czwartek, Listopad 23, 2017
Home Tagi Wpis otagowany "polskie firmy"

polskie firmy

Zwłaszcza te średnie i duże, z optymizmem patrzą w przyszłość. Nie tylko zaakceptowały już zmienność otoczenia, ale chcą obrócić ją na swoją korzyść. Znacząco – w porównaniu z ubiegłoroczną edycją badania – zwiększyła się gotowość do wzrostu skali działania, także poprzez ekspansję zagraniczną. Ambitnym celom sprzyja lepsza niż rok wcześniej kondycja finansowa: istotnie wzrósł odsetek średnich i dużych firm, które zadeklarowały wypracowanie zysku oraz wzrost obrotów. Taki obraz wyłania się z II edycji badania Deutsche Bank „Polskie firmy – kondycja, inwestycje i ich finansowanie”.

Badanie objęło łącznie reprezentatywną grupę 500 firm, w tym 72% małych (do 10 mln euro obrotu rocznego), 20,5% średnich (do 50 mln euro obrotu rocznego) oraz 7,5% dużych (powyżej 50 mln euro obrotu rocznego). Najczęściej reprezentowane były przedsiębiorstwa lokalne (32%) i ogólnopolskie (30%). 14% działa na skalę europejską, co dziesiąta – na skalę globalną.

– Polskie firmy wypracowały umiejętność funkcjonowania w warunkach ciągłej zmienności, a wręcz umieją obrócić ją na swoją korzyść. Wiele z nich mierzy się teraz z nowymi wyzwaniami: sukcesji czy konieczności znalezienia nowych źródeł wzrostu. Nasz cykliczny raport jest próbą odpowiedzi na to, czy polski biznes jest na te wyzwania przyszłości gotowy – mówi Leszek Niemycki, Wiceprezes Zarządu Deutsche Bank Polska.

ŚREDNIM I DUŻYM ŁATWIEJ

Zdolność do generowania zysku, zwiększania obrotów czy kreślenia ambitnych planów inwestycji i ekspansji rośnie wraz ze skalą działalności – to jeden z kluczowych wniosków z tegorocznej edycji raportu Deutsche Bank Polska.

Zdecydowana większość firm, które wzięły udział w badaniu (61%) zadeklarowała, że w I połowie 2017 roku odnotowała zysk (rok temu – 64%); wzrost obrotów odnotowało 58% firm (wzrost z 42%). Uśredniony wynik całej badanej grupy nie oddaje jednak coraz wyraźniejszego rozdźwięku w sposobach, w jaki dobrą koniunkturę wykorzystują firmy różnej wielkości. Wzrost obrotów w I półroczu 2017 roku zadeklarowało 100% dużych firm (rok temu – 29%), 53% średnich (wzrost z 48%) i jedynie 36% małych firm (rok temu 43%). Podobne dysproporcje uwidaczniają się coraz mocniej w porównaniu firm lokalnych (tylko 22% wykazało wyższe obroty; rok temu – 42%) i działających w skali globalnej (tu odsetek firm, które poprawiły sprzedaż wzrósł z 49% w 2016 roku do 67% w 2017 roku).

– Najnowsze badanie pokazuje jeszcze wyraźniej niż rok temu, że niestety tworzy się coraz większa luka rozwojowa pomiędzy małymi i większymi firmami – komentuje Leszek Niemycki, Wiceprezes Zarządu Deutsche Bank Polska.

Narastająca luka rozwojowa widoczna jest także choćby w zamierzeniach odnośnie wzrostu zatrudnienia. Nowych pracowników chce zatrudnić w najbliższej przyszłości co druga średnia firma (rok temu 11%) i 38% dużych (wzrost z 22%). Dla porównania, do rekrutacji przymierza się jedynie 22% małych firm.

EKSPANSJA? DLACZEGO NIE?

Raport potwierdza, że polskie przedsiębiorstwa nabrały odporności, zaakceptowały nieprzewidywalność i zaczynają traktować ją jak biznesową szansę. Dowodzi tego choćby znacznie większa niż rok temu gotowość do ekspansji. – W zeszłym roku zaledwie 4% firm działających jedynie w Polsce myślało o rozszerzeniu skali działania na inne kraje Europy. Dziś takie aspiracje ma niemal co trzeci ogólnopolski podmiot. Średnio pięciokrotnie większa jest także skłonność firm lokalnych do rozwoju na skalę regionalną, a regionalnych do ekspansji na skalę krajową – podkreśla Leszek Niemycki.

Swoje towary i usługi eksportuje 42% badanych firm, głównie średnie (60%) i duże (57%). 27% przedsiębiorstw planuje w nadchodzącym roku rozszerzyć działalność eksportową o nowe rynki. – Znacząco wzrosło także zainteresowanie dywersyfikacją eksportu – rok temu sprzedaż na rynki azjatyckie rozważało 10% eksporterów, dziś – niemal 30%. Dwukrotnie większa jest także chęć rozszerzenia kierunków eksportu o Afrykę i obie Ameryki – zauważa Maciej Sus, Dyrektor Departamentu Klienta Biznesowego, Deutsche Bank Polska

CZAS NA INWESTYCJE… I INNOWACJE

Wyniki badania jednoznacznie wskazują, że okres stagnacji w inwestycjach prawdopodobnie mamy już za sobą. 41% firm ma plany inwestycyjne na najbliższe 6 miesięcy. Największy optymizm inwestycyjny przejawiają przedsiębiorstwa średnie (62%) i duże (57%) oraz te, które działają na skalę europejską (87%) i globalną (63%). Inwestycje większych podmiotów powinny w dłuższym terminie dać impuls mniejszym firmom – obecnie jedynie co trzecia mała firma i co piąta lokalna rozważa inwestycje.

Listę celów inwestycyjnych otwierają – podobnie jak rok temu – wydatki na zwiększenie mocy produkcyjnych. Taki plan ma 60% z grona tych firm, które deklarują inwestycje. Niestety znacząco spadła skłonność do inwestycji w badania i rozwój – rok temu ten aspekt wskazało 21% badanych podmiotów, obecnie tylko niespełna 14%. – To właśnie innowacyjność jest długofalowo najsilniejszą dźwignią rozwojową. Wiedzą to duże firmy – do proinnowacyjnych wydatków przymierza się co drugi podmiot o obrotach powyżej 50 mln euro. Na drugiej szali są małe przedsiębiorstwa – na inwestycje w badania i rozwój stawia zaledwie 9% z nich – zauważa Maciej Sus, Dyrektor Departamentu Klienta Biznesowego, Deutsche Bank Polska.

Do końca 2017 r. około 40 proc. wszystkich smartfonów w krajach rozwiniętych będzie wyposażonych w czytniki odcisków palców. Jednocześnie, ponad 200 sieci komórkowych będzie zawierać elementy architektury sieci 5G. Nowe technologie wbudowane w smartfony dają detalistom narzędzia niezbędne do konkurowania ze sklepami online.

Popularność urządzeń cyfrowych rośnie, dodatkowo stają się one coraz bardziej wszechstronne, a ich użytkownicy wymagają coraz szybszej łączności z Internetem. Smarfon dominuje na tle innych urządzeń. Spada dynamika wzrostu liczby posiadanych tabletów, a w ubiegłym roku – po raz pierwszy – liczba posiadanych smartfonów była wyższa niż posiadanych laptopów.

Jedną z technologii, która przekłada się na życie i zwyczaje konsumentów jest biometria. Przynajmniej 80 proc. posiadaczy telefonów z czytnikiem linii papilarnych będzie korzystać z niego regularnie: każdy z nich będzie używany średnio 30 razy dziennie. Pod koniec dekady zabezpieczenia biometryczne staną się tak wszechobecne jak przednie kamery w smartfonach.

– Ich sukces i popularność wynika z możliwości szybkiego i dyskretnego, w stosunku do haseł, odblokowania telefonów i uwierzytelniania transakcji. Ze względów bezpieczeństwa, obecnie wymagane są silne hasła (dla wielu trudne do zapamiętania) a liczba kont online będzie rosła – mówi Magdalena Jończak, Partner Deloitte, Lider ds. Sektora Dóbr Konsumenckich.

– Do końca 2020 roku przeciętny konsument będzie posiadał 200 kont on-line. Zgodnie z przewidywaniami, w tym czasie rynek biometrii w samym handlu detalicznym, ma osiągnąć wartość 1,6 mld dolarów. To wzrost o 156 procent, w porównaniu do 625 mln dolarów w 2015 roku. W szczególności rozpoznawanie twarzy – technologia używana głownie przez ochronę portów lotniczych czy w kasynach – obecnie cieszy się dużym zainteresowaniem również wśród detalistów. Umożliwia przeciwdziałanie kradzieżom, ale może być również wykorzystywana do obserwowania klientów i na tej podstawie analizowania ich zachowań.

– Wiele firm, które oferują funkcje rozpoznawania twarzy, udostępnia również zaawansowane aplikacje analityczne, które przechwytują, np. czas przebywania w sklepie kupujących – mówi Magdalena Jończak.

Jak wynika z raportu „The Deloitte Consumer Review. Digital Predictions 2017” duży wpływ na rynek dóbr konsumenckich, będzie miało uruchomienie i rozwój sieci 5G oraz modernizacje sieci związanych z technologią 4G. Szacuje się, że 4G zwiększy wzrost gospodarczy o 150 miliardów dolarów i przyniesie 771 000 miejsc pracy w samych Stanach Zjednoczonych. Sektor dóbr konsumpcyjnych będzie jednym z głównym beneficjentów sieci piątej generacji – stanie się on w dużej mierze mobilny. Dzięki superszybkiemu internetowi, firmy z tego sektora będą wykorzystywać nowe kanały dystrybucji i marketingu. Jednocześnie wymagający konsumenci będą oczekiwać od nich coraz bardziej angażujących doświadczeń z wykorzystaniem technologii Virtual Reality, Augumented Reality czy treści wideo i 3D. Przykładem może być sektor dystrybucji, gdzie klienci pragną sprawdzić dostępność oraz porównać ceny towarów w czasie rzeczywistym, jednocześnie poruszając się po sklepie internetowym.

Szybszy internet umożliwi między innymi jeszcze lepszą nawigację wewnątrz budynków, która daje klientom wygodniejszy dostęp do informacji o produktach i usługach w ich otoczeniu. Wpływa na doświadczenia konsumentów dzięki np. nawigowaniu ich w którym miejscu w centrum handlowym znajduje się sklep, którego szukają. Po stronie biznesu beneficjentem tej zmiany mogą być polskie firmy, które są aktywne na rynku rozwiązań geolokalizacyjnych opartych o technologię BLE (Bluetooth Low Energy) np. beaconach. Mowa tu o małych nadajnikach, które nieustannie sygnalizują swoją obecność i komunikują się np. ze smartfonami. Ich klientami są m.in. FC Barcelona, lotnisko w Katarze, McDonald’s czy IBM. Beacony są dziś wykorzystywane, m.in. przez sieci handlowe, które dzięki nim mogą wiedzieć, jakie półki i produkty mijali ich klienci.

– Dostępność nawigacji wewnątrz pomieszczeń może przynieść korzyści dla centrów handlowych w perspektywie średnioterminowej. Właściciele domów handlowych będą mieli atut do zachęcania sieci komórkowych, dostawców sieci Wi-Fi i innych dostawców infrastruktury do wdrażania jej w lokalach. Realizacja obietnicy nawigacji wewnętrznej wymaga, podobnie jak w przypadku nawigacji na zewnątrz, dwóch podstawowych elementów: komunikacji w czasie rzeczywistym z lokalizacją i map cyfrowych – mówi Olgierd Cygan, Lider Deloitte Digital w Polsce i Europie Środkowej.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

W ubiegłym roku zaledwie 6% polskich firm analizowało duże zbiory informacji – wynika z danych Eurostatu. Daje nam to przedostatnie miejsce w unijnym rankingu, przed Cyprem. Liderami pod względem digitalizacji i korzystania z Big Data jest Malta i Holandia. W tych krajach niemal już co piąta firma analizuje cyfrowe informacje.

Dane Eurostatu nie napawają optymizmem. W ubiegłym roku, zaledwie co trzecia firma działająca w UE, zatrudniająca co najmniej 10 osób, posiadała stronę internetową. Choć znacznie lepiej wyglądają  wskaźniki wykorzystana mediów społecznościowych w działaniach biznesowych – przyznaje się do tego już połowa firm – to ten wyjątek tylko potwierdza regułę: cyfryzacja to pięta achillesowa wielu przedsiębiorstw. Nie tylko polskich. Najlepiej ilustrują to dane na temat wykorzystania Big Data.

Daleko za liderami

Jak wynika z opublikowanego przez firmę Domo raportu „Data Never Sleeps 5.0”, w ciągu minuty internauci publikują ponad 46 tys. zdjęć na Instagramie, korzystają z wyszukiwarki Google ponad 3,5 mln razy i umieszczają ponad 74 tys. postów w mikroblogowym serwisie TumbIr. To kopalnia wartościowych informacji. Jednak póki co wykorzystywana rzadko. Jak wynika z unijnych danych, w UE tylko 10% firm analizuje duże zbiory informacji – o klientach, rynku czy konkurencji.

– To oczywiście średnia, są kraje, gdzie z danych korzysta się znacznie częściej, niemniej te liczby pokazują, że Big Data znajduje się na podobnym etapie rozwoju jak kilka lat temu chmura obliczeniowa. Biznes do cloud computingu podchodził na początku bardzo ostrożnie, dopiero gdy zobaczył efekty wdrożenia chmury, znacznie szybciej zaczął adaptować tę technologię. Podobnie będzie z Big Data. zwraca uwagę Piotr Prajsnar, CEO Cloud Technologies, notowanej na NewConnect spółki, która zarządza jedną z największych na świecie hurtowni danych.

Ten wzrost już widać, co dobrze ilustrują dane spółki, która jeszcze w II kwartale ubiegłego roku z usług opartych o Big Data wygenerowała 12 mln zł, a rok później już 16,7 mln zł. Póki co, w unijnym rankingu Polska wypada jednak bardzo słabo. Tylko 6% polskich firm korzysta z analityki Big Data, co daje nam w ogólnej klasyfikacji 24, przedostatnie miejsce przed Cyprem. Lepiej wypada od nas m.in. Rumunia, Czechy, Słowacja czy Bułgaria. Podium zajmują Malta, Holandia i Belgia, kolejne pozycje zajęły takie państwa jak Finlandia, Wielka Brytania czy Estonia.

Marketing korzysta z danych

Dystans jaki dzieli nas od dobrze zinformatyzowanych, ucyfrowionych państw, dobrze pokazuje nasycenie rozwiązaniami Big Data w dużych firmach. W Polsce z analityki danych korzysta 5% małych, 8% średnich i 18% dużych, zatrudniających powyżej 250 osób przedsiębiorstw. Dla porównania, na Malcie takich firm jest 42%, w Danii i Finlandii 40% a u naszych południowych sąsiadów – Słowaków i Czechów – odpowiednio 24% i 22%.

Najczęściej firmy analizują dane geolokalizacyjne z urządzeń przenośnych, do czego przyznaje się aż 46% przedsiębiorstw, a także dane generowane w mediach społecznościowych (45% wskazań). Co trzecia firma analizuje dane własne pozyskane ze smart urządzeń i sensorów. Dla porównania, w Polsce dane z urządzeń smart pozyskuje 10% firm, tyle samo wykorzystuje informacje geolokalizacyjne. Co ciekawe, dane pozyskane z mediów społecznościowych analizuje zaledwie 5% firm.

Najczęściej po dane sięga branża marketingowa, a w szczególności e-commerce, bo mają one największą świadomość korzyści. Dzięki analizie informacji z różnych źródeł można bardzo dobrze poznać zainteresowania i potrzeby klienta i tym samym znacząco zwiększyć skuteczność kampanii reklamowych i sprzedaż produktu. Widzimy także rosnące zainteresowanie analizą danych ze strony instytucji finansowych oraz firm działających w segmencie B2C, które wzbogacają nimi swoje systemy CRM – tłumaczy Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Zewnętrzne

Firma analityczna IDC szacuje, że rynek Big Data rośnie dziś w tempie 11,7, proc. rdr i w 2020 r. osiągnie wartość 203 miliardów dolarów. Jaka część tego tortu przypadnie Polsce? Jak wynika z unijnych danych, proces digitalizacji polskich przedsiębiorstw postępuje dużo wolniej niż ma to miejsce w większości innych państw UE. To o tyle ciekawe, że autorzy rankingu Digital Economy and Society Index 2017 (w którym że Polska zajmuje odległe 23 miejsce), zwracają uwagę na to, że poczyniliśmy postępy m.in. w obszarze cyfryzacji społeczeństwa, wdrażania szybkich połączeń internetowych czy korzystania z mobilnych usług szerokopasmowych. Jednak wprowadzanie technologii cyfrowych przez przedsiębiorstwa idzie nam wyjątkowo opornie.

– Podczas gdy unijny wskaźnik w tym obszarze rośnie nieprzerwanie od 2014 r., to w Polsce od ubiegłego roku utrzymuje się na niemal na tym samym poziomie. Oznacza to, że dystans dzielący nas od liderów systematycznie się powiększa. W tej sytuacji warto zastanowić się nad skorzystaniem z usług Data as a Service, w tym modelu nie trzeba inwestować we własne rozwiązania – zwraca uwagę Piotr Prajsnar z Cloud Technologies.

Jak wynika z danych Eurostatu, z zewnętrznych źródeł danych korzysta jedna czwarta firm. W Polsce, to zaledwie 1%.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Projekt  Raportu dotyczącego Rewizji Dyrektywy Delegowania Pracowników  został przyjęty przez Komisję Parlamentu Europejskiego ds. Zatrudnienia i Spraw Socjalnych.

Stosunkiem głosów (32 za/8 przeciw/13 wstrzymana) przyjęto zapisy, które miałby umożliwić zrównanie wynagrodzenia pracowników delegowanych ze stawkami obowiązującymi w kraju przyjmującym, zmienić zasady delegowania długoterminowego (propozycja 24 miesięcy), oraz wdrożyć zasady równego traktowania pracowników zatrudnionych przez agencje pracy tymczasowej ze stałymi pracownikami.

Adopcja raportu jest równoznaczna z mandatem do negocjacji między Parlamentem Europejskim, a Radą w Trilogach. Członkowie złożyli 523 poprawki dotyczące Dyrektywy 96/71/EC  “Posting of workers in the framework of services”, a Komisje Parlamentu Europejskiego IMCO i JURI opinie, rozwiązania kompromisowe negocjowane były przez Raporterów i Raporterów Cieni  – Elisabeth Morin-Chartier (EPP, Francja), Agnes Jongerius (S&D, Holandia).

Popierające Agnes Jongerius związki zawodowe, a także europejscy socjaliści zgodnie podkreślają, że Parlament Europejski chce przeciwdziałać nieuczciwej konkurencji, a także chronić pracowników.

„ -Kraje starej Unii nie są w stanie zaakceptować nas jako równoprawnych członków Wspólnoty. Bezbłędnie działają wszystkie dyrektywy (praca, kapitał, towary) korzystne dla starej Unii, nie działa tylko dyrektywa usługowa – korzystna dla nowej Unii. Polski rząd powinien symetrycznie i adekwatnie zareagować na działania Francji. Jeśli polskie firmy nie mogą konkurować we Francji, to retorsja nasuwa się sama…” – powiedział Prezes ZPP, Cezary Kaźmierczak. „– Wiemy, że przeciw nam są szykowane jeszcze gorsze dyrektywy, jeśli teraz bardzo ostro nie zareagujemy – grozi nam trwały status kolonii”.

Posłanka Martina Dlabajova z ALDE, z Czech podkreśliła w chwili zakończenia głosowania jako przedstawiciel mniejszości, że opowiedziała się przeciwko adopcji raportu, ponieważ nie osiągnięto konsensusu umożliwiającego swobodny przepływ osób i usług w ramach delegowania pracowników.

„Sprawa nie jest jeszcze całkiem przegrana – powiedziała Agata J. Boutanos, dyrektor biura ZPP w Brukseli – potrzebna jest polska ofensywa dyplomatyczna, przeciwdziałająca tej szkodliwej dla Polski regulacji”.

Spotkanie Ministrów Pracy Unii Europejskiej zaplanowane jest już na 23 października w Luksemburgu.

 

Źródło: Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Brexit nie budzi już takiego strachu. Dla polskich firm nie jest przeszkodą w podbijaniu zagranicznych rynków. Tylko 13 proc. obawia się tendencji protekcjonistycznych na rynkach europejskich, w tym w Wielkiej Brytanii. Ponad 70 proc. nie postrzega tego jako istotne zagrożenie do rozwoju na rynkach zagranicznych. Aż 73% właścicieli firm twierdzi, że działalność zagraniczna jest bardziej rentowna, niż sprzedaż w Polsce – wynika z badania przeprowadzonego przez Fundację Kronenberga przy Citi Handlowy. Jak polskie firmy podbijają zagraniczne rynki, czym różnią się w swoich strategiach ?

– Obserwujemy coraz większe grono mniejszych firm  , które wchodzą na rynki zagraniczne poprzez sprzedaż swoich produktów, czyli eksport. Większa skala działalności  a tym samym większe zasoby finansowe zmieniają formułę ekspansji –  tu dominuje tendencja do inwestowania np. poprzez budowanie własnej sieci dystrybucji, budowę fabryk lub przez akwizycje podmiotów na tamtych rynkach. Szczególnie to zróżnicowanie strategii powiązane z profilem przedsiębiorstwa widać  przy selekcji metod pozyskiwana klientów. Dynamiczny rozwój internetu  dał  mniejszym firmom z branży eCommerce możliwość tańszego i bardziej skutecznego dotarcia do ostatecznego klienta i otworzył przed nimi drzwi do domów zagranicznych konsumentów. Firmy produkcyjne wciąż inwestują głównie w innowacje technologiczne i park maszyn, jeśli chodzi o komunikację, to króluje klasyka, czyli bezpośredni kontakt z  klientem. W segmencie B2B jest to szczególnie istotne, stąd niegasnąca popularność targów i konferencji branżowych  – mówi Sebastian Perczak, dyrektor Biura Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.
 
O ile w Polsce jednym z ważniejszych i skuteczniejszych me­chanizmów zaistnienia w świadomości konsumentów jest obecność marki w tradycyjnych mediach, to poza krajem jedynie co trzeci ankietowany (31proc) dostrzega skuteczność takiej strategii. Dla osiągnięcia pożądanych wolumenów sprzedaży ważne jest oswojenie regionalnych nowych mediów, czyli obecność  w lokalnej sieci www.
W budowaniu lojalności prym wiedzie klasyka. Prawie wszystkie badane firmy deklarują, że klientów przy jej marce trzyma klasyczny duet, czyli połączenie wysokiej jakości z atrakcyjną  ceną. Zdecydowanie rzadziej firmy sięgają po nowoczesne narzędzia umożliwiające szczegółową pracę z danymi dotyczącymi klientów jak np. analizy big data – wskazuje je jedynie 35% respondentów, bądź oferowanie programów lojalnościowych poprzez urządzenia mobilne – 28%., co może potwierdzać wciąż sporą lukę edukacyjną na tym polu wśród lokalnego środowiska biznesowego.

Pozytywnym akcentem jest wykorzystanie internetu jako zasobu cennych dla przedsiębiorstwa informacji – dla ponad 83 proc. firm to analiza działań konkurencji w sieci www jest kluczowym narzędziem przy dostosowywaniu oferty sprzedażowej . Ten sposób monitoringu preferują mniejsze przedsiębiorstwa, operujące na jednym, dwóch, maksymalnie trzech rynkach. Im większa skala działania, tym większą rolę odgrywają badania konsumenckie, co ewidentnie wiąże dobór metody z zasobami budżetowymi.  Blisko połowa (46 proc.) firm, które sprzedają w 7 krajach korzysta z badań konsumenckich, względem 27 proc. w grupie działającej w 3 krajach.

– Rejon centralnej i wschodniej Europy nieustannie pozostaje głównym celem ekspansji polskich firm. Nowoczesne kanały dystrybucji i komunikacji poszerzają te horyzonty. Pozwalają przedsiębiorstwom na dotarcie do klientów na innych rynkach. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się rynki azjatyckie, co w kontekście inicjatywy Belt & Road pokazuje, że nasi przedsiębiorcy sprawnie wpisują się w globalne trendy. Dostrzegamy także zainteresowanie regionem Ameryki Północnej i Ameryki Południowej. W tym przypadku częściej mówimy o bezpośrednich inwestycjach, a nie dotarciu do klienta poprzez sprzedaż – dodaje Sebastian Perczak.

To, jak firma sprzedaje ściśle wynika z charakteru jej działalności  – wśród firm produkcyjnych dominuje budowa własnych sieci sprzedażowych (64 proc), a sprzedaż przez internet funkcjonuje u co 3 respondenta. (ok 30 proc). W przypadku firm z branży handlowo-usługowej podejście jest bardziej zróżnicowane, tu proporcje sprzedaży i dystrybucji są na podobnym poziomie, mniej więcej po połowie.

 

Wypowiedź: Sebastian Perczak, dyrektor Biura Klientów Strategicznych w Citi Handlowy.

Blisko 900 tys. zł zasądziły w pierwszym półroczu br. polskie sądy na rzecz producentów zrzeszonych w BSA tytułem naprawienia szkód przez polskie firmy za uzyskanie oprogramowania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub jego bezprawne rozpowszechnianie.

Łączna kwota ponad 1,2 mln zł tytułem odszkodowań, które firmy zobowiązały się zapłacić na mocy orzeczeń sądowych i zawartych ugód od stycznia do końca czerwca 2017 roku, to niemal tyle ile w całym 2016 roku (1,5 mln zł).

W przypadku postępowań związanych z korzystaniem z nielicencjonowanego oprogramowania mamy do czynienia zarówno z ugodami o wartości np. 20 tys. zł i dotyczącymi oprogramowania już zainstalowanego w danej firmie, ale też z wyrokami jak ten orzeczony na początku tego roku przez Sąd Rejonowy w Opolu i nakazujący firmie prowadzącej nielegalną sprzedaż kluczy aktywacyjnych do oprogramowania jednego z członków BSA naprawienie szkody w łącznej wartości ponad 500 tys. zł. Ponadto, sąd skazał trzech właścicieli firmy na kary ograniczenia wolności od 8 miesięcy do 1 roku, w ramach której muszą wykonać prace społeczne pod nadzorem. Skala korzystania z nielegalnego oprogramowania w Polsce powoli, ale systematycznie spada. Coraz surowsze wyroki polskich sądów w podobnych sprawach wymiernie w tym pomagają wysyłając do przedsiębiorców jasny sygnał, że w biznesie nie ma drogi na skróty, a nieuczciwość nie popłaca – powiedział Bartłomiej Witucki, przedstawiciel BSA w Polsce.

Do BSA trafiają co roku tysiące zgłoszeń dotyczących przypadków korzystania z nielegalnego oprogramowania w firmach na całym świecie. W całym 2016 roku zgłoszeń z Polski było 909, co stanowi – w porównaniu do 2015 roku (454) – niemal 100% wzrost. Część ze zgłoszeń przesłanych do BSA inicjuje proces, którego zakończeniem jest ugoda pozasądowa lub wyrok sądu.

Od początku 2017 roku, na podstawie zgłoszonych do BSA przypadków, złożono już ponad 30 zawiadomień o podejrzeniu popełnienia przestępstwa uzyskania programu komputerowego bez zgody osoby uprawnionej w celu osiągnięcia korzyści majątkowej (art. 278 §2 k.k.) lub rozpowszechniania programu komputerowego bez uprawnienia lub wbrew jego warunkom (art. 116 §1 i inne ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych).

 

Źródło: BSA

W sierpniu wskaźnik PMI Sektora Przemysłowego w strefie euro wzrósł do poziomu 57,4 z 56,6 w lipcu. Natomiast wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego wzrósł do poziomu 52,5 z 52,3 w lipcu.– podał Markit.

Lipiec i sierpień w polskim sektorze przemysłowym był słabszy niż w 1. połowie 2017 r. Co prawda rosła wielkość produkcji, rosły zamówienia – i z rynku polskiego, i z rynków zewnętrznych. Rosło też zatrudnienie, ale wolniej niż w poprzednich miesiącach. Ale rosły też koszty surowców, aczkolwiek nie powinno to obciążać rentowności firm, bo „producenci przenieśli część obciążeń na klientów, podwyższając ceny wyrobów gotowych”.

Ocena warunków gospodarczych w sektorze przemysłowym nie jest zła, ale daleko nam do pozytywnych ocen menedżerów przemysłu w krajach strefy euro. Tu sierpniowy wskaźnik PMI wzrósł do poziomu 57,4 z 56,6 w lipcu br. Poza Hiszpanią wszystkie badane kraje osiągały kolejne wielomiesięczne szczyty (np. w Austrii PMI osiągnął poziom 61,1, najwyższy od 78 miesięcy, w Niemczech – 59,3, we Włoszech – 56,3). Ocena kondycji polskiego sektora przemysłowego przez naszych menedżerów plasuje się nieco powyżej poziomu Hiszpanii i Grecji, krajów w którym PMI zamyka listę strefy euro (odpowiednio 52,4 i 52,2). Firmy przemysłowe w strefie euro sygnalizują silny wzrost popytu krajowego i bardzo silny wzrost zamówień eksportowych.

Jeśli w krajach strefy euro, gdzie trafia prawie 60 proc. polskiego eksportu, przemysł ma się tak dobrze, to dlaczego oceny warunków gospodarczych w polskim przemyśle są owszem dobre, ale słabsze niż u naszych głównych partnerów biznesowych, i słabsze niż w 1. połowie roku. Część problemu wyjaśnia sierpniowy PMI – „najnowsze dane wykazały wzrost zaległości produkcyjnych (…) jako przyczynę opóźnień w realizacji zamówień firmy podawały braki personelu oraz niewystarczającą podaż surowców”. Co to oznacza? Popyt na rynku polskim i na rynkach zewnętrznych rośnie, ale polskie firmy nie mają zdolności do jego pełnego zaspakajania. Brakuje pracowników, brakuje surowców.

Tym samym stale wraca problem inwestycji. Firmy nie zwiększały w 2016 r. inwestycji. Także w 1. połowie 2017 r. ich inwestycje nie rosły. To wyhamowanie nie było spowodowane złymi prognozami gospodarczymi. Te były dobre, a nawet bardzo dobre. Było ono spowodowane obawami o znaczne zmiany w warunkach gospodarowania, przede wszystkim obawami o wzrost opodatkowania i innych pozapodatkowych obciążeń. Dlatego rosnący popyt krajowy i zagraniczny przedsiębiorcy zaspakajali ekstensywnymi metodami – coraz większym zatrudnieniem i większym wykorzystaniem posiadanych mocy wytwórczych. Ale oba te zasoby się wyczerpują.  Stopa bezrobocia wyniosła w lipcu br. 4,8 proc. (BAEL). Wykorzystanie aparatu wytwórczego w niektórych branżach przekroczyło 80 proc. Bez inwestycji rynek krajowy będzie zaspakajany w coraz większym stopniu przez import, a na rynkach zagranicznych miejsce polskich firm z radością zajmować będą przedsiębiorstwa z innych krajów. A to oznacza, że eksport netto będzie w coraz większym stopniu obniżał wzrost PKB. Tak działo się już w 2. kwartale br., gdy PKB wzrósł o 3,9 proc., ale jego dynamika została pomniejszona o 1,5 punktu procentowego właśnie o eksport netto, bowiem import rósł zdecydowanie szybciej niż eksport.

Mamy coraz poważniejszy problem. Dzisiaj jeszcze przedsiębiorstwa uruchamiają wszystkie możliwe zasoby i starają się ostrożnie inwestować. Ale gospodarce potrzebne są inwestycje na znacznie większą skalę. A te wymagają pracowników, których już właściwie nie ma. Wpadliśmy w ślepą uliczkę, co będziemy coraz lepiej widzieć z każdym kolejnym miesiącem.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

W ciągu ostatnich dwóch lat 67 proc. dużych firm europejskich odnotowało wzrost przychodów, a 76 proc. przewiduje ich wzrost w ciągu najbliższych dwudziestu czterech miesięcy. W Polsce tak optymistycznie myśli ma aż 86 proc. przedsiębiorców. Jednak gospodarcza niepewność skłania firmy na Starym Kontynencie do koncentrowania się na redukcji kosztów. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „Thriving in uncertainty. Deloitte’s first biennial cost survey: Cost improvement practices and trends in Europe” jest ona dla polskich i europejskich firm sposobem na osiągnięcie wzrostu i poprawę wydajności. Jednak aż 57 proc. firm w Europie przyznaje, że nie są dostatecznie skuteczne w obniżaniu kosztów.

Badanie przeprowadzono w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech, Belgii, Holandii, Norwegii, Danii oraz w Polsce wśród menedżerów wyższego szczebla w dużych firmach, osiągających przychody w wysokości co najmniej 100 mln euro rocznie.

Jako największe zewnętrzne ryzyko europejscy przedsiębiorcy postrzegają niepewność gospodarczą, na którą wskazało 34 proc. z nich. Największy odsetek odnotowano w Wielkiej Brytanii (52 proc.), co ma związek z Brexitem oraz w Polsce (71 proc.). – Na tak wysoki wynik wpływ mają niestabilny rynek, wzrost kosztów pracy oraz rosnące ceny surowców. Nie bez znaczenia jest również niepewność co do zmieniających się regulacji prawnych i podatkowych, na którą wskazało 57 proc. polskich respondentów. Średnia dla pozostałych badanych krajów wynosiła jedynie 16 proc. – wyjaśnia Jakub Rosiecki, Starszy Menedżer w Dziale Konsultingu Deloitte. W porównaniu do innych krajów polscy menedżerowie wśród istotnych ryzyk wskazywali także cyfryzację, którą wymieniło 43 proc. badanych. Może się to wiązać z niskim poziomem wdrożenia technologii cyfrowych w polskich firmach i poczuciem braku przygotowania do zmian w tym obszarze.

Aż 83 proc. firm europejskich zadeklarowało, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy rozpocznie proces redukcji kosztów. W Polsce takiej samej odpowiedzi udzieliła przeważająca większość ankietowanych przedsiębiorców. Dla europejskich menedżerów najważniejszym priorytetem na najbliższe dwa lata jest wzrost sprzedaży (30 proc.), rentowność oraz redukcja kosztów (po 28 proc.). W Polsce głosy te rozkładały się nieco inaczej. Jako najważniejszy priorytet polscy respondenci wskazywali rentowność (57 proc.), przed redukcją kosztów (43 proc.) oraz wzrostem sprzedaży (29 proc.). – Pytanie o najważniejsze priorytety, niezależnie od badanego kraju, pokazało jeden trend. Przedsiębiorcy zdają sobie sprawę, że by rosnąć, muszą oszczędzać. Polakom, ze względu na niestabilność waluty, rosnące koszty pracy oraz wysokie obciążenia fiskalne idea „save to grow” jest szczególnie bliska – tłumaczy Jakub Rosiecki.

O jakim poziomie oszczędności mowa? Ponad połowa (52 proc.) respondentów w europejskim badaniu deklaruje, że walczy o obniżenie kosztów na poziomie mniej niż 10 proc. W Polsce takiej odpowiedzi udzieliło 57 proc. badanych. Jednak aż 57 proc. firm w Europie, podobnie jak w Polsce, przyznaje jednocześnie, że osiągnięcie wyznaczonego celu nie udaje im się. Prawie połowa (48 proc.) respondentów uważa, że największą barierą jest implementacja przyjętych planów, a dla 32 proc. jest to brak zrozumienia tej strategii redukcji kosztów. W Polsce ten brak zrozumienia miał ponad dwa razy więcej wskazań (71 proc.). – Ponieważ pracownicy kojarzą zarządzanie kosztami ze zwolnieniami, menedżerowie są zazwyczaj ostrożni w komunikacji w tym obszarze. Często embargo na takie informacje jest zbyt duże, co wyraźnie sprawia, że konieczne zmiany są trudniejsze do wdrożenia – mówi Jakub Rosiecki.

Najważniejszą przyczyną, dla której firmy decydują się na redukcję kosztów jest uzyskanie przewagi konkurencyjnej (46 proc.) oraz inwestowanie we wzrost przedsiębiorstwa (36 proc.). W Polsce, w której presja cenowa ma większe znaczenie niż na innych rynkach, uzyskanie przewagi konkurencyjnej jest ważne aż dla 71 proc. respondentów.

W ciągu ostatnich 24 miesięcy badane firmy wdrożyły wiele narzędzi wspierania bardziej efektywnego zarządzania kosztami. Zarówno w Polsce, jak i reszcie badanych krajów są to przede wszystkim ulepszone procesy do prognozowania, budżetowania i raportowania (odpowiednio 86 i 47 proc.). Na drugim miejscu znalazła się konfiguracja systemów IT (odpowiednio 57 i 42 proc.). Wyższe odsetki odpowiedzi w Polsce niż w innych badanych krajach, mogą wskazywać na to, że polskie firmy miały w tym obszarze większe opóźnienia i zaniedbania.

Częściej niż ich koledzy z innych rynków, polscy menedżerowie twierdzili, że podejmowali oni w ciągu ostatnich dwóch lat próby w zarządzaniu kosztami. Większość respondentów zadeklarowała, że podjęła próbę implementacji szerokiego programu w celu restrukturyzacji i zarządzania kosztami w całych jednostkach (86 proc.), zmusiła je do redukcji ustalonego procentu ich kosztów (71 proc.) lub zainwestowała w inicjatywy mające na celu poprawę wydajności (71 proc.). – Teoretycznie polscy przedsiębiorcy powinni odnotowywać więc znaczne sukcesy w redukowaniu kosztów. Niestety, tak nie jest. Wydaje się jednak, że wyciągnęli odpowiednie lekcje z tych doświadczeń i zdają sobie sprawę, że najważniejsze jest wdrożenie odpowiedniej strategii i umiejętne zarządzanie zmianami – mówi Jakub Rosiecki.

W ciągu najbliższych 24 miesięcy aż 71 proc. polskich menedżerów planuje zarządzić redukcję kosztów we wszystkich działach w swojej firmie, a 57 proc. planuje intensyfikację istniejących programów poprawy wydajności. – Chociaż przyszłość gospodarcza i geopolityczna jest uważana za niepewną, przedsiębiorcy nie oczekują biernie na to, co się wokół nich stanie. Oprócz niepewności, największe trendy to wzrost konkurencyjności, rosnąca globalizacja i mnożenie regulacji. Polskie firmy, wraz z brytyjskimi, włoskimi, francuskimi, niemieckimi i hiszpańskimi, można zaliczyć do kategorii kwitnących w niepewności, a to oznacza, że są predestynowane do wzrostu i rozwoju – podsumowuje Jakub Rosiecki.

 

Źródło: Deloitte

Polskim firmom pozostało niewiele czasu, żeby założyć pracowniczy program emerytalny na dotychczasowych zasadach. Pracodawcy, którzy nie utworzą PPE jeszcze w tym roku, najprawdopodobniej już w 2018 roku będą musieli założyć Pracowniczy Plan Kapitałowy. Według zapowiedzi rządu, obowiązek ten dotknie wszystkich przedsiębiorstw – także tych kilkuosobowych.

Pracownicze programy emerytalne (PPE) działają w Polsce od 1999 r. i stanowią część dobrowolnego, III filaru emerytalnego. PPE oferują oczywiste korzyści dla pracownika (dodatkowa, prywatna emerytura), ale ich konstrukcja jest atrakcyjna również dla pracodawców.

W przypadku PPE to pracodawca określa wysokość składki na rzecz pracowników. Od przekazanych środków nie płaci składek na ubezpieczenie społeczne i co ważniejsze – może je zaliczyć do kosztów uzyskania przychodu. Firmy często decydują się na PPE, ponieważ są one najtańszą opcją podwyżki lub dodatkowym benefitem, który pracodawca może zaoferować, by przyciągnąć do siebie najbardziej utalentowanych pracowników – mówi Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI.

Według najnowszych danych Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego, polskie firmy zarejestrowały 1494 pracownicze programy emerytalne, z czego obecnie aktywne są 1042 programy. Łączna wartość aktywów zgromadzonych w PPE wynosi 13,3 mld zł. To oznacza, że programy emerytalne prowadzone przez pracodawców stanowią najmocniejszą część III filaru emerytalnego. Dla porównania, na indywidualnych kontach emerytalnych (IKE) Polacy zgromadzili 6,6 mld zł, a na indywidualnych kontach zabezpieczenia emerytalnego (IKZE) ok. 1,1 mld zł.

Szykuje się wzmożony popyt na PPE

Paweł Suwała zwraca uwagę, że w przeszłości najwięcej nowych PPE powstawało bezpośrednio przy okazji zmian w systemie emerytalnym. – Przez pierwsze lata funkcjonowania PPE, w Polsce powstało zaledwie ok. 200 programów, które objęły ok. 80 tys. pracowników. Prawdziwy boom na PPE zaczął się w 2004 roku, kiedy ówczesny rząd znowelizował ustawę o PPE. Uproszczenie biurokratycznych procedur spowodowało, że w ciągu zaledwie półtora roku powstało ponad 700 nowych programów. Na koniec 2005 r. na rynku istniało już 906 programów, do których zapisało się ponad 260 tys. Polaków – przypomina ekspert Union Investment TFI.

Później, w latach 2006-2009 powstawało średnio 70 nowych programów rocznie. W latach 2010-2015 już tylko ok. 30. Zdaniem Pawła Suwały, planowana na najbliższe miesiące reforma emerytalna może zmobilizować wielu pracodawców do utworzenia PPE – zanim zaczną obowiązywać nowe reguły.

Nowymi pracowniczymi planami kapitałowymi przez pierwsze dwa lata ma zarządzać państwowy fundusz. A jeszcze w tym roku pracodawca ma możliwość założenia PPE w dowolnie wybranej, prywatnej instytucji finansowej. W kontekście doświadczeń ze środkami zgromadzonymi w OFE, dla wielu prezesów jest to wystarczająco przekonujący argument, by wziąć sprawy w swoje ręce – mówi Paweł Suwała.

Czy KNF zdąży zaakceptować wszystkie wnioski o rejestrację PPE?

Z obowiązku tworzenia PPK mają być zwolnione firmy, które już posiadają PPE – taki zapis znajduje się w Programie Budowy Kapitału przygotowanym przez Ministerstwo Rozwoju. To kolejny argument za tym, że w najbliższych miesiącach możliwy jest dynamiczny wzrost liczby wniosków o utworzenie pracowniczych programów emerytalnych na starych zasadach.

W całej tej sytuacji największe wyzwanie stoi przed… Komisją Nadzoru Finansowego. Obecnie każdy nowy program musi zostać zarejestrowany, tj. wpisany do rejestru pracowniczych programów emerytalnych prowadzonego przez KNF. Cała procedura trwa nawet kilka miesięcy.

Skoro już teraz zarejestrowanie pracowniczego programu emerytalnego trwa tyle czasu, to przy wzroście liczby składanych wniosków można się spodziewać, że będzie to jeszcze dłuższy proces – ocenia Paweł Suwała. – Dużym ułatwieniem, i dla przedsiębiorstw i dla nadzorcy, byłaby zmiana procedury rejestrowania PPE. Tak, by wystarczyło nowy program zgłosić, bez konieczności oczekiwania na akceptację KNF – dodaje.

Wypowiedź: Paweł Suwała, dyrektor działu klienta instytucjonalnego w Union Investment TFI

 

Do niedawna „sztuczna inteligencja” była odległą wizją przyszłości i kojarzyła się głównie z serialami science fiction. Dzisiaj wirtualna Siri w iPhonie jest już prawie równorzędnym partnerem do rozmowy, odpowiadającym na pytania i dostarczającym potrzebnych informacji. Nie wykluczone, że wkrótce zarezerwuje nam stolik w restauracji lub przełoży umówione spotkanie. Elementy sztucznej inteligencji znalazły także zastosowanie w ubezpieczeniach i doprowadziły do powstania innowacyjnej branży insurtech. Już wkrótce wirtualny agent ubezpieczeniowy przyjmie zgłoszenie szkody, a specjalna aplikacja ubezpieczyciela umożliwi wstępną diagnozę i skontaktuje nas z odpowiednim lekarzem.

Wirtualny agent pomoże, doradzi i dopasuje ubezpieczenie

InsurTech to branża, która łączy przedstawicieli start-upów, twórców innowacyjnych technologii i tradycyjnych ubezpieczycieli. Polskie start-upy insurtechowe pracują nad rozwiązaniami, które mają nie tylko ułatwić obsługę klienta, ale przede wszystkim całkowicie zwirtualizować i spersonalizować system ubezpieczeń. Większość prowadzonych obecnie badań skupia się na wykorzystaniu sztucznej inteligencji w różnych obszarach funkcjonowania ubezpieczycieli.

Aby zrozumieć, czym tak naprawdę zajmują się polskie Insurtechy trzeba spojrzeć szerzej na całą branżę ubezpieczeniową. Nowoczesna technologia wspiera ubezpieczycieli niemal we wszystkich aspektach ich pracy. W obszarze płatności pojawiają się np. rozwiązania umożliwiające dokonywanie płatności za pomocą wirtualnej waluty, tzw. bitcoin. W zakresie obsługi klienta trwają prace nad stworzeniem „wirtualnych agentów”, którzy będą w stanie udzielić rzeczowej rady,  przeanalizować potrzeby konsumenta i dopasowywać odpowiednie produkty ubezpieczeniowe – tłumaczy Marek Zefirian, prezes zarządu Starter24 i członek rady programowej InsurTech Digital Congress.


Australijscy studenci korzystają z polskich rozwiązań

Obszar zainteresowań branży insurtech wykracza znacznie poza tradycyjny sposób myślenia o ubezpieczeniach. Coraz częściej polskie start-upy, działające w obszarze sztucznej inteligencji, nawiązują współpracę z zagranicznymi korporacjami i wdrażają u nich efekty swoich badań. Najlepszym tego przykładem jest wrocławska firma Infermedica, która tworzy oprogramowanie do wstępnej diagnostyki medycznej. Spółka ta opracowała aplikację Symptomate, która przedstawia przypuszczalne jednostki chorobowe, powiązane ze wskazanymi objawami, oraz informuje, do jakiego lekarza specjalisty należy się udać. – Obecnie realizujemy projekt pilotażowy dla jednej z największych firm ubezpieczeniowych na świecie. Obejmuje on australijskich studentów, którzy posiadają indywidualne ubezpieczenie zdrowotne. Mają oni dostęp do infolinii, na której dyżurują lekarze i pielęgniarki. Chcąc odciążyć pracę tej infolinii i usprawnić proces konsultacji z lekarzem, ubezpieczyciel postanowił dać studentom dostęp do aplikacji opartej na naszych rozwiązaniach. Aplikacja na podstawie wprowadzonych przez studenta objawów wstępnie diagnozuje problem i kieruje go do odpowiedniego specjalisty – mówi Piotr Orzechowski, Prezes Zarządu Infermedica.

O tego typu projektach i rozwiązaniach realizowanych przez polskie firmy będą rozmawiać uczestnicy InsurTech Digital Congress – wydarzenia, które powstało w celu integracji polskiej branży insurtech. Pierwsza edycja kongresu odbędzie się już 24 i 25 maja w Warszawie w ramach FutureTech Congress. – Rozwój polskich insurtechów i rosnąca świadomość technologiczna klientów zainspirowały nas do powołania wydarzenia dedykowanego tej innowacyjnej branży. InsurTech Digital Congress to wydarzenie międzynarodowe, które ma pokazać potencjał technologiczny polskiego sektora ubezpieczeń i pomóc w wypracowaniu nowego modelu współpracy pomiędzy insurtechami, a firmami ubezpieczeniowymi – mówi Witold Jaworski, przewodniczący rady programowej InsurTech Digital Congress.

InsurTech Digital Congress odbędzie się w ramach FutureTech Congress – jednego z najważniejszych szczytów biznesowych w Europie Środkowo-Wschodniej, dedykowanego innowacyjnym branżom fintech, insurtech oraz big data. Pierwsza edycja kongresu organizowanego przez MMC Polska odbędzie się 24 i 25 maja w Warszawie. Honorowym przewodniczącym rady programowej jest Zbigniew Jagiełło, prezes zarządu PKO BP.

 

Źródło: Partner of Promotion

Polskie firmy od niedawna muszą wdrażać w swoich systemach księgowych rozwiązania do przygotowywania Jednolitego Pliku Kontrolnego. Od stycznia przyszłego roku przed podobnym wyzwaniem staną przedsiębiorcy prowadzący działalność na Litwie i w Norwegii, gdzie zacznie obowiązywać SAF-T. Będzie to dotyczyło również firm z Polski, które mają tam swój oddział lub powiązaną spółkę. Litewski i norweski obowiązek raportowania do urzędów skarbowych jest oparty na standardzie OECD. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte nauczone doświadczeniami ekspresowego wprowadzenia JPK w Polsce, przedsiębiorstwa, które operują w tych krajach, powinny już teraz rozpocząć dostosowywanie swoich systemów księgowych.

Standard Audit File for Tax (SAF-T) to format wymiany danych księgowych, zalecany krajom należącym do OECD. Zmierza on do zwiększenia efektywności kontroli podatkowych przy zmniejszeniu kosztów. Dane w formacie SAF-T mogą być przekazywane przez podatników do organów podatkowych oraz zewnętrznych audytorów. Obowiązuje on już w Portugalii, Luksemburgu, Austrii, Francji i w Polsce (polskim odpowiednikiem jest Jednolity Plik Kontrolny). „Polski standard raportowania znacząco odbiega jednak od swojego pierwowzoru, rekomendowanego przez OECD. Dostawcy systemów księgowych, którzy przystosowali swoje programy do międzynarodowych rozwiązań, nie byli przygotowani na to, co ogłosił polski resort finansów. Rynek szybko wypełnił tę niszę, ale pozostało poczucie, że polskie rozwiązanie raportowe stawia przed podatnikami nadzwyczajne wyzwania” – mówi Paweł Hulewicz, Senior Technology Officer w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Zarówno w Norwegii, jak i na Litwie, podatnicy będą musieli składać plik SAF-T na żądanie organów podatkowych, np. w toku kontroli. Wdrożony w obu krajach standard SAF-T, bazujący w prostej linii na zaleceniach OECD, przewiduje tylko jeden plik, w odróżnieniu od JPK, który obejmuje ich aż siedem. „Aby odpowiednio przygotować się do nowego obowiązku, podatnicy powinni wdrożyć w swoich systemach komputerowych mechanizmy, które umożliwią automatyczne generowanie pewnych typów danych, w określonym zestawieniu. Po wdrożeniu odpowiednich rozwiązań informatycznych, zgodnie z zaleceniami OECD, firmy mogą, a nawet powinny prowadzić samodzielną kontrolę swoich rozliczeń w oparciu o zaimplementowany standard raportowy” – mówi Paweł Hulewicz.

Przystosowanie danych z systemów finansowo-księgowych do SAF-T wymaga czasu. SAF-T różni się od typowych deklaracji podatkowych, w których pokazuje się zagregowane dane, czyli sumy mające wpływ na wynik podatkowy. Wymaga on przekazania urzędowi skarbowemu danych wprost z ksiąg rachunkowych. W pliku należy wykazać każdą pojedynczą transakcję, produkt czy ruch magazynowy. Ogromna ilość danych w praktyce uniemożliwia przygotowanie SAF-T ręcznie.

Wygenerowanie danych podlegających raportowaniu w SAF-T wymaga przeprowadzenia tzw. mapowania, czyli dopasowania pól i sekcji w systemie księgowym do odpowiednich pól w pliku raportowym. Biorąc pod uwagę poziom skomplikowania plików, które obowiązują w Norwegii i na Litwie oraz ilości informacji, etap ten może wymagać asysty specjalistów. Źle przeprowadzone mapowanie spowoduje, że plik SAF-T będzie zawierał nieprawidłowe dane. Podatnicy muszą więc przystosować swoje systemy księgowo-finansowe (zainstalować tzw. nakładki do SAF-T). Mogą również skorzystać z oprogramowania, które pośredniczy pomiędzy księgami a resortem finansów: wyciąga odpowiednie dane z systemów podatnika, zestawia je, układa zgodnie ze strukturą SAF-T i konwertuje do wymaganego formatu XML. Przedsiębiorców w tym procesie wspiera stworzona przez Deloitte aplikacja taxCube, która automatyzuje rozliczenia podatkowe. Oprócz Polski, korzystają z niej już klienci w wielu krajach Europy, a międzynarodowy zasięg aplikacji ciągle się zwiększa. Dzięki temu program może obsłużyć różnorodne obowiązki raportowe oparte na standardzie SAF-T. „Na potrzeby klientów dostosowaliśmy aplikację taxCube również do litewskiego i norweskiego obowiązku składania pliku SAF-T. Dzięki temu firmy działające na Litwie i w Norwegii już wkrótce będą mogły wykorzystać sprawdzone rozwiązanie do elektronicznego raportowania. W tym zakresie wykorzystaliśmy doświadczenia, które zdobyliśmy podczas tworzenia i wdrażania oprogramowania do przygotowywania i wysyłki plików JPK w Polsce” – mówi Ernest Frankowski, Dyrektor w Zespole Tax Management Consulting, Deloitte Doradztwo Podatkowe.

Źródło: Deloitte

Jedynie 8 proc. polskich przedsiębiorstw korzysta z usług w chmurze obliczeniowej, wynika z najnowszych badań GUS. W przypadku firm z sektora przetwórstwa przemysłowego sytuacja wygląda jeszcze gorzej, bo zaledwie 7 proc. z nich sięgnęło po rozwiązania cloudowe. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych już rok temu 27 proc. organizacji zdecydowało się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie w chmurze obliczeniowej, co oznacza wzrost o 16 proc. rok do roku. Czego obawiają się polskie firmy i czy cloud computing ma szanse stać się nad Wisłą tak popularny, jak na Zachodzie?

Haigh’s Chocolate to rodzinna australijska firma specjalizująca się w produkcji najwyższej jakości czekolady. Zatrudnia w tej chwili ponad 500 osób i kontroluje nie tylko cały proces produkcji, ale także dystrybucji i sprzedaży. Nie tylko to wyróżnia Haigh’s Chocolate. To jedna z pierwszych firm w branży spożywczej, które zdecydowały się na wdrożenie systemu wspierającego zarządzanie dostarczanego w chmurze obliczeniowej. Choć na tamtejszym rynku brakowało przykładów implementacji takich rozwiązań i dla firmy ERP w chmurze był pewnym poligonem doświadczalnym, to dziś producent absolutnie nie żałuje swojego wyboru – Decyzja o przejściu do chmury była jedną z najlepszych jakie podjęliśmy. Uwolniła nam mnóstwo zasobów, dzięki czemu możemy się skoncentrować na rozwijaniu naszych kluczowych kompetencji – czyli na produkcji i sprzedaży czekolady – przekonuje Simon Haigh zarządzający Haigh’s Chocolate. – Dziś nie zadajemy sobie pytania „czy technologia będzie działać”?, tylko: „jak produkować najlepszą czekoladę” – dodaje.

Firm takich jak Haigh’s Chocolate jest coraz więcej. Według raportu firmy doradczej Panorama Consulting, systemy ERP w chmurze wdrożyło już 27 proc. amerykańskich przedsiębiorstw, co oznacza 16 proc. wzrost rdr. Nie inaczej jest w Europie. Jak szacuje IDC, do 2020 r. już co najmniej 45% oprogramowania oraz infrastruktury informatycznej w europejskich przedsiębiorstwach będzie dostarczane w modelu chmurowym. Tym samym, w 2020 r. inwestycje w rozwiązania chmurowe będą stanowiły 20% wydatków na infrastrukturę IT oraz 25% wydatków przeznaczanych na zakup oprogramowania, usług i sprzętu. Jak na tym tle wygląda Polska?

Strach hamulcem rozwoju

Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego rysują mało optymistyczny obraz rodzimego rynku. Na korzystanie z usług w chmurze zdecydowało się zaledwie 8 proc. przedsiębiorstw. Jeśli weźmiemy pod lupę jedynie sektor przetwórstwa przemysłowego sytuacja, wygląda jeszcze gorzej. Z cloud computingu zdecydowało się skorzystać tylko 7 proc. firm. Mimo, że za usługami świadczonymi w chmurze przemawia wiele korzyści, przed korzystaniem z nich przedsiębiorców powstrzymuje przede wszystkim brak wiedzy (aż 40 proc. wskazań) oraz strach. Aż 36 proc. polskich firm swoją decyzję o niekorzystaniu z chmury uzasadnia obawami związanymi z bezpieczeństwem. Podobna liczba respondentów za przyczynę podała niepewność co do lokalizacji przechowywania danych, a 31 proc. ankietowanych przedsiębiorstw zwróciło uwagę na wątpliwości dotyczące kwestii prawnych, jurysdykcji i mechanizmów rozstrzygania sporów.

Poza obawą o dostęp do Internetu i bezpieczeństwo danych, decydentów przed skorzystaniem z cloud computingu powstrzymuje lęk przed ewentualnymi konsekwencjami prawnymi. Wynika on z braku stosownych przepisów, które jasno określiłyby dozwolone praktyki i normy, które powinny być spełnione. To właśnie dlaczego, tak wiele firm czeka na „early adopterów”. Jak wskazał jeden z szefów IT reprezentujący instytucję finansową: „Jedyne, czego potrzebujemy to bank, który pierwszy przeniesie się do chmury i nie zostanie ukarany za to przez regulatora. Jeśli tak się stanie, uruchomi to lawinę migracji do modelu usługowego.” W branży produkcyjnej jest podobnie.

Wbrew pozorom, polski rynek nie różni się pod tym względem od znacznie bardziej rozwiniętych rynków Ameryki Północnej czy Europy Zachodniej. Wszędzie kwestie bezpieczeństwa, prywatności oraz regulacji prawnych są istotnym ograniczeniem we wdrażaniu chmury. Również w przemyśle istnieje potrzeba zagwarantowania 100% dostępności infrastruktury i aplikacji IT, bo jakiekolwiek przerwy na linii produkcyjnej są niedopuszczalne i grożą dużymi stratami. To istotne obawy, choć jak pokazuje doświadczenie, nieuzasadnione – zwraca uwagę Piotr Rojek z firmy DSR dostarczającej rozwiązania IT dla produkcji.

Dobrym przykładem jest ELHI Polymer Moulding, holenderski dostawca plastikowych komponentów dla branży motoryzacyjnej, elektronicznej czy medycznej. Jako jeden z atutów systemu ERP w chmurze firma uznała obniżenie ryzyka – zarówno finansowego, jak i informatycznego. Nic dziwnego, doświadczenia pokazują, że wątpliwości odnośnie bezpieczeństwa często są wymówką służącą temu, by utrzymywać infrastrukturę IT w modelu tradycyjnym. Okazuje się, że bardzo często poziom bezpieczeństwa oferowany przez dostawców rozwiązań cloudowych nie tylko nie odbiega od tego w firmach, ale jest nawet wyższy.

Producenci zadowoleni z chmury

Przedsiębiorstwa, które podjęły decyzję o wyborze systemu ERP w modelu usługowym, zwracają uwagę na szereg korzyści wynikających z implementacji tego rozwiązania. Do najczęściej wymienianych należy szybki czas udostępnienia aplikacji a także znacząco niższe koszty początkowe w porównaniu do modelu on premise. Ten pierwszy aspekt był kluczowy dla Plasan Carbon Composites, amerykańskiej firmy dostarczającej komponenty z włókna węglowego dla General Motors i Chryslera. Presja z ich strony na jak najszybsze rozpoczęcie produkcji była na tyle silna, że czas wdrożenia systemu decydował o powodzeniu projektu. Firma zdecydowała się więc na wybór ERP w chmurze. System QAD Cloud ERP przy niewielkim poziomie modyfikacji udało się uruchomić w ciągu zaledwie trzech miesięcy. Byłoby to niemożliwe w przypadku wdrożenia on-premise, gdzie projekty implementacji trwają po kilkanaście miesięcy a nawet dłużej. – Wiedzieliśmy, że nie chcemy inwestować pieniędzy, zasobów osobowych i czasu w rozwiązanie on premise. Chmurowy ERP był dla nas najlepszym rozwiązaniem – tłumaczy Philip Austin z firmy Plasan.

Solaftowi, jednemu z czołowych producentów filtrów przemysłowych, którego produkty sprzedawane są w Azji, Australii i obu Amerykach, system w chmurze pozwolił na zwiększenie efektywności we wszystkich obszarach, ze szczególnym naciskiem na prognozowanie i planowanie. Stało się tak m.in. dzięki całodobowemu dostępowi do spójnie opracowanych globalnych danych we wszystkich strefach czasowych. Optymalizacja gromadzenia i przepływu danych przełożyła się również na obsługę klienta: wskaźnik DIFOT (delivered-in-full-time) polepszył się o 10 proc.

W Polsce zaczyna się w tej chwili wymiana oprogramowania wspierającego zarządzanie, wdrożonego kilka czy kilkanaście lat temu. Świadomość menedżerów się zmienia więc część klientów będzie migrowała do chmury, choć daleki jestem od tezy, że za kilka lat większość firm produkcyjnych będzie korzystała z tego rozwiązania. Model chmurowy z pewnością jednak warto rozważyć, bo zmniejsza on nie tylko ryzyko inwestycyjne, ale także likwiduje konieczność opieki nad systemem, tworzenia kopii zapasowych czy inwestycji w sprzęt. Uwolnienie IT od bieżącego zarządzania infrastrukturą powoduje, że informatycy mogą więcej czasu przeznaczyć na weryfikację oczekiwań biznesu i mapowanie ich w narzędziach IT. Chmura pomaga też uniknąć kosztownych i często niepotrzebnych modyfikacji – zauważa Piotr Rojek z DSR.

Według danych Panorama Consulting średni koszt wdrożenia aplikacji wspierającej zarządzanie wyniósł w ubiegłym roku 3,8 miliona dolarów. Choć oznacza to spadek o ponad 15% w porównaniu do 2014 r., to analitycy wskazują, że w aż 57 proc. przypadków przekroczono planowany budżet wdrożeniowy. Głównym powodami były szerszy niż początkowo planowano zakres wdrożenia, problemy organizacyjne i techniczne i niedoszacowanie liczby konsultantów. Warto też zwrócić uwagę na liczne modyfikacje systemu ERP. Zdecydowało się na nie aż 90% badanych firm. Co więcej, w większości przypadków była one znaczące, a w 7 proc. zmieniły system o połowę. Nic więc dziwnego, że tak często przekroczono budżet.

Zdaniem ekspertów przerabiania systemów ERP należy unikać za wszelką cenę, ponieważ wydłuża to czas wdrożenia projektów, a koszt takich działań pochłania często prawie połowę budżetu. Praktyka pokazuje, że takie operacje nie zawsze są potrzebne. Obowiązuje tutaj zasada: im więcej oczekiwanych funkcjonalności będzie posiadał system w standardzie, tym mniej modyfikacji będzie trzeba wprowadzić.

Źródło: inPlus Media

i

Zysk netto firm średnich i dużych wyniósł w 2016 r. 111 mld zł. Natomiast inwestycje spadły o 13,2 proc (r/r, w cenach stałych) – podał GUS.

Wyniki finansowe firm średnich i dużych były w 2016 r. bardzo dobre. Przychody wzrosły co prawda tylko o 3,9 proc., ale koszty „jedynie” o 3,2 proc. Pozwoliło to na poprawę rentowności sprzedaży. Powinno to cieszyć, bo firmy panowały nad kosztami mimo szybciej, niż koszty ogółem, rosnących wydatków na wynagrodzenia i ubezpieczenia społeczne, a także na usługi obce. Niestety, koszty rosły wolniej niż przychody m.in. przez niższy poziom inwestycji, a tym samym niższą amortyzację, a to nie może cieszyć.

Co z tego, że firmy 50+ zarobiły w 2016 r. 111 mld zł, a zapłacony CIT był o 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej, jeśli – mimo dobrych wyników finansowych – przedsiębiorstwa były bardzo ostrożne w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W efekcie zainwestowały 121 mld zł, o 13,2 proc. mniej niż w 2015 r. (w cenach stałych). Ostrożność w inwestycjach rosła z kwartału na kwartał – po 6. miesiącach 2016 r. spadek inwestycji r/r wynosił 7,1 proc., po 9. miesiącach 9,1 proc., a po 12. – 13,2 proc.

Tak dobre wyniki finansowe firm, wzrost zysku netto o ponad 20 proc. r/r nie tylko dowodzi dobrej sytuacji na rynkach, na których przedsiębiorstwa działają (ponad 50 proc. to eksporterzy), ale przede wszystkim umiejętności jej wykorzystania przez polskie przedsiębiorstwa. Dlaczego zatem nie towarzyszył temu, a powinien, wzrost inwestycji?

Firmy mają wysoki poziom wykorzystania mocy wytwórczych, mają kapitał, który pozwalałby na rozszerzanie aparatu wytwórczego i jego modernizację. Bez inwestycji dalsze konkurowanie na rynku polskim i rynkach zewnętrznych może nie być już tak skuteczne jak dotychczas. A jednak nakłady inwestycyjne były zdecydowanie niższe niż w 2015 r.

Biznes nigdy nie działa przeciw swoim interesom. Tym razem jednak niepewność polityczna i regulacyjna była tak duża, że przedsiębiorstwa obawiały się rozpoczynania większych inwestycji. Gdy nie wiedzą jakie będą płacić podatki, czy nie zostaną wprowadzone kolejne daniny branżowe, gdy czytają regulacje nakładające na przedsiębiorców kary do 25 lat więzienia i konfiskatę firmy za błędy w naliczaniu podatku VAT, gdy ograniczono im możliwość obrotu ziemią, co dla inwestycji ma znaczenie, gdy widzą działania rządu wspierające firmy z kapitałem państwowym co skutkuje wypychaniem z rynku firm prywatnych, a jednocześnie działania antykoncentracyjne rządu w tych obszarach, gdzie państwo jest słabo obecne, gdy część projektów inwestycyjnych zlecana jest w trybie bezprzetargowym spółkom komunalnym, gdy wiedzą że za energię będą musiały płacić więcej, bo następuje konsolidacja energetyki i górnictwa, gdy planuje się ograniczenie pracy w niedzielę, trudno się dziwić, że skłonność firm do inwestycji maleje. Do tego program Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego zmniejsza podaż pracy. A inwestycje, a później korzystanie z nich wymaga pracowników, dobrze dostosowanych do rynku pracy. A tu zmiany w edukacji, już nawet nie te związane z likwidacją gimnazjów, ale przede wszystkim zmiany programowe, które budzą obawy, co do wiedzy i umiejętności, które będą posiadać przyszli pracownicy, i brak aktywności w budowaniu nowoczesnego szkolnictwa zawodowego. Proponuje się też skrócenie o jedną godzinę czasu pracy pracownikom z dziećmi (to jedna z partii opozycyjnych, ale koalicja rządząca nie mówi nie).  Mówi się też o wprowadzeniu „split payment” (co samo w sobie może być dobrym rozwiązaniem), ale nie mówi się o tym jak to rozwiązanie będzie w praktyce funkcjonować, czy nie zaburzy płynności finansowej firm, szczególnie tych mniejszych.

Tylko przedsiębiorstwa w których właściciele i zarządzający mają bardzo wysoką skłonność do ryzyka będą zwiększać w sposób istotny inwestycje, a bez nich tak polskie firmy, jak i polska gospodarka stracą zdolność do konkurowania. A my, obywatele, możliwość zwiększenia dobrobytu. Szkoda.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Choć polski rynek obligacji zasługuje na słowa uznania za dynamiczny rozwój, wciąż jest zbyt mały nie tylko by zaspokoić apetyt budżetu państwa, ale także potrzeby pożyczkowe większych firm. Po duży kapitał trzeba sięgać za granicę.

Choć od czasu do czasu pojawiają się opinie ostrzegające przed nadmiernym uzależnieniem od zagranicznego kapitału oraz głosy krytycznie oceniające jego udział w finansowaniu polskiego budżetu i gospodarki, a w Planie na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju wprost mówi się, że nie może być kontynuowany model, w którym Polska jest winna zagranicznym inwestorom 2 bln zł, a uzależnienie od kapitału zagranicznego kosztuje nas około 95 mld zł rocznie, gdy przychodzi do konkretów, hasła ustępują miejsca kalkulacjom. Dotyczy to zarówno finansów publicznych, jak i dużych firm, w tym także tych ze znaczącym udziałem Skarbu Państwa.

Według danych Ministerstwa Finansów, na koniec grudnia ubiegłego roku udział długu zagranicznego wynosił 34,4 proc., a więc był nieznacznie niższy niż w 2015 r., gdy sięgał 34,9 proc. Nie wiadomo jeszcze, jak te proporcje wyglądają po pierwszych miesiącach obecnego roku, jednak z informacji o przebiegu kilku przetargów na obligacje skarbowe, w trakcie których zanotowano rekordowo wysoki popyt na nasze papiery, można wnioskować, że sytuacja nie uległa poprawie. Resort skwapliwie korzystał z dużego zainteresowania ze strony inwestorów zagranicznych, zapewniając dzięki sprzedaży obligacji sporą część finansowania budżetu na cały rok. To działanie jak najbardziej racjonalne, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę ryzyko pogorszenia się warunków na rynkach finansowych w kolejnych miesiącach, wynikające zarówno z rozkręcającego się cyklu zaostrzania polityki pieniężnej przez Fed i sygnałów zbliżającego się zwrotu w polityce Europejskiego Banku Centralnego, jak również możliwość perturbacji związanych z wydarzeniami politycznymi we Francji i Niemczech, czy trudnych do przewidzenia konsekwencji zapowiedzi administracji Donalda Trumpa w kwestii światowego handlu.

Co więcej, Ministerstwo Finansów chętnie sięga też po dług nominowany w walutach. W marcu sprzedało obligacje 10- i 20-letnie o łącznej wartości 1,5 mld euro. Według zapowiedzi resortu, kolejne operacje tego typu będą miały wartość nie przekraczającą poziomu niezbędnego do refinansowania potrzeb walutowych budżetu. Podczas konferencji po spotkaniu członków G20, wicepremier Mateusz Morawiecki poinformował, że prawdopodobnie dojdzie w tym roku do kolejnej emisji obligacji w juanach. W 2016 r. Polska sprzedała tego typu papiery o wartości 3 mld juanów, przy popycie dwukrotnie przewyższającym ofertę podaży, obligacje  o wartości 4,75 mld euro i 1,75 mld dolarów.

Od emisji na zagranicznych rynkach nie stronią także duże polskie firmy. W ostatnich dniach o zamiarze wyemitowania papierów o wartości 0,5 mld euro poinformowali przedstawiciele Tauronu. Do końca 2020 r. spółka będzie potrzebowała około 10 mld zł na zrefinansowanie i spłatę zadłużenia. Zdobycie takich środków wyłącznie na krajowym rynku mogłoby być niełatwe. Na początku marca o zakończeniu procesu sprzedaży dziesięcioletnich obligacji za 300 mln euro poinformowała Energa. Papiery będą notowane na giełdzie w Luksemburgu. Spółka pracuje też nad emisją obligacji hybrydowych, które objąć miałby Europejski Bank Inwestycyjny. W tym roku 3 mld zł z emisji obligacji zamierza uzyskać PZU i nie jest wykluczone, że częściowo odbędzie się to poprzez sprzedaż papierów nominowanych w walutach na rynku zagranicznym. Emisji euroobligacji, z których środki przeznaczone byłyby na potrzeby Krajowego Funduszu Drogowego, nie wyklucza też Bank Gospodarstwa Krajowego. Resort infrastruktury szacuje łączne potrzeby pożyczkowe Funduszu na ten rok na ponad 8 mld zł. Wcześniej palny zagranicznej emisji sygnalizowała też obuwnicza firma CCC.

Poszukiwanie kapitału na rynkach zagranicznych w przypadku dużych spółek wiąże się nie tylko ze skalą emisji, którą na krajowym podwórku trudno byłoby uplasować, czy niższymi kosztami finansowania w dolarach i euro, ale także z możliwością pożyczania na dłuższe okresy, sięgające 10 lat przy stałej stopie oprocentowania. Do akceptacji takich warunków rodzimi inwestorzy nie są jeszcze przyzwyczajeni.

Źródło: Roman Przasnyski, Główny Analityk Gerda Broker

Pracownicy IT są jedną z najlepiej opłacanych grup zawodowych w Polsce, a ich zarobki z roku na rok rosną coraz szybciej. Jak wynika z danych firmy Sedlak & Sedlak, tylko na przestrzeni ostatnich dwóch lat mediana wynagrodzeń specjalistów IT wzrosła o niemal 1 tys. zł. – z 5,7 tys. w roku 2015 do 6 625 zł w roku 2016. Wszystko wskazuje jednak na to, że polscy informatycy coraz częściej będą musieli konkurować o wakaty ze specjalistami z Ukrainy. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie.

Szacuje się, że w Polsce pracuje od 600 tysięcy do miliona obywateli Ukrainy, a ich liczba systematycznie rośnie. To wynik pogarszającej się sytuacji ekonomicznej za wschodnią granicą oraz konfliktu zbrojnego z Rosją. Jeszcze przed wojną w Donbasie przyjeżdżały do Polski głównie kobiety, które podejmowały pracę w gospodarstwach domowych, a średnia wieku imigrantów wynosiła 43 lata. Obecnie, jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego, 47 proc. obywateli Ukrainy przebywających w Polsce ma ukończone studia wyższe, a 5,5 proc. pracuje na stanowiskach eksperckich.

– Są ekonomiści, finansiści, programiści, osoby, które pracowały w sieciach sklepów i zarządzały nimi. Są też pracownicy branży zarządzania nieruchomościami. Są nawet wykładowcy akademiccy – twierdzi Daniel Dziewit, założyciel portalu Pracadlaukrainy.pl.

Według informacji NBP coraz więcej osób podejmuje też studia w Polsce i uczy się języka, by zostać tu na stałe lub związać przyszłość z naszym krajem.

Informatyk z Ukrainy ma wysokie kwalifikacje i jest mniej roszczeniowy

Trudno oszacować, ilu ukraińskich specjalistów z obszaru technologii informacyjnych pracuje w Polsce. Jedno jest pewne – ich liczba stale rośnie. Jak wynika z danych Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej systematycznie zwiększa się liczba oświadczeń o zamiarze zatrudnienia wydawanych przez firmy IT obcokrajowcom. W 2012 r. było ich 460, rok później 686, a w 2014 r. – 3227. 90 proc. dotyczyło Ukraińców. Ilość pozwoleń na pracę w Polsce w branży IT dla pracowników zza wschodniej granicy w przeciągu ostatnich lat wzrosła pięciokrotnie. W samym Lublinie pracuje ponad 1000 ukraińskich informatyków.

– Polskie firmy są coraz bardziej zainteresowane zatrudnianiem specjalistów IT zza Buga. Tym bardziej, że obywatele Ukrainy często mogą pochwalić się bardzo wysokimi kwalifikacjami w obszarze technologii informacyjnych. Co istotne, oni w Polsce chcą pracować. I wcale nie chodzi o kwestie finansowe, bo branża IT na Ukrainie rozwija się również dynamicznie. Polska przez obywateli Ukrainy postrzegana jest jako element rynku globalnego, który stwarza o wiele większe możliwości dla rozwoju zawodowego. Dzięki swoim kwalifikacjom i proaktywnej postawie są bardzo konkurencyjni – twierdzi Rafał Niedziński, IT & Telecom Manager w Relyon Recruitment & IT Services, firmie rekrutacyjnej obsługującej m.in. firmy z obszaru nowoczesnych technologii.

Specjaliści IT z Ukrainy szansą dla polskiej gospodarki

Polska staje się coraz atrakcyjniejszym rynkiem pracy dla cudzoziemców, w tym również tych, którzy mogą poszczycić się wysokimi kompetencjami zawodowymi. Obywatele Ukrainy powoli wypełniają lukę po Polakach, którzy wyemigrowali, głównie do Wielkiej Brytanii. To doskonała wiadomość dla polskiej branży IT, która już od kilku lat boryka się z niedoborem kadr. W związku z dynamicznymi zmianami technologicznymi i rozwojem licznych centrów usług dla biznesu, już dziś niedobór specjalistów z zakresu technologii informacyjnych w naszym kraju sięga ponad 50 tys. osób, a deficyt ten rośnie co roku o 3–5 proc. Jak twierdzi Rafał Niedziński z Relyon Recruitment & IT Services, napływ kadr IT zza wschodniej granicy nie odbije się negatywnie na polskich specjalistach, a może być poważnym bodźcem dla polskiej gospodarki.

– To ogromna szansa dla polskiej branży IT. Napływ wysoko wykwalifikowanych specjalistów może przyczynić się do umocnienia pozycji Polski na europejskiej mapie czołowych lokalizacji dla inwestycji z obszaru nowoczesnych technologii. Oczywiście wraz z większą podażą specjalistów prawdopodobnie zwiększy się konkurencja na rynku pracy, ale to jeszcze bardzo odległa perspektywa. W pierwszej kolejności branża IT musi uzupełnić deficyty specjalistów – dodaje Rafał Niedziński.

Źródło: Relyon Recruitment & IT Services

Ponad 712 mld zł, średnio 26 mld zł rocznie. To skumulowana wartość bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Polsce według Raportu „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę polski w ostatnim ćwierćwieczu”, przygotowanego przez centrum analityczne Polityka Insight z inicjatywy 14 międzynarodowych izb bilateralnych. Wzrost popytu konsumpcyjnego i inwestycyjnego, nowoczesne technologie na polskim rynku, rozwój przedsiębiorstw, usprawnienie procesów produkcyjnych i łańcuchów dostaw, wzrost produktywności firm i ich pracowników, rosnące wynagrodzenia, malejące bezrobocie – to najkrótsze podsumowanie wpływu inwestycji zagranicznych. Zagraniczni inwestorzy większą część zysków reinwestują w Polsce (30,4 mld zł w 2015 r.), niż wypłacają pod postacią dywidend (28,9 mld zł).

Przez ostatnie 25 lat polska gospodarka odnotowała wysoki wzrost gospodarczy i wzrost konkurencyjności na światowych rynkach, dynamiczny rozwój nowoczesnych technologii, wzrost zatrudnienia, rosnące płace, wzrost kwalifikacji kadry menedżerskiej. Dzięki zagranicznym inwestycjom bezpośrednim (FDI) przedsiębiorstwa działające na polskim rynku zyskały nowe modele kultury korporacyjnej, usprawniły procesy produkcyjne i łańcuchy dostaw. Największa ekspansja kapitałów zagranicznych do naszego kraju miała miejsce na początku lat 90-tych XX wieku,  tuż po upadku PRL i po wejściu Polski do UE.  Wzrost zagranicznych inwestycji bezpośrednich (FDI) został odnotowany również w 2016 r.

Wykres 1. Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski (źródło: UNCTAD, OECD, Bank Światowy, obliczenia własne Polityka Insight)

Najwięcej inwestycji napłynęło do Polski z Niemiec (19,1% wszystkich FDI), Stanów Zjednoczonych (10,9%), Francji (10,8%), Wielkiej Brytanii (6,2%) i Włoch (5,7%).

 

Skala inwestycji zagranicznych w Polsce

Napływ zagranicznych inwestycji bezpośrednich zwiększał potencjał gospodarczy o średnio 0,7 % rocznie, co oznacza, że sumując wszystkie zidentyfikowane kanały wpływu bezpośrednich inwestycji na gospodarkę, poziom PKB Polski był w 2015 roku wyższy o 15,6% niż w scenariuszu bez inwestycji zagranicznych.

Z 712,1 mld zł zainwestowanych w Polsce 177,9 mld zł to inwestycje w instrumenty dłużne, zwłaszcza kredyty handlowe i pożyczki. Pozostała część to udziały inwestorów zagranicznych w kapitałach własnych polskich firm. Spośród działających w Polsce w 2014 r. 26,5 tys. firm z kapi­tałem zagranicznym aż 26 tys. stanowiły przedsiębiorstwa w całości lub w części należące do inwestora bezpośredniego. 2/3 zagranicznych przedsiębiorstw na rynku polskim stanowiły mikro-przed­siębiorstwa (zatrudniające mniej niż 10 pracowników), a 5% duże firmy (liczba pracowników powyżej 250 osób). W 2014 r. w firmach z udziałem zagranicznych inwestorów pracowała 1/3 wszystkich zatrudnionych w gospodarce narodowej. Podmioty te wytwarzały 2/5 łącznych przychodów i wyeksportowały 2/3 wszystkich sprzedanych za granicę towarów. Średnie zatrudnienie w przedsiębiorstwach zasilanych kapitałem zagranicznym wynosi 195 pracowników, wobec 96 osób pracujących dla firm z wyłącznie polskim kapitałem. 7 tys. firm z udziałem inwestorów zagranicznych zostało zaliczonych przez OECD do tzw. korporacji transna­rodowych (MNE) tj. przedsiębiorstw o globalnej skali działania i o wielomiliardowym potencjale finansowym.

Jakie branże najchętniej wybierali inwestorzy?

Tuż po upadku PRL najwięcej inwestycji zagranicznych ulokowano w przemyśle. Po wejściu Polski do UE inwestorzy zagraniczni lokowali swoje fundusze w branży usługowej. Obecnie największym powodzeniem cieszą się firmy przemysłowe, finansowe i handlowe. W 2015 r. ponad 229 mld zł bezpośrednich inwestycji zagranicznych ulokowanych było w przemyśle,   z czego największa część trafiła do branży motoryzacyjnej i przetwórstwa spożywczego (po 44 mld zł). W produkcję maszyn, innych wyrobów z metali i w branżę petrochemiczną inwestorzy przeznaczyli po 41 mld zł. Najwięcej podmiotów z kapitałem zagranicznym działa w handlu. 

Wykres 2. FDI lokowane w branże na koniec 2015 r. (źródło: NBP)

Co polskie społeczeństwo zyskało na obecności firm zagranicznych?

Autorzy raportu zwracają uwagę na fakt, że dzięki napływowi zagranicznych inwestycji bezpośrednich polskie firmy awansowały w globalnych łańcuchach wartości dodanej, równomiernie rozłożonej pomiędzy rozmaitymi branżami, co zapewnia polskiej gospodarce większą odporność na szoki sektorowe, w porównaniu z państwami z Grupy Wyszehradzkiej.

Napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych poza efektami ściśle ekonomicznymi niesie także efekty społeczno-gospodarcze. Do najważniejszych należy wpływ na rynek pracy, wysokość zatrudnienia, a także dochody państwa z tytułu podatków.  Autorzy raportu wskazują, że płace są obecnie o 8.9 %  wyższe, a zatrudnienie o 8.5% wyższe niż w sytuacji, gdyby wartość FDI utrzymała się na poziomie z 1990 roku. Warto zwrócić także uwagę na fakt, że napływ zagranicznych inwestycji podniósł dochody podatkowe państwa w latach 1991-2014 o średnio 2,7 % rocznie, czyli średnio ok. 1/3 wpływów budżetowych z tytułu podatku CIT i VAT generowana jest przez przedsiębiorstwa należące do zagranicznych inwestorów.

Zagraniczni inwestorzy tworzą nie tylko tysiące miejsc pracy dla polskich obywateli, ale także stymulują mądry i zrównoważony rozwój przedsiębiorstw w oparciu o transfer technologii oraz innowacji, dzięki czemu cała polska gospodarka staje się bardziej konkurencyjna i wydajna. Ponadto, firmy zagraniczne inwestują w swoich pracowników, wpierają poszerzanie ich kompetencji oraz oferują bogate pakiety szkoleń i dodatkowe świadczenia pozapłacowe. Zagraniczne przedsiębiorstwa angażują się również w rozwój społeczności lokalnych i realizują wiele inicjatyw na rzecz polskiego społeczeństwa, upowszechniając wzorzec zaangażowanego społecznie biznesu.

Obecność inwestorów zagranicznych zmieniła obraz polskiej gospodarki i społeczeństwa, w którym pojęcie konkurencyjności, efektywności i zaangażowania są cenionymi wartościami, a rozwój w oparciu o wiedzę i nowe technologie jest naturalnym punktem startu dla młodych pokoleń, wstępujących na rynek pracy.

O Raporcie:

Raport „Co przyniosły inwestycje zagraniczne. Wpływ na gospodarkę polski w ostatnim ćwierćwieczu” powstał z inicjatywy International Group of Chambers of Commerce in Poland, organizacji zrzeszającej 14 izb gospodarczych: amerykańską, austriacką, belgijską, brytyjską, francuską, hiszpańską, holenderską, irlandzką, kanadyjską, niemiecką, portugalską, skandynawską, szwajcarską i włoską. Jest to pierwsza tego rodzaju publikacja podsumowująca tak przekrojowo napływ bezpośrednich inwestycji zagranicznych do Polski przez ostatnie 25 lat. Autorem raportu jest centrum analityczne Polityka Insight.

42,3 godzin tygodniowo – jak szacuje GUS przeciętnie tyle czasu poświęcił pracy w zeszłym roku przedsiębiorca. To o ponad 3 godziny więcej niż pracownik. Biorąc pod uwagę średnią roczną, kalendarz szefa w 2016 liczył nie 12, a ponad 13 miesięcy.

Główny Urząd Statystyczny opublikował wczoraj informację o rynku pracy w IV kw. 2016 r., uzupełniając po części dane roczne dotyczące aktywności ekonomicznej Polaków. Rok 2016 był dla przedsiębiorców trochę bardziej pracowity niż rok 2015. Stanowili oni mniej niż 1/5 ogółu pracujących, a pracowali ze wszystkich najwięcej.

Liczba pracujących przedsiębiorców stabilna

W 2016 r. średnio pracowało nas 16,2 mln. Zaledwie 18% tej puli stanowili pracujący na własny rachunek, czyli przedsiębiorcy (w tym pracodawcy). Było ich 2,928 mln, o 12 tys. mniej niż w 2015 r., lecz o 32 tys. więcej niż w 2014 r. W perspektywie przeciętnych rocznych liczb liczba osób pracujących na „swoim” utrzymuje się na zbliżonym poziomie od 6 lat, na podstawie czego można wnioskować, że polskie firmy pracują stabilnie.

Z roku na rok przybywa za to pracowników najemnych – o ok. 150 tys. W 2016 r. ich średnia liczba dobiła do 12,84 mln. Wzrost liczby pracujących „dla kogoś” może być jednak bardziej związany ze spadkiem bezrobocia niż z napływem na rynek nowych rąk do pracy, co pokazuje utrzymująca się na podobnym poziomie liczba aktywnych zawodowo (pracujących i bezrobotnych).

W danych GUS znajdują się też informacje o przeciętnej liczbie godzin przepracowanych w tygodniu według statusu zatrudnienia. Generalnie najgorętszym okresem w roku jest III kwartał i generalnie najdłużej pracują przedsiębiorcy. W III kw. 2016 r. 46,2 godzin tygodniowo potrafili spędzić „za biurkiem” pracodawcy, podczas gdy pracownicy najemni z sektora publicznego w swoim miejscu pracy spędzali w tygodniu przeciętnie 38,6 godzin.

W okresie jesienno-zimowym tempo pracy zazwyczaj spada, i tak też było w ostatnim kwartale 2016 r. Nie mniej jednak, zestawiając ze sobą przeciętny tygodniowy czas pracy w skali całego roku, przedsiębiorcy nadal wyrabiają ponad 100% normy.

W 2016 r. przeciętny czas pracy pracujących na własny rachunek wyniósł średnio 42,3 godziny, w porównaniu do 39 godzin przypisanych pracownikom najemnym. W skali roku przedsiębiorcy pracują zatem w tygodniu o 3,3 godziny więcej, co w odniesieniu do liczby tygodni w roku daje dodatkowy miesiąc pracy. To sporo, ale patrząc na lata ubiegłe, pracowitość to po prostu natura polskiego przedsiębiorcy.

Czy w tym roku przedsiębiorcy poświęcą pracy jeszcze więcej czasu? Być może tak, biorąc pod uwagę wprowadzone rewolucjonizujące życie gospodarcze przepisy, które póki co utrudniają pracę właścicielom firm, zastanawiających się od kilku tygodni m.in., jak kwalifikować usługi budowlane na rzecz odwróconego obciążenia w VAT.

Autor: Katarzyna Miazek, Tax Care

Już za cztery miesiące, 23 maja 2017 r., odbędzie się kolejna edycja Digital Enterprise Show (DES2017) – Digital Business World Congress, największego międzynarodowego spotkania poświęconego Transformacji Cyfrowej. Jednym z głównych celów spotkania jest aktywacja międzynarodowej wymiany w sektorach biznesu, firm technologicznych, startupów, klastrów, inkubatorów, akceleratorów biznesu, konsultantów i aniołów biznesowych oraz funduszy venture capital. W tym celu organizacja 7 lutego spotyka się z przedstawicielami polskiego środowiska ICT w siedzibie Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych w Warszawie.

Polskie firmy zaprezentuja innowacyjne technologie przed międzynarodową publicznością

Podczas warszawskiego spotkania, oprócz przedstawicieli DES2017, głos na temat wyzwań i możliwości, jakie niesie ze sobą cyfryzacja dla każdej organizacji zabiorą m.in. Jarosław Tworóg, Wiceprezes Zarządu Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, Krzysztof Węglarz, Doradca Zarządu Krajowej Izby Gospodarczej Elektroniki i Telekomunikacji, Anna Katarzyna Nietyksza, Prezes EuroCloud Poland i Czlonek Rady Cloud Community Javier Sosonowski, Prezydent Hiszpańsko-Polskiej Izby Handlowej. „Polska wyrasta na lidera rozwiązań ICT w Europie Centralno-Wschodniej. Współpraca z DES oznacza dla naszych innowacyjnych przedsiębiorców możliwość zaprezentowania nowoczesnych rozwiązań technologicznych przed blisko 20 tysiącami potencjalnych partnerów biznesowych. To ogromna szansa na eksport polskiej myśli technologicznej na cały świat” – podkreśla Anna Katarzyna Nietyksza, Prezes EuroCloud Poland i Czlonek Rady Cloud Community Europe.

Tegoroczna edycja DES skupi się na „Digital Maturity Journey”, czyli procesie digitalizacji, który jest jednym z głównych czynników zapewniającym obecnie rozwój danego sektora. Podczas trzech dni wystaw zostaną zaprezentowane także najnowocześniejsze technologie sterujące transformację cyfrową. „Organizacje muszą dowiedzieć się, co znajduje się na horyzoncie zmian i określić wizję, dzięki której będą mogli zrewolucjonizować swój sektor, zamiast biernie poddawać się zmianom” – mówi Lluis Altes, Strategy Director DES – Digital Business World Congress.

W Digital Enterprise Show corocznie bierze udział ponad 18 tysięcy menedżerów i dyrektorów wiodących firm z niemal 50 krajów, ponad 450 prelegentów z całego świata oraz około 60 instytucji publicznych i państwowych. Goście, wystawcy i prelegenci podejmą zagadnienia rozwoju MŚP, korporacji oraz sektora publicznego w obliczu postępujących zmian technologicznych znanych jako Cyfrowa Rewolucja. Podczas trzech dni wystaw najbardziej innowacyjne rozwiązania technologiczne z zakresu Cloud, Big Data & Analytics, Cyberbezpieczeństwa, IoT, Business Intelligence, Digital Marketing i wielu innych, zaprezentują czołowe firmy z USA, Wielkiej Brytanii, Izraela, Niemiec, Francji, Holandii, Brazylii, Belgii, Kanady, Irlandii, Polski, Hiszpanii oraz Szwecji, gościa honorowego oraz Państwa Partnerskiego tegorocznej edycji targów.

Źródło: www.des-madrid.com

 Polskie firmy w porównaniu z zagranicznymi płacą więcej podatku CIT. Więcej podatku zapłaciły w 2015 roku i w 2014 roku. W ujęciu procentowym więcej zapłaciły w zestawieniu z ich przychodem i zyskiem mimo tego, że to właśnie zagraniczne firmy w każdym roku wykazują zdecydowanie większy przychód i zysk.

CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku do budżetu państwa odprowadziło 7,2 mld zł podatku dochodowego. To o 13,3 proc. więcej niż 500 największych spółek zagranicznych działających nad Wisłą. Spółki zagraniczne w 2015 roku łącznie do budżetu państwa odprowadziły 6,3 mld zł.

Podatek dochodowy, spółki polskie i zagraniczne w latach 2015 / 2014 w mld zł.

Więcej podatku CIT polskie spółki zapłaciły również w 2014 roku. Wówczas 500 największych spółek do budżetu państwa odprowadziło łącznie ponad 8,6 mld zł, w porównaniu do firm zagranicznych do więcej o 40,1 proc. W 2014 roku 500 największych firm z kapitałem zagranicznym odprowadziło 6,1 mld zł.

Przychody a CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku w swoich sprawozdaniach finansowych wykazało 493 mld zł przychodu. Wartość 7,2 mld zł odprowadzonego podatku dochodowego stanowi 1,4 proc. przychodu. Dla porównania 500 największych spółek zagranicznych w 2015 roku wykazało sprzedaż na poziomie 502,3 mld zł. Płacąc 6,3 mld zł podatku CIT, co stanowi 1,2 proc. ich przychodu.

 

2015 rok CIT Przychód % Przychodu
polskie 7 209 580 213,6 493 182 580 417,3 1,46
zagraniczne 6 358 606 405,8 502 369 411 033,3 1,27
2014 rok CIT Przychód % Przychodu
polskie 8 646 710 085,8 496 961 532 580,9 1,74
zagraniczne 6 169 416 371,5 426 157 418 788,4 1,45

Źródło: Bisnode Polska

Analogiczną sytuację obserwowaliśmy w 2014 roku. Wówczas 500 największych polskich firm wykazało blisko 497 mld zł przychodu, odprowadzając 8,6 mld zł z tytuł podatku dochodowego. Stanowi to 1,7 proc. przychodu. W analogicznym okresie, spółki zagraniczne wykazały 426,1 mld zł sprzedaży, płacąc 6,1 mld zł podatku, który stanowi 1,4 proc. przychodów.

Zysk a CIT: Firmy polskie a zagraniczne. Dane za 2015 i 2014 rok.

500 największych polskich firm w 2015 roku odprowadzając generując 20,7 mld zł zysku odprowadziły 7,2 mld zł podatku dochodowego, który stanowi 34,8 proc. ich zysku. Jednocześnie spółki zagraniczne generując 29,6 mld zł zysku, zapłaciły 6,3 mld zł podatku dochodowego, który stanowi 21,4 proc. ich zysku. W 2014 roku odprowadzony podatek w stosunku do zysku dla polskich firm wyniósł 22,2 proc. a zagranicznych blisko 25 proc.

 

2015 rok CIT Zysk % zysk
polskie 7 209 580 213,6 20 715 753 568,4 34,80
zagraniczne 6 358 606 405,8 29 684 812 316,6 21,42
2014 rok CIT Zysk % zysk
polskie 8 646 710 085,8 38 910 282 394,3 22,22
zagraniczne 6 169 416 371,5 24 691 656 130,2 24,99

Źródło: Bisnode Polska

5 największych płatników podatku CIT. Firm polskich i zagranicznych w 2015 roku

Firmy polskie: TOP 5 największych płatników podatku dochodowego w 2015 roku.

1 KGHM POLSKA MIEDŹ S A 850 000 000,00 zł
2 PGE DYSTRYBUCJA S A 268 275 342,67 zł
3 POLSKI KONCERN NAFTOWY ORLEN S A 260 000 000,00 zł
4 TAURON DYSTRYBUCJA S A 190 544 070,36 zł
5 ANWIL S A 170 788 000,00 zł


Firmy zagraniczne: TOP 5 największych płatników podatku dochodowego w 2015 roku.

1 JERONIMO MARTINS POLSKA S A 290 202 550,00 zł
2 ROSSMANN SUPERMARKETY DROGERYJNE POLSKA SP Z O O 171 184 600,00 zł
3 P4 SP Z O O 170 934 000,00 zł
4 MONDI ŚWIECIE S A 120 987 000,00 zł
5 ARCELORMITTAL POLAND S A 108 496 000,00 zł

 

Źródło: Bisnode

 

 

 

 

 

 

 

58,1 mld zł wyniosła łączna wartość aktywów sfinansowanych przez firmy leasingowe w 2016r. Dynamika branży leasingowej osiągnęła 16,6% (r/r). Ponad ¾ usług trafiło do firm mikro i małych. W tym roku branża leasingowa powinna rozwijać się równie szybko – podał Związek Polskiego Leasingu, członek Konfederacji Lewiatan.

Sektor leasingowy obsługuje głównie mikro i małe firmy, w mniejszym stopniu firmy średnie i duże. 16,6 proc. dynamika branży leasingowej i 58,1 mld zł wartości sfinansowanych aktywów wskazują na to, że w 2016 r. polskie firmy nie wstrzymywały inwestycji realizowanych przy udziale leasingu. To bardzo dobra wiadomość, a jednocześnie zapowiedz dalszego stabilnego finansowania firm MŚP przez sektor leasingowy – powiedział Andrzej Krzemiński, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Związku Polskiego Leasingu.

Na koniec 2016r. łączna wartość aktywnego portfela branży leasingowej w kwocie 105,1 mld zł (97,8 mld zł dla ruchomości i 7,3 mld zł dla nieruchomości) była porównywalna z wartością salda kredytów inwestycyjnych udzielonych firmom przez banki (114,5 mld zł, wg. stanu na koniec 2016). Leasing to wciąż główne, obok kredytu, zewnętrzne źródło finansowania inwestycji pracujących w gospodarce.

Branża leasingowa obsługuje głównie sektor mikro i małych firm. Związek szacuje, że 53% stanowią klienci o rocznych obrotach do 5 mln zł. Ponad 70 % stanowią usługi dla firm o obrotach do 20 mln zł. Grupa ta obejmuje całość firm mikro oraz istotną część firm małych (firmy o obrotach do 10 mln EURO). Można przyjąć, że ponad ¾ swoich usług branża leasingowa kieruje łącznie do firm mikro i małych. Pozostali odbiorcy usług to firmy o obrotach powyżej 20 mln zł. Branża leasingowa w marginalnym stopniu finansuje sektor publiczny. Również klienci indywidualni stanowią niewielki obszar działalności firm leasingowych.

W 2017 roku branża leasingowa oczekuje wzrostu na poziomie 16,5% i 67,7 mld zł łącznej wartości udzielonego finansowania. Analizy przygotowane przez Marcina Nieplowicza, dyrektora ds. Statystyki i Monitorowania Rynku ZPL zakładają, że dynamika rynku w 2017r. będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego kraju. Prognozowany rozwój rynku w zrównoważony sposób będzie oparty o pojazdy lekkie, ze względu na mocny popyt krajowy i korzystne przepisy fiskalne, pojazdy ciężkie (za sprawą wymiany starego taboru samochodowego na nowe pojazdy z normą spalania Euro 6 i utrzymujący się wzrost eksportu) oraz finansowanie maszyn.

Oczekiwane przyspieszenie wzrostu gospodarczego w 2017 roku oraz start funduszy unijnych z perspektywy finansowej na lata 2014-2020 spowodują, że finansowanie maszyn stanie się ważnym i stabilnym motorem rozwoju branży leasingowej.

Źródło: Konfederacja Lewiatan

Eksperci

Kalata: Zmiany w ustawie o systemie ubezpieczeń społecznych

Zgodnie z art. 19 ust. 1 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych (dalej: ustawa systemowa), roczna...

Przasnyski: Produkcja stara się nadążyć za popytem

Po niewielkim wrześniowym spowolnieniu, październik przyniósł zdecydowany powrót ożywienia w przemyś...

Gontarek: Firmy dają duże podwyżki, aby zatrzymać pracowników

Przeciętne zatrudnienie w październiku br. wzrosło o 4,4 proc.  r/r, zaś wynagrodzenie aż o 7,4 proc...

Bugaj: Ikar hossy coraz bliżej Słońca

Według najnowszej ankiety przeprowadzonej wśród zarządzających przez BofA Merrill Lynch aż 48% respo...

Starczewska-Krzysztoszek: Dorośli Polacy nie kształcą się

Komisja Europejska opublikowała szóstą edycję Monitora Kształcenia i Szkolenia przedstawiając  m.in....

AKTUALNOŚCI

Konsumpcja dalej będzie ciągnęła gospodarkę

Bieżący Wskaźnik Ufności Konsumenckiej był najwyższy w historii badań koniunktury konsumenckiej i wy...

PGNiG podpisało kontrakt na dostawy gazu z USA

PGNiG podpisało średnioterminowy, pięcioletni kontrakt z firmą Centrica LNG na dostawy gazu LNG ze S...

Inwestycje firm spadają siódmy kwartał z rzędu

W okresie styczeń-wrzesień 2017 r. przychody przedsiębiorstw średnich i dużych wzrosły o 9,4 proc., ...

Związkowcy, pracodawcy, Rada ZUS przeciwni zniesieniu limitu składek

Pracodawcy i związkowcy, członkowie Rady Dialogu Społecznego, krytykują sposób procedowania ustawy d...

Kolejnych 50 zmian dla biznesu

Przedsiębiorca, któremu kontrahent nie płaci na czas, odzyska zapłacony podatek dochodowy, a dłużnik...