Home Tagi Wpis otagowany "Polacy"

Polacy

466 tys. zł – tyle może pożyczyć na mieszkanie trzyosobowa rodzina. Aż 3 instytucje chciałyby familii dać przynajmniej pół miliona złotych na zakup „czterech kątów”.

Rosnące wynagrodzenia i zatrudnienie powodują, że Polacy coraz chętniej się zadłużają. Dane BIK sugerują, że dotychczas popyt na kredyty mieszkaniowe był w bieżącym roku prawie o 15% wyższy niż w analogicznym okresie przed rokiem. Banki zaczęły więc dolewać oliwy do ognia na rynku mieszkaniowym, który i tak jest obecnie w fazie niewidzianego nigdy wcześniej ożywienia. Było ono dotychczas napędzane przez kupujących szukających alternatywy dla rachitycznie oprocentowanych lokat bankowych.

Jest to o tyle zaskakujące, że przecież od stycznia obowiązują wyższe wymagania odnośnie wkładu własnego. Dziś trzeba mieć już nawet 20% ceny lokalu w gotówce, a przed rokiem było to o jedną czwartą mniej. Gdyby tego było mało, banki podniosły też w ostatnich miesiącach marże kredytowe. Mogło mieć to związek z ustawą o kredycie hipotecznym, która nałożyła na banki dodatkowe obowiązki. W efekcie podczas gdy w marcu przeciętna marża kredytowa, którą banki skłonne byłyby zaproponować modelowej rodzinie z jednym dzieckiem, w której oboje rodzice pracują, opiewała na 2%, to dziś jest to 2,13%.

Pożyczysz 80 razy więcej niż zarabiasz

Efekt jest taki, że trzyosobowa rodzina, w której rodzice pracują, powinna móc zadłużyć się na zakup mieszkania na kwotę ponad 466 tys. zł – wynika z najświeższych danych zebranych przez Open Finance (mogą one jeszcze podlegać aktualizacji). Wartość ta jest medianą, a więc połowa banków chciałaby modelowej rodzinie pożyczyć więcej, a połowa zaoferowałaby niższą kwotę. To o prawie 5 tysięcy mniej niż przed miesiącem, ale wciąż o 44 tys. zł więcej niż przed rokiem. Co więcej, kwota deklarowana przez banki pozwoliłaby rodzinie kupić nawet w Warszawie mieszkanie trzypokojowe. Problem w tym, że aby zadłużyć się na taką kwotę należy posiadać gotówkę w kwocie około 100-150 tysięcy złotych.

Do obliczeń przyjęto, że dwie osoby powinny otrzymywać „na rękę” kwotę 5772,06 zł (każdy z rodziców zarabia po średniej krajowej). Do tego szacunki zakładają, że modelowi kredytobiorcy mają dobrą historię kredytową i obecnie nie są zadłużeni. Rodzina skłonna jest też skorzystać z dwóch dodatkowych produktów – rachunku bankowego, na który będzie przelewane wynagrodzenie oraz karty płatniczej lub kredytowej. Kredytobiorcy wolą unikać ubezpieczeń czy programów regularnego oszczędzania. Zgodzą się na nie jedynie jeśli będzie to bezwzględnie opłacalne.

Trzy razy po pół miliona

Efekt? Modelowa rodzina może udać się aż do trzech banków po ponad pół miliona na zakup własnych „czterech kątów”. O ile familia dysponuje wymaganym wkładem własnym, taką kwotę zaoferują jej Citi Handlowy, ING Bank Śląski i Euro Bank. Niewiele mniej chcą pożyczyć: Raiffeisen Polbank. Najskromniejszy kredyt skłonne byłby udzielić PKO BP i Bank Pocztowy.

 

Źródło: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Korzyści oferowane przez dostawców usług cyfrowych sprawiają, że często automatycznie podajemy dane osobowe, przymykając oko na zagrożenia jakie na nas czekają. Na szczęście, w ostatnich latach nie mieliśmy do czynienia ze spektakularnymi przykładami naruszenia naszych praw. Jednak czy oznacza to, że nie musimy się niczego obawiać?

Według najnowszego raportu Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo pt. „Co wiemy o ochronie danych” Polacy najbardziej obawiają się, że padną ofiarą przestępczości internetowej lub ich dane trafią do niekompetentnej firmy czy instytucji, która nie będzie należycie ich przetwarzać.   Co ciekawe, o ile kradzieży danych, np. za sprawą wirusa czy ataku hakera, obawia się największa liczba badanych (41 proc. osób nieaktywnych zawodowo, 31 proc.  pracowników proc., 36 proc. kadry zarządzającej), to specjaliści zawodowo zajmujący się ochroną danych, szczególne zagrożenie widzą właśnie po stronie firm (52 proc.) .

Wiele organizacji przetwarzających dane wciąż nie przykłada należytej uwagi do ich ochrony. Potwierdza to fakt, że znakomita większość ankietowanych Administratorów Bezpieczeństwa Informacji (ABI) w swoich miejscach pracy wykonuje także inne zadania. Tak naprawdę ABI może zostać każdy pracownik posiadający odpowiednią wiedzę. Bardzo często funkcję tę pełnią sekretarki, pracownicy działu HR lub księgowości – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Kolejnym istotnym problemem dostrzeganym przez Polaków jest wykorzystywanie danych osobowych, bez ich wcześniejszej zgody.

Firm z różnych branż świadomie przetwarzają nasze dane osobowe niezgodnie z celami, dla których je pozyskały oraz bez wiedzy i zgody osób, których one dotyczą. Podczas naszego badania ankietowani zostali zapytani o dwa rodzaje zagrożeń – utratę swoich danych oraz uzyskanie do nich dostępu przez osoby niepowołane. Zebrane opinie pokazują, że mimo obowiązujących regulacji prawnych, nadal mamy do czynienia z niewłaściwym wykorzystywaniem danych osobowych. Najczęściej przez podmioty, które świadczą rozmaite usługi. Wynikiem tego są np. częste telefony z ofertami różnych produktów z firm których nie znamy – dodaje Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady, Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo.

Mniejszym zagrożeniem dla danych osobowych jest brak wiedzy współpracowników i znajomych z danego zakresu oraz organizacje chcące zwiększać oszczędności kosztem ochrony danych osobowych – wynika z odpowiedzi respondentów badania Fundacji Wiedza To Bezpieczeństwo.

Niestety tylko mała cześć ankietowanych wskazała, że niebezpieczna może być własna niewiedza w obszarze bezpieczeństwa danych.

Zdecydowana większość zagrożeń związanych z bezpieczeństwem danych osobowych dotyczy tych przetwarzanych w systemach teleinformatycznych.  Systemy te ułatwiają gromadzenie  i dokonywanie innych czynności przetwarzania na dużych zbiorach danych, często w sposób zautomatyzowany. Ponadto zazwyczaj umożliwiają one dostęp za pośrednictwem Internetu – mówi Maciej Kaczmarski Przewodniczący Rady.

Brak odpowiednich zabezpieczeń w takich systemach może prowadzić np. do nieautoryzowanego dostępu przez osoby trzecie, wycieku danych osobowych pracowników lub cennych strategicznych informacji firmy.

 

Źródło: Fundacja Wiedza To Bezpieczeństwo

Postrzeganie zaburzeń funkcjonowania instytucji to jeden z elementów, który posłużył do oceny moralności finansowej Polaków. Wyniki badania przedstawione w raporcie „Moralność finansowa Polaków”wykazały, że najsurowiej oceniamy wysokość prowizji w firmach finansowych, jasność przekazu proponowanych ofert oraz wysokość wypłat ubezpieczeń. Badanie ukazało także stosunek społeczeństwa do osób zadłużonych. Zatem, którym narzędziom rynku finansowego ufamy bardziej? Czy osoby unikające oddawania długów są w Polsce źle postrzegane w swoim środowisku?

Od dwóch lat Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce prowadzi badanie „Moralność Finansowa Polaków”. Jednym z partnerów publikacji w 2017 r. jest firma Lindorff SA. Badanie wykazało na ile Polacy są w stanie dostrzec anomie rynku finansowego oraz jak je postrzegają. Respondenci zostali poproszeni o określenie swojego stanowiska w kilku wymiarach, którymi są: poczucie rzetelności oferty przedstawianej przez instytucje finansowe; wysokość prowizji w firmach finansowych, poziom wypłat ubezpieczeń, ochrona prawna klienta na rynku finansowym, stopień zaufania do większości instytucji finansowych; ocena osób unikających oddawania długów (poziom skuteczności społecznych sankcji). Badani najbardziej „wyrozumiali” okazali się w przypadku trzech ostatnich płaszczyzn.

Bezpiecznie jak… w banku?

Badanie wykazało, jak ankietowani postrzegają płaszczyznę poczucia bezpieczeństwa gwarantowanego przez instytucje państwowe (w szczególności prawo). W tym celu zadano respondentom pytanie: „czy (prawna) ochrona klienta na rynku finansowym jest wystarczająca?”. Blisko ¼ respondentów wyraziła aprobatę tego twierdzenia, przy czym 3% z nich było pewnych swojego stanowiska. Prawie 76% badanych stwierdziło, że ochrona jest niewystarczająca, w tym ponad 26% respondentów było stuprocentowo o tym przekonana. Jak zauważa prof. Anna Lewicka-Strzałecka z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN, autorka badania „Moralność finansowa Polaków”, wyższe poczucie bezpieczeństwa deklarują osoby w wieku 18-29 lat, żyjące z rolnictwa, mieszkające na wsi.

Nieufny konsument

Czy badani uważają, że większości instytucji finansowych można ufać? Okazało się, że ponad 1/3 ankietowanych darzy zaufaniem firmy finansowe, choć w większości to „niezdecydowane” głosy. Aż 2/3 ankietowanych nie ufa instytucjom finansowym, w 21% procentach szczególnie wyrażając swoją obawę.

Ważnym wyznacznikiem poziomu rynkowej anomii jest zaufanie do instytucji finansowych, które zostało zmierzone za pomocą pytania „czy większości instytucji finansowych można ufać?”. Odsetek pozytywnych odpowiedzi na to pytanie wyniósł 34% i odpowiednio negatywnych – 66%. Najmniej ufają instytucjom finansowym osoby mające problem ze spłatą zobowiązań finansowych, z wykształceniem zasadniczym zawodowym, gimnazjalnym lub podstawowym, prowadzące własny biznes, mieszkające w miastach do 10 tys. mieszkańców – uzupełnia prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Niekorzystny wizerunek dłużnika

Najwyżej ocenianym wymiarem instytucjonalnej regulacji okazało się poczucie skuteczności społecznych sankcji (wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie: „czy w Polsce, osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”). Blisko 60% ankietowanych stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze odbierane. Ponad 1/5 badanych była tego w zupełności pewna. Natomiast mniej niż 1 na 10 badanych zdecydowanie zaprzeczył temu stwierdzeniu.

Najmniej negatywnie ocenianym wymiarem instytucjonalnej deformacji okazało poczucie skuteczności społecznych sankcji, wyznaczone przez odpowiedzi na pytanie „czy w Polsce osoby unikające oddawania długów są źle widziane w swoim środowisku?”. Przekonanie o funkcjonowaniu społecznej instytucji, stojącej na straży przestrzegania tej normy wyraziło 58% badanych osób i odpowiednio negatywnej odpowiedzi na to pytanie, wskazującej na erozję społecznej normy nakazującej wywiązywanie się ze zobowiązań finansowych udzieliło 42%. Opinię o skuteczności społecznej presji na oddawanie długów częściej wyrażają mężczyźni, osoby w wieku 30-49 lat, z wykształceniem średnim lub policealnym, żyjący z rolnictwa, mieszkający na wsi lub w mieście poniżej 10 tys. mieszkańców. Ocena presji społecznej na oddawanie długów okazuje się bardziej pozytywna niż ocena funkcjonowania formalnych instytucji finansowych. Tym niemniej, ponad dwie piąte respondentów wyraziło przekonanie, że ludzie coraz mniej obawiają się napiętnowania ze strony dalszego czy bliższego otoczenia z powodu unikania spłacania długów i potencjalna dezaprobata, skłaniająca do wywiązywania się ze zobowiązań finansowych traci znaczenie – kończy prof. Anna Lewicka-Strzałecka.

Jak wielu z nas w swoim życiu wpadło w zadłużenie? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, zrealizowanego na zlecenie Lindorff SA, 41% respondentów przynajmniej raz w życiu było lub jest obecnie dłużnikiem. Jeśli podzielimy odpowiedzi ankietowanych ze względu na płeć, uzyskamy wyniki wskazujące na to, że powyższą statystykę tworzy 40% wszystkich badanych kobiet oraz 42% wszystkich ankietowanych mężczyzn. A czy Polak-dłużnik czuje się wyobcowany? Według badania „Sytuacja materialna Polaków”, 26% ankietowanych odpowiedziało „tak” lub „raczej tak”. W tym podział odpowiedzi na kobiece i męskie klaruje dużo wyraźniejsze dysproporcje, bowiem aż 35% badanych kobiet czuje się wyobcowanych z powodu posiadanego zadłużenia (z czego 25% wszystkich odpowiedzi stanowiło „zdecydowanie tak”) – w kontraście do 18% mężczyzn. Wskazuje to na fakt, że jednak częściej deklarujemy dezaprobatę wobec osób zadłużonych, niż faktycznie czujemy represje, gdy sami zaliczamy się do ich grona (62% wszystkich ankietowanych w badaniu zleconym przez Lindorff SA „raczej” lub „zdecydowanie” nie czuje się wyobcowana z powodu bycia dłużnikiem).

Biorąc pod uwagę powyższe odpowiedzi respondentów, można stwierdzić, że Polacy zdecydowanie surowiej oceniają zaburzenia funkcjonowania  instytucji finansowych w porównaniu z oceną nierzetelnych dłużników. 83% uważa, że informacje przedstawiane przez instytucje finansowe są niepełne i niezrozumiałe. Blisko 80% ocenia prowizje bankowe jako za wysokie, a odszkodowania za niskie. Przy czym zaledwie 6 na 10 Polaków stwierdziło, że osoby zadłużone nie są dobrze widziane.

 

Źródło: Lindorff SA

Wrześniowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej nie przyniosło zaskoczenia – stopy procentowe pozostały bez zmian. Polski rynek mieszkaniowy nadal będzie więc napędzany gotówką. Jakie będą konsekwencje decyzji RPP dla rynku? – komentuje Jakub Nieckarz, prezes deweloperskiej firmy PVI.

W obliczu spływających komunikatów makroekonomicznych i znajomości stanowiska RPP, nie sposób było oczekiwać, że poziom stóp procentowych zostanie nagle zmieniony. Pozostają one wciąż na rekordowo niskim poziomie. To, co dla jednych jest pozytywną informacją, dla innych może być powodem ponownego przemyślenia dotychczasowej strategii lokowania nadwyżek finansowych.

Niskie stopy procentowe to realne oszczędności dla osób spłacających kredyty mieszkaniowe. Rata przeciętnego kredytu jest dziś o około 400 złotych niższa niż jeszcze pięć lat temu. Z wyliczeń Open Finance wynika, iż gdyby stopy procentowe były dzisiaj na poziomie z połowy 2012 r., to łączne odsetki od zaciągniętych kredytów byłyby wyższe o około 7,6 mld zł rocznie. To również zachęta do zaciągania nowych zobowiązań, co pokazują najnowsze dane. Pomimo obowiązkowego wkładu własnego na poziomie 20%, od początku roku rośnie wartość zaciąganych kredytów mieszkaniowych. Po danych o akcji kredytowej w II kwartale Związek Banków Polskich podwyższył swoją wcześniejszą prognozę udzielonych kredytów hipotecznych w całym 2017 r. Obecnie przewiduje on, że ich wartość przekroczy 40 mld zł.

Jest jednak druga strona medalu. Niskie stopy procentowe to równocześnie niskie oprocentowanie depozytów. Sytuacja nie byłaby specjalnie dotkliwa dla oszczędzających w bankach, gdybyśmy mieli do czynienia ze zjawiskiem przejściowym, bądź z deflacją lub praktycznie zerową inflacją.

A jak to wygląda obecnie w Polsce? Ostatnia zmiana stóp procentowych miała miejsce w marcu 2015 r. To zdecydowanie najdłuższy w historii okres stabilizacji. Niestety w tym czasie można było obserwować trend spadkowy w zakresie oprocentowania depozytów. W lipcu – według danych NBP – założenie depozytu o zapadalności powyżej roku daje już średnio mniej niż 1,2 proc. To rekordowo niski poziom. Na domiar złego inflacja przyspieszyła (w sierpniu wyniosła 1,8% r/r), a jej prognozy wskazują na dalszy wzrost. To oznacza, iż realne oprocentowanie depozytów jest ujemne. Tak więc w rzeczywistości na lokacie bankowej nie tylko nic nie zyskamy, ale nawet nie ochronimy siły nabywczej naszego kapitału. Nic nie wskazuje także, by w najbliższej przyszłości miało się coś zmienić na lepsze dla deponentów. Przewodniczący RPP, Adam Glapiński, spodziewa się, że stopy procentowe nie ulegną zmianie przynajmniej do końca przyszłego roku.

Trudno w tej sytuacji dziwić się, że coraz mniej Polaków satysfakcjonuje oferta banków, czemu dają wyraz masowo wycofując z nich swoje oszczędności. W czerwcu br. suma depozytów terminowych osób prywatnych spadła już do najniższego poziomu od dwóch lat (dane NBP). Przypomnijmy, iż dokonało się to w warunkach poprawiającej się sytuacji gospodarczej.

Gdzie trafiają wycofywane pieniądze? W poszukiwaniu bardziej intratnych możliwości – zwłaszcza zamożni Polacy – masowo zaczęli analizować dostępne alternatywy. Jednak bardziej zyskowne produkty inwestycyjne wiążą się z większym ryzykiem. Właśnie z tego powodu dla wielu oszczędzających najbardziej atrakcyjną relacją zysk/ryzyko stały się inwestycje w nieruchomości. Pomimo wysokiego progu wejścia zdecydowali się więc na inwestycje w mieszkania, apartamenty i aparthotele, co w efekcie spowodowało napływ szerokiego strumienia gotówki na rynek. Potencjalne stopy zwrotu z wynajmu mieszkania (4-6%) pozostawiają daleko w tyle nawet najbardziej promocyjne lokaty bankowe.

Według danych NBP jeszcze nigdy Polacy nie wydawali tak dużo gotówki na zakup mieszkań. W samym I kw. 2017 r. – w zaledwie 6 miastach i to tylko w biurach sprzedaży deweloperów – wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych (co stanowiło około 67% transakcji). Na rosnące zapotrzebowanie elastycznie reaguje branża nieruchomości. Dzięki temu na rynku można znaleźć propozycje odpowiadające na bardzo zróżnicowane preferencje, oczekiwania i możliwości nabywcze klientów. Poczynając od typowych mieszkań w popularnym budownictwie, po bardziej wysublimowane propozycje, jak luksusowe apartamenty w centrach największych miast. Wciąż przybywa również propozycji skierowanych do osób szukających możliwości bezobsługowej inwestycji, co wyraźnie widać na przykładzie wciąż stosunkowo nowego na polskim rynku condo. W samych miastach w budowie i planach jest ponad 2 500 jednostek condo (raport „Aparthotele w dużych miastach”, InwestycjewKurortach.pl). W zamian za współfinansowanie budowy obiektu hotelowego, kupujący uzyskuje własność pokoju wraz z kilkuletnią gwarantowaną stopą zwrotu (najczęściej 6-9%).

Dziś trudno dokładnie przewidzieć jak długo będzie trwał boom w tym sektorze. Plany inwestycyjne deweloperów na najbliższe 2-3 lata zdają się wskazywać, że dzięki niskim stopom procentowym rynek condo będzie się w tym czasie dalej szybko rozwijał.

 

Źródło: JAKUB NIECKARZ, PREZES PVI – PROPERTY VALUE INVESTMENTS

Ponad połowa Polaków, którzy są w związkach, uważnie analizuje swoje wydatki. Jak pokazało badanie przeprowadzone na zlecenie Grupy KRUK „Budżet domowy polskich par”, prawie 60 proc. badanych uwzględnia przy wydatkach potrzeby swoich partnerów.

Analiza badania przeprowadzonego przez SW Research pokazuje, że Polacy w ponad 55 proc. przypadków analizują swoje wydatki. Oznacza to, że połowa z nas robi zakupy w sposób przemyślany. Jednak 32 proc. osób odczuwa niepokój w związku z wydatkami, szczególnie tymi większymi lub nieprzewidzianymi.

Oczywiście są wśród nas pary, dla których spontaniczne zakupy nie stanowią problemu, ale są one w zdecydowanej mniejszości. I tak na przykład w województwie zachodniopomorskim tylko 11 proc. badanych przyznało się, że robi zakupy spontanicznie. Z kolei 70 proc. mieszkańców Lubelszczyzny uważnie analizuje każdą wydaną złotówkę. Wśród bardziej ostrożnych konsumentów znajdują się mieszkańcy wsi. Może to wynikać z różnic zarobków, jakie są między mieszkańcami wsi i miast, ale też z ograniczonego dostępu do miejsc, gdzie można wydawać pieniądze.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego z bieżącego roku, mieszkaniec województwa lubelskiego zarabia średnio 3878 zł brutto. Jest to jeden z niższych wyników w Polsce. To z kolei może się przekładać na ich obawy co do nieprzemyślanego wydawania pieniędzy. Ponad 62 proc. badanych z tego regionu uważa, że nagła utrata pieniędzy będzie dla nich zła w skutkach i może negatywnie wpłynąć na ich zdrowie psychiczne. W porównaniu do mieszkańców innych regionów Polski, ankietowani z Lubelszczyzny odczuwają również największy stres w związku z wydatkami.

Jeśli chodzi o uwzględnianie partnera w wydatkach danego gospodarstwa domowego, to można śmiało powiedzieć, że zależy ono od pokolenia. Najczęściej osoby w wieku 60+ dbają o komfort i zaspokojenie potrzeb finansowych swoich partnerów życiowych (odpowiedziało tak aż 70 proc. respondentów w tym wieku).

Jak się okazuje, skłonność do wydawania pieniędzy zależy również od płci. Zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn uwzględnia przy wydawaniu pieniędzy swoich partnerów. W tym przypadku różnica wynosi 6 punktów procentowych. Panie również bardziej analizują swoje wydatki. Na tzw. „czarną godzinę” oszczędza ponad 60 proc. Polek i około 53 proc. Polaków.

Mniej spontanicznie podchodzą do wydatków osoby będące w związkach małżeńskich (60 proc. wobec 50 proc.). Polacy będący w związkach formalnych także częściej analizują swoje zakupy (70 proc. wobec 53 proc.).

Co ciekawe, najciężej jest rozstać się z pieniędzmi osobom do 24 roku życia. Prawie 40 proc. młodych niechętnie wydaje pieniądze. Dla przykładu wśród osób w wieku 50-59, około 25 proc. nie chce rozstawać się z gotówką.

– Jak pokazało badanie „Budżet domowy polskich par”, kobiety są bardziej odpowiedzialne w związku pod kątem wydawania pieniędzy. Odkładają pieniądze częściej niż mężczyźni. Kontrola finansowa to też domena małżeństw. To one częściej dbają o swoje wspólne fundusze niż osoby, które są w związkach nieformalnych. Ciekawe jest również to, że zachowania finansowe zależą również od pokolenia. Na przykład seniorzy dużą wagę przywiązują do ustalania wspólnych wydatków. Z kolei najmłodsi, którzy być może mają nieregularne przychody, wnikliwie analizują swoje wydatki, nim się na nie zdecydują  – mówi Agnieszka Salach z Grupy KRUK.

Komentarz psychoterapeuty, Mateusza Ostrowskiego

Badanie pokazuje, że osoby w związkach małżeńskich podchodzą poważniej do swoich wspólnych finansów. To zapewne efekt tego, że część związków nieformalnych ma raczej status „chłopaka i dziewczyny”, czyli są to nieco luźniejsze więzi. Niewykluczone, że część tych osób jeszcze ze sobą nie mieszka. Małżeństwo jest m.in. deklaracją, że to, co się dzieje między dwojgiem ludzi, jest „na poważnie”. W naszej kulturze jest też swego rodzaju inicjacją w dorosłość. Co oczywiście nie oznacza, że wśród par żyjących w nieformalnych związkach nie ma takich, które odpowiedzialnie i rozsądnie prowadzą wspólne gospodarstwo domowe. Jednak na całkowity efekt statystyczny będą miały wpływ te luźniejsze relacje w początkowym stadium.

Jeśli chodzi o to, że kobiety częściej uwzględniają partnera przy wydawaniu pieniędzy, jest to zapewne wynikiem ich lepszych umiejętności czy kompetencji. Można dyskutować czy to efekt czynników biologicznych, czy ról społecznych, ale widać, że paniom jakoś łatwiej pomyśleć o tym, jak ich decyzje wpływają na drugą osobę. Są one również bardziej otwarte na rozmowę o swoich potrzebach czy problemach. To, że częściej analizują swoje wydatki może być pokłosiem tradycyjnych ról społecznych.  Jeszcze jedną generację temu mężczyzna przynosił wypłatę do domu, przekazywał mniejszą lub większą jej część żonie i to na jej głowie zostawiał problem wiązania końca z końcem. Te role oczywiście mocno się zmieniają, ale stare wzorce zachowań zaskakująco długo potrafią wpływać na nasze postawy
i działania.

 

Źródło: Firma KRUK S.A.

Już za niecały miesiąc w życie wejdzie ustawa obniżająca wiek emerytalny. Od 1 października świadczenie mogą otrzymać kobiety, które ukończyły 60 lat oraz mężczyźni po 65 roku życia – łącznie około 330 tys. kolejnych uprawnionych osób. Tymczasem, tylko w lipcu blisko 160 tys. przyszłych emerytów zgłosiło się do doradców ZUS–u z prośbą o wyliczenie świadczenia przysługującego im od październik. Dodatkowo, coroczne listy z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych „Informacje o stanie konta ubezpieczonego” wysłane do 19 mln Polaków przedstawiały nieaktualnie wyliczone kwoty. Jak poradzić sobie w czasie intensywnych przemian w systemie emerytalnym? Na co zwracać uwagę i jak interpretować język w korespondencji ZUS–u?

Ministerstwo Finansów, we współpracy z Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej planują wprowadzić rozwiązania, które zachęcą osoby w wieku emerytalnym do pozostania na rynku pracy. Jak wynika z szacunkowych danych, rok dodatkowej pracy zwiększa świadczenie o średnio 8 proc. Najbardziej skłonne ku temu są osoby z wyższymi zarobkami – w ich przypadku dodatkowy wysiłek zwiększy emeryturę nawet o kilkaset złotych. Jednak w przypadku osób pobierających niższe wynagrodzenie, świadczenie przedemerytalne lub kompensacyjne czy bezrobotnych różnica będzie na tyle niewielka, że dalsza praca po prostu nie będzie się opłacać. Według danych przedstawianych przez MPiPS, jedynie 30 proc. zgłaszających się po poradę, planuje nadal pracować, połowa deklaruje przejście na emeryturę, 20 proc. nadal nie podjęło decyzji. – System emerytalny jest w Polsce zmieniany, co kilka lub kilkanaście lat. Jednak wprowadzane modyfikacje nie są kompleksowe, brak spójnego rozwiązania, które uleczy ZUS i ustabilizuje przyszłość emerytur Polaków. Osoby, które osiągnęły już wiek emerytalny mogą gubić się w niezrozumiałym, urzędowym żargonie. Dlatego tak ważne jest, by wiedzieć, w jaki sposób naliczana jest nasza emerytura oraz zastanowić się w jak możemy poprawić swój poziom życia – mówi Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM.

Korespondencja Zakładu Ubezpieczeń Społecznych – pytania i odpowiedzi

Kapitał początkowy

Jest to element obowiązujący osoby, które rozpoczęły pracę przed 1999 r., czyli wszystkich, którzy obecnie osiągają wiek emerytalny. Nie istniał wówczas III filar, czyli tzw. IKE (Indywidualne Konta Emerytalne) ani IKZE (Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego), na których Polacy mogli odkładać swoje składki, czy to w formie IKO, funduszy inwestycyjnych czy ubezpieczeniowych. Dlatego Zakład Ubezpieczeń Społecznych zobowiązany jest wyliczyć hipotetyczną emeryturę, za lata składkowe i nieskładkowe do 1 stycznia 1999 roku. Wysokość kapitału początkowego zależy m.in. od długości obydwu tych okresów: lata składkowe liczone są razy 1,3 proc. podstawy wymiaru każdego roku, nieskładkowe – razy 0,7 proc. Istotny jest również fakt, że z biegiem czasu kapitał początkowy powiększa się, w wyniku corocznej waloryzacji. Co zrobić w przypadku, kiedy na naszym liście nie jest podana kwota kapitału początkowego? Należy zgłosić się do oddziału ZUS w celu złożenia pisemnej prośby o jego wyliczenie.

Konto i subkonto

Konto w ZUS posiada każdy odprowadzający składki.  Na nim liczone są oszczędności emerytalne oraz cała historia przebiegu ubezpieczenia. Subkonto jest to indywidualne konto ubezpieczonego w ZUS–ie, który jest członkiem OFE. A także, w sytuacji zmian w systemie – do końca stycznia 2014 roku nie podjął decyzji o przystąpieniu do OFE. Generalizując: zarówno na koncie jak i subkoncie odkładana jest nasza emerytura, obliczana na podstawie przemnożenia naszych składek przez wskaźnik waloryzacji, który zależny jest od dwóch czynników: poziomu inflacji oraz poziomu wzrostu płac w roku poprzedzającym aktualne wyliczenia. Wchodząc jednak w szczegóły warto zaznaczyć, że osobno przeliczane są środki w I filarze (objęte waloryzacją), a inaczej środki w II filarze, gdzie pod uwagę brana jest zmiana wartości jednostek rozrachunkowych OFE.

Wysokość hipotetycznej emerytury

W tym punkcie, w Wariancie 1 możemy zapoznać się z kwotą, która stanowi naszą hipotetyczną emeryturę w dniu osiągnięcia wieku emerytalnego – w przypadku zakończenia pracy i tym samym zaprzestali płacenia składek. W Wariancie 2 przedstawiona jest hipotetyczna emerytura, jaką otrzymamy w dniu osiągnięcia wieku emerytalnego przy dalszym opłacaniu składek w dotychczasowej wysokości. Oczywiście, świadczenie możemy otrzymać dopiero po osiągnięciu minimalnego wieku i decyzji o przejściu na emeryturę. – Wysokość hipotetycznego świadczenia, które będziemy otrzymywać na emeryturze często jest dla Polaków brutalnym zderzeniem z rzeczywistością. Dla młodszych jest to trudne do wyobrażenia, że odłożyli dotychczas tak małą kwotę. Niestety dla osób, które zbliżają się lub już osiągnęły wiek emerytalny, jest to często smutna rzeczywistość. Oczywiście, z biegiem czasu odłożona kwota rośnie. Jednak znamy polskie realia – często nadal są to kwoty dramatycznie niskie – mówi Robert Majkowski z Funduszu Hipotecznego DOM.

Jak obliczana jest nasza emerytura?

W momencie, kiedy podejmujemy decyzję o przejściu na emeryturę, ZUS dzieli wszystkie środki (składki plus ewentualny kapitał początkowy) przez ilość miesięcy, które zwane są statystyczną długością życia. Zakładana jest oczywiście dalsza waloryzacja świadczeń, czyli środki na koncie ZUS nie powinny tracić siły nabywczej. Według GUS 60 – latek będzie żył jeszcze 19,3 lat, natomiast 60 – latka 24,5 lat. Uśredniając kobieta i mężczyzna będą żyli jeszcze 259, 5 miesiąca. Czyli około 21 lat.

Jak pomóc sobie na emeryturze?

Wobec powyższych faktów oraz powszechnej wiedzy odnośnie polskiego systemu emerytalnego warto, aby senior zastanowił się jak może zapewnić sobie przypływ dodatkowej gotówki. Oczywiście, dodatkowa praca na emeryturze jest możliwa, z tym, że nie każdy emeryt może sobie na nią pozwolić. Główną przeszkodą mogą być problemy zdrowotne, zwłaszcza, że wiele dorywczych ofert wymaga pewnej sprawności fizycznej. – W sytuacji zadłużenia lub nagłego wydatku seniorzy starają się ratować pożyczką lub kredytem, którego główną wadą jest to, że z czasem zaczyna stanowić kolejny wydatek, że kiedyś każdy kredyt trzeba spłacić wraz z odsetkami – tłumaczy Majkowski. Rozwiązaniem, do którego Polacy nadal podchodzą sceptycznie, jest renta dożywotnia. Tzw. hipoteka odwrócona stanowi źródło dodatkowej gotówki na emeryturze. W ramach podpisanej umowy senior, powyżej 60. roku życia, posiadający na własność mieszkanie lub dom może przekazać prawo do pośmiertnego gospodarowania swoją nieruchomością. W zamian otrzymuje comiesięczne świadczenie, którego wysokość obliczana jest indywidualnie. – Wysokość renty wyliczamy każdemu klientowi z osobna, w zależności od płci, wieku oraz wartości nieruchomości, na którą wpływają lokalizacji, powierzchni czy jej stan. Taka rozwiązanie pomoże zasilić portfel seniora bez dodatkowych zobowiązań finansowych – dodaje

Źródło: Fundusz Hipoteczny DOM

 

Sytuacja ekonomiczna w Polsce utrzymuje się na wyrównanym poziomie. Obserwujemy poprawiające się warunki pracy i wzrost płac. Co za tym idzie? Coraz więcej osób decyduje się na zakup mieszkania na własność. Jakie lokale cieszą się największym powodzeniem?

Polacy przy kupnie lokum zwracają największą uwagę na takie czynniki jak: cena, lokalizacja, rozkład, piętro i udogodnienia takie jak komórka lokatorska, garaż czy winda. Najchętniej wybieramy lokale zlokalizowane na czwartym lub piątym piętrze.

– Większość klientów deweloperów to osoby biorące kredyty hipoteczne. Popyt na nie jest aż o 20% wyższy niż rok wcześniej (w 2016 roku sprzedano 266 tys. mieszkań). Jednak nie każdy złożony wniosek jest akceptowany przez bank, szczególnie jeśli dotyczy on wysokich sum. Dlatego spory odsetek Polaków decyduje się na mniejsze kredyty, a co za tym idzie kompaktowe lokale, czyli zaprojektowane w taki sposób, aby dawały maksymalną funkcjonalność – przyznaje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Na start

Single i młode małżeństwa zazwyczaj szukają kawalerki lub mieszkania dwupokojowego. Przed podjęciem decyzji największą uwagę zwracają na cenę i lokalizację. Nie bez znaczenia jest także odległość od punktów handlowych, komunikacji miejskiej i centrum miasta. Najlepiej sprzedają się mieszkania w śródmieściu, ponieważ większość młodych osób chce mieć wszędzie blisko i być w centrum wydarzeń.

Rodzinne dylematy  

Małżeństwa z dziećmi mają większe wymagania mieszkaniowe. Najczęściej decydują się na lokum trzypokojowe (mające ponad 50 mkw.) z aneksem kuchennym i balkonem lub prywatnym ogródkiem. Rodziny zwracają większą uwagę na odległość od parków, placów zabaw, a także przedszkoli i szkół.

Polacy coraz częściej decydują się na mieszkanie wykończone i urządzone, ponieważ nie mają czasu kupować wyposażenia, zajmować się malowaniem czy aranżacją wnętrz samodzielnie. Wolą kupić lokal gotowy do zamieszkania.

Nowe wymagania

Osoby dojrzałe coraz częściej myślą o rozwiązaniach ekologicznych, zapewniających najwyższy komfort życia. Dlatego popularne stają się technologie typu smart home. Poprawiają one bezpieczeństwo mieszkańców przez możliwość zdalnego sterowania i całodobowej kontroli lokalu. Inteligentne urządzenia są estetyczne, bezawaryjne i wymagają minimum obsługi przez co kuszą coraz większą liczbę osób. Z roku na rok większym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania ekologiczne. Nowoczesne mieszkania mają doskonały mikroklimat, są wolne od alergenów i przyjazne środowisku (emitują mniej CO2).

– W ofercie Wawel Service już wkrótce pojawi się dom, który spłaci za siebie ratę kredytu (będzie nazywał się Freedom). Wszystko dzięki zastosowaniu nowoczesnych systemów energooszczędnych. Pierwszy pokazowy budynek zobaczymy wiosną 2018 roku. Do tego czasu nasi klienci mogą poznać najnowsze rozwiązania technologiczne dzięki inwestycjom takim jak Osada Czorsztyn czy Domy w Michałowicach – komentuje Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży Wawel Service.

Z badań TNS Polska wynika, że mieszkania marzeń szukamy przez internet. 45% Polaków przegląda strony deweloperów, a 32% ufa portalom ogłoszeniowym. W ostatnich latach można zaobserwować znaczny wzrost świadomości wśród nabywców. Są oni znacznie lepiej przygotowani do transakcji, wiedzą o co pytać, jak szukać i czego unikać. Tym samym są bardziej zadowoleni z kupowanych przez siebie nieruchomości.

 

Źródło: Wawel Service

Polacy z roku na rok wymieniają coraz więcej walut. Mogłoby się wydawać, że największe kwoty wymieniamy w okresie wiosenno – letnim z powodu zbliżających się wakacji. Okazuje się jednak, że kantory, zarówno te stacjonarne, jak i internetowe mają najwięcej pracy w grudniu. Dlaczego? KantorBox.pl przyjrzał się poniżej tematowi.

Kto i jak wymienia waluty w Polsce?

Zanim ustalimy, dlaczego w grudniu przeprowadzamy najwięcej transakcji, zwróćmy uwagę na to, kto i dlaczego wymienia waluty w Polsce. Część z nas wyjeżdża na wakacje, spłaca kredyty czy robi zakupy w sieci. Cały czas największy odsetek osób wymieniających waluty są ci, których bliscy pracują za granicą. Jak wskazują statystyki, wielu emigrantów regularnie przesyła swoim bliskim pieniądze. Ci natomiast najchętniej wymieniają obcą walutę na złotówki w grudniu. W szale przygotowań do świąt oraz bożonarodzeniowych prezentów zawsze przydaje się większa ilość pieniędzy, więc waluty wymieniamy wtedy znacznie częściej.

Osoby pracujące poza granicami kraju przesyłają do Polski od 500 do nawet 2000 złotych miesięcznie. Niezależnie od tego, w jaki sposób przekazywane są pieniądze, czy za pośrednictwem, transferów, np. Western Union czy za pośrednictwem systemów przesyłania pieniędzy takich jak PayPal, zawsze ponosimy dodatkowe koszty przekazu. Najczęściej wysokość prowizji uzależniona jest od wartości transakcji. Nie dziwi więc fakt, że emigranci coraz częściej przesyłają pieniądze za pośrednictwem kantorów internetowych. Czas realizacji jest podobny, natomiast całkowite koszty przewalutowania znacznie są znacznie niższe niż np. prowizje bankowe.

Tańsze zakupy w Polsce

Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że pracując na zachodzie Europy, bardzo często możemy pozwolić sobie na znacznie lepszą jakość życia niż w Polsce. Jeśli jednak przyjrzymy się cenom konkretnych produktów to bardzo szybko zauważymy, że sprzęt RTV, książki, kosmetyki czy np. płyty są w Polsce znacznie tańsze. Oczywiście za wiele produktów musimy zapłacić nieco więcej (np. perfumy lub ubrania). Pamiętajmy jednak, że kupując je na miejscu nie musimy martwić się o sposób ich przewiezienia, czy opłaty za dodatkowy bagaż. Jest to kolejny czynnik wpływający na dużą ilość transakcji wymiany walut w grudniu. Osoby pracujące za granicą przyjeżdżają na święta i wymieniają pieniądze, aby móc kupić prezenty dla bliskich.

Grudzień – czas częstych i wysokich transakcji

Koniec roku to również czas, w którym firmy zamykają swoje budżety i finalizują większość rozpoczętych transakcji. To okres, w którym więcej eksportujemy oraz znacznie więcej importujemy, a co za tym idzie częściej wymieniamy waluty. Ponadto firmy zamykają okresy rozliczeniowe, spłacają zadłużenia i rozliczają się ze swoimi kontrahentami. Jest to okres bardzo intensywnej pracy dla wszystkich branż. Szybka i tania wymiana walut jest w tym czasie szczególnie istotna. Z początkiem roku stan ten znacznie się uspokaja. Wiele firm decyduje się na przerwę noworoczną, wstrzymywane są produkcje a nowe rozmowy handlowe dopiero się rozpoczną. W związku z tym początek roku to również spokój i stabilizacja na rynku wymiany walut.

Czy w grudniu za wymianę walut płacimy więcej?

Można spodziewać się, że każdy, kto przeczytał powyższy artykuł, szuka odpowiedzi na to pytanie. Zwiększone zapotrzebowanie na wymianę walut oczywiście może mieć znaczny wpływ na koszty transakcji. Pamiętajmy jednak, że na wysokość danego kursu wpływa wiele czynników, a nie tylko ilość przeprowadzanych transakcji. Zarówno w grudniu, jak również przez cały rok musimy regularnie obserwować rynki i porównywać kursy. Dzięki temu będziemy pewni, że zawsze za wymianę walut ponosimy najmniejsze możliwe koszty.

Upatrzona w niemieckim sklepie konsola do gier, która miał być prezentem urodzinowym, nie dotarła na czas. Perfumy z Francji nie przypominają z wyglądu tych wystawionych na stronie. A w sprowadzonym z Włoch rowerze szwankują przerzutki. Jak powinien zareagować klient z Polski, gdy internetowe zakupy w jednym z państw UE skończyły się fiaskiem?

Większy wybór towarów, szybszy dostęp do nowości, modele nieosiągalne w Polsce, przekonanie o wyższej jakości produktów, czasami także niższe ceny – chociaż różnią się motywy kupujących, to układają się w zbieżny trend: coraz więcej Polaków korzysta z usług zagranicznych sklepów internetowych. Nie zniechęca nas wyższy koszt przesyłki ani dłuższy okres oczekiwania na realizację zamówienia. Z raportu pt. “E-commerce in Europe” wynika, że w ub.r. na całym Starym Kontynencie liczba amatorów e-zakupów poza granicami kraju najdynamiczniej zwiększyła się (r/r) właśnie w Polsce.

Wolne od cła

Kupując przez internet, w teorii nie trzeba zwracać uwagi na granice. Jednak w praktyce sytuacja wygląda inaczej. E-zakupy w unijnych państwach są o tyle przejrzyste, że tu w ogóle nie występuje kwestia opłat celnych. Tymczasem okazyjne oferty z azjatyckich lub amerykańskich sklepów mogą dotrzeć do Polski już w nieco mniej atrakcyjnych cenach. I nie chodzi tu o droższy transport, tylko o cło.

W ogóle nie trzeba się tym przejmować, o ile wartość towaru nie przekracza 22 euro. Wówczas przesyłki nie podlegają dodatkowym opłatom. Przy droższej zawartości paczki sprawa robi się bardziej skomplikowana. Rolę odgrywa nie tylko cena zamówionych przedmiotów, lecz także ich przeznaczenie. Np. smartfony, konsole do gier i aparaty fotograficzne obejmuje zerowa stawka cła. To nie koniec zasad. Przesyłki warte mniej niż 150 euro nie podlegają ocleniu, lecz mogą zostać objęte 23-procentowym VAT-em. Kiedy zaś wartość nie przekracza 45 euro, można także uniknąć opodatkowania.

Maksymalnie 30 dni

Sprzedawcy w każdym z unijnych krajów zobowiązują się do zachowania 30-dniowego terminu na wywiązanie się z zamówienia. W takim limicie czasowym paczka powinna dotrzeć do klienta. Wyjątek od tej reguły następuje tylko po indywidualnym ustaleniu z klientem, że doręczenie wybranego towaru potrwa dłużej.

Co jeśli handlowiec nie dotrzyma słowa? Wówczas zamawiającemu przysługuje prawo do odstąpienia od umowy. Tzn. może nie przyjmować zamówionego produktu, żądając zwrotu przelanych pieniędzy. Podobny przywilej przysługuje każdemu, kto zostałby zaskoczony finalną kwotą transakcji. Prawo zobowiązuje bowiem sprzedających, by klarownie informowali o cenach artykułów i kosztach dostawy. Kupujący, o ile wyrażą taką wolę, akceptują wszelkie ew. dodatkowe opłaty (np. za ekspresową wysyłkę lub dodatkowe opakowanie), zanim odbiorą towar. Jeśli tego nie zrobią, powinni domagać się zwrotu pieniędzy za tzw. ukryte składowe części kosztów zamówienia.

Kto zapłaci za zwrot?

Klient musi się liczyć z drobnymi konsekwencjami, jeśli nie odbierze zamówionego towaru, który dotarł w określonym terminie. Firma handlowa najprawdopodobniej obciąży kupującego stawką za przesyłkę zwrotną.

Jednak każdą zakupioną przez internet rzecz na terenie UE można odesłać do sprzedawcy bez zagłębiania się w przyczyny, tyle że wtedy kupujący także na ogół bierze na siebie koszt wysyłki zwrotnej. “Na ogół” – ponieważ czasami oferty handlowe zawierają opcje darmowego odesłania towaru. Taki zapis staje się oczywiście wiążący, a przy tym bardzo korzystny dla klienta.

Wymagana zgodność koloru, modelu, wyglądu

Nie tylko cena, lecz także opis, jakość wykonania, rodzaj użytych materiałów, kolor, wygląd, rozmiar, ew. typ, model, parametry techniczne itp. – po prostu wszelkie podane na stronie internetowej informacje zobowiązują sprzedawców, aby wysłali klientom produkty tożsame z charakterystyką zawartą w ofercie. Kiedy zaś dojdzie do pomyłki sprzedawcy, klientowi przysługuje tytuł, by żądać wymiany lub naprawy zamówionego towaru. Sprzedający nie tylko musi dostarczyć to, co zaoferował, lecz także odpowiada za ew. wadliwość produktów aż do chwili, w której doręczy zamówienie. Jeżeli wymiana lub naprawa – z różnych przyczyn – nie wchodzi w grę, wówczas nabywcy przysługuje zwrot pieniędzy.

Gdyby do uszkodzenia towaru doszło w transporcie, konsekwencje znów spadają na handlowca, jednak nie w każdym wypadku. Wyjątek może stanowić sytuacja, w której klient zdecydował się na usługi innego przewoźnika niż zalecanego w ofercie. Roszczenia za zniszczenia w trakcie dostawy kupujący musi wtedy kierować do wybranej przez siebie firmy.

Liderzy rynku

Europejczykom trudno równać się z azjatyckimi i amerykańskimi gigantami pokroju: alibaba.com, aliexpress.com czy amazon.com. Tym niemniej każdy rynek ma swoich liderów i potentatów. Na Starym Kontynencie mnóstwo klientów korzysta z usług amazon.co.uk, amazon.de, eBay.co.uk, eBay.de – czyli brytyjskich i niemieckich kuzynów wywodzących się z USA kolosów. Należy przy tym odróżnić sklepy od serwisów aukcyjnych, a na tych drugich można napotkać zarówno oferty sklepów, jak i aukcje np. używanych rzeczy od ich prywatnych właścicieli. Ludzi, którzy nie prowadzą działalności gospodarczej i sprzedają swoje używane np. ubrania, telefony czy rowery też obowiązuje odpowiedzialność za jakość towaru i dostarczanie produktów zgodnych z opisem, bez ukrytych wad. Sytuacja kupującego zmienia się jednak o tyle, że traci prawo do bezpodstawnego zwrotu zakupionej rzeczy.

Daleko za Brytyjczykami, ale grubo przed Rumunią i Bułgarią

Czy Polacy robią zakupy w sieci? – Można zażartować, że w naszym kraju taka forma nabywania towarów jest w niemal w połowie powszechna – odpowiada Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Wg Eurostatu w ub.r. 42 proc. naszych rodaków zdecydowało się na jakikolwiek e-zakup – dodaje analityk Cinkciarz.pl. – To ponad dwa razy więcej niż w 2008 r., kiedy ten odsetek wynosił 18 proc.

W Unii Europejskiej nie należymy jednak do liderów internetowego kupowania, dla równowagi nie ma nas także wśród autsajderów. – Według tych samych statystyk, jesteśmy poniżej unijnej średniej, która wynosi 55 proc. Największy odsetek kupujących przez internet jest w Wielkiej Brytanii, w 2016 r. wynosił on 83 proc., czyli prawie dwa razy więcej niż w Polsce. Nieco mniejszy odsetek zanotowano w Danii – 82 proc., Luksemburgu czy Norwegii – po 78 proc. – wymienia analityk rynkowy Cinkciarz.pl. – Na drugim biegunie z kolei znajdowała się Rumunia z 12 proc. ludności, która dokonała zakupu przez internet w 2016 r. To dokładnie taki sam odsetek, jaki odnotowano w Polsce, ale w 2006 r. W ub.r. tylko nieco lepiej pod tym względem wyglądała w UE Bułgaria, która charakteryzowała się 15-procentowym odsetkiem kupujących przez internet – dodaje Bartosz Grejner z Cinkciarz.pl.

 

 

Źródło: Cinkciarz.pl

Polacy są coraz bardziej uważni, kiedy robią zakupy przez Internet. Jak wynika z badania TNS Kantar, w stosunku do roku ubiegłego o połowę wzrosła liczba osób, które sprawdzają bezpieczeństwo stron www sprzedawców podczas dokonywania płatności. Zwiększyła się również grupa respondentów stosujących rozwiązania typu pay-by-link, które zapewniają wysoki poziom bezpieczeństwa transakcji. Badanie zostało zrealizowane na zlecenie Związku Banków Polskich i KIR.

Problem oszustw w sieci rośnie z roku na rok. Dane Kaspersky Lab pokazują, że w 2016 roku zanotowano łącznie około 73 mln prób wyłudzeń danych personalnych, które mogłyby posłużyć do kradzieży pieniędzy. To o 13 proc. więcej niż jeszcze rok wcześniej. Jak twierdzi Artur Wojtczuk, dyrektor Linii biznesowej płatności internetowe w KIR, w przyszłości tego typu ataki będą się nasilać ze względu na przenoszenie w coraz większym stopniu zarządzania naszymi pieniędzmi do Internetu. – Rynek e-commerce do 2020 roku osiągnie wartość aż 63 mld zł. Większa liczba transakcji w sieci zachęca przestępców do szukania możliwości „zarobku” w rzeczywistości wirtualnej – mówi Artur Wojtczuk.

Według eksperta KIR warto pamiętać, że duża część odpowiedzialności za bezpieczeństwo naszych finansów w świecie online spoczywa na nas samych – Chociaż banki mają wieloletnie doświadczenie w rozwijaniu zabezpieczeń przed hakerami, to nawet najbardziej zaawansowane rozwiązania nie zapewnią należytej ochrony, jeśli użytkownicy nie będą przestrzegać podstawowych zasad bezpieczeństwa – tłumaczy.

Polacy a cyberbezpieczeństwo

Jak pokazują badania TNS Kantar zrealizowane na klientach banków, osoby dokonujące zakupów przez Internet coraz częściej zachowują podstawowe zasady ostrożności w sieci. Częściej niż wykazywały to wcześniejsze edycje badania, deklarują, że sprawdzają czy strona, z której chcą dokonać płatności, jest odpowiednio zabezpieczona. Przyrost w stosunku do zeszłorocznej edycji badania wyniósł 6 p.p. (z 10 proc. do 16 proc.). Jednocześnie wzrosła niechęć do podawania online danych karty płatniczej. Odsetek osób, które deklarują, że unikają płacenia kartą ze względu na konieczność podawania szczegółowych danych (takich jak numer karty) zmieniła się z 9 proc. w roku poprzednim do 15 proc. w tym roku.

Dane te pozwalają wnioskować, że stajemy się coraz bardziej świadomi zagrożeń, jakie mogą nas spotkać w sieci podczas dokonywania zakupów, a jednocześnie, że zwiększa się wiedza na temat skutecznych metod ochrony przed nimi. Wpływ na to mogą mieć akcje edukacyjne prowadzone między innymi przez sektor bankowy, które informują o tym, jak bezpiecznie korzystać z pieniędzy w świecie wirtualnym – mówi Artur Wojtczuk.

Co ciekawe, obecnie dwukrotnie więcej osób niż w 2016 r. rezygnuje z zakupu, gdy w polu „odbiorca przelewu” pojawia się podmiot inny niż sklep, z którym zawieramy transakcję (wzrost z 5 do 10 proc.). Z kolei o 4 p.p. wzrósł odsetek osób, które unikają kopiowania i wklejania numerów rachunków bankowych przy wypełnianiu danych do przelewu. Obecnie zwraca na to uwagę 17 proc. osób robiących zakupy przez Internet.

Chociaż trend jest pozytywny, to warto pamiętać, że wciąż daleko nam do zadowalających wyników. Tylko odpowiednio wysoki odsetek osób zachowujących się bezpiecznie w Internecie, pozwoli w pełni wykorzystać potencjał, jaki daje nam cyfrowa rewolucja – mówi Artur Wojtczuk.

Bezpieczne płatności bez pośredników

Aby czuć się bezpiecznie dokonując płatności w Internecie, 11 proc. respondentów – czyli o 3 p.p. więcej niż w zeszłym roku – stosuje rozwiązania typu pay-by-link (takie jak Paybynet, oferowany przez KIR). Jest to system gwarantowanych płatności internetowych, który obsługuje przelewy on-line, przez 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, także w dni wolne od pracy. – System Paybynet ma jeszcze inną ważną cechę. Pieniądze przelewane są bezpośrednio z konta płatnika na konto bankowe sprzedawcy, co powoduje, że kupujący zyskują większe poczucie bezpieczeństwa podczas dokonywania płatności. Jak wynika z badania TNS Kantar, ten aspekt usługi docenia 9 proc. respondentów – podkreśla Artur Wojtczuk. Dodatkowo numer rachunku odbiorcy i wartość transakcji jest wypełniana automatycznie, co niweluje ryzyko popełnienia błędu przy ręcznym wpisywaniu danych.

 

Wypowiedź: Artur Wojtczuk

Rekordowe wyniki aktywności i sprzedaży deweloperów musiały w końcu odbić się na cenach mieszkań. Systematyczne wzrosty doprowadziły do tego, że aktualnie Indeks Cen Transakcyjnych znajduje się najwyżej od dokładnie sześciu lat.

Mimo realnej wizji pojawienia się na rynku tysięcy tanich mieszkań na wynajem pochodzących z programu Mieszkanie Plus, Polacy nie przestają kupować nieruchomości. 859,84 pkt – najnowszy odczyt Indeksu Cen Transakcyjnych Home Brokera i Open Finance ma wartość najwyższą od sierpnia 2011 roku. Ceny mieszkań w głównych ośrodkach miejskich wzrosły w ciągu roku o 3,4 proc. Warto jednak zwrócić uwagę na dynamikę w ostatnich miesiącach, przez ostatnie pół roku stawki wzrosły o 5,7 proc.

Główny Urząd Statystyczny regularnie informuje o kolejnych rekordach w działalności deweloperów. W okresie styczeń-lipiec tego roku wystąpili oni o ponad 80 tys. pozwoleń na budowę mieszkań, o prawie 40 proc. więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Imponują także wzrosty liczby rozpoczętych budów (28 proc. r/r) i lokali oddanych do użytkowania (10 proc. r/r). Tak wysoka aktywność firm jest pochodną zainteresowania ze strony kupujących.

Indeks Cen Transakcyjnych Home Broker i Open Finance

We wszystkich najważniejszych miastach ceny mieszkań w ostatnim roku wzrosły – wynika z obliczeń Home Brokera. Na szczególną uwagę zasługują Gdańsk i Łódź, gdzie roczna zmiana jest największa. W pierwszym mieście wzrost wyniósł 11,5 proc., a w drugim 28,1 proc. Szokować może dynamika zmiany w Łodzi, acz trzeba pamiętać, że historycznie przeciętna cena metra kwadratowego w tym mieście cechuje się dużą zmiennością, a rok temu mediana ceny była wyjątkowo niska (poniżej 3,6 tys. zł za mkw.) i obecny odczyt porównywany jest do tej niskiej bazy. To nie jest jednak tak, że inwestorzy rzucili się na lokale w Łodzi i ceny poszybowały w kosmos. Za taką zmianą stoi raczej zmiana struktury kupowanych nieruchomości. Gdy sprzedaje się mniej mieszkań starszych, a więcej nowych, w lepszych lokalizacjach, przeciętna cena transakcyjna rośnie. Nie znaczy to jednak, że rosną wyceny konkretnych lokali.

 

Drożej w wielu miastach

Mediana (to ona służy nam do wyliczeń) ceny metra kwadratowego wzrosła w większości miast, jedynymi dużymi miastami z obniżkami są w tym tygodniu Białystok, Gdynia i Katowice. Poza wspomnianymi Gdańskiem i Łodzią, po stronie wzrostów warto zauważyć Poznań (+7,5 proc.), Kraków (+4,3 proc.), Warszawę (+3,5 proc.) i Wrocław (+1,6 proc.). To największe rynki w kraju i skala zmian podobna do średniej dla całości nie powinna dziwić.

Piąty miesiąc z rzędu w górę poszła przeciętna cena w Warszawie, na początku roku było to poniżej 7 tys. zł za mkw., aktualnie zaś wartość ta przekracza 7350 zł za mkw. Z danych Narodowego Banku Polskiego wynika, że w ostatnim roku ceny transakcyjne na stołecznym rynku pierwotnym najbardziej wzrosły na Bemowie, Bielanach, Ochocie i Wilanowie (5-6 proc.). Z kolei na rynku wtórnym jedyną dzielnicą, gdzie wzrost przekroczył 5 proc. była Praga Południe , za to na Ochocie i Włochach przeciętne stawki obniżyły się o ponad 6 proc. Aktywności kupujących sprzyja duże zróżnicowanie oferty, co dotyczy zarówno lokalizacji, jak i standardu i wielkości mieszkań.

Co stoi za wzrostami cen mieszkań w Polsce?

W ostatnich miesiącach mieszkania kupują zarówno osoby dysponujące gotówką jak i ci, którzy posługują się kredytem bankowym. Jeśli chodzi o rynek kredytowy, to rośnie zarówno przeciętna kwota, jak i liczba pożyczek. Jest to efektem korzystnej sytuacji gospodarczej, w której przy niskich stopach procentowych spada bezrobocie, rosną pensje, a pracownicy czują się bezpieczniej na swoich stanowiskach. Są więc skłonni do podejmowania takich decyzji jak zakup mieszkania. Dotyczy to zarówno osób inwestujących w lokal pod wynajem, jak i tych, którzy kupują nieruchomość dla siebie.

Z obliczeń Open Finance wynika, że trzyosobowa rodzina o zarobkach w wysokości dwukrotności średniej krajowej, chcąca dziś kupić mieszkanie, może pożyczyć na 30 lat około 480 tys. zł, co jest kwotą o ok. 70 tys. wyższą niż rok temu.

Dokąd zmierzamy?

Sytuacja na rynku mieszkaniowym poprawia się już od ponad czterech lat. Początkowo o trendzie decydował rosnący popyt gotówkowy, ale od początku 2017 roku rośnie też popyt na kredyty mieszkaniowe. Ten przez siedem miesięcy bieżącego roku wzrósł o około 16 proc. – wynika z szacunków BIK. Sytuacja jest o tyle zaskakująca, że o kredyt jest trudniej. Banki wymagają przecież 20-proc. wkładu własnego, a marże kredytowe rosną. Dążenie to ułatwia dobra sytuacja na rynku pracy, która skutkuje rosnącymi wynagrodzeniami i poziomem zatrudnienia.

Eldorado trwa też dzięki rekordowo niskiemu poziomowi stóp procentowych. To skutkuje niskim oprocentowaniem kredytów i lokat. Szczególnie dzięki słabej ofercie dla oszczędzających Polacy szukają alternatywy dla swoich pieniędzy, znajdując ją na rynku mieszkań na wynajem. Póki co nie powinni obawiać się braku najemców biorąc pod uwagę jak wielu Ukraińców przyjechało do Polski w poszukiwaniu pracy i lepszego życia. Rzadko kupują oni mieszkania (w 2016 r. niewiele ponad tysiąc), częściej stają się najemcami. Z szacunków Open Finance wynika, że zajmują przynajmniej 100-200 tys. mieszkań, a pamiętajmy, że w Polsce wynajmowanych jest oficjalnie ok. 650-700 tys. lokali.

Prezydent wpłynie na wzrost cen?

Dane Home Broker i Open Finance, ale też NBP czy REAS pokazują, że w takim otoczeniu ceny mieszkań rosną. Diagnoza jest prosta – popyt przewyższa podaż i to pomimo rekordowej aktywności deweloperów. Nie sposób ocenić jak długo sytuacja ta będzie jeszcze trwała. Oprócz przytoczonych wyżej motorów wzrostu warto też zwrócić uwagę na inicjatywę, którą niedawno zgłosił Prezydent.

Chodzi o projekt nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Paradoksalnie może on przynieść ulgę nie tylko kredytobiorcom walutowym, ale też doprowadzić do wzrostu popytu na mieszkania. Jak? Nowe prawo to dodatkowe koszty dla banków – nawet 3,2 mld zł rocznie. Podobnym obciążeniem był tzw. „podatek bankowy”, a wiązać można go ze spadkiem oprocentowania lokat o około 0,4 – 0,5 pkt. proc. To znowu zmotywowało wiele osób do zakupu mieszkania na wynajem, co pozwala dziś zarobić nawet ponad cztery razy więcej niż przeciętny bankowy depozyt. Problem w tym, że najświeższe dane NBP sugerują, że kwota trafiająca na rynek mieszkaniowy, wraz ze spadkiem oprocentowania, zaczyna rosnąć w sposób wykładniczy.

Przykład? W 2012 roku oprocentowanie rocznych lokat było na poziomie około 4,5 proc., a do biur sprzedaży deweloperów z siedmiu miast trafiali nabywcy, którzy co kwartał wydawali około 1,5 mld zł na mieszkania. W 2014 roku oprocentowanie depozytów spadło do poziomu około 2,5 proc., a zakupy gotówkowe opiewały na około 2,1 mld zł kwartalnie. Spójrzmy jednak co dzieje się dalej. W 2016 roku oprocentowanie spadło już nieznacznie – do poziomu około 1,8 proc., a zakupy gotówkowe wzrosły do średniego poziomu prawie 3,5 mld zł kwartalnie. Zaskakujący był natomiast pierwszy kwartał br. Oprocentowanie na poziomie około 1,65 proc. było na tyle nieatrakcyjne, że Polacy zanieśli do biur sprzedaży deweloperów aż 4,4 mld złotych gotówki. Jeśli sytuacja dalej tak będzie się rozwijać, to nawet niewielki spadek oprocentowania może skutkować znacznym wzrostem popularności zakupów mieszkań na wynajem, a pokonanie bariery 6, 7 czy nawet 8 mld złotych trafiających co kwartał na rynek wydaje się w świetle dostępnych dziś danych prawdopodobne.

Nie jest jednak tak, że przed rynkiem nie ma zagrożeń, które mogą doprowadzić do bolesnej korekty. Wielkimi krokami zbliża się koniec programu dopłat do kredytów. Lada moment na rynek zaczną trafiać też mieszkania budowane w ramach programu Mieszkanie Plus, a jeśli wierzyć zapowiedziom, to stawki czynszu mieszkań oferowanych w jego ramach mogą być nawet trzykrotnie niższe niż na rynku. To może doprowadzić do spadku popytu na mieszkania. Do tego z każdym dniem coraz bliższa staje się perspektywa podwyżek stóp procentowych, przez które kredyty mogą zdrożeć, a oprocentowanie lokat wzrosnąć stając się znowu realną alternatywą dla inwestowania w mieszkania. Takie ruchy z łatwością mogą schłodzić rozgrzany rynek mieszkaniowy.

 

Źródło: Home Broker

W lipcu doszło do kosmetycznej podwyżki oprocentowania lokat bankowych. Jest to pierwsza pozytywna dla deponentów zmiana od 6 miesięcy. Do zmian mogły zachęcić umykające z bankowych kont pieniądze. W ciągu ostatnich 3 miesięcy Polacy wycofali z nich bowiem 5,9 miliardów – wynika z danych NBP.

Odpływ depozytów z systemu bankowego powoli staje się faktem. Już nie tylko niskie oprocentowanie lokat skłania do przenoszenia pieniędzy na rachunki ROR i oszczędnościowe, skąd łatwiej nimi dysponować. W ostatnich miesiącach dane sugerują też, że już nawet trzymanie pieniędzy na bankowych rachunkach przestaje być dla Polaków rozwiązaniem. Oszczędności wolą zainwestować bardziej ryzykownie – licząc na wyższy zysk, albo po prostu wydać na przyjemności. Ze statystyk publikowanych przez NBP wynika bowiem, że w lipcu Polacy trzymali w sumie 609,3 mld na złotowych rachunkach i lokatach w banku. To o 1,6 mld zł mniej niż w czerwcu i aż o 5,9 mld zł mniej niż trzy miesiące wcześniej (w kwietniu było to 615,2 mld zł).

Niespełna 12 złotych odsetek od odłożonego na rok tysiąca

Sytuacja taka może oznaczać, że wcale nie jest przypadkiem to, że lipiec był też pierwszym od pół roku miesiącem, w którym oprocentowanie depozytów wzrosło. Różnica była jednak kosmetyczna. Podczas gdy w czerwcu statystyczny deponent zadowalał się oprocentowaniem na poziomie 1,37% w skali roku, to w miesiąc później było to już 143% – wynika z danych NBP. Wciąż pozostają to więc stawki bardzo niskie. Zanosząc do banku 1000 złotych można bowiem przeciętnie liczyć na 14,3 zł odsetek w skali roku. Po potrąceniu podatku daje to zaledwie 11,58 zł rocznego zysku na rękę.

Na tyle można liczyć na przeciętnej lokacie, ale banki skłonne są dawać odrobinę więcej na lokatach trzymiesięcznych i rocznych – odpowiednio 1,58% i 1,6%. Wciąż jest to jednak za mało, aby pokonać inflację. Z pomocą mogą wtedy przyjść oferty promocyjne. Kierowane są one do nowych klientów lub ich nowych środków, choć nie jest to regułą. Dzięki nim można przeważnie liczyć na 2-3% w skali roku. W niektórych przypadkach możliwe jest też osiągnięcie nawet około 5% odsetek w skali roku, co już jest bardzo solidnym zyskiem. Ale uwaga! Promocyjne oferty limitują zazwyczaj górną granice kwot, którą można odłożyć na korzystnych warunkach.

Prezydent może ściąć stawki

Jest ponadto o wiele za wcześnie, aby doszukiwać się w pierwszej od miesięcy podwyżce oprocentowania początku jakiegoś trendu. Istnieje raczej poważne zagrożenie, że depozyty będą za jakiś czas jeszcze mniej atrakcyjne. Taki może mieć wpływ wprowadzenie w życie prezydenckiej propozycji nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Nowe prawo niosłoby pomoc kredytobiorcom z problemami i ułatwiłoby pozbycie się z systemu bankowego kredytów walutowych, ale to kosztuje, a banki gdzieś te dodatkowe pieniądze będą musiały znaleźć. Mogą obniżyć oprocentowanie depozytów, podmieść opłaty, marże kredytowe lub zadowolić się niższym zyskiem.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

 

 

W styczniu pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkania dla młodych”. Expander zwraca jednak uwagę, że nie będzie to zupełny jego koniec. Do 2023 r. dodatkową dopłatę w wysokości nawet 17,5 tys. wciąż będą mogli otrzymać uczestnicy, którym urodzi się 3 lub kolejne dziecko. Duże szanse na to ma 23 tys. rodzin, które w momencie przystąpienia do programu miały już przynajmniej jedno dziecko.

W styczniu 2018 r. pojawi się ostatnia szansa na dołączenie do programu „Mieszkanie dla młodych”. Jeśli ktoś spełnia jego wymogi, to powinien rozważyć możliwość uzyskania dopłaty, gdyż może otrzymać nawet 113 537 zł. Tak wysokie wsparcie dotyczy jednak tylko uczestników posiadających przynajmniej troje dzieci. Większość (57%) uczestników programu w momencie wnioskowania o wsparcie nie miała jednak w ogóle dzieci. Nie powinno to dziwić, gdyż Polacy zanim się zdecydują na potomstwo zwykle chcą już mieć własne mieszkanie.

W najbliższych latach uczestnicy MdM, mogą więc zacząć starać się o dzieci. Co ważne, jeśli w ciągu 5 lat od zakupu urodzi się im trzecie lub kolejne dziecko, to dostaną dodatkową dopłatę w wysokości 5%. W przypadku Warszawy wyniesie ona ok. 17,5 tys. zł. Ze względu na 5-letnie ograniczenie, największe szanse na takie wsparcie mają jednak ci, którzy w momencie wnioskowania o dofinansowanie mieli już przynajmniej jedno dziecko. Takich rodzin było 23 tysiące. Niestety, jak na razie, przez 3,5 roku skorzystało z tej możliwości zaledwie 355 rodzin. Pamiętajmy jednak, że dopiero w ubiegłym roku zaczął działać program „Rodzina 500+”, który dodatkowo mobilizuje do posiadania większej liczby dzieci. Dlatego w przyszłości takich wniosków może być zdecydowanie więcej.

Jak zawnioskować o dodatkową dopłatę

Jeśli w rodzinie biorącej udział w programie urodzi się lub zostanie adoptowane trzecie lub kolejne dziecko, może ona złożyć wniosek o dodatkową dopłatę. Należy to zrobić w ciągu 6 miesięcy od narodzin czy przysposobienia. Wniosek trzeba złożyć w tym banku, w którym spłacany jest kredyt hipoteczny. Istotne jest także to, że tych pieniędzy nie dostanie do ręki. Dopłata trafi od razu do banku i obniży zadłużenie kredytu, a więc pomniejszy ratę lub skróci jego okres spłaty. Istotne jest również to, że takie wsparcie może być udzielone tylko raz. Jeśli więc otrzymamy je na trzecie dziecko, to na czwarte już nie zostanie nam wypłacone. Warto też dodać, że bank nie może naliczyć w takiej sytuacji prowizji za wcześniejszą spłatę.

Na koniec warto dodać, że Ci, którzy chcieliby jeszcze dołączyć do programu, nie powinni zwlekać do stycznia 2018 r. Co prawda dopiero od początku przyszłego roku będzie można składać wnioski. Już teraz warto jednak poszukać mieszkania spełniającego warunki programu. W listopadzie lub pierwszej połowie grudnia najlepiej odwiedzić banki lub pośrednika kredytowego w celu przygotowania wszystkich niezbędnych dokumentów.  Wiele wskazuje bowiem na to, że pieniądze na dopłaty mogą się skończyć nawet już w drugim tygodniu stycznia. Ci, którzy będą odkładać formalności na ostatnią chwilę mogą więc nie zdążyć ich dopełnić zanim pieniądze się skończą.

 

Źródło: Expander

Z badania „Przedsiębiorczość Polaków” przeprowadzonego przez TNS na zlecenie Grupy Muszkieterów, wynika, że w porównaniu z reprezentantami pozostałych grup wiekowych, osoby między 25 a 34 rokiem życia są znacznie bardziej skłonne założyć własną działalność gospodarczą. Gdyby nadarzyła się odpowiednia okazja, na rozpoczęcie własnego biznesu zdecydowałby się co 5 respondent w tym przedziale wiekowym. Badanie pokazało również niską świadomość Polaków w zakresie zasad prowadzenia działalności franczyzowej, a co za tym idzie potrzebę edukacji w tym zakresie. Z badania TNS wynika bowiem, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza.

Obraz przedsiębiorczego Polaka

Zdaniem Polaków prowadzenie własnej działalności gospodarczej ma zarówno wiele zalet, jak i pewne minusy. Do zalet zaliczają oni m.in. samodzielność podejmowania decyzji (52 proc. respondentów) oraz poczucie niezależności i wyższe zarobki (kolejno 44 i 43 proc.). Natomiast najczęściej wymienianymi czynnikami, które zniechęcają Polaków do prowadzenia własnej firmy są: skomplikowany system podatkowy (43 proc.), konieczność walki z konkurencją (40 proc.) oraz zbyt wysokie koszty pracy (37 proc.).

Zaledwie 12 proc. respondentów zadeklarowało, że myślało kiedyś o założeniu własnej firmy, choć współczynnik ten jest wyższy u osób młodych (w przedziale 25-34 lata wyniósł 21 proc.). Głównym czynnikiem, przez który Polacy zrezygnowali z uruchomienia własnej działalności gospodarczej był brak wystarczających środków finansowych (33 proc. wskazań).

Wyniki badania TNS wskazują, że dla ponad 1/3 respondentów handel jest nadal najatrakcyjniejszą branżą, jeśli chodzi o prowadzenie własnego biznesu. Nie dziwi mnie to. Bricomarché na przykład, działając na rynku produktów do domu i ogrodu, systematycznie zwiększa swoje obroty – o około 20 proc. rok do roku. Przekłada się to w oczywisty sposób na zyski właścicieli sklepów – komentuje Eliza Orepiuk-Szymura, Dyrektor ds. Komunikacji i Informacji Grupy Muszkieterów w Polsce.

W badaniu sprawdzono również skąd respondenci czerpią informacje na temat zakładania własnej działalności. Najczęściej wskazywani byli znajomi oraz członkowie rodziny (36 proc.), Internet (32 proc.) oraz osoby, które już prowadzą własną firmę (30 proc.).

 Franczyza – słabo poznana przez Polaków

Z badania TNS wynika, że blisko 80 proc. Polaków nigdy nie słyszało słowa „franczyza” albo nie wie, co ono oznacza. Natomiast dane rynkowe pokazują, że zarówno liczba sieci, jak i placówek franczyzowych sukcesywnie rośnie.

Franczyza w Polsce ma bardzo duży potencjał wzrostu. Prowadząc działalność w ramach franczyzy łatwiej jest zmierzyć się z konkurencją, a właśnie tego, zgodnie z przeprowadzonym badaniem, obawia się aż 40 proc. myślących o własnym biznesie. Biznes w ramach franczyzy to również znany szyld oraz potrzebne wsparcie, szczególnie w zakresie szkoleń oraz know-how. Reasumując, działanie w grupie pozwala szybciej dostosować się do zmian na rynku i oczekiwań klientów – mówi Eliza Orepiuk-Szymura.

Franczyza w wydaniu Muszkieterów

Działalność biznesowa Grupy Muszkieterów opiera się na zasadach franczyzy, jednak nie jest to zwykła struktura franczyzowa. Grupa proponuje unikalny w Polsce tego rodzaju model, który zakłada, że przedsiębiorstwa mają charakter rodzinny i społeczny oraz dają członkom możliwość samorealizacji na polu zawodowym i osobistym. Model bazuje na dwóch kluczowych zasadach: niezależności oraz współdecydowaniu o przyszłości organizacji. Każdy właściciel Intermarché i Bricomarché spełnia bowiem podwójną funkcję kierowniczą: jest niezależnym szefem zarządzanego przez siebie przedsiębiorstwa oraz pełni funkcję zarządczą w ramach Grupy. Dzięki temu przedsiębiorcy mają wpływ na kształtowanie polityki Grupy oraz wyznaczanie kierunków jej rozwoju. Jednocześnie pozwala im to na wymianę wiedzy i doświadczenia między sobą oraz tworzenie dobrych praktyk.

Członkostwo w organizacji wiąże się również z zaakceptowaniem Karty Muszkietera, określającej metody działania, standardy i misję Grupy. Zgodnie z nią członkowie Grupy podejmują działania dobroczynne na rzecz lokalnych społeczności. Są to m.in. zbiórki krwi, badania mammograficzne, współpraca z bankami żywności czy budowa placów zabaw.

 

 

Źródło: Grupa Muszkieterów

 

Rynek mieszkaniowy w Polsce od wielu lat dynamicznie się rozwija. Według danych GUS, w pierwszym półroczu 2017 roku oddano do użytkowania ponad 78 tys. mieszkań. Wydano również pozwolenia lub dokonano zgłoszenia na budowę ponad  13 tys. mieszkań, tj. o 33 proc. więcej niż 2016 r. Budujemy też coraz więcej domów. W związku z tym rośnie zapotrzebowanie na produkty ubezpieczeniowe chroniące nasze nieruchomości. Jednym z nich jest domowe Assistance, czyli usługa dodawana (często w pakiecie) do polis ubezpieczeniowych. Kiedy i w jakim zakresie możemy liczyć na pomoc w ramach Assistance? Co zrobić gdy dojdzie do zalania, awarii instalacji grzewczej lub pęknięcia rury? Jakie są koszty napraw hydraulicznych?

Z analizy Gothaer wynika, że Polacy, którzy decydują się na polisę mieszkaniową, coraz częściej rozszerzają jej zakres o poszczególne ryzyka wynikające z ich indywidualnych potrzeb a także oczekują większego wsparcia ze strony ubezpieczyciela. – Ubezpieczenie domu lub mieszkania zawiera również wsparcie oferowane w ramach Assistance. Niestety nie każdy ubezpieczony wie, że przysługuje mu prawo do takich usług, dlatego warto sprawdzić zakres i zasady działania każdej polisy. W Gothaer Assistance przysługuje wszystkim osobom korzystającym z ubezpieczenia „Cztery kąty” – niezależnie od tego, czy właściciel sam zamieszkuje nieruchomość, czy ją wynajmuje – wyjaśnia Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Hydraulik w środku nocy może słono kosztować

Kuchnia, łazienka, piwnica, kotłownia są najbardziej narażone na zalanie. Jednak awarie związane z zalaniem mogą wystąpić wszędzie: tam gdzie są kaloryfery, ogrzewanie podłogowe, rury w ścianach – czyli praktycznie w każdym pomieszczeniu. Najczęstszą przyczyną awarii hydraulicznych są wadliwe lub stare i zużyte materiały o słabej jakości lub wytrzymałości. Jeżeli usterka, do której doszło jest powszechna i nie wymaga wymiany specjalnych części – pomoc możemy otrzymać dość szybko. W większych miastach funkcjonują tzw. pogotowia hydrauliczne, które działają przez całą dobę, jednak w przypadku mniejszych miejscowości na wizytę specjalisty możemy czekać od kilku godzin do kilku dni. Nawet jeśli hydraulik przybędzie na czas, może okazać się, że części, które uległy zniszczeniu nie są dostępne, a oczekiwanie na zamówione elementy może wiązać się z dewastacją mieszkania czy domu. Ceny usług hydraulicznych różnią się zależnie od doświadczenia fachowca, sposobu wykonania przez niego pracy i od regionu, w którym oferuje on swoje usługi. Przykładowo naprawa baterii (kranu) w umywalce kosztuje średnio 120 zł brutto, za wymianę mechanizmu spustowego spłuczki kompaktowej zapłacimy taką samą cenę. Gdy doliczymy koszt dojazdu fachowca na miejsce a także wynagrodzenie możemy narazić się na dużo większe wydatki.

Jak działa Assistance?

Ochrona w ramach Assistance polega na praktycznej pomocy to znaczy organizacji usługi, dojazdu odpowiedniego specjalisty oraz pokrycia kosztów robocizny. Oznacza to, że w przypadku kłopotów z zamkiem szybko pojawi się u nas ślusarz, a gdy dach zacznie przeciekać pomoże nam dekarz.
– W Gothaer zapewniamy wsparcie 10 specjalistów: elektryka, hydraulika, murarza, specjalisty RTV/AGD/ PC, stolarza, szklarza, ślusarza, dekarza, technika urządzeń grzewczych, technika urządzeń klimatyzacyjnych. Ubezpieczony otrzyma pomoc w ciągu 4 godzin od momentu zgłoszenia zdarzenia do Centrum Alarmowego Gothaer. Ponadto, jeżeli doszło do awarii pralki, lodówki lub innego sprzętu RTV/AGD/PC i nie ma możliwości usunięcia defektu, ubezpieczyciel pokryje koszt transportu sprzętu z nieruchomości do autoryzowanego serwisu i z powrotem – tłumaczy Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A. Oprócz tego Assistance zapewnia przeglądy bojlera, pieca, systemów kominowych, instalacji elektrycznej i gazowej, jeżeli doszło do ich zniszczenia na skutek nieszczęśliwego zdarzenia.

Wysokość składki i suma ubezpieczenia a pomoc specjalisty                                   

Jak podkreślają przedstawiciele Gothaer, polisy mieszkaniowe są jednymi z najtańszych na rynku. Biorąc pod uwagę wartość ubezpieczonego mienia, składki roczne są relatywnie niskie i zaczynają się już od ok. 100 zł. W zamian nabywamy nie tylko finansowe zabezpieczenie na wypadek szkód, ale przede wszystkim zaoszczędzamy sobie niepotrzebnych zmartwień i problemów, gdy do trudnej sytuacji rzeczywiście dojdzie – W przypadku Assistance suma ubezpieczenia w zakresie czynności związanych z udzieleniem natychmiastowej pomocy interwencyjnej wynosi 600 zł na jedno i wszystkie zdarzenia zaistniałe w okresie ubezpieczenia – podkreśla Anna Materny z Gothaer TU S.A. Pamiętajmy jednak, by zapoznać się z Ogólnymi Warunkami Ubezpieczenia ponieważ liczba interwencji w ramach Assistance jest ograniczona. – Ubezpieczonemu przysługuje jedna interwencja usługodawcy każdej specjalności w rocznym okresie ubezpieczenia. Jeżeli jedno zdarzenie wymaga interwencji kilku specjalistów, to przysługuje świadczenie łączne, do wyczerpania sumy ubezpieczenia – dodaje Anna Materny, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Detalicznych w Gothaer TU S.A.

Źródło: Grupa Gothaer

 

 

 

Jeśli nie mamy oszczędności, to jednym z pierwszych etapów powinno być stworzenie tzw. poduszki finansowej. To podstawa – uważają eksperci od finansów.

Analizując i planując budżet domowy, warto zastanowić się na początek nad celami finansowymi. Jeśli nie mamy jeszcze oszczędności, to jednym z pierwszych etapów powinno być stworzenie tzw. poduszki finansowej – środków, które odłożymy na nieprzewidziane sytuacje życiowe. Taka poduszka finansowa to podstawa – uważają eksperci od finansów.

Polacy nie często pozwalają sobie na taką poduszkę. Z badań Fundacji Kronenberga wynika, że w 2015 r. tylko 16 proc. Polaków deklarowało systematyczne oszczędzanie, a sporadycznie oszczędzających było 43 proc. – wynika z raportu NBP „Rozwój systemu finansowego w Polsce w 2015 r.

Tymczasem „zdrowa kondycja finansowa” to stan, w którym gospodarstwo domowe efektywnie zarządza przychodami i wydatkami, jest przygotowane na niespodziewane wydatki oraz długoterminowo planuje swoje bezpieczeństwo finansowe.

Eksperci od zarządzania domowymi finansami radzą, aby przed jakimkolwiek inwestowaniem, spłacić najpierw wszelkie długi, zbudować fundusz awaryjny i właśnie poduszkę bezpieczeństwa. Dopiero później możemy mówić o oszczędzaniu np. na dzieci, czy o inwestowaniu pieniędzy. Ich zdaniem, fundusz awaryjny powinien wynosić co najmniej 1000-2000 zł, natomiast „poduszka bezpieczeństwa” – ekwiwalent co najmniej 3-6 miesięcznych kosztów (średnia miesięczna kwota wydatków – zarówno regularnych, jak i nieregularnych).

Autorzy Diagnozy społecznej 2015 r. „za najlepiej przygotowanie na niespodziewane wydatki gospodarstwo uznali takie, którego oszczędności przekraczały wartość sześciomiesięcznych dochodów, łączne raty kredytów nie przekraczały 40 proc. dochodów, dom/mieszkanie było ubezpieczone oraz głowa rodziny posiadała ubezpieczenie na życie”.

Po co właściwie poduszka finansowa? Właśnie po to, aby w przypadku nieprzewidzianych sytuacji posiadać finansową ochronę. Tak jak w przypadku wypadku samochodowego – chroni nas poduszka powietrzna, tak w sytuacji nieprzewidzianej utraty pracy, choroby, czy innych okoliczności, np. śmierci bliskiej osoby – poduszka finansowa zabezpiecza naszą finansową sytuację.

Stan finansów – zdaniem psychologów – ma też wpływ na nasze psychiczne funkcjonowanie. A brak finansów może nawet objawiać się somatycznie, np. bólem w ciele. Badania prowadzone przez Eileen Chou, Bidhan Parmar z Uniwersytetu Virginia oraz Adama Galinsky z Uniwersytetu Columbia pokazują, że wzrost niepewności gospodarczej jest powiązany ze zwiększenie skarg na ból fizyczny u badanych (dane opublikowane przez Psychological Science).

Okazuje się więc, że warto zadbać o swoją sytuację finansową także ze względów zdrowotnych. „Poczucie braku bezpieczeństwa finansowego (także zupełnie subiektywne) prowadzi do poczucia braku kontroli nad własnym życiem, a to z kolei wywołuje reakcje stresowe i lękowe. U podstaw tych procesów psychologicznych leżą podobne mechanizmy jak w przypadku reakcji bólowych” – zauważyli naukowcy.

Gospodarstwa domowe, w których obie dorosłe osoby były bezrobotne, wydawały na środki przeciwbólowe o 20 proc. więcej w porównaniu z gospodarstwami, w których przynajmniej jedna dorosła osoba pracowała (badania przeprowadzono w 2008 roku i wzięło w nich udział ponad 33,7 tys. osób).

 

Źródło: www.kurier.pap.pl

Ponad 4 lata trwa ożywienie na rynku mieszkaniowym. Deweloperzy wyznaczają kolejne rekordy i budują najwięcej od lat. W tym roku wystąpili już o pozwolenia na budowę ponad 80 tys. mieszkań – o 39% więcej niż w analogicznym okresie 2016 roku.

Deweloperzy nie zasypiają gruszek w popiele – Polacy chcą kupować mieszkania na potęgę, a więc firmy dostarczają ich najwięcej w historii. Nawet jednak rekordowo duża podaż lokali nie jest w stanie zaspokoić potrzeb popytu. Efekt? Zarówno nowe jak i używane mieszkania drożeją. Z lipcowego odczytu indeksu cen Open Finance i Home Broker wynika wzrost o 3,5% w ciągu roku. Bank centralny idzie dalej i szacuje, że używane mieszkania w największych miastach zdrożały w ciągu roku o 5% – wynika ze wstępnych danych NBP za 2 kwartał br. Wszystko wskazuje na to, że pomimo rekordowej produkcji nowych nieruchomości deweloperzy nie nadążają za potrzebami.

Deweloperzy biją kolejne rekordy

Przez 7 miesięcy br. deweloperzy wystąpili o pozwolenia na budowę aż 80,2 tysięcy mieszkań – wynika z danych GUS. To o 39% wyższy wynik niż w analogicznym okresie rok wcześniej i najwięcej w historii. Poprzedni rekord przypadał na rok 2007 i był o prawie 20 tysięcy lokali niższy. Nienotowane nigdy wcześniej w historii osiągnięcia sugerują też dane o liczbie rozpoczętych budów. W tym wypadku od stycznia do lipca mowa jest o prawie 63 tys. mieszkań deweloperskich, czyli o 28% więcej niż przez 7 miesięcy 2016 roku.

Rekordowe są też dane o liczbie mieszkań oddawanych do użytkowania. Tu GUS od prawie 2 lat pokazuje coraz lepsze wyniki, co nie dziwi biorąc pod uwagę, że ożywienie na tym rynku obserwujemy od ponad 4 lat. Po prostu coraz liczniejsze budowy rozpoczynane w okresie polepszającej się koniunktury zaczynają mieć swój finał. Efekt? Przez 7 miesięcy do użytkowania oddano 45,2 tys. mieszkań deweloperskich. To o 10% więcej niż przed rokiem. W całej historii rodzimych firm deweloperskich ze zbliżonym wynikiem mieliśmy do czynienia jedynie w 2009 roku, kiedy to w okresie od stycznia do lipca oddano klucze do 43,7 tys. mieszkań deweloperskich – wynika z danych GUS.

Tak dobrze jeszcze nie było

Dotychczas ożywienie stymulowali nabywcy dysponujący gotówką na zakup. Skala ich aktywności jest dziś na poziomach nienotowanych w historii. W ciągu zaledwie 3 miesięcy br., w zaledwie 6 miastach i tylko w biurach sprzedaży deweloperów, wydali oni na nowe lokale około 4,4 mld złotych – wynika z danych NBP. Jest to kwota, która wystarczy na zakup 12,5 tys. mieszkań. Skala zakupów dokonanych bez użycia kredytu jest więc obecnie trzy razy wyższa niż w 2012 roku. Póki ożywienie opierało się na takich kupujących, sytuacja była względnie bezpieczna. Jak jednak wynika z danych Biura Informacji Kredytowej od początku roku popyt na kredyty poważnie wzrósł. Przez 7 miesięcy progres wyniósł około 16% w porównaniu do analogicznego okresu rok wcześniej. Jest to o tyle zaskakujące, że banki wymagają nawet 20-proc. wkładu własnego przy zaciąganiu kredytów hipotecznych, a gdyby tego było mało, to długi takie drożeją w związku z podwyżkami bankowych marż.

W gąszczu informacji o biciu kolejnych rekordów każdy powinien mieć jednak świadomość, że paliwo potrzebne do wzrostów pewnego dnia się wyczerpie. Z dużym prawdopodobieństwem hamowanie rozpocznie Rada Polityki Pieniężnej, która decyduje o poziomie stóp procentowych w Polsce. Jeśli w końcu Rada zdecyduje się podnieść stopy procentowe, powinno to spowodować wzrost oprocentowania depozytów (alternatywy dla zakupu mieszkania na wynajem), wzrost rat kredytowych, spadek liczby sprzedawanych mieszkań, a niewykluczone są także spadki ich cen – wszystko zależy od tego jak bardzo i jak szybko podniesiony zostanie koszt pieniądza w gospodarce.

 

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

Rośnie liczba osób, które możemy określić jako klasę średnią, czyli filar gospodarki każdego wysoko rozwiniętego kraju. Dla banków, grupa zamożnych Polaków, tzw. klientów  premium, czyli takich, których zarobki plasują się powyżej średniej, staje się coraz bardziej istotna. Zaczynają doceniać tego atrakcyjnego klienta. Jeśli należysz do tej grupy, warto sprawdzić, co możesz zyskać.

Nasza gospodarka się rozwija, a grupa osób osiągających wyższe niż średnia zarobki cały czas się powiększa. Z danych Eurostatu wynika, że kiedy przystępowaliśmy do Unii Europejskiej, średnia siła nabywcza netto Polaków miała wartość 8 tys. euro, podczas gdy w Portugalii wynosiła ona 12,1 tys., w Niemczech 21 tys., a w Wielkiej Brytanii 29 tys. euro . Tymczasem już w 2015 r. siła nabywcza polskiego singla, zarabiającego przeciętną krajową wynosiła netto ponad 15,14 tys. euro. To wzrost niemal dwukrotny!

Konsumpcja rośnie

Poprawiają się też nastroje społeczne – z badania CBOS przeprowadzonego w maju br. wynika, że są one obecnie najlepsze w historii. – Pod względem materialnym żyje się nam coraz lepiej, co przekłada się wprost na nasze codziennie zachowania konsumpcyjne – mówi Monika Szlosek, Dyrektor Bankowości Detalicznej i Inwestycyjnej Deutsche Bank. – Znacznie częściej niż kiedyś stać nas na rzeczy zarezerwowane wcześniej dla wąskiej grupy najbogatszych, jak np. nowy, dobrej klasy samochód, egzotyczne wakacje czy nowocześnie wyposażone mieszkanie w dobrej dzielnicy – wylicza. – Nic dziwnego, że zamożni Polacy chcą czerpać korzyści ze swojej dobrej sytuacji finansowej.

Banki w krajach rozwiniętych już wiele lat temu zauważyły, że tzw. klasa średnia, określana także jako „affluent” albo „premium” ma odmienne potrzeby niż pozostali klienci. Dla instytucji finansowych za granicą jest to wręcz jedna z kluczowych grup. W Polsce – stosunkowo nowy fenomen. podobnie jak innych krajach naszego regionu. Zapewnienie oferty i standardu obsługi, które przekonają klienta zamożnego do długofalowej współpracy, to wciąż duże wyzwanie dla banków w Polsce

Kim jest klient premium

– Warto podkreślić, że klientem zamożnym niekoniecznie musi być milioner korzystający ze skrojonej na miarę oferty bankowości prywatnej, tzw. private banking. Do grupy tej zaliczają się już osoby, których średnie miesięczne zarobki oscylują w okolicach 5-7tys. zł netto – tłumaczy Monika Szlosek. – Jak wynika z naszych doświadczeń ze współpracy z klientami premium, szczególnie cenią oni sobie spójną, przekrojową, optymalnie dostosowaną do ich potrzeb, ofertę. Dotyczy to najważniejszych dla nich kwestii, czyli atrakcyjnych rozwiązań transakcyjnych, korzystnych warunków przy zaciąganiu kredytów oraz ciekawej oferty inwestycyjnej, ułatwiającej budowanie kapitału na przyszłość – dodaje.

Potwierdzeniem tych wniosków jest przeprowadzone niedawno przez Deutsche Bank badanie w tej właśnie grupie zamożnych Polaków. – Sondaż, na którego podstawie powstał raport „Portret zamożnego Polaka – Klienta Premium”, wyraźnie pokazuje, że są to osoby o większej niż przeciętna świadomości ekonomicznej, a także wiedzy o mechanizmach gospodarki rynko­wej – ocenia Monika Szlosek. – Z drugiej strony widać, że niektóre oczekiwania wobec banków są spójne z tymi wyrażanymi przez ogół Polaków.

Przyzwyczajenie do braku opłat

Przykładowo – podobnie jak przeciętny Kowalski, zamożny klient nie chce płacić za konto. Brak opłat to najważniejsze kryterium oceny rachunku bankowego (wskazało na nie dwie trzecie osób badanych przez Deutsche Bank). Podobnie z możliwością darmowego korzystania z krajowych bankoma­tów (58 proc.). Co drugi zamożny klient bierze pod uwagę oprocentowanie środków na rachunku (50 proc.), a 45 proc. sprawdza, czy w ramach rachunku bank oferuje bezpłatne wypłaty z bankomatów za granicą. Oczekiwania zamożnych klientów wobec banków w zakresie najbardziej pożądanych cech kart płatniczych mają w tej chwili podobny wydźwięk.

Brak opłaty za wydanie i korzystanie z karty płatniczej do konta jest ważną cechą dla ponad połowy badanych (52 proc.), 58 proc. oczekuje darmowych wypłat z bankomatów w Polsce, a 59 proc. z zagranicznych bankomatów.

– Przez ostatnie lata większość klientów przyzwyczaiła się do tego, że podstawowe czynności bankowe są bezpłatne. Wciąż jest to kluczowa kwestia, również dla osób osiągających wysokie zarobki – mówi Monika Szlosek, ekspertka Deutsche Bank. – Jednak brak opłat nie wystarczy, żeby zamożny Polak poczuł się rzeczywiście doceniony przez bank. Klient premium może oczekiwać dodatkowych korzyści, np. możliwie wysokiego oprocentowania rachunku, dołączonej do niego lokaty, czy opcji korzystnego limitu w koncie – wylicza.

Bank na wyciągnięcie ręki

Atrakcyjna oferta jest oczywiście kluczowym czynnikiem wyboru. Dla wielu klientów sposób kontaktu z bankiem jest kwestią niezwykle istotną. Obecnie większość instytucji finansowych skupia się na rozwijaniu kanałów online, w tym mobilnych, starając się ograniczać bezpośrednie wizyty klientów w oddziałach.

– W przypadku klientów premium, jak pokazuje nasze badanie, trzeba zachować pewną równowagę w tej kwestii, ponieważ duża ich część docenia w większym stopniu kontakt z pracownikiem banku. Możliwość takiej rozmowy traktuje jako kluczowy czynnik wyboru partnera bankowego, dający poczucie bezpieczeństwa – mówi Monika Szlosek.

Preferencje w tym zakresie są najczęściej uwarunkowane wiekiem klienta. Najstarsi doceniają przede wszystkim kon­takt z pracownikiem banku. Natomiast ci, którzy nie ukończyli jeszcze 34. roku życia, są dużo bardziej otwarci na wykorzystywanie internetu w kontakcie z bankiem.

– Trend ten będzie w najbliższych latach przybierał na sile, wraz z wchodzeniem w dorosłość kolejnych „cyfrowych” pokoleń. Wymagania tej kategorii klientów w zakresie dotarcia do banku poprzez kanał online będą rosły – mówi Monika Szlosek.- Nasze badanie pokazuje, że znaczenie nowych technologii ułatwiających korzystanie z usług bankowych jest istotne dla większości z nich. Dotyczy to zarówno strony czysto transakcyjnej, jak i w coraz większym stopniu zdalnego inwestowania z wykorzystaniem online’owych platform, takich jak np. nasz dbNavi do porównywania i zakupu jednostek funduszy inwestycyjnych.

 

Źródło:  Deutsche Bank

Aż 70 proc. Polaków wyjeżdżających za granicę nie zamierza się ubezpieczyć z tego tytułu. Co ciekawe, w zeszłym sezonie bez polisy w zagraniczną podróż wybierało się tylko 22 proc. badanych. Przeważająca część naszych rodaków (ponad 69 proc.) wczasy organizuje na własną rękę. W Polsce urlop spędzi 36 proc. ankietowanych, z czego na wypoczynek w kraju zdecydowanie chętniej przystają beneficjenci programu Rodzina 500+ – wynika z badania Diners Club Polska.


W tym roku na urlop za granicę wybiera się 18 proc. Polaków – niewiele mniej niż w  2016 r., kiedy to wczasy poza Polską planowało 22 proc. badanych. Zaskakuje jednak, że blisko 71 proc. respondentów nie zapewni sobie jakiegokolwiek ubezpieczenia w podróży zagranicznej. W zeszłym sezonie wakacyjnym, taką odpowiedź deklarowało trzy razy mniej badanych (22 proc.). Zarówno seniorzy, jak i młodzi są mało zapobiegliwi i nie wykupują dodatkowej ochrony na czas wakacyjnych wojaży. Analogicznie aż 90 proc. starszych i 77 proc. osób przed 30-trzydziestką nie zadba w tym roku o polisę. Większą przezornością w tym zakresie natomiast, wykazują się osoby o wyższym dochodzie oraz mieszkańcy dużych miast i metropolii. Spośród tych, którzy zamierzają się ubezpieczyć, tylko 13 proc. wykupi standardową ofertę w biurze podróży. Ponad 7 proc. skorzysta z  profesjonalnych usług ubezpieczyciela. Niecałe 6 proc. posłuży się tylko kartą EKUZ (Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego), a 3 proc. zapewni sobie inną formę ubezpieczenia, np. w kacie kredytowej.

– W ubiegłym sezonie ponad 76 proc. Polaków zadbało o polisę. Tegoroczne dane są niepokojące. Ponad trzy razy więcej urlopowiczów deklaruje, że nie zamierza się ubezpieczyć przed wyjazdem na wakacje. Warto pamiętać, że zapewnienie sobie ochrony nie zawsze musi się wiązać z ponoszeniem dodatkowych kosztów, np. niektóre produkty finansowe w swoim standardzie zawierają już ubezpieczenie podróży – mówi Monika Grabowska z Diners Club Polska.

Podróże na własną rękę

Polacy są zaradni i chętnie organizują wyjazdy wakacyjne na własną rękę – deklaruje tak prawie 70 proc. ankietowanych. W porównaniu do zeszłego sezonu, więcej z nas zamierza wykupić wycieczkę od tour opertorów (16 proc. w stosunku do niecałych 12 proc. w 2016 r.). Najchętniej na zorganizowane urlopy wybierają się mieszkańcy metropolii i o wyższym dochodzie. Natomiast, 14 proc. ankietowanych zadeklarowało, że organizację wyjazdu powierzy rodzinie lub znajomym.

Beneficjenci Programu Rodzina 500 Plus najchętniej odpoczywają w kraju

Jak wynika z badania Diners Club Polska, na wakacje w tym roku wybiera się nieco ponad połowa z  nas (54 proc.). Już drugi raz z rzędu najpopularniejszym kierunkiem letnich podróży jest Polska – odpoczywać zamierza tu 36 proc. ankietowanych. Najchętniej na wycieczki po kraju jeżdżą beneficjenci Programu Rodzina 500+. Spośród tych respondentów, 50 proc. wybiera wczasy w  Polsce, 25 proc. w innym kraju Unii Europejskiej, natomiast jedna czwarta wakacje spędzi w  miejscu zamieszkania. Dla porównania, wśród osób nieotrzymujących wsparcia z tego programu, 45 proc. nigdzie nie wyjedzie i zostanie w domu, 36 proc. będzie podróżować po kraju, a 5 proc. ruszy poza Europę. Co ciekawe, beneficjenci programu Rodzina 500+ częściej organizują wyjazdy na własną rękę. Aż 100 proc. z nich przyznaje, że urlop zorganizuje samodzielnie.

 

Źródło: Diners Club Polska

Chcesz otrzymać prawie 114 tysięcy złotych na zakup mieszkania? Zostało Ci niewiele czasu na skompletowanie niezbędnych dokumentów. Już 8 sierpnia może ruszyć ostatni w tym roku nabór wniosków i wszystko wskazuje na to, że pieniądze rozejdą się w ekspresowym tempie.

Ustawa podpisana 20 lipca przez prezydenta pozwala jeszcze w bieżącym roku ubiegać się o dopłaty do kredytów w ramach programu „Mieszkanie dla młodych”. Do wzięcia jest około 67 mln złotych. Pozwoli to kupić mieszkanie około 2,6 tys. szczęśliwcom. Czy warto? Przeciętna dopłata opiewa na 25,8 tys. zł, a rekordzista może zainkasować nawet prawie 114 tys. złotych – wynika z szacunków Open Finance.

Problem w tym, że ostatnia w tym roku transza jest dość skromna. 67 mln złotych, to pieniądze, które Polacy są w stanie wchłonąć błyskawicznie. Doskonałym przykładem była sytuacja ze stycznia br. Z uruchomionej wtedy kwoty zniknęły 122 miliony w zaledwie dwa dni. Może się więc okazać, że budżet zaplanowany na dopłaty rozejdzie się w 1-2 dni.

Tylko przygotowani mają szanse

Jeśli więc ktoś chce ubiegać się o dofinansowanie do zakupu mieszkania bezwzględnie powinien przygotować wszystkie niezbędne dokumenty, aby wniosek kredytowy mógł zostać zarejestrowany w systemie komputerowym jak najwcześniej we wtorek (8 sierpnia). Oznacza to, że na załatwienie wszystkich formalności zostało już bardzo mało czasu. Niezbędne jest wybranie odpowiedniego mieszkania i banku oraz rozpoczęcie całej procedury jak najszybciej. Część instytucji już od pewnego czasu przyjmuje od potencjalnych kredytobiorców dokumenty dotyczące sytuacji finansowej i samej nieruchomości i rozpoczynają analizy.

Mogą to być dokumenty w miarę łatwo dostępne jak wyciągi z kont, zaświadczenia o zarobkach. Gorzej jeśli bank będzie wymagał poświadczonych kopii złożonych deklaracji PIT, albo zaświadczenia o niezaleganiu ze składkami ZUS. Wtedy trzeba poprosić w urzędach, aby te dokumenty zostały wydane możliwie szybko. Nie zapominajmy też o samej umowie zakupu mieszkania – to przecież od powierzchni i ceny lokalu zależeć będzie czy nabywca zmieści się w limitach cen kwalifikujących do dopłat w ramach programu „Mieszkanie dla młodych”.

Kto może skorzystać z dopłat do kredytów?

Na dopłatę do zakupu mieszkania lub domu mogą liczyć przede wszystkim osoby młode – zarówno single, jak i rodziny i to niezależnie od tego czy mają dzieci. Program przeznaczony jest on dla osób w wieku do 35 lat (w wypadku małżeństw wystarczy, że jedno z małżonków ma maksymalnie 35 lat). Dodatkowo w myśl ustawy każdy z przynajmniej trójką dzieci jest osobą młodą. Nieruchomość musi być nabywana na kredyt, może pochodzić od dewelopera, spółdzielni lub z drugiej ręki. Beneficjentami co do zasady mogą być jedynie osoby, które nigdy wcześniej nie posiadały nieruchomości mieszkalnej. To ograniczenie także nie dotyczy rodzin wielodzietnych. Dopłata może wynieść od 10% do nawet 35% wartości odtworzeniowej kupowanej nieruchomości. Pieniądze te mogą być przez bank potraktowane jako wkład własny.

W wypadku mieszkania metraż nie może być większy niż 75 mkw. (dla rodzin z trójką dzieci 85 m kw.), a w wypadku domu 100 m kw. (dla rodzin z trójką dzieci 110 m kw.). Dopłata liczona jest jednak tylko do 50 m kw. nabywanej nieruchomości (dla rodzin wielodzietnych 65 m kw.). Zakwalifikować się do dopłat mogą mieszkania i domy, w wypadku których cena metra kwadratowego nie przekracza limitu publikowanego przez BGK. Dla nieruchomości nowych jest on wyraźnie wyższy. Na przykład w trzecim kwartale 2017 roku limit w Warszawie wynosi dla mieszkań nowych 6,4 tys. zł za m kw., a dla używanych niecałe 5,3 tys. zł za m kw.

Ryzykowna dopłata

Wszyscy beneficjenci muszą też mieć świadomość, że dofinansowanie jest na tyle popularne, że pieniędzy może nie wystarczyć dla wszystkich. W praktyce oznacza to, że niektórzy nie tylko nie otrzymają pieniędzy z budżetu, ale też mogą być narażeni na straty. Wszystko dlatego, że chcąc ubiegać się o kredyt z dopłatą, należy podpisać umowę zakupu mieszkania lub domu. W przypadku transakcji z deweloperem niezbędna jest umowa podpisana przed notariuszem. Ta usługa jest płatna i połowę rachunku ponosi nabywca. W przypadku rezygnacji z zakupu oznacza to stratę na poziomie od kilkuset złotych do kilku tysięcy. Do tego deweloper przy podpisaniu umowy może żądać zadatku lub zaliczki. Różnica w nazwie niesie za sobą poważne konsekwencje. W przypadku odstąpienia od umowy zaliczka zostanie zwrócona niedoszłemu nabywcy, ale zadatek deweloper będzie już mógł sobie zatrzymać. Z drugiej strony, gdyby to deweloper odstąpił od umowy, nabywca musi otrzymać od dewelopera podwójną kwotę wpłaconego zadatku.

Podobnie jest w przypadku zakupu mieszkania używanego. Tam też można sprzedającemu wpłacić zadatek lub zaliczkę. Umowę przedwstępną zakupu można natomiast podpisać zarówno przed notariuszem (to oznacza koszty, ale jest bezpieczniejsze) lub po prostu na piśmie korzystając z powszechnie dostępnych w internecie wzorów umów przedwstępnych.

Z faktu, że w sierpniu pieniędzy może nie wystarczyć dla wszystkich chętnych wynikają więc całkiem konkretne i potencjalnie bardzo kosztowne konsekwencje. Warto więc możliwie najlepiej zabezpieczyć się przed nimi. Dobrym sposobem może być wynegocjowanie ze sprzedającym takiego zapisu, zgodnie z którym termin na zapłatę za nieruchomość może być wydłużony, jeśli pomimo złożenia wniosku o dopłatę w sierpniu wniosek ten pozostanie niezrealizowany. Pamiętajmy, że wciąż o sporo pieniędzy (około 390 mln zł) będzie można się ubiegać w styczniu 2018 roku. Wtedy łatwiej już będzie osobom, które będą miały skompletowane dokumenty, zakwalifikować się na dofinansowanie.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

 

 

 

Eksperci

Lipka: Ile zarabia się w poszczególnych stanach?

Przez ostatnie lata kryzys w niektórych rejonach strefy euro był utożsamiany z wprowadzeniem wspólne...

Ludwiczak: Konsekwencje wygaszenia Mieszkania dla Młodych

Przyszły rok będzie ostatnim w którym będzie można nabyć mieszkanie w programie MdM. W tym artykule ...

Gontarek: Pracodawcy intensywnie poszukują pracowników

Stopa bezrobocia w sierpniu br. wyniosła 7 proc., wobec 7,1 proc. w lipcu br. - podał GUS. Dobre dan...

Bugaj: Czekając na powrót inflacji

Tegoroczny wrzesień jak na razie zapisuje się w giełdowej historii bardzo spokojnie. Na rynkach utrz...

Rozbicki: Czy polska gospodarka łapie zadyszkę?

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla...

WIADOMOŚCI

Studenci rozpoczną rok akademicki z długiem

Prawie 11,6 milionów złotych są dłużni polscy studenci uczelniom. Najczęstszym powodem, dla którego ...

CETA dobra dla polskich firm

Wczoraj weszła w życie unijno-kanadyjska umowa o wolnym handlu CETA. Negocjacje trwały ponad siedem ...

Polacy oczekują cyfrowego urzędu

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do ur...

Pracodawcy niezadowoleni z budżetu Funduszu Pracy

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania śro...

Pytania dotyczące kredytu studenckiego

Tylko do 20 października studenci, doktoranci, a także osoby ubiegające się o przyjęcie na studia mo...