piątek, Czerwiec 22, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "podwyżki"

podwyżki

Wskaźnik Przyszłej Inflacji (WPI), prognozujący z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem kierunek zmian cen towarów i usług konsumpcyjnych w styczniu 2018 r. utrzymał się na poziomie wartości sprzed miesiąca. Pomimo wyhamowania wzrostu wskaźnika, który dominował w ostatnim półroczu, presja inflacyjna w gospodarce nie zmniejsza się.

W najbliższych miesiącach można spodziewać się nieco słabszego oddziaływania presji popytowej – ze strony konsumentów i nieco zwiększonego oddziaływania presji kosztowej – ze strony przedsiębiorców. Niższa presja popytowa wynikać będzie ze stopniowego umniejszania realnej wartości dochodów gospodarstw domowych wskutek dotychczasowego wzrostu cen, zwłaszcza wzrostu cen żywności.

Wyższa presja kosztowa będzie konsekwencją wzrostu kosztów pracy  w efekcie obowiązującego od 1 stycznia br. wyższego wynagrodzenia minimalnego oraz braków kadrowych na rynku pracy wymuszających wzrost wynagrodzeń w zawodach, gdzie braki te są największe. Dodatkową niepewność po stronie kosztów stanowią ceny surowców na światowych rynkach oraz kurs złotego.

Najsilniej w kierunku wzrostu cen oddziaływały w ostatnim czasie oczekiwania inflacyjne konsumentów oraz przedstawicieli przedsiębiorstw produkcyjnych.

Obawy przed rosnącą inflacją nasilały się wśród przedstawicieli gospodarstw domowych od lipca ubiegłego roku, zaś od wczesnej jesieni 2017 wyraźnie przybrały na sile. Im bardziej dotkliwy dla konsumentów był wzrost cen żywności, tym silniej obawiali się oni dalszego wzrostu inflacji.

Do podnoszenia cen skłaniają przedsiębiorców rosnące koszty prowadzenia działalności gospodarczej a w szczególności rosnące koszty pracownicze. Sytuacja na rynku pracy sprawia, że pracodawcy zmuszeni są i w najbliższej przyszłości będą zmuszani podnosić wynagrodzenia pracownikom o kwalifikacjach, na które jest największy popyt. Ponadto wzrost wynagrodzenia minimalnego obowiązujący od 1 stycznia br. może uruchomić falę żądań u pozostałych grup pracowników, którzy poczują się niedopłaceni. To może uruchomić spiralę podwyżek we wszystkich działach gospodarki narodowej, zaś jeśli inflacja będzie nadal rosła, żądania te tym łatwiej będą zaspakajane.

Od drugiej połowy ubiegłego roku systematycznie drożeje ropa naftowa na światowych rynkach. To kolejny czynnik, który może w przyszłości przyczynić się do przyspieszonego wzrostu cen szczególnie w warunkach gdyby polska waluta uległa osłabieniu. Dla przedsiębiorców oznaczałoby to wyższe koszty importu tego surowca a w kolejności wyższe ceny benzyny na rynku wewnętrznym, wyższe ceny transportu, co zazwyczaj w ciągu kilku kolejnych miesięcy przenosi się na ceny detaliczne pozostałych towarów i usług.

 

 

Źródło: BIEC

 

Branża IT kusi dobrym wynagrodzeniem, benefitami i stabilną pracą. Wynagrodzenia pracowników firm z sektora IT rosną bardzo szybko. Od 2009 roku do 2017 roku wzrosły o 1153 złote. Według prognoz ekspertów Kodilla.com, do 2020 roku pensje wzrosną o 1572 zł. W 2017 roku wynagrodzenie w branży IT wyniosło średnio 3894 złotych. Już po 5 latach pracy zarobki wzrastają do 10 tysięcy złotych.

Konkurencja o najlepszych specjalistów IT jest bardzo duża. Pracodawcy decydują się zapłacić więcej, aby zachęcić i zatrzymać najlepszych z nich. Aby to osiągnąć, konieczne są podwyżki oraz pakiety świadczeń dodatkowych, dopasowane do indywidualnych potrzeb pracowników. Z drugiej strony pracownicy, szczególnie z branży IT, są świadomi niedoborów kadrowych i wymagają coraz więcej. Czy pracodawcy są w stanie zapewnić im to, czego oczekują?

Z analizy ekspertów Kodilla.com wynika, że obecnie, jak i w przyszłości, firmy z sektora IT nie będą miały z tym problemu. Ich przychody rosną, a jednocześnie charakteryzują się stosunkowo małym procentem kosztów (76,7%), więc mają do dyspozycji kapitał na podwyżki albo dodatkowy program socjalny. Dla porównania, w całej gospodarce udział kosztów do przychodów wynosi 94%. Im niższy udział kosztów, tym wyższa jest efektywność danego sektora, a firmom zostaje więcej zysku.

Może się wydawać, że to nieduża kwota, ale w danych GUS zawarte są wynagrodzenia wszystkich pracowników, czyli programistów, ale też np. asystentów, stażystów czy osób zajmujących się sprzątaniem. Jeśli chodzi o pensje programistów, według raportów Sedlak&Sedlak mediana wynagrodzeń na stanowisku javascript/frontend webdeveloper w 2017 roku wyniosła 5430 zł, a java developera 6774 zł (brutto na umowie o pracę). Porównując do roku 2016, jest to więcej o 230 zł w obu przypadkach, nawet mimo dołączenia do branży kilkunastu tysięcy nowych pracowników, którzy mogli zaniżyć średnią.

Analiza wynagrodzeń w poszczególnych sektorach rynku potwierdza, że sektor IT charakteryzuje się najwyższym średnim wynagrodzeniem – wynosi ono 3900 zł. Powyżej 3 tys. zł zarabiają również pracownicy nieruchomości (3318 zł) i firm z sektora Nauka i technika. Najmniejsze pensje są odnotowane w branży Leśnictwo i rybactwo.

W 2020 roku firmy z branży IT odnotują wzrost przychodów o 23 mld złotych, koszty utrzymają się na poziomie 28 mld zł, a pensje pracowników IT wzrosną o 1572 zł w stosunku do roku 2009. Zarówno wyniki finansowe, jak i prognozy zachęcają coraz więcej osób do dołączenia do branży IT.

 

 

 

 

 

Autor: Marcin Kosedowski, Kodilla.com

Na koniec października br. w Polsce bez pracy było niewiele ponad 1 mln osób. W stosunku do tego samego miesiąca rok temu oznacza to spadek na poziomie 18,1 proc. Stopa bezrobocia spadła też w ujęciu miesięcznym i jest najniższa od 26 lat. Polacy nie boją się utraty pracy i często sami inicjują jej zmianę, jeśli pojawia się lepsza oferta. Jakie ma to konsekwencje dla pracodawców?

Z jednej strony rekordowo niskie bezrobocie zmusza firmy do „sięgania po nowe grupy” pracowników, w tym osoby ze skrajnych grup wiekowych – jak młodzi studiujący czy osoby po 50 roku życia. Z drugiej zaś strony „rynek pracownika” spowodował, że ludzie chętniej podejmują decyzje o zmianie pracy. Przeciwdziałanie dobrowolnej rotacji w firmach stało się palącym wyzwaniem, z którym muszą zmierzyć się pracodawcy. Walczą dziś na dwa fronty – z jednej strony aby pozyskać jak najlepszych kandydatów, a z drugiej aby zatrzymać wartościowych ludzi u siebie.

 – Czy to się pracodawcom podoba czy nie, zmiany pokoleniowe w połączeniu z obecną specyfiką rynku pracy wymuszają redefinicję relacji pracownik – pracodawca. Aby zapobiec niekontrolowanym odejściom z firm i aby przyciągać pożądanych kandydatów do pracy trzeba dobrze zidentyfikować i monitorować, czego pracownicy realnie potrzebują. Świadomi możliwości łatwej zmiany miejsca pracy pracownicy wymuszają większą elastyczność pracodawców. Ci ostatni nie mają wyjścia – jeśli chcą pracownika zatrzymać, muszą dostosować się do wymogów zespołu. Cała sztuka w tym, żeby dobrze je rozumieć – mówi Bartosz Michałek, założyciel portalu iniJOB.com.

Jakie są najczęstsze przyczyny dobrowolnej rotacji pracowników?

Według badań Hays Poland co czwarty pracownik w naszym kraju chce zmienić pracę w ciągu najbliższych sześciu miesięcy. Niewiele mniej, bo 22 proc., chce to zrobić w przeciągu 6-12 miesięcy, a 24 proc. pracowników myśli o zmianie firmy w ciągu roku lub dwóch lat. Oznacza to, że jedynie 13 proc. zatrudnionych nie ma w planach zmiany pracy.

– Pracownicy podejmując decyzję o zmianie pracy biorą dziś pod uwagę nie tylko wyższe zarobki, ale również czynniki pozapłacowe: możliwość rozwoju, realizację nowych wyzwań, udział w ciekawych projektach czy przestrzeń w miejscu pracy i dostępną w firmie technologię– podkreśla Konrad Dębkowski, ekspert zarządzania doświadczeniem pracownika, iniJOB.com.

Jak pokazują dane z raportu „Szybkopraca.pl”, aż 65 proc. Polaków uważa, że zła atmosfera w firmie może stać się przyczyną rezygnacji z pracy i wskazuje ją jako powód frustracji oraz spadku zaangażowania. Z tych samych badań wynika, że najskuteczniejszym sposobem na zatrzymanie najlepszych pracowników nie są pieniądze, ale rozwój – czyli awans i możliwość dokształcania się.

Ile kosztuje pracodawcę odejście dobrego specjalisty?

Jak policzył Instytut Saratoga, odejście dobrego specjalisty i zastąpienie go nowym pracownikiem kosztuje pracodawcę tyle, co roczne wynagrodzenie tegoż pracownika. – Na koszt ten składa się czas poświęcony na przeprowadzenie procesu rekrutacji, wdrożenia nowej osoby, utracone korzyści czyli wartości, które przez cały ten czas poprzedni pracownik generowałby dla firmy, czas pracy menedżerów, spadek motywacji w zespole oraz obniżenie wydajności pozostałych pracowników. Wszystko to przekłada się ostatecznie na wyniki finansowe przedsiębiorstwa – wylicza Bartosz Michałek, iniJOB.com. – Tymczasem firmy rzadko liczą straty finansowe wynikające z dobrowolnej rotacji, przechodząc od razu do działania: zatrudnienia i wdrożenia nowej osoby – dodaje.

Jak zatrzymać kluczowych pracowników w firmie?

Pracownicy świetnie wiedzą, że sytuacja na rynku pracy działa na ich korzyść. Oczekują od pracodawców lepszych warunków i dyktują zasady współpracy. Stała pensja na umowie o pracę w chwili obecnej są niewystarczające, aby powstrzymać wartościowego członka zespołu przed odejściem. Rośnie więc świadomość pracodawców odnośnie wagi dopasowania ich oferty zatrudnienia do indywidualnych potrzeb życiowych i rozwojowych pracowników.

– Najczęstszymi sposobami przeciwdziałania rotacji pracowników są m.in. podwyżki, benefity, badania satysfakcji, a także szkolenia, które mają na celu podnoszenie kwalifikacji i umiejętności pracowników. Są to jednak pojedyncze działania, które rozwiązują problem w krótkim terminie. Kluczem do utrzymania zaangażowanych pracowników jest zintegrowane podejście, zakładające zastosowanie kompleksowego zarządzania doświadczeniem pracowników oraz  regularna, otwarta komunikacja, które w konsekwencji wpływają na poprawę środowiska i warunków pracy – przekonuje Konrad Dębkowski, ekspert zarządzania doświadczeniem pracownika, iniJOB.com.

Z badania „Efektywność biznesowa zaczyna się od komunikacji wewnętrznej” wynika, że zdecydowana większość pracowników (71 proc.) jest zdania, że firma nie osiągnie sukcesu rynkowego bez otwartej i partnerskiej komunikacji wewnętrznej. Wśród najważniejszych działań wpływających na efektywność biznesową znajdują się: skuteczna komunikacja z pracownikami (42 proc. wskazań), jawność celów stawianych osobom i zespołom (35 proc.) oraz możliwość zgłaszania pomysłów i usprawnień przez pracowników (35 proc.).

Gdzie szukać pomocy?

Pracownicy chcą mieć poczucie sprawczości i wpływu na swoje miejsce pracy. Ważne jest, aby pracodawcy reagowali i rzetelnie komunikowali swoje stanowisko na temat danego wyzwania czy procesów zachodzących w firmie. We wprowadzaniu kultury organizacyjnej opartej na otwartej komunikacji pomagają specjaliści – eksperci zajmujący się tematyką doświadczenia pracownika (tzw. Employee Experience).

Dostępne są też już narzędzia online, które mogą wspierać przedsiębiorców w tym procesie. Przykładem jest iniJOB.com – pierwsza w Polsce platforma do komunikacji inicjatyw pracowniczych. Ważną funkcjonalnością portalu jest Pulsometr iniJOB – narzędzie umożliwiające badanie online potrzeb i doświadczeń pracowników w danej firmie.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

W bankach szybko przybywa pieniędzy, ale głównie na nieoprocentowanych kontach osobistych. Wartość depozytów nie tylko nie rośnie, ale zaczyna spadać.

Przybywa pieniędzy na kontach bankowych i to w dużym tempie. Eksperci BGŻOptima przeanalizowali raporty półroczne 11 banków giełdowych o największym udziale w rynku depozytów. Wynika z nich, że na koniec czerwca tego roku wartość oszczędności Polaków na kontach i rachunkach osobistych wyniosła 564 042 mld zł. Sześć miesięcy temu, 31 grudnia 2016 r., te same banki miały na bilansach 556 061 mld zł należących do klientów detalicznych.

Rachunki górą

Wzrost wartości wkładów powierzanych bankom nie jest niczym nowym, bo dodatnia dynamika wpływów na konta i rachunki to zjawisko notowane od dawna. W pierwszym półroczu tego roku doszło jednak do sytuacji wcześniej niespotykanej. Chodzi o stały wzrost wartości pieniędzy przetrzymywanych na nieoprocentowanych rachunkach osobistych, kosztem lokat terminowych, gwarantujących określoną premię za złożenie depozytu. Proces ten zaczął się w 2014 r. i znacząco nasilił w 2016 r. W tym roku doszło jednak do kulminacji.

Według obliczeń BGŻOptima, w czerwcu tego roku na kontach bieżących spoczywało więcej pieniędzy niż na lokatach terminowych. W 11 analizowanych bankach wartość rachunków osobistych wyniosła 295 278 mld zł, podczas gdy stan depozytów wynosił 268 764 mld zł. Dla porównania, na koniec roku klienci tych banków na nieoprocentowanych kontach trzymali 273 862 mld zł, a na lokatach 283 099 mld zł.

Odpływ depozytów

Wśród analizowanych banków, tylko w dwóch wartość depozytów była wyższa niż rachunków bieżących. Znamienne jest to, że również w największym banku depozytowym w kraju w pierwszej połowie roku doszło do przełamania wieloletniego prymatu lokat nad rachunkami osobistymi i podobnie jak w całym sektorze bankowym, konta osobiste cieszą się większym zainteresowaniem niż produkty oszczędnościowe.

Jak wspomniano przyrost „osadów”, czyli nieoprocentowanych środków na rachunkach rozliczeniowych, jest zjawiskiem obserwowanym od wielu kwartałów. Od tego roku rysuje się jednak jeszcze jeden, niepokojący trend na rynku oszczędności detalicznych. Otóż wzrost wartości rachunków bieżących odbywa się kosztem depozytów. Wygląda na to, że klienci są w mniejszym stopniu niż kiedyś zainteresowani odnawianiem zapadających lokat. Dane z sektora bankowego sugerują, że po wygaśnięciu depozytu, pieniądze wracają na rachunek osobisty i już tam zostają. Właściciel środków nie zakłada nowego depozytu i środki „leżą” na nieoprocentowanym koncie.

Środowisko niskich stóp skutecznie zniechęca osoby indywidualne do otwierania depozytów. Rzeczywiście oprocentowanie w bankach jest niskie, jednak trzeba pamiętać, że w tym roku, w przeciwieństwie do roku ubiegłego, mamy wzrost inflacji, zatem pieniądze trzymane na rachunku bieżącym nie tylko „nie zarabiają” dla posiadacza konta, ale realnie tracą na wartości.

Warto pamiętać przy tym, że jak na razie nic nie wskazuje na możliwość zmiany na rynku stóp procentowych i najbliższe podwyżki spodziewane są w najlepszym razie za rok. Nie jest to zresztą cecha charakterystyczna tylko dla polskiego rynku, ponieważ w całej Europie stopy są rekordowo niskie, a perspektywy rychłej zmiany tego stanu niewielkie. W innych krajach, pomimo historycznie niskiego oprocentowania poziom oszczędności systematycznie rośnie. Być może wynika to z faktu, że na bardziej dojrzałych, stabilnych rynkach, oszczędzający są przyzwyczajeni do niskich odsetek. W Polsce jeszcze kilka lat temu na półrocznym depozycie można było dostać 5 proc. w skali roku.

Spadek oprocentowania w bankach w ostatnich latach nie oznacza, że należy rezygnować z aktywnego zarządzania oszczędnościami. Rezygnacja z otrzymywania  odsetek, tylko dlatego że są one niewysokie, nie jest optymalną strategią dbania o finanse. Najgorszą jest nieprzechowywanie środków na nieoprocentowanym koncie osobistym. W rzeczywistości  to zgoda na pomniejszanie naszego kapitału, ‘zjadanego’ powoli przez inflację. Osoby, które chciałyby uzyskać wyższą stopę zwrotu niż oferują banki, powinny zainteresować się rynkiem kapitałowym lub funduszami inwestycyjnymi, które w tym roku notują dobre wyniki w związku z koniunkturą na światowych giełdach.

Bardzo dobre wyniki notują fundusze akcji polskich oraz globalnych i europejskich rynków wschodzących ( 16,9 proc., 11,3 proc., 12,8 proc. YTD na koniec sierpnia). Średnia stopa zwrotu 60 funduszy polskich akcji uniwersalnych od stycznia do końca sierpnia wyniosła 16,22 proc. Od początku roku mocno w górę idą giełdowe indeksy. WIG20 wzrósł w ciągu ośmiu miesięcy o 29 proc., a WIG o 25 proc. Bierne przetrzymywanie pieniędzy na nieoprocentowanych kontach osobistych jest więc niewykorzystaną szansę na regularne pomnażanie oszczędności.

 

Autor: Dorota Seń, ekspertka BGŻOptima

 

Powrót do szkolnictwa zawodowego to jedyne, co może nas uratować, bo brak rąk do pracy może spowodować spowolnienie gospodarcze – mówi  Monika Smulewicz, partner w Grant Thornton.

Dodaje, że wielu pracowników oczekuje wzrostu wynagrodzeń, jednak szanse na znaczące podwyżki mają głównie osoby o odpowiednio sprofilowanych kwalifikacjach.

Z raportu International Business Report firmy Grant Thornton wynika, że już 60 proc. dużych i średnich polskich firm ma problemy ze znalezieniem odpowiednio wykwalifikowanych pracowników, a mimo to ich skłonność do realnego podniesienia płac nie wzrosła, a nawet spadła.

„Dla porównania w poprzednim kwartale w tym samym badaniu 46 proc. firm deklarowało tego typu problemy, w ciągu kwartału odsetek ten wzrósł zatem aż o 14 pkt proc.! Mimo to, w poprzednim kwartale w urzędach pracy zarejestrowanych było 120 tys. wolnych miejsc pracy – to bardzo dużo. To pokazuje, że bezrobocie w Polsce jest już tylko minimalne – wynika głównie z tego, że część pracowników nie godzi się na pracę poniżej kwalifikacji, albo wręcz nie poszukuje pracy” – skomentowała Smulewicz.

„Dzisiaj na rynku jest stosunkowo niewielu wykwalifikowanych pracowników i pracodawcy prześcigają się pomysłach, zabiegając o nich” – zaznaczyła. Na pytanie, czy sytuacja na rynku pracy wymusi jednak realne podniesienie płac, Smulewicz odpowiedziała: „Skłonność do podnoszenia wynagrodzeń wzrasta w Polsce ze względu na brak rąk do pracy. Pracodawcy będą musieli się z tym pogodzić i – tam gdzie jest to uzasadnione ekonomicznie – będą musieli podnosić wynagrodzenia.

Warto jednak pamiętać, że nie we wszystkich firmach będzie to możliwe. Większość przedsiębiorstw w Polsce działa na marży nieprzekraczającej 5 proc. One nie będą miały możliwości istotnego podnoszenia funduszu płac, chyba, że zdecydują się podnosić ceny oferowanych produktów, co jednak nie jest proste”.

Zarazem – w jej ocenie – „oczekiwania płacowe części pracowników nie będą mogły być zrealizowane”. „Pracownik dobrze wykwalifikowany, czyli posiadający umiejętności poszukiwane przez pracodawców oraz efektywny może dzisiaj w naszym kraju osiągać relatywnie wysokie wynagrodzenie. Wydaje się, że ta rozpiętość wynagrodzeń w czasie silnej walki firm o pracowników może się w Polsce nasilać” – uważa.

Ekspertka przyznała, że istotną część winy w tej sprawie ponosi nasz system edukacji. „System edukacji w Polsce po transformacji zawiódł. Szkolnictwo zawodowe zostało w zasadzie zmarginalizowane. Większość osób po szkole średniej kontynuuje naukę na studiach wyższych, tymczasem brakuje nam – oprócz inżynierów czy informatyków – murarzy, krawcowych, kierowców i stolarzy.

Jeszcze większym problemem jest niedobór pielęgniarek. Zniesiono licea medyczne, które doskonale przygotowywały do zawodu pielęgniarki. System kształcenia pielęgniarek przeniesiono na poziom szkół policealnych i wyższych, a to – co zrozumiałe – podniosło oczekiwania finansowe w zawodzie, a co za tym idzie, zmniejszyła się liczba osób chcących wykonywać tę profesję” – argumentowała ekspertka.

Za bardzo dobry trend uznała więc przywracanie szkół zawodowych oraz promowaną obecnie współpracę szkół średnich i uczelni wyższych z biznesem, np. poprzez tworzenie profilowanych klas patronackich.

„Powrót do szkolnictwa zawodowego to jedyne, co może nas uratować, bo brak rąk do pracy może spowodować spowolnienie gospodarcze – przedsiębiorcy będą musieli rezygnować z zamówień, gdyż nie będą mieli pracowników, by te zamówienia realizować. Aby zachować jakość, będą jednak woleli zrezygnować z rozwoju biznesu” – oceniła.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

22 września przypada Światowy Dzień Ćwiczenia Przed Lustrem Prośby o Podwyżkę Płacy. Można więc przypuszczać, że w najbliższych dniach wielu pracowników spróbuje porozmawiać ze swoimi przełożonymi. Jednak coraz częściej zamiast podwyżki pensji firmy decydują się wynagradzać swoich pracowników pozapłacowymi benefitami, takimi jak ubezpieczenie medyczne, karnety na zajęcia sportowe lub ubezpieczenie grupowe. Zarówno w Polsce, jak i na świecie trend ten staje się coraz bardziej widoczny. Z badania Nationale-Nederlanden wynika, że pozapłacowe elementy wynagrodzenia są istotne dla 35 proc. Polaków.

Pracowniku….

W Internecie nie brak rad, jak masz się przygotować na rozmowę z szefem o podwyżce swojej pensji. Aby odnieść sukces wybierz wtorek, środę lub czwartek, nigdy poniedziałek, a optymalnie byłoby, gdyby taka rozmowa odbyła się w momencie, gdy twoja firma/dział/zespół odniosła jakiś spektakularny sukces. Musisz zastanowić się nad rzetelnymi argumentami, które mają przemawiać za podwyżką. Przemyśl, co wnosisz do firmy i jak może wyglądać twój rozwój zawodowy. Przed rozmową zadbaj o swój wygląd, ale także o ton głosu, gesty, czyli jednym słowem przeprowadź próbę generalną i potrenuj z kimś bliskim albo chociaż przed lustrem. Bądź odważny, ale nie przesadzaj z brawurą.

Pracodawco…

Nieważne, który członek twojego zespołu poprosi cię o podwyżkę. Bądź otwarty na rozmowę o jego przyszłości, również tej finansowej. Potraktuj swojego pracownika z szacunkiem. Decyzja o podwyżce nie zawsze należy tylko do ciebie, więc daj sobie czas do namysłu, rozmowę ze swoim przełożonym czy też działem HR. Pośpiech w takim przypadku nie jest najlepszym doradcą, tym bardziej, że musisz pamiętać, że funkcjonujesz na rynku pracownika, czyli nie tak łatwo będzie ci znaleźć utalentowanych, wykwalifikowanych i lojalnych członków swojego zespołu. Jeżeli jednak wszelkie kalkulacje pokażą ci, że nie możesz sobie pozwolić na podwyższenie pensji swoim podwładnym, choćbyś bardzo chciał, nie martw się. Nie jesteś na straconej pozycji.

Jeżeli nie pieniądze, to co?  

Co powinien zrobić szef, który z jakichś powodów, chociażby budżetowych, korporacyjnych czy proceduralnych, podwyżki swojemu pracownikowi dać nie może, a jednak uważa, że jego praca jest na tyle wartościowa, że zasługuje na wyróżnienie? W jaki inny sposób może docenić jego wysiłek? Tu z pomocą przychodzą pozapłacowe benefity: szkolenia, służbowy samochód lub laptop, pakiet opieki medycznej, karnet na zajęcia sportowe lub ubezpieczenie grupowe, gwarantujące ochronę w różnych trudnych sytuacjach życiowych. Wachlarz możliwości jest naprawdę duży. Czasem wystarczy zadbać o przyszłość, bezpieczeństwo, zdrowie podwładnych i ich najbliższych. Jak wynika z badania Glassdoor aż 84 proc. pracowników zadowolonych ze swoich benefitów równocześnie czuje satysfakcję z pracy.

I dla kogo?

Aż 90 proc. millenialsów woli benefity od podwyżki wynagrodzenia. A przypomnijmy, że do 2025 będą oni stanowić 75 proc. wszystkich pracowników. W grupie wiekowej 45-54 lata odsetek zwolenników benefitów również jest wysoki i wynosi 70 proc., a w grupie 55-64 lata 66 proc. Badanie Nationale-Nederlanden potwierdza, że przede wszystkim młodzi pracownicy są otwarci na takie rozwiązania. Pozapłacowe elementy wynagrodzenia, m.in. ubezpieczenie na życie, największym powodzeniem cieszą się wśród studentów (90 proc.) i osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych (50 proc.). Dla prawie dwóch trzecich badanych możliwość przystąpienia do ubezpieczenia grupowego w miejscu pracy jest wartościowym benefitem. I ponownie, największe uznanie dla tej formy odnotowano w grupie osób pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych – praktycznie wszyscy badani z tej grupy uznali to za ważne. Wśród pracujących na etacie było to 76 proc., a wśród prowadzących działalność gospodarczą 58 proc.

Dla pracowników benefity mają nie tylko wymierną korzyść w postaci opieki medycznej, czy ochrony, którą gwarantuje ubezpieczenie. Czynniki pozapłacowe mają przede wszystkim motywować ich do pracy i sprawiać, że nie będą musieli ćwiczyć przed lustrem proszenia o podwyżkę.

Zainteresowanie kredytami hipotecznymi wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, w dużej mierze dzięki najniższym w historii stopom procentowym. Receptą na ewentualne podwyżki miały być kredyty ze stałym oprocentowaniem, jednak zainteresowanie klientów tymi usługami systematycznie spada. Wysoki popyt na „hipoteki” przekłada się na dobrą koniunkturę na rynku deweloperskim oraz wtórnym. Spośród siedmiu analizowanych miast w czterech odnotowaliśmy zwyżki cen.

Oprocentowanie stałe już tylko w trzech bankach

Obecnie mamy najniższe w historii stopy procentowe. Jest więc bardzo prawdopodobne, że za kilka lat będą zdecydowanie wyższe. Wzrosną więc raty kredytów hipotecznych. Aby się przed tym uchronić, teoretycznie można skorzystać z kredytu oferującego oprocentowanie stałe. Problemem jest jednak to, że na naszym rynku nie ma takich produktów, które gwarantują stałe warunki w całym okresie spłaty. Najdłuższy okres stabilizacji (7 lat) oferował Alior Bank, który właśnie wycofał swoją ofertę. Pozostały one już tylko w BZ WBK, Deutsche Banku i PKO BP.

Jednocześnie oprocentowanie stałe i raty jest są tu wyższe niż w zwykłych kredytach hipotecznych. W przypadku BZ WBK rata kredytu na 300 000 zł na 30 lat jest o ok. 157 zł wyższa. – Ta różnica to koszt „ubezpieczenia” od podwyżki stóp procentowych. W praktyce oferowany przez banki okres stabilizacji oprocentowania jest tak krótki, że wielu kredytobiorców dochodzi do wniosku, że „ochrona”, jaką daje taki kredyt, jest zbyt słaba w stosunku do ceny, jaką trzeba za nią zapłacić. Nawet jeśli zdecydują się na stałe oprocentowanie, to maksymalnie za 5 lat i tak najprawdopodobniej czeka ich podwyżka raty ­– komentuje Jarosław Sadowski, główny analityk Expandera.

Niestety, obecnie nie widać wyjścia z tej sytuacji. – Banki tłumaczą, że nie są w stanie zaoferować stałego oprocentowania na cały okres spłaty. Klientów nie interesuje natomiast istotnie wyższa rata w zamian za kilkuletnią ochronę. Wielu też wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, że w skrajnym przypadku ich miesięczne zobowiązanie może wzrosnąć nawet o ponad 50%. Do tego wystarczy powrót WIBOR do poziomu 6%, a tymczasem wyższe poziomy obowiązywały np. w 2008 r. czy 2004 r. – dodaje Sadowski, Expander.

Apetyt na kredyty hipoteczne

W przypadku zwykłych kredytów hipotecznych, druga połowa roku wygląda dużo lepiej niż pierwsza, w której niemal bez przerwy banki wprowadzały podwyżki marż. ­– Od lipca nie widać już zbyt wielu zmian. Warto też dodać, że dobra koniunktura gospodarcza i niskie bezrobocie powodują, że zainteresowanie klientów kredytami hipotecznymi jest nadal bardzo wysokie. Według BIK, wartość wniosków złożonych od stycznia jest wyższa o niemal 15% niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. – mówi Sadowski, Expander.

Wyraźne spadki tylko we Wrocławiu

Jednym miastem, gdzie ceny mieszkań wyraźnie spadły w porównaniu do ostatniego raportu jest Wrocław. Obecnie klienci płacą tu za m kw. 5731 zł, co oznacza kwotę niższą o 3,1 proc. Popularnością cieszą się mieszkania 2-3-pokojowe, a w transakcjach dokonywanych przez klientów Metrohouse mniej jest popularnych niegdyś kawalerek. W ostatnich transakcjach ceny za m kw. standardowych lokali zaczynały się od 3800 zł. Nadal na rynku można znaleźć sporo ofert po stosunkowo niewygórowanych kwotach, zwykle w starych przedwojennych kamienicach, ale wysokie koszty remontu takich mieszkań powodują, że sprzedający czują potrzebę obniżania cen ofertowych – komentuje Marcin Jańczuk, Metrohouse.

Liderem wyższych cen jest Gdynia. Rzeczywiście, wiele transakcji dotyczyło mieszkań wybudowanych w ostatnich latach, w dobrym stanie technicznym, nabywanych często znacznie powyżej 6000 zł za m kw. – Wyższe o 4,6 proc. ceny widoczne są w Krakowie, gdzie kupujemy mieszkania za 6437 zł za m kw. Najniższe ceny w transakcjach zaczynały się od 5000 zł za m kw. i przy standardowych lokalach kończyły się na poziomie 8500 zł – dodaje Jańczuk, Metrohouse

Drożej też jest w Warszawie (7669 zł). ­W stolicy jak zwykle średnią cenę podbijają transakcje apartamentów klasy premium, nabywane za kwoty powyżej 15000 zł za m kw. Także w tym sektorze rynku ruch jest zauważalny. Po przeciwnej stronie mamy ceny z poziomu 5000 zł, które są osiągalne w przypadku mieszkań w blokach z płyty na osiedlach sypialnianych stolicy. Natomiast na rynku mieszkań w Gdańsku za m kw. trzeba było zapłacić 5550 zł. Jednak tu kupujemy mniejsze mieszkania – średnia to zaledwie 51 m kw.

 

Źródło; Expander Advisors

Według ekonomisty Łukasza Komudy, dobra koniunktura na rynku sprzyja teraz podwyżkom, bo duża część pracodawców ma na nie środki. Jednak zatrudnieni muszą nauczyć się negocjować lepsze warunki pracy. Powinni zwiększyć swoją świadomość w zakresie wysokości zarobków w danej branży i zbiorowo bronić wspólnych interesów. Jeśli pracują w małej, kilkuosobowej firmie, która ma problem z utrzymaniem się na rynku, to faktycznie mogą niczego nie osiągnąć. Wówczas, zdaniem eksperta, warto pomyśleć o zmianie pracy na bardziej atrakcyjną.

Jak twierdzi przedstawiciel Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, właśnie teraz pracodawcy mogą być skłonni do tego, żeby dzielić się z pracownikami wypracowaną wartością dodaną. Stanowi ona nadwyżkę przychodów nad ponoszonymi przez firmę kosztami. Z perspektywy udziałowców, inwestycje w kadry zwykle są postrzegane jako marnowanie pieniędzy. Jednak, jak zaznacza Łukasz Komuda, zarząd firmy lub jej właściciel może zgodzić się na podwyżki, gdy zyska świadomość, że w przeciwnym razie straci dużą część kadry. To wiąże się z podniesieniem wydatków na rekrutację i przeszkolenie nowych osób w firmie. Ekspert dodaje, że pracownicy mogą też zagrozić pracodawcy akcją protestacyjną, strajkiem lub nagłośnieniem problemu zaniżonych pensji.

– Oczywiście nie wszyscy przedsiębiorcy mają środki na podwyżki płac. Należy wiedzieć, że ponad połowa polskich pracowników najemnych przypada na firmy zatrudniające do 9 osób. Tam, przez niewielką skalę działalności i obecność silnej konkurencji, marże są niskie, więc wartość dodana okazuje się niezbyt wysoka. Trudno oferować ludziom dobre warunki pracy, gdy problemem jest utrzymanie stanu posiadania, np. lokalu czy maszyn – mówi Łukasz Komuda.

Ekspert zwraca uwagę na to, że wzrost gospodarczy to suma wartości dodanych na rynku. To znaczy, że jedne firmy radzą sobie lepiej, a inne gorzej. Zwiększenie zamówień na usługi i produkty oznacza wyższe przychody przedsiębiorstwa, a przy założeniu kosztów stałych na określonym poziomie, również większe zyski. W ocenie Komudy, sytuacja ekonomiczna sprzyjająca podwyżkom z dużym prawdopodobieństwem potrwa przynajmniej do końca 2017 roku i nie dłużej, niż do połowy 2019 roku. To wynika z charakterystycznej zmienności 12-miesięcznej dynamiki stopy bezrobocia rejestrowanego.

– Zatrudnieni muszą jednak zwiększyć swoją siłę negocjacyjną w relacji z przedsiębiorcami tak, aby jak najwięcej skorzystać na obecnym wzroście gospodarczym. Będą mieli większą siłę przebicia, gdy zaczną grupowo reprezentować swoje interesy, najlepiej w ramach związku zawodowego. Będą poważniej traktowani, niż niezorganizowana grupa ludzi. Wygrają tylko wtedy, gdy nikt nie zgodzi się na wykonywanie pracy za określoną, niższą stawkę – zauważa Łukasz Komuda.

Ekonomista podpowiada, że punktem odniesienia dla pracowników może być wzrost wynagrodzeń w firmach zatrudniających powyżej 10 osób. Aktualnie wynosi on ok. 5%. Zatrudnieni powinni zdobyć wiedzę o płacach w swojej branży i na podobnych stanowiskach do tych, które wykonują. To pozwoli im stwierdzić, czy mają podstawy do starania się o podwyżki lub o pracę u konkurencji. Jak podkreśla Łukasz Komuda, zmiana pracodawcy to zwykle najprostszy sposób na poprawę warunków finansowych w Polsce.

– Na naszym rynku pracy bezrobocie utrzymywało się na dość wysokim poziomie przez ponad 20 ostatnich lat. To spowodowało, że wynagrodzenia zostały sprowadzone do relatywnie niskich stawek. Niektórzy eksperci twierdzą, że zatrudnionym płaci się tak mało, jak tylko jest to możliwe, zgodnie z prawem Davida Ricardo. Gdy zwiększyło się zapotrzebowanie na pracowników, przedsiębiorcy zaczęli zatrudniać więcej Ukraińców, którzy są gotowi pracować za stawki minimalne – zwraca uwagę ekspert z Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Zdaniem Komudy, pracodawcy uznają, że taniej i lepiej jest ściągnąć pracowników z kraju, gdzie płaci się 4-krotnie mniej, niż u nas. W związku z tym, można zaproponować przyjezdnym gorsze warunki. Długoterminowo to oczywiście nie służy naszej gospodarce, bo utrzymuje niskie wynagrodzenia na rynku. A taki trend zachęca kolejne rzesze Polaków do emigracji na Zachód. Ponadto, powstrzymanie wzrostu płac jest równoznaczne z zahamowaniem konsumpcji. Ekonomista przypomina, że odpowiada ona za 60% naszej gospodarki na rynku wewnętrznym.

– W 2016 roku przybyło oświadczeń pracodawców o przyjęciu do pracy cudzoziemców z Ukrainy o ok. 65%. Liczba tych deklaracji w całej Polsce wyniosła ponad 1,2 mln. W pierwszym półroczu br. wzrost przyniósł kolejne 47%, w ilości 905 tys. Ze strony urzędów pracy pojawiają się sygnały, że jesteśmy blisko szczytu fali napływu osób z Ukrainy. Wraz ze spadkiem bezrobocia w naszym kraju, Ukraińcy zaczęli działać w usługach, np. fryzjerskich i kosmetycznych. Ponadto pracują jako taksówkarze, sprzedawcy, kasjerzy, magazynierzy, pakowacze i kierowcy – informuje Łukasz Komuda.

Jak wyjaśnia ekspert, Ukraińcy wolą przyjechać do nas, niż do Niemiec czy Francji, m.in. ze względu na mniejszą barierę językową i kulturową. Tutaj mają mnóstwo znajomych, więc mogą łatwo znaleźć kogoś, kto wskaże im tani pokój do wynajęcia oraz uczciwego pracodawcę. Plusem jest także bliskość geograficzna. Mogą tu przyjechać autobusem i wrócić do rodziny np. na święta. O wyjeździe dalej na Zachód myślą ci, którzy znają dobrze język angielski lub niemiecki, mają mniej kontaktów w Polsce i są bardziej skłonni do ryzyka.

– Tymczasem, część pracodawców w dużych polskich miastach narzeka na wymagania finansowe młodych pracowników. Jednak kandydaci do pracy mają do nich prawo, podobnie jak firmy do tego, żeby zaczynać rozmowę o wysokości pensji od kwoty tak niskiej, jak tylko się da. W małych miejscowościach wybór pracy jest bardziej ograniczony, co drastycznie pogarsza pozycję negocjacyjną  kandydatów na pracowników. Osoby, które wyjeżdżają z takich miejsc, początkowo mają często skromniejsze aspiracje finansowe i dopiero z czasem oczekują więcej – podsumowuje Łukasz Komuda.

 

Źródło: MondayNews.pl

Pracownicy są wyjątkowo spokojni o swoją pracę – tylko co 9 boi się jej utraty. Jednocześnie niemal 40% firm w najbliższym kwartale planuje rekrutować pracowników – to rekordowe poziomy i najwyższe wyniki w historii „Barometru Rynku Pracy” przygotowanego przez Work Service S.A. Co ciekawe pracodawcy najczęściej będą zatrudniać pracowników średniego szczebla. Przez ostatnie 2 lata to osoby o niskich kwalifikacjach były najbardziej pożądane na rynku. Plany rekrutacyjne firm i ich rosnące kłopoty z pozyskaniem kandydatów przekładają się na presję płacową – ponad połowa Polaków oczekuje w najbliższym czasie podwyżki. Pracodawcy chcąc pozyskać kadry i utrzymać obecne będą musieli na to odpowiedzieć.

Dane zawarte w ósmej edycji „Barometru Rynku Pracy” pokazują, jak w ostatnim czasie zmienił się rynek pracy. Duże wyzwania czekają przede wszystkim pracodawców. Jak wynika z raportu przygotowanego przez Work Service 39,3% z nich będzie w najbliższych czasie rekrutować ludzi w celu zwiększenia albo utrzymania zatrudnienia. Największe plany w tym zakresie mają firmy duże, wśród których odsetek wynosi 67%. Jeśli popatrzymy na branże to przoduje sektor handlowy z wynikiem 46,5% i usługowy (43,6%).

Plany rekrutacyjne firm pokazują, że w tym roku w jeszcze większym stopniu doświadczymy popytu na pracowników, który już do tej pory był na bardzo wysokich poziomach. Jednak z zaspokojeniem tak dużego zapotrzebowania może być problem, bo już połowa pracodawców odczuwa niedobory kadrowe. Co ciekawe, obecnie najbardziej poszukiwani na rynku są pracownicy średniego szczebla, na których zapotrzebowanie zgłasza 60% firm planujących rekrutację. Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce 2 lata temu. Przez ten czas to osoby o niskich kwalifikacjach były najbardziej pożądane, ale w tej grupie miejsca pracy coraz częściej pomagają wypełniać cudzoziemcy – podkreśla Maciej Witucki, Prezes Zarządu Work Service S.A.

Polacy wyjątkowo spokojni o pracę

Historyczne niskie wyniki poziomu bezrobocia i rosnące deficyty kandydatów przekładają się na nastroje pracowników. Tylko 11,6% z nich boi się dziś utraty pracy. Jest to wynik o 12,3 p.p. mniejszy niż w analogicznym okresie rok temu i jednocześnie najniższy poziom od ośmiu edycji „Barometru Rynku Pracy”. Największa niepewność jest wśród osób w wieku 55-67 lat, gdzie odsetek ten wynosi 16,9%. Najlepiej czują się ludzie młodzi, którzy dopiero wchodzą na rynek pracy (7,6%).

Młodzi ludzie wchodzący na rynek pracy mają nieograniczone szanse rozwoju, a organizacje dojrzały do tego, by proponować pracownikom przemyślane, bo oparte na planach rozwoju, możliwości. W połączeniu z kluczowym znaczeniem argumentów finansowych, jako motorów zmiany miejsca zatrudnienia, wpływa to na strategie działów HR, które muszą wykazać się dużą kreatywnością, aby zaproponować pracownikom konkurencyjne warunki. Pracodawcy zrozumieli, że nie wystarczy przyciągnąć wartościowego pracownika – należy go utrzymać i rozwijać w organizacji – komentuje Dorota Kubiak, Szef HR dla Bankowości Detalicznej w Citi Handlowy.

Niestająca presja płacowa

Pewność siebie pracowników i świadomość tego, co dzieje się na rynku przekłada się na oczekiwania płacowe. 54,5% Polaków spodziewa się w najbliższym czasie podwyżki, a blisko 40% utrzymania go na obecnym poziomie. Największy optymizm widać w grupie najstarszych pracowników, gdzie odsetek ten wynosi 61,6%. Tyle tylko, że pracodawcy nie widzą przestrzeni do tak masowych podwyżek jak jeszcze pół roku temu, kiedy takie plany miało blisko 29% firm. Teraz myśli o tym 11,3%, ale warto zauważyć, że jest to wynik o niemal 2 p.p. wyższy niż rok temu i wskazanie dwukrotnie większe niż 2 lata temu. Największą skłonność do wyższych wynagrodzeń mają firmy duże, zatrudniające ponad 249 osób i przedsiębiorstwa z branży produkcyjnej (19,3%) i handlowej (19,1%).

Z badania „CEO Survey” przeprowadzonego przez PwC wynika, że 76% prezesów firm w Europie Środkowo-Wschodniej jako główne wyzwanie biznesowe wskazuje problem z dostępem do talentów i kluczowych kompetencji. Nie jest więc zaskoczeniem, że rosną oczekiwania płacowe na rynku. Ten trend utrzyma się też w kolejnych latach, a może nawet się nasili. Zmiany w obszarze HR, które obserwujemy, powodują, że zdecydowana większość liderów biznesowych w naszym regionie, bo aż 69%, planuje w zupełnie nowy sposób zdefiniować strategię zarządzania kapitałem ludzkim. To pozwoli im skuteczniej i efektywniej odpowiedzieć na lukę kompetencyjną – uważa Anna Szczeblewska, People&Change Leader w PwC.

 

Źródło: Grupa Kapitałowa Work Service

Nadal jest drogo ale ceny OC już nie rosną tak szybko. Od początku 2017 roku do końca lipca średni koszt polisy zwiększył się o 2,7%. analogiczny okres w poprzednim roku charakteryzował się podwyżką na poziomie aż 30,7% – wynika z analizy CUK Ubezpieczenia. Choć podwyżki jeszcze nie ustały, to ich stopniowe zahamowanie może zwiastować pozytywne zmiany na rynku ubezpieczeń komunikacyjnych.

– Nie można jeszcze mówić o całkowitym ustabilizowaniu się sytuacji na rynku, jednak po pierwszym półroczu można z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że 2017 rok okazuje się  dla kierowców znacznie łaskawszy – mówi Maciej Kuczwalski, ekspert CUK Ubezpieczenia.

Stopniowy powrót do równowagi cenowej to wynik powolnego osiągania przez ubezpieczycieli poziomu opłacalności. Dotychczas sumy odszkodowań z tytułu ubezpieczenia OC znacznie przewyższały wpływy ubezpieczycieli ze składek. Musieli oni zatem dokładać do wypłacanych świadczeń z własnej kieszeni. W tej chwili dzięki podwyżkom cen jest szansa na to, że uda się zgromadzić pożądane kwoty w rezerwach, a w efekcie całkowicie zastopować podwyżki. – „Straty finansowe ubezpieczycieli są coraz mniejsze – co widać po dodatnim wyniku technicznym na koniec I kwartału br., a także po stabilizujących się cenach OC” – kontynuuje ekspert.

Choć w skali ogólnorynkowej odnotowujemy coraz niższe wzrosty cen OC, to mieszkańcy niektórych województw nadal nie maja powodów do radości. Podobnie jak na początku roku, na czele rankingu najwyższych cen OC znalazło się województwo dolnośląskie. Kierowcy muszą tam zapłacić za polisę średnio 935 zł – czyli aż o 29% więcej niż wynosi przeciętna cena w skali ogólnopolskiej. Mimo że jest to najdroższe województwo, podwyżki od początku roku nie przekroczyły tam poziomu 2%. Drugie miejsce – z ceną 826 zł za przeciętną polisę – zajmuje województwo pomorskie, w którym składki zwiększyły się prawie o 6%. Trzecim w kolejności najdroższym województwem jest lubuskie, gdzie za OC trzeba było zapłacić średnio 783 zł. Pomimo niechlubnej pozycji w rankingu, sytuacja cenowa zmienia się tam na lepsze – od początku roku odnotowano nieznaczny spadek cen – na poziomie 1,5%.

Stawki zmniejszyły się także w województwie lubelskim – kierowcy z tamtego regionu zapłacili o 3,2% mniej niż na koniec ubiegłego roku. Z kolei wzrosty cen poniżej średniej krajowej (2,7%) odnotowano w województwach: zachodniopomorskim (0,8%), kujawsko-pomorskim (1,3%), mazowieckim (1,8%) dolnośląskim (2%) i śląskim (2,1%).

Z o wiele bardziej drastycznym skokiem cen musieli zmierzyć się natomiast kierowcy z województwa opolskiego, gdzie od początku roku ceny wzrosły powyżej 11%. Ten wzrost cen wielokrotnie przekracza średnią całego kraju i sąsiadujących regionów. – „Pomimo odnotowanych podwyżek, sytuacja w województwie opolskim nie jest tak zła jak mogłoby się wydawać. Wystarczy przypomnieć sobie wahania cen polis na Opolszczyźnie z przełomu grudnia 2016 i stycznia 2017 roku. Spadły one wówczas aż o 19,6%. Trudno powiedzieć, dlaczego akurat to województwo charakteryzuje się tak dużą zmiennością – nie jest to raczej wynik położenia geograficznego, ponieważ analogiczną sytuację zaobserwowaliśmy na Podlasiu. Tam podwyżka po pierwszych siedmiu miesiącach 2017 roku także przekroczyła 11%. Podobnie jak na Opolszczyźnie, również w podlaskim odnotowaliśmy znaczny spadek cen na przełomie roku (6,5%). Statystyki wyraźnie pokazują, że pomimo wahań cen zaobserwowanych w poszczególnych województwach, tendencja ogólnopolska pozostaje niezmienna. Pojedyncze skoki cen, czy też chwilowe obniżki w danych miesiącach, szybko ulegają korekcie rynkowej” – mówi Maciej Kuczwalski.

Powyżej średniej ogólnopolskiej pod względem wzrostu cen plasują się także województwa:  podkarpacie (6,6%), pomorskie (5,9%), świętokrzyskie (5,3%), łódzkie (4,85%), małopolskie (4,38%), wielkopolskie (3,85%), warmińsko-mazurskie (3,13%). Pomimo odnotowanych w ciągu roku wzrostów, pierwsza trójka najtańszych województw pozostaje niezmienna. W lipcu najmniej za OC zapłacili mieszkańcy podkarpackiego, świętokrzyskiego i lubelskiego.

 – Jesteśmy już za półmetkiem 2017 roku, możemy zatem ze sporym przekonaniem stwierdzić, że równie drastycznych podwyżek co w roku 2016 już nie będzie. Oczywiście jest to teza, która ma szansę się potwierdzić jedynie przy scenariuszu nieprzewidującym zmian prawnych i politycznych, które mogłyby nadmiernie obciążyć ubezpieczycieli. W tej chwili największe wyzwanie szykuje europejskie rozporządzenie o ochronie danych osobowych oraz projekt ustawy o dystrybucji ubezpieczeń – mówi Maciej Kuczwalski. Rozporządzenie wymusi na wszystkich firmach, także z branży ubezpieczeniowej, dokonanie zmian organizacyjnych, przeprowadzenie audytów i adaptację systemów informatycznych. Podobne wyzwania szykuje projekt ustawy o dystrybucji ubezpieczeń który został przyjęty przez rząd pod koniec lipca.

– Wdrożenie nowych przepisów może w istotny sposób wpłynąć na polski rynek. Zmiany, jakie regulacje wymuszą na ubezpieczycielach, będą czasochłonne oraz będą wiązały się z niemałymi kosztami. Z drugiej strony branża powoli umacnia się finansowo. To daje nadzieję na to, że wyzwania szykowane przez ustawodawcę nie przyczynią się do dalszych strat, a co za tym idzie do podnoszenia cen polis – dodaje ekspert.

Wypowiedź: Jakub Braziewicz, CUK Ubezpieczenia.

W lipcu doszło do kosmetycznej podwyżki oprocentowania lokat bankowych. Jest to pierwsza pozytywna dla deponentów zmiana od 6 miesięcy. Do zmian mogły zachęcić umykające z bankowych kont pieniądze. W ciągu ostatnich 3 miesięcy Polacy wycofali z nich bowiem 5,9 miliardów – wynika z danych NBP.

Odpływ depozytów z systemu bankowego powoli staje się faktem. Już nie tylko niskie oprocentowanie lokat skłania do przenoszenia pieniędzy na rachunki ROR i oszczędnościowe, skąd łatwiej nimi dysponować. W ostatnich miesiącach dane sugerują też, że już nawet trzymanie pieniędzy na bankowych rachunkach przestaje być dla Polaków rozwiązaniem. Oszczędności wolą zainwestować bardziej ryzykownie – licząc na wyższy zysk, albo po prostu wydać na przyjemności. Ze statystyk publikowanych przez NBP wynika bowiem, że w lipcu Polacy trzymali w sumie 609,3 mld na złotowych rachunkach i lokatach w banku. To o 1,6 mld zł mniej niż w czerwcu i aż o 5,9 mld zł mniej niż trzy miesiące wcześniej (w kwietniu było to 615,2 mld zł).

Niespełna 12 złotych odsetek od odłożonego na rok tysiąca

Sytuacja taka może oznaczać, że wcale nie jest przypadkiem to, że lipiec był też pierwszym od pół roku miesiącem, w którym oprocentowanie depozytów wzrosło. Różnica była jednak kosmetyczna. Podczas gdy w czerwcu statystyczny deponent zadowalał się oprocentowaniem na poziomie 1,37% w skali roku, to w miesiąc później było to już 143% – wynika z danych NBP. Wciąż pozostają to więc stawki bardzo niskie. Zanosząc do banku 1000 złotych można bowiem przeciętnie liczyć na 14,3 zł odsetek w skali roku. Po potrąceniu podatku daje to zaledwie 11,58 zł rocznego zysku na rękę.

Na tyle można liczyć na przeciętnej lokacie, ale banki skłonne są dawać odrobinę więcej na lokatach trzymiesięcznych i rocznych – odpowiednio 1,58% i 1,6%. Wciąż jest to jednak za mało, aby pokonać inflację. Z pomocą mogą wtedy przyjść oferty promocyjne. Kierowane są one do nowych klientów lub ich nowych środków, choć nie jest to regułą. Dzięki nim można przeważnie liczyć na 2-3% w skali roku. W niektórych przypadkach możliwe jest też osiągnięcie nawet około 5% odsetek w skali roku, co już jest bardzo solidnym zyskiem. Ale uwaga! Promocyjne oferty limitują zazwyczaj górną granice kwot, którą można odłożyć na korzystnych warunkach.

Prezydent może ściąć stawki

Jest ponadto o wiele za wcześnie, aby doszukiwać się w pierwszej od miesięcy podwyżce oprocentowania początku jakiegoś trendu. Istnieje raczej poważne zagrożenie, że depozyty będą za jakiś czas jeszcze mniej atrakcyjne. Taki może mieć wpływ wprowadzenie w życie prezydenckiej propozycji nowelizacji ustawy o funduszu wsparcia kredytobiorców. Nowe prawo niosłoby pomoc kredytobiorcom z problemami i ułatwiłoby pozbycie się z systemu bankowego kredytów walutowych, ale to kosztuje, a banki gdzieś te dodatkowe pieniądze będą musiały znaleźć. Mogą obniżyć oprocentowanie depozytów, podmieść opłaty, marże kredytowe lub zadowolić się niższym zyskiem.

Autor: Bartosz Turek, analityk Open Finance

 

 

Tylko przez ostatni tydzień ceny benzyny bezołowiowej na nowojorskiej giełdzie towarowej wzrosły o ponad 20 proc. i osiągnęły najwyższy poziom od blisko 3 lat. Wyraźne zmieniają się też notowania na rynku europejskim, co oznacza, że polscy kierowcy muszą się przygotować na podwyżki, i to już od przyszłego tygodnia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Globalny rynek ropy naftowej i jej produktów cechuje się m.in. tym, że wszelkie zaburzenia popytu i podaży u wiodących konsumentów czy producentów przekładają się na zmiany cen praktycznie na całym świecie. Nie inaczej sytuacja wygląda w związku z huraganem Harvey, który nawiedził bogate w infrastrukturę petrochemiczną południowe stany USA.

Ropa w dół, a paliwa w górę

Patrząc pobieżnie na notowania ropy, wydaje się, że przez ostatni tydzień nic ciekawego się nie wydarzyło. Amerykańska ropa WTI spadła od zeszłego czwartku o ok. 3 proc., co mieści się zakresie wahań z ostatnich miesięcy. Stosunkowo niewielkie zmiany tego podstawowego surowca energetycznego nie oddają jednak olbrzymich zmian cen paliw, a zwłaszcza benzyny.

Jeszcze 24 sierpnia galon benzyny bezołowiowej kosztował na Nowojorskiej Giełdzie Towarowej (NYMEX) 1,65 dolara. Po tygodniu kurs doszedł do granicy 2 dol. Oznacza to ponad 20 proc. wzrostu i najwyższe poziomy od grudnia 2014 r.

W tej sytuacji interesująca wydaje się odpowiedź na pytanie – z czego wynikają tak duże spadki cen ropy naftowej? Otóż południowo-wschodnie wybrzeże Teksasu niedaleko Houston oraz granicy z Luizjaną usłane jest rafineriami. Według danych Amerykańskiej Agencji Energetycznej (EIA) ok. 44 proc. (z 17,3 mln) możliwości przerobowych ropy naftowej jest usytuowanych na wybrzeżu Zatoki Meksykańskiej. Z kolei raporty agencji Bloomberg pokazują, że wyłączenia amerykańskich rafinerii związane z huraganem Harvey przekraczają 4,4 miliona baryłek dziennie

To nie tylko ok. 25 proc. amerykańskich mocy przerobowych ropy naftowej, ale także znaczna część światowego popytu na produkty ropy naftowej wynoszącej niespełna 100 mln baryłek dziennie. 4,4 mln baryłek to także ośmiokrotność dziennego zapotrzebowanie na produkty przerobu ropy naftowej w Polsce.

Trudności w pozyskaniu odpowiedniej ilości paliw oraz problemy z ich transportem poprzez rurociągi powodują więc bardzo silny wzrost cen benzyn. Natomiast w większości wydobycie ropy naftowej nie jest narażone na problemy, gdyż odbywa się poza terenami opanowanymi przez żywioł. Stabilizacja podaży ropy przy mniejszym popycie ze strony rafinerii powoduje spadek cen podstawowego surowca, a wzrost cen jego produktów.

W Polsce też zapłacimy więcej

Stany Zjednoczone są nie tylko konsumentem benzyny czy diesla, ale także mają spory udział w eksporcie paliw. Dane EIA pokazują, że dzienny eksport netto produktów przerobu ropy naftowej wyniósł w ostatnich czterech tygodniach średnio niemal 2,2 mln baryłek. Teraz część tego eksportu jest zagrożona, co powoduje wzrost cen w innych regionach świata.

Wyższe oczekiwane ceny paliw na świecie to również efekt zaburzeń w dostawach paliw do wschodnich stanów USA. Prawdopodobnie będą one musiały być zaspokojone przez wyższy import z innych regionów globu, co także podbija ogólne wyceny benzyn.

Na rynku europejskim przez 6 dni cena benzyny 95 wzrosła o niespełna 9 proc. i osiągnęła najwyższy poziom od sierpnia 2015 r. Zmiany kosztów paliw także nie ominą rynku polskiego, choć dzięki względnie słabemu dolarowi do rekordów jest jeszcze daleko. W polskim hurcie jednak 31 sierpnia cena litra benzyny bezołowiowej wzrosła o 8 gr na litrze w porównaniu z poprzednim dniem. Jest duże ryzyko, że podwyżki będą kontynuowane i już w przyszłym tygodniu popularna „95” na stacjach będzie kilkanaście groszy droższa niż obecnie.

W tej serii negatywnych informacji są też pozytywy. Zaburzenia pogodowe zwykle nie powodują długotrwałych wzrostów cen surowców energetycznych. Po kilku tygodniach możliwości przerobowe ropy naftowej w USA powinny powrócić do wcześniejszych wartości, co także prawdopodobnie spowoduje powrót globalnych cen paliw do poziomów sprzed huraganu Harvey.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

W ostatnich dwóch latach liczba umów o pracę na czas nieokreślony wzrosła w Polsce o ponad pół miliona. W pierwszym kwartale tego roku umowy te posiadało ponad 9,5 mln polskich pracowników – wynika z danych GUS. W analogicznym okresie poprzedniego roku było ich ponad 9,1 mln, a w 2015 r. niespełna 9 mln. Z kolei umów o pracę na czas określony w pierwszym kwartale 2017 r. zawarto 3,4 mln, a jeszcze przed rokiem – ponad 100 tys. mniej.

– Rynek pracownika wpływa na ofertę firm, które stają się bardziej elastyczne. Dzięki temu, forma zawieranej umowy zależy często od preferencji kandydata, przez co poprawiają się warunki pracy w odczuciu samych pracowników – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page. – Obserwujemy zatem, że pozycja pracownika wzmocniła się, dotyczy to zarówno kandydatów na wysokie stanowiska, jak i osoby ze średniego oraz niższego szczebla – dodaje.

Blisko 54% ankietowanych pracowników na stanowiskach asystenckich, specjalistów, managerów i dyrektorów posiada w Polsce umowę na czas nieokreślony – wynika z badania Confidence Index za drugi kwartał br., przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Aż 60% ankietowanych przewiduje, że w najbliższych miesiącach poprawi się ich pozycja zawodowa i sytuacja na rynku pracy. Wg respondentów będzie to miało swoje przełożenie także na wzrost ich wynagrodzeń w przeciągu 12 miesięcy. Podwyżki w tym okresie spodziewa się 52% ankietowanych Polaków. Oznacza to wzrost tego współczynnika o 8 p.p. względem minionego kwartału oraz wzrost o 7 p.p. wobec analogicznego okresu w 2016 roku.

 

Wypowiedź: Piotr Dziedzic, Dyrektor w Michael Page.

Umacniająca się pozycja kandydatów na rynku pracy powoduje, że pracodawcy muszą się liczyć odejściami często kluczowych osób z organizacji – według badania Antal, poziom rotacji dobrowolnej w 2016 roku wyniósł 10,8% dla całego rynku. Oznacza to, że co 10 pracownik rozstał się z firmą na własne życzenie. Jak zauważa Work Service, odejść byłoby mniej, gdyby pracodawcy walczyli o pracowników. Tymczasem poza dużymi firmami większość nie robi nic.

Z badań Work Service wynika, że co druga firma zapowiadająca w tym roku rekrutacje, jest zmuszona do ich realizacji ze względu na odejścia dobrowolne, czyli rozstania z inicjatywy osób zatrudnionych.

Przy rekordowo niskich poziomach bezrobocia uwidocznił się rosnący niedobór na rynku pracy. Pracownicy często nie muszą aktywnie poszukiwać nowych możliwości zawodowych, bo do odejścia są nakłaniani przez konkurencyjne firmy. Z naszych badań wynika, że 22% Polaków uzyskało w ubiegłym roku oferty pracy, o które sami nie zabiegali. To obrazuje klasyczny mechanizm walki o kandydatów, który dopadł firmy z wielu branż. Co istotne rywalizacja dotyka już nie tylko specjalistów, ale również pracowników niższego i średniego szczebla – komentuje Andrzej Kubisiak, Dyrektor Zespołu Analiz w Work Service S.A.

Rotacja to straty dla firmy

Pracodawcy cierpią najbardziej tracąc doświadczonych pracowników, którzy wypracowywali znakomite wyniki i mieli duży wpływ tak na produktywność, jak i na stabilność kultury organizacyjnej. Jednak nawet utrata pracownika z krótkim stażem (mniej niż 12 miesięcy) wiąże się z kosztami, ponieważ taka osoba nigdy nie zdołała osiągnąć pełnej efektywności i „zwrócić kosztów” poniesionych przez pracodawcę w toku rekrutacji i szkoleń.

Co ciekawe, mało która firma w Polsce próbuje walczyć o zatrzymanie pracowników. Z badania Work Service wynika, że 8 na 10 pracodawców w ogóle nie podejmuje działań ograniczających rotację. Jedynie 15% firm jest na to przygotowanych. Programy przeciwdziałające odejściom pracowników można spotkać głównie w dużych firmach (41,6%), zatrudniających powyżej 250 osób, a tylko sporadycznie istnieją one w małych przedsiębiorstwach (10%).

Wyniki badań Antal potwierdzają, że wyzwanie rośnie wraz z liczebnością firmy. Spośród organizacji zatrudniających ponad 1000 pracowników, co czwarta doświadczyła w 2016 roku odpływu dobrowolnego na poziomie ponad 20%. Sytuacja odwrotna ma miejsce w małych organizacjach, w których pracuje do 50 osób. Niskim poziomem dobrowolnej rotacji, do 5%, wykazuje się co druga taka firma – wyjaśnia Agnieszka Wójcik, menedżer badań rynku w Antal.

Podwyżki to nie wszystko

Z badania Work Service wynika, że 2/3 firm chcąc zatrzymać pracowników oferowało im wyższe wynagrodzenie. Jedynie co piąta wskazywała możliwości awansu, a 1 na 10 stawiała na benefity pozapłacowe.

Pokutuje silne przekonanie, że najlepsze kadry w firmie można utrzymać jedynie dzięki zwiększaniu poziomów wynagrodzeń, a co za tym idzie wyższych kosztów. Większość pracodawców chcących zatrzymać pracowników w firmie oferowało im podwyżki, a przecież istnieją też inne elementy na które zwracają uwagę pracownicy. W ostatnich miesiącach zyskują na znaczeniu możliwości rozwoju i awansu, a te nie muszą łączyć się z wyższymi kosztami zatrudnienia – zauważa Andrzej Kubisiak.

Eksperci Antal przeanalizowali popularność narzędzi ograniczających rotację pracowniczą, takich jak: szkolenia, badania satysfakcji, ulepszanie komunikacji wewnętrznej, benefity pozapłacowe, programy employer brandingowe, elastyczne systemy pracy. Klasyczny zestaw, czyli podwyżki w parze ze szkoleniami, stosowany jest najczęściej w firmach z branży budowlanej i energetycznej. Sektory IT, handlowy oraz centra usług wspólnych także stawiają podwyżki na pierwszym miejscu, jednak szkolenia są w tych segmentach mniej popularne.

Jedynie sektory finansowy i farmaceutyczny częściej, niż dodatkowymi pieniędzmi, walczą z rotacją wybierając alternatywne narzędzia, jak badania satysfakcji.

Wyniki badania wskazują jednak na niepokojące zjawisko – większość organizacji wykorzystuje jedynie jedno lub dwa narzędzia zatrzymywania pracowników w strukturach.

Brak zróżnicowanego i przemyślanego planu zarządzania odejściami to bezpośredni powód, dla którego jest to aż tak poważnym wyzwaniem – mówi Agnieszka Wójcik. Aby stworzyć efektywną strategię powstrzymywania tego zjawiska, należy każdorazowo analizować przyczyny odejść pracowników. Jeżeli nowy pracodawca skusił ich czymś, co i my mogliśmy zaoferować, należy zadać sobie pytanie: dlaczego pracując z kimś na co dzień nie poznaliśmy jego faktycznych potrzeb?

 

Wypowiedź: Andrzej Kubisiak, dyrektor zespołu Analiz i Komunikacji w Work Service.

Podwyżka o 15% podatku akcyzowego na mocne alkohole, która weszła w styczniu br. wprowadziła duże zawirowanie na rynku wyrobów spirytusowych. Kilkuprocentowe spadki sprzedaży odbiły się nie tylko na producentach, ale także na sektorze handlu i dystrybucji. Największy, bo ponad 10% wolumenowy spadek sprzedaży zanotowały sklepy małoformatowe. To duży cios dla właścicieli małych sklepów, bo alkohole są w nich jednym z najważniejszych źródeł przychodu. Jeżeli nie utrzymają się na rynku pracę może stracić od kilku do kilkunastu tysięcy osób. W nowej sytuacji najlepiej poradziły sobie dyskonty, których udział w kanałach sprzedaży sukcesywnie rośnie.

Spodziewaliśmy się, że tak wysoka podwyżka akcyzy wpłynie negatywnie na sytuację w całym łańcuchu dostaw. Podwyżki cen wymuszone wyższym podatkiem wpłynęły na mniejszą sprzedaż i przesunięcia w ramach kanałów sprzedaży” – komentuje Leszek Wiwała, Prezes Związku Pracodawców Polski Przemysł Spirytusowy. „Potwierdza to tezę, że polski konsument jest wciąż bardzo wrażliwy na cenę produktu.”

Maciej Ptaszyński, Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu dodaje: „Załamanie na rynku mocnych alkoholi uderza zawsze w małe i średnie sklepy, które pozostają najważniejszym kanałem sprzedaży. Mocny alkohol jest bowiem jednym z niewielu generatorów marży, wytwarzając nawet do 10% całościowych obrotów przeciętnego sklepu spożywczego. Należy pamiętać, że każdy procent spadku obrotów, przekłada się na zmniejszenie zatrudnienia. W wyniku drastycznych spadków sprzedaży, które obserwujemy od początku roku wiele małych sklepów może nie zdołać utrzymać się na rynku. To oznacza utratę zatrudnienia od kilku do kilkunastu tysięcy osób. Zbyt wysoka akcyza na alkohol zawsze powoduje przesuniecie sprzedaży do szarej strefy, co oprócz skutków ekonomicznych i budżetowych stanowi również zagrożenie dla zdrowia”.

źródło: Polska Izba Handlu

Eksperci

Ludwiczak: Majowe spowolnienie na rynku mieszkaniowym

Odczyty makroekonomiczne za maj 2018 r. można by uznać za bardzo dobre, gdyby nie spowolnienie na ry...

Przasnyski: Stopy procentowe niskie, ale kredyty drożeją

Rada Polityki Pieniężnej od ponad trzech lat utrzymuje stopy procentowe na rekordowo niskim poziomie...

Sawicki: Nowy tydzień, nowe szanse

Ubiegły tydzień inwestorzy zaczynali we wręcz szampańskich nastrojach, ale kończyli go w minorowych....

Lipka: Znów fatalne wieści dla frankowiczów

Za szwajcarską walutę trzeba płacić już ok. 3,70 zł, to ponad 20 gr więcej niż jeszcze miesiąc temu....

Bugaj: Pogarszające się inwestycyjne warunki

Po względnie stabilnym kwietniu drugi tydzień maja przyniósł dość zaskakującą poprawę koniunktury, k...

AKTUALNOŚCI

Uwaga na fałszywe e-maile o zwrocie podatku

Ministerstwo Finansów ostrzega przed fałszywymi e-mailami z informacją o „zwrocie podatku". Wiadomoś...

Split payment od 1 lipca – czy będą problemy z płynnością?

Split payment wchodzi w życie dla wszystkich firm w Polsce, obligatoryjnie dla dużych od 1 lipca br....

62% firm z sektora MSP finansuje rozwój ze środków własnych

Jak wynika z raportu prezentowanego dziś podczas konferencji prasowej ZPP pt. „Finansowanie biznesu ...

Wiemy, które marki wydają najwięcej na reklamę w branży handlowej

Jak donosi Instytut Monitorowania Mediów, w badaniu analizującym wydatki na reklamę w maju, najwięks...

Więcej oddanych mieszkań niż przed rokiem – inwestorzy i spółdzielnie mieszkaniowe mają

GUS poinformował o statystykach oddanych do użytku mieszkań - w okresie pierwszych pięciu miesięcy 2...