niedziela, Wrzesień 23, 2018
Facebook
Home Tagi Wpis otagowany "podatki"

podatki

Od 1 lipca wszyscy podatnicy, w tym mikroprzedsiębiorcy, którzy prowadzą księgi podatkowe i wytwarzają dowody księgowe w formie elektronicznej, przekazują struktury JPK na żądanie organów podatkowych w trakcie postępowania podatkowego, czynności sprawdzających, kontroli podatkowej i kontroli celno-skarbowej. Do 30 czerwca 2018 r. obowiązek ten dotyczy wyłącznie dużych przedsiębiorców.

„JPK na żądanie to korzyść dla administracji skarbowej i dla podatników. Przekazanie danych JPK znacząco przyśpieszy prowadzone postępowania kontrolne, pozwoli uniknąć wizyty w urzędzie lub przyjmowania kontrolujących w siedzibie firmy. Kontrole będą bardziej obiektywne i przejrzyste dla podatników. Kontrolowany i kontrolujący zyskają większą pewność dotyczącą materiałów wykorzystywanych w trakcie czynności sprawdzających i kontrolnych” – mówi wiceminister finansów, zastępca szefa Krajowej Administracji Skarbowej (KAS) Paweł Cybulski.

„Data 1 lipca 2018 r. jest warta odnotowania. Od tego momentu większość podatników będzie przekazywała dane w toku kontroli w formie plików JPK. Dzięki możliwości pozyskiwania danych w formie plików JPK zmieniamy oblicze kontroli dotyczących podatków. Wprowadzamy nowe technologie, które pozwolą zautomatyzować proces kontroli. Chcemy szybciej i niższym kosztem dla podatnika realizować zadania” – dodaje dyrektor Departamentu Nadzoru nad Kontrolami MF Przemysław Krawczyk.

KAS może żądać JPK od podatnika, a także od kontrahenta, jeżeli prowadzi on księgi podatkowe w formie elektronicznej.

Jakie struktury JPK będą przekazywane na żądanie

Struktury, których od 1 lipca 2018 r. można żądać KAS

JPK_KR – księgi rachunkowe

JPK_WB – wyciąg bankowy

JPK_MAG – magazyn

JPK_FA – faktury VAT

JPK_PKPIR – podatkowa księga przychodów i rozchodów

JPK_EWP – ewidencja przychodów

Sposoby przekazania JPK na żądanie

„Ministerstwo Finansów udostępniło bezpłatne narzędzia, dzięki którym przedsiębiorca może przekazać JPK na żądanie: aplikację Klient JPK 2.0 do generowania i wysyłania JPK oraz aplikację e-mikrofirma w zakresie faktur (struktury JPK_FA). Przedsiębiorcy nie powinni mieć problemów z udostępnieniem organowi podatkowemu JPK na żądanie. System informatyczny Ministerstwa Finansów jest przygotowany na przyjęcie dodatkowych plików JPK. Ponadto MF opracowało i wykonało aplikację dla urzędników KAS, która jest wykorzystywana do weryfikacji i potwierdzania prawidłowości plików JPK przekazywanych na żądanie organu podatkowego” – informuje wiceminister finansów Paweł Cybulski.

JPK na żądanie – informacje dla podatników

Szczegółowe informacje na temat JPK na żądanie wraz z broszurami MF zostały opublikowane w Portalu Podatkowym.

Według raportu „Przedsiębiorca odczarowany” Polskiej Rady Biznesu, polscy przedsiębiorcy wypłacali wynagrodzenia wyższe od tych, jakie zatrudnieni otrzymywali w innych segmentach gospodarki. Dzięki działalności gospodarczej polskich przedsiębiorców w 2016 r. do kasy państwa trafiło 186 mld zł.

Dane wskazują na to, że w 2016 r. średnia płaca wynosiła u nich 4 131 zł wobec 3 857 zł średnio dla Polski (licząc na podstawie rachunków narodowych). Najwyższe płace otrzymywali pracownicy zatrudnieni w branżach teleinformatycznej oraz finansowej, a najniższe w hotelarstwie i gastronomii. W tym roku więc polscy przedsiębiorcy wypłacili wynagrodzenia brutto w łącznej wysokości 178 mld zł, a do tego kolejne 35,3 mld zł w składkach płaconych do ZUS.

Polacy zarobili więc z tytułu umowy o pracę łączną sumę 108,1 mld zł, a do ZUS przekazano 45,6 mld zł składek płaconych przez pracowników. Z tytułu podatków dochodowych od pracowników, fiksus otrzymał 24,6 mld zł. To ponad jedna dziesiąta wszystkich dochodów podatkowych państwa.

Średnie wynagrodzenia w Polsce w 2016 r.
Źródło: szacunki własne Polskiej Rady Biznesu,, GUS

Zyski wygenerowane przez spółki z o.o.

Zyski wygenerowane przez spółki handlowe z ograniczoną odpowiedzialnością prowadzone przez polskich przedsiębiorców wyniosły w 2016 r. równo 14 mld zł, czyli 239 tys. zł na jedną firmę. Większość tej kwoty stanowił dochód samych przedsiębiorców, ale aż 2,1 mld zł trafiło do inwestorów i wspólników.

 

Podatki, składki i wynagrodzenia płacone przez polskich przedsiębiorców w 2016 r.
Źródło: szacunki własne Polskiej Rady Biznesu, GUS

 

MS, źródło: PRB

Pixabay

3,3 – taką średnią ocenę mają ustawy, które w 2017 roku zostały podpisane przez Prezydenta. Z 207 ustaw Warsaw Enterpise Institute wybrał 30, które sprawdził. Były to ustawy, najważniejsze z punktu widzenia przedsiębiorczości i funkcjonowania państwa, bądź te które budziły największe emocje społeczne.

Średnia ocena 3,3 sama w sobie nie wzbudza szczególnego zachwytu – plasuje polską legislację gdzieś na granicy przeciętności w stosunku do oczekiwanego stanu a umiarkowanie zadawalającego poziomu. Ocena ogólną w górę windują prorozwojowe ustawy w ramach „100 zmian dla firm” przygotowanymi pod kierownictwem Mateusza Morawieckiego. W podatkach nie był to szczególnie przełomowy rok, ale tegoroczne zmiany takie jak łatwiejsze rozliczenie podatkowe czy ulgę inwestycyjną WEI uznał za pozytywne.

Oceny w poszczególnych obszarach:

Gospodarka: 3,36

Edukacja i Nauka:  4

Wymiar Sprawiedliwości: 3

Podatki:  5

Zdrowie: 3

Bezpieczeństwo i Administracja: 2,6

Prawie wszystkie najgorsze rozwiązania były inicjatywami poselskimi. Jak zauważa WEI uproszczony tryb procedowania tego typu projektów sprzyja uchwalaniu prawa na szybko. Widoczna jest również tendencja do przegłosowywania w taki sposób ustaw budzących społeczne kontrowersje. Ciężko także wskazać jednego odpowiedzialnego za dane rozwiązanie prawne, co rozmywa polityczną odpowiedzialność.

Innym niepokojącym trendem, na który zwraca uwagę WEI jest ustawowe ograniczanie kompetencji samorządu terytorialnego widoczne m.in. w ustawie o prawie wodnym czy też w ustawie o zgromadzeniach.

Liderem rankingu wśród polityków została minister Elżbieta Rafalska m.in. dzięki ustawie ułatwiającej w Polsce prowadzenie żłobków. Pierwsze miejsce zawdzięcza jednak prezydentowi, który odesłał ustawę o zniesienie limitu 30-krotności składki do Trybunału Konstytucyjnego. Gdyby ta weszła w życie bez wątpienia mocno obniżyłaby średnią Pani minister. Do prymusów WEI zaliczył też Jarosława Gowina, z rozwiązaniami w dziedzinie Nauki i Annę Streżyńską, odpowiedzialną za cyfryzację kraju.

 

Wewnętrzne działy podatkowe w swojej pracy wykorzystują przede wszystkim systemy z bazami dokumentów (ich elektroniczny obieg), digitalizację zarządzania wiedzą i aplikacje mobilne. A w dużo mniejszym stopniu, big data i narzędzia oparte o chmurę obliczeniową.

Nowoczesne technologie coraz skuteczniej wykorzystywane są też przez organy podatkowe. Co w połączeniu z rosnącymi wymaganiami w zakresie transparentności rozliczeń podatkowych i obowiązków sprawozdawczych stawia przed podatnikami poważne wyzwania.

Z naszego badania wynika, że dyrektorzy podatkowi mają świadomość, że nowoczesne technologie stanowią jedno z najważniejszych rozwiązań, które pozwoli zniwelować efekty ostatnio wprowadzonych, jak i dopiero planowanych, zmian w raportowaniu podatkowym.

Jedną z zalet nowych technologii wskazanych przez dyrektorów podatkowych wyróżnić można przede wszystkim zwiększenie efektywności pracy, eliminację prostych błędów, redukcję kosztów i dostęp do szerszej gamy źródeł wiedzy.

Sprawozdawczość podatkowa w oparta na elektronicznym transferze danych, analiza dużych zbiorów danych i dążenie do coraz szerszej automatyzacji procesów podatkowych – to już nie odległa przyszłość lecz bieżąca rzeczywistość pracy w dziale podatkowym.

W styczniu 2018 r. wskaźnik PMI Polskiego Sektora Przemysłowego spadł  do poziomu 54,6 z  55,0 w grudniu 2017 r. – podał Markit.

Styczniowe wyniki badań PMI zasygnalizowały pomyślny start w 2018 r. dla polskiego sektora przemysłowego. Do polskiego przemysłu napływają nowe zamówienia tak z rynku polskiego, jak i z zagranicy w tempie najszybszym od trzech lat. Ale tempo produkcji było w styczniu słabsze niż w grudniu. Problem w tym, że nowe zamówienia napotykają na barierę mocy wytwórczych. Firmy nie są w stanie zaspokoić rosnącego popytu i sygnalizują ograniczone moce przerobowe. Co prawda dane dotyczące wzrostu PKB w 2017 r. sygnalizują na silny wzrost inwestycji w 4. kwartale, ale nic nie wskazuje na to, że ten silny wzrost dotyczył inwestycji w sektorze przedsiębiorstw. W 4. kwartale 2017 r. (w stosunku do września) depozyty firm wzrosły bowiem o ponad 28 mld zł, a należności wobec sektora finansowego spadły o 0,5 mld zł. Jeśli firmy zwiększyłyby istotnie nakłady na inwestycje, widzielibyśmy to w spadku depozytów i wzroście zobowiązań wobec sektora bankowego, a sytuacja była odwrotna.

Oczywiście przedsiębiorstwa przemysłowe na pewno inwestowały, ale jak pokazuje styczniowy PMI, w skali nie zapewniającej takiego wzrostu mocy wytwórczych, który pozwalałaby na realizację silnie rosnących nowych zamówień. „Ratowały się” dalszym wzrostem zatrudnienia, i to w najwyższym od 9. miesięcy tempie, co wskazuje na determinację w pozyskiwaniu „ostatnich dostępnych” na rynku pracowników.

Z jednej strony rośnie zatem liczba nowych zamówień, z drugiej zbyt niskie w stosunku do potrzeb nakłady na inwestycje ograniczają szanse ich realizacji. Wzrost zatrudnienia w części wypełnia tę lukę, ale i te zasoby są już na wyczerpaniu.

Efektem są wydłużające się opóźnienia w dostawach. Do tego dochodzą rosnące ceny surowców, głównie stali, co wskazuje na znany nam z lat 2011-2012 efekt kumulacji popytu m.in. na materiały budowlane i wzrost ich cen. Jeśli firmy zwiększą istotnie nakłady na inwestycje, inflacja będzie rosła. Już dzisiaj firmy sygnalizują wzrost cen wyrobów gotowych.

Należy się i cieszyć, bo nowe zamówienia rosną, ale i martwić, bo coraz trudniej firmom sprostać popytowi. Czynniki produkcji, którymi firmy dysponują są w pełni wykorzystane. Niezbędne są nowe inwestycje, ale one – jeśli uda się przedsiębiorstwom znacząco zwiększyć ich skalę – dadzą przełożenie na wzrost możliwości produkcyjnych nie wcześniej niż za pól roku, rok.

Na pewno zatem czekają nas rosnące ceny, znacznie bardziej niż zakłada to budżet państwa na 2018 r. Beneficjentem inflacji będzie budżet państwa, bo wpływy z podatków pośrednich (VAT i akcyza) będą większe niż zakładane. Gorzej z gospodarstwami domowymi i przedsiębiorcami. Siła nabywcza gospodarstw domowych będzie niższa, bo ich dochody rozporządzalne będą „zjadane” przez inflację. To, przy bezrobociu na poziomie 4 proc. (BAEL), na pewno będzie tworzyć presję płacową, a tym samym będzie prowadzić do wzrostu kosztów w przedsiębiorstwach i albo przekładać się na kolejne wzrosty cen, albo ograniczać zdolność firm do rozwoju. Czy tak, czy tak, jesteśmy w niezłym pacie.

 

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej- Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Fiskus udostępni przedsiębiorcy informacje o nieuczciwym kontrahencie, jak wynika z nowelizacji Ordynacji podatkowej. Za jej sprawą w ustawie pojawia się też nowa definicja tego, co może być dowodem podczas kontroli podatkowej. Nowela czeka na podpis prezydenta.

Tax Care podejmował tematykę projektu zmiany ustawy Ordynacji podatkowej w maju br., kiedy projekt ujrzał światło dzienne. W zeszłym tygodniu projekt został przyjęty przez Senat i teraz czeka na podpis prezydenta. Wykreślono z niego nowe obowiązki sprawozdawcze dużych, średnich i małych firm. W życie wejdą jednak pozostałe przepisy, które dotykają wszystkich przedsiębiorców. Celem modyfikacji Ordynacji podatkowej jest stworzenie mechanizmu ochrony podatników przed poniesieniem konsekwencji nieuczciwości kontrahentów, choć tezę tę można poddać w wątpliwość.

Nowa definicja dowodu w postępowaniu podatkowym

Aktualnie w art. 181 Ordynacji podatkowej znajduje się otwarty katalog materiałów, które mogą w szczególności stanowić dowód w postępowaniu podatkowym. To m.in. księgi podatkowe, złożone deklaracje podatkowe, zeznania świadków, opinie biegłych czy dokumenty zgromadzone podczas kontroli w firmie.

Wprowadzana nowelizacja dodaje, że dowodem w postępowaniu podatkowym mogą być również dokumenty zgromadzone w toku działalności analitycznej Krajowej Administracji Skarbowej. Jak czytamy w uzasadnieniu do noweli, rozszerzenie definicji dowodu ma na celuwyeliminowanie wątpliwości i negowania przez podatników wykorzystywania przez organy skarbowe dokumentów zgromadzonych w ramach czynności analitycznych.” Co ważne, powyższa zmiana przepisów nie wpływa na obowiązującą zasadę, że jako dowód należy dopuścić wszystko, co może przyczynić się do wyjaśnienia sprawy, a nie jest sprzeczne z prawem (art. 180 § 1 ww. ustawy).

Ochrona przed nieuczciwymi kontrahentami

Zmiana ustawy Ordynacja podatkowa wprowadza także wyłączenie stosowania tajemnicy skarbowej do udostępniania kontrahentowi przedsiębiorcy trzech informacji, zgodnie z nowym art. 293 § 3 ustawy. Są to informacje o:

  1. niezłożeniu lub złożeniu przez przedsiębiorcę deklaracji lub innego dokumentu, do złożenia których był obowiązany,
  2. nieujęciu lub ujęciu przez przedsiębiorcę w tych deklaracjach lub dokumentach czynności, do których był obowiązany,
  3. zaleganiu lub niezaleganiu przez przedsiębiorcę w podatkach wynikających ze deklaracji lub innych dokumentów.

Co ważne, użyty zwrot „niezłożenie deklaracji” nie dotyczy przypadków, gdy przedsiębiorca faktycznie nie złożył deklaracji, ale nie upłynął jeszcze termin jej złożenia.

Obecnie indywidualne dane podatnika zawarte m.in. w składanych przez niego deklaracjach podatkowych są objęte tajemnicą skarbową. Nowy przepis Ordynacji podatkowej daje możliwość uzyskania przez podatnika informacji objętej tajemnicą skarbową, która świadczy o sytuacji podatkowej jego kontrahenta (np. faktu niezłożenia deklaracji).

Odpłatny tryb udostępniania informacji o kontrahencie

Nowe przepisy wskazują też, że fiskus będzie powyższe informacje udostępniać w formie zaświadczenia. Wydanie zaświadczenia będzie możliwe na wniosek kontrahenta przedsiębiorcy i będzie podlegać opłacie skarbowej w wysokości 17 zł.

Kto może uzyskać tajne dane?

Niestety nowe rozwiązaniu mające chronić przedsiębiorcę przed nieuczciwymi kontrahentami ma duży minus. Podmiotem uprawnionym do ubiegania się o zaświadczenie z danymi dotyczącymi sytuacji podatkowej danego przedsiębiorcy może być każdy, kto już jest jego kontrahentem. Kontrahentem podatnika mogą być wszystkie podmioty, które są stroną transakcji finansowej, która ma na celu wymianę towaru lub usługi. Z powyższego wynika, że fiskus udzieli informacji o aktualnym, a nie potencjalnym kontrahencie.

Jak wierzy resort finansów – autor modyfikacji w Ordynacji podatkowej – dzięki wprowadzeniu możliwości sprawdzenia sytuacji podatkowej kontrahenta przedsiębiorca ma zyskać możliwość rzetelnej oceny kontrahentów. W efekcie, może się to przyczynić się do budowania pewności obrotu gospodarczego i eliminacji nieuczciwych przedsiębiorców. Ustawa ma wejść w życie po 30 dniach od jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

 

autor: Katarzyna Miazek, Tax Care

Ponad jedna czwarta polskich przedsiębiorców deklaruje, że zatory płatnicze są jedną z najistotniejszych barier hamujących wzrost inwestycji – wynika z raportu Forum Obywatelskiego Rozwoju. Powstają one wskutek opóźnień w płatnościach między przedsiębiorcą a jego klientami, podwykonawcami czy partnerami. Konsekwencje zatorów płatniczych to przede wszystkim brak płynności finansowej, a co za tym idzie problemy z uregulowaniem należności wynikających z istnienia firmy takich jak: podatki, ubezpieczenie czy pensje klientów. Jak poradzić sobie z zaburzeniami w przypływie należności i usprawnić płynność finansową firmy?

3 sposoby na uniknięcie zatorów płatniczych:

Uważaj na kredyt kupiecki

Aż 11% respondentów 14. fali badania Bibby MSP Index deklaruje, że korzysta z kredytu kupieckiego jako źródła finansowania swojej firmy. Ten środek to nic innego jak należność z odroczonym terminem płatności bez dodatkowych odsetek. Narzędzie w przeciwieństwie do pożyczki nie wymaga szeregu formalności wynikających z pożyczki. Dlatego jest często praktykowane przez firmy, które z różnych powodów nie otrzymały standardowego kredytu. Niestety ta metoda jest bardzo ryzykowana z punktu widzenia firmy udzielającej pożyczki. Nieterminowe uregulowanie należności wiąże się z zatorem płatniczym firmy, zaburzeniami w płynności finansowej i szeregiem negatywnych konsekwencji dla biznesu.

– Długie terminy są z jednej strony korzystnym rozwiązaniem dla przedsiębiorców, którzy z różnych przyczyn nie mają środków na uregulowanie konkretnej faktury, zaś z drugiej strony należy pamiętać o firmie udzielającej kredytu kupieckiego, która nigdy nie ma stuprocentowej gwarancji, że otrzyma środki w terminie. Na polskim rynku wyznaczane są różne terminy płatności, które sięgają od 30 do nawet 180 dni roboczych. Zdarzają się sytuacje, w których długie terminy płatności oraz nieuiszczenie należności na czas jednej faktury, doprowadziły do bankructwa firmy – komentuje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services w Polsce.

Opłacaj swoje należności w terminie

Warto zwrócić uwagę, że firmy funkcjonujące na rynku gospodarczym tworzą łańcuch wzajemnych zależności. W sytuacji, gdy przedsiębiorca nie otrzyma swoich należności w terminie, nie może uregulować zobowiązań względem innych ogniw łańcucha, czyli firm, które czekają na środki. Płatnik, który nie wywiązuje się z terminu płatności faktur, sprowadza szereg negatywnych konsekwencji na inne przedsiębiorstwo, które również nie może uregulować swoich zobowiązań wobec partnerów czy podwykonawców. Terminowe opłacanie należności świadczy o gospodarczej odpowiedzialności firmy oraz o rzetelnym podejściu do potrzeb innych przedsiębiorców. Warto pamiętać, że opłacając faktury w terminie, ryzyko zerwania łańcucha płatności zostanie zminimalizowane, zmniejsza się wtedy również prawdopodobieństwo, że problem niewypłacalnego kontrahenta dotknie nas w przyszłości.

Zadbaj o płynność finansową

Narzędziem zapewniającym płynność finansową jest faktoring, dzięki niemu firmy otrzymują swoje należności niemal natychmiast, przez co nie dotykają ich długie terminy płatności. Faktoring gwarantuje regularny i systematyczny nadzór nad kontrahentami, a także możliwość przejęcia ryzyka niewypłacalności partnera. Dzięki niemu przedsiębiorstwa łatwiej mogą zapewnić sobie płynność finansową.

Decydując się na tę opcję finansowania, można liczyć na poprawę swojej sytuacji na rynku. Firma korzystająca z faktoringu oddaje swoje należności w ręce specjalistów, którzy profesjonalnie dbają o to, by kontrahenci terminowo płacili za wystawione faktury. W ten sposób przedsiębiorca gwarantuje sobie stały dopływ gotówki, który pozwala mu terminowo regulować zobowiązania wobec swoich odbiorców i pracowników. Oprócz tego uzyskuje wsparcie w procesie zarządzania należnościami – dodaje Jerzy Dąbrowski, Dyrektor Generalny Bibby Financial Services w Polsce.

 

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Upadek polskiej branży elektronicznych papierosów, rozwój szarej strefy, drastyczny wzrost kosztów dla użytkowników, a nawet powrót do palenia tytoniu – taki efekt może przynieść znowelizowana ustawa o podatku akcyzowym, która ma wejść w życie już 1 stycznia 2018 r. Producenci apelują do posłów o weryfikację projektu ustawy i racjonalne zmiany.

Rynek e-papierosów rozwija się w Polsce dopiero od kilku lat, jednak już teraz jego wartość jest szacowana na 500 mln zł, plasując nasz kraj w czołówce nie tylko Europy, ale i świata. Polski kapitał rośnie w siłę, a rodzimi producenci płynów do elektronicznych papierosów planują lub już prowadzą działalność eksportową. Liczba użytkowników e-papierosów w Polsce to aktualnie ponad 1,5 mln osób, z czego duża część to byli palacze tradycyjnego tytoniu. Tak dobra sytuacja tego rozwojowego sektora naszej gospodarki może się jednak niebawem diametralnie zmienić.

Ministerstwo Finansów przygotowało znowelizowany projekt ustawy o podatku akcyzowym, w którym zakłada wprowadzenie od 1 stycznia 2018 r. akcyzy na płyny do e-papierosów w wysokości 0,50 zł/ml. Oznacza to wzrost ceny jednej buteleczki liquidu o pojemności 10 ml aż o 5 zł (np. z 10 do 15 zł). Producenci tych wyrobów alarmują, że tak wysoki jednorazowy skok akcyzy, jeden z najwyższych w historii tego podatku w Polsce, negatywnie odbije się na polskiej gospodarce.

Plan Ministerstwa Finansów a rzeczywistość

Branża e-papierosów wspólnie uznaje, że szanse na to, aby projekt znowelizowanej ustawy o podatku akcyzowym w aktualnym brzmieniu przyniósł oczekiwane przez Ministerstwo Finansów rezultaty, zarówno w zakresie ochrony zdrowia, jak i wpływów do budżetu państwa, są bardzo małe.

Drastyczny wzrost cen

Wysoka stawka akcyzy, 0,50 zł/ml e-liquidu, jedna z najwyższych w Europie pod kątem rozporządzalnego dochodu obywateli, przyniesie od 2018 r. drastyczny wzrost cen dla konsumentów.

– Szacunkowe roczne koszty używania płynów do elektronicznych papierosów zwiększą się z 1825 zł do 2775 zł. Oznacza to, że korzystanie z e-papierosów i e-liquidów będzie tylko o 24% tańsze w stosunku do tradycyjnego palenia. W efekcie możemy mieć do czynienia z powrotem Polaków do tytoniu. Tymczasem elektroniczne papierosy są wykorzystywane w terapiach antynikotynowych i, jak podaje Ministerstwo Zdrowia Wielkiej Brytanii, stanowią lepszą i przede wszystkim o wiele mniej szkodliwą dla zdrowia alternatywę dla tradycyjnych papierosów – mówi Justyna Lipowicz z LIPRO e-Liquid Production.

Rozwój szarej strefy

Po wprowadzeniu akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów Ministerstwo Finansów liczy na wpływy do budżetu państwa rzędu 75 mln zł rocznie. Przykłady innych krajów Unii Europejskiej pokazują jednak, że wprowadzenie za wysokiej jednorazowej stawki podatku może spowodować skutki przeciwne do zamierzonych. We Włoszech (stawka akcyzy 0,37 EUR/ml) doprowadziło to już do wzrostu szarej strefy oraz upadku wielu mniejszych przedsiębiorstw. Włoski rząd spodziewał się wpływów budżetowych w kwocie 86 mln euro za 2015 rok. Rzeczywiste wpływy wyniosły jednak zaledwie 5,18 mln euro, czyli 6% założonego planu.

Widmo zapaści sektora polskiej gospodarki

Zgodnie z projektem ustawy akcyzowej, producenci e-liquidów będą zobligowani do założenia i prowadzenia tzw. składów akcyzowych. Działania przygotowawcze mogą zająć kilka miesięcy, a każdy z przedsiębiorców będzie musiał wyłożyć 50-100 tys. zł oraz dodatkowo 250-300 tys. zł na zabezpieczenie składów.

– W obecnym kształcie projektu ustawy obowiązek podatkowy na dzień 1 stycznia 2018 r. będą mogli spełnić tylko przedstawiciele rynku wyrobów tytoniowych, czyli międzynarodowe koncerny. Natomiast polska branża e-papierosów to w większości małe i średnie przedsiębiorstwa, które nie posiadają założonych składów akcyzowych. Jest duże prawdopodobieństwo, że potrzebne inwestycje z tym związane będą dla nich wręcz zabójcze. Taka sytuacja z kolei może przyczynić się do powstania tzw. szarej strefy – tłumaczy Justyna Lipowicz. – Trzeba pamiętać, że to sektor MŚP napędza budżet państwa płacąc podatki VAT i PIT oraz tworząc nowe miejsca pracy – dodaje.

Przedsiębiorcy e-papierosowi wskazują, że niesie to ryzyko skupienia krajowego rynku elektronicznych papierosów w rękach kilku zagranicznych koncernów, co wiązałoby się z zahamowaniem rozwoju polskiego kapitału.

Rodzime firmy apelują do posłów

Od momentu publikacji obecnego projektu ustawy o podatku akcyzowym mali i średni producenci płynów do e-papierosów publicznie apelują do rządu o wprowadzenie zmian, które ograniczą negatywne skutki ustawy. W tym celu odbyły się również spotkania z przedstawicielami branży, m.in. w Warszawie i w Katowicach, podczas których firmy tłumaczyły zawiłości ustawy.

– Jako młoda branża jesteśmy głęboko rozczarowani podejściem Ministerstwa Finansów do prac nad ustawą akcyzową bez stosownych analiz rynku, dyskusji z sektorem oraz bez wyciągania wniosków z doświadczeń innych państw w tym zakresiemówi Tomasz Chmal, przedstawiciel firmy A-Sense.

W oficjalnym liście wysłanym do posłów producenci postulują o wprowadzenie stopniowego wzrostu stawki akcyzy na płyny do elektronicznych papierosów:

  • Etap I 2018 r. – 0,10 zł/ml
  • Etap II 2019 r. – 0,20 zł/ml
  • Etap III 2020 r. – 0,30 zł/ml – akceptowalna przez rynek stawka końcowa

Przedsiębiorcy są przekonani, że tylko takie racjonalne rozłożenie w czasie stawki akcyzy przyniesie pozytywne rezultaty, tj.:

  • dalszy rozwój obiecującej polskiej branży e-papierosów oraz polskiej przedsiębiorczości,
  • osiągnięcie zakładanych wpływów z akcyzy do budżetu państwa,
  • większą akceptację stopniowego wzrostu cen przez konsumentów,
  • łatwiejszy dostęp do wyrobów obarczonych mniejszym, w stosunku do tradycyjnych papierosów, ryzykiem odziaływania na zdrowie.

Ustawa akcyzowa do zmiany

Poważne obawy co do słuszności projektu ustawy podzielają także eksperci podatkowi.

– Płyny do e-papierosów, ale też wyroby nowatorskie powinny być opodatkowane niską, kwotową stawką akcyzy, liczoną dla tych wyrobów odpowiednio od 1 ml lub 1 kg tytoniu. Wprowadzenie niższych niż zaproponowane przez Ministerstwo Finansów stawek akcyzy na te dotychczas nieopodatkowane wyroby zachęcałoby do płacenia podatku i ograniczałoby rozwój szarej strefy. Jednocześnie pozwalałoby Ministerstwu Finansów monitorować rynek i reagować propozycją podwyżki lub obniżenia podatku w zależności od sytuacji – mówi Marcin Zimny, doradca podatkowy, autor publikacji „Akcyza. Komentarz”.

 

Źródło: materiały prasowe firmy

Jak poradzić sobie na rynku pracy w innym kraju?  Najlepiej zacząć od napisania CV spełniającego wymogi zagranicznego pracodawcy. Potem należy poznać warunki zatrudnienia, koszty życia i kulturę pracy za granicą.

1. Poszukiwanie pracy za granicą

Myśl o tym, jak szukać pracy za granicą, jest kolejną, która pojawia się po decyzji o wyjeździe. Proces poszukiwania pracy za granicą przez Polaków jest lustrzanym odbiciem tego, jak cudzoziemcy szukają pracy u nas. Najskuteczniejsze są serwisy internetowe z ogłoszeniami o pracę. Aż 68 proc. cudzoziemców w ten sposób szukało pracy, a 35 proc. faktycznie tak znalazło zatrudnienie. Dość skuteczne okazały się również biznesowe portale i agencje pośrednictwa, a dopiero w dalszej kolejności media społecznościowe. W przypadku Polaków, którzy często mają już bliskich w krajach europejskich – ważną rolę w poszukiwaniu pracy za granicą odegrać może również rodzina i znajomi.

2. Aplikowanie i pozwolenia na pracę

Osoby z Polski chcące pracować w innych krajach Unii Europejskich nie potrzebują specjalnych pozwoleń na pracę. Jednak już Wielkiej Brytanii pracodawcy wymagają kompletu dokumentów, np. National Insurance Number, który można wyrobić po przyjeździe do Wielkiej Brytanii. Posiadanie takiego numeru pozwala na odprowadzanie podatków i płacenie składek ubezpieczeniowych. Poza tym wymagane jest potwierdzenie miejsca zamieszkania. Może to być rachunek za prąd, wodę czy umowa najmu.

– Koniecznie należy zapoznać się z zasadami pisania CV  Przykładowo  w Wielkiej Brytanii bardzo źle odbierane są dokumenty aplikacyjne ze zdjęciem. Z kolei ważne są rekomendacje. Chcąc udokumentować znajomość języka obcego, należy posługiwać się opisem poziomów według skali Rady Europy. Są to poziomy: A1, A2, B1, B2, C1, C2. Trzymając się tych zasad, poszukiwania pracy za granicą będą bardziej efektywne – radzi Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

3. Umowa i jej konsekwencje

Warto pamiętać, że umowa z zagranicznym pracodawcą zawierana jest w języku obowiązującym w danym kraju, a także na zasadach podlegających tamtejszemu prawu pracy. To oznacza, że przed podpisaniem umowy warto poznać swoje prawa np. ustawową liczbę godzin pracy, dni urlopu czy zasady udzielania urlopu macierzyńskiego.

– A godziny pracy to także kwestia, której należy się przyjrzeć przed wyjazdem. Z badań Eurostatu wynika, że najdłużej przesiadującym w pracy narodem są Islandczycy (45,1 godz. tygodniowo), dalej Grecy (44,5 godz.) oraz Austriacy (42,9 godz.). Polacy przebywają w pracy przeciętnie 42,2 godz. Mniej czasu w biurze spędzają natomiast Niemcy, Hiszpanie czy Belgowie (po 41,4 godz.) – wylicza Żukowska.

4. Podatki

Przed wyjazdem należy zapoznać się z tematyką podatków w danym kraju i tym, czy będziemy musieli mimo migracji, płacić je także w Polsce. Okazuje się, że osoby, które zdecydują się na stałą migrację, mogą płacić podatki jedynie za granicą, zgodnie z panującymi w danym kraju przepisami. Podwójne opodatkowanie obowiązuje zaś m.in. osoby, które wyjeżdżają z Polski tylko czasowo, czyli do dwóch lat. Wówczas taki pracownik podlega systemowi ubezpieczeń w Polsce, ale podatek od dochodu uzyskany w czasie wyjazdu, może być opłacony za granicą. Podatki tylko w Polsce będą zaś płacić osoby, które pracują za granicą mniej niż sześć miesięcy w roku, a także te, które do pracy deleguje polska firma.

5. Obyczaje

Do międzynarodowego środowiska pracy przenikają także kwestie obyczajowe i to, „co wypada i nie wypada”. We Włoszech bardzo szybko pracownicy i szefowie skracają dystans – inicjatywa może wyjść zarówno z jednej, jak i z drugiej strony. Naturalnym staje się wnoszenie domowych spraw (chociażby opowiadanie o dzieciach) do firmy. W Niemczech czy w Wielkiej Brytanii taka otwartość jest raczej niespotykana. Bywa, że niezrozumienie obyczajów prowadzi do nieporozumień. Szukając pracy za granicą, warto porozmawiać o obyczajach panujących w wybranym kraju z osobą, która od jakiegoś czasu funkcjonuje w danym kręgu kulturowym.

6. Uporządkowanie spraw w kraju

Podjęcie pracy za granicą otwiera nie tylko możliwości, ale oznacza też zobowiązania. Tymczasem często dość szybko okazuje się, że łatwo, przez nieuwagę, pozostawić wiele niedomkniętych spraw w Polsce. Dlatego bardzo ważne, aby przed wyjazdem z kraju upoważnić bliską osobę do reprezentowania nas we wspólnocie mieszkaniowej, w urzędach czy w bankach. Odpowiednio sformułowany akt notarialny posiada zapis, że pełnomocnik może nas reprezentować w dobrej wierze i nie może np. w naszym imieniu zaciągać kredytów. Posiadanie zaufanego pełnomocnika pozwala skupić się na pracy za granicą.

Pamiętajmy, że zagraniczne doświadczenie w CV, to atut nie balast. To możliwości, a nie ryzyko. Jest warunek: dobre przygotowanie i pewność, że nadszedł nasz czas na wyjazd. Spełniając go, nie trzeba obawiać się pracy za granicą.

 

 

Wypowiedź: Joanna Żukowska, ekspertka międzynarodowego serwisu rekrutacyjnego MonsterPolska.pl.

Co piąty Polak (21%) nie wie, jakie jest główne źródło finansowania programu „Rodzina 500 plus”, a jedynie 38% badanych ma świadomość, że tym źródłem są płacone przez nich podatki – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Badanie pokazuje również, że aż 40% Polaków uważa, że pieniądze na program „500 plus” pochodzą z podatków płaconych przez innych ludzi, firmy lub ze środków rządowych. Analiza wyników z uwzględnieniem sympatii politycznych badanych dowodzi, że w elektoracie Prawa i Sprawiedliwości jest stosunkowo najwięcej osób (25%) błędnie przekonanych, że rząd ma własne pieniądze, z których wypłaca „500 plus”. Dla porównania – wśród sympatyków Platformy Obywatelskiej, Nowoczesnej czy Kukiz’15 ten odsetek jest prawie pięciokrotnie mniejszy (5-6%). Najwięcej osób mających świadomość, że to z ich  podatków finansowane są wypłaty „500 plus” jest wśród sympatyków Platformy Obywatelskiej – 55%. Z kolei wśród sympatyków Kukiz’15 najwięcej jest osób, które nie mają wiedzy na temat pochodzenia środków na ten cel (41%).

Znajomość źródeł finansowania rządowego programu jest zależna od wykształcenia. Najwięcej osób, które nie wiedzą, skąd rząd ma pieniądze na „500 plus” jest wśród osób z wykształceniem podstawowym (36%), a najmniej – z wyższym (12%).

„To kolejne badanie, które pokazuje, że świadomość ekonomiczna w społeczeństwie nie jest najwyższa, a to może sprawiać, że hasła polityki socjalnej padają na podatniejszy grunt”- komentuje dr Tomasz Baran z Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Niezależnie od sympatii politycznych poziom edukacji ekonomicznej Polaków pozostawia wiele do życzenia. Część społeczeństwa nie ma świadomości, że coś takiego jak „pieniądze rządowe” nie istnieje. Pieniądze, które są przeznaczone czy to na wypłaty „500 plus”, czy na edukację czy ochronę zdrowia pochodzą z tego samego źródła, czyli z podatków płaconych przez obywateli oraz firmy. Nawet osoby bezrobotne często nie mają świadomości, że kupując różne produkty, również zasilają budżet państwa płaconym przez siebie podatkiem VAT.

 Z przeprowadzonego badania wynika również, że nieco ponad połowa Polaków (53%) dostrzega prawidłowość, że ceny produktów i usług rosną, jeśli ludzie mają więcej pieniędzy i zaczynają więcej wydawać. 13% badanych uważa, że ceny produktów i usług w ogóle nie zależą od ilości wydawanych pieniędzy, 5% uważa, że ceny wtedy maleją, a co piąty badany nie jest w stanie odnieść się do tej kwestii.

 Największy odsetek osób, które uważają, że ceny produktów i usług w ogóle nie zależą od ilości wydawanych pieniędzy jest wśród sympatyków PiS (20%), a najmniejszy – wśród Kukiz’15 (4%). Według badania większość Polaków (69%) dostrzega, że obecnie płaci więcej za tę samą ilość produktów niż rok temu, 7% uważa że płaci tyle samo, a 3% że płaci mniej.

Wzrost wydatków konsumpcyjnych w gospodarce, który w dużej mierze spowodowany jest programem „500 plus”, przyczynia się pośrednio do wzrostu cen. Z jednej strony ludzie otrzymują pieniądze z „500 plus”, ale z drugiej strony muszą płacić więcej za produkty i usługi. Ci, którzy tego świadczenia nie otrzymują, bardziej odczuwają wzrost cen w swoich portfelach.

„Niski poziom wiedzy ekonomicznej powoduje, że ludzie łatwiej ulegają populistycznym hasłom i popierają wydawanie pieniędzy z budżetu państwa nawet na kosztowne programy, nie czując, że to są ich własne pieniądze. Nie mają wiadomości, że jeśli wydatki na jeden cel zostaną zwiększone, to może zabraknąć np. na ochronę zdrowia czy edukację, a podatki i ceny mogą wzrosnąć” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

 

 

Źródło: Materiały prasowe firmy

Za granicą dyplom wyższej uczelni przekłada się na wyższe zarobki, zmniejsza ryzyko bezrobocia, a w niektórych państwach ogranicza prawdopodobieństwo depresji. A jak to wygląda w Polsce? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Studenci, którzy na początku października rozpoczęli naukę na polskich uczelniach, mogą się zastanawiać, czy ukończenie studiów rzeczywiście się opłaca?

Z opublikowanych kilka tygodni temu danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (raport „Education at a Glance 2017”) płyną wnioski, że wyższe wykształcenie przynosi korzyści, i to nie tylko ludziom z dyplomem.

Wykształcenie chroni przed bezrobociem

Wyliczankę zalet z ukończenia studiów można zacząć od dostępu do pracy. Według danych OECD na koniec 2016 r. współczynnik zatrudnienia osób w wieku 25-34 lata posiadających przynajmniej licencjat wynosił w Polsce 88 proc., a przeciętnie w OECD – 83 proc. Z kolei stopa bezrobocia w naszym kraju była na poziomie 4,3 proc., przy średniej dla OECD – 6,6 proc.

Dla ludzi bez wyższego wykształcenia, ale ze średnim ogólnokształcącym, zasadniczym zawodowym i policealnym, poziom zatrudniania w Polsce wynosił 77 proc., w OECD – 76 proc., natomiast stopa bezrobocia w Polsce – 8 proc., a średnia w OECD – 9,1 proc.

Współczynnik bezrobocia wśród młodych Polaków w wieku 25-39 lat (dane Eurostat) mniej poddaje się wahaniom koniunktury dla ludzi po studiach niż dla tych bez wyższego wykształcenia. Przez minione 20 lat ten wskaźnik wynosił odpowiednio od 2,6 do 9 proc. u osób z dyplomem uczelni oraz od 6,2 do 21,1 proc. u osób bez takiego dyplomu.

Różnice we wskaźniku zatrudnienia rosną wraz z poszerzeniem grupy wiekowej. Wśród Polaków w wieku 25-64 lata odsetek zatrudnionych z wyższym wykształceniem wynosi 88 proc., natomiast bez dyplomu uczelni już jedynie – 68 proc.

Co student zainwestuje, szybko odzyska w zarobkach

Najistotniejsze w bilansie zysków i strat zdobycia wyższego wykształcenia wydaje się zestawienie kosztów dłuższej nauki z perspektywą na wyższe zarobki. Poza dodatkowymi wydatkami związanymi z dalszą edukacją student, pracujący na swoje utrzymanie, zarabia zwykle mniej od swojego kolegi, który już zakończył naukę i znalazł pełnoetatową posadę. W kolejnym etapie pracownik z wyższym wykształceniem i wyższymi zarobkami zapłaci wyższe podatki i wyższe składki na ubezpieczenie społeczne oraz otrzyma mniej świadczeń od państwa.

Według danych OECD przeciętne zarobki brutto ludzi z wyższym wykształceniem są w Polsce o ok. 60 proc. wyższe niż pracowników bez dyplomu uczelni. Jest to wynik bliski średniej w OECD – 56 proc. oraz 22 krajów UE będących w zestawieniu – 53 proc. Między poszczególnymi krajami występują jednak ogromne różnice w wynagrodzeniach – od 17 proc. w Szwecji do 137 proc. w Chile.

Premia za wykształcenie znacznie wyższa dla mężczyzn

Przekładając różnice w wynagrodzeniach na konkretne kwoty, warto pamiętać, że w celu ułatwienia porównań w opracowaniu OECD występuje parytet siły nabywczej dolara – USD PPP, a jednostka USD PPP jest warta 1,75 zł. Mężczyzna z wyższym wykształceniem podczas całej swojej kariery zawodowej zarobi w Polsce netto o 367 tys. USD PPP więcej (640 tys. zł) niż gdyby nie ukończył studiów. Z kolei kobieta po studiach zarobi w Polsce o 230 tys. USD PPP (402 tys. zł) niż zatrudniona bez dyplomu uczelni. Podane wartości uwzględniają już całkowity bilans zysków oraz kosztów.

Różnice między korzyściami z wyższego wykształcenia dla mężczyzn oraz dla kobiet występują nie tylko w Polsce. Według OECD wynikają one z ogólnego poziomu zarobków kobiet w relacji do mężczyzn, częstszej pracy kobiet w niepełnym wymiarze godzin czy konieczności pozostania w domu, opieką nad dziećmi. W skrajnym przypadku, czyli w Japonii, benefity netto z posiadania dyplomu dla mężczyzny wynoszą 239 tys. USD PPP, a dla kobiety tylko 28 tys. USD PPP.

Kraje, w których dyplom jest panaceum na depresję

OECD w swoim raporcie przeanalizował nie tylko bilans indywidualnych korzyści i strat. W wielu krajach znaczne koszty edukacji ponosi również państwo. Wszędzie jednak późniejsze wpływy z podatków przewyższają publiczne środki inwestowane w edukację.

Ciekawostka: w niektórych krajach odsetek osób z depresją w znacznym stopniu zależy od wykształcenia. W Irlandii aż 21 proc. mężczyzn oraz 26 proc. kobiet z wykształceniem gimnazjalnym i niższym przyznało w ankietach, że cierpi dla depresję. W tym kraju depresja dotknęła jedynie 8 proc. pracowników z wyższym wykształceniem. Podobne różnice istnieją w Holandii czy Wielkiej Brytanii. W Polsce wykształcenie i depresja nie są ze sobą powiązane.

Gdzie więcej wykształconych, tam mniejsze dysproporcje płacowe

Inna interesująca kwestia – im więcej na rynku pracy ludzi z dyplomem uczelni, tym różnice w wynagrodzeniach stają się mniejsze. W Brazylii, Chile czy Meksyku, gdzie jest najmniej obywateli z wykształceniem wyższym (20 proc. i poniżej), zarobki najlepiej wykształconych są ponad dwa razy wyższe niż tych, którzy zakończyli edukację wcześniej. Z kolei w Szwecji, Norwegii, Australii czy Kanadzie, gdzie dyplomem legitymuje się ponad 40 proc. społeczeństwa, różnica w wysokości płac wynosi od 17 do 40 proc.

Finalny wniosek: edukacja opłaca się wszystkim. Ludziom po studiach daje wyższe zarobki, państwu wyższe podatki, a gdy rośnie grupa pracowników z dyplomem uczelni, zwykle maleją różnice w wynagrodzeniach na całym rynku pracy.

Źródło:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do urzędu osobiście.

Z badanie Blue Media “E-administracja oczami Polaków” wynika, że 46 proc. Polaków najchętniej załatwiłoby sprawy takie jak rejestracja samochodu czy opłacenie podatku przez internet. W dobie powszechnej cyfryzacji perspektywa stania w kolejkach, by dokonać opłat lub złożyć wniosek, wydaje się coraz większej liczbie Polaków absurdalna.

Internet przyzwyczaił konsumentów do załatwiania wielu spraw bez wychodzenia z domu. 66 proc. Polaków opłaca swoje rachunki przez internet, a 68 proc. robi zakupy online. Podobnych rozwiązań – wygodnych i pomagających oszczędzać czas – domagamy się w innych sferach życia.

W Danii z e-usług publicznych korzysta 92 proc. obywateli, w Estonii 86 proc., a w Finlandii 85 proc. W najnowszym badaniu Blue Media 38 proc. Polaków zadeklarowało korzystanie z usług e-administracji. Aż co czwarty badany nawet nie wie, czy jest taka możliwość. – E-usługi publiczne powinny charakteryzować się jak najmniejszym stopniem skomplikowania. Konieczność logowania się profilem zaufanym dla wielu obywateli stanowi przeszkodę nie do pokonania. Upraszczanie procedur jest kluczem do sukcesu – mówi Krzysztof Ambroziak, rozwijający usługę Płatności Online BM dla sektora publicznego.

W Gdańsku, Sopocie, Słupsku, Tarnobrzegu czy Płocku mieszkańcy płacą przez internet np. za zarejestrowanie pojazdu, wydanie prawa jazdy, sporządzenie aktu małżeństwa, wydanie zaświadczenia o zameldowaniu czy sprawy budowlane, korzystając z systemu płatności Blue Media. Procedura przebiega w sposób dobrze znany z zakupów internetowych. Sopocka spółka udostępnia placówkom administracji samorządowej platformę, poprzez którą mieszkańcy mogą dokonywać opłat administracyjnych i skarbowych za czynności załatwiane w urzędzie.

– Płatności to element obsługi administracji publicznej, który mógłby dużo częściej odbywać się bezgotówkowo i z pominięciem okienka kasowego – mówi Krzysztof Ambroziak. – Dzięki automatycznym płatnościom zyskują mieszkańcy, a także urzędy, które mogą sprawniej ściągać należne opłaty i podatki.

Chcemy być poinformowani

Mieszkańcy chcą nie tylko szybko załatwiać sprawy urzędowe online, ale także oczekują sprawnej informacji od samorządów w ważnych dla nich kwestiach. By zmierzyć się z wyzwaniem, jakim jest skuteczne informowanie o zbliżających się zagrożeniach, Blue Media stworzył platformę komunikacyjną Blue Alert.

Blue Alert pomaga ułożyć – w jednostkach administracji centralnej, wojewódzkiej i powiatowej, jak i na poziomie samorządów miejskich i gminnych – jasne procedury komunikacyjne w sytuacjach alarmowych. Podmioty najpierw ustalają temat – może to być Powódź, Silny wiatr, Akcja Zima, Smog, itp. Następnie dla każdego tematu ustawiają odpowiednią procedurę komunikacji oraz definiują grupę obywateli i jednostek, do których chcą dotrzeć z komunikatem. Wszystko po to, by w sytuacjach awaryjnych, jeden dyżurny mógł w minutę powiadomić wszystkie służby, mieszkańców czy media o zaistniałych zdarzeniach.

– Załóżmy, że w ciągu kilku godzin mają nadejść silne wiatry nad określonym powiatem. Za pomocą Blue Alert, dyspozytor jest w stanie automatycznie powiadomić przedstawicieli konkretnych gmin i miejscowości o zbliżającym się zagrożeniu. W tym samym czasie może też wysłać alert do mieszkańców czy, mediów. Jeśli sytuacja jest naprawdę dramatyczna, system wymaga od adresatów potwierdzenia otrzymania wiadomości – np. poprzez wysłanie smsa zwrotnego lub odsłuchania wiadomości głosowej. Nawet jeśli alert jest wysyłany w piątkowy wieczór, to wymóg przymusowej odpowiedzi zwiększa szansę na szybkie skoordynowanie działań pomiędzy służbami i mieszkańcami – zauważa Marcin Burda, prowadzący projekt Blue Alert.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Partia rządząca niejednokrotnie zapewniała, że nie zdecyduje się na podwyżki podatków. Nikt jednak nie wspominał o ingerencji w wysokości opłat, toteż grupa posłów PiS próbuje przeprowadzić przez sejm ustawę dotyczącą wprowadzenia nowej opłaty paliwowej. Co ciekawe, według pomysłodawców ,,kierowcy nie odczują jej w kieszeni”. To bardzo odważne stwierdzenie, zwłaszcza że niniejsza decyzja najprawdopodobniej wpłynie negatywnie nie tylko na portfele kierowców, ale również na portfele wszystkich obywateli. Co więcej, skoro rząd tak często potrafi chwalić się swoimi osiągnięciami z zakresu poprawy stanu finansów publicznych, to dlaczego po raz kolejny sięga po pieniądze Polaków?

Według pierwotnych założeń nowa opłata paliwowa wyniesie 20 groszy za litr tj. 25 groszy po uwzględnieniu podatku VAT. Taka podwyżka cen przy dystrybutorach nie pozostanie niezauważalna, nawet w dobie niskich cen ropy naftowej oraz deprecjonującego dolara. Ponadto, ze względu na niskie marże detaliczne paliwa (od 2% do 3%) trudno oczekiwać, aby stacje nie zdecydowały się na przeniesienie nowego kosztu na finalnych odbiorców, zwłaszcza że paliwo można zaliczyć do grona dóbr o niskiej elastyczności cenowej popytu. Należy pamiętać, że nowa opłata paliwowa znajdzie swoje odzwierciedlenie także na półkach w sklepie, a nawet w cenach niektórych usług, bowiem koszty transportu stanowią bardzo istotną część wydatków wielu przedsiębiorstw. W efekcie skutki nowej daniny będą odczuwalne przez wszystkich Polaków. Co prawda, w skali jednorazowych zakupów różnica będzie wydawać się niewielka, jednak w szerszej skali ich suma może okazać się znacznie bardziej istotna. Warto dodać, że wprowadzenie opłaty doprowadzi również do zwiększenia udziału podatków i opłat w całkowitych cenach paliw, który już teraz wynosi ponad 50%.

Na uwagę zasługuje także argumentacja, na rzecz wprowadzenia nowej opłaty paliwowej, bowiem ta, wydaje się bardzo interesująca. Roczne wpływy w wysokości od 4 do 5 mld zł zasilą Fundusz Dróg Samorządowych oraz Krajowy Fundusz Drogowy. W efekcie, w kraju powstanie 21 nowych obwodnic, które do tej pory nie miały swoich źródeł finansowania. To niewątpliwie dobra informacja dla firm budowlanych, które będą miały możliwość wzięcia udziału w nowych przetargach.

Może zastanawiać, że skoro sytuacja budżetu państwa systematycznie się poprawia (m.in. dzięki uszczelnianiu podatkowemu, czy też rekordowemu zyskowi NBP), to  rząd sięga do kieszeni Polaków? Odpowiedź jest dość paradoksalna: w GDDKiA brakuje środków na realizację zaplanowanych inwestycji.

Sytuacja fiskalna może wydawać się stabilna, lecz w gruncie rzeczy docierają do nas sprzeczne sygnały. Tymczasem w dłuższym horyzoncie czasowym przed zarządzającymi budżetem państwa, stoi nie lada wyzwanie. Już w przyszłym roku pojawią się pierwsze koszty związane z obniżeniem wieku emerytalnego (szacunki mówią o 10 mld zł rocznie). Co więcej, zyskująca na wartości polska waluta w znacznym stopniu ograniczy zyski NBP. Do tego oczywiście należy doliczyć kosztowny program ,,Rodzina 500+”. Wszystko to sprawia, że rząd musi podjąć naprawdę wiele starań, aby zachować finanse publiczne w ryzach.

Wracając jednak do zapowiedzi dotyczących braku podwyżek podatków, tych faktycznie nie ma. Należy jednak podkreślić, że zwiększone wpływy z podatku VAT nie są w stanie pokryć kosztów hojnej polityki państwa.

W efekcie, rząd wprowadził podatek bankowy (przeniesiony de facto na konsumentów) oraz ciągle walczy o opodatkowanie sklepów wielkopowierzchniowych (również i ten obciąży finalnych odbiorców produktów). Dodatkowo rządzący zdecydowali się podnieść składki ZUS dla małych przedsiębiorców oraz odwlec w czasie podwyższenie niekonstytucyjnej wysokości kwoty wolnej od podatku. Teraz natomiast dochodzi kwestia wprowadzenia nowej opłaty paliwowej. Wzrost wydatków państwa wiążę się z koniecznością pozyskania nowych dochodów. Powyższy obraz tylko i wyłącznie potwierdza tę oczywistą, choć często zapominaną tezę. Niemniej, skala nowych obciążeń wydaje się być rozproszona i pośrednia, toteż nie jest postrzegana przez społeczeństwo tak negatywnie, jak np. bezpośrednia podwyżka podatku VAT. Co więcej, dodatkowym, a raczej najważniejszym efektem takiej polityki pozostaje utrzymujące się wysokie poparcie dla obecnej władzy.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Po raz pierwszy w historii prowadzonych przez GUS badań nastrojów konsumentów, optymiści uzyskali przewagę nad niezadowolonymi. Taki wynik nie dziwi, biorąc pod uwagę poprawę większości czynników, wpływających na zasobność naszych portfeli.

W maju po raz pierwszy w historii prowadzonych od 2000 r. przez Główny Urząd Statystyczny badań nastrojów konsumentów, charakteryzujące je wskaźniki osiągnęły wartości dodatnie, co oznacza przewagę optymistów na osobami negatywnie oceniającymi sytuację. Czerwiec przyniósł dalszą poprawę zarówno w kwestii bieżącej kondycji konsumentów, jak i jej perspektyw. Przewaga zadowolonych Polaków jest niewielka, bo sięga zaledwie 1,8 punktu w przypadku przyszłości i 4,8 punktu w ocenie stanu obecnego. To jednak ogromny postęp, jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze pięć lat temu optymiści stanowili jedynie jedną trzecią spośród badanych. Z największym nasileniem pesymistycznych ocen mieliśmy ostatnio do czynienia na przełomie lat 2012-2013 (wcześniej gorsze nastroje były jedynie wiosną 2009 r. i w pierwszych czterech latach obecnego stulecia, czyli tuż po dwóch poważnych kryzysach na rynkach finansowych i w globalnej gospodarce). Od tego czasu nastroje ulegały systematycznej, choć powolnej poprawie i obecnie są najlepsze w historii, lepsze niż w szczycie poprzedniego boomu gospodarczego, który miał miejsce w latach 2007-2008. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł w tym czasie z minus 32 punktów do wspomnianych plus 4,8 punktu, a wskaźnik wyprzedzający, odnoszący się do przyszłości, zwiększył swoją wartość z minus 41 punktów do plus 1,8 punktu.

Wzrost optymizmu, widoczny w badaniach ankietowych, ma swoje wyraźne podstawy, wynikające z konkretnych danych, dotyczących zasobności portfeli Polaków, sytuacji na rynku pracy oraz kondycji gospodarki. Jak niedawno podał GUS, średni dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwach domowych, czyli kwota po uwzględnieniu wszystkich obciążeń podatkami i składkami na ubezpieczenia społeczne, wyniósł w ubiegłym roku 1474,6 zł, a więc był wyższy o 16 proc. niż w 2012 r. W latach 2011 i 2012 kwota ta się zmniejszała (w ujęciu realnym, bo nominalnie nieznacznie szła w górę), po sześciu latach wcześniejszych wzrostów. Obecna tendencja zwyżkowa trwa czwarty rok z rzędu i z roku na rok przybiera na sile. Dochód rozporządzalny w 2016 r. wzrósł realnie (po uwzględnieniu zmian cen) o 6,4 proc., a więc najmocniej od czterech lat. Co ciekawe, za dynamicznym wzrostem dochodu sporo w tyle zostają wydatki na osobę w gospodarstwie domowym. W 2016 r. zwiększyły się one jedynie o 3,7 proc. W porównaniu do 2012 r. wzrosły o nieco ponad 8 proc., a więc o połowę mniej niż dochód rozporządzalny. Świadczy to tym, że część dochodów jednak odkładamy. W 2012 r. było to 225 zł na osobę, czyli prawie 18 proc. dochodu, w ubiegłym roku zaś 343 zł, a więc aż 23 proc. Mowa tu oczywiście o wartościach średnich, a więc trzeba mieć na względzie spore zróżnicowanie sytuacji w poszczególnych gospodarstwach. Pamiętając o wspomnianych proporcjach optymistów i pesymistów, można sądzić, że odkłada mniej więcej połowa gospodarstw, a połowa nie odkłada, bo najczęściej nie ma z czego. Warto zwrócić uwagę, że udział wydatków w dochodzie rozporządzalnym maleje systematycznie od wielu lat. W 2003 r. sięgał on nieco ponad 95 proc., zaś w ubiegłym roku już tylko niecałe 77 proc.

Dane GUS znajdują potwierdzenie także w analizach prowadzonych przez Narodowy Bank Polski. Według nich w ubiegłym roku dochód do dyspozycji w gospodarstwach domowych (kategoria zbliżona do gusowskiego dochodu rozporządzalnego) wzrósł realnie o 5,6 proc., przyspieszając wyraźnie w drugiej połowie roku (w czwartym kwartale zwiększył się o 7,6 proc., w porównaniu do czwartego kwartału 2015 r.). Spory w tym udział miały dochody ze świadczeń społecznych, program 500+ , które dynamikę dochodu do dyspozycji zwiększyły o 2,1 punktu procentowego (bez nich wzrósłby on w czwartym kwartale jedynie o 5,5 proc.). Zarówno analizy GUS, jak i NBP, wskazują na osłabienie dynamiki dochodów z pracy najemnej w dochodzie rozporządzalnym i dochodzie do dyspozycji. Według GUS zwiększyły się ona w ubiegłym roku realnie o 2,7 proc., a według NBP o 2,5 proc. Bardzo dynamicznie, bo aż o ponad 21 proc. zwiększyły się dochody z własności, a więc z odsetek od lokat, dywidend, czynszów z najmu, wzrostu wartości akcji itp. Problem w tym, że udział tej kategorii dochodów w dochodach ogółem jest znikomy i sięga jedynie około 5 proc., podczas gdy świadczenia społeczne stanowią aż 20 proc., dochody z pracy najemnej 40 proc., a z działalności gospodarczej około 30 proc., choć oczywiście udział dochodów każdej z tych kategorii jest inny dla poszczególnych grup gospodarstw domowych (np. w przypadku emerytów dominować będą świadczenia społeczne, w przypadku pracowników najemnych wynagrodzenia).

 

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

Kupno apartamentu to niewątpliwie długoterminowa inwestycja, którą należy dokładnie rozważyć. Porównywarka noclegów HomeToGo.pl porównała średnie ceny metra kwadratowego w przypadku kupna i sprzedaży apartamentu. Sprawdź, w jakim czasie zwrócą się zainwestowane przez Ciebie pieniądze przy wynajmie krótkoterminowym, w zależności od lokalizacji.

Podczas wyboru odpowiedniej nieruchomości, branych jest pod uwagę wiele różnych czynników, a przede wszystkim oczekiwany zwrot z inwestycji. Jego czas i wysokość ściśle zależy jednak od lokalizacji, w jakiej znajduje się dany apartament. Dane przedstawione poniżej są średnią arytmetyczną cen za metr kwadratowy podczas wynajmu i kupna. Przygotowany materiał pełni funkcję punktu wyjściowego dla czytelników potencjalnie zainteresowanych zakupem apartamentu pod wynajem krótkoterminowy. Podczas dokonywania decyzji inwestycyjnej należy brać pod uwagę również inne czynniki, które nie zostały tu uwzględnione, tj. podatki, opłaty miesięczne, opłaty za sprzątanie, etc.

W tych miejscowościach trzeba poczekać

Inwestując w wynajem krótkoterminowy apartamentów, najpóźniej zwrotu z inwestycji można się spodziewać w Zakopanem, Karpaczu, Warszawie, Międzyzdrojach i Mielnie. Niekwestionowanym liderem w tej kategorii jest Zakopane. W tatrzańskiej perle, przy wynajmie krótkoterminowym, zwrot zainwestowanych pieniędzy następuje najwcześniej po 4 i pół roku (1615 dni). Szybciej inwestycja zwróci się natomiast w Karpaczu – 3 lata i 11 miesięcy czy w Warszawie – 3 lata i 6 miesięcy. Co najmniej 3 lata trzeba również czekać inwestując w apartamenty w Międzyzdrojach i Mielnie. Dodatkowo, największe obłożenie w tych miejscach występuje w okresie letnim, podczas gdy zimą miejscowości cieszą się mniejszym zainteresowaniem turystów.

Najlepsze lokalizacje pod inwestycje w nieruchomości

Duże miejscowości, w których sezonowość nie występuje, bądź jest bardzo niska, charakteryzują się szybkim zwrotem z inwestycji. Przy założeniu, że dany apartament będzie wynajmowany przez wszystkie dni w roku, zwrot z inwestycji można odnotować już po 2 latach i 5 miesiącach w Gdańsku i we Wrocławiu. Natomiast w Krakowie może to nastąpić nawet 2 miesiące wcześniej, po 815 dniach od zakupu. Inwestycja najszybciej zwróci się jednak
w Pobierowie – już po półtora roku.

Najdroższe i najtańsze miejsca pod inwestycje

Sopot, uwielbiany przez wielu turystów nadmorski kurort, jest najdroższą lokalizacją w zestawieniu. Przy zakupie za metr kwadratowy apartamentu zapłacimy tam aż 11 709 tys. złotych, podczas gdy cena za wynajem to 10,41 złotych za metr2. Wysoka cena za wynajem w Rewalu (9,93 zł/m2) i jednocześnie niska cena za sprzedaż (6 067 zł/m2) sprawiła, że miejscowość znalazła się na drugim miejscu pod względem najkrótszego czasu potrzebnego do zwrotu z inwestycji.

Najtaniej apartament na krótki okres można wynająć w Białymstoku (4,19 zł/m2) i Karpaczu (4,27 zł/m2), a kupić w Szczecinie za 4 396 złotych za metr kwadratowy.

Decydując się na zakup apartamentu należy jednak pamiętać o kosztach utrzymania nieruchomości i zmieniającym się w ciągu roku popycie na wynajem krótkoterminowy. W typowo sezonowych lokalizacjach ilość rezerwacji jest mocno zróżnicowana w zależności od pory roku, podczas gdy w dużych miastach zapotrzebowanie utrzymuje się mniej więcej na tym samym poziomie przez cały rok.

Metodologia

Dane przedstawiają średnie ceny za metr kwadratowy apartamentu na wynajem, zgromadzone na podstawie cen dostępnych na stronie HomeToGo.pl i średnie ceny za metr kwadratowy apartamentu na sprzedaż, na podstawie cen ze strony popularnego serwisu ogłoszeń nieruchomości. Korzystając z tych dwóch danych HomeToGo.pl wyliczyło, w jakim najkrótszym czasie (w dniach) powinien nastąpić zwrot z inwestycji.

Sezonowość określana jest na podstawie ilości zarezerwowanych obiektów w danym miesiącu i miejscowości. Nie została ona jednak uwzględniona podczas wyliczania czasu potrzebnego na zwrot z inwestycji, tak samo jak koszty związane z utrzymaniem nieruchomości.

Źródło: HomeToGo

Zysk netto firm średnich i dużych wyniósł w 2016 r. 111 mld zł. Natomiast inwestycje spadły o 13,2 proc (r/r, w cenach stałych) – podał GUS.

Wyniki finansowe firm średnich i dużych były w 2016 r. bardzo dobre. Przychody wzrosły co prawda tylko o 3,9 proc., ale koszty „jedynie” o 3,2 proc. Pozwoliło to na poprawę rentowności sprzedaży. Powinno to cieszyć, bo firmy panowały nad kosztami mimo szybciej, niż koszty ogółem, rosnących wydatków na wynagrodzenia i ubezpieczenia społeczne, a także na usługi obce. Niestety, koszty rosły wolniej niż przychody m.in. przez niższy poziom inwestycji, a tym samym niższą amortyzację, a to nie może cieszyć.

Co z tego, że firmy 50+ zarobiły w 2016 r. 111 mld zł, a zapłacony CIT był o 4 mld zł wyższy niż rok wcześniej, jeśli – mimo dobrych wyników finansowych – przedsiębiorstwa były bardzo ostrożne w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych. W efekcie zainwestowały 121 mld zł, o 13,2 proc. mniej niż w 2015 r. (w cenach stałych). Ostrożność w inwestycjach rosła z kwartału na kwartał – po 6. miesiącach 2016 r. spadek inwestycji r/r wynosił 7,1 proc., po 9. miesiącach 9,1 proc., a po 12. – 13,2 proc.

Tak dobre wyniki finansowe firm, wzrost zysku netto o ponad 20 proc. r/r nie tylko dowodzi dobrej sytuacji na rynkach, na których przedsiębiorstwa działają (ponad 50 proc. to eksporterzy), ale przede wszystkim umiejętności jej wykorzystania przez polskie przedsiębiorstwa. Dlaczego zatem nie towarzyszył temu, a powinien, wzrost inwestycji?

Firmy mają wysoki poziom wykorzystania mocy wytwórczych, mają kapitał, który pozwalałby na rozszerzanie aparatu wytwórczego i jego modernizację. Bez inwestycji dalsze konkurowanie na rynku polskim i rynkach zewnętrznych może nie być już tak skuteczne jak dotychczas. A jednak nakłady inwestycyjne były zdecydowanie niższe niż w 2015 r.

Biznes nigdy nie działa przeciw swoim interesom. Tym razem jednak niepewność polityczna i regulacyjna była tak duża, że przedsiębiorstwa obawiały się rozpoczynania większych inwestycji. Gdy nie wiedzą jakie będą płacić podatki, czy nie zostaną wprowadzone kolejne daniny branżowe, gdy czytają regulacje nakładające na przedsiębiorców kary do 25 lat więzienia i konfiskatę firmy za błędy w naliczaniu podatku VAT, gdy ograniczono im możliwość obrotu ziemią, co dla inwestycji ma znaczenie, gdy widzą działania rządu wspierające firmy z kapitałem państwowym co skutkuje wypychaniem z rynku firm prywatnych, a jednocześnie działania antykoncentracyjne rządu w tych obszarach, gdzie państwo jest słabo obecne, gdy część projektów inwestycyjnych zlecana jest w trybie bezprzetargowym spółkom komunalnym, gdy wiedzą że za energię będą musiały płacić więcej, bo następuje konsolidacja energetyki i górnictwa, gdy planuje się ograniczenie pracy w niedzielę, trudno się dziwić, że skłonność firm do inwestycji maleje. Do tego program Rodzina 500+ i obniżenie wieku emerytalnego zmniejsza podaż pracy. A inwestycje, a później korzystanie z nich wymaga pracowników, dobrze dostosowanych do rynku pracy. A tu zmiany w edukacji, już nawet nie te związane z likwidacją gimnazjów, ale przede wszystkim zmiany programowe, które budzą obawy, co do wiedzy i umiejętności, które będą posiadać przyszli pracownicy, i brak aktywności w budowaniu nowoczesnego szkolnictwa zawodowego. Proponuje się też skrócenie o jedną godzinę czasu pracy pracownikom z dziećmi (to jedna z partii opozycyjnych, ale koalicja rządząca nie mówi nie).  Mówi się też o wprowadzeniu „split payment” (co samo w sobie może być dobrym rozwiązaniem), ale nie mówi się o tym jak to rozwiązanie będzie w praktyce funkcjonować, czy nie zaburzy płynności finansowej firm, szczególnie tych mniejszych.

Tylko przedsiębiorstwa w których właściciele i zarządzający mają bardzo wysoką skłonność do ryzyka będą zwiększać w sposób istotny inwestycje, a bez nich tak polskie firmy, jak i polska gospodarka stracą zdolność do konkurowania. A my, obywatele, możliwość zwiększenia dobrobytu. Szkoda.

 

Autor: Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan

Polska ma najbardziej niestabilne prawo w Unii Europejskiej, mimo to rząd uparcie zachęca przedsiębiorców do inwestycji przekonując ich jednocześnie, że pierwszeństwo w biznesie ma państwo, a własność i wolny rynek to zagadnienia drugoplanowe. Firmy widzą jednak te priorytety z zupełnie innej perspektywy – państwo to podatki, nadprodukcja skomplikowanego prawa i brak zaufania do rządowych instytucji. Większość z nich uważa także, że w tym roku będzie jeszcze gorzej.

W 2016 roku polskie prawo wzbogaciło się o 31,9 tys. stron nowych rozporządzeń i ustaw, a aż 2 tys. z nich dotyczyło podatków. To najwyższy wskaźnik od 1918 roku, czyli od kiedy zaczęto publikować „Dziennik Ustaw”. W konsekwencji zajmujemy 1. miejsce w całej Unii Europejskiej jeśli chodzi o zmienność i nieprzewidywalność otoczenia legislacyjnego, wyprzedzamy m.in.: Włochy, Grecję, Hiszpanię i Francję. Tylko w latach 2012-2014 w Polsce wygenerowano 56-krotnie więcej regulacji niż w Szwecji, 11-krotnie więcej niż na Litwie i 2-krotnie więcej niż na Węgrzech. Prawo w Polsce wdrażane jest także w coraz szybszym tempie, pozostawiając coraz mniej czasu na zapoznanie się z regulacjami nie tylko przedsiębiorcom, ale także zwykłym obywatelom. W praktyce oznacza to, że jeśli ktokolwiek chciałby poświęcić czas na zapoznanie się ze wszystkimi zmianami, musiałby zarezerwować sobie ponad 4 godziny dziennie przez 365 dni w roku.

W procesie legislacyjnym coraz częściej pomijane są także prace w komisjach sejmowych, czyli czas na poznanie opinii zainteresowanych środowisk, przeprowadzenie niezbędnych konsultacji i zbadanie skutków prawnych opracowywanych regulacji. Obecnie już prawie połowa ustaw przyjmowana jest z pominięciem tego procesu lub jest on na tyle zdawkowy, że nie pozwala na dogłębną analizę skutków prawnych. To dane z bieżącej edycji raportu „Barometr stabilności otoczenia prawnego w Polsce” opublikowanego przez Grant Thornton.

Skala i rosnące tempo produkcji prawa w Polce są zatrważające, co ma bezpośrednie przełożenie na nastroje wśród przedsiębiorców. Odzwierciedleniem tego są wnioski z publikowanych cyklicznie raportów zlecanych przez największe polskie organizacje biznesowe, doskonale znane zarówno opinii publicznej, jak administracji rządowej. Badanie przeprowadzone przez Business Center Club w końcu ubiegłego roku pokazało, że aż 94 proc. firm jest zdania, że rząd nie poprawił warunków prowadzenia biznesu w minionym roku. Panuje pesymistyczne nastawianie do sytuacji ekonomicznej w Polsce (88 proc.), która nie będzie sprzyjać prowadzeniu biznesu także w roku bieżącym. Przedsiębiorcy zakładali ponadto (75 proc.), że rok 2017 przyniesie wzrost kosztów prowadzenia firmy, a blisko dwie trzecie prognozowało wzrost obciążeń podatkowych. Smutnym wnioskiem z badania jest także deklaracja dotycząca zwiększenia środków na inwestycje, planuje to uczynić jedynie co piąty przedsiębiorca.

Ustabilizowany brak wiary w łatwość potwierdza biznesu w Polsce potwierdziła także analiza Konfederacji Lewiatan. Przedsiębiorcy przebadani w lutym tego roku uważają, że warunki prowadzenia firmy w 2016 roku nie tylko nie uległy poprawie, jak w badaniu BBC, a wręcz się pogorszyły (48 proc.) i 2017 nie przyniesie poprawy. Zdecydowana większość firm, zwłaszcza średnich i dużych, tak jak w roku ubiegłym liczy się ze wzrostem kosztów zatrudnienia (95 proc.), wprowadzeniem nowych niespójnych regulacji podatkowych (93 proc.) oraz innych niejasnych przepisów dotyczących prowadzenia działalności gospodarczej (91 proc.). Niemal wszyscy badani uważają więc, że jest źle i będzie jeszcze gorzej! Wśród głównych przeszkód napotkanych w 2016 roku firmy wymieniały jak zwykle rosnące koszty zatrudniania (91 proc.), niepewną sytuację gospodarczą i polityczną (91 proc., 87 proc.) oraz przepisy podatkowe (88 proc.). Obecnie brak pewności powiązanej bezpośrednio z działaniami rządu wyraża aż 76 proc. badanych podmiotów.

Przedsiębiorcy krytycznie spoglądają w przyszłość nie wierząc w kolejny plan wielkiej modernizacji gospodarki, mimo że rząd wprowadza strategie, przyjmuje konstytucje i pakiety zmian, a nawet obniża CIT dla małych firm.

Powodem takiego pesymizmu wśród polskich przedsiębiorców jest powszechnie panujący i permanentny brak zaufania do administracji państwowej. Firmy mają dość niespełnionych lub nieprzemyślanych obietnic, zwłaszcza pomysłów podatkowych wprowadzających do życia gospodarczego niewiele poza chaosem, czego świetnym przykładem była koncepcja jednolitego podatku. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, ale polski rząd próbuje wzbudzić wśród przedsiębiorców nieuzasadnione poczucie winy wynikające z sukcesu, jaki osiągnęły ich firmy, a to stan rzeczy bardzo daleki od zaakceptowania.  Widzimy także sytuację zupełnie kuriozalną, kiedy z jednej strony nieustannie podnoszone są koszty prowadzania biznesu z podatkami włącznie i firmy to widzą, a z drugiej oczekuje się od nich zwiększania nakładów na inwestycje strasząc przy tym, że będą bardziej kontrolowane. To sytuacja niespotykana wśród nowoczesnych gospodarek, dlatego przedsiębiorcy wyprowadzają się z Polski – mówi Agnieszka Moryc, dyr. zarządzająca w Admiral Tax, polsko-brytyjskiej firmie doradztwa podatkowego.

Nie da się nie zauważyć, że temat emigracji biznesowej i zagadnienia związane z optymalizacją podatkową przywoływane są przy każdej okazji nie tylko przez Ministra Rozwoju, ale również innych członków rządu. Apelu o zacieśnienie współpracy w tym zakresie nie mogło zabraknąć także na ostatnim spotkaniu G20, na które zostaliśmy zaproszeni wraz z innymi krajami spoza grona największych światowych gospodarek. Ciężko jednak oczekiwać patriotyzmu ekonomicznego i zwiększenia inwestycji, kiedy wizja gospodarcza Polski prezentowana przez rząd mocno odbiega od tej, której spodziewają się firmy. Większość z nich, co pokazują badania, chce po prostu stabilnego i jasnego otoczenia legislacyjnego, umożliwiającego spokojne prowadzenie biznesu. To według nich najważniejsze zadanie gospodarcze dla rządu, z którego administracja się nie wywiązuje. Wielu przecież jest zdania, że rząd nie tylko nie stwarza odpowiednich warunków do rozwoju biznesu, ale je pogarsza.

Ciekawie w tym kontekście brzmią słowa Jarosława Kaczyńskiego podczas niedawnej konferencji „Odpowiedzialność przedsiębiorców za Polskę”, o priorytecie państwa nad własnością i wolnym rynkiem. Z niesmakiem środowisk biznesowych spotkało się także stanowisko wskazujące, że jeżeli ktoś w takich warunkach nie potrafi działać efektywnie, to powinien zająć się czymś innym.

Polscy przedsiębiorcy potrafią działać bardzo efektywnie i udowodniali to wielokrotnie w przeszłości, sam sektor MSP generuje przecież połowę polskiego PKB. Kiedy jednak rząd aspirujący do roli regulatora totalnego, co odbierane jest przez biznes wyjątkowo źle, mówi wprost, że jeżeli komuś się to nie podoba, więc powinien zająć się czymś innym, to co najmniej naiwnym jest oczekiwanie na optymizm przedsiębiorców, bez którego nie ma mowy o szybkim rozwoju i inwestycjach. Oczywistym jest przecież, że firmy nie zajmą się czymś innym, tylko gdzie indziej, pójdą tam gdzie kultura biznesowa jest na wyższym poziomie. Dla wielu firm wybór lokalizacji poza granicami kraju uwarunkowany jest obecnie nie tylko wysokimi podatkami w Polsce, ale także niepewnością związaną ze zmiennością prawa i jego skomplikowaniem, podejściem urzędników do przedsiębiorców i ich odpowiedzialnością za błędy. Nie mają tu znaczenia osobiste sympatie do konkretnej partii czy jej członków, to nie ma obecnie znaczenia, chodzi o mechanizm i rozwiązania systemowe, w których rosnąć ma biznes. Wielu przedsiębiorców chce po prostu działać poza tym systemem, w otoczeniu prawnym sprzyjającym rozwojowi przedsiębiorstw – dodaje Agnieszka Moryc z Admiral Tax.

Minister Morawiecki goszcząc niedawno w London School of Economics na konferencji „Polish Economic Forum” mówił, że trzeba mieć optymistyczne założenia, żeby rzeczywistość zaczęła się zmieniać. Ciężko jednak szukać tego optymizmu wśród polskich przedsiębiorców, kiedy 90 proc. z nich uważa, że rząd nie tylko nie poprawia ich sytuacji, ale ją pogarsza. Na forum zapewniał jednak polskich studentów najlepszych londyńskich uczelni, że warto wracać i rozwijać się w Polsce, że można odważnie rzucić się na falę nowego życia gospodarczego. Co ciekawie badanie przeprowadzone przez sponsora wydarzenia wskazało, że coraz więcej polskich studentów brytyjskich uczelni w ogóle nie myśli o powrocie do kraju. W porównaniu z 2016 zainteresowanie powrotem spadło z 83 proc. z do 75 proc., czyli o 7 oczek w ciągu roku. Najwidoczniej nie tylko przedsiębiorcy, ale także studenci nie podzielają optymizmu Ministra Rozwoju i nie zamierzają rzucać się w fale nowego życia gospodarczego w Polsce.

Autor: Krzysztof Oflakowski

76 proc. przedsiębiorców odczuwa niepewność związaną z działaniami rządu, a 74 proc. jest przekonanych, że w podatkach zbyt wiele zależy od uznaniowych decyzji urzędników –  wynika z badania nastrojów przedsiębiorców zrealizowanego na zlecenie Konfederacji Lewiatan.

Prawie połowa (48 proc.) przedsiębiorców uważa, że warunki prowadzenia firmy pogorszyły się w 2016 roku w porównaniu z latami ubiegłymi, a jedynie 7 proc. uważa, że się poprawiły. Ich zdaniem w roku  2017 roku wcale nie będzie lepiej.  49 proc. przedsiębiorców negatywnie ocenia możliwości prowadzenia biznesu, a aż 72 proc. obawia się w tym roku zmian w prawie i działań administracji.

Wśród barier, które najbardziej utrudniały prowadzenie działalności gospodarczej w 2016 roku przedsiębiorcy  najczęściej wymieniali: rosnące koszty zatrudniania pracowników (91 proc.), niepewną sytuację gospodarczą (91 proc.), przepisy podatkowe (88 proc.), niepewną sytuację polityczną (87 proc.) czy niedobór wykwalifikowanych pracowników.

W tym roku przedsiębiorcy, zwłaszcza firmy średnie i duże,  też spodziewają się rosnących kosztów zatrudnienia (95 proc.),  niejasnych lub niespójnych przepisów podatkowych (93 proc.) lub innych regulacji  dotyczących działalności gospodarczej (91 proc.).

Duża część przedsiębiorców doświadczyła kontroli w 2016 roku, ale zwykle ich uciążliwość była na takim samym poziomie jak w latach ubiegłych. W 2017 roku 51 proc. przedsiębiorców, szczególnie firmy duże,  oczekuje jednak, że będą one bardziej uciążliwe.

– Z reguły mniejsze przedsiębiorstwa gorzej niż firmy duże postrzegają warunki prowadzenia działalności gospodarczej oraz warunki otocznia biznesowego. Tym razem jest inaczej. W 2016 r. to firmy duże w większym stopniu obserwowały pogorszenie się warunków prowadzenia firmy. Także prognozy dla 2017 r. pokazują biznesowe obawy dużych firm. W większym stopniu niż firmy małe i średnie obawiają się uznaniowych decyzji
urzędników dotyczących podatków. Podobnie jak firmy małe i średnie odczuwają niepewność związaną z działaniami rządu. Jeśli duże firmy obawiają się działań rządu, uznaniowości decyzji urzędników, to mamy poważny problem, który będzie przekładał się kolejny rok na inwestycje. W 2016 r. to duże firmy, szczególnie z kapitałem zagranicznym, były buforem dla spadających inwestycji. W tym roku co prawda 54 proc. spośród nich deklaruje wzrost inwestycji. Jednak niepewność sytuacji politycznej oraz tworzone nowe prawo  gospodarcze może negatywnie wpłynąć na ostateczne decyzje inwestycyjne. A dwóch lat osłabienia skłonności do inwestowania polska gospodarka nie nadrobi nawet największymi wydatkami z funduszy unijnych. Świat nam ucieka – komentuje dr Małgorzata Starczewska –Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Badanie zrealizowała firma SMARTSCOPE w lutym br., na reprezentatywnej grupie 300 małych, średnich i dużych przedsiębiorców, zatrudniających przynajmniej 10 pracowników, metodą CATI.

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

Według szacunków Ministerstwa Finansów w styczniu 2017 r. odnotowano wzrost dochodów we wszystkich głównych podatkach w porównaniu do stycznia 2016 r. Zdaniem analityków branży, to znakomite dane i dowód na dobre prognozy gospodarcze dla całego roku.

Jak podał w poniedziałek resort finansów wzrost dochodów w stosunku do stycznia 2016 roku odnotowano we wszystkich głównych podatkach. Dochody z podatku VAT były wyższe o 25,3 proc. (tj. ok. 4,4 mld zł), dochody z podatku akcyzowego i podatku od gier były o wyższe 17,1 proc. (tj. ok. 0,8 mld zł), dochody budżetu państwa z podatku PIT wzrosły o 5,4 proc. (tj. ok. 0,3 mld zł), a dochody budżetu państwa z podatku CIT były wyższe o 15 proc. (tj. ok. 0,4 mld zł).

Według ekonomisty Mariana Szołuchy to znakomite wskaźniki. „Jeśli się utrzymają, to będziemy mogli powiedzieć, że nie tylko są szanse na realizację założeń budżetowych do ustawy na rok 2017, ale też realizacja może być lepsza niż te założenia” – ocenił. Dodał, że dane dotyczące kondycji naszych finansów publicznych nie są też bez znaczenia dla wzrostu gospodarczego jako całości. „Pierwsze jaskółki prognoz dotyczących wzrostu szybszego niż spodziewali się do tej pory analitycy, już mamy. Dziś bank JP Morgan podniósł Polsce prognozy wzrostu i na ten, i na przyszły rok” – zauważył. Ekonomiści JP Morgan podwyższyli prognozę dynamiki polskiego PKB w 2017 r. do 3,4 proc. wobec 3 proc. wcześniej, a w 2018 r. do 3,2 proc. z 3,1 proc.

Według Szołuchy większe wpływy nie tylko z podatku VAT, ale też ze wszystkich innych najważniejszych źródeł budżetu państwa, m.in. z akcyzy, CIT czy PIT biorą się przede wszystkim z uruchomienia kilku ważnych instrumentów i zapowiedzi uruchomienia kolejnych. Chodzi m.in. o Centralny Rejestr Faktur, centralną kasę rejestrującą czy jednolity plik kontrolny, „który już działa w firmach dużych, a do 27 lutego musi zostać wdrożony przez firmy małe i średnie”. „Krótko mówiąc za przestępców podatkowych po prostu się wzięto. Ministerstwo Finansów i podległe mu służby nie siedzą już z założonymi rękami, ale działają” – podkreślił ekonomista.

Źródło: www.kurier.pap.pl

Grecja znów przestanie spłacać długi? Wiele na to wskazuje ocenia Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl. Jak dowód wymienia niewystarczającą skalę reform, zbliżające się terminy spłaty pożyczek oraz spór pomiędzy wierzycielami.

– W przypadku Grecji chodzi o pieniądze. W tym roku Grecja musi wykupić dług i spłacić zobowiązania wysokości ok. 260 miliardów euro. Na te wszystkie zobowiązania państwo nie ma pieniędzy. Być może jeszcze przez najbliższe miesiące będzie miała, ale jeżeli chodzi o lato to potrzebuje kolejnych transz ze strony europejskich wierzycieli – mówi  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Głównym powodem powrotu Grecji na nagłówki mediów jest lutowy raport Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW). Jego lektura pokazuje, w jak trudnej sytuacji tkwi greckie państwo, mimo że dostało olbrzymią pomoc finansową. Według scenariusza bazowego, czyli zakładającego wprowadzenie reform, dług Grecji w 2060 r. osiągnie 275 proc. PKB, a roczne potrzeby pożyczkowe brutto (konieczność zapewnienia finansowania dla nowego i zapadającego w danym roku długu) sięgną 60 proc. PKB. To ok. sześć razy więcej niż bieżące roczne potrzeby pożyczkowe Polski w relacji do PKB.

MFW zwraca również uwagę, że połowa kredytów udzielonych przez sektor bankowy jest zagrożona (spłaty przeterminowane przynajmniej 90 dni). W raporcie czytamy też o olbrzymich nadużyciach podatkowych. Prawie połowa przychodów osób samozatrudnionych (lekarzy, księgowych, inżynierów, prawników) nie jest ewidencjonowana i nie są płacone podatki od ich wynagrodzeń.

Olbrzymie koszty generuje również system emerytalny, gdzie obniżka wypłat głównie dotyczyła nowych emerytów. Dla tych, którzy otrzymali świadczenie wcześniej, stosunek przeciętnej wypłaty do ostatniej pensji wynosi 80 proc. – przy średniej w strefie euro poniżej 50 proc.

W 2015 r. uzgodniono, że Grecja sprzeda majątek o wartości 50 mld euro. Do tej pory jednak, według danych MFW, podpisano umowy sprzedaży o wartości 1.5 mld euro. Fundusz prognozuje, że do 2018 r. kwota powinna wzrosnąć do 5 mld.

Ciekawostką mogą być także uwagi MFW dotyczące danych statystycznych przedstawianych przez Grecję. W latach 2001-2014 średnioroczny wzrost PKB był zrewidowany o 0.6 pkt proc. w dół w porównaniu ze wstępnymi danymi. W strefie euro przeciętna rewizja wynosiła 0.2 pkt proc. w górę. Z kolei rewizja pierwotnego deficytu sektora finansów publicznych (przed kosztami obsługi długu) w latach 2001-2015 wynosiła aż 2.4 proc. PKB rocznie, gdy średnia w strefie euro to 0.3 pkt proc.

Fundamentalny spór wierzycieli

W pomocy dla Grecji do tej pory brały udział kraje strefy euro oraz MFW. W trzecim programie finansującym Helladę nie uczestniczy już jednak Fundusz, uznając, że dług jest niestabilny, czyli po prostu niemożliwy do spłaty bez redukcji jego kapitałowej części.

Z kolei państwa obszaru wspólnej waluty uważają, że dług jest stabilny, o ile założenia dotyczące prognoz gospodarczych i pierwotnego deficytu zostaną utrzymane. Jednak to właśnie poważne dysproporcje w założeniach powodują olbrzymie różnice w finalnym odbiorze finansowych możliwości Grecji.

Europejskie instytucje zakładają, że dług Grecji będzie stopniowo spadał z obecnych 180 proc. PKB do 120 proc. PKB w 2030 r. i ok. 100 proc. w latach 2040-2060. Jak podkreśla MFW, powoduje to, że różnica w projekcjach Funduszu i krajów strefy euro wynosi więcej niż 170 pkt proc. PKB.

Z czego ona wynika? Jest przede wszystkim rezultatem olbrzymiego rozdźwięku w nadwyżce pierwotnej sektora finansów publicznych wg funduszu oraz wg europejskich instytucji. Eurogrupa ocenia, że do 2030 r. nadwyżka będzie na poziomie 3.2-3.5 proc., natomiast MFW zakłada 1.5 proc. PKB rocznie. W ubiegłym roku, który jest oceniany jako dobry, było to jednak tylko 0.9 proc., co pokazuje, jak duże ryzyko pomyłki występuje dla bardzo optymistycznych europejskich szacunków, ale także dla tych mniej optymistycznych, z Funduszu.

Eurogrupa przewiduje również, że nominalny wzrost PKB (z uwzględnieniem inflacji) w Grecji wyniesie 3.3 proc. rocznie, aż do 2060 r., czyli o 0.5 pkt proc. więcej niż szacują ekonomiści z MFW. Europejskie instytucje sądzą także, że do 2030 r. 15 miliardów euro napłynie z prywatyzacji, ale – jak podkreśla Fundusz – nie biorą pod uwagę kosztów rekapitalizacji banków w swoim scenariuszu bazowym.

Nieunikniona katastrofa

„Nie możemy przeprowadzić redukcji długu dla członka strefy euro, jest to wykluczone przez Traktat Lizboński” – powiedział Wolfgang Schaeuble, niemiecki minister finansów, w telewizji ARD (wg doniesień agencji Bloomberg z 8 lutego). Niemcy z drugiej strony chcą, by Fundusz dołączył do bieżącego programu finansującego Grecję, sugerując, że w przeciwnym razie nie będą dalej finansować Aten, co zwiększa ryzyko opuszczenia strefy euro przez Helladę.

Fundusz natomiast nie widzi możliwości utrzymania wysokiej nadwyżki pierwotnej greckiego sektora finansów publicznych przez kolejne dziesięciolecia bez redukcji kapitałowej części długu. Teoretycznie zawsze możliwe jest dalsze obniżenie części odsetkowej zadłużenia, choć – jak podkreśla MFW – gdyby deficyt pierwotny utrzymał się blisko obecnych poziomów, to roczne koszty finansowania z programów EFSF (Europejski Instrument Stabilności Finansowej) oraz ESM (Europejski Mechanizm Stabilności) musiałyby zostać zredukowane do 0.25 proc. w perspektywie kolejnych 30 lat.

W perspektywie najbliższych kilku tygodni można się spodziewać, że europejscy wierzyciele zdecydują się na obniżenie odsetek od długu, a Grecja może ogłosić dodatkowe reformy. Obecnie większy kryzys nie jest na rękę strefie euro, zwłaszcza w perspektywie nadchodzących wyborów i konieczności spłaty przez Ateny zadłużenia latem br. w wysokości ponad 6 mld euro.

Gdy jednak zakończy się okres wyborczy w kluczowych krajach strefy euro, temat prawdopodobnie znowu powróci w kolejnych kwartałach. Wtedy jednak kolejny przegląd sytuacji finansowej Grecji będzie pokazywał coraz mniejsze pole do obniżenia kosztów finansowania oraz coraz bardziej rosnącą konieczność redukcji części kapitałowej długu. To będzie moment, gdy ryzyko opuszczenia przez Grecję strefy euro dramatycznie wzrośnie i nie zatrzymają tego już żadne obietnice reform.

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Eksperci

Pistolet przystawiony do głowy, czyli walutowe zawirowania kluczowych rynków

Globalny rynek finansowy pozostaje obciążony asymetrią ryzyk, gdyż najwyraźniej w temacie wojen hand...

Turek: 10 lat po upadku Lehman Brothers ceny znowu są rekordowe

Gwałtowne przeceny, a potem ożywienie na rynkach mieszkaniowych – tak prosto można podsumować ostatn...

Przasnyski: Praca jest, ale brakuje pracowników

Firmy nadal tworzą sporo nowych miejsc pracy, ale wciąż mają kłopoty z ich obsadzeniem. Problem ten ...

Kondycje gospodarek wschodzących, przyszłość wojen handlowych i odczyty infacji – zobacz n

Chociaż niepokoje o kondycję gospodarek wschodzących i przyszłość wojen handlowych powinny skraść gł...

Raport, który znaczy coraz mniej

Moment uspokojenia objął waluty rynków wschodzących, ale spadające kolejny dzień indeksy w Azji nie ...

AKTUALNOŚCI

Juncker o UE: potrzebujemy silnej i zjednoczonej Europy

Przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker w swoim dorocznym przemówieniu do Parlamentu...

Podatek dochodowy i kryptowaluty – co zmienią nowe przepisy?

Od 2019 r. w polskim systemie podatkowym obowiązywać mają nowe przepisy dotyczące podatku dochodoweg...

Jak wzrost stóp procentowych i wynagrodzeń wpłynie na zdolność kredytową Polaków?

Rada Polityki Pieniężnej nie spieszy się z podwyższaniem stóp procentowych. Niemniej jednak z uwagi ...

Eksporterom coraz trudniej

Wskaźnik Wyprzedzający Koniunktury (WWK), informujący z wyprzedzeniem o przyszłych tendencjach w gos...

Innovation Box – ulga podatkowa z tytułu sprzedaży innowacyjnych rozwiązań

W dniu 24 sierpnia 2018 r. Rząd opublikował projekt ustawy zakładającej szereg zmian w podatkach doc...