydawanych przez firmy IT obcokrajowcom. W 2012 r. było ich 460, rok później 686, a w 2014 r. – 3227. 90 proc. dotyczyło Ukraińców. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie. W samym Lublinie pracuje ponad 1000 ukraińskich informatyków.

– Polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zatrudnianiem specjalistów IT zza Buga. Tym bardziej, że obywatele Ukrainy często mogą pochwalić się bardzo wysokimi kwalifikacjami w obszarze technologii informacyjnych. Co istotne, oni w Polsce chcą pracować. I wcale nie chodzi o kwestie finansowe, bo branża IT na Ukrainie rozwija się również dynamicznie. Polska przez obywateli Ukrainy postrzegana jest jako element rynku globalnego, który stwarza o wiele większe możliwości dla rozwoju zawodowego. Dzięki swoim kwalifikacjom i proaktywnej postawie są bardzo konkurencyjni – twierdzi Rafał Niedziński, IT & Telecom Manager w Relyon Recruitment & IT Services, firmie rekrutacyjnej obsługującej m.in. firmy z obszaru nowoczesnych technologii.

Specjaliści IT z Ukrainy szansą dla polskiej gospodarki

Polska staje się coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla cudzoziemców, w tym również tych, którzy mogą poszczycić się wysokimi kompetencjami zawodowymi. Obywatele Ukrainy powoli wypełniają lukę po Polakach, którzy wyemigrowali, głównie do Wielkiej Brytanii. To doskonała wiadomość dla polskiej branży IT, która już od kilku lat boryka się z niedoborem kadr. W związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś niedobór specjalistów z zakresu technologii informacyjnych w naszym kraju sięga ponad 50 tys. osób, a deficyt ten rośnie co roku o 3–5 proc. Jak twierdzi Rafał Niedziński z Relyon Recruitment & IT Services, napływ kadr IT zza wschodniej granicy nie odbije się negatywnie na polskich specjalistach, a może być poważnym bodźcem dla polskiej gospodarki.

– To ogromna szansa dla polskiej branży IT. Napływ wysoko wykwalifikowanych specjalistów może przyczynić się do umocnienia pozycji Polski na europejskiej mapie czołowych lokalizacji dla inwestycji z obszaru nowoczesnych technologii. Oczywiście wraz z większą podażą specjalistów prawdopodobnie zwiększy się konkurencja na rynku pracy, ale to jeszcze bardzo odległa perspektywa. W pierwszej kolejności branża IT musi uzupełnić deficyty specjalistów – dodaje Rafał Niedziński.

Źródło: Relyon Recruitment & IT Services

Ponad 712 mld zł, średnio 26 mld zł rocznie. To skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce według Raportu „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę polski w ostatnim ćwierćwieczu”, przygotowanego przez centrum analityczne Polityka Insight z inicjatywy 14 międzynarodowych izb bilateralnych. Wzrost popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego, nowoczesne technologie na polskim rynku, rozwój przedsiębiorstw, usprawnienie procesów produkcyjnych i łańcuchów dostaw, wzrost produktywności firm i ich pracowników, rosnące wynagrodzenia, malejące bezrobocie – to najkrótsze podsumowanie wpływu inwestycji zagranicznych. Zagraniczni inwestorzy większą część zysków reinwestują w Polsce (30,4 mld zł w 2015 r.), niż wypłacają pod postacią dywidend (28,9 mld zł).

Przez ostatnie 25 lat polska gospodarka odnotowała wysoki wzrost gospodarczy i wzrost konkurencyjności na światowych rynkach, dynamiczny rozwój nowoczesnych technologii, wzrost zatrudnienia, rosnące płace, wzrost kwalifikacji kadry menedżerskiej. Dzięki zagranicznym inwestycjom bezpośrednim (FDI) przedsiębiorstwa działające na polskim rynku zyskały nowe modele kultury korporacyjnej, usprawniły procesy produkcyjne i łańcuchy dostaw. Największa ekspansja kapitałów zagranicznych do naszego kraju miała miejsce na początku lat 90-tych XX wieku,  tuż po upadku PRL i po wejściu Polski do UE.  Wzrost zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) został odnotowany również w 2016 r.

Wykres 1. Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski (źródło: UNCTAD, OECD, Bank Światowy, obliczenia własne Polityka Insight)

Najwięcej inwestycji napłynęło do Polski z Niemiec (19,1% wszystkich FDI), Stanów Zjednoczonych (10,9%), Francji (10,8%), Wielkiej Brytanii (6,2%) i Włoch (5,7%).

 

Skala inwestycji zagranicznych w Polsce

Napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich zwiększał potencjał gospodarczy o średnio 0,7 % rocznie, co oznacza, że sumując wszystkie zidentyfikowane kanały wpływu bezpośrednich inwestycji na gospodarkę, poziom PKB Polski był w 2015 roku wyższy o 15,6% niż w scenariuszu bez inwestycji zagranicznych.

Z 712,1 mld zł zainwestowanych w Polsce 177,9 mld zł to inwestycje w instrumenty dłużne, zwłaszcza kredyty handlowe i pożyczki. Pozostała część to udziały inwestorów zagranicznych w kapitałach własnych polskich firm. Spośród działających w Polsce w 2014 r. 26,5 tys. firm z kapi­tałem zagranicznym aż 26 tys. stanowiły przedsiębiorstwa w całości lub w części należące do inwestora bezpośredniego. 2/3 zagranicznych przedsiębiorstw na rynku polskim stanowiły mikro-przed­siębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 pracowników), a 5% duże firmy (liczba pracowników powyżej 250 osób). W 2014 r. w firmach z udziałem zagranicznych inwestorów pracowała 1/3 wszystkich zatrudnionych w gospodarce narodowej. Podmioty te wytwarzały 2/5 łącznych przychodów i wyeksportowały 2/3 wszystkich sprzedanych za granicę towarów. Średnie zatrudnienie w przedsiębiorstwach zasilanych kapitałem zagranicznym wynosi 195 pracowników, wobec 96 osób pracujących dla firm z wyłącznie polskim kapitałem. 7 tys. firm z udziałem inwestorów zagranicznych zostało zaliczonych przez OECD do tzw. korporacji transna­rodowych (MNE) tj. przedsiębiorstw o globalnej skali działania i o wielomiliardowym potencjale finansowym.

Jakie branże najchętniej wybierali inwestorzy?

Tuż po upadku PRL najwięcej inwestycji zagranicznych ulokowano w przemyśle. Po wejściu Polski do UE inwestorzy zagraniczni lokowali swoje fundusze w branży usługowej. Obecnie największym powodzeniem cieszą się firmy przemysłowe, finansowe i handlowe. W 2015 r. ponad 229 mld zł bezpośrednich inwestycji zagranicznych ulokowanych było w przemyśle,   z czego największa część trafiła do branży motoryzacyjnej i przetwórstwa spożywczego (po 44 mld zł). W produkcję maszyn, innych wyrobów z metali i w branżę petrochemiczną inwestorzy przeznaczyli po 41 mld zł. Najwięcej podmiotów z kapitałem zagranicznym działa w handlu. 

Wykres 2. FDI lokowane w branże na koniec 2015 r. (źródło: NBP)

Co polskie społeczeństwo zyskało na obecności firm zagranicznych?

Autorzy raportu zwracają uwagę na fakt, że dzięki napływowi zagranicznych inwestycji bezpośrednich polskie firmy awansowały w globalnych łańcuchach wartości dodanej, równomiernie rozłożonej pomiędzy rozmaitymi branżami, co zapewnia polskiej gospodarce większą odporność na szoki sektorowe, w porównaniu z państwami z Grupy Wyszehradzkiej.

Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych poza efektami ściśle ekonomicznymi niesie także efekty społeczno-gospodarcze. Do najważniejszych należy wpływ na rynek pracy, wysokość zatrudnienia, a także dochody państwa z tytułu podatków.  Autorzy raportu wskazują, że płace są obecnie o 8.9 %  wyższe, a zatrudnienie o 8.5% wyższe niż w sytuacji, gdyby wartość FDI utrzymała się na poziomie z 1990 roku. Warto zwrócić także uwagę na fakt, że napływ zagranicznych inwestycji podniósł dochody podatkowe państwa w latach 1991-2014 o średnio 2,7 % rocznie, czyli średnio ok. 1/3 wpływów budżetowych z tytułu podatku CIT i VAT generowana jest przez przedsiębiorstwa należące do zagranicznych inwestorów.

Zagraniczni inwestorzy tworzą nie tylko tysiące miejsc pracy dla polskich obywateli, ale także stymulują mądry i zrównoważony rozwój przedsiębiorstw w oparciu o transfer technologii oraz innowacji, dzięki czemu cała polska gospodarka staje się bardziej konkurencyjna i wydajna. Ponadto, firmy zagraniczne inwestują w swoich pracowników, wpierają poszerzanie ich kompetencji oraz oferują bogate pakiety szkoleń i dodatkowe świadczenia pozapłacowe. Zagraniczne przedsiębiorstwa angażują się również w rozwój społeczności lokalnych i realizują wiele inicjatyw na rzecz polskiego społeczeństwa, upowszechniając wzorzec zaangażowanego społecznie biznesu.

Obecność inwestorów zagranicznych zmieniła obraz polskiej gospodarki i społeczeństwa, w którym pojęcie konkurencyjności, efektywności i zaangażowania są cenionymi wartościami, a rozwój w oparciu o wiedzę i nowe technologie jest naturalnym punktem startu dla młodych pokoleń, wstępujących na rynek pracy.

O Raporcie:

Raport „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę polski w ostatnim ćwierćwieczu” powstał z inicjatywy International Group of Chambers of Commerce in Poland, organizacji zrzeszającej 14 izb gospodarczych: amerykańską, austriacką, belgijską, brytyjską, francuską, hiszpańską, holenderską, irlandzką, kanadyjską, niemiecką, portugalską, skandynawską, szwajcarską i włoską. Jest to pierwsza tego rodzaju publikacja podsumowująca tak przekrojowo napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski przez ostatnie 25 lat. Autorem raportu jest centrum analityczne Polityka Insight.

42,3 godzin tygodniowo – jak szacuje GUS przeciętnie tyle czasu poświęcił pracy w zeszłym roku przedsiębiorca. To o ponad 3 godziny więcej niż pracownik. Biorąc pod uwagę średnią roczną, kalendarz szefa w 2016 liczył nie 12, a ponad 13 miesięcy.

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj informację o rynku pracy w IV kw. 2016 r., uzupełniając po części dane roczne dotyczące aktywności ekonomicznej Polaków. Rok 2016 był dla przedsiębiorców trochę bardziej pracowity niż rok 2015. Stanowili oni mniej niż 1/5 ogółu pracujących, a pracowali ze wszystkich najwięcej.

Liczba pracujących przedsiębiorców stabilna

W 2016 r. średnio pracowało nas 16,2 mln. Zaledwie 18% tej puli stanowili pracujący na własny rachunek, czyli przedsiębiorcy (w tym pracodawcy). Było ich 2,928 mln, o 12 tys. mniej niż w 2015 r., lecz o 32 tys. więcej niż w 2014 r. W perspektywie przeciętnych rocznych liczb liczba osób pracujących na „swoim” utrzymuje się na zbliżonym poziomie od 6 lat, na podstawie czego można wnioskować, że polskie firmy pracują stabilnie.

Z roku na rok przybywa za to pracowników najemnych – o ok. 150 tys. W 2016 r. ich średnia liczba dobiła do 12,84 mln. Wzrost liczby pracujących „dla kogoś” może być jednak bardziej związany ze spadkiem bezrobocia niż z napływem na rynek nowych rąk do pracy, co pokazuje utrzymująca się na podobnym poziomie liczba aktywnych zawodowo (pracujących i bezrobotnych).

W danych GUS znajdują się też informacje o przeciętnej liczbie godzin przepracowanych w tygodniu według statusu zatrudnienia. Generalnie najgorętszym okresem w roku jest III kwartał i generalnie najdłużej pracują przedsiębiorcy. W III kw. 2016 r. 46,2 godzin tygodniowo potrafili spędzić „za biurkiem” pracodawcy, podczas gdy pracownicy najemni z sektora publicznego w swoim miejscu pracy spędzali w tygodniu przeciętnie 38,6 godzin.

W okresie jesienno-zimowym tempo pracy zazwyczaj spada, i tak też było w ostatnim kwartale 2016 r. Nie mniej jednak, zestawiając ze sobą przeciętny tygodniowy czas pracy w skali całego roku, przedsiębiorcy nadal wyrabiają ponad 100% normy.

W 2016 r. przeciętny czas pracy pracujących na własny rachunek wyniósł średnio 42,3 godziny, w porównaniu do 39 godzin przypisanych pracownikom najemnym. W skali roku przedsiębiorcy pracują zatem w tygodniu o 3,3 godziny więcej, co w odniesieniu do liczby tygodni w roku daje dodatkowy miesiąc pracy. To sporo, ale patrząc na lata ubiegłe, pracowitość to po prostu natura polskiego przedsiębiorcy.

Czy w tym roku przedsiębiorcy poświęcą pracy jeszcze więcej czasu? Być może tak, biorąc pod uwagę wprowadzone rewolucjonizujące życie gospodarcze przepisy, które póki co utrudniają pracę właścicielom firm, zastanawiających się od kilku tygodni m.in., jak kwalifikować usługi budowlane na rzecz odwróconego obciążenia w VAT.

Autor: Katarzyna Miazek, Tax Care

Już za cztery miesiące, 23 maja 2017 r., odbędzie się kolejna edycja Digital Enterprise Show (DES2017) – Digital Business World Congress, największego międzynarodowego spotkania poświęconego Transformacji Cyfrowej. Jednym z głównych celów spotkania jest aktywacja międzynarodowej wymiany w sektorach biznesu, firm technologicznych, startupów, klastrów, inkubatorów, akceleratorów biznesu, konsultantów i aniołów biznesowych oraz funduszy venture capital. W tym celu organizacja 7 lutego spotyka się z przedstawicielami polskiego środowiska ICT w siedzibie Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych w Warszawie.

Polskie firmy zaprezentuja innowacyjne technologie przed międzynarodową publicznością

Podczas warszawskiego spotkania, oprócz przedstawicieli DES2017, głos na temat wyzwań i możliwości, jakie niesie ze sobą cyfryzacja dla każdej organizacji zabiorą m.in. Jarosław Tworóg, Wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, Krzysztof Węglarz, Doradca Zarządu Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, Anna Katarzyna Nietyksza, Prezes EuroCloud Poland i Czlonek Rady Cloud Community Javier Sosonowski, Prezydent Hiszpańsko-Polskiej Izby Handlowej. „Polska wyrasta na lidera rozwiązań ICT w Europie Centralno-Wschodniej. Współpraca z DES oznacza dla naszych innowacyjnych przedsiębiorców możliwość zaprezentowania nowoczesnych rozwiązań technologicznych przed blisko 20 tysiącami potencjalnych partnerów biznesowych. To ogromna szansa na eksport polskiej myśli technologicznej na cały świat” – podkreśla Anna Katarzyna Nietyksza, Prezes EuroCloud Poland i Czlonek Rady Cloud Community Europe.

Tegoroczna edycja DES skupi się na „Digital Maturity Journey”, czyli procesie digitalizacji, który jest jednym z głównych czynników zapewniającym obecnie rozwój danego sektora. Podczas trzech dni wystaw zostaną zaprezentowane także najnowocześniejsze technologie sterujące transformację cyfrową. „Organizacje muszą dowiedzieć się, co znajduje się na horyzoncie zmian i określić wizję, dzięki której będą mogli zrewolucjonizować swój sektor, zamiast biernie poddawać się zmianom” – mówi Lluis Altes, Strategy Director DES – Digital Business World Congress.

W Digital Enterprise Show corocznie bierze udział ponad 18 tysięcy menedżerów i dyrektorów wiodących firm z niemal 50 krajów, ponad 450 prelegentów z całego świata oraz około 60 instytucji publicznych i państwowych. Goście, wystawcy i prelegenci podejmą zagadnienia rozwoju MŚP, korporacji oraz sektora publicznego w obliczu postępujących zmian technologicznych znanych jako Cyfrowa Rewolucja. Podczas trzech dni wystaw najbardziej innowacyjne rozwiązania technologiczne z zakresu Cloud, Big Data & Analytics, Cyberbezpieczeństwa, IoT, Business Intelligence, Digital Marketing i wielu innych, zaprezentują czołowe firmy z USA, Wielkiej Brytanii, Izraela, Niemiec, Francji, Holandii, Brazylii, Belgii, Kanady, Irlandii, Polski, Hiszpanii oraz Szwecji, gościa honorowego oraz Państwa Partnerskiego tegorocznej edycji targów.

Źródło: www.des-madrid.com

 Polskie firmy w porównaniu z zagranicznymi płacą więcej podatku CIT. Więcej podatku zapłaciły w 2015 roku i w 2014 roku. W ujęciu procentowym więcej zapłaciły w zestawieniu z ich przychodem i zyskiem mimo tego, że to właśnie zagraniczne firmy w każdym roku wykazują zdecydowanie większy przychód i zysk.

CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku do budżetu państwa odprowadziło 7,2 mld zł podatku dochodowego. To o 13,3 proc. więcej niż 500 największych spółek zagranicznych działających nad Wisłą. Spółki zagraniczne w 2015 roku łącznie do budżetu państwa odprowadziły 6,3 mld zł.

Podatek dochodowy, spółki polskie i zagraniczne w latach 2015 / 2014 w mld zł.

Więcej podatku CIT polskie spółki zapłaciły również w 2014 roku. Wówczas 500 największych spółek do budżetu państwa odprowadziło łącznie ponad 8,6 mld zł, w porównaniu do firm zagranicznych do więcej o 40,1 proc. W 2014 roku 500 największych firm z kapitałem zagranicznym odprowadziło 6,1 mld zł.

Przychody a CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku w swoich sprawozdaniach finansowych wykazało 493 mld zł przychodu. Wartość 7,2 mld zł odprowadzonego podatku dochodowego stanowi 1,4 proc. przychodu. Dla porównania 500 największych spółek zagranicznych w 2015 roku wykazało sprzedaż na poziomie 502,3 mld zł. Płacąc 6,3 mld zł podatku CIT, co stanowi 1,2 proc. ich przychodu.

 

2015 rok CIT Przychód % Przychodu
polskie 7 209 580 213,6 493 182 580 417,3 1,46
zagraniczne 6 358 606 405,8 502 369 411 033,3 1,27
2014 rok CIT Przychód % Przychodu
polskie 8 646 710 085,8 496 961 532 580,9 1,74
zagraniczne 6 169 416 371,5 426 157 418 788,4 1,45

Źródło: Bisnode Polska

Analogiczną sytuację obserwowaliśmy w 2014 roku. Wówczas 500 największych polskich firm wykazało blisko 497 mld zł przychodu, odprowadzając 8,6 mld zł z tytuł podatku dochodowego. Stanowi to 1,7 proc. przychodu. W analogicznym okresie, spółki zagraniczne wykazały 426,1 mld zł sprzedaży, płacąc 6,1 mld zł podatku, który stanowi 1,4 proc. przychodów.

Zysk a CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku odprowadzając generując 20,7 mld zł zysku odprowadziły 7,2 mld zł podatku dochodowego, który stanowi 34,8 proc. ich zysku. Jednocześnie spółki zagraniczne generując 29,6 mld zł zysku, zapłaciły 6,3 mld zł podatku dochodowego, który stanowi 21,4 proc. ich zysku. W 2014 roku odprowadzony podatek w stosunku do zysku dla polskich firm wyniósł 22,2 proc. a zagranicznych blisko 25 proc.

 

2015 rok CIT Zysk % zysk
polskie 7 209 580 213,6 20 715 753 568,4 34,80
zagraniczne 6 358 606 405,8 29 684 812 316,6 21,42
2014 rok CIT Zysk % zysk
polskie 8 646 710 085,8 38 910 282 394,3 22,22
zagraniczne 6 169 416 371,5 24 691 656 130,2 24,99

Źródło: Bisnode Polska

5 największych płatników podatku CIT. Firm polskich i zagranicznych w 2015 roku

Firmy polskie: TOP 5 największych płatników podatku dochodowego w 2015 roku.

1 KGHM POLSKA MIEDŹ S A 850 000 000,00 zł
2 PGE DYSTRYBUCJA S A 268 275 342,67 zł
3 POLSKI KONCERN NAFTOWY ORLEN S A 260 000 000,00 zł
4 TAURON DYSTRYBUCJA S A 190 544 070,36 zł
5 ANWIL S A 170 788 000,00 zł


Firmy zagraniczne: TOP 5 największych płatników podatku dochodowego w 2015 roku.

1 JERONIMO MARTINS POLSKA S A 290 202 550,00 zł
2 ROSSMANN SUPERMARKETY DROGERYJNE POLSKA SP Z O O 171 184 600,00 zł
3 P4 SP Z O O 170 934 000,00 zł
4 MONDI ŚWIECIE S A 120 987 000,00 zł
5 ARCELORMITTAL POLAND S A 108 496 000,00 zł

 

Źródło: Bisnode

 

 

 

 

 

 

 

58,1 mld zł wyniosła łączna wartość aktywów sfinansowanych przez firmy leasingowe w 2016r. Dynamika branży leasingowej osiągnęła 16,6% (r/r). Ponad ¾ usług trafiło do firm mikro i małych. W tym roku branża leasingowa powinna rozwijać się równie szybko – podał Związek Polskiego Leasingu, członek Konfederacji Lewiatan.

Sektor leasingowy obsługuje głównie mikro i małe firmy, w mniejszym stopniu firmy średnie i duże. 16,6 proc. dynamika branży leasingowej i 58,1 mld zł wartości sfinansowanych aktywów wskazują na to, że w 2016 r. polskie firmy nie wstrzymywały inwestycji realizowanych przy udziale leasingu. To bardzo dobra wiadomość, a jednocześnie zapowiedz dalszego stabilnego finansowania firm MŚP przez sektor leasingowy – powiedział Andrzej Krzemiński, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Na koniec 2016r. łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej w kwocie 105,1 mld zł (97,8 mld zł dla ruchomości i 7,3 mld zł dla nieruchomości) była porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (114,5 mld zł, wg. stanu na koniec 2016). Leasing to wciąż główne, obok kredytu, zewnętrzne źródło finansowania inwestycji pracujących w gospodarce.

Branża leasingowa obsługuje głównie sektor mikro i małych firm. Związek szacuje, że 53% stanowią klienci o rocznych obrotach do 5 mln zł. Ponad 70 % stanowią usługi dla firm o obrotach do 20 mln zł. Grupa ta obejmuje całość firm mikro oraz istotną część firm małych (firmy o obrotach do 10 mln EURO). Można przyjąć, że ponad ¾ swoich usług branża leasingowa kieruje łącznie do firm mikro i małych. Pozostali odbiorcy usług to firmy o obrotach powyżej 20 mln zł. Branża leasingowa w marginalnym stopniu finansuje sektor publiczny. Również klienci indywidualni stanowią niewielki obszar działalności firm leasingowych.

W 2017 roku branża leasingowa oczekuje wzrostu na poziomie 16,5% i 67,7 mld zł łącznej wartości udzielonego finansowania. Analizy przygotowane przez Marcina Nieplowicza, dyrektora ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL zakładają, że dynamika rynku w 2017r. będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego kraju. Prognozowany rozwój rynku w zrównoważony sposób będzie oparty o pojazdy lekkie, ze względu na mocny popyt krajowy i korzystne przepisy fiskalne, pojazdy ciężkie (za sprawą wymiany starego taboru samochodowego na nowe pojazdy z normą spalania Euro 6 i utrzymujący się wzrost eksportu) oraz finansowanie maszyn.

Oczekiwane przyspieszenie wzrostu gospodarczego w 2017 roku oraz start funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014-2020 spowodują, że finansowanie maszyn stanie się ważnym i stabilnym motorem rozwoju branży leasingowej.

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Długi termin spłaty i zwlekanie kontrahentów z uregulowaniem faktur to problem w wielu branżach. Takie obciążenie może skutecznie utrudnić pracę firmy, a w skrajnych wypadkach doprowadzić do jej niewypłacalności. Jak bronić się przed takimi praktykami i jak samemu nie doprowadzić do sytuacji, w której musimy zwlekać z uregulowaniem płatności tłumaczy Prezes Bogusław Kruczek, ekspert Kapitałowego Funduszu Pożyczkowego.

Według „European Payment Report of 2016” dla 34 proc. polskich firm opóźnione płatności mają średni bądź wysoki wpływ na ich przetrwanie na rynku. W tym samym badaniu 28 proc. respondentów przyznaje, że szybsze spłacanie zobowiązań przez partnerów pozwoliłoby im na zwiększenie zatrudnienia. To pokazuje, jak wiele polskich firm spotykają konsekwencje zaburzenia cyklu płatności. Można zaliczyć do nich dodatkowe koszty dla zleceniobiorcy, straty przychodu, utrata płynności finansowej, zaburzenie wzrostu przedsiębiorstwa, redukcja kadry oraz zagrożenie bankructwem firmy. Na szczęście możemy wdrożyć narzędzia, które pozwolą nam zredukować ryzyko wynikające z długiego oczekiwania na uregulowanie należności.

Faktoring – długoterminowa strategia

Jednym ze sposobów na zachowanie płynności finansowej jest faktoring. To nadal mało popularna w Polsce usługa polegająca na tym, że podmiot będący faktorem w momencie powstania należności przekazuje zaliczkę swojemu klientowi – zazwyczaj jest to 80 proc. pełnej kwoty. Faktor czeka na uzyskanie środków lub przyjmuje na siebie odzyskanie wierzytelności od kontrahenta swojego klienta. Po jej uzyskaniu reszta kwoty zostaje przekazana klientowi, pomniejszona o wynagrodzenie faktora. Cena tego typu usług jest ustalana indywidualnie. Na wynagrodzenie za jego usługi wpływa ocena jakości należności oraz portfela odbiorców – przez pryzmat tych dwóch aspektów zostaje podjęta decyzja o przyznaniu limitu finansowania faktoringiem oraz jego wysokość.  Zazwyczaj jest to procent kwoty, która była przedmiotem faktoringu. Cena może zawierać również prowizję od przyjęcia ryzyka niewypłacalności naszego kontrahenta. Faktor przed podjęciem pracy sprawdzi kondycję finansową naszych przyszłych i obecnych partnerów biznesowych, zapewni również kompleksową obsługę rozliczania należności.

Kredyt na ratunek

Doraźnym, tanim i krótkoterminowym sposobem na odzyskanie płynności finansowej może być kredyt firmowy. Procedura podjęcia decyzji i przyznania kredytu jest szybka, a wniosek można wypełnić przez internet ograniczając formalności do minimum. Przy wyborze kredytodawcy warto zwrócić uwagę na transparentność umowy – w końcu pożyczka ma być rozwiązaniem naszych problemów, a nie przyczyną kolejnych. Na rynku istnieją usługi pozwalające uzyskać nisko oprocentowane środki – od 0,5 proc. do 1 proc. kwoty miesięcznie. Taka forma finansowego wsparcia przedsiębiorstwa może być również spożytkowana na jego rozwój czy skorzystanie z wyjątkowej okazji rynkowej jaka nam się nadarzyła.

Gdy zawiodły wszystkie sposoby

Jeśli jednak nie zdecydowaliśmy się na tego typu usługi, a nasz kontrahent nie uregulował faktury trzeba mu o tym przypomnieć. To nie eufemizm – zdarza się, że klienci zapominają o fakturach lub je gubią. W przypadkach bardziej opornych partnerów można posłużyć się przedsądowym wezwaniem do zapłaty. Taki prosty dokument często pomaga uświadomić dłużnikowi, że jeśli nie spłaci długu, będziemy dochodzić swoich praw na drodze sądowej. To często  wystarcza, by uiścił należność. Jeśli jednak  ten sposób nie podziała pozostaje nam windykacja. Na rynku pojawiły się usługi internetowe, które w prosty sposób pomagają odzyskać długi. Istnieje również szereg firm windykacyjnych, które profesjonalnie przekonają dłużnika do spłaty zobowiązań. W takich przypadkach warto również zapoznać się z dyrektywą Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/7/UE z 16 lutego 2011 r. w sprawie zwalczania opóźnień w płatnościach w transakcjach handlowych. Zgodnie z wymogami Dyrektywy przewidziane zostało, iż od dnia nabycia przez wierzyciela uprawnienia do naliczania odsetek z tytułu opóźnienia w zapłacie należności wynikającej z umowy przysługiwać mu będzie, kwota tzw. stałej rekompensaty.  Została ona ustalona w wysokości 40 euro. W złotówkach jest obliczana według średniego kursu ogłaszanego przez Narodowy Bank Polski ostatniego dnia miesiąca, poprzedzającego miesiąc, w którym świadczenie pieniężne przekroczyło termin spłaty. Jeśli koszty odzyskania zapłaty przekroczą wysokość stałej rekompensaty to istnieje możliwość odzyskania całej kwoty. Na drodze sądowej wierzyciel może uzyskać zwrot wszelkich wydatków jakie poniósł w związku z próbą odzyskania należności. W tym również kosztów postępowania sądowego.

Źródło: Kapitałowy Fundusz Pożyczkowy

Choć pojęcie optymalizacji podatkowej nie doczekało się jeszcze jednoznacznej definicji w polskim prawie podatkowym, to w powszechnej opinii, zwłaszcza organów skarbowych, kojarzone jest z czymś nielegalnym i nieetycznym. Za sprawą afery „Panama Papers” świat poznał ciemne oblicze agresywnej optymalizacji służącej ukrywaniu dochodów, tymczasem legalne i międzynarodowe planowanie podatkowe nie musi wcale oznaczać, że ukrywa się dochody na którejś z rajskich wysp. Oto przykłady legalnych mechanizmów optymalizacyjnych stosowanych przez polskie firmy w krajach Unii Europejskiej, ale także w USA.

Wciąż brakuje ustawowej definicji dla strategii międzynarodowego planowania podatkowego, przyjęto jednak, że opiera się ona na wykorzystaniu zagranicznych podmiotów gospodarczych w celu przerzucenia na nie części zysku wypracowanego w kraju macierzystym i tym samym obniżeniu podstawy opodatkowania. Pozwala na to szereg międzynarodowych przepisów, umów i konwencji, których Polska jest stroną, np. umów o unikaniu podwójnego opodatkowania. Z informacji dostępnych na stronach Ministerstwa Finansów wynika, że do dnia 25 kwietnia 2016 roku Polska podpisała 92 takie umowy z krajami na całym świecie. Umowy biorą pod uwagę regulacje podatkowe obowiązujące zarówno w Polce, jak i te w danym kraju i mogą dotyczyć tylko wybranych podatków, np. od dochodu pobieranego u źródła, wykluczać odsetki i należności licencyjne lub obejmować opodatkowanie tylko niektórych kategorii dochodów od osób fizycznych. Niemniej jednak to właśnie takie porozumienia legitymizują procesy optymalizacyjne.

Przedsiębiorcy, zwłaszcza z sektora małych i średnich przedsiębiorstw mając do dyspozycji te i podobne regulacje oraz mogąc uzyskać taki sam efekt, zdecydowanie bardziej wolą korzystać z możliwości legalnego obniżenia podatków niż w tajemnicy i strachu wyprowadzać środki z polskiego systemu fiskalnego. Zwłaszcza, że na mocy porozumienia Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) poszerza się lista krajów, z którymi Polska prowadzi automatyczną wymianę informacji o kontach bankowych zagranicznych klientów.

Gdzie polskie firmy optymalizują swoje podatki?

Od wielu lat największą i niesłabnącą popularnością cieszy się Wielka Brytania, w której w zależności od potrzeb i rodzaju prowadzonego biznesu wykorzystuje się brytyjską spółkę LTD połączoną z polską działalnością gospodarczą Inne popularne mechaniczny dotyczą spółek zakładanych na Malcie, a w ostatnich latach przedsiębiorcy zwrócili się w stronę Delaware w USA.

Brytyjską spółkę LTD połączoną z polską działalnością gospodarczą wykorzystują najczęściej przedsiębiorcy prowadzący biznes stacjonarny lub wirtualny na terenie Polski. Mechanizm optymalizacyjny zakłada rozliczanie przychodów z polskiej działalności gospodarczej ryczałtem od przychodów ewidencjonowanych. Maksymalny limit przychodów dopuszczalny w ryczałcie w Polsce w 2016 roku to 150 000 euro (636 555 zł). W takim połączeniu podstawowym podmiotem prowadzącym działalność biznesową jest spółka brytyjska, która aby zminimalizować dochód pokrywa całość lub znaczną część kosztów funkcjonowania firmy. Na podstawie usług świadczonych przez polskiego przedsiębiorcę na rzecz brytyjskiej spółki wystawiana jest faktura bez podatku VAT. Następnie na uzyskany w Polsce przychód nakłada się zryczałtowany podatek od przychodów ewidencjonowanych. Jako że polska firma nie ma możliwości pomniejszenia przychodu o koszty jego uzyskania, wszelkie dokumenty kosztowe przypisane są do brytyjskiej spółki LTD i funkcjonują w obrębie brytyjskiego aparatu skarbowego.

Przykładem takiej strategii optymalizacyjnej może być spółka LTD, która posiada 3 dyrektorów i jeden z nich prowadzi działalność w Polsce na ryczałcie 8,5 proc.. Przyjmijmy, że spółka zarabia 300 000 zł netto rocznie. Brytyjski podmiot wypłaca pensje dyrektorom do wysokości kwoty wolnej od podatku w Wielkiej Brytanii, która w bieżącym roku podatkowym wynosi 11 000 funtów. Czyli 3 x 11 000 funtów daje 33 000 funtów zwolnionych z podatku, które w zależności od kursu przekłada się na około 190 740 zł. Nadwyżka z zarobionych 300 000, czyli 109 260 zł przenoszona jest na podstawie faktury do Polski, gdzie podlega zryczałtowanemu opodatkowaniu 8,5 proc. (8,5 proc. x 113 000 zł), co daje kwotę 9 287 zł. Realna stopa opodatkowania wyniesie więc 3,1 proc. Należy oczywiście pamiętać o obowiązku opłacenia składek ZUS dla prowadzącego firmę w Polsce oraz na ubezpieczanie społeczne w Wielkiej Brytanii, ale już proste zestawienie kwot przed opłaceniem składek pokazuje o jakich różnicach mowa. Realna stopa opodatkowania z wykorzystaniem mechanizmu optymalizacji wynosi 3,1 proc., natomiast z pominięciem brytyjskiej spółki wciąż 8,5 proc. Dodatkową korzyścią jest także brytyjska emerytura, stabilność lokalnego prawa podatkowego, oczywiście reputacja brytyjskich spółek LTD i wciąż działająca firma w Polsce, która może być wykorzystana na potrzeby zatrudniania pracowników, uzyskania kredytu lub leasingu. Poza tym w biznesie liczy się prestiż, a spółka w wielkiej Brytanii na pewno taki prestiż buduje. Za dolny próg opłacalności takiego schematu optymalizacyjnego przyjmuje się roczną kwotę obrotu w wysokości 200 000 zł – wyjaśnia Bolko Fuchs z firmy doradczej Admiral Tax, specjalizującej się w optymalizacji podatkowej.

Biznes na Malcie

Malta to kolejna popularna rezydencja podatkowa dla tych, którzy wyznają zasadę, że podstawowym celem prowadzenia biznesu jest maksymalizacja zysków i minimalizacja kosztów, także, a może przede wszystkim fiskalnych.

Jakie korzyści płyną więc z prowadzenia biznesu z wykorzystaniem lokalnych spółek Private Company Limited by Shares, odpowiednika polskich spółek z o.o.? Na Malcie nie obowiązują regulacje prawne dotyczące cen transferowych, cienkiej kapitalizacji oraz CFC, czyli zagranicznych spółek kontrolowanych. Dywidendy, należności licencyjne oraz odsetki wypłacane nierezydentom maltańskim zwolnione są z podatku pobieranego u źródła. Dodatkową korzyścią jest także fakt, że system refundacji podatkowej stosowany w prawie maltańskim pozwala udziałowcom spółki niebędącym rezydentami wnioskować o zwrot części podatku dochodowego zapłaconego uprzednio przez spółkę momencie wypłaty dywidendy. W dobrze przemyślanej strukturze, zakładającej także relacje z polskimi przedsiębiorstwami i przy rocznym zysku nie większym niż 2,5 mln zł spółka maltańska może w dużej mierze zredukować całkowity podatek dochodowy, nawet do efektywnej stawki zero procent. Z racji podobieństwa konstrukcji prawnej spółek maltańskich do ich polskich odpowiedników, z rezydencji podatkowej na Malcie korzystają najczęściej firmy prowadzące biznes stacjonarny na terenie Polski.

Optymalizacja w USA

Firmy w Delaware zrejestrowały m.in. Apple, Google, Intel, FedEx, Ford czy HP oraz 1,3 mln innych podmiotów z całego świata. Spółki LLC (Limited Liability Company) zarejestrowane w tym stanie zwolnione są z podatku dochodowego, jeśli prowadzą swoją działalność poza granicami stanu lub kraju. Nie wymaga się nawet od nich zezwolenia na prowadzenie działalności i nie są objęte podatkiem stanowym od spadków, sprzedaży dóbr intelektualnych, znaków towarowych lub praw autorskich. Ponadto udziały należące do osób, które nie są rezydentami nie są opodatkowane. Co więcej nie ma wymogu, aby dokumentacja firmowa znajdowała się na terenie stanu, jeśli nie jest w nim prowadzona rzeczywista działalność biznesowa. Nie ma też obowiązku podawania danych dyrektorów i innych danych osób pełniących w spółce LLC funkcje kierownicze.

Delaware i łatwość prowadzania działalności w tym stanie może sugerować, że to jeden z tak zwalczanych przez sygnatariuszy OECD rajów podatkowych. Nic bardziej mylnego, ale tylko dlatego, że Stany Zjednoczone nigdy nie pozwoliłyby na to, aby nazywano je rajem podatkowych, to by źle wpłynęło na wizerunek. Kreując się strażnika podatkowego świata nie można jednocześnie otwarcie mówić o tym, że procesy optymalizacyjne znane z rajów podatkowych funkcjonują na miejscu od lat, mają się świetnie i nieprzerwanie przyciągają do stanu wielki międzynarodowy biznes. Jak zatem funkcjonują lub mogą funkcjonować tam procesy optymalizacyjne dla polskich przedsiębiorców?

Mechanizm optymalizacyjny przewiduje powołanie dwóch spółek; brytyjskiej spółki LTD (do założenia spółki Limited w Wielkiej Brytanii nie jest wymagana rezydencja w tym kraju, co oznacza, że może to zrobić każdy polski przedsiębiorca) oraz spółki LLC prawa Delaware. Relacja między spółkami zakłada, że brytyjska LTD jest pośrednikiem działającym na zlecenie spółki z Delaware na stosunkowo niskiej marży. Umiejętny podział zysków między podmiotami pozwala obniżyć podatek dochodowy nawet do wartości 4 proc. Prawo stanu Delaware nie nakłada jednocześnie podatku od spółek prowadzących działalność poza stanem lub krajem, w związku z tym cały podatek należny jest brytyjskiemu fiskusowi. Co ważne nie ma obecnie żadnych ograniczeń dla obywateli polskich, aby w ciągu kilkunastu dni założyć spółkę w Wielkiej Brytanii.

Powyższe mechanizmy optymalizacyjne to tylko wybrane przykłady i wystarczy spojrzeć na listę najbogatszych Polaków, aby przekonać się, że możliwości, nawet w obrębie Unii Europejskiej, jest znacznie więcej. Nie bez powodu w dokumentach rejestracyjnych wielu działających na terenie Polski firm można zobaczyć nie tylko Wielką Brytanię czy Maltę, ale także Holandię lub naszych sąsiadów; Węgry lub Słowację. Demonizowanie optymalizacji podatkowej niewiele więc daje, skoro jej mechanizmy przyciągnęły i wciąż przyciągają tysiące firm znad Wisły, a co wielu z prowadzących tam biznes uznaje za porażkę polskiego systemu skarbowego dla przedsiębiorczości.

 

Krzysztof Oflakowski,  przedsiębiorca, ekspert ds. komunikacji dla firm

Internet Rzeczy to w polskich przedsiębiorstwach raczej puste hasło niż realna potrzeba – wynika z danych Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Zaledwie 3% firm korzysta z Internetu Rzeczy. Niewiele więcej, bo 6% przedsiębiorstw zamierza w przyszłości wprowadzić rozwiązania M2M.  

Internet Rzeczy to prawdziwa rewolucja dzięki której firmy będą produkowały taniej i szybciej, miasta staną się bardziej przyjazne, a jakość naszego życia ulegnie zdecydowanej poprawie. Od kilku lat przekonują o tym dostawcy rozwiązań IoT a także firmy analityczne. Jak się okazuje do wzajemnej komunikacji maszyn i urządzeń polskie firmy podchodzą jednak dość sceptycznie.

Choć o Internecie Rzeczy słyszał co czwarty przedstawiciel działającego w Polsce przedsiębiorstwa, to z tego rozwiązania korzysta obecnie zaledwie 3% firm. Największym odbiorcą IoT są duże przedsiębiorstwa – do wykorzystywania tej technologii przyznaje się 8% dużych organizacji, zatrudniających powyżej 50 pracowników. Najmniejszym odbiorcą, wbrew pozorom, nie są wcale mikroprzedsiębiorstwa, ale firmy zatrudniające od 10 do 49 pracowników. W tej grupie zaledwie 2% korzysta z rozwiązań M2M (machine to machine), ale nawet te, które wdrożyły Internet Rzeczy, stosują tę technologię w ograniczonym zakresie. Aż 94% z nich wykorzystuje w urządzeniach M2M zaledwie dwie karty SIM. Tylko 3% firm korzysta z 3 lub więcej kart SIM.

– Internet Rzeczy to nadal stosunkowo młode rozwiązanie, z którym rynek dopiero się oswaja. Widać to nawet w dużych firmach, w szczególności w halach produkcyjnych, gdzie mimo zrealizowanych w ostatnich latach inwestycji informatycznych, postępującej automatyzacji produkcji czy robotyzacji, maszyny praktycznie nie komunikują się z oprogramowaniem wspierającym zarządzanie – zauważa Adam Stańczyk, Analityk Biznesowy w BPSC, firmie która wdrożyła do tej pory system ERP w ponad 600 przedsiębiorstwach produkcyjnych i handlowych. Jego zdaniem dane z maszyn wciąż często wpisuje się do systemu ręcznie, bo producenci maszyn nie są skorzy do współpracy i integracji z zewnętrznymi systemami informatycznymi. Zwłaszcza tam, gdzie park maszynowy nie jest najnowszy. W dodatku otrzymywane informacje nie pozwalają na wyciągnięcie istotnych wniosków, bo są to zwykle dane czysto techniczne – Internet Rzeczy to w tej chwili przede wszystkim rozwiązanie konsumenckie. W biznesie, jeśli stosuje się IoT, to zazwyczaj w podstawowym wymiarze – dodaje Adam Stańczyk z BPSC.   

Przemysł 4.0 pod znakiem zapytania

Rzeczywiście, obecnie najwięcej firm wykorzystuje Internet Rzeczy w obszarze transportu i logistyki – np. do pomiaru zużycia paliwa czy powiadamiania o zdarzeniach drogowych, 29% firm korzysta z IoT w obszarze handlu, a 1% wykorzystuje Internet Rzeczy do monitoringu pojazdów i budynków oraz zarządzania ruchem. W przyszłości, według danych UKE zmieni się niewiele. Najpopularniejszym obszarem zastosowania technologii IoT pozostanie transport (52% badanych widzi tutaj zastosowanie Internetu Rzeczy) oraz handel (41% wskazań). Rosnącą kategorią ma stać się ochrona i monitoring zapasów (37% firm w tym obszarze widzi zastosowania IoT) oraz monitoring zużycia energii elektrycznej, gazu i mediów (32% odpowiedzi).

Okazuje się, że im potencjalnie bardziej zaawansowane rozwiązanie, tym mniejsza chęć do jego wdrażania. Dla monitoringu zarządzania ruchem, przestrzenią czy transportem publicznym zastosowanie widzi 13% ankietowanych. Zaledwie 8% firm deklaruje wykorzystanie IoT w przemyśle. Stawia to pod znakiem zapytania realizację koncepcji Przemysłu 4.0 czyli reindustrializacji Europy. Ma ona szansę się dokonać dzięki modernizacji fabryk i wdrożeniu nowoczesnych technologii w zakresie analizy danych (Big Data), systemów zarządzania cyklem produktów czy popularyzacji robotów. Te rozwiązania nie są dla firm produkcyjnych niczym nowym, sęk jednak w tym, że głównym wyzwaniem jest zapewnienie pomiędzy urządzeniami i maszynami komunikacji. Dopiero dzięki niej możliwe będzie m.in. skrócenie czasu wprowadzania nowych produktów na rynek i obniżenie kosztów produkcji, co pozwoli nam zwiększyć konkurencyjność w stosunku do azjatyckich gospodarek.

Choć informatyzacja przedsiębiorstw postępuje, to jest to powolny proces. Z systemów ERP wspierających zarządzanie, korzystała w ubiegłym roku co piąta firma, co plasuje nas na jednym z ostatnich miejsc w Europie, a liczba firm pozbawionych dostępu do bardziej zaawansowanych narzędzi planowania produkcji jak S&OP (Sales and Operations Planning), MPS (Master Production Scheduling) czy MRP (Material Requirements Planning) jest znacznie mniejsza. Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku rozwiązań klasy MES, które zbierają informacje online bezpośrednio ze stanowisk produkcyjnych i transferują je do biznesu. Bez nich idei Przemysłu 4.0 nie da się wdrożyć. Do wdrożenia IoT w przemyśle jeszcze daleka droga  – przekonuje Adam Stańczyk z BPSC.  

Niebezpieczny ekosystem

Przedsiębiorstwa, które wykorzystują Internet Rzeczy zwracają uwagę, że ta technologia daje możliwość monitorowania istotnych parametrów (96% wskazań) oraz zwiększa poczucie bezpieczeństwa (70%). Wśród największych zagrożeń związanych z Internetem Rzeczy, firmy wymieniają bezpieczeństwo. Aż 69% badanych wskazuje na możliwość ataku na urządzenia IoT, 31% na nieuprawniony dostęp do informacji oraz danych, dla 28% wdrożenie IoT oznacza mniejsze poczucie bezpieczeństwa. Jak wskazują eksperci, te obawy nie są bezpodstawne.

– Internet Rzeczy to sieć naczyń połączonych, w której niedostępność jednego elementu implikuje cały szereg negatywnych konsekwencji. Firma decydująca się na wdrożenie Internetu Rzeczy musi dysponować infrastrukturą, która zagwarantuje nieprzerwany obieg i dostęp do informacji, tym samym bezpieczeństwo całego cyfrowego ekosystemu. Niestety, praktyka pokazuje, że polityka w tym zakresie jest pełna luk – zauważa Ewelina Hryszkiewicz, kierownik produktu z Atmana, największego operatora centrum danych w Polsce.  

W ubiegłym roku Atman przeprowadził badania z których wynika, że w ciągu I półrocza aż ponad połowa firm miała problem z dostępem do Internetu lub energii elektrycznej. Co ciekawe, nie były to zwykle krótkotrwałe awarie. 41% przedsiębiorstw musiało z ich powodu przerwać lub znacznie ograniczyć działalność.

O zagrożeniach w obszarze Internetu Rzeczy mówi też raport Cisco. Firma przeprowadziła analizę aż 115 000 podłączonych do Internetu urządzeń, działających w środowiskach klientów. Wyniki badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości co do realnej wagi zagrożeń. Aż 106 000 spośród 115 000 analizowanych urządzeń miało luki w oprogramowaniu pozwalające na niepożądaną ingerencję. Oznacza to, że aż 92% podłączonych do sieci urządzeń jest podatnych na ataki.  Co ciekawe, wśród zagrożonych przedsiębiorstw nie brak także tych działających w newralgicznych branżach, jak finanse, medycyna czy handel. Cisco wskazuje, że nie trudno znaleźć przypadki, w których firmy z tych sektorów korzystały z oprogramowania starszego niż sześć lat. 8% spośród wszystkich przeanalizowanych urządzeń osiągnęło już maksymalną „dojrzałość”, w 31% przypadkach czas ich wymiany nadejdzie najdalej w ciągu czterech lat.

IoT? W polskich firmach nieprędko

Badania UKE nie pozostawiają złudzeń: na szybką popularyzację Internetu Rzeczy w polskich firmach nie ma co liczyć. Wykorzystanie rozwiązań M2M deklaruje w przyszłości zaledwie 6% ogółu firm. Tylko w przedsiębiorstwach zatrudniających 50 i więcej pracowników ten wskaźnik jest wyższy i wynosi 12%.

Wypowiedź: dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan, Przemysław Szuder, dyrektor ds. Klientów Kluczowych, Małych i Średnich Firm oraz Partnerów w Microsoft, Marcin Kuśmierz, prezes home.pl.

Polski sektor MMŚP charakteryzuje jednak niewielki poziom inwestycji w ICT, co hamuje jego wzrost oraz zmniejsza możliwości konkurowania na globalnym rynku. Takie wnioski płyną z raportu „Cyfryzacja polskiego sektora MMŚP” przygotowanego wspólnie przez Konfederację Lewiatan, home.pl oraz Microsoft.

– Polacy są bardzo przedsiębiorczy, chcemy zakładać firmy, chcemy aby one się rozwijały, ale jednocześnie niechętnie inwestujemy w cyfryzację. Niestety nasze firmy ciągle wolą zainwestować w samochód czy maszynę. Nie myślą o tym, że nowe technologie dają nowe możliwości – mówi newsrm.tv dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Polska może pochwalić się jedną z najdynamiczniej rozwijających się gospodarek w Unii Europejskiej. Niestety inną cechą rodzimego rynku jest niski poziom cyfryzacji a także wyjątkowo niski poziom inwestycji, których stopa wynosi jedynie 20%. Dla porównania w krajach, które wchodziły razem z Polską do UE udział inwestycji w PKB jest zdecydowanie wyższy, np. na Słowacji oscyluje on w granicach 25%. Na uwagę zasługuje również fakt, że aż 50% spośród wszystkich inwestycji jest przeprowadzanych przez duże firmy, podczas gdy przedsiębiorstwa z sektora MMŚP przeznaczają na te cele łącznie jedynie 2,6-3,0% PKB. Innym problemem jest struktura lokowania funduszy. W Polsce wciąż dużo przeznaczamy na budynki i środki trwałe, a zdecydowanie mniej na nowe technologie. A to one dają szansę rozwoju oraz ekspansji na nowe rynki.

– Firmy, które nie korzystają z nowych technologii tracą możliwość konkurowania z tymi firmami, które już nowe technologie wdrożyły. Firmy dzięki cyfryzacji stają się bardziej wydajne, mogą pracować z dowolnego miejsca i mają zawsze dostęp do swojej dokumentacji. Dużym problemem przedsiębiorstw małych i średnich jest uporządkowanie swojej dokumentacji. Oczywiście nowe technologie jak chmura pomagają nad tym zapanować – wyjaśnia Przemysław Szuder, dyrektor ds. Klientów Kluczowych, Małych i Średnich Firm oraz Partnerów w Microsoft.

Polska jest w grupie sześciu krajów UE, w których pracuje się najdłużej. Wynika to głównie z niskiej wydajności pracy, która z kolei jest związana ze słabym uzbrojeniem technicznym i niewielką skalą cyfryzacji polskich firm. – Niska efektywność pracy w porównaniu do innych rynków UE zmusza do konkurowania cenami i powoduje, że zarówno praca, jak i kapitał jest w Polsce słabo opłacany. Bez inwestycji w nowoczesne technologie nie uda się zmienić tego stanu rzeczy – przekonuje dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, Główna Ekonomistka Konfederacji Lewiatan, która opracowała raport „Cyfryzacja polskiego sektora MMŚP”.

Na potrzeby raportu wyróżniono siedem prostych zastosowań ICT w biznesie, takich jak: obsługa klientów przez Internet z wykorzystaniem poczty elektronicznej, posiadanie strony w mediach społecznościowych, prowadzenie portalu on-line, posiadanie mobilnej wersji strony www, wystawianie e-faktur, zarządzanie zasobami z wykorzystywaniem odpowiedniego oprogramowania, czy przesyłanie danych w chmurze, które określają cyfrowy charakter przedsiębiorstwa. Wyznacznikiem digitalizacji była liczba technologii informatycznych wykorzystywanych przez przedsiębiorstwa z poszczególnych sektorów.

– My obserwujemy na świecie trzy główne tereny wśród mikro i małych firm, które „ciągną” za sobą technologie  tj. mobilność, rozwiązania w chmurze oraz praca grupowa. W każdej z tych kategorii mamy szereg rozwiązań, które w efektywny sposób podnoszą pracę firm – opowiada Marcin Kuśmierz, prezes home.pl. – Praca grupowa np. w efektywny sposób optymalizuje procesy zachodzące w firmie. Pracując nad jednym dokumentem nie musimy go sobie przesyłać, ale możemy jednocześnie w kilka osób go edytować.

Polskie przedsiębiorstwa z sektora MMŚP nie są jeszcze cyfrowe, ale powoli dostrzegają biznesowy potencjał tkwiący w korzystaniu z technologii informatycznych. Świadczy o tym fakt, że prawie 40% przedsiębiorstw wykorzystuje co najmniej 3 z 7 badanych rozwiązań. Wszystkie 7 zastosowań technologii wykorzystuje tylko 1,1% MMŚP. Jednocześnie z żadnej z tych technologii nie korzysta blisko co czwarta firma MMŚP.

Polskie firmy cyfrowe działają przede wszystkim w przemyśle, sektorze usług profesjonalnych, a także branży naukowej i technicznej. Główną cechą liderów cyfryzacji jest wyższe wykształcenie menedżerów i właścicieli zarządzających przedsiębiorstwami. Nie bez znaczenia jest również lokalizacja firmy. Przedsiębiorstwa mieszczące się w metropoliach i miastach średniej wielkości częściej korzystają z nowoczesnych technologii, niż firmy posiadające siedzibę w małych miejscowościach. Co ciekawe, inwestycje w technologie pozwalają znacząco niwelować różnice wynikające z lokalizacji firmy.

– Nowoczesne technologie sprawiają, że niezależnie od tego, gdzie mieści się dana firma i kto nią zarządza, wiedza o rynku, obserwowanych na nim trendach rozwojowych oraz dostęp do klientów są takie same. Dlatego przedsiębiorstwa, które mają pozornie gorszy start np. ze względu na fakt, że działają w miejscu, gdzie jest mało potencjalnych klientów, mogą szczególnie dużo zyskać wdrażając rozwiązania ICT – tłumaczy dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek.

Najczęściej wykorzystywanymi technologiami przez przedstawicieli sektora MMŚP są: poczta elektroniczna, e-faktury oraz oprogramowanie do zarządzania zasobami firmy. Wciąż stosunkowo mało przedsiębiorstw stawia na mobilność, dlatego wersje stron internetowych dostosowane do otwierania na smartfonach czy tabletach nadal cieszą się małą popularnością. Niepokojący jest również fakt, że niewielki odsetek przedsiębiorstw (11,7%) korzysta z chmury obliczeniowej. Tymczasem technologia ta wydaje się być idealna dla mikro i małych firm, gdyż nie wymaga posiadania rozbudowanej infrastruktury informatycznej i zatrudniania specjalistów IT, a jednocześnie daje szerokie spektrum możliwości pracy zdalnej.

Wykorzystanie technologii teleinformatycznych pozwala wyrównywać szanse rozwojowe oraz budować przewagę konkurencyjną. Jednak nawet najnowocześniejsze rozwiązania nie pomogą w zmianie zachowawczego sposobu myślenia i kierowania się stereotypowymi przekonaniami: „nie wiem, po co te nowinki, nie widzę potrzeby ich zastosowania w biznesie, do tej pory funkcjonowałem bez nich”. Jak wynika z omawianego raportu, przedsiębiorstwa korzystające z technologii informatycznych są bardziej nastawione na rozwój niż firmy analogowe. Świadczą o tym cele strategiczne, które sobie stawiają: wzrost udziału w rynku, wzrost sprzedaży, a także wzrost zysku i budowanie wartości firmy w długim okresie.

„Niepodważalną zaletą zwrotu ku nowoczesnym technologiom jest wzrost efektywności pracy oraz oszczędność czasu, wynikające np. z szybszej wymiany informacji umieszczonych w chmurze. Zaoszczędzony w ten sposób czas pracownicy mogą przeznaczyć na pozyskiwanie i realizację nowych zleceń co w konsekwencji zaowocuje większymi zyskami” – mówi Przemysław Szuder, dyrektor działu Small & Medium Business Solutions and Partners w Microsoft.

Potwierdzają to przykłady firm korzystających z rozwiązań mobilnych takich jak smartfony Lumia czy urządzania 2w1 z systemem Windows oraz usług chmurowych Office 365. W firmie 3D Plan, działającej w branży usług projektowo-inżynieryjnych, wdrożenie nowych technologii pozwoliło zaoszczędzić 20-30% czasu potrzebnego na realizację bieżących zleceń. Dzięki temu zespół może skupić się na nowych projektach i dalszym rozwoju biznesu.

Rozwiązania teleinformatyczne są również niezwykle pomocne w budowaniu relacji z klientem. Jednocześnie umożliwiają pozyskiwanie danych dotyczących oceny jakości obsługi, czy preferencji zakupowych. Korzyści związane z poprawą obsługi klientów potwierdza przykład firmy rekrutacyjnej FIT Specialist Recruitment, która dzięki technologiom teleinformatycznym znacznie przyspieszyła proces wymiany informacji i swoją zdolność do szybkiej realizacji zleceń klientów. Jest to niezwykle istotne w branży rekrutacyjnej, gdzie konkurencja jest duża, a szybkie znalezienie odpowiedniego kandydata determinuje pozycję na rynku.

„Usługi w chmurze usprawniają pracę małych firm i zwiększają ich efektywność. Dzięki nim mogą korzystać z najnowszych rozwiązań technologicznych bez konieczności inwestowania dużych środków w zakup oprogramowania i infrastruktury IT. Usługi w chmurze zapewniają małym firmom elastyczność i optymalne wsparcie ich rozwoju ” – wyjaśnia Marcin Kuśmierz, CEO w firmie home.pl.

Przykład tego jak sprawdza się dokumentacja w wersji cyfrowej daje firma ZEMO, specjalizująca się w naprawach jednostek pływających. Wdrożenie usług chmurowych Microsoft umożliwiło pracownikom skatalogowanie danych oraz zachowanie ciągłości pracy mechaników, dzięki czemu w łatwy sposób można sprawdzić jaka jest historia napraw w danej jednostce.

 

źródło: newsrm.tv

Aż 42 proc. średnich i 40 proc. małych polskich przedsiębiorstw prowadzi swoje biznesy poza granicami naszego kraju. Najczęściej w państwach należących do Unii Europejskiej. Dlatego duża część z nich decyduje się na zakup domeny .eu – wynika z badania, które na zlecenie home.pl wykonał Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia.

– Jeśli polska firma chce założyć swoją stronę www, najczęściej wybiera domenę .pl, zaraz potem .eu – mówi Marta Goc, kierownik produktu domeny w home.pl. – Powód jest prosty. Rodzimi przedsiębiorcy chcą prowadzić swoje interesy z państwami będącymi członkami Unii Europejskiej. Zdają sobie sprawę, że strona internetowa w domenie .eu ułatwi im osiągnięcie tego celu.

Ile polskich średnich, małych i mikrofirm deklaruje, że sprzedaje swoje produkty i usługi poza granicami naszego kraju lub stamtąd je importuje? Z badania, które na zlecenie home.pl wykonał Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia wynika, że aż 42 proc. średnich, 40 proc. małych i  12 proc. mikroprzedsiębiorstw. Zazwyczaj współpracują z podmiotami zarejestrowanymi na terenie Unii Europejskiej. Najczęściej z niemieckimi (60 proc.), czeskimi i litewskimi (25 proc.), francuskimi (23 proc.), słowackimi (19 proc.), belgijskimi (17 proc.) i holenderskimi (15 proc.).

– Dlatego prawie 30 proc. ankietowanych firm postanowiło zarejestrować firmową stronę internetową w domenie .eu – informuje Goc.

Współpraca z podmiotami zagranicznymi sprawia, że strony www. polskich firm są coraz częściej wielojęzyczne. Az 73 proc. badanych przedsiębiorstw deklaruje, że prowadzi je także w języku angielskim, 39 proc. – w niemieckim, 13 proc. – we francuskim, 4 proc. – we włoskim, 2 proc. – w hiszpańskim i litewskim.

Nasze mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa coraz częściej obsługują swoich klientów w języku innym niż polski. Najczęściej jest to angielski (58 proc.), niemiecki (29 proc.), francuski, włoski, hiszpański i czeski (po 4 proc.).

– Według  danych EURid (Główny Rejestr domen .eu), w całej Europie zarejestrowano już około 4 mln domen .eu – mówi Goc. – Zostały wprowadzone 10 lat temu i cały czas cieszą się dużym zainteresowaniem. Także w Polsce. Świadczy to o tym, że nasi przedsiębiorcy coraz wyraźniej zaznaczają swoją obecność na rynku unijnym.

 

home.pl

Eksperci

Rozbicki: Czy polska gospodarka łapie zadyszkę?

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla...

Przasnyski: W inwestycjach lokalne przejaśnienia

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal ...

Lipka: “Opioidowa epidemia” dusi rynek pracy w USA

Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupac...

Izdebski: Koreańskie ryzyko przyciąga kapitał do Polski

Chociaż pierwszy dzwonek w szkołach już wybrzmiał, wielu inwestorów nie wróciło jeszcze z wakacji. Ś...

Rupiński: Luksus w wydaniu on-line

Polski rynek dóbr luksusowych jest stosunkowo młody, jednak już możemy obserwować zachodzące na nim ...

WIADOMOŚCI

Polacy oczekują cyfrowego urzędu

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do ur...

Pracodawcy niezadowoleni z budżetu Funduszu Pracy

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania śro...

Pytania dotyczące kredytu studenckiego

Tylko do 20 października studenci, doktoranci, a także osoby ubiegające się o przyjęcie na studia mo...

Pracodawcy chcą przekazywać dane elektronicznie, ale mają własne propozycje

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych do Urzędu K...

Rząd zapowiada nowy podatek

Ryczałtowy podatek w wysokości około 300 zł miesięcznie za zatrudnienie pracownika sezonowego - taki...