Home Tagi Wpis otagowany "PKB"

PKB

Tempo wzrostu szwajcarskiej gospodarki jest najniższe od apogeum kryzysu finansowego. Chociaż słabe dane o PKB wynikają częściowo z czynników przejściowych, to mogą przedłużyć okres ekstremalnie niskich stóp procentowych, a także przyczynić się do dalszego spadku wartości franka – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Publikacja szwajcarskiego PKB zaskoczyła prawdopodobnie większość ekonomistów na świecie. Wzrost tej gospodarki w drugim kwartale wyniósł tylko 0.3 proc. rok do roku (r/r). To nie tylko wyraźnie poniżej oczekiwań ekonomistów, którzy spodziewali się wyniku na poziomie 1.0 proc. r/r.  Był to również jeden z najsłabszych odczytów w ostatnich dekadach i równy temu obserwowanemu w czwartym kwartale 2008 r., czyli w szczycie kryzysu finansowego. Co jednak spowodowało tak słabe wyniki jednego z najbogatszych krajów świata?

Skąd tak fatalne wyniki?

Przy wzroście gospodarczym strefy euro w granicach 2 proc. i rosnącemu prawdopodobieństwu osiągnięcia przez obszar wspólnej waluty wyniku najlepszego od dekady, tak niskie tempo przyrostu PKB w silnie uzależnionej od koniunktury zewnętrznej Szwajcarii może dziwić. Warto jednak zauważyć, że na zły rezultat złożyło się kilka czynników.

Po pierwsze, Sekretariat Stanu do Spraw Gospodarczych (SECO) zrewidował dane za poprzednie lata, co zmieniło punkt odniesienia dla ostatniej publikacji. Drugą ważną kwestią jest dość silna zmienność w wynikach szwajcarskiego handlu zagranicznego. W 2016 r. eksport usług wzrósł o 7.9 proc., w tym w czwartym kwartale aż o 13.3 proc. r/r. Z kolei w okresie marzec-czerwiec br. było to już tylko 0.4 proc. r/r. Natomiast import usług zwiększył się zdecydowanie bardziej niż eksport i wyniósł +4.1 proc. Z kolei zapotrzebowanie na szwajcarskie towary za granicą zmniejszyło się w porównaniu do drugiego kwartału 2016 r. o 1.3 proc., podczas gdy import podniósł się o 2.5 proc. W rezultacie handel zagraniczny miał silny, negatywny wpływ na PKB w ostatnim odczycie, chociaż prawdopodobnie jest to efekt krótkotrwały.

Pomijając jednak kwestie wymiany handlowej czy rewizji danych, pojawiają się także sygnały nieco gorszej wewnętrznej kondycji gospodarki. W porównaniu do pierwszego kwartału spada tempo wzrostu konsumpcji gospodarstw domowych (z 1.5 do 1.3 proc r/r) oraz wydatków sektora publicznego (z 1.7 do 1.6 proc. r/r.). Zauważalnie obniżyło się również tempo przyrostu inwestycji. Jeszcze w czwartym kwartale 2016 r. wynosiło ono 4.4 proc., a obecnie już tylko 1.9 proc.

Stopy procentowe bez zmian i tańszy frank

Mimo że wyraźne spowolnienie wzrostu PKB jest prawdopodobnie przejściowe, to jednak powinno ono wpłynąć na decyzje Szwajcarskiego Banku Narodowego (SNB). Jeszcze w czerwcu br. władze monetarne oczekiwały, że gospodarka urośnie w 2017 r. o 1.5 proc. W ciągu dwóch pierwszych kwartałów wzrost wyniósł około 0.5 proc r/r. Jest więc niezwykle mało prawdopodobne, by kolejne miesiące odrobiły straty z pierwszej połowy roku zwłaszcza, że np. sprzedaż detaliczna w lipcu spadła o 0.7 proc. r/r.

Dotychczasowe wyniki prawdopodobnie sprawią, że SNB zrewiduje w dół szacunki wzrostu PKB na 2017 r. podczas zaplanowanego na 14 września posiedzenia. Ponieważ również nie ma poważniejszego przyspieszenia inflacji (0.5 proc r/r), to niewykluczone, że władze monetarne jasno dadzą do zrozumienia, że stopy procentowe pozostaną na ujemnym poziomie (-0.75 proc.) dłużej niż wcześniej oczekiwano. Biorąc pod uwagę wpływ części odsetkowej na wysokość ich raty, jest to pozytywna informacja dla tych którzy spłacają kredyty frankowe.

Bardziej łagodna polityka pieniężna może być także korzystna w kontekście samej wyceny franka. Dobra kondycja gospodarcza strefy euro, a także innych wiodących gospodarek świata połączona z rosnącą inflacją na obszarze wspólnej waluty oraz prawdopodobnym wychodzeniem z łagodnej polityki monetarnej przez Europejski Bank Centralny powinny zmniejszać atrakcyjność franka w relacji do zagranicznych walut, w tym do złotego.

W rezultacie więc zaburzenie w odczytach szwajcarskiego PKB może przedłużyć trend ekstremalnie niskich stóp procentowych oraz słabość franka. Jest to więc idealny scenariusz dla spłacających kredyty denominowane w tej walucie, zwłaszcza że stosunkowo dobra kondycja gospodarcza w Polsce podtrzymuje także perspektywę względnie silnego złotego. Niewykluczone więc, że niedługo frank powróci do ok. 3.50 zł, czyli do poziomu sprzed tzw. „czarnego czwartku”.

 

Autor:  Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Innowacyjność Polski rośnie nie tylko w skali całego kraju, ale również na poziomie regionalnym wskazują wyniki raportu „Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów 2017”. Na pierwszym miejscu rankingu znalazło się mazowieckie, jednak pozostałe województwa szybko nadrabiają dystans do lidera.

W czołówce województw o największym potencjale innowacyjności utrzymują się niezmiennie 4 województwa mazowieckie, małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie. Są to regiony, w których dominującą rolę odgrywają aglomeracje miejskie warszawska, krakowska, wrocławska i trójmiejska. W ostatnim czasie można jednak zauważyć zmniejszenie dystansu między Mazowszem, a pozostałą trójką.

„Skrócenie dystansu do mazowieckiego wynika przede wszystkim z tego, że województwa małopolskie, dolnośląskie oraz pomorskie od kilku lat dynamicznie i relatywnie szybciej niż lider zestawienia, zwiększają wydatki na badania i rozwój, a także ilość osób pracujących w tym sektorze. Przyczyn zjawiska należy także upatrywać w silnym rozwoju innowacyjnego przemysłu i usług – mówi Adam Berent, dyrektor Departamentu Ratingu w Banku Millennium i jeden z autorów raportu. – Istotnym motorem rozwoju województw goniących Mazowsze są również aktywnie działające specjalne strefy ekonomiczne, które z sukcesem przyciągają kapitał. Kolejnym czynnikiem jest rozwój infrastruktury transportowej i edukacyjnej oraz coraz prężniej działające ośrodki przedsiębiorczości, takie jak centra transferu technologii i innowacji” – dodaje ekspert. 

Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów 2017

W porównaniu do ubiegłego roku większość województw (z wyjątkiem podkarpackiego, łódzkiego, śląskiego, lubuskiego i opolskiego) osiągnęło wyższą średnią punktów w 6 kategoriach składających się na potencjał innowacyjności. Co ciekawe w ciągu kilku ostatnich lat, największy rozwój potencjału innowacyjności osiągnęło województwo lubelskie. Swój awans zawdzięcza głównie rosnącej liczbie wydanych patentów (ponad trzykrotny wzrost w ciągu 5 lat). Dobre wyniki odnotowało również województwo podkarpackie. Na szczególne wyróżnienie zasługuje jego skok w wydajności pracy. Wynika on z prowadzonej w regionie polityki inwestowania w innowacyjne branże, szczególnie w lotnictwo i kosmonautykę. 

Indeks Millennium 2017 i 2016 – porównanie wyników

Najniższe pozycje w rankingu zajęły województwa świętokrzyskie, warmińsko-mazurskie i lubuskie. Jest to przede wszystkim wynik niskiej wydajności pracy, małych nakładów na badania i rozwój w relacji do PKB, małej liczby osób pracujących w tym sektorze, a także najniższej w kraju liczby studentów i wydanych patentów. Przyczyn zjawiska należy również szukać w relatywnie niskim uprzemysłowieniu tych regionów oraz słabym rozwoju sektora usług, infrastruktury transportowej, edukacyjnej i badawczo-rozwojowej. 

Indeks Millennium 2017 – 6 kryteriów innowacyjności

„Indeks Millennium – Potencjał Innowacyjności Regionów 2017” jest autorskim badaniem opracowanym przez analityków Banku Millennium z wykorzystaniem ostatnich dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego i bazy Pont Info. Wynik w rankingu powstał z sumowania wyników w 6 kategoriach, które według ekspertów banku w największym stopniu wpływają na potencjał innowacyjności regionów wydajność pracy, stopa wartości dodanej, wydatki na badania i rozwój (B+R), liczba studentów, liczba pracujących w B+R i liczba wydanych patentów. Tegoroczna edycja „Indeksu Millennium” została uzupełniona o analizę wyników województw w latach 2010 – 2015 oraz o porównania międzybranżowe.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Mija właśnie 10 lat od momentu rozpoczęcia największego kryzysu finansowego od czasu Wielkiej Depresji z 1929. Kryzys był zaskoczeniem dla wielu. Za jego symboliczny początek uważa się bankructwo banku Lehmann Brothers 15 września 2008 r., ale w rzeczywistości jego upadłość była ostatnim aktem tragedii, która zaczęła się rozgrywać już rok wcześniej. Podobnie jak wtedy tak i dziś długi Amerykanów biją rekordy wysokości. Czy to powinno nas niepokoić?

W listopadzie ubiegłego roku zadłużenie gospodarstw domowych w Wielkiej Brytanii wzrosło do 1,5 bln funtów osiągając nienotowany wcześniej poziom 85 proc. PKB. W uchodzącej za rozsądną i zamożną Szwecję długi obywateli w stosunku do produktu krajowego wynoszą 87 proc. W Kanadzie, której udało się wyjść obronną ręką z kryzysu 2007-08 r. zobowiązania mieszkańców są już większe niż wartość PKB. W Polsce kredyty sektora prywatnego, a więc osób fizycznych i firm wynosi obecnie 79 proc. PKB, podczas gdy w 2006 r. było to 47 proc.

W USA na koniec I kwartału 2017 roku bankowe długi amerykańskich gospodarstw domowych osiągnęły najwyższy poziom w historii – 12,73 bln dolarów. Poprzedni rekord padł jesienią 2008 r., kiedy zadłużenie Amerykanów wyniosło 12,68 bln USD.

Na poprzedni kryzys, który zaczął się latem 2007 r. niewielu było przygotowanych, a najmniej rządy. W konsekwencji z rynków wyparowały biliony dolarów, a gospodarki wielu krajów wpadły w recesję, z której niektóre dopiero zaczynają wychodzić.

W Polsce kryzys finansowy miał bardzo łagodny charakter. Najbardziej dolegliwe dla polskiego konsumenta okazały się problemy z zaciąganiem kredytów mieszkaniowych denominowanych we franku szwajcarskim. Rynek międzybankowy zamarł, więc krajowe banki jeden po drugim wycofywały z oferty frankowe hipoteki, odmawiając wypłaty kredytu nawet klientom z wydaną już promesą kredytową. Nie licząc tych trudności, Polska wyszła bez szwanku z szalejącego na innych rynkach kryzysu i jako jedyny kraj w Europie nie wpadła w recesję.

Po wybuchu kryzysu finansowego wielu ekonomistów przekonywało, że przewidzieli nadejście krachu i choć często trudno zweryfikować jednoznacznie ich wypowiedzi sprzed załamania rynków kilku rzeczywiście dokładnie zdiagnozowało słabości systemu, które później doprowadziły do upadku Lehman Brothers. Co mówią dzisiaj?

Nouriel Roubini, nazywany Dr Doom ze względu na czarne prognozy dla rynku, przedstawiane w ostatnich latach (i powszechnie uważany „za tego, który przewidział kryzys”), główne źródło ryzyka dla rynków widzi obecnie w Białym Domu. Uważa on, że administracja Donalda Trumpa jest niekompetentna, a jej pomysły – protekcjonizm, wojna handlowa, liberalizacja regulacji bankowych – niebezpieczne dla USA i światowej gospodarki.

Janet Yellen, szefowa FED powiedziała ponad miesiąc temu, że do kryzysu nie dojdzie za naszego życia. Później, podczas przesłuchania przed senacką komisją uściśliła, że poluzowanie ograniczeń nałożonych na banki po 2008 r., może wywołać kryzys.

William White, bankier centralny, który w 2003 r. przewidział załamanie się rynków finansowych uważa, że obecnie stoimy na krawędzi kolejnego kryzysu, przyczyn upatrując w ogromnym i rosnącym zadłużeniu. O ile w 2008 r. długi prywatne, firmowe i rządów stanowiły 200 proc. światowego PKB, to aktualnie odsetek ten wynosi 250 proc.

Michael Burry, jeden z bohaterów film „The Big Short”, ekscentryczny zarządzający funduszem, który przez dwa lata obstawiał załamanie rynku hipotecznego, grając przeciwko największym bankom na świecie, na czym ostatecznie zarobił 100 mln dolarów w rozmowie z NYMag.com mówił przed rokiem: „Zrobiłem wyliczenia. Każda część mojego umysłu podpowiada mi, że system finansowy zmierza do upadku. Pytanie brzmi nie czy to nastąpi, ale kiedy”.

Wskaźniki nie potwierdzają tych kasandrycznych przepowiedni. Global Risk Aversion Indeks Citigroup, mierzący poziom ryzyka na rynkach spadł w minionym miesiącu do najniższego poziomu od trzech lat i mieści się w granicach średniej sprzed kryzysu 2008 r.

Wypowiedź: Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Według wstępnego szacunku GUS, polska gospodarka zanotowała w drugim kwartale wzrost o 3,9 proc. To dane zgodne zarówno z oczekiwaniami większości ekonomistów, jak i podanym wcześniej przez urząd statystyczny tzw. szybkim szacunkiem. Potwierdzają one utrzymywanie się korzystnych tendencji krajowej koniunktury i pozwalają sądzić, że będą one kontynuowane w kolejnych kwartałach. Uwzględniając wpływ czynników sezonowych, PKB wzrósł o 4,4 proc.

Wzrost nadal opiera się głównie na konsumpcji, ale po raz pierwszy od dłuższego czasu zanotowano zwiększenie się nakładów brutto na środki trwałe, wskazujące na pojawienie się tak długo oczekiwanego ożywienia w inwestycjach. Ich wzrost oszacowano na 0,8 proc. Dynamika popytu krajowego zwiększyła się 4,1 do 5,6 proc. Wzrost spożycia ogółem przyspieszył z 3,9 do 4,3 proc. Największy, sięgający 5,4 punktu procentowego wkład do wzrostu PKB, wniósł popyt krajowy, przy pozytywnym wpływie popytu inwestycyjnego oraz ujemnym, wynoszącym 1,5 punktu procentowego wpływie eksportu netto.

Struktura wzrostu PKB potwierdza znaczącą rolę konsumpcji dla wzrostu gospodarczego, ale jednocześnie świadczy o rozpoczęciu przyspieszenia procesów inwestycyjnych, które w kolejnych kwartałach powinny zwiększać swój udział, wzmacniając dynamikę PKB. W kontekście wzrostu inwestycji nie budzi obaw ujemny wpływ na PKB nadwyżki importu nad eksportem, można przypuszczać, że przyspieszenie importu ma związek ze zwiększonymi zakupami środków produkcji.

O ile w pierwszych trzech miesiącach roku saldo obrotów towarowych było według danych NBP dodatnie i wyniosło 814 mln zł, to w drugim kwartale nadwyżka importu nad eksportem przekroczyła 1,2 mld zł., lekko ujemnie wpływając na dynamikę PKB (według metodologii GUS, w pierwszym półroczu mieliśmy 972 mln zł nadwyżki). Choć Ministerstwo Rozwoju przewiduje, że w tym roku nadwyżka handlowa sięgnie 1,5 mld euro, z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że wkład eksportu netto do PKB nie będzie znaczący, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że w 2016 r. nadwyżka handlowa wyniosła 20,7 mld zł (4,8 mld euro). W kolejnych kwartałach można oczekiwać mocniejszego wzrostu inwestycji. Wskazuje na to dynamiczny, sięgający 19,8 proc. wzrost produkcji budowlano-montażowej w lipcu. Wszystko wskazuje na to, że wzrost PKB w całym roku ma szanse utrzymać się na poziomie około 4 proc., a przy korzystnym wpływie czynników zewnętrznych można liczyć nawet na wyższą jego dynamikę.

Autor: Roman Przasnyski, Główny Analityk GERDA BROKER

W lipcu 2017 r. sprzedaż detaliczna wzrosła o 6,8 proc. r/r (w cenach stałych), a o 1,2 proc. w stosunku do czerwca br. – podał GUS.

Sprzedaż detaliczna rosła w lipcu 2017 r. nieco wolniej od oczekiwań. Co prawda jej wzrost na poziomie 6,8 proc. r/r (w cenach stałych) to utrzymanie średniej dynamiki z 1. połowy roku, jednak przy tak pozytywnych zmianach na rynku pracy, które powodują, że do gospodarstw domowych trafia co miesiąc znacznie więcej pieniędzy niż rok wcześniej, wzrost sprzedaży detalicznej jest umiarkowany. To zapewne efekt wygaszenia wpływu na konsumpcję dochodów z programu Rodzina 500+. Do gospodarstw domowych co prawda w dalszym ciągu trafia co miesiąc ok. 2 mld zł, ale nie traktują one już tych pieniędzy jako dodatkowego dochodu. Dlatego te ponad 23 mld zł, które wydajemy z budżetu państwa na program Rodzina 500+ nie będą się już przekładać na wzrost konsumpcji. Dawały one wzrost w 2. połowie 2016 r. i przez pierwsze miesiące br. Czerwiec i lipiec wskazują, że tego efektu już praktycznie nie ma.

Na szczęście dla wzrostu PKB i spożycia indywidualnego sytuacja na rynku pracy stale się poprawia. Gospodarstwa domowe, których członkowie pracują w przedsiębiorstwach zatrudniających co najmniej 10 pracowników (ponad 6 mln pracowników), miały w lipcu 2017 r. do dyspozycji o prawie 10 proc. więcej pieniędzy niż rok wcześniej – wzrost zatrudnienia i wynagrodzeń dał bowiem wzrost funduszu płac o prawie 2,5 mld zł, czyli 9,6 proc. r/r. Z tego co prawda część (1,7 proc.) „zjadła” inflacja, zatem realnie fundusz płac wzrósł o niespełna 8 proc., ale to właśnie wzrost zatrudnienia i wzrost wynagrodzeń są w tej chwili motorem rosnącego popytu konsumpcyjnego gospodarstw domowych. Dobre dane dotyczące przemysłu, budownictwa, branż eksportowych, prawdopodobnego wzrostu nakładów inwestycyjnych, a tym samym utrzymanie się trendów na rynku pracy, wskazują że możemy oczekiwać wzrostu sprzedaży detalicznej także w sierpniu i wrześniu br. Spożycie indywidualne powinno zatem w trzecim kwartale 2017 r. wspierać wzrost gospodarczy w stopniu porównywalnym do 2. kwartału br. (ok. ¾ wzrostu PKB) i wraz z inwestycjami dać efekt w postaci wzrostu PKB na poziomie ok. 4 proc.

Sytuacja może się zmienić w 4. kwartale 2017 r., gdy zgodnie z prognozami ZUS na emeryturę (w wyniku obniżenia wieku emerytalnego kobiet do 60 lat i mężczyzn do 65 lat) przejdzie dodatkowo ok. 330 tys. osób. Dochody tych osób będą zdecydowanie niższe niż ich dzisiejsze wynagrodzenia, co nie pozostanie bez wpływu na obniżenie ich skłonności do konsumpcji. Możemy nie zobaczyć tego jeszcze w 4. kwartale 2017 r., ale w 2018 r. na pewno sprzedaż detaliczna i spożycie indywidualne, a tym samym PKB – to odczuje.

Na razie cieszmy się wynikami sprzedaży detalicznej w lipcu 2017 r., które wskazują że Polacy wrócili do zakupów samochodów (wzrost o 10 proc. r/r; ceny stałe), a także do zakupów dóbr trwałego użytku (meble, rtv, agd – wzrost o prawie 9 proc.). Ciągle cieszą ich zakupy odzieży i obuwia (wzrost o 16,7 proc.) i kosmetyków. Przyszli, październikowi, młodzi 60-65 letni emeryci mogą za chwilę nie móc pozwolić sobie na takie „szaleństwa”.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

 

Wydarzenia napływające z Banku Anglii są zdecydowanie fascynujące. Nie tylko nie zasygnalizowali oni podwyższenia stóp procentowych, ale wydawać by się mogło, że również znacznie się wycofali wskazując pesymistyczną perspektywę dla gospodarki. Prognoza wzrostu PKB na ten rok została obniżona z 1,9 % do 1,7 %, a oczekiwany do 2022 roku poziom inwestycji w brytyjskiej gospodarce został zmniejszony o 20%. Oczywiście przy słabszej gospodarce bardzo ciężko podnosić stopy procentowe, nawet jeśli innym bankom centralnym bardzo na tym zależy, w szczególności jeśli obecne niskie stopy funta szkodzą konsumentom. Spośród ośmiu głosujących członków, tylko dwóch było za tym by podnieść stopy procentowe. To o trzy osoby mniej w porównaniu do poprzedniego spotkania. Co więcej, na konferencji prasowej po podjęciu decyzji, gubernator Mark Carney wyglądał na sceptycznego wobec podniesienia stóp.

Para walutowa GBP/USD, która ostatnio wyglądała na nieco rozerwaną, znacząco się wycofała. Ci, którzy liczyli, że tendencja mocnego funta i/lub słabszego dolara będzie trwała dalej, mają teraz lepszy punkt wejścia niż przed 24-godzinami. Szerokie zakresy ukazują się na wykresach, ale zwróćmy uwagę na jeden z nich. Para walutowa USD/JPY od wyboru Trumpa wydaje się być zmagnetyzowana w kierunku konkretnej ceny. Od marca przedział ten wydaje się stabilizować. Możemy także zobaczyć test klasycznego poziomu wsparcia, która kształtuje się w idealny sposób dla handlowców technicznych. Jest to zatem idealny środek na czysty zysk. Rosnąca linia wsparcia stanowi także perfekcyjne miejsce do odebrania swojego zysku. Jeśli przypadkiem handel obróci się wbrew Twoim przypuszczeniom, możesz z tego wyjść ze stosunkowo niewielkimi stratami.

Dziś jest dobry dzień dla tych, którzy lubią handlować na wydarzeniach o wysokiej randze. Jak wiemy, ilość nowych miejsc pracy utworzonych w całej gospodarce USA, poza sektorem rolniczym, z których raport wydawany jest w każdy pierwszy piątek miesiąca znany jest z tego, że produkuje największe giełdowe ruchy w krótkim czasie. Dziś nie będzie inaczej. Ogłoszenie zostanie upublicznione o godzinie 12.00 czasu GMT, a analitycy spodziewają się, że w lipcu zostanie utworzonych 182 000 miejsc pracy w amerykańskiej gospodarce. Zwróćmy, także uwagę na stopę bezrobocia, która pewnie spadnie razem ze średnim godzinowym zarobkiem.

Dolar amerykański znajdował się w ostatnich dniach ciągle na skraju. Miał on dosyć słaby rok, ale dzielnie wytrzymał ostatnie dni. Zdaje się, że indeks dolara znalazł pozorne wsparcie na poziomie powyżej 92 punktów. Ustawienie techniczne nie wygląda dobrze. Oczywiście jeśli spadnie jeszcze bardziej, wiele osób potraktuje to jako przełom. Ze względu na dobro dolara, miejmy nadzieję, że raport z ilości miejsc pracy co najmniej przerwie jego dotychczasowy spadek.

 

 

Autor: Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Dlaczego nagle inwestorzy odwrócili się od waluty, której siła zaskakiwała przez ostatnie lata? Od 24 lipca frank szwajcarski (CHF) jest najsłabszą walutą na świecie wśród 31 gospodarek krajów rozwiniętych oraz rozwijających się – pisze 

W kilkanaście dni frank bardzo wyraźnie stracił na wartości: 4 proc. w relacji do euro oraz do złotego, 5 proc. do forinta. Jakie są przyczyny tendencji spadkowej i czy to już kres obniżek?

Specyficzna pozycja

Szwajcarska waluta od lat uchodziła za „bezpieczną przystań”, a takie określenie wynikało z mocnej pozycji gospodarczej alpejskiego kraju, widzianej głównie poprzez bilans rachunku obrotów bieżących. Szwajcarską gospodarkę praktycznie co roku cechowała nadwyżka w wymianie towarów i usług oraz w bilansie zysków z inwestycji zagranicznych.

W ciągu ostatnich 20 lat owa nadwyżka wynosiła średnio ok. 10 proc. PKB rocznie, co z jednej strony oznacza najwyższe poziomy na świecie, a z drugiej stałą, fundamentalną przewagę popytu na franka nad jego podażą.

Minione dwie dekady składały się jednak nie tylko z samych wzrostów szwajcarskiej waluty. Na początku bieżącego millenium kończył się bowiem 6-letni trend słabego franka, gdy przez sześć lat CHF stracił do dolara aż 40 proc. wartości, a w połowie 2001 r. kosztował zaledwie 2,2 zł.

Drugi, już szerzej znany, trend osłabiający franka zbiegł się w czasie z wysypem kredytów denominowanych w szwajcarskiej walucie i sprowadził CHF z ponad 3 zł do 2 zł. Ponieważ jednak w tym czasie nadwyżka na rachunku obrotów bieżących Szwajcarii była nadal bardzo wysoka, nasuwa się wniosek, że dużo większy wpływ na walutę wywierają inne czynniki niż wymiana handlowa czy zyski przedsiębiorstw osiągane za granicą.

Przepływu kapitału uzależnione od koniunktury

Skoro saldo rachunku bieżącego nie tłumaczy w pełni zachowania się waluty, warto zwrócić uwagę na przepływy finansowe. Zyski wypracowane przez szwajcarskie przedsiębiorstwa albo wracają do kraju, albo są reinwestowane zagranicą. Ten drugi przypadek zachodzi wtedy, gdy koniunktura globalna jest względnie dobra. Dlatego właśnie w latach 1996-2001 oraz 2004-2008 frank się osłabiał – zgromadzony wcześniej kapitał wypływał wtedy z kraju.

Po światowym kryzysie finansowym z końca minionej dekady do wcześniejszych przepływów szwajcarskiego kapitału dołączyły również te związane z obawami o kondycję strefy euro. Przez kilka lat nie tylko zagraniczne inwestycje Szwajcarii zostały ograniczone, ale również napłynął obcy kapitał (także spekulacyjny). To ten element stał się główną przyczyną rezygnacji SNB z utrzymywania stałego kursu wymiany EUR/CHF – w połowie stycznia 2015 r.

Jednak SNB nie skapitulował całkowicie. Władze monetarne zdecydowały się obniżyć stopy procentowe do minus 0,75 proc., by zniechęcać do nabywania franka. Nadal trwały także interwencje walutowe w olbrzymiej skali, które zmniejszały presję wzrostową na CHF.

W ciągu ostatnich siedmiu lat rezerwy walutowe Szwajcarii zwiększyły się o ponad 600 mld franków (ze 100 do 720 mld). W tym samym okresie udało się wygenerować nadwyżkę na rachunku obrotów bieżących na poziomie w sumie 450 mld franków. W rezultacie, aktywa nabywane przez SNB za granicą (obligacje oraz akcje) niwelowały nie tylko dodatni rachunek obrotów bieżących, ale również przynajmniej częściowo napływ kapitału z zagranicy.

Teraz już nikt nie chce franka?

Połączenie interwencji walutowych z ujemnymi stopami procentowymi w Szwajcarii oraz malejące zagrożenie poważniejszymi problemami strefy euro po wyborach we Francji przyczyniły się do osłabienia franka pod koniec pierwszej połowy roku.

Silne spadki kursu CHF w minionych dwóch tygodniach to już jednak efekt rosnącego strachu. Zgromadzony w franku kapitał wyraźnie zaczął tracić na wartości. Tworzy się sytuacja, w której inwestorzy lokujący środki w szwajcarskiej walucie nie tylko ponoszą straty na ujemnym oprocentowaniu, ale wartość ich aktywów staje się coraz niższa ze względu na słabszego franka.

W rezultacie, doprowadziło to do paniki, która przeceniła franka o ponad 4 proc. w ciągu ledwie dwóch tygodni. Do bieżących trendów również może dołączyć większa chęć sprzedaży franka i inwestycji poza granicami Szwajcarii przez lokalne przedsiębiorstwa. One także mogą się bać, że przy dalszym osłabieniu się CHF przyszłe zagraniczne inwestycje staną się droższe.

Obecny trend może być także wspomagany przez zachowanie się kapitału portfelowego. Więksi inwestorzy mogą w pewnym momencie uznać, że frank stanie się jeszcze słabszy niż obecnie. W powiązaniu z utrzymaniem ujemnych stóp procentowych będzie to wspierać strategię carry trade, gdzie pożyczone i wymienione na lokalne waluty franki będą inwestowane w obligacje skarbowe krajów rozwijających się. Konsekwencją takiego podejścia będzie dalsze obniżenie się wartości CHF.

Utrzymanie się bieżących tendencji oraz zwiększenie się popularności carry trade finansowanego we franku może doprowadzić do scenariusza, w którym szwajcarska waluta zmieni status z bezpiecznej przystani, oferującej ochronę kapitału, na gorącego kartofla, którego nikt nie będzie chciał trzymać ze względu na spodziewane straty. Mogłoby to również doprowadzić do sytuacji, że frank w relacji do złotego będzie notowany w kolejnych kwartałach bliżej granicy 3 niż 4 zł.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Założenia makroekonomiczne do budżetu na 2018 r. są osiągalne, aczkolwiek obarczone wieloma ryzykami – tak wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi. Do prognoz wzrostu PKB, cen, a także dynamiki spożycia indywidualnego i wzrostu importu, trzeba podchodzić ostrożnie – napisała Konfederacja Lewiatan w uwagach do założeń projektu budżetu na 2018 rok.

Przyszły rok będzie, według prognoz Ministerstwa Finansów, kolejnym rokiem wysokiego tempa wzrostu gospodarczego (3,6% w 2017 r. oraz 3,8% w 2018 r.). Przy takim tempie rozwoju powinniśmy założyć znacznie niższy poziom deficytu finansów publicznych niż 3% PKB. W założeniach budżetu państwa na rok 2018 takiej deklaracji nie ma. Tymczasem w Wieloletnim Planie Finansowym Państwa na lata 2017-2020 (WPFP) takie zapisy są: planowany deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych ma wynieść w 2018 r. 2,5% PKB, a sam deficyt budżetowy – 2,2% PKB. Pojawia się więc pytanie, dlaczego takie parametry nie zostały zapisane w budżecie na 2018 r. Wymaga to wyjaśnienia przed przedstawieniem przez rząd we wrześniu br. projektu budżetu państwa na 2018 r. – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, główna ekonomistka Konfederacji Lewiatan.

Inwestycje

Zdaniem Konfederacji Lewiatan w założeniach do budżetu na 2018 r. powinna się znaleźć pogłębiona, rzetelna analiza ryzyk związanych z prognozowanym wzrostem inwestycji w 2017 oraz 2018 r. Bez niej wiarygodność założonego wzrostu nakładów brutto na środki trwałe (na poziomie 7,2 % w 2017 r. oraz 7,6% w 2018 r.) będzie niska. Osiągnięcie wzrostu inwestycji w 2017 r. na poziomie 7,2 proc., gdy w 1. kwartale br. inwestycje w dalszym ciągu spadały (o 0,4 proc.  r/r) wymagałoby bardzo silnego ich wzrostu w kolejnych kwartałach, a nic na to nie wskazuje.

Rynek pracy

Konfederacja Lewiatan zwraca uwagę, że poprawa sytuacji na rynku pracy została przedstawiona  tylko z jednego punktu widzenia – gospodarstw domowych i spożycia indywidualnego. Autorzy nie dostrzegają w ogóle problemu braku pracowników i jego wpływu na decyzje rozwojowe, w tym inwestycyjne przedsiębiorstw. Potrzebna jest analiza sytuacji na rynku pracy, w tym po wejściu w życie ustawy obniżającej wiek emerytalny, z punktu widzenia nie tylko wpływu na spożycie indywidualne, ale także z punktu widzenia wpływu na skłonność przedsiębiorstw do inwestowania. Tym bardziej, że inwestycje to tworzenie warunków dla wzrostu gospodarczego w średnim i długim okresie. Konsumpcja to wzrost bieżący.

Konsumpcja

Wzrost konsumpcji prywatnej o 3,5% w 2018 r., który ma być efektem poprawy sytuacji na rynku pracy, wymaga pogłębionej analizy. Autorzy założeń w ogóle nie odnoszą się do możliwego negatywnego wpływu na dynamikę spożycia indywidualnego zmniejszenia się liczby osób aktywnych zawodowo w wyniku obniżenia od października 2017 r. wieku emerytalnego. ZUS szacuje, że prawa do emerytury nabędzie w ten sposób jeszcze w 2017 r. ok. 330 tys. osób. A to oznacza, że dochody tych osób ulegną istotnemu obniżeniu, co nie pozostanie w 2018 r. bez wpływu na skłonność do konsumpcji. Nie ma analizy potencjalnego wpływu obniżenia wieku emerytalnego na konsumpcję prywatną, a jest ona niezbędna. w 2018 r.

Handel zagraniczny

– Konkurencyjność firm działających w Polsce, przede wszystkim firm z kapitałem zagranicznym, które w największym stopniu wpływają na wzrost eksportu, daje podstawy do prognoz wzrostu eksportu na poziomie 7,1% w 2017 r. i 6,4% w 2018 r. Tym bardziej, że sytuacja gospodarcza u głównych partnerów biznesowych w Europie, a także w krajach rozwijających się, poprawia się i jest szansa na utrzymanie wysokiej dynamiki sprzedaży poza granice Polski. Dyskusyjna jest natomiast prognoza wzrostu importu – 7,7% w 2017 r. oraz 6,9% w 2018 r. Rosnący popyt konsumpcyjny (nawet, jeśli wzrost w 2018 r. będzie niższy od zakładanego), przy niedostatecznych inwestycjach, będzie wpływał na silniejszy wzrost importu. A to oznacza, że wpływ eksportu netto na wzrost PKB może być w 2018 r. ujemny. W założeniach do budżetu na 2018 r. nie ma odniesienia się do możliwych konsekwencji dla wzrostu importu utrzymywania się ograniczonej skłonności przedsiębiorstw do inwestowania – dodaje dr Małgorzata Starczewska- Krzysztoszek.

Inflacja

Wątpliwości budzi także założenie dotyczące inflacji na poziomie 2,3% w 2018 r. Obserwacja dotychczasowych trendów w gospodarce światowej nie wskazuje na istotne przyspieszenie wzrostu gospodarczego na świecie, a tym samym
nie należy zakładać istotnego wzrostu cen paliwa i surowców. Nie widać także presji płacowej w polskiej gospodarce – przedsiębiorstwa podnoszą wynagrodzenia nie w wyniku nacisku pracowników, a w wyniku niewystarczającej podaży pracy. Nie jest zatem jasne, jakie czynniki zdecydowały o prognozie inflacji na 2018 r. na poziomie 2,3%.

Konfederacja Lewiatan postuluje zatem o uzupełnienie założeń do budżetu państwa na rok 2018 o analizę ryzyk, które mogą wystąpić w 2018 r. i mieć wpływ na finanse publiczne, w tym na możliwość zrealizowania planowanych wpływów budżetowych (które zostaną przedstawione w projekcie budżetu na 2018 r. we wrześniu br.).

 

Źródło: Konfederacja Lewiatan

 

Produkcja sprzedana przemysłu wzrosła w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. o 5,7 proc. r/r. W największym stopniu w województwie świętokrzyskim, o 13,7 proc. – podał GUS.

Produkcja sprzedana przemysłu rosła w 1. połowie 2017 r. szybciej niż w tym sam okresie 2016 r. (o 5,7 proc. w stosunku do 4,4 proc.). Najsilniej przemysł rósł w 3 województwach Polski Wschodniej – w świętokrzyskim (o 13,7 proc.), podlaskim (o 12,3 proc.) i lubelskim (o 9,6 proc.). W pozostałych województwach tej części naszego kraju – podkarpackim i warmińsko-mazurskim – przemysł rósł także szybciej niż średnio w Polsce (odpowiednio (7,8 i 6,6 proc.).

Te 5. województw to nie są uprzemysłowione regiony – ich przemysł daje jedynie ok. 12 proc. produkcji sprzedanej całego przemysłowego sektora gospodarki.

Świętokrzyskie to przede wszystkim spożywczy, materiałów budowlanych, metalurgiczny, i maszynowy. Podlaskie to także przemysł rolno-spożywczy (przede wszystkim przetwórstwo mleka, tytoniu oraz produkcja wódki i piwa), ale także maszyny rolnicze, przemysł tekstylny oraz drzewny. Lubelskie to też przemysł spożywczy (przede wszystkim cukrowniczy, mleczarski, mięsny, piwowarski, młynarski, tytoniowy, spirytusowy, zielarski oraz owocowo-warzywny). A ponadto przemysł chemiczny, wydobywczy i materiałów budowlanych. Podkarpacie to przemysł lotniczy, spożywczy, a także materiałów budowlanych oraz drzewny. Warmia i Mazury to przetwórstwo rolno-spożywcze, produkcja maszyn do obróbki plastycznej metali, produkcja wyrobów gumowych (opony) oraz mebli i wyrobów stolarskich.

Zestawiając ze sobą dynamiczny wzrost produkcji sprzedanej przemysłu w tych województwach z branżami, które w tych regionach dominują wydaje się, że „sprawcą” jest wzrost skłonności gospodarstw domowych do konsumpcji. A wzrost skłonności do konsumpcji jest efektem poprawiającej się systematycznie sytuacji na rynku pracy, wzrostu wynagrodzeń oraz … programu Rodzina 500+. Polacy zwiększają swoje wydatki na artykuły rolno-spożywca, na odzież, a także na usługi budowlane robiąc remonty swoich mieszkań i domów. Jak widać ten konsumpcyjny popyt silnie wspiera regiony, w których przemysł rolno-spożywczy, a także drzewny i budowlany jest dominujący.

Do czynników związanych z rynkiem pracy i programem 500+ należy zapewne dodać fundusze unijne, które do tych regionów już trafiły i jeszcze trafią (w perspektywie finansowej 2007-2013 oraz obecnej 2014-2020 te 5. województw miało i ma swój dodatkowy Program Operacyjny Polska Wschodnia). Wsparły one tworzenie gospodarczej infrastruktury, a także rozwój lokalnych firm.

Efektem silnie rosnącego w tych województwach przemysłu jest „zwrotnie” większe zatrudnienie i wynagrodzenia. W świętokrzyskim zatrudnienie w przemyśle wzrosło w ciągu 6. miesięcy br. o 9,3 proc., a wynagrodzenia o 6,5 proc. W podlaskim wynagrodzenia wzrosły o 6 proc., a zatrudnienie o 4,5 proc. W lubelskim produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 9,6 proc. przy  minimalnym wzroście zatrudnienia w przemyśle (jedynie o 0,1 proc.) i relatywnie niedużym wzroście wynagrodzeń (o 4,3 proc.), co wskazuje na silny wzrost wydajności pracy.

Jeśli rosnący przemysł pozwolił firmom w tych województwach (i będzie nadal pozwalał) na wzrost dochodów i rentowności, a one zechcą zainwestować ten kapitał w rozwój, to mamy szanse, aby Polska Wschodnia zaczęła powoli (a nawet bardzo powoli, bo jest dużo do nadrobienia) doganiać bardziej rozwinięte regiony pod względem poziomu PKB na mieszkańca. Fundusze europejskie, dobrze zainwestowane przez władze lokalne powinny w tym także pomóc.

Po 6. miesiącach 2017 r. na końcu stawki wszystkich regionów jest przemysł na Dolnym Śląsku –  w ciągu 6. miesięcy produkcja sprzedana wzrosła tam jedynie o 0,4 proc. r/r, przy wzroście wynagrodzeń o prawie 10 proc. (najwyższa dynamika w Polsce) i zatrudnienia o 1,3 proc. Wskazuje to, że silną barierą rozwoju przemysłu w tym województwie jest dostęp do pracowników. Szczególnie zatem w województwie dolnośląskim administracje lokalne powinny dbać o edukację i jej dostosowanie do potrzeb rynku pracy. Ale w krótkim okresie powinny dążyć do stworzenie warunków dla sprawnej, szybkiej legalizacji zatrudnienia obcokrajowców. Nie może ona trwać miesiącami, szczególnie w okresie zwiększonego, sezonowego popytu na pracę.

Warto, aby wynikom przemysłu, budownictwa, wzrostowi liczby firm zarejestrowanych w systemie REGON w ciągu pierwszych 6. miesięcy 2017 r. przyjrzały się wszystkie województwa. I zastanowiły się jak poprawić sytuację na rynku pracy, ale także jak wykorzystać dostępne w ramach Regionalnych Programów Operacyjnych środki unijne, aby zapewnić rozwój województwa oraz jak działaniami administracyjnymi wspierać ten rozwój.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Funt do dziś nie zdołał odrobić strat po zeszłorocznym referendum, w którym Brytyjczycy zdecydowali się opuścić Unię Europejską. Z jednej strony może to oznaczać niedowartościowanie waluty Wyspiarzy, ale z drugiej pokazuje, jak bardzo obciążającym czynnikiem są warunki wyjścia Wielkiej Brytanii ze Wspólnoty – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Notowania brytyjskiej waluty utrzymują się mniej więcej 8 proc. poniżej średniej z ostatnich siedmiu lat w relacji do euro czy złotego oraz 17 proc. w porównaniu do dolara. Tymczasem patrząc na dane makroekonomiczne Wielkiej Brytanii, nie widać załamania koniunktury. PKB w pierwszym kwartale roku wzrosło o 2 proc. r/r, a w okresie kwiecień-czerwiec ma wynieść według konsensusu ekonomistów 1,7 proc. r/r. A przecież tuż po referendum istniały obawy, że w 2018 r. gospodarka Wielkiej Brytanii otrze się o recesję.

Bezrobocie, zatrudnienie, wakaty – dane więcej niż dobre

Modelowo wyglądają praktycznie wszystkie parametry rynku pracy, a z miesiąca na miesiąc jeszcze się poprawiają. Według opublikowanych w lipcu (przez Biuro Statystyki Narodowej – ONS) danych za maj bezrobocie spadło do 4,5 proc., czyli najniższego poziomu od 1975 r. Najniższą wartość od 1971 r. osiągnął wskaźnik biernych zawodowo – 21,5 proc. Zatrudnienie dla populacji w wieku produkcyjnym (16-64 lata) osiągnęło 74,9 proc., co jest najwyższą wartością od 46 lat.

Równomiernie rośnie zatrudnienie we wszystkich sektorach gospodarki. Uzbierało się 774 tys. wakatów – najwięcej od 2001 r., tzn. od momentu, kiedy zaczęło się badanie tego parametru.

Jedyną słabością lokalnego rynku pracy pozostaje niski wzrost wynagrodzeń. Rosną one w tempie 2,3 proc. r/r, ale biorąc pod uwagę inflację, gospodarstwa domowe odczuwają realny spadek siły nabywczej o 0,4 proc. r/r. Może to oznaczać w przyszłości gorsze wyniki sprzedaży detalicznej czy produkcji przemysłowej, a także ryzyko niższych odczytów PKB.

Sektor mocno uzależniony od warunków Brexitu

Od lat brytyjską gospodarkę nęka deficyt handlowy. Dotyczy to przede wszystkim wymiany towarowej. W 2016 r. import był wyższy od eksportu o 128 mld funtów (ponad 6 proc. PKB). Dodatkowo w każdym z miesięcy od stycznia do maja br. deficyt przekraczał barierę 10 mld funtów, podążając w stronę pogłębienia fatalnego wyniku z ub.r.

Mocno niepokoić może fakt, że w zbilansowaniu wymiany handlowej nie pomaga słabsza waluta. Teoretycznie powinna ona ograniczać import i stymulować eksport. Na razie jednak nic takiego w brytyjskiej gospodarce się nie dzieje. Sugerować to może konieczność dalszej deprecjacji szterlinga w celu zmniejszenia deficytu.

Sytuację na pierwszy rzut oka poprawia stosunkowo wysoki dodatni bilans usług, który przez pięć miesięcy br. wyniósł w sumie ponad 42 mld funtów, a w całym 2016 r. – 97 mld. Gdyby nie kwestia Brexitu, wysoki udział usług wymianie handlowej powinien cieszyć, ponieważ pokazuje wysoką konkurencyjność Wielkiej Brytanii w tym sektorze gospodarki.

Jednak w obecnej sytuacji zbyt duże uzależnienie od usług może stanowić zagrożenie dla kondycji gospodarki w przyszłości. Nieuporządkowane opuszczenie UE grozi utratą dostępu do wspólnego rynku sektorowi finansowemu, który generuje ok. połowę nadwyżki w saldzie usług. W rezultacie sprawia to, że im większe uzależnienie Brytyjczyków od eksportu usług, tym większą stawką stają się warunki Brexitu.

Polityczne iskry nie pomagają

Już od ponad roku wiadomo, że negocjacje dotyczące warunków wyjścia z UE nie będą łatwe. Wielka Brytania tkwi w niekorzystnej sytuacji ze względu na wysokie uzależnienie od wspólnego rynku, a jednocześnie Bruksela prawdopodobnie zechce pokazać, że opuszczenie Unii po prostu się nie opłaca.

Do tych obaw należy dodać także inne – związane z wewnętrzną polityką na Wyspach. W przedterminowych wyborach konserwatyści utracili większość w Izbie Gmin i musieli utworzyć koalicję, co oznacza zwiększone ryzyko niestabilności gabinetu Theresy May.

Warto także zauważyć, że cały czas w partii konserwatywnej dochodzi do poważnych tarć pomiędzy zwolennikami „twardego” Brexitu a bardziej pragmatycznymi członkami rządu. W rezultacie Londyn, prowadząc trudne negocjacje Brukselą, może mieć kłopot nawet z przedstawieniem spójnego stanowiska na temat „rozwodu”.

Brak poprawy na rachunku obrotów towarowych, malejąca siła nabywcza Brytyjczyków oraz piętrzące się problemy w wewnętrznej polityce mogą nadal utrzymywać kurs funta poniżej średniej z wielu lat.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Rok 2016 został zapamiętany jako rok pełen obaw dotyczących twardego lądowania chińskiej gospodarki. Strach okazał się być przesadny, bowiem twardego lądowania nie było, a co więcej, teraz dane gospodarcze z Państwa Środka pozytywnie zaskakują. Fabryka Świata znajduje się obecnie na drodze stabilizacji i transformacji, która jest jednak nieco kręta, gdyż mimo wszystko, ryzyko krachu pozostaje aktualne.

Po bardzo udanej publikacji czerwcowego bilansu handlowego Chin inwestorzy poznali tamtejsze, równie dobre dane dotyczące kwartalnego wzrostu dochodu narodowego. Dynamika PKB w drugim kwartale 2017 r. wyniosła 6,9% rdr wobec oczekiwań na poziomie 6,8%. Niniejszy wskaźnik znajdował się w trendzie spadkowym, choć wiele wskazuje na to, że utrzymująca się przez trzy kwartały 2016 r. dynamika na poziomie 6,7% rdr stanowiła punkt odbicia. Co więcej, czerwcowe tempo wzrostu sprzedaży detalicznej oraz produkcji przemysłowej wyniosło kolejno 11% rdr i 7,6% rdr względem prognoz na poziomie 10,6% i 6,5%. Odczyty te potwierdzają solidną koniunkturę chińskiego rynku, podobnie zresztą jak znajdujące się powyżej granicy 50 pkt indeksy PMI. Co prawda, nie mamy do czynienia z boomem gospodarczym, ale na pewno ze stopniowym ożywieniem, który w szerszym horyzoncie czasowym wskazuje na stabilizację gospodarczą. Warto także pamiętać, że Chiny znajdują się obecnie w fazie transformacji gospodarczej. Wydaje się ona przynosić oczekiwane rezultaty tj. coraz większy udział sektora usług w strukturze PKB.

Solidne wieści z Azji, to niewątpliwe dobre informacje dla globalnych rynków finansowych. Jednak optymizm inwestorów, wydaje się być bardzo umiarkowany, zwłaszcza jeżeli spojrzy się na Shanghai Composite Index, który od 2016 r. odznacza się niewielką zmiennością i bardzo skromnymi wzrostami. Inwestorzy nadal z wielką ostrożnością spoglądają w kierunku Fabryki Świata. Dane makroekonomiczne pozytywnie zaskakują, lecz nie wskazują na powrót dynamicznego wzrostu gospodarczego. Ponadto, rynek nadal ma wiele wątpliwości co do rzetelności statystyki narodowej Chin. Warto też zadać pytanie: czy chińska gospodarka faktycznie łapie oddech, czy też widzialna ręka państwa sztucznie utrzymuje stabilność gospodarczą oraz finansową w ryzach? W przypadku drugiego scenariusza równie istotne jest pytanie, jak długo państwo będzie w stanie podtrzymywać koniunkturę największej gospodarki na świecie (po uwzględnianiu parytetu siły nabywczej)?

Tymczasem kilka aspektów strukturalnych faktycznie może niepokoić władze ludowe Chin. Mam na myśli narastającą bańkę na rynku nieruchomości, ekstremalnie wysoki poziom zadłużenia gospodarki oraz niepokojąco wysoki odsetek kredytów niepracujących. Takie połączenie stanowi bardzo skuteczną receptę na kryzys, który z całą pewnością zaraziłby inne gospodarki. Państwo Środka, pod tym względem, zasługuje na miano tykającej bomby, której zapłon w znacznej mierze jest uzależniony od skuteczności polityki państwa.

Warto również pamiętać, o napiętych stosunkach chińsko – amerykańskich. Na pierwszy rzut oka, mogą wydawać się dobre, przynajmniej w kwestiach geopolitycznych. Niemniej, podejście władz obu krajów do kształtu handlu międzynarodowego jest diametralnie inne i stanowi „jabłko niezgody”. Co prawda, dotychczasowa polityka Donalda Trumpa jest mało efektywna, lecz ryzyko nałożenia nowych ceł na chińskie towary pozostaje aktualne. Wzrost protekcjonizmu USA z całą pewnością uderzyłby w Państwo Środka, dla którego handel międzynarodowy, zwłaszcza ze Stanami, stanowi absolutny fundament wzrostu gospodarczego.

Podsumowując, najnowsze dane z chińskiej gospodarki, to niewątpliwie bardzo dobry sygnał dla globalnych rynków finansowych. Z drugiej strony, pojawiają się liczne wątpliwości co do rzetelności i realności tego sygnału, toteż na rynkach finansowych trudno zauważyć wzmożony optymizm.  Należy jednak podkreślić, że  póki co, twarde lądowanie Państwa Środka nam nie grozi, choć ryzyko to wydaje się być odroczone w czasie. Dlatego też, aktualnie globalny sentyment rynkowy sprzyja rynkom akcji, a inwestorzy koncentrują się przede wszystkim, na działaniach najważniejszych banków centralnych tj. Fed oraz EBC.

Autor: Łukasz Rozbicki, MM Prime TFI

Od stycznia do czerwca 2017 branża faktoringowa sfinansowała wierzytelności przedsiębiorców o łącznej wartości 83,6 mld zł. To wzrost o 13,6% w stosunku do analogicznego okresu 2016 roku.

Z faktoringu skorzystało już 8,1 tys. przedsiębiorców, czyli o 12,5% więcej w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. Faktorzy sfinansowali blisko 4 miliony faktur.

W rzeczywistości zarówno obroty jak i ilość korzystających firm i sfinansowanych faktur są jeszcze  większe, bo duża część faktorów pozostaje poza związkiem (Polski Związek Faktorów – PZF), a ich łączny wynik nie jest znany.

Poza klasycznym faktoringiem niepełnym rośnie popularność pełnego (zabezpieczający faktoranta w przypadku niezrealizowania płatności ze zgłaszanej faktury przez kontrahenta) i eksportowy wspierający zagraniczną ekspansję polskich przedsiębiorców.

Powody rosnącej popularności faktoringu:

  • szybkość i jakoś usługi,
  • rosnąca dostępność faktoringu – ze względu na rozbudowę sieci sprzedaży w całym kraju i dostosowywanie oferty do mniejszych podmiotów,
  • rosnąca świadomość usługi u przedsiębiorców,
  • osiągalność usługi dla nowych na rynku firm (które nie dostaną kredytu inwestycyjnego),
  • spadające koszty usługi (ze względu na rosnącą konkurencję wśród dostawców),
  • pogłębiające się zaległości i opóźnienia płatności faktur (już ponad 19 mld zaległości przedsiębiorstw).

I półrocze w faktoringu

Wieloletni dynamiczny wzrost branży i usługi faktoringowej przyciąga do niej nie tylko przedsiębiorców, ale i inwestorów. Od kilku lat, a szczególnie w ostatnim czasie, zauważalne jest dedykowanie produktów faktoringowych dla poszczególnych segmentów przedsiębiorstw, a nawet branż. Rosnąca konkurencja pomiędzy faktorami zaczyna wpływać i wywierać presję na wysokość marży. W efekcie koszty faktoringu są coraz korzystniejsze dla przedsiębiorców.

W pierwszym półroczu duża część firm faktoringowych poprawiała swoje ofert dla MSP, a nawet dla konkretnych branż tradycyjnie będących odbiorcami usług faktoringowych (12% – to firmy spożywcze, 10% – firmy chemiczne, 9% – działające w handlu hurtowym).

Ten proces będzie trwał w dalszym ciągu. Atrakcyjną, a nie w pełni zagospodarowaną grupą dla faktorów jest np. branża transportowa – po drogach Europy jeździ nawet 200 tys. polskich ciężarówek, branża daje zatrudnienie blisko milionowi osób w Polsce, a problemy z długimi terminami zapłaty są tutaj powszechne.

W zakresie dostosowania oferty i edukowania przedsiębiorców jest ciągle wiele do zrobienia, bo jak wynika z badania Keralli Research (przeprowadzonego wśród 600 firm na zlecenie Narodowego Funduszu Gwarancyjnego) chociaż co druga firma z sektora MSP korzysta z produktów finansowych, to tylko 3 proc. używa faktoringu. Chociaż liczba ta wydaje się istotnie niedoszacowana (inne badania pokazują, że nawet 11% firm korzystało z faktoringu), to jednak wskazuje to na dużą ilość pracy do wykonania przez faktorów, ale i ogromne możliwości wzrostu usługi.

Czego mogą się spodziewać faktorzy i korzystający z niego przedsiębiorcy w przyszłości

MŚP wytwarzają prawie 70% PKB, zatrudniają ponad 70% zatrudnionych Polaków. Zakładając, że ¾ tych podmiotów nie ma żadnej zdolności kredytowej, a finansujących cały rozwój ze środków własnych jest kilka – kilkanaście procent, ich oczy będą zwracały się ku faktoringowi. Poziom świadomości usługi w większości krajów Europy Zachodniej i procent przedsiębiorców korzystających tam z faktoringu jest znacznie wyższy niż w Polsce.

Faktoring jest optymalnym sposobem pozyskiwania środków obrotowych przez małe i średnie przedsiębiorstwa, którym banki niechętnie udzielają kredytów. Dla faktorów najważniejsza jest ocena kontrahenta i kontraktu, a najważniejszym zabezpieczeniem cesja wierzytelności. Rozwiązania w ramach usług faktoringowych są dopasowywane w taki sposób, aby pomóc przedsiębiorcy szybko uzyskać bieżącą płynność finansową.

Prawdopodobnie najszybciej będą rozwijać się mali faktorzy pozabankowi, bo ich oferta jest dostępna dla najszerszej grupy odbiorców, a różnice w kosztach finansowania nie będą odgrywać decydującej roli. Faktorzy związani z bankami stawiają zazwyczaj wyższe wymagania, raczej nie wykupują też pojedynczych wierzytelności, wolą pakiety faktur, oczekują większej ilości kontrahentów zgłaszanych do faktoringu. Najwięksi faktorzy nie są też zdeterminowani, żeby eksplorować dolne rejony MSP, co również premiuje mniejszych faktorów, szczególnie tych dynamicznie rozwijających własne i partnerskie sieci sprzedaży.

Konsolidacja branży wokół największych graczy to jeszcze dosyć odległa perspektywa.

Autor: Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

 

W Polsce na badania i rozwój przeznacza się zaledwie 1% PKB. Średnia unijna jest ponad dwa razy większa. Pozytywnym zjawiskiem jest fakt, że dynamika wzrostu tego wskaźnika jest u nas zdecydowanie większa niż w większości krajów UE- wynika z raportu przygotowanego dla ZUT NOT przez Ex Metrix na podstawie danych GUS i Eurostatu.

Fundusze Private Equity/Venture Capital w Polsce, niechętnie przeznaczają swoje środki na przedsięwzięcia typu Seed i Start-UP. Dysproporcja w tym przypadku jest jeszcze większa niż w wydatkach R&D. Zaangażowanie Venture Capital w przedsięwzięcia we wczesnej fazie ich rozwoju wyrażone jako procent PKB jest w Polsce 10 razy mniejsze niż na przykład w Danii i Luksemburgu.

To powód, dla którego wiele rodzimych, rokujących projektów, rozwijanych jest poza granicami kraju lub sprzedawanych zagranicznym podmiotom.

Dlatego tak potrzebne są wszelkie formy wspierania firm we wczesnych fazach rozwoju. Temu właśnie służy konkurs „Laur Innowacyjności”, który właśnie rozpoczyna 7 edycję. Ma on na celu wspieranie innowacyjnych polskich technologii, produktów i usług. Do udziału w nim mogą się zgłaszać wszystkie firmy zarejestrowane w Polsce, prezentując swoje innowacyjne rozwiązania.

Ocenia je niezależna kapituła, w skład której wchodzą profesorowie polskich i zagranicznych uczelni oraz eksperci, rzeczoznawcy z uprawnieniami państwowymi, zrzeszeni w Zakładzie Usług Technicznych Rady Stołecznej Naczelnej Organizacji Technicznej w Warszawie, która przeprowadza konkurs. Laureaci otrzymują statuetkę, złotego, srebrnego, brązowego Lauru Innowacyjności i prawo do umieszczenia na swojej stronie internetowej logo konkursu, który przez ostatnie 6 lat wypracował już uznanie środowiska i rozpoznawalną markę, o czym świadczy choćby fakt, że co roku zgłaszają w nim swój udział takie firmy jak KGHM, Tauron, Energa, Enea.

Konkurs odbywa się pod patronatami wielu ministerstw i instytucji publicznych (m.in. NCBiR, PAN, PARP, PAIZ).

Zapraszamy na konferencję prezentującą raport i inaugurującą tegoroczną edycję konkursu!

 

Źródło: Zespół Usług Technicznych Rady Stołecznej NOT Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Ceny towarów i usług konsumpcyjnych wzrosły w czerwcu 2017 r. o 1,5 proc. r/r, a w stosunku do maja br. spadły o 0,2 proc. – podał GUS prezentując szybki szacunek wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych.

Inflacja zaczęła w czerwcu zwalniać, mimo że z reguły jest to miesiąc „nowalijkowy” (podobnie jak maj), w którym ceny żywności są nieco wyższe ze względu na początek sezonu owocowego i warzywnego. Tym razem wzrost cen żywności mógł być niższy, w tym także ze względu na wyższą bazę – w czerwcu 2016 r. ceny żywności wzrosły o 1,1 proc., podczas gdy w ciągu 5. miesięcy 2016 r. – jedynie o 0,6 proc.

Niższa dynamika cen towarów i usług konsumpcyjnych w czerwcu niż w pierwszych 5. miesiącach 2017 r. (średni wzrost o 2 proc.) wynika zapewne przede wszystkim z dość silnego spadku cen paliwa na rynkach światowych (z 52 USD  za baryłkę ropy, na 45 USD, z lekkim odbiciem do 48 USD w końcu czerwca), a także utrzymywania się spadku cen odzieży i obuwia. Niewykluczone, że obniżenie stawek roamingowych przez operatorów telekomunikacyjnych od 15 czerwca (do poziomu krajowego – konsekwencja wejścia zasad ustalonych przez UE) spowodowało także spadek cen na usługi łączności.

Dla pracowników do dobry sygnał, bo ich realne dochody będą wyższe niż na początku roku. Jeśli wynagrodzenia będą dalej rosły w tempie 5 proc. i więcej, na co wszystko wskazuje, a inflacja będzie się zmniejszała, to należy oczekiwać dalszej poprawy optymizmu konsumentów, a tym samym silnego wsparcia wzrostu PKB ze strony spożycia indywidulanego. Tylko, żeby inwestycje jeszcze chciały silniej ruszyć.

 

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Trzy lata temu ropa Brent kosztowała ok. 110 dol. za baryłkę. Obecnie jest niemal o 60 proc. tańsza. O tym jak bardzo spadek cen tego surowca przyczynia się do ograniczenia wydatków państwa, firm i konsumentów w Polsce – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Według danych Eurostatu, Polska w 2016 r. sprowadziła z zagranicy ponad 177 mln baryłek ropy naftowej. Większość importu pochodziła z Rosji, skąd zakupiliśmy prawie 85 proc. niezbędnego do funkcjonowania gospodarki surowca. Rachunek, który wystawili nam eksporterzy „czarnego złota”, wyniósł 7,2 mld dol., co przełożyło się na średnią cenę baryłki na poziomie 40,64 dol.

Warto przede wszystkim zauważyć, że miniony rok był czwartym z kolei, kiedy nasz rachunek za ropę wyraźnie się zmniejszył. W 2012 r. zapłaciliśmy za nią prawie 20 mld dol. przy podobnym wolumenie importu. Dwa lata później było to 16,5 mld dol., a już w 2015 r. jedynie 9,5 mld dol.

Oszczędności wyglądają także spektakularnie, gdy wyrazimy je w złotym, nawet mimo osłabienia się w ostatnich latach polskiej waluty w relacji do amerykańskiej. W 2012 r. średni kurs dolara wynosił 3,25 zł. To oznacza, że koszt importu ropy w tamtym okresie sięgnął ok. 64 mld zł. W kolejnych latach było to 57 mld zł, 52 mld zł oraz 35 mld zł. W ub.r. natomiast za sprowadzony surowiec zapłaciliśmy ok. 28 mld zł, czyli prawie o połowę mniej niż dwa lata wcześniej.

Wiele korzyści i ograniczone straty

Bezpośrednie korzyści niższych cen ropy naftowej, a także paliw, stosunkowo szybko odczuli kierowcy. Dane Eurostat pokazują, że średnia cena benzyny bezołowiowej w 2012 r. wynosiła w Polsce 5,69 zł za litr. Trzy lata później było to 4,65 zł za litr, a w ub.r. przeciętnie gospodarstwa domowe płaciły za litr PB 95 4,34 zł.

Zestawiając informację o średniej cenie paliw z danymi GUS dotyczącymi ilości benzyny kupowanej przez Polaków (793 litry w 2015 r.) oraz posiadanej liczby samochodów napędzanych popularną „95” (7,31 mln), można obliczyć, że przeciętne korzyści na kierowcę wyniosły w 2015 r. ok. 800 zł, a rok później prawie 1,1 tys. zł.

Jeszcze więcej oszczędności uzyskało 3,3 mln kierowców, których auta są napędzane dieslem. W 2012 r. litr oleju napędowego (ON) kosztował 5,67 zł, trzy lata później 4,5 zł, a rok temu 4,11 zł. Ponieważ właściciele diesli kupują ok. 900 litrów ON rocznie, to w ich portfelach zostało w 2015 r. i 2016 r. odpowiednio po 1050 zł i 1422 zł.

Niższe koszty surowców energetycznych to nie tylko oszczędności dla kierowców oraz zwiększenie siły nabywczej gospodarstw domowych. Spadek cen ropy ma także praktycznie bezpośrednie przełożenie na poprawę bilansu handlowego, a więc i na wkład eksportu netto do PKB.

W ostatnich czterech latach rachunek Polski za ropę naftową zmniejszył się w sumie o ponad 80 mld zł w porównaniu do scenariusza utrzymania ich cen z 2012 r. Warto także zwrócić uwagę, że redukcja kosztów paliw ma szczególne znaczenie dla firm transportowych, budowlanych czy tych działających w sektorze rolniczym. Niższe ceny ropy oznaczają dla przedsiębiorców wyższe zyski i większą chęć do inwestycji.

Negatywne elementy związane ze spadkami cen surowców mogą natomiast objawiać się niższym popytem na towary i usługi ze strony państw eksportujących ropę naftową. W przypadku Polski negatywne skutki zdecydowanie ustępują pozytywnym. Na podstawie danych NBP w Raporcie o Inflacji z marca 2015 r. skumulowany dodatni efekt dla PKB w okresie 16 kwartałów, po trwałym obniżeniu kosztów ropy naftowej o 10 proc., można oszacować na ok. 0,35  pkt proc. Przy spadku w granicach 50-60 proc. powinniśmy więc otrzymać wartość ok. 2 pkt proc. PKB.

Pozytywne efekty powinny się utrzymać

Poza dotychczasowymi oszczędnościami dla krajowej gospodarki w wysokości ponad 80 mld zł, wyższymi odczytami PKB, czy wzrostem siły nabywczej gospodarstw domowych, jest też duże prawdopodobieństwo utrzymania się cen ropy na bieżących poziomach i podtrzymania pozytywnych efektów dla polskiej gospodarki.

Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych zmieniła podział sił na globalnym rynku ropy naftowej. Kontrakty terminowe na ten surowiec wskazują, że jego cena w najbliższych kilku latach nie powinna przekroczyć przedziału 55-60 dol. Również coraz wyższa efektywność producentów w USA oraz ograniczony wzrost popytu globalnego sugerują, że koszt tego podstawowego surowca energetycznego utrzyma się blisko bieżących poziomów przynajmniej do końca obecnej dekady.

 

Autor: Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Stoisz przed koniecznością wymiany waluty i chcesz wybrać właściwy moment? Niezwykle trudno przewidzieć, kiedy i jak zmienią się kursy. Warto jednak poznać czynniki, które znacząco wpływają na wahania notowań. Wprawdzie wiedza nie gwarantuje zysku, ale chroni przed popełnieniem błędów – pisze Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl.

Przez siedem kolejnych miesięcy złoty zyskał do dolara aż 12 proc., a od grudnia 2015 r. funt stracił w relacji do polskiej waluty ok. 21 proc. Te przykłady pokazują, że zmiany bywają istotne, a wartość jednej z walut wyrażamy zwykle w zestawieniu z inną. Dlatego na początek przydatna staje się wiedza, jak układa się relacja inflacji (wzrostu poziomu cen w gospodarce) obu krajów. Wyższy poziom w jednym kraju w stosunku do drugiego wpływa, biorąc pod uwagę tylko ten czynnik, na deprecjację, czyli obniżenie wartości waluty.

Inflacja nie zawsze bywa groźna

Trzeba jednak zaznaczyć, że inflacja sama w sobie nie musi być zła, o ile utrzymuje się na stabilnym i oczekiwanym poziomie. Inflacja nie zawsze musi być też spowodowana czynnikami wewnętrznymi. Na wzrost cen mogą wpływać również czynniki spoza granic kraju. Zewnętrznym źródłem inflacji bywają np. wyższe ceny surowców energetycznych, w szczególności ropy. Ceny surowców energetycznych podlegają historycznie sporym wahaniom, podobnie jak ceny żywności. Dlatego też, aby móc lepiej ocenić zmianę poziomu cen w gospodarce, wyróżnia się inflację bazową, z której wyłączone są ceny produktów energetycznych oraz żywności.

Obecnie przyjmuje się, że inflacja ok. 2 proc. (plus/minus 1 proc.) jest zdrowa dla rozwoju gospodarki, pozwalając osiągać wyższe tempo wzrostu, bliskie potencjalnemu. W ostatnich latach jednak kraje rozwinięte (i nie tylko) borykały się z odwrotnym problemem – spadkiem inflacji, czyli deflacją. Ma ona o tyle negatywny wpływ, że ogranicza rozwój gospodarczy, powodując spadek tempa wzrostu PKB, a gorsza kondycja danego kraju to w efekcie słabsza waluta.

Banki centralne rozdają karty

Aby uniknąć negatywnego wpływu zbyt wysokiej inflacji lub deflacji, banki centralne krajów operują poziomem stóp procentowych w gospodarce. Wyższe stopy procentowe w danym kraju w stosunku do innego mogą powodować wzrost rentowności obligacji skarbowych.

Zachęca to inwestorów do lokowania kapitału w kraju o wyższych stopach procentowych. Efektem tego jest większy popyt na walutę kraju, do którego kapitał ten przypływa. Z podstawowych zasad ekonomii wiemy, że wyższy popyt wiąże się z wyższą ceną, stąd waluta w takim przypadku ulega aprecjacji, czyli wzrostowi wartości. Z kolei zbyt wysoki poziom stóp procentowych może negatywnie wpływać na gospodarkę.

Koszty kredytów stają się wyższe, ograniczając tym samym konsumpcję i inwestycje, a inflacja może być niższa od założonej (w Polsce 2,5 proc. plus/minus 1 proc.), co razem wpływa na ograniczenie rozwoju gospodarki. Z podobnym przypadkiem spotykamy się obecnie na świecie. Kryzys finansowy z 2007/2008 r. z USA spowodował, że tamtejszy bank centralny (Rezerwa Federalna) obniżył stopy procentowe do zera i rozpoczął program skupu obligacji, co w efekcie oznaczało po prostu „wpompowywanie” dolarów, by stymulować gospodarkę i wzrost cen. Obecnie program został zaniechany, a stopy procentowe zostały już dwa razy poniesione.

Ujemne stopy procentowe wprowadziły też bank centralny Japonii oraz Europejski Bank Centralny (EBC), odpowiedzialny za strefę euro i wspólną walutę. Ten drugi zareagował na kryzys kredytowy w strefie euro, który spowodował deflację i załamanie wzrostu gospodarczego. Obserwujemy już pozytywne efekty w postaci wyższej inflacji w strefie euro oraz przyspieszającego tempa wzrostu. Jednak ciągle ujemne stopy procentowe (banki muszą płacić za możliwość pożyczania pieniędzy EBC) oraz łagodna polityka monetarna w postaci programu skupu obligacji, wynoszącym kilkadziesiąt miliardów euro co miesiąc, powodują osłabienie się euro. Ujemne stopy procentowe w strefie euro najprawdopodobniej będą utrzymane do końca 2017 r.

Jaki jest tego efekt? Więcej euro na rynku i większa podaż wywierają presję na spadek wartości waluty. Stąd np. w stosunku do złotego, gdzie stopy procentowe w Polsce są relatywnie wyższe i wynoszą obecnie 1,5 proc., można domniemywać, że euro nie podrożeje w sposób znaczny.

Ważne, na co czekają znawcy rynku

Na wycenę waluty wpływają także oczekiwania co do jej przyszłej wartości. Eksperci opierają się w tej materii na aspektach politycznych i gospodarczych, uwzględniają zapowiedzi o zmianach stóp procentowych czy poziomu inflacji. W krótkim okresie to właśnie ten czynnik może decydować o znacznych wahaniach kursów walut.

Przykład z ostatnich miesięcy: wahania kursu dolara po wyborach prezydenckich w USA. Rynki wiązały z wyborem Donalda Trumpa nadzieje na obniżenie podatków, zwiększenie wydatków infrastrukturalnych czy uproszczenie systemu finansowego. Zanim odbyło się zaprzysiężenie nowego prezydenta, nie mówiąc o jakichkolwiek decyzjach, dolar osiągnął 13-letnie szczyty wartości wobec euro oraz 15-letnie w relacji do złotego.

Podobną sytuację można zaobserwować w strefie euro. Europejski Bank Centralny utrzymuje i prawdopodobnie utrzyma przez cały 2017 r. ujemne stopy procentowe oraz łagodną politykę monetarną. To samo w sobie osłabia euro, ale niska oczekiwana inflacja w bieżącym roku oraz kolejnym (poniżej dwuprocentowego celu EBC) uzasadnia rynkowe założenia, że EBC nie zaostrzy polityki monetarnej, gdyż nie będzie ku temu warunków. W efekcie powoduje to, że popyt na euro i potencjał aprecjacyjny są ograniczane.

Wiedza pomaga, gdy ryzyko kusi

Czy to wszystkie czynniki? Odpowiedź brzmi: nie. Istotny jest jeszcze np. bilans handlowy – różnica pomiędzy eksportem a importem. Ew. nadwyżka bilansu powoduje większy popyt na walutę – podmioty zagraniczne (konsumenci i przedsiębiorcy) kupują więcej dóbr w danym kraju. Stąd wynika konieczność wymiany waluty i wpływ na jej aprecjację. Nie mniej ważny wydaje się także dług publiczny państwa – im wyższy, tym większa niepewność inwestorów co do możliwości jego spłaty przez państwo.

Efektem tego może być wyprzedawanie aktywów danego kraju, w tym waluty, której wartość będzie spadała. Z długiem kraju wiąże się także rating nadawany przez agencje ratingowe. Daje on inwestorom pogląd na to, jak ryzykowny może być dług danego kraju, czyli jaką premię za ryzyko należy żądać. Odbija się to również na walucie, której wartość jest zmniejszana, aby uwzględnić większe ryzyko.

Składników wpływających na waluty można by znaleźć o wiele więcej, choć ich wpływ na kursy wymiany prawdopodobnie byłyby już nieco mniej istotny. To, jakie czynniki akurat w największym stopniu decydują o wartości danej waluty, może ulegać zmianie, zwłaszcza w krótkim okresie czasu. Dlatego ważne wydaje się przeanalizowanie wymienionych elementów nie tylko w przypadku dwóch krajów, których waluty zamierzamy wymieniać, ale także zapoznanie się ze stanem największych gospodarek na świecie, ponieważ mogą one decydować o globalnej sytuacji na rynkach.

Świadomość czynników, które w największym stopniu mogą wpływać na kursy walut, nie da gwarancji wymiany po najkorzystniejszym kursie. Jednakże, uwzględniając ostatnie wydarzenia na rynkach światowych i wahania kursów walut, znajomość tych elementów może pomóc podjęciu optymalnej decyzji o wyborze momentu wymiany waluty, a tym samym ograniczyć ryzyko straty.

 

Autor: Bartosz Grejner, analityk Cinkciarz.pl

 

Wzorowo wypadło majowe podsumowanie rejestru REGON. W stosunku do poprzedniego miesiąca zostało zarejestrowanych więcej nowych jednoosobowych działalności gospodarczych, a ich ogólna liczba wzrosła o 7 tys., w rezultacie dając 2,975 mln. Mamy też rekordowo niską liczbę wyrejestrowań. To najlepsze wyniki od czerwca 2016 r. Dobra passa dla mikroprzedsiębiorców może potrwać dłużej, biorąc pod uwagę pozytywne dane płynące z rynku.

NBP zakładał w marcu, że motorem pobudzającym polską gospodarkę w tym roku będzie przed wszystkim spożycie indywidualne zasilane transferami, a także dobra sytuacja na rynku pracy. Ostatnie dane GUS na temat stanu polskiej gospodarki za pierwszy kwartał zdają się to potwierdzać – PKB urósł o 4 proc. wobec analogicznego okresu ubiegłego roku. GUS szacuje też, że siłą napędową są właśnie zakupy Polaków, a to powinno pozytywnie wpływać na sytuację na lokalnych rynkach, a zatem i na sytuację najmniejszych firm. Wydaje się prawdopodobne, że poprawa sytuacji gospodarczej w naszym kraju może stymulować wzrost liczby jednoosobowych firm.

Na rynku działa najwięcej firm na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy

Jak wynika z rejestru REGON, ogólna liczba jednoosobowych działalności gospodarczych wpisanych do rejestru na koniec maja wyniosła 2,975 mln. To nie tylko trzeci z rzędu wzrost w tym roku, o 7 tys. więcej niż miesiąc wcześniej oraz aż o 16 tys. więcej niż na początku tego roku. To także najwyższy poziom od czerwca 2016 r., kiedy to odnotowano 2,963 mln jednoosobowych firm. W dodatku, uwzględniając dwa lata wstecz, tylko sześć razy liczba jednoosobowych firm była wyższa niż obecnie.

Rekordowo mało zamkniętych biznesów

Rekord padł też po drugiej stronie rejestru REGON, bowiem w maju wyrejestrowało się jedynie 19,1 tys. firm. Ten miesiąc przyniósł nie tylko najniższy poziom wyrejestrowań odnotowany w tym roku, ale i najniższy, patrząc przez pryzmat ostatnich dwunastu miesięcy. Natomiast na przestrzeni ostatnich 24 miesięcy, jedynie 5 razy zanotowano wynik niższy od obecnego. Cieszyć może też fakt, że od stycznia br. liczba wyrejestrowanych firm maleje regularnie – z miesiąca na miesiąc średnio zamyka się prawie o 4 tys. firm mniej.

Pełnia sezonu wśród mikrofirm jeszcze przed nimi?

Obserwowane od początku tego roku wzrostowa tendencja ogólnej liczby jednoosobowych firm i spadkowy trend wyrejestrowań mają spore szanse utrzymać się również w kolejnych miesiącach. Zgodnie z marcowymi prognozami NBP, w drugim i trzecim kwartale br. poza konsumpcją włączyć powinien się też drugi silnik gospodarki, jakim są inwestycje prywatne. W maju na rynek wkroczyło 25,7 tys. nowych jednoosobowych działalności gospodarczych – o kilkaset więcej niż miesiąc temu, a także o 1,3 tys. więcej niż wynika to ze średniej za pierwszy kwartał br.

Optymizm widać też w uśrednionym wskaźniku pokazującym chęć do pracy „na swoim”, który trzeci miesiąc z rzędu wypada na przyzwoitym poziomie, w porównaniu do słabszej końcówki zeszłego roku. Biorąc pod uwagę ostatnie 12 miesięcy, aktualnie średnio w miesiącu przybywa 23,4 tys. nowych jednoosobowych firm. Dokładnie na takim samym poziomie wskaźnik ten kształtował się w marcu i na bardzo zbliżonym w kwietniu tego roku.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy podał w maju, że oczekuje kontynuacji silnego przyspieszenia wzrostu gospodarczego w naszym kraju, o ile dojdzie do wzrostu produktywności, silniejszych inwestycji prywatnych oraz wzrostu aktywności zawodowej. Możliwe, że nowych firm nadal będzie przybywać, ale trzeba mieć też na uwadze, ile z nich się utrzyma. Informacje płynące z rejestru REGON warto uzupełniać np. o dane ZUS dotyczące liczby przedsiębiorców aktywnie opłacających składkę na ubezpieczenie społeczne. Wynika z nich, że w pierwszym kwartale br. liczba aktywnych płatników składek, którzy prowadzą działalność jako osoby fizyczne, zmalała o niecałe 8 tys. w stosunku do czwartego kwartału 2016 r., wynosząc 2,109 mln. Taki spadek obserwujemy rokrocznie właśnie w pierwszych kwartałach.

 

Źródło: Tax Care

Wrocław, Rzeszów i Lublin to najszybciej rozwijające się miasta na przestrzeni ostatnich lat – wynika z analizy portalu rynekierwotny.pl.

Branżowy serwis rynekpierwotny.pl sprawdził, w jakim tempie rozwijają się największe polskie miasta. Analizie poddano dane GUS i Eurostatu za lata 2005-2013 dotyczące lokalnego wskaźnika PKB odzwierciedlającego wartość wytworzonych dóbr i usług.

Po porównaniu danych z 2005 r. i 2013 r. okazało się, że pod względem wielkości lokalnej gospodarki najbardziej „urósł” Wrocław. Zmiana obliczona dla tego miasta wyniosła aż 86 proc. (49 proc. przy uwzględnieniu ogólnopolskiej inflacji). Analogiczny wzrost całej Polski z lat 2005 – 2013 to 61 proc. (29 proc. po skorygowaniu o inflację).

Kolejne miejsca pod względem tempa wzrostu gospodarczego (2005 r. – 2013 r.) zajęły: Rzeszów – 81 proc. (45 proc. po wliczeniu inflacji), Lublin – 77 proc. (41 proc.). Poza podium znalazły się Warszawa – 73 proc. (39 proc.), Kraków – 72 proc. (38 proc.), Poznań – 66 proc. (33 proc.) i Gdańsk – 64 proc. (31 proc.)

Jeżeli chodzi o krajowe metropolie, to najniższe tempo wzrostu odnotowano dla Łodzi (58 proc./27 proc.). Pomimo, że wynik Warszawy z lat 2005 – 2013 nie był najwyższy, stołeczne miasto utrzymało ogromną przewagę nad pozostałymi ośrodkami miejskimi. Jak podaje rynekpierwotny.pl w 2013 r. stolica generowała aż 18 proc. krajowego PKB. Porównywalny wynik z Łodzi oraz Krakowa to odpowiednio 3 proc. i 4 proc.

Portal zwrócił także uwagę na związaną z tempem lokalnego rozwoju aktywność sektora budownictwa mieszkaniowego. Dobra koniunktura gospodarcza zwiększa zainteresowanie budową kolejnych mieszkań.

Najlepszymi wynikami gospodarczymi i dużą aktywnością „mieszkaniówki” cechowały się w latach 2005-2013 takie miasta jak: Warszawa, Kraków, Gdańsk, Wrocław, Rzeszów. Znacznie gorsze wyniki gospodarcze i niewielką aktywność inwestorów mieszkaniowych zanotowano w Częstochowie, Opolu, Katowicach, Szczecinie, Radomiu, Łodzi, Tarnowie, Kielcach oraz Bielsko – Białej.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Wzrost PKB – produktu krajowego brutto – Polski w 2017 r. przyspieszy i wyniesie 3,7 proc. w efekcie m.in. wzrostu inwestycji i napływu funduszy z UE – podano w projekcji NBP. Dodano, że inflacja wzrośnie, ale do końca 2019 r. nie przekroczy 2,5 proc.

Projekcja inflacji oraz PKB opracowywana jest przez Narodowy Bank Polski i przedstawia prognozowany rozwój sytuacji w gospodarce. Projekcja stanowi jedną z przesłanek, na podstawie których Rada Polityki Pieniężnej podejmuje decyzje o poziomie stóp procentowych NBP.

Projekcja przygotowywana jest trzy razy w roku i publikowana w marcu, lipcu i listopadzie.
Zdaniem autorów tegorocznego (marzec 2017) opracowania po przejściowym spowolnieniu wzrostu PKB w ubiegłym roku dynamika PKB wyraźnie przyspieszy. Przyczyni się do tego wzrost nakładów na środki trwałe, zarówno publicznych, jak i przedsiębiorstw, wspierany napływem środków z budżetu UE z nowej perspektywy finansowej na lata 2014 – 2020.

W projekcji podano też, że w 2017 r. zwiększy się dynamika konsumpcji prywatnej finansowanej rosnącymi dochodami gospodarstw domowych w efekcie poprawy sytuacji na rynku pracy oraz wdrożenia programu Rodzina 500 plus.

Z projekcji wynika, że rosnące ceny surowców energetycznych, energii elektrycznej oraz żywności przyczynią się do wzrostu inflacji, ale do końca 2019 roku nie przekroczy ona poziomu 2,5 proc. Zdaniem autorów jej wzrost będą ograniczać niska inflacja w strefie euro oraz aprecjacja złotego.

Podkreślono, że w 2017 r. wzrosną ceny żywności. Jak napisano, przyczyni się do tego głównie wzrost cen hurtowych warzyw na skutek znacznego spadku ich importu z Hiszpanii i Włoch w konsekwencji bardzo niekorzystnych warunków pogodowych w tych krajach.

Jednocześnie autorzy opracowania uspokajają, że wzrost cen żywności jest ograniczany silną konkurencją.
Przypomnijmy przy okazji, że PKB – produkt krajowy brutto to w ekonomii, jeden z podstawowych mierników efektów pracy społeczeństwa danego kraju stosowany w rachunkach narodowych. PKB opisuje łączną wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych przez narodowe i zagraniczne czynniki produkcji na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu.

Wzrost lub spadek realnego PKB oraz dynamika tych ruchów stanowi miarę wzrostu gospodarczego.
PKB jest wyznacznikiem wielkości gospodarki – jednak jest nie najlepszą miarą zamożności społeczeństwa, ponieważ nie uwzględnia liczby ludności. Z tego powodu jako miarę dobrobytu powszechnie używa się innego wskaźnika, którym jest PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Polska ma jedne z najniższych podatków w Unii Europejskiej, co każe nam przewartościować dość powszechny pogląd, że daniny w naszym kraju są wysokie – uważa dr Piotr Maszczyk, ekonomista SGH.

Podczas warsztatu dla uczestników szkolenia „Prasowa Akademia Pieniądza XXI” dr Maszczyk przypomniał, że wchodząc do Unii Europejskiej, Polska miała jedne z najniższych podatków wśród wszystkich państw wspólnoty. „W 2004 r. udział dochodów podatkowych w relacji do PKB wynosił 34,3 proc. i tylko sześć państw miało ten wskaźnik niższy niż Polska” – podkreślił Maszczyk, zwracając uwagę, że jednym z tych krajów był Cypr uchodzący wówczas za jeden z rajów podatkowych.

Maszczyk przypomniał, że w kolejnych latach nastąpiły dalsze obniżki podatków w Polsce. „Już w 2005 r. rząd obniżył znacząco składkę rentową co oznaczało obniżenie tego współczynnika. Przygotowano wówczas także reformę dochodów osobistych PIT zmieniającą cztery stawki podatkowe (0 proc., 19 proc., 30 proc., 40 proc.) na trzy (0 proc., 18 proc., 32 proc.), co stanowiło kolejną obniżkę wspomnianej relacji dochodów podatkowych do PKB” – wyjaśnił ekspert SGH.

Zdaniem Maszczyka postrzeganie podatków w Polsce jako wysokich wynika więc raczej z rozkładu obciążeń podatkowych oraz niską kwotą wolną. „Wysokość zerowego progu podatkowego jest w Polsce niższa od minimum socjalnego , a mimo tego dochody, które ciągle jeszcze mieszczą się w minimum socjalnym są u nas opodatkowane. Być może dlatego postrzegamy podatki jako wysokie, mimo że patrząc na obiektywne dane, wcale takie nie są” – wskazał ekonomista.

Maszczyk zauważył też, że dane dotyczące relacji dochodów podatkowych do PKB pokrywa się na ogół z raportami dotyczącymi klimatu inwestycyjnego w danym kraju. ”Szwecja, Dania i Finlandia, które mają jedne z najwyższych podatków są jednocześnie tymi krajami, w których prowadzenie biznesu jest najłatwiejsze i najatrakcyjniejsze z punktu widzenia inwestorów. To także każe zastanowić się nad obiegową opinia, że wysokie podatki odstraszają biznes i nie sprzyjają prowadzeniu działalności gospodarczej” – podkreślił ekonomista.

 

Źródło: www.kurier.pap.pl,

Eksperci

Rozbicki: Czy polska gospodarka łapie zadyszkę?

Wbrew zapowiedziom agencja Moody’s we wrześniu nie opublikowała aktualizacji ratingu kredytowego dla...

Przasnyski: W inwestycjach lokalne przejaśnienia

Oczekiwane od dawna ożywienie inwestycji wciąż nie nabiera zadowalającego tempa, a sygnały są nadal ...

Lipka: “Opioidowa epidemia” dusi rynek pracy w USA

Mimo silnego popytu na pracę aktywność zawodowa Amerykanów jest niezwykle niska. W niektórych grupac...

Izdebski: Koreańskie ryzyko przyciąga kapitał do Polski

Chociaż pierwszy dzwonek w szkołach już wybrzmiał, wielu inwestorów nie wróciło jeszcze z wakacji. Ś...

Rupiński: Luksus w wydaniu on-line

Polski rynek dóbr luksusowych jest stosunkowo młody, jednak już możemy obserwować zachodzące na nim ...

WIADOMOŚCI

Polacy oczekują cyfrowego urzędu

Czterech na pięciu interesantów, by skorzystać z usług administracji publicznej, musi udać się do ur...

Pracodawcy niezadowoleni z budżetu Funduszu Pracy

Nie można zaakceptować archaicznej, niedostosowanej do wyzwań rynku pracy, formuły wykorzystania śro...

Pytania dotyczące kredytu studenckiego

Tylko do 20 października studenci, doktoranci, a także osoby ubiegające się o przyjęcie na studia mo...

Pracodawcy chcą przekazywać dane elektronicznie, ale mają własne propozycje

Najlepszym rozwiązaniem byłoby przejście do systemu elektronicznego przekazywania danych do Urzędu K...

Rząd zapowiada nowy podatek

Ryczałtowy podatek w wysokości około 300 zł miesięcznie za zatrudnienie pracownika sezonowego - taki...